Drood - Dan Simmons
62.00 zł
52.70 zł
(49,50 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Nazywam się Wilkie Collins, spodziewam się jednak, że moje nazwisko, Drogi Czytelniku, niewiele Ci mówi, ponieważ zamierzam odwlec publikację niniejszego dokumentu do czasu, gdy od mojej śmierci minie co najmniej wiek i ćwierć. Niektórzy zarzucają mi skłonność do hazardu - i mają całkowitą rację, dlatego idę o zakład, że nie czytałeś ani nie widziałeś żadnej mojej powieści ani sztuki. Może Wy, Brytyjczycy i Amerykanie, w odległej o sto dwadzieścia pięć lat przyszłości w ogóle nie mówicie po angielsku. Może ubieracie się jak Hotentoci, mieszkacie w jaskiniach oświetlonych lampami gazowymi, podróżujecie balonami i porozumiewacie się za pomocą przesyłanych telegrafem myśli, którym nie przeszkadza żaden język, mówiony ani pisany.
Zarazem byłbym jednak gotowy postawić cały swój obecny majątek (jaki by tam był) oraz wszelkie przyszłe tantiemy (jakiekolwiek będą) na twierdzenie, że z całą pewnością znasz nazwisko, twórczość literacką i bohaterów powieści mojego przyjaciela i dawnego współpracownika, niejakiego Charlesa Dickensa.
Będzie to więc prawdziwa opowieść o moim przyjacielu (a w każdym razie człowieku, który kiedyś był moim przyjacielem) Charlesie Dickensie i wypadku w okolicy Staplehurst, w którym postradał zdrowie, spokój ducha, oraz, jak niektórzy powtarzają szeptem, zdrowe zmysły; opowieść o ostatnich pięciu latach z życia Charlesa, które przeżył dręczony nasilającą się obsesją na punkcie człowieka - o ile faktycznie był to człowiek - nazwiskiem Drood, a także na tle morderstw, śmierci, grobów, mesmeryzmu, opium, duchów oraz ulic i zaułków wypełnionych czarną żółcią trzewi Londynu, o których najchętniej mawiał "mój Babilon" lub "Wielki Piec". W tym rękopisie (który, jak już wspomniałem, ze względów formalnych i honorowych zamierzam opieczętować i ukryć przed wzrokiem wszystkich do czasu, gdy od śmierci mojej i Charlesa upłynie z górą sto lat) odpowiem na pytania, które, jak mniemam, nikomu z naszych współczesnych nie przyszłyby nawet do głowy: Czy sławny, uwielbiany i czcigodny Charles Dickens planował zamordowanie niewinnego człowieka, rozpuszczenie zwłok w dole wypełnionym żrącym wapnem, a następnie potajemne pochowanie szczątków (czyli samych kości i czaszki) w krypcie prastarej katedry, która odegrała ważną rolę w jego dzieciństwie? Czy zamierzał zebrać wszystkie drobiazgi osobiste nieszczęsnej ofiary - okulary, pierścienie, szpilki do krawata, spinki do koszuli i zegarek kieszonkowy - i wyrzucić je do Tamizy? Jeżeli naprawdę tak było (a nawet jeśli Dickens tylko śnił o realizacji tego niecnego planu), jaką rolę w narodzinach jego obłędu odegrało nadzwyczaj rzeczywiste widmo imieniem Drood?
***
Dniem tragedii Dickensa był dziewiąty czerwca 1865 roku. Lokomotywa wioząca jego sukces, spokój ducha, zdrowe zmysły, rękopis oraz kochankę zmierzała wówczas - całkiem dosłownie - wprost w stronę wyrwy w torze i przerażającej katastrofy.
Nie mam pojęcia, czy Wy, Drodzy Czytelnicy, żyjący w tak odległej przyszłości, wciąż zapisujecie lub wspominacie dawne dzieje (być może, wyrzekliście się Herodota i Tukidydesa i na wieki utkwiliście w roku zerowym), jeśli jednak przetrwało do Waszych czasów jakiekolwiek, choćby najwątlejsze poczucie wagi historii, z pewnością przypominacie sobie doniosłe wydarzenia z roku, który w naszej rachubie nazwaliśmy Anno Domini 1865. Niektóre z nich, takie jak zakończenie bratobójczej pożogi w Ameryce, wielu mieszkańców Anglii uważało za dramatyczne i interesujące. Charles Dickens się do tych ludzi nie zaliczał. Mimo wielkiego zainteresowania Ameryką - odwiedził ją, pisał o niej (niezbyt pochlebnie, trzeba przyznać), a następnie walczył zajadle o odszkodowanie za nielegalne wydania jego książek w chaotycznym światku dawnych kolonii, który za nic miał sobie prawa autorskie - niespecjalnie ciekawiła go wojna między jakąś odległą Północą i jeszcze odleglejszym Południem. Jednakże w roku 1865 - roku tragedii pod Staplehurst - miał wszelkie powody do zadowolenia z tego, jak potoczyły się jego osobiste dzieje.
Mój przyjaciel był najpopularniejszym powieściopisarzem w Anglii, a kto wie, czy nie na świecie. Wielu Anglików i Amerykanów uważało go za najwybitniejszego pisarza wszech czasów, wyłączając Shakespeare'a oraz, być może, Chaucera i Keatsa. Ja, rzecz jasna, zdawałem sobie sprawę, że to bzdura, lecz - jak to mówią (lub mawiali) - popularność rodzi popularność. Widziałem Charlesa Dickensa, jak ze spodniami opuszczonymi do kostek siedział w wiejskiej wygódce bez drzwi i beczał jak zbłąkana owca, błagając o kawałek papieru do podtarcia tyłka, musicie mi więc wybaczyć, jeśli ten obraz jest dla mnie bardziej autentyczny niż wizja "największego pisarza w dziejach ludzkości".
Ale tamtego czerwcowego dnia w 1865 roku Dickens naprawdę miał powody do satysfakcji.
Siedem lat wcześniej rozstał się z żoną, Catherine, która najwidoczniej uraziła go tym, że przez dwadzieścia dwa lata małżeństwa bez słowa skargi urodziła mu dziesięcioro dzieci, przeżyła po drodze kilka poronień i przez cały ten czas cierpliwie znosiła jego utyskiwania i zaspokajała wszelkie kaprysy. Zaskarbiła sobie tym jego sympatię do tego stopnia, że w 1865 roku na wiejskiej przechadzce, podczas której osączyliśmy kilka butelek miejscowego wina, Dickens opisał mi ją następującymi słowami:
- Jest mi bardzo droga, Wilkie, bardzo, naprawdę, ale... Ogólnie rzecz biorąc, jest raczej po krowiemu gamoniowata niż czarująca, raczej ociężała niż jakoś wybitnie kobieca... Jak mętna alchemiczna esencja umysłowej niezborności, ustawicznej niekompetencji, ślamazarnej ospałości i pogrążonego w samozadowoleniu nieróbstwa; gęsta breja, którą tylko użalanie się nad sobą może wzburzyć.
Wątpię, by pamiętał, że mi to powiedział, ja jednak nie zapomniałem jego słów.
Tak się złożyło, że biadolenie Catherine stało się gwoździem do jej trumny, jeśli wolno mi użyć tak potocznego określenia. Wszystko wskazuje na to (nie, wcale nie, nie ma żadnego "wskazuje": przecież byłem przy tym, widziałem, jak osobiście nabył tę przeklętą błyskotkę), że po premierze Zamarzniętej otchłani Dickens sprezentował aktorce Ellen Ternan kosztowną bransoletkę, którą ten dureń jubiler kazał dostarczyć do Tavistock House, czyli jego londyńskiego domu, zamiast wprost do mieszkania panny Ternan. Na tę pomyłkę Catherine zareagowała smętnym biadoleniem i porykiwaniem, które przeciętna krowa rozwlekłaby zapewne na kilka tygodni. Nie chciała uwierzyć, że bransoletka jest po prostu dowodem całkowicie niewinnego podziwu jej męża dla aktorki, która tak cudownie (a moim zdaniem - ledwie zadowalająco) odegrała rolę Clary Burnham, ukochanej głównego bohatera w naszej... to znaczy, w mojej sztuce o nieodwzajemnionej miłości w Arktyce.
Prawdą jest, że - jak tłumaczył to głęboko urażonej żonie w 1858 roku - miał w zwyczaju hojnie obdarowywać swoich współpracowników z licznych występów w teatrach amatorskich. Od czasu wystawienia Zamarzniętej otchłani zdążył rozdać członkom ekipy już kilka bransoletek i wisiorków, jeden zegarek i jeden zestaw niebiesko emaliowanych spinek do koszuli.
Tyle że w tamtych obdarowanych się nie podkochiwał, a w młodej Ellen Ternan i owszem. Wiedziałem o tym ja, wiedziała Catherine Dickens... trudno powiedzieć, czy wiedział sam Dickens: był tak przekonującym twórcą fikcji literackiej (a przy tym jednym z najbardziej zadufanych w sobie ludzi, jacy kiedykolwiek stąpali po Ziemi), że wątpię, by kiedykolwiek analizował czy kwestionował kierujące nim głęboko ukryte motywy - chyba że były czyste jak źródlana woda.
W tym wypadku to właśnie on wpadł w szał i, rycząc wściekle na łatwo dającą się zastraszyć małżonkę, zarzucił jej, że te oskarżenia są plamą na honorze nieskalanie czystej i będącej istnym wcieleniem doskonałości Ellen Ternan. Jego emocjonalne, romantyczne i - tak, tak, nie waham się użyć tego słowa - erotyczne fantazje zawsze koncentrowały się na świętym, rycerskim uwielbieniu dla jakiejś hipotetycznej niewinnej boginki, której kryształowy charakter nie podlegał dyskusji. Zapomniał chyba jednak, że Catherine widziała Wujaszka Johna, farsę wystawioną przez nas tuż po Zamarzniętej otchłani (trzeba Wam bowiem wiedzieć, Drodzy Czytelnicy, że w naszym stuleciu do tradycji należało wystawianie żartobliwej sztuki w połączeniu z poważnym dramatem), w której czterdziestosześcioletni Dickens grał statecznego dżentelmena, Ellen Ternan zaś (zaledwie osiemnastoletnia) - jego podopieczną, w której, co oczywiste, wujaszek John zakochał się do szaleństwa. Catherine z pewnością miała również świadomość, że wprawdzie większość Zamarzniętej otchłani - dramatu o poszukiwaniach zaginionej ekspedycji Franklina - wyszła spod mojego pióra, ale to jej mąż napisał i wystawił romantyczną farsę, i to już po tym, jak poznał Ellen Ternan. Nie skończyło się zresztą na tym, że wujaszek John zakochał się w dziewczynie, którą miał się opiekować - zaczął ją także obsypywać (tu zacytuję didaskalia) "wspaniałymi prezentami: naszyjnikiem z pereł i kolczykami z brylantami".
Nic więc dziwnego, że gdy przeznaczona dla Ellen droga bransoletka trafiła do Tavistock House, Catherine - znajdująca się akurat w okresie między jedną ciążą a drugą - otrząsnęła się ze swojej umysłowej niezborności i ślamazarnej ospałości i ryczała jak mleczna krowa dźgnięta przez walijskiego pastucha ościeniem w kłąb.
Dickens zareagował tak, jak każdy poczuwający się do winy mąż - pod warunkiem, że ów mąż byłby najpoczytniejszym pisarzem w Anglii i całym świecie anglojęzycznym, a także, być może, najsławniejszym pisarzem w historii. Na początek uparł się, żeby Catherine złożyła wizytę Ellen Ternan i jej matce; w ten sposób miała wszystkim udowodnić, że nie żywi żadnych podejrzeń ani cienia zazdrości. Krótko mówiąc, kazał swojej żonie publicznie przeprosić swoją kochankę, a w każdym razie kobietę, którą wkrótce miał uczynić swoją kochanką - gdy tylko zbierze się na odwagę, by rzecz całą należycie zaaranżować. Zapłakana i nieszczęśliwa Catherine zrobiła, co jej kazano: upokorzyła się złożeniem oficjalnej wizyty towarzyskiej pani i pannie Ternan.
Nie wystarczyło to jednak, by ugasić mężowski gniew, i Dickens wyrzucił z domu matkę dziesięciorga swoich dzieci. Posłał najstarszego syna, Charleya, żeby z nią zamieszkał, a resztę dzieci zatrzymał przy sobie - najpierw w Tavistock House, następnie w Gad's Hill Place. (Zawsze miałem wrażenie, że uwielbiał swoje dzieci do czasu, gdy zaczynały przejawiać samodzielność w jakichkolwiek sprawach - czyli, innymi słowy, gdy przestawały się zachowywać jak Mała Nell, Paul Dombey czy inne postaci z jego książek. Wtedy bardzo szybko się nimi nudził).
Oczywiście, skandal wcale się na tym nie skończył. Zaprotestowali rodzice Catherine, lecz adwokaci Dickensa szybko zmusili ich do publicznego wycofania pretensji. Sam pisarz publikował oświadczenia, którymi terroryzował oponentów i wprowadzał opinię publiczną w błąd. Podchody prawnicze i nowa fala paskudnych publikacji doprowadziły do wymuszonej i nieodwołalnej separacji z Catherine. Skończyło się na tym, że Dickens odmówił wszelkich form kontaktu z byłą żoną, nawet w kwestiach dotyczących przyszłości ich dzieci.
Wszystko to zrobił człowiek, który dla swoich czytelników - nie tylko w Anglii, ale na całym świecie - był ucieleśnieniem idei posiadacza "szczęśliwego domu".
Naturalnie, w dalszym ciągu potrzebował w domu kobiety, mimo że utrzymywał liczną służbę. Miał dziewięcioro dzieci, z którymi nie chciał mieć nic wspólnego poza tymi rzadkimi chwilami, gdy przychodziła mu ochota pobawić się z nimi albo posadzić je sobie na kolanach i pozować do zdjęć. Miał zobowiązania towarzyskie. Ktoś musiał przygotowywać karty dań, listy zakupów i zamówienia dla kwiaciarek. Ktoś musiał dopilnować sprzątania i zorganizować funkcjonowanie domu, a Charles Dickens nie mógł sobie zawracać głowy takimi drobiazgami. Był przecież, jakkolwiek na to spojrzeć, największym pisarzem na świecie.
Zrobił zatem rzecz oczywistą - nawet jeśli ani Wam, Szanowni Czytelnicy, ani mnie oczywistą się ona nie wydaje. (Może w odległym dwudziestym czy dwudziestym pierwszym wieku, któremu powierzam te wspomnienia, naprawdę jest to rzecz oczywista. A może jesteście po prostu na tyle bystrzy, że na dobre porzuciliście dziwaczną, zgoła idiotyczną instytucję małżeństwa. Jak się wkrótce przekonacie, ja przez całe życie skutecznie unikałem wiązania się węzłem ślubnym; wolałem żyć z jedną kobietą i w tym samym czasie mieć dzieci z inną. Niektórzy moi współcześni - ku mojej wielkiej uciesze - nazywali mnie z tego powodu łotrem i łajdakiem. Ale odbiegam od tematu).
Zrobił więc Dickens rzecz oczywistą: wziął Georginę, siostrę Catherine i starą pannę, i uczynił z niej swoją zastępczą żonę, panią domu, opiekunkę dla dzieci, gospodynię rozlicznych przyjęć i proszonych kolacji, a także sierżanta kucharek i całej służby.
Kiedy pojawiły się - nieuniknione - plotki (dotyczące Georginy, nie Ellen Ternan, która, rzec by można, usunęła się ze światła lamp gazowych w cień), Dickens wezwał do Tavistock House lekarza, któremu kazał zbadać Georginę, a następnie opublikować oświadczenie, w którym lekarz wszem wobec obwieścił, że panna Georgina Hogarth jest virgo intacta.
I na tym cała sprawa miała się zakończyć. Tak przynajmniej zakładał Charles Dickens.
Jego młodsza córka powiedziała mi później (a właściwie wypowiedziała te słowa w moim bezpośrednim sąsiedztwie, tak że bez przeszkód je usłyszałem):
- Mój ojciec był jak obłąkany. Ten romans obnażył w nim wszystko, co najgorsze i najsłabsze. Miał w nosie, co się z nami stanie. Nasza niedola nie miała sobie równych.
Jeżeli Dickens zdawał sobie sprawę z ich nieszczęścia (albo jeżeli miało ono dla niego jakiekolwiek znaczenie), to z pewnością tego nie okazywał - ani mnie, ani swoim nowym przyjaciołom, którzy z czasem stali mu się wyjątkowo bliscy.
Słusznie zakładał, że kryzys nie zaszkodzi jego powodzeniu u czytelników, którzy albo nie mieli pojęcia o jego rodzinnych wybrykach, albo po prostu mu je wybaczali. Był przecież angielskim prorokiem szczęśliwego domu i największym pisarzem na świecie. Zasługiwał na ulgowe traktowanie.
Nasi koledzy po fachu i przyjaciele również wybaczali mu i zapominali (wszyscy z wyjątkiem Thackeraya, ale to co innego), a ja muszę przyznać, że niektórzy z nich - niektórzy z nas! - po cichu podziwiali Charlesa za to, że umiał się uwolnić od rodzinnych zobowiązań wobec tak nieatrakcyjnej i uciążliwej dryfkotwy. Jego wyzwolenie było promykiem nadziei dla najżałośniejszych nawet mężów, a nas, kawalerów, bawiło jako dowód na to, że jednak można wrócić z niezbadanych krain małżeńskich, z których, jak powiadano, nie ma powrotu.
Bądź jednak łaskaw, Drogi Czytelniku, nie zapominać, że mówimy o człowieku, który niewiele wcześniej, na krótko przed zawarciem znajomości z Ellen Ternan, kiedy razem krążyliśmy po teatrach w poszukiwaniu, jak to nazywaliśmy, "wyjątkowych kwiatuszków" (młodziutkich i prześlicznych aktoreczek, których uroda wyjątkowo trafiała w nasz gust), powiedział do mnie tak:
- Jeżeli masz jakiś dobry pomysł na to, jak spędzić noc, Wilkie, mów śmiało. Nieważne, co to będzie; na tę jedną noc odrzucam wszelkie konwenanse. Jeśli twój umysł spłodzi coś, co przypominałoby sybarycki Rzym w schyłkowym okresie z jego nieokiełznaną zmysłowością, oddaję się w twoje ręce.
Na taką zabawę byłem przygotowany.
***
Do dziś pamiętam dzień dziewiąty czerwca 1865 roku, który zapoczątkował istną kaskadę niewiarygodnych wydarzeń.
Dickens, który od przesilenia zimowego skarżył się na przemęczenie pracą oraz ból, jak to nazywał, "odmrożonej stopy", zrobił sobie tydzień wolnego (kończył wówczas Naszego wspólnego przyjaciela) i wybrał się do Paryża. Nie wiem, czy Ellen Ternan i jej matka mu towarzyszyły, wiem natomiast, że z nim wróciły.
Pewna kobieta, której nigdy nie poznałem osobiście i nie mam takiego zamiaru, pani William Clara Pitt Byrne (przyjaciółka, jak słyszałem, Charlesa Watertona - naturalisty i podróżnika, który zjeździł pół świata, a zginął wskutek głupiego poślizgnięcia się w swojej rezydencji Walton Hall zaledwie jedenaście dni przed wypadkiem pod Staplehurst; ponoć jego duch nawiedzał później posiadłość pod postacią olbrzymiej czapli siwej), lubowała się w podsyłaniu do redakcji "Timesa" złośliwych ploteczek. Poniższa szydercza notka - doniesienie o tym, że dziewiątego czerwca naszego przyjaciela widziano na promie z Boulogne do Folkestone - ukazała się drukiem kilka miesięcy po wypadku:
Towarzyszyła mu kobieta niebędąca ani jego żoną, ani szwagierką, co nie przeszkadzało mu przechadzać się po pokładzie z dumną miną i zadartym nosem, a każda zmarszczka na jego twarzy i każdy, najmniejszy nawet gest mówił wyniośle "Patrzcie na mnie, napawajcie się moim widokiem: oto ja, jedyny, niepowtarzalny, wielki Charles Dickens. Cokolwiek robię, moja wyjątkowa tożsamość dostatecznie mnie tłumaczy".
Podobno pani Byrne zasłynęła przed laty wydaniem książki zatytułowanej Flamandzkie wnętrza. Moim skromnym zdaniem lepiej by zrobiła, oszczędzając ostre pióro na pisanie o sofach i tapetach, ponieważ opisywanie istot ludzkich najwyraźniej ją przerasta.
Po zejściu na ląd w Folkestone Dickens, Ellen i pani Ternan wsiedli do pociągu, który czekał na przybywający z przypływem prom i o czternastej trzysieści osiem odjeżdżał do Londynu. Zbliżając się do Staplehurst, byli jedynymi pasażerami w całym wagonie - jednym z siedmiu wagonów pierwszej klasy, jakie tego dnia prowadził pociąg. Maszynista rozpędził lokomotywę do pełnej prędkości (około pięćdziesięciu mil na godzinę). O piętnastej jedenaście pociąg przejechał przez Headcorn i zaczął się zbliżać do wiaduktu kolejowego nieopodal Staplehurst - chociaż określenie "wiadukt" (pojawiające się w oficjalnym przewodniku kolejowym) nadano chyba trochę na wyrost żelaznej kratownicy mostu podtrzymującego ciężkie drewniane belki przerzucone nad płytką w tym miejscu rzeką Beult.
Na przęśle mostu trwała właśnie rutynowa wymiana starych dźwigarów. Późniejsze śledztwo (z którego czytałem sprawozdanie) dowiodło, że brygadzista źle sprawdził godzinę przyjazdu pociągu w rozkładzie i spodziewał się go dopiero za dwie godziny. (Wygląda na to, że nie tylko my, podróżni, dajemy się zwieść brytyjskim rozkładom jazdy z nieskończonymi przypisami i nawiasami odnoszącymi się do świąt, weekendów i pór przypływu).
Tysiąc jardów przed remontowanym odcinkiem torów (dwie szyny zostały już odkute od podkładów i odłożone na bok) powinien stać człowiek z czerwoną chorągiewką - tak stanowią przepisy kolejowe i angielskie prawo. Z niewiadomych przyczyn człowiek z chorągiewką stał jednak zaledwie pięćset pięćdziesiąt jardów od wiaduktu, co dla pociągu ekspresowego relacji Folkestone-Londyn stanowi daleko niewystarczający dystans do zahamowania.
Na widok uniesionej poniewczasie chorągiewki - a także dziury w torach, co musiało stanowić widok o wiele bardziej dramatyczny - maszynista zrobił co w jego mocy. Może w czasach, w których żyjesz Ty, Drogi Czytelniku, pociągi są już wyposażone w hamulce, które można uruchomić z kabiny maszynisty, lecz w naszym roku 1865 rzecz miała się zgoła inaczej: każdy wagon należało wyhamować osobno i czyniono to tylko na wyraźne polecenie prowadzącego pociąg. Maszynista dał więc wściekłym gwizdem znak wszystkim hamulcowym w wagonach, lecz nie na wiele się to zdało.
Według raportu ze śledztwa pociąg najechał na wyrwę w torowisku z prędkością około trzydziestu mil na godzinę. Wydaje się to niewiarygodne, ale lokomotywa dosłownie przeskoczyła mierzącą czterdzieści dwie stopy wyrwę, wylądowała na drugim brzegu rzeki i dopiero tam się wykoleiła. Z siedmiu wagonów pierwszej klasy sześć oderwało się od składu, spadło z mostu i roztrzaskało się w zabagnionym korycie rzeki.
W wagonie, który ocalał, jechał Dickens, jego kochanka, i jej matka.
Znajdujący się bezpośrednio za lokomotywą wagon strażniczy został przerzucony na sąsiedni tor, pociągając za sobą następne ogniwo - wagon drugiej klasy. Następny w kolejności był wagon Dickensa, który, wierzgając wściekle, wpadł na wiadukt, pokonał część jego długości i zawisł nad przepaścią. Przed upadkiem powstrzymało go tylko połączenie z wagonem drugiej klasy. Tylna część składu nawet nie wypadła z szyn, ale sześć pierwszych klas poleciało w dół, roztrzaskało się o podmokły grunt, pogięło, połamało i w ogóle zmieniło się w jeden wielki stos drzazg.
W listach do przyjaciół Dickens wspominał czasem o tamtej chwili, ale zawsze czynił to dyskretnie i starał się nie wyjawiać nazwisk swoich współpasażerek. Jestem pewien, że tylko mnie opowiedział tę historię w całości.
A tak pisał o tym w jednej z szerzej rozpowszechnionych listownych wersji opowieści:
Nagle wypadliśmy z szyn. Wagon załomotał o ziemię jak gondola na wpół pustego balonu.
- Mój Boże! - zawołała starsza pani [czytaj: pani Ternan].
Towarzysząca jej młoda dama [czytaj: Ellen Ternan, naturalnie] krzyknęła z przerażenia. Chwyciłem je obie w ramiona i powiedziałem:
- Nie możemy sobie pomóc, ale z pewnością możemy zachować spokój. Bardzo was proszę, drogie panie, nie krzyczcie.
Starsza pani natychmiast odparła:
- Dziękuję panu. Może pan na mnie polegać. Klnę się na mą duszę, że zachowam milczenie.
Wtem wagon przechylił się i znieruchomiał, a my wylądowaliśmy stłoczeni w kącie.
Istotnie, wagon przechylił się mocno w dół i w lewo. Wszystkie bagaże i nieprzymocowane przedmioty poleciały w dół i w lewo. Już do końca życia Charles Dickens miał czasem doświadczać uczucia, jak gdyby "dosłownie wszystko, całe moje ciało przechylało się i spadało w dół i w lewo".
Tymczasem kontynuuje swoją opowieść:
Zwróciłem się do kobiet:
- Zapewniam panie, że nic gorszego stać się nie może. Niebezpieczeństwo bez wątpienia minęło. Proszę zatem, zostańcie tutaj i nie ruszajcie się, ja zaś tymczasem wyjdę przez okno.
Dickens - całkiem zwinny jak na pięćdziesięciotrzylatka - nagle zapomniał o "odmrożonej stopie" (jako człowiek od dawna cierpiący na podagrę, która zmuszała mnie do wieloletniego przyjmowania laudanum, umiem rozpoznać podagrę po objawach i jestem przekonany, że tym właśnie było rzekome "odmrożenie" u Dickensa), wygramolił się przez okno, wykonał ryzykowny skok ze schodków wagonu na torowisko powyżej mostu i, jak potem opowiadał, zobaczył dwóch strażników, którzy, kompletnie zagubieni, biegali tam i z powrotem wzdłuż torów. Pisał później, że jednego z nich złapał za rękaw i krzyknął:
- Spójrz na mnie! Zatrzymaj się i spójrz na mnie! Powiedz, czy mnie znasz.
- Znamy pana doskonale, panie Dickens - miał odpowiedzieć strażnik.
Dickens się rozpromienił, zachwycony, że nawet w takiej chwili został rozpoznany (Clara Pitt Byrne mogłaby mu w tym miejscu wytknąć, że ten zachwyt dowodzi jego małostkowości), i niemal radośnie zawołał:
- Wobec tego, dobry człowieku, daj mi swoje klucze, na Boga, i przyślij tu jednego z robotników. Zamierzam opróżnić ten wagon.
W listach, które Dickens rozsyłał potem do znajomych, strażnik zrobił, co mu kazał, robotnicy położyli deski ułatwiające zejście do wiszącego wagonu, a na koniec on sam zszedł do środka, przeczołgał się na drugi koniec wnętrza i zabrał stamtąd swój cylinder i butelkę brandy.
Powinienem w tym miejscu przerwać opowieść naszego wspólnego przyjaciela i nadmienić, że później, posiłkując się oficjalnym raportem kolejowym z katastrofy, odnalazłem strażnika, którego Dickens miał zatrzymać i zdopingować do jakże użytecznych czynności. Ów strażnik, niejaki Lester Smyth, zgoła inaczej wspominał tamte chwile:
- Próbowaliśmy zejść na dół, pomóc rannym i umierającym, a tu nagle ten elegancik gramoli się z wiszącego wagonu pierwszej klasy, podbiega do Paddy'ego Beale'a i do mnie, blady jak ściana, z takim dzikim wzrokiem, i drze się na nas: "Poznajesz mnie?! Człowieku, poznajesz mnie?! Wiesz, kim jestem?!". Nie ukrywam, że odpowiedziałem mu tak: "Nic mnie nie obchodzi, kim jesteś, brachu, możesz sobie być nawet księciem Albertem, ale zejdź mi z drogi, do diaska". Zazwyczaj nie zwracam się tak do dżentelmenów, ale to nie był zwyczajny dzień.
W każdym razie Dickens naprawdę pokierował robotnikami, którzy wydostali Ellen Ternan i jej matkę z opresji; naprawdę wrócił do wagonu po cylinder i brandy; naprawdę napełnił cylinder wodą, gdy zszedł po skarpie nad rzekę. Wszyscy świadkowie twierdzili też zgodnie, że natychmiast ruszył nieść pomoc rannym i umierającym.
***
Przez ostatnie pięć lat życia po wypadku pod Staplehurst opisywał scenę po katastrofie tylko w jeden sposób: "To było coś niewyobrażalnego". O tym zaś, co wówczas usłyszał, mówił lakonicznie "Niepojęte". I tak wypowiadał się człowiek, który w powszechnej opinii miał najbujniejszą wyobraźnię ze wszystkich angielskich pisarzy - poza sir Walterem Scottem; człowiek, który zawsze dbał przynajmniej o to, żeby jego historie były klarowne i zrozumiałe.
Być może, niewyobrażalne zaczęło się, kiedy spróbował zejść po stromym brzegu rzeki, gdy oto nagle obok niego wyrósł jak spod ziemi wysoki, szczupły mężczyzna w grubej czarnej pelerynie, bardziej stosownej na wieczorne wyjście do opery niż popołudniową podróż ekspresem do Londynu. Obaj w jednej ręce nieśli cylindry, drugą zaś chwytali się dogodnych występów na skarpie, żeby nie stracić równowagi. Człowiek ten, jak opisywał mi go Dickens chrapliwym szeptem kilka dni po wypadku, kiedy, jak twierdził, "głos go zawodził", był chudy jak szkielet, trupio blady i wpatrywał się w niego mrocznym spojrzeniem oczu osadzonych głęboko pod białym jak płótno czołem, przechodzącym w równie bladą łysinę. Tylko po bokach tej trupiej czaszki uchowały się nieliczne pasma siwiejących włosów. Dickens mówił również, że podobieństwo do trupiej czaszki dodatkowo podkreślał nienaturalnie krótki nos intruza - "raczej dwie czarne szpary w białej jak ciało robaka twarzy niż nos z prawdziwego zdarzenia", dokładnie takich słów użył - oraz drobne, ostre, nierówne zęby, nazbyt rozstrzelone i osadzone w dziąsłach tak bladych, że zdawały się bledsze od samych zębów.
Zauważył również, że nieznajomy nie ma - albo prawie nie ma - dwóch palców u prawej ręki (małego i serdecznego), a także palca środkowego lewej. Uwagę Dickensa przykuł fakt, że palce nie zostały bynajmniej amputowane w stawie, jak to najczęściej bywa podczas wypadków lub spowodowanych nimi późniejszych operacji, lecz przecięte w połowie długości paliczków.
(- Wyglądały jak nadtopione świece z białego wosku - tłumaczył mi potem).
Skonsternowany Dickens zupełnie nie wiedział co myśleć o jegomościu w czarnej pelerynie, gdy obaj szukali dogodnych chwytów wśród krzewów i kamieni.
- Jestem Charles Dickens - wysapał.
- Owszszszem... - odparła blada twarz, cedząc syczące dźwięki spomiędzy drobnych zębów. - Wiem o tym.
Konsternacja Dickensa tylko się powiększyła.
- A pana godność? - zapytał, gdy razem zsunęli się po żwirze.
- Drood - odparł tamten.
Tak przynajmniej wydało się Dickensowi, ponieważ nieznajomy przeciągał głoski i mówił ze śladowym, chyba cudzoziemskim akcentem, przez co słowo zabrzmiało raczej jak "dread"1.
- Jechał pan pociągiem do Londynu? - pytał dalej Dickens.
Znajdowali się już prawie u stóp skarpy.
- Do Limehouse - wysyczał niezgrabiasz w czarnej pelerynie. - Do Whitechapel. Ratcliff Crosss. Gin Alley. Three Foxesss Court. Butcher Row i Commercial Road. Do mennicy i innych ptasich kolonii wssschodniego Londynu.
Dickens spojrzał na niego z ukosa, zdumiony tą dziwaczną wyliczanką, ponieważ pociąg jechał wprost do centrum Londynu i nie zamierzał zapuszczać się w mroczne zaułki wschodniej części miasta. "Ptasimi koloniami" zaś nazywano potocznie najgorsze londyńskie dzielnice nędzy. W tejże jednak chwili wylądowali wreszcie na samym dole stromizny i "Drood" bez słowa okręcił się na pięcie i wśliznął w półmrok pod wiaduktem. W kilka sekund jego peleryna idealnie wtopiła się w cień.
(- Nie zrozum mnie źle - wyjaśnił mi później szeptem Dickens. - Nawet przez myśl mi nie przeszło, że ta dziwaczna postać mogłaby być Śmiercią we własnej osobie, która przyszła upomnieć się o swoich. Nie doszukiwałem się w niej w ogóle żadnej osoby z zawiązującej się już wtedy tragedii; byłby to banał nazbyt wyświechtany nawet dla znacznie słabszych pisarzy ode mnie. Muszę jednak przyznać, Wilkie, że przyszło mi do głowy, że ten Drood może być przedsiębiorcą pogrzebowym ze Staplehurst lub innej pobliskiej mieściny).
Kiedy został sam, skoncentrował się na skutkach katastrofy.
Wagony, które spoczęły w rzece i na jej mulistych brzegach, w niczym nie przypominały już pojazdów kolejowych. Gdyby nie żelazne osie i koła sterczące z wody tu i ówdzie pod jakimiś niewiarygodnymi kątami, można by pomyśleć, że osiedle drewnianych domków spadło z nieba, porwane uprzednio przez amerykański cyklon, który przemielił je na kawałki i porzucił właśnie tutaj. A potem coś poderwało je w powietrze drugi raz i drugi raz przemieliło.
Dickens nie spodziewał się, że ktokolwiek mógł przeżyć taką katastrofę, ale po dolinie niosły się krzyki ocalałych (liczba rannych znacząco przewyższała bowiem liczbę zabitych). Z początku nie rozpoznał w nich w ogóle ludzkich dźwięków; nie wiadomo dlaczego, wydały mu się nieskończenie straszniejsze od jęków i wrzasków, których nasłuchał się podczas wizyt w przepełnionych szpitalach, takich jak East London Children's Hospital w Ratcliff Cross (o którym przed chwilą wspominał Drood), gdzie umierali ubodzy i niepotrzebni. O nie, te krzyki brzmiały tak, jakby ktoś otworzył bramę prowadzącą wprost w czeluście piekieł i pozwolił wszystkim potępieńcom ostatni raz porazić wrzaskiem świat śmiertelnych.
Zobaczył mężczyznę, który chwiejnym krokiem szedł w jego stronę, z ramionami rozpostartymi szeroko jak do uścisku. Czubek głowy miał odcięty jak jajko na miękko gotowe do spożycia na śniadanie. Wewnątrz czaszki połyskiwała wyraźnie widoczna szaroróżowa pulpa. Całą twarz miał we krwi. Dwoje białych oczu łyskało spod strug szkarłatu.
Z braku lepszego pomysłu Dickens podał mu butelkę brandy, która wróciła do niego z umazaną na czerwono szyjką. Pomógł nieszczęśnikowi położyć się na trawie i wodą z cylindra obmył mu twarz.
- Jak pańska godność, szanowny panie? - zapytał.
- Już po mnie - odparł mężczyzna i umarł. Białe oczy patrzyły w niebo z głębi dwóch czerwonych kałuż.
Cień przesunął się po ziemi i Dickens aż podskoczył, przeświadczony, jak mi później mówił, że to Drood stanął nad nimi z czarną peleryną rozpostartą jak skrzydła kruka, ale to tylko zbłąkana chmura na moment przesłoniła słońce.
Dopełniwszy cylinder wodą z rzeki, Dickens napatoczył się na kobietę, której ołowianej barwy twarz również była zalana krwią. Kobieta była prawie naga, krwawe strzępy ubrania zwisały z niej jak stare bandaże, nie okrywając poharatanego ciała. Straciła lewą pierś. Nie zatrzymała się przy Dickensie, który chciał ją opatrzyć; chyba w ogóle nie słyszała jego nalegań, żeby usiadła spokojnie i czekała na pomoc. Minęła go raźnym krokiem i zniknęła wśród nielicznych drzew porastających brzeg rzeki.
Pomógł dwóm oszołomionym strażnikom wyciągnąć zmiażdżone ciało innej kobiety ze sprasowanego wagonu i ostrożnie ułożyć je na ziemi. Jakiś mężczyzna brodził w płytkiej wodzie, zawodząc:
- Moja żona! Moja żona!
Dickens zaprowadził go do zwłok, na widok których mężczyzna zawył boleściwie, wyrzucił ręce nad głowę i popędził jak obłąkany w głąb nadrzecznych mokradeł, miotając się rozpaczliwie i wydając dźwięki, które Dickens opisywał mi później jako "przedśmiertne rzężenie i chrząkanie dzika ugodzonego w płuca kilkoma kulami dużego kalibru". A potem zemdlał i padł w bagno, raczej jak człowiek z przestrzelonym sercem niż płucami.
Wróciwszy do porozbijanych wagonów, mój przyjaciel natknął się na kobietę, która stała oparta o drzewo i - nie licząc strużki krwi na twarzy (sączącej się zapewne z jakiejś niewielkiej rany głowy) - wyglądała na całą i zdrową.
- Przyniosę pani wody - zaproponował.
- To bardzo miło z pańskiej strony - odparła z uśmiechem.
Dickens się wzdrygnął. Kobieta straciła wszystkie zęby.
Kiedy zszedł nad wodę i obejrzał się przez ramię, zobaczył jakąś postać, którą wziął za Drooda (nikt inny nie ubrałby się, jak ostatni dureń, w grubą teatralną pelerynę w taki ciepły czerwcowy dzień), z troską pochylającą się nad bezzębną kobietą. Kiedy zaś po kilkunastu sekundach wrócił z cylindrem pełnym wody, mężczyzna w czerni zniknął bez śladu, a kobieta już nie żyła. Leżała na ziemi, szczerząc poranione, bezzębne dziąsła w parodii uśmiechu.
Znów wrócił do resztek pociągu i wśród szczątków jednego z wagonów dostrzegł słabo pojękującego młodego człowieka. Kolejni ratownicy schodzili po skarpie. Dickens wybrał paru najsilniejszych strażników, żeby pomogli mu wydostać młodzieńca spod potłuczonego szkła, strzępów czerwonego aksamitu, żelastwa i kawałków potrzaskanej drewnianej podłogi. Kiedy strażnicy, postękując z wysiłku, dźwigali ciężkie ramy okienne i wyłamywali deski podłogi, które nagle stały się belkami stropowymi, Dickens ściskał rękę młodzieńca, pocieszając go:
- Zaraz będziesz bezpieczny, synu.
- Dziękuję... - wysapał ranny mężczyzna, który najwidoczniej również podróżował wagonem pierwszej klasy. - Jest pan niezwykle uprzejmy.
- Jak się pan nazywa? - zapytał nasz pisarz, kiedy wynieśli młodzieńca na brzeg.
- Dickenson.
Charles Dickens dopilnował więc, by panicz Dickenson został przetransportowany na górę, na nasyp kolejowy, gdzie stale przybywało ratowników, a sam jeszcze raz wrócił na miejsce masakry. Biegał od jednego rannego do drugiego, podtrzymywał, pocieszał, poił, uspokajał, czasem okrywał ich znalezionymi przypadkiem łachmanami i nieustannie badał napotkane ciała w poszukiwaniu oznak życia.
Niektórzy pasażerowie zachowali zimną krew, ale wielu było takich, jak mówił później Dickens, którzy - w szoku - stali bez ruchu i tępo gapili się w przestrzeń. Ludzi, którzy w owo makabryczne popołudnie najżwawiej się uwijali wśród szczątków pociągu i nasłuchiwali jęków rannych, było dwóch: jednym był Dickens, drugim - dziwak nazwiskiem Drood, chociaż ten drugi, w czarnej pelerynie, cały czas trzymał się poza zasięgiem głosu, na granicy pola widzenia, i raczej prześlizgiwał się po trawie, niż chodził od wagonu do wagonu.
Dickens znalazł masywną kobietę, której wiejski strój z taniego materiału sugerował, że jechała którąś z niższych klas. Leżała na brzuchu na podmokłej ziemi, z rękami podkulonymi pod tułów. Odwrócił ją, żeby się upewnić, że opuściła już świat żywych, gdy wtem w umorusanej błotem twarzy otworzyły się oczy.
- Ocaliłam ją! - wydyszała kobieta. - Ocaliłam ją przed nim!
Dickens nie od razu dostrzegł dziecko ściśnięte między jej grubymi ramionami, z buzią wciśniętą w obwisłe piersi. Było martwe; albo utopiło się w płytkim bagnisku, albo udusiło pod ciężarem matki.
Na dźwięk syczącego wołania odwrócił się i zobaczył bladego jak ściana Drooda, który zamachał do niego z pajęczyny cieni pod mostem. Ruszył w jego kierunku, ale po drodze natknął się jeszcze na odwrócony do góry nogami wagon, gdzie z resztek okna wystawała naga, lecz całkiem kształtna kobieca ręka. Skinęła palcami, jakby go przyzywała.
Przykucnął i ujął delikatne palce w obie dłonie.
- Jestem przy tobie, najdroższa - szepnął w głąb niewielkiego otworu, który zaledwie przed kwadransem był najprawdziwszym oknem wagonu kolejowego. Kiedy ścisnął dłoń kobiety, odpowiedziała mu tym samym, jakby chciała w ten sposób wyrazić wdzięczność za ocalenie.
Dickens przykucnął, ale zobaczył tylko podartą tapicerkę, ciemne kształty i cienie w maleńkiej trójkątnej pieczarze wraku. Nie znalazł dość miejsca, żeby wcisnąć do środka choćby głowę i ramiona, (górna krawędź okna znajdowała się tuż nad błotnistym gruntem), ale usłyszał przyśpieszony, przerażony oddech rannej, którego nie zagłuszało nawet bulgotanie płynącej wartko rzeki. Nie myśląc o tym, jak niestosowny może być to gest, przesunął palcami po odsłoniętym damskim ramieniu, sięgając najdalej jak mógł w głąb wraku. Bladą skórę porastały delikatne rudawe włoski, w popołudniowym słońcu połyskujące jak miedź.
- Już idą strażnicy - powiedział w głąb otworu, nie puszczając dłoni rannej. - Chyba jest z nimi lekarz.
Nie miał pewności, czy jegomość w brązowym garniturze ze skórzaną torbą rzeczywiście jest lekarzem, ale gorąco się modlił, żeby tak właśnie było. Czterej strażnicy, uzbrojeni w toporki i łomy, truchtali przodem; dżentelmen w garniturze, sapiąc jak lokomotywa, usiłował dotrzymać im kroku.
- Tutaj! - zawołał do nich Dickens.
Ścisnął rękę uwięzionej kobiety. Jej palce zacisnęły się w odpowiedzi, zacisnęły i rozluźniły, zacisnęły i rozluźniły na jego palcu wskazującym jak paluszki niemowlęcia, które instynktownie chwyta ojcowską dłoń. Nic nie mówiła, lecz Dickens nadal słyszał jej dobiegające z ciemności westchnienia. Brzmiały prawie tak, jakby wzdychała z zadowolenia. Ściskał jej dłoń w obu swoich i modlił się w duchu, żeby dama nie była ciężko ranna.
- Tutaj! Szybciej, na litość boską! - zawołał.
Ratownicy zebrali się wokół niego, i przysadzisty mężczyzna w garniturze przedstawił się jako doktor Morris, lekarz. Dickens odmówił zarówno odsunięcia się od wraku, jak i wypuszczenia z rąk dłoni kobiety, gdy czterej strażnicy zaczęli łomami podważać ramę okna, odsuwać połamane deski i pogięte żelastwo, żeby powiększyć tę mikroskopijną przestrzeń, w której cudem ocalała nieznajoma.
- Ostrożnie! - krzyknął. - Uważajcie, panowie! Niech nic się wam nie obsunie! Ostrożnie z tymi łomami! - Zgiął się wpół, żeby jeszcze bardziej nachylić się nad otworem, mocno ścisnął dłoń kobiety i wyszeptał: - Już prawie cię mamy, najdroższa. Wytrzymaj jeszcze minutkę. Bądź dzielna.
Odpowiedziała mu ostatnim zaciśnięciem palców, w którym wyraźnie wyczuwał jej wdzięczność.
- Będzie się pan musiał odsunąć, mój panie - powiedział doktor Morris. - Tylko na chwileczkę. Chłopcy dźwigną wrak, a ja nachylę się i zajrzę do środka, żeby ocenić obrażenia. Nie wiemy, czy już można zaryzykować wyciągnięcie jej. Tylko na chwileczkę, proszę pana. O tak, bardzo uczynny z pana dżentelmen.
Dickens poklepał dłoń młodej damy. Nie chciał się z nią rozstawać, zwłaszcza gdy wyczuł pożegnalny skurcz szczupłych, bladych, wypielęgnowanych palców. Odepchnął od siebie nader rzeczywiste, lecz zgoła niestosowne uczucie podniecenia płynące z fizycznego kontaktu z kobietą, której nie miał okazji poznać i której twarzy nigdy nie widział.
- Już za chwilę będziesz bezpieczna wśród nas, moja droga - powiedział i puścił jej rękę.
Wycofał się na czworakach spod okna, robiąc miejsce ratownikom. Bagienna wilgoć przesączała mu się na kolanach przez spodnie.
- Dalej! - zawołał lekarz, klęknąwszy w miejscu zwolnionym przez Dickensa. - Przyłóżcie się, chłopcy!
Czterej barczyści strażnicy rzeczywiście się przyłożyli: najpierw podważyli i dźwignęli wrak łomami, a potem zaparli się plecami o nierówną powierzchnię potrzaskanej podłogi wagonu, górującą nad nimi jak drewniana piramida. Klin ciemności przy ziemi odrobinę się powiększył, światło słońca padło w głąb wagonu. Strażnicy stęknęli, dźwignąwszy ciężar wyżej - i nagle jeden z nich sapnął ciężko.
- Chryste Panie! - wykrzyknął ktoś.
Lekarz odskoczył jak porażony prądem. Dickens wczołgał się na jego miejsce, gotowy nieść pomoc, i w końcu zajrzał w głąb wraku.
Nie było żadnej kobiety, nie było dziewczyny - tylko goła ręka wyrwana z barku leżała w oczyszczonym ze szczątków kręgu. W miękkim świetle popołudnia główka kości wydawała się bardzo, bardzo biała.
Wszyscy zaczęli krzyczeć. Zjawili się kolejni ratownicy, którym wydano takie same polecenia. Toporkami i łomami zaczęli rozpruwać wrak wagonu - z początku ostrożnie, potem z przerażającym, jakby celowo niszczycielskim zapamiętaniem. Reszta ciała po prostu zniknęła. Zresztą, w tej stercie złomu w ogóle nie było kompletnych zwłok, tylko niepasujące do siebie strzępy ubrań, przypadkowe kawałki ciał i połamane kości. Z kobiety nie został nawet skrawek sukienki - tylko ta jedna biała ręka, zakończona zaciśniętymi i już znieruchomiałymi palcami, z których odpłynęła cała krew.
Doktor Morris odwrócił się bez słowa, odszedł i dołączył do ratowników skupionych wokół innych rannych. Dickens wstał, zamrugał, oblizał wargi i pociągnął z butelki. Poczuł smak miedzi w ustach i uświadomił sobie, że brandy się skończyła, a on posmakował tylko krwi pozostawionej na szkle przez którąś z poczęstowanych ofiar. Długą chwilę rozglądał się w poszukiwaniu cylindra, zanim odkrył, że włożył go na głowę, a ściekająca zeń woda wsiąkła mu we włosy i spłynęła za kołnierz.
Ponieważ ratowników i gapiów przybywało, Dickens doszedł do wniosku, że jego pomoc na niewiele się już zda. Powoli, nieporadnie wgramolił się na po skarpie na nasyp, gdzie stały ocalałe wagony, teraz już puste. Ellen i pani Ternan przysiadły w cieniu stosu podkładów kolejowych i spokojnie popijały wodę z filiżanek, które ktoś im podał.
Dickens wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć odzianej w rękawiczkę dłoni Ellen, ale zawahał się i zapytał:
- Jak się czujesz, moja droga?
Ellen uśmiechnęła się przez łzy. Dotknęła lewego barku i torsu poniżej obojczyka, a powyżej piersi.
- Jestem trochę poobijana, ale to chyba nic poważnego. Dziękuję, panie Dickens.
Pisarz z nieobecnym wzrokiem pokiwał głową, a potem odwrócił się i podszedł do skraju mostu. Ze swobodą typową dla ludzi roztargnionych przeskoczył na schodki zwisającego nad wąwozem wagonu pierwszej klasy, wczołgał się do środka przez rozbite okno (z taką samą łatwością, z jaką mógłby wejść drzwiami) i zszedł po ustawionych w rzędzie siedzeniach jak po szczeblach drabiny na pionowej teraz ścianie. Cały wagon - zawieszony wysoko nad ziemią na jednym jedynym zaczepie łączącym go z sąsiednim wagonem drugiej klasy - kołysał się delikatnie jak wibrujące wahadło w zepsutym zegarze szafkowym.
Na samym początku, zanim jeszcze wyratował Ellen i panią Ternan, wyniósł z wagonu skórzaną torbę zawierającą rękopis szesnastego odcinka Naszego wspólnego przyjaciela, nad którym pracował we Francji. Przypomniał sobie jednak, że dwa ostatnie rozdziały zostały w kieszeni płaszcza, ten zaś leżał złożony na swoim miejscu, na półce nad siedzeniami. Stanął więc na oparciu ostatniego siedzenia - w rozkołysanym, trzeszczącym wagonie, mając trzydzieści stóp pod nogami rzekę, widoczną przez rozbite okna i mieniącą się odblaskami światła - i wyciągnął rękopis z kieszeni płaszcza. Sprawdził, czy nie brakuje mu kartek (rękopis okazał się lekko przybrudzony, ale kompletny), po czym, wciąż balansując na oparciu, wepchnął plik kartek z powrotem do kieszeni.
A potem, całkiem przypadkowo, spojrzał w dół, w stronę drzwi wagonu, i dalej, przez znajdujące się w nich wybite okienko. Daleko w dole, dokładnie pod wagonem, stał człowiek, który przedstawił mu się jako Drood, i z zadartą głową patrzył wprost na Dickensa, kompletnie nie przejmując się wiszącymi mu nad głową tonami drewna i żelaza. W rozmigotanym figlarnie świetle słońca wyglądał, jakby stąpał po wodzie, zamiast stać w niej po kostki. Jego usta otworzyły się i poruszyły, mięsisty język wysunął spomiędzy małych zębów i rozległo się głośne syczenie, z którego jednak Dickens nie zrozumiał ani słowa, gdyż zagłuszało je skrzypienie huśtającego się wagonu i dobiegające z doliny pojękiwania rannych. "Niepojęte", mamrotał później tylko. "Niepojęte".
Nagle wagon zakołysał się gwałtownie i opadł, jakby zamierzał spaść. Dickens odruchowo jedną ręką chwycił się półki, żeby się nie przewrócić, a kiedy znów spojrzał w dół, Drood zniknął. Pisarz przerzucił płaszcz z rękopisem przez ramię i wspiął się na górę, ku światłu.
W dniu katastrofy pod Staplehurst nie było mnie w Londynie. Dopiero trzy dni po wypadku dostałem wiadomość od mojego młodszego brata Charlesa, męża najstarszej córki Dickensa, Kate, który poinformował mnie, że pisarz otarł się o śmierć. Natychmiast pośpieszyłem do Gad's Hill Place.
Domyślam się, Szanowny Czytelniku z niewiarygodnie odległej i - dla mnie - pośmiertnej przyszłości, że pamiętasz Gad's Hill z szekspirowskiego Henryka IV. Z pewnością pamiętasz Shakespeare'a, nawet jeśli nas, pomniejszych gryzipiórków, pochłonęły mgły niepamięci. Mam rację? To w Gad's Hill właśnie Falstaff planuje swoją napaść, zanim książę Hal z przyjacielem pokrzyżują mu plany, przebrani za rabusiów, którzy zamierzają obrabować rabusia. Grubiutki sir John czmycha w popłochu, a w jego opowieści Hal i jego wspólnik zmieniają się w czwórkę bandziorów, potem w ósemkę, szesnastkę i tak dalej. Nieopodal domu Dickensa znajduje się gospoda "Falstaff Inn". Przypuszczam, że Dickens chwalił sobie skojarzenia swojej rezydencji z Shakespearem nie mniej niż piwo sączone w "Falstaff Inn" na zakończenie długich spacerów.
Jadąc powozem, przypomniałem sobie, że związki Dickensa z Gad's Hill Place są znacznie dawniejsze niż podjęta dziesięć lat wcześniej, w 1855, decyzja o zakupie domu. Gad's Hill znajdowało się w Chatham, wiosce wchłoniętej przez położone dwadzieścia pięć mil od Londynu i słynące z okazałej katedry miasteczko Rochester, w okolicy, gdzie pisarz spędził najszczęśliwsze lata dzieciństwa i gdzie regularnie wracał jako dorosły, wędrując jak niespokojny duch w poszukiwaniu miejsca, w którym mógłby straszyć przez wieki. Sam dom - Gad's Hill Place - pokazał siedmio- czy ośmioletniemu Dickensowi ojciec podczas którejś z niezliczonych przechadzek. John Dickens powiedział przy tej okazji coś w tym stylu:
- Jeśli będziesz ciężko i pilnie pracował, mój chłopcze, może pewnego dnia i ty kupisz sobie taką rezydencję.
W lutym 1855 roku, kiedy tenże chłopiec obchodził czterdzieste trzecie urodziny, wyruszył do Chatham z przyjaciółmi na jedną z odbywanych regularnie sentymentalnych wędrówek, i z najwyższym zdumieniem stwierdził, że nieosiągalny niegdyś dwór został wystawiony na sprzedaż.
Dickens był ostatnią osobą, która nazwałaby Gad's Hill Place "rezydencją" - widział w nim raczej umiarkowanie wygodny wiejski domek (prawdę mówiąc, Tavistock House, w którym wcześniej mieszkał, prezentował się bardziej imponująco), ale po nabyciu go zainwestował fortunę w rozbudowę, renowację, modernizację i nowy wystrój samego domu oraz zagospodarowanie otaczających go terenów. Początkowo zamierzał odwołać się do marzeń świętej pamięci ojca i żyć z wynajmowania Gad's Hill Place, później zaczął go traktować jak potencjalną letnią rezydencję na przyszłość, ale kiedy po gorzkim i nieprzyjemnym rozstaniu z Catherine najpierw wynajął, a potem wystawił na sprzedaż Tavistock House, Gad's Hill stało się jego głównym miejscem zamieszkania. (Nie wyrzekł się jednak nawyku posiadaniu kilku mieszkań w Londynie, w których od czasu do czasu potajemnie pomieszkiwał. Jednym z nich było lokum nad redakcją naszego pisma "All the Year Round").
Po nabyciu Gad's Hill Place powiedział swojemu przyjacielowi Willsowi coś takiego:
- Kiedyś widziałem w nim cudowną rezydencję, choć Bóg mi świadkiem, że nią nie jest, ale byłem wtedy dziwnym dzieckiem. W głowie rodziły mi się pierwsze zalążki wszystkich moich powieści.
Kiedy mój powóz skręcił z Gravesend Road i po łukowato zakrzywionym podjeździe zajechał pod dwupiętrowy ceglany dom, myślałem o tym, jak to się stało, że te zalążki nabrały kształtów dla setek tysięcy czytelników, a Dickens zamieszkał w tych samych czterech ścianach, które jego niereformowalny ojciec - któremu nie poszczęściło się ani w sprawach rodzinnych, ani w finansach - wskazywał mu niegdyś jako najwyższą z możliwych nagród za spełnianie ambicji rodzinnych i zawodowych.
***
Pokojówka otworzyła mi drzwi, a za progiem powitała mnie Georgina Hogarth, szwagierka Dickensa i aktualna pani domu.
- Jak się miewa Pan Niezrównany? - zapytałem, używając ulubionego przezwiska Dickensa.
- Jest roztrzęsiony, panie Collins, bardzo roztrzęsiony - odparła szeptem Georgina i przytknęła palec do ust.
Gabinet Dickensa znajdował się na prawo od holu. Prowadzące do niego drzwi były zamknięte, ale po licznych odwiedzinach w Gad's Hill wiedziałem, że zawsze są zamknięte - bez względu na to, czy gospodarz akurat pracuje, czy nie.
- Wypadek do tego stopnia go wzburzył, że pierwszą noc spędził w swoim londyńskim mieszkaniu, każąc panu Willsowi spać pod drzwiami - ciągnęła scenicznym szeptem Georgina. - Na wypadek, gdyby pan Wills miał mu być do czegoś potrzebny, rozumie pan.
Pokiwałem głową. Wybitnie pragmatyczny i pozbawiony wyobraźni William Henry Wills, pod wieloma względami stanowiący dokładne przeciwieństwo żywiołowego Dickensa, został początkowo zatrudniony przez pisarza jako asystent redakcji "Household Words", a z czasem stał się jednym z jego najbliższych przyjaciół i zauszników. Odsunął w cień nawet jego dawnych znajomych, takich jak John Forster.
- Dziś nie pracuje - mówiła tymczasem Georgina. - Sprawdzę, czy można mu przeszkodzić.
Z wyraźną obawą podeszła do dębowych drzwi gabinetu i delikatnie zapukała.
- Kto tam? - dobiegł ze środka jakiś głos.
Piszę "jakiś głos", ponieważ nie był to głos Charlesa Dickensa. Pisarz - o czym wiedzieli wszyscy, którzy go znali - mówił cicho, szybko, z lekką chrypką; wielu jego rozmówców brało tę chrapliwość za skłonność do seplenienia, toteż Dickens nauczył się z emfazą artykułować głoski, przez co komuś, kto go nie znał, jego słowa - pośpieszne, lecz przesadnie staranne - wydawały się czasem niepotrzebnie pompatyczne. Ten głos brzmiał zupełnie inaczej: był piskliwy i drżący, jak u starca.
- Przyszedł pan Collins - odparła Georgina.
- Niech wraca do domu i choruje dalej - wychrypiał starczy głos.
Zamurowało mnie. Odkąd pięć lat wcześniej mój młodszy brat Charles ożenił się z Kate Dickens, miewał poważne kłopoty żołądkowe i inne przypadłości, ale moim zdaniem nie było to nic poważnego. Dickens był odmiennego zdania. Sprzeciwiał się małżeństwu, był przeświadczony, że jego ukochana córka wyszła za Charlesa (dawnego ilustratora jego książek) tylko po to, żeby zrobić ojcu na złość, a z czasem najwidoczniej wmówił sobie, że mój brat jest umierający. Całkiem niedawno z wiarygodnego źródła usłyszałem o tym, jak to pewnego dnia tłumaczył Willsowi, że stan zdrowia mojego brata "uniemożliwia mu normalne funkcjonowanie", ale nawet gdyby to była prawda (a z całą pewnością nie była), trzeba wyjątkowej bezduszności, żeby tak mówić.
- Ale nie - powiedziała do zamkniętych drzwi Georgina, zerkając lękliwie przez ramię, jakby miała nadzieję, że nie słyszałem odpowiedzi Dickensa. - Pan Wilkie.
- Ach tak... - zabrzmiał drżący głos staruszka. - Dlaczego, u licha, od razu tak nie powiedziałaś?
Usłyszeliśmy stłumione chrobotanie i skrobanie, zgrzyt klucza w zamku (co samo w sobie było niezwykłe, Dickens miał bowiem dziwny zwyczaj zamykania gabinetu na klucz, kiedy zeń wychodził, ale nie robił tego, kiedy siedział w środku) i drzwi otworzyły się z impetem.
- Wilkie, mój drogi - wychrypiał Dickens tym nieswoim głosem, stając w progu z rozpostartymi ramionami. - Wilkie, Wilkie...
Z zapałem uścisnął moją dłoń. Lewą ręką najpierw złapał mnie za prawe ramię powyżej łokcia. Widziałem, że zerknął na wiszący na łańcuszku zegarek w zamkniętej kopercie.
- Dziękuję, Georgino - dodał z roztargnieniem, zatrzaskując za nami drzwi.
Nie zamykając ich na klucz, poprowadził mnie w głąb mrocznego pokoju.
Ten półmrok też mnie zaskoczył. Na przestrzeni lat wielokrotnie odwiedzałem Dickensa w jego sanctum sanctorum, ale nigdy nie widziałem, żeby za dnia zasłaniał okna. Teraz zaś zasłony były zaciągnięte i wnętrze rozjaśniała tylko lampa na stojącym pośrodku gabinetu stole. W przeszklonym trojgiem okien płytkim wykuszu stało jeszcze biurko, ale lampy na nim nie było. Niewielu z nas miało zaszczyt oglądać Dickensa w akcie tworzenia, ale wszyscy ci, którym było to dane, z pewnością doceniali zakrawający na ironię fakt, że pisarz siedział przodem do okien wychodzących na ogród i biegnącą w oddali Gravesend Road, ale podnosząc głowę znad kart książki, nigdy tak naprawdę nie widział roztaczającej się z nich panoramy. Przy pracy do tego stopnia pogrążał się w swoich wyimaginowanych światach, że równie dobrze mógłby być ślepy - z wyjątkiem tych chwil, gdy spoglądał w pobliskie lustro, w którym ćwiczył grymasy, uśmiechy, wyrazy oburzenia, marsy na czole i inne karykaturalne reakcje swoich bohaterów.
Pociągnął mnie w głąb gabinetu, wskazał krzesło obok biurka, a sam usiadł na miękko tapicerowanym fotelu, na którym pracował. Nie licząc zaciągniętych zasłon, pokój wyglądał całkiem zwyczajnie. Panował w nim idealny, niemal chorobliwy porządek i nigdzie nie było ani drobinki kurzu, mimo że Dickens nigdy nie pozwalał służbie sprzątać w gabinecie. Na biurku do pisania z pochylonym blatem spoczywał mały, schludny zestaw przyborów pisarskich: kalendarz, kałamarz, zestaw piór, ołówek z gumką z indyjskiego kauczuku, która chyba nigdy nie była używana, poduszeczka na szpilki, brązowa figurka przedstawiająca dwie walczące ropuchy, oraz akuratnie ułożony nożyk do papieru, ozdobiony wykonanym ze złotej folii stylizowanym wizerunkiem królika. To były talizmany Dickensa, nieodzowne akcesoria pisarskie, konieczne, jak mi kiedyś wyjawił, żeby "było na czym oko zaczepić w przerwach między kolejnymi akapitami", równie niezbędne w pracy pisarza jak komplet gęsich piór.
Większość ścian zajmowały regały z książkami - w tym także półki pełne książek fałszywych, opatrzonych najczęściej ironicznymi tytułami pomysłu samego Dickensa, które spreparował jeszcze w Tavistock House, a po przewiezieniu do Gad's Hill zainstalował na drzwiach. Okalające pokój prawdziwe regały były poprzedzielane tylko oknami oraz okazałym błękitno-białym kominkiem ozdobionym dwudziestoma kafelkami z Delft.
W tamto czerwcowe popołudnie Dickens wyglądał wręcz koszmarnie staro - padające zza naszych pleców ostre światło lampy gazowej podkreślało powiększającą się łysinę, głęboko osadzone oczy i zmarszczki na twarzy. Co chwila zerkał na zamknięty zegarek.
- To bardzo miło z twojej strony, że wpadłeś, mój drogi Wilkie - wychrypiał.
- Nie ma o czym mówić. Przybyłbym wcześniej, ale wyjechałem z miasta, o czym mój brat z pewnością nie omieszkał cię poinformować. Masz taki... oschły głos.
Uśmiechnął się przelotnie.
- Obcy?
- Oschły.
Parsknął śmiechem. Rzadko się zdarzało, żeby Charles Dickens nie roześmiał się podczas rozmowy; nie znałem drugiego człowieka, który byłby równie skłonny do śmiechu. Żadna sytuacja nie była dla niego dostatecznie poważna, żeby nie próbował żartować - o czym z zakłopotaniem przekonywaliśmy się na pogrzebach.
- Za pozwoleniem, "obcy" to chyba jednak lepsze określenie - wychrypiał tym swoim niecodziennym starczym głosem. - W zgoła niewytłumaczalny sposób na miejscu tej potwornej katastrofy pod Staplehurst przyswoiłem sobie cudzy głos. Bardzo bym chciał, żeby jego właściciel zgłosił się po niego i oddał mi w zamian mój... Bo ten głos starego Micawbera zupełnie mi się nie podoba. Mam wrażenie, że ktoś szoruje mi papierem ściernym po strunach głosowych i wszystkich samogłoskach przy okazji.
- Czy poza tym nic ci się nie stało, przyjacielu? - spytałem.
Zbył moje pytanie machnięciem ręki i skoncentrował się na zegarku, który teraz już trzymał w rękach.
- Dziś w nocy miałem nadzwyczaj zdumiewający sen, mój drogi Wilkie.
- Tak? - mruknąłem współczująco. Spodziewałem się usłyszeć streszczenie koszmaru po wypadku.
- Miałem wrażenie, że czytam książkę, którą napisałem w przyszłości - zaczął półgłosem, obracając zegarek w palcach. Złota koperta mieniła się odblaskami światła jedynej lampy. - To było coś strasznego... Powieść o człowieku, który sam się zahipnotyzował, żeby w swoim drugim hipnotycznym wcieleniu dokonywać potwornych okrucieństw, niewysłowionych okropieństw, aktów egoizmu, żądzy i zniszczenia, których przy pełnej świadomości Jasper (bo nie wiadomo dlaczego tak właśnie chciałem go nazywać we śnie) nigdy by się nie dopuścił. Była w to zamieszana jeszcze jakaś inna... istota.
- Zahipnotyzował się... - powtórzyłem w zadumie. - To chyba niemożliwe? Odwołuję się w tym miejscu do twojego doświadczenia i praktyki w arkanach oddziaływań magnetycznych, drogi Charlesie.
- Nie mam pojęcia. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś to zrobił, ale to nie musi znaczyć, że jest niewykonalne. - Spojrzał na mnie. - Ktoś cię kiedyś zahipnotyzował, Wilkie?
- Nie - odparłem. Zaśmiałem się. - Chociaż paru próbowało.
Nie uznałem za konieczne dodawać, że nawet profesor John Elliotson, dawny lekarz University College Hospital, a przy tym mistrz i nauczyciel Dickensa w sztuce mesmeryzmu, nie zdołał mnie zahipnotyzować. Miałem po prostu zbyt silną wolę.
- Spróbujmy - zaproponował Dickens.
Zwiesił zegarek na łańcuszku i rozhuśtał go jak wahadełko.
- Charlesie drogi... - Zachichotałem, chociaż wcale nie było mi do śmiechu. - Po cóż to, na Boga? Chciałem usłyszeć szczegółową relację z wypadku, a nie bawić się w gry salonowe z zegarkiem i...
- Zrób to dla mnie, Wilkie. Wiesz, że udaje mi się czasem zahipnotyzować ludzi... Na pewno opowiadałem ci o długiej i, nie powiem, całkiem udanej terapii mesmerycznej, jakiej poddałem nieszczęsną madame de la Rue na kontynencie.
Mogłem tylko odchrząknąć niezobowiązująco. Dickens opowiadał dosłownie wszystkim swoim przyjaciołom i znajomym o obsesyjnie długiej kuracji hipnotycznej, jaką zaserwował "nieszczęsnej" madame de la Rue. Pomijał przy tym jeden z jej aspektów, który jednak i bez tego stał się tajemnicą poliszynela: sesje terapeutyczne z udziałem tej zamężnej i z całą pewnością obłąkanej kobiety, odbywające się o najdziwniejszych porach dnia i nocy, wzbudziły u żony Dickensa, Catherine, taką zazdrość, że - chyba pierwszy raz w całym ich małżeńskim pożyciu - zażądała ich zaprzestania.
- Patrz na zegarek, z łaski swojej - powiedział Dickens, kołysząc w półmroku złotym krążkiem.
- Nic z tego nie będzie, mój drogi.
- Robisz się senny, Wilkie... Bardzo senny... Oczy ci się zamykają. Jesteś taki senny, jakbyś przed chwilą zaaplikował sobie kilka kropli laudanum.
Niewiele brakowało, żebym na te słowa roześmiał się w głos. Przed wyruszeniem do Gad's Hill zażyłem - jak co rano - nie kilka, lecz kilkadziesiąt kropli laudanum. W dodatku minęła już pora, kiedy powinienem był przyjąć następną dawkę ze srebrnej buteleczki.
- Jesteś... bardzo... bardzo... senny... - mruczał Dickens.
Przez chwilę próbowałem się poddać jego słowom, choćby po to, żeby sprawić przyjemność Panu Niezrównanemu. Nie ulegało wątpliwości, że próbuje w ten sposób zapomnieć o koszmarze katastrofy. Skoncentrowałem się na kołyszącym się zegarku, wsłuchałem w monotonny głos... Prawdę mówiąc, ciepły zaduch zamkniętego gabinetu, przyćmione światło, złote błyski zegarka w półmroku, a nade wszystko spora dawka porannego laudanum wywołały u mnie - na króciuteńką chwilę - lekkie zawroty głowy. Gdybym się nie miał na baczności, mógłbym w tym momencie zapaść może nie w hipnotyczny trans, w który z takim zapałem usiłował mnie wprowadzić Dickens, ale z pewnością w sen. Otrząsnąłem się jednak z zamętu i rzuciłem szorstko:
- Przykro mi, Charlesie. Na mnie to po prostu nie działa. Mam zbyt silną wolę.
Dickens z westchnieniem odłożył zegarek, podszedł do okna i odrobinę rozsunął zasłony. Oślepiło nas światło słońca.
- To prawda - powiedział. - Niektórzy pisarze mają tak silnego ducha, że mesmeryzm jest wobec nich bezradny.
Roześmiałem się.
- W takim razie niech ten twój Jasper, jeśli napiszesz kiedyś powieść na podstawie tego snu, nie będzie pisarzem.
Dickens uśmiechnął się półgębkiem i z powrotem usiadł w fotelu.
- Tak właśnie zrobię, mój drogi Wilkie.
- Jak się czują panna Ternan i jej matka?
Nie próbował maskować marsa na czole. Wszelka dyskusja o tym najtajniejszym i najbardziej osobistym aspekcie życia wprawiała go w zakłopotanie - bez względu na to, jak bardzo potrzebował o nim porozmawiać i jak bardzo oględnie o nim napomykałem.
- Matka panny Ternan ucierpiała tylko wskutek ogólnego wstrząsu dla organizmu, który u osoby w jej wieku nie jest niczym niezwykłym - wychrypiał w odpowiedzi. - Natomiast panna Ternan doznała lekkich obrażeń ogólnych oraz urazu kręgosłupa szyjnego, drobnego przemieszczenia lub pęknięcia kręgu, jak sugeruje lekarz. Każdy ruch głową sprawia jej ból.
- Niezmiernie przykro mi to słyszeć.
Dickens chyba uznał temat za zakończony, bo zapytał:
- Chcesz usłyszeć coś więcej o samym wypadku i jego następstwach, mój drogi Wilkie?
- Absolutnie, Charlesie! Jakżeby inaczej?
- Zdajesz sobie sprawę, że będziesz jedyną osobą, z którą podzielę się tą relacją?
- Będę zaszczycony. Ty zaś możesz polegać na mojej dyskrecji aż do śmierci. Albo i dłużej.
Dickens znowu się uśmiechnął - tym swoim zaskakującym, pewnym siebie, psotnym i dziwnie chłopięcym uśmiechem, w którym poplamione zęby błyskały w cumulusach brody, którą zapuścił osiem lat wcześniej na premierę Zamarzniętej otchłani i nigdy już nie zgolił.
- Twojej śmierci, Wilkie? Czy mojej?
Na chwilę odebrało mi mowę, taki byłem zakłopotany i zmieszany.
- Jednej i drugiej, zapewniam cię - wykrztusiłem w końcu.
Na te słowa Dickens pokiwał głową i tym ochrypłym głosem opowiedział mi o wypadku pod Staplehurst.
***
- Mój Boże - wyszeptałem jakieś czterdzieści minut później, gdy skończył. - Mój Boże...
- No właśnie - powiedział.
- Biedni ludzie... - W tej chwili mój głos był równie chrapliwy jak jego. - Ci biedni ludzie.
- Niewyobrażalne.
Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby używał tego słowa, ale w tej opowieści powtórzyło się chyba kilkanaście razy.
- A mówiłem ci już o tym, że nieszczęśnik, którego wydobyliśmy z tego kompletnie zdruzgotanego wagonu (w którym tkwił do góry nogami, trzeba ci wiedzieć), krwawił z oczu, uszu, nosa i ust? A my w tym czasie desperacko szukaliśmy jego żony. Podobno niedługo przed wypadkiem zamienił się na miejsca z pewnym Francuzem, który nie chciał siedzieć przy otwartym oknie. Francuz zginął. Żona tego krwawiącego mężczyzny również.
- Mój Boże... - powtórzyłem.
Dickens przesunął dłonią po oczach, jakby chciał je osłonić przed światłem, a kiedy znów na mnie spojrzał, w jego wzroku dostrzegłem skwapliwość, jakiej nigdy przedtem nie widziałem u żadnego człowieka. Jak się wkrótce przekonasz, Drogi Czytelniku, śledząc tę prawdziwą opowieść, Charles Dickens nie znosił sprzeciwów.
- Co myślisz o człowieku, który przedstawił mi się jako Drood? - Chrypliwe pytanie zabrzmiało cicho, lecz bardzo natarczywie.
- Jest niewiarygodny.
- Nie wierzysz w jego istnienie, czy w mój opis, Wilkie?
- Ależ nie! - zapewniłem pośpiesznie. - Skądże znowu. Jestem pewien, że wiernie opisałeś mi jego wygląd i zachowanie, Charlesie... Drugiego tak utalentowanego jak ty obserwatora ludzkich typów i dziwactw nie ma ani wśród żywych, ani wśród umarłych, których ze wszystkimi należnymi literatom honorami pochowano w opactwie westminsterskim, ale ten pan Drood... jest po prostu... niewiarygodny.
- Otóż to. Teraz, mój drogi Wilkie, naszym obowiązkiem jest jego odszukanie.
- Odszukanie? - powtórzyłem głupawo. - Po co, na litość boską, mielibyśmy go szukać?
- Pan Drood skrywa tajemnicę, którą koniecznie należy odkopać - odparł szeptem Dickens. - Wybacz mi nieco cmentarną wymowę tych słów. Co ten człowiek, jeśli jest człowiekiem, robił w pociągu z Folkestone o takiej porze? Dlaczego, kiedy go zapytałem, odparł, że jedzie do Whitechapel i ptasich kolonii na East Endzie? Czego szukał wśród zabitych i umierających?
Nie zrozumiałem, o co mu chodzi.
- Czegóż mógł szukać, jeśli nie tego samego, co ty? Chciał nieść pociechę żywym i szukać umarłych.
Dickens ponownie się uśmiechnął, lecz tym razem próżno by szukać w jego uśmiechu ciepła i chłopięcości.
- Działo się tam coś złowieszczego, mój drogi Wilkie. Jestem o tym przekonany. Mówiłem ci, że kilkakrotnie widziałem tego Drooda, jeśli istotnie tak się nazywa, jak krążył wokół rannych, a kiedy później sam do nich dopadałem, już nie żyli.
- Mówiłeś także o kilkorgu rannych, którym sam chciałeś udzielić pomocy, ale zmarli, zanim zdążyłeś do nich wrócić.
- To prawda - wyrzęził Dickens tym obcym głosem, wtuliwszy brodę w kołnierz. - Ale nie pomagałem im przejść na drugą stronę.
Zamurowało mnie.
- Na Boga... Sugerujesz, że trędowaty chudzielec w teatralnej pelerynie mordował ludzi ocalałych z katastrofy pod Staplehurst?!
- Sugeruję, że dochodziło tam do aktów swoistego kanibalizmu, Wilkie.
- Kanibalizmu!
W tym momencie pierwszy raz przyszło mi do głowy, że wypadek mógł spowodować nieodwracalne zmiany w umyśle mojego sławnego przyjaciela. Prawdą jest, że, słuchając go, całkiem poważnie powątpiewałem w opis, a nawet w samo istnienie tego całego "Drooda" (wydawał mi się raczej postacią z powieści sensacyjnej niż prawdziwą istotą ludzką, którą można spotkać w popołudniowym pociągu z Folkestone), ale byłem skłonny przypisywać ewentualne halucynacje temu samemu wstrząsowi i dezorientacji, które odebrały Dickensowi głos. Jeśli jednak zwidywali mu się kanibale, miałem prawo domniemywać, że poza głosem postradał w katastrofie także zdrowe zmysły.
Tymczasem on się uśmiechał i wpatrywał we mnie z tą samą natarczywością, która u ludzi widzących go pierwszy raz w życiu budziła podejrzenie, że czyta im w myślach.
- Nie, Wilkie, ja nie zwariowałem. Pan Drood był równie prawdziwy jak ty czy ja, a przy tym w jakiś nieokreślony sposób jeszcze bardziej nierzeczywisty niż go opisałem. Gdybym go sobie wymyślił jako bohatera jednej z moich powieści, nie przedstawiłbym go takim, jakim go spotkałem na miejscu wypadku. Był nazbyt dziwaczny, nazbyt groźny i groteskowy, żeby nadawał się do książki. Jednakże w naszym świecie takie widmowe istoty naprawdę istnieją, o czym doskonale wiesz. Mijamy je na ulicy. Napotykamy podczas nocnych spacerów po Whitechapel i innych dzielnicach. Ich historie bywają bardziej niezwykłe od najśmielszych wymysłów zwyczajnego gryzipiórka.
Teraz to ja musiałem się uśmiechnąć. Rzadko się zdarzało, żeby Pan Niezrównany mówił o sobie jako "zwyczajnym gryzipiórku", i byłem pewien, że w tym wypadku nie siebie ma na myśli, lecz innych "zwyczajnych gryzipiórków". Na przykład mnie.
- Jak zamierzasz się zabrać do poszukiwań tego pana Drooda, Charlesie? - zapytałem. - I co z nim zrobimy, kiedy go już znajdziemy?
- Pamiętasz, jak prowadziliśmy śledztwo w sprawie tego nawiedzonego domu? - odpowiedział pytaniem Dickens.
Pamiętałem. Wydarzyło się to kilkanaście lat wcześniej, gdy Dickens - redaktor naczelny nowego pisma zatytułowanego "All the Year Round", które po sprzeczce z wydawcą zastąpiło publikowane wcześniej "Household Words" - wdał się w przewlekły spór z paroma spirytystami. W latach pięćdziesiątych XIX wieku stukające stoliki, seanse spirytystyczne, hipnoza i inne przejawy działania niewidzialnych energii robiły furorę, a Dickens nie tylko wierzył w niektóre z tych zjawisk, lecz sam chętnie parał się takimi zajęciami. Jednakże, mimo szczerej wiary w moc mesmeryzmu (zwanego również zwierzęcym magnetyzmem), oraz przesądnej natury, o której doskonale wiedziałem (był na przykład święcie przekonany, że piątek jest dla niego szczęśliwym dniem), ubzdurał sobie - jako redaktor nowego pisemka - że zagra spirytystom na nosie. Kiedy jeden z jego adwersarzy, niejaki William Howitt, dla poparcia swoich tez szczegółowo przedstawił przypadek nawiedzonego domu w Cheshunt pod Londynem, Dickens natychmiast postanowił, że wszyscy - redaktorzy i wydawcy "All the Year Round" - powinniśmy wyruszyć na miejsce nawiedzenia i osobiście zbadać sprawę.
Wills i ja pojechaliśmy krytym powozem, natomiast Dickens z jednym z naszych współpracowników, Johnem Hollingsheadem, pieszo pokonali szesnaście mil dzielących ich od wioski. Odszukanie właściwego domu nastręczyło nam nieco trudności (na szczęście, Dickens zapewnił nam posiłek ze świeżych ryb, gdyż wolał nie polegać na serwowanych w Cheshunt potrawach), ale w końcu znaleźliśmy wiejską rezydencję na terenie posiadłości, na której miał się znajdować tak zwany "nawiedzony dom". Do wieczora wypytywaliśmy sąsiadów, okolicznych rzemieślników, a nawet przechodniów, żeby ostatecznie stwierdzić, iż rzekome "duchy" Howitta to w rzeczywistości stado szczurów oraz służący imieniem Frank, który lubił w środku nocy polować na króliki.
Podczas tamtej ekspedycji - za dnia i w towarzystwie trzech mężczyzn - Dickens poczynał sobie całkiem chwacko, słyszałem jednak, że na inną wyprawę na spotkanie z duchami (tym razem nocną i mającą na celu zbadanie nawiedzonego pomnika nieopodal Gad's Hill Place) zabrał kilku służących i naładowaną strzelbę. Najmłodszy syn Dickensów, nazywany w rodzinie Plornem, twierdził, że podenerwowany ojciec zapowiedział w pewnym momencie:
- Jeśli to jakieś żarty, to odstrzelę żartownisiowi łeb.
Rzeczywiście usłyszeli wtedy upiorne zawodzenie i jęki, "dźwięki przerażające, zarazem ludzkie i nieludzkie".
Źródłem dźwięków okazała się cierpiąca na astmę owca. Dickens powstrzymał się od odstrzelenia jej łba. Za to, kiedy wrócili do domu, poczęstował wszystkich - służbę i dzieci - grogiem.
- Wtedy wiedzieliśmy, gdzie jest ten nawiedzony dom - wytknąłem mu, gdy siedzieliśmy w zaciemnionym gabinecie. - A jak chcesz znaleźć pana Drooda? Gdzie mamy go szukać?
Postura i oblicze Dickensa zmieniły się dramatycznie. Twarz mu się wydłużyła, pobladła, przybyło jej zmarszczek. Oczy niemal wyszły mu z orbit, aż miało się wrażenie, że są pozbawione powiek, a białka jakby lśniły własnym światłem. Zgarbił się jak zreumatyzowany staruszek, spracowany grabarz albo sęp, a jego głos, wciąż chrapliwy, przybrał piskliwe, zgrzytliwe tony, gdy bladymi palcami dźgnął powietrze jak rzucający zaklęcie czarny mag.
- W Limehoussse - zasyczał, naśladując Drooda ze swojej opowieści. - W Whitechapel. Ratcliff Crosss. Gin Alley. Three Foxesss Court. Butcher Row i Commercial Road. W mennicy i innych ptasich koloniach wssschodniego Londynu.
Przyznaję, że włoski zjeżyły mi się na karku. Charles Dickens już w dzieciństwie, zanim zaczął pisać, był tak wyśmienitym parodystą, że ojciec zabierał go ze sobą do barów, żeby tam popisywał się naśladowaniem obcych ludzi, których spotykali na przechadzkach. W tej chwili zacząłem wierzyć, że Drood istnieje naprawdę.
- Kiedy? - zapytałem.
- Wkrótssse - wysyczał Dickens w odpowiedzi, tyle że teraz, uśmiechnięty, był już znowu sobą. - Wyprawialiśmy się już na spacery do Babilonu, mój drogi Wilkie. Widzieliśmy Wielki Piec nocą.
Rzeczywiście, widzieliśmy. Dickensa zawsze fascynowały mroczne zakamarki naszego miasta, a "Babilon" i "Wielki Piec" były jego ulubionymi określeniami najgorszych londyńskich slumsów. Mimo upływu lat, niektóre z nocnych wędrówek wśród ubogich ruder wciąż przyprawiały mnie o senne koszmary.
- Możesz mną rozporządzać - zapewniłem go z entuzjazmem. - Jutro wieczorem zgłoszę się na służbę, jeżeli ci to pasuje.
Dickens pokręcił głową.
- Najpierw muszę odzyskać głos, Wilkie. Poza tym zalegam z pisaniem Naszego wspólnego przyjaciela i w najbliższych dniach muszę dopilnować paru innych spraw. Może zostaniesz na noc? Twój pokój jest gotowy, jak zawsze.
- Niestety, to niemożliwe. Muszę przed wieczorem wrócić do miasta. Interesy.
Przemilczałem, że na te "interesy" składała się przede wszystkim konieczność zakupu laudanum, bez którego już wtedy, w 1855 roku, nijak nie mogłem się obejść dłużej niż jeden dzień.
- Doskonale. - Dickens wstał z fotela. - Wyświadczysz mi przysługę, mój drogi?
- Cokolwiek zechcesz. Rozkazuj mi, przyjacielu.
Spojrzał na zegarek.
***
- Nie zdążysz już na najbliższy pociąg z Gravesend, ale zaraz każę Charleyowi zaprząc kuca i odwieziemy cię do Higham. Tam złapiesz ekspres na Charing Cross.
- Mam jechać na Charing Cross?
- Owszem, mój drogi Wilkie. - Dickens chwycił mnie mocno za ramię, gdy z ciemnego gabinetu wyszliśmy na rozświetlony lampami korytarz. - A dlaczego masz to zrobić, wyjaśnię ci w drodze na stację.
***
Georgina nas nie odprowadziła, ale najstarszy syn Niezrównanego, Charley, który odwiedzał ojca w jego wiejskiej posiadłości, pobiegł wyszykować dwukółkę. Placyk przed frontem Gad's Hill House był tak samo schludny jak wszystko, co Dickens miał na oku. Jego ulubione kwiaty - szkarłatne pelargonie - rosły w idealnie równych rządkach, dalej rozciągał się równiuteńko przystrzyżony trawnik, a stojące na jego skraju dwa potężne cedry libańskie rzucały w tej chwili cień na wschód, wzdłuż drogi.
Rabaty pelargonii, między którymi przeszliśmy w drodze do powozu, obudziły we mnie dziwny niepokój. Oblałem się zimnym potem, serce zaczęło mi szybciej bić, gdy nagle uświadomiłem sobie, że Dickens od dłuższej chwili coś do mnie mówi:
- ... bezpośrednio po wypadku zabrałem go do hotelu "Charing Cross". Opłaciłem dwie pielęgniarki, żeby się nim stale opiekowały, dniem i nocą. Byłbym ci wielce zobowiązany, mój drogi Wilkie, gdybyś mógł go wieczorem odwiedzić, przekazać mu moje pozdrowienia i poinformować, że gdy tylko znów zjawię się w mieście, czyli najprawdopodobniej jutro, sam również do niego wpadnę. Gdybyś dowiedział się od pielęgniarek, że jego stan się pogorszył, bądź łaskaw jak najszybciej pchnąć do Gad's Hill posłańca z taką wiadomością.
- Naturalnie, Charlesie.
Jak przez mgłę dotarło do mnie, że Dickens musiał mieć na myśli młodego mężczyznę, któremu pomógł wydostać się z wraku pociągu pod Staplehurst i którego później osobiście odstawił na Charing Cross. Nazywał się ów młodzieniec Dickenson, Edmond lub Edward Dickenson, jeśli mnie pamięć nie myliła. Właściwie, jak się nad tym zastanowić, niezwykły zbieg okoliczności, takie nazwisko.
Ledwie powozik ruszył i zaczęliśmy się oddalać od grządek z pelargoniami, uczucie paniki rozwiało się równie nagle, jak przed chwilą mnie nawiedziło.
Dickens uparł się, że wciśnie się do maleńkiej dwukółki razem ze mną i Charleyem. Wyjechaliśmy w kierunku Gravesend, skąd Rochester Road skierowaliśmy się na stację kolejową w Higham. Nie musieliśmy się śpieszyć.
Z początku Dickens zachowywał się zupełnie swobodnie, zagadując mnie o drobiazgi związane z wydaniem nowego numeru "All the Year Round", kiedy jednak rozpędziliśmy się nieco, dotrzymując kroku innym pojazdom na trakcie (stacja w Higham znalazła się już prawie w zasięgu wzroku), ujrzałem, jak jego twarz - wciąż opalona po pobycie we Francji - najpierw blednie, a następnie przybiera barwę ołowiu. Pot perlił mu się na skroniach i policzkach.
- Zwolnij trochę, Charley - poprosił. - I nie huśtaj tak. Nie mogę się skupić.
- Dobrze, ojcze.
Charley ściągnął lejce i kuc zwolnił. Patrzyłem, jak wargi Dickensa stają się coraz cieńsze i cieńsze, aż została z nich wąska, bezkrwawa krecha.
- Wolniej, Charley. Na miłość boską, zwolnijże!
- Dobrze, ojcze.
Spoglądając na ojca, Charley - mężczyzna dwudziestoparoletni - upodabniał się do przestraszonego chłopca. Dickens tymczasem zacisnął obie dłonie na ścianie powoziku i (całkiem niepotrzebnie) pochylał się coraz bardziej w prawo.
- Wolniej, błagam! - zakwilił.
Dwukółka poruszała się w tej chwili z prędkością leniwego piechura, na pewno wolniej niż cztery mile na godzinę, które to tempo Dickens bez trudu utrzymywał podczas dwunasto-, szesnasto- czy nawet dwudziestomilowych spacerów.
- Spóźnimy się na pociąg... - zaczął Charley, zerkając na przemian to na odległe zabudowania i wieżę stacji, to na zegarek.
- Stój! - polecił Dickens. - Wysiadam!
Twarz miał szarą jak ogon naszego kuca. Na chwiejnych nogach wygramolił się z powoziku i pośpiesznie uścisnął moją dłoń.
- Wrócę pieszo. Mamy piękny dzień, w sam raz na spacer. Bezpiecznej podróży, Wilkie. Koniecznie daj mi znać, czy młodemu panu Dickensonowi czegoś nie potrzeba.
- Załatwione, Charlesie. Niedługo zresztą znów się zobaczymy.
Patrząc na niego od tyłu, gdy ruszył z powrotem w stronę Gad's Hill, miałem wrażenie, że widzę człowieka znacznie starszego niż w rzeczywistości: zamiast iść tym swoim pewnym, żwawym krokiem, dreptał skrajem drogi, jakby szedł niemal po omacku, ciężko wsparty na lasce.
Kanibalizm.
Jadąc pociągiem na Charing Cross, rozmyślałem o tym dziwnym, barbarzyńskim słowie i opisywanym przez nie zjawisku, a także o tym, jaki wpływ wywarły na życie Dickensa; nie miałem jeszcze pojęcia, jak okrutnie - i to już niebawem - odcisną się także na moich losach.
Było w naturze Charlesa Dickensa coś, co sprawiało, że niezwykle silnie reagował na ideę kanibalizmu i w ogóle wszelką myśl o tym, że coś mogłoby go pochłonąć. W okresie separacji z Catherine i skandalu, do którego wybuchu i upublicznienia walnie się przyczynił (choć nigdy by się do tego nie przyznał), wielokrotnie mi powtarzał:
- Pożerają mnie żywcem, Wilkie. Moi wrogowie, Hogarthowie i niedoinformowana opinia publiczna, która chętnie wierzy w to co najgorsze, zjadają mnie po kawałku.
Na przestrzeni ostatniej dekady Dickens wielokrotnie zabierał mnie na wycieczki do londyńskiego ogrodu zoologicznego, który wręcz uwielbiał. Kochał rodzinę hipopotamów, ubóstwiał ptaszarnie i wybieg dla lwów, ale gwoździem programu był nieodmiennie rytuał karmienia gadów w terrarium. Dickens za skarby świata nie chciałby go przegapić i zawsze mnie ponaglał, żebyśmy się nie spóźnili. Pracownicy ZOO trzymali gady, w szczególności węże, na diecie złożonej z myszy i szczurów. Spektakl karmienia wprost hipnotyzował Dickensa (który, mimo że sam się parał mesmeryzmem, kategorycznie odmawiał poddania się hipnozie), który przez cały czas jego trwania stał nieruchomo jak sparaliżowany. Kilkakrotnie - kiedy razem gdzieś jechaliśmy, czekaliśmy na rozpoczęcie przedstawienia w teatrze czy po prostu siedzieliśmy u niego w salonie - zdarzało się, że Dickens przypominał mi częstą scenę z terrarium: dwa węże w tej samej chwili zaczynały pożerać tego samego szczura. W pewnym momencie gryzoń znikał całkowicie w ich pyskach, ale, ponieważ nadal był żywy, rozpaczliwie miotał się i wierzgał łapami pochłanianymi przez potężne szczęki.
Zaledwie kilka miesięcy przed katastrofą zdradził mi, że w niektórych elementach mebli - nogach wanny, stołu i krzeseł w różnych pokojach, a nawet sznurach od zasłon - widzi węże, które z wolna pożerają wannę, blat stołu, siedziska krzeseł i zasłony.
- Kiedy odwrócę wzrok, mój drogi Wilkie, ten dom zjada sam siebie - mawiał przy ponczu.
Twierdził również, że kiedy na bankietach (najczęściej wydawanych na jego cześć) spogląda na zebranych przy długim stole gości - kolegów po fachu, przyjaciół i znajomych - i widzi, jak opychają się cielęciną, baraniną albo kurczakiem, przez chwilę, przez jeden straszliwy, przerażający ułamek sekundy wyobraża sobie, że sztućce, które podnoszą do ust, zmieniają się w wijące się spazmatycznie kończyny, tyle tylko, że nie są to mysie ani szczurze łapki, lecz ręce i nogi ludzi. To powtarzające się złudzenie bardzo go niepokoiło.
Jednakże tym, co przed jedenastu laty naprawdę zmieniło bieg życia Charlesa Dickensa, był najprawdziwszy przypadek kanibalizmu - a przynajmniej towarzyszące mu plotki.
W październiku 1854 roku całą Anglią wstrząsnęła relacja doktora Johna Rae, który opisał swoje przeżycia z poszukiwań zaginionej ekspedycji Franklina.
Być może, mój Szacowny Czytelniku z odległej przyszłości, nigdy nie słyszałeś o ekspedycji Franklina, wyjaśnię Ci więc, że w 1845 roku sir John Franklin w towarzystwie stu dwudziestu dziewięciu ludzi przedsięwziął wyprawę badawczą w rejony arktyczne na dwóch statkach Królewskiej Służby Eksploracyjnej: HMS Erebus i HMS Terror. Wyruszyli w maju, a ich głównym celem było zbadanie Przejścia Północno-Zachodniego łączącego Atlantyk z Pacyfikiem na północ od będącej naszą kolonią Kanady (Anglia od wieków marzyła o odkryciu nowego, krótszego szlaku handlowego na Daleki Wschód). Franklin, człowiek już niemłody, był doświadczonym odkrywcą, powszechnie spodziewano się więc, że ekspedycja zakończy się sukcesem. Ostatni raz widziano jego statki w Zatoce Baffina u schyłku lata 1845 roku. Kiedy przez następne trzy albo cztery lata członkowie wyprawy nie dawali znaku życia, nawet Królewska Marynarka Wojenna zaniepokoiła się ich losem i poczęto organizować ekspedycje ratunkowe. Do dziś jednak nie znaleziono statków Franklina.
Parlament i lady Franklin wyznaczyli wysokie nagrody. Wyprawy poszukiwawcze - nie tylko brytyjskie, ale także amerykańskie i z innych krajów - przemierzyły Arktykę w poszukiwaniu już nie tyle Franklina i jego ludzi, ile raczej wszelkich śladów, które rzuciłyby światło na ich losy. Lady Franklin bardzo stanowczo wyrażała swoją wiarę w to, że eksploratorzy żyją, a w rządzie i flocie mało kto miał śmiałość się jej sprzeciwić, mimo że większość Anglików porzuciła już nadzieję.
Doktor John Rae - urzędnik Kompanii Zatoki Hudsona - udał się drogą lądową na północ i przez długie miesiące badał tamtejsze odludne wyspy (na których podobno znaleźć można tylko żwir i niesiony wiatrem śnieg) i rozległe akweny, na których Erebus i Terror przepadły bez śladu. W odróżnieniu od przedstawicieli Marynarki Królewskiej i członków większości wypraw poszukiwawczych, Rae pomieszkiwał wśród żyjących w tych rejonach dzikich Eskimosów, uczył się ich prymitywnych języków i w swoim późniejszym sprawozdaniu często powoływał się na ich relacje. Przywiózł też do Anglii liczne przedmioty należące wcześniej do Franklina i jego ludzi: mosiężne guziki, czapki, elementy serwisu obiadowego z herbem sir Johna, przybory piśmienne. Na koniec odkrył nawet ludzkie szczątki, pochowane zarówno w płytkich grobach, jak i na platformach ponad powierzchnią ziemi, a także dwa szkielety siedzące w przywiązanej do sań szalupie jednego ze statków Franklina.
Ale najbardziej poruszyły Anglię nie same te przerażające przesłanki domniemanego tragicznego losu Franklina, lecz opowieści Eskimosów, na które powoływał się Rae: wynikało z nich, że przed śmiercią ludzie Franklina dopuszczali się kanibalizmu. Dzicy opowiadali doktorowi Rae, że w obozowiskach białych ludzi napotykali ogryzione ludzkie kości, stosy odciętych kończyn, a nawet wysokie zimowe buty, w których wciąż tkwiły stopy i fragmenty nóg. Wieści te - co zrozumiałe - przeraziły lady Franklin, która odrzuciła raport Johna Rae. Wynajęła nawet kolejny statek, opłaciwszy go z kurczącej się rodowej fortuny, i wysłała go na dalsze poszukiwania.
Dickens był zarazem wstrząśnięty i zafascynowany doniesieniami doktora Rae. Zaczął publikować dotyczące tragedii artykuły - najpierw w swoich "Household Words", a potem także w innych pismach. Z początku po prostu wyrażał swoje powątpiewanie, zarzucając doktorowi Rae "pochopność (...) w stwierdzeniu, że ludzie Franklina zjadali ciała zmarłych towarzyszy". Utrzymywał, że opiera się na "wielkiej mnogości książek" (chociaż unikał podawania konkretnych tytułów), gdy twierdzi, że "nieszczęśni podwładni Franklina nawet w najdzikszych snach nie wpadliby na pomysł zjadania zwłok swoich towarzyszy".
Kiedy większość Anglików podzieliła się na tych, co uwierzyli doktorowi Rae (który odebrał rządową nagrodę za dostarczenie dowodów rozstrzygających o losie Franklina), oraz takich, którzy o całej sprawie pomału zapominali, upór mojego przyjaciela przerodził się w gniew. W "Household Words" przypuścił wściekły atak na "dzikusów", jakim to słowem zwykle określał wszystkich niebiałych, lecz w tym konkretnym wypadku miał na myśli podstępnych, kłamliwych i niegodnych zaufania Eskimosów, z którymi John Rae bratał się i rozmawiał. W naszych czasach Dickens uchodził, rzecz jasna, za radykalnego liberała, ale nikt nie kwestionował jego pozycji, kiedy w imieniu większości Anglików pisał: "(...) naszym zdaniem każdy dzikus jest w głębi serca chciwy, zdradziecki i okrutny". Niemożliwe jest, dowodził, żeby którykolwiek z ludzi Franklina zechciał "przedłużyć swoje istnienie za pomocą tak makabrycznych środków, jak zjadanie ciał zmarłych towarzyszy".
A potem zrobił rzecz niezwykłą: spośród "wielkiej mnogości książek", dla poparcia swojej tezy wybrał Baśnie z tysiąca i jednej nocy (jedną z najważniejszych książek swojego dzieciństwa, co wielokrotnie podkreślał). W podsumowaniu pisał tak: "W całym obszernym kręgu Baśni z tysiąca i jednej nocy tylko ghule, czarni jednoocy olbrzymi, przerażające potwory wielkie jak wieże, oraz nieczyste zwierzęta czyhające nad brzegiem morza" dopuszczają się jedzenia ludzkiego mięsa, czyli kanibalizmu.
No i proszę. Quod erat demonstrandum.
***
W 1856 roku Dickens przeniósł swoją kampanię przeciwko możliwości kanibalizmu wśród członków wyprawy Franklina na nowy, wyższy poziom - na którym wkrótce i ja zostałem w nią wplątany.
Podróżowaliśmy razem po Francji (podczas tych eskapad nazywał mnie swoim "zdeprawowanym przyjacielem", a czas spędzony w Paryżu "niebezpieczną wyprawą"; muszę jednak przyznać, że choć lubił nocne życie i z upodobaniem wdawał się w pogawędki z młodymi aktorkami, w przeciwieństwie do mnie nigdy nie posuwał się w tych znajomościach dalej niż do etapu konwersacji), gdy wpadł na pomysł, że powinienem napisać sztukę, którą po powrocie do Londynu wystawimy u niego w domu, w Tavistock House. Miał to być dramat o zaginionej w Arktyce ekspedycji naukowej, takiej jak ekspedycja Franklina, której angielscy członkowie wykażą się odwagą i hartem ducha. Przy okazji, nadmienił, sztuka powinna traktować o miłości i poświęceniu.
Moja reakcja była łatwa do przewidzenia:
- Może sam ją napisz, Charlesie?
Nie, to nie wchodziło w grę: właśnie zaczynał pracę nad Małą Dorrit, jeździł na wieczory literackie, wydawał pismo... Dlatego to ja musiałem się tym zająć. Dickens zasugerował tytuł Zamarznięta otchłań, ponieważ sztuka miała traktować nie tylko o bezludnej północy, ale także o niezgłębionych tajnikach ludzkich serc i dusz. Zapowiedział, że pomoże mi co nieco z fabułą i zajmie się "nudną pracą redakcyjną", z czego natychmiast wywnioskowałem, że będzie to w gruncie rzeczy jego utwór, ja zaś mam być tylko narzędziem służącym do przelania słów na papier.
Zgodziłem się.
Pracę nad Zamarzniętą otchłanią zaczęliśmy w Paryżu - to znaczy, ja zacząłem, bo rozchwytywany Dickens biegał ze spotkania na spotkanie i z bankietu na bankiet. Pod koniec gorącego lata 1856 roku wróciliśmy do Londynu. Nasze zwyczaje - pisarskie i nie tylko - ogromnie się różniły. We Francji lubiłem przesiadywać w kasynach do wczesnych godzin rannych, Dickens zaś upierał się przy jedzeniu śniadania między ósmą a dziewiątą. Nie raz i nie dwa spożywałem więc pasztet z gęsich wątróbek samotnie, około południa. Ponadto, w Tavistock House, i później w Gad's Hill Place, Dickens pracował od dziewiątej rano do drugiej, trzeciej po południu. W tym czasie wszyscy w domu, zarówno rodzina, jak i goście, musieli również znaleźć sobie jakieś zajęcie. Widywałem, jak Georgina i córki pisarza udają, że robią korektę jego rękopisów, kiedy on sam zamykał się w gabinecie. W owym okresie (zanim jeszcze drugi Wilkie Collins zaczął ze mną walczyć o dostęp do biurka i przyborów piśmiennych) wolałem pracować po nocach, toteż za dnia chętnie zaszywałem się u Dickensa w bibliotece, żeby spokojnie wypalić cygaro i uciąć sobie drzemkę. Wielokrotnie zdarzało się, że Dickens wynurzał się znienacka z gabinetu, wypędzał mnie z kryjówki i zaganiał do pracy.
Nad nowym dramatem pracowałem (pracowaliśmy) także przez całą jesień. Wymyśliłem głównego bohatera (którego miał oczywiście zagrać Dickens) - niejakiego Richarda Wardoura, łączącego cechy niezłomnego sir Johna Franklina i jego zastępcy, całkiem pospolitego Irlandczyka nazwiskiem Francis Crozier, przy czym w moim zamyśle Wardour był człowiekiem starszawym, niezbyt kompetentnym (jakkolwiek na to patrzeć, wszyscy członkowie ekspedycji Franklina zmarli) i lekko obłąkanym. Miał być postacią ocierającą się o czarny charakter.
Dickens wywrócił moją koncepcję do góry nogami. W jego wersji Richard Wardour był człowiekiem młodym, inteligentnym, skomplikowanym i - jak okazywało się pod koniec - zdolnym do bezwarunkowego poświęcenia. "Wiecznie szukającym prawdziwego uczucia, lecz bez powodzenia", tłumaczył Dickens w swoich obszernych adnotacjach. Sam napisał większość monologów Wardoura, które w dodatku trzymał w tajemnicy aż do ostatnich prób naszego amatorskiego przedstawienia ("naszego", ponieważ byłem jednym z głównych aktorów tego przedsięwzięcia). Kiedy odwiedzałem go w Gad's Hill, często zdarzało mi się widzieć, jak rozpoczyna lub kończy którąś ze swoich dwudziestomilowych wycieczek do Finchley i Neasden, gromkim głosem recytując kwestie Wardoura:
- Młoda, o pięknej i smutnej twarzy, łagodnych oczach i cichym, czystym głosie. Młoda, kochająca i miłosierna. Jej twarz mam stale przed oczami, choć inne wspomnienia się zacierają. Muszę błąkać się po świecie niespokojny, bezsenny i bezdomny, dopóki jej nie znajdę.
Z perspektywy czasu łatwo dostrzec prawdziwość i głębię uczuć żywionych przez Dickensa w owym okresie, kiedy jego małżeństwo (z jego woli) chyliło się ku upadkowi. Przez całe życie czekał i szukał tej pięknej, smutnej twarzy o łagodnych oczach i cichym, czystym głosie. Obrazy podsuwane mu przez wyobraźnię zawsze były dla niego bardziej prawdziwe niż codzienna rzeczywistość, a już od wieku młodzieńczego karmił się wyobrażeniami tej dziewiczo czystej, szczerej, czułej, młodej, pięknej (i miłosiernej) kobiety.
Premiera mojej sztuki odbyła się w Tavistock House szóstego stycznia 1857 roku, w święto Trzech Króli, z której to okazji Dickens zawsze przygotowywał jakiś specjalny program. Był to również dzień dwudziestych urodzin jego syna, Charleya. Pisarz dołożył wszelkich starań, żeby spektakl wyglądał jak najbardziej profesjonalnie: kazał cieślom przerobić domową salkę lekcyjną na teatr, w którym z łatwością zmieściłoby się ponad pięćdziesięciu widzów, usunąć znajdującą się tam wcześniej małą scenę i zastąpić ją nową, większą, pomieszczoną w wykuszu; zlecił skomponowanie oprawy muzycznej i wynajął orkiestrę, która miała ją zagrać; wynajął zawodowych scenografów do zaprojektowania i wykonania imponujących dekoracji scenicznych; wydał małą fortunę na kostiumy (przechwalał się później, że w naszych autentycznych strojach "polarników" moglibyśmy pójść piechotą z Londynu prosto na biegun północny); osobiście nadzorował działanie gazowego oświetlenia teatralnego i obmyślił skomplikowane efekty świetlne, mające symulować różne pory polarnej doby, nie wyłączając arktycznych białych nocy.
W jego wykonaniu melodramatyczna rola Wardoura nabrała niezwykłej wyrazistości i realizmu. W jednej ze scen, w której kilka postaci usiłuje powstrzymać cierpiącego Wardoura przed ucieczką ze sceny, uprzedził nas, że zamierza "walczyć na całego" i będziemy musieli naprawdę się postarać, żeby go zatrzymać. Jego ostrzeżenie okazało się wielkim niedomówieniem: jeszcze przed zakończeniem prób kilka osób zostało poważnie poobijanych. Charley tak później pisał w liście do mojego brata: "Podejmował próby ucieczki z takim zapałem, że naprawdę musieliśmy walczyć z nim jak zapaśnicy. Ponieważ znajdowałem się na czele grupy jego przeciwników i przyjmowałem na siebie główny impet zderzenia, byłem poniewierany po całej scenie i na długo przed premierą chodziłem cały posiniaczony".
Na premierze nasz wspólny przyjaciel John Forster odczytał dopisany w ostatniej chwili prolog, w którym Dickens (jak to często czynił w swoich książkach) usiłował w sposób zrozumiały dla wszystkich porównać ukryte głębie ludzkiej duszy do przerażających, skutych lodem przestrzeni Arktyki:
Niech ludzkiego wnętrza przepaść niezgłębiona
Upartego badacza chłodem nie pokona;
Niech dłoń odkrywcy zwycięży mróz duszy,
Przejście utoruje, lód polarny skruszy,
Zgrozę złagodzi czeluści zimowych
I Zamarzniętej otchłani roztopi okowy.
Pociąg przywiózł mnie do Londynu, ale nie od razu udałem się na Charing Cross.
Przekleństwem mojego życia była, jest i zawsze będzie podagra. Czasem rwie mnie w nodze, ale najchętniej atakuje głowę, gdzie często lokuje się za prawym okiem, jak rozgrzany do czerwoności żelazny pręt. Powodowanemu przez nią ustawicznemu bólowi (a jest naprawdę ustawiczny) przeciwstawiam się całą siłą swojej woli. Wspomagam się przy tym opium, które przyjmuję pod postacią laudanum.
W owym dniu, zanim zająłem się wypełnianiem prośby Dickensa, złapałem przy dworcu dorożkę (czułem się tak fatalnie, że nie miałem ochoty na żadne spacery) i kazałem się zawieźć do niewielkiej apteki nieopodal miejsca mojego zamieszkania. Zaprzyjaźniony aptekarz (podobnie jak paru innych w Londynie i innych miejscowościach) wiedział o moich katuszach i sprzedawał mi leki łagodzące ból w ilościach zastrzeżonych zwykle dla lekarzy. Mówiąc prościej: sprzedawał mi laudanum na dzbanki.
Zaryzykuję domysł, Drogi Czytelniku, że w Twoich czasach nadal się go używa (chyba że medycyna opracowała jakiś powszechnie dostępny i jeszcze skuteczniejszy specyfik), ale na wypadek, gdybym jednak się mylił, pozwolę sobie opisać w tym miejscu jego działanie.
Laudanum jest zwyczajną alkoholową tynkturą opium. Zanim zacząłem kupować je w ilościach hurtowych, postępowałem zgodnie z zaleceniem Franka Bearda, mojego lekarza i przyjaciela, i wpuszczałem po prostu cztery krople opium do kieliszka lub pół kieliszka czerwonego wina. Później zrobiło się z tego osiem kropli. Następnie osiem do dziesięciu, ale za to dwa razy dziennie. W końcu odkryłem, że najskuteczniejsze na mój nieustępliwy ból jest gotowe laudanum, czyli mieszanina alkoholu z opium w proporcji jeden do jednego. W ostatnich miesiącach nabrałem zwyczaju (który z czasem miał się przerodzić w trwający całe życie nałóg) popijania czystego laudanum z kieliszka albo wprost z dzbanka. Przyznaję, że kiedy któregoś dnia wypiłem taki kieliszek u siebie w domu na oczach sławnego chirurga, sir Williama Fergussona (człowieka, o którym myślałem, że docenia konieczność stosowania tego specyfiku), sir William wykrzyknął, że taka ilość laudanum mogłaby zabić każdego z obecnych przy stole (a zasiadało wtedy przy nim dziewięcioro gości: ośmiu mężczyzn i jedna kobieta). Od tamtej pory nie obnosiłem się z wielkością przyjmowanych dawek laudanum, nie ukrywałem jednak samego faktu, że ten błogosławiony lek stosuję.
Musisz zrozumieć jedną rzecz, Czytelniku z mojej pośmiertnej przyszłości: w naszych czasach wszyscy - albo prawie wszyscy - zażywają laudanum. Nawet mój ojciec, nieufny wobec wszelkich medykamentów, u schyłku życia pochłaniał ogromne ilości Kropli Battleya, bardzo mocnej postaci opium (ja zaś jestem przekonany, że mój ból wywołany podagrą był co najmniej równie, jeśli nie bardziej dokuczliwy, jak jego męki na łożu śmierci). Pamiętam, jak Coleridge, ten poeta, bliski przyjaciel moich rodziców i częsty gość w naszym domu, zanosił się płaczem z obawy przed pogłębiającym się uzależnieniem od opium, i pamiętam, jak moja matka go przed tym ostrzegała. Nie zapominajmy jednak - jak nie omieszkałem wytknąć moim nielicznym źle wychowanym znajomym, którzy pozwalali sobie krytykować moje uzależnienie - że sir Walter Scott przyjmował pokaźne dawki laudanum, pisząc Narzeczoną z Lamermoor, a moi i Dickensa współcześni, tacy jak Bulwer-Lytton czy De Quincey, używali tego jakże ważnego lekarstwa w ilościach zdecydowanie przewyższających stosowane przeze mnie.
Z apteki udałem się do domu - jednego z dwóch, które posiadałem, pod numerem dziewiątym przy Melcombe Place, nieopodal Dorset Square. Zgodnie z przewidywaniami, nie zastałem Caroline ani jej córki, spokojnie ukryłem więc świeży zapas laudanum - tyle że najpierw wypiłem dwa kieliszki...
...i parę minut później znów byłem sobą - przynajmniej w takim stopniu, w jakim było to możliwe, gdy podagra dobijała się do okien i łomotała w drzwi mojego ciała. Przynajmniej rozlegający się stale w tle nieznośny szum bólu przycichł na tyle, że mogłem zebrać myśli.
Pojechałem na Charing Cross.
***
Zamarznięta otchłań odniosła wielki sukces.
Pierwszy akt rozgrywa się w hrabstwie Devon, gdzie piękną Clarę Burnham (graną przez ładniejszą z córek Dickensa, Mary, pieszczotliwie zwaną Mamie) dręczy strach o wytwornego narzeczonego, Franka Aldersleya (w tej roli wystąpiłem ja, z twarzą przyozdobioną zaczątkami zarostu). Aldersley udał się na wyprawę polarną, której celem - podobnie jak tej prawdziwej, prowadzonej przez sir Johna Franklina - było otwarcie Przejścia Północno-Zachodniego. Oba uczestniczące w niej statki, HMS Wanderer i HMS Sea-mew, przepadły bez śladu przed ponad dwoma laty. Clara wie, że dowódcą Franka podczas tej ekspedycji jest kapitan Richard Wardour, którego oświadczyny odrzuciła. Wardour nie zna tożsamości rywala do ręki Clary, ale przysiągł, że gdy tylko go spotka, zabije go. Mój bohater, Frank Aldersley, jest zaś całkowicie nieświadomy uczucia, jakim Wardour darzy jego narzeczoną.
Mając świadomość tego, że statki najprawdopodobniej uwięzły w okowach lodu gdzieś w Arktyce, Clara odchodzi od zmysłów na myśl o tym, że jej dwaj adoratorzy przypadkiem poznają nawzajem swoją tożsamość. Żyje więc w strachu nie tylko przed samą Arktyką, jej pogodą, zamieszkującymi ją dzikimi zwierzętami i ludźmi, lecz także stale zamartwia się tym, co Wardour zrobi z jej Frankiem, gdy odkryje prawdę.
Obaw Clary bynajmniej nie łagodzi jej opiekunka, Esther, która - obdarzona darem jasnowidzenia - przedstawia swoje krwawe wizje w szkarłatnym świetle zachodzącego nad hrabstwem Devon słońca. (Jak już wspomniałem, Dickens bardzo się postarał, żeby w teatrzyku w Tavistock House stworzyć realistyczne efekty świetlne, odzwierciedlające warunki panujące o różnych porach dnia i nocy).
- Widzę jagnię w pazurach lwa... - sapie pogrążona w transie Esther. - Twoja śliczna ptaszyna sam na sam z jastrzębiem... Widzę, jak płaczesz, ty i wszyscy, którzy cię otaczają... Krew! Plama na twojej... Och, moje dziecko, moje dziecko... Plami cię krew!
***
Młody mężczyzna nazywał się Edmond Dickenson.
Dickens uprzedził mnie, że zarezerwował dla niego pokój w hotelu "Charing Cross", nie powiedział jednak, że był to obszerny apartament.
Pielęgniarka - kobieta starsza i niezbyt ładna - urządziła sobie dyżurkę w sąsiadującym z sypialnią saloniku.
Kiedy wszedłem, zaprowadziła mnie do rannego.
Wysłuchawszy dramatycznej opowieści Dickensa o wydobyciu młodzieńca z wraku pociągu, w której krew lała się obficie, wszędzie walały się strzępy ubrań, a ocalały mężczyzna wymagał pilnej pomocy lekarskiej, spodziewałem się zobaczyć człowieka stojącego nad grobem, całego w bandażach, łubkach i gipsie, prawdopodobnie na wyciągu. Tymczasem Dickenson, ubrany w piżamę i szlafrok, siedział w łóżku i czytał książkę. Wszędzie na komodzie i stolikach stały kwiaty - wśród nich wazon szkarłatnych pelargonii, na widok których znów poczułem narastający lęk, tak jak wśród rabat w Gad's Hill Place.
Dickenson był młodym, łagodnym człowiekiem. Miał dwadzieścia, może dwadzieścia jeden lat, okrągłą twarz, zaróżowione policzki, rzadkie blond włosy, które pomału odsłaniały coraz większą połać różowego czoła, niebieskie oczy i uszy delikatne jak małe muszelki. Piżama wyglądała na jedwabną.
Przedstawiłem się i wyjaśniłem, że przysyła mnie pan Dickens, abym dowiedział się o stan zdrowia pacjenta. Zdziwiłem się wielce, gdy Dickenson wykrzyknął:
- Ach, pan Collins! To dla mnie wielki zaszczyt, że odwiedza mnie taki sławny pisarz! Byłem zachwycony pańską Kobietą w bieli. Została opublikowana w "All the Year Round" zaraz po zakończeniu Opowieści o dwóch miastach.
- Dziękuję panu - odparłem.
Niewiele brakowało, żebym się zarumienił pod wpływem tego komplementu. Rzeczywiście, Kobieta w bieli odniosła sukces. Pismo z kolejnymi jej odcinkami sprzedawało się lepiej niż kiedy drukowano w nim powieści Dickensa.
- Jest mi niezmiernie miło, że skromny wynik moich wysiłków przypadł panu do gustu - dodałem.
- Ależ tak, to było coś cudownego! Ma pan wielkie szczęście, że ktoś taki jak pan Dickens jest pańskim mentorem i wydawcą.
Utkwiłem w nim pozbawione wyrazu spojrzenie, lecz moje przedłużające się milczenie pozostało niezauważone: Dickenson bełkotał już z podnieceniem o katastrofie pod Staplehurst, o okropnościach, jakie tam oglądał, a także o niepospolitej odwadze i hojności Charlesa Dickensa.
- Z pewnością nie żyłbym dzisiaj, gdyby pan Dickens nie znalazł mnie w zniszczonym wagonie. Wisiałem do góry nogami i nie mogłem oddychać, panie Collins! Pan Dickens nie odstępował mnie na krok. Wezwał ratowników, żeby mnie wyciągnęli, a następnie dopilnował, żeby wynieśli mnie na nasyp, gdzie rannych przygotowywano do ewakuacji. Był przy mnie także w drodze do Londynu, a potem, jak pan widzi, ulokował mnie w tym pięknym pokoju i zapewnił mi opiekę pielęgniarską do czasu, aż wrócę do pełni sił.
- Nie odniósł pan poważniejszych obrażeń? - zapytałem doskonale bezbarwnym tonem.
- Nie, żadnych. Jestem tylko poobijany, wszędzie mam sińce: na nogach, biodrach, piersi, plecach i lewej ręce. Trzy dni temu, bezpośrednio po wypadku, nie mogłem chodzić, ale dzisiaj pielęgniarka pomogła mi przejść do toalety i z powrotem. To był wyczyn!
- Bardzo się cieszę.
- Mam nadzieję, że jutro będę mógł wrócić do domu - bąknął Dickenson. - Nigdy nie zdołam się odwdzięczyć panu Dickensowi za jego szczodrość. Ocalił mi życie! I zaprosił mnie do swojego domu w Gad's Hill na Boże Narodzenie i Nowy Rok!
Był dwunasty czerwca.
- Cudownie - powiedziałem. - Jestem przekonany, że Charles docenia wartość życia, do którego ocalenia się przyczynił. Powiedział pan, panie Dickenson, że chciałby jutro wrócić do domu... Mogę zapytać, gdzie to jest?
Mówił dalej, bez ładu i składu. Z jego słów wynikało, że jest sierotą - czyli przedstawicielem ulubionej przez Dickensa odmiany istot ludzkich, jeśli poważnie traktować Oliwera Twista, Dawida Copperfielda, Samotnię i tuzin innych opowieści pisarza. Otrzymał spadek (uwikłany w prawne zawiłości dziedziczenia, jakby żywcem wyjęte z opisanej w Samotni sprawy Jarndyce kontra Jarndyce) i miał starszawego opiekuna prawnego, który mieszkał w posiadłości w Northamptonshire i idealnie nadawał się na pierwowzór Chesneya Wolda. Dickenson prowadził skromny żywot w Londynie, pomieszkiwał samotnie w wynajmowanych pokojach i miał niewielu znajomych. Czasem uczył się grać na jakimś instrumencie, chociaż nie zamierzał zostać muzykiem; kiedy indziej przymierzał się do innych profesji, którymi również nie zamierzał się w przyszłości parać. Odsetki ze spadku wystarczały mu na zakup jedzenia, książek i biletów do teatru oraz, od czasu do czasu, na wypady do nadmorskich kurortów. Robił, co chciał.
Podyskutowaliśmy trochę o teatrze i literaturze. Okazało się, że panicz Dickenson, prenumerator obu wydawanych przez Dickensa czasopism, zachwycił się moim opowiadaniem Okrutnie dziwne łoże opublikowanym w "Household Words".
- Dobry Boże! - wykrzyknąłem. - Przecież to było prawie piętnaście lat temu! Ile pan miał wtedy lat, pięć?
Rumieniec Dickensona rozpoczął się od muszelkowatych uszu i szybko rozprzestrzenił na policzki, skąd jak różowy bluszcz wspiął się na skronie i szerokie czoło. Widziałem, jak rozlewa się nawet wśród przerzedzonych jasnych włosów.
- Siedem, mój panie - odparł Dickenson. - Mój opiekun, pan Watson, liberał i członek parlamentu, miał w swojej bibliotece oprawione w skórę roczniki "Puncha" i takich pism jak "Household Words". To właśnie tak ukształtowało się i umocniło moje zamiłowanie do słowa pisanego.
- Ach tak... Interesujące.
Kiedy przed laty dołączyłem do zespołu "Household Words", oznaczało to dla mnie dodatkowe pięć funtów tygodniowo, tymczasem dla siedzącego przede mną sieroty fakt ten miał znaczenie wręcz epokowe. Dickenson cytował na wyrywki moją książkę O zmroku i z należytym zdumieniem przyjął wiadomość, że składające się na nią opowieści oparłem w głównej mierze na pamiętnikach matki oraz jej nieco bardziej oficjalnym rękopisie, w którym opisywała swoje życie żony sławnego malarza.
Okazało się, że jedenastoletni Edmond Dickenson udał się ze swoim opiekunem aż do Manchesteru, żeby dwudziestego pierwszego sierpnia 1857 roku obejrzeć wystawianą tam w New Free Trade Hall Zamarzniętą otchłań.
***
Drugi akt dramatu toczy się w Arktyce. Wardour (Dickens) i jego zastępca, komandor porucznik Crayford, dyskutują o nikłych szansach przetrwania w obliczu mrozów i głodu. "Nigdy nie poddawaj się dyktatowi swojego brzucha" - radzi Crawfordowi doświadczony podróżnik. "W końcu to on ugnie się przed tobą".
Ta determinacja, niezłomna wola nieznosząca sprzeciwu, miała źródło nie w samym piórze Charlesa Dickensa, lecz w jego duszy.
Dalej Wardour wyjaśnia, że kocha arktyczne pustkowia za to, że "nie ma tu kobiet". Jeszcze w tym samym akcie wykrzykuje: "Przyjąłbym każdy wyrok fortuny, który odgrodziłby mnie pracą, przeciwnościami losu i niebezpieczeństwem od mojego nieszczęścia, jak murem obronnym... Tak, Crayford, ciężka praca... Oto prawdziwy eliksir życia!" i dalej: "...to kobiety są przyczyną wszelkiej beznadziei i niedoli tego świata".
Oficjalnie była to moja sztuka, na afiszu zostałem wymieniony jako autor tekstu (tudzież jako jeden z aktorów) - ale niemal wszystkie kwestie Richarda Wardoura napisał (lub przynajmniej poprawił) Charles Dickens. Nie były to słowa człowieka szczęśliwie żonatego.
Pod koniec drugiego aktu dwóch mężczyzn wyrusza pieszo na lodowe pustkowia, żeby sprowadzić pomoc. Są jedyną nadzieją uwięzionych, muszą jednak pokonać tysiąc mil zamarzniętej otchłani. Są to - jakżeby inaczej - Richard Wardour i jego rywal, zwycięski w staraniach o rękę Clary Burnham Frank Aldersley. (Wspominałem już pewnie o tym, że obaj z Dickensem zapuściliśmy brody specjalnie do tego przedstawienia). Akt kończy się w momencie, gdy Wardour odkrywa, że ranny, wygłodniały i osłabiony Aldersley jest jego największym wrogiem, któremu poprzysiągł śmierć.
***
- Czy na miejscu katastrofy widział pan dżentelmena nazwiskiem Drood? - spytałem Edmonda Dickensona, gdy dureń wreszcie na chwilę się zamknął, a pielęgniarka wyszła z pokoju.
- Dżentelmena nazwiskiem Drood? Doprawdy, nie wiem. Tylu dobrych ludzi mi tam pomagało... Mało którego, poza naszym wspaniałym panem Dickensem, miałem okazję poznać z nazwiska.
- Słyszałem, że pana Drooda trudno zapomnieć - powiedziałem i zacytowałem opis Dickensa: czarna jedwabna peleryna, cylinder, brakujące palce, zdeformowany nos, blada cera, łysina, śladowy wianuszek włosów, przerażające spojrzenie, dziwny chód przypominający raczej szybowanie nad powierzchnią ziemi, sycząca mowa i obcy akcent.
- Och, na Boga, nie! - wykrzyknął młody Dickenson. - Z pewnością bym pamiętał, gdybym go zobaczył lub usłyszał! - Jego wzrok rozmył się, jakby spoglądał w głąb siebie, podobnie jak kilka razy zdarzyło się to Dickensowi w zaciszu gabinetu. - Pamiętałbym, mimo potworności, które mnie wtedy otaczały - dodał.
- Nie wątpię - przytaknąłem. Powstrzymałem się od poklepania przykrycia powyżej pokiereszowanej nogi, w geście współczucia. - Zatem nie zna pan nazwiska Drood, nie słyszał pan, żeby ktoś o nim wspominał... A wtedy w pociągu, przed wypadkiem?
- Nic mi o tym nie wiadomo, panie Collins. Czy panu Dickensowi zależy na znalezieniu tego człowieka? Dla pana Dickensa zrobię wszystko co w mojej mocy.
- Z pewnością, panie Dickenson - powiedziałem, i tym razem poklepałem go po kolanie. - Ale pan Dickens kazał mi zapytać pana, czy może panu czymś jeszcze służyć. - Spojrzałem na zegarek. - Czegoś panu brakuje? Coś panu doskwiera? Skarży się pan na coś, w czym mogłyby panu pomóc pielęgniarki albo nasz wspólny przyjaciel?
- Niczego takiego nie ma. Jutro powinienem móc opuścić hotel o własnych siłach i wrócić do normalnego życia. Wie pan, że mam kota? - Dickenson się roześmiał. - Właściwie kotkę. I to raczej ona ma mnie, niż ja ją. Jak na kota przystało, chadza własnymi drogami, sama poluje i zapewne nie przejmie się moją nieobecnością. - Znów miałem wrażenie, że spogląda w głąb siebie i widzi ludzi zabitych i umierających przed trzema dniami pod Staplehurst. - Prawdę mówiąc, Kicia nie przejęłaby się specjalnie nawet gdybym zmarł. Nikt by za mną nie zatęsknił.
- A pański opiekun? - podpowiedziałem. Nie chciałem, żeby zaczął się użalać nad sobą.
Dickenson zaśmiał się serdecznie.
- Moim obecnym opiekunem jest znajomy mojego dziadka. Prawnik. Owszem, opłakiwałby mnie, ale nasza... znajomość... ma charakter raczej... służbowy. Kicia to jedyny przyjaciel, jakiego mam w Londynie. Nie tylko w Londynie zresztą.
Skinąłem głową.
- Odwiedzę pana jeszcze jutro rano, panie Dickenson.
- Nie ma potrzeby, panie Collins...
- Nasz wspólny przyjaciel Charles Dickens jest innego zdania - odparłem pośpiesznie. - Jeśli tylko zdrowie mu pozwoli, przyjedzie jutro spotkać się z panem i dowiedzieć o pański stan.
Chłopak znów poczerwieniał. W popołudniowym czerwcowym świetle, przefiltrowanym przez hotelowe zasłony, rumieniec - choć bardzo twarzowy - nadawał mu jeszcze bardziej pocieszny i niemądry wygląd niż zwykle.
Pokiwałem głową, wziąłem laskę, opuściłem sypialnię młodego Edmonda Dickensona i przeszedłem przez salonik, w którym siedziała milcząca pielęgniarka.
***
Trzeci akt Zamarzniętej otchłani zaczyna się sceną, w której Clara Burnham wyrusza do Nowej Fundlandii, żeby dowiedzieć się czegoś o zaginionych. (Podobnie zachowała się prawdziwa lady Franklin: wynajęła statki i w towarzystwie bratanicy Sophii Cracroft ruszyła na daleką północ na poszukiwanie męża). Do przybrzeżnej lodowej jaskini wchodzi słaniający się z głodu i wyczerpania mężczyzna, który cudem zdołał przemierzyć skute lodem morze. Clara rozpoznaje w nim Wardoura i histerycznym tonem oskarża go o zamordowanie - a może także zjedzenie? zastanawiają się widzowie - jej narzeczonego. Na te słowa Wardour (czyli Dickens) wybiega na zewnątrz, a po chwili wraca z Aldersleyem (czyli mną) na rękach. Aldersley jest cały i zdrowy, choć w łachmanach.
- Często się zdarzało - sapie Wardour - że brnąc przez zaspy i kry, miałem ochotę go zostawić, żeby zasnął.
Po tych słowach Dickens/Wardour osuwa się na ziemię. Głód i wysiłek związany z utrzymaniem ich obu przy życiu w końcu dają o sobie znać.
- Claro, siostro moja! - udaje mu się jeszcze wykrztusić. - Pocałuj mnie, siostro, pocałuj mnie, nim sczeznę!
Wardour umiera w ramionach Clary, która składa pocałunek na jego policzku. Jej łzy spływają na jego twarz.
Na próbie kostiumowej miałem ochotę zwymiotować na scenie, ale podczas wszystkich czterech przedstawień w Tavistock House łzy napływały mi do oczu, a z mojego gardła wyrywał się szept:
- To straszne, to straszne...
Drogi Czytelniku - możesz rozumieć moje słowa, jak Ci się żywnie podoba.
Aktorstwo Dickensa zawsze było wyraziste, choć także... nieco dziwaczne. William Makepeace Thackeray, jeden z gości na premierze, powiedział później o Dickensie: "Gdyby zaczął grać zawodowo, zarabiałby dwadzieścia tysięcy funtów rocznie".
W 1857 roku stwierdzenie to było fantastycznie przesadne, ale w czasie, gdy doszło do katastrofy, Dickens zarabiał niewiele mniej, występując na wieczorach literackich w Ameryce i Anglii.
Podczas czterech wieczorów w Tavistock House widzowie płakali jak bobry. Zaproszeni przez Dickensa zawodowi recenzenci twierdzili, że są pod wrażeniem jego aktorstwa i niezwykłego zespolenia z postacią Richarda Wardoura. Prawdę powiedziawszy, wszyscy zwracali uwagę na niezwykłą intensywność jego gry, na emanującą z niego mroczną energię, która się rozprzestrzeniała na całą salę i zagarniała widzów i słuchaczy.
Po ostatnim przedstawieniu Dickens popadł w przygnębienie; pisał wtedy do mnie o "smutnych dźwiękach", jakie wydawał "niszczony i rozbierany" przez robotników domowy teatr.
Domagano się, żeby nadal wystawiał moją sztukę; wielu ludzi twierdziło, że powinien tak zarabiać na życie; chodziły słuchy (prawdziwe, jak się później okazało), że sama królowa chciałaby zobaczyć przedstawienie, Dickens jednak oparł się tym sugestiom. Nikt z nas, amatorów, nie chciał się zniżać do profesji płatnego aktora.
W czerwcu tego pamiętnego roku, który miał na zawsze odmienić życie Dickensa, pisarzem wstrząsnęła wiadomość o śmierci naszego wspólnego przyjaciela, Douglasa Jerrolda.
Zaledwie parę dni wcześniej Dickensowi przyśniło się, że Jerrold dał mu swój nowy tekst do zredagowania, ale Charles nie był w stanie zrozumieć z niego ani słowa. To koszmar każdego pisarza - nagłe zagubienie znaczenia przez język, który nas żywi i utrzymuje. Dickensa zaintrygował jednak fakt, że sen przytrafił mu się dokładnie w tym samym czasie, gdy Jerrold spoczywał na łożu śmierci, o czym żaden z nas dwóch nie wiedział.
Mając świadomość, że rodzina zmarłego znajdzie się w poważnych tarapatach finansowych (w radykalnych poglądach i zapędach reformatorskich Dickens nie dorastał Douglasowi do pięt), Dickens wpadł na pomysł wystawienia kilku spektakli dobroczynnych. T.P. Cooke miał zagrać w dwóch zapomnianych dramatach Jerrolda, Czarnookiej Susan i Dniu czynszu; Thackeray i William Howard Russell, korespondent wojenny, zostali zaproszeni na odczyty; sam Dickens zaś urządził serię podwieczorków i wieczorów czytelniczych.
Zaplanował również - oczywiście - ponowne wystawienie Zamarzniętej otchłani.
W ten sposób chciał zebrać dwa tysiące funtów, żeby przekazać je wdowie po Jerroldzie.
Na występy wynajęto Galerię Rycin przy Regent Street. Królowa - niechętnie pokazująca się na przypadkowych imprezach dobroczynnych - tym razem nie tylko zgodziła się wesprzeć wysiłki Dickensa swoim imieniem, ale przysłała również list, z którego wynikało, że bardzo chętnie obejrzałaby Zamarzniętą otchłań, wobec czego sugeruje, żeby pan Dickens wybrał sobie jedną z komnat Pałacu Buckingham, w której zorganizowałby prywatny spektakl dla Jej Wysokości i zaproszonych przez nią gości.
Dickens odmówił - z całkiem zrozumiałych powodów: jego występujące w przedstawieniu córki nie zostały dotychczas oficjalnie przedstawione na królewskim dworze, on zaś nie chciał, żeby pierwszy raz zaprezentowały się królowej jako aktorki. Zaproponował więc, żeby Jej Wysokość pofatygowała się na prywatne przedstawienie do Galerii Rycin, na które mogłaby zabrać własną galerię gości. W obliczu niezłomnej woli Niezrównanego, królowa musiała ustąpić.
Wystąpiliśmy przed nią czwartego lipca 1857 roku. Wśród zaproszonych gości znaleźli się książę Albert, król Belgii i książę Prus. Specjalnie na cześć księcia Alberta Dickens kazał udekorować kwiatami wejście i schody. Niektórzy z nas, przyznaję, obawiali się, że dostojna widownia nie będzie reagowała na nasz występ tak żywiołowo, jak widzowie, których zimą gościliśmy w Tavistock House, lecz Dickens zapewnił nas, że królowa i jej goście będą śmiać się przy zabawnych scenach, płakać przy smutnych, wycierać nos dokładnie w tych samych momentach co bardziej pospolici widzowie, oraz - podczas Wujaszka Johna, wystawianego zaraz po Zamarzniętej otchłani - ryczeć ze śmiechu jak osły. Jak zwykle, miał całkowitą rację.
Po przedstawieniu zachwycona królowa wezwała Dickensa do siebie, żeby osobiście mu podziękować.
Dickens odmówił.
Tym razem użył następującej wymówki: "Nie mógłbym stanąć przed Jej Wysokością zmęczony i spocony, z makijażem na twarzy".
Oczywiście, nie sama charakteryzacja powstrzymała go przed wystąpieniem przed królową i jej gośćmi. Trzeba Ci wiedzieć, Czytelniku, że występujący w naszej romantycznej farsie Dickens kończył występ w przebraniu wujaszka Johna: niechlujnym szlafroku, głupiej peruce, z pomalowanym na czerwono nosem. Nie było mowy, żeby Charles Dickens, jeden z najbardziej dumnych i zarozumiałych ludzi, jacy kiedykolwiek stąpali po ziemi, pokazał się królowej Wiktorii w takim stroju.
Królowa i tym razem uprzejmie pogodziła się z odmową.
Jeszcze dwa razy wystawiliśmy Zamarzniętą otchłań w Galerii Rycin, ale mimo entuzjastycznego przyjęcia, euforycznych recenzji i pokaźnych wpływów na fundusz rodziny Jerroldów, nie udało się nam osiągnąć zakładanego celu dwóch tysięcy funtów. John Dean, kierownik manchesterskiej galerii sztuki, namawiał Dickensa na przyjazd z przedstawieniem do New Free Trade Hall. Dickens - który nie mógł znieść myśli o tym, że nie dostarczy Jerroldom obiecanych dwóch tysięcy - bezzwłocznie wybrał się do Manchesteru na wieczór literacki poświęcony Opowieści wigilijnej. Przy okazji obejrzał proponowaną salę widowiskową, w której z łatwością zmieściłyby się dwa tysiące ludzi.
Uznał, że sala doskonale nadaje się na przedstawienie teatralne, ale zarazem jest zbyt duża jak na całkiem przeciętne talenty aktorskie jego córek i szwagierki, grających pierwszoplanowe role. Do głowy by mu nie przyszło, że on sam może aktorsko nie dorastać do wymagań tak ogromnej sali i tak licznej widowni; z doświadczenia wiedział, że swoim naturalnym magnetyzmem jest w stanie uwieść nawet trzytysięczne tłumy. Zanosiło się więc na to, że będzie musiał urządzić przesłuchania i zaangażować zawodowe aktorki. (Mark Lemon, syn Dickensa, Charley, i ja ostaliśmy się w zespole, ale Niezrównany i tak urządził nam takie próby, jakbyśmy nigdy przedtem nie występowali w tej sztuce).
Alfred Wigan, dyrektor Olympic Theatre, podsunął Dickensowi dwie młode, obiecujące aktorki, od niedawna zatrudnione u niego w teatrze - Fanny i Marię Ternan. Zachwycony jego propozycją Dickens oczywiście się zgodził (widzieliśmy je już w innych sztukach, podobnie jak ich młodszą siostrę oraz matkę, aktorkę z dużym stażem), Wigan zapytał więc panny Ternan, czy byłyby zainteresowane występem w Zamarzniętej otchłani. Zgodziły się z entuzjazmem.
Wigan zasugerował Dickensowi, że powinien rozważyć zatrudnienie matki młodych dam, pani Frances Eleanor Ternan, jak również ich najmłodszej (zaledwie osiemnastoletniej) i najmniej efektownej siostry, niejakiej Ellen Lawless Ternan.
W ten oto sposób życie Charlesa Dickensa zmieniło się raz na zawsze.
***
Po wyjściu z hotelu "Charing Cross" złapałem dorożkę, ale uznałem, że nie chcę wracać prosto do domu, wysiadłem więc w pół drogi i wpadłem na kolację do klubu, którego członkiem wprawdzie nie byłem, ale odwiedzałem go czasem na prawach gościa.
Byłem zły. Ten szczeniak Dickenson okrutnie popsuł mi humor tym swoim impertynenckim "Ma pan wielkie szczęście, że ktoś taki jak pan Dickens jest pańskim mentorem i wydawcą".
Kiedy u schyłku lata 1860 moja Kobieta w bieli zaczęła ukazywać się w odcinkach w "All the Year Round", zastąpiwszy na jego łamach Opowieść o dwóch miastach Dickensa (pozwól, Drogi Czytelniku, że nadmienię w tym miejscu, iż Dickensowski Sydney Carton był bezpośrednim spadkobiercą mojego altruistycznego i gotowego do najwyższych poświęceń bohatera Zamarzniętej otchłani Richarda Wardoura... Ha, sam Dickens przyznał przecież, że pomysł na postać Cartona i całą fabułę Opowieści o dwóch miastach przyszedł mu do głowy podczas ostatniego przedstawienia Zamarzniętej otchłani, gdy leżał na scenie w ramionach Marii Ternan (nowej Clary Burnham), której najprawdziwsze łzy skapywały mu na twarz, wsiąkały w brodę i łachmany, co poruszyło go do tego stopnia, że szepnął do niej "Moja droga, bądź łaskawa powściągnąć emocje. Za dwie minuty będzie po wszystkim"...).
Na czym to ja stanąłem?
Ach tak, kiedy Kobieta w bieli przez osiem miesięcy ukazywała się w nowym tygodniku Dickensa (dodam skromnie, że spotkała się przy tym z ogromnym zainteresowaniem i uznaniem czytelników), dużo mówiło się (i nieco mniej pisało) o tym, że ja, Wilkie Collins, zgłębiałem tajniki pisarstwa pod przewodnictwem Charlesa Dickensa, doskonaliłem przy nim swój kunszt, a nawet zapożyczyłem od niego styl narracji. Mówiono, że brakuje mi jego przenikliwości, a w pewnych kręgach powtarzano, że "nie umiem nakreślić postaci bohaterów".
Wszystko to, rzecz jasna, było jedną wielką bzdurą.
Przeczytawszy mój rękopis, Dickens napisał do mnie list, w którym stwierdzał między innymi: "(...) znaczny postęp w stosunku do wszystkich Twoich poprzednich dokonań, zwłaszcza jeśli chodzi o pisarską wrażliwość (...) doskonały charakter (...) Nie znam nikogo, kto zrobiłby to choć w połowie tak dobrze jak Ty. W każdym rozdziale przerywałem na chwilę lekturę, by odnotować przykład wyjątkowej pomysłowości lub udany zabieg warsztatowy".
Nie byłby jednak sobą, gdyby nie popsuł efektu, dodając, że musi "jak zwykle sprzeciwić się Twojej skłonności do niedowierzania czytelnikowi, która skutkuje narzucaniem mu pewnych spostrzeżeń i faktów".
Można by odrzec, że on z kolei - ze swoją skłonnością do mętnego fantazjowania i zbędnej subtelności - pokładał nadmierną wiarę w swoich odbiorcach, przez co wielu przeciętnych czytelników gubiło się w nieprzebytym gąszczu Dickensowskiej prozy.
Będę z Tobą szczery, Mój Czytelniku, który żyjesz i oddychasz w tak odległym odgałęzieniu mojej przyszłości, że nawet cień mej szczerości nie sprawi przykrości nikomu, kto kochał Dickensa. Byłem, jestem i prawie na pewno zawsze będę dziesięć razy lepszym twórcą fabuł niż Charles Dickens. Dla niego intryga jest czymś, co może zgoła przez przypadek wykiełkować z manipulacji dziwacznymi postaciami, którymi posługuje się jak marionetkami. Gdyby okazało się, że spada sprzedaż pisma z którąś z jego niezliczonych powieści w odcinkach, wprowadziłby po prostu kolejnych dziwaków i kazałby im się dumnie przechadzać i popisywać przed naiwnym czytelnikiem - z taką samą łatwością, z jaką wygnał Marcina Chuzzlewita do Ameryki, żeby przysporzyć sobie nowych odbiorców.
Moje pomysły fabularne są subtelne w sposób, którego Charles Dickens nigdy nie potrafiłby w pełni ani dostrzec, ani tym bardziej naśladować w swoich oczywistych (dla każdego wymagającego czytelnika), lecz bezładnych machinacjach, w których narracja tonie w obszernych dygresjach.
Ludzie zuchwali i nieokrzesani, tacy jak ten szczeniak-sierota Edmond Dickenson, zawsze powtarzali, że nieustannie "uczę się od Charlesa Dickensa", tymczasem prawda wygląda dokładne odwrotnie. Sam Dickens przyznał (o czym już wspominałem), że postać Sydneya Cartona z Opowieści o dwóch miastach jest wzorowana na Richardzie Wardourze z mojej Zamarzniętej otchłani. Kimże zresztą była jego "stara kobieta w bieli" w Wielkich nadziejach, wielce okrzyczana panna Haversham, jeśli nie podkradzioną mi główną bohaterką Kobiety w bieli?
***
Zasiadłem do samotnego posiłku. Bardzo lubiłem bywać w tym klubie, ponieważ jego szef kuchni przyrządzał znakomity pudding ze skowronków, który uważam za jedno z czterech arcydzieł naszej epoki. Tego dnia postanowiłem zjeść lekką kolację: dwa rodzaje pasztetu, zupa, homar na słodko, butelka wytrawnego szampana, barani udziec nadziewany ostrygami i siekaną cebulą, dwie porcje szparagów, duszona wołowina, kąsek garnirowanego kraba i jaja na przystawkę.
Rozkoszując się bez pośpiechu tą skromną przekąską, uświadomiłem sobie, że jedną z nielicznych zalet żony Dickensa był jej talent kulinarny - a właściwie talent, z jakim nadzorowała pracę kuchni w Tavistock House, ponieważ nigdy nie widziałem, żeby włożyła fartuch czy wzięła chochlę do ręki. Dawno temu Catherine Dickens (wtedy jeszcze znana jako Maria Clutterbuck) wydała cały tom z przepisami (zaczerpniętymi z rodzinnej kuchni prowadzonej przez nią w Devonshire Terrace) zatytułowany Co zjemy na obiad? Większość opisanych przez nią potraw przypadła mi do gustu - i wiele z nich stanęło dziś przede mną na stole, chociaż w mniejszej obfitości i nie takiej glorii sosów (moim zdaniem całe gotowanie to tylko preludium mające na celu uzyskanie doskonałych sosów), ponieważ Catherine również skłaniała się ku homarom, baranim udźcom, potężnym stekom i wyrafinowanym deserom. W jej książce kucharskiej znalazło się miejsce dla tylu odmian opiekanego sera, że jeden z recenzentów skomentował to tak: "Nikt nie przeżyłby tak częstej konsumpcji opiekanego sera".
Dickens przeżył. Co więcej, przez te wszystkie lata nie przytył ani funta. Oczywiście nie można wykluczyć, że pomagały mu w tym regularne żwawe spacery na dystansach od dwunastu do dwudziestu mil. Ja jednak mam naturę bardziej osiadłą. Moje zamiłowania, w połączeniu z dręczącą mnie chroniczną chorobą, każą mi się trzymać blisko biurka, kanapy i łóżka. Chodzę, kiedy muszę; wyleguję się, kiedy mogę. (Przebywając w Tavistock House albo Gad's Hill Place, miałem zwyczaj zaszywać się w bibliotece lub pustym pokoju gościnnym do godziny drugiej lub trzeciej po południu, kiedy to Dickens kończył swoje pisarskie zmagania i wyruszał na poszukiwanie towarzysza do jednego z tych swoich pomylonych spacerów. On z kolei miał zwyczaj zawsze mnie znajdować (teraz wiem, że często udawało mu się mnie wytropić po dymie z cygara) i wyciągać na jedno- czy dwumilową przechadzkę, która przy jego wariackim tempie marszu zajmowała nam najwyżej dwadzieścia minut).
Nie mogłem się zdecydować, który deser wybrać, więc - niczym Salomon - postanowiłem zjeść oba: pudding ze skowronków i dobrze wygotowany pudding jabłkowy. Do tego butelka porto. I kilka kaw.
Kończyłem właśnie pudding, gdy moją uwagę zwrócił wysoki, bardzo stary mężczyzna o arystokratycznej postawie, który właśnie wstał z krzesła w głębi sali. W pierwszej chwili pomyślałem, że to Thackeray - dopóki nie przypomniałem sobie, że Thackeray zmarł w wigilię Bożego Narodzenia 1863 roku, czyli niemal półtora roku temu.
Byłem tu, w tym klubie, jako gość Dickensa, kiedy Niezrównany i Thackeray pogodzili się po latach oziębłego milczenia. Animozje zaczęły się w okresie największego nasilenia emocji towarzyszących rozstaniu Dickensa z Catherine, kiedy pisarz był najbardziej bezbronny. Ktoś w Klubie Garricka wspomniał o rzekomym romansie Dickensa ze szwagierką, na co Thackeray, najwidoczniej bez zastanowienia, wypalił coś w tym stylu:
- Nie za szwagierką, lecz z aktoreczką.
Wieść o tym doszła do Dickensa. Jak zwykle. Młody dziennikarz, przyjaciel Dickensa i członek jego "ekipy", jak wtedy o nich mówiono, niejaki Edmund Yates (zawsze przypominał mi Jagona, taki był "wychudły i miał głodny wygląd"), opublikował w "Town Talk" wielce nieprzyjemny i lekceważący paszkwil o Thackerayu. Urażony pisarz-dżentelmen zauważył, że Yates, podobnie jak on sam, należy do Klubu Garricka, i poprosił klub o usunięcie młodzieńca z listy członków, zarzucając mu, że napisanie takiego pamfletu "nie licuje z godnością dżentelmena".
Dickens dał wówczas wyraz niewiarygodnej wręcz nieczułości wobec swojego dawnego druha Thackeraya: wziął młodego Yatesa w obronę, a następnie sam zrezygnował z członkostwa w Klubie Garricka, gdy komitet członkowski przyznał rację Thackerayowi i wydalił dziennikarza.
Spór został załagodzony dopiero wiele lat później, w Klubie Athenaeum. Dickens opisywał to Willsowi takimi słowami:
- Przychodzę do Athenaeum, odwieszam kapelusz na wieszak, podnoszę wzrok... i widzę wymizerowaną twarz Thackeraya. Wyglądał jak zjawa, Wills, naprawdę. Jak trup Marleya, tylko mu oków brakowało. Pytam więc, Thackeray, co się stało? Jesteś chory? I tak oto po latach milczenia wdaliśmy się w rozmowę, podaliśmy sobie ręce i znów wszystko było jak dawniej.
Wzruszające. I całkowicie nieprawdziwe.
Tak się złożyło, że i ja byłem owego wieczoru w Athenaeum. Obaj z Dickensem widzieliśmy, ile trudu sprawiło Thackerayowi włożenie płaszcza. Rozmawiał akurat z dwoma innymi dżentelmenami. Dickens, który właśnie wszedł do klubu, minął go, nie zaszczyciwszy nawet jednym spojrzeniem. Ja odstawiłem laskę i odwieszałem właśnie kapelusz, a Dickens zdążył postawić nogę na pierwszym stopniu schodów, gdy stary pisarz skoczył za nim i go dogonił. Słyszałem, jak coś mówi. Wyciągnął rękę. Uścisnęli sobie dłonie. Potem Dickens udał się do jadalni, a Thackeray wrócił do swoich rozmówców (jednym z nich był, zdaje się, sir Theodore Martin) i rzekł:
- Cieszę się, że to załatwiłem.
Charles Dickens był człowiekiem łagodnym i sentymentalnym, ale nigdy pierwszy nie wyciągnąłby ręki na zgodę - o którym to fakcie miałem sobie zresztą wkrótce przypomnieć.
***
Wróciłem do domu dorożką, rozmyślając o dziwacznym pomyśle poszukiwań widma nazwiskiem Drood.
Kiedy rano słuchałem opowieści o katastrofie pod Staplehurst, miałem mieszane odczucia na temat wiarygodności komentarzy odnoszących się do "pana Drooda". Charles Dickens nie zwykł kłamać, był jednak zawsze święcie przekonany o słuszności swoich poglądów na każdy temat i (opowiadając o wydarzeniach, a nade wszystko opisując je) utwierdzał się w przekonaniu, że coś jest prawdą tylko dlatego, że on tak uważa, choćby i wbrew faktom. Publikowane przez niego listy otwarte, w których obwiniał żonę, Catherine, o spowodowanie separacji - której osiem lat wcześniej sam się domagał i do której w końcu doprowadził - doskonale ilustrują to zjawisko.
Po co jednak miałby wymyślać postać Drooda?
Z drugiej strony, po co opowiadał wszystkim, że to on, Dickens, zainicjował uzdrowienie stosunków z Thackerayem, podczas gdy było dokładnie odwrotnie?
Problem polegał na tym, że wszystkie jego przekłamania i zmyślenia, nawet jeśli nie były celowe (jako powieściopisarz wiem doskonale, że przedstawiciele naszej profesji wiodą wyimaginowane życie równie bogate lub wręcz bogatsze od tego, które prowadzimy w tak zwanym "prawdziwym świecie"), prawie zawsze miały na celu poprawę wizerunku Charlesa Dickensa.
Tymczasem ze wszystkich obiektywnych relacji, w tym także z bajdurzenia tego spasionego homunkulusa Edmonda Dickensona (oby mu te jego sińce zropiały, zgniły i owrzodziały), wynikało, że Dickens był najprawdziwszym bohaterem akcji ratunkowej. Włączenie do opowieści upiora nijak nie podkreślało jego heroizmu. Ba, oczywisty lęk, z jakim Dickens opisywał to nieludzkie dziwadło, wręcz osłabiał jego bohaterską aurę.
O co mu zatem chodziło?
Musiałem założyć, że na miejscu wypadku naprawdę znalazła się niezwykła persona nazwiskiem Drood i że doszło tam do ich spotkania, rozmowy i cudacznej interakcji z Dickensem.
Po co jednak szukać Drooda? Zgoda, jego dziwaczną postać otaczała mgiełka tajemnicy, ale Londyn, Anglia i angielskie koleje obfitowały w dziwaków. (Nawet ten bezczelny młodzian Dickenson wydawał mi się jak żywcem wyjęty z powieści Dickensa: sierota, z zamożnym opiekunem i powierzoną opiece sądu fortuną, apatyczny, pozbawiony celu w życiu, zdolny co najwyżej coś tam przeczytać i zbijać bąki. W tej sytuacji wyobrażenie sobie jakiegoś sepleniącego "pana Drooda" o powierzchowności trędowatego, bez palców i powiek, wcale nie było takie trudne).
No dobrze, rozmyślałem, zbliżając się do swojej ulicy, ale po co go szukać?!
Charles Dickens miał skłonność do starannego planowania i długich przygotowań, ale niejednokrotnie zdarzało mu się działać pod wpływem impulsu. Podczas pierwszego tournée po Ameryce zniechęcił do siebie większość słuchaczy i niemal wszystkie amerykańskie gazety oraz tygodniki, upierając się przy uchwaleniu międzynarodowego prawa autorskiego. Fakt, że jego książki (podobnie jak książki większości angielskich pisarzy) były bezczelnie kradzione i publikowane w Ameryce bez najmniejszego chociażby odszkodowania dla autora, mógł się wydawać słuszny i sprawiedliwy tylko amerykańskiemu parweniuszowi, więc gniew Dickensa był całkowicie uprawniony. Sęk w tym, że niedługo po powrocie z objazdu po Ameryce (kiedy jego dobre stosunki z tamtejszą publicznością zostały nieodwołalnie nadszarpnięte) Dickens stracił wszelkie zainteresowanie prawem autorskim. Innymi słowy - był ostrożnym człowiekiem, którym kierowały nieostrożne impulsy.
W Gad's Hill Place (i wszystkich innych domach, które wcześniej zamieszkiwał) to Dickens decydował o celach spacerów, miejscach pikników, grach towarzyskich, wyborze drużyn i kapitanów. Najczęściej prowadził też punktację, ogłaszał zwycięzców i wręczał nagrody. Mieszkańcy wioski położonej najbliżej Gad's Hill Place traktowali go wręcz jak dziedzica okolicznych ziem, zachwyceni i zaszczyceni faktem, że sławny pisarz rozdaje nagrody na jarmarkach i konkursach. Dickens od dziecka był urodzonym liderem. Nigdy nie wątpił, że taką właśnie rolę ma do odegrania, i nigdy jej nie porzucił w dorosłym życiu.
Gdybyśmy jednak zaczęli szukać owego tajemniczego pana Drooda - w jakiej grze wzięlibyśmy udział? Czemu miałoby to służyć, poza podporządkowaniem się kolejnemu dziecinnemu impulsowi pisarza? Jakie niebezpieczeństwo mogło nam grozić? Dzielnic, o których Drood miał rzekomo wspomnieć Dickensowi, kiedy schodzili po skarpie na miejsce katastrofy, z pewnością nie można było nazwać bezpiecznymi. Dickens miał rację, nazywając je Wielkim Piecem.
***
Kiedy wróciłem do domu, podagra okrutnie dawała mi się we znaki. Światło ulicznych latarń oślepiało mnie boleśnie, tupot moich stóp dudnił mi pod czaszką jak uderzenia młota, turkot przejeżdżającego powozu przyprawił mnie o bolesny skurcz wszystkich mięśni. Drżałem na całym ciele. Nagle poczułem w ustach gorzki posmak kawy - nie miłe wspomnienie kawy, którą wypiłem do deseru, lecz innego, obrzydliwego napitku. Umysł mi się mącił, mdła słabość ogarnęła moje członki.
Nasz nowy dom stał przy Melcombe Place - przeprowadzkę z Harley Street, od której minął rok, zawdzięczałem między innymi pieniądzom za Kobietę w bieli i większej renomie pisarskiej, która szła z nimi w parze. (Za następną powieść, Bezimienne, dostałem ponad trzy tysiące funtów za wydanie książkowe, a miałem zagwarantowane cztery i pół tysiąca, jeśli Bezimienne ukażą się w odcinkach w którejś z angielskich lub amerykańskich gazet).
Kiedy mówię "nasz", mam na myśli siebie, kobietę, z którą od dłuższego czasu mieszkałem (niejaką Caroline G.), oraz jej czternastoletnią wówczas córkę Harriet, częściej nazywaną przez nas Carrie. (Mówiło się o tym, jakobym wzorował Kobietę w bieli na Caroline. Prawdą jest, że poznaliśmy się nieopodal posiadłości w Regent's Park, kiedy nocą uciekała przed pewnym nikczemnikiem: pobiegłem za nią i wybawiłem ją z opresji - co do złudzenia przypomina perypetie bohaterki mojej książki. Jednakże zarys fabularny Kobiety w bieli narodził się w mojej głowie na długo przed tym spotkaniem).
Caroline i Harriet wyjechały do Dover, w odwiedziny do kuzynki, i przez cały tydzień nie było ich w domu. Ponieważ zaś dwoje naszych prawdziwych służących (przyznaję, że córkę Caroline wpisywałem wówczas do zeznania podatkowego jako "pokojówkę") również wyjechało, miałem cały dom do dyspozycji. Prawdą jest również, że w odległości zaledwie paru mil znajdował się drugi dom, a w nim druga kobieta, niejaka Martha R., dawna pokojówka w hotelu w Yarmouth, która pierwszy raz przyjechała z wizytą do Londynu. Z nią również zamierzałem w przyszłości zamieszkać i stworzyć rodzinne stadło, ale chwilowo nie miałem zamiaru jej odwiedzać. Byłem zanadto obolały.
W domu było ciemno. Znalazłem dzbanek z laudanum na swoim miejscu, wypiłem dwa kieliszki i na chwilę usiadłem w kuchni przy stole dla służby, żeby przeczekać najgorszy ból. Specyfik wkrótce zadziałał. Poczułem przypływ energii, jakbym urodził się na nowo, i pomyślałem, że posiedzę jeszcze godzinę czy dwie w gabinecie na piętrze, spróbuję trochę popisać. Skierowałem się do najbliższych schodów.
Przeznaczone dla służby schody w głębi domu były bardzo strome. Lampa gazowa na półpiętrze nie działała najlepiej i teraz też migotała niepewnie, rzucając mały krąg wątłego światła. Reszta schodów tonęła w ciemnościach.
Coś poruszyło się w mroku na piętrze.
- Caroline?! - zawołałem, chociaż wiedziałem, że to nie ona.
Nie mógł to być również nikt ze służby. Ojciec naszej pokojówki zachorował na zapalenie płuc i oboje służący pojechali do niego do Walii.
- Caroline? - powtórzyłem.
Nie spodziewałem się usłyszeć odpowiedzi - i nie usłyszałem.
Dźwięk - oczywisty jak szelest jedwabnej sukni - spływał po schodach z ciemnego strychu. Słyszałem odgłos ostrożnie stawianych bosych stóp. Próbowałem majstrować przy kinkiecie, ale jęzor gazowego płomienia tylko na chwilę wystrzelił w górę, by zaraz znów przygasnąć.
Stanęła na skraju pełgającego kręgu światła, zaledwie trzy stopnie wyżej ode mnie. Wyglądała tak samo jak zawsze, w znoszonej jedwabnej sukni z obcisłym stanikiem. Ciemnozielony jedwab był wyszywany maleńkimi złotymi liliami, które niczym gwiazdy osypywały się na przepasaną czarną szarfą talię. Włosy nosiła związane w kok z dawnych czasów. Miała zieloną skórę - zieloną jak bardzo stary ser albo lekko nadgniłe zwłoki. Jej oczy - dwie jednolite kałuże czarnego atramentu - połyskiwały wilgotno w świetle lampy. Jej zęby (kiedy otwierała usta, tak jak teraz, żeby mnie powitać) były długie, żółte i zakrzywione jak fajki dzika.
Nie miałem złudzeń, wiedziałem, po co stanęła mi na drodze: chciała mnie złapać i zrzucić ze schodów. Wolała te schody od szerszych, lepiej oświetlonych i bezpieczniejszych schodów frontowych. Zrobiła kolejne dwa kroki w moją stronę, szczerząc w uśmiechu żółte kły.
Szybko - choć bez nadmiernego pośpiechu czy lęku - otworzyłem znajdujące się na podeście drzwi dla służby, przeszedłem przez nie, po czym zatrzasnąłem je za sobą i zamknąłem na klucz. Nie słyszałem po drugiej stronie dyszenia (ona nie oddychała), dobiegło mnie jednak ciche skrobanie w drewno. Porcelanowa klamka poruszyła się lekko.
Zapaliłem wszystkie lampy na piętrze. Byłem sam.
Odetchnąłem głęboko, odpiąłem kołnierzyk i udałem się do gabinetu, żeby popracować.
Minęły trzy tygodnie. Mój brat Charley (który ze swoją żoną Kate, córką Dickensa, mieszkał w Gad's Hill Place) twierdził, że pisarz powoli dochodzi do siebie po dramatycznych przejściach: codziennie pracuje nad Naszym wspólnym przyjacielem, przyjmuje gości na kolacji, często znika (zapewne odwiedza w tym czasie Ellen Ternan), urządza nawet wieczory prozatorskie dla wybranych słuchaczy. Głośne czytanie fragmentów prozy w wykonaniu Charlesa Dickensa to najbardziej wyczerpujący spektakl, jaki w życiu widziałem. Fakt, że Dickensowi wystarczało energii, by się go podjąć (nawet jeśli później całkiem opadał z sił, co - jak mówił mi Charley - zdarzało się regularnie), dowodził ogromu drzemiących w nim rezerw. Podróż pociągiem nadal budziła w nim lęk, ale - jak to on - właśnie z tego powodu prawie codziennie zmuszał się, żeby dojechać koleją do centrum. Według słów Charleya, przy najlżejszej wibracji wagonu twarz pisarza szarzała jak popiół, ogromne krople potu występowały mu na czoło i pożłobione bruzdami policzki. Dickens chwytał się kurczowo oparcia siedzenia z przodu, pociągał łyk brandy i dzielnie trwał na posterunku. To były jedyne oznaki jego wewnętrznej udręki. Byłem przekonany, że na śmierć zapomniał o Droodzie.
Tymczasem nastał lipiec i polowanie na człowieka-widmo rozgorzało na dobre.
Był to najgorętszy, najbardziej rozpalony okres gorącego, rozpalonego lata. Odchody trzech milionów mieszkańców miasta cuchnęły w otwartych rynsztokach, w tym także w największym z nich (mimo podjętych w tym roku wysiłków na rzecz otwarcia skomplikowanego systemu krytych kanałów ściekowych) - Tamizie. Dziesiątki tysięcy londyńczyków nocowały na werandach i tarasach swoich domów, wyczekując deszczu. Kiedy jednak deszcz w końcu padał, przypominał gorący prysznic i po prostu dorzucał do nieznośnego upału równie nieznośną wilgoć w powietrzu. Lipiec zaległ nad Londynem jak gruby, wilgotny koc z gnijącego mięsa.
Codziennie zbierano z ulic dwadzieścia tysięcy ton końskiego gnoju, który następnie zbierano w kopce eufemistycznie nazywane "hałdami ziemnymi" - olbrzymie stosy odchodów, wznoszące się nieopodal ujścia Tamizy niczym angielskie Himalaje.
Przepełnione cmentarze wokół Londynu również śmierdziały niemiłosiernie. Grabarze musieli nogami ubijać zawartość płytkich grobów, często grzęznąc po pas w rozkładających się zwłokach, żeby tylko upchnąć nowych lokatorów na przewidzianych dla nich miejscach; świeże ciała dołączały do litej warstwy humusu ze zgniłych trupów. W lipcu człowiek od razu wiedział, kiedy znajduje się bliżej niż sześć przecznic od cmentarza: cuchnące miazmaty zmusiły mieszkańców okolicznych domów do wyprowadzki - a w Londynie zawsze był gdzieś niedaleko cmentarz. Zmarli nie odstępowali nas na krok: byli pod naszymi stopami i w naszych nozdrzach.
Mnóstwo ciał zalegało w najbiedniejszych zaułkach Wielkiego Pieca, rozkładając się wraz z tonami śmieci, których również nikt nie wywoził. Ulicami tymi płynęły już nie strużki czy strumyki, lecz prawdziwe rzeki ścieków, zalewając stosy odpadków i walające się wśród nich zwłoki. Czasem ta brunatna ciecz uchodziła do rynsztoka, ale znacznie częściej po prostu zbierała się w kałuże na bruku, ściekała pod ziemię, zbierała się w piwnicach, zatruwała studnie, a na koniec, prędzej czy później, trafiała do Tamizy.
Warsztaty i fabryki codziennie wypluwały tony skór, odpadów mięsnych, wygotowanych kości, końskiego mięsa, podrobów, kopyt, łbów, wnętrzności i innego organicznego śmiecia, które również lądowało w Tamizie albo przynajmniej gromadziło się w olbrzymich stosach nad jej brzegiem, czekając na dogodną chwilę do zrzucenia do wody. Mieszkańcy domów nad rzeką zamykali szczelnie okna i nasączali rolety chlorkiem, a urzędnicy miejscy zasypywali Tamizę tonami wapna. Przechodnie nasączali chusteczki perfumami i zakrywali nimi usta i nosy. Na próżno. Nawet konie zaprzęgowe, które wkrótce miały zacząć masowo padać z gorąca, wymiotowały od smrodu.
W parne lipcowe noce powietrze przybierało zielonkawy odcień od rozgrzanych oparów unoszących się znad odchodów trzech milionów ludzi i wyziewów uprawianej na skalę przemysłową rzezi, która była znakiem firmowym naszej epoki. Być może, Drogi Czytelniku, w Twoich czasach sprawy mają się jeszcze gorzej, ale, doprawdy, nie wyobrażam sobie tego.
Dickens przysłał mi wiadomość: prosił o spotkanie o ósmej wieczorem w gospodzie "Blue Posts" przy Cork Street, gdzie zamierzał podjąć mnie kolacją. Zaznaczył również, że powinienem włożyć solidne buty, czeka nas bowiem "nocna wyprawa w związku z naszym przyjacielem, panem D.".
Mimo że wcześniej tego dnia nie czułem się najlepiej (upał często nasila objawy podagry), przybyłem do "Blue Posts" o umówionej godzinie. Dickens czekał przy wejściu. Objął mnie i wykrzyknął:
- Jakże się cieszę, że cię widzę, mój drogi Wilkie! Ostatnio jestem taki zapracowany... Brakuje mi w Gad's Hill twojego towarzystwa.
Kolacja była obfita, nieśpieszna i wyśmienita, uzupełniona świetnym piwem i winem. Rozmowa - co naturalne - koncentrowała się głównie na Dickensie, ale była przy tym chaotyczna i ożywiona jak konwersacje z Niezrównanym za jego najlepszych czasów. Powiedział, że na początku września powinien skończyć Naszego wspólnego przyjaciela i że jego ostatnie odcinki z pewnością przyniosą wzrost sprzedaży "All the Year Round".
Po kolacji pojechaliśmy na posterunek policji przy Leman Street.
- Pamiętasz inspektora Charlesa Fredericka Fielda? - zapytał mnie Dickens, gdy nasz pojazd, turkocząc, zmierzał na posterunek.
- Ależ oczywiście! Pracował w wydziale śledczym Scotland Yardu. Poznaliście się parę lat temu, przy okazji gromadzenia materiałów do "Household Words". Towarzyszył nam podczas wycieczki po... hm... mniej reprezentacyjnych rejonach Whitechapel.
Nie wspomniałem o tym, że moim zdaniem Dickens sportretował Fielda w Samotni, w osobie inspektora Bucketa. Nadmierna pewność siebie, spokojna świadomość dominacji nad bandytami i kobietami lekkich obyczajów, których spotkaliśmy w Whitechapel w tamtą długą noc, a także umiejętność złapania drugiego człowieka za łokieć żelaznym uściskiem, z którego nie sposób się wyrwać, i wyprowadzenia go w pożądanym kierunku... Wszystkie talenty nieokrzesanego Bucketa zostały zaczerpnięte z postaci prawdziwego inspektora Fielda.
- Był naszym aniołem stróżem podczas wędrówki po Hadesie - dodałem.
- W rzeczy samej, mój drogi Wilkie - rzekł Dickens, gdy wysiedliśmy z dorożki. - A ponieważ odszedł już na emeryturę i pochłaniają go nowe przedsięwzięcia, z prawdziwą przyjemnością przedstawiam ci naszego nowego anioła stróża.
Mężczyzna, który czekał na nas pod gazową latarnią nieopodal posterunku, bardziej przypominał kawał muru niż żywego człowieka. Mimo upału miał na sobie gruby płaszcz, z rodzaju tych, jakie australijscy albo amerykańscy kowboje noszą na rycinach w groszowych powieściach. Na jego dużej głowie tkwił melonik, mocno osadzony na gęstej, kręconej czuprynie. Całe ciało mężczyzny było wręcz niedorzecznie szerokie i kwadratowe, jak granitowy postument pod kanciasty blok kamienia, w którym wykuto jego głowę i twarz. Miał małe oczy i prosty nos, jakby wyrzeźbiony w tym samym kamieniu co reszta twarzy. Usta były wyrytą w kamieniu cienką krechą. Kark średnicą niemal dorównywał melonikowi. Dłonie nieznajomego były trzykroć większe od moich.
Charles Dickens mierzył pięć stóp i dziewięć cali, ja o kilka cali mniej. Olbrzym w szarym kowbojskim płaszczu był chyba z osiem cali wyższy od Dickensa.
- Wilkie, oto były sierżant Hibbert Aloysius Hatchery - przedstawił mi go pisarz, szczerząc zęby w gęstej brodzie. - Detektywie Hatchery, mam przyjemność przedstawić panu mojego bezcennego współpracownika, utalentowanego pisarza i, tak jak ja, poszukiwacza pana Drooda: oto wielmożny pan Wilkie Collins.
- Cała przyjemność po mojej stronie - powiedziała górująca nad nami ściana. - Może pan mówić do mnie "Hib", jeśli taka pańska wola, panie Collins.
- Hib - powtórzyłem tępo.
Na szczęście, olbrzym tylko uchylił melonika. Na myśl o tym, że jego olbrzymie łapsko mogłoby mi zmiażdżyć wszystkie kości dłoni, nogi się pode mną ugięły.
- Mój ojciec, człek mądry, choć nie uczony, jeśli wiecie panowie, co mam na myśli, był święcie przekonany, że imię Hibbert znajduje się w Biblii - ciągnął tymczasem Hatchery. - Niestety, mylił się. Nie występuje nawet jako nazwa miejsca, w którym Hebrajczycy wypoczywali po trudach wędrówki.
- Detektyw Hatchery był przez kilka lat sierżantem londyńskiej policji, później jednak został... hm... urlopowany i prowadzi prywatną praktykę detektywistyczną - wyjaśnił Dickens. - Być może, za rok czy dwa dołączy do ekipy dochodzeniowej Scotland Yardu, na razie jednak wygląda na to, że samozatrudnienie jest bardziej opłacalne.
- Prywatny detektyw... - mruknąłem pod nosem.
Taka idea miała ogromny potencjał. Postanowiłem ją zapamiętać; jak może wiesz, mój przyszły Czytelniku (choć myślenie takie może mi być poczytane za nieskromność), później wykorzystałem postać prywatnego detektywa w Kamieniu Księżycowym.
- Więc wziął pan sobie wolne, detektywie Hatchery? - upewniłem się. - Taka... policyjna odmiana urlopu naukowego, można powiedzieć?
- W pewnym sensie - przytaknął basem olbrzym. - Poproszono mnie, żebym zrobił sobie roczną przerwę ze względu na nieregulaminowe traktowanie kryminalistów podczas pełnienia obowiązków służbowych. Kapitan uznał, że lepiej będzie dla mnie i dla policji, jeśli przez parę miesięcy popracuję na własny rachunek.
- Nieregulaminowe traktowanie... - powtórzyłem.
Dickens poklepał mnie po plecach.
- Aresztując wspomnianego przed chwilą kryminalistę - bezczelnego włamywacza, który wyspecjalizował się w dziennych napaściach na starsze mieszkanki Whitechapel - detektyw Hatchery przypadkowo przetrącił mu kark. O dziwo, złodziej przeżył, ale od tamtej pory rodzina musi go wszędzie nosić w koszu. Dla społeczeństwa to żadna strata, w dodatku zwykła rzecz, która czasem się zdarza, jak zapewnili mnie inspektor Field i jego koledzy po fachu, ale wrażliwcy z "Puncha" i innych, mniej wpływowych gazet, zrobili z igły widły. Takim oto szczęśliwym zbiegiem okoliczności detektyw Hatchery może nam poświęcić swój czas i towarzyszyć nam dzisiaj w nocnej wędrówce po Wielkim Piecu!
Hatchery wyjął spod płaszcza latarnię, która w jego olbrzymiej dłoni bardziej przypominała zegarek kieszonkowy.
- Będę szedł za panami, postaram się jednak pozostać niewidoczny i niesłyszalny, dopóki nie będę potrzebny.
***
Podczas kolacji spadł deszcz, który tylko zagęścił i tak już duszne powietrze. Pan Niezrównany prowadził, narzucając swoje tradycyjnie niedorzeczne tempo marszu, czyli co najmniej cztery mile na godzinę. Jak wiedziałem z własnego bolesnego doświadczenia, mógł tak maszerować całymi godzinami. Z trudem dotrzymywałem mu kroku. Hatchery podążał za nami bezgłośnie w odległości dziesięciu kroków, jak lita ściana mgły.
Porzuciliśmy szerokie ulice i - z Dickensem na czele - zagłębiliśmy się w labirynt coraz węższych i coraz ciemniejszych zaułków i zakamarków. A Dickens prowadził bez wahania: po wielu nocnych eskapadach znał te paskudne okolice na pamięć. Ja wiedziałem tylko tyle, że znajdujemy się gdzieś na wschód od Falcon Square. Pamiętałem tę okolicę, choć słabo, z poprzednich wypraw w towarzystwie Dickensa do londyńskiego półświatka: Whitechapel, Shadwell, Wapping - tych rejonów miasta dżentelmen powinien unikać, chyba że szukał kobiet najpodlejszej proweniencji. Wydawało mi się, że zmierzamy w stronę przystani. Bijący od Tamizy odór nasilał się z każdym mrocznym, wąskim kwartałem zabudowań, który mijaliśmy, zagłębiając się w ten szczurzy labirynt. Domy wyglądały tu tak, jakby cofnęły się do czasów średniowiecza, kiedy mroczny, opasły i zżerany zarazą Londyn był obwiedziony wysokim murem; po obu stronach uliczek bez chodników wiekowe konstrukcje pochylały się i zwieszały nad naszymi głowami, niemal zasłaniając niebo.
- Mamy jakiś cel? - spytałem Dickensa szeptem.
Uliczka, na której się znajdowaliśmy, była całkiem wymarła, czułem jednak na sobie spojrzenie oczu śledzących nas zza zamkniętych okiennic i z ginących w mroku zaułków. Nie chciałem, żeby ktoś mnie usłyszał, ale nawet mój szept musiał się nieść jak wystrzał w tym gęstym, nieruchomym powietrzu.
- Bluegate Fields - odparł Dickens.
Mosiężne okucie grubej laski - którą, jak zauważyłem, zabierał ze sobą wyłącznie na takie nocne eskapady po swoim Babilonie - co trzy kroki stukało donośnie na potrzaskanym bruku.
- Czasem nazywamy to miejsce Tiger Bay, proszę pana - podszepnął głos z ciemności za naszymi plecami.
Aż podskoczyłem. Na śmierć zapomniałem, że towarzyszy nam detektyw Hatchery.
Przecięliśmy jakąś szerszą arterię (Brunswick Street, jeśli się nie mylę), która wcale nie była czystsza ani lepiej oświetlona od przeżartych zgnilizną slumsów po obu jej stronach, i znów znaleźliśmy się w ciasnym labiryncie o przewieszonych ścianach. Stłoczone kamienice piętrzyły się wysoko - oprócz nielicznych ruin, które zmieniły się w sterty drewna i kamieni, ale nawet tam, wśród zgliszcz i ruder, wyczuwałem mroczne cienie, poruszające się i obserwujące. Dickens przeprowadził nas po wąskim, spróchniałym mostku nad cuchnącym dopływem Tamizy. (Powinienem w tym miejscu nadmienić, Drogi Czytelniku, że był to rok, w którym książę Walii uroczyście przekręcił zawór otwierający główny kanał ściekowy w Crossness, kończąc w ten sposób pierwszy etap budowy nowoczesnej kanalizacji miejskiej, zaprojektowanej przez Josepha Balzagette'a. Na ceremonię przybył kwiat angielskiej arystokracji i duchowieństwa. Daruję sobie jednak subtelności i przypomnę przy tej okazji, że zarówno główny kanał, jak i jego przyszłe odgałęzienia oraz wszystkie stare dopływy i zabytkowe rynsztoki bardzo długo jeszcze odprowadzały do Tamizy rzekę nieoczyszczonych odchodów).
Im gorzej wyglądały dzielnice, przez które szliśmy, tym więcej spotykaliśmy ludzi; grupki mężczyzn (czy raczej - zlepki cieni) stały na skrzyżowaniach, w bramach, na pustych parcelach. Postukujący laską Dickens szedł, trzymając się środka uliczek, żeby lepiej widzieć dziury w bruku i kałuże cuchnącej wody, i skutecznie ich unikać. Wydawało się, że nie zwraca uwagi na złowrogie szepty i przekleństwa mijanych przechodniów.
W końcu jedno takie skupisko poszarpanych cieni oderwało się od litej ciemnej plamy nieoświetlonego budynku i zastąpiło nam drogę. Dickens bez wahania wyszedł im na spotkanie, jakby to były dzieci, które zaraz poproszą go o autograf, zauważyłem jednak, że inaczej chwycił laskę: teraz jej masywna główka (mająca kształt ptasiego łba, jeśli się nie mylę) wystawała mu z dłoni, skierowana na zewnątrz.
Serce waliło mi jak młotem, niewiele brakowało, żeby nogi się pode mną ugięły, gdy Dickens prowadził mnie wprost na czarny mur groźnych zbirów. Wtedy jednak inny mur - szary, w meloniku na głowie - wyprzedził mnie, zrównał się z Dickensem i przemówił cichym głosem Hatchery'ego:
- Odsuńcie się, chłopcy. Uciekajcie do swoich nor. Przepuśćcie tych dżentelmenów i nie oglądajcie się za nimi. Ale już!
W przyćmionym świetle niesionej przez detektywa latarni zauważyłem, że prawą ręką sięga pod luźne poły płaszcza. Co tam trzymał? Pistolet? Wątpię. Najprawdopodobniej obitą ołowiem pałkę. Może także kajdanki. Otaczające nas ze wszystkich stron opryszki na pewno to wiedziały.
Krąg mężczyzn rozpłynął się tak samo szybko, jak przedtem uformował. Spodziewałem się, że obrzucą nas jeszcze kamieniami lub grudami gnoju, ale kiedy ich mijaliśmy, doleciało nas tylko kilka niewyraźnych przekleństw. Hatchery wtopił się w mrok za naszymi plecami i Dickens mógł kontynuować odmierzany stukotem laski marsz w kierunku - jak mi się wydawało - południowym.
Znaleźliśmy się na terenie rządzonym przez prostytutki i ich właścicieli, który wydał mi się znajomy z czasów studenckich. Ulica prezentowała się znacznie lepiej niż większość tych, które przemierzaliśmy przez ostatnie pół godziny. Przez zamknięte okiennice na piętrach sączyło się słabe światło. Przypadkowy przechodzień mógłby pomyśleć, że trafił do dzielnicy ciężko pracujących mechaników i robotników fabrycznych - gdyby nie przytłaczający bezruch jej mieszkanek: na schodach, balkonach i popękanych kamiennych blokach udających chodniki zbierały się grupki młodych kobiet (widzieliśmy je w poświacie niezamkniętych okien na parterze), w większości najwyżej osiemnastoletnich; zdarzały się wśród nich nawet dziewczyny czternastoletnie i młodsze.
Zamiast rozproszyć się na widok detektywa Hatchery'ego, nawoływały go cichymi, po dziewczęcemu zwodniczymi głosami:
- Cześć, Hibbert, przyprowadziłeś nam klientów?
- Chodź no tu, Hib, ty stary koguciku. Zabawimy się.
- Ależ skąd, panie władzo, te drzwi wcale nie są zamknięte. Tak samo zresztą jak i drzwi do naszych pokojów.
Hatchery kwitował ich odzywki swobodnym śmiechem.
- Wiem, Mary, wiem, twoje drzwi są zawsze otwarte, chociaż wcale nie powinny. Zachowujcie się, dziewczęta, ci panowie nie są zainteresowani tym, co sprzedajecie. Nie dzisiaj.
Co wcale nie musiało być prawdą. Przystanęliśmy z Dickensem obok jednej z tych młodych kobiet, na oko sądząc siedemnastoletniej. Stała oparta o balustradę i taksowała nas wzrokiem. Miała kształtną figurę, krótką ciemną spódnicę i głęboko wycięty gorset. Widząc, że zwróciła uwagę Dickensa, posłała mu szeroki uśmiech, odsłaniający poważne braki w uzębieniu.
- Szukasz toniu, kotku?
- Toniu? - Dickens zerknął na mnie kątem oka. Nie posiadał się z uciechy. - Nie, moja droga. Dlaczego myślisz, że przyszedłem po tytoń?
- Dlatego, że gdybyś chciał go dostać, to ja go mam: w prymkach, liściach, cygarach i w każdej innej możliwej postaci. Służę, czymkolwiek zechcesz. Musisz tylko wejść do środka.
Uśmiech Dickensa nieco zbladł. Pisarz obiema rękami wsparł się na lasce.
- Panienko... - powiedział, zniżając głos. - Myślałaś kiedyś o tym, żeby zmienić swoje życie? Żeby porzucić... - Jego biała rękawiczka wyraźnie odcinała się na tle czerni, gdy szerokim gestem ogarnął ciche domy, milczący tłumek dziewcząt, zapuszczoną ulicę, grupkę twardych, niebezpiecznych mężczyzn, którzy niczym sfora wilków przyczaili się poza kręgiem światła. - Żeby porzucić swoją dotychczasową egzystencję?
Jego rozmówczyni parsknęła śmiechem przez połamane i zepsute zęby, ale nie był to dziewczęcy śmiech, lecz gorzka zapowiedź charkotliwego rechotu schorowanej staruchy.
- Porzucić swoje życie, kochaniutki? A może ty porzucisz swoje, hę? Wystarczy, że cofniesz się kawałek, tam, gdzie stoi Ronnie z chłopakami.
- W twoim nie ma nadziei - odparł Dickens. - Nie ma przyszłości. Istnieją przecież domy dla kobiet upadłych, sam pomogłem jeden taki utworzyć i nim zarządzać, przy Broadstairs, gdzie...
- Ja nie upadam. Chyba że na grzbiet, ale to tylko za odpowiednią opłatą. - Dziewczyna przeniosła wzrok na mnie. - A ty, mały człowieczku? W tobie jeszcze tli się jakieś życie. Nie wpadłbyś do mnie na prymkę toniu, zanim stary Hatchery zacznie się krzywić?
Odkaszlnąłem. Muszę się przed Tobą przyznać, Drogi Czytelniku, że wyraźnie czułem emanujący z dziewczyny urok; nie odstraszał mnie upał, wszechobecny smród, spojrzenia moich towarzyszy ani nawet jej krzywy uśmiech i koślawy język.
- Chodź, Wilkie - zarządził Dickens. Odwrócił się na pięcie i zaczął oddalać. - Tracimy tylko czas.
***
- Charlesie... - odezwałem się, gdy pokonaliśmy następną wąską, skrzypiącą kładkę nad jednym z wielu niemiłosiernie cuchnących strumieni. Uliczki w tej okolicy były jeszcze węższe od tych, po których błąkaliśmy się wcześniej, a domy jeszcze starsze. - Wybacz, ale muszę o to zapytać: czy ta nasza... wycieczka... ma coś wspólnego z twoim tajemniczym panem Droodem?
Dickens zatrzymał się i oparł ciężko na lasce.
- Jak najbardziej, mój drogi Wilkie. Powinienem ci był o tym wspomnieć przy kolacji. W tym względzie pan Hatchery wyświadczył nam znacznie większą przysługę, niż tylko eskortowanie nas podczas wędrówki przez tę... niestosowną dzielnicę. Już od dłuższego czasu jest moim pracownikiem i umiejętnie wykorzystuje swoje detektywistyczne talenty. - Odwrócił się do masywnej sylwetki, która właśnie się z nami zrównała. - Detektywie Hatchery, czy byłby pan łaskaw zapoznać pana Collinsa ze swoimi dotychczasowymi odkryciami?
- Naturalnie, szanowny panie. - Hatchery zdjął melonik, podrapał się po czaszce ukrytej w gąszczu loków i wcisnąwszy nakrycie głowy na miejsce, zwrócił się do mnie: - Przez ostatnie dziesięć dni sprawdzałem tożsamość pasażerów kupujących w dniu katastrofy bilety kolejowe w Folkestone i na innych przystankach leżących na drodze do Londynu, mimo że ekspres odjeżdżający w porze przypływu nigdzie się po drodze nie zatrzymuje. Rozpytałem się również dyskretnie wśród pasażerów owego pociągu, strażników pełniących wówczas służbę, konduktorów i reszty obsługi. Okazuje się, panie Collins, że w chwili wypadku żaden człowiek przedstawiający się jako Drood ani odpowiadający nader niezwykłemu rysopisowi, który dostałem od pana Dickensa, nie miał biletu na przejazd i nie podróżował żadnym z wagonów pasażerskich.
Spojrzałem na majaczącego mi w półmroku Dickensa.
- To znaczy, że albo Drood jest mieszkańcem Staplehurst, albo w ogóle nie istnieje - skonstatowałem.
Dickens tylko pokręcił głową i gestem dał Hatchery'emu znać, żeby mówił dalej.
- W drugim wagonie pocztowym znajdowały się trzy przewożone do Londynu trumny - ciągnął detektyw. - Dwie z nich załadowano do pociągu już wcześniej, trzecia zaś przybyła do Folkestone na pokładzie tego samego promu, którym podróżował pan Dickens i jego... towarzysze. Z dokumentacji kolejowej wynika, że tę trzecią trumnę, dostarczoną tego samego dnia z Francji (chociaż bez podania konkretnego miejsca pochodzenia), miał odebrać w Londynie niejaki pan Drood. Jego imienia w dokumentach nie podano.
Zadumałem się nad jego słowami. Od strony domów publicznych za naszymi plecami dobiegały stłumione pokrzykiwania.
- Myślisz, że Drood podróżował w jednej z tych trumien? - spytałem Dickensa.
Roześmiał się w odpowiedzi, z zachwytem i szczerą uciechą, jak mi się wydawało.
- Ależ oczywiście, mój drogi Wilkie! Tak się składa, że drugi wagon pocztowy wykoleił się, powodując wysypanie się wszystkich paczek, worków oraz, tak, tak, trumien, ale nie spadł z mostu w głąb wąwozu. To wyjaśnia, dlaczego chwilę później Drood schodził razem ze mną po skarpie.
Pokręciłem głową.
- Ale dlaczego miałby podróżować w... trumnie, na Boga?! Przecież to wychodzi drożej niż bilet pierwszej klasy!
- Nieco taniej, szanowny panie, nieco taniej - wtrącił Hatchery. - Sprawdziłem. Za przewóz zmarłego płaci się trochę mniej niż za przejazd w pierwszej klasie. Niewiele, ale zawsze to parę szylingów różnicy.
Nadal nic z tego nie rozumiałem.
- Nie sugerujesz chyba, Charlesie, że dziwacznie wyglądający pan Drood jest... czym właściwie? Duchem? Ghulem? Żywym trupem?
Dickens znów parsknął śmiechem, chyba jeszcze bardziej swobodnym niż przed chwilą.
- Doprawdy, mój drogi Wilkie... Wyobraź sobie, że jesteś przestępcą znanym policji w naszych portach i w głębi kraju. W jaki sposób najłatwiej i najskuteczniej przemyciłbyś się z powrotem z Francji do Londynu?
Teraz to ja się roześmiałem, choć - zapewniam Cię, Drogi Czytelniku, nie było mi do śmiechu.
- Na pewno nie w trumnie. Z Francji?! To... niewyobrażalne!
- Nie przesadzaj, mój chłopcze, to zaledwie kilka godzin niewygód. I to niewiele większych, niż zwykła podróż promem i pociągiem w dzisiejszych czasach, jeśli mam być szczery. A komu by się chciało sprawdzać trumnę z gnijącymi w niej od tygodnia zwłokami?
- A czy Drood wyglądał, jakby gnił od tygodnia?
Dickens zbył mnie pstryknięciem palców, jakbym opowiedział dowcip.
- Dlaczego idziemy w stronę portu? - spytałem. - Czyżby detektywowi Hatchery'emu udało się ustalić, gdzie trumna pana Drooda została wyrzucona na brzeg?
- Prawdę mówiąc, śledztwo w tym rejonie miasta doprowadziło mnie do kilku osób, które twierdzą, że znają Drooda - odparł Hatchery. - Albo znały. Albo prowadziły z nim interesy. Dlatego właśnie tam się udajemy.
- Nie traćmy zatem czasu - ponaglił nas Dickens.
Hatchery podniósł wielką jak bochen rękę, jakby zatrzymywał ruch na Strandzie.
- Czuję się w obowiązku zwrócić panom uwagę, że wkraczamy teraz do właściwego Bluegate Fields, chociaż okolica nie zasługuje bynajmniej na nazwanie jej "właściwą". Oficjalnie nie ma jej nawet na planie miasta, podobnie zresztą jak New Court, które jest naszym celem. To niebezpieczne miejsce dla dżentelmenów. Tam, dokąd się udajemy, nie brakuje ludzi, którzy byliby gotowi zabić was w jednej chwili.
Dickens parsknął śmiechem.
- Podobnie jak te bandziory, których niedawno spotkaliśmy. Co takiego szczególnego jest w Bluegate Fields, mój drogi Hatchery?
- Różnica polega na tym, szanowny panie, że ci, których spotkaliśmy, zabraliby panu portfel i porzucili na ulicy pobitego do nieprzytomności, może nawet na śmierć, to prawda. Jednakże ci, którzy czekają w Bluegate Fields... Oni poderżną panu gardło tylko po to, żeby sprawdzić, czy im brzytwa nie stępiała.
Spojrzałem na Dickensa.
- Trafiają się pojedynczy laskarzy, Hindusi, Bengalczycy - ciągnął Hatchery. - Chińczyków jest na kopy, podobnie jak Irlandczyków, Niemców i innych mętów, głównie marynarzy, którzy po zejściu na ląd szukają kobity, ale to Anglików trzeba się wystrzegać w Bluegate Fields, panowie. Chińczycy i inni cudzoziemcy nie jedzą, nie śpią i prawie nie mówią, interesuje ich tylko opium, ale tutejsi Anglicy... To wyjątkowo brutalne bandziory, panie Dickens. Wyjątkowo brutalne.
Dickens jeszcze raz się roześmiał. Można by pomyśleć, że jest mocno wstawiony, ale wiedziałem, że do kolacji wypił tylko trochę wina i porto. To był raczej beztroski śmiech dziecka.
- Wygląda więc na to, że znów musimy złożyć nasz los w pańskie ręce, inspektorze.
Zwróciłem uwagę, że Dickens awansował naszego detektywa na inspektora. Sądząc po tym, jak eskortujący nas olbrzym zawstydził się i przestąpił z nogi na nogę, on również tak odczytał jego słowa.
- Jak pan sobie życzy. Pozwolą panowie, że teraz to ja poprowadzę. Radzę się trzymać blisko mnie.
***
Większość ulic, które dotychczas przemierzyliśmy, nie miała nazw. Labirynt Bluegate Fields był jeszcze bardziej chaotyczny, ale wyglądało na to, że Hatchery dokładnie wie, dokąd idzie. Nawet dotrzymujący mu kroku Dickens sprawiał wrażenie zagubionego, a na moje wyrażone szeptem wątpliwości detektyw odpowiedział, nie zniżając bynajmniej głosu, wymienieniem kilku charakterystycznych punktów orientacyjnych, które albo już minęliśmy, albo mieliśmy niedługo zobaczyć: kościół St. George's-in-the-East (nie przypominałem sobie, żebyśmy koło niego przechodzili), George Street, Rosemary Lane, Cable Street, Knock Fergus, Black Lane, New Road i Royal Mint Street. Żadnej z tych nazw nie widziałem wypisanej na tabliczce.
Przy New Court skręciliśmy z cuchnącej ulicy na pogrążone w ciemnościach podwórko, gdzie naszym jedynym źródłem światła była latarnia Hatchery'ego, i przez otwór, który bardziej przypominał zwykłą dziurę w murze niż drzwi z prawdziwego zdarzenia, zagłębiliśmy się w ciąg podobnych podwórzy. Domy wyglądały na niezamieszkane, domyślam się jednak, że po prostu miały okna pozasłaniane grubymi okiennicami. Bruk się skończył i pod nogami mlaskały nam ścieki i rzeczny muł.
Dickens zatrzymał się przy otworze, który w przeszłości musiał być szerokim oknem w ślepej poza tym ścianie budynku, lecz z czasem zmienił się w podkreśloną parapetem ciemną czeluść.
- Hatchery? Poproszę lampę.
Stożek światła z przysłoniętej latarni oświetlił trzy białawe bezkształtne grudy na spękanym kamiennym parapecie; w pierwszej chwili dałbym sobie głowę uciąć, że ktoś porzucił tam trzy obdarte ze skóry króliki. Podszedłem bliżej - i natychmiast musiałem się cofnąć, zatykając nos chusteczką.
- Noworodki - wyjaśnił Hatchery. - Ten w środku przyszedł na świat martwy, jak mniemam, dwa pozostałe zmarły wkrótce po narodzinach. Nie były trojaczkami; sądząc po robactwie, śladach szczurzych zębów i innych oznakach, urodziły się i umarły w różnym czasie.
- Na Boga... - stęknąłem przez chusteczkę. Żółć podeszła mi do gardła. - Dlaczego... ktoś je tu podrzucił?
- Takie samo dobre miejsce jak każde inne. Czasem matki grzebią je w ziemi. Ubierają je w łachmany, naciągają jakąś czapeczkę na główkę i wrzucają do Tamizy albo zakopują na okolicznych podwórkach. Ale mało która zadaje sobie tyle trudu. Muszą wracać do pracy.
- I co, Wilkie? - Dickens odwrócił się do mnie. - Nadal kusi cię tamta dziewucha i jej tytoń?
Nie odpowiedziałem. Odsunąłem się jeszcze o krok i skupiłem na tym, żeby nie zwymiotować.
- Widywałem już takie sceny, Hatchery - ciągnął Dickens dziwnie bezbarwnym i spokojnym głosem. - Nie tylko tutaj, podczas spacerów po Wielkim Piecu, ale i w dzieciństwie.
- Doprawdy, szanowny panie?
- Wielokrotnie. Kiedy byłem bardzo młody, zanim przeprowadziliśmy się z Rochester do Londynu, mieliśmy służącą, Mary Weller. Zabierała mnie czasem ze sobą, kiedy szła pomagać przy którymś z niezliczonych połogów; pamiętam, jak moja drobna rączka drżała w jej dużej i stwardniałej dłoni. Tyle się napatrzyłem, że czasem się zastanawiam, czy nie powinienem był zostać akuszerką. Te dzieci zwykle umierały, Hatchery. Pamiętam pewien szczególnie przerażający poród, w którym zmarła cała piątka... Chyba było ich pięcioro, chociaż byłem wtedy mały i mogę się mylić, może tylko czworo... Matka zresztą też nie przeżyła. Maleństwa leżały jedno obok drugiego, na okrytej czystym płótnem komodzie. Wiesz, o czym wtedy myślałem, Hatchery, jako cztero- czy pięcioletnie pacholę?
- Słucham pana.
- O świńskich nóżkach, tak jak się je czasem wystawia w schludnych jatkach. Kiedy człowiek widzi coś takiego, trudno się opędzić od skojarzeń z ucztą Tyestesa.
- W rzeczy samej - zgodził się z Dickensem Hatchery.
Dałbym sobie głowę uciąć, że detektyw nie zrozumiał nawiązania do klasyki, ale ja owszem. Żółć i wymiociny znów wezbrały mi w gardle, grożąc wybuchem.
- Wilkie? - zwrócił się do mnie Dickens. - Daj mi tę chusteczkę, z łaski swojej.
Zawahałem się, ale podałem mu chusteczkę, on zaś wyjął swoją - większą i droższą, z prawdziwego jedwabiu - i obiema nakrył trzy nadgniłe i nadjedzone dziecięce ciałka. Rogi chusteczek obciążył odłamkami parapetu.
- Detektywie Hatchery? - odezwał się i ruszył przed siebie, postukując okutą laską. - Zajmie się pan nimi?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki