Drogowskazy - Wiktor Osiatyński

-
Proszę czekać

Wstęp

W kwiet­niu 1983 roku mu­sia­łem prze­stać pić. Nie­dłu­go póź­niej tra­fi­łem na pierw­szy mi­tyng Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków. Po pół roku abs­ty­nen­cji po­je­cha­łem na czte­ro­ty­go­dnio­wą ku­ra­cję od­wy­ko­wą. Tam po­zby­łem się wszel­kich złu­dzeń. Prze­ko­na­łem się, że je­stem al­ko­ho­li­kiem i że mu­szę zre­zy­gno­wać z al­ko­ho­lu pod każ­dą po­sta­cią. Do­wie­dzia­łem się, że al­ko­ho­lizm wią­zał się z nie­doj­rza­ło­ścią emo­cjo­nal­ną i bra­kiem pod­sta­wo­wych umie­jęt­no­ści ży­cio­wych, choć­by ta­kich jak roz­po­zna­wa­nie i wy­ra­ża­nie wła­snych uczuć, bez­piecz­ne ra­dze­nie so­bie z lę­kiem, zło­ścią i sa­mot­no­ścią, na­wią­zy­wa­nie i utrzy­my­wa­nie nie­ego­istycz­nych re­la­cji z in­ny­mi ludź­mi oraz wy­zna­cza­nie gra­nic i umie­jęt­ność po­wie­dze­nia "nie". I że bez tych zdol­no­ści trud­no bę­dzie mi za­cho­wać trzeź­wość.

Mia­łem się ich uczyć od nie­pi­ją­cych al­ko­ho­li­ków, przede wszyst­kim na mi­tyn­gach AA oraz w re­la­cjach pry­wat­nych z nimi. Mia­łem prze­ro­bić 12 kro­ków AA i czy­tać li­te­ra­tu­rę aow­ską na te­mat trzeź­wie­nia. Mia­łem rów­nież za­czy­nać dzień od lek­tu­ry co­dzien­nych me­dy­ta­cji dla trzeź­wie­ją­cych al­ko­ho­li­ków, znaj­du­ją­cych się naj­pierw w kil­ku, a póź­niej w kil­ku­na­stu spe­cjal­nie uło­żo­nych ksią­żecz­kach do me­dy­ta­cji.

W ten spo­sób wsze­dłem na dro­gę pro­wa­dzą­cą naj­pierw do co­raz bar­dziej świa­do­mej trzeź­wo­ści, póź­niej do roz­wo­ju emo­cjo­nal­ne­go i du­cho­we­go, a wresz­cie do po­go­dze­nia się w wła­sną prze­szło­ścią i wła­snym ży­ciem. Bar­dzo oso­bi­ste spra­woz­da­nie z tej dro­gi za­war­łem w książ­kach Re­hab, Li­ta­cjaRe­ha­bi­li­ta­cja.

Nig­dy nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że za­sad­ni­cze zna­cze­nie dla mo­jej trzeź­wo­ści i póź­niej­szych zmian mia­ła wspól­no­ta AA i to wszyst­ko, co prze­ży­łem i cze­go do­wie­dzia­łem się na mi­tyn­gach AA, w in­te­rak­cji ze spon­so­ra­mi i in­ny­mi al­ko­ho­li­ka­mi oraz prze­ra­bia­jąc kro­ki AA. Ale nie były to je­dy­ne czyn­ni­ki zmian. Od po­cząt­ku spo­ty­ka­łem lu­dzi, w AA i poza wspól­no­tą, któ­rzy po­ma­ga­li mi ro­zu­mieć al­ko­ho­lizm i trzeź­wość, a tak­że to, jak so­bie z nimi ra­dzić. Czę­sto po­dob­ne zna­cze­nie mia­ły lek­tu­ry - me­dy­ta­cji, ar­ty­ku­łów i ksią­żek o trzeź­wo­ści, a póź­niej - na te­mat uczuć i roz­wo­ju emo­cjo­nal­ne­go, a na­wet tego, po co war­to być trzeź­wym.

Te spo­tka­nia, roz­mo­wy i lek­tu­ry mia­ły cha­rak­ter swe­go ro­dza­ju dro­go­wska­zów, któ­re wska­zy­wa­ły mi kie­ru­nek roz­wo­ju. Po­ma­ga­ły też usu­nąć, a cza­sem obejść, pię­trzą­ce się na dro­dze prze­szko­dy.

W ni­niej­szej książ­ce oma­wiam te dro­go­wska­zy z na­dzie­ją, że Czy­tel­ni­cy rów­nież będą mo­gli zna­leźć w nich in­spi­ra­cję do wła­snych roz­my­ślań i prze­mian. Moje dro­go­wska­zy po­ja­wia­ły się w pew­nym po­rząd­ku chro­no­lo­gicz­nym, któ­ry sta­ram się tu­taj za­cho­wać. Do­bra­łem je jed­nak te­ma­tycz­nie tak, by ła­twiej po­ka­zy­wa­ły, w jaki spo­sób te in­spi­ra­cje kształ­to­wa­ły moje doj­rze­wa­nie, po­sta­wy i po­glą­dy. Za­miesz­czam rów­nież kil­ka wła­snych tek­stów, w któ­rych łą­czę swo­je do­świad­cze­nia z in­spi­ra­cja­mi czer­pa­ny­mi z roz­mów i lek­tur.

Nie­któ­re z tek­stów za­miesz­czo­nych w ni­niej­szej książ­ce były już pu­bli­ko­wa­ne, przede wszyst­kim na ła­mach kwar­tal­ni­ka "ArkA", wy­da­wa­ne­go jako biu­le­tyn dla osób uza­leż­nio­nych i lu­dzi nio­są­cych im po­moc przez Ko­mi­sję Edu­ka­cji w Dzie­dzi­nie Al­ko­ho­li­zmu i In­nych Uza­leż­nień Fun­da­cji im. Ste­fa­na Ba­to­re­go. Ze swej na­tu­ry "ArkA" ma ogra­ni­czo­ny na­kład i za­sięg, wy­da­je mi się więc, że war­to było wyjść z umiesz­czo­ny­mi tam tek­sta­mi do szer­sze­go gro­na czy­tel­ni­ków. Na ich prze­druk - z drob­ny­mi zmia­na­mi re­dak­cyj­ny­mi - wy­ra­zi­ła zgo­dę re­dak­cja pi­sma.

CZĘŚĆ PIERWSZAUzależnienie

Cho­ro­ba i od­po­wie­dzial­nośćROZ­MO­WA Z JO­SE­PHEM C. MAR­TI­NEM

Jo­seph C. Mar­tin (1921-2009) był jed­nym z pierw­szych księ­ży ka­to­lic­kich w USA, któ­ry pu­blicz­nie przy­znał się do al­ko­ho­li­zmu. Roz­głos przy­nio­sła mu se­ria po­pu­lar­nych wy­kła­dów o al­ko­ho­li­zmie (Chalk Talk on Al­co­hol), z któ­rych każ­dy za­czy­nał się sło­wa­mi: "Je­stem Joe Mar­tin, al­ko­ho­lik". Jego wy­kła­dy, na­gra­ne na ta­śmy ma­gne­to­fo­no­we i wi­deo, obie­gły całą Ame­ry­kę i sta­ły się pod­sta­wo­wym na­rzę­dziem wszyst­kich pro­gra­mów te­ra­peu­tycz­nych. W su­mie Jo­seph Mar­tin na­grał po­nad 40 fil­mów edu­ka­cyj­nych na te­mat al­ko­ho­li­zmu. W 1983 roku stwo­rzył wła­sny ośro­dek te­ra­peu­tycz­ny Ash­ley, w któ­rym po­moc uzy­ska­ło po­nad 40 000 osób uza­leż­nio­nych. W 1991 roku zo­stał za­pro­szo­ny przez Jana Paw­ła II do Wa­ty­ka­nu na kon­fe­ren­cję o al­ko­ho­lu i nar­ko­ty­kach. W 1983 roku Jo­seph Mar­tin na za­pro­sze­nie Ko­mi­sji Edu­ka­cji w Dzie­dzi­nie Al­ko­ho­li­zmu od­wie­dził Pol­skę. Spo­ty­kał się z uczest­ni­ka­mi ru­chu AA i pro­fe­sjo­na­li­sta­mi nio­są­cy­mi po­moc oso­bom uza­leż­nio­nym. Wte­dy też prze­pro­wa­dzi­łem z nim roz­mo­wę, któ­rej frag­men­ty pu­bli­ku­ję.

