Wstęp
Siedziałem w ciemności na brzegu łóżka. Kolejna bezsenna noc. Choć
robiłem wszystko, by go unikać, stary druh - niepokój - znów przyszedł w gości. A wraz z jego nadejściem serce waliło tak, jakby się chciało
wyrwać z piersi.
Licząc, że nad nim zapanuję, powoli przysunąłem się do śpiącej żony i pocałowałem ją najdelikatniej, jak umiałem, mając nadzieję, że nie
obudzi jej ani przelotny dotyk moich warg na gładkim policzku, ani serce
walące w piersi jak młotem. Kiedy dochodziłem do drzwi sypialni,
usłyszałem, jak mój pies, cairn terrier, którego nazwałem R?ninkiem,
zeskoczył z łóżka i pobiegł, by do mnie dołączyć.
W górach Kolorado zaczynał się zimny letni poranek. Chłodny powiew,
szumiący w osikowych liściach, dotknął mojej twarzy, gdy sadowiłem się
na macie do medytacji. Jak codziennie miałem nadzieję, że ten piękny
widok i spokojne dźwięki, budzące błogie uczucia, uspokoją i ukoją moją
duszę. I jak zwykle - nic z tego.
Siedziałem więc otulony wciąż mroczną ciszą poranka i roztrząsałem
"dlaczego?" i "dlaczego nie?". Tak było od pięciu już lat niemal
codziennie, odkąd zacząłem poszukiwać wewnętrznego spokoju. Ale się nie
poddawałem. Przez całe życie nigdy się nie poddawałem i nie miałem
zamiaru zrobić tego teraz - na pewno nie po tym, co już przeszedłem.
Skoncentrowałem się na głębokim oddychaniu, próbując - jak mnie uczono -
uspokoić umysł i wprowadzić się w trans. Jednak po raz kolejny nic z tego nie wyszło - jak każdego poranka.
R?ninek siedział spokojnie i cierpliwie czekał. Na szczęście nie
zarażałem go swoim niepokojem. Na szczęście był równie cierpliwy i wyrozumiały jak moja żona. Kiedy znów starałem się medytować, czułem
jego ciepłe, przytulone do mnie ciałko.
Gdy znów otworzyłem oczy, polizał mnie po dłoni, jakby wiedział, że
wracam z bardzo mrocznego miejsca. Podobnie jak żona zdawał się nie
wątpić ani chwili, że cały czas poszukuję światła.
Była w tym jakaś ironia, że w czasie tego poszukiwania, które prowadziło
mnie krętą ścieżką dookoła świata, przyjąłem płaszcz i obowiązki r?ninów
- słynnych i niesławnych samurajów bez pana z najbardziej burzliwego
okresu historii Dalekiego Wschodu - i wziąłem na barki ciążącą na nich
odpowiedzialność. Bo przecież jednocześnie, podążając ich mroczną
ścieżką, stałem się - jak mi mówiono - światłem, przewodnikiem dla wielu
szukających własnej drogi ucieczki od bólu.
Spojrzałem na zegarek - była trzecia rano. Nadeszła godzina tygrysa, a z nią wspomnienie nieustannych napomnień mojej mamy:
- Uśmiechaj się - powtarzała zawsze - i bądź dzielny.
Moja matka urodziła się w Roku Tygrysa - tak jak ja. Według chińskiego
zodiaku jednym z głównych atrybutów urodzonych pod tym szczęśliwym
znakiem jest odwaga. Nie zaprzeczam - zwłaszcza jeśli chodzi o moją
matkę. Dzięki odwadze przeżyła rzeczy, które wielu innych zabiły, i mnie
- żywego - przeniosła przez wszystko.
Wstałem z tarasu i wróciłem do domu. Skoro nie znalazłem wewnętrznego
ciepła w ten chłodny poranek, to poszukam zewnętrznego. Rozpaliłem w kominku i już wkrótce poczułem na ciele przyjemne ciepło. Była godzina
tygrysa, czwartego dnia ósmego miesiąca Roku Tygrysa. Powinienem był
zdołać okiełznać tę energię i skierować jej światło na drogę do wyjścia
z niepokoju, który mnie dręczył. Ale jak w ciągu tysięcy poprzednich dni
nie byłem w stanie, bo droga ginęła w mroku obrazów z całego życia
przelatujących przez mój umysł jak ulotne, skowyczące cienie.
Najpierw horror wojny i męka ucieczki. Potem znęcanie się i rasizm,
które trwały przez cały okres szkolenia wojskowego, po których nadeszły
lata terroru i tragedii, które eksplodowały wokół mnie, gdy próbowałem
wszystko naprawić.
Migały mi jakieś strzępki ataków, ciosy, wymiany ognia, całymi dniami,
przez całe lata. Sceny ze zwiadu, operacji specjalnych, zasadzek,
szturmów, bitew w Afryce, Azji, Ameryce, na Bliskim Wschodzie, walki w oktagonie.
A w tle bez przerwy brzmiały słowa:
- Uśmiechaj się i bądź dzielny.
Ale nawet te słowa i twarz osoby, która je wypowiadała, nie wystarczyły,
by mnie wyciszyć i ukoić duszę.
Jasne, najważniejsze, że to wszystko jakimś cudem przeżyłem. Ale
naszpikowało mi to umysł wspomnieniami raniącymi jak ostre odłamki,
które głęboko utkwiły. A najgorsze było to, że kiedy wreszcie wyszedłem
z tego mrocznego świata, ból nie tylko nie ustał, ale zdawał się
narastać, niezależnie od tego, ile pochwał, nagród, osiągnięć i uznania
zdobyłem w czasie, który powinien być dla mnie czasem pokoju.
Doskonale zdawałem sobie sprawę, że rozbrojenie tego mózgowego pola
minowego zajmie o wiele więcej lat, niż straciłem na to do tej pory, że
jeszcze nawet nie rozpocząłem tego procesu - ale jak zwykle, napotykając
przeszkody, nie zwalniałem ani na chwilę. W tej godzinie tygrysa, przy
blasku ciepłego ognia, w końcu sięgnąłem nie po to, co wiedziałem, ale
po to, co tak długo mi umykało.
Sięgnąłem do pierwszego wspomnienia. Byłem pięciolatkiem, który patrzy
na obóz dla uchodźców. Wtedy naprawdę nie wiedziałam, co się ze mną
wcześniej działo. Jakie doświadczenia definiujące charakter i kształtujące osobowość doprowadziły do tego pierwszego wspomnienia? Co
uczyniło mnie tym, kim byłem, jestem i będę? Jaki był pierwszy krok w mojej podróży liczącej co najmniej tysiąc mil?
W godzinie tygrysa człowiek - jeśli mu starczy odwagi - może przejść ze
świata fizycznego do świata duchów. Tego dnia w godzinie tygrysa
zacząłem naprawdę stawiać czoło ciemności poprzedzającej moją przemianę
w r?nina i eksplorować ją w poszukiwaniu odpowiedzi. Ale wszystko
zaczęło się od przerażającej historii, którą opowiedziała mi mama, żeby
zapomnieć o tym, co do tej pory było moim najgorszym dniem.
1
Jeszcze tam, w tym obozie dla uchodźców, matka nauczyła mnie, że chaos
jest niezbędny, bo bez niego nie byłoby wiadomo, że nastał spokój.
- Bez chaosu - tłumaczyła mi - nie byłoby gór do pokonania, armii, z którymi trzeba walczyć, ani smoków do zabicia. Bez chaosu jakże byśmy
odróżnili prawdę?
Nie rozumiałem z tego wtedy ani słowa, podobnie jak i innych wielu,
które mi mówiła. Przekonałem się dopiero później - czasem w łatwy
sposób, a czasem wręcz przeciwnie - że słowa matki są jak nasiona
zasiane w moim umyśle, które kiedyś wreszcie zakwitają, jedne szybko, a inne po upływie miesięcy, lat czy nawet dekad.
Tamtego dnia byłem małym chłopcem, wietnamskim uchodźcą mieszkającym w Karolinie Północnej, wychowywanym w rodzinie, która była zmuszona
zaczynać wszystko od zera po utracie wolności i kraju. Wojna w Wietnamie
była bardzo niepopularna w Ameryce, a ja i moja rodzina byliśmy
nieznośnie namacalną konsekwencją tego pełnego nienawiści konfliktu.
W 1981 roku, dzięki pomocy mojego amerykańskiego wujka, żołnierza, który
lecząc się z ran, zakochał się w doglądającej go wietnamskiej
pielęgniarce (siostrze mojej mamy) i się z nią ożenił, zostaliśmy
relokowani w ramach łączenia rodzin z indonezyjskiego obozu do mieściny
na głębokim południu Stanów Zjednoczonych, zwanej Fayeteville. O Fayeteville mało kto słyszał nawet w Ameryce, ale leży ono przed bramą
największej bazy wojskowej armii Stanów Zjednoczonych - Fort Bragg. W naszym miasteczku mieszkało więcej komandosów i spadochroniarzy na
kilometr kwadratowy niż gdziekolwiek indziej w Ameryce. Fort Bragg był -
i jest nadal - znany jako Dom Wojsk Specjalnych, tam właśnie mieści się
USSOCOM, Dowództwo Operacji Specjalnych Stanów Zjednoczonych.
Zaraz po przyjeździe do Ameryki tata, mama, starszy brat i ja
mieszkaliśmy u wujka - oficera Zielonych Beretów. Jego żona - moja
ciocia - opiekowała się nami i pomagała stanąć na własnych nogach,
abyśmy mogli się wyprowadzić i zamieszkać samodzielnie.
Kiedy to nastąpiło, zajęliśmy mieszkanko z jedną sypialnią w biedniejszej części miasta. Na początku mieliśmy tylko jeden mebel:
wielki używany materac, na którym spała cała rodzina. Bariera językowa
sprawiła, że rodzice nie mieli szans na dobrze płatne zajęcie i brak
pieniędzy był powodem ich ciągłych kłótni. Byliśmy tak biedni, że wiele
dni przyszło nam z bratem głodować.
Mimo to daliśmy z siebie wszystko, prowadzeni przez niezłomnego ducha
mojej matki. W końcu, choć było źle, było lepiej niż w indonezyjskim
obozie dla uchodźców.
Pewnej ciepłej niedzieli bawiłem się przed domem, kiedy matka zajechała
samochodem, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Była rozpromieniona i podjeżdżając pod dom, zatrąbiła. Była tak dumna, że udało jej się zdać
amerykański egzamin na prawo jazdy, a teraz była bardzo szczęśliwa, że
mogła dobrze go wykorzystać.
- Wskakuj!
Tego nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. W jakiś sposób udało jej się
przekonać siostrę, żeby jej pożyczyła na jeden dzień ich rodzinny
samochód. Pojechaliśmy dwie przecznice dalej, do lokalnego supermarketu
Piggly Wiggly, a po drodze oboje byliśmy bardzo weseli. Mama wprowadziła
mnie tam za rękę.
Bieda i uprzedzenia nauczyły mnie już wielu rzeczy, ale także zmieniły
moje priorytety. Nie przejmowałem się gwiazdami sportu, jak wiele
amerykańskich dzieci. Nie, w moich oczach supergwiazdy to były te, które
nie chodziły głodne. Nigdy nie zapomnę tej pierwszej wizyty w Piggly
Wiggly.
Na widok niekończących się alejek pełnych jedzenia oczy wyszły mi z orbit i szczęka opadła. Zwykli Amerykanie pewnie nawet nie rozumieją, o czym piszę - dla nich to po prostu zwykły sklep. Kiedy umierasz z głodu,
prawie umierasz, ten moment znaczy wszystko. Ten moment oznaczał dla
mnie Amerykę. Mama spakowała wózek na zakupy, przeszła przez kolejkę do
kasy, a potem pchnęliśmy wózek w stronę samochodu. W tym momencie
podszedł do nas jakiś starszy człowiek. Powinienem być na to
przygotowany, ale jedzenie osłabiło moją odporność. Poza tym miałem
tylko dziewięć lat. Spojrzałem w jego czerwone oczy, by podzielić się z nim swoją radością. A wtedy on napluł mi w twarz.
Jego ślina śmierdziała papierosami i alkoholem. Próbowałem ją zetrzeć z twarzy, a on, pokazując mamie środkowy palec, zaczął wykrzykiwać.
- Tu nie miejsce dla was, chinole! Wypieprzajcie z powrotem do swojego
Wietnamu!
Nie tylko nie znał różnicy między Chinami a Wietnamem, ale najwyraźniej
nie znał mojej mamy. Liczył na łatwy sukces, na to, że ją zmusi do
ucieczki i ona łatwo da mu zatryumfować. Ale ta kobieta, która stawiła
czoło całej nienawistnej komunistycznej armii, nie dała się zwyczajnie
zastraszyć byle pijanej mendzie. Starannie wycelowała tam, gdzie go na
pewno zaboli, i z całej siły staranowała go wózkiem.
Nie wiem, co było dla niego gorsze, zaskoczenie czy ból, ale zabolało go
na tyle, że zwiał gdzie pieprz rośnie, trzymając ręce między nogami.
Zdążyliśmy się już jednak nauczyć, że rasistowscy tchórze często
uciekają po to, by zwołać więcej rasistowskich tchórzy, nie tracąc więc
czasu, wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy.
W drodze do domu czułem się okropnie, sprowadzony z chmury czystej
radości na samo dno upokorzenia. I wtedy usłyszałem maminą mantrę:
- Uśmiechnij się i bądź dzielny. Takie piękne niedzielne popołudnie...
To wydarzenie było zapowiedzią tego, co mnie czekało w pierwszym roku
amerykańskiej szkoły. Dzieci rodziców bogatszych i bardziej
uprzywilejowanych - czyli wszystkie - nie przepuszczały żadnej okazji,
by mi przypomnieć, jak bardzo jestem biedny. Dzień w dzień słyszałem, że
moje ciuchy śmierdzą rybą. Jeśli któryś z nich zauważył małą dziurkę,
zawsze znalazły się czyjeś palce, żeby je wetknąć i rozedrzeć materiał,
do wtóru chóralnego śmiechu i upokarzających docinków.
Dalej mieszkaliśmy w Karolinie Północnej, staraliśmy się, jak mogliśmy,
dzieliliśmy nieliczne radości, parliśmy naprzód. Skończyłem pierwszą
klasę, potem drugą. Bywało ciężko - ale jak kazała mama: uśmiechałem się
i byłem dzielny.
Ale w trzeciej klasie zrobiło się jeszcze trudniej. Najgorzej było, gdy
przychodził nauczyciel na zastępstwo. Moje wietnamskie imię i nazwisko
brzmi Tú Tuân Lam. Amerykanom podawałem jego uproszczoną wersję: "Tu
Lam", aby im oszczędzić frustracji. Ale któregoś razu trafił nam się na
zastępstwo nauczyciel, który koniecznie chciał się nauczyć poprawnej
wymowy mojego nazwiska.
Jego liczne nieudane próby zainspirowały moich kolegów z klasy do
jeszcze większego szyderstwa, na czele stał nasz klasowy tyran Jake.
Jake łączył plugawy język ze złym wychowaniem, podniecał go własny głos,
zwłaszcza gdy klął. Dlatego właśnie z powodów dyscyplinarnych powtarzał
trzecią klasę i tak trafił do mojej klasy. Mam szczęście.
Jake skorzystał z okazji do rozróby i za jego namową większość uczniów
zaczęła rzucać we mnie papierowymi kulkami, dodając do tego rasistowskie
obelgi. Nasz zastępczy nauczyciel w końcu miał tego dość.
- Dosyć! - krzyknął. - Cisza!
Wstał zza biurka i widać było, jak mu się ręce trzęsą. Wskazał w końcu
Jake'a, a potem mnie.
- Wy dwaj! Do dyrektora!
Zaskoczony skierowałem palec na siebie, żeby się upewnić, że wskazał
napastnika i ofiarę.
- Do dyrektora! Już! - wrzasnął i słychać było, że jest naprawdę
wkurzony.
Zdezorientowany i zakłopotany spakowałem książki do używanego żółtego
tornistra. Idąc za Jakiem korytarzem, czułem się niesprawiedliwie
ukarany - a moja obozowa przeszłość nauczyła mnie już wielokrotnie, jak
wygląda i boli niesprawiedliwa kara. Upokorzony i wystraszony wszedłem
do gabinetu dyrektora Duncana.
Dyrektor był starszym białym mężczyzną w wieku około pięćdziesięciu
pięciu lat, szykującym się już mentalnie na emeryturę. Nosił dopasowane
spodnie w drobną brązową kratkę, koszulę z krótkimi rękawami, w której
kieszonce zatknięta była dumnie wkładka z przegródkami na długopisy i kolorowe ołówki. Stojąc za biurkiem, pan Duncan kazał nam siadać i czekać, aż nas zabiorą rodzice.
Wiedziałem doskonale, że ja poczekam długo. Mama pracowała daleko i nie
miała jak ani czym po mnie przyjechać do szkoły. Była zbyt zajęta, aby
związać koniec z końcem.
Łobuz Jake siedział na lewym skrajnym krześle w poczekalni dyrektora, a ja na prawym, mając nadzieję, że może jakimś cudem uda się przeżyć
resztę tego dnia bez dalszych