Druga Burza - Marcin Mortka

Reflow text when sidebars are open.
Sprawozdanie 16/1344, Jutrznia
Objęte klauzulą najwyższej tajności.
Do rąk własnych Jego Wysokości cesarza Smoczego Imperium.
Dotyczy więźnia Madsa Voortena, samozwańczego pułkownika wojsk buntowniczych, oskarżanego o głoszenie herezji, podżeganie i jawne uczestnictwo w buncie, wielokrotne niszczenie majątku Jego Wysokości cesarza, mordowanie jego podwładnych oraz szerzenie chaosu i demoralizacji.
Niech spływa na nas łaska Pani!
Działając wedle wytycznych głowy mego zakonu, Smoczej Siostry Alihanny, i trzymając się ściśle procedur opracowanych dla więźniów o znaczeniu politycznym, przeprowadziłam wstępne, trzymiesięczne przesłuchanie człowieka znanego jako pułkownik Mads Voorten. Z uwagi na fakt, iż materiał okazał się wyjątkowo oporny na podstawowe i średnio zaawansowane techniki śledcze, zgromadziłam na razie jedynie jednostkowe dane, które przedstawiam w niniejszym sprawozdaniu.
Pochodzenie jeńca: Trudne do ustalenia. Nie jest objęty Przekleństwem, nie został również zarchiwizowany jako Uwolniony, co może sugerować pewne pokrewieństwo z Rasą Rządzącą. Potwierdzają to niektóre cechy anatomiczne, takie jak blisko osadzone błękitne oczy czy kształt szczęki. Kolor włosów, wystające kości policzkowe i krępa budowa ciała zdradzają jednakże pokrewieństwo z którąś z Ras Podrzędnych, niewykluczone, że urodził się z nałożnicy hobolskiej. Wskazuje na to również fakt, iż w chwilach częściowej utraty świadomości więzień nazywał siebie imieniem Promyk. Hobolanie zwykli nazywać swe dzieci na cześć rozmaitych zjawisk fizycznych, atmosferycznych i magicznych.
Działalność przed wybuchem rebelii: Przez kilka lat służył w chorągwi earla Valredda, do której to dostał się z polecenia nieżyjącego już earla Tustvana (co, nawiasem mówiąc, potwierdza powyższą teorię). Zaginął podczas burzy śnieżnej w czasie patrolu na obrzeżach Pustaci, po czym został odnaleziony i ocalony przez Piołan. Po pojawieniu się Jaszczura opuścił Pustać i przyłączył się do buntu.
Zapatrywania polityczno-religijne: Uważa Koniec za oczywistość, otwarcie głosi śmierć Smoczycy. Do Rasy Rządzącej żywi patologiczną wprost nienawiść, jej przyczyny jednak nie chce ujawnić. Przypuszczam, iż powodem mogą być prześladowania, których jako bękart doznał podczas szkolenia i służby pod sztandarem earla Valredda. Do instytucji cesarza odnosi się z karygodnym lekceważeniem.
Działalność podczas buntu: Przez większość czasu walczył na czele osobiście sformowanego i wyszkolonego oddziału lekkiej jazdy zwanego Wiatrem. Bezpośrednio odpowiedzialny za tragiczną w skutkach napaść na hufiec earla Tudargha podczas bitwy w korycie Burzycy oraz za wymordowanie trzech oddziałów zaciężnej piechoty earla Burghana na skraju Zamglonego Lasu. W trakcie ostatniego, zwycięskiego dla buntowników starcia z siłami Jego Wysokości cesarza Smoczego Imperium stał na czele szarży, która doprowadziła do zdradzieckiego rozbicia ciężkiej chorągwi earla Kurveigha. Bez wątpienia ponosi również winę za zniszczenie szeregu stanic, fortów, obozów, wież warownych i zamków, których listę przedstawiam w załączniku A.
Charakter: Skrajny despota, przeświadczony o swojej racji do tego stopnia, że z największym trudem przyjmuje jakiekolwiek rady. Na wszelakie próby krytyki reaguje wybuchami szału. Od podwładnych oczekuje bezwzględnego posłuszeństwa. Podejrzliwy i skrajnie nieufny, bezustannie poszukuje dowodów zdrady wokół siebie, a każdego podejrzanego karze śmiercią. Niejednokrotnie udowadniał, że dla zrealizowania własnych idei gotów jest poświęcić życie wszystkich podwładnych.
Uwarunkowania psychologiczne: Praktycznie całkowicie odporny na Urok i Grozę. Próg bólu niezwykle wysoki, wręcz niespotykany u ludzi. Brak zauważalnych nałogów czy fobii poza stwierdzonym już przeczuleniem wobec zdrady. Jego obojętność wobec strachu graniczy z fanatyzmem.
Konkluzje: Nigdy dotąd nie miałam do czynienia z człowiekiem tak dalece odpornym na techniki interrogacyjne i tak szczelnym emocjonalnie. Stosowane dotychczas metody, łącznie z torturami trzeciego stopnia (szczegółowa lista przedstawiona w załączniku B), przyniosły, jak widać, mało satysfakcjonujące rezultaty, ale stawiany przez niego opór potwierdza domysł, jakoby skrywał on kilka istotnych tajemnic. Jestem przekonana, że dotarcie do nich pomoże zrealizować nasz cel, jakim jest pozyskanie Madsa Voortena do świadomej służby Smoczemu Imperium. Wydobyłam jedynie słowo "Hunna", które powtórzył kilkakrotnie podczas majaków wywołanych podaniem odpowiednio spreparowanych narkotyków. Jest to imię często spotykane wśród plemion piołańskich.
Celem przyspieszenia prac złożyłam zawczasu wniosek o zastosowanie zaawansowanych metod interrogacyjnych. Sugeruję również zbadanie kilku białych plam w życiorysie Voortena. Szczególnie zainteresowana jestem latami, które spędził w chorągwi earla Valredda oraz wśród Piołan.
Niech łaska Pani nigdy się nie skończy, Smocza Strażniczka Oriana
Rozdział pierwszy
Z lasu wypadł orszak Smoczych Jeźdźców.
Kopyta ciężkich rumaków rozbijały poranną mgłę, wiatr świstał na ostrych zakończeniach zbroi. Pędzili jak szaleni, jakby ścigało ich któreś ze Smocząt, gnali z butą i dumą, ale i ze strachem. Co chwila któryś z nich odwracał wzrok, a potem znów patrzył przed siebie, na majaczącą w oddali Mglicę, i ponaglał znużonego wierzchowca.
Pozostało ich ledwie dwudziestu, w tym siedmiu ciężkozbrojnych, reszta - czeladź w kolczugach. Któryś odrzucił w pędzie strzaskaną tarczę, inny gnał ze strzałą w ramieniu, kolejny mknął z twarzą zalaną krwią. Ktoś zgubił hełm, ktoś słaniał się nad końskim karkiem. Za orszakiem pędziły trzy konie bez jeźdźców, ani chybi poległych w walce.
Pędzili. Wiatr świstał. Twierdza rosła w oczach. Nad bramą kotłowali się wartownicy i patrzyli z niedowierzaniem.
Ktoś napadł na oddział Tuaisceartan. A więc pogłoski okazały się prawdziwe. Ktoś naprawdę pochwycił za broń przeciwko władcom świata.
Uciekinierzy byli coraz bliżej. Już nie odwracali się za siebie, poganiali zmęczone konie. Te biegły coraz ciężej, z pysków opadały płaty piany. Jeszcze czterysta metrów, trzysta, dwieście pięćdziesiąt...
Prowadzący rycerz przytknął róg do ust i zagrał sygnał. Kilka chrapliwych tonów różnej długości rozdarło powietrze. Niemalże w tej samej chwili na murach Mglicy wykrzyczano kilka rozkazów i ciężkie wrota twierdzy drgnęły, by zacząć się otwierać.
Jeździec musnął końskie boki ostrogami, a w ślad za nim to samo uczynili pozostali. Dobywali ze swych wierzchowców ostatnich sił, choć przecież tak blisko warowni nic im już nie groziło. Byli w końcu prawie bezpieczni...
Nie było za murami człowieka, który nie wpatrywałby się w garstkę desperatów i który nie zadawałby sobie pytania o sprawców zuchwałej napaści. Wszyscy spoglądali w stronę ciemnego boru, skąd wyjechali uciekinierzy, nikt zaś nie spoglądał na boki, ku zalanym mgłą, ledwie widocznym osadom służebnym.
Wrota rozchyliły się do końca i zamarły. Rozhukany orszak przemknął po moście zwodzonym, wdarł się w tunel bramy i wypadł na dziedziniec zamkowy. Przybysze jak jeden mąż wryli konie i obrócili ku murom. Wstrzymali oddechy.
W tym momencie z mgieł wyfrunęła chmara strzał.
Nim ktokolwiek zdołał ich powitać, nim ktokolwiek zdołał krzyknąć ze strachu czy choćby westchnąć, na murach Mglicy zatańczyła śmierć.
Część strzał chybiła, zacieniła różowe niebo i zniknęła. Pozostałe wbijały się w ludzkie ciała, przedzierały przez kolczugi, wyrywały strugi krwi i wrzaski cierpień. Pierwsi z trafionych obrońców, niczym zakrwawione monstrualne ptaki, z krzykiem runęli na spotkanie bruku dziedzińca.
Świat zamarł. Oczy dowódcy warowni, młodego, rudowłosego rycerza z czołem przeciętym blizną, rozwarły się szeroko, ramię wskazało bramę, usta rozchyliły się do krzyku.
Cienki bełt rozszarpał mu gardło w sekundę później.
Jeźdźcy na dziedzińcu, jeszcze przed chwilą ranni, oszołomieni i rozbici, teraz wyrywali niewielkie kusze spod płaszczy. Dobrze wycelowane bełty śmigały wśród murów, strącały tych, którzy zdążyli się zorientować, niebezpieczeństwo wniknęło do wnętrza warowni. Atakujących było jednakże tylko kilkunastu, o wiele mniej niż obrońców. Ci zaś klękali już w cieniu blanek, bezpieczni od strzał z mgły, drżącymi rękami ściągali własne łuki, dodawali sobie krzykiem odwagi.
Obrona krzepła w okamgnieniu.
Jeźdźcy jednak szaleli na dziedzińcu niczym rój szerszeni. Zamigotały miecze, zawirowały groty. Któryś z nich pchnął włócznią szarżującego topornika, naparł na konia, przybił nieszczęśnika do ściany. Inny, jasnowłosy młodzieniec o bladej twarzy, wjechał konno po schodach i rozpędził zbierających się łuczników, jeszcze inny stanął w strzemionach i raził biegających po murach ciskanymi nożami.
Ktoś zadął w róg. Odpowiedział mu głos daleko spod lasu, wzmocniony tętentem kopyt.
Jeden z obrońców, stary, łysiejący rycerz w białej jace, w lot pojął, że sytuacja jest groźniejsza, niż ktokolwiek myślał. Skrzyknął kilku ludzi i z rozpaczą rzucili się ku bramie, by opuścić bronę. Od tyłu zabiegł ich kolejny jeździec, szczupły, krótkowłosy, urodziwy niczym kobieta. Machnął ręką i zdmuchnął biegnących ognistym podmuchem. To samo spotkało grupę kuszników na szczycie wieży.
- Rzucić broń, do kurwy nędzy! - ryknął jeden z napastników, ten sam, który dął w róg. - Bo was wszystkich pozabijam!
Jego krzyk odbił się echem, zagłuszył walkę. Świat zamarł po raz drugi, a potem miecze, oszczepy i łuki zaczęły lądować u stóp obrońców, którzy jeden po drugim unosili ręce w geście poddania. Nim spod lasu dotarły posiłki, Mglica była zdobyta.
Mads nie bez trudu ściągnął tuaisceartański hełm i demonstracyjnie spuścił go na bruk, a potem przerzucił nogę nad łękiem siodła i zeskoczył. Choć od przeprawy przez Martwe Jezioro upłynęło zaledwie kilka tygodni, wydawał się starszy niż wówczas. Zmarszczki okalające zmrużone oczy zdawały się głębsze, szczecina na policzkach szarzała, włosy, choć spocone, migotały pasmami siwizny. Niewysoki i przygarbiony, emanował jednakże niespożytą wprost energią i charyzmą. Szedł równym krokiem przez zbryzgany krwią dziedziniec, pośród tryumfujących, roześmianych towarzyszy i oszołomionych jeńców, a tam, gdzie przechodził, gasły śmiechy i zamierały rozmowy. Kierował się ku grupce desperatów, których zmiótł smoczy ogień.
Sczerniałe ciała, zamarłe w groteskowych pozach, wydzielały smród tak okropny, że Mads przełknął kilkakrotnie ślinę, poskramiając coraz silniejsze torsje. Obszedł zwęglone trupy i zbliżył się do ciała łysego rycerza, który poprowadził obrońców do ostatniego ataku. Podczas walki zdążył zauważyć, że ten człowiek biegł jako pierwszy, i Mads liczył na to, że impet smoczego ognia zatrzymał się na plecach jego ludzi i nie zabił go od razu.
Nie pomylił się. Głowa Smoszczura była czerwona, jakby wsadził ją do wrzątku, ale oczy, oszalałe, przyćmione bólem, nadal żyły.
Mads przyglądał się przez moment leżącemu, a potem wyjął miecz i z całej siły wbił mu go w pierś. Odczekał, aż w oczach poparzonego rycerza zgaśnie życie, a potem sumiennie się wyrzygał.
- Weźcie ich stąd - rzucił słabym głosem, ocierając usta.
- Kostur dałby radę go wyleczyć - powiedziała Elinaare i przeczesała dłonią odrastające jasne włosy. Wydawała się jedyną osobą w całym zamku, której smród palonych zwłok nie robił żadnej różnicy. - A ja zdołałabym wyciągnąć z niego jakieś informacje. Nie działasz aby nazbyt pochopnie?
- Nie - odparł Mads, odczepił manierkę z wodą, przepłukał usta i splunął. - Zgromadziliście jeńców w jednym miejscu?
- Tak - odrzekła Elinaare i westchnęła. - Wciąż jednak uważam, że...
Nie pozwolił jej dokończyć i ruszył w stronę tłumu jeńców, pilnowanych przez Haylego, Bielika i kilku innych wojowników uzbrojonych w naciągnięte kusze. Szedł, a jego błękitne oczy lśniły żelazem. Błyszczały w nich włócznie uniesione podczas szarży w korycie Burzycy. Zamigotał nieoczekiwany atak spomiędzy drzew Zamglonego Lasu. Rozjarzyło się natarcie podczas Bitwy Pogodzonych. Tętniła ziemia, zawodził wiatr, świstały ostrza. Wyły wilki.
- Jestem Mads Voorten! - zawołał, a echo poniosło daleko jego słowa. - Kiedyś nazywano mnie Ostrzem Burzy i tylko demony wiedzą jak będziecie nazywać mnie teraz! Niosę bowiem wojnę Smoczycy i jej sługusom! Jadę, żeby palić i niszczyć! Jadę, żeby rozbić potęgę Smoczej Pani w pył!
Urwał. Przez dłuższą chwilę delektował się ciszą i studiował twarze jeńców, brudne, zakrwawione, przerażone, aż wykrył wśród nich jedną zuchwałą i nieuległą. Podszedł bliżej, złapał śmiałka za brodę i pociągnął go do siebie.
- A jeśli nie wierzysz - wysyczał - to pomnij, że zdobyłem ten zamek z kilkunastoma kompanami. I z wydatną pomocą elfich łuczników. Wiesz, na co będzie mnie stać, gdy będę miał pod swoimi rozkazami tysiące?
Odepchnął pozbawionego już odwagi szydercę, który padł w krwawe błoto. Pozostali jeńcy rozstąpili się, jak gdyby rzucony na ziemię człowiek był trędowaty.
- Jestem Mads Voorten! - wrzasnął, unosząc ramiona ku różowemu niebu. - Ostrze Burzy! Niosę temu światu wojnę! Was jednak wojna zaskoczyła, stąd okażę wam litość. Wszystkim okażę litość! Tym, którzy wyrzekną się Smoczycy i zechcą walczyć pod moim sztandarem, ofiaruję godziwy żołd i dobre traktowanie! Ci, którzy ukochali sobie łuskowatą Panią, niech uniosą nadgarstki. Pokażcie swoje więzy, a przetniemy je. Biegnijcie ku światu, krzyczcie moje imię, ostrzegajcie przed wojną. Nie będę was trzymał, o nie!
Niespodziewanie w jego głosie pojawił się lód.
- Pozwolę wybiec wam wszystkim, ale...
Jego dłoń w rękawicy wskazała kuszników, a potem jeźdźców z włóczniami.
- Ale wypuszczę tylko tego, który będzie biegł najszybciej. Pozostali zginą. Dla Smoczycy, czyli właściwie w słusznej sprawie.
Jakby czar padł na dziedziniec. Przyboczni Madsa wpatrywali się w niego w milczeniu, równie oszołomieni diabelską alternatywą jak jeńcy, którzy pospuszczali głowy i korzyli się pełni lęku. Nikt nie uniósł rąk. Nikt nie pokazał więzów.
- Ty. - Mads wskazał szydercę, którego przed chwilą pchnął na bruk. - Ty pójdziesz. Nie bój się, dotrzymam słowa. Będziesz jedyny, a więc najszybszy. Nikt ci nie wbije bełtu w plecy. Idź i opowiedz o tym, coś tu widział.
Słońce wreszcie wyłoniło się zza ciemnego lasu. Nad traktem niosły się pokrzykiwania sierżantów, parskanie koni i szczęk oręża, skądś dobiegał niespokojny śpiew elfów. Kusze opadły lekko, ostrza włóczni oparły się o bruk. Wojna, błyskawiczna i wściekła, urządziła sobie chwilę wytchnienia.
Jeniec przełknął ślinę, ale dźwignął się i nadstawił związane nadgarstki. Mads przeciął je własnym nożem.
- Idź - powiedział suchym głosem.
- To był znakomity plan - powiedział Bielik i założył jasny kosmyk za ucho. - Szast-prast i twierdza nasza. Prawie bez strat.
Mads nie odpowiedział. Stali obaj na zadaszonym pomoście biegnącym wzdłuż frontowej ściany kwadratowego donżonu, opierali się łokciami o balustradę i przyglądali krzątaninie u swych stóp. Na dziedzińcu roiło się teraz od brunatnych tunik ciężkiej piechoty. Żołnierze ułożyli oręż przy bramie i wynosili z lochów i piwnic zamku wszystko, co tylko wynieść się dało, zdyszani i spoceni mimo chłodnego poranka. Toczyli beczki z solonym mięsem i winem, układali w stosy broń, skóry i ubrania, wyprowadzali konie ze stajni, a uwijający się wśród nich kwatermistrze z glinianymi tabliczkami przekrzykiwali się z sierżantami sterującymi plądrowaniem. Nie było słychać ani jednego sprośnego dowcipu, nikt nie śpiewał, nikt nie szukał okazji, by porwać gąsior z winem i czmychnąć w ustronne miejsce.
Wzrok Madsa palił nie gorzej od smoczego ognia.
- W ten sposób w kilka tygodni dojdziemy do Jutrzni - ciągnął młodzieniec z kwaśnym uśmiechem. - Mówią, że ich stolica to piękne miasto. Szkoda byłoby je rozpirzyć szturmem.
- W ten sposób zaszlibyśmy pod mury kolejnej twierdzy i ani kroku dalej - powiedział Mads, nie podejmując zaczepki. - Smoszczury walczą wedle starannie opracowanych procedur, Dunstan. Nic nie pozostawiają przypadkowi, zwyciężyć je można tylko przez zaskoczenie. Trzeba opracować coś, czego nie przewidzą. Coś, co przebije się przez ich sztywne zasady. Innymi słowy, za każdym razem, gdy przyjdzie ci zetrzeć się z Tuaisceartanami, musisz mieć nowy, zaskakujący, zupełnie nieszablonowy plan. Najlepiej szaleńczy. Albo samobójczy, tak jak nasz.
- Ten plan nie był samobójczy. - Bielik uniósł brwi.
- Wdarliśmy się w dwie dziesiątki do twierdzy strzeżonej przez stu żołnierzy. Gdyby Gwain na czele elfów spóźnił się ze swoją salwą, gdyby ta okazała się niecelna lub gdyby ktoś ze Smoszczurów powziął jakieś podejrzenia, nasza wojna skończyłaby się tam. - Mads wskazał dziedziniec. - Nie martw się, drugi raz tego samego już nie zrobimy.
- Będzie gorzej?
Mads znów nie odpowiedział. Uśmiechnął się jedynie ze smutkiem.
- Będzie gorzej - odpowiedział sam sobie Bielik. - Jakże miałoby być inaczej, skoro wypuściłeś jednego z jeńców, żeby opowiadał o tym, że Ostrze Burzy nie zna pardonu. Tylko czekać, aż cesarz wezwie swoje chorągwie i przyjdzie sprawdzić, czy ten cały Voorten istnieje naprawdę.
- Ten jeniec będzie głównie opowiadał o tym, że na Ostrze Burzy nie ma sposobu - wycedził Mads. - I o tym, że w czasie walki lepiej być po jego stronie. Z łaski swojej, Dunstan, oszczędź mi tych mądrości. Już ci raz powiedziałem, gdzie twoje miejsce.
- Ja zaś ci powiedziałem, żebyś nie nazywał mnie Dunstanem. - Bielik przygryzł wargę. - I to nie raz, a wiele.
Mads wyprostował się i przeciągnął, aż mu w plecach strzeliło. Patrzył na młodzieńca długo i dobitnie, aż ten odwrócił spojrzenie i przygryzł wargę.
- Pułkowniku - wycedził po chwili przez zaciśnięte zęby.
Brwi Voortena zeszły się, jakby sygnalizując, że w sercu weterana wzbierał gniew, ale eksplozję uprzedziło pojawienie się gońca.
- Wasza miłość, porucznicy zebrali się na naradę - wysapał.
- Chodź, Bielik. - Mads smagnął młodzieńca twardym, nieprzeniknionym spojrzeniem. - Radzić będziemy. Może się czegoś nauczysz.
Przed atakiem na Mglicę Mads przestrzegł swych ludzi przed podpalaniem i niszczeniem czegokolwiek. W dosadny i zrozumiały dla wszystkich sposób objaśnił, że pomieszczenia, w których nie szaleje pożar, plądruje się o wiele dokładniej, a potem przykazał, by na wszelki wypadek oszczędzono również wszystkie symbole religijne. Najwyraźniej wytyczne nie dotarły do wszystkich, gdyż gliniany posąg Smoczycy, tuaisceartańskim zwyczajem ustawiony w rogu sali biesiadnej, został roztrzaskany w drobny mak. Ze ścian zniknęły również portrety przodków właściciela zamku oraz uwielbiane przez Smoszczury drzewa genealogiczne. Na twarzach oficerów, którzy powstali na widok dowódcy, malowała się niepewność, jakby obawiali się, że Voorten zbeszta ich za niedopatrzenie.
Ten jednakże był nazbyt pochłonięty własnymi myślami, by zwrócić na to uwagę.
- Siadać. - Machnął dłonią i rozparł się na zydlu podsuniętym mu przez olbrzymiego Otłuka, jego osobistego ochroniarza. Na mało urodziwej, brutalnej twarzy mężczyzny jak zwykle malował się błogi uśmiech. - Krzesło to sobie sam mogłem podstawić. Ty lepiej podaj wino, bo o suchym pysku nikt jeszcze niczego mądrego nie uradził.
Hayle, słysząc słowa o napitku, aż pokraśniał, siedzący obok niego czarnobrody Anhuus, dowodzący ciężką piechotą, pokiwał głową. Mads kątem oka zauważył, że twarz Elinaare nawet nie drgnęła, i natychmiast zrozumiał przyczynę. Bielik usiadł tak, by znajdować się jak najdalej od niej.
- Jeśli któryś z was ma ochotę wychwalać nasze zwycięstwo, mój geniusz i własną odwagę - powiedział Voorten chrapliwym głosem - to niech sobie lepiej daruje. - Upił nieco wina z podanego mu pucharu. - Interesują mnie tylko i wyłącznie konkrety. Ilu wzięliśmy jeńców, Anhuus?
- Pięćdziesięciu dwóch, wasza miłość - odparł spokojnym głosem topornik, ale Mads wiedział, że to spokój pozorny. Brodacz był jednym z ostatnich ludzi z Tumu, którzy do niego przystali. Na swoje nieszczęście uczynił to dopiero po zdobyciu Wygrodu i nie mógł sobie darować, że spóźnił się na rozprawę ze Smoszczurami. To, że walka o Mglicę zakończyła się, nim dotarł do zamku, rozsierdziło go jeszcze bardziej. Ogromna dłoń, w której pucharek z winem nieledwie niknął, nadal lekko drżała.
- Większość piechota - cedził swoim zwyczajem. - Paru łuczników. Kilkunastu jeźdźców. Prawie wszyscy to Przeklęci. Góra dwóch, trzech Uwolnionych.
- To by wyjaśniało, dlaczego nie kwapili się do walki - pokiwał głową Mads i jednym haustem wypił resztę wina.
Uwolnienie było najcenniejszym dobrem w całym imperium, nagrodą, na którą należało wytrwale pracować całymi latami. Raz na jakiś czas Smocze Strażniczki wybierały garstkę Przeklętych, którzy najwierniej służyli Tuaisceartanom, i modliły się do Pani, by ta raczyła zdjąć z nich klątwę rzuconą przed laty na cały naród. Nierzadko Uwolnienie rozciągało się na całą rodzinę wiernego poddanego. Nadzieja na odzyskanie tego, co dzieliło człowieka od normalności - umiejętności zasypiania, rozpoznawania koloru, dożywania starości czy przeżywania emocji - cementowała lojalność podbitych ludów wobec Tuaisceartan i, w co bardziej cywilizowanych rejonach imperium, praktycznie wyeliminowała ochotę do buntów.
Między innymi przez Uwolnienie upadła Burza.
Bywały jednak rejony imperium takie jak ten, gdzie Smoczych Strażniczek było niewiele, a szans na wyróżnienie się wierną służbą jeszcze mniej. Ludzie tu już dawno pogodzili się z faktem, że Przekleństwo stanowi integralną, nieodłączną część ich egzystencji, i nie próbowali nawet tego zmienić. W ich życiu nadzieję już dawno wyparły obojętność i gorycz, z rzadka rozpalane nienawiścią.
- Hriszczanie? - spytał Mads.
Anhuus pokiwał głową.
Wokół stołu zapadła cisza. Myśli wszystkich na moment umknęły ku Przekleństwu, jakie Smoczyca rzuciła na ów nieliczny, ale bitny naród mieszkający na obrzeżach wielkiej puszczy zwanej Strasznikiem. Zaatakowani przez Smoszczury Hriszczanie wycofali się w ostępy leśne i próbowali toczyć z najeźdźcą wojnę partyzancką, a Smoczyca w zemście odebrała im przywilej spokojnej śmierci. Hriszczanin, który zginął gwałtownie, najczęściej w walce, zawsze wracał jako niespokojny duch, by prześladować swą rodzinę.
Opór leśnego ludu nie trwał długo. Przekleństwo przetrwało wieki.
- Ci ludzie co prawda mają wszelkie powody, żeby nienawidzić Smoczycy, ale marzą tylko o śmierci ze starości - parsknął Bielik. - Po co nam oni?
- Każdy człowiek marzy o śmierci ze starości - zwęził oczy Mads. - Poza tym ja nikogo do służby nie będę zmuszać. Jeszcze dziś się z nimi rozmówię. Powiem im, co ich czeka, jeśli zdecydują się walczyć pod moim sztandarem, a jeśli nie będzie im to odpowiadać, pozwolę, żeby odeszli. Będę czekał na tych, którzy nie mają rodzin i dzięki temu pozbawieni są lęku przed Przekleństwem. Tylko na tych.
- Pójdę z tobą, Mads - wtrąciła miękko Elinaare. - Powiem im, że... że Smoczyca nie żyje naprawdę. I żeby nie liczyli już na Uwolnienie.
- Wieści szybko się rozejdą - powiedział zadumany Hayle, stukając palcami w blat. - Ruszą za nami dziesiątki ochotników hriszczańskich. Bitny lud, a nienawistny że hej...
- Wieści szybko się niosą - powtórzył szyderczo Bielik. - Nie tylko ochotnicy ruszą za nami, ale i Tuaisceartanie. Ten twój pomysł z wysłaniem jednego z jeńców, Mads, był równie efektowny, co zbędny. Imperator i tak się o wszystkim szybciutko dowie.
- Nie jesteś w stanie ukryć wojny. - Hayle zmarszczył brwi. - Zdobycie Wygrodu, a potem Mglicy i tak nie przeszłoby niezauważone, Bielik. Nawet mając dziesięć tysięcy ludzi, nie zdołałbyś otoczyć twierdzy tak szczelnie, żeby nikt z ludzi lojalnych Smoszczurom nie wymknął się na zewnątrz. Albo musiałbyś wymordować dosłownie wszystkich. Umiesz urządzać rzezie, Bielik?
- Nie da się ukryć wojny - powtórzył Mads i obrzucił młodzieńca długim, niechętnym spojrzeniem. - Ale zawsze jest sposób, żeby wyprowadzić przeciwnika w pole. Earlowie tuaisceartańscy, których tak się obawia Bielik, z pewnością się o nas dowiedzą - ciągnął, nie zwracając uwagi na ciemniejący rumieniec Dunstana. - Może już wiedzą. I pewnie już czochrają się po tych rudych łepetynach i zastanawiają, którędy wyjdziemy, żeby dać się zmasakrować.
- Macie imponującą wiedzę na temat tuaisceartańskich strategii, pułkowniku - rzucił Bielik. - Imponującą.
- Powinienem ci w mordę strzelić, ale nie chcę ci wstydu przy matce robić - wycedził Mads. - Spójrzcie tu.
Położył na stole rulon i rozwinął go szarpnięciem. Oczom wszystkich ukazały się starannie wyrysowane kontury kontynentu oraz gór, rzek, puszcz i bagnisk. W blasku świec złociły się nazwy miast i prowincji. Palec Madsa zatrzymał się na punkciku podpisanym Mglica, niedaleko Martwego Jeziora.
- Spójrzcie - powiedział. - Otłuk, ty się odsuń, bo i tak gówno z tego rozumiesz. Z Mglicy na północ prowadzą dwie drogi. Jedna to stary szlak handlowy, wiodący wzdłuż rzeki Grzmichy i Rzecznych Fortów aż po Marę, fortecę-miasto, strzegącą zachodnich rubieży Pohorów. Druga to trakt przechodzący przez Gościnny Bród i wiodący przez krainę Wiłców i Huczące Góry na pohorskie stepy. Możemy też ewentualnie ruszyć na zachód, w stronę wolnego miasta Hanulin, ale tam nie mamy czego szukać. Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby rada kupiecka poparła cokolwiek, co nie będzie podwyżką podatków.
- Dwa trakty ze Smoszczurami i ślepy zaułek - mruknął Anhuus. - I co teraz?
Bielik prychnął głośno, opadł na krzesło i pochwycił dzban z winem.
- Zrobimy coś, czego nikt się po nas nie spodziewa - uśmiechnął się niespodziewanie pułkownik i wbił palec w jedno miejsce. - Pójdziemy tędy.
- Strasznik - odczytał Hayle i spojrzał na dowódcę z niedowierzaniem. - Co takiego?
- Gwain - rzucił Mads.
Siedzący przy drugim końcu stołu elf uniósł głowę. Wyglądał, jakby niewiele rozumiał z języka, którym posługiwali się ludzie, ale nie widać było po nim znudzenia. Z zainteresowaniem wpatrywał się w ludzkie twarze, jakby spijał ich emocje. Jego świetliste oblicze, blade, wręcz widmowe, migotało w płomieniu świecy.
- W miejscu, które dziś zwiemy Strasznikiem, kiedyś mieszkali twoi pobratymcy - powiedział Mads po piołańsku. Zgrzytliwe, niepokojące brzmienie jedynego języka ludzkiego rozumianego przez elfy sprawiło, że wszyscy poczuli się nieswojo. - Czy wśród twoich podwładnych jest ktoś, kto je pamięta?
Rayhala-Gwain-a-hyle przekrzywił głowę po kociemu. Znów przez dłuższą chwilę zwlekał z odpowiedzią, nadal nienawykły do szybkiego tempa ludzkich rozmów.
- Nie, nie sądzę, Mads-a-hyle. Ale nie martw się tym. Jeśli tam kiedyś mieszkał nasz lud, znajdziemy drogę.
Pomimo wełnianych rękawic i podbitej futrem kurty Mads czuł przenikliwe zimno. Wiatr, niemalże niezauważalny na dziedzińcu, na szczycie najwyższej wieży Mglicy kąsał dotkliwie. Przez moment spoglądał na zachód, gdzie wśród smug czerwieni kryło się słońce, i próbował ponownie przemyśleć swój plan, raz jeszcze przewidzieć pierwsze kroki Smoszczurów. Ale zimno skutecznie wypędziło z jego głowy wszelkie spójne myśli. W końcu ściągnął kaptur i oparł się o jedną z blanek, próbując możliwie najlepiej osłonić się przed kąśliwymi podmuchami.
Stał długo, miał wrażenie, że do chwili, gdy usłyszał pospieszne kroki Elinaare, upłynęła wieczność.
- Czy naprawdę w całym zamku nie ma wygodniejszych miejsc do rozmów? - parsknął ze złością, gdy pokazała się Strażniczka, okutana w gruby wełniany płaszcz. Nie miała kaptura ani czapki, ale nawet nie zwróciła uwagi na ostry wiatr, który natychmiast pochwycił jej krótkie jasne włosy.
- Może i są - odparła nieco zdyszana. - Ale wszędzie roi się od ludzi, a ja nie chcę, żeby ktokolwiek nas słuchał. Niesnaski wśród oficerów źle wpływają na morale.
Jej szeroko otwarte oczy lśniły szczerym niepokojem, a głos lekko drżał. Mads wywrócił oczami i westchnął ciężko.
- A więc chodzi o Bielika.
- Tak, chodzi mi o Dunstana. Czy ty wiesz, co się z nim dzieje?
- Tak. - Mads przymknął na moment oczy, jakby ze wszystkich sił opierał się znużeniu. - Twój syn to charakternik co się zowie, a ambicja sączy mu się z każdego otworu w ciele. Chłopaka aż rozpiera zapał, żeby pokazać innym swoją wartość, a tu, kurwa, się nie da. Bo przyszło mu służyć pod starym, złośliwym weteranem, który wie wszystko lepiej. A na dodatek za pasek ciągle łapie go matka, świeżo nabyta, niewiele od niego starsza, do której za diabła nie może się przyzwyczaić. Pomyliłem się gdzieś?
- Nie, nie pomyliłeś się - westchnęła Elinaare. - Mads, musimy coś z tym zrobić.
- Dlaczego? - Jego spojrzenie było twarde, nieprzeniknione.
- Bo cię o to proszę.
- Aha. - Spojrzenie Voortena nieco stajało. - Chyba że tak.
- Bo w przeciwnym razie jeszcze dziś złapałbyś chłopaka za kapotę i wyrzucił przez bramę prosto w błoto? - uśmiechnęła się niewesoło była Strażniczka i roztarła zaróżowione z zimna policzki. Po chwili namysłu schroniła się za blanką przy Madsie, który zrobił jej nieco miejsca.
- Nie w błoto. - Skrzywił się. - Bo wtedy gotów byłby się mścić. Ambicja to niebezpieczna rzecz, Elinaare. To potężna broń, która najczęściej obraca się przeciwko temu, który nią włada.
- Jak bardzo irytuje cię Dunstan?
- On mnie nie irytuje - żachnął się Mads. - Wybacz, ale jestem ponad to. Lubię tego chłystka i cenię go za odwagę. Widziałaś ty, jak wjechał konno na schody, żeby roztrącić łuczników? Nie pozwolę jednak, żeby ktoś osłabiał mój autorytet przy pozostałych oficerach. A od chwili wyjazdu z Wygrodu gęba mu się nie zamyka. Nie podoba mu się to, że wyruszamy na wojnę jesienią, że nie burzymy świątyń Smoczycy, że nie rozwalamy zdobytych zamków, że jest nas za mało... Wierz mi, że pięść mi twardnieje, jak tego słucham.
- Wierzę - wykrztusiła z trudem kobieta. - Masz jakiś pomysł, co z tym zrobić?
- Dałbym młodemu kilku konnych i puścił na daleki zwiad. Niech się wyszumi - uśmiechnął się krzywo Mads. - Ale nie mogę. Jego matka mi nie pozwala.
- Otóż to. - Elinaare również lekko się uśmiechnęła. Wiatr zawył głośniej wśród blanek wieży. - Twój pomysł, Mads, jest krótki, zdecydowany i treściwy, a więc typowo męski. Pozwól więc, że przedstawię ci moje rozwiązanie. Typowo kobiece. Poprosiłam go, żeby wpadł tutaj i porozmawiał z tobą.
- Tu? - jęknął Mads. - Teraz?
- Nie ma co tego odkładać - odparła Elinaare i ruszyła ku schodom. - Nie wiadomo, co przyniesie jutro. O, chyba idzie.
Pomimo przenikliwego świstu wiatru usłyszeli pospieszne kroki na schodach. O wiele zbyt pospieszne.
Strażniczka zatrzymała się i wbiła wzrok w ciemną jamę wejścia, z której wyłonił się czerwony na twarzy, zasapany żołnierz. Na jej widok rymnął na kolana.
- Wybaczcie, pani - wysapał. - Bielika nie ma w całym zamku!
- Co się stało? - Kobieta obróciła niespokojne spojrzenie na Madsa.
- Przy bramie mówili, że wyjechał jakiś kwadrans temu - bełkotał żołnierz. - Samojeden pojechał, co koń wyskoczy! Na wschód pono pędził.
- Na wschód - mruknął Mads. - A więc przynajmniej wiemy po co.
Wypadli z zamku w dziesięć koni.
Prowadził Mads na drobnym Żmijce, obok niego pobladła Elinaare na ciężkim destrierze, najwyraźniej wybranym bez namysłu, dalej Hayle, Gwain, Otłuk i jeszcze kilku jeźdźców. Przelecieli przez obozowisko piechoty Anhuusa, wzbudzając okrzyki przestrachu, minęli rozłożone na uboczu namioty elfów, wylecieli na trakt wiodący w stronę lasu, odprowadzani zatrwożonymi spojrzeniami mieszkańców osad służebnych.
Na szlaku przeszli w cwał. Kopyta waliły w ziemię, świstały baty, wiatr wyciskał łzy z oczu. Gnali jak szaleni, osaczani przez coraz głębsze ciemności. Linia lasu wybiegała im na spotkanie, otaczała ich niczym stęsknione ramiona, czarna, coraz czarniejsza. Na niebie migotały już gwiazdy.
Pędzili, choć nie miało to sensu.
Mads zatrzymał się, dopiero gdy zewsząd otoczyły ich drzewa. Zawrócił Żmijkę i zaczekał na resztę. Nie zwrócił uwagi na Elinaare, która z trudem zatrzymała rozhukanego rumaka, patrzył na jadącego z tyłu elfa, który jako jedyny nie poddał się ludzkim emocjom i wyglądał na wręcz rozbawionego.
- Umiesz go wytropić? - spytał wprost po piołańsku.
Rayhala przerzucił nogę nad końskim karkiem i z gracją ześlizgnął się na ziemię. Przysiadł, dotknął zmarzniętego gruntu, rozejrzał się, wciągnął powietrze w płuca. Przez moment przypominał ducha, w pełni zespolonego z otaczającą go puszczą, po czym nagle skrzywił się całkiem po ludzku i wstał.
- Nie trzeba - mruknął.
Mads kątem oka dostrzegł, że z prawej strony zasłonił go Hayle, a z lewej ogromny Otłuk. Zauważył też, że była Strażniczka, nadal siedząca na grzbiecie zdyszanego, parującego rumaka, wpatruje się weń z niepokojem.
- Co znaczy "nie trzeba"? - zapytał z rozdrażnieniem, widząc, jak elf zakłada ręce na piersi i patrzy w dal. Żmijka cicho parsknął i w tejże sekundzie Mads usłyszał coraz głośniejszy tętent kopyt.
Szczęknął oręż, zatupały konie, zaskrzypiały napinane cięciwy. Grupa jeźdźców na drodze błyskawicznie przeobraziła się w niebezpieczny, najeżony ostrzami półksiężyc. Za ich plecami Elinaare uniosła wysoko włócznię. Na jej końcu pojawiła się kula smoczego ognia, który zalał okolicę migotliwym blaskiem. W jego lśnieniu ujrzeli konia, który pędził w ich stronę z rozwianą grzywą.
Biegł bez jeźdźca.
Światło zakołysało się, cienie zafalowały. Elinaare niespodziewanie musnęła końskie boki ostrogami, a jej ciężki rumak skoczył do przodu, roztrącając inne. W kilka uderzeń serca później zajechała drogę wierzchowcowi bez jeźdźca, złapała go za uzdę, ściągnęła.
- To koń Dunstana! - krzyknęła.
Kula smoczego ognia zakołysała się, aż drzewa zafalowały, po czym nagle zaczęła się oddalać niczym oszalały, rozrośnięty bagienny ognik. Mrok poniósł tętent kopyt ciężkiego destriera.
Żmijka prychnął.
- Wiem, głupia baba - mruknął Mads. - Ale spróbuj jej to powiedzieć. Ruszaj, koniku.
Nie trzeba było ostróg ani szpicruty. Żmijka skoczył w mrok puszczańskiego traktu w pogoni za oddalającym się światłem, a za nim pozostałe rumaki. Gnali pochyleni nad grzywami, pijani zimnym wichrem, z każdą chwilą coraz bardziej niepewni.
"Przecież w ten sposób my nigdy nie odnajdziemy tego szczeniaka" - przemknęło Madsowi przez głowę. "Jak ją zatrzymać?"
Otarł łzy wyciśnięte pędem i w tymże momencie ognik rozrósł się na mgnienie oka, uformował słup, wbił się między drzewa. Wiatr przyniósł wrzask.
W tej samej chwili Gwain, pędzący obok niego, wskazał coś ręką.
W resztkach blasku smoczego ognia Mads dojrzał jakąś drobną sylwetkę przemykającą między drzewami.
- Goń! - Klepnął konia w kark.
Rumak z Pustaci natychmiast zrozumiał intencje jeźdźca i skoczył między rozrośnięte, powykrzywiane pnie. Zmarznięte runo leśne zachrzęściło pod kopytami, zaszeleściła roztrącana leszczyna.
- Stój! - wrzasnął Mads, już z łukiem w ręku i strzałą na cięciwie. Żmijka znieruchomiał niczym posąg, umożliwiając jeźdźcowi oddanie celnego strzału.
Ścigany zatrzymał się jak wryty, stracił równowagę, przetoczył się po zeschniętych liściach i w tejże chwili pochłonęła go ciemność. Wyłonił się z niej sekundę później, gdy daleko na trakcie znów rozjarzył się smoczy ogień. Mads ujrzał wąskie plecy i długie ramiona uciekającego, a także wielką głowę na długiej szyi. Drobne rozmiary i nieludzka zręczność, z jaką skakał z korzenia na korzeń, od razu podpowiedziały Voortenowi, z kim ma do czynienia.
- Goblin - szepnął i raz jeszcze krzyknął: - Stój! Stój, bo strzelam!
Nawet jeśli uciekinier miał zamiar posłuchać, Hayle nie dał mu takiej szansy. Najechał nań konno od strony traktu, ciął krótko, celnie. Goblin padł w leszczynę i znieruchomiał.
- Śmierdziele! - warknął Mads i wrzucił strzałę do kołczanu. Łuk w okamgnieniu znalazł się w sajdaku.
- Nie tylko, pułkowniku. - Hayle już zawracał konia. - Są i ludzie.
Nie licząc lochów i kamieniołomów, istniała tylko jedna okoliczność, w której ludzie spotykali się z goblinami.
- Banda zbójecka? - skrzywił się Mads. - Pod nosem Smoszczurów z Mglicy?
- Ciekawe - odezwał się ktoś po piołańsku. - Tym bardziej że oni przed czymś uciekają.
Mads błyskawicznie odwrócił głowę. Rayhala-Gwain-a-hyle siedział na gałęzi, a jego blada twarz z wielkimi oczami przypominała oblicze puszczyka. Weteran zatrząsł się - nie miał pojęcia, jak i kiedy elf mógł się wdrapać na drzewo, przy którym stał - ale odkaszlnął i spytał:
- Uciekają? Przed czym?
- A skąd ja mam wiedzieć? - wzruszył ramionami elf.
"Kolejny gest, którego nauczył się od nas" - pomyślał Mads. "Ciekawe, kiedy my zaczniemy uczyć się od nich. I czy w ogóle".
Poderwał róg i zadął trzykrotnie.
Bielik stał pod rozłożystym dębem, wsparty o miecz, i ciężko oddychał. Z początku nie zauważył ani ogromnego ogiera wojennego, na którym nadjechała jego matka, ani jej towarzyszy, którzy nadciągnęli w ślad za nią. Pustym wzrokiem wpatrywał się w rozrzucone przed sobą trupy ludzi i goblinów, pocięte, wręcz zmasakrowane. Uniósł wzrok, dopiero gdy Elinaare stanęła tuż przed nim.
- Nic ci się nie stało? - powiedziała drżącym głosem, ze wszystkich sił powstrzymując się, by go nie objąć.
Pokręcił powoli głową i odetchnął ciężko.
Od grupy jeźdźców oderwał się Mads. Szedł szybkim krokiem, z daleka widać było jego wściekłość, ale zwolnił, gdy była Strażniczka uniosła dłoń. Zatrzymał się kilka kroków przed kobietą.
- Co ci strzeliło do łba? - wysyczał. - Postanowiłeś naprawić mój błąd, tak? Postanowiłeś zabić jeńca, którego wypuściłem żywcem? Czy ty, do kurwy nędzy, kiedyś pojmiesz, że...
- Tak, pułkowniku. - Dunstan podniósł głowę i spojrzał na dowódcę ze zmęczeniem. - Chciałem zabić uwolnionego przez was człowieka, ale nie zdążyłem tego uczynić. Przytrafiło mi się natomiast coś innego i... i bardzo pożałowałem, że cię nie słuchałem, pułkowniku. Bardzo. Myślałem, że... że wszystko skończy się tu, pod tym dębem. To cud, że żyję.
Ostatnie słowa wypowiedział szeptem. Elinaare łykała łzy.
- Te tutaj... - Mads wskazał trupy - to wszystko ty?
- Tak, ja. - Bielik przytaknął półprzytomnie. - Ja już będę milczał, pułkowniku. Będę trzymał gębę zamkniętą.
- Wracajmy do zamku - zarządził Mads. - A... a jeśli przyjdzie komuś z was ochota, żeby o tym opowiedzieć - ostatnie słowa skierował do reszty oddziału - to niech mi się jeden z drugim nie krępuje.
Powoli zawracali i odjeżdżali, co rusz spoglądając na pobojowisko, jakby wciąż nie mogli uwierzyć w ten widok. Mads zawrócił Żmijkę jako ostatni i wtedy uświadomił sobie, że między drzewami czeka na niego elf.
Gwain dotknął palcami końskiego karku, a ten posłusznie zrównał się z rumakiem Madsa.
- Jak ci się udało tak niespostrzeżenie wleźć na drzewo? - spytał człowiek, siląc się na żart, ale Rayhala nie odpowiedział. Obejrzał się za siebie i szepnął:
- Coś jest w tym lesie. Coś, co do niego nie należy.
- Co takiego?
- Nie wiem. Wiem tylko tyle, że dzisiejsze wydarzenie ma o wiele większe znaczenie, niż nam się wydaje.
Rozważania na temat słów elfa nie przyniosły żadnego rozwiązania. Mads klepnął Żmijkę w kark i odesłał konia pod opieką stajennego, obrzucił jeszcze jednym spojrzeniem Bielika, a potem poczłapał do komnaty w towarzystwie nieodłącznego Otłuka. Pozwolił pomóc sobie zdjąć kolczugę, a potem zrugał ochroniarza z wprawą, wywalił go na zewnątrz, trzasnął drzwiami i zabrał się do poszukiwania gąsiorka z winem.
Nie zwrócił zupełnie uwagi na to, że jest obserwowany.
- Mam nadzieję, że szukasz jakichś smacznych robali dla mnie - powiedział siedzący na kamiennym parapecie kruk. - Bo w przeciwnym razie nic ci nie powiem. Nic a nic. A pewno chciałbyś wiedzieć, że Istvan już nadciąga. No? To jak będzie, dwunogu?
COPYRIGHT ? BY Marcin MortkaCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2012
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-783-6
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
GRAFIKA ORAZ PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
REDAKCJA Małgorzata Hawrylewicz-Pieńkowska
KOREKTA Piotr Pawlik, Magdalena Byrska
SKŁAD Dariusz Nowakowski
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl