Drogi nieznane - Edward Słoński

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Marcowe słońce przygrzewało od rana. W południe pod działaniem jego promieni śnieg zaczął topnieć gwałtownie. Spod krzywych płotów do rowów rozdeptanych ściekała woda. Wilgotna i czarna ziemia już tu i ówdzie wyłaniała się spod śniegu. W powietrzu pachniało wodą i ziemią.

Kamil Dowkont otworzył okno - i mały jego pokoik napełnił się od razu tym dziwnym zapachem wiosny, w którym pełno oczekiwań trwożnych i tęsknot niespokojnych. Co się stało? Zda się ktoś pode drzwi przyszedł z daleka, ktoś rękę położył na klamce i wołającym pukaniem budzi ciszę.

- Otwórz, to ja...

- Ale kto ty jesteś? Na miłość Boga, kto jesteś?

- To ja... to ja...

Głos matki, siostry, czy kochanki... Głos jakiś znajomy i kochany, głos zagłuszony życiem, które ucieka, które ginie bez sensu...

Każde życie tak ucieka, każde ginie tak bez sensu...

I Kamilowi Dowkontowi tak uciekało życie, i jemu, gdy w to południe marcowe otworzył okno, wydało się, że go ktoś zawołał po imieniu:

- Kamilu, to ja!

Boże miły, przecież ten głos już słyszał! Więc wychylił przez okno głowę i patrzał w słońce, ale na pustym podwórku nie było nikogo.

Twarz miał dziwną, jakby życiem zmęczoną, jakby chorą. Długa była i przeraźliwie chuda, okolona rzadką, kępami rosnącą, brodą i niespokojnie patrząca spłowiałymi, siwymi oczami. To nadawało jej wyraz chorowitości, którą teraz podkreśliło ostro marcowe słońce.

Przymrużył oczy i uśmiechnął się do słońca. Niech Bóg błogosławi wiosnę! Śniegi stopnieją, wody spłyną do morza... Świat się otworzy wielki kwitnący i pachnący... Niech Bóg błogosławi wiosnę!

Trzeba z ciemności wybiec na słońce.

Sam dobrowolnie przed rokiem wszedł w tę ciemność, w to życie małego miasteczka beznadziejne bezbarwne i ubogie... I to życie powoli opasało go ciasnym pierścieniem, w którym się dusił. Dlaczego to zrobił i po co, o tym nigdy nie mówił nikomu. Niech sobie myślą, co chcą, i niech sobie, co chcą mówią. I ludzie mówili o nim, że jest człowiekiem pomylonym. Kamil Dowkont... Na miłość Boga, ten Kamil Dowkont, syn takich zamożnych rodziców, wnuk ogólnie poważanego pana Walerego Gozdawy, poniewiera się nie wiedzieć, po co w takiej małej żydowskiej mieścinie, jaką jest Zadoroże. Mieszka kątem u blacharza Szapira i przepisuje akta sądowe prywatnemu obrońcy sądowemu Abramsonowi. Nawet starzy Żydzi w miasteczku, kupcy poważni i mniej od nich poważni handlarze starzyzną i wszelkiego rodzaju pośrednicy i faktorzy traktowali go, jako człowieka pomylonego, z pewną nonszalancją, przestali go nazywać paniczem i mówili do niego jakoś dziwnie w trzeciej osobie. Znać było w tym jakieś lekceważenie... Jaki panicz? To jest panicz, co chodzi w dziurawe spodnie i krzywe buty! To jest panicz! Ten Dowkont to ma całkiem pomieszany rozum.

Ale Kamil wariatem nie był. Co prawda żył dziwnie. Wszedł przez jakiś kaprys w środowisko intelektualnie stojąc o wiele niżej od niego, chodził w dziurawych butach i w marynarce swego brata, która była dla niego za szeroka i miała za krótkie rękawy, rozmawiał sam z sobą, nawet nieraz, rozmawiając gestykulował, ale pomimo tego wariatem nie był. Nie umiał żyć, jak inni, i to było przyczyną, że ci, co go nie rozumieli, gdy zaszła o nim mowa, machali pogardliwie rękami lub wzruszali ramionami z politowaniem.

Ot, taki sobie człowiek pomylony!

Od dziecka miał dostatek i opiekę troskliwą, pochodził bowiem z rodziny ziemiańskiej, z majątku o wiorst kilkadziesiąt odległego od Zadoroża. Ukończył szkołę średnią w Warszawie i potem studiował filozofię w Genewie.

Po trzech latach pobytu za granicą w lutym powrócił do domu. Rodziców już wówczas nie miał, w majątku gospodarował starszy brat Wincenty, który posagiem żony, córki kupca łódzkiego, uratował ziemię od sprzedaży przymusowej. Kamilowi nic się nie należało od brata, więc zamieszkał u niego tylko chwilowo, do jesieni.

Wkrótce jednak i brat i bratowa przekonali się, że Kamil w Genewie zdziwaczał. Opanowała go jakaś melancholia dziwna, pełna zamyśleń długich i milczenia. Przesiadywał w ciemnych kątach bez słowa i sprawiał wrażenie człowieka chorego. Zapytywany, co mu jest, milczał. A po tygodniu, nic nikomu nie mówiąc, zabrał się do roboty. W pokoju swoim urządził warsztat stolarski, którym zaśmiecał cały dom. Robił skrzypce. Suszył drzewo, strugał, kleił, a zapytywany przez Wincentego, po co to robi, uśmiechał się tajemniczo... Będzie miał swoje własne skrzypce, po to robi, żeby mieć swoje własne skrzypce. Tylko z instrumentu zrobionego własnoręcznie można wydobyć swój własny ton. A w grze na skrzypcach tak dużo znaczy swój własny ton. Ale Wincenty nie był muzykalny i nie rozumiał Kamila, a żona jego, kupcówna łódzka z coraz większą irytacją patrzała na robotę Kamila. Gniewały ją wióry, roznoszone po całym mieszkaniu, dokuczał zapach kleju, zgniły i nieprzyjemny.

Po czterech tygodniach skrzypce były gotowe. Były zrobione z niesłychaną starannością, pomimo tego jednak ich ton nie podobał się Kamilowi - był obcy, zupełnie obcy. Rozbił je, więc i potem kleił na nowo. I znowu niskie pokoje dworku wiejskiego napełnił zapach kleju i zaczął dokuczać pani domu, ale za to po dwóch tygodniach Kamilowie skrzypce zaśpiewały jakimś zupełnie innym głosem. Pod smyczkiem zatkała jego własna pieśń.

- Czy słyszysz teraz? - pytał brata z triumfem.

Ale Wincenty nie rozumiał, o co mu chodzi - był niemuzykalny. No tak... grają... Ale przecież na wszystkich skrzypcach można grać, te zaś, które można kupić u Jurgensona w Dyneburgu, są o wiele ładniej polakierowane.

- A tak, są lepiej polakierowane - powtórzył Kamil.

Z dniem tym zaczęta się dla braterstwa nowa plaga - Kamil grał od świtu do nocy. Płacz rzewny, to znów krzyk radosny jego skrzypiec napełniał cały dom hałasem, tłukł się po wszystkich pokojach, nie dawał chwili wytchnienia. Coś chwytało za gardło, przeszkadzało myśleć i pracować. Niepokój wkradał się do serca.

- Czego on chce? Co jemu jest? - pytała bratowa i pewnego dnia Wincenty zwrócił uwagę Kamilowi, że muzyka jego denerwuje żonę. Jest maj, dni są długie i ciepłe, na dworze pełno słońca... wszakże można grać w sadzie, nawet przyjemniej grać w sadzie. Nieprawdaż, że przyjemniej grać w sadzie? Okazało się, że Kamil był tego samego zdania, co Wincenty, więc odtąd grał w sadzie. Sad owocowy był duży, wszystkie dróżki, przecinające go w różnych kierunkach, zbiegały się pod lipami, które wysoką ścianą osłaniały gad od wiatrów północnych. Pod lipami były ławeczki niskie, stare, spróchniałe i dwa stoły krzywe. Tam właśnie odbywały się teraz koncerty Kamila. Ale od nich w domu zrobiło się jeszcze nieznośniej. Przez cały dzień wszystkimi dróżkami biegły spod lipki milowe plącze i śpiewy. Były jakieś przytłumione i dalekie, jakieś zagłuszone bezradnie i tym przykrzejsze, tym dokuczliwsze.

I o tym również powiedział Kamilowi Wincenty. Wszakże można chodzić na muzyką do lasu. Do lasu jest tak blisko i las pachnie żywicą. Niech się żona nie denerwuje niepotrzebnie. Ale Kamil nie poszedł do lasu, lecz przestał grać i trzy dni siedział zamknięty w swoim pokoju, a czwartego wziął skrzypce pod pachę i wyszedł z Rozdołów o świcie i potem cały miesiąc gdzieś przepadał. We dnie zapuszczał się w lasy ciemne, puszcze przeogromne, w ostępy dzikie, które ciągnęły się od Dźwiny w głąb kraju, aż do błot oświejskich. Wieczorem zjawiał się w wioskach ludnych i chłopom grał do słuchu i do tańca. Chłopi nazywali go paniczem, dawali strawę i nocleg i zachowywali się w stosunku do niego z pewną rezerwą, a nawet nieufnością. Nie mogli zrozumieć, dlaczego panicz stał się muzykantem wędrownym.

W tej wędrówce zdarł ubranie i buty tak, że gdy we żniwa do brata zajrzał, wyglądał jak żebrak. Zabolało to Wincentego. Nigdy żaden Dowkont nie postponował się tak, jak Kamil, nie chodził w powykrzywianych i dziurawych butach, nie nosił takich podartych spodni. Nigdy żaden Dowkont nie tułał się po wsiach i dworach i nie nocował po izbach czeladnych.

- Bój się Boga, Kamilu, jak możesz tak się poniewierać?

Spojrzał mu Kamil w oczy i uśmiechnął się dziwnie.

- Ano tak... - powiedział.

Wincenty nie zrozumiał, co to miało znaczyć, dat mu jednak swój garnitur marynarkowy i buty i prosił w imieniu swoim i żony, żeby grał, nie krępując się niczym i w domu i w sadzie. To granie nie denerwuje już teraz jego żony. Przyzwyczaiła się do tej muzyki. Więc niech sobie gra na zdrowie, gdzie mu się żywnie podoba, byle nie szedł w świat, byle pozostał w Rozdołach. Ale Kamil chytrą dobroć brata zrozumiał i, ubrany w jego marynarkę o nieco przy krótkich rękawach, spakował swój dobytek, braterstwu za uprzejmą gościnę podziękował i przeniósł się do Zadoroża.

Będzie mieszkał w mieście, bo się do miasta przyzwyczaił.

Co to jednak za miasto było owo Zadoroże, tego sobie wyobrazić nie potrafi ten, kto tam nie był. Tysiąc chrześcijan i trzy tysiące Żydów, bożnica, kościół i cerkiew, apteka, poczta i więzienie - parterowy biały domek z zakratowanymi oknami. Prócz tego dwa sklepy kolonialne i jeden galanteryjny i jeden skład apteczny Mowszensona. To było całe Zadoroże, całe owo miasto powiatowe, do którego się przeniósł Kamil i w którym wynajął sobie pokój za trzy ruble miesięcznie u blacharza Dawida Szapira.

Uciekł tu przed sobą samym, uciekł żeby przeżyć samotnie ból, który w te ciche kąty przyniósł z sobą ze świata. Wszedł między ludzi prostych i małych, jak między jakieś trawy bezimienne. Nikomu nie zawadzał i nikt mu nie był ciężarem. Utrzymywał się z przepisywania jakichś nic nieobchodzących go papierów dla miejscowego obrońcy prywatnego, zarabiał od dziesięciu do piętnastu rubli miesięcznie i skromny ten zarobek wystarczał na opędzenie jego wydatków, wiódł bowiem życie nędzne, nieraz głodne i chłodne. Tym głodem właśnie i chłodem leczył swoją chorą duszę. A w miarę jak mu dusza zdrowiała, zaczynała go nużyć szara bezbarwność otoczenia, brak najmniejszych wydarzeń, dni do siebie nawzajem podobne, jak ludzie bez wyraźnego oblicza duchowego, bez myśli, które podkreślają intelektualne różnice odrębnych istnień. Więc niecierpliwie czekał wiosny. Niech przyjdzie, niech wyrwie go z tej martwoty, z tego grobu! Wołały go drogi nieznane, dalekie, lasy, w których nigdy nie był, i pola, których nigdy nie widział.

Byle słońce przygrzało i na drzewach rozwinęły się pąki...

Pójdzie w świat na drogi nieznane.

Z włóczęgi zeszłorocznej pozostało mu jedno wspomnienie, jeden promień słońca w mroku. A otaczał go wówczas mrok i ten jeden promień uratował go od rozbicia. Na końcu świata, gdzieś za błotami oświejskimi jest folwark mały, niewielki dworek w sadzie. Spędził w nim cały tydzień. Były to dobre dni, niech im Bóg błogosławi! Nie każdy w życiu swoim ma takie dobre dni...

Właściciel tego folwarku pan, Michał Ilski, zdziczały na bezludziu wdowiec, miał córkę. Dziewiętnastoletnia Ala nie była już dzieckiem, o nie! Twarz miała dość pospolitą, ale oczy niezwykłe. Były ciemne, choć miały w sobie wysoki błękit nieba, jakby odbity w lustrzanej tafli wody głębokiej. Jakaś radość słoneczna zatopiona w otchłani. Spojrzał w nią Kamil i doznał zawrotu głowy. Zwidziało mu się, że w tej otchłani już był, że w tych oczach odnalazł samego siebie. To też przyjął z zachwytem propozycję, pana Ilskiego udzielania jej podczas przyszłorocznych wakacji lekcji muzyki. Co prawda nie jest profesorem muzyki, ale grać umie, a panna Ala muzykalna. O tak, bardzo muzykalna. Jak ona rozumie jego skrzypce, jak umie się zasłuchać.

Pod starą jarzębiną w sadzie na dwóch klocach, krzywo w ziemię wkopanych, krzywo leżała długa deska. Miejsce to nazywało się w Zawadach altanką, jakkolwiek nie było tam wcale altanki. Tę krzywą ławkę osłaniały stare krzaki jaśminu i cudacznie pokręcone jeszcze starsze od nich bzy. To też ławka ta przez cały dzień tonęła w cieniu i dopiero czerwony zachód rzucał na nią swoje różowe uśmiechy. Było to ulubione miejsce Ali, tam też godzinami całymi siadywała zasłuchana w Kamilowie granie. Oczy jej zapalały się, jak gwiazdy o zmierzchu, i na policzkach wykwitały rumieńce. Niech Bóg pana wynagrodzi, panie Kamilu. Skąd w tym drewnie tyle tęsknoty i smutku?

I Bóg dobry wynagrodził Kamila - tęsknoty jego i smutki złagodniały, a myśl o tym, że z wiosną powróci do Zawad dała mu możność przetrwania długiej i ciemnej zimy w Zadorożu. Żył myślą o wędrówce wiosennej. Niech tylko lasy ożyją i łąki zakwitną! A wówczas niech Bóg opatrzy. Weźmie skrzypce i pójdzie w świat. Utonie w lasach wielkich, na skrzypcach ptakom do wtóru zaśpiewa, w nocy z twarzą do księżyca zwróconą zaśnie w polu. A kiedy bzy zakwitną i jaśminy zapachną zajrzy do Zawad.

Tak przez zimę całą przepisywał akta sądowe dla Abramsona i czekał wiosny.

Od brata nie przyjmował żadnych zasiłków.

- Ty masz swoje kłopoty - ja swoje. Dom twój wymaga remontu, a ja nie mam domu. Żona twoja przyzwyczaiła się do pewnych wygód, a ja nie mam żony... więc te pieniądze zachowaj dla siebie.

Dużo wody spłynęło Dźwiną przez tę zimę do morza i duże zmiany zaszły przez ten czas w życiu Kamila. Wszystkie ubrania jego się poniszczyły i wszystkie buty zdarły. Mizerny stan jego garderoby zepchnął go wkrótce na niższy stopień hierarchii społecznej. Już Żydzi w miasteczku nie nazywali go paniczem.

A Kamil przepisywał papiery i grał na skrzypcach. Niech się dzieje, co chce, byle doczekał się wiosny. I naraz poczuł wiosnę. Przyszła pod jego drzwi w marcowe południe i rękę na jego klamce położyła.

- To ja! - zawołała.

Więc przymrużył oczy i stał słońcem marcowym zalany, pełen tęsknoty radosnej i jakiegoś dreszczu, który szedł od topniejącego śniegu i ziemi wilgotnej.

Gdzieś szemrząc za oknem ściekała woda.

Otworzył oczy i zaczął nasłuchiwać. Na dachu pod działaniem promieni słonecznych topniał śnieg...

Wiosna, wiosna!

Ogarnęła go radość szalona. Zbliża się święto wiosny, uroczysta chwila zmartwychwstania. Trzeba uprzątnąć pokój, trzeba godnie spotkać wiosnę.

Więc drżącymi rękami układa papiery na stole, ściera kurz z półki... I zdaje mu się, że wraz z tym kurzem zmiata swoje ciężkie, szare dni, całe grudy przepisanych papierów, całe pokłady rozpaczliwie pogubionych myśli...

Ach, jak dobrze, jak dobrze!

Już nie będą zaśmiecały mu życia.

Siada i patrzy... W pokoju tak widno, tak przestronno...

Wydobywa z kieszeni drobne monety, całą kupę miedziaków... Rozkłada je na stole i liczy... Chce wiedzieć, co posiada, wszakże wkrótce już przestanie zarabiać. Białych srebrnych monet ma bardzo mało i śród nich ani jednej większej. I wszystkiego razem jest tylko 2 ruble 46 kopiejek. A prócz tego obrońca prywatny Abramson jest winien mu 2 ruble 50 kopiejek... Prawda! 2 ruble 50 kopiejek... Więc razem prawie 5 rubli.

Pięć rubli - to strasznie mało. Trzeba będzie zapłacić trzymiesięczne komorne i kupić buty.

Słońce przygrzewa coraz mocniej, wiosna puka do drzwi...

Pięć rubli to strasznie mało. Przez ten miesiąc trzeba będzie przepisać podwójną ilość arkuszy. Trzeba kupić nafty i pisać w nocy...

Świetna myśl. Będzie pracował po nocach.

I Kamil uśmiecha się sam do siebie... Nakłada czapkę, narzuca na siebie okropnie wyszargane palto i wychodzi z domu.

Na dworze jeszcze więcej słońca i zapachu odmarzającej ziemi, niż w pokoju. W rynsztokach stoi woda, wszędzie spod śniegu wygląda ziemia.

Kamil stoi przez chwilę, jakby namyślając się, w którą stronę zawrócić. Mała, niezabudowana jeszcze całkowicie uliczka spada w tym miejscu właśnie z urwistego brzegu Dźwiny na dół. Dalej nie ma już domów i w zimie ludzie chodzą tam tylko po wodę, którą czerpią z przerębli. Kamil nie ma tam, po co chodzić, chce bowiem iść między ludzi, chce z ludźmi mówić o wiośnie.

Więc zawraca w stronę miasta. Idzie wolno, śmieje się sam do siebie... Krzywe płoty, niskie domki drewniane zostają gdzieś za nim. Na zakręcie stoi dom murowany, czerwony. Biała cerkiewka wygląda z wieńca mokrych, bezlistnych drzew, biała cerkiewka z pięciu cebulastymi kopułami - gospodarstwo rudego, kędzierzawego popa, który nosi długi fioletowy chałat i długie buty. Pop, obarczony sześciorgiem dzieci, prawuje się o kawał łąki kościelnej z księdzem. Właśnie jego podanie do sądu przepisywał Kamil przed chwilą. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że pop sprawę wygra.

Kamil minął cerkiewkę i czerwony dwupiętrowy dom, w którym mieściła się poczta i biały domek parterowy, w którym mieszkał marszałek szlachty Kapustin, syn popa z guberni Włodzimierskiej, nic wspólnego ze szlachectwem niemający, i znalazł się przed kościołem. Stał nieco oddalony od ulicy stary kościół pojezuicki i barokowymi wieżycami zanosił do nieba protest przeciwko tym parterowym czerwonym domom, nakrytym zielonymi dachami, i tym cebulastym kopulom cerkiewki. Słońce tu operowało mocniej, całe bowiem zbocze wzgórza było obnażone ze śniegu i woda sączyła się na chodnik spod wystających tu i ówdzie kamieni.