Drozdy. Posłaniec śmierci - Chuck Wendig

-
Proszę czekać

1

SHIP BOTTOM

Bip.

Emulsja do opalania.

Bip.

Ciasteczka orzechowe.

Bip.

Tampony, ręcznik plażowy, kilka kartek pocztowych i, niespodziewanie, puszka zielonej fasolki.

Miriam chwyta każdy przedmiot przez czarną rękawiczkę i przesuwa po kolei nad skanerem kasy. Czasem schyla głowę i spogląda wprost w czerwone światło czytnika. Nie wolno jej tego robić. Ale ona nie zwraca na to uwagi; to jedna z nielicznych form buntu, na jakie sobie pozwala w nowym życiu. Może, myśli Miriam, czerwona wiązka wypali tę część mózgu, która czyni ją tym, kim jest. Zmieni ją w tępe, ale uśmiechnięte warzywo, radośnie nieświadome, szczęśliwe w zamkniętej celi z plexiglasu.

- Proszę pani?

Niespodziewane słowa wyrywają ją ze świata wyobraźni i sadzają z powrotem przy kasie.

- Chryste, co znowu? - pyta.

- Skasuje mnie pani wreszcie?

Miriam spogląda na dłonie. Wciąż trzyma w nich puszkę zielonej fasolki. Producent Del Monte. Przez chwilę rozważa, czy nie roztrzaskać głowy kobiecie w plażowej sukience ze spranym motywem kwiatów hibiskusa. Ledwie zakrywa jej obwisłe piersi, w połowie spieczone na raka, w połowie białe jak robaki. Dwie połówki przedzielone rubikonem paskudnej opalenizny.

Rozmyśla się i przesuwa puszkę nad skanerem. Uśmiecha się uprzedzająco.

Bip.

- Ma pani coś z rękoma? - pyta kobieta. W jej głosie słychać troskę.

Miriam porusza palcem - jak gąsienica przemieszczająca się skrajem liścia. Czarna skóra rękawiczki trzeszczy i piszczy.

- A, o to chodzi? No tak, muszę je nosić. Wie pani, jak w restauracjach, nie? Tam kobiety muszą mieć czepki, żeby im włosy nie wypadały, BHP i tak dalej. A ja muszę nosić rękawiczki, jeśli w ogóle chcę tu pracować. Higiena i bezpieczeństwo pracy. Nie potrzebujemy przecież epidemii żółtaczki, dobrze mówię? Mam typ A, B, C i ten najgorszy, X.

A potem, żeby postawić kropkę nad i, unosi dłoń do przybicia piątki.

Kobieta nie korzysta z jej zaproszenia.

Widać za to, że krew odpływa jej z twarzy, a spalona na czerwono skóra robi się chorobliwie blada.

Miriam nie ma pojęcia, co by się stało, gdyby powiedziała prawdę: To nic takiego! Po prostu, kiedy dotykam ludzi gołą skórą, w głowie zaraz pojawiają mi się te zwariowane wizje i wiem, jak ten ktoś umrze. Dlatego noszę rękawiczki - żeby nie oglądać tych idiotyzmów.

Może pójść jeszcze dalej i wyjaśnić bezpośrednią przyczynę: Noszę je, bo Louis chce, żebym je miała.

Mimo że rękawiczki nie zapewniają stuprocentowej ochrony przed wizjami. Z drugiej strony, poza Louisem nikt jej nie dotyka. Nigdzie. Nawet w największe upały chodzi szczelnie okryta.

Za kobietą tworzy się kolejka, siedem, może osiem osób z zakupami. Wszyscy słyszą, co Miriam mówi. A ona nie potrafi siedzieć cicho. Dwójka klientów - pulchny mężczyzna w kolorowej jak papuga koszuli i młoda dziewczyna z niezdrowo wyglądającymi sztucznymi piersiami wielkości piłek - zostawiają swoje rzeczy na taśmie i odchodzą.

A klientka przy kasie nie chce się poddać. Robi kwaśną minę i nagle, nie wiadomo skąd, w jej dłoni pojawia się karta kredytowa. Miriam wyobraża sobie, że skrywa ją w pokrytej piaskiem pochwie. Kobieta rzuca plastikiem, jakby nagle zmienił się w wyjętego z ogniska ziemniaka.

Miriam już ma ją podnieść, kiedy na ramieniu czuje czyjąś dłoń.

Wie, kto za nią stoi.

Odwraca się i widzi Peggy, szefową sklepu Ship Bottom Sundries na Long Beach Island w New Jersey. Peggy ma nos, który musiał zostać obdarzony własną grawitacją, bo cała jej twarz zbiera się wokół niego, jakby przyciągał ją jakiś magnetyzm. Peggy, której gigantyczne ciemne okulary przywodzą na myśl modliszkę. Peggy, która farbuje siwiejące włosy na pomarańczowo i zostawia niedbale splątane.

Pieprzona Peggy.

- Byłabyś tak uprzejma i wyjaśniła, co ty w ogóle wyprawiasz? - Miriam ma wrażenie, że szefowa każdą rozmowę zaczyna w ten sam sposób. I do tego ten cholerny akcent z New Jersey. Byabyś ta upszejmaa i wyjaśniaa, co ty ogóle wyprawiaa?

- Pomagam obywatelom tego wspaniałego kraju dokonać niezbędnych sprawunków, ku chwale ojczyzny.

W myślach dopowiada resztę sloganu: Ship Bottom Sundries, u nas znajdziecie bułki do hot dogów, tanie tampony w dużych paczkach i piszczące plastikowe kraby dla waszych wrzeszczących bachorów.

- A ja mam wrażenie, że byłaś dla niej nieuprzejma.

Miriam zmusza się do urażonego uśmiechu.

- Naprawdę? Jeśli już, to niecelowo.

Absolutnie celowo.

- Wiesz chyba, że zatrudniłam cię, bo ktoś mnie poprosił.

- Tak, wiem. Nie mogłabym zapomnieć, bo codziennie mi o tym przypominasz.

- Bo to prawda.

- Aha. Zgadza się. Po raz kolejny udało nam się to ustalić.

Peggy mruży otoczone zmarszczkami oczy.

- Jesteś strasznie przemądrzała.

- Można by się kłócić, bo ja, na przykład, uważam, że ciągle robię jakieś głupoty.

Kolejka wydłuża się coraz bardziej. Kobieta w kwiatowej sukience plażowej tuli zieloną fasolkę do piersi, jakby puszka warzyw mogła odczarować dzień z klątwy, która została na niego rzucona. Pozostali klienci przyglądają się kłótni szeroko otwartymi oczami i pochrząkują niezadowoleni.

- Myślisz, że jesteś zabawna - mówi Peggy.

Miriam nie zwleka z odpowiedzią.

- Ależ jestem.

- Nie sądzę.

- Nie sądzisz, że jestem czy że nie jestem?

Twarz Peggy skręca się jak wyżymany ręcznik. Dopiero po chwili do Miriam dociera, że tak Peggy manifestuje radość.

- Zwalniam cię - mówi kobieta. Wykrzywione wargi i uniesione kąciki ust w żałosnej próbie naśladowania ludzkiego uśmiechu.

- Wiesz co, wal się - mówi Miriam. - Nie wyrzucisz mnie z roboty.

Dopiero poniewczasie uświadamia sobie, że słowa "wal się" nie są najlepszym sposobem na zachowanie miejsca pracy, ale co począć, poszły konie po betonie.

- Mam się walić? - powtarza Peggy. - Nie, to ty się wal. Mam z tobą same problemy. Codziennie przychodzisz nadąsana, jakby ci ktoś nasikał do vibovitu...

- Chryste, kobieto, w jakich czasach ty żyjesz? Kto jeszcze wie, co to vibovit?

- ...a ja nie potrzebuję tutaj małej naburmuszonej zdziry. I tak mamy już ostatni weekend sezonu, więc nie będę żałować. Wylatujesz. Kaput. Bierz swoje rzeczy i wynoś się. Ostatnią wypłatę prześlę ci pocztą.

Ona nie żartuje, myśli Miriam.

Właśnie została zwolniona.

Dostała wypowiedzenie.

Wywalili ją na zbity pysk.

Powinna się cieszyć.

Jej serce, w końcu wolne, powinno być jak otwarta klatka z ptakami, które w końcu mogą nieskrępowane wzbić się w niebo. To powinien być ten specjalny moment tańców, hulanki, swawoli, rozkloszowanych spódnic, rozłożonych ramion i wiatru we włosach. A mimo to jedyne, co czuje, to kwas solny w żołądku i potężną pięść wściekłości zaciskającą jej się na gardle. Falę jadu przepływającą przez żyły.

Louis powtarza, żeby panowała nad sobą.

Ale ona jest już potwornie zmęczona. Ma tego dość.

Zrywa z piersi plakietkę z imieniem - ma na niej napisane "Maryann", bo ktoś schrzanił zamówienie i nikomu nie chciało się tego naprawiać - i rzuca ją za siebie. Klientka w luźnej sukience uchyla się przed lecącą plakietką.

Potem Miriam wraca do swojego starego zwyczaju - unosi środkowy palec i trzyma go Peggy przy samym nosie - po czym wypada na zewnątrz.

Zatrzymuje się. Stoi pośrodku parkingu. Trzęsą jej się dłonie.

Czuje bryzę znad oceanu. Powietrze niesie zapach słonej wody, ryb i delikatną woń oleju kokosowego. Na asfalcie tańczą chmury piasku.

Na kawałek chleba rzuca się kilkanaście mew i zaczyna walczyć. Trzepot skrzydeł i wrzask. Pijane okruchami i zwycięstwem.

Jest gorąco. Bryza tylko trochę łagodzi upał.

Wszędzie ludzie. Klap, klap, klap, bezustanne stukanie japonek o pięty. Ryk czyjegoś dzieciaka. Harmider i śmiechy urlopowiczów przeczuwających zbliżający się koniec wakacji. Łomot basu z samochodu posuwającego się powoli zakorkowaną Long Beach Boulevard; Miriam nie może oprzeć się wrażeniu, że z głośników dudni słowo dupa-dupa-dupa-dupa. Rytm nakłada się na wściekłe bicie jej serca, które za każdym razem napiera na mostek i żebra. Z drugiej strony parkingu macha do niej Walt, chłopiec od ustawiania wózków na zakupy, choć chłopiec to niewłaściwe słowo, bo Walt jest pięćdziesięcioletnim mężczyzną, tyle że upośledzonym w rozwoju. On jeden był dla mnie miły. I, zdaje się, dla niego jednego Miriam była miła.

A, pieprzyć to, myśli.

Zdejmuje jedną rękawiczkę.

Potem drugą.

Rzuca je niedbale za siebie. Ma dziwacznie białe dłonie, znacznie bielsze niż reszta ciała. Skóra na palcach marszczy się jak po zbyt długiej kąpieli.

Gdyby Louisowi naprawdę zależało, żeby dawała sobie radę, nie zostawiłby jej samej. A zostawił.

Miriam wraca do sklepu. Po drodze wypręża palce, aż strzelają kostki.

2

WYZWOLENIE MIRIAM BLACK

Peggy zastąpiła Miriam przy drugiej kasie od końca. Miriam podchodzi do niej, klepie w ramię i podaje dłoń - udawany uścisk na zgodę: stary trik, żeby wyłudzić czyjś dotyk. Potrzebuje tylko krótkiego kontaktu gołej skóry, by przywołać wizję śmierci. Nie może się doczekać, żeby zobaczyć, jak babsztyl wykituje. Jest głodna tego widoku. Pragnie go jak narkoman narkotyku.

Miriam ma nadzieję, że Peggy zejdzie na nowotwór zadka.

- Chciałam ci tylko podziękować - kłamie, zaciskając zęby. Podziękować rakiem rzyci. - Pomyślałam, że zrobię to jak cywilizowany człowiek i uściśniemy sobie dłonie.

Ale Peggy, o nie, ona tego nie kupuje. Spogląda na dłoń Miriam, jakby nie patrzyła na ludzką kończynę, tylko na jadowitego pająka.

Podaj mi rękę, panienko!

Potrzebuję tego.

Muszę to zobaczyć.

Tyle czasu minęło. Niemal czuje świerzbienie dłoni.

Dawniej nienawidziła swojego daru.

W sumie nadal go nienawidzi. Ale mimo wszystko chce zobaczyć.

Dawaj, kurwa, rękę!

- Uciekaj stąd - mówi Peggy i cofa się odrobinę.

Wszystko na nic.

Peggy odwraca się do niej plecami. Wraca do kasowania zakupów. Bip. Bip. Bip.

- Proszę - mówi Miriam. Tym razem z naciskiem. Głos jej lekko drży. - No dalej, załatwmy to jak dorośli ludzie.

Peggy ją ignoruje. Klienci się przyglądają.

Bip. Bip. Bip.

- Hej, Peggy! Mówię do ciebie! Podaj mi, cholera, rękę!

Peggy nawet się nie obraca.

- Powiedziałam już, że nie chcę cię tu widzieć!

Miriam świerzbią dłonie. Czuje ból. Jest jak głodny pies, który przygląda się, jak jego pan zjada stek - pragnienie i głód zaciskają jej szczęki, a ślina zalewa usta. Chce to zobaczyć. Tylko ten jeden raz.

- W porządku, ty nieznośna cipo, jak nie chcesz po dobroci, to zrobimy to po mojemu.

Od tej chwili nie ma już drogi odwrotu. Miriam chwyta Peggy za ramię, odwraca szarpnięciem i uderza ją...

Peggy krzyczy. Ucieka, ale potyka się o trupa na zasypanej piaskiem podłodze Ship Bottom Sundries. Trupem jest Walt, chłopiec od wózków na zakupy. Spod kobiety wylewa się coraz większa kałuża krwi - która nie jest jej - a z gardła wydobywa się krzyk przypominający paniczny pisk zwierzęcia, które widzi nóż rzeźnika zbliżający się do gardła. Ale Peggy nie krzyczy sama - cały sklep piszczy i wyje, a ludzie uciekają między półki i na zewnątrz. Chudy mężczyzna wyraźnie odstaje od pozostałych - nie pasuje do tłumu. Ma ciemne okulary, krótką koszulkę w serek i spodnie khaki, całe poplamione jedzeniem, olejem samochodowym czy Bóg wie czym. Nieznajomy unosi pistolet - kanciastego glocka - i pociąga za spust. U wylotu lufy pojawia się język ognia, a kula odłupuje kawałek czaszki Peggy, razem z jej pomarańczowymi włosami. Po chwili kolejny pocisk z siłą rozpędzonego pociągu przebija jej płuca i kobieta po raz ostatni nabiera powietrza...

...wierzchem dłoni. Głowa Peggy odskakuje, ale to nie właścicielka sklepu jest zaszokowana. Miriam stoi nieruchomo i słyszy szum krwi w żyłach i dudnienie w głowie. Robi jej się niedobrze. Świat zaczyna wirować, a ona nie może uwierzyć, że to wszystko może być prawdą, że wydarzy się to, co przed chwilą zobaczyła.

Peggy ma przed sobą trzy minuty życia.

Trzy minuty.

Tutaj. Zaraz. Teraz.

O Boże!

Otwierają się drzwi i do środka wchodzi Walt, siłując się z nieposłusznym stadkiem wózków. Mimo wysiłku jest wciąż uśmiechnięty i gwiżdże radośnie.

Peggy sapie z oburzenia.

- Wzywam policję!

Jej słowa docierają do Miriam jak echo odległego krzyku albo jakby ktoś wypowiedział je z głową pod wodą. Odwraca gwałtownie głowę i przesuwa wzrokiem po kolejce do kasy. Na samym końcu dostrzega mężczyznę. Ma na sobie ciemne ray-bany. I koszulkę w serek. I brudne szorty.

Mężczyzna z pistoletem.

Jeszcze dwie i pół minuty.

W tym momencie Miriam zauważa jakiś ruch nad głową. Na kratownicy pod sufitem siedzi kruk i kołysze się z boku na bok. Kruk ma tylko jedno oko. Drugie ktoś mu wyłupił, pozostała po nim dziura.

Ptak otwiera dziób, a Miriam słyszy w głowie czyjś głos: Witamy z powrotem, Miriam Black.

Mruga gwałtownie i ptak znika.

Peggy usiłuje ją zatrzymać. Chwyta za nadgarstek, ale Miriam nie ma czasu do stracenia. Odpycha ją. Peggy wpada na kasę i z głośnym bip! zatrzaskuje szufladę z pieniędzmi.

Dziewczyna nie ma pojęcia, co zrobić. Czuje się zagubiona. Osamotniona. I, sama nie wie dlaczego, rozszalała niepewność sprawia, że znów jest sobą.

Rusza w stronę końca kolejki. Jakby prowadził ją autopilot. Jakby siedziała w wagoniku kolejki górskiej, której nie może zatrzymać. Peggy coś krzyczy. Jej głos ledwie do niej dociera.

Klienci z kolejki patrzą zaciekawieni, ale odsuwają się, kiedy ich mija. Nie chcą zrezygnować ze swojego miejsca do kasy i jednocześnie nie chcą się znaleźć obok niej.

Zostały tylko dwie minuty. Może nawet mniej.

Staje za mordercą. Mężczyzna się nie rusza. Nie patrzy i nie mruga. Nie zwraca na nic uwagi.

Peggy wychodzi z kasy, jest zaszokowana. Krzyczy, żeby ktoś wezwał policję. Mamrocze coś o napaści. Prosi klientów o pomoc. Pomoc w zatrzymaniu Miriam. Nikt się nie kwapi, by spełnić jej prośbę. Ludzie chcą kupić, czego potrzebują, i uciec jak najdalej od tego miejsca.

Niektórzy już teraz odkładają swoje rzeczy i salwują się ucieczką. Bez sensu cokolwiek ryzykować, tak pewnie myślą. Miriam skupia się na napastniku, myśli tylko o nim, o jego broni i o śmierci.

- Masz pistolet - mówi. Kiedy się odzywa, ma zachrypnięty głos i taką suchość w ustach, że z trudem odrywa język od podniebienia.

Mężczyzna odwraca się trochę i potrząsa głową jak zaskoczony pies. Nie może uwierzyć, że usłyszał to, co usłyszał.

Walt znów ją widzi. Macha.

Mężczyzna dopiero teraz pojmuje, co do niego powiedziała.

- Chcą, żebym wszystkich zabił.

- Nie wolno ci tego zrobić - mówi. Jeszcze półtorej minuty. I zdaje sobie sprawę, że to na nic. Jej słowa niczego nie zmienią. To tak nie działa. Rok wcześniej poznała zasady, które tym rządzą, kiedy w starej latarni morskiej zastrzeliła bossa narkotykowego.

Losu nie da się zmienić.

Chyba że. Chyba że...

Chyba że zapłaci odpowiednią cenę. Zapłaci krwią. Oko za oko, ząb za ząb, życie za życie. Tylko coś równie doniosłego może zmienić bieg rzeczy. Żeby zatrzymać rzekę, potrzeba kurewsko wielkiej skały.

- Kto ci kazał ich pozabijać?

- Głosy. To nie one cię przysłały? - pyta nieznajomy.

- Nie. - Miriam potrząsa głową. Nie ma pojęcia, o kim mówi, ale patrząc na jego usta, wie, że nie wypowiedział tych słów na głos. Porusza w powietrzu palcami jak wywrócony chrabąszcz. Miriam czuje bijący od niego zapach potu i oleju do smarowania broni i wszystko jest już dla niej jasne - gość jest szurnięty. Całkowicie pokręcony, z sieczką zamiast mózgu.

Debil z przerażającą misją.

Nie zdąża dokończyć myśli, kiedy mężczyzna wyciąga broń. Glocka.

Jego dłoń porusza się bardzo szybko. Nieznajomy uderza Miriam kolbą w głowę. Dziewczyna na chwilę traci wzrok, a przed oczyma widzi tylko jaskrawe białe światło. Zatacza się i pada boleśnie na kość ogonową.

Szansa, by zrobić to, co powinna zrobić, jest coraz mniejsza, bo zamroczona nie może się podnieść z podłogi.

Świat dookoła zwalnia. Miriam czuje się jak komar przyklejony do kropli żywicy.

Po nosie ścieka jej strużka krwi.

Nie może zmusić nóg, by w końcu podniosły ją z ziemi.

Mężczyzna unosi broń nad głowę i pociąga za spust.

Panika. Krzyki. Chaos.

Opuszcza broń, celuje. Kolejny strzał. Frontowe drzwi rozpadają się na kawałki.

Miriam w końcu wstaje. W głowie jej huczy, a przed oczyma cały czas tańczą kolorowe rozbłyski. Jest tuż za nim. Podąża wzrokiem za jego bronią, którą wycelował w stronę Walta.

Teraz albo nigdy.

Czy losu naprawdę nie da się zmienić?

Miriam doskonale zna sklep. Zaczęła pracę jeszcze przed początkiem sezonu. Kto, grając w grę "Czego można użyć jako broni?", nigdy się nie rozglądał po swoim miejscu pracy? No dobrze, może nikt poza nią. Może to tylko jej gra. Bo Miriam Black nie jest jak inni. Już nie.

Odwraca się. Sięga po coś z półki na samym końcu regału.

Długi widelec z dwoma zębami z błyszczącej nierdzewnej stali.

Widelec do grillowania.

Wbija go z boku w szyję mężczyzny, kiedy ten pociąga za spust.

Walt krzyczy i pada na ziemię. Wózki rozjeżdżają się na wszystkie strony.

Krew tworzy szkarłatne bąble wokół zębów widelca i tryska jak fontanna. Kapie na ramię strzelca i wsiąka w jego koszulkę.

Morderca odwraca się do Miriam. Niezdarny piruet z długim widelcem sterczącym z szyi, który wygląda jak dziwaczny włącznik. Wystarczy go nacisnąć, żeby odciąć zasilanie.

Dziewczyna mruga i patrzy prosto w wylot lufy glocka.

- Ty zawsze musisz coś namieszać - mówi mężczyzna. Ma usta czerwone od krwi. W jego słowach nie ma gniewu. Żal, może. I smutek. Na pewno dużo smutku.

Błysk wystrzału. Miriam nie słyszy huku.

Ale czuje. Jej głowa odskakuje - a po czaszce przesuwa się płonąca błyskawica, jakby Szatan zaszczycił ją swoim parzącym spojrzeniem.

Mężczyzna pada bokiem na półkę z biżuterią z muszli, zabawkowymi skrzyniami pirackich skarbów i szklanymi bańkami z wodą, w których zamiast płatków śniegu wirują ziarenka piasku. Wszystko roztrzaskuje się o podłogę.

Miriam chce coś powiedzieć.

Tyle że jej usta nie są już połączone z mózgiem.

Dla świata to może chwila wytchnienia.

Ale dla niej to coś strasznego.

Głęboka i złowroga ciemność wyciąga się w jej stronę i mocno ją oplata.

WŁAMYWACZ

Miriam siedzi na plaży wciśnięta w tanie, plastikowe białe krzesło. Dłonie trzyma na białym stoliku od kompletu, palce stóp ma zagrzebane w zimnym piasku, przez co wyglądają jak rządek ostryg.

Naprzeciwko siedzi jej były chłopak, Ben Hodges. Zamiast potylicy ma krwawy wykrot po tym, jak wiele lat temu wziął do ust lufę strzelby i pociągnął za spust. Oboje byli wtedy głupimi, napalonymi nastolatkami. Pieprzyli się. Ona zaszła w ciążę. On się zabił. A jego matka wyładowała swoje wściekłe osamotnienie na Miriam, waląc ją na oślep czerwoną szuflą do śniegu.

Tamten dzień. To właśnie tamtego dnia narodziła się Miriam. Obecna Miriam. Miriam obdarzona przekleństwem. Darem. Tym czymś, co ma.

Ben chrząka.

Dwa czarne ptaki - oba z czerwoną plamką na każdym skrzydle - dziobią jego zmasakrowany mózg, jakby szukały w nim robaków.

Fale przybijają do brzegu, fale wracają do morza, nieprzerwany szum poruszającej się wody.

- Wiedziałem, że nie wytrzymasz zbyt długo - mówi Ben.

Jednak Miriam wie, że to nie on. Kiedyś, dawno temu, powiedziałaby, że to tylko wytwór jej wyobraźni, zmora przybierająca kształty zaczerpnięte z jej umysłu - i możliwe, że tak rzeczywiście było. Jednak dziś nie dałaby za to głowy. Może wtedy też nie?

- Jestem sobą.

- Właśnie na to liczymy.

Miriam rozkłada szerzej dłonie, nachyla się i patrzy mu w oczy.

- My. To nie pierwszy raz, kiedy słyszę to słowo.

- A imię nasze Legion. Jesteśmy demonami w twojej głowie.

- Że niby to wszystko to moje zwidy? Jesteś jakimś dupkiem, którego sobie wymyśliłam?

Ben milczy. Jego oczy błyszczą rozbawieniem.

W tej samej chwili jeden z ptaków unosi głowę, a w dziobie trzyma końcówkę czegoś, co wygląda jak ścięgno. Szarpie za nie. Lewa dłoń Bena podskakuje. Kiedy ptak opuszcza głowę, ramię chłopaka opada.

Ptaki sterują nim jak lalką.

Urocze.

Nagle Miriam widzi sunącą ku niej plamę cienia. Unosi głowę. Na tle nieba szybuje balon wypełniony helem. Mija blady dysk, robiący tu za słońce, a kiedy Miriam odwraca głowę, żeby spojrzeć na Bena, chłopaka już nie ma. Zamiast niego na krześle siedzi mężczyzna z bronią. Ten, który strzelał w sklepie. Ma zakrwawione usta, a z szyi wciąż sterczy mu widelec do grilla.

- No proszę. I jak się z tym czujesz?

- Jak się z czym czuję? - odpowiada Miriam pytaniem na pytanie, chociaż wie, o co mu chodzi.

- Nie rób z siebie niewiniątka. Masz na koncie drugiego trupa. - Po raz kolejny Miriam widzi w oczach rozmówcy błysk rozbawienia. - Albo i trzeciego, jeśli policzyć martwe dziecko.

Słowa trafiają ją jak cios obuchem. Stara się tego nie okazywać, ale widać to, bo opada na oparcie, odwraca głowę i spogląda na bezmiar szarego oceanu pokreślonego spienionymi grzywami fal.

Mężczyzna wzrusza ramionami.

- Czyli dzieciaka nie będziemy liczyć.

- Musisz się jakoś nazywać - Miriam zmienia temat rozmowy. - Możesz nie mieć twarzy, ale imię powinieneś mieć.

- Co powiesz na Bena? Albo Louisa? A może mamę?

- Chyba cię popieprzyło, jeśli myślisz, że będę mówiła do ciebie "mamo".

- Skoro już o niej mowa: kiedy ją ostatnio widziałaś?

Dziewczyna nie odpowiada. On - albo ona, albo w ogóle to coś - zna przecież odpowiedź.

- Powinnam nazywać cię Włamywaczem - mówi w końcu. - Bo dokładnie to robisz. Włamujesz się. Powinnam teraz spokojnie dryfować przez ciemność poprzedzającą moją śmierć, zrelaksowana jak kotka na słońcu, ale nie, bo ty musisz się pojawić i poprzeszkadzać. Wlazłeś z buciorami do mojego mentalnego ogródka. Dokładnie tak. Włamałeś się. Zatem jesteś Włamywaczem.

- Nie udawaj, że nie czekałaś na mnie.

- Nic a nic.

Mężczyzna uśmiecha się. Ptak siada na sterczącym z jego szyi widelcu.

- Poza tym - kontynuuje Włamywacz, choć tak naprawdę ma nieruchome usta, a za niego mówi drozd siedzący na rączce widelca. I mówi głosem Bena. - Nie jesteś martwa. Jesteś tylko w szoku.

- Nie zginęłam?

- Nie, jeszcze nie. Może niedługo? Tak czy inaczej, masz przedtem trochę spraw do załatwienia. Nie pozwolimy ci tak łatwo odejść, maleńka. To spotkanie jest naszym sposobem, żeby ci powiedzieć, że dobrze cię widzieć z powrotem.

- W takim razie powinieneś przynieść wino i ciastka.

- Może następnym razem.

4

DOM-SROM

Ruch na moście łączącym Long Beach Island z lądem jest koszmarny; tu zawsze jest koszmarnie, bo wyspa bezustannie połyka turystów i wymiotuje nimi. Latem most zwany potocznie groblą - biały, zawieszony ponad szarobrązową breją, którą wypełniona jest zatoka Manahawkin - stoi w korkach jak tętnica zablokowana cholesterolem.

To jedyna droga prowadząca na wyspę i z powrotem na stały ląd.

Miriam nie jedzie samochodem. Dzięki temu nie musi stać w korku. Przemyka wzdłuż unieruchomionych aut na dziesięciobiegowym rowerze marki Schwinn. Rower pokrywa rdza, wpływ działania słonego morskiego powietrza. Karoserie mijanych wozów rozmazują się w kolorową plamę, a rozmowy z otwartych okien cichną, kiedy zostawia za sobą kolejne pojazdy.

Koła kręcą się z cichym szumem.

Sól z oceanu sprawia, że otwarta rana na głowie zaczyna piec.

Dziewczyna jedzie i pali papierosa, wydmuchując ustami kancerogenną chmurę dymu.

Minął już rok, od kiedy po raz pierwszy przejechała mostem na wyspę. Spieszyła się wtedy, by ocalić Louisa przed przeznaczeniem. Siedział przywiązany do krzesła na szczycie latarni morskiej. Torturowany przez potwora. Uratowała go, zanim stracił drugie oko - i mózg, bo tak miało się to skończyć. Dowiedziała się w ten sposób, że istnieje odstępstwo od zasad rządzących jej darem.

Jedynym sposobem, by ocalić kogoś przed śmiercią, jest dać losowi inne życie w zamian.

Tak właśnie zrobiła dzisiaj z zamachowcem w sklepie. Dziabnij jebanego dziabąga, ta myśl skacze po głowie Miriam jak kula w automacie do gry. Ale wcale nie jest jej bardziej do śmiechu. Wręcz przeciwnie: sprawia, że czuje się coraz gorzej, coraz bardziej obco i histerycznie.

Masz coś do załatwienia.

Mimo upału czuje zimny dreszcz.

W końcu zjeżdża z mostu. Bay Avenue przechodzi w Barnegat Road. Pośród piaszczystych pagórków wyrastają sosny. Nigdy wcześniej nie sądziła, że zobaczy te drzewa w pobliżu plaży, ale tutaj się okazało, że to normalne. Z drugiej strony, nigdy też nie podejrzewała, że najlepszym miejscem na odpady medyczne są plaże, ale cóż, witamy w New Jersey.

Skręca w Green Street, mija niewielki sklep ze sprzętem do surfingu, a potem jeszcze mniejszy sklepik wędkarski. Wszystko po to, żeby uniknąć jazdy przez ronda. To kolejny hit New Jersey. Ronda. Wszędzie ronda. Jakby nie można już było robić zwykłych skrzyżowań. Bo nie można! Teraz tylko w kółko i w kółko. Przeklęta karuzela, przez którą nawet Dante padłby w kałużę swoich rzygowin.

Jak raz się wjedzie na takie rondo, można się na nim kręcić do usranej śmierci, myśli Miriam.

Jak wir spuszczanej wody.

I trochę tak się czuje, zmierzając w stronę domu. Jakby tak właśnie było. Unosi się na powierzchni, macha rozpaczliwie nogami i czeka, co będzie pierwsze - zabraknie jej sił czy pojawią się rekiny. A może pojawi się łódź i przepływając, wciągnie ją w wir potężnej śruby napędowej?

Dom. Dom. Bleee...

Domem jest przyczepa kempingowa Airstream Trade Wind, model z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego, postawiona na osiedlu przyczep Bayview Trailer Park, zaraz przy Tuckerton. Nazwa osiedla może być trochę myląca, jednak Miriam przekonała się, że nie jest też całkowicie zmyślona: jeśli wspiąć się na dach którejś z przyczep, przeskoczyć z niej na słup podtrzymujący przewody pod napięciem i wspiąć się jeszcze wyżej, z całą pewnością ktoś z lornetką mógłby dostrzec mętne fale zatoki.

Osiedle przyczep kempingowych przyciąga standardową mieszaninę wykolejeńców i wariatów. Po jednej stronie para miłych staruszków z fetyszem w postaci kolorowych hawajskich koszul, które wyszły z mody wiele lat wcześniej: najbardziej gadatliwi ludzie, jakich kiedykolwiek poznała. Po drugiej dwóch gości, którzy po wyrzuceniu z college'u zajmują się sprzedażą słabej trawki innym wyrzuconym z college'ów. Na końcu osiedla jeszcze bardziej odpychające towarzystwo: mężczyzna, który w zaciszu swojej przyczepy produkuje metamfetaminę albo konstruuje bomby, a może robi obie rzeczy naraz?, zbieracz, który zamiast przedmiotów kolekcjonuje psy jack russell terrier - szczekanie, człowieku, ten jazgot! - i facet w średnim wieku, rozwodnik, który nawet w największe upały nosi flanelowe koszule. Miriam jest pewna, że to obleśny pedofil.

Doborowe towarzystwo.

Zbieranina wyrzutków bez korzeni, którzy nigdzie indziej nie pasują. Miriam zdaje sobie z tego sprawę. Nie jest zachwycona, ale nie ma innego wyjścia.

Macha na powitanie parze staruszków. Nazywają się Moon. Nie zatrzyma się przy nich, bo wie, że gdyby znalazła się w zasięgu, tryby ich gadatliwości wciągnęłyby jej ramię. Żeby się uwolnić, musiałaby odciąć je sobie czymś ostrym.

Chwyta się za krocze, mijając dwójkę dealerów marihuany - Scuddera i Nilsa. Pierwszy przypomina chuderlawą, surfującą wersję Ichaboda Crane'a, a drugi to beczkowaty mężczyzna o niedojrzałej twarzy z hipsterską brodą i okularami w czarnych grubych oprawkach. Machają na powitanie i uśmiechają się głupio. Taka tradycja.

I już jest. Dom.

A właściwie "dom".

To coś...

Z koślawego ceglanego kwietnika przed wejściem sterczą uschnięte nagietki. Obok stoi ceramiczny krasnoludek z obtłuczonym nosem i dziurą w czole - otworem, który Miriam wybiła własnoręcznie kijem do minigolfa, znalezionym za przyczepą. Używa tego kija do różnych celów: wchodzi z nim na dach i strzela stamtąd kamieniami, drapie się po plecach, grozi narkomanom i innym szumowinom.

Kij leży niedaleko, rzucony w poprzerastaną chwastami trawę.

Za każdym razem, kiedy przekracza próg airstreama, czuje skurcz żołądka.

- Skazani do cel - mówi szeptem.

Wprost do trzewi srebrnego wieloryba.

Blaszane ściany. Morska kolorystyka: pastele, drewniane panele i sprzęt z lat osiemdziesiątych. Sama niczego nie tknęła tu palcem. Jedynym jej wkładem w wystrój przyczepy było powieszenie szkieletu ptaka nad zlewem. Zakłada, że to kruk. Truchło znalazła przed trzema miesiącami, w większości zjedzone już przez mrówki. Tylko kilka piór trzymało się jeszcze kości.

Gdyby zrobiła cokolwiek więcej poza powieszeniem tej jednej ozdoby, poczułaby się jak właścicielka. Jak ktoś, kto tu rzeczywiście mieszka.

W sumie przecież mieszkała, fakt, jednak nigdy nie była osobą mocno osadzoną w rzeczywistości.

- Hullo, ptaszku - wita się głosem pana Snuffleupagusa z Ulicy Sezamkowej. Puka palcem w szkielet, który przymocowała do patyczka po lodach żyłką i drucikami do zamykania woreczków śniadaniowych. Martwe ptaszysko kołysze się leniwie w popołudniowym słońcu.

Louis twierdził, że szkielet jest odrażający i w ogóle nie powinien się znaleźć w przyczepie, a już w żadnym razie nie nad kuchennym zlewem, w którym się przecież zmywa naczynia.

Wyjaśniła mu, że to jedyna rzecz, jakiej chce w tym miejscu; jedyna, jaką naprawdę posiada, i jeśli spróbuje usunąć szkielet z przyczepy, poczeka, aż zaśnie, usiądzie mu na klatce piersiowej i dziadkiem do orzechów pogruchocze mu orzeszki. Jego orzeszki. Następnie poważnym głosem wyjaśniła, że na wszelki wypadek już zaopatrzyła się w dziadka do orzechów, więc powinien uważać. I to bardzo.

Krótko mówiąc, Miriam i Louis nie potrafili się dogadać.

Przez jakiś czas byli kochankami. Louis był delikatny i czuły. Przekonał ją, żeby została w New Jersey. Z zaoszczędzonych pieniędzy opłacił przyczepę kempingową, w której mogli zamieszkać. Ponieważ rozwoził towar po całym Wschodnim Wybrzeżu, nieczęsto bywał na miejscu, ona zaś z początku nie mogła znaleźć pracy, więc miała sporo czasu, żeby się zaaklimatyzować, bla, bla, bla, bla... normalność...

Miriam nie chce więcej o tym myśleć.

Rana na głowie mocno świerzbi. Przesuwa wzdłuż niej palcami. Lepka. Nabrzmiała. Na opuszkach zostaje nie czerwony, ale różowy płyn.

Nie może przestać zastanawiać się nad tym wszystkim. Tak samo, jak nie może się powstrzymać od dotykania rany.

Kiedyś, przez moment, wierzyła, że jest nadzieja i że może im wyjść z Louisem. Ale nadzieja zmieniła się w urazę i dość szybko airstream z domu przekształcił się w blaszany grobowiec.

Dziś są już tylko współlokatorami. I przyjaciółmi. I wrogami. Jednocześnie co rusz Miriam nie może powstrzymać pragnień, które w niej siedzą, i wspina się na niego jak mała dziewczynka na konia, i ofiarują sobie seks z litości. Seks z litości dla niego. Seks z litości dla niej.

Na każde trzy tygodnie Louis dwa spędza gdzieś w drodze.

Dziś przypada jeden z tych tygodni, kiedy go nie ma. Ale niedługo wróci. Na dobrą sprawę, w każdej chwili może pojawić się w domu. Miriam wciąga nosem powietrze: nie pachnie ani starym old spice'em, ani nowym. Nowy old spice cuchnie jak wkładka pisuaru w ukraińskiej łaźni.

Im dłużej nie ma go na miejscu, tym bardziej ten zapach wietrzeje.

Kiedy znika całkowicie, nadchodzi czas, by wrócił.

Wychodzi na zewnątrz i zapala papierosa.

W domu się nie pali, tak jej powiedział.

To nie jest dom, odparła.

A jednak dom, zaprotestował.

Zareagowała na to odgłosem wymiotowania i palcem wciśniętym w gardło.

- koniec darmowego fragmentu - zapraszamy do zakupu pełnej wersji