Droga Ronina. Jak pokonywać przeciwności losu na polu bitwy, w biznesie i w życiu - Tu Lam

Kup ebooka

39.92 zł
33.13 zł (30,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Sie­dzia­łem w ciem­no­ści na brzegu łóżka. Kolejna bez­senna noc. Choć robi­łem wszystko, by go uni­kać, stary druh - nie­po­kój - znów przy­szedł w gości. A wraz z jego nadej­ściem serce waliło tak, jakby się chciało wyrwać z piersi.

Licząc, że nad nim zapa­nuję, powoli przy­su­ną­łem się do śpią­cej żony i poca­ło­wa­łem ją naj­de­li­kat­niej, jak umia­łem, mając nadzieję, że nie obu­dzi jej ani prze­lotny dotyk moich warg na gład­kim policzku, ani serce walące w piersi jak mło­tem. Kiedy docho­dzi­łem do drzwi sypialni, usły­sza­łem, jak mój pies, cairn ter­rier, któ­rego nazwa­łem R?ninkiem, zesko­czył z łóżka i pobiegł, by do mnie dołą­czyć.

W górach Kolo­rado zaczy­nał się zimny letni pora­nek. Chłodny powiew, szu­miący w osi­ko­wych liściach, dotknął mojej twa­rzy, gdy sado­wi­łem się na macie do medy­ta­cji. Jak codzien­nie mia­łem nadzieję, że ten piękny widok i spo­kojne dźwięki, budzące bło­gie uczu­cia, uspo­koją i ukoją moją duszę. I jak zwy­kle - nic z tego.

Sie­dzia­łem więc otu­lony wciąż mroczną ciszą poranka i roz­trzą­sa­łem "dla­czego?" i "dla­czego nie?". Tak było od pię­ciu już lat nie­mal codzien­nie, odkąd zaczą­łem poszu­ki­wać wewnętrz­nego spo­koju. Ale się nie pod­da­wa­łem. Przez całe życie ni­gdy się nie pod­da­wa­łem i nie mia­łem zamiaru zro­bić tego teraz - na pewno nie po tym, co już prze­sze­dłem.

Skon­cen­tro­wa­łem się na głę­bo­kim oddy­cha­niu, pró­bu­jąc - jak mnie uczono - uspo­koić umysł i wpro­wa­dzić się w trans. Jed­nak po raz kolejny nic z tego nie wyszło - jak każ­dego poranka.

R?ninek sie­dział spo­koj­nie i cier­pli­wie cze­kał. Na szczę­ście nie zara­ża­łem go swoim nie­po­ko­jem. Na szczę­ście był rów­nie cier­pliwy i wyro­zu­miały jak moja żona. Kiedy znów sta­ra­łem się medy­to­wać, czu­łem jego cie­płe, przy­tu­lone do mnie ciałko.

Gdy znów otwo­rzy­łem oczy, poli­zał mnie po dłoni, jakby wie­dział, że wra­cam z bar­dzo mrocz­nego miej­sca. Podob­nie jak żona zda­wał się nie wąt­pić ani chwili, że cały czas poszu­kuję świa­tła.

Była w tym jakaś iro­nia, że w cza­sie tego poszu­ki­wa­nia, które pro­wa­dziło mnie krętą ścieżką dookoła świata, przy­ją­łem płaszcz i obo­wiązki r?ninów - słyn­nych i nie­sław­nych samu­ra­jów bez pana z naj­bar­dziej burz­li­wego okresu histo­rii Dale­kiego Wschodu - i wzią­łem na barki cią­żącą na nich odpo­wie­dzial­ność. Bo prze­cież jed­no­cze­śnie, podą­ża­jąc ich mroczną ścieżką, sta­łem się - jak mi mówiono - świa­tłem, prze­wod­ni­kiem dla wielu szu­ka­ją­cych wła­snej drogi ucieczki od bólu.

Spoj­rza­łem na zega­rek - była trze­cia rano. Nade­szła godzina tygrysa, a z nią wspo­mnie­nie nie­ustan­nych napo­mnień mojej mamy:

- Uśmie­chaj się - powta­rzała zawsze - i bądź dzielny.

Moja matka uro­dziła się w Roku Tygrysa - tak jak ja. Według chiń­skiego zodiaku jed­nym z głów­nych atry­bu­tów uro­dzo­nych pod tym szczę­śli­wym zna­kiem jest odwaga. Nie zaprze­czam - zwłasz­cza jeśli cho­dzi o moją matkę. Dzięki odwa­dze prze­żyła rze­czy, które wielu innych zabiły, i mnie - żywego - prze­nio­sła przez wszystko.

Wsta­łem z tarasu i wró­ci­łem do domu. Skoro nie zna­la­złem wewnętrz­nego cie­pła w ten chłodny pora­nek, to poszu­kam zewnętrz­nego. Roz­pa­li­łem w kominku i już wkrótce poczu­łem na ciele przy­jemne cie­pło. Była godzina tygrysa, czwar­tego dnia ósmego mie­siąca Roku Tygrysa. Powi­nie­nem był zdo­łać okieł­znać tę ener­gię i skie­ro­wać jej świa­tło na drogę do wyj­ścia z nie­po­koju, który mnie drę­czył. Ale jak w ciągu tysięcy poprzed­nich dni nie byłem w sta­nie, bo droga ginęła w mroku obra­zów z całego życia prze­la­tu­ją­cych przez mój umysł jak ulotne, sko­wy­czące cie­nie.

Naj­pierw hor­ror wojny i męka ucieczki. Potem znę­ca­nie się i rasizm, które trwały przez cały okres szko­le­nia woj­sko­wego, po któ­rych nade­szły lata ter­roru i tra­ge­dii, które eks­plo­do­wały wokół mnie, gdy pró­bo­wa­łem wszystko napra­wić.

Migały mi jakieś strzępki ata­ków, ciosy, wymiany ognia, całymi dniami, przez całe lata. Sceny ze zwiadu, ope­ra­cji spe­cjal­nych, zasa­dzek, sztur­mów, bitew w Afryce, Azji, Ame­ryce, na Bli­skim Wscho­dzie, walki w okta­go­nie.

A w tle bez prze­rwy brzmiały słowa:

- Uśmie­chaj się i bądź dzielny.

Ale nawet te słowa i twarz osoby, która je wypo­wia­dała, nie wystar­czyły, by mnie wyci­szyć i ukoić duszę.

Jasne, naj­waż­niej­sze, że to wszystko jakimś cudem prze­ży­łem. Ale naszpi­ko­wało mi to umysł wspo­mnie­niami ranią­cymi jak ostre odłamki, które głę­boko utkwiły. A naj­gor­sze było to, że kiedy wresz­cie wysze­dłem z tego mrocz­nego świata, ból nie tylko nie ustał, ale zda­wał się nara­stać, nie­za­leż­nie od tego, ile pochwał, nagród, osią­gnięć i uzna­nia zdo­by­łem w cza­sie, który powi­nien być dla mnie cza­sem pokoju.

Dosko­nale zda­wa­łem sobie sprawę, że roz­bro­je­nie tego mózgo­wego pola mino­wego zaj­mie o wiele wię­cej lat, niż stra­ci­łem na to do tej pory, że jesz­cze nawet nie roz­po­czą­łem tego pro­cesu - ale jak zwy­kle, napo­ty­ka­jąc prze­szkody, nie zwal­nia­łem ani na chwilę. W tej godzi­nie tygrysa, przy bla­sku cie­płego ognia, w końcu się­gną­łem nie po to, co wie­dzia­łem, ale po to, co tak długo mi umy­kało.

Się­gną­łem do pierw­szego wspo­mnie­nia. Byłem pię­cio­lat­kiem, który patrzy na obóz dla uchodź­ców. Wtedy naprawdę nie wie­dzia­łam, co się ze mną wcze­śniej działo. Jakie doświad­cze­nia defi­niu­jące cha­rak­ter i kształ­tu­jące oso­bo­wość dopro­wa­dziły do tego pierw­szego wspo­mnie­nia? Co uczy­niło mnie tym, kim byłem, jestem i będę? Jaki był pierw­szy krok w mojej podróży liczą­cej co naj­mniej tysiąc mil?

W godzi­nie tygrysa czło­wiek - jeśli mu star­czy odwagi - może przejść ze świata fizycz­nego do świata duchów. Tego dnia w godzi­nie tygrysa zaczą­łem naprawdę sta­wiać czoło ciem­no­ści poprze­dza­ją­cej moją prze­mianę w r?nina i eks­plo­ro­wać ją w poszu­ki­wa­niu odpo­wie­dzi. Ale wszystko zaczęło się od prze­ra­ża­ją­cej histo­rii, którą opo­wie­działa mi mama, żeby zapo­mnieć o tym, co do tej pory było moim naj­gor­szym dniem.

1

Jesz­cze tam, w tym obo­zie dla uchodź­ców, matka nauczyła mnie, że chaos jest nie­zbędny, bo bez niego nie byłoby wia­domo, że nastał spo­kój.

- Bez cha­osu - tłu­ma­czyła mi - nie byłoby gór do poko­na­nia, armii, z któ­rymi trzeba wal­czyć, ani smo­ków do zabi­cia. Bez cha­osu jakże byśmy odróż­nili prawdę?

Nie rozu­mia­łem z tego wtedy ani słowa, podob­nie jak i innych wielu, które mi mówiła. Prze­ko­na­łem się dopiero póź­niej - cza­sem w łatwy spo­sób, a cza­sem wręcz prze­ciw­nie - że słowa matki są jak nasiona zasiane w moim umy­śle, które kie­dyś wresz­cie zakwi­tają, jedne szybko, a inne po upły­wie mie­sięcy, lat czy nawet dekad.

Tam­tego dnia byłem małym chłop­cem, wiet­nam­skim uchodźcą miesz­ka­ją­cym w Karo­li­nie Pół­noc­nej, wycho­wy­wa­nym w rodzi­nie, która była zmu­szona zaczy­nać wszystko od zera po utra­cie wol­no­ści i kraju. Wojna w Wiet­na­mie była bar­dzo nie­po­pu­larna w Ame­ryce, a ja i moja rodzina byli­śmy nie­zno­śnie nama­calną kon­se­kwen­cją tego peł­nego nie­na­wi­ści kon­fliktu.

W 1981 roku, dzięki pomocy mojego ame­ry­kań­skiego wujka, żoł­nie­rza, który lecząc się z ran, zako­chał się w doglą­da­ją­cej go wiet­nam­skiej pie­lę­gniarce (sio­strze mojej mamy) i się z nią oże­nił, zosta­li­śmy relo­ko­wani w ramach łącze­nia rodzin z indo­ne­zyj­skiego obozu do mie­ściny na głę­bo­kim połu­dniu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, zwa­nej Fay­ete­ville. O Fay­ete­ville mało kto sły­szał nawet w Ame­ryce, ale leży ono przed bramą naj­więk­szej bazy woj­sko­wej armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych - Fort Bragg. W naszym mia­steczku miesz­kało wię­cej koman­do­sów i spa­do­chro­nia­rzy na kilo­metr kwa­dra­towy niż gdzie­kol­wiek indziej w Ame­ryce. Fort Bragg był - i jest na­dal - znany jako Dom Wojsk Spe­cjal­nych, tam wła­śnie mie­ści się USSO­COM, Dowódz­two Ope­ra­cji Spe­cjal­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Zaraz po przy­jeź­dzie do Ame­ryki tata, mama, star­szy brat i ja miesz­ka­li­śmy u wujka - ofi­cera Zie­lo­nych Bere­tów. Jego żona - moja cio­cia - opie­ko­wała się nami i poma­gała sta­nąć na wła­snych nogach, aby­śmy mogli się wypro­wa­dzić i zamiesz­kać samo­dziel­nie.

Kiedy to nastą­piło, zaję­li­śmy miesz­kanko z jedną sypial­nią w bied­niej­szej czę­ści mia­sta. Na początku mie­li­śmy tylko jeden mebel: wielki uży­wany mate­rac, na któ­rym spała cała rodzina. Bariera języ­kowa spra­wiła, że rodzice nie mieli szans na dobrze płatne zaję­cie i brak pie­nię­dzy był powo­dem ich cią­głych kłótni. Byli­śmy tak biedni, że wiele dni przy­szło nam z bra­tem gło­do­wać.

Mimo to dali­śmy z sie­bie wszystko, pro­wa­dzeni przez nie­złom­nego ducha mojej matki. W końcu, choć było źle, było lepiej niż w indo­ne­zyj­skim obo­zie dla uchodź­ców.

Pew­nej cie­płej nie­dzieli bawi­łem się przed domem, kiedy matka zaje­chała samo­cho­dem, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem. Była roz­pro­mie­niona i pod­jeż­dża­jąc pod dom, zatrą­biła. Była tak dumna, że udało jej się zdać ame­ry­kań­ski egza­min na prawo jazdy, a teraz była bar­dzo szczę­śliwa, że mogła dobrze go wyko­rzy­stać.

- Wska­kuj!

Tego nie trzeba mi było dwa razy powta­rzać. W jakiś spo­sób udało jej się prze­ko­nać sio­strę, żeby jej poży­czyła na jeden dzień ich rodzinny samo­chód. Poje­cha­li­śmy dwie prze­cznice dalej, do lokal­nego super­mar­ketu Pig­gly Wig­gly, a po dro­dze oboje byli­śmy bar­dzo weseli. Mama wpro­wa­dziła mnie tam za rękę.

Bieda i uprze­dze­nia nauczyły mnie już wielu rze­czy, ale także zmie­niły moje prio­ry­tety. Nie przej­mo­wa­łem się gwiaz­dami sportu, jak wiele ame­ry­kań­skich dzieci. Nie, w moich oczach super­gwiazdy to były te, które nie cho­dziły głodne. Ni­gdy nie zapo­mnę tej pierw­szej wizyty w Pig­gly Wig­gly.

Na widok nie­koń­czą­cych się ale­jek peł­nych jedze­nia oczy wyszły mi z orbit i szczęka opa­dła. Zwy­kli Ame­ry­ka­nie pew­nie nawet nie rozu­mieją, o czym piszę - dla nich to po pro­stu zwy­kły sklep. Kiedy umie­rasz z głodu, pra­wie umie­rasz, ten moment zna­czy wszystko. Ten moment ozna­czał dla mnie Ame­rykę. Mama spa­ko­wała wózek na zakupy, prze­szła przez kolejkę do kasy, a potem pchnę­li­śmy wózek w stronę samo­chodu. W tym momen­cie pod­szedł do nas jakiś star­szy czło­wiek. Powi­nie­nem być na to przy­go­to­wany, ale jedze­nie osła­biło moją odpor­ność. Poza tym mia­łem tylko dzie­więć lat. Spoj­rza­łem w jego czer­wone oczy, by podzie­lić się z nim swoją rado­ścią. A wtedy on napluł mi w twarz.

Jego ślina śmier­działa papie­ro­sami i alko­ho­lem. Pró­bo­wa­łem ją zetrzeć z twa­rzy, a on, poka­zu­jąc mamie środ­kowy palec, zaczął wykrzy­ki­wać.

- Tu nie miej­sce dla was, chi­nole! Wypie­przaj­cie z powro­tem do swo­jego Wiet­namu!

Nie tylko nie znał róż­nicy mię­dzy Chi­nami a Wiet­na­mem, ale naj­wy­raź­niej nie znał mojej mamy. Liczył na łatwy suk­ces, na to, że ją zmusi do ucieczki i ona łatwo da mu zatry­um­fo­wać. Ale ta kobieta, która sta­wiła czoło całej nie­na­wist­nej komu­ni­stycz­nej armii, nie dała się zwy­czaj­nie zastra­szyć byle pija­nej men­dzie. Sta­ran­nie wyce­lo­wała tam, gdzie go na pewno zaboli, i z całej siły sta­ra­no­wała go wóz­kiem.

Nie wiem, co było dla niego gor­sze, zasko­cze­nie czy ból, ale zabo­lało go na tyle, że zwiał gdzie pieprz rośnie, trzy­ma­jąc ręce mię­dzy nogami. Zdą­ży­li­śmy się już jed­nak nauczyć, że rasi­stow­scy tchó­rze czę­sto ucie­kają po to, by zwo­łać wię­cej rasi­stow­skich tchó­rzy, nie tra­cąc więc czasu, wsie­dli­śmy do samo­chodu i odje­cha­li­śmy.

W dro­dze do domu czu­łem się okrop­nie, spro­wa­dzony z chmury czy­stej rado­ści na samo dno upo­ko­rze­nia. I wtedy usły­sza­łem maminą man­trę:

- Uśmiech­nij się i bądź dzielny. Takie piękne nie­dzielne popo­łu­dnie...

To wyda­rze­nie było zapo­wie­dzią tego, co mnie cze­kało w pierw­szym roku ame­ry­kań­skiej szkoły. Dzieci rodzi­ców bogat­szych i bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wa­nych - czyli wszyst­kie - nie prze­pusz­czały żad­nej oka­zji, by mi przy­po­mnieć, jak bar­dzo jestem biedny. Dzień w dzień sły­sza­łem, że moje ciu­chy śmier­dzą rybą. Jeśli któ­ryś z nich zauwa­żył małą dziurkę, zawsze zna­la­zły się czy­jeś palce, żeby je wetknąć i roze­drzeć mate­riał, do wtóru chó­ral­nego śmie­chu i upo­ka­rza­ją­cych docin­ków.

Dalej miesz­ka­li­śmy w Karo­li­nie Pół­noc­nej, sta­ra­li­śmy się, jak mogli­śmy, dzie­li­li­śmy nie­liczne rado­ści, par­li­śmy naprzód. Skoń­czy­łem pierw­szą klasę, potem drugą. Bywało ciężko - ale jak kazała mama: uśmie­cha­łem się i byłem dzielny.

Ale w trze­ciej kla­sie zro­biło się jesz­cze trud­niej. Naj­go­rzej było, gdy przy­cho­dził nauczy­ciel na zastęp­stwo. Moje wiet­nam­skie imię i nazwi­sko brzmi Tú Tuân Lam. Ame­ry­ka­nom poda­wa­łem jego uprosz­czoną wer­sję: "Tu Lam", aby im oszczę­dzić fru­stra­cji. Ale któ­re­goś razu tra­fił nam się na zastęp­stwo nauczy­ciel, który koniecz­nie chciał się nauczyć popraw­nej wymowy mojego nazwi­ska.

Jego liczne nie­udane próby zain­spi­ro­wały moich kole­gów z klasy do jesz­cze więk­szego szy­der­stwa, na czele stał nasz kla­sowy tyran Jake. Jake łączył plu­gawy język ze złym wycho­wa­niem, pod­nie­cał go wła­sny głos, zwłasz­cza gdy klął. Dla­tego wła­śnie z powo­dów dys­cy­pli­nar­nych powta­rzał trze­cią klasę i tak tra­fił do mojej klasy. Mam szczę­ście.

Jake sko­rzy­stał z oka­zji do roz­róby i za jego namową więk­szość uczniów zaczęła rzu­cać we mnie papie­ro­wymi kul­kami, doda­jąc do tego rasi­stow­skie obe­lgi. Nasz zastęp­czy nauczy­ciel w końcu miał tego dość.

- Dosyć! - krzyk­nął. - Cisza!

Wstał zza biurka i widać było, jak mu się ręce trzęsą. Wska­zał w końcu Jake'a, a potem mnie.

- Wy dwaj! Do dyrek­tora!

Zasko­czony skie­ro­wa­łem palec na sie­bie, żeby się upew­nić, że wska­zał napast­nika i ofiarę.

- Do dyrek­tora! Już! - wrza­snął i sły­chać było, że jest naprawdę wku­rzony.

Zdez­o­rien­to­wany i zakło­po­tany spa­ko­wa­łem książki do uży­wa­nego żół­tego tor­ni­stra. Idąc za Jakiem kory­ta­rzem, czu­łem się nie­spra­wie­dli­wie uka­rany - a moja obo­zowa prze­szłość nauczyła mnie już wie­lo­krot­nie, jak wygląda i boli nie­spra­wie­dliwa kara. Upo­ko­rzony i wystra­szony wsze­dłem do gabi­netu dyrek­tora Dun­cana.

Dyrek­tor był star­szym bia­łym męż­czy­zną w wieku około pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat, szy­ku­ją­cym się już men­tal­nie na eme­ry­turę. Nosił dopa­so­wane spodnie w drobną brą­zową kratkę, koszulę z krót­kimi ręka­wami, w któ­rej kie­szonce zatknięta była dum­nie wkładka z prze­gród­kami na dłu­go­pisy i kolo­rowe ołówki. Sto­jąc za biur­kiem, pan Dun­can kazał nam sia­dać i cze­kać, aż nas zabiorą rodzice.

Wie­dzia­łem dosko­nale, że ja pocze­kam długo. Mama pra­co­wała daleko i nie miała jak ani czym po mnie przy­je­chać do szkoły. Była zbyt zajęta, aby zwią­zać koniec z koń­cem.

Łobuz Jake sie­dział na lewym skraj­nym krze­śle w pocze­kalni dyrek­tora, a ja na pra­wym, mając nadzieję, że może jakimś cudem uda się prze­żyć resztę tego dnia bez dal­szych upo­ko­rzeń. Ale gdzie tam! Wbi­łem wzrok w pod­łogę, wpa­tru­jąc się inten­syw­nie w moje zdarte, odzie­dzi­czone po star­szym bra­cie, popę­kane buty uchodźcy. W tym momen­cie zaczęło do mnie docie­rać, jak bar­dzo zosta­łem skrzyw­dzony.

Wtedy do oczu napły­nęły mi łzy. Nie, nie, nie - powta­rza­łem sobie raz po raz. Nie płacz. Nie tutaj i nie teraz. Wal­cząc ze łzami, pró­bo­wa­łem zająć umysł czym innym, słu­cha­łem, jak sekre­tarka pisze z tru­dem dwoma pal­cami na sta­rej maszy­nie do pisa­nia. Aryt­miczne stu­ka­nie czcio­nek zle­wało się z odgło­sem drzwi zamy­ka­ją­cych się za nauczy­cie­lami, któ­rzy przy­cho­dzili zała­twić jakieś swoje sprawy.

Wśród tych wszyst­kich dźwię­ków, które ana­li­zo­wa­łem (na zmianę z obser­wa­cją butów), aby zająć czymś umysł, z kory­ta­rza doszedł nowy odgłos - stuk wyso­kich obca­sów kro­czą­cych ener­gicz­nie po wykła­da­nej kafel­kami pod­ło­dze. Dźwięk nara­stał, aż w końcu brzmiał jak serie poci­sków ude­rza­ją­cych w beto­nową nawierzch­nię. Gdy na chwilę ustał, drzwi otwo­rzyły się ener­gicz­nie i do gabi­netu wpa­dła matka osiłka, wydzie­ra­jąc się na wszyst­kich od samych drzwi:

- Co tu się dzieje?! Dla­czego ktoś zadzwo­nił, że mam odbie­rać syna ze szkoły?!

Dyrek­tor odło­żył trzy­many w dłoni dłu­go­pis na biurko i wstał na powi­ta­nie gościa.

- Pani syn Jake nazwał tego tu chiń­skiego chłopca chi­no­lem.

Nie byłem wpraw­dzie Chiń­czy­kiem, ale to pogar­dliwe prze­zwi­sko doty­kało mnie w nie mniej­szym stop­niu. Mimo to nie ruszy­łem się ani o cal, wciąż wbi­ja­jąc wzrok w buty. Sły­sza­łem, jak szpilki zbli­żają się do Jake'a. Kąci­kiem oka widzia­łem, jak wzięła go za rękę, ale zamiast odejść, pod­pro­wa­dziła go do mnie.

- Patrz na mnie!

Spoj­rza­łem. Nie wyglą­dało to pew­nie impo­nu­jąco, dzie­ciak z trze­ciej klasy pod­sta­wówki spo­glą­da­jący wysoko w górę na góru­jącą nade mną olbrzymkę, trzy­ma­jącą za rękę jej repe­tu­ją­cego synalka.

- Jake ma rację - powie­działa. - Takie żółtki jak ty tu nie pasują. Wra­caj tam, skąd żeś wylazł!

Teraz, czu­jąc wspar­cie mamusi, do tej pory sie­dzący jak tru­sia Jake roze­śmiał się i razem wesoło wyszli z gabi­netu. A ja zosta­łem - odarty z god­no­ści, nie­spra­wie­dli­wie uka­rany za nie swoje prze­winy, publicz­nie ośmie­szony. A ci ludzie, któ­rym powie­rzono zada­nie opieki nade mną, obrony, nauki i oby­wa­tel­skiego wycho­wa­nia, mieli to głę­boko w nosie.

Wresz­cie ogrom upo­ko­rze­nia, krzywdy, nie­spra­wie­dli­wo­ści, jakich zazna­łem w ciągu tych wszyst­kich bez­sen­sow­nych lat nie­na­wi­ści, wez­brały we mnie i prze­rwały tamę. Roz­pła­ka­łem się tak, jak jesz­cze ni­gdy. Łka­łem tak bar­dzo, że w końcu popa­dłem w stan hiper­wen­ty­la­cji. Moje wrza­ski były tak gło­śne, że w końcu dyrek­tor pod­niósł na mnie wzrok.

Ale zamiast pomóc, po pro­stu wark­nął: "Pocze­kaj na kory­ta­rzu". Jego lek­ce­wa­żąca postawa, o dziwo, pomo­gła mi zebrać resztkę dumy, która mi pozo­stała. Udało mi się dotrzeć do holu i opa­no­wać płacz na tyle, żeby nie zwra­cać na sie­bie więk­szej uwagi. Wie­dzia­łem, że moja mama nie ma jak przy­je­chać do szkoły, żeby mnie ode­brać. Sta­łem więc spo­koj­nie i cze­ka­łem, aż zaję­cia się skoń­czą i przy­je­dzie auto­bus, któ­rym udam się do domu.

Byłem tak zde­ner­wo­wany, że posta­no­wi­łem nic jej nie mówić o tym, co się stało. W końcu i bez tego miała mnó­stwo na gło­wie, utrzy­mu­jąc całą rodzinę. W domu posze­dłem więc pro­sto do sypialni. Sie­dząc samot­nie, wspo­mi­na­łem ten strasz­liwy dzień. Nic nie powie­dzia­łem o tym rodzi­nie, pomimo przy­krych wspo­mnień o znie­na­wi­dzo­nych przeze mnie kole­gach z klasy. Zamiast tego odro­bi­łem pracę domową i przy­go­to­wa­łem się do snu. Sie­dzia­łem na brzegu mate­raca, kiedy weszła mama. Mogłem nic nie mówić, a ona i tak zawsze wie­działa, kiedy coś było nie tak. Uśmiech­nęła się i usia­dła obok. Przez chwilę sie­dzie­li­śmy tak po pro­stu, matka i syn. Uśmie­chała się cier­pli­wie do mnie, do pokoju, tego mia­sta i życia, które tu wie­dli­śmy. W końcu prze­mó­wiła.

- Każ­demu zda­rzają się złe dni, naj­waż­niej­sze, żeby nio­sły jakąś naukę. Jak mogli­by­śmy poszu­ki­wać głęb­szego sensu w życiu, uni­ka­jąc złych doświad­czeń? - Jej uśmiech obej­mo­wał mnie i ocie­plał, aż w końcu mnie przy­tu­liła. - Powin­ni­śmy być wdzięczni za każdy moment każ­dego dnia, bez względu na to, czy jest trudny, czy zły, bo i tak żyjemy tylko cudem, powin­ni­śmy umrzeć już dawno temu.

Naj­pierw musia­łam uwie­rzyć w słowa mojej matki. Potem musia­łem spró­bo­wać je w pełni zro­zu­mieć. Ale jesz­cze nie mogłem.

- Jak to, o czym ty mówisz? - zapy­ta­łem, szcze­rze zasko­czony. - Jak to żyjemy tylko cudem? Co się stało, mamo?

Sie­dząc tam na brzegu zuży­tego mate­raca, wpa­tru­jąc się w małe dziecko, mama pod­jęła decy­zję, z którą zapewne nosiła się od dawna.

Po raz pierw­szy opo­wie­działa mi histo­rię życia, któ­rej nie pamię­ta­łem.

2

W latach sześć­dzie­sią­tych, z tego, co widzia­łem na zdję­ciach i co opo­wia­dali mi człon­ko­wie rodziny, do któ­rych dotar­łem, mama była młodą, piękną, zadziorną dziew­czyną z wiet­nam­skiej wsi. Wszy­scy za nią wodzili oczyma, wszyst­kim się podo­bała - ale miała repu­ta­cję dzi­kiej tygry­sicy.

Jej matka, rów­nie sil­nego cha­rak­teru, czę­sto ją za to biła. Bab­cia miała ciężką rękę, a jej siła brała się z tego, że codzien­nie dźwi­gała wia­dra wody z rzeki i worki ryżu do pro­wa­dzo­nej przez sie­bie restau­ra­cji. Mama wspo­mi­nała, że bab­cia oby­wała się w swoim zajeź­dzie bez wyki­daj­łów - w razie potrzeby sama była od tego, żeby spu­ścić manto doro­słym pija­kom, któ­rzy pró­bo­wali roz­ra­biać w jej knaj­pie. Ale mama, mimo że bab­cia nie szczę­dziła jej razów, cią­gle pako­wała się w szkole w kło­poty. Miała w sobie dzi­kiego ducha i naj­czę­ściej wpa­dała w tara­paty, bro­niąc słab­szych kole­gów przed kla­so­wymi osił­kami.

Moja bab­cia musiała być twarda, aby prze­trwać, i świa­do­mie lub nieświa­do­mie wycho­wała swoją córkę tak, aby była rów­nie twarda. Tak więc, mając dość wer­bal­nego i fizycz­nego znę­ca­nia się, które jej matka stale sto­so­wała, opu­ściła wio­skę tak szybko, jak tylko mogła, aby szu­kać miej­sca do życia w Saj­go­nie.

Restau­ra­cja babci spe­cja­li­zo­wała się w ph?, wiet­nam­skiej zupie z maka­ro­nem, pod­sta­wie kuchni naro­do­wej, mama bez trudu więc zna­la­zła pracę w podob­nym zakła­dzie w sto­licy połu­dnio­wego Wiet­namu. Tam poznała ojca, inży­niera, który wpa­dał na obiady w prze­rwach w odbu­do­wy­wa­niu mia­sta ze znisz­czeń trwa­ją­cej już trze­cią dekadę wojny. Pan inży­nier oże­nił się z wie­śniaczką i w 1971 roku powi­tali pierw­szego syna, mojego star­szego brata. Aku­rat wtedy, gdy Ame­ry­ka­nom przy­szło do głowy, żeby się wyco­fać i zosta­wić wszystko na pastwę komu­ni­stów. Co było potem, matka zwy­kle zby­wała pół­słów­kami i od razu prze­cho­dziła do mojego uro­dze­nia. Przy­sze­dłem na świat w oko­licz­no­ściach dość nędz­nych i słabo wró­żą­cych na przy­szłość - ale za to z hukiem. Opo­wia­dała mi, że uro­dziła mnie na zim­nej beto­no­wej pod­ło­dze saj­goń­skiego szpi­tala ciemną nocą 17 grud­nia 1974 roku, w chiń­skim roku Drew­nia­nego Tygrysa, o godzi­nie tygrysa, a wokół sza­lały nawały arty­le­ryj­skie. Led­wie się uro­dzi­łem, już musiała zasła­niać mnie wła­snym cia­łem przed sypią­cymi się z sufitu okru­chami pęka­ją­cego od ostrzału tynku.

Rzadko zagłę­biała się w szcze­góły tego, co nastą­piło potem. Całe lata zajęło mi poskła­da­nie więk­szego obrazu z poje­dyn­czych słów czy zdań. Wyraź­nie się wyczu­wało, że to nie była dla niej łatwa histo­ria, z bie­giem czasu matka sta­wała się coraz bar­dziej mało­mówna, a jej wola umac­niała się z wie­kiem.

A więc przy­sze­dłem na ten świat z hukiem, pod­czas arty­le­ryj­skiego ostrzału szpi­tala, wśród odłam­ków ścian, które na nas padały. Oblę­żony Saj­gon był bom­bar­do­wany nie­mal codzien­nie. Zamiast roz­wo­dzić się nad naszym oso­bi­stym nie­bez­pie­czeń­stwem, moja mama powie­działa, że widziała rodziny wspie­ra­jące się nawza­jem, gdy ich domy waliły się wokół nich. Zamiast opo­wie­dzieć mi o moich krzy­kach, powie­działa, że sły­szała krzyki innych dzieci odbi­ja­jące się echem po uli­cach, gdy pró­bo­wały obu­dzić swo­ich zmar­łych rodzi­ców.

Rok 1974 nie był tylko chiń­skim Rokiem Drew­nia­nego Tygrysa - był jed­nym z naj­gor­szych okre­sów w histo­rii Wiet­nam­czy­ków z połu­dnia, z któ­rych byli­śmy z matką tylko dwoj­giem z milio­nów. Ame­ry­ka­nie nas opu­ścili, zosta­wili Repu­blikę Wiet­namu swo­jemu losowi, a ja uro­dzi­łem się po prze­gra­nej stro­nie wojny. Jesz­cze wtedy tego nie wie­dzie­li­śmy, ale za nie­wiele ponad kwar­tał nasz kraj miał upaść, wchło­nięty przez komu­ni­styczną Demo­kra­tyczną Repu­blikę Wiet­namu z pół­nocy, a ja mia­łem stra­cić wol­ność, któ­rej nawet nie zna­łem.

Oku­panci zalali nasz Saj­gon w kwiet­niu 1975 roku i z miej­sca zaczęli zabi­jać każ­dego, kto mógł sta­wić im opór. I jeśli wie­rzyć świa­dec­twom tam obec­nych, repor­ta­żom fil­mo­wym, tele­wi­zyj­nym i pra­so­wym oraz mojej mamie - to wszyst­kich innych też. Cały świat to widział, cały świat o tym mówił - ale cały świat miał to gdzieś, bo to ich bez­po­śred­nio nie doty­czyło. Oni byli daleko, odkła­dali gazetę, gasili tele­wi­zor i już było po wszyst­kim, a moją rodzinę prze­śla­do­wa­nia doty­kały każ­dego dnia, tydzień po tygo­dniu, mie­sią­cami i latami.

Teraz dopiero poj­muję, jakie mia­łem szczę­ście, że byłem tak młody, by zdo­łać wszystko łatwo zapo­mnieć. Prawdę mówiąc, nawet nie zda­wa­łem sobie sprawy, że żoł­nie­rze pół­noc­no­wiet­nam­scy wła­mują się do domów nie­win­nych cywi­lów, aby gra­bić, mole­sto­wać i robić jesz­cze gor­sze rze­czy. Żoł­nie­rze ci zabie­rali pie­nią­dze i kosz­tow­no­ści każ­demu, kogo posta­no­wili obrać za cel, a każdy, kto pró­bo­wał ich powstrzy­mać sło­wami lub czy­nami, był zabi­jany na miej­scu. Ginęli naj­czę­ściej prze­bi­jani bagne­tami przez kilku żoł­nie­rzy naraz. Mama opo­wia­dała, że wie­dzieli o zbli­ża­niu się kolej­nej fali, bo uli­cami nio­sły się krzyki i jęki bez­bron­nych ofiar. Komu­ni­styczni oku­panci ode­brali im wszelką wol­ność i odre­ago­wy­wali na saj­goń­czy­kach lata stra­chu i walki, jed­no­cze­śnie sto­su­jąc prze­moc w wido­wi­skowy spo­sób, by zła­mać wolę oporu swo­ich nowych więź­niów.

Mia­łem nie­wiele ponad trzy mie­siące, gdy wyko­pali drzwi do naszego miesz­ka­nia na dru­gim pię­trze kamie­nicy. Wewnątrz zaro­iło się od wrzesz­czą­cych dzi­ku­sów, wyma­chu­ją­cych kara­bi­nami i gro­żą­cych bagne­tami. Cho­ciaż moja mama miała dwa­dzie­ścia kilka lat, była mała i szczu­pła, nie ustę­po­wała i nie oka­zy­wała żoł­nie­rzom stra­chu. Trzy­ma­jąc mnie na jed­nym ręku, drugą wzięła za rękę mojego czte­ro­let­niego brata. Nie zaszczy­ciła ich ani sło­wem, mówiła tylko do mojego star­szego brata.

- Bądź dzielny.

Jakoś tym razem nie było nic o uśmie­cha­niu się - co chyba zro­zu­miałe w tych oko­licz­no­ściach.

Ojciec stał przed matką i pro­sił żoł­nie­rzy, żeby jej nie robili krzywdy. Jedyną odpo­wie­dzią był szybki cios kolbą w twarz od naj­bliż­szego z napast­ni­ków. Kilku innych przy­łą­czyło się i po chwili sko­pany ojciec leżał roz­cią­gnięty, jęcząc na pod­ło­dze.

Ośmie­lony łatwym zwy­cię­stwem jeden z żoł­nie­rzy ode­rwał mojego brata od mamy i pchnął go na pod­łogę tak sil­nie, że brat, upa­da­jąc, roz­pła­kał się. Mama - nie pusz­cza­jąc mnie - uklę­kła, zasło­niła sobą ciężko pobi­tego ojca jęczą­cego na pod­ło­dze i po raz pierw­szy zwró­ciła się bez­po­śred­nio do napast­ni­ków:

- Może­cie wszystko nam ode­brać i nas poza­bi­jać, ale prę­dzej zginę, niż pozwolę wam roz­dzie­lić naszą rodzinę.

Gdyby to doty­czyło kogo­kol­wiek innego, nie uwie­rzył­bym, ale ja znam swoją matkę, a wy jesz­cze nie sły­sze­li­ście, co ona potrafi powie­dzieć - i komu - gdy zaj­dzie potrzeba.

Potem opo­wia­dała, że żoł­nie­rze krzy­czeli, tar­gali ją za włosy, wszyst­kich nas wygo­nili za ulicę, pcha­jąc, bijąc kol­bami i kopiąc na scho­dach. Na ulicy kazali nam się poło­żyć na chod­niku. W powie­trzu było gęsto od dymu, krwi, spa­le­ni­zny, pro­chu, śmier­działy roz­kła­da­jące się eks­pre­sowo w upale zwłoki. Cztery pię­tra wyżej na atak szy­ko­wał się dzia­dek, wła­ści­ciel kamie­nicy.

Według mamy nasz dzia­dek, ojciec taty, był nie­zwy­kłym czło­wie­kiem. Miesz­kał w apar­ta­men­cie na naj­wyż­szym pię­trze, sły­szał więc przez drzwi, jak żoł­nie­rze pano­szą się na kolej­nych pię­trach, i przy­go­to­wy­wał się na atak. Mimo to pozo­stał spo­kojny, poda­jąc zapewne ostatni posi­łek egzo­tycz­nym rybom miesz­ka­ją­cym w olbrzy­mich akwa­riach z mor­ską wodą, które aż się pro­siły o cios kolbą. Kiedy żoł­nie­rze doszli na jego pię­tro, zastali uchy­lone drzwi, żeby nie musieli ich wyła­my­wać, i pana w sile wieku kar­mią­cego ryby. Widok był tak sur­re­ali­styczny, że zgłu­pieli i nie wie­dzieli, co robić.

Bo trzeba powie­dzieć, że akwa­rium z rybami w Saj­go­nie w 1975 roku to był wyjąt­kowy luk­sus - a co dopiero olbrzy­mie zbior­niki wiel­ko­ści samo­cho­dów, wypeł­nione kolo­ro­wymi rybami róż­nych wiel­ko­ści o fan­ta­stycz­nych kształ­tach. Dzia­dek był czło­wie­kiem boga­tym, mógł podró­żo­wać, dokąd chciał, i wyda­wał wielke sumy pie­nię­dzy na te akwa­ria, osprzęt i ryby. Jego żona kry­ty­ko­wała to jego hobby i koszty z nim zwią­zane, ale w końcu to były jego pie­nią­dze, ni­gdy jej niczego nie bra­ko­wało, a on zachwy­cał się osza­ła­mia­ją­cym pięk­nem oce­anicz­nego życia.

Tak więc gdy wpa­dli komu­ni­ści, dzia­dek kar­mił ryby. Począt­kowy szok szybko im prze­szedł, potar­mo­sili go tro­chę, zaro­bił parę kuk­sań­ców i tak samo jak nas wypę­dzili go na ulicę - ale choć splą­dro­wali dokład­nie całe miesz­ka­nie, to nie stłu­kli żad­nego akwa­rium. Ludziom robili wiele strasz­nych rze­czy, ale ryb nie skrzyw­dzili.

Mama pocie­szała nas i dziadka, a tym­cza­sem żoł­nie­rze spę­dzili nas wszyst­kich z kilku oko­licz­nych domów w jedno miej­sce. Poja­wił się ofi­cer, wyjął kartkę i zaczął wyczy­ty­wać nazwi­ska. Jeśli wyczy­tany się zgło­sił, czy­tał dalej. Jeśli nie, żoł­nie­rze bili ludzi na oślep, aż wydali tego, który się ukry­wał. Wśród wyczy­tanych był mój stryj, brat ojca. Był on ofi­cerem połu­dnio­wo­wiet­nam­skich sił spe­cjal­nych, słu­żył z Ame­ry­ka­nami. Sąsie­dzi go wydali, żoł­nie­rze zła­pali go i wywle­kli, dołą­cza­jąc do wcze­śniej wyczy­tanych: dzia­ła­czy poli­tycz­nych, inte­li­gen­tów i naj­bar­dziej zagro­żo­nych - współ­pra­cu­ją­cych z połu­dnio­wo­wiet­nam­skim rzą­dem lub ame­ry­kań­skim woj­skiem.

Po chwili, gdy nazwi­ska z kartki "kola­bo­ran­tów" się skoń­czyły, oddzie­lo­nych oto­czyła grupa żoł­nie­rzy i kazała im klęk­nąć. Nie było żad­nych cere­mo­nii, prze­pa­sek na oczy, wią­za­nia do słup­ków. Była tylko banda sady­stycz­nych mor­der­ców w komu­ni­stycz­nych mun­du­rach, któ­rzy z zimną krwią zastrze­lili kil­ku­na­stu nie­uzbro­jo­nych oby­wa­teli Saj­gonu. Zanim padły strzały, mama powie­działa:

- Zamknij­cie oczy i bądź­cie dzielni.

Oczy­wi­ście tego nie pamię­ta­łem, podob­nie jak serii z kałasz­ni­ko­wów, któ­rymi ich zamor­do­wano. Ale mama zapa­mię­tała na całe życie. Krzyki, strzały i widok, który ujrzała, gdy dym się roz­wiał - stos ciał poroz­ry­wa­nych poci­skami, a wśród nich swo­jego szwa­gra.

Zapa­mię­tała także upał roz­grza­nych słoń­cem płyt chod­ni­ko­wych i asfaltu, na któ­rym klę­cze­li­śmy. Dym z pło­ną­cych budyn­ków gryzł w oczy. Asfalt parzył kolana, gdy cze­ka­li­śmy na kolejne okrop­no­ści. Nie musie­li­śmy cze­kać długo.

Ofi­cer wyjął z kie­szeni kolejną kartkę z listą nazwisk i wszystko zaczęło się od nowa. Tym razem na kartce byli wszy­scy, któ­rzy zda­niem władz "wspie­rali ame­ry­kań­skich oku­pan­tów" - trzy lata po tym, jak z kraju odle­cieli ostatni ame­ry­kań­scy żoł­nie­rze. Z początku wszy­scy spo­dzie­wali się kolej­nej masa­kry, a kiedy zamiast tego zapa­ko­wano ich na cię­ża­rówkę, która miała ich zawieźć do obozu reedu­ka­cji za mia­stem, wszyst­kim ulżyło. "Przy­naj­mniej nie roz­strze­lano na miej­scu". Po latach wszy­scy dowie­dzieli się o hor­ro­rze "obo­zów reedu­ka­cji", w któ­rych komu­ni­ści łamali ludziom cha­rak­tery wymyśl­nymi tor­tu­rami - albo, ale dopiero po latach męczarni, zabi­jali. Tra­fiły do nich setki tysięcy, więk­szość cze­kała śmierć z głodu, pracy ponad siły lub dla kaprysu straż­ni­ków.

Jakoś prze­trwa­li­śmy ten straszny dzień, ale to był tylko pierw­szy z wielu dni grozy. Stary rząd połu­dnio­wo­wiet­nam­ski zastą­piły hordy gra­bież­ców z pół­nocy. Nowy rząd zniósł wol­no­ści oby­wa­tel­skie i gnę­bił wszyst­kich wyso­kimi podat­kami, by sfi­nan­so­wać komu­ni­styczne "reformy". Lecz na­dal żoł­nie­rze sta­no­wili na uli­cach naj­wyż­szą wła­dzę, oka­zu­jąc coraz więk­szą zachłan­ność i okru­cień­stwo. Ścią­ga­nie ofi­cjal­nych podat­ków otwo­rzyło sze­roko drzwi do gra­bieży i roz­bo­jów na wła­sne konto pod pozo­rem wymie­rza­nia ludo­wej spra­wie­dli­wo­ści prze­stęp­com podat­ko­wym. Każdy, kto pró­bo­wał sta­wić opór, mógł tra­fić do obozu reedu­ka­cji - albo dostać bagne­tem pod żebro czy kulę w łeb.

Więk­szość podat­ków doty­kała w dodatku bie­da­ków, ludzi, któ­rych nie było stać na ich zapła­ce­nie. Krążą histo­rie o rodzi­nach znie­wo­lo­nych przez Wiet­nam­czy­ków z pół­nocy w celu wyko­ny­wa­nia cięż­kiej pracy fizycz­nej w obo­zach. Więź­nio­wie, któ­rzy zostali ranni lub cho­rzy w wyniku strasz­nych warun­ków, zostali wywie­zieni do dżun­gli i roz­strze­lani.

Po latach dowie­dzia­łem się, że ofia­rami obo­zów reedu­ka­cji padło kilku moich wujów. Mama opo­wia­dała mi histo­rię jed­nego z nich, który zdo­łał uciec. Udało mu się prze­drzeć do domu, do cię­żar­nej żony. Jedna z cio­tek popro­siła mamę o pomoc. Nocą, mimo godziny poli­cyj­nej, mama przedarła się przez linie straży i odwie­dziła brata - zbrod­nia, za którą, gdyby się wydała, mogła zostać poj­mana, zamę­czona lub zamor­do­wana. Ale nie dała się zła­pać, spo­tkała się z bra­tem, prze­ka­zała mu pie­nią­dze i żyw­ność, żeby mogli spró­bo­wać ucieczki.

Ponie­waż brat był zbie­giem, nie mogli cze­kać na dogodny moment, musieli natych­miast ucie­kać. Wujek z cię­żarną żoną pla­no­wali prze­drzeć się nocami przez dżun­glę do Kam­bo­dży w nadziei na szansę ucieczki stam­tąd do Taj­lan­dii. Wzięli ze sobą tylko kilka rze­czy, żeby nic ich nie powstrzy­my­wało w dro­dze.

Ponie­waż na wszyst­kich dro­gach były uzbro­jone poste­runki, musieli się prze­dzie­rać nocami po bez­dro­żach, ucie­ka­jąc przed okre­so­wymi obła­wami wojsk ochrony pogra­ni­cza, spe­cjal­nie szko­lo­nych do wykry­wa­nia i łapa­nia ucie­ki­nie­rów. Nie­któ­rzy z nich wynaj­mo­wali lokal­nych prze­wod­ni­ków, ale ni­gdy nie było pew­no­ści, komu prze­wod­nicy okażą lojal­ność - tym bar­dziej że ucie­ki­nie­rów poszu­ki­wano listami goń­czymi, obie­cu­jąc nagrody za pomoc w uję­ciu. Wielu tak zwa­nych prze­wod­ni­ków brało pie­nią­dze z obu stron: naj­pierw od ucie­ki­nie­rów za prze­pro­wa­dze­nie przez gra­nicę, a potem od władz za wyda­nie ich w ręce obławy.

Jakby tego było mało, straż­nicy i szpicle nie byli jedy­nym zagro­że­niem. Armia pół­noc­no­wiet­nam­ska była biedna i nie mar­no­wała pie­nię­dzy na miny - zamiast tego zasta­wiała tysiące bam­bu­so­wych "puła­pek na tygrysy". Więk­szość z nich to były doły, na któ­rych dnie znaj­do­wały się dzie­siątki i setki zaostrzo­nych punji, czyli bam­bu­so­wych kol­ców, nakry­tych listo­wiem i bar­dzo trud­nych do omi­nię­cia w ciem­no­ści.

Cio­cia i wujek brnęli na oślep przez gorącą, parną ciem­ność, ale wszystko na marne. Choć sta­rali się, jak mogli, w końcu zostali schwy­tani i prze­wie­zieni do obo­zów. Wujek tra­fił do obozu pracy, a cię­żarną cio­cię zamknięto w śmier­dzą­cej celi wię­zien­nej.

Kary za próbę ucieczki były bar­ba­rzyń­skie. Wujka chło­stano w stopy tak długo, aż kawałki mięsa zaczęły odpa­dać, nie był w sta­nie cho­dzić ani nawet stać. Całe dnie spę­dzał w nakry­tej bam­bu­sową kratą jamie, noce - przy­kuty do ściany obory wraz ze zwie­rzę­tami. Roje koma­rów wkrótce spra­wiły, że zara­ził się mala­rią.

Tym­cza­sem cio­cia spała na prze­po­co­nym brud­nym sien­niku, na gór­nym pozio­mie bam­bu­so­wej pię­tro­wej pry­czy, w prze­peł­nio­nej, wil­got­nej, ciem­nej, zim­nej celi z ple­śnią na ścia­nach i czer­wo­nym śmier­dzą­cym wia­drem w rogu. Tam, na zim­nej beto­no­wej pod­ło­dze, uro­dziła córkę, bez niczy­jej pomocy. Jakimś cudem wujo­stwo prze­żyli, ale już ni­gdy nie byli takimi ludźmi jak przed aresz­to­wa­niem. Ich tra­giczny los był ostat­nią kro­plą, która prze­ko­nała mamę, że lepiej zgi­nąć, pró­bu­jąc ucieczki, niż dać się tu zamę­czyć.

Po roz­strze­la­niu "kola­bo­ran­tów" i ode­sła­niu do obo­zów "sym­pa­ty­ków" resz­cie pozwo­lono wró­cić do domów i teraz żyli­śmy pod wła­dzą komu­ni­stów. Ten okres moja mama nazy­wała "latami opre­sji".

Mimo to powie­dziano mi, że mam w miarę nor­malne dzie­ciń­stwo. Dora­sta­łem w miesz­ka­niu na trze­cim pię­trze, z któ­rego nas wycią­gnięto, pię­tro niżej od mojej babci, dziadka i jego akwa­rium. Prze­ży­li­śmy naj­le­piej, jak mogli­śmy, utrzy­mu­jąc się z docho­dów moich rodzi­ców, ale nie­bez­pie­czeń­stwo zawsze wyda­wało się bli­sko.

W któ­reś gorące miej­skie popo­łu­dnie, kiedy mia­łem około trzech lat, mama zmy­wała pod­łogę w restau­ra­cji, gdy poja­wił się poborca podat­kowy w asy­ście paru żoł­nie­rzy. Choć cała się w środku goto­wała, bo nowa wła­dza pozwo­liła żoł­nie­rzom jeść za darmo w każ­dym lokalu i zabie­rać, cokol­wiek im się spodo­bało, bez słowa oddała cało­dzienny utarg. Dosko­nale wie­działa, czym ryzy­ko­wała w razie odmowy. Żoł­nie­rze z poborcą, niczym się nie krę­pu­jąc, prze­li­czyli łup, po czym oświad­czyli, że to za mało i w takim razie mama pój­dzie z nimi do domu dopła­cić resztę.

Byłem z ojcem w domu, kiedy przy­szli z mamą. Gro­zili rodzi­com wysła­niem do osob­nych obo­zów pracy, a nas do róż­nych domów dziecka. Ojciec oddał im wszyst­kie pie­nią­dze, jakie mie­li­śmy w domu - było tego dość, żeby się w resz­cie nasy­cili i poszli, nawet nikogo nie bijąc na odchod­nym ani nie tłu­kąc zastawy, musieli więc być zado­wo­leni.

Tam­tej nocy mama po raz pierw­szy poru­szyła temat ucieczki z Wiet­namu. Ojciec przy­po­mniał jej, jak wielu chęt­nych do ucieczki zła­pano i zamę­czono w obo­zach reedu­ka­cji, jak wielu umarło z głodu, cho­rób lub zostało zamor­do­wa­nych przez pira­tów. Mama odparła, że woli, aby­śmy wszy­scy zgi­nęli, niż żeby jej dzieci dora­stały w kraju takim, jakim stał się wów­czas Wiet­nam. Ojciec się wahał - co zro­zu­miałe, w końcu nie cho­dziło o wycieczkę za mia­sto - ale już dosko­nale wie­dział, że oże­nił się z tygry­sicą i opór nie ma sensu, dla­tego zgo­dził się spró­bo­wać zna­leźć dla nas drogę ucieczki.

Mój ojciec był wiet­nam­skim ćwierć-Chiń­czy­kiem, pocho­dził z wyedu­ko­wa­nej rodziny, pra­co­wał w biu­rze bli­sko portu i był powszech­nie lubiany. Następ­nego dnia po pracy spo­tkał się ukrad­kiem z kapi­ta­nem statku, o któ­rym powia­dano, że pomógł wielu roda­kom wydo­stać się z kraju. Ojciec zapy­tał, ile to będzie kosz­to­wać. Kapi­tan nie uda­wał zdzi­wie­nia pyta­niem. Szmu­giel ludzi był tajem­nicą poli­szy­nela wśród połu­dnio­wych Wiet­nam­czy­ków. Koszt wol­no­ści wyno­sił pięć szta­bek złota za każ­dego doro­słego i trzy za dziecko. Potem kapi­tan dodał, że orga­ni­zuje następny kurs za dwa dni. Jeśli chcemy się dołą­czyć, mamy zabrać jedną małą torbę z rze­czami na rodzinę i zapła­cić przed wej­ściem na pokład. Kuter wycho­dzi z portu o dwu­dzie­stej i na nikogo nie będzie cze­kał.

Mama natych­miast zajęła się przy­go­to­wa­niami. Przez kolejne dwa dni dys­kret­nie żegnała się z rodziną i przy­ja­ciółmi. Wresz­cie nade­szła noc ucieczki. Torba była spa­ko­wana, złoto przy­go­to­wane. Razem z bra­tem byli­śmy już ubrani i gotowi do wyj­ścia. Cze­ka­li­śmy z matką na ojca - ale on nie wró­cił z pracy o nor­mal­nej porze. Kiedy wresz­cie dotarł do domu, było dawno po ósmej. Przy­szedł i nie mówił ani słowa.

Nikt nie wycho­dzi dobrze na draż­nie­niu tygrysa w klatce. Mama była wście­kła na ojca za to spóź­nie­nie, ale ni­gdy nie wyja­wiła mi, dla­czego się wtedy spóź­nił.

Parę dni póź­niej przy­szedł do nas dzia­dek. Usiadł po cichu i spo­koj­nie wysłu­chał tyrady mamy pod adre­sem jego syna.

- Jak on mógł się spóź­nić w tak waż­nym dniu? - szlo­chała matka. - Jaki męż­czy­zna robi coś takiego swo­jej rodzi­nie?

Cią­gnęła to i cią­gnęła bez końca, a dzia­dek sie­dział cicho i słu­chał. Aż wresz­cie, kiedy prze­rwała, by zaczerp­nąć tchu, prze­rwał jej gestem i sam zaczął mówić. Opo­wie­dział jej, że kuter, któ­rym mie­li­śmy pły­nąć, został porwany przez taj­skich pira­tów, któ­rzy wymor­do­wali wszyst­kich na pokła­dzie: załogę z kapi­ta­nem i kan­dy­da­tów na ucie­ki­nie­rów. Nikt nie uszedł z życiem.

Mama była w szoku. Zda­wała sobie sprawę, że podróż jest ryzy­kiem, ale chyba do tej pory nie myślała, że aż tak wiel­kim.

Dzia­dek opo­wia­dał o tra­gicz­nym zakoń­cze­niu rejsu, na który się spóź­ni­li­śmy, a mama wzięła mnie na ręce. Uśmiech­nęła się przez łzy i powtó­rzyła dziad­kowi to, co powie­działa ojcu: że woli zgi­nąć, niż pozwo­lić swoim dzie­ciom dora­stać w upodle­niu. Łzy spły­nęły po jej policz­kach, gdy popro­siła dziadka o pomoc.

Dzia­dek od razu kiw­nął głową, jakby od początku cze­kał na te słowa.

- Daj mi parę dni - powie­dział.

Mówi­łem już, że mój ojciec był czło­wie­kiem lubia­nym, dobrze wykształ­co­nym i dobrze ubra­nym - ale to nic w porów­na­niu z dziad­kiem. Dzia­dek był jak mama - czło­wie­kiem sil­nej woli, który wszyst­kie wiet­nam­skie wojny: japoń­ską, fran­cu­ską, domową, ame­ry­kań­ską i komu­ni­styczny najazd, prze­żył dzięki spry­towi, obrot­no­ści i zaufa­nym kon­tak­tom, które miał wszę­dzie.

Przez następ­nych parę dni sie­dział w kawiarni przy por­cie, stu­diu­jąc moż­li­wo­ści, roz­po­zna­jąc sche­maty ucie­czek, gra­fiki patroli, poste­runki war­tow­ni­cze i miej­sca, w któ­rych łapią napły­wa­ją­cych do portu ucie­ki­nie­rów. Roz­po­zna­wał zagad­nie­nie i roz­wa­żał opcje. Potem zaczął nawią­zy­wać i odna­wiać kon­takty, mię­dzy innymi z pew­nym szy­prem rybac­kim, daw­nym kolegą ze szkoły, który słu­żył w cza­sie wojny w mary­narce wojen­nej. Ten czło­wiek znał się na nawi­ga­cji i zakli­nał się, że wie, jak naj­krót­szą drogą popły­nąć na Malaje, i potrafi tam dotrzeć w czter­dzie­ści osiem godzin.

Potem zasie­dli do nego­cja­cji. Szy­per nie ukry­wał, że ryzyko jest bar­dzo wyso­kie i wszy­scy, z nim włącz­nie, nad­sta­wiają karku - dla­tego ta wyprawa będzie kosz­to­wać sie­dem szta­bek za doro­słego i cztery za dziecko. Wypływa jutro wie­czo­rem, a więc decy­zję należy pod­jąć szybko. Dzia­dek przy­stał na warunki.

Zamiast jed­nak gnać w te pędy do domu, wysłał nam for­malne zapro­sze­nie do sie­bie na kola­cję. Dopiero tam, przy jedze­niu, przed­sta­wił rodzi­com ofertę i ter­min. Mie­li­śmy pły­nąć małym kutrem rybac­kim, dla­tego nie można zabrać żad­nych bagaży, tylko to, co ma się na sobie.

Gdy na koniec powie­dział ojcu o cenie, ten był prze­ra­żony. Wła­śnie prze­ży­li­śmy poprzed­niego dnia kolejną wizytę "pobor­ców podat­ko­wych" i moi rodzice nie mieli pie­nię­dzy. Sie­dzieli zała­mani, widząc ucie­ka­jącą szansę, ula­tu­jącą sprzed ich oczu, jak dym z ręcz­nie skrę­ca­nych papie­ro­sów, które palił dzia­dek.

Na widok ich smut­nych twa­rzy dzia­dek wstał i pod­szedł do swego ulu­bio­nego szez­longa. Ze zdo­bio­nego laką sto­lika wziął malo­wane puz­derko z bibuł­kami i uło­żył jedną mię­dzy pal­cami, potem z innego puz­derka szczyptę ulu­bio­nego tyto­niu. Pośli­nił brzeg bibułki, zwi­nął papie­rosa, usiadł, krzy­żu­jąc nogi, i zapa­lił. Rodzice wpa­try­wali się w niego osłu­piali, zasta­na­wia­jąc się pew­nie, jak może być tak spo­kojny w obli­czu takiej tra­ge­dii. A dzia­dek spo­koj­nie wypu­ścił kilka dym­ków, a następ­nie sta­nął koło swego ulu­bio­nego akwa­rium. W tym cza­sie moi rodzice naj­wy­raź­niej zapo­mnieli o swo­ich pro­ble­mach i wpa­try­wali się w niego. I na ich oczach mój dzia­dek zaczął roz­bie­rać czarną ramę zbior­nika na wodę.

Po jej ode­rwa­niu uka­zał się sekret dziadka. Tyle razy komu­ni­ści prze­trzą­sali jego miesz­ka­nie, szu­ka­jąc pie­nię­dzy i kosz­tow­no­ści, ale roz­pra­szały ich akwa­ria i ich barwna, ruchoma zawar­tość. Gdyby wie­dzieli, że wystar­czy ode­rwać wierzch­nie listwy, by wydo­być spod nich sztabki złota... Rodzice gapili się z otwar­tymi ustami.

Gdy dzia­dek wydo­był już dość złota, by zapła­cić za ich podróż, przy­po­mniał, że kuter wypływa o dzie­wią­tej i nie wolno się spóź­nić, bo na nikogo nie będzie cze­kał. Kazał matce przy­rzec, że jeśli prze­ży­jemy tę przy­godę, zosta­niemy Ame­ry­ka­nami. Kiedy zapy­tała go, jak niby mamy to zro­bić, opo­wie­dział jej histo­rię, któ­rej nie znała. Star­sza sio­stra mamy była pie­lę­gniarką w szpi­talu woj­sko­wym w Saj­go­nie jesz­cze w cza­sie ame­ry­kań­skiej wojny. Któ­re­goś dnia przy­wieźli tam ciężko ranio­nego bagne­tem w klatkę pier­siową ofi­cera Zie­lo­nych Bere­tów z obozu warow­nego, który został roz­bity przez wiet­nam­ską armię. Sio­stra opie­ko­wała się nim, ale chłop był naprawdę w złym sta­nie i dzia­dek był prze­ko­nany, że nie wyżyje. Koman­dos oka­zał się jed­nak twar­dym zawod­ni­kiem i nie dał się kostu­sze. Nie tylko prze­żył, ale zako­chał się w mojej ciotce i osta­tecz­nie się z nią oże­nił - w prze­ci­wień­stwie do wielu ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy, któ­rzy porzu­cili Wiet­namki, które zapew­niali o swej miło­ści. Zabrał ją nawet ze sobą, wra­ca­jąc do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, pomimo rasi­zmu i nie­na­wi­ści, z jaką wielu ich witało.

Dzia­dek powie­dział mamie, że jej szwa­gier z Zie­lo­nych Bere­tów jest dobrym czło­wie­kiem i może zapewne liczyć na jego pomoc, jeśli tylko będzie mógł pomóc.

- Ale naj­pierw - zakoń­czył - musi­cie prze­żyć.

3

Tej nocy była peł­nia księ­życa, a powie­trze wciąż gorące. Zbli­ża­jąc się do łodzi, cała rodzina czuła zapach oce­anu. Jak więk­szość łodzi kiwa­ją­cych się przy nabrzeżu, nasz kuter z drew­nia­nym kadłu­bem też był stary, mały i obdarty. Odróż­niała go kolejka ludzi cze­ka­ją­cych do wej­ścia na pokład. Łódź była nie­wielka, ale pew­nie pomie­ści­łaby jako tako ze czter­dzie­ści osób, tyle że nas cze­kała tam pra­wie setka.

Mama, wcho­dząc na pokład, wzięła mnie na ręce. Nie­za­leż­nie od tego, jakie sto­sunki łączyły szy­pra z dziad­kiem, nie miało to żad­nego wpływu na spo­sób, w jaki nas potrak­to­wano. Lata w biz­ne­sie prze­myt­ni­czym, a może wojenne przej­ścia spra­wiły, że dla niego nie byli­śmy już ludźmi - jego inte­re­so­wały tylko pie­nią­dze. My sta­no­wi­li­śmy jedy­nie kło­po­tliwy ładu­nek, upy­chany siłą pod pokła­dem.

Mimo że mama trzy­mała mnie w ramio­nach, tłum ludzi pod pokła­dem w małej, dusz­nej i nie­oświe­tlo­nej ładowni o mało nas nie zgniótł. Szy­per wepchnął nas i syk­nął, że mamy się ście­śnić, bo jesz­cze czeka dużo ludzi. Mama jakimś cudem wyma­cała zaką­tek, gdzie nikogo nie było, i tam się całą rodziną ulo­ko­wa­li­śmy.

Jakaś aro­gancka kobieta nawrzesz­czała na matkę, że tam nie ma dla nas wszyst­kich miej­sca. Mama prze­pro­siła za nie­wy­godę, ale ni­gdzie indziej też nie było miej­sca. Kobieta poin­for­mo­wała ją wów­czas, że jest bar­dzo ważną osobą i że mamy natych­miast się wyno­sić. Mama po pro­stu ją zigno­ro­wała. Nie powie­działa jej nawet, że bycie bar­dzo ważną osobą nie uchro­niło jej przed koniecz­no­ścią ucieczki zatło­czo­nym kutrem rybac­kim. Mogłaby jej też powie­dzieć, że jedziemy na tym samym wózku - ale wąt­pię, czy to by coś pomo­gło. Po pro­stu więc mil­czała i zosta­li­śmy tam, gdzie byli­śmy.

W tam­tym cza­sie mnó­stwo Wiet­nam­czy­ków z połu­dnia pró­bo­wało uciec z kraju. Część dygni­ta­rzy odle­ciała wraz z Ame­ry­ka­nami. Inni, mniej usto­sun­ko­wani, pró­bo­wali drogi lądo­wej i w odróż­nie­niu od mojego wujo­stwa mieli wię­cej szczę­ścia, udało im się wydo­stać przez naje­żoną (cał­kiem dosłow­nie) nie­bez­pie­czeń­stwami gra­nicę w dżun­gli. A my dołą­czy­li­śmy wła­śnie do tysięcy uchodź­ców drogą mor­ską, któ­rych cały świat nazy­wał boat people, ludźmi z łodzi.

Księ­życ w pełni odbi­jał się sze­roko na zwod­ni­czo gład­kiej powierzchni Morza Połu­dnio­wo­chiń­skiego, oświe­tla­jąc kuter zatło­czony uchodź­cami, wypły­wa­jący z portu na połu­dniowy zachód. W pewien spo­sób mie­li­śmy szczę­ście - stło­czeni w ładowni nie widzie­li­śmy zagro­żeń, które na nas czy­hały pod­czas poko­ny­wa­nia prze­szło czte­ry­stu mil, jakie dzie­liły nas od celu. Ja mia­łem jesz­cze wię­cej szczę­ścia - wszy­scy starsi ode mnie zda­wali sobie sprawę z ich ist­nie­nia, a ja nawet nie byłem w sta­nie sobie ich wyobra­zić, nie mówiąc o tym, żebym się nimi mar­twił.

Mama mnie tuliła, uśmie­chała się do mnie, szep­tała, żebym był dzielny. Ale wszę­dzie wokół w ciem­no­ści roz­brzmie­wały odgłosy stra­chu, despe­ra­cji, żalu za stra­tami. Bar­dzo Ważna Pani obok nas szlo­chała roz­pacz­li­wie. Mamie w końcu zro­biło się jej żal, wycią­gnęła do niej rękę, pogła­dziła ją i pocie­szyła, że wszystko będzie dobrze. Huczący die­sel napę­dza­jący kuter brzmiał jak wal­czące bicie serca, ale dziel­nie pchał nas dalej w nie­znane.

To zna­czy - nie­znane, jak dla kogo. Szy­prowi to wszystko było znane aż za dobrze. Dzia­dek znał go przed klę­ską i ostrze­gał nas, że ten nie­gdyś szczę­śliwy czło­wiek zmie­nił się na gor­sze pod rzą­dami komu­ni­stów. Że z przy­ja­znego opty­mi­sty stał się samo­lub­nym pesy­mi­stą, a sami prze­ko­na­li­śmy się, jak bar­dzo, bo trak­to­wał ludzi jak bydło i liczyli się dla niego tylko tak długo, jak długo mieli pie­nią­dze. Teraz stał w ste­rówce nad nami i widział na kur­sie do wol­no­ści gęsty sznur jed­no­stek z reflek­to­rami do wyła­py­wa­nia takich jak on prze­myt­ni­ków ucie­ki­nie­rów. Ale on miał nad nimi prze­wagę: czter­dzie­ści lat doświad­cze­nia i zna­jo­mość oko­licz­nych wód, dzięki czemu wie­dział, jak unik­nąć wykry­cia i któ­rędy się prze­kraść, żeby dotrzeć do celu i jak naj­szyb­ciej wró­cić po kolejny ludzki ładu­nek - i kolejną wypłatę.

Pew­nego razu, gdy prze­my­kał na obrze­żach Zatoki Taj­landz­kiej, musiał wyłą­czyć sil­nik. Teraz już nie cho­dziło o to, by jego odgłos nie ścią­gnął nam na głowę wiet­nam­skich pogra­nicz­ni­ków, tylko taj­skich pira­tów, któ­rzy gra­so­wali na tych wodach wzo­rem swo­ich przod­ków od XIV wieku. Jak okiem się­gnąć, na wodach taj­skich, indo­ne­zyj­skich i fili­piń­skich roiło się od kutrów szmu­glu­ją­cych coraz licz­niej­szych południowowiet­nam­skich uchodź­ców, celu może nie do końca docho­do­wego, ale na pewno łatwego.

Piraci byli bez­li­to­śni. Kra­dli wszyst­kim wszystko, kobiety gwał­cili, a potem wszyst­kich mor­do­wali, łącz­nie z dziećmi. Łatwość tego pro­ce­deru, kom­pletna bez­bron­ność ucie­ki­nie­rów, przy­cią­gała nowych chęt­nych do roz­po­czę­cia prze­stęp­czej kariery. Szy­per dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że na dro­dze czy­hają na niego i jego kuter setki pira­tów, i robił wszystko, by ich unik­nąć - wie­dząc, że w innym przy­padku pój­dzie pod nóż razem z pasa­że­rami swego kutra.

Na szczę­ście miał dość umie­jęt­no­ści i wie­dzy, żeby ich unik­nąć. Zgod­nie z obiet­nicą po dwóch dniach żeglugi na hory­zon­cie zama­ja­czyła Male­zja. Wszy­scy byli szczę­śliwi, ale wyczer­pani. Kapi­tan nie dbał o zapasy wody i jedze­nia dla swego ładunku, bo na ich miej­sce mógł upchnąć kolej­nego pasa­żera za sie­dem szta­bek złota. Nie było też toa­let, ładow­nia więc, nagrze­wana słoń­cem przez pokład, potwor­nie cuch­nęła eks­kre­men­tami i potem.

I wtedy szczę­ście nas opu­ściło. Do kutra pod­szedł patro­lo­wiec male­zyj­skiej straży przy­brzeż­nej. Z początku wszy­scy byli zachwy­ceni, że nade­szła pomoc - ale zamiast tego z patro­lowca padły strzały. Po kilku seriach, które unie­ru­cho­miły sil­nik, ktoś ogło­sił przez mega­fon, że Male­zja nie przyj­muje wię­cej uchodź­ców i nie jeste­śmy mile widziani w ich kraju.

Potem na dziób prze­sko­czyło dwóch mary­na­rzy, jeden z odbez­pie­czo­nym kara­bi­nem ubez­pie­czał dru­giego, który zacze­pił na dzio­bo­wych pole­rach hol, potem wró­cili na okręt, który natych­miast ruszył z dużą pręd­ko­ścią, holu­jąc nas daleko od brzegu, na pełne morze. Ta podróż na holu trwała pra­wie pół dnia, cały czas pod lufami patro­lowca, z któ­rego pil­no­wano, by nikt nie prze­ciął holu.

W końcu uznali, że wystar­czy, zdjęli hol, na odchod­nym jesz­cze raz ostrze­lali sil­nik i odpły­nęli, zosta­wia­jąc nas w dry­fie na oce­anie, z dala od brzegu. Byli­śmy tak bli­sko ratunku, a teraz patrzy­li­śmy w oczy śmierci. Na tych wodach, o tej porze roku i na takim nędz­nym kutrze to porzu­ce­nie ozna­czało dla nas pewną śmierć. Nie mie­li­śmy nic do picia ani jedze­nia, pasa­że­ro­wie zaczęli się kłó­cić. To, co miało być nie­wy­godną, ale szybką podróżą na Malaje, zamie­niło się w despe­racką walkę o prze­ży­cie - ale bez sil­nika, żagla czy choćby wio­seł nie­wiele poza cze­ka­niem można było zro­bić.

Po tych wszyst­kich latach jestem nie­skoń­cze­nie wdzięczny za to, że nic nie pamię­tam z hor­roru tej podróży, gdy prąd wycią­gał nas coraz dalej na ocean. Mama ni­gdy nie była w sta­nie zapo­mnieć gęst­nie­ją­cego w miarę upływu dni, zamie­nia­ją­cych się w tygo­dnie, zadu­chu uryny, eks­kre­men­tów, rybich szcząt­ków i sło­nej wody. Po jakimś cza­sie pasa­że­ro­wie prze­stali nawet pła­kać, bo byli zbyt głodni, by zacho­wać siły na łka­nie, i zbyt odwod­nieni, by ronić łzy. Całe dnie sły­chać było tylko coraz gło­śniej­szy kaszel, jaki męczył powięk­sza­jącą się liczbę cho­rych. Palące słońce, odwod­nienie i głód zbie­rały obfite żniwo.

Za burtę wyrzu­cano kolejne ciała. Mimo despe­ra­cji nie zna­lazł się nikt chętny na ludz­kie mięso. Bar­dzo Ważna Pani, która nakrzy­czała na mamę pierw­szej nocy, też zacho­ro­wała, a mama pie­lę­gno­wała ją w miarę moż­li­wo­ści.

Jedy­nym źró­dłem wody było wia­dro, które mama wysta­wiała na pokład, gdy padał deszcz. Jak opo­wia­dała, nikt inny nie wpadł na taki pomysł. Ale tej wody było za mało, gdyż padało rzadko. Wie­czo­rem trzy­dzie­stego dnia dry­fo­wa­nia mama zaj­rzała do wnę­trza nie­mal już pustego wia­derka, po czym spoj­rzała na mnie i brata śpią­cych jak w letargu. Obaj mie­li­śmy wargi spę­kane z pra­gnie­nia, ciała zaczy­nały się pokry­wać wrzo­dami z powodu sła­bego krą­że­nia - woda potrzebna jest orga­ni­zmowi do roz­rze­dza­nia krwi, by dotarła w każdy zaka­ma­rek.

Opo­wia­dała, że nie wie, jak długo się w nas wpa­try­wała, bo jej także głód i odwod­nie­nie chwi­lami odbie­rały przy­tom­ność. Opo­wia­dała, że tej nocy pła­kała w duchu, bez łez, bez głosu. Patrzyła na księ­życ widoczny w szpa­rach roz­sy­cha­ją­cego się pokładu. Potem obu­dziła brata i kazała mu wypić połowę pozo­sta­łej wody. Następ­nie, nie bez trudu, zdo­łała obu­dzić mnie i wlała mi do ust resztę.

Tej samej nocy zła­pał nas wielki sztorm. Prąd i burza zno­siły nas coraz dalej od lądu, a szy­per bał się, że wiatr i fale nas prze­wrócą. Ale następ­nego ranka mama dzię­ko­wała nie­bio­som za napeł­nie­nie desz­czówką wszyst­kich wia­der na pokła­dzie, dzięki czemu nasza rodzina i oca­lali roz­bit­ko­wie mogli prze­żyć jesz­cze kilka dni.

Tej nocy, mimo bólu tygo­dniami pod­kur­czo­nych nóg, tuliła mnie i powta­rzała, że mam być dzielny i się uśmie­chać. W pew­nej chwili się­gnęła po rękę Bar­dzo Waż­nej Pani, żeby i ją pocie­szyć - ale ręka była już chłodna. Nasza sąsiadka umarła w ciem­no­ści jakiś czas wcze­śniej.

Wycień­cze­nie i sła­bość spra­wiały, że wszy­scy tra­cili i odzy­ski­wali przy­tom­ność. Za każ­dym razem mama zasta­na­wiała się, czy nie widzi nas ostatni raz w życiu. Któ­rejś nocy parę dni potem jej oczy się zamknęły - i otwo­rzyły, dopiero gdy zda­rzył się cud.

Z początku miał on postać sil­nego snopu świa­tła. To on zaświe­cił jej w oczy i zmu­sił do ich otwar­cia. Ale to nie był pora­nek - tylko reflek­tor, szpe­racz. Z pokładu sowiec­kiego zaopa­trze­niowca.

Gdy sta­tek nas napo­tkał, wra­cał po roz­ła­do­wa­niu dostaw w sowiec­kiej bazie mor­skiej w Wiet­na­mie. To był sta­tek z komu­ni­stycz­nego kraju, od wyznaw­ców tej samej ide­olo­gii, która roz­darła nasz kraj na strzępy, ide­olo­gii, z którą nasz kraj wal­czył, póki mu star­czyło sił. A teraz nasze życie było w ich rękach. Sowiecki kapi­tan musiał pod­jąć decy­zję, co z nami począć. Widząc wroga, mógł umyć ręce, zwięk­szyć obroty i znik­nąć za hory­zon­tem. Mógł też nam pomóc.

Wybrał bycie dobrym czło­wie­kiem, a nie dobrym komu­ni­stą. Zatrzy­mał się i do nas przy­bił, a rano z pokładu zeszła grupa mary­na­rzy z leka­rzem. Smród na kutrze był już taki, że lekarz zwy­mio­to­wał. Mama nie wypusz­czała mnie z objęć, dopóki w końcu nie dotarli także do nas, wci­śnię­tych w zaką­tek ładowni. Rodzice byli tak osła­bieni, że nie byli w sta­nie wyjść, mama podała mnie mary­na­rzowi i osu­nęła się w kałużę uryny na pod­ło­dze.

Obu­dziła się wiele godzin póź­niej w izbie cho­rych i od razu pod­nio­sła krzyk, gdzie jest jej rodzina. Pró­bo­wała wstać i nas szu­kać, ale tylko spa­dła z łóżka i wyrwała sobie kro­plówkę z ramie­nia. Rosyj­ska pie­lę­gniarka pomo­gła jej wró­cić na łóżko i pró­bo­wała uspo­koić, ale mama wciąż o nas pytała. Rosjanka nie rozu­miała po wiet­nam­sku, mimo to domy­śliła się, o co cho­dzi, i nas przy­pro­wa­dziła. Prze­sie­dzie­li­śmy potem przy jej łóżku kilka dni, nie opusz­cza­jąc jej ani na chwilę.

Czyżby więc happy end? Nie za bar­dzo. Sowieci odkar­mili nas i nawod­nili, zaże­gnu­jąc bez­po­śred­nie nie­bez­pie­czeń­stwo śmierci - po czym zapa­ko­wali z powro­tem na kuter. Szy­prowi powie­dzieli, że sil­nika nie da się napra­wić na morzu, będą więc nas holo­wać. Szy­per podzię­ko­wał za ura­to­wa­nie nam życia.

- Macie cho­lerne szczę­ście, że wra­camy z Cam Ranh, a nie tam pły­niemy. Gdy­by­śmy pły­nęli do Wiet­namu, miał­bym obo­wią­zek prze­ka­zać was tam­tej­szej bez­piece. Ale pły­niemy w prze­ciwną stronę, więc zgod­nie z pra­wem mor­skim udzie­limy wam pomocy.

Mimo inten­syw­nego wie­trze­nia przez kilka dni na kutrze z tru­dem dało się oddy­chać, bo wciąż śmier­dział odcho­dami i mor­ską solą, a słońce paliło nie­mi­ło­sier­nie. Kiedy maszyny sowiec­kiego statku zary­czały po chwi­lo­wym postoju na prze­siadkę, mama mnie przy­tu­liła. Za chwilę kuter szarp­nął gwał­tow­nie, gdy hol się naprę­żył, i ruszy­li­śmy w dal­szy rejs, ku bez­piecz­nym brze­gom. Nasza łupinka tań­czyła na falach, cią­gnięta w śla­dzie toro­wym potęż­nego statku, tną­cego fale Morza Chiń­skiego. Po dniu takiej jazdy Rosja­nie zawi­nęli z nami do małego portu na jed­nej z połu­dnio­wych wysp Indo­ne­zji. Indo­ne­zyj­czycy byli uprze­dzeni, na brzegu cze­kała na nas woj­skowa asy­sta. Nie byli ser­deczni, ale przy­naj­mniej nie pró­bo­wali nas zabić. Zapa­ko­wali do woj­sko­wego auto­busu i zawieźli do impro­wi­zo­wa­nego naprędce obozu dla uchodź­ców, sze­regu bara­ków mię­dzy plażą a grun­tową drogą.

Mor­ska bryza przy­jem­nie chło­dziła, zapew­nia­jąc prze­pływ powie­trza przez sze­roko otwarte okna auto­busu. Do wnę­trza weszła drobna pani, która ku uldze mamy oka­zała się Wiet­namką, a nie Indo­ne­zyjką - stwa­rza­jąc nadzieję na nieco wię­cej zro­zu­mie­nia. Nadzieja tro­chę przy­ga­sła, gdy kobieta otwo­rzyła usta, krzy­cząc jak sier­żant na placu ape­lo­wym, że żoł­nie­rze zapro­wa­dzą nas teraz do obozu przej­ścio­wego, by, jak się wyra­ziła, "doko­nać czyn­no­ści".

Kiedy nas wygo­niła z auto­busu, żoł­nie­rze indo­ne­zyj­scy z obo­jęt­nymi, posęp­nymi twa­rzami zapro­wa­dzili nas na plażę. Tam mie­li­śmy sie­dzieć w gru­pach i cze­kać na wezwa­nie do "biura". Wiet­namka zaś poszła do jed­nego z bara­ków z trawy, w któ­rych mie­ściła się komen­dan­tura obozu.

Sie­dzie­li­śmy godzi­nami na gorą­cym pia­chu w leją­cym się z nieba żarze. Żoł­nie­rze zaga­niali na miej­sce każ­dego, kto odszedł choćby parę kro­ków. Mama opo­wia­dała, że gdy pro­si­li­śmy o wodę, Indo­ne­zyj­czycy nie reago­wali. Sie­dzie­li­śmy więc dalej, godzina za godziną, zasta­na­wia­jąc się, ile jesz­cze ten kosz­mar będzie trwał. Wresz­cie po kolej­nych paru godzi­nach przy­je­chał auto­bus z indo­ne­zyj­skimi mni­chami bud­dyj­skimi. Mnisi, ubrani w poma­rań­czowe szaty i skó­rzane san­dały, pode­szli do nas z wia­drami wody i jedze­niem. Popro­sili grzecz­nie żoł­nie­rzy o pozwo­le­nie, a ci nie­chęt­nie odsu­nęli się, dopusz­cza­jąc ich do nas. Mnisi z życz­li­wymi uśmie­chami zapro­po­no­wali nam wodę i jedze­nie. Kiedy pode­szli do nas, mama klęk­nęła, zło­żyła ręce jak do modli­twy i podzię­ko­wała im za współ­czu­cie. Mnich uśmiech­nął się jesz­cze bar­dziej aniel­sko i klęk­nął wraz z nią, łącząc się w modli­twie. Potem spoj­rzał na naszą rodzinę, pogła­dził brata po główce i dał mu jabłko, które wyjął z kie­szeni. Mama się roz­pła­kała, dzię­ku­jąc. Mnich pod­szedł do mnie i deli­kat­nie zba­dał moją owrzo­dzoną nogę i kostkę. Pogme­rał w zaka­mar­kach szaty i wyjął tubkę maści, którą posma­ro­wał moje rany. Po czym raz jesz­cze z uśmie­chem się­gnął w zana­drze i wycią­gnął poma­rań­czę. Obrał ją i znów z uśmie­chem podał mi cząstkę.

Kiedy moja matka ponow­nie dzię­ko­wała mni­chowi za jego bło­go­sła­wień­stwa, ugry­złem owoc. Gdyby nie moje spierzch­nięte usta, mógł­bym zapo­mnieć tę poma­rań­czę, tak jak na szczę­ście zapo­mnia­łem o wszyst­kich innych okrop­no­ściach tej podróży. Ale sok z poma­rań­czy palący spę­kane wargi spo­wo­do­wał, że aku­rat to wspo­mnie­nie wryło mi się w pamięć na całe życie. I cho­ciaż mia­łem wtedy cztery lata, mogę powie­dzieć, że w życiu żadna poma­rań­cza nie sma­ko­wała mi tak jak ta, którą poczę­sto­wał mnie indo­ne­zyj­ski mnich.

4

Pamię­tam bieg.

Nie pamię­tam ostrzału arty­le­ryj­skiego, wśród któ­rego się uro­dzi­łem. Nie pamię­tam egze­ku­cji stryjka na naszych oczach w Saj­go­nie. Nie pamię­tam nic z mor­skiej tułaczki i powol­nego umie­ra­nia na dry­fu­ją­cym kutrze. Nie pamię­tam wycień­cze­nia, głodu, pra­gnie­nia, palą­cego słońca, wyrzu­ca­nia zwłok za burtę. Dzięki Bogu byłem za młody, żeby pamię­tać.

Ale pamię­tam bieg. Można powie­dzieć, że uro­dzi­łem się, bie­gnąc, bo w tej dżun­gli nad brze­giem morza doj­rza­łem na tyle, żeby zacząć pamię­tać.

- Zwol­nij! - wołał brat, gdy bie­głem na bosaka ku morzu.

Mia­łem pięć lat, śmia­łem się, obiema rękami pod­trzy­my­wa­łem w pasie nadmu­chi­waną kaczkę. W końcu wybie­głem z dżun­gli i moje stopy dotknęły cie­płego tro­pi­kal­nego pia­sku. Nie zatrzy­ma­łem się, by to kon­tem­plo­wać, tylko pędzi­łem dalej, ile sił w nogach. Brat, sta­teczny ośmio­letni sta­rzec, zatrzy­mał się na skraju pia­sku, łapiąc oddech.

- Stój! - wychry­piał.

Mój tygrysi duch był jed­nak zbyt dziki, żeby słu­chać. Pia­sek tylko strze­lał spod moich stóp, a po chwili zało­mo­tał pod nimi stary drew­niany pomost, który wyglą­dał jak poła­mane żebra szkie­letu drzewa. Nie­mal bez przy­stan­ków prze­ska­ki­wa­łem z jed­nej zmur­sza­łej deski na drugą, aż dobie­głem na skraj. Wtedy brat dotarł do pomo­stu i zaczął znowu wołać:

- Stój! Stój! Nie skacz!

Sły­sza­łem go, ale nie zawró­ci­łem. Sta­łem na kra­wę­dzi pomo­stu i patrzy­łem na wodę. Nie­gdyś dzie­wi­czo czy­sty ocean był teraz kipielą jakichś szcząt­ków, wodo­ro­stów i nawet ludz­kich odcho­dów, pły­wa­ją­cych wśród wszel­kiego śmie­cia.

Brat dotarł już tak bli­sko, że nie musiał krzy­czeć, żebym go sły­szał.

- Nie skacz - ostrzegł. Powie­dział, że mama kazała mu się mną opie­ko­wać. Powie­dział, że mama mówiła, żeby­śmy nie wcho­dzili do wody. Powie­dział, że nie powin­ni­śmy w ogóle prze­by­wać po tej stro­nie plaży ze względu na przy­pływy, które już wcią­gnęły wielu ludzi do morza, gdzie uto­nęli, pró­bu­jąc obro­nić się przed potęż­nymi prą­dami.

Ale sto­jąc tam i patrząc w dół na tę odra­ża­jącą, śmier­dzącą breję, czu­łem, jak prze­peł­nia mnie duch tygrysa. Kiedy mój brat pod­szedł bli­żej, spoj­rza­łem na niego z uśmie­chem. Znał ten uśmiech i natych­miast się zatrzy­mał, widać było, jak zamiera z nie­do­wie­rza­nia i obawy.

- Nie rób tego - powie­dział, na wpół roz­ka­zu­jąco, na wpół bła­gal­nie. Zamkną­łem oczy i sko­czy­łem. Przez chwilę czu­łem, jak spa­dam.

Potem moje małe stopy ude­rzyły w cie­płą, tro­pi­kalną toń. Natych­miast zaczą­łem odpły­wać, by wyrwać się z kręgu śmieci i nie­czy­sto­ści wokół pomo­stu. W końcu, mocno ude­rza­jąc nogami, udało mi stam­tąd odda­lić.

Pamię­tam, że brat coś krzy­czał, ale nie pamię­tam słów, pew­nie ich nie sły­sza­łem. Czu­łem tylko, jak opływa mnie woda, coraz moc­niej i szyb­ciej. On pew­nie też to zoba­czył. Nie widzia­łem, kiedy sko­czył, ale pamię­tam, że do mnie dopły­nął, owi­nął mój "pas ratun­kowy" jakąś starą liną i wycią­gnął z powro­tem na plażę.

Po chwili szli­śmy z powro­tem do obozu, a upał w dżun­gli suszył nas szyb­ciej, niż jaki­kol­wiek ręcz­nik by zdo­łał.

- Nie możesz tak ucie­kać - mówił, bar­dziej zmę­czony niż wście­kły. - Mama będzie się mar­twić. - Odwró­cił się, patrząc w ciem­nie­jące niebo. Mój brat wie­dział, że noc w dżun­gli jest nie­bez­pieczna. Wielu ludzi zni­kało w nocy.

Ale ja mia­łem wtedy pięć lat i cie­szy­łem się naj­więk­szym i naj­dziw­niej­szym pla­cem zabaw, jaki kie­dy­kol­wiek widzia­łem. Uśmiech­ną­łem się do brata i razem pobie­gli­śmy do domu. Naprawdę nie rozumia­łem, że to był obóz uchodź­ców - dla mnie był po pro­stu domem. Nie wie­dzia­łem, że jestem na wyspie na połu­dnio­wym krańcu Indo­ne­zji. Wie­dzia­łem tylko, że byłem w tłu­mie tysięcy ludzi, któ­rzy wyglą­dali jak ja i mówili tym samym języ­kiem, tło­cząc się w pokry­tych trawą szo­pach na drew­nia­nych palach, ze ścia­nami zro­bio­nymi z pla­sti­ko­wych wor­ków obwią­za­nych sznu­rami.

Miesz­ka­li­śmy na brud­nej pod­ło­dze pokry­tej tek­turą i pla­sti­kiem. Spa­li­śmy na cien­kim, znisz­czo­nym, popla­mio­nym mate­racu. To, co słu­żyło naszej kuchni, znaj­do­wało się na zewnątrz, okrą­głe pale­ni­sko zro­bione z uło­żo­nych kamieni, z wygię­tym sta­rym dru­cia­nym gril­lem umiesz­czo­nym na górze. Tam moja mama pod­grze­wała wodę i goto­wała, co tylko mogła.

Poza tym jedy­nym waż­nym punk­tem obozu był barak dowódz­twa, dokąd cho­dziło się po pocztę. Prze­sył­kami były głów­nie paczki z pomocą, ale naj­bar­dziej w cenie były infor­ma­cje, który kraj przyj­muje uchodź­ców jakiej naro­do­wo­ści.

Jak o pra­wie wszyst­kim, co doty­czyło mojego dzie­ciń­stwa, dowie­dzia­łem się o tym dopiero póź­niej. Rodzice opo­wia­dali mi, że wysy­łali listy z prośbą o przy­ję­cie do amba­sad wielu kra­jów. Lecz tylko nie­liczne były otwarte dla wiet­nam­skich uchodź­ców, ale nawet te przed­sta­wiały długą listę warun­ków i żądały licz­nych kwa­li­fi­ka­cji. Komu jed­nak udało się przez te prze­szkody prze­brnąć i dostał zapro­sze­nie, miał szansę wyrwać się z obozu i wyemi­gro­wać. Ale to mogło trwać latami - i to nie­za­leż­nie od tego, czy odpo­wiedź brzmiała "tak", czy "nie". Wtedy to wszystko odby­wało się poza moją świa­do­mo­ścią. Ta kon­cen­tro­wała się na prze­ży­ciu. W pobliżu były stru­mie­nie, nie­gdyś czy­ste, ale teraz uży­wane przez setki i tysiące ludzi do mycia, pra­nia i celów sani­tar­nych. To zaś ozna­czało, że po czy­stą wodę musie­li­śmy cho­dzić z bra­tem w głąb dżun­gli, żeby nie zacho­ro­wać.

Szu­ka­li­śmy tam też drewna na opał. Tłumy ludzi zuży­wały mnó­stwo opału, co czy­niło zaopa­trze­nie kło­po­tem. "Kło­pot" to bar­dzo łagodne okre­śle­nie. Ludzie mieli innym za złe, że mają opał, a oni nie, zazdro­ścili opału, kłó­cili się o opał, wal­czyli, kra­dli go. Rosnące zapo­trze­bo­wa­nie spra­wiało, że musie­li­śmy z bra­tem zapusz­czać się po niego coraz dalej w głąb dżun­gli - a w dro­dze powrot­nej nie dać się obra­bo­wać.

Ciała nie były w dżun­gli nie­co­dzien­nym wido­kiem. Nawet ja, pię­cio­letni brzdąc, wie­dzia­łem, że w dżun­gli można zostać pobi­tym - albo gorzej - i nie wypusz­cza­łem się do niej samot­nie.

Kiedy wraz z bra­tem szu­ka­łem wody i opału, ojciec całymi dniami pra­co­wał na pomo­stach (tych z dala od wirów i prą­dów wycią­ga­ją­cych w morze), napra­wia­jąc miej­sco­wym ryba­kom sil­niki w kutrach. Nie byli to milio­ne­rzy na waka­cjach, sami przy­mie­rali gło­dem, pła­cili więc mało - ale cza­sem w ramach pre­mii dzie­lili się poło­wem. A w takim miej­scu jedze­nie było lep­szą walutą niż pie­nią­dze.

Moja matka pra­co­wała na sto­isku z owo­cami w pro­wi­zo­rycz­nym skle­pie, który zało­żyli bar­dziej przed­się­bior­czy, wykwa­li­fi­ko­wani uchodźcy, aby sprze­da­wać żyw­ność i świad­czyć usługi innym uchodź­com oraz wszyst­kim miesz­kań­com, któ­rzy chcieli się tam zaopa­try­wać. Mama czę­sto też prała i goto­wała innym, by zaro­bić jakieś nędzne gro­sze, które dokła­dała do domo­wego budżetu.

Mimo że oboje pra­co­wali, mie­li­śmy ledwo tyle, by prze­żyć. Zda­rzały się dni, kiedy nie było nic do jedze­nia, ale rodzice dbali, aby zawsze nas nakar­mić jako pierw­szych. O ile nie ubie­gły ich szczury czy inne stwo­rze­nia z dżun­gli przy­cią­gnięte zapa­chami.

Żyły tam dzie­siątki gatun­ków szczu­rów, wie­wió­rek - nawet jeżo­zwie­rze. I wszyst­kie miały ochotę na cokol­wiek jadal­nego, nie przej­mu­jąc się, że to nasze zapasy. Co gor­sza, nie tylko wyże­rały jedze­nie, ale zosta­wiały na pamiątkę odchody wraz z bak­te­riami i paso­ży­tami.

Oczy­wi­ście wil­gotna roślin­ność dżun­gli była także wylę­gar­nią koma­rów, które przy tysią­cach uchodź­ców stło­czo­nych w obo­zie uczto­wały znacz­nie czę­ściej niż my. Mala­ria była sta­łym pro­ble­mem, który można było podzie­lić tylko na dwie kate­go­rie: cho­rych i zmar­łych. Mama powie­działa nam, że poza obo­zem był cmen­tarz. Był to jed­nak cmen­tarz zało­żony naprędce, na któ­rym ulewny tro­pi­kalny deszcz odsło­nił czę­ści ciał wepchnię­tych do płyt­kich gro­bów. Miej­scowi mnisi czę­sto uda­wali się tam, aby palić kadzi­dło i bło­go­sła­wić ciała, które nie mogły spo­cząć w pokoju.

Mama kazała być grzecz­nym w sto­sunku do błą­dzą­cych dusz, oczy­wi­ście więc budziło to moją cie­ka­wość. Ale nie na tyle, żeby się tam choć raz zapu­ścić. Ni­gdy nie zapo­mnę, kiedy pierw­szy raz poczu­łem zapach roz­kła­da­ją­cego się ciała - wbił mi się w pamięć na zawsze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki