Rozdział 2
- Potrzebujesz kasy na kaucję? - odezwał się głos w telefonie. Był to Duane Swisher, partner Erin.
- Nie, Swish. Właśnie wychodzę z sądu - odparła ze śmiechem, doceniając jego pokręcone poczucie humoru.
- No i?
- Gość wycofuje się z tej i wszystkich innych spraw, w które jestem zaangażowana.
- Kurczę. Coś ty napisała w tym oświadczeniu?
- Och, po prostu wybrałam kilka cytatów z sędziego homofoba. Co robisz?
- Jestem z Benem. Próbujemy wymyślić, jak rozegrać sprawę z biurem prokuratora.
- Jasne - odpowiedziała. Miała nadzieję, że Benowi Silverowi, jednemu z najlepszych stanowych obrońców specjalizujących się w sprawach karnych w stanie, uda się uchronić jej partnera przed Departamentem Sprawiedliwości, który, jak się zdawało, znowu nabierał ochoty, aby oskarżyć go o ujawnienie tajnych informacji dziennikarzowi "Timesa". Trzy lata wcześniej Duane został zmuszony do opuszczenia szeregów FBI, ponieważ podejrzewano, że jest on źródłem przecieków. Teraz gdy ukazała się książka zawierająca rzeczone sekrety, Duane znowu znalazł się na celowniku dochodzenia prowadzonego przez ten sam departament.
- Słuchaj, czy masz czas, żeby spotkać się z nowym potencjalnym klientem? - zapytał Swisher.
Przejrzała w głowie swój kalendarz.
- Tak, myślę, że podołam. Muszę dzisiaj popchnąć parę spraw, ale znajdę chwilę. Kiedy przyjdzie?
- Właściwie to musisz się z nim spotkać w areszcie hrabstwa Ocean.
- Okej. Źle się ubrałam. Co to za sprawa?
- Morderstwo. Nie zdziwiłbym się, gdyby oskarżyli go o zabójstwo zagrożone karą śmierci.
- Czekaj, przecież nie jesteśmy już na liście obrońców z urzędu?
- To nie jest sprawa z przydziału. Poprosił nas o to Ben. Czuje, że sobie z tym nie poradzi. Zna ojca ofiary. To poważna sprawa, E.
- Domyślam się, że tak jest, skoro mówisz o karze śmierci. Podaj więcej szczegółów.
- Pamiętasz, jak około czterech miesięcy temu znaleziono w motelu zadźganego nożem dzieciaka imieniem William E. Townsend junior?
- Jasne. Jego ojciec to gruba ryba na południu New Jersey; pisali o tym wszędzie. Czy przypadkiem nie zgarnęli za to kogoś kilka tygodni temu?
- Właśnie o nim mowa.
- Ale dlaczego Ben nas poleca? Wiesz, doceniam to i w ogóle, ale ten człowiek zna wszystkich. A w dodatku nigdy nie zajmowałam się sprawą z wyrokiem śmierci.
- Z wielu powodów. Po pierwsze, jest wdzięczny za to, jak bardzo pomogłaś mu w mojej sprawie, i uważa, że jesteś świetną adwokatką. A po drugie, prawie wszyscy znajomi Bena mają ten sam problem: albo znają Townsenda, albo nie chcą mu się narazić.
Zaśmiała się odruchowo.
- Taa, chyba daleko nam do tej ligi.
- Po trzecie, Ben pomyślał, że zrozumiesz oskarżonego lepiej niż większość ludzi.
Chciała już zadać kolejne pytania, ale przypomniała sobie, co mówiono o sprawie w mediach, i zrozumiała, o co mu chodziło. Przez chwilę rozważała w myślach wszystkie za i przeciw.
- Cóż, jeśli to nie jest sprawa z przydziału, to kto nam za to zapłaci?
- Dostaniemy siedemdziesiąt pięć tysięcy zaliczki i trzysta za godzinę. Zapłaci nam Paul Tillis.
- I powinnam wiedzieć, kto to jest, bo...
- Erin, co z tobą? To Paul Tillis, rozgrywający Pacerów, mąż Tonyi Tillis, z domu Barnes, siostry oskarżonego Samuela Barnesa. Tonya mówi, że nie widziała brata, odkąd rodzice wyrzucili go z domu w Lexington w stanie Kentucky. Ale chcą zapłacić za jego prawnika.
Erin gwizdnęła cicho.
- W takim razie pojadę na południe, spotkam się z Barnesem i zdecyduję, czy możemy się tego podjąć.
- Świetnie. Właśnie rozmawiałem z obrońcą z urzędu, który aktualnie zajmuje się sprawą. Powiedział, że zostawi ci kopię dokumentów w recepcji; po prostu poproś recepcjonistkę o paczkę z twoim imieniem. Twierdzi, że na razie ma tylko kartotekę policyjną Barnesa i wstępny raport z jego aresztowania w Nowym Jorku. Przefaksuje do aresztu autoryzację, żebyś mogła zobaczyć się z klientem w celu omówienia jego ewentualnej reprezentacji. Poza tym cieszy się, że ktoś jest zainteresowany przejęciem sprawy. Najwyraźniej nikt z jego biura nie chce wkurzyć Townsenda.
- Wspaniale.
- Możesz się nie zgodzić.
Zastanowiła się przez chwilę.
- Zobaczmy, co się stanie.
- Dobra, po południu będę w biurze. Pogadamy, jak wrócisz.
Gdyby Erin wiedziała, że ma odwiedzić więzienie okręgowe, włożyłaby coś bardziej konserwatywnego. Nie była pewna, co jest bardziej poniżające - zaczepki słowne więźniów czy pożądliwe spojrzenia funkcjonariuszy więziennych.
Podeszła do kuloodpornego szkła z legitymacją w ręku; torebkę zawsze zostawiała w bagażniku samochodowym.
- W czym mogę pomóc? - zapytał porucznik stojący po drugiej stronie, nie podnosząc wzroku.
- Chciałabym zobaczyć się z więźniem.
- Musi pani wrócić później. Godziny odwiedzin zaczynają się od czternastej - odpowiedział. Był wyraźnie rozdrażniony.
- Jestem adwokatką - powiedziała.
Pocierając kark, powoli odchylił się na krześle, by obrzucić ją wzrokiem od góry do dołu.
- Jesteś pewna, że chcesz tam wejść, kochanie? Ci faceci potrafią być niemili - rzucił z uśmiechem. - Może wolisz tu zostać i dotrzymać mi towarzystwa?
Podczas gdy jego wzrok spoczywał na jej klatce piersiowej, odczytała treść jego plakietki: WILLIAM ROSE. Kretyn, pomyślała, odwzajemniając uśmiech.
- Nie musisz mówić do mnie "kochanie", poruczniku. I, Rosie, być może jesteś tym jedynym, ale jeśli nie chcesz przyprowadzić do mnie klienta, to chyba nie mam wyboru - odparła, wkładając prawo jazdy, identyfikator adwokata i kluczyki od samochodu do metalowej szuflady.
Patrzył na nią z uśmieszkiem, który wskazywał, że próbuje rozszyfrować, czy flirtuje z nim, czy raczej z niego kpi.
- Więc do kogo przyszłaś... kochanie? - zapytał, otwierając szufladę i patrząc na jej identyfikator.
- Do Samuela Barnesa.
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Wybryk natury i morderca. Będziesz potrzebowała czegoś więcej niż dobrego wyglądu i uroku osobistego.
- Nigdy nie wiadomo. - Ugryzła się w język. Wiedziała, że Sam Barnes zbierze to, co ona zasieje.
Porucznik odwrócił się i podniósł słuchawkę.
- Tu Rose. Zaprowadź Barnesa do sali spotkań numer dwa. Przyjechała do niego prawniczka. Nazywa się Erin McCabe.
Ponownie zbliżył się do szklanej przegrody, położył coś na tacy i przesunął ją w jej stronę.
- Zatrzymam twoje prawo jazdy, identyfikator adwokata i klucze, dopóki nie wyjdziesz i nie oddasz mi plakietki. Nie chcę, żeby ktokolwiek stąd uciekł, przebierając się za ciebie - dodał z chichotem.
- Dzięki, poruczniku - powiedziała, wyjmując identyfikator gościa. Założyła go na szyję i podeszła do metalowych drzwi. Musiała poczekać, aż ją wpuszczą.
Bez względu na to, ile razy słyszała szczęk zatrzaskujących się za nią ciężkich drzwi, zawsze przeszywała ją klaustrofobiczna fala strachu; czuła się tak, jakby ktoś raził ją prądem. Świadomość, że jest zamknięta i zdana na łaskę osoby, która jako jedyna może ją stąd wypuścić, nie była niczym przyjemnym. Jej dzisiejszy ubiór był kolejnym powodem do zdenerwowania - w końcu odwiedzała więzienie dla mężczyzn.
Najpierw przeszła przez wykrywacze metalu, a potem strażnicy dokładnie przejrzeli jej dokumenty, aby upewnić się, że nie ma w nich spinaczy ani zszywek. Znaleźli tylko skopiowane raporty policyjne od obrońcy z urzędu, wizytówkę Erin i notatnik ze schludnie zapisanym imieniem i nazwiskiem Samuel Barnes. Po upewnieniu się, że adwokatka nie próbuje niczego przemycić, jeden z funkcjonariuszy zaprowadził ją do małego pokoju ze stołem i dwoma krzesłami. Zgodnie z zasadą, której przestrzegała w czasach, gdy była obrończynią publiczną, usiadła na tym, które znajdowało się najbliżej wyjścia. Dzięki temu strażnik zaglądający przez okienko w drzwiach mógł widzieć jej twarz.
Dziesięć minut później usłyszała dźwięk przekręcanego klucza, a następnie szczęk metalowych drzwi, za którymi ukazał się Sam Barnes. Miał nieco poniżej 180 centymetrów wzrostu i był chudy jak szczapa. Szybko oszacowała, że musi ważyć nie więcej niż 68 kilogramów. Na jego brązowej twarzy widać było kilka małych skaleczeń, a wokół warg pojawił się obrzęk. Choć dzieliła ich szerokość stołu, ciemne siniaki na policzkach i pod oczami były wyraźnie widoczne. Nosił warkoczyki, które opadały mu na ramiona.
Wszedł do środka. Kostki i nadgarstki miał skute i połączone grubymi łańcuchami. Przez dziesięć lat swojej pracy nie widziała więźnia skutego na czas wizyty adwokata.
- Możesz go rozkuć na czas mojej wizyty - powiedziała strażnikowi.
- Słuchaj, kochaniutka, ja ci nie mówię, jak masz wykonywać swoją pracę, więc nie mów mi, jak mam wykonywać moją, dobra? Jest w areszcie prewencyjnym. Zostaje w łańcuchach.
Strażnik chwycił i wysunął krzesło, po czym położył ręce na ramionach Barnesa i usadził go.
- Skorzystaj z telefonu, który znajduje się za tobą, kiedy będziesz chciała wyjść lub jeśli pan Barnes zacznie sprawiać problemy. Dzwoni w pokoju kontrolnym. - Odwrócił się i wyszedł, po czym zamknął za sobą drzwi na klucz.
Erin powoli usiadła i przyjrzała się zmaltretowanej twarzy Barnesa.
- Nie jesteś moim adwokatem - rzucił bezczelnie, wyraźnie kobiecym głosem.
- Nazywam się Erin McCabe. Jestem adwokatką. Przyszłam tutaj, żeby zapytać, czy chciałby pan, żebym pana reprezentowała.
- Niby czemu miałbym chcieć, żebyś mnie reprezentowała? Dziewczyno, jesteś o wiele za młoda, żeby być adwokatem. Mam już obrońcę z urzędu. Nie jesteś mi do niczego potrzebna.
Zamilkła na chwilę. Chciała zdobyć zaufanie Barnesa, ale jednocześnie nie mogła wyglądać na zbyt pewną siebie, żeby nie zaszkodzić sprawie.
- Jak mam się do ciebie zwracać? - zapytała spokojnie.
- Chcesz być moim prawnikiem, a nawet nie znasz mojego imienia?
- Z dokumentów wynika, że nazywasz się Samuel Emmanuel Barnes, ale podejrzewam, że nie jest to imię, które preferujesz.
W pokoju zapadła cisza.
- Słuchaj, panienko, niech się twoje białe, liberalne, krwawiące serduszko nie przejmuje tym, jak wolę być nazywany. Dlaczego tu przyszłaś?
- Powiedziałam ci dlaczego. Żeby zapytać, czy chcesz, żebym cię reprezentowała.
- Kto cię przysłał? Nie mam pieniędzy na prawnika.
- Twoja siostra Tonya i jej mąż.
Barnes zesztywniał i zmrużył oczy.
- Nie widziałem jej od czterech lat. Nie wie, gdzie jestem. Poza tym, skąd ma pieniądze na opłacenie prawniczki, która nie skończyła jeszcze szkoły?
- Szczerze mówiąc, nie wiem, skąd ma pieniądze. Podejrzewam, że od męża. Mój partner rozmawiał z twoją siostrą i jej mężem kilka godzin temu. Zapytali go, czy mogę się z tobą spotkać. Zapewne w Lexington mówiono o twoim aresztowaniu. Dzięki temu dowiedzieli się, gdzie jesteś.
- Taa, dzieciak z rodzinnego miasta zyskał sławę. - Barnes zamilkł i spojrzał przez stół. - Mówisz, że moja siostra i jej mąż mieszkają w Lexington?
- Nie, w Indianapolis. Ale twoi rodzice nadal tam są i powiedzieli wszystko twojej siostrze.
Na wzmiankę o rodzicach Barnes jeszcze bardziej się nastroszył.
- Jak się nazywa jej mąż? - zapytał, żeby ją sprawdzić.
- Paul Tillis.
Barnes po raz pierwszy na chwilę opuścił gardę.
- Cóż, dobrze zrobiła, że wyszła za Paula. Kiedy zaczęli się spotykać, śmiałem się z niej, że jeśli się pobiorą, będzie nazywać się Tonya Tillis. Nie wiem dlaczego, ale zawsze uważałem, że to zabawne.
- Rozmawiałam z nią krótko, kiedy tutaj jechałam. Poprosiła, żeby ci przekazać, że cię kocha i tęskni za tobą. Szukała cię przez ostatnie cztery lata. Żałowała, że nie było jej przy tobie, kiedy mama i tata cię wyrzucili. Może nie byłaby w stanie ich przed tym powstrzymać, ale wzięłaby cię do siebie. Ma nadzieję, że nadal może poznać... swoją siostrę - dokończyła cicho Erin.
W kąciku oka Barnesa pojawiła się łza, ale pochylił się i szybko otarł ją wierzchem zakutej w kajdany dłoni.
- Chcesz wyciągnąć kasę od mojej siostry, co? - zawyrokował, a jego ochronna maska szybko wróciła na swoje miejsce. - Czy o to chodzi? Zdajesz sobie sprawę, że zadźgałem białasa, którego tatuś jest grubą rybą? Albo mnie zabiją, albo spędzę resztę życia za kratami. A patrząc na to, jak mają się sprawy, będzie to bardzo krótkie życie, więc nie chcę, żeby moja siostra marnowała na ciebie pieniądze.
- Kto cię pobił?
Barnes odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się.
- Naprawdę walnięta z ciebie suka. Najpierw przychodzisz tu i mówisz, że chcesz mnie reprezentować, a potem zaczynasz zadawać chujowe pytania, żeby ktoś mnie zabił.
Spojrzał na Erin.
- Potknąłem się i upadłem. Niezdara ze mnie - rzucił, odwracając głowę.
- Powinieneś być ostrożniejszy. Wygląda na to, że upadałeś wiele razy. Słuchaj, w oparciu o to, co twoja siostra powiedziała mojemu partnerowi, podejrzewam, że jesteś transpłciową kobietą. Czy ktoś rozmawiał z tobą o podjęciu próby przeniesienia cię do więzienia dla kobiet?
Barnes przymknął oczy.
- Daj spokój, w życiu mnie tam nie przeniosą.
- Pewnie masz rację. Ale jest to jeden ze sposobów, aby spróbować cię chronić i jednocześnie na nikogo nie kablować. Nawet jeśli się nie uda, zwrócisz uwagę na swoją sytuację i być może jakiś sędzia będzie nieco bardziej wyczulony na fakt, że regularnie spuszczają ci tu łomot, choć podobno jesteś w areszcie ochronnym. Jak na moje oko ochrony nie masz tutaj żadnej.
Zanim Barnes zdołał cokolwiek dodać, Erin kontynuowała:
- Słuchaj, nie zmuszę cię do rozmowy. Twoja siostra poprosiła mnie, żebym cię odwiedziła, więc przyszłam. Jak chcesz, żebym sobie poszła, to pójdę. Podejrzewam, że to, co naprawdę wydarzyło się w nocy siedemnastego kwietnia, znacznie różni się od tego, co opisują w prasie. I zdaję sobie sprawę, że tylko dwie osoby wiedzą na pewno, co się stało, a jedna z nich na pewno nie stawi się w sądzie. Chcesz o tym porozmawiać, dobrze; nie, to też w porządku. Ale co ci szkodzi?
Barnes spojrzał na nią przez stół.
- No dobra, ważniaczko. Mój obrońca z urzędu twierdzi, że prowadził piętnaście spraw o morderstwo. A ty ile masz na koncie?
- Trzy.
- I jak ci poszło?
- Przegrałam wszystkie.
Barnes roześmiał się.
- I myślisz, że powinienem cię zatrudnić? Nie wydajesz się zbyt dobrą opcją, kochanie.
- Nie twierdzę, że nią jestem. Ale jeśli chcemy w ten sposób mierzyć jakość pracy prawnika, to powiedz, czy wiesz, ile spraw wygrał twój obrońca z urzędu?
- Nie, nie pytałem go.
- Może powinieneś. Jeśli przegrał wszystkie piętnaście, jestem pięć razy lepszą prawniczką niż on.
Barnes zmarszczył brwi. Logika Erin nie zrobiła na nim żadnego wrażenia.
- Obrońca powiedział mi, że prawdopodobnie chcą wymierzyć mi karę śmierci, ale żebym się nie martwił, bo nie wykonują jej w New Jersey. Jego biuro ma specjalny zespół, który zajmuje się takimi sprawami i są najlepszymi prawnikami w stanie. Zajmowałaś się kiedyś wnioskiem o karę śmierci?
- Nie. I szczerze mówiąc, nie przyszłam tutaj, aby spierać się, czy wśród obrońców z urzędu są dobrzy prawnicy. Byłam obrończynią publiczną przez pięć lat. Twój adwokat ma rację: w sprawach o karę śmierci pozyskują prawników z zewnątrz, aby stworzyć zespół, który naprawdę dobrze broni oskarżonego. Biuro obrońców z urzędu zazwyczaj wyznacza najlepszych prawników do reprezentowania osób, którym grozi taki wyrok. Prawdą jest również, że od lat sześćdziesiątych nie stracono nikogo w New Jersey. Nie ma gwarancji, ale podejmujemy wysiłki, aby uchylić karę śmierci. Niestety nadal obowiązuje. Jeśli tak będzie do chwili, w której staniesz przed sądem, prawdopodobnie stan będzie o nią wnioskował.
- A jeśli uchylą karę śmierci, to co mi grozi?
- Trzydzieści lat, dożywocie lub dożywocie bez zwolnienia warunkowego.
- Kurwa - rzucił pod nosem Barnes. - Słuchaj, jakkolwiek się nazywasz, wiem, że nie mam żadnych szans. Ale jeśli jakimś cudem miałoby mi się udać, to na pewno nie pomoże mi jakaś rudowłosa, piegowata prawniczka, która nie ma pojęcia, jak wygląda moje życie. Nie wiem, dlaczego moja siostra cię wybrała, ale powiedz jej, że jeśli naprawdę chce pomóc, to niech sprowadzi mi tutaj jakiegoś prawniczego pitbulla, który rozerwie drugą stronę na strzępy.
- Dobra, dam jej znać. Oto moja wizytówka, jeśli kiedykolwiek będziesz jej potrzebować.
- Dlaczego ty? - zapytał Barnes, gdy odwróciła się, by sięgnąć po słuchawkę telefonu i zadzwonić do strażnika. - Skoro ma pieniądze, to dlaczego nie załatwi mi Johnniego Cochrana?
Erin prychnęła i odwróciła się do Barnesa.
- Bez względu na to, jak dobrze lub źle mogłabym się sprawdzić, jestem lepszym wyborem niż Johnnie Cochran. - Przerwała na chwilę. - Niestety dla ciebie i dla pana Cochrana, on nie żyje.
Barnes spojrzał na nią, niepewny, czy powinien jej wierzyć.
- Więc co jest w tobie takiego szczególnego? Nie jesteś czarna. Nie jesteś białym facetem, który prowadził milion spraw. Jesteś córką sędziego czy coś? Nie rozumiem. Dlaczego Tonya wybrała ciebie?
- Prawdopodobnie dlatego, że ty i ja mamy jedną wspólną cechę - odpowiedziała Erin.
- Kurwisz się, żeby dorobić? - odparł ze śmiechem.
Erin przyjrzała się Barnesowi. Wiedziała, dokąd zmierza ta rozmowa, nawet jeśli on nie miał pojęcia.
- Nie, nic takiego. Po prostu wiem skądinąd, jak to jest być odrzuconą.
- Co, nie dostałaś się na Harvard?
- Nie. Wiem, co się czuje, gdy rodzina i przyjaciele mają trudność z zaakceptowaniem tego, kim jesteś.
Zawahała się i powoli wciągnęła powietrze, podejrzewając, że Barnes zareaguje inaczej, niż robi to większość ludzi.
- Jeszcze jakieś dwa lata temu miałam na imię Ian.
Barnes wytrzeszczył na nią oczy.
- Czekaj! Co? Jesteś trans?
Erin przytaknęła.
- Przeszłam tranzycję nieco ponad dwa lata temu.
Barnes kręcił głową z niedowierzaniem. Jedyny dźwięk, który przerywał ciszę w zamkniętej sali konferencyjnej, pochodził od więźniów krzyczących na siebie w korytarzu. Samuel przez kilka minut rozważał swoje możliwości.
Powoli uniósł spętane ręce i położył je na stole.
- Sharise - wyszeptał. - Mam na imię Sharise.
Następnie Sharise delikatnie oparła głowę na ramionach i zaczęła cicho płakać.
- Próbował mnie zabić - powiedziała, tłumiąc szloch. - Miał nóż i próbował mnie zabić... kiedy dowiedział się, że jestem trans.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki