Drood - Dan Simmons

Kup ebooka

62.00 zł
52.70 zł (49,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Nazy­wam się Wil­kie Col­lins, spo­dzie­wam się jed­nak, że moje nazwi­sko, Drogi Czy­tel­niku, nie­wiele Ci mówi, ponie­waż zamie­rzam odwlec publi­ka­cję niniej­szego doku­mentu do czasu, gdy od mojej śmierci minie co naj­mniej wiek i ćwierć. Nie­któ­rzy zarzu­cają mi skłon­ność do hazardu - i mają cał­ko­witą rację, dla­tego idę o zakład, że nie czy­ta­łeś ani nie widzia­łeś żad­nej mojej powie­ści ani sztuki. Może Wy, Bry­tyj­czycy i Ame­ry­ka­nie, w odle­głej o sto dwa­dzie­ścia pięć lat przy­szło­ści w ogóle nie mówi­cie po angiel­sku. Może ubie­ra­cie się jak Hoten­toci, miesz­ka­cie w jaski­niach oświe­tlo­nych lam­pami gazo­wymi, podró­żu­je­cie balo­nami i poro­zu­mie­wa­cie się za pomocą prze­sy­ła­nych tele­gra­fem myśli, któ­rym nie prze­szka­dza żaden język, mówiony ani pisany.

Zara­zem był­bym jed­nak gotowy posta­wić cały swój obecny mają­tek (jaki by tam był) oraz wszel­kie przy­szłe tan­tiemy (jakie­kol­wiek będą) na twier­dze­nie, że z całą pew­no­ścią znasz nazwi­sko, twór­czość lite­racką i boha­te­rów powie­ści mojego przy­ja­ciela i daw­nego współ­pra­cow­nika, nie­ja­kiego Char­lesa Dic­kensa.

Będzie to więc praw­dziwa opo­wieść o moim przy­ja­cielu (a w każ­dym razie czło­wieku, który kie­dyś był moim przy­ja­cie­lem) Char­le­sie Dic­ken­sie i wypadku w oko­licy Sta­ple­hurst, w któ­rym postra­dał zdro­wie, spo­kój ducha, oraz, jak nie­któ­rzy powta­rzają szep­tem, zdrowe zmy­sły; opo­wieść o ostat­nich pię­ciu latach z życia Char­lesa, które prze­żył drę­czony nasi­la­jącą się obse­sją na punk­cie czło­wieka - o ile fak­tycz­nie był to czło­wiek - nazwi­skiem Drood, a także na tle mor­derstw, śmierci, gro­bów, mesme­ry­zmu, opium, duchów oraz ulic i zauł­ków wypeł­nio­nych czarną żół­cią trzewi Lon­dynu, o któ­rych naj­chęt­niej mawiał "mój Babi­lon" lub "Wielki Piec". W tym ręko­pi­sie (który, jak już wspo­mnia­łem, ze wzglę­dów for­mal­nych i hono­ro­wych zamie­rzam opie­czę­to­wać i ukryć przed wzro­kiem wszyst­kich do czasu, gdy od śmierci mojej i Char­lesa upły­nie z górą sto lat) odpo­wiem na pyta­nia, które, jak mnie­mam, nikomu z naszych współ­cze­snych nie przy­szłyby nawet do głowy: Czy sławny, uwiel­biany i czci­godny Char­les Dic­kens pla­no­wał zamor­do­wa­nie nie­win­nego czło­wieka, roz­pusz­cze­nie zwłok w dole wypeł­nio­nym żrą­cym wap­nem, a następ­nie pota­jemne pocho­wa­nie szcząt­ków (czyli samych kości i czaszki) w kryp­cie pra­sta­rej kate­dry, która ode­grała ważną rolę w jego dzie­ciń­stwie? Czy zamie­rzał zebrać wszyst­kie dro­bia­zgi oso­bi­ste nie­szczę­snej ofiary - oku­lary, pier­ście­nie, szpilki do kra­wata, spinki do koszuli i zega­rek kie­szon­kowy - i wyrzu­cić je do Tamizy? Jeżeli naprawdę tak było (a nawet jeśli Dic­kens tylko śnił o reali­za­cji tego nie­cnego planu), jaką rolę w naro­dzi­nach jego obłędu ode­grało nad­zwy­czaj rze­czy­wi­ste widmo imie­niem Drood?

***

Dniem tra­ge­dii Dic­kensa był dzie­wiąty czerwca 1865 roku. Loko­mo­tywa wio­ząca jego suk­ces, spo­kój ducha, zdrowe zmy­sły, ręko­pis oraz kochankę zmie­rzała wów­czas - cał­kiem dosłow­nie - wprost w stronę wyrwy w torze i prze­ra­ża­ją­cej kata­strofy.

Nie mam poję­cia, czy Wy, Dro­dzy Czy­tel­nicy, żyjący w tak odle­głej przy­szło­ści, wciąż zapi­su­je­cie lub wspo­mi­na­cie dawne dzieje (być może, wyrze­kli­ście się Hero­dota i Tuki­dy­desa i na wieki utkwi­li­ście w roku zero­wym), jeśli jed­nak prze­trwało do Waszych cza­sów jakie­kol­wiek, choćby naj­wą­tlej­sze poczu­cie wagi histo­rii, z pew­no­ścią przy­po­mi­na­cie sobie donio­słe wyda­rze­nia z roku, który w naszej rachu­bie nazwa­li­śmy Anno Domini 1865. Nie­które z nich, takie jak zakoń­cze­nie bra­to­bój­czej pożogi w Ame­ryce, wielu miesz­kań­ców Anglii uwa­żało za dra­ma­tyczne i inte­re­su­jące. Char­les Dic­kens się do tych ludzi nie zali­czał. Mimo wiel­kiego zain­te­re­so­wa­nia Ame­ryką - odwie­dził ją, pisał o niej (nie­zbyt pochleb­nie, trzeba przy­znać), a następ­nie wal­czył zaja­dle o odszko­do­wa­nie za nie­le­galne wyda­nia jego ksią­żek w cha­otycz­nym światku daw­nych kolo­nii, który za nic miał sobie prawa autor­skie - nie­spe­cjal­nie cie­ka­wiła go wojna mię­dzy jakąś odle­głą Pół­nocą i jesz­cze odle­glej­szym Połu­dniem. Jed­nakże w roku 1865 - roku tra­ge­dii pod Sta­ple­hurst - miał wszel­kie powody do zado­wo­le­nia z tego, jak poto­czyły się jego oso­bi­ste dzieje.

Mój przy­ja­ciel był naj­po­pu­lar­niej­szym powie­ścio­pi­sa­rzem w Anglii, a kto wie, czy nie na świe­cie. Wielu Angli­ków i Ame­ry­ka­nów uwa­żało go za naj­wy­bit­niej­szego pisa­rza wszech cza­sów, wyłą­cza­jąc Sha­ke­spe­are'a oraz, być może, Chau­cera i Keatsa. Ja, rzecz jasna, zda­wa­łem sobie sprawę, że to bzdura, lecz - jak to mówią (lub mawiali) - popu­lar­ność rodzi popu­lar­ność. Widzia­łem Char­lesa Dic­kensa, jak ze spodniami opusz­czo­nymi do kostek sie­dział w wiej­skiej wygódce bez drzwi i beczał jak zbłą­kana owca, bła­ga­jąc o kawa­łek papieru do pod­tar­cia tyłka, musi­cie mi więc wyba­czyć, jeśli ten obraz jest dla mnie bar­dziej auten­tyczny niż wizja "naj­więk­szego pisa­rza w dzie­jach ludz­ko­ści".

Ale tam­tego czerw­co­wego dnia w 1865 roku Dic­kens naprawdę miał powody do satys­fak­cji.

Sie­dem lat wcze­śniej roz­stał się z żoną, Cathe­rine, która naj­wi­docz­niej ura­ziła go tym, że przez dwa­dzie­ścia dwa lata mał­żeń­stwa bez słowa skargi uro­dziła mu dzie­się­cioro dzieci, prze­żyła po dro­dze kilka poro­nień i przez cały ten czas cier­pli­wie zno­siła jego uty­ski­wa­nia i zaspo­ka­jała wszel­kie kaprysy. Zaskar­biła sobie tym jego sym­pa­tię do tego stop­nia, że w 1865 roku na wiej­skiej prze­chadzce, pod­czas któ­rej osą­czy­li­śmy kilka bute­lek miej­sco­wego wina, Dic­kens opi­sał mi ją nastę­pu­ją­cymi sło­wami:

- Jest mi bar­dzo droga, Wil­kie, bar­dzo, naprawdę, ale... Ogól­nie rzecz bio­rąc, jest raczej po kro­wiemu gamo­nio­wata niż cza­ru­jąca, raczej ocię­żała niż jakoś wybit­nie kobieca... Jak mętna alche­miczna esen­cja umy­sło­wej nie­zbor­no­ści, usta­wicz­nej nie­kom­pe­ten­cji, śla­ma­zar­nej ospa­ło­ści i pogrą­żo­nego w samo­za­do­wo­le­niu nie­rób­stwa; gęsta breja, którą tylko uża­la­nie się nad sobą może wzbu­rzyć.

Wąt­pię, by pamię­tał, że mi to powie­dział, ja jed­nak nie zapo­mnia­łem jego słów.

Tak się zło­żyło, że bia­do­le­nie Cathe­rine stało się gwoź­dziem do jej trumny, jeśli wolno mi użyć tak potocz­nego okre­śle­nia. Wszystko wska­zuje na to (nie, wcale nie, nie ma żad­nego "wska­zuje": prze­cież byłem przy tym, widzia­łem, jak oso­bi­ście nabył tę prze­klętą bły­skotkę), że po pre­mie­rze Zamar­z­nię­tej otchłani Dic­kens spre­zen­to­wał aktorce Ellen Ter­nan kosz­towną bran­so­letkę, którą ten dureń jubi­ler kazał dostar­czyć do Tavi­stock House, czyli jego lon­dyń­skiego domu, zamiast wprost do miesz­ka­nia panny Ter­nan. Na tę pomyłkę Cathe­rine zare­ago­wała smęt­nym bia­do­le­niem i pory­ki­wa­niem, które prze­ciętna krowa roz­wle­kłaby zapewne na kilka tygo­dni. Nie chciała uwie­rzyć, że bran­so­letka jest po pro­stu dowo­dem cał­ko­wi­cie nie­win­nego podziwu jej męża dla aktorki, która tak cudow­nie (a moim zda­niem - led­wie zado­wa­la­jąco) ode­grała rolę Clary Burn­ham, uko­cha­nej głów­nego boha­tera w naszej... to zna­czy, w mojej sztuce o nie­odwza­jem­nio­nej miło­ści w Ark­tyce.

Prawdą jest, że - jak tłu­ma­czył to głę­boko ura­żo­nej żonie w 1858 roku - miał w zwy­czaju hoj­nie obda­ro­wy­wać swo­ich współ­pra­cow­ni­ków z licz­nych wystę­pów w teatrach ama­tor­skich. Od czasu wysta­wie­nia Zamar­z­nię­tej otchłani zdą­żył roz­dać człon­kom ekipy już kilka bran­so­le­tek i wisior­ków, jeden zega­rek i jeden zestaw nie­bie­sko ema­lio­wa­nych spi­nek do koszuli.

Tyle że w tam­tych obda­ro­wa­nych się nie pod­ko­chi­wał, a w mło­dej Ellen Ter­nan i ow­szem. Wie­dzia­łem o tym ja, wie­działa Cathe­rine Dic­kens... trudno powie­dzieć, czy wie­dział sam Dic­kens: był tak prze­ko­nu­ją­cym twórcą fik­cji lite­rac­kiej (a przy tym jed­nym z naj­bar­dziej zadu­fa­nych w sobie ludzi, jacy kie­dy­kol­wiek stą­pali po Ziemi), że wąt­pię, by kie­dy­kol­wiek ana­li­zo­wał czy kwe­stio­no­wał kie­ru­jące nim głę­boko ukryte motywy - chyba że były czy­ste jak źró­dlana woda.

W tym wypadku to wła­śnie on wpadł w szał i, rycząc wście­kle na łatwo dającą się zastra­szyć mał­żonkę, zarzu­cił jej, że te oskar­że­nia są plamą na hono­rze nie­ska­la­nie czy­stej i będą­cej ist­nym wcie­le­niem dosko­na­ło­ści Ellen Ter­nan. Jego emo­cjo­nalne, roman­tyczne i - tak, tak, nie waham się użyć tego słowa - ero­tyczne fan­ta­zje zawsze kon­cen­tro­wały się na świę­tym, rycer­skim uwiel­bie­niu dla jakiejś hipo­te­tycz­nej nie­win­nej boginki, któ­rej krysz­ta­łowy cha­rak­ter nie pod­le­gał dys­ku­sji. Zapo­mniał chyba jed­nak, że Cathe­rine widziała Wujaszka Johna, farsę wysta­wioną przez nas tuż po Zamar­z­nię­tej otchłani (trzeba Wam bowiem wie­dzieć, Dro­dzy Czy­tel­nicy, że w naszym stu­le­ciu do tra­dy­cji nale­żało wysta­wia­nie żar­to­bli­wej sztuki w połą­cze­niu z poważ­nym dra­ma­tem), w któ­rej czter­dzie­sto­sze­ścio­letni Dic­kens grał sta­tecz­nego dżen­tel­mena, Ellen Ter­nan zaś (zale­d­wie osiem­na­sto­let­nia) - jego pod­opieczną, w któ­rej, co oczy­wi­ste, wuja­szek John zako­chał się do sza­leń­stwa. Cathe­rine z pew­no­ścią miała rów­nież świa­do­mość, że wpraw­dzie więk­szość Zamar­z­nię­tej otchłani - dra­matu o poszu­ki­wa­niach zagi­nio­nej eks­pe­dy­cji Fran­klina - wyszła spod mojego pióra, ale to jej mąż napi­sał i wysta­wił roman­tyczną farsę, i to już po tym, jak poznał Ellen Ter­nan. Nie skoń­czyło się zresztą na tym, że wuja­szek John zako­chał się w dziew­czy­nie, którą miał się opie­ko­wać - zaczął ją także obsy­py­wać (tu zacy­tuję dida­ska­lia) "wspa­nia­łymi pre­zen­tami: naszyj­ni­kiem z pereł i kol­czy­kami z bry­lan­tami".

Nic więc dziw­nego, że gdy prze­zna­czona dla Ellen droga bran­so­letka tra­fiła do Tavi­stock House, Cathe­rine - znaj­du­jąca się aku­rat w okre­sie mię­dzy jedną ciążą a drugą - otrzą­snęła się ze swo­jej umy­sło­wej nie­zbor­no­ści i śla­ma­zar­nej ospa­ło­ści i ryczała jak mleczna krowa dźgnięta przez walij­skiego pastu­cha oście­niem w kłąb.

Dic­kens zare­ago­wał tak, jak każdy poczu­wa­jący się do winy mąż - pod warun­kiem, że ów mąż byłby naj­po­czyt­niej­szym pisa­rzem w Anglii i całym świe­cie anglo­ję­zycz­nym, a także, być może, naj­sław­niej­szym pisa­rzem w histo­rii. Na począ­tek uparł się, żeby Cathe­rine zło­żyła wizytę Ellen Ter­nan i jej matce; w ten spo­sób miała wszyst­kim udo­wod­nić, że nie żywi żad­nych podej­rzeń ani cie­nia zazdro­ści. Krótko mówiąc, kazał swo­jej żonie publicz­nie prze­pro­sić swoją kochankę, a w każ­dym razie kobietę, którą wkrótce miał uczy­nić swoją kochanką - gdy tylko zbie­rze się na odwagę, by rzecz całą nale­ży­cie zaaran­żo­wać. Zapła­kana i nie­szczę­śliwa Cathe­rine zro­biła, co jej kazano: upo­ko­rzyła się zło­że­niem ofi­cjal­nej wizyty towa­rzy­skiej pani i pan­nie Ter­nan.

Nie wystar­czyło to jed­nak, by uga­sić mężow­ski gniew, i Dic­kens wyrzu­cił z domu matkę dzie­się­ciorga swo­ich dzieci. Posłał naj­star­szego syna, Char­leya, żeby z nią zamiesz­kał, a resztę dzieci zatrzy­mał przy sobie - naj­pierw w Tavi­stock House, następ­nie w Gad's Hill Place. (Zawsze mia­łem wra­że­nie, że uwiel­biał swoje dzieci do czasu, gdy zaczy­nały prze­ja­wiać samo­dziel­ność w jakich­kol­wiek spra­wach - czyli, innymi słowy, gdy prze­sta­wały się zacho­wy­wać jak Mała Nell, Paul Dombey czy inne postaci z jego ksią­żek. Wtedy bar­dzo szybko się nimi nudził).

Oczy­wi­ście, skan­dal wcale się na tym nie skoń­czył. Zapro­te­sto­wali rodzice Cathe­rine, lecz adwo­kaci Dic­kensa szybko zmu­sili ich do publicz­nego wyco­fa­nia pre­ten­sji. Sam pisarz publi­ko­wał oświad­cze­nia, któ­rymi ter­ro­ry­zo­wał opo­nen­tów i wpro­wa­dzał opi­nię publiczną w błąd. Pod­chody praw­ni­cze i nowa fala paskud­nych publi­ka­cji dopro­wa­dziły do wymu­szo­nej i nie­odwo­łal­nej sepa­ra­cji z Cathe­rine. Skoń­czyło się na tym, że Dic­kens odmó­wił wszel­kich form kon­taktu z byłą żoną, nawet w kwe­stiach doty­czą­cych przy­szło­ści ich dzieci.

Wszystko to zro­bił czło­wiek, który dla swo­ich czy­tel­ni­ków - nie tylko w Anglii, ale na całym świe­cie - był ucie­le­śnie­niem idei posia­da­cza "szczę­śli­wego domu".

Natu­ral­nie, w dal­szym ciągu potrze­bo­wał w domu kobiety, mimo że utrzy­my­wał liczną służbę. Miał dzie­wię­cioro dzieci, z któ­rymi nie chciał mieć nic wspól­nego poza tymi rzad­kimi chwi­lami, gdy przy­cho­dziła mu ochota poba­wić się z nimi albo posa­dzić je sobie na kola­nach i pozo­wać do zdjęć. Miał zobo­wią­za­nia towa­rzy­skie. Ktoś musiał przy­go­to­wy­wać karty dań, listy zaku­pów i zamó­wie­nia dla kwia­cia­rek. Ktoś musiał dopil­no­wać sprzą­ta­nia i zor­ga­ni­zo­wać funk­cjo­no­wa­nie domu, a Char­les Dic­kens nie mógł sobie zawra­cać głowy takimi dro­bia­zgami. Był prze­cież, jak­kol­wiek na to spoj­rzeć, naj­więk­szym pisa­rzem na świe­cie.

Zro­bił zatem rzecz oczy­wi­stą - nawet jeśli ani Wam, Sza­nowni Czy­tel­nicy, ani mnie oczy­wi­stą się ona nie wydaje. (Może w odle­głym dwu­dzie­stym czy dwu­dzie­stym pierw­szym wieku, któ­remu powie­rzam te wspo­mnie­nia, naprawdę jest to rzecz oczy­wi­sta. A może jeste­ście po pro­stu na tyle bystrzy, że na dobre porzu­ci­li­ście dzi­waczną, zgoła idio­tyczną insty­tu­cję mał­żeń­stwa. Jak się wkrótce prze­ko­na­cie, ja przez całe życie sku­tecz­nie uni­ka­łem wią­za­nia się węzłem ślub­nym; wola­łem żyć z jedną kobietą i w tym samym cza­sie mieć dzieci z inną. Nie­któ­rzy moi współ­cze­śni - ku mojej wiel­kiej ucie­sze - nazy­wali mnie z tego powodu łotrem i łaj­da­kiem. Ale odbie­gam od tematu).

Zro­bił więc Dic­kens rzecz oczy­wi­stą: wziął Geo­r­ginę, sio­strę Cathe­rine i starą pannę, i uczy­nił z niej swoją zastęp­czą żonę, panią domu, opie­kunkę dla dzieci, gospo­dy­nię roz­licz­nych przy­jęć i pro­szo­nych kola­cji, a także sier­żanta kucha­rek i całej służby.

Kiedy poja­wiły się - nie­unik­nione - plotki (doty­czące Geo­r­giny, nie Ellen Ter­nan, która, rzec by można, usu­nęła się ze świa­tła lamp gazo­wych w cień), Dic­kens wezwał do Tavi­stock House leka­rza, któ­remu kazał zba­dać Geo­r­ginę, a następ­nie opu­bli­ko­wać oświad­cze­nie, w któ­rym lekarz wszem wobec obwie­ścił, że panna Geo­r­gina Hogarth jest virgo intacta.

I na tym cała sprawa miała się zakoń­czyć. Tak przy­naj­mniej zakła­dał Char­les Dic­kens.

Jego młod­sza córka powie­działa mi póź­niej (a wła­ści­wie wypowie­działa te słowa w moim bez­po­śred­nim sąsiedz­twie, tak że bez prze­szkód je usły­sza­łem):

- Mój ojciec był jak obłą­kany. Ten romans obna­żył w nim wszystko, co naj­gor­sze i naj­słab­sze. Miał w nosie, co się z nami sta­nie. Nasza nie­dola nie miała sobie rów­nych.

Jeżeli Dic­kens zda­wał sobie sprawę z ich nie­szczę­ścia (albo jeżeli miało ono dla niego jakie­kol­wiek zna­cze­nie), to z pew­no­ścią tego nie oka­zy­wał - ani mnie, ani swoim nowym przy­ja­cio­łom, któ­rzy z cza­sem stali mu się wyjąt­kowo bli­scy.

Słusz­nie zakła­dał, że kry­zys nie zaszko­dzi jego powo­dze­niu u czy­tel­ni­ków, któ­rzy albo nie mieli poję­cia o jego rodzin­nych wybry­kach, albo po pro­stu mu je wyba­czali. Był prze­cież angiel­skim pro­ro­kiem szczę­śli­wego domu i naj­więk­szym pisa­rzem na świe­cie. Zasłu­gi­wał na ulgowe trak­to­wa­nie.

Nasi kole­dzy po fachu i przy­ja­ciele rów­nież wyba­czali mu i zapo­mi­nali (wszy­scy z wyjąt­kiem Thac­ke­raya, ale to co innego), a ja muszę przy­znać, że nie­któ­rzy z nich - nie­któ­rzy z nas! - po cichu podzi­wiali Char­lesa za to, że umiał się uwol­nić od rodzin­nych zobo­wią­zań wobec tak nie­atrak­cyj­nej i uciąż­li­wej dryf­ko­twy. Jego wyzwo­le­nie było pro­my­kiem nadziei dla naj­ża­ło­śniej­szych nawet mężów, a nas, kawa­le­rów, bawiło jako dowód na to, że jed­nak można wró­cić z nie­zba­da­nych krain mał­żeń­skich, z któ­rych, jak powia­dano, nie ma powrotu.

Bądź jed­nak łaskaw, Drogi Czy­tel­niku, nie zapo­mi­nać, że mówimy o czło­wieku, który nie­wiele wcze­śniej, na krótko przed zawar­ciem zna­jo­mo­ści z Ellen Ter­nan, kiedy razem krą­ży­li­śmy po teatrach w poszu­ki­wa­niu, jak to nazy­wa­li­śmy, "wyjąt­ko­wych kwia­tusz­ków" (mło­dziut­kich i prze­ślicz­nych akto­re­czek, któ­rych uroda wyjąt­kowo tra­fiała w nasz gust), powie­dział do mnie tak:

- Jeżeli masz jakiś dobry pomysł na to, jak spę­dzić noc, Wil­kie, mów śmiało. Nie­ważne, co to będzie; na tę jedną noc odrzu­cam wszel­kie kon­we­nanse. Jeśli twój umysł spło­dzi coś, co przy­po­mi­na­łoby syba­rycki Rzym w schył­ko­wym okre­sie z jego nie­okieł­znaną zmy­sło­wo­ścią, oddaję się w twoje ręce.

Na taką zabawę byłem przy­go­to­wany.

***

Do dziś pamię­tam dzień dzie­wiąty czerwca 1865 roku, który zapo­cząt­ko­wał istną kaskadę nie­wia­ry­god­nych wyda­rzeń.

Dic­kens, który od prze­si­le­nia zimo­wego skar­żył się na prze­mę­cze­nie pracą oraz ból, jak to nazy­wał, "odmro­żo­nej stopy", zro­bił sobie tydzień wol­nego (koń­czył wów­czas Naszego wspól­nego przy­ja­ciela) i wybrał się do Paryża. Nie wiem, czy Ellen Ter­nan i jej matka mu towa­rzy­szyły, wiem nato­miast, że z nim wró­ciły.

Pewna kobieta, któ­rej ni­gdy nie pozna­łem oso­bi­ście i nie mam takiego zamiaru, pani Wil­liam Clara Pitt Byrne (przy­ja­ciółka, jak sły­sza­łem, Char­lesa Water­tona - natu­ra­li­sty i podróż­nika, który zjeź­dził pół świata, a zgi­nął wsku­tek głu­piego pośli­zgnię­cia się w swo­jej rezy­den­cji Wal­ton Hall zale­d­wie jede­na­ście dni przed wypad­kiem pod Sta­ple­hurst; ponoć jego duch nawie­dzał póź­niej posia­dłość pod posta­cią olbrzy­miej cza­pli siwej), lubo­wała się w pod­sy­ła­niu do redak­cji "Timesa" zło­śli­wych plo­te­czek. Poniż­sza szy­der­cza notka - donie­sie­nie o tym, że dzie­wią­tego czerwca naszego przy­ja­ciela widziano na pro­mie z Boulo­gne do Fol­ke­stone - uka­zała się dru­kiem kilka mie­sięcy po wypadku:

Towa­rzy­szyła mu kobieta nie­bę­dąca ani jego żoną, ani szwa­gierką, co nie prze­szka­dzało mu prze­cha­dzać się po pokła­dzie z dumną miną i zadar­tym nosem, a każda zmarszczka na jego twa­rzy i każdy, naj­mniej­szy nawet gest mówił wynio­śle "Patrz­cie na mnie, napa­waj­cie się moim wido­kiem: oto ja, jedyny, nie­po­wta­rzalny, wielki Char­les Dic­kens. Cokol­wiek robię, moja wyjąt­kowa toż­sa­mość dosta­tecz­nie mnie tłu­ma­czy".

Podobno pani Byrne zasły­nęła przed laty wyda­niem książki zaty­tu­ło­wa­nej Fla­mandz­kie wnę­trza. Moim skrom­nym zda­niem lepiej by zro­biła, oszczę­dza­jąc ostre pióro na pisa­nie o sofach i tape­tach, ponie­waż opi­sy­wa­nie istot ludz­kich naj­wy­raź­niej ją prze­ra­sta.

Po zej­ściu na ląd w Fol­ke­stone Dic­kens, Ellen i pani Ter­nan wsie­dli do pociągu, który cze­kał na przy­by­wa­jący z przy­pły­wem prom i o czter­na­stej trzy­sie­ści osiem odjeż­dżał do Lon­dynu. Zbli­ża­jąc się do Sta­ple­hurst, byli jedy­nymi pasa­że­rami w całym wago­nie - jed­nym z sied­miu wago­nów pierw­szej klasy, jakie tego dnia pro­wa­dził pociąg. Maszy­ni­sta roz­pę­dził loko­mo­tywę do peł­nej pręd­ko­ści (około pięć­dzie­się­ciu mil na godzinę). O pięt­na­stej jede­na­ście pociąg prze­je­chał przez Head­corn i zaczął się zbli­żać do wia­duktu kole­jo­wego nie­opo­dal Sta­ple­hurst - cho­ciaż okre­śle­nie "wia­dukt" (poja­wia­jące się w ofi­cjal­nym prze­wod­niku kole­jo­wym) nadano chyba tro­chę na wyrost żela­znej kra­tow­nicy mostu pod­trzy­mu­ją­cego cięż­kie drew­niane belki prze­rzu­cone nad płytką w tym miej­scu rzeką Beult.

Na przę­śle mostu trwała wła­śnie ruty­nowa wymiana sta­rych dźwi­ga­rów. Póź­niej­sze śledz­two (z któ­rego czy­ta­łem spra­woz­da­nie) dowio­dło, że bry­ga­dzi­sta źle spraw­dził godzinę przy­jazdu pociągu w roz­kła­dzie i spo­dzie­wał się go dopiero za dwie godziny. (Wygląda na to, że nie tylko my, podróżni, dajemy się zwieść bry­tyj­skim roz­kła­dom jazdy z nie­skoń­czo­nymi przy­pi­sami i nawia­sami odno­szą­cymi się do świąt, week­en­dów i pór przy­pływu).

Tysiąc jar­dów przed remon­to­wa­nym odcin­kiem torów (dwie szyny zostały już odkute od pod­kła­dów i odło­żone na bok) powi­nien stać czło­wiek z czer­woną cho­rą­giewką - tak sta­no­wią prze­pisy kole­jowe i angiel­skie prawo. Z nie­wia­do­mych przy­czyn czło­wiek z cho­rą­giewką stał jed­nak zale­d­wie pięć­set pięć­dzie­siąt jar­dów od wia­duktu, co dla pociągu eks­pre­so­wego rela­cji Fol­ke­stone-Lon­dyn sta­nowi daleko nie­wy­star­cza­jący dystans do zaha­mo­wa­nia.

Na widok unie­sio­nej ponie­wcza­sie cho­rą­giewki - a także dziury w torach, co musiało sta­no­wić widok o wiele bar­dziej dra­ma­tyczny - maszy­ni­sta zro­bił co w jego mocy. Może w cza­sach, w któ­rych żyjesz Ty, Drogi Czy­tel­niku, pociągi są już wypo­sa­żone w hamulce, które można uru­cho­mić z kabiny maszy­ni­sty, lecz w naszym roku 1865 rzecz miała się zgoła ina­czej: każdy wagon nale­żało wyha­mo­wać osobno i czy­niono to tylko na wyraźne pole­ce­nie pro­wa­dzą­cego pociąg. Maszy­ni­sta dał więc wście­kłym gwiz­dem znak wszyst­kim hamul­co­wym w wago­nach, lecz nie na wiele się to zdało.

Według raportu ze śledz­twa pociąg naje­chał na wyrwę w toro­wi­sku z pręd­ko­ścią około trzy­dzie­stu mil na godzinę. Wydaje się to nie­wia­ry­godne, ale loko­mo­tywa dosłow­nie prze­sko­czyła mie­rzącą czter­dzie­ści dwie stopy wyrwę, wylą­do­wała na dru­gim brzegu rzeki i dopiero tam się wyko­le­iła. Z sied­miu wago­nów pierw­szej klasy sześć ode­rwało się od składu, spa­dło z mostu i roz­trza­skało się w zaba­gnio­nym kory­cie rzeki.

W wago­nie, który oca­lał, jechał Dic­kens, jego kochanka, i jej matka.

Znaj­du­jący się bez­po­śred­nio za loko­mo­tywą wagon straż­ni­czy został prze­rzu­cony na sąsiedni tor, pocią­ga­jąc za sobą następne ogniwo - wagon dru­giej klasy. Następny w kolej­no­ści był wagon Dic­kensa, który, wierz­ga­jąc wście­kle, wpadł na wia­dukt, poko­nał część jego dłu­go­ści i zawisł nad prze­pa­ścią. Przed upad­kiem powstrzy­mało go tylko połą­cze­nie z wago­nem dru­giej klasy. Tylna część składu nawet nie wypa­dła z szyn, ale sześć pierw­szych klas pole­ciało w dół, roz­trza­skało się o pod­mo­kły grunt, pogięło, poła­mało i w ogóle zmie­niło się w jeden wielki stos drzazg.

W listach do przy­ja­ciół Dic­kens wspo­mi­nał cza­sem o tam­tej chwili, ale zawsze czy­nił to dys­kret­nie i sta­rał się nie wyja­wiać nazwisk swo­ich współ­pa­sa­że­rek. Jestem pewien, że tylko mnie opo­wie­dział tę histo­rię w cało­ści.

A tak pisał o tym w jed­nej z sze­rzej roz­po­wszech­nio­nych listow­nych wer­sji opo­wie­ści:

Nagle wypa­dli­śmy z szyn. Wagon zało­mo­tał o zie­mię jak gon­dola na wpół pustego balonu.

- Mój Boże! - zawo­łała star­sza pani [czy­taj: pani Ter­nan].

Towa­rzy­sząca jej młoda dama [czy­taj: Ellen Ter­nan, natu­ral­nie] krzyk­nęła z prze­ra­że­nia. Chwy­ci­łem je obie w ramiona i powie­dzia­łem:

- Nie możemy sobie pomóc, ale z pew­no­ścią możemy zacho­wać spo­kój. Bar­dzo was pro­szę, dro­gie panie, nie krzycz­cie.

Star­sza pani natych­miast odparła:

- Dzię­kuję panu. Może pan na mnie pole­gać. Klnę się na mą duszę, że zacho­wam mil­cze­nie.

Wtem wagon prze­chy­lił się i znie­ru­cho­miał, a my wylą­do­wa­li­śmy stło­czeni w kącie.

Istot­nie, wagon prze­chy­lił się mocno w dół i w lewo. Wszyst­kie bagaże i nie­przy­mo­co­wane przed­mioty pole­ciały w dół i w lewo. Już do końca życia Char­les Dic­kens miał cza­sem doświad­czać uczu­cia, jak gdyby "dosłow­nie wszystko, całe moje ciało prze­chy­lało się i spa­dało w dół i w lewo".

Tym­cza­sem kon­ty­nu­uje swoją opo­wieść:

Zwró­ci­łem się do kobiet:

- Zapew­niam panie, że nic gor­szego stać się nie może. Nie­bez­pie­czeń­stwo bez wąt­pie­nia minęło. Pro­szę zatem, zostań­cie tutaj i nie ruszaj­cie się, ja zaś tym­cza­sem wyjdę przez okno.

Dic­kens - cał­kiem zwinny jak na pięć­dzie­się­cio­trzy­latka - nagle zapo­mniał o "odmro­żo­nej sto­pie" (jako czło­wiek od dawna cier­piący na poda­grę, która zmu­szała mnie do wie­lo­let­niego przyj­mo­wa­nia lau­da­num, umiem roz­po­znać poda­grę po obja­wach i jestem prze­ko­nany, że tym wła­śnie było rze­kome "odmro­że­nie" u Dic­kensa), wygra­mo­lił się przez okno, wyko­nał ryzy­kowny skok ze schod­ków wagonu na toro­wi­sko powy­żej mostu i, jak potem opo­wia­dał, zoba­czył dwóch straż­ni­ków, któ­rzy, kom­plet­nie zagu­bieni, bie­gali tam i z powro­tem wzdłuż torów. Pisał póź­niej, że jed­nego z nich zła­pał za rękaw i krzyk­nął:

- Spójrz na mnie! Zatrzy­maj się i spójrz na mnie! Powiedz, czy mnie znasz.

- Znamy pana dosko­nale, panie Dic­kens - miał odpo­wie­dzieć straż­nik.

Dic­kens się roz­pro­mie­nił, zachwy­cony, że nawet w takiej chwili został roz­po­znany (Clara Pitt Byrne mogłaby mu w tym miej­scu wytknąć, że ten zachwyt dowo­dzi jego małost­ko­wo­ści), i nie­mal rado­śnie zawo­łał:

- Wobec tego, dobry czło­wieku, daj mi swoje klu­cze, na Boga, i przy­ślij tu jed­nego z robot­ni­ków. Zamie­rzam opróż­nić ten wagon.

W listach, które Dic­kens roz­sy­łał potem do zna­jo­mych, straż­nik zro­bił, co mu kazał, robot­nicy poło­żyli deski uła­twia­jące zej­ście do wiszą­cego wagonu, a na koniec on sam zszedł do środka, prze­czoł­gał się na drugi koniec wnę­trza i zabrał stam­tąd swój cylin­der i butelkę brandy.

Powi­nie­nem w tym miej­scu prze­rwać opo­wieść naszego wspól­nego przy­ja­ciela i nad­mie­nić, że póź­niej, posił­ku­jąc się ofi­cjal­nym rapor­tem kole­jo­wym z kata­strofy, odna­la­złem straż­nika, któ­rego Dic­kens miał zatrzy­mać i zdo­pin­go­wać do jakże uży­tecz­nych czyn­no­ści. Ów straż­nik, nie­jaki Lester Smyth, zgoła ina­czej wspo­mi­nał tamte chwile:

- Pró­bo­wa­li­śmy zejść na dół, pomóc ran­nym i umie­ra­ją­cym, a tu nagle ten ele­gan­cik gra­moli się z wiszą­cego wagonu pierw­szej klasy, pod­biega do Paddy'ego Beale'a i do mnie, blady jak ściana, z takim dzi­kim wzro­kiem, i drze się na nas: "Pozna­jesz mnie?! Czło­wieku, pozna­jesz mnie?! Wiesz, kim jestem?!". Nie ukry­wam, że odpo­wie­dzia­łem mu tak: "Nic mnie nie obcho­dzi, kim jesteś, bra­chu, możesz sobie być nawet księ­ciem Alber­tem, ale zejdź mi z drogi, do dia­ska". Zazwy­czaj nie zwra­cam się tak do dżen­tel­me­nów, ale to nie był zwy­czajny dzień.

W każ­dym razie Dic­kens naprawdę pokie­ro­wał robot­ni­kami, któ­rzy wydo­stali Ellen Ter­nan i jej matkę z opre­sji; naprawdę wró­cił do wagonu po cylin­der i brandy; naprawdę napeł­nił cylin­der wodą, gdy zszedł po skar­pie nad rzekę. Wszy­scy świad­ko­wie twier­dzili też zgod­nie, że natych­miast ruszył nieść pomoc ran­nym i umie­ra­ją­cym.

***

Przez ostat­nie pięć lat życia po wypadku pod Sta­ple­hurst opi­sy­wał scenę po kata­stro­fie tylko w jeden spo­sób: "To było coś nie­wy­obra­żal­nego". O tym zaś, co wów­czas usły­szał, mówił lako­nicz­nie "Nie­po­jęte". I tak wypo­wia­dał się czło­wiek, który w powszech­nej opi­nii miał naj­buj­niej­szą wyobraź­nię ze wszyst­kich angiel­skich pisa­rzy - poza sir Wal­te­rem Scot­tem; czło­wiek, który zawsze dbał przy­naj­mniej o to, żeby jego histo­rie były kla­rowne i zro­zu­miałe.

Być może, nie­wy­obra­żalne zaczęło się, kiedy spró­bo­wał zejść po stro­mym brzegu rzeki, gdy oto nagle obok niego wyrósł jak spod ziemi wysoki, szczu­pły męż­czy­zna w gru­bej czar­nej pele­ry­nie, bar­dziej sto­sow­nej na wie­czorne wyj­ście do opery niż popo­łu­dniową podróż eks­pre­sem do Lon­dynu. Obaj w jed­nej ręce nie­śli cylin­dry, drugą zaś chwy­tali się dogod­nych wystę­pów na skar­pie, żeby nie stra­cić rów­no­wagi. Czło­wiek ten, jak opi­sy­wał mi go Dic­kens chra­pli­wym szep­tem kilka dni po wypadku, kiedy, jak twier­dził, "głos go zawo­dził", był chudy jak szkie­let, tru­pio blady i wpa­try­wał się w niego mrocz­nym spoj­rze­niem oczu osa­dzo­nych głę­boko pod bia­łym jak płótno czo­łem, prze­cho­dzą­cym w rów­nie bladą łysinę. Tylko po bokach tej tru­piej czaszki ucho­wały się nie­liczne pasma siwie­ją­cych wło­sów. Dic­kens mówił rów­nież, że podo­bień­stwo do tru­piej czaszki dodat­kowo pod­kre­ślał nie­na­tu­ral­nie krótki nos intruza - "raczej dwie czarne szpary w bia­łej jak ciało robaka twa­rzy niż nos z praw­dzi­wego zda­rze­nia", dokład­nie takich słów użył - oraz drobne, ostre, nie­równe zęby, nazbyt roz­strze­lone i osa­dzone w dzią­słach tak bla­dych, że zda­wały się bled­sze od samych zębów.

Zauwa­żył rów­nież, że nie­zna­jomy nie ma - albo pra­wie nie ma - dwóch pal­ców u pra­wej ręki (małego i ser­decz­nego), a także palca środ­ko­wego lewej. Uwagę Dic­kensa przy­kuł fakt, że palce nie zostały by­naj­mniej ampu­to­wane w sta­wie, jak to naj­czę­ściej bywa pod­czas wypad­ków lub spo­wo­do­wa­nych nimi póź­niej­szych ope­ra­cji, lecz prze­cięte w poło­wie dłu­go­ści palicz­ków.

(- Wyglą­dały jak nad­to­pione świece z bia­łego wosku - tłu­ma­czył mi potem).

Skon­ster­no­wany Dic­kens zupeł­nie nie wie­dział co myśleć o jego­mo­ściu w czar­nej pele­ry­nie, gdy obaj szu­kali dogod­nych chwy­tów wśród krze­wów i kamieni.

- Jestem Char­les Dic­kens - wysa­pał.

- Owszsz­szem... - odparła blada twarz, cedząc syczące dźwięki spo­mię­dzy drob­nych zębów. - Wiem o tym.

Kon­ster­na­cja Dic­kensa tylko się powięk­szyła.

- A pana god­ność? - zapy­tał, gdy razem zsu­nęli się po żwi­rze.

- Drood - odparł tam­ten.

Tak przy­naj­mniej wydało się Dic­ken­sowi, ponie­waż nie­zna­jomy prze­cią­gał gło­ski i mówił ze śla­do­wym, chyba cudzo­ziem­skim akcen­tem, przez co słowo zabrzmiało raczej jak "dread"1.

- Jechał pan pocią­giem do Lon­dynu? - pytał dalej Dic­kens.

Znaj­do­wali się już pra­wie u stóp skarpy.

- Do Lime­ho­use - wysy­czał nie­zgra­biasz w czar­nej pele­ry­nie. - Do Whi­te­cha­pel. Ratc­liff Crosss. Gin Alley. Three Foxesss Court. But­cher Row i Com­mer­cial Road. Do men­nicy i innych pta­sich kolo­nii wss­schod­niego Lon­dynu.

Dic­kens spoj­rzał na niego z ukosa, zdu­miony tą dzi­waczną wyli­czanką, ponie­waż pociąg jechał wprost do cen­trum Lon­dynu i nie zamie­rzał zapusz­czać się w mroczne zaułki wschod­niej czę­ści mia­sta. "Pta­simi kolo­niami" zaś nazy­wano potocz­nie naj­gor­sze lon­dyń­skie dziel­nice nędzy. W tejże jed­nak chwili wylą­do­wali wresz­cie na samym dole stro­mi­zny i "Drood" bez słowa okrę­cił się na pię­cie i wśli­znął w pół­mrok pod wia­duk­tem. W kilka sekund jego pele­ryna ide­al­nie wto­piła się w cień.

(- Nie zro­zum mnie źle - wyja­śnił mi póź­niej szep­tem Dic­kens. - Nawet przez myśl mi nie prze­szło, że ta dzi­waczna postać mogłaby być Śmier­cią we wła­snej oso­bie, która przy­szła upo­mnieć się o swo­ich. Nie doszu­ki­wa­łem się w niej w ogóle żad­nej osoby z zawią­zu­ją­cej się już wtedy tra­ge­dii; byłby to banał nazbyt wyświech­tany nawet dla znacz­nie słab­szych pisa­rzy ode mnie. Muszę jed­nak przy­znać, Wil­kie, że przy­szło mi do głowy, że ten Drood może być przed­się­biorcą pogrze­bo­wym ze Sta­ple­hurst lub innej pobli­skiej mie­ściny).

Kiedy został sam, skon­cen­tro­wał się na skut­kach kata­strofy.

Wagony, które spo­częły w rzece i na jej muli­stych brze­gach, w niczym nie przy­po­mi­nały już pojaz­dów kole­jo­wych. Gdyby nie żela­zne osie i koła ster­czące z wody tu i ówdzie pod jaki­miś nie­wia­ry­god­nymi kątami, można by pomy­śleć, że osie­dle drew­nia­nych dom­ków spa­dło z nieba, porwane uprzed­nio przez ame­ry­kań­ski cyklon, który prze­mie­lił je na kawałki i porzu­cił wła­śnie tutaj. A potem coś pode­rwało je w powie­trze drugi raz i drugi raz prze­mie­liło.

Dic­kens nie spo­dzie­wał się, że kto­kol­wiek mógł prze­żyć taką kata­strofę, ale po doli­nie nio­sły się krzyki oca­la­łych (liczba ran­nych zna­cząco prze­wyż­szała bowiem liczbę zabi­tych). Z początku nie roz­po­znał w nich w ogóle ludz­kich dźwię­ków; nie wia­domo dla­czego, wydały mu się nie­skoń­cze­nie strasz­niej­sze od jęków i wrza­sków, któ­rych nasłu­chał się pod­czas wizyt w prze­peł­nio­nych szpi­ta­lach, takich jak East Lon­don Chil­dren's Hospi­tal w Ratc­liff Cross (o któ­rym przed chwilą wspo­mi­nał Drood), gdzie umie­rali ubo­dzy i nie­po­trzebni. O nie, te krzyki brzmiały tak, jakby ktoś otwo­rzył bramę pro­wa­dzącą wprost w cze­lu­ście pie­kieł i pozwo­lił wszyst­kim potę­pień­com ostatni raz pora­zić wrza­skiem świat śmier­tel­nych.

Zoba­czył męż­czy­znę, który chwiej­nym kro­kiem szedł w jego stronę, z ramio­nami roz­po­star­tymi sze­roko jak do uści­sku. Czu­bek głowy miał odcięty jak jajko na miękko gotowe do spo­ży­cia na śnia­da­nie. Wewnątrz czaszki poły­ski­wała wyraź­nie widoczna sza­ro­ró­żowa pulpa. Całą twarz miał we krwi. Dwoje bia­łych oczu łyskało spod strug szkar­łatu.

Z braku lep­szego pomy­słu Dic­kens podał mu butelkę brandy, która wró­ciła do niego z uma­zaną na czer­wono szyjką. Pomógł nie­szczę­śni­kowi poło­żyć się na tra­wie i wodą z cylin­dra obmył mu twarz.

- Jak pań­ska god­ność, sza­nowny panie? - zapy­tał.

- Już po mnie - odparł męż­czy­zna i umarł. Białe oczy patrzyły w niebo z głębi dwóch czer­wo­nych kałuż.

Cień prze­su­nął się po ziemi i Dic­kens aż pod­sko­czył, prze­świad­czony, jak mi póź­niej mówił, że to Drood sta­nął nad nimi z czarną pele­ryną roz­po­startą jak skrzy­dła kruka, ale to tylko zbłą­kana chmura na moment prze­sło­niła słońce.

Dopeł­niw­szy cylin­der wodą z rzeki, Dic­kens napa­to­czył się na kobietę, któ­rej oło­wia­nej barwy twarz rów­nież była zalana krwią. Kobieta była pra­wie naga, krwawe strzępy ubra­nia zwi­sały z niej jak stare ban­daże, nie okry­wa­jąc poha­ra­ta­nego ciała. Stra­ciła lewą pierś. Nie zatrzy­mała się przy Dic­kensie, który chciał ją opa­trzyć; chyba w ogóle nie sły­szała jego nale­gań, żeby usia­dła spo­koj­nie i cze­kała na pomoc. Minęła go raź­nym kro­kiem i znik­nęła wśród nie­licz­nych drzew pora­sta­ją­cych brzeg rzeki.

Pomógł dwóm oszo­ło­mio­nym straż­ni­kom wycią­gnąć zmiaż­dżone ciało innej kobiety ze spra­so­wa­nego wagonu i ostroż­nie uło­żyć je na ziemi. Jakiś męż­czy­zna bro­dził w płyt­kiej wodzie, zawo­dząc:

- Moja żona! Moja żona!

Dic­kens zapro­wa­dził go do zwłok, na widok któ­rych męż­czy­zna zawył bole­ści­wie, wyrzu­cił ręce nad głowę i popę­dził jak obłą­kany w głąb nad­rzecz­nych mokra­deł, mio­ta­jąc się roz­pacz­li­wie i wyda­jąc dźwięki, które Dic­kens opi­sy­wał mi póź­niej jako "przed­śmiertne rzę­że­nie i chrzą­ka­nie dzika ugo­dzo­nego w płuca kil­koma kulami dużego kali­bru". A potem zemdlał i padł w bagno, raczej jak czło­wiek z prze­strze­lo­nym ser­cem niż płu­cami.

Wró­ciw­szy do poroz­bi­ja­nych wago­nów, mój przy­ja­ciel natknął się na kobietę, która stała oparta o drzewo i - nie licząc strużki krwi na twa­rzy (sączą­cej się zapewne z jakiejś nie­wiel­kiej rany głowy) - wyglą­dała na całą i zdrową.

- Przy­niosę pani wody - zapro­po­no­wał.

- To bar­dzo miło z pań­skiej strony - odparła z uśmie­chem.

Dic­kens się wzdry­gnął. Kobieta stra­ciła wszyst­kie zęby.

Kiedy zszedł nad wodę i obej­rzał się przez ramię, zoba­czył jakąś postać, którą wziął za Dro­oda (nikt inny nie ubrałby się, jak ostatni dureń, w grubą teatralną pele­rynę w taki cie­pły czerw­cowy dzień), z tro­ską pochy­la­jącą się nad bez­zębną kobietą. Kiedy zaś po kil­ku­na­stu sekun­dach wró­cił z cylin­drem peł­nym wody, męż­czy­zna w czerni znik­nął bez śladu, a kobieta już nie żyła. Leżała na ziemi, szcze­rząc pora­nione, bez­zębne dzią­sła w paro­dii uśmie­chu.

Znów wró­cił do resz­tek pociągu i wśród szcząt­ków jed­nego z wago­nów dostrzegł słabo poję­ku­ją­cego mło­dego czło­wieka. Kolejni ratow­nicy scho­dzili po skar­pie. Dic­kens wybrał paru naj­sil­niej­szych straż­ni­ków, żeby pomo­gli mu wydo­stać mło­dzieńca spod potłu­czo­nego szkła, strzę­pów czer­wo­nego aksa­mitu, żela­stwa i kawał­ków potrza­ska­nej drew­nia­nej pod­łogi. Kiedy straż­nicy, postę­ku­jąc z wysiłku, dźwi­gali cięż­kie ramy okienne i wyła­my­wali deski pod­łogi, które nagle stały się bel­kami stro­po­wymi, Dic­kens ści­skał rękę mło­dzieńca, pocie­sza­jąc go:

- Zaraz będziesz bez­pieczny, synu.

- Dzię­kuję... - wysa­pał ranny męż­czy­zna, który naj­wi­docz­niej rów­nież podró­żo­wał wago­nem pierw­szej klasy. - Jest pan nie­zwy­kle uprzejmy.

- Jak się pan nazywa? - zapy­tał nasz pisarz, kiedy wynie­śli mło­dzieńca na brzeg.

- Dic­ken­son.

Char­les Dic­kens dopil­no­wał więc, by panicz Dic­kenson został prze­trans­por­to­wany na górę, na nasyp kole­jowy, gdzie stale przy­by­wało ratow­ni­ków, a sam jesz­cze raz wró­cił na miej­sce masa­kry. Bie­gał od jed­nego ran­nego do dru­giego, pod­trzy­my­wał, pocie­szał, poił, uspo­ka­jał, cza­sem okry­wał ich zna­le­zio­nymi przy­pad­kiem łach­ma­nami i nie­ustan­nie badał napo­tkane ciała w poszu­ki­wa­niu oznak życia.

Nie­któ­rzy pasa­że­ro­wie zacho­wali zimną krew, ale wielu było takich, jak mówił póź­niej Dic­kens, któ­rzy - w szoku - stali bez ruchu i tępo gapili się w prze­strzeń. Ludzi, któ­rzy w owo maka­bryczne popo­łu­dnie naj­żwa­wiej się uwi­jali wśród szcząt­ków pociągu i nasłu­chi­wali jęków ran­nych, było dwóch: jed­nym był Dic­kens, dru­gim - dzi­wak nazwi­skiem Drood, cho­ciaż ten drugi, w czar­nej pele­ry­nie, cały czas trzy­mał się poza zasię­giem głosu, na gra­nicy pola widze­nia, i raczej prze­śli­zgi­wał się po tra­wie, niż cho­dził od wagonu do wagonu.

Dic­kens zna­lazł masywną kobietę, któ­rej wiej­ski strój z taniego mate­riału suge­ro­wał, że jechała któ­rąś z niż­szych klas. Leżała na brzu­chu na pod­mo­kłej ziemi, z rękami pod­ku­lo­nymi pod tułów. Odwró­cił ją, żeby się upew­nić, że opu­ściła już świat żywych, gdy wtem w umo­ru­sa­nej bło­tem twa­rzy otwo­rzyły się oczy.

- Oca­li­łam ją! - wydy­szała kobieta. - Oca­li­łam ją przed nim!

Dic­kens nie od razu dostrzegł dziecko ści­śnięte mię­dzy jej gru­bymi ramio­nami, z buzią wci­śniętą w obwi­słe piersi. Było mar­twe; albo uto­piło się w płyt­kim bagni­sku, albo udu­siło pod cię­ża­rem matki.

Na dźwięk syczą­cego woła­nia odwró­cił się i zoba­czył bla­dego jak ściana Dro­oda, który zama­chał do niego z paję­czyny cieni pod mostem. Ruszył w jego kie­runku, ale po dro­dze natknął się jesz­cze na odwró­cony do góry nogami wagon, gdzie z resz­tek okna wysta­wała naga, lecz cał­kiem kształtna kobieca ręka. Ski­nęła pal­cami, jakby go przy­zy­wała.

Przy­kuc­nął i ujął deli­katne palce w obie dło­nie.

- Jestem przy tobie, naj­droż­sza - szep­nął w głąb nie­wiel­kiego otworu, który zale­d­wie przed kwa­dran­sem był naj­praw­dziw­szym oknem wagonu kole­jo­wego. Kiedy ści­snął dłoń kobiety, odpo­wie­działa mu tym samym, jakby chciała w ten spo­sób wyra­zić wdzięcz­ność za oca­le­nie.

Dic­kens przy­kuc­nął, ale zoba­czył tylko podartą tapi­cerkę, ciemne kształty i cie­nie w maleń­kiej trój­kąt­nej pie­cza­rze wraku. Nie zna­lazł dość miej­sca, żeby wci­snąć do środka choćby głowę i ramiona, (górna kra­wędź okna znaj­do­wała się tuż nad błot­ni­stym grun­tem), ale usły­szał przy­śpie­szony, prze­ra­żony oddech ran­nej, któ­rego nie zagłu­szało nawet bul­go­ta­nie pły­ną­cej wartko rzeki. Nie myśląc o tym, jak nie­sto­sowny może być to gest, prze­su­nął pal­cami po odsło­nię­tym dam­skim ramie­niu, się­ga­jąc naj­da­lej jak mógł w głąb wraku. Bladą skórę pora­stały deli­katne rudawe wło­ski, w popo­łu­dnio­wym słońcu poły­sku­jące jak miedź.

- Już idą straż­nicy - powie­dział w głąb otworu, nie pusz­cza­jąc dłoni ran­nej. - Chyba jest z nimi lekarz.

Nie miał pew­no­ści, czy jego­mość w brą­zo­wym gar­ni­tu­rze ze skó­rzaną torbą rze­czy­wi­ście jest leka­rzem, ale gorąco się modlił, żeby tak wła­śnie było. Czte­rej straż­nicy, uzbro­jeni w toporki i łomy, truch­tali przo­dem; dżen­tel­men w gar­ni­tu­rze, sapiąc jak loko­mo­tywa, usi­ło­wał dotrzy­mać im kroku.

- Tutaj! - zawo­łał do nich Dic­kens.

Ści­snął rękę uwię­zio­nej kobiety. Jej palce zaci­snęły się w odpo­wie­dzi, zaci­snęły i roz­luź­niły, zaci­snęły i roz­luź­niły na jego palcu wska­zu­ją­cym jak paluszki nie­mow­lę­cia, które instynk­tow­nie chwyta ojcow­ską dłoń. Nic nie mówiła, lecz Dic­kens na­dal sły­szał jej dobie­ga­jące z ciem­no­ści wes­tchnie­nia. Brzmiały pra­wie tak, jakby wzdy­chała z zado­wo­le­nia. Ści­skał jej dłoń w obu swo­ich i modlił się w duchu, żeby dama nie była ciężko ranna.

- Tutaj! Szyb­ciej, na litość boską! - zawo­łał.

Ratow­nicy zebrali się wokół niego, i przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze przed­sta­wił się jako dok­tor Mor­ris, lekarz. Dic­kens odmó­wił zarówno odsu­nię­cia się od wraku, jak i wypusz­cze­nia z rąk dłoni kobiety, gdy czte­rej straż­nicy zaczęli łomami pod­wa­żać ramę okna, odsu­wać poła­mane deski i pogięte żela­stwo, żeby powięk­szyć tę mikro­sko­pijną prze­strzeń, w któ­rej cudem oca­lała nie­zna­joma.

- Ostroż­nie! - krzyk­nął. - Uwa­żaj­cie, pano­wie! Niech nic się wam nie obsu­nie! Ostroż­nie z tymi łomami! - Zgiął się wpół, żeby jesz­cze bar­dziej nachy­lić się nad otwo­rem, mocno ści­snął dłoń kobiety i wyszep­tał: - Już pra­wie cię mamy, naj­droż­sza. Wytrzy­maj jesz­cze minutkę. Bądź dzielna.

Odpo­wie­działa mu ostat­nim zaci­śnię­ciem pal­ców, w któ­rym wyraź­nie wyczu­wał jej wdzięcz­ność.

- Będzie się pan musiał odsu­nąć, mój panie - powie­dział dok­tor Mor­ris. - Tylko na chwi­leczkę. Chłopcy dźwi­gną wrak, a ja nachylę się i zaj­rzę do środka, żeby oce­nić obra­że­nia. Nie wiemy, czy już można zary­zy­ko­wać wycią­gnię­cie jej. Tylko na chwi­leczkę, pro­szę pana. O tak, bar­dzo uczynny z pana dżen­tel­men.

Dic­kens pokle­pał dłoń mło­dej damy. Nie chciał się z nią roz­sta­wać, zwłasz­cza gdy wyczuł poże­gnalny skurcz szczu­płych, bla­dych, wypie­lę­gno­wa­nych pal­ców. Ode­pchnął od sie­bie nader rze­czy­wi­ste, lecz zgoła nie­sto­sowne uczu­cie pod­nie­ce­nia pły­nące z fizycz­nego kon­taktu z kobietą, któ­rej nie miał oka­zji poznać i któ­rej twa­rzy ni­gdy nie widział.

- Już za chwilę będziesz bez­pieczna wśród nas, moja droga - powie­dział i puścił jej rękę.

Wyco­fał się na czwo­ra­kach spod okna, robiąc miej­sce ratow­ni­kom. Bagienna wil­goć prze­są­czała mu się na kola­nach przez spodnie.

- Dalej! - zawo­łał lekarz, klęk­nąw­szy w miej­scu zwol­nio­nym przez Dic­kensa. - Przy­łóż­cie się, chłopcy!

Czte­rej bar­czy­ści straż­nicy rze­czy­wi­ście się przy­ło­żyli: naj­pierw pod­wa­żyli i dźwi­gnęli wrak łomami, a potem zaparli się ple­cami o nie­równą powierzch­nię potrza­ska­nej pod­łogi wagonu, góru­jącą nad nimi jak drew­niana pira­mida. Klin ciem­no­ści przy ziemi odro­binę się powięk­szył, świa­tło słońca padło w głąb wagonu. Straż­nicy stęk­nęli, dźwi­gnąw­szy cię­żar wyżej - i nagle jeden z nich sap­nął ciężko.

- Chry­ste Panie! - wykrzyk­nął ktoś.

Lekarz odsko­czył jak pora­żony prą­dem. Dic­kens wczoł­gał się na jego miej­sce, gotowy nieść pomoc, i w końcu zaj­rzał w głąb wraku.

Nie było żad­nej kobiety, nie było dziew­czyny - tylko goła ręka wyrwana z barku leżała w oczysz­czo­nym ze szcząt­ków kręgu. W mięk­kim świe­tle popo­łu­dnia główka kości wyda­wała się bar­dzo, bar­dzo biała.

Wszy­scy zaczęli krzy­czeć. Zja­wili się kolejni ratow­nicy, któ­rym wydano takie same pole­ce­nia. Topor­kami i łomami zaczęli roz­pru­wać wrak wagonu - z początku ostroż­nie, potem z prze­ra­ża­ją­cym, jakby celowo nisz­czy­ciel­skim zapa­mię­ta­niem. Reszta ciała po pro­stu znik­nęła. Zresztą, w tej ster­cie złomu w ogóle nie było kom­plet­nych zwłok, tylko nie­pa­su­jące do sie­bie strzępy ubrań, przy­pad­kowe kawałki ciał i poła­mane kości. Z kobiety nie został nawet skra­wek sukienki - tylko ta jedna biała ręka, zakoń­czona zaci­śnię­tymi i już znie­ru­cho­mia­łymi pal­cami, z któ­rych odpły­nęła cała krew.

Dok­tor Mor­ris odwró­cił się bez słowa, odszedł i dołą­czył do ratow­ni­ków sku­pio­nych wokół innych ran­nych. Dic­kens wstał, zamru­gał, obli­zał wargi i pocią­gnął z butelki. Poczuł smak mie­dzi w ustach i uświa­do­mił sobie, że brandy się skoń­czyła, a on posma­ko­wał tylko krwi pozo­sta­wio­nej na szkle przez któ­rąś z poczę­sto­wa­nych ofiar. Długą chwilę roz­glą­dał się w poszu­ki­wa­niu cylin­dra, zanim odkrył, że wło­żył go na głowę, a ście­ka­jąca zeń woda wsią­kła mu we włosy i spły­nęła za koł­nierz.

Ponie­waż ratow­ni­ków i gapiów przy­by­wało, Dic­kens doszedł do wnio­sku, że jego pomoc na nie­wiele się już zda. Powoli, nie­po­rad­nie wgra­mo­lił się na po skar­pie na nasyp, gdzie stały oca­lałe wagony, teraz już puste. Ellen i pani Ter­nan przy­sia­dły w cie­niu stosu pod­kła­dów kole­jo­wych i spo­koj­nie popi­jały wodę z fili­ża­nek, które ktoś im podał.

Dic­kens wycią­gnął rękę, jakby chciał dotknąć odzia­nej w ręka­wiczkę dłoni Ellen, ale zawa­hał się i zapy­tał:

- Jak się czu­jesz, moja droga?

Ellen uśmiech­nęła się przez łzy. Dotknęła lewego barku i torsu poni­żej oboj­czyka, a powy­żej piersi.

- Jestem tro­chę poobi­jana, ale to chyba nic poważ­nego. Dzię­kuję, panie Dic­kens.

Pisarz z nie­obec­nym wzro­kiem poki­wał głową, a potem odwró­cił się i pod­szedł do skraju mostu. Ze swo­bodą typową dla ludzi roz­tar­gnio­nych prze­sko­czył na schodki zwi­sa­ją­cego nad wąwo­zem wagonu pierw­szej klasy, wczoł­gał się do środka przez roz­bite okno (z taką samą łatwo­ścią, z jaką mógłby wejść drzwiami) i zszedł po usta­wio­nych w rzę­dzie sie­dze­niach jak po szcze­blach dra­biny na pio­no­wej teraz ścia­nie. Cały wagon - zawie­szony wysoko nad zie­mią na jed­nym jedy­nym zacze­pie łączą­cym go z sąsied­nim wago­nem dru­giej klasy - koły­sał się deli­kat­nie jak wibru­jące waha­dło w zepsu­tym zega­rze szaf­ko­wym.

Na samym początku, zanim jesz­cze wyra­to­wał Ellen i panią Ter­nan, wyniósł z wagonu skó­rzaną torbę zawie­ra­jącą ręko­pis szes­na­stego odcinka Naszego wspól­nego przy­ja­ciela, nad któ­rym pra­co­wał we Fran­cji. Przy­po­mniał sobie jed­nak, że dwa ostat­nie roz­działy zostały w kie­szeni płasz­cza, ten zaś leżał zło­żony na swoim miej­scu, na półce nad sie­dze­niami. Sta­nął więc na opar­ciu ostat­niego sie­dze­nia - w roz­ko­ły­sa­nym, trzesz­czą­cym wago­nie, mając trzy­dzie­ści stóp pod nogami rzekę, widoczną przez roz­bite okna i mie­niącą się odbla­skami świa­tła - i wycią­gnął ręko­pis z kie­szeni płasz­cza. Spraw­dził, czy nie bra­kuje mu kar­tek (ręko­pis oka­zał się lekko przy­bru­dzony, ale kom­pletny), po czym, wciąż balan­su­jąc na opar­ciu, wepchnął plik kar­tek z powro­tem do kie­szeni.

A potem, cał­kiem przy­pad­kowo, spoj­rzał w dół, w stronę drzwi wagonu, i dalej, przez znaj­du­jące się w nich wybite okienko. Daleko w dole, dokład­nie pod wago­nem, stał czło­wiek, który przed­sta­wił mu się jako Drood, i z zadartą głową patrzył wprost na Dic­kensa, kom­plet­nie nie przej­mu­jąc się wiszą­cymi mu nad głową tonami drewna i żelaza. W roz­mi­go­ta­nym figlar­nie świe­tle słońca wyglą­dał, jakby stą­pał po wodzie, zamiast stać w niej po kostki. Jego usta otwo­rzyły się i poru­szyły, mię­si­sty język wysu­nął spo­mię­dzy małych zębów i roz­le­gło się gło­śne sycze­nie, z któ­rego jed­nak Dic­kens nie zro­zu­miał ani słowa, gdyż zagłu­szało je skrzy­pie­nie huś­ta­ją­cego się wagonu i dobie­ga­jące z doliny poję­ki­wa­nia ran­nych. "Nie­po­jęte", mam­ro­tał póź­niej tylko. "Nie­po­jęte".

Nagle wagon zako­ły­sał się gwał­tow­nie i opadł, jakby zamie­rzał spaść. Dic­kens odru­chowo jedną ręką chwy­cił się półki, żeby się nie prze­wró­cić, a kiedy znów spoj­rzał w dół, Drood znik­nął. Pisarz prze­rzu­cił płaszcz z ręko­pi­sem przez ramię i wspiął się na górę, ku świa­tłu.

Roz­dział 2

W dniu kata­strofy pod Sta­ple­hurst nie było mnie w Lon­dy­nie. Dopiero trzy dni po wypadku dosta­łem wia­do­mość od mojego młod­szego brata Char­lesa, męża naj­star­szej córki Dic­kensa, Kate, który poin­for­mo­wał mnie, że pisarz otarł się o śmierć. Natych­miast pośpie­szy­łem do Gad's Hill Place.

Domy­ślam się, Sza­nowny Czy­tel­niku z nie­wia­ry­god­nie odle­głej i - dla mnie - pośmiert­nej przy­szło­ści, że pamię­tasz Gad's Hill z szek­spi­row­skiego Hen­ryka IV. Z pew­no­ścią pamię­tasz Sha­ke­spe­are'a, nawet jeśli nas, pomniej­szych gry­zi­piór­ków, pochło­nęły mgły nie­pa­mięci. Mam rację? To w Gad's Hill wła­śnie Fal­staff pla­nuje swoją napaść, zanim książę Hal z przy­ja­cie­lem pokrzy­żują mu plany, prze­brani za rabu­siów, któ­rzy zamie­rzają obra­bo­wać rabu­sia. Gru­biutki sir John czmy­cha w popło­chu, a w jego opo­wie­ści Hal i jego wspól­nik zmie­niają się w czwórkę ban­dzio­rów, potem w ósemkę, szes­nastkę i tak dalej. Nie­opo­dal domu Dic­kensa znaj­duje się gospoda "Fal­staff Inn". Przy­pusz­czam, że Dic­kens chwa­lił sobie sko­ja­rze­nia swo­jej rezy­den­cji z Sha­ke­spe­arem nie mniej niż piwo sączone w "Fal­staff Inn" na zakoń­cze­nie dłu­gich spa­ce­rów.

Jadąc powo­zem, przy­po­mnia­łem sobie, że związki Dic­kensa z Gad's Hill Place są znacz­nie daw­niej­sze niż pod­jęta dzie­sięć lat wcze­śniej, w 1855, decy­zja o zaku­pie domu. Gad's Hill znaj­do­wało się w Cha­tham, wio­sce wchło­nię­tej przez poło­żone dwa­dzie­ścia pięć mil od Lon­dynu i sły­nące z oka­za­łej kate­dry mia­steczko Roche­ster, w oko­licy, gdzie pisarz spę­dził naj­szczę­śliw­sze lata dzie­ciń­stwa i gdzie regu­lar­nie wra­cał jako doro­sły, wędru­jąc jak nie­spo­kojny duch w poszu­ki­wa­niu miej­sca, w któ­rym mógłby stra­szyć przez wieki. Sam dom - Gad's Hill Place - poka­zał sied­mio- czy ośmio­let­niemu Dic­ken­sowi ojciec pod­czas któ­rejś z nie­zli­czo­nych prze­cha­dzek. John Dic­kens powie­dział przy tej oka­zji coś w tym stylu:

- Jeśli będziesz ciężko i pil­nie pra­co­wał, mój chłop­cze, może pew­nego dnia i ty kupisz sobie taką rezy­den­cję.

W lutym 1855 roku, kiedy tenże chło­piec obcho­dził czter­dzie­ste trze­cie uro­dziny, wyru­szył do Cha­tham z przy­ja­ciółmi na jedną z odby­wa­nych regu­lar­nie sen­ty­men­tal­nych wędró­wek, i z naj­wyż­szym zdu­mie­niem stwier­dził, że nie­osią­galny nie­gdyś dwór został wysta­wiony na sprze­daż.

Dic­kens był ostat­nią osobą, która nazwa­łaby Gad's Hill Place "rezy­den­cją" - widział w nim raczej umiar­ko­wa­nie wygodny wiej­ski domek (prawdę mówiąc, Tavi­stock House, w któ­rym wcze­śniej miesz­kał, pre­zen­to­wał się bar­dziej impo­nu­jąco), ale po naby­ciu go zain­we­sto­wał for­tunę w roz­bu­dowę, reno­wa­cję, moder­ni­za­cję i nowy wystrój samego domu oraz zago­spo­da­ro­wa­nie ota­cza­ją­cych go tere­nów. Począt­kowo zamie­rzał odwo­łać się do marzeń świę­tej pamięci ojca i żyć z wynaj­mo­wa­nia Gad's Hill Place, póź­niej zaczął go trak­to­wać jak poten­cjalną let­nią rezy­den­cję na przy­szłość, ale kiedy po gorz­kim i nie­przy­jem­nym roz­sta­niu z Cathe­rine naj­pierw wyna­jął, a potem wysta­wił na sprze­daż Tavi­stock House, Gad's Hill stało się jego głów­nym miej­scem zamiesz­ka­nia. (Nie wyrzekł się jed­nak nawyku posia­da­niu kilku miesz­kań w Lon­dy­nie, w któ­rych od czasu do czasu pota­jem­nie pomiesz­ki­wał. Jed­nym z nich było lokum nad redak­cją naszego pisma "All the Year Round").

Po naby­ciu Gad's Hill Place powie­dział swo­jemu przy­ja­cie­lowi Wil­l­sowi coś takiego:

- Kie­dyś widzia­łem w nim cudowną rezy­den­cję, choć Bóg mi świad­kiem, że nią nie jest, ale byłem wtedy dziw­nym dziec­kiem. W gło­wie rodziły mi się pierw­sze zalążki wszyst­kich moich powie­ści.

Kiedy mój powóz skrę­cił z Gra­ve­send Road i po łuko­wato zakrzy­wio­nym pod­jeź­dzie zaje­chał pod dwu­pię­trowy ceglany dom, myśla­łem o tym, jak to się stało, że te zalążki nabrały kształ­tów dla setek tysięcy czy­tel­ni­ków, a Dic­kens zamiesz­kał w tych samych czte­rech ścia­nach, które jego nie­re­for­mo­walny ojciec - któ­remu nie poszczę­ściło się ani w spra­wach rodzin­nych, ani w finan­sach - wska­zy­wał mu nie­gdyś jako naj­wyż­szą z moż­li­wych nagród za speł­nia­nie ambi­cji rodzin­nych i zawo­do­wych.

***

Poko­jówka otwo­rzyła mi drzwi, a za pro­giem powi­tała mnie Geo­r­gina Hogarth, szwa­gierka Dic­kensa i aktu­alna pani domu.

- Jak się miewa Pan Nie­zrów­nany? - zapy­ta­łem, uży­wa­jąc ulu­bio­nego prze­zwi­ska Dic­kensa.

- Jest roz­trzę­siony, panie Col­lins, bar­dzo roz­trzę­siony - odparła szep­tem Geo­r­gina i przy­tknęła palec do ust.

Gabi­net Dic­kensa znaj­do­wał się na prawo od holu. Pro­wa­dzące do niego drzwi były zamknięte, ale po licz­nych odwie­dzi­nach w Gad's Hill wie­dzia­łem, że zawsze są zamknięte - bez względu na to, czy gospo­darz aku­rat pra­cuje, czy nie.

- Wypa­dek do tego stop­nia go wzbu­rzył, że pierw­szą noc spę­dził w swoim lon­dyń­skim miesz­ka­niu, każąc panu Wil­l­sowi spać pod drzwiami - cią­gnęła sce­nicz­nym szep­tem Geo­r­gina. - Na wypa­dek, gdyby pan Wills miał mu być do cze­goś potrzebny, rozu­mie pan.

Poki­wa­łem głową. Wybit­nie prag­ma­tyczny i pozba­wiony wyobraźni Wil­liam Henry Wills, pod wie­loma wzglę­dami sta­no­wiący dokładne prze­ci­wień­stwo żywio­ło­wego Dic­kensa, został począt­kowo zatrud­niony przez pisa­rza jako asy­stent redak­cji "House­hold Words", a z cza­sem stał się jed­nym z jego naj­bliż­szych przy­ja­ciół i zausz­ni­ków. Odsu­nął w cień nawet jego daw­nych zna­jo­mych, takich jak John For­ster.

- Dziś nie pra­cuje - mówiła tym­cza­sem Geo­r­gina. - Spraw­dzę, czy można mu prze­szko­dzić.

Z wyraźną obawą pode­szła do dębo­wych drzwi gabi­netu i deli­kat­nie zapu­kała.

- Kto tam? - dobiegł ze środka jakiś głos.

Piszę "jakiś głos", ponie­waż nie był to głos Char­lesa Dic­kensa. Pisarz - o czym wie­dzieli wszy­scy, któ­rzy go znali - mówił cicho, szybko, z lekką chrypką; wielu jego roz­mów­ców brało tę chra­pli­wość za skłon­ność do seple­nie­nia, toteż Dic­kens nauczył się z emfazą arty­ku­ło­wać gło­ski, przez co komuś, kto go nie znał, jego słowa - pośpieszne, lecz prze­sad­nie sta­ranne - wyda­wały się cza­sem nie­po­trzeb­nie pom­pa­tyczne. Ten głos brzmiał zupeł­nie ina­czej: był piskliwy i drżący, jak u starca.

- Przy­szedł pan Col­lins - odparła Geo­r­gina.

- Niech wraca do domu i cho­ruje dalej - wychry­piał star­czy głos.

Zamu­ro­wało mnie. Odkąd pięć lat wcze­śniej mój młod­szy brat Char­les oże­nił się z Kate Dic­kens, mie­wał poważne kło­poty żołąd­kowe i inne przy­pa­dło­ści, ale moim zda­niem nie było to nic poważ­nego. Dic­kens był odmien­nego zda­nia. Sprze­ci­wiał się mał­żeń­stwu, był prze­świad­czony, że jego uko­chana córka wyszła za Char­lesa (daw­nego ilu­stra­tora jego ksią­żek) tylko po to, żeby zro­bić ojcu na złość, a z cza­sem naj­wi­docz­niej wmó­wił sobie, że mój brat jest umie­ra­jący. Cał­kiem nie­dawno z wia­ry­god­nego źró­dła usły­sza­łem o tym, jak to pew­nego dnia tłu­ma­czył Wil­l­sowi, że stan zdro­wia mojego brata "unie­moż­li­wia mu nor­malne funk­cjo­no­wa­nie", ale nawet gdyby to była prawda (a z całą pew­no­ścią nie była), trzeba wyjąt­ko­wej bez­dusz­no­ści, żeby tak mówić.

- Ale nie - powie­działa do zamknię­tych drzwi Geo­r­gina, zer­ka­jąc lękli­wie przez ramię, jakby miała nadzieję, że nie sły­sza­łem odpo­wie­dzi Dic­kensa. - Pan Wil­kie.

- Ach tak... - zabrzmiał drżący głos sta­ruszka. - Dla­czego, u licha, od razu tak nie powie­dzia­łaś?

Usły­sze­li­śmy stłu­mione chro­bo­ta­nie i skro­ba­nie, zgrzyt klu­cza w zamku (co samo w sobie było nie­zwy­kłe, Dic­kens miał bowiem dziwny zwy­czaj zamy­ka­nia gabi­netu na klucz, kiedy zeń wycho­dził, ale nie robił tego, kiedy sie­dział w środku) i drzwi otwo­rzyły się z impe­tem.

- Wil­kie, mój drogi - wychry­piał Dic­kens tym nie­swoim gło­sem, sta­jąc w progu z roz­po­star­tymi ramio­nami. - Wil­kie, Wil­kie...

Z zapa­łem uści­snął moją dłoń. Lewą ręką naj­pierw zła­pał mnie za prawe ramię powy­żej łok­cia. Widzia­łem, że zer­k­nął na wiszący na łań­cuszku zega­rek w zamknię­tej koper­cie.

- Dzię­kuję, Geo­r­gino - dodał z roz­tar­gnie­niem, zatrza­sku­jąc za nami drzwi.

Nie zamy­ka­jąc ich na klucz, popro­wa­dził mnie w głąb mrocz­nego pokoju.

Ten pół­mrok też mnie zasko­czył. Na prze­strzeni lat wie­lo­krot­nie odwie­dza­łem Dic­kensa w jego sanc­tum sanc­to­rum, ale ni­gdy nie widzia­łem, żeby za dnia zasła­niał okna. Teraz zaś zasłony były zacią­gnięte i wnę­trze roz­ja­śniała tylko lampa na sto­ją­cym pośrodku gabi­netu stole. W prze­szklo­nym troj­giem okien płyt­kim wyku­szu stało jesz­cze biurko, ale lampy na nim nie było. Nie­wielu z nas miało zaszczyt oglą­dać Dic­kensa w akcie two­rze­nia, ale wszy­scy ci, któ­rym było to dane, z pew­no­ścią doce­niali zakra­wa­jący na iro­nię fakt, że pisarz sie­dział przo­dem do okien wycho­dzą­cych na ogród i bie­gnącą w oddali Gra­ve­send Road, ale pod­no­sząc głowę znad kart książki, ni­gdy tak naprawdę nie widział roz­ta­cza­ją­cej się z nich pano­ramy. Przy pracy do tego stop­nia pogrą­żał się w swo­ich wyima­gi­no­wa­nych świa­tach, że rów­nie dobrze mógłby być ślepy - z wyjąt­kiem tych chwil, gdy spo­glą­dał w pobli­skie lustro, w któ­rym ćwi­czył gry­masy, uśmie­chy, wyrazy obu­rze­nia, marsy na czole i inne kary­ka­tu­ralne reak­cje swo­ich boha­te­rów.

Pocią­gnął mnie w głąb gabi­netu, wska­zał krze­sło obok biurka, a sam usiadł na miękko tapi­ce­ro­wa­nym fotelu, na któ­rym pra­co­wał. Nie licząc zacią­gnię­tych zasłon, pokój wyglą­dał cał­kiem zwy­czaj­nie. Pano­wał w nim ide­alny, nie­mal cho­ro­bliwy porzą­dek i ni­gdzie nie było ani dro­binki kurzu, mimo że Dic­kens ni­gdy nie pozwa­lał służ­bie sprzą­tać w gabi­ne­cie. Na biurku do pisa­nia z pochy­lo­nym bla­tem spo­czy­wał mały, schludny zestaw przy­bo­rów pisar­skich: kalen­darz, kała­marz, zestaw piór, ołó­wek z gumką z indyj­skiego kau­czuku, która chyba ni­gdy nie była uży­wana, podu­szeczka na szpilki, brą­zowa figurka przed­sta­wia­jąca dwie wal­czące ropu­chy, oraz aku­rat­nie uło­żony nożyk do papieru, ozdo­biony wyko­na­nym ze zło­tej folii sty­li­zo­wa­nym wize­run­kiem kró­lika. To były tali­zmany Dic­kensa, nie­odzowne akce­so­ria pisar­skie, konieczne, jak mi kie­dyś wyja­wił, żeby "było na czym oko zacze­pić w prze­rwach mię­dzy kolej­nymi aka­pi­tami", rów­nie nie­zbędne w pracy pisa­rza jak kom­plet gęsich piór.

Więk­szość ścian zaj­mo­wały regały z książ­kami - w tym także półki pełne ksią­żek fał­szy­wych, opa­trzo­nych naj­czę­ściej iro­nicz­nymi tytu­łami pomy­słu samego Dic­kensa, które spre­pa­ro­wał jesz­cze w Tavi­stock House, a po prze­wie­zie­niu do Gad's Hill zain­sta­lo­wał na drzwiach. Oka­la­jące pokój praw­dziwe regały były poprze­dzie­lane tylko oknami oraz oka­za­łym błę­kitno-bia­łym komin­kiem ozdo­bio­nym dwu­dzie­stoma kafel­kami z Delft.

W tamto czerw­cowe popo­łu­dnie Dic­kens wyglą­dał wręcz kosz­mar­nie staro - pada­jące zza naszych ple­ców ostre świa­tło lampy gazo­wej pod­kre­ślało powięk­sza­jącą się łysinę, głę­boko osa­dzone oczy i zmarszczki na twa­rzy. Co chwila zer­kał na zamknięty zega­rek.

- To bar­dzo miło z two­jej strony, że wpa­dłeś, mój drogi Wil­kie - wychry­piał.

- Nie ma o czym mówić. Przy­był­bym wcze­śniej, ale wyje­cha­łem z mia­sta, o czym mój brat z pew­no­ścią nie omiesz­kał cię poin­for­mo­wać. Masz taki... oschły głos.

Uśmiech­nął się prze­lot­nie.

- Obcy?

- Oschły.

Par­sk­nął śmie­chem. Rzadko się zda­rzało, żeby Char­les Dic­kens nie roze­śmiał się pod­czas roz­mowy; nie zna­łem dru­giego czło­wieka, który byłby rów­nie skłonny do śmie­chu. Żadna sytu­acja nie była dla niego dosta­tecz­nie poważna, żeby nie pró­bo­wał żar­to­wać - o czym z zakło­po­ta­niem prze­ko­ny­wa­li­śmy się na pogrze­bach.

- Za pozwo­le­niem, "obcy" to chyba jed­nak lep­sze okre­śle­nie - wychry­piał tym swoim nie­co­dzien­nym star­czym gło­sem. - W zgoła nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób na miej­scu tej potwor­nej kata­strofy pod Sta­ple­hurst przy­swo­iłem sobie cudzy głos. Bar­dzo bym chciał, żeby jego wła­ści­ciel zgło­sił się po niego i oddał mi w zamian mój... Bo ten głos sta­rego Micaw­bera zupeł­nie mi się nie podoba. Mam wra­że­nie, że ktoś szo­ruje mi papie­rem ścier­nym po stru­nach gło­so­wych i wszyst­kich samo­gło­skach przy oka­zji.

- Czy poza tym nic ci się nie stało, przy­ja­cielu? - spy­ta­łem.

Zbył moje pyta­nie mach­nię­ciem ręki i skon­cen­tro­wał się na zegarku, który teraz już trzy­mał w rękach.

- Dziś w nocy mia­łem nad­zwy­czaj zdu­mie­wa­jący sen, mój drogi Wil­kie.

- Tak? - mruk­ną­łem współ­czu­jąco. Spo­dzie­wa­łem się usły­szeć stresz­cze­nie kosz­maru po wypadku.

- Mia­łem wra­że­nie, że czy­tam książkę, którą napi­sa­łem w przy­szło­ści - zaczął pół­gło­sem, obra­ca­jąc zega­rek w pal­cach. Złota koperta mie­niła się odbla­skami świa­tła jedy­nej lampy. - To było coś strasz­nego... Powieść o czło­wieku, który sam się zahip­no­ty­zo­wał, żeby w swoim dru­gim hip­no­tycz­nym wcie­le­niu doko­ny­wać potwor­nych okru­cieństw, nie­wy­sło­wio­nych okro­pieństw, aktów ego­izmu, żądzy i znisz­cze­nia, któ­rych przy peł­nej świa­do­mo­ści Jasper (bo nie wia­domo dla­czego tak wła­śnie chcia­łem go nazy­wać we śnie) ni­gdy by się nie dopu­ścił. Była w to zamie­szana jesz­cze jakaś inna... istota.

- Zahip­no­ty­zo­wał się... - powtó­rzy­łem w zadu­mie. - To chyba nie­moż­liwe? Odwo­łuję się w tym miej­scu do two­jego doświad­cze­nia i prak­tyki w arka­nach oddzia­ły­wań magne­tycz­nych, drogi Char­le­sie.

- Nie mam poję­cia. Ni­gdy nie sły­sza­łem, żeby ktoś to zro­bił, ale to nie musi zna­czyć, że jest nie­wy­ko­nalne. - Spoj­rzał na mnie. - Ktoś cię kie­dyś zahip­no­ty­zo­wał, Wil­kie?

- Nie - odpar­łem. Zaśmia­łem się. - Cho­ciaż paru pró­bo­wało.

Nie uzna­łem za konieczne doda­wać, że nawet pro­fe­sor John Elliot­son, dawny lekarz Uni­ver­sity Col­lege Hospi­tal, a przy tym mistrz i nauczy­ciel Dic­kensa w sztuce mesme­ry­zmu, nie zdo­łał mnie zahip­no­ty­zo­wać. Mia­łem po pro­stu zbyt silną wolę.

- Spró­bujmy - zapro­po­no­wał Dic­kens.

Zwie­sił zega­rek na łań­cuszku i roz­huś­tał go jak waha­dełko.

- Char­le­sie drogi... - Zachi­cho­ta­łem, cho­ciaż wcale nie było mi do śmie­chu. - Po cóż to, na Boga? Chcia­łem usły­szeć szcze­gó­łową rela­cję z wypadku, a nie bawić się w gry salo­nowe z zegar­kiem i...

- Zrób to dla mnie, Wil­kie. Wiesz, że udaje mi się cza­sem zahip­no­ty­zo­wać ludzi... Na pewno opo­wia­da­łem ci o dłu­giej i, nie powiem, cał­kiem uda­nej tera­pii mesme­rycz­nej, jakiej pod­da­łem nie­szczę­sną madame de la Rue na kon­ty­nen­cie.

Mogłem tylko odchrząk­nąć nie­zo­bo­wią­zu­jąco. Dic­kens opo­wia­dał dosłow­nie wszyst­kim swoim przy­ja­cio­łom i zna­jo­mym o obse­syj­nie dłu­giej kura­cji hip­no­tycz­nej, jaką zaser­wo­wał "nie­szczę­snej" madame de la Rue. Pomi­jał przy tym jeden z jej aspek­tów, który jed­nak i bez tego stał się tajem­nicą poli­szy­nela: sesje tera­peu­tyczne z udzia­łem tej zamęż­nej i z całą pew­no­ścią obłą­ka­nej kobiety, odby­wa­jące się o naj­dziw­niej­szych porach dnia i nocy, wzbu­dziły u żony Dic­kensa, Cathe­rine, taką zazdrość, że - chyba pierw­szy raz w całym ich mał­żeń­skim poży­ciu - zażą­dała ich zaprze­sta­nia.

- Patrz na zega­rek, z łaski swo­jej - powie­dział Dic­kens, koły­sząc w pół­mroku zło­tym krąż­kiem.

- Nic z tego nie będzie, mój drogi.

- Robisz się senny, Wil­kie... Bar­dzo senny... Oczy ci się zamy­kają. Jesteś taki senny, jak­byś przed chwilą zaapli­ko­wał sobie kilka kro­pli lau­da­num.

Nie­wiele bra­ko­wało, żebym na te słowa roze­śmiał się w głos. Przed wyru­sze­niem do Gad's Hill zaży­łem - jak co rano - nie kilka, lecz kil­ka­dzie­siąt kro­pli lau­da­num. W dodatku minęła już pora, kiedy powi­nie­nem był przy­jąć następną dawkę ze srebr­nej bute­leczki.

- Jesteś... bar­dzo... bar­dzo... senny... - mru­czał Dic­kens.

Przez chwilę pró­bo­wa­łem się pod­dać jego sło­wom, choćby po to, żeby spra­wić przy­jem­ność Panu Nie­zrów­na­nemu. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że pró­buje w ten spo­sób zapo­mnieć o kosz­ma­rze kata­strofy. Skon­cen­tro­wa­łem się na koły­szą­cym się zegarku, wsłu­cha­łem w mono­tonny głos... Prawdę mówiąc, cie­pły zaduch zamknię­tego gabi­netu, przy­ćmione świa­tło, złote bły­ski zegarka w pół­mroku, a nade wszystko spora dawka poran­nego lau­da­num wywo­łały u mnie - na kró­ciu­teńką chwilę - lek­kie zawroty głowy. Gdy­bym się nie miał na bacz­no­ści, mógł­bym w tym momen­cie zapaść może nie w hip­no­tyczny trans, w który z takim zapa­łem usi­ło­wał mnie wpro­wa­dzić Dic­kens, ale z pew­no­ścią w sen. Otrzą­sną­łem się jed­nak z zamętu i rzu­ci­łem szorstko:

- Przy­kro mi, Char­le­sie. Na mnie to po pro­stu nie działa. Mam zbyt silną wolę.

Dic­kens z wes­tchnie­niem odło­żył zega­rek, pod­szedł do okna i odro­binę roz­su­nął zasłony. Ośle­piło nas świa­tło słońca.

- To prawda - powie­dział. - Nie­któ­rzy pisa­rze mają tak sil­nego ducha, że mesme­ryzm jest wobec nich bez­radny.

Roze­śmia­łem się.

- W takim razie niech ten twój Jasper, jeśli napi­szesz kie­dyś powieść na pod­sta­wie tego snu, nie będzie pisa­rzem.

Dic­kens uśmiech­nął się pół­gęb­kiem i z powro­tem usiadł w fotelu.

- Tak wła­śnie zro­bię, mój drogi Wil­kie.

- Jak się czują panna Ter­nan i jej matka?

Nie pró­bo­wał masko­wać marsa na czole. Wszelka dys­ku­sja o tym naj­taj­niej­szym i naj­bar­dziej oso­bi­stym aspek­cie życia wpra­wiała go w zakło­po­ta­nie - bez względu na to, jak bar­dzo potrze­bo­wał o nim poroz­ma­wiać i jak bar­dzo oględ­nie o nim napo­my­ka­łem.

- Matka panny Ter­nan ucier­piała tylko wsku­tek ogól­nego wstrząsu dla orga­ni­zmu, który u osoby w jej wieku nie jest niczym nie­zwy­kłym - wychry­piał w odpo­wie­dzi. - Nato­miast panna Ter­nan doznała lek­kich obra­żeń ogól­nych oraz urazu krę­go­słupa szyj­nego, drob­nego prze­miesz­cze­nia lub pęk­nię­cia kręgu, jak suge­ruje lekarz. Każdy ruch głową spra­wia jej ból.

- Nie­zmier­nie przy­kro mi to sły­szeć.

Dic­kens chyba uznał temat za zakoń­czony, bo zapy­tał:

- Chcesz usły­szeć coś wię­cej o samym wypadku i jego następ­stwach, mój drogi Wil­kie?

- Abso­lut­nie, Char­le­sie! Jak­żeby ina­czej?

- Zda­jesz sobie sprawę, że będziesz jedyną osobą, z którą podzielę się tą rela­cją?

- Będę zaszczy­cony. Ty zaś możesz pole­gać na mojej dys­kre­cji aż do śmierci. Albo i dłu­żej.

Dic­kens znowu się uśmiech­nął - tym swoim zaska­ku­ją­cym, pew­nym sie­bie, psot­nym i dziw­nie chło­pię­cym uśmie­chem, w któ­rym popla­mione zęby bły­skały w cumu­lu­sach brody, którą zapu­ścił osiem lat wcze­śniej na pre­mierę Zamar­z­nię­tej otchłani i ni­gdy już nie zgo­lił.

- Two­jej śmierci, Wil­kie? Czy mojej?

Na chwilę ode­brało mi mowę, taki byłem zakło­po­tany i zmie­szany.

- Jed­nej i dru­giej, zapew­niam cię - wykrztu­si­łem w końcu.

Na te słowa Dic­kens poki­wał głową i tym ochry­płym gło­sem opo­wie­dział mi o wypadku pod Sta­ple­hurst.

***

- Mój Boże - wyszep­ta­łem jakieś czter­dzie­ści minut póź­niej, gdy skoń­czył. - Mój Boże...

- No wła­śnie - powie­dział.

- Biedni ludzie... - W tej chwili mój głos był rów­nie chra­pliwy jak jego. - Ci biedni ludzie.

- Nie­wy­obra­żalne.

Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łem, żeby uży­wał tego słowa, ale w tej opo­wie­ści powtó­rzyło się chyba kil­ka­na­ście razy.

- A mówi­łem ci już o tym, że nie­szczę­śnik, któ­rego wydo­by­li­śmy z tego kom­plet­nie zdru­zgo­ta­nego wagonu (w któ­rym tkwił do góry nogami, trzeba ci wie­dzieć), krwa­wił z oczu, uszu, nosa i ust? A my w tym cza­sie despe­racko szu­ka­li­śmy jego żony. Podobno nie­długo przed wypad­kiem zamie­nił się na miej­sca z pew­nym Fran­cu­zem, który nie chciał sie­dzieć przy otwar­tym oknie. Fran­cuz zgi­nął. Żona tego krwa­wią­cego męż­czy­zny rów­nież.

- Mój Boże... - powtó­rzy­łem.

Dic­kens prze­su­nął dło­nią po oczach, jakby chciał je osło­nić przed świa­tłem, a kiedy znów na mnie spoj­rzał, w jego wzroku dostrze­głem skwa­pli­wość, jakiej ni­gdy przed­tem nie widzia­łem u żad­nego czło­wieka. Jak się wkrótce prze­ko­nasz, Drogi Czy­tel­niku, śle­dząc tę praw­dziwą opo­wieść, Char­les Dic­kens nie zno­sił sprze­ci­wów.

- Co myślisz o czło­wieku, który przed­sta­wił mi się jako Drood? - Chry­pliwe pyta­nie zabrzmiało cicho, lecz bar­dzo natar­czy­wie.

- Jest nie­wia­ry­godny.

- Nie wie­rzysz w jego ist­nie­nie, czy w mój opis, Wil­kie?

- Ależ nie! - zapew­ni­łem pośpiesz­nie. - Skądże znowu. Jestem pewien, że wier­nie opi­sa­łeś mi jego wygląd i zacho­wa­nie, Char­le­sie... Dru­giego tak uta­len­to­wa­nego jak ty obser­wa­tora ludz­kich typów i dzi­wactw nie ma ani wśród żywych, ani wśród umar­łych, któ­rych ze wszyst­kimi należ­nymi lite­ra­tom hono­rami pocho­wano w opac­twie west­min­ster­skim, ale ten pan Drood... jest po pro­stu... nie­wia­ry­godny.

- Otóż to. Teraz, mój drogi Wil­kie, naszym obo­wiąz­kiem jest jego odszu­ka­nie.

- Odszu­ka­nie? - powtó­rzy­łem głu­pawo. - Po co, na litość boską, mie­li­by­śmy go szu­kać?

- Pan Drood skrywa tajem­nicę, którą koniecz­nie należy odko­pać - odparł szep­tem Dic­kens. - Wybacz mi nieco cmen­tarną wymowę tych słów. Co ten czło­wiek, jeśli jest czło­wiekiem, robił w pociągu z Fol­ke­stone o takiej porze? Dla­czego, kiedy go zapy­ta­łem, odparł, że jedzie do Whi­te­cha­pel i pta­sich kolo­nii na East Endzie? Czego szu­kał wśród zabi­tych i umie­ra­ją­cych?

Nie zro­zu­mia­łem, o co mu cho­dzi.

- Cze­góż mógł szu­kać, jeśli nie tego samego, co ty? Chciał nieść pocie­chę żywym i szu­kać umar­łych.

Dic­kens ponow­nie się uśmiech­nął, lecz tym razem próżno by szu­kać w jego uśmie­chu cie­pła i chło­pię­co­ści.

- Działo się tam coś zło­wiesz­czego, mój drogi Wil­kie. Jestem o tym prze­ko­nany. Mówi­łem ci, że kil­ka­krot­nie widzia­łem tego Dro­oda, jeśli istot­nie tak się nazywa, jak krą­żył wokół ran­nych, a kiedy póź­niej sam do nich dopa­da­łem, już nie żyli.

- Mówi­łeś także o kil­korgu ran­nych, któ­rym sam chcia­łeś udzie­lić pomocy, ale zmarli, zanim zdą­ży­łeś do nich wró­cić.

- To prawda - wyrzę­ził Dic­kens tym obcym gło­sem, wtu­liw­szy brodę w koł­nierz. - Ale nie poma­ga­łem im przejść na drugą stronę.

Zamu­ro­wało mnie.

- Na Boga... Suge­ru­jesz, że trę­do­waty chu­dzie­lec w teatral­nej pele­ry­nie mor­do­wał ludzi oca­la­łych z kata­strofy pod Sta­ple­hurst?!

- Suge­ruję, że docho­dziło tam do aktów swo­istego kani­ba­li­zmu, Wil­kie.

- Kani­ba­li­zmu!

W tym momen­cie pierw­szy raz przy­szło mi do głowy, że wypa­dek mógł spo­wo­do­wać nie­od­wra­calne zmiany w umy­śle mojego sław­nego przy­ja­ciela. Prawdą jest, że, słu­cha­jąc go, cał­kiem poważ­nie powąt­pie­wa­łem w opis, a nawet w samo ist­nie­nie tego całego "Dro­oda" (wyda­wał mi się raczej posta­cią z powie­ści sen­sa­cyj­nej niż praw­dziwą istotą ludzką, którą można spo­tkać w popo­łu­dnio­wym pociągu z Fol­ke­stone), ale byłem skłonny przy­pi­sy­wać ewen­tu­alne halu­cy­na­cje temu samemu wstrzą­sowi i dez­orien­ta­cji, które ode­brały Dic­ken­sowi głos. Jeśli jed­nak zwi­dy­wali mu się kani­bale, mia­łem prawo domnie­my­wać, że poza gło­sem postra­dał w kata­stro­fie także zdrowe zmy­sły.

Tym­cza­sem on się uśmie­chał i wpa­try­wał we mnie z tą samą natar­czy­wo­ścią, która u ludzi widzą­cych go pierw­szy raz w życiu budziła podej­rze­nie, że czyta im w myślach.

- Nie, Wil­kie, ja nie zwa­rio­wa­łem. Pan Drood był rów­nie praw­dziwy jak ty czy ja, a przy tym w jakiś nie­okre­ślony spo­sób jesz­cze bar­dziej nie­rze­czy­wi­sty niż go opi­sa­łem. Gdy­bym go sobie wymy­ślił jako boha­tera jed­nej z moich powie­ści, nie przed­sta­wił­bym go takim, jakim go spo­tka­łem na miej­scu wypadku. Był nazbyt dzi­waczny, nazbyt groźny i gro­te­skowy, żeby nada­wał się do książki. Jed­nakże w naszym świe­cie takie wid­mowe istoty naprawdę ist­nieją, o czym dosko­nale wiesz. Mijamy je na ulicy. Napo­ty­kamy pod­czas noc­nych spa­ce­rów po Whi­te­cha­pel i innych dziel­ni­cach. Ich histo­rie bywają bar­dziej nie­zwy­kłe od naj­śmiel­szych wymy­słów zwy­czaj­nego gry­zi­piórka.

Teraz to ja musia­łem się uśmiech­nąć. Rzadko się zda­rzało, żeby Pan Nie­zrów­nany mówił o sobie jako "zwy­czaj­nym gry­zi­piórku", i byłem pewien, że w tym wypadku nie sie­bie ma na myśli, lecz innych "zwy­czaj­nych gry­zi­piór­ków". Na przy­kład mnie.

- Jak zamie­rzasz się zabrać do poszu­ki­wań tego pana Dro­oda, Char­le­sie? - zapy­ta­łem. - I co z nim zro­bimy, kiedy go już znaj­dziemy?

- Pamię­tasz, jak pro­wa­dzi­li­śmy śledz­two w spra­wie tego nawie­dzo­nego domu? - odpo­wie­dział pyta­niem Dic­kens.

Pamię­ta­łem. Wyda­rzyło się to kil­ka­na­ście lat wcze­śniej, gdy Dic­kens - redak­tor naczelny nowego pisma zaty­tu­ło­wa­nego "All the Year Round", które po sprzeczce z wydawcą zastą­piło publi­ko­wane wcze­śniej "House­hold Words" - wdał się w prze­wle­kły spór z paroma spi­ry­ty­stami. W latach pięć­dzie­sią­tych XIX wieku stu­ka­jące sto­liki, seanse spi­ry­ty­styczne, hip­noza i inne prze­jawy dzia­ła­nia nie­wi­dzial­nych ener­gii robiły furorę, a Dic­kens nie tylko wie­rzył w nie­które z tych zja­wisk, lecz sam chęt­nie parał się takimi zaję­ciami. Jed­nakże, mimo szcze­rej wiary w moc mesme­ry­zmu (zwa­nego rów­nież zwie­rzę­cym magne­ty­zmem), oraz prze­sąd­nej natury, o któ­rej dosko­nale wie­dzia­łem (był na przy­kład świę­cie prze­ko­nany, że pią­tek jest dla niego szczę­śli­wym dniem), ubz­du­rał sobie - jako redak­tor nowego pisemka - że zagra spi­ry­ty­stom na nosie. Kiedy jeden z jego adwer­sa­rzy, nie­jaki Wil­liam Howitt, dla popar­cia swo­ich tez szcze­gó­łowo przed­sta­wił przy­pa­dek nawie­dzo­nego domu w Che­shunt pod Lon­dy­nem, Dic­kens natych­miast posta­no­wił, że wszy­scy - redak­torzy i wydawcy "All the Year Round" - powin­ni­śmy wyru­szyć na miej­sce nawie­dze­nia i oso­bi­ście zba­dać sprawę.

Wills i ja poje­cha­li­śmy kry­tym powo­zem, nato­miast Dic­kens z jed­nym z naszych współ­pra­cow­ni­ków, Joh­nem Hol­ling­she­adem, pie­szo poko­nali szes­na­ście mil dzie­lą­cych ich od wio­ski. Odszu­ka­nie wła­ści­wego domu nastrę­czyło nam nieco trud­no­ści (na szczę­ście, Dic­kens zapew­nił nam posi­łek ze świe­żych ryb, gdyż wolał nie pole­gać na ser­wo­wa­nych w Che­shunt potra­wach), ale w końcu zna­leź­li­śmy wiej­ską rezy­den­cję na tere­nie posia­dło­ści, na któ­rej miał się znaj­do­wać tak zwany "nawie­dzony dom". Do wie­czora wypy­ty­wa­li­śmy sąsia­dów, oko­licz­nych rze­mieśl­ni­ków, a nawet prze­chod­niów, żeby osta­tecz­nie stwier­dzić, iż rze­kome "duchy" Howitta to w rze­czy­wi­sto­ści stado szczu­rów oraz słu­żący imie­niem Frank, który lubił w środku nocy polo­wać na kró­liki.

Pod­czas tam­tej eks­pe­dy­cji - za dnia i w towa­rzy­stwie trzech męż­czyzn - Dic­kens poczy­nał sobie cał­kiem chwacko, sły­sza­łem jed­nak, że na inną wyprawę na spo­tka­nie z duchami (tym razem nocną i mającą na celu zba­da­nie nawie­dzo­nego pomnika nie­opo­dal Gad's Hill Place) zabrał kilku słu­żą­cych i nała­do­waną strzelbę. Naj­młod­szy syn Dic­kensów, nazy­wany w rodzi­nie Plor­nem, twier­dził, że pode­ner­wo­wany ojciec zapo­wie­dział w pew­nym momen­cie:

- Jeśli to jakieś żarty, to odstrzelę żar­tow­ni­siowi łeb.

Rze­czy­wi­ście usły­szeli wtedy upiorne zawo­dze­nie i jęki, "dźwięki prze­ra­ża­jące, zara­zem ludz­kie i nieludz­kie".

Źró­dłem dźwię­ków oka­zała się cier­piąca na astmę owca. Dic­kens powstrzy­mał się od odstrze­le­nia jej łba. Za to, kiedy wró­cili do domu, poczę­sto­wał wszyst­kich - służbę i dzieci - gro­giem.

- Wtedy wie­dzie­li­śmy, gdzie jest ten nawie­dzony dom - wytkną­łem mu, gdy sie­dzie­li­śmy w zaciem­nio­nym gabi­ne­cie. - A jak chcesz zna­leźć pana Dro­oda? Gdzie mamy go szu­kać?

Postura i obli­cze Dic­kensa zmie­niły się dra­ma­tycz­nie. Twarz mu się wydłu­żyła, pobla­dła, przy­było jej zmarsz­czek. Oczy nie­mal wyszły mu z orbit, aż miało się wra­że­nie, że są pozba­wione powiek, a białka jakby lśniły wła­snym świa­tłem. Zgar­bił się jak zreu­ma­ty­zo­wany sta­ru­szek, spra­co­wany gra­barz albo sęp, a jego głos, wciąż chra­pliwy, przy­brał piskliwe, zgrzy­tliwe tony, gdy bla­dymi pal­cami dźgnął powie­trze jak rzu­ca­jący zaklę­cie czarny mag.

- W Lime­ho­ussse - zasy­czał, naśla­du­jąc Dro­oda ze swo­jej opo­wie­ści. - W Whi­te­cha­pel. Ratc­liff Crosss. Gin Alley. Three Foxesss Court. But­cher Row i Com­mer­cial Road. W men­nicy i innych pta­sich kolo­niach wss­schod­niego Lon­dynu.

Przy­znaję, że wło­ski zje­żyły mi się na karku. Char­les Dic­kens już w dzie­ciń­stwie, zanim zaczął pisać, był tak wyśmie­ni­tym paro­dy­stą, że ojciec zabie­rał go ze sobą do barów, żeby tam popi­sy­wał się naśla­do­wa­niem obcych ludzi, któ­rych spo­ty­kali na prze­chadz­kach. W tej chwili zaczą­łem wie­rzyć, że Drood ist­nieje naprawdę.

- Kiedy? - zapy­ta­łem.

- Wkrótssse - wysy­czał Dic­kens w odpo­wie­dzi, tyle że teraz, uśmiech­nięty, był już znowu sobą. - Wypra­wia­li­śmy się już na spa­cery do Babi­lonu, mój drogi Wil­kie. Widzie­li­śmy Wielki Piec nocą.

Rze­czy­wi­ście, widzie­li­śmy. Dic­kensa zawsze fascy­no­wały mroczne zaka­marki naszego mia­sta, a "Babi­lon" i "Wielki Piec" były jego ulu­bio­nymi okre­śle­niami naj­gor­szych lon­dyń­skich slum­sów. Mimo upływu lat, nie­które z noc­nych wędró­wek wśród ubo­gich ruder wciąż przy­pra­wiały mnie o senne kosz­mary.

- Możesz mną roz­po­rzą­dzać - zapew­ni­łem go z entu­zja­zmem. - Jutro wie­czo­rem zgło­szę się na służbę, jeżeli ci to pasuje.

Dic­kens pokrę­cił głową.

- Naj­pierw muszę odzy­skać głos, Wil­kie. Poza tym zale­gam z pisa­niem Naszego wspól­nego przy­ja­ciela i w naj­bliż­szych dniach muszę dopil­no­wać paru innych spraw. Może zosta­niesz na noc? Twój pokój jest gotowy, jak zawsze.

- Nie­stety, to nie­moż­liwe. Muszę przed wie­czo­rem wró­cić do mia­sta. Inte­resy.

Prze­mil­cza­łem, że na te "inte­resy" skła­dała się przede wszyst­kim koniecz­ność zakupu lau­da­num, bez któ­rego już wtedy, w 1855 roku, nijak nie mogłem się obejść dłu­żej niż jeden dzień.

- Dosko­nale. - Dic­kens wstał z fotela. - Wyświad­czysz mi przy­sługę, mój drogi?

- Cokol­wiek zechcesz. Roz­ka­zuj mi, przy­ja­cielu.

Spoj­rzał na zega­rek.

***

- Nie zdą­żysz już na naj­bliż­szy pociąg z Gra­ve­send, ale zaraz każę Char­ley­owi zaprząc kuca i odwie­ziemy cię do Higham. Tam zła­piesz eks­pres na Cha­ring Cross.

- Mam jechać na Cha­ring Cross?

- Ow­szem, mój drogi Wil­kie. - Dic­kens chwy­cił mnie mocno za ramię, gdy z ciem­nego gabi­netu wyszli­śmy na roz­świe­tlony lam­pami kory­tarz. - A dla­czego masz to zro­bić, wyja­śnię ci w dro­dze na sta­cję.

***

Geo­r­gina nas nie odpro­wa­dziła, ale naj­star­szy syn Nie­zrów­na­nego, Char­ley, który odwie­dzał ojca w jego wiej­skiej posia­dło­ści, pobiegł wyszy­ko­wać dwu­kółkę. Pla­cyk przed fron­tem Gad's Hill House był tak samo schludny jak wszystko, co Dic­kens miał na oku. Jego ulu­bione kwiaty - szkar­łatne pelar­go­nie - rosły w ide­al­nie rów­nych rząd­kach, dalej roz­cią­gał się rów­niu­teńko przy­strzy­żony traw­nik, a sto­jące na jego skraju dwa potężne cedry libań­skie rzu­cały w tej chwili cień na wschód, wzdłuż drogi.

Rabaty pelar­go­nii, mię­dzy któ­rymi prze­szli­śmy w dro­dze do powozu, obu­dziły we mnie dziwny nie­po­kój. Obla­łem się zim­nym potem, serce zaczęło mi szyb­ciej bić, gdy nagle uświa­do­mi­łem sobie, że Dic­kens od dłuż­szej chwili coś do mnie mówi:

- ... bez­po­śred­nio po wypadku zabra­łem go do hotelu "Cha­ring Cross". Opła­ci­łem dwie pie­lę­gniarki, żeby się nim stale opie­ko­wały, dniem i nocą. Był­bym ci wielce zobo­wią­zany, mój drogi Wil­kie, gdy­byś mógł go wie­czo­rem odwie­dzić, prze­ka­zać mu moje pozdro­wie­nia i poin­for­mo­wać, że gdy tylko znów zja­wię się w mie­ście, czyli naj­praw­do­po­dob­niej jutro, sam rów­nież do niego wpadnę. Gdy­byś dowie­dział się od pie­lę­gnia­rek, że jego stan się pogor­szył, bądź łaskaw jak naj­szyb­ciej pchnąć do Gad's Hill posłańca z taką wia­do­mo­ścią.

- Natu­ral­nie, Char­le­sie.

Jak przez mgłę dotarło do mnie, że Dic­kens musiał mieć na myśli mło­dego męż­czy­znę, któ­remu pomógł wydo­stać się z wraku pociągu pod Sta­ple­hurst i któ­rego póź­niej oso­bi­ście odsta­wił na Cha­ring Cross. Nazy­wał się ów mło­dzie­niec Dic­kenson, Edmond lub Edward Dic­kenson, jeśli mnie pamięć nie myliła. Wła­ści­wie, jak się nad tym zasta­no­wić, nie­zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści, takie nazwi­sko.

Led­wie powo­zik ruszył i zaczę­li­śmy się odda­lać od grzą­dek z pelar­go­niami, uczu­cie paniki roz­wiało się rów­nie nagle, jak przed chwilą mnie nawie­dziło.

Dic­kens uparł się, że wci­śnie się do maleń­kiej dwu­kółki razem ze mną i Char­leyem. Wyje­cha­li­śmy w kie­runku Gra­ve­send, skąd Roche­ster Road skie­ro­wa­li­śmy się na sta­cję kole­jową w Higham. Nie musie­li­śmy się śpie­szyć.

Z początku Dic­kens zacho­wy­wał się zupeł­nie swo­bod­nie, zaga­du­jąc mnie o dro­bia­zgi zwią­zane z wyda­niem nowego numeru "All the Year Round", kiedy jed­nak roz­pę­dzi­li­śmy się nieco, dotrzy­mu­jąc kroku innym pojaz­dom na trak­cie (sta­cja w Higham zna­la­zła się już pra­wie w zasięgu wzroku), ujrza­łem, jak jego twarz - wciąż opa­lona po poby­cie we Fran­cji - naj­pierw bled­nie, a następ­nie przy­biera barwę oło­wiu. Pot per­lił mu się na skro­niach i policz­kach.

- Zwol­nij tro­chę, Char­ley - popro­sił. - I nie huś­taj tak. Nie mogę się sku­pić.

- Dobrze, ojcze.

Char­ley ścią­gnął lejce i kuc zwol­nił. Patrzy­łem, jak wargi Dic­kensa stają się coraz cień­sze i cień­sze, aż została z nich wąska, bez­kr­wawa kre­cha.

- Wol­niej, Char­ley. Na miłość boską, zwol­nijże!

- Dobrze, ojcze.

Spo­glą­da­jąc na ojca, Char­ley - męż­czy­zna dwu­dzie­sto­pa­ro­letni - upo­dab­niał się do prze­stra­szo­nego chłopca. Dic­kens tym­cza­sem zaci­snął obie dło­nie na ścia­nie powo­ziku i (cał­kiem nie­po­trzeb­nie) pochy­lał się coraz bar­dziej w prawo.

- Wol­niej, bła­gam! - zakwi­lił.

Dwu­kółka poru­szała się w tej chwili z pręd­ko­ścią leni­wego pie­chura, na pewno wol­niej niż cztery mile na godzinę, które to tempo Dic­kens bez trudu utrzy­my­wał pod­czas dwu­na­sto-, szes­na­sto- czy nawet dwu­dzie­sto­mi­lo­wych spa­ce­rów.

- Spóź­nimy się na pociąg... - zaczął Char­ley, zer­ka­jąc na prze­mian to na odle­głe zabu­do­wa­nia i wieżę sta­cji, to na zega­rek.

- Stój! - pole­cił Dic­kens. - Wysia­dam!

Twarz miał szarą jak ogon naszego kuca. Na chwiej­nych nogach wygra­mo­lił się z powo­ziku i pośpiesz­nie uści­snął moją dłoń.

- Wrócę pie­szo. Mamy piękny dzień, w sam raz na spa­cer. Bez­piecz­nej podróży, Wil­kie. Koniecz­nie daj mi znać, czy mło­demu panu Dic­ken­so­nowi cze­goś nie potrzeba.

- Zała­twione, Char­le­sie. Nie­długo zresztą znów się zoba­czymy.

Patrząc na niego od tyłu, gdy ruszył z powro­tem w stronę Gad's Hill, mia­łem wra­że­nie, że widzę czło­wieka znacz­nie star­szego niż w rze­czy­wi­sto­ści: zamiast iść tym swoim pew­nym, żwa­wym kro­kiem, drep­tał skra­jem drogi, jakby szedł nie­mal po omacku, ciężko wsparty na lasce.

Roz­dział 3

Kani­ba­lizm.

Jadąc pocią­giem na Cha­ring Cross, roz­my­śla­łem o tym dziw­nym, bar­ba­rzyń­skim sło­wie i opi­sy­wa­nym przez nie zja­wi­sku, a także o tym, jaki wpływ wywarły na życie Dic­kensa; nie mia­łem jesz­cze poję­cia, jak okrut­nie - i to już nie­ba­wem - odci­sną się także na moich losach.

Było w natu­rze Char­lesa Dic­kensa coś, co spra­wiało, że nie­zwy­kle sil­nie reago­wał na ideę kani­ba­li­zmu i w ogóle wszelką myśl o tym, że coś mogłoby go pochło­nąć. W okre­sie sepa­ra­cji z Cathe­rine i skan­dalu, do któ­rego wybu­chu i upu­blicz­nie­nia wal­nie się przy­czy­nił (choć ni­gdy by się do tego nie przy­znał), wie­lo­krot­nie mi powta­rzał:

- Poże­rają mnie żyw­cem, Wil­kie. Moi wro­go­wie, Hogar­tho­wie i nie­do­in­for­mo­wana opi­nia publiczna, która chęt­nie wie­rzy w to co naj­gor­sze, zja­dają mnie po kawałku.

Na prze­strzeni ostat­niej dekady Dic­kens wie­lo­krot­nie zabie­rał mnie na wycieczki do lon­dyń­skiego ogrodu zoo­lo­gicz­nego, który wręcz uwiel­biał. Kochał rodzinę hipo­po­ta­mów, ubó­stwiał pta­szar­nie i wybieg dla lwów, ale gwoź­dziem pro­gramu był nie­odmien­nie rytuał kar­mie­nia gadów w ter­ra­rium. Dic­kens za skarby świata nie chciałby go prze­ga­pić i zawsze mnie pona­glał, żeby­śmy się nie spóź­nili. Pra­cow­nicy ZOO trzy­mali gady, w szcze­gól­no­ści węże, na die­cie zło­żo­nej z myszy i szczu­rów. Spek­takl kar­mie­nia wprost hip­no­ty­zo­wał Dic­kensa (który, mimo że sam się parał mesme­ry­zmem, kate­go­rycz­nie odma­wiał pod­da­nia się hip­no­zie), który przez cały czas jego trwa­nia stał nie­ru­chomo jak spa­ra­li­żo­wany. Kil­ka­krot­nie - kiedy razem gdzieś jecha­li­śmy, cze­ka­li­śmy na roz­po­czę­cie przed­sta­wie­nia w teatrze czy po pro­stu sie­dzie­li­śmy u niego w salo­nie - zda­rzało się, że Dic­kens przy­po­mi­nał mi czę­stą scenę z ter­ra­rium: dwa węże w tej samej chwili zaczy­nały poże­rać tego samego szczura. W pew­nym momen­cie gry­zoń zni­kał cał­ko­wi­cie w ich pyskach, ale, ponie­waż na­dal był żywy, roz­pacz­li­wie mio­tał się i wierz­gał łapami pochła­nia­nymi przez potężne szczęki.

Zale­d­wie kilka mie­sięcy przed kata­strofą zdra­dził mi, że w nie­któ­rych ele­men­tach mebli - nogach wanny, stołu i krze­seł w róż­nych poko­jach, a nawet sznu­rach od zasłon - widzi węże, które z wolna poże­rają wannę, blat stołu, sie­dzi­ska krze­seł i zasłony.

- Kiedy odwrócę wzrok, mój drogi Wil­kie, ten dom zjada sam sie­bie - mawiał przy pon­czu.

Twier­dził rów­nież, że kiedy na ban­kie­tach (naj­czę­ściej wyda­wa­nych na jego cześć) spo­gląda na zebra­nych przy dłu­gim stole gości - kole­gów po fachu, przy­ja­ciół i zna­jo­mych - i widzi, jak opy­chają się cie­lę­ciną, bara­niną albo kur­cza­kiem, przez chwilę, przez jeden strasz­liwy, prze­ra­ża­jący uła­mek sekundy wyobraża sobie, że sztućce, które pod­no­szą do ust, zmie­niają się w wijące się spa­zma­tycz­nie koń­czyny, tyle tylko, że nie są to mysie ani szczu­rze łapki, lecz ręce i nogi ludzi. To powta­rza­jące się złu­dze­nie bar­dzo go nie­po­ko­iło.

Jed­nakże tym, co przed jede­na­stu laty naprawdę zmie­niło bieg życia Char­lesa Dic­kensa, był naj­praw­dziw­szy przy­pa­dek kani­ba­li­zmu - a przy­naj­mniej towa­rzy­szące mu plotki.

W paź­dzier­niku 1854 roku całą Anglią wstrzą­snęła rela­cja dok­tora Johna Rae, który opi­sał swoje prze­ży­cia z poszu­ki­wań zagi­nio­nej eks­pe­dy­cji Fran­klina.

Być może, mój Sza­cowny Czy­tel­niku z odle­głej przy­szło­ści, ni­gdy nie sły­sza­łeś o eks­pe­dy­cji Fran­klina, wyja­śnię Ci więc, że w 1845 roku sir John Fran­klin w towa­rzy­stwie stu dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu ludzi przed­się­wziął wyprawę badaw­czą w rejony ark­tyczne na dwóch stat­kach Kró­lew­skiej Służby Eks­plo­ra­cyj­nej: HMS Ere­bus i HMS Ter­ror. Wyru­szyli w maju, a ich głów­nym celem było zba­da­nie Przej­ścia Pół­nocno-Zachod­niego łączą­cego Atlan­tyk z Pacy­fi­kiem na pół­noc od będą­cej naszą kolo­nią Kanady (Anglia od wie­ków marzyła o odkry­ciu nowego, krót­szego szlaku han­dlo­wego na Daleki Wschód). Fran­klin, czło­wiek już nie­młody, był doświad­czo­nym odkrywcą, powszech­nie spo­dzie­wano się więc, że eks­pe­dy­cja zakoń­czy się suk­ce­sem. Ostatni raz widziano jego statki w Zatoce Baf­fina u schyłku lata 1845 roku. Kiedy przez następne trzy albo cztery lata człon­ko­wie wyprawy nie dawali znaku życia, nawet Kró­lew­ska Mary­narka Wojenna zanie­po­ko­iła się ich losem i poczęto orga­ni­zo­wać eks­pe­dy­cje ratun­kowe. Do dziś jed­nak nie zna­le­ziono stat­ków Fran­klina.

Par­la­ment i lady Fran­klin wyzna­czyli wyso­kie nagrody. Wyprawy poszu­ki­waw­cze - nie tylko bry­tyj­skie, ale także ame­ry­kań­skie i z innych kra­jów - prze­mie­rzyły Ark­tykę w poszu­ki­wa­niu już nie tyle Fran­klina i jego ludzi, ile raczej wszel­kich śla­dów, które rzu­ci­łyby świa­tło na ich losy. Lady Fran­klin bar­dzo sta­now­czo wyra­żała swoją wiarę w to, że eks­plo­ra­to­rzy żyją, a w rzą­dzie i flo­cie mało kto miał śmia­łość się jej sprze­ci­wić, mimo że więk­szość Angli­ków porzu­ciła już nadzieję.

Dok­tor John Rae - urzęd­nik Kom­pa­nii Zatoki Hud­sona - udał się drogą lądową na pół­noc i przez dłu­gie mie­siące badał tam­tej­sze odludne wyspy (na któ­rych podobno zna­leźć można tylko żwir i nie­siony wia­trem śnieg) i roz­le­głe akweny, na któ­rych Ere­bus i Ter­ror prze­pa­dły bez śladu. W odróż­nie­niu od przed­sta­wi­cieli Mary­narki Kró­lew­skiej i człon­ków więk­szo­ści wypraw poszu­ki­waw­czych, Rae pomiesz­ki­wał wśród żyją­cych w tych rejo­nach dzi­kich Eski­mo­sów, uczył się ich pry­mi­tyw­nych języ­ków i w swoim póź­niej­szym spra­woz­da­niu czę­sto powo­ły­wał się na ich rela­cje. Przy­wiózł też do Anglii liczne przed­mioty nale­żące wcze­śniej do Fran­klina i jego ludzi: mosiężne guziki, czapki, ele­menty ser­wisu obia­do­wego z her­bem sir Johna, przy­bory piśmienne. Na koniec odkrył nawet ludz­kie szczątki, pocho­wane zarówno w płyt­kich gro­bach, jak i na plat­for­mach ponad powierzch­nią ziemi, a także dwa szkie­lety sie­dzące w przy­wią­za­nej do sań sza­lu­pie jed­nego ze stat­ków Fran­klina.

Ale naj­bar­dziej poru­szyły Anglię nie same te prze­ra­ża­jące prze­słanki domnie­ma­nego tra­gicz­nego losu Fran­klina, lecz opo­wie­ści Eski­mo­sów, na które powo­ły­wał się Rae: wyni­kało z nich, że przed śmier­cią ludzie Fran­klina dopusz­czali się kani­ba­li­zmu. Dzicy opo­wia­dali dok­to­rowi Rae, że w obo­zo­wi­skach bia­łych ludzi napo­ty­kali ogry­zione ludz­kie kości, stosy odcię­tych koń­czyn, a nawet wyso­kie zimowe buty, w któ­rych wciąż tkwiły stopy i frag­menty nóg. Wie­ści te - co zro­zu­miałe - prze­ra­ziły lady Fran­klin, która odrzu­ciła raport Johna Rae. Wyna­jęła nawet kolejny sta­tek, opła­ciw­szy go z kur­czą­cej się rodo­wej for­tuny, i wysłała go na dal­sze poszu­ki­wa­nia.

Dic­kens był zara­zem wstrzą­śnięty i zafa­scy­no­wany donie­sie­niami dok­tora Rae. Zaczął publi­ko­wać doty­czące tra­ge­dii arty­kuły - naj­pierw w swo­ich "House­hold Words", a potem także w innych pismach. Z początku po pro­stu wyra­żał swoje powąt­pie­wa­nie, zarzu­ca­jąc dok­to­rowi Rae "pochop­ność (...) w stwier­dze­niu, że ludzie Fran­klina zja­dali ciała zmar­łych towa­rzy­szy". Utrzy­my­wał, że opiera się na "wiel­kiej mno­go­ści ksią­żek" (cho­ciaż uni­kał poda­wa­nia kon­kret­nych tytu­łów), gdy twier­dzi, że "nie­szczę­śni pod­władni Fran­klina nawet w naj­dzik­szych snach nie wpa­dliby na pomysł zja­da­nia zwłok swo­ich towa­rzy­szy".

Kiedy więk­szość Angli­ków podzie­liła się na tych, co uwie­rzyli dok­to­rowi Rae (który ode­brał rzą­dową nagrodę za dostar­cze­nie dowo­dów roz­strzy­ga­ją­cych o losie Fran­klina), oraz takich, któ­rzy o całej spra­wie pomału zapo­mi­nali, upór mojego przy­ja­ciela prze­ro­dził się w gniew. W "House­hold Words" przy­pu­ścił wście­kły atak na "dzi­ku­sów", jakim to sło­wem zwy­kle okre­ślał wszyst­kich nie­bia­łych, lecz w tym kon­kret­nym wypadku miał na myśli pod­stęp­nych, kłam­li­wych i nie­god­nych zaufa­nia Eski­mo­sów, z któ­rymi John Rae bra­tał się i roz­ma­wiał. W naszych cza­sach Dic­kens ucho­dził, rzecz jasna, za rady­kal­nego libe­rała, ale nikt nie kwe­stio­no­wał jego pozy­cji, kiedy w imie­niu więk­szo­ści Angli­ków pisał: "(...) naszym zda­niem każdy dzi­kus jest w głębi serca chciwy, zdra­dziecki i okrutny". Nie­moż­liwe jest, dowo­dził, żeby któ­ry­kol­wiek z ludzi Fran­klina zechciał "prze­dłu­żyć swoje ist­nie­nie za pomocą tak maka­brycz­nych środ­ków, jak zja­da­nie ciał zmar­łych towa­rzy­szy".

A potem zro­bił rzecz nie­zwy­kłą: spo­śród "wiel­kiej mno­go­ści ksią­żek", dla popar­cia swo­jej tezy wybrał Baśnie z tysiąca i jed­nej nocy (jedną z naj­waż­niej­szych ksią­żek swo­jego dzie­ciń­stwa, co wie­lo­krot­nie pod­kre­ślał). W pod­su­mo­wa­niu pisał tak: "W całym obszer­nym kręgu Baśni z tysiąca i jed­nej nocy tylko ghule, czarni jed­no­ocy olbrzymi, prze­ra­ża­jące potwory wiel­kie jak wieże, oraz nie­czy­ste zwie­rzęta czy­ha­jące nad brze­giem morza" dopusz­czają się jedze­nia ludz­kiego mięsa, czyli kani­ba­li­zmu.

No i pro­szę. Quod erat demon­stran­dum.

***

W 1856 roku Dic­kens prze­niósł swoją kam­pa­nię prze­ciwko moż­li­wo­ści kani­ba­li­zmu wśród człon­ków wyprawy Fran­klina na nowy, wyż­szy poziom - na któ­rym wkrótce i ja zosta­łem w nią wplą­tany.

Podró­żo­wa­li­śmy razem po Fran­cji (pod­czas tych eska­pad nazy­wał mnie swoim "zde­pra­wo­wa­nym przy­ja­cie­lem", a czas spę­dzony w Paryżu "nie­bez­pieczną wyprawą"; muszę jed­nak przy­znać, że choć lubił nocne życie i z upodo­ba­niem wda­wał się w poga­wędki z mło­dymi aktor­kami, w prze­ci­wień­stwie do mnie ni­gdy nie posu­wał się w tych zna­jo­mo­ściach dalej niż do etapu kon­wer­sa­cji), gdy wpadł na pomysł, że powi­nie­nem napi­sać sztukę, którą po powro­cie do Lon­dynu wysta­wimy u niego w domu, w Tavi­stock House. Miał to być dra­mat o zagi­nio­nej w Ark­tyce eks­pe­dy­cji nauko­wej, takiej jak eks­pe­dy­cja Fran­klina, któ­rej angiel­scy człon­ko­wie wykażą się odwagą i har­tem ducha. Przy oka­zji, nad­mie­nił, sztuka powinna trak­to­wać o miło­ści i poświę­ce­niu.

Moja reak­cja była łatwa do prze­wi­dze­nia:

- Może sam ją napisz, Char­le­sie?

Nie, to nie wcho­dziło w grę: wła­śnie zaczy­nał pracę nad Małą Dor­rit, jeź­dził na wie­czory lite­rac­kie, wyda­wał pismo... Dla­tego to ja musia­łem się tym zająć. Dic­kens zasu­ge­ro­wał tytuł Zamar­z­nięta otchłań, ponie­waż sztuka miała trak­to­wać nie tylko o bez­lud­nej pół­nocy, ale także o nie­zgłę­bio­nych taj­ni­kach ludz­kich serc i dusz. Zapo­wie­dział, że pomoże mi co nieco z fabułą i zaj­mie się "nudną pracą redak­cyjną", z czego natych­miast wywnio­sko­wa­łem, że będzie to w grun­cie rze­czy jego utwór, ja zaś mam być tylko narzę­dziem słu­żą­cym do prze­la­nia słów na papier.

Zgo­dzi­łem się.

Pracę nad Zamar­z­niętą otchła­nią zaczę­li­śmy w Paryżu - to zna­czy, ja zaczą­łem, bo roz­chwy­ty­wany Dic­kens bie­gał ze spo­tka­nia na spo­tka­nie i z ban­kietu na ban­kiet. Pod koniec gorą­cego lata 1856 roku wró­ci­li­śmy do Lon­dynu. Nasze zwy­czaje - pisar­skie i nie tylko - ogrom­nie się róż­niły. We Fran­cji lubi­łem prze­sia­dy­wać w kasy­nach do wcze­snych godzin ran­nych, Dic­kens zaś upie­rał się przy jedze­niu śnia­da­nia mię­dzy ósmą a dzie­wiątą. Nie raz i nie dwa spo­ży­wa­łem więc pasz­tet z gęsich wątró­bek samot­nie, około połu­dnia. Ponadto, w Tavi­stock House, i póź­niej w Gad's Hill Place, Dic­kens pra­co­wał od dzie­wią­tej rano do dru­giej, trze­ciej po połu­dniu. W tym cza­sie wszy­scy w domu, zarówno rodzina, jak i goście, musieli rów­nież zna­leźć sobie jakieś zaję­cie. Widy­wa­łem, jak Geo­r­gina i córki pisa­rza udają, że robią korektę jego ręko­pi­sów, kiedy on sam zamy­kał się w gabi­ne­cie. W owym okre­sie (zanim jesz­cze drugi Wil­kie Col­lins zaczął ze mną wal­czyć o dostęp do biurka i przy­bo­rów piśmien­nych) wola­łem pra­co­wać po nocach, toteż za dnia chęt­nie zaszy­wa­łem się u Dic­kensa w biblio­tece, żeby spo­koj­nie wypa­lić cygaro i uciąć sobie drzemkę. Wie­lo­krot­nie zda­rzało się, że Dic­kens wynu­rzał się znie­nacka z gabi­netu, wypę­dzał mnie z kry­jówki i zaga­niał do pracy.

Nad nowym dra­ma­tem pra­co­wa­łem (pra­co­wa­li­śmy) także przez całą jesień. Wymy­śli­łem głów­nego boha­tera (któ­rego miał oczy­wi­ście zagrać Dic­kens) - nie­ja­kiego Richarda War­do­ura, łączą­cego cechy nie­złom­nego sir Johna Fran­klina i jego zastępcy, cał­kiem pospo­li­tego Irland­czyka nazwi­skiem Fran­cis Cro­zier, przy czym w moim zamy­śle War­dour był czło­wie­kiem star­sza­wym, nie­zbyt kom­pe­tent­nym (jak­kol­wiek na to patrzeć, wszy­scy człon­ko­wie eks­pe­dy­cji Fran­klina zmarli) i lekko obłą­ka­nym. Miał być posta­cią ocie­ra­jącą się o czarny cha­rak­ter.

Dic­kens wywró­cił moją kon­cep­cję do góry nogami. W jego wer­sji Richard War­dour był czło­wie­kiem mło­dym, inte­li­gent­nym, skom­pli­ko­wa­nym i - jak oka­zy­wało się pod koniec - zdol­nym do bez­wa­run­ko­wego poświę­ce­nia. "Wiecz­nie szu­ka­ją­cym praw­dzi­wego uczu­cia, lecz bez powo­dze­nia", tłu­ma­czył Dic­kens w swo­ich obszer­nych adno­ta­cjach. Sam napi­sał więk­szość mono­lo­gów War­doura, które w dodatku trzy­mał w tajem­nicy aż do ostat­nich prób naszego ama­tor­skiego przed­sta­wie­nia ("naszego", ponie­waż byłem jed­nym z głów­nych akto­rów tego przed­się­wzię­cia). Kiedy odwie­dza­łem go w Gad's Hill, czę­sto zda­rzało mi się widzieć, jak roz­po­czyna lub koń­czy któ­rąś ze swo­ich dwu­dzie­sto­mi­lo­wych wycie­czek do Fin­chley i Neas­den, grom­kim gło­sem recy­tu­jąc kwe­stie War­doura:

- Młoda, o pięk­nej i smut­nej twa­rzy, łagod­nych oczach i cichym, czy­stym gło­sie. Młoda, kocha­jąca i miło­sierna. Jej twarz mam stale przed oczami, choć inne wspo­mnie­nia się zacie­rają. Muszę błą­kać się po świe­cie nie­spo­kojny, bez­senny i bez­domny, dopóki jej nie znajdę.

Z per­spek­tywy czasu łatwo dostrzec praw­dzi­wość i głę­bię uczuć żywio­nych przez Dic­kensa w owym okre­sie, kiedy jego mał­żeń­stwo (z jego woli) chy­liło się ku upad­kowi. Przez całe życie cze­kał i szu­kał tej pięk­nej, smut­nej twa­rzy o łagod­nych oczach i cichym, czy­stym gło­sie. Obrazy pod­su­wane mu przez wyobraź­nię zawsze były dla niego bar­dziej praw­dziwe niż codzienna rze­czy­wi­stość, a już od wieku mło­dzień­czego kar­mił się wyobra­że­niami tej dzie­wi­czo czy­stej, szcze­rej, czu­łej, mło­dej, pięk­nej (i miło­sier­nej) kobiety.

Pre­miera mojej sztuki odbyła się w Tavi­stock House szó­stego stycz­nia 1857 roku, w święto Trzech Króli, z któ­rej to oka­zji Dic­kens zawsze przy­go­to­wy­wał jakiś spe­cjalny pro­gram. Był to rów­nież dzień dwu­dzie­stych uro­dzin jego syna, Char­leya. Pisarz doło­żył wszel­kich sta­rań, żeby spek­takl wyglą­dał jak naj­bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nie: kazał cie­ślom prze­ro­bić domową salkę lek­cyjną na teatr, w któ­rym z łatwo­ścią zmie­ści­łoby się ponad pięć­dzie­się­ciu widzów, usu­nąć znaj­du­jącą się tam wcze­śniej małą scenę i zastą­pić ją nową, więk­szą, pomiesz­czoną w wyku­szu; zle­cił skom­po­no­wa­nie oprawy muzycz­nej i wyna­jął orkie­strę, która miała ją zagrać; wyna­jął zawo­do­wych sce­no­gra­fów do zapro­jek­to­wa­nia i wyko­na­nia impo­nu­ją­cych deko­ra­cji sce­nicz­nych; wydał małą for­tunę na kostiumy (prze­chwa­lał się póź­niej, że w naszych auten­tycz­nych stro­jach "polar­ni­ków" mogli­by­śmy pójść pie­chotą z Lon­dynu pro­sto na bie­gun pół­nocny); oso­bi­ście nad­zo­ro­wał dzia­ła­nie gazo­wego oświe­tle­nia teatral­nego i obmy­ślił skom­pli­ko­wane efekty świetlne, mające symu­lo­wać różne pory polar­nej doby, nie wyłą­cza­jąc ark­tycz­nych bia­łych nocy.

W jego wyko­na­niu melo­dra­ma­tyczna rola War­do­ura nabrała nie­zwy­kłej wyra­zi­sto­ści i reali­zmu. W jed­nej ze scen, w któ­rej kilka postaci usi­łuje powstrzy­mać cier­pią­cego War­do­ura przed ucieczką ze sceny, uprze­dził nas, że zamie­rza "wal­czyć na całego" i będziemy musieli naprawdę się posta­rać, żeby go zatrzy­mać. Jego ostrze­że­nie oka­zało się wiel­kim nie­do­mó­wie­niem: jesz­cze przed zakoń­cze­niem prób kilka osób zostało poważ­nie poobi­ja­nych. Char­ley tak póź­niej pisał w liście do mojego brata: "Podej­mo­wał próby ucieczki z takim zapa­łem, że naprawdę musie­li­śmy wal­czyć z nim jak zapa­śnicy. Ponie­waż znaj­do­wa­łem się na czele grupy jego prze­ciw­ni­ków i przyj­mo­wa­łem na sie­bie główny impet zde­rze­nia, byłem ponie­wie­rany po całej sce­nie i na długo przed pre­mierą cho­dzi­łem cały posi­nia­czony".

Na pre­mie­rze nasz wspólny przy­ja­ciel John For­ster odczy­tał dopi­sany w ostat­niej chwili pro­log, w któ­rym Dic­kens (jak to czę­sto czy­nił w swo­ich książ­kach) usi­ło­wał w spo­sób zro­zu­miały dla wszyst­kich porów­nać ukryte głę­bie ludz­kiej duszy do prze­ra­ża­ją­cych, sku­tych lodem prze­strzeni Ark­tyki:

Niech ludz­kiego wnę­trza prze­paść nie­zgłę­biona

Upar­tego bada­cza chło­dem nie pokona;

Niech dłoń odkrywcy zwy­cięży mróz duszy,

Przej­ście uto­ruje, lód polarny skru­szy,

Zgrozę zła­go­dzi cze­lu­ści zimo­wych

I Zamar­z­nię­tej otchłani roz­topi okowy.

Pociąg przy­wiózł mnie do Lon­dynu, ale nie od razu uda­łem się na Cha­ring Cross.

Prze­kleń­stwem mojego życia była, jest i zawsze będzie poda­gra. Cza­sem rwie mnie w nodze, ale naj­chęt­niej ata­kuje głowę, gdzie czę­sto lokuje się za pra­wym okiem, jak roz­grzany do czer­wo­no­ści żela­zny pręt. Powo­do­wa­nemu przez nią usta­wicz­nemu bólowi (a jest naprawdę usta­wiczny) prze­ciw­sta­wiam się całą siłą swo­jej woli. Wspo­ma­gam się przy tym opium, które przyj­muję pod posta­cią lau­da­num.

W owym dniu, zanim zają­łem się wypeł­nia­niem prośby Dic­kensa, zła­pa­łem przy dworcu dorożkę (czu­łem się tak fatal­nie, że nie mia­łem ochoty na żadne spa­cery) i kaza­łem się zawieźć do nie­wiel­kiej apteki nie­opo­dal miej­sca mojego zamiesz­ka­nia. Zaprzy­jaź­niony apte­karz (podob­nie jak paru innych w Lon­dy­nie i innych miej­sco­wo­ściach) wie­dział o moich katu­szach i sprze­da­wał mi leki łago­dzące ból w ilo­ściach zastrze­żo­nych zwy­kle dla leka­rzy. Mówiąc pro­ściej: sprze­da­wał mi lau­da­num na dzbanki.

Zary­zy­kuję domysł, Drogi Czy­tel­niku, że w Two­ich cza­sach na­dal się go używa (chyba że medy­cyna opra­co­wała jakiś powszech­nie dostępny i jesz­cze sku­tecz­niej­szy spe­cy­fik), ale na wypa­dek, gdy­bym jed­nak się mylił, pozwolę sobie opi­sać w tym miej­scu jego dzia­ła­nie.

Lau­da­num jest zwy­czajną alko­ho­lową tynk­turą opium. Zanim zaczą­łem kupo­wać je w ilo­ściach hur­to­wych, postę­po­wa­łem zgod­nie z zale­ce­niem Franka Bearda, mojego leka­rza i przy­ja­ciela, i wpusz­cza­łem po pro­stu cztery kro­ple opium do kie­liszka lub pół kie­liszka czer­wo­nego wina. Póź­niej zro­biło się z tego osiem kro­pli. Następ­nie osiem do dzie­się­ciu, ale za to dwa razy dzien­nie. W końcu odkry­łem, że naj­sku­tecz­niej­sze na mój nie­ustę­pliwy ból jest gotowe lau­da­num, czyli mie­sza­nina alko­holu z opium w pro­por­cji jeden do jed­nego. W ostat­nich mie­sią­cach nabra­łem zwy­czaju (który z cza­sem miał się prze­ro­dzić w trwa­jący całe życie nałóg) popi­ja­nia czy­stego lau­da­num z kie­liszka albo wprost z dzbanka. Przy­znaję, że kiedy któ­re­goś dnia wypi­łem taki kie­li­szek u sie­bie w domu na oczach sław­nego chi­rurga, sir Wil­liama Fer­gus­sona (czło­wieka, o któ­rym myśla­łem, że doce­nia koniecz­ność sto­so­wa­nia tego spe­cy­fiku), sir Wil­liam wykrzyk­nął, że taka ilość lau­da­num mogłaby zabić każ­dego z obec­nych przy stole (a zasia­dało wtedy przy nim dzie­wię­cioro gości: ośmiu męż­czyzn i jedna kobieta). Od tam­tej pory nie obno­si­łem się z wiel­ko­ścią przyj­mo­wa­nych dawek lau­da­num, nie ukry­wa­łem jed­nak samego faktu, że ten bło­go­sła­wiony lek sto­suję.

Musisz zro­zu­mieć jedną rzecz, Czy­tel­niku z mojej pośmiert­nej przy­szło­ści: w naszych cza­sach wszy­scy - albo pra­wie wszy­scy - zaży­wają lau­da­num. Nawet mój ojciec, nie­ufny wobec wszel­kich medy­ka­men­tów, u schyłku życia pochła­niał ogromne ilo­ści Kro­pli Bat­tleya, bar­dzo moc­nej postaci opium (ja zaś jestem prze­ko­nany, że mój ból wywo­łany poda­grą był co naj­mniej rów­nie, jeśli nie bar­dziej dokucz­liwy, jak jego męki na łożu śmierci). Pamię­tam, jak Cole­ridge, ten poeta, bli­ski przy­ja­ciel moich rodzi­ców i czę­sty gość w naszym domu, zano­sił się pła­czem z obawy przed pogłę­bia­ją­cym się uza­leż­nie­niem od opium, i pamię­tam, jak moja matka go przed tym ostrze­gała. Nie zapo­mi­najmy jed­nak - jak nie omiesz­ka­łem wytknąć moim nie­licz­nym źle wycho­wa­nym zna­jo­mym, któ­rzy pozwa­lali sobie kry­ty­ko­wać moje uza­leż­nie­nie - że sir Wal­ter Scott przyj­mo­wał pokaźne dawki lau­da­num, pisząc Narze­czoną z Lamer­moor, a moi i Dic­kensa współ­cze­śni, tacy jak Bul­wer-Lyt­ton czy De Quin­cey, uży­wali tego jakże waż­nego lekar­stwa w ilo­ściach zde­cy­do­wa­nie prze­wyż­sza­ją­cych sto­so­wane przeze mnie.

Z apteki uda­łem się do domu - jed­nego z dwóch, które posia­da­łem, pod nume­rem dzie­wią­tym przy Mel­combe Place, nie­opo­dal Dor­set Squ­are. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami, nie zasta­łem Caro­line ani jej córki, spo­koj­nie ukry­łem więc świeży zapas lau­da­num - tyle że naj­pierw wypi­łem dwa kie­liszki...

...i parę minut póź­niej znów byłem sobą - przy­naj­mniej w takim stop­niu, w jakim było to moż­liwe, gdy poda­gra dobi­jała się do okien i łomo­tała w drzwi mojego ciała. Przy­naj­mniej roz­le­ga­jący się stale w tle nie­zno­śny szum bólu przy­cichł na tyle, że mogłem zebrać myśli.

Poje­cha­łem na Cha­ring Cross.

***

Zamar­z­nięta otchłań odnio­sła wielki suk­ces.

Pierw­szy akt roz­grywa się w hrab­stwie Devon, gdzie piękną Clarę Burn­ham (graną przez ład­niej­szą z córek Dic­kensa, Mary, piesz­czo­tli­wie zwaną Mamie) drę­czy strach o wytwor­nego narze­czo­nego, Franka Alder­sleya (w tej roli wystą­pi­łem ja, z twa­rzą przy­ozdo­bioną zacząt­kami zaro­stu). Alder­sley udał się na wyprawę polarną, któ­rej celem - podob­nie jak tej praw­dzi­wej, pro­wa­dzo­nej przez sir Johna Fran­klina - było otwar­cie Przej­ścia Pół­nocno-Zachod­niego. Oba uczest­ni­czące w niej statki, HMS Wan­de­rer i HMS Sea-mew, prze­pa­dły bez śladu przed ponad dwoma laty. Clara wie, że dowódcą Franka pod­czas tej eks­pe­dy­cji jest kapi­tan Richard War­dour, któ­rego oświad­czyny odrzu­ciła. War­dour nie zna toż­sa­mo­ści rywala do ręki Clary, ale przy­siągł, że gdy tylko go spo­tka, zabije go. Mój boha­ter, Frank Alder­sley, jest zaś cał­ko­wi­cie nie­świa­domy uczu­cia, jakim War­dour darzy jego narze­czoną.

Mając świa­do­mość tego, że statki naj­praw­do­po­dob­niej uwię­zły w oko­wach lodu gdzieś w Ark­tyce, Clara odcho­dzi od zmy­słów na myśl o tym, że jej dwaj ado­ra­to­rzy przy­pad­kiem poznają nawza­jem swoją toż­sa­mość. Żyje więc w stra­chu nie tylko przed samą Ark­tyką, jej pogodą, zamiesz­ku­ją­cymi ją dzi­kimi zwie­rzę­tami i ludźmi, lecz także stale zamar­twia się tym, co War­dour zrobi z jej Fran­kiem, gdy odkryje prawdę.

Obaw Clary by­naj­mniej nie łago­dzi jej opie­kunka, Esther, która - obda­rzona darem jasno­wi­dze­nia - przed­sta­wia swoje krwawe wizje w szkar­łat­nym świe­tle zacho­dzą­cego nad hrab­stwem Devon słońca. (Jak już wspo­mnia­łem, Dic­kens bar­dzo się posta­rał, żeby w teatrzyku w Tavi­stock House stwo­rzyć reali­styczne efekty świetlne, odzwier­cie­dla­jące warunki panu­jące o róż­nych porach dnia i nocy).

- Widzę jagnię w pazu­rach lwa... - sapie pogrą­żona w tran­sie Esther. - Twoja śliczna pta­szyna sam na sam z jastrzę­biem... Widzę, jak pła­czesz, ty i wszy­scy, któ­rzy cię ota­czają... Krew! Plama na two­jej... Och, moje dziecko, moje dziecko... Plami cię krew!

***

Młody męż­czy­zna nazy­wał się Edmond Dic­ken­son.

Dic­kens uprze­dził mnie, że zare­zer­wo­wał dla niego pokój w hotelu "Cha­ring Cross", nie powie­dział jed­nak, że był to obszerny apar­ta­ment.

Pie­lę­gniarka - kobieta star­sza i nie­zbyt ładna - urzą­dziła sobie dyżurkę w sąsia­du­ją­cym z sypial­nią salo­niku.

Kiedy wsze­dłem, zapro­wa­dziła mnie do ran­nego.

Wysłu­chaw­szy dra­ma­tycz­nej opo­wie­ści Dic­kensa o wydo­by­ciu mło­dzieńca z wraku pociągu, w któ­rej krew lała się obfi­cie, wszę­dzie walały się strzępy ubrań, a oca­lały męż­czy­zna wyma­gał pil­nej pomocy lekar­skiej, spo­dzie­wa­łem się zoba­czyć czło­wieka sto­ją­cego nad gro­bem, całego w ban­da­żach, łub­kach i gip­sie, praw­do­po­dob­nie na wyciągu. Tym­cza­sem Dic­ken­son, ubrany w piżamę i szla­frok, sie­dział w łóżku i czy­tał książkę. Wszę­dzie na komo­dzie i sto­li­kach stały kwiaty - wśród nich wazon szkar­łat­nych pelar­go­nii, na widok któ­rych znów poczu­łem nara­sta­jący lęk, tak jak wśród rabat w Gad's Hill Place.

Dic­ken­son był mło­dym, łagod­nym czło­wie­kiem. Miał dwa­dzie­ścia, może dwa­dzie­ścia jeden lat, okrą­głą twarz, zaró­żo­wione policzki, rzad­kie blond włosy, które pomału odsła­niały coraz więk­szą połać różo­wego czoła, nie­bie­skie oczy i uszy deli­katne jak małe muszelki. Piżama wyglą­dała na jedwabną.

Przed­sta­wi­łem się i wyja­śni­łem, że przy­syła mnie pan Dic­kens, abym dowie­dział się o stan zdro­wia pacjenta. Zdzi­wi­łem się wielce, gdy Dic­kenson wykrzyk­nął:

- Ach, pan Col­lins! To dla mnie wielki zaszczyt, że odwie­dza mnie taki sławny pisarz! Byłem zachwy­cony pań­ską Kobietą w bieli. Została opu­bli­ko­wana w "All the Year Round" zaraz po zakoń­cze­niu Opo­wie­ści o dwóch mia­stach.

- Dzię­kuję panu - odpar­łem.

Nie­wiele bra­ko­wało, żebym się zaru­mie­nił pod wpły­wem tego kom­ple­mentu. Rze­czy­wi­ście, Kobieta w bieli odnio­sła suk­ces. Pismo z kolej­nymi jej odcin­kami sprze­da­wało się lepiej niż kiedy dru­ko­wano w nim powie­ści Dic­kensa.

- Jest mi nie­zmier­nie miło, że skromny wynik moich wysił­ków przy­padł panu do gustu - doda­łem.

- Ależ tak, to było coś cudow­nego! Ma pan wiel­kie szczę­ście, że ktoś taki jak pan Dic­kens jest pań­skim men­to­rem i wydawcą.

Utkwi­łem w nim pozba­wione wyrazu spoj­rze­nie, lecz moje prze­dłu­ża­jące się mil­cze­nie pozo­stało nie­zau­wa­żone: Dic­ken­son beł­ko­tał już z pod­nie­ce­niem o kata­stro­fie pod Sta­ple­hurst, o okrop­no­ściach, jakie tam oglą­dał, a także o nie­po­spo­li­tej odwa­dze i hoj­no­ści Char­lesa Dic­kensa.

- Z pew­no­ścią nie żył­bym dzi­siaj, gdyby pan Dic­kens nie zna­lazł mnie w znisz­czo­nym wago­nie. Wisia­łem do góry nogami i nie mogłem oddy­chać, panie Col­lins! Pan Dic­kens nie odstę­po­wał mnie na krok. Wezwał ratow­ni­ków, żeby mnie wycią­gnęli, a następ­nie dopil­no­wał, żeby wynie­śli mnie na nasyp, gdzie ran­nych przy­go­to­wy­wano do ewa­ku­acji. Był przy mnie także w dro­dze do Lon­dynu, a potem, jak pan widzi, ulo­ko­wał mnie w tym pięk­nym pokoju i zapew­nił mi opiekę pie­lę­gniar­ską do czasu, aż wrócę do pełni sił.

- Nie odniósł pan poważ­niej­szych obra­żeń? - zapy­ta­łem dosko­nale bez­barw­nym tonem.

- Nie, żad­nych. Jestem tylko poobi­jany, wszę­dzie mam sińce: na nogach, bio­drach, piersi, ple­cach i lewej ręce. Trzy dni temu, bez­po­śred­nio po wypadku, nie mogłem cho­dzić, ale dzi­siaj pie­lę­gniarka pomo­gła mi przejść do toa­lety i z powro­tem. To był wyczyn!

- Bar­dzo się cie­szę.

- Mam nadzieję, że jutro będę mógł wró­cić do domu - bąk­nął Dic­ken­son. - Ni­gdy nie zdo­łam się odwdzię­czyć panu Dic­ken­sowi za jego szczo­drość. Oca­lił mi życie! I zapro­sił mnie do swo­jego domu w Gad's Hill na Boże Naro­dze­nie i Nowy Rok!

Był dwu­na­sty czerwca.

- Cudow­nie - powie­dzia­łem. - Jestem prze­ko­nany, że Char­les doce­nia war­tość życia, do któ­rego oca­le­nia się przy­czy­nił. Powie­dział pan, panie Dic­ken­son, że chciałby jutro wró­cić do domu... Mogę zapy­tać, gdzie to jest?

Mówił dalej, bez ładu i składu. Z jego słów wyni­kało, że jest sie­rotą - czyli przed­sta­wi­cie­lem ulu­bio­nej przez Dic­kensa odmiany istot ludz­kich, jeśli poważ­nie trak­to­wać Oli­wera Twi­sta, Dawida Cop­per­fielda, Samot­nię i tuzin innych opo­wie­ści pisa­rza. Otrzy­mał spa­dek (uwi­kłany w prawne zawi­ło­ści dzie­dzi­cze­nia, jakby żyw­cem wyjęte z opi­sa­nej w Samotni sprawy Jarn­dyce kon­tra Jarn­dyce) i miał star­sza­wego opie­kuna praw­nego, który miesz­kał w posia­dło­ści w Nor­thamp­ton­shire i ide­al­nie nada­wał się na pier­wo­wzór Che­sneya Wolda. Dic­ken­son pro­wa­dził skromny żywot w Lon­dy­nie, pomiesz­ki­wał samot­nie w wynaj­mo­wa­nych poko­jach i miał nie­wielu zna­jo­mych. Cza­sem uczył się grać na jakimś instru­men­cie, cho­ciaż nie zamie­rzał zostać muzy­kiem; kiedy indziej przy­mie­rzał się do innych pro­fe­sji, któ­rymi rów­nież nie zamie­rzał się w przy­szło­ści parać. Odsetki ze spadku wystar­czały mu na zakup jedze­nia, ksią­żek i bile­tów do teatru oraz, od czasu do czasu, na wypady do nad­mor­skich kuror­tów. Robił, co chciał.

Pody­sku­to­wa­li­śmy tro­chę o teatrze i lite­ra­tu­rze. Oka­zało się, że panicz Dic­ken­son, pre­nu­me­ra­tor obu wyda­wa­nych przez Dic­kensa cza­so­pism, zachwy­cił się moim opo­wia­da­niem Okrut­nie dziwne łoże opu­bli­ko­wa­nym w "House­hold Words".

- Dobry Boże! - wykrzyk­ną­łem. - Prze­cież to było pra­wie pięt­na­ście lat temu! Ile pan miał wtedy lat, pięć?

Rumie­niec Dic­ken­sona roz­po­czął się od muszel­ko­wa­tych uszu i szybko roz­prze­strze­nił na policzki, skąd jak różowy bluszcz wspiął się na skro­nie i sze­ro­kie czoło. Widzia­łem, jak roz­lewa się nawet wśród prze­rze­dzo­nych jasnych wło­sów.

- Sie­dem, mój panie - odparł Dic­ken­son. - Mój opie­kun, pan Wat­son, libe­rał i czło­nek par­la­mentu, miał w swo­jej biblio­tece opra­wione w skórę rocz­niki "Pun­cha" i takich pism jak "House­hold Words". To wła­śnie tak ukształ­to­wało się i umoc­niło moje zami­ło­wa­nie do słowa pisa­nego.

- Ach tak... Inte­re­su­jące.

Kiedy przed laty dołą­czy­łem do zespołu "House­hold Words", ozna­czało to dla mnie dodat­kowe pięć fun­tów tygo­dniowo, tym­cza­sem dla sie­dzą­cego przede mną sie­roty fakt ten miał zna­cze­nie wręcz epo­kowe. Dic­ken­son cyto­wał na wyrywki moją książkę O zmroku i z nale­ży­tym zdu­mie­niem przy­jął wia­do­mość, że skła­da­jące się na nią opo­wie­ści opar­łem w głów­nej mie­rze na pamięt­ni­kach matki oraz jej nieco bar­dziej ofi­cjal­nym ręko­pi­sie, w któ­rym opi­sy­wała swoje życie żony sław­nego mala­rza.

Oka­zało się, że jede­na­sto­letni Edmond Dic­ken­son udał się ze swoim opie­ku­nem aż do Man­che­steru, żeby dwu­dzie­stego pierw­szego sierp­nia 1857 roku obej­rzeć wysta­wianą tam w New Free Trade Hall Zamar­z­niętą otchłań.

***

Drugi akt dra­matu toczy się w Ark­tyce. War­dour (Dic­kens) i jego zastępca, koman­dor porucz­nik Cray­ford, dys­ku­tują o nikłych szan­sach prze­trwa­nia w obli­czu mro­zów i głodu. "Ni­gdy nie pod­da­waj się dyk­ta­towi swo­jego brzu­cha" - radzi Craw­for­dowi doświad­czony podróż­nik. "W końcu to on ugnie się przed tobą".

Ta deter­mi­na­cja, nie­złomna wola nie­zno­sząca sprze­ciwu, miała źró­dło nie w samym pió­rze Char­lesa Dic­kensa, lecz w jego duszy.

Dalej War­dour wyja­śnia, że kocha ark­tyczne pust­ko­wia za to, że "nie ma tu kobiet". Jesz­cze w tym samym akcie wykrzy­kuje: "Przy­jął­bym każdy wyrok for­tuny, który odgro­dziłby mnie pracą, prze­ciw­no­ściami losu i nie­bez­pie­czeń­stwem od mojego nie­szczę­ścia, jak murem obron­nym... Tak, Cray­ford, ciężka praca... Oto praw­dziwy elik­sir życia!" i dalej: "...to kobiety są przy­czyną wszel­kiej bez­na­dziei i nie­doli tego świata".

Ofi­cjal­nie była to moja sztuka, na afi­szu zosta­łem wymie­niony jako autor tek­stu (tudzież jako jeden z akto­rów) - ale nie­mal wszyst­kie kwe­stie Richarda War­do­ura napi­sał (lub przy­naj­mniej popra­wił) Char­les Dic­kens. Nie były to słowa czło­wieka szczę­śli­wie żona­tego.

Pod koniec dru­giego aktu dwóch męż­czyzn wyru­sza pie­szo na lodowe pust­ko­wia, żeby spro­wa­dzić pomoc. Są jedyną nadzieją uwię­zio­nych, muszą jed­nak poko­nać tysiąc mil zamar­z­nię­tej otchłani. Są to - jak­żeby ina­czej - Richard War­dour i jego rywal, zwy­cię­ski w sta­ra­niach o rękę Clary Burn­ham Frank Alder­sley. (Wspo­mi­na­łem już pew­nie o tym, że obaj z Dic­ken­sem zapu­ści­li­śmy brody spe­cjal­nie do tego przed­sta­wie­nia). Akt koń­czy się w momen­cie, gdy War­dour odkrywa, że ranny, wygłod­niały i osła­biony Alder­sley jest jego naj­więk­szym wro­giem, któ­remu poprzy­siągł śmierć.

***

- Czy na miej­scu kata­strofy widział pan dżen­tel­mena nazwi­skiem Drood? - spy­ta­łem Edmonda Dic­ken­sona, gdy dureń wresz­cie na chwilę się zamknął, a pie­lę­gniarka wyszła z pokoju.

- Dżen­tel­mena nazwi­skiem Drood? Doprawdy, nie wiem. Tylu dobrych ludzi mi tam poma­gało... Mało któ­rego, poza naszym wspa­nia­łym panem Dic­ken­sem, mia­łem oka­zję poznać z nazwi­ska.

- Sły­sza­łem, że pana Dro­oda trudno zapo­mnieć - powie­dzia­łem i zacy­to­wa­łem opis Dic­kensa: czarna jedwabna pele­ryna, cylin­der, bra­ku­jące palce, zde­for­mo­wany nos, blada cera, łysina, śla­dowy wia­nu­szek wło­sów, prze­ra­ża­jące spoj­rze­nie, dziwny chód przy­po­mi­na­jący raczej szy­bo­wa­nie nad powierzch­nią ziemi, sycząca mowa i obcy akcent.

- Och, na Boga, nie! - wykrzyk­nął młody Dic­ken­son. - Z pew­no­ścią bym pamię­tał, gdy­bym go zoba­czył lub usły­szał! - Jego wzrok roz­mył się, jakby spo­glą­dał w głąb sie­bie, podob­nie jak kilka razy zda­rzyło się to Dic­ken­sowi w zaci­szu gabi­netu. - Pamię­tał­bym, mimo potwor­no­ści, które mnie wtedy ota­czały - dodał.

- Nie wąt­pię - przy­tak­ną­łem. Powstrzy­ma­łem się od pokle­pa­nia przy­kry­cia powy­żej pokie­re­szo­wa­nej nogi, w geście współ­czu­cia. - Zatem nie zna pan nazwi­ska Drood, nie sły­szał pan, żeby ktoś o nim wspo­mi­nał... A wtedy w pociągu, przed wypad­kiem?

- Nic mi o tym nie wia­domo, panie Col­lins. Czy panu Dic­ken­sowi zależy na zna­le­zie­niu tego czło­wieka? Dla pana Dic­kensa zro­bię wszystko co w mojej mocy.

- Z pew­no­ścią, panie Dic­ken­son - powie­dzia­łem, i tym razem pokle­pa­łem go po kola­nie. - Ale pan Dic­kens kazał mi zapy­tać pana, czy może panu czymś jesz­cze słu­żyć. - Spoj­rza­łem na zega­rek. - Cze­goś panu bra­kuje? Coś panu doskwiera? Skarży się pan na coś, w czym mogłyby panu pomóc pie­lę­gniarki albo nasz wspólny przy­ja­ciel?

- Niczego takiego nie ma. Jutro powi­nie­nem móc opu­ścić hotel o wła­snych siłach i wró­cić do nor­mal­nego życia. Wie pan, że mam kota? - Dic­ken­son się roze­śmiał. - Wła­ści­wie kotkę. I to raczej ona ma mnie, niż ja ją. Jak na kota przy­stało, cha­dza wła­snymi dro­gami, sama poluje i zapewne nie przej­mie się moją nie­obec­no­ścią. - Znów mia­łem wra­że­nie, że spo­gląda w głąb sie­bie i widzi ludzi zabi­tych i umie­ra­ją­cych przed trzema dniami pod Sta­ple­hurst. - Prawdę mówiąc, Kicia nie prze­ję­łaby się spe­cjal­nie nawet gdy­bym zmarł. Nikt by za mną nie zatę­sk­nił.

- A pań­ski opie­kun? - pod­po­wie­dzia­łem. Nie chcia­łem, żeby zaczął się uża­lać nad sobą.

Dic­ken­son zaśmiał się ser­decz­nie.

- Moim obec­nym opie­ku­nem jest zna­jomy mojego dziadka. Praw­nik. Ow­szem, opła­ki­wałby mnie, ale nasza... zna­jo­mość... ma cha­rak­ter raczej... służ­bowy. Kicia to jedyny przy­ja­ciel, jakiego mam w Lon­dy­nie. Nie tylko w Lon­dy­nie zresztą.

Ski­ną­łem głową.

- Odwie­dzę pana jesz­cze jutro rano, panie Dic­ken­son.

- Nie ma potrzeby, panie Col­lins...

- Nasz wspólny przy­ja­ciel Char­les Dic­kens jest innego zda­nia - odpar­łem pośpiesz­nie. - Jeśli tylko zdro­wie mu pozwoli, przy­je­dzie jutro spo­tkać się z panem i dowie­dzieć o pań­ski stan.

Chło­pak znów poczer­wie­niał. W popo­łu­dnio­wym czerw­co­wym świe­tle, prze­fil­tro­wa­nym przez hote­lowe zasłony, rumie­niec - choć bar­dzo twa­rzowy - nada­wał mu jesz­cze bar­dziej pocieszny i nie­mą­dry wygląd niż zwy­kle.

Poki­wa­łem głową, wzią­łem laskę, opu­ści­łem sypial­nię mło­dego Edmonda Dic­ken­sona i prze­sze­dłem przez salo­nik, w któ­rym sie­działa mil­cząca pie­lę­gniarka.

***

Trzeci akt Zamar­z­nię­tej otchłani zaczyna się sceną, w któ­rej Clara Burn­ham wyru­sza do Nowej Fun­dlan­dii, żeby dowie­dzieć się cze­goś o zagi­nio­nych. (Podob­nie zacho­wała się praw­dziwa lady Fran­klin: wyna­jęła statki i w towa­rzy­stwie bra­ta­nicy Sophii Cra­croft ruszyła na daleką pół­noc na poszu­ki­wa­nie męża). Do przy­brzeż­nej lodo­wej jaskini wcho­dzi sła­nia­jący się z głodu i wyczer­pa­nia męż­czy­zna, który cudem zdo­łał prze­mie­rzyć skute lodem morze. Clara roz­po­znaje w nim War­do­ura i histe­rycz­nym tonem oskarża go o zamor­do­wa­nie - a może także zje­dze­nie? zasta­na­wiają się widzo­wie - jej narze­czo­nego. Na te słowa War­dour (czyli Dic­kens) wybiega na zewnątrz, a po chwili wraca z Alder­sleyem (czyli mną) na rękach. Alder­sley jest cały i zdrowy, choć w łach­ma­nach.

- Czę­sto się zda­rzało - sapie War­dour - że brnąc przez zaspy i kry, mia­łem ochotę go zosta­wić, żeby zasnął.

Po tych sło­wach Dic­kens/War­dour osuwa się na zie­mię. Głód i wysi­łek zwią­zany z utrzy­ma­niem ich obu przy życiu w końcu dają o sobie znać.

- Claro, sio­stro moja! - udaje mu się jesz­cze wykrztu­sić. - Poca­łuj mnie, sio­stro, poca­łuj mnie, nim scze­znę!

War­dour umiera w ramio­nach Clary, która składa poca­łu­nek na jego policzku. Jej łzy spły­wają na jego twarz.

Na pró­bie kostiu­mo­wej mia­łem ochotę zwy­mio­to­wać na sce­nie, ale pod­czas wszyst­kich czte­rech przed­sta­wień w Tavi­stock House łzy napły­wały mi do oczu, a z mojego gar­dła wyry­wał się szept:

- To straszne, to straszne...

Drogi Czy­tel­niku - możesz rozu­mieć moje słowa, jak Ci się żyw­nie podoba.

Aktor­stwo Dic­kensa zawsze było wyra­zi­ste, choć także... nieco dzi­waczne. Wil­liam Make­pe­ace Thac­ke­ray, jeden z gości na pre­mie­rze, powie­dział póź­niej o Dic­ken­sie: "Gdyby zaczął grać zawo­dowo, zara­białby dwa­dzie­ścia tysięcy fun­tów rocz­nie".

W 1857 roku stwier­dze­nie to było fan­ta­stycz­nie prze­sadne, ale w cza­sie, gdy doszło do kata­strofy, Dic­kens zara­biał nie­wiele mniej, wystę­pu­jąc na wie­czo­rach lite­rac­kich w Ame­ryce i Anglii.

Pod­czas czte­rech wie­czo­rów w Tavi­stock House widzo­wie pła­kali jak bobry. Zapro­szeni przez Dic­kensa zawo­dowi recen­zenci twier­dzili, że są pod wra­że­niem jego aktor­stwa i nie­zwy­kłego zespo­le­nia z posta­cią Richarda War­do­ura. Prawdę powie­dziaw­szy, wszy­scy zwra­cali uwagę na nie­zwy­kłą inten­syw­ność jego gry, na ema­nu­jącą z niego mroczną ener­gię, która się roz­prze­strze­niała na całą salę i zagar­niała widzów i słu­cha­czy.

Po ostat­nim przed­sta­wie­niu Dic­kens popadł w przy­gnę­bie­nie; pisał wtedy do mnie o "smut­nych dźwię­kach", jakie wyda­wał "nisz­czony i roz­bie­rany" przez robot­ni­ków domowy teatr.

Doma­gano się, żeby na­dal wysta­wiał moją sztukę; wielu ludzi twier­dziło, że powi­nien tak zara­biać na życie; cho­dziły słu­chy (praw­dziwe, jak się póź­niej oka­zało), że sama kró­lowa chcia­łaby zoba­czyć przed­sta­wie­nie, Dic­kens jed­nak oparł się tym suge­stiom. Nikt z nas, ama­to­rów, nie chciał się zni­żać do pro­fe­sji płat­nego aktora.

W czerwcu tego pamięt­nego roku, który miał na zawsze odmie­nić życie Dic­kensa, pisa­rzem wstrzą­snęła wia­do­mość o śmierci naszego wspól­nego przy­ja­ciela, Douglasa Jer­rolda.

Zale­d­wie parę dni wcze­śniej Dic­ken­sowi przy­śniło się, że Jer­rold dał mu swój nowy tekst do zre­da­go­wa­nia, ale Char­les nie był w sta­nie zro­zu­mieć z niego ani słowa. To kosz­mar każ­dego pisa­rza - nagłe zagu­bie­nie zna­cze­nia przez język, który nas żywi i utrzy­muje. Dic­kensa zain­try­go­wał jed­nak fakt, że sen przy­tra­fił mu się dokład­nie w tym samym cza­sie, gdy Jer­rold spo­czy­wał na łożu śmierci, o czym żaden z nas dwóch nie wie­dział.

Mając świa­do­mość, że rodzina zmar­łego znaj­dzie się w poważ­nych tara­pa­tach finan­so­wych (w rady­kal­nych poglą­dach i zapę­dach refor­ma­tor­skich Dic­kens nie dora­stał Dougla­sowi do pięt), Dic­kens wpadł na pomysł wysta­wie­nia kilku spek­ta­kli dobro­czyn­nych. T.P. Cooke miał zagrać w dwóch zapo­mnia­nych dra­ma­tach Jer­rolda, Czar­no­okiej Susan i Dniu czyn­szu; Thac­ke­ray i Wil­liam Howard Rus­sell, kore­spon­dent wojenny, zostali zapro­szeni na odczyty; sam Dic­kens zaś urzą­dził serię pod­wie­czor­ków i wie­czo­rów czy­tel­ni­czych.

Zapla­no­wał rów­nież - oczy­wi­ście - ponowne wysta­wie­nie Zamar­z­nię­tej otchłani.

W ten spo­sób chciał zebrać dwa tysiące fun­tów, żeby prze­ka­zać je wdo­wie po Jer­rol­dzie.

Na występy wyna­jęto Gale­rię Rycin przy Regent Street. Kró­lowa - nie­chęt­nie poka­zu­jąca się na przy­pad­ko­wych impre­zach dobro­czyn­nych - tym razem nie tylko zgo­dziła się wes­przeć wysiłki Dic­kensa swoim imie­niem, ale przy­słała rów­nież list, z któ­rego wyni­kało, że bar­dzo chęt­nie obej­rza­łaby Zamar­z­niętą otchłań, wobec czego suge­ruje, żeby pan Dic­kens wybrał sobie jedną z kom­nat Pałacu Buc­kin­gham, w któ­rej zor­ga­ni­zo­wałby pry­watny spek­takl dla Jej Wyso­ko­ści i zapro­szo­nych przez nią gości.

Dic­kens odmó­wił - z cał­kiem zro­zu­mia­łych powo­dów: jego wystę­pu­jące w przed­sta­wie­niu córki nie zostały dotych­czas ofi­cjal­nie przed­sta­wione na kró­lew­skim dwo­rze, on zaś nie chciał, żeby pierw­szy raz zapre­zen­to­wały się kró­lo­wej jako aktorki. Zapro­po­no­wał więc, żeby Jej Wyso­kość pofa­ty­go­wała się na pry­watne przed­sta­wie­nie do Gale­rii Rycin, na które mogłaby zabrać wła­sną gale­rię gości. W obli­czu nie­złom­nej woli Nie­zrów­na­nego, kró­lowa musiała ustą­pić.

Wystą­pi­li­śmy przed nią czwar­tego lipca 1857 roku. Wśród zapro­szo­nych gości zna­leźli się książę Albert, król Bel­gii i książę Prus. Spe­cjal­nie na cześć księ­cia Alberta Dic­kens kazał ude­ko­ro­wać kwia­tami wej­ście i schody. Nie­któ­rzy z nas, przy­znaję, oba­wiali się, że dostojna widow­nia nie będzie reago­wała na nasz występ tak żywio­łowo, jak widzo­wie, któ­rych zimą gości­li­śmy w Tavi­stock House, lecz Dic­kens zapew­nił nas, że kró­lowa i jej goście będą śmiać się przy zabaw­nych sce­nach, pła­kać przy smut­nych, wycie­rać nos dokład­nie w tych samych momen­tach co bar­dziej pospo­lici widzo­wie, oraz - pod­czas Wujaszka Johna, wysta­wia­nego zaraz po Zamar­z­nię­tej otchłani - ryczeć ze śmie­chu jak osły. Jak zwy­kle, miał cał­ko­witą rację.

Po przed­sta­wie­niu zachwy­cona kró­lowa wezwała Dic­kensa do sie­bie, żeby oso­bi­ście mu podzię­ko­wać.

Dic­kens odmó­wił.

Tym razem użył nastę­pu­ją­cej wymówki: "Nie mógł­bym sta­nąć przed Jej Wyso­ko­ścią zmę­czony i spo­cony, z maki­ja­żem na twa­rzy".

Oczy­wi­ście, nie sama cha­rak­te­ry­za­cja powstrzy­mała go przed wystą­pie­niem przed kró­lową i jej gośćmi. Trzeba Ci wie­dzieć, Czy­tel­niku, że wystę­pu­jący w naszej roman­tycz­nej far­sie Dic­kens koń­czył występ w prze­bra­niu wujaszka Johna: nie­chluj­nym szla­froku, głu­piej peruce, z poma­lo­wa­nym na czer­wono nosem. Nie było mowy, żeby Char­les Dic­kens, jeden z naj­bar­dziej dum­nych i zaro­zu­mia­łych ludzi, jacy kie­dy­kol­wiek stą­pali po ziemi, poka­zał się kró­lo­wej Wik­to­rii w takim stroju.

Kró­lowa i tym razem uprzej­mie pogo­dziła się z odmową.

Jesz­cze dwa razy wysta­wi­li­śmy Zamar­z­niętą otchłań w Gale­rii Rycin, ale mimo entu­zja­stycz­nego przy­ję­cia, eufo­rycz­nych recen­zji i pokaź­nych wpły­wów na fun­dusz rodziny Jer­rol­dów, nie udało się nam osią­gnąć zakła­da­nego celu dwóch tysięcy fun­tów. John Dean, kie­row­nik man­che­ster­skiej gale­rii sztuki, nama­wiał Dic­kensa na przy­jazd z przed­sta­wie­niem do New Free Trade Hall. Dic­kens - który nie mógł znieść myśli o tym, że nie dostar­czy Jer­rol­dom obie­ca­nych dwóch tysięcy - bez­zwłocz­nie wybrał się do Man­che­steru na wie­czór lite­racki poświę­cony Opo­wie­ści wigi­lij­nej. Przy oka­zji obej­rzał pro­po­no­waną salę wido­wi­skową, w któ­rej z łatwo­ścią zmie­ści­łyby się dwa tysiące ludzi.

Uznał, że sala dosko­nale nadaje się na przed­sta­wie­nie teatralne, ale zara­zem jest zbyt duża jak na cał­kiem prze­ciętne talenty aktor­skie jego córek i szwa­gierki, gra­ją­cych pierw­szo­pla­nowe role. Do głowy by mu nie przy­szło, że on sam może aktor­sko nie dora­stać do wyma­gań tak ogrom­nej sali i tak licz­nej widowni; z doświad­cze­nia wie­dział, że swoim natu­ral­nym magne­ty­zmem jest w sta­nie uwieść nawet trzy­ty­sięczne tłumy. Zano­siło się więc na to, że będzie musiał urzą­dzić prze­słu­cha­nia i zaan­ga­żo­wać zawo­dowe aktorki. (Mark Lemon, syn Dic­kensa, Char­ley, i ja osta­li­śmy się w zespole, ale Nie­zrów­nany i tak urzą­dził nam takie próby, jak­by­śmy ni­gdy przed­tem nie wystę­po­wali w tej sztuce).

Alfred Wigan, dyrek­tor Olym­pic The­atre, pod­su­nął Dic­ken­sowi dwie młode, obie­cu­jące aktorki, od nie­dawna zatrud­nione u niego w teatrze - Fanny i Marię Ter­nan. Zachwy­cony jego pro­po­zy­cją Dic­kens oczy­wi­ście się zgo­dził (widzie­li­śmy je już w innych sztu­kach, podob­nie jak ich młod­szą sio­strę oraz matkę, aktorkę z dużym sta­żem), Wigan zapy­tał więc panny Ter­nan, czy byłyby zain­te­re­so­wane wystę­pem w Zamar­z­nię­tej otchłani. Zgo­dziły się z entu­zja­zmem.

Wigan zasu­ge­ro­wał Dic­ken­sowi, że powi­nien roz­wa­żyć zatrud­nie­nie matki mło­dych dam, pani Fran­ces Ele­anor Ter­nan, jak rów­nież ich naj­młod­szej (zale­d­wie osiem­na­sto­let­niej) i naj­mniej efek­tow­nej sio­stry, nie­ja­kiej Ellen Law­less Ter­nan.

W ten oto spo­sób życie Char­lesa Dic­kensa zmie­niło się raz na zawsze.

***

Po wyj­ściu z hotelu "Cha­ring Cross" zła­pa­łem dorożkę, ale uzna­łem, że nie chcę wra­cać pro­sto do domu, wysia­dłem więc w pół drogi i wpa­dłem na kola­cję do klubu, któ­rego człon­kiem wpraw­dzie nie byłem, ale odwie­dza­łem go cza­sem na pra­wach gościa.

Byłem zły. Ten szcze­niak Dic­ken­son okrut­nie popsuł mi humor tym swoim imper­ty­nenc­kim "Ma pan wiel­kie szczę­ście, że ktoś taki jak pan Dic­kens jest pań­skim men­to­rem i wydawcą".

Kiedy u schyłku lata 1860 moja Kobieta w bieli zaczęła uka­zy­wać się w odcin­kach w "All the Year Round", zastą­piw­szy na jego łamach Opo­wieść o dwóch mia­stach Dic­kensa (pozwól, Drogi Czy­tel­niku, że nad­mie­nię w tym miej­scu, iż Dic­ken­sow­ski Syd­ney Car­ton był bez­po­śred­nim spad­ko­biercą mojego altru­istycz­nego i goto­wego do naj­wyż­szych poświę­ceń boha­tera Zamar­z­nię­tej otchłani Richarda War­do­ura... Ha, sam Dic­kens przy­znał prze­cież, że pomysł na postać Car­tona i całą fabułę Opo­wie­ści o dwóch mia­stach przy­szedł mu do głowy pod­czas ostat­niego przed­sta­wie­nia Zamar­z­nię­tej otchłani, gdy leżał na sce­nie w ramio­nach Marii Ter­nan (nowej Clary Burn­ham), któ­rej naj­praw­dziw­sze łzy ska­py­wały mu na twarz, wsią­kały w brodę i łach­many, co poru­szyło go do tego stop­nia, że szep­nął do niej "Moja droga, bądź łaskawa powścią­gnąć emo­cje. Za dwie minuty będzie po wszyst­kim"...).

Na czym to ja sta­ną­łem?

Ach tak, kiedy Kobieta w bieli przez osiem mie­sięcy uka­zy­wała się w nowym tygo­dniku Dic­kensa (dodam skrom­nie, że spo­tkała się przy tym z ogrom­nym zain­te­re­so­wa­niem i uzna­niem czy­tel­ni­ków), dużo mówiło się (i nieco mniej pisało) o tym, że ja, Wil­kie Col­lins, zgłę­bia­łem taj­niki pisar­stwa pod prze­wod­nic­twem Char­lesa Dic­kensa, dosko­na­li­łem przy nim swój kunszt, a nawet zapo­ży­czy­łem od niego styl nar­ra­cji. Mówiono, że bra­kuje mi jego prze­ni­kli­wo­ści, a w pew­nych krę­gach powta­rzano, że "nie umiem nakre­ślić postaci boha­te­rów".

Wszystko to, rzecz jasna, było jedną wielką bzdurą.

Prze­czy­taw­szy mój ręko­pis, Dic­kens napi­sał do mnie list, w któ­rym stwier­dzał mię­dzy innymi: "(...) znaczny postęp w sto­sunku do wszyst­kich Two­ich poprzed­nich doko­nań, zwłasz­cza jeśli cho­dzi o pisar­ską wraż­li­wość (...) dosko­nały cha­rak­ter (...) Nie znam nikogo, kto zro­biłby to choć w poło­wie tak dobrze jak Ty. W każ­dym roz­dziale prze­ry­wa­łem na chwilę lek­turę, by odno­to­wać przy­kład wyjąt­ko­wej pomy­sło­wo­ści lub udany zabieg warsz­ta­towy".

Nie byłby jed­nak sobą, gdyby nie popsuł efektu, doda­jąc, że musi "jak zwy­kle sprze­ci­wić się Two­jej skłon­no­ści do nie­do­wie­rza­nia czy­tel­ni­kowi, która skut­kuje narzu­ca­niem mu pew­nych spo­strze­żeń i fak­tów".

Można by odrzec, że on z kolei - ze swoją skłon­no­ścią do męt­nego fan­ta­zjo­wa­nia i zbęd­nej sub­tel­no­ści - pokła­dał nad­mierną wiarę w swo­ich odbior­cach, przez co wielu prze­cięt­nych czy­tel­ni­ków gubiło się w nie­prze­by­tym gąsz­czu Dic­ken­sow­skiej prozy.

Będę z Tobą szczery, Mój Czy­tel­niku, który żyjesz i oddy­chasz w tak odle­głym odga­łę­zie­niu mojej przy­szło­ści, że nawet cień mej szcze­ro­ści nie sprawi przy­kro­ści nikomu, kto kochał Dic­kensa. Byłem, jestem i pra­wie na pewno zawsze będę dzie­sięć razy lep­szym twórcą fabuł niż Char­les Dic­kens. Dla niego intryga jest czymś, co może zgoła przez przy­pa­dek wykieł­ko­wać z mani­pu­la­cji dzi­wacz­nymi posta­ciami, któ­rymi posłu­guje się jak mario­net­kami. Gdyby oka­zało się, że spada sprze­daż pisma z któ­rąś z jego nie­zli­czo­nych powie­ści w odcin­kach, wpro­wa­dziłby po pro­stu kolej­nych dzi­wa­ków i kazałby im się dum­nie prze­cha­dzać i popi­sy­wać przed naiw­nym czy­tel­ni­kiem - z taką samą łatwo­ścią, z jaką wygnał Mar­cina Chuz­zle­wita do Ame­ryki, żeby przy­spo­rzyć sobie nowych odbior­ców.

Moje pomy­sły fabu­larne są sub­telne w spo­sób, któ­rego Char­les Dic­kens ni­gdy nie potra­fiłby w pełni ani dostrzec, ani tym bar­dziej naśla­do­wać w swo­ich oczy­wi­stych (dla każ­dego wyma­ga­ją­cego czy­tel­nika), lecz bez­ład­nych machi­na­cjach, w któ­rych nar­ra­cja tonie w obszer­nych dygre­sjach.

Ludzie zuchwali i nie­okrze­sani, tacy jak ten szcze­niak-sie­rota Edmond Dic­ken­son, zawsze powta­rzali, że nie­ustan­nie "uczę się od Char­lesa Dic­kensa", tym­cza­sem prawda wygląda dokładne odwrot­nie. Sam Dic­kens przy­znał (o czym już wspo­mi­na­łem), że postać Syd­neya Car­tona z Opo­wie­ści o dwóch mia­stach jest wzo­ro­wana na Richar­dzie War­do­urze z mojej Zamar­z­nię­tej otchłani. Kimże zresztą była jego "stara kobieta w bieli" w Wiel­kich nadzie­jach, wielce okrzy­czana panna Haver­sham, jeśli nie pod­kra­dzioną mi główną boha­terką Kobiety w bieli?

***

Zasia­dłem do samot­nego posiłku. Bar­dzo lubi­łem bywać w tym klu­bie, ponie­waż jego szef kuchni przy­rzą­dzał zna­ko­mity pud­ding ze skow­ron­ków, który uwa­żam za jedno z czte­rech arcy­dzieł naszej epoki. Tego dnia posta­no­wi­łem zjeść lekką kola­cję: dwa rodzaje pasz­tetu, zupa, homar na słodko, butelka wytraw­nego szam­pana, barani udziec nadzie­wany ostry­gami i sie­kaną cebulą, dwie por­cje szpa­ra­gów, duszona woło­wina, kąsek gar­ni­ro­wa­nego kraba i jaja na przy­stawkę.

Roz­ko­szu­jąc się bez pośpie­chu tą skromną prze­ką­ską, uświa­do­mi­łem sobie, że jedną z nie­licz­nych zalet żony Dic­kensa był jej talent kuli­narny - a wła­ści­wie talent, z jakim nad­zo­ro­wała pracę kuchni w Tavi­stock House, ponie­waż ni­gdy nie widzia­łem, żeby wło­żyła far­tuch czy wzięła cho­chlę do ręki. Dawno temu Cathe­rine Dic­kens (wtedy jesz­cze znana jako Maria Clut­ter­buck) wydała cały tom z prze­pi­sami (zaczerp­nię­tymi z rodzin­nej kuchni pro­wa­dzo­nej przez nią w Devon­shire Ter­race) zaty­tu­ło­wany Co zjemy na obiad? Więk­szość opi­sa­nych przez nią potraw przy­pa­dła mi do gustu - i wiele z nich sta­nęło dziś przede mną na stole, cho­ciaż w mniej­szej obfi­to­ści i nie takiej glo­rii sosów (moim zda­niem całe goto­wa­nie to tylko pre­lu­dium mające na celu uzy­ska­nie dosko­na­łych sosów), ponie­waż Cathe­rine rów­nież skła­niała się ku homa­rom, bara­nim udźcom, potęż­nym ste­kom i wyra­fi­no­wa­nym dese­rom. W jej książce kuchar­skiej zna­la­zło się miej­sce dla tylu odmian opie­ka­nego sera, że jeden z recen­zen­tów sko­men­to­wał to tak: "Nikt nie prze­żyłby tak czę­stej kon­sump­cji opie­ka­nego sera".

Dic­kens prze­żył. Co wię­cej, przez te wszyst­kie lata nie przy­tył ani funta. Oczy­wi­ście nie można wyklu­czyć, że poma­gały mu w tym regu­larne żwawe spa­cery na dystan­sach od dwu­na­stu do dwu­dzie­stu mil. Ja jed­nak mam naturę bar­dziej osia­dłą. Moje zami­ło­wa­nia, w połą­cze­niu z drę­czącą mnie chro­niczną cho­robą, każą mi się trzy­mać bli­sko biurka, kanapy i łóżka. Cho­dzę, kiedy muszę; wyle­guję się, kiedy mogę. (Prze­by­wa­jąc w Tavi­stock House albo Gad's Hill Place, mia­łem zwy­czaj zaszy­wać się w biblio­tece lub pustym pokoju gościn­nym do godziny dru­giej lub trze­ciej po połu­dniu, kiedy to Dic­kens koń­czył swoje pisar­skie zma­ga­nia i wyru­szał na poszu­ki­wa­nie towa­rzy­sza do jed­nego z tych swo­ich pomy­lo­nych spa­ce­rów. On z kolei miał zwy­czaj zawsze mnie znaj­do­wać (teraz wiem, że czę­sto uda­wało mu się mnie wytro­pić po dymie z cygara) i wycią­gać na jedno- czy dwu­mi­lową prze­chadzkę, która przy jego wariac­kim tem­pie mar­szu zaj­mo­wała nam naj­wy­żej dwa­dzie­ścia minut).

Nie mogłem się zde­cy­do­wać, który deser wybrać, więc - niczym Salo­mon - posta­no­wi­łem zjeść oba: pud­ding ze skow­ron­ków i dobrze wygo­to­wany pud­ding jabł­kowy. Do tego butelka porto. I kilka kaw.

Koń­czy­łem wła­śnie pud­ding, gdy moją uwagę zwró­cił wysoki, bar­dzo stary męż­czy­zna o ary­sto­kra­tycz­nej posta­wie, który wła­śnie wstał z krze­sła w głębi sali. W pierw­szej chwili pomy­śla­łem, że to Thac­ke­ray - dopóki nie przy­po­mnia­łem sobie, że Thac­ke­ray zmarł w wigi­lię Bożego Naro­dze­nia 1863 roku, czyli nie­mal pół­tora roku temu.

Byłem tu, w tym klu­bie, jako gość Dic­kensa, kiedy Nie­zrów­nany i Thac­ke­ray pogo­dzili się po latach ozię­błego mil­cze­nia. Ani­mo­zje zaczęły się w okre­sie naj­więk­szego nasi­le­nia emo­cji towa­rzy­szą­cych roz­sta­niu Dic­kensa z Cathe­rine, kiedy pisarz był naj­bar­dziej bez­bronny. Ktoś w Klu­bie Gar­ricka wspo­mniał o rze­ko­mym roman­sie Dic­kensa ze szwa­gierką, na co Thac­ke­ray, naj­wi­docz­niej bez zasta­no­wie­nia, wypa­lił coś w tym stylu:

- Nie za szwa­gierką, lecz z akto­reczką.

Wieść o tym doszła do Dic­kensa. Jak zwy­kle. Młody dzien­ni­karz, przy­ja­ciel Dic­kensa i czło­nek jego "ekipy", jak wtedy o nich mówiono, nie­jaki Edmund Yates (zawsze przy­po­mi­nał mi Jagona, taki był "wychu­dły i miał głodny wygląd"), opu­bli­ko­wał w "Town Talk" wielce nie­przy­jemny i lek­ce­wa­żący pasz­kwil o Thac­ke­rayu. Ura­żony pisarz-dżen­tel­men zauwa­żył, że Yates, podob­nie jak on sam, należy do Klubu Gar­ricka, i popro­sił klub o usu­nię­cie mło­dzieńca z listy człon­ków, zarzu­ca­jąc mu, że napi­sa­nie takiego pam­fletu "nie licuje z god­no­ścią dżen­tel­mena".

Dic­kens dał wów­czas wyraz nie­wia­ry­god­nej wręcz nie­czu­ło­ści wobec swo­jego daw­nego druha Thac­ke­raya: wziął mło­dego Yatesa w obronę, a następ­nie sam zre­zy­gno­wał z człon­ko­stwa w Klu­bie Gar­ricka, gdy komi­tet człon­kow­ski przy­znał rację Thac­ke­ray­owi i wyda­lił dzien­ni­ka­rza.

Spór został zała­go­dzony dopiero wiele lat póź­niej, w Klu­bie Athe­na­eum. Dic­kens opi­sy­wał to Wil­l­sowi takimi sło­wami:

- Przy­cho­dzę do Athe­na­eum, odwie­szam kape­lusz na wie­szak, pod­no­szę wzrok... i widzę wymi­ze­ro­waną twarz Thac­ke­raya. Wyglą­dał jak zjawa, Wills, naprawdę. Jak trup Mar­leya, tylko mu oków bra­ko­wało. Pytam więc, Thac­ke­ray, co się stało? Jesteś chory? I tak oto po latach mil­cze­nia wda­li­śmy się w roz­mowę, poda­li­śmy sobie ręce i znów wszystko było jak daw­niej.

Wzru­sza­jące. I cał­ko­wi­cie nie­praw­dziwe.

Tak się zło­żyło, że i ja byłem owego wie­czoru w Athe­na­eum. Obaj z Dic­ken­sem widzie­li­śmy, ile trudu spra­wiło Thac­ke­ray­owi wło­że­nie płasz­cza. Roz­ma­wiał aku­rat z dwoma innymi dżen­tel­me­nami. Dic­kens, który wła­śnie wszedł do klubu, minął go, nie zaszczy­ciw­szy nawet jed­nym spoj­rze­niem. Ja odsta­wi­łem laskę i odwie­sza­łem wła­śnie kape­lusz, a Dic­kens zdą­żył posta­wić nogę na pierw­szym stop­niu scho­dów, gdy stary pisarz sko­czył za nim i go dogo­nił. Sły­sza­łem, jak coś mówi. Wycią­gnął rękę. Uści­snęli sobie dło­nie. Potem Dic­kens udał się do jadalni, a Thac­ke­ray wró­cił do swo­ich roz­mów­ców (jed­nym z nich był, zdaje się, sir The­odore Mar­tin) i rzekł:

- Cie­szę się, że to zała­twi­łem.

Char­les Dic­kens był czło­wie­kiem łagod­nym i sen­ty­men­tal­nym, ale ni­gdy pierw­szy nie wycią­gnąłby ręki na zgodę - o któ­rym to fak­cie mia­łem sobie zresztą wkrótce przy­po­mnieć.

***

Wró­ci­łem do domu dorożką, roz­my­śla­jąc o dzi­wacz­nym pomy­śle poszu­ki­wań widma nazwi­skiem Drood.

Kiedy rano słu­cha­łem opo­wie­ści o kata­stro­fie pod Sta­ple­hurst, mia­łem mie­szane odczu­cia na temat wia­ry­god­no­ści komen­ta­rzy odno­szą­cych się do "pana Dro­oda". Char­les Dic­kens nie zwykł kła­mać, był jed­nak zawsze świę­cie prze­ko­nany o słusz­no­ści swo­ich poglą­dów na każdy temat i (opo­wia­da­jąc o wyda­rze­niach, a nade wszystko opi­su­jąc je) utwier­dzał się w prze­ko­na­niu, że coś jest prawdą tylko dla­tego, że on tak uważa, choćby i wbrew fak­tom. Publi­ko­wane przez niego listy otwarte, w któ­rych obwi­niał żonę, Cathe­rine, o spo­wo­do­wa­nie sepa­ra­cji - któ­rej osiem lat wcze­śniej sam się doma­gał i do któ­rej w końcu dopro­wa­dził - dosko­nale ilu­strują to zja­wi­sko.

Po co jed­nak miałby wymy­ślać postać Dro­oda?

Z dru­giej strony, po co opo­wia­dał wszyst­kim, że to on, Dic­kens, zaini­cjo­wał uzdro­wie­nie sto­sun­ków z Thac­ke­rayem, pod­czas gdy było dokład­nie odwrot­nie?

Pro­blem pole­gał na tym, że wszyst­kie jego prze­kła­ma­nia i zmy­śle­nia, nawet jeśli nie były celowe (jako powie­ścio­pi­sarz wiem dosko­nale, że przed­sta­wi­ciele naszej pro­fe­sji wiodą wyima­gi­no­wane życie rów­nie bogate lub wręcz bogat­sze od tego, które pro­wa­dzimy w tak zwa­nym "praw­dzi­wym świe­cie"), pra­wie zawsze miały na celu poprawę wize­runku Char­lesa Dic­kensa.

Tym­cza­sem ze wszyst­kich obiek­tyw­nych rela­cji, w tym także z baj­du­rze­nia tego spa­sio­nego homun­ku­lusa Edmonda Dic­ken­sona (oby mu te jego sińce zro­piały, zgniły i owrzo­działy), wyni­kało, że Dic­kens był naj­praw­dziw­szym boha­te­rem akcji ratun­ko­wej. Włą­cze­nie do opo­wie­ści upiora nijak nie pod­kre­ślało jego hero­izmu. Ba, oczy­wi­sty lęk, z jakim Dic­kens opi­sy­wał to nie­ludz­kie dzi­wa­dło, wręcz osła­biał jego boha­ter­ską aurę.

O co mu zatem cho­dziło?

Musia­łem zało­żyć, że na miej­scu wypadku naprawdę zna­la­zła się nie­zwy­kła per­sona nazwi­skiem Drood i że doszło tam do ich spo­tka­nia, roz­mowy i cudacz­nej inte­rak­cji z Dic­ken­sem.

Po co jed­nak szu­kać Dro­oda? Zgoda, jego dzi­waczną postać ota­czała mgiełka tajem­nicy, ale Lon­dyn, Anglia i angiel­skie koleje obfi­to­wały w dzi­wa­ków. (Nawet ten bez­czelny mło­dzian Dic­ken­son wyda­wał mi się jak żyw­cem wyjęty z powie­ści Dic­kensa: sie­rota, z zamoż­nym opie­ku­nem i powie­rzoną opiece sądu for­tuną, apa­tyczny, pozba­wiony celu w życiu, zdolny co naj­wy­żej coś tam prze­czy­tać i zbi­jać bąki. W tej sytu­acji wyobra­że­nie sobie jakie­goś seple­nią­cego "pana Dro­oda" o powierz­chow­no­ści trę­do­wa­tego, bez pal­ców i powiek, wcale nie było takie trudne).

No dobrze, roz­my­śla­łem, zbli­ża­jąc się do swo­jej ulicy, ale po co go szu­kać?!

Char­les Dic­kens miał skłon­ność do sta­ran­nego pla­no­wa­nia i dłu­gich przy­go­to­wań, ale nie­jed­no­krot­nie zda­rzało mu się dzia­łać pod wpły­wem impulsu. Pod­czas pierw­szego tournée po Ame­ryce znie­chę­cił do sie­bie więk­szość słu­cha­czy i nie­mal wszyst­kie ame­ry­kań­skie gazety oraz tygo­dniki, upie­ra­jąc się przy uchwa­le­niu mię­dzy­na­ro­do­wego prawa autor­skiego. Fakt, że jego książki (podob­nie jak książki więk­szo­ści angiel­skich pisa­rzy) były bez­czel­nie kra­dzione i publi­ko­wane w Ame­ryce bez naj­mniej­szego cho­ciażby odszko­do­wa­nia dla autora, mógł się wyda­wać słuszny i spra­wie­dliwy tylko ame­ry­kań­skiemu par­we­niu­szowi, więc gniew Dic­kensa był cał­ko­wi­cie upraw­niony. Sęk w tym, że nie­długo po powro­cie z objazdu po Ame­ryce (kiedy jego dobre sto­sunki z tam­tej­szą publicz­no­ścią zostały nie­odwo­łal­nie nad­szarp­nięte) Dic­kens stra­cił wszel­kie zain­te­re­so­wa­nie pra­wem autor­skim. Innymi słowy - był ostroż­nym czło­wie­kiem, któ­rym kie­ro­wały nie­ostrożne impulsy.

W Gad's Hill Place (i wszyst­kich innych domach, które wcze­śniej zamiesz­ki­wał) to Dic­kens decy­do­wał o celach spa­ce­rów, miej­scach pik­ni­ków, grach towa­rzy­skich, wybo­rze dru­żyn i kapi­ta­nów. Naj­czę­ściej pro­wa­dził też punk­ta­cję, ogła­szał zwy­cięz­ców i wrę­czał nagrody. Miesz­kańcy wio­ski poło­żo­nej naj­bli­żej Gad's Hill Place trak­to­wali go wręcz jak dzie­dzica oko­licz­nych ziem, zachwy­ceni i zaszczy­ceni fak­tem, że sławny pisarz roz­daje nagrody na jar­mar­kach i kon­kur­sach. Dic­kens od dziecka był uro­dzo­nym lide­rem. Ni­gdy nie wąt­pił, że taką wła­śnie rolę ma do ode­gra­nia, i ni­gdy jej nie porzu­cił w doro­słym życiu.

Gdy­by­śmy jed­nak zaczęli szu­kać owego tajem­ni­czego pana Dro­oda - w jakiej grze wzię­li­by­śmy udział? Czemu mia­łoby to słu­żyć, poza pod­po­rząd­ko­wa­niem się kolej­nemu dzie­cin­nemu impul­sowi pisa­rza? Jakie nie­bez­pie­czeń­stwo mogło nam gro­zić? Dziel­nic, o któ­rych Drood miał rze­komo wspo­mnieć Dic­ken­sowi, kiedy scho­dzili po skar­pie na miej­sce kata­strofy, z pew­no­ścią nie można było nazwać bez­piecz­nymi. Dic­kens miał rację, nazy­wa­jąc je Wiel­kim Pie­cem.

***

Kiedy wró­ci­łem do domu, poda­gra okrut­nie dawała mi się we znaki. Świa­tło ulicz­nych latarń ośle­piało mnie bole­śnie, tupot moich stóp dud­nił mi pod czaszką jak ude­rze­nia młota, tur­kot prze­jeż­dża­ją­cego powozu przy­pra­wił mnie o bole­sny skurcz wszyst­kich mię­śni. Drża­łem na całym ciele. Nagle poczu­łem w ustach gorzki posmak kawy - nie miłe wspo­mnie­nie kawy, którą wypi­łem do deseru, lecz innego, obrzy­dli­wego napitku. Umysł mi się mącił, mdła sła­bość ogar­nęła moje członki.

Nasz nowy dom stał przy Mel­combe Place - prze­pro­wadzkę z Har­ley Street, od któ­rej minął rok, zawdzię­cza­łem mię­dzy innymi pie­nią­dzom za Kobietę w bieli i więk­szej reno­mie pisar­skiej, która szła z nimi w parze. (Za następną powieść, Bez­i­mienne, dosta­łem ponad trzy tysiące fun­tów za wyda­nie książ­kowe, a mia­łem zagwa­ran­to­wane cztery i pół tysiąca, jeśli Bez­i­mienne ukażą się w odcin­kach w któ­rejś z angiel­skich lub ame­ry­kań­skich gazet).

Kiedy mówię "nasz", mam na myśli sie­bie, kobietę, z którą od dłuż­szego czasu miesz­ka­łem (nie­jaką Caro­line G.), oraz jej czter­na­sto­let­nią wów­czas córkę Har­riet, czę­ściej nazy­waną przez nas Car­rie. (Mówiło się o tym, jako­bym wzo­ro­wał Kobietę w bieli na Caro­line. Prawdą jest, że pozna­li­śmy się nie­opo­dal posia­dło­ści w Regent's Park, kiedy nocą ucie­kała przed pew­nym nik­czem­ni­kiem: pobie­głem za nią i wyba­wi­łem ją z opre­sji - co do złu­dze­nia przy­po­mina pery­pe­tie boha­terki mojej książki. Jed­nakże zarys fabu­larny Kobiety w bieli naro­dził się w mojej gło­wie na długo przed tym spo­tka­niem).

Caro­line i Har­riet wyje­chały do Dover, w odwie­dziny do kuzynki, i przez cały tydzień nie było ich w domu. Ponie­waż zaś dwoje naszych praw­dzi­wych słu­żą­cych (przy­znaję, że córkę Caro­line wpi­sy­wa­łem wów­czas do zezna­nia podat­ko­wego jako "poko­jówkę") rów­nież wyje­chało, mia­łem cały dom do dys­po­zy­cji. Prawdą jest rów­nież, że w odle­gło­ści zale­d­wie paru mil znaj­do­wał się drugi dom, a w nim druga kobieta, nie­jaka Mar­tha R., dawna poko­jówka w hotelu w Yar­mo­uth, która pierw­szy raz przy­je­chała z wizytą do Lon­dynu. Z nią rów­nież zamie­rza­łem w przy­szło­ści zamiesz­kać i stwo­rzyć rodzinne sta­dło, ale chwi­lowo nie mia­łem zamiaru jej odwie­dzać. Byłem zanadto obo­lały.

W domu było ciemno. Zna­la­złem dzba­nek z lau­da­num na swoim miej­scu, wypi­łem dwa kie­liszki i na chwilę usia­dłem w kuchni przy stole dla służby, żeby prze­cze­kać naj­gor­szy ból. Spe­cy­fik wkrótce zadzia­łał. Poczu­łem przy­pływ ener­gii, jak­bym uro­dził się na nowo, i pomy­śla­łem, że posie­dzę jesz­cze godzinę czy dwie w gabi­ne­cie na pię­trze, spró­buję tro­chę popi­sać. Skie­ro­wa­łem się do naj­bliż­szych scho­dów.

Prze­zna­czone dla służby schody w głębi domu były bar­dzo strome. Lampa gazowa na pół­pię­trze nie dzia­łała naj­le­piej i teraz też migo­tała nie­pew­nie, rzu­ca­jąc mały krąg wątłego świa­tła. Reszta scho­dów tonęła w ciem­no­ściach.

Coś poru­szyło się w mroku na pię­trze.

- Caro­line?! - zawo­ła­łem, cho­ciaż wie­dzia­łem, że to nie ona.

Nie mógł to być rów­nież nikt ze służby. Ojciec naszej poko­jówki zacho­ro­wał na zapa­le­nie płuc i oboje słu­żący poje­chali do niego do Walii.

- Caro­line? - powtó­rzy­łem.

Nie spo­dzie­wa­łem się usły­szeć odpo­wie­dzi - i nie usły­sza­łem.

Dźwięk - oczy­wi­sty jak sze­lest jedwab­nej sukni - spły­wał po scho­dach z ciem­nego stry­chu. Sły­sza­łem odgłos ostroż­nie sta­wia­nych bosych stóp. Pró­bo­wa­łem maj­stro­wać przy kin­kie­cie, ale jęzor gazo­wego pło­mie­nia tylko na chwilę wystrze­lił w górę, by zaraz znów przy­ga­snąć.

Sta­nęła na skraju peł­ga­ją­cego kręgu świa­tła, zale­d­wie trzy stop­nie wyżej ode mnie. Wyglą­dała tak samo jak zawsze, w zno­szo­nej jedwab­nej sukni z obci­słym sta­ni­kiem. Ciem­no­zie­lony jedwab był wyszy­wany maleń­kimi zło­tymi liliami, które niczym gwiazdy osy­py­wały się na prze­pa­saną czarną szarfą talię. Włosy nosiła zwią­zane w kok z daw­nych cza­sów. Miała zie­loną skórę - zie­loną jak bar­dzo stary ser albo lekko nad­gniłe zwłoki. Jej oczy - dwie jed­no­lite kałuże czar­nego atra­mentu - poły­ski­wały wil­gotno w świe­tle lampy. Jej zęby (kiedy otwie­rała usta, tak jak teraz, żeby mnie powi­tać) były dłu­gie, żółte i zakrzy­wione jak fajki dzika.

Nie mia­łem złu­dzeń, wie­dzia­łem, po co sta­nęła mi na dro­dze: chciała mnie zła­pać i zrzu­cić ze scho­dów. Wolała te schody od szer­szych, lepiej oświe­tlo­nych i bez­piecz­niej­szych scho­dów fron­to­wych. Zro­biła kolejne dwa kroki w moją stronę, szcze­rząc w uśmie­chu żółte kły.

Szybko - choć bez nad­mier­nego pośpie­chu czy lęku - otwo­rzy­łem znaj­du­jące się na pode­ście drzwi dla służby, prze­sze­dłem przez nie, po czym zatrza­sną­łem je za sobą i zamkną­łem na klucz. Nie sły­sza­łem po dru­giej stro­nie dysze­nia (ona nie oddy­chała), dobie­gło mnie jed­nak ciche skro­ba­nie w drewno. Por­ce­la­nowa klamka poru­szyła się lekko.

Zapa­li­łem wszyst­kie lampy na pię­trze. Byłem sam.

Ode­tchną­łem głę­boko, odpią­łem koł­nie­rzyk i uda­łem się do gabi­netu, żeby popra­co­wać.

Roz­dział 4

Minęły trzy tygo­dnie. Mój brat Char­ley (który ze swoją żoną Kate, córką Dic­kensa, miesz­kał w Gad's Hill Place) twier­dził, że pisarz powoli docho­dzi do sie­bie po dra­ma­tycz­nych przej­ściach: codzien­nie pra­cuje nad Naszym wspól­nym przy­ja­cie­lem, przyj­muje gości na kola­cji, czę­sto znika (zapewne odwie­dza w tym cza­sie Ellen Ter­nan), urzą­dza nawet wie­czory pro­za­tor­skie dla wybra­nych słu­cha­czy. Gło­śne czy­ta­nie frag­men­tów prozy w wyko­na­niu Char­lesa Dic­kensa to naj­bar­dziej wyczer­pu­jący spek­takl, jaki w życiu widzia­łem. Fakt, że Dic­ken­sowi wystar­czało ener­gii, by się go pod­jąć (nawet jeśli póź­niej cał­kiem opa­dał z sił, co - jak mówił mi Char­ley - zda­rzało się regu­lar­nie), dowo­dził ogromu drze­mią­cych w nim rezerw. Podróż pocią­giem na­dal budziła w nim lęk, ale - jak to on - wła­śnie z tego powodu pra­wie codzien­nie zmu­szał się, żeby doje­chać koleją do cen­trum. Według słów Char­leya, przy naj­lżej­szej wibra­cji wagonu twarz pisa­rza sza­rzała jak popiół, ogromne kro­ple potu wystę­po­wały mu na czoło i pożło­bione bruz­dami policzki. Dic­kens chwy­tał się kur­czowo opar­cia sie­dze­nia z przodu, pocią­gał łyk brandy i dziel­nie trwał na poste­runku. To były jedyne oznaki jego wewnętrz­nej udręki. Byłem prze­ko­nany, że na śmierć zapo­mniał o Dro­odzie.

Tym­cza­sem nastał lipiec i polo­wa­nie na czło­wieka-widmo roz­go­rzało na dobre.

Był to naj­go­ręt­szy, naj­bar­dziej roz­pa­lony okres gorą­cego, roz­pa­lo­nego lata. Odchody trzech milio­nów miesz­kań­ców mia­sta cuch­nęły w otwar­tych rynsz­to­kach, w tym także w naj­więk­szym z nich (mimo pod­ję­tych w tym roku wysił­ków na rzecz otwar­cia skom­pli­ko­wa­nego sys­temu kry­tych kana­łów ście­ko­wych) - Tami­zie. Dzie­siątki tysięcy lon­dyń­czy­ków noco­wały na weran­dach i tara­sach swo­ich domów, wycze­ku­jąc desz­czu. Kiedy jed­nak deszcz w końcu padał, przy­po­mi­nał gorący prysz­nic i po pro­stu dorzu­cał do nie­zno­śnego upału rów­nie nie­zno­śną wil­goć w powie­trzu. Lipiec zaległ nad Lon­dy­nem jak gruby, wil­gotny koc z gni­ją­cego mięsa.

Codzien­nie zbie­rano z ulic dwa­dzie­ścia tysięcy ton koń­skiego gnoju, który następ­nie zbie­rano w kopce eufe­mi­stycz­nie nazy­wane "hał­dami ziem­nymi" - olbrzy­mie stosy odcho­dów, wzno­szące się nie­opo­dal ujścia Tamizy niczym angiel­skie Hima­laje.

Prze­peł­nione cmen­ta­rze wokół Lon­dynu rów­nież śmier­działy nie­mi­ło­sier­nie. Gra­ba­rze musieli nogami ubi­jać zawar­tość płyt­kich gro­bów, czę­sto grzę­znąc po pas w roz­kła­da­ją­cych się zwło­kach, żeby tylko upchnąć nowych loka­to­rów na prze­wi­dzia­nych dla nich miej­scach; świeże ciała dołą­czały do litej war­stwy humusu ze zgni­łych tru­pów. W lipcu czło­wiek od razu wie­dział, kiedy znaj­duje się bli­żej niż sześć prze­cznic od cmen­ta­rza: cuch­nące mia­zmaty zmu­siły miesz­kań­ców oko­licz­nych domów do wypro­wadzki - a w Lon­dy­nie zawsze był gdzieś nie­da­leko cmen­tarz. Zmarli nie odstę­po­wali nas na krok: byli pod naszymi sto­pami i w naszych noz­drzach.

Mnó­stwo ciał zale­gało w naj­bied­niej­szych zauł­kach Wiel­kiego Pieca, roz­kła­da­jąc się wraz z tonami śmieci, któ­rych rów­nież nikt nie wywo­ził. Uli­cami tymi pły­nęły już nie strużki czy stru­myki, lecz praw­dziwe rzeki ście­ków, zale­wa­jąc stosy odpad­ków i wala­jące się wśród nich zwłoki. Cza­sem ta bru­natna ciecz ucho­dziła do rynsz­toka, ale znacz­nie czę­ściej po pro­stu zbie­rała się w kałuże na bruku, ście­kała pod zie­mię, zbie­rała się w piw­ni­cach, zatru­wała stud­nie, a na koniec, prę­dzej czy póź­niej, tra­fiała do Tamizy.

Warsz­taty i fabryki codzien­nie wyplu­wały tony skór, odpa­dów mię­snych, wygo­to­wa­nych kości, koń­skiego mięsa, podro­bów, kopyt, łbów, wnętrz­no­ści i innego orga­nicz­nego śmie­cia, które rów­nież lądo­wało w Tami­zie albo przy­naj­mniej gro­ma­dziło się w olbrzy­mich sto­sach nad jej brze­giem, cze­ka­jąc na dogodną chwilę do zrzu­ce­nia do wody. Miesz­kańcy domów nad rzeką zamy­kali szczel­nie okna i nasą­czali rolety chlor­kiem, a urzęd­nicy miej­scy zasy­py­wali Tamizę tonami wapna. Prze­chod­nie nasą­czali chu­s­teczki per­fu­mami i zakry­wali nimi usta i nosy. Na próżno. Nawet konie zaprzę­gowe, które wkrótce miały zacząć masowo padać z gorąca, wymio­to­wały od smrodu.

W parne lip­cowe noce powie­trze przy­bie­rało zie­lon­kawy odcień od roz­grza­nych opa­rów uno­szą­cych się znad odcho­dów trzech milio­nów ludzi i wyzie­wów upra­wia­nej na skalę prze­my­słową rzezi, która była zna­kiem fir­mo­wym naszej epoki. Być może, Drogi Czy­tel­niku, w Two­ich cza­sach sprawy mają się jesz­cze gorzej, ale, doprawdy, nie wyobra­żam sobie tego.

Dic­kens przy­słał mi wia­do­mość: pro­sił o spo­tka­nie o ósmej wie­czo­rem w gospo­dzie "Blue Posts" przy Cork Street, gdzie zamie­rzał pod­jąć mnie kola­cją. Zazna­czył rów­nież, że powi­nie­nem wło­żyć solidne buty, czeka nas bowiem "nocna wyprawa w związku z naszym przy­ja­cie­lem, panem D.".

Mimo że wcze­śniej tego dnia nie czu­łem się naj­le­piej (upał czę­sto nasila objawy poda­gry), przy­by­łem do "Blue Posts" o umó­wio­nej godzi­nie. Dic­kens cze­kał przy wej­ściu. Objął mnie i wykrzyk­nął:

- Jakże się cie­szę, że cię widzę, mój drogi Wil­kie! Ostat­nio jestem taki zapra­co­wany... Bra­kuje mi w Gad's Hill two­jego towa­rzy­stwa.

Kola­cja była obfita, nie­śpieszna i wyśmie­nita, uzu­peł­niona świet­nym piwem i winem. Roz­mowa - co natu­ralne - kon­cen­tro­wała się głów­nie na Dic­ken­sie, ale była przy tym cha­otyczna i oży­wiona jak kon­wer­sa­cje z Nie­zrów­na­nym za jego naj­lep­szych cza­sów. Powie­dział, że na początku wrze­śnia powi­nien skoń­czyć Naszego wspól­nego przy­ja­ciela i że jego ostat­nie odcinki z pew­no­ścią przy­niosą wzrost sprze­daży "All the Year Round".

Po kola­cji poje­cha­li­śmy na poste­ru­nek poli­cji przy Leman Street.

- Pamię­tasz inspek­tora Char­lesa Fre­de­ricka Fielda? - zapy­tał mnie Dic­kens, gdy nasz pojazd, tur­ko­cząc, zmie­rzał na poste­ru­nek.

- Ależ oczy­wi­ście! Pra­co­wał w wydziale śled­czym Sco­tland Yardu. Pozna­li­ście się parę lat temu, przy oka­zji gro­ma­dze­nia mate­ria­łów do "House­hold Words". Towa­rzy­szył nam pod­czas wycieczki po... hm... mniej repre­zen­ta­cyj­nych rejo­nach Whi­te­cha­pel.

Nie wspo­mnia­łem o tym, że moim zda­niem Dic­kens spor­tre­to­wał Fielda w Samotni, w oso­bie inspek­tora Buc­keta. Nad­mierna pew­ność sie­bie, spo­kojna świa­do­mość domi­na­cji nad ban­dy­tami i kobie­tami lek­kich oby­cza­jów, któ­rych spo­tka­li­śmy w Whi­te­cha­pel w tamtą długą noc, a także umie­jęt­ność zła­pa­nia dru­giego czło­wieka za łokieć żela­znym uści­skiem, z któ­rego nie spo­sób się wyrwać, i wypro­wa­dze­nia go w pożą­da­nym kie­runku... Wszyst­kie talenty nie­okrze­sa­nego Buc­keta zostały zaczerp­nięte z postaci praw­dzi­wego inspek­tora Fielda.

- Był naszym anio­łem stró­żem pod­czas wędrówki po Hade­sie - doda­łem.

- W rze­czy samej, mój drogi Wil­kie - rzekł Dic­kens, gdy wysie­dli­śmy z dorożki. - A ponie­waż odszedł już na eme­ry­turę i pochła­niają go nowe przed­się­wzię­cia, z praw­dziwą przy­jem­no­ścią przed­sta­wiam ci naszego nowego anioła stróża.

Męż­czy­zna, który cze­kał na nas pod gazową latar­nią nie­opo­dal poste­runku, bar­dziej przy­po­mi­nał kawał muru niż żywego czło­wieka. Mimo upału miał na sobie gruby płaszcz, z rodzaju tych, jakie austra­lij­scy albo ame­ry­kań­scy kow­boje noszą na ryci­nach w gro­szo­wych powie­ściach. Na jego dużej gło­wie tkwił melo­nik, mocno osa­dzony na gęstej, krę­co­nej czu­pry­nie. Całe ciało męż­czy­zny było wręcz nie­do­rzecz­nie sze­ro­kie i kwa­dra­towe, jak gra­ni­towy postu­ment pod kan­cia­sty blok kamie­nia, w któ­rym wykuto jego głowę i twarz. Miał małe oczy i pro­sty nos, jakby wyrzeź­biony w tym samym kamie­niu co reszta twa­rzy. Usta były wyrytą w kamie­niu cienką kre­chą. Kark śred­nicą nie­mal dorów­ny­wał melo­nikowi. Dło­nie nie­zna­jo­mego były trzy­kroć więk­sze od moich.

Char­les Dic­kens mie­rzył pięć stóp i dzie­więć cali, ja o kilka cali mniej. Olbrzym w sza­rym kow­boj­skim płasz­czu był chyba z osiem cali wyż­szy od Dic­kensa.

- Wil­kie, oto były sier­żant Hib­bert Aloy­sius Hat­chery - przed­sta­wił mi go pisarz, szcze­rząc zęby w gęstej bro­dzie. - Detek­ty­wie Hat­chery, mam przy­jem­ność przed­sta­wić panu mojego bez­cen­nego współ­pra­cow­nika, uta­len­to­wa­nego pisa­rza i, tak jak ja, poszu­ki­wa­cza pana Dro­oda: oto wiel­możny pan Wil­kie Col­lins.

- Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie - powie­działa góru­jąca nad nami ściana. - Może pan mówić do mnie "Hib", jeśli taka pań­ska wola, panie Col­lins.

- Hib - powtó­rzy­łem tępo.

Na szczę­ście, olbrzym tylko uchy­lił melo­nika. Na myśl o tym, że jego olbrzy­mie łap­sko mogłoby mi zmiaż­dżyć wszyst­kie kości dłoni, nogi się pode mną ugięły.

- Mój ojciec, człek mądry, choć nie uczony, jeśli wie­cie pano­wie, co mam na myśli, był świę­cie prze­ko­nany, że imię Hib­bert znaj­duje się w Biblii - cią­gnął tym­cza­sem Hat­chery. - Nie­stety, mylił się. Nie wystę­puje nawet jako nazwa miej­sca, w któ­rym Hebraj­czycy wypo­czy­wali po tru­dach wędrówki.

- Detek­tyw Hat­chery był przez kilka lat sier­żan­tem lon­dyń­skiej poli­cji, póź­niej jed­nak został... hm... urlo­po­wany i pro­wa­dzi pry­watną prak­tykę detek­ty­wi­styczną - wyja­śnił Dic­kens. - Być może, za rok czy dwa dołą­czy do ekipy docho­dze­nio­wej Sco­tland Yardu, na razie jed­nak wygląda na to, że samo­za­trud­nie­nie jest bar­dziej opła­calne.

- Pry­watny detek­tyw... - mruk­ną­łem pod nosem.

Taka idea miała ogromny poten­cjał. Posta­no­wi­łem ją zapa­mię­tać; jak może wiesz, mój przy­szły Czy­tel­niku (choć myśle­nie takie może mi być poczy­tane za nie­skrom­ność), póź­niej wyko­rzy­sta­łem postać pry­wat­nego detek­tywa w Kamie­niu Księ­ży­co­wym.

- Więc wziął pan sobie wolne, detek­ty­wie Hat­chery? - upew­ni­łem się. - Taka... poli­cyjna odmiana urlopu nauko­wego, można powie­dzieć?

- W pew­nym sen­sie - przy­tak­nął basem olbrzym. - Popro­szono mnie, żebym zro­bił sobie roczną prze­rwę ze względu na nie­re­gu­la­mi­nowe trak­to­wa­nie kry­mi­na­li­stów pod­czas peł­nie­nia obo­wiąz­ków służ­bo­wych. Kapi­tan uznał, że lepiej będzie dla mnie i dla poli­cji, jeśli przez parę mie­sięcy popra­cuję na wła­sny rachu­nek.

- Nie­re­gu­la­mi­nowe trak­to­wa­nie... - powtó­rzy­łem.

Dic­kens pokle­pał mnie po ple­cach.

- Aresz­tu­jąc wspo­mnia­nego przed chwilą kry­mi­na­li­stę - bez­czel­nego wła­my­wa­cza, który wyspe­cja­li­zo­wał się w dzien­nych napa­ściach na star­sze miesz­kanki Whi­te­cha­pel - detek­tyw Hat­chery przy­pad­kowo prze­trą­cił mu kark. O dziwo, zło­dziej prze­żył, ale od tam­tej pory rodzina musi go wszę­dzie nosić w koszu. Dla spo­łe­czeń­stwa to żadna strata, w dodatku zwy­kła rzecz, która cza­sem się zda­rza, jak zapew­nili mnie inspek­tor Field i jego kole­dzy po fachu, ale wraż­liwcy z "Pun­cha" i innych, mniej wpły­wo­wych gazet, zro­bili z igły widły. Takim oto szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści detek­tyw Hat­chery może nam poświę­cić swój czas i towa­rzy­szyć nam dzi­siaj w noc­nej wędrówce po Wiel­kim Piecu!

Hat­chery wyjął spod płasz­cza latar­nię, która w jego olbrzy­miej dłoni bar­dziej przy­po­mi­nała zega­rek kie­szon­kowy.

- Będę szedł za panami, posta­ram się jed­nak pozo­stać nie­wi­doczny i nie­sły­szalny, dopóki nie będę potrzebny.

***

Pod­czas kola­cji spadł deszcz, który tylko zagę­ścił i tak już duszne powie­trze. Pan Nie­zrów­nany pro­wa­dził, narzu­ca­jąc swoje tra­dy­cyj­nie nie­do­rzeczne tempo mar­szu, czyli co naj­mniej cztery mile na godzinę. Jak wie­dzia­łem z wła­snego bole­snego doświad­cze­nia, mógł tak masze­ro­wać całymi godzi­nami. Z tru­dem dotrzy­my­wa­łem mu kroku. Hat­chery podą­żał za nami bez­gło­śnie w odle­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków, jak lita ściana mgły.

Porzu­ci­li­śmy sze­ro­kie ulice i - z Dic­ken­sem na czele - zagłę­bi­li­śmy się w labi­rynt coraz węż­szych i coraz ciem­niej­szych zauł­ków i zaka­mar­ków. A Dic­kens pro­wa­dził bez waha­nia: po wielu noc­nych eska­pa­dach znał te paskudne oko­lice na pamięć. Ja wie­dzia­łem tylko tyle, że znaj­du­jemy się gdzieś na wschód od Fal­con Squ­are. Pamię­ta­łem tę oko­licę, choć słabo, z poprzed­nich wypraw w towa­rzy­stwie Dic­kensa do lon­dyń­skiego pół­światka: Whi­te­cha­pel, Sha­dwell, Wap­ping - tych rejo­nów mia­sta dżen­tel­men powi­nien uni­kać, chyba że szu­kał kobiet naj­po­dlej­szej pro­we­nien­cji. Wyda­wało mi się, że zmie­rzamy w stronę przy­stani. Bijący od Tamizy odór nasi­lał się z każ­dym mrocz­nym, wąskim kwar­ta­łem zabu­do­wań, który mija­li­śmy, zagłę­bia­jąc się w ten szczu­rzy labi­rynt. Domy wyglą­dały tu tak, jakby cof­nęły się do cza­sów śre­dnio­wie­cza, kiedy mroczny, opa­sły i zże­rany zarazą Lon­dyn był obwie­dziony wyso­kim murem; po obu stro­nach uli­czek bez chod­ni­ków wie­kowe kon­struk­cje pochy­lały się i zwie­szały nad naszymi gło­wami, nie­mal zasła­nia­jąc niebo.

- Mamy jakiś cel? - spy­ta­łem Dic­kensa szep­tem.

Uliczka, na któ­rej się znaj­do­wa­li­śmy, była cał­kiem wymarła, czu­łem jed­nak na sobie spoj­rze­nie oczu śle­dzą­cych nas zza zamknię­tych okien­nic i z giną­cych w mroku zauł­ków. Nie chcia­łem, żeby ktoś mnie usły­szał, ale nawet mój szept musiał się nieść jak wystrzał w tym gęstym, nie­ru­cho­mym powie­trzu.

- Blu­egate Fields - odparł Dic­kens.

Mosiężne oku­cie gru­bej laski - którą, jak zauwa­ży­łem, zabie­rał ze sobą wyłącz­nie na takie nocne eska­pady po swoim Babi­lo­nie - co trzy kroki stu­kało dono­śnie na potrza­ska­nym bruku.

- Cza­sem nazy­wamy to miej­sce Tiger Bay, pro­szę pana - pod­szep­nął głos z ciem­no­ści za naszymi ple­cami.

Aż pod­sko­czy­łem. Na śmierć zapo­mnia­łem, że towa­rzy­szy nam detek­tyw Hat­chery.

Prze­cię­li­śmy jakąś szer­szą arte­rię (Brun­swick Street, jeśli się nie mylę), która wcale nie była czyst­sza ani lepiej oświe­tlona od prze­żar­tych zgni­li­zną slum­sów po obu jej stro­nach, i znów zna­leź­li­śmy się w cia­snym labi­ryn­cie o prze­wie­szo­nych ścia­nach. Stło­czone kamie­nice pię­trzyły się wysoko - oprócz nie­licz­nych ruin, które zmie­niły się w sterty drewna i kamieni, ale nawet tam, wśród zgliszcz i ruder, wyczu­wa­łem mroczne cie­nie, poru­sza­jące się i obser­wu­jące. Dic­kens prze­pro­wa­dził nas po wąskim, spróch­nia­łym mostku nad cuch­ną­cym dopły­wem Tamizy. (Powi­nie­nem w tym miej­scu nad­mie­nić, Drogi Czy­tel­niku, że był to rok, w któ­rym książę Walii uro­czy­ście prze­krę­cił zawór otwie­ra­jący główny kanał ście­kowy w Cros­sness, koń­cząc w ten spo­sób pierw­szy etap budowy nowo­cze­snej kana­li­za­cji miej­skiej, zapro­jek­to­wa­nej przez Jose­pha Bal­za­gette'a. Na cere­mo­nię przy­był kwiat angiel­skiej ary­sto­kra­cji i ducho­wień­stwa. Daruję sobie jed­nak sub­tel­no­ści i przy­po­mnę przy tej oka­zji, że zarówno główny kanał, jak i jego przy­szłe odga­łę­zie­nia oraz wszyst­kie stare dopływy i zabyt­kowe rynsz­toki bar­dzo długo jesz­cze odpro­wa­dzały do Tamizy rzekę nie­oczysz­czo­nych odcho­dów).

Im gorzej wyglą­dały dziel­nice, przez które szli­śmy, tym wię­cej spo­ty­ka­li­śmy ludzi; grupki męż­czyzn (czy raczej - zlepki cieni) stały na skrzy­żo­wa­niach, w bra­mach, na pustych par­ce­lach. Postu­ku­jący laską Dic­kens szedł, trzy­ma­jąc się środka uli­czek, żeby lepiej widzieć dziury w bruku i kałuże cuch­ną­cej wody, i sku­tecz­nie ich uni­kać. Wyda­wało się, że nie zwraca uwagi na zło­wro­gie szepty i prze­kleń­stwa mija­nych prze­chod­niów.

W końcu jedno takie sku­pi­sko poszar­pa­nych cieni ode­rwało się od litej ciem­nej plamy nie­oświe­tlo­nego budynku i zastą­piło nam drogę. Dic­kens bez waha­nia wyszedł im na spo­tka­nie, jakby to były dzieci, które zaraz popro­szą go o auto­graf, zauwa­ży­łem jed­nak, że ina­czej chwy­cił laskę: teraz jej masywna główka (mająca kształt pta­siego łba, jeśli się nie mylę) wysta­wała mu z dłoni, skie­ro­wana na zewnątrz.

Serce waliło mi jak mło­tem, nie­wiele bra­ko­wało, żeby nogi się pode mną ugięły, gdy Dic­kens pro­wa­dził mnie wprost na czarny mur groź­nych zbi­rów. Wtedy jed­nak inny mur - szary, w melo­niku na gło­wie - wyprze­dził mnie, zrów­nał się z Dic­kensem i prze­mó­wił cichym gło­sem Hat­chery'ego:

- Odsuń­cie się, chłopcy. Ucie­kaj­cie do swo­ich nor. Prze­puść­cie tych dżen­tel­me­nów i nie oglą­daj­cie się za nimi. Ale już!

W przy­ćmio­nym świe­tle nie­sio­nej przez detek­tywa latarni zauwa­ży­łem, że prawą ręką sięga pod luźne poły płasz­cza. Co tam trzy­mał? Pisto­let? Wąt­pię. Naj­praw­do­po­dob­niej obitą oło­wiem pałkę. Może także kaj­danki. Ota­cza­jące nas ze wszyst­kich stron opryszki na pewno to wie­działy.

Krąg męż­czyzn roz­pły­nął się tak samo szybko, jak przed­tem ufor­mo­wał. Spo­dzie­wa­łem się, że obrzucą nas jesz­cze kamie­niami lub gru­dami gnoju, ale kiedy ich mija­li­śmy, dole­ciało nas tylko kilka nie­wy­raź­nych prze­kleństw. Hat­chery wto­pił się w mrok za naszymi ple­cami i Dic­kens mógł kon­ty­nu­ować odmie­rzany stu­ko­tem laski marsz w kie­runku - jak mi się wyda­wało - połu­dnio­wym.

Zna­leź­li­śmy się na tere­nie rzą­dzo­nym przez pro­sty­tutki i ich wła­ści­cieli, który wydał mi się zna­jomy z cza­sów stu­denc­kich. Ulica pre­zen­to­wała się znacz­nie lepiej niż więk­szość tych, które prze­mie­rza­li­śmy przez ostat­nie pół godziny. Przez zamknięte okien­nice na pię­trach sączyło się słabe świa­tło. Przy­pad­kowy prze­cho­dzień mógłby pomy­śleć, że tra­fił do dziel­nicy ciężko pra­cu­ją­cych mecha­ni­ków i robot­ni­ków fabrycz­nych - gdyby nie przy­tła­cza­jący bez­ruch jej miesz­ka­nek: na scho­dach, bal­ko­nach i popę­ka­nych kamien­nych blo­kach uda­ją­cych chod­niki zbie­rały się grupki mło­dych kobiet (widzie­li­śmy je w poświa­cie nie­za­mknię­tych okien na par­te­rze), w więk­szo­ści naj­wy­żej osiem­na­sto­let­nich; zda­rzały się wśród nich nawet dziew­czyny czter­na­sto­let­nie i młod­sze.

Zamiast roz­pro­szyć się na widok detek­tywa Hat­chery'ego, nawo­ły­wały go cichymi, po dziew­czę­cemu zwod­ni­czymi gło­sami:

- Cześć, Hib­bert, przy­pro­wa­dzi­łeś nam klien­tów?

- Chodź no tu, Hib, ty stary kogu­ciku. Zaba­wimy się.

- Ależ skąd, panie wła­dzo, te drzwi wcale nie są zamknięte. Tak samo zresztą jak i drzwi do naszych poko­jów.

Hat­chery kwi­to­wał ich odzywki swo­bod­nym śmie­chem.

- Wiem, Mary, wiem, twoje drzwi są zawsze otwarte, cho­ciaż wcale nie powinny. Zacho­wuj­cie się, dziew­częta, ci pano­wie nie są zain­te­re­so­wani tym, co sprze­da­je­cie. Nie dzi­siaj.

Co wcale nie musiało być prawdą. Przy­sta­nę­li­śmy z Dic­ken­sem obok jed­nej z tych mło­dych kobiet, na oko sądząc sie­dem­na­sto­let­niej. Stała oparta o balu­stradę i tak­so­wała nas wzro­kiem. Miała kształtną figurę, krótką ciemną spód­nicę i głę­boko wycięty gor­set. Widząc, że zwró­ciła uwagę Dic­kensa, posłała mu sze­roki uśmiech, odsła­nia­jący poważne braki w uzę­bie­niu.

- Szu­kasz toniu, kotku?

- Toniu? - Dic­kens zer­k­nął na mnie kątem oka. Nie posia­dał się z ucie­chy. - Nie, moja droga. Dla­czego myślisz, że przy­sze­dłem po tytoń?

- Dla­tego, że gdy­byś chciał go dostać, to ja go mam: w prym­kach, liściach, cyga­rach i w każ­dej innej moż­li­wej postaci. Służę, czym­kol­wiek zechcesz. Musisz tylko wejść do środka.

Uśmiech Dic­kensa nieco zbladł. Pisarz obiema rękami wsparł się na lasce.

- Panienko... - powie­dział, zni­ża­jąc głos. - Myśla­łaś kie­dyś o tym, żeby zmie­nić swoje życie? Żeby porzu­cić... - Jego biała ręka­wiczka wyraź­nie odci­nała się na tle czerni, gdy sze­ro­kim gestem ogar­nął ciche domy, mil­czący tłu­mek dziew­cząt, zapusz­czoną ulicę, grupkę twar­dych, nie­bez­piecz­nych męż­czyzn, któ­rzy niczym sfora wil­ków przy­cza­ili się poza krę­giem świa­tła. - Żeby porzu­cić swoją dotych­cza­sową egzy­sten­cję?

Jego roz­mów­czyni par­sk­nęła śmie­chem przez poła­mane i zepsute zęby, ale nie był to dziew­częcy śmiech, lecz gorzka zapo­wiedź char­ko­tli­wego rechotu scho­ro­wa­nej sta­ru­chy.

- Porzu­cić swoje życie, kocha­niutki? A może ty porzu­cisz swoje, hę? Wystar­czy, że cof­niesz się kawa­łek, tam, gdzie stoi Ron­nie z chło­pa­kami.

- W twoim nie ma nadziei - odparł Dic­kens. - Nie ma przy­szło­ści. Ist­nieją prze­cież domy dla kobiet upa­dłych, sam pomo­głem jeden taki utwo­rzyć i nim zarzą­dzać, przy Bro­ad­sta­irs, gdzie...

- Ja nie upa­dam. Chyba że na grzbiet, ale to tylko za odpo­wied­nią opłatą. - Dziew­czyna prze­nio­sła wzrok na mnie. - A ty, mały czło­wieczku? W tobie jesz­cze tli się jakieś życie. Nie wpadł­byś do mnie na prymkę toniu, zanim stary Hat­chery zacznie się krzy­wić?

Odkaszl­ną­łem. Muszę się przed Tobą przy­znać, Drogi Czy­tel­niku, że wyraź­nie czu­łem ema­nu­jący z dziew­czyny urok; nie odstra­szał mnie upał, wszech­obecny smród, spoj­rze­nia moich towa­rzy­szy ani nawet jej krzywy uśmiech i koślawy język.

- Chodź, Wil­kie - zarzą­dził Dic­kens. Odwró­cił się na pię­cie i zaczął odda­lać. - Tra­cimy tylko czas.

***

- Char­le­sie... - ode­zwa­łem się, gdy poko­na­li­śmy następną wąską, skrzy­piącą kładkę nad jed­nym z wielu nie­mi­ło­sier­nie cuch­ną­cych stru­mieni. Uliczki w tej oko­licy były jesz­cze węż­sze od tych, po któ­rych błą­ka­li­śmy się wcze­śniej, a domy jesz­cze star­sze. - Wybacz, ale muszę o to zapy­tać: czy ta nasza... wycieczka... ma coś wspól­nego z twoim tajem­ni­czym panem Dro­odem?

Dic­kens zatrzy­mał się i oparł ciężko na lasce.

- Jak naj­bar­dziej, mój drogi Wil­kie. Powi­nie­nem ci był o tym wspo­mnieć przy kola­cji. W tym wzglę­dzie pan Hat­chery wyświad­czył nam znacz­nie więk­szą przy­sługę, niż tylko eskor­to­wa­nie nas pod­czas wędrówki przez tę... nie­sto­sowną dziel­nicę. Już od dłuż­szego czasu jest moim pra­cow­ni­kiem i umie­jęt­nie wyko­rzy­stuje swoje detek­ty­wi­styczne talenty. - Odwró­cił się do masyw­nej syl­wetki, która wła­śnie się z nami zrów­nała. - Detek­ty­wie Hat­chery, czy byłby pan łaskaw zapo­znać pana Col­linsa ze swo­imi dotych­cza­so­wymi odkry­ciami?

- Natu­ral­nie, sza­nowny panie. - Hat­chery zdjął melo­nik, podra­pał się po czaszce ukry­tej w gąsz­czu loków i wci­snąw­szy nakry­cie głowy na miej­sce, zwró­cił się do mnie: - Przez ostat­nie dzie­sięć dni spraw­dza­łem toż­sa­mość pasa­że­rów kupu­ją­cych w dniu kata­strofy bilety kole­jowe w Fol­ke­stone i na innych przy­stan­kach leżą­cych na dro­dze do Lon­dynu, mimo że eks­pres odjeż­dża­jący w porze przy­pływu ni­gdzie się po dro­dze nie zatrzy­muje. Roz­py­ta­łem się rów­nież dys­kret­nie wśród pasa­że­rów owego pociągu, straż­ni­ków peł­nią­cych wów­czas służbę, kon­duk­to­rów i reszty obsługi. Oka­zuje się, panie Col­lins, że w chwili wypadku żaden czło­wiek przed­sta­wia­jący się jako Drood ani odpo­wia­da­jący nader nie­zwy­kłemu ryso­pi­sowi, który dosta­łem od pana Dic­kensa, nie miał biletu na prze­jazd i nie podró­żo­wał żad­nym z wago­nów pasa­żer­skich.

Spoj­rza­łem na maja­czą­cego mi w pół­mroku Dic­kensa.

- To zna­czy, że albo Drood jest miesz­kań­cem Sta­ple­hurst, albo w ogóle nie ist­nieje - skon­sta­to­wa­łem.

Dic­kens tylko pokrę­cił głową i gestem dał Hat­chery'emu znać, żeby mówił dalej.

- W dru­gim wago­nie pocz­to­wym znaj­do­wały się trzy prze­wo­żone do Lon­dynu trumny - cią­gnął detek­tyw. - Dwie z nich zała­do­wano do pociągu już wcze­śniej, trze­cia zaś przy­była do Fol­ke­stone na pokła­dzie tego samego promu, któ­rym podró­żo­wał pan Dic­kens i jego... towa­rzy­sze. Z doku­men­ta­cji kole­jo­wej wynika, że tę trze­cią trumnę, dostar­czoną tego samego dnia z Fran­cji (cho­ciaż bez poda­nia kon­kret­nego miej­sca pocho­dze­nia), miał ode­brać w Lon­dy­nie nie­jaki pan Drood. Jego imie­nia w doku­men­tach nie podano.

Zadu­ma­łem się nad jego sło­wami. Od strony domów publicz­nych za naszymi ple­cami dobie­gały stłu­mione pokrzy­ki­wa­nia.

- Myślisz, że Drood podró­żo­wał w jed­nej z tych tru­mien? - spy­ta­łem Dic­kensa.

Roze­śmiał się w odpo­wie­dzi, z zachwy­tem i szczerą ucie­chą, jak mi się wyda­wało.

- Ależ oczy­wi­ście, mój drogi Wil­kie! Tak się składa, że drugi wagon pocz­towy wyko­leił się, powo­du­jąc wysy­pa­nie się wszyst­kich paczek, wor­ków oraz, tak, tak, tru­mien, ale nie spadł z mostu w głąb wąwozu. To wyja­śnia, dla­czego chwilę póź­niej Drood scho­dził razem ze mną po skar­pie.

Pokrę­ci­łem głową.

- Ale dla­czego miałby podró­żo­wać w... trum­nie, na Boga?! Prze­cież to wycho­dzi dro­żej niż bilet pierw­szej klasy!

- Nieco taniej, sza­nowny panie, nieco taniej - wtrą­cił Hat­chery. - Spraw­dzi­łem. Za prze­wóz zmar­łego płaci się tro­chę mniej niż za prze­jazd w pierw­szej kla­sie. Nie­wiele, ale zawsze to parę szy­lin­gów róż­nicy.

Na­dal nic z tego nie rozu­mia­łem.

- Nie suge­ru­jesz chyba, Char­le­sie, że dzi­wacz­nie wyglą­da­jący pan Drood jest... czym wła­ści­wie? Duchem? Ghu­lem? Żywym tru­pem?

Dic­kens znów par­sk­nął śmie­chem, chyba jesz­cze bar­dziej swo­bod­nym niż przed chwilą.

- Doprawdy, mój drogi Wil­kie... Wyobraź sobie, że jesteś prze­stępcą zna­nym poli­cji w naszych por­tach i w głębi kraju. W jaki spo­sób naj­ła­twiej i naj­sku­tecz­niej prze­my­cił­byś się z powro­tem z Fran­cji do Lon­dynu?

Teraz to ja się roze­śmia­łem, choć - zapew­niam Cię, Drogi Czy­tel­niku, nie było mi do śmie­chu.

- Na pewno nie w trum­nie. Z Fran­cji?! To... nie­wy­obra­żalne!

- Nie prze­sa­dzaj, mój chłop­cze, to zale­d­wie kilka godzin nie­wy­gód. I to nie­wiele więk­szych, niż zwy­kła podróż pro­mem i pocią­giem w dzi­siej­szych cza­sach, jeśli mam być szczery. A komu by się chciało spraw­dzać trumnę z gni­ją­cymi w niej od tygo­dnia zwło­kami?

- A czy Drood wyglą­dał, jakby gnił od tygo­dnia?

Dic­kens zbył mnie pstryk­nię­ciem pal­ców, jak­bym opo­wie­dział dow­cip.

- Dla­czego idziemy w stronę portu? - spy­ta­łem. - Czyżby detek­ty­wowi Hat­chery'emu udało się usta­lić, gdzie trumna pana Dro­oda została wyrzu­cona na brzeg?

- Prawdę mówiąc, śledz­two w tym rejo­nie mia­sta dopro­wa­dziło mnie do kilku osób, które twier­dzą, że znają Dro­oda - odparł Hat­chery. - Albo znały. Albo pro­wa­dziły z nim inte­resy. Dla­tego wła­śnie tam się uda­jemy.

- Nie traćmy zatem czasu - pona­glił nas Dic­kens.

Hat­chery pod­niósł wielką jak bochen rękę, jakby zatrzy­my­wał ruch na Stran­dzie.

- Czuję się w obo­wiązku zwró­cić panom uwagę, że wkra­czamy teraz do wła­ści­wego Blu­egate Fields, cho­ciaż oko­lica nie zasłu­guje by­naj­mniej na nazwa­nie jej "wła­ściwą". Ofi­cjal­nie nie ma jej nawet na pla­nie mia­sta, podob­nie zresztą jak New Court, które jest naszym celem. To nie­bez­pieczne miej­sce dla dżen­tel­me­nów. Tam, dokąd się uda­jemy, nie bra­kuje ludzi, któ­rzy byliby gotowi zabić was w jed­nej chwili.

Dic­kens par­sk­nął śmie­chem.

- Podob­nie jak te ban­dziory, któ­rych nie­dawno spo­tka­li­śmy. Co takiego szcze­gól­nego jest w Blu­egate Fields, mój drogi Hat­chery?

- Róż­nica polega na tym, sza­nowny panie, że ci, któ­rych spo­tka­li­śmy, zabra­liby panu port­fel i porzu­cili na ulicy pobi­tego do nie­przy­tom­no­ści, może nawet na śmierć, to prawda. Jed­nakże ci, któ­rzy cze­kają w Blu­egate Fields... Oni pode­rżną panu gar­dło tylko po to, żeby spraw­dzić, czy im brzy­twa nie stę­piała.

Spoj­rza­łem na Dic­kensa.

- Tra­fiają się poje­dyn­czy laska­rzy, Hin­dusi, Ben­gal­czycy - cią­gnął Hat­chery. - Chiń­czy­ków jest na kopy, podob­nie jak Irland­czy­ków, Niem­ców i innych mętów, głów­nie mary­na­rzy, któ­rzy po zej­ściu na ląd szu­kają kobity, ale to Angli­ków trzeba się wystrze­gać w Blu­egate Fields, pano­wie. Chiń­czycy i inni cudzo­ziemcy nie jedzą, nie śpią i pra­wie nie mówią, inte­re­suje ich tylko opium, ale tutejsi Anglicy... To wyjąt­kowo bru­talne ban­dziory, panie Dic­kens. Wyjąt­kowo bru­talne.

Dic­kens jesz­cze raz się roze­śmiał. Można by pomy­śleć, że jest mocno wsta­wiony, ale wie­dzia­łem, że do kola­cji wypił tylko tro­chę wina i porto. To był raczej bez­tro­ski śmiech dziecka.

- Wygląda więc na to, że znów musimy zło­żyć nasz los w pań­skie ręce, inspek­to­rze.

Zwró­ci­łem uwagę, że Dic­kens awan­so­wał naszego detek­tywa na inspek­tora. Sądząc po tym, jak eskor­tu­jący nas olbrzym zawsty­dził się i prze­stą­pił z nogi na nogę, on rów­nież tak odczy­tał jego słowa.

- Jak pan sobie życzy. Pozwolą pano­wie, że teraz to ja popro­wa­dzę. Radzę się trzy­mać bli­sko mnie.

***

Więk­szość ulic, które dotych­czas prze­mie­rzy­li­śmy, nie miała nazw. Labi­rynt Blu­egate Fields był jesz­cze bar­dziej cha­otyczny, ale wyglą­dało na to, że Hat­chery dokład­nie wie, dokąd idzie. Nawet dotrzy­mu­jący mu kroku Dic­kens spra­wiał wra­że­nie zagu­bio­nego, a na moje wyra­żone szep­tem wąt­pli­wo­ści detek­tyw odpo­wie­dział, nie zni­ża­jąc by­naj­mniej głosu, wymie­nie­niem kilku cha­rak­te­ry­stycz­nych punk­tów orien­ta­cyj­nych, które albo już minę­li­śmy, albo mie­li­śmy nie­długo zoba­czyć: kościół St. Geo­rge's-in-the-East (nie przy­po­mi­na­łem sobie, żeby­śmy koło niego prze­cho­dzili), Geo­rge Street, Rose­mary Lane, Cable Street, Knock Fer­gus, Black Lane, New Road i Royal Mint Street. Żad­nej z tych nazw nie widzia­łem wypi­sa­nej na tabliczce.

Przy New Court skrę­ci­li­śmy z cuch­ną­cej ulicy na pogrą­żone w ciem­no­ściach podwórko, gdzie naszym jedy­nym źró­dłem świa­tła była latar­nia Hat­chery'ego, i przez otwór, który bar­dziej przy­po­mi­nał zwy­kłą dziurę w murze niż drzwi z praw­dzi­wego zda­rze­nia, zagłę­bi­li­śmy się w ciąg podob­nych podwó­rzy. Domy wyglą­dały na nie­za­miesz­kane, domy­ślam się jed­nak, że po pro­stu miały okna poza­sła­niane gru­bymi okien­ni­cami. Bruk się skoń­czył i pod nogami mla­skały nam ścieki i rzeczny muł.

Dic­kens zatrzy­mał się przy otwo­rze, który w prze­szło­ści musiał być sze­ro­kim oknem w śle­pej poza tym ścia­nie budynku, lecz z cza­sem zmie­nił się w pod­kre­śloną para­pe­tem ciemną cze­luść.

- Hat­chery? Popro­szę lampę.

Sto­żek świa­tła z przy­sło­nię­tej latarni oświe­tlił trzy bia­ławe bez­kształtne grudy na spę­ka­nym kamien­nym para­pe­cie; w pierw­szej chwili dał­bym sobie głowę uciąć, że ktoś porzu­cił tam trzy obdarte ze skóry kró­liki. Pod­sze­dłem bli­żej - i natych­miast musia­łem się cof­nąć, zaty­ka­jąc nos chu­s­teczką.

- Nowo­rodki - wyja­śnił Hat­chery. - Ten w środku przy­szedł na świat mar­twy, jak mnie­mam, dwa pozo­stałe zmarły wkrótce po naro­dzi­nach. Nie były tro­jacz­kami; sądząc po robac­twie, śla­dach szczu­rzych zębów i innych ozna­kach, uro­dziły się i umarły w róż­nym cza­sie.

- Na Boga... - stęk­ną­łem przez chu­s­teczkę. Żółć pode­szła mi do gar­dła. - Dla­czego... ktoś je tu pod­rzu­cił?

- Takie samo dobre miej­sce jak każde inne. Cza­sem matki grze­bią je w ziemi. Ubie­rają je w łach­many, nacią­gają jakąś cza­peczkę na główkę i wrzu­cają do Tamizy albo zako­pują na oko­licz­nych podwór­kach. Ale mało która zadaje sobie tyle trudu. Muszą wra­cać do pracy.

- I co, Wil­kie? - Dic­kens odwró­cił się do mnie. - Na­dal kusi cię tamta dzie­wu­cha i jej tytoń?

Nie odpo­wie­dzia­łem. Odsu­ną­łem się jesz­cze o krok i sku­pi­łem na tym, żeby nie zwy­mio­to­wać.

- Widy­wa­łem już takie sceny, Hat­chery - cią­gnął Dic­kens dziw­nie bez­barw­nym i spo­koj­nym gło­sem. - Nie tylko tutaj, pod­czas spa­ce­rów po Wiel­kim Piecu, ale i w dzie­ciń­stwie.

- Doprawdy, sza­nowny panie?

- Wie­lo­krot­nie. Kiedy byłem bar­dzo młody, zanim prze­pro­wa­dzi­li­śmy się z Roche­ster do Lon­dynu, mie­li­śmy słu­żącą, Mary Wel­ler. Zabie­rała mnie cza­sem ze sobą, kiedy szła poma­gać przy któ­rymś z nie­zli­czo­nych poło­gów; pamię­tam, jak moja drobna rączka drżała w jej dużej i stward­nia­łej dłoni. Tyle się napa­trzy­łem, że cza­sem się zasta­na­wiam, czy nie powi­nie­nem był zostać aku­szerką. Te dzieci zwy­kle umie­rały, Hat­chery. Pamię­tam pewien szcze­gól­nie prze­ra­ża­jący poród, w któ­rym zmarła cała piątka... Chyba było ich pię­cioro, cho­ciaż byłem wtedy mały i mogę się mylić, może tylko czworo... Matka zresztą też nie prze­żyła. Maleń­stwa leżały jedno obok dru­giego, na okry­tej czy­stym płót­nem komo­dzie. Wiesz, o czym wtedy myśla­łem, Hat­chery, jako cztero- czy pię­cio­let­nie pacholę?

- Słu­cham pana.

- O świń­skich nóż­kach, tak jak się je cza­sem wysta­wia w schlud­nych jat­kach. Kiedy czło­wiek widzi coś takiego, trudno się opę­dzić od sko­ja­rzeń z ucztą Tyestesa.

- W rze­czy samej - zgo­dził się z Dic­ken­sem Hat­chery.

Dał­bym sobie głowę uciąć, że detek­tyw nie zro­zu­miał nawią­za­nia do kla­syki, ale ja ow­szem. Żółć i wymio­ciny znów wez­brały mi w gar­dle, gro­żąc wybu­chem.

- Wil­kie? - zwró­cił się do mnie Dic­kens. - Daj mi tę chu­s­teczkę, z łaski swo­jej.

Zawa­ha­łem się, ale poda­łem mu chu­s­teczkę, on zaś wyjął swoją - więk­szą i droż­szą, z praw­dzi­wego jedwa­biu - i obiema nakrył trzy nad­gniłe i nad­je­dzone dzie­cięce ciałka. Rogi chu­s­te­czek obcią­żył odłam­kami para­petu.

- Detek­ty­wie Hat­chery? - ode­zwał się i ruszył przed sie­bie, postu­ku­jąc okutą laską. - Zaj­mie się pan nimi?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki