Druga młodość Marka Haro - Janusz Niżyński
Kup ebooka
7.10 zł
5.89 zł
(6,04 zł najniższa cena z 30 dni)
«
»
- 1 -
Marka Haro - nobliwego pana w sile wieku - koledzy z korporacji i przyjaciele z netu nazywali dobrą duszą. Wiele ku temu dawał sposobności. A to za sprawą swych zawsze życzliwych relacji z rozmówcami, a to przez swój dar i nieustającą gotowość do jednania zwaśnionych stron, a to wreszcie przez dobre słowo, którego szlachetny kolega Marek nie szczędził nigdy nikomu.
Ale pan Marek Haro - prywatnie: miłośnik Beatlesów, programu TVP Kultura i niebywały wręcz fan gwiazdy filmowej Joanny Moro - ma i swe drugie, mniej znane dla niewtajemniczonych oblicze. Dobrze o nim wiedzą tylko współpracownicy, u których zasłużył na ksywkę "Żelazny Paragraf". Dlaczego Paragraf? I czemu Żelazny? Gdyż jako prawnik mecenas Haro zawsze z żelazną konsekwencją i skrupulatnością feruje prawnicze wyroki. Aby lepiej zrozumieć tę pedanterię, trzeba w takich chwilach zaobserwować jego pozbawioną uśmiechu facjatę: odnosi się wrażenie, iż zastyga na niej maska skrzętnego, bezlitosnego formalisty. Jego cichy przekonujący głos staje się na ten moment jeszcze bardziej cichym i despotycznym, a jego chłodno skalkulowana opinia - natychmiast staje się najwłaściwsza, niepodważalna, nieomylna. I zwykle taką ostaje do końca.
Domowi sąsiedzi Marka Hary, spotykając go na ulicy, z daleka pierwsi się kłaniają. Także ci, którzy są od niego trochę starsi. Marek Haro bowiem - nawet i tu, i dla nich - był i jest szanowanym sąsiadem, autorytetem moralnym i niekwestionowanym wzorem rodzinnych cnót.
W domu Marka Hary wszystko przebiega wedle ustalonego porządku i w ciszy. Jego żona - Zosia, wesoła i kochająca zabawę niewiasta z pysznymi dołeczkami na policzkach, w obecności męża zmienia się w dwunożnego robotka, z dobrze zdefiniowanym zakresem obowiązków i powinności. Od wielu lat godzi się być milczącym uzupełnieniem do licznych urządzeń domowych: gotujących, piorących, prasujących, wycierających kurz z mebli, myjących podłogi i odkurzających. Krótko mówiąc: jest wzorową panią domu na usługach swego męża - dobroczyńcy i władcy.
Poza znajomymi z "Kuriera Szamańskiego" (i Facebooka) pan Marek Haro niewiele więcej posiada regularnych przyjaciół. Państwo Haro praktycznie nie składają u nikogo wizyt i nikogo u siebie nie przyjmują. Dlatego z ich domu muchy, z nudów, zazwyczaj uciekają za okna, i najlepiej do sąsiadów.
- 2 -
Ale oto pewnego dnia zdarzyło się coś, co - jak się okazało - raz na zawsze zdemontowało ten dobrze naoliwiony domowy mechanizm. A wszystko rozpoczęło się jeszcze w godzinach rannych, w pracy, gdy Marka Haro wezwano do pana prezesa. Pryncypał miał dla niego propozycję objęcia stanowiska wiodącego prawnika korporacji. Po krótkim, choć intensywnym namyśle, mecenas Haro postanowił podjąć się nowych służbowych obowiązków. I jeszcze tego samego dnia wprowadził się do gabinetu swego poprzednika.
W zawodowym życiu Marka Hary rozpoczęła się nowa epoka. Już wkrótce miało się okazać - nie tylko w zawodowym. Ale o tym, za chwilę...
Pod koniec pracy złożyli mecenasowi Haro wizytę jego najbliżsi koledzy z firmy: Slawko Sułek i Tadesz. Była też razem z nimi Monika Aleksandryjska-Kozioł, wieloletnia partnerka w interesach biznesowych pana mecenasa, a jednocześnie dyrektorka pobliskiego Centrum Widowiskowo-Prasowego. Skądinąd instytucji, w której od lat swą siedzibę miał także kultowy "Kurier", ten sam, w którym Marek Haro poznał wielu swych aktualnych wirtualnych przyjaciół.
Cała trójka pogratulowała awansu, wypili razem butelkę przyniesionego szampana, krótko pobiesiadowali. Aleksandryjska-Kozioł zaprosiła mecenasa do odwiedzenia jej Centrum, "które przecież mieści się o rzut beretem od korporacji".
- Dziś wieczorem, drogi Marku, mamy konferencję prasową z pisarzem Babickim - informowała z nieskrywaną ekscytacją. - Zapowiedziały się już wszystkie najważniejsze stacje telewizyjne i radiowe. Będą też zagraniczni korespondenci. Byłoby mi bardzo miło, gdybyś w to ważkie wydarzenie medialne zaszczycił Centrum swą obecnością, przyjacielu...
Żelazny Paragraf zasępił się. Odmówienie bliskiej przyjaciółce, do której od wielu lat żywił szczerą i odwzajemnioną sympatię, byłoby z jego strony i niefortunne, i w pewnym stopniu niegrzeczne. On, Marek Haro, ma jednak zasady, które muszą być ponad wszelkimi osobistymi układami i zobowiązaniami. Chce być im wierny i będzie im wierny. Bez względu na konsekwencje i konwenanse.
- Moniko, wybacz... Spieszę się dziś trochę do domu, do żony. Chyba rozumiesz... - rozpoczął przepraszającym tonem. - Chciałbym jak najszybciej podzielić się z nią moim dzisiejszym sukcesem... - bez skromności formułował wyjaśnienia.
- Oczywiście, Mareczku. Rozumiem. Nie nalegam - odparła tonem, w którym dało się dosłyszeć nutkę zawodu. - Mówi się trudno, kocha się dalej - zażartowała. - Pozdrów, proszę, Zosię i zapraszam przy kolejnej, najbliższej sposobności! Ufam, że już wkrótce...
- Ufam i ja, Moniko... Choć kiedy - nie wiem. Od dziś będę miewał o wiele mniej czasu niż do tej pory... - ze szczerym zmartwieniem podsumował.