Wik­tor Osia­tyń­ski: Czę­sto ksiądz zwra­ca uwa­gę, że w ne­ga­tyw­nym sto­sun­ku spo­łe­czeń­stwa do al­ko­ho­lu i pi­cia może tkwić nie­bez­pie­czeń­stwo. Ja­kie?

Jo­seph C. Mar­tin: Istot­nie, do­strze­gam nie­bez­pie­czeń­stwo w po­tę­pia­niu sa­me­go al­ko­ho­lu oraz lu­dzi, któ­rzy go uży­wa­ją; mó­wie­nie, że ktoś jest zły dla­te­go, że pije, czę­sto po­wo­du­je moim zda­niem od­wrot­ny sku­tek do za­mie­rzo­ne­go. Za­wsze też za­sta­na­wiam się, co o tym są­dzi Pan Bóg, któ­ry prze­cież to wszyst­ko stwo­rzył. Al­ko­hol, jak wszyst­kie rze­czy, ma swo­ją cenę. Im lep­sza rzecz, tym wyż­sza cena. Przez set­ki lat al­ko­hol był je­dy­nym środ­kiem znie­czu­la­ją­cym, ja­kim dys­po­no­wa­ła ludz­kość. W śre­dnio­wie­czu, gdy ko­muś mia­no am­pu­to­wać nogę z gan­gre­ną, naj­pierw bie­da­ka upi­ja­no do utra­ty świa­do­mo­ści, żeby móc ten za­bieg prze­pro­wa­dzić. Al­ko­hol uśmie­rza bo­wiem ból. Pech chce, że jest on jed­no­cze­śnie sub­stan­cją sil­nie uza­leż­nia­ją­cą. Dla­te­go wła­śnie na 6-7 osób uży­wa­ją­cych re­gu­lar­nie al­ko­ho­lu jed­na prę­dzej czy póź­niej się uza­leż­ni.

Al­ko­hol na­zy­wa­no kie­dyś w Ame­ry­ce "de­mo­nem w bu­tel­ce". Wte­dy, zgod­nie z tą lo­gi­ką, wpro­wa­dzo­no pro­hi­bi­cję - cał­ko­wi­ty za­kaz pro­duk­cji, sprze­da­ży, po­sia­da­nia i pi­cia al­ko­ho­lu. No i do­pie­ro za­czę­ły się pro­ble­my! Za­kaz ma­gicz­nie kusi czło­wie­ka do ła­ma­nia go. Ne­ga­tyw­ny sto­su­nek do al­ko­ho­lu wy­ni­ka czę­sto z oce­ny lu­dzi, któ­rzy się upi­ja­ją i po­tem źle za­cho­wu­ją. Ale prze­cież sko­ro al­ko­hol "usy­pia" na­sze wła­dze umy­sło­we, to nic dziw­ne­go, że wy­piw­szy za dużo wy­ra­bia­my nie­raz ta­kie okrop­ne rze­czy. Je­że­li uwa­żam, że pi­cie al­ko­ho­lu jest grze­chem, to oczy­wi­ście każ­de­go, kto pije, uznam za grzesz­ni­ka. To chy­ba ja­kieś uprosz­cze­nie.

W.O.: Czy za­tem al­ko­ho­lizm bie­rze się z fak­tu, że lu­dzie, któ­rzy piją, czu­ją się win­ni, czu­ją się grzesz­ni­ka­mi?

J.C.M: Nie, nie są­dzę. Oso­bi­ście je­stem prze­ko­na­ny, że ist­nie­ją dwie przy­czy­ny al­ko­ho­li­zmu. Jed­na tkwi w ge­ne­ty­ce - moż­na się uro­dzić z pre­dys­po­zy­cją do uza­leż­nie­nia. Dru­ga przy­czy­na to fakt, że je­że­li ktoś za­cznie uży­wać zbyt dużo i zbyt czę­sto ta­kiej sub­stan­cji, któ­ra ma wła­ści­wość uza­leż­nia­ją­cą, to w koń­cu zo­sta­nie na przy­kład al­ko­ho­li­kiem. War­to za­sta­no­wić się, jak to się dzie­je, że lu­dzie za­czy­na­ją pić dużo i w do­dat­ku czę­sto. Trze­ba przyj­rzeć się spo­łe­czeń­stwu, w któ­rym to się od­by­wa. Być może jest taka tra­dy­cja na­ro­do­wa, taki oby­czaj, taka nor­ma - to wła­śnie w naj­więk­szym stop­niu wy­wo­łu­je al­ko­ho­lizm w da­nym spo­łe­czeń­stwie. Na przy­kład or­to­dok­syj­ni Ży­dzi, a z dru­giej stro­ny Wło­si, do­pusz­cza­ją pi­cie al­ko­ho­lu w świę­ta, w domu, do po­sił­ku, ale nie to­le­ru­ją pi­jań­stwa. Fran­cu­zi z ko­lei do­pusz­cza­ją nie tyl­ko co­dzien­ne uży­cie al­ko­ho­lu, ale rów­nież to­le­ru­ją pi­jań­stwo. Może to tłu­ma­czy, dla­cze­go we Fran­cji jest wię­cej al­ko­ho­li­zmu niż we Wło­szech.

W.O.: Czy to zna­czy, że mimo nie­sku­tecz­no­ści za­ka­zów nie po­win­ni­śmy to­le­ro­wać pi­jań­stwa w pra­cy, na uli­cy, w ży­ciu ro­dzin­nym? Czy pi­jań­stwo na­le­ży po­tę­piać?

J.C.M.: Tak. Cho­ciaż sa­my­mi za­ka­za­mi, a już tym bar­dziej po­tę­pia­niem tych, któ­rzy je ła­mią, nic nie wskó­ra­my. Al­ko­ho­lik nie przej­mu­je się tym, co inni so­bie my­ślą, czy lu­bią, czy nie lu­bią, czy im się coś nie po­do­ba, bo za­wsze może so­bie wy­tłu­ma­czyć, że "ci inni są tacy czy owa­cy". Sku­tecz­ność we wpły­wa­niu na zmia­nę za­cho­wań osób nad­uży­wa­ją­cych al­ko­ho­lu wy­ni­ka nie z tego, co ktoś my­śli, ale z tego, co się robi. Dla­te­go po­tę­pie­nie nie dzia­ła, a sank­cje praw­ne są sku­tecz­ne, zwłasz­cza gdy są po­łą­czo­ne z od­po­wied­nią po­mo­cą te­ra­peu­tycz­ną i wspar­ciem przez trzeź­we oto­cze­nie. Al­ko­ho­lik, albo jesz­cze le­piej każ­dy, kto zna­lazł się na dro­dze pro­wa­dzą­cej do al­ko­ho­li­zmu, po­wi­nien po­no­sić kon­se­kwen­cje swo­ich za­cho­wań al­ko­ho­lo­wych, z któ­ry­mi nie ze­chcą się go­dzić lu­dzie w szko­le, w pra­cy, w ro­dzi­nie. Al­ko­ho­lik bez "wspól­ni­ków" go­to­wych ukry­wać jego eks­ce­sy, spła­cać dłu­gi, da­wać mu pie­nią­dze na piw­ko i pa­pie­ro­sy, li­to­wać się nad nim "jesz­cze ten je­den raz", dłu­go nie po­pi­je. I o to cho­dzi.

W.O.: Co ksiądz mówi ro­dzi­nom na­sto­lat­ków się­ga­ją­cych po al­ko­hol?

J.C.M.: Za­sad­ni­czo ro­dzi­ce po­win­ni prze­ka­zać dzie­ciom ko­mu­ni­kat, że nie­do­zwo­lo­ne jest upi­ja­nie się, a nie samo pi­cie - zwłasz­cza gdy w domu ro­dzi­ce uży­wa­ją al­ko­ho­lu.

W.O.: Jak nie po­zwo­lić dziec­ku się upić?

J.C.M.: Wła­ści­wie nie po­zwo­lić się nie da. Moż­na po­wie­dzieć po pro­stu: "Upi­ja­nie się jest czymś, cze­go się nie robi, cze­go MY w na­szej ro­dzi­nie nie uzna­je­my".

W.O.: A je­śli się zda­rzy, to czy wte­dy się to po­tę­pia? Co mam zro­bić, je­że­li moje dziec­ko przyj­dzie pi­ja­ne?

J.C.M.: Nie po­wi­nie­neś uda­wać, że tego nie wi­dzisz.

W.O.: Po­wi­nie­nem sy­no­wi czy cór­ce otwar­cie po­wie­dzieć: "To mi się nie po­do­ba"?

J.C.M.: Tak. Czy to­le­ro­wał­byś gdy­by twój syn czy cór­ka po­wiedz­my za­ła­twi­li po­trze­bę fi­zjo­lo­gicz­ną na dy­wa­nie w sto­ło­wym po­ko­ju? Nie. Po­wie­dział­byś: "Tego się w na­szym domu nie robi, od tego mamy ubi­ka­cję". Do dziec­ka, któ­re się upi­ło, po­wie­dział­byś: "Hej, upi­ja­nie się jest w na­szym domu nie do przy­ję­cia". Je­że­li to nie po­mo­że i dzie­ciak przy­cho­dzi nadal wsta­wio­ny, to naj­czę­ściej zna­czy, że już się nie może od tego po­wstrzy­mać, że za­czął tra­cić kon­tro­lę.

W.O.: Co wte­dy mam zro­bić?

J.C.M.: Wte­dy sta­rasz się o to, by ktoś fa­cho­wo to oce­nił i po­mógł po­wstrzy­mać dal­sze uza­leż­nie­nie. Cza­sem ozna­cza to roz­mo­wę z do­rad­cą od uza­leż­nień w po­rad­ni dla mło­dzie­ży, może z le­ka­rzem do­mo­wym ro­zu­mie­ją­cym uza­leż­nie­nie. W nie­któ­rych przy­pad­kach roz­mo­wa mło­dzień­co­wi nie wy­star­czy i po­trzeb­na jest ku­ra­cja od­wy­ko­wa. Uza­leż­nie­nie trze­ba po­wstrzy­mać, a jak się to zro­bi, to spra­wa dru­go­rzęd­na. Naj­waż­niej­sza jest kon­fron­ta­cja, a po­tem in­ter­wen­cja. Jako ro­dzic masz wo­bec swe­go dziec­ka nie tyl­ko ta­kie pra­wo, ale i obo­wią­zek.

W.O.: Czy edu­ka­cja może po­móc, żeby nie wpaść w uza­leż­nie­nie?

J.C.M.: Je­że­li bę­dzie­my edu­ko­wać lu­dzi od­po­wied­nio wcze­śnie w ży­ciu, za­nim wy­uczą się szko­dli­wych wzor­ców kul­tu­ro­wych, to my­ślę, że spo­łe­czeń­stwo na tym bar­dzo sko­rzy­sta.

W.O.: Kie­dy jest "od­po­wied­nio wcze­śnie w ży­ciu"?

J.C.M.: W szko­le pod­sta­wo­wej. W Ame­ry­ce mó­wi­my te­raz dzie­ciom, że al­ko­hol jest nie­bez­piecz­ny. My mamy do­bre sło­wo, któ­re­go wy po­dob­no w Pol­sce nie ma­cie: "drugs" - al­ko­hol jest jed­nym z drugs. Mó­wi­my też dzie­ciom: "Nie uży­waj­cie drugs, bo prze­szko­dzą wam w roz­wo­ju, w szko­le, w pra­cy, w szczę­ściu". Małe dzie­ci to ro­zu­mie­ją. Ale po­tem do­ra­sta­ją, wcho­dzą w okres na­sto­let­ni i roz­pacz­li­wie za­czy­na­ją pra­gnąć ak­cep­ta­cji ró­wie­śni­czej, po­kla­sku w swo­jej gru­pie. Wte­dy naj­więk­szy wpływ ma na nich to, co ro­bią ich przy­wód­cy, ich ido­le. Chcą być tacy, jak oni. Głuch­ną na gło­sy na­uczy­cie­li, ro­dzi­ców, do­ro­słych. Dla nich naj­waż­niej­sze jest to, co ro­bią i mó­wią ich ko­le­dzy. Wie­lu, oczy­wi­ście nie wszy­scy, wła­śnie wte­dy za­po­mi­na o nie­bez­pie­czeń­stwie zwią­za­nym z drugs. My­ślę, że u do­ra­sta­ją­cej mło­dzie­ży pre­sja ze stro­ny gru­py ró­wie­śni­czej jest tak samo sil­na jak po­pęd sek­su­al­ny. Ró­wie­śni­cy od­gry­wa­ją w ży­ciu na­sto­lat­ka ol­brzy­mią rolę. I to we wszyst­kim. W tym, jak się ubie­ra­ją, co my­ślą, jak spę­dza­ją czas. Jest to okres wy­ry­wa­nia się do sa­mo­dziel­no­ści, wol­no­ści, de­cy­do­wa­nia o so­bie. No więc mło­dzi wy­ry­wa­ją się.

W.O.: Sko­ro wie­my, jak ogrom­ne zna­cze­nie ma styl ży­cia w gru­pie ró­wie­śni­czej, to ja­kie stra­te­gie edu­ka­cji al­ko­ho­lo­wej po­win­ni­śmy sto­so­wać wo­bec mło­dzie­ży?

J.C.M.: To naj­trud­niej­sza kwe­stia. Trze­ba uczyć ich, że wy­pa­da od­ma­wiać, mó­wić "nie" na­wet ko­le­gom. No i że war­to­ścią jest, by mieć swo­je zda­nie opar­te na wła­snej wie­dzy. Z tym, że dzie­ci trze­ba przy­go­to­wy­wać do tego od naj­młod­szych lat.

Dla ro­dzi­ców i wy­cho­waw­ców wiel­kim za­da­niem jest za­szcze­pie­nie w dziec­ku po­czu­cia wła­snej war­to­ści tak, by w przy­szło­ści chcia­ło i po­tra­fi­ło od­waż­nie bro­nić swo­ich prze­ko­nań i nie da­wać się byle komu zwo­dzić. To rów­nież za­da­nie dla no­wo­cze­snej szko­ły. Żeby dzie­ci umia­ły dbać o swo­je cia­ło i nie chcia­ły go nisz­czyć pa­pie­ro­sa­mi, al­ko­ho­lem, he­ro­iną czy ma­ri­hu­aną.

W.O.: A czy nie jest rów­nie waż­ne, że na­sza cy­wi­li­za­cja ogra­ni­cza miej­sce dla du­cho­wo­ści w ży­ciu czło­wie­ka. Kie­dyś ła­twiej chy­ba było usły­szeć ten głos w so­bie...

J.C.M.: Też tak są­dzę. W Ame­ry­ce w każ­dy pią­tek i so­bo­tę mi­lio­ny lu­dzi oglą­da­ją w te­le­wi­zji po­pu­lar­nych ko­mi­ków i mów­ców es­tra­do­wych. Pra­wie każ­dy pro­gram pe­łen jest dow­ci­pów na te­mat re­li­gii, za­kon­nic, szkół pa­ra­fial­nych, no i oczy­wi­ście sek­su. Tyle tego ci dur­nie opo­wia­da­ją, że po­tem już wszy­scy zna­ją na pa­mięć ich ka­wa­ły i wy­star­czy, że ktoś po­wie jed­no sło­wo, a lu­dzie zwi­ja­ją się ze śmie­chu. Co w tym śmiesz­ne­go? Nie­raz ob­ser­wu­ję to i my­ślę, że ci do­ro­śli ni­czym nie róż­nią się od garst­ki smar­ka­czy, któ­rzy prze­ści­ga­ją się w wy­krzy­ki­wa­niu wul­gar­nych słów i strasz­nie są z sie­bie za­do­wo­le­ni. To jest ta­kie nie­doj­rza­łe. Ja sam uwiel­biam ka­wa­ły. Ale te, któ­re opo­wia­dam, nie są ani wul­gar­ne, ani sek­su­al­ne, ani ni­ko­go nie ob­ra­ża­ją. Pro­fa­no­wa­nie to naj­bar­dziej tan­det­ny spo­sób roz­śmie­sza­nia. Na przy­kład seks jest jed­nym z naj­więk­szych da­rów, ja­kie czło­wiek otrzy­mał od Boga.

W.O.: Dar głę­bo­ko du­cho­wy.

J.C.M.: Och, tak. Po­myśl tyl­ko, że z dwoj­ga lu­dzi po­wsta­je kom­plet­ny nowy czło­wiek... Ale im więk­szy dar, tym więk­sza cena. Lu­dziom jest bar­dzo trud­no sto­so­wać re­gu­ły, któ­re Bóg wy­zna­czył dla wła­ści­we­go uży­wa­nia sek­su.

W.O.: Czy to osła­bie­nie du­cho­wo­ści nie przy­czy­nia się też do roz­prze­strze­nia­nia się al­ko­ho­li­zmu? Gdy pi­łem, nie mo­głem być w zgo­dzie z Bo­giem ani z ja­ką­kol­wiek Siłą Wyż­szą.

J.C.M.: Jak­że­byś mógł? Prze­cież al­ko­hol jest środ­kiem od­dzia­łu­ją­cym na mózg, przez co za­bu­rza my­śle­nie i osąd. Je­że­li na trzeź­wo czę­sto czło­wiek skła­nia się do ła­ma­nia za­sad, to co do­pie­ro z za­mro­czo­nym su­mie­niem. Kto po­pi­je dzie­sięć, pięt­na­ście lat, prze­ko­na się, do ja­kich nie­go­dzi­wo­ści jest zdol­ny. Zaś ży­jąc nie­zgod­nie z tym, jak Bóg chce, aby­śmy żyli, za­czy­na­my sie­bie nie­na­wi­dzić.

W.O.: I usu­wać Boga z na­sze­go ży­cia?

J.C.M.: Tak.

W.O.: Czy wraz ze zdro­wie­niem z al­ko­ho­li­zmu moż­na od­bu­do­wać w so­bie du­cho­wość?

J.C.M.: Po pierw­sze, mu­sisz sku­tecz­nie wy­trzeź­wieć, czy­li usu­nąć z ży­cia al­ko­hol. Po dru­gie, jako isto­ta ludz­ka, któ­ra ma du­szę, czy du­cha, czy umysł - tę nie­fi­zycz­ną część isto­ty ludz­kiej, jak­kol­wiek ją na­zwie­my - masz dą­żyć do praw­dy, do tego, by nie żyć w za­kła­ma­niu. Czło­wiek dąży do praw­dy o so­bie sa­mym i do praw­dy, któ­ra jest Bo­giem. Po­szu­ki­wa­nie Boga leży w na­tu­rze czło­wie­ka.

W.O.: Ale czy wy­star­czy wy­trzeź­wieć, by tę praw­dę zna­leźć?

J.C.M.: Po­win­no, je­śli ci, któ­rzy wska­zu­ją ci dro­gę, wie­dzą, co ro­bią. Bo du­cho­wość po­trze­bu­je prze­wod­nic­twa. Wie­lu lu­dzi w AA wie­rzy w Boga "wła­sne­go wy­ro­bu". Na­gi­na­ją wy­obra­że­nie Boga do wła­snych po­trzeb. A kie­dy czło­wiek sta­je się swo­im wła­snym pa­pie­żem, w jego ży­ciu za­czy­na pa­no­wać cha­os. To, co dzi­siaj obo­wią­zu­je, ju­tro może prze­stać być waż­ne i na od­wrót. Ab­so­lu­ty ist­nie­ją. 12 kro­ków AA jest ab­so­lu­tem. Nig­dy się nie zmie­ni­ły i nig­dy się nie zmie­nią. Fak­ty o Bogu to też ab­so­lut. Bóg dał nam pra­wa na­tu­ry, któ­re są ab­so­lu­tem. Pra­wa mo­ral­ne mo­że­my na­to­miast so­bie wy­bie­rać, bo mamy wol­ną wolę. Ale trze­ba na­uczyć się roz­róż­niać do­bro i zło. To jest do­bro. To jest zło. Mogę wy­brać zło, cho­ciaż wpę­dzi mnie ono w nie­szczę­ście. Ale mogę.

W.O.: Sły­sza­łem, że księ­żom ka­to­li­kom trud­no zro­zu­mieć al­ko­ho­lizm.

J.C.M.: Tak, bo przez wie­le lat stu­diu­ją teo­lo­gię opar­tą na mo­ral­nym roz­róż­nie­niu do­bra i zła. Wi­dzą, tak samo zresz­tą jak inni, w jaki spo­sób al­ko­ho­li­cy czy pi­ja­cy po­stę­pu­ją. Oce­nia­ją ich po uczyn­kach, nie ro­zu­mie­jąc przy­mu­su pi­cia, któ­ry dyk­tu­je im te uczyn­ki.

W.O.: Wi­dzą i po­tę­pia­ją grzesz­ni­ka?

J.C.M.: Po­tę­pia­ją tak­że grzesz­ne za­cho­wa­nia. Mó­wią ta­kie­mu: "To, co zro­bi­łeś, jest złe", ale kło­pot w tym, że fa­cet może tego na­wet nie pa­mię­tać! Nie chcę wca­le po­wie­dzieć, że bez al­ko­ho­lu my już nic złe­go nie ro­bi­my. Nie­praw­da. Upi­ja­nie się po­głę­bia po pro­stu na­sze nie­mo­ral­ne za­cho­wa­nie. Pro­gram AA to te­ra­pia uwzględ­nia­ją­ca mo­ral­ność. Czwar­ty krok mówi: "Zro­bi­li­śmy grun­tow­ny i od­waż­ny ob­ra­chu­nek mo­ral­ny" - każ­de sło­wo jest tu waż­ne, ale naj­waż­niej­sze jest sło­wo "mo­ral­ny". Tak, żeby roz­po­znać, co w mo­ich uczyn­kach było zgod­ne z mo­ral­no­ścią, a co nie, albo mó­wiąc pro­stym ję­zy­kiem, co było do­bre, a co złe. Mu­szę to wie­dzieć po to, żeby da­lej kie­ro­wać się w ży­ciu dą­że­niem do do­bra.

Nie je­stem od­po­wie­dzial­ny za to, że mam cho­ro­bę al­ko­ho­lo­wą - prze­cież nie za­pla­no­wa­łem so­bie tej cho­ro­by. Ale za to, co ro­bi­łem, ro­bię i będę ro­bić, po­no­szę od­po­wie­dzial­ność.

W.O.: Je­że­li ten mo­ral­ny aspekt jest tak waż­ny, to chy­ba uza­leż­nio­nym du­chow­nym musi być bar­dzo trud­no od­zy­skać zdro­wie?

J.C.M.: Nie. Tak jak wszy­scy, księ­ża al­ko­ho­li­cy też naj­pierw mu­szą wy­trzeź­wieć, na­uczyć się żyć bez al­ko­ho­lu. Gdy na­uczą się in­nych spo­so­bów ra­dze­nia so­bie z uczu­cia­mi, emo­cja­mi, stre­sa­mi, nudą, sa­mot­no­ścią niż za po­mo­cą ucie­ka­nia w al­ko­hol - to wte­dy, zno­wu tak samo jak inni, otwo­rzą so­bie dro­gę do po­wro­tu do du­cho­wo­ści i służ­by bo­żej. Nie na od­wrót.

W.O.: Co jest szcze­gól­ne­go lub nie­zwy­kłe­go w al­ko­ho­li­zmie księ­ży?

J.C.M.: To samo, co w al­ko­ho­li­zmie pi­sa­rzy. Też mu­szą się le­czyć.

W.O.: Czy to zna­czy, że księ­dzu al­ko­ho­li­ko­wi nie wy­star­czy klę­czeć i mo­dlić się, by od­zy­skać trzeź­wość?

J,C,M,: Nie, bo prze­cież kie­dyś klę­czał i mo­dlił się, a mimo to szu­kał cze­goś w al­ko­ho­lu, sko­ro się uza­leż­nił. Uza­leż­nie­nie to cho­ro­ba, na któ­rą za­pa­da­ją rów­nież oso­by du­chow­ne. Dla­cze­go nie mie­li­by­śmy ich le­czyć? Czy są gor­si od in­nych?

Czy mo­dli­twa ule­czy raka? Po­mo­że, owszem, ale je­że­li wstą­pisz do ko­ścio­ła po dro­dze do on­ko­lo­ga. Czy mo­dli­twa ule­czy ból zęba? Owszem, jak po­mo­dlisz się, sie­dząc już w fo­te­lu den­ty­stycz­nym. Spo­so­bem le­cze­nia zę­bów jest sto­ma­to­lo­gia. Spo­so­bem na za­pa­le­nie wy­rost­ka ro­bacz­ko­we­go jest chi­rur­gia. Dla mnie spo­so­bem le­cze­nia al­ko­ho­li­zmu jest AA, te­ra­pia, po­moc spe­cja­li­stycz­na. Tu nie ma wy­bo­ru - le­czyć się czy mo­dlić. Naj­le­piej to łą­czyć.

W.O.: Ksiądz po­wie­dział, że spo­so­bem na al­ko­ho­lizm jest AA. Ale prze­cież ist­nie­ją też inne me­to­dy niż AA - czy­sto me­dycz­ne, psy­chia­trycz­ne itp.

J.C.M.: One są wtór­ne. Żeby po­mógł psy­cho­log lub psy­chia­tra, pa­cjent musi być trzeź­wy. Naj­pierw al­ko­ho­lik musi otrzeź­wieć.

W.O.: A po­tem mogą mu po­móc psy­chia­tra i psy­cho­log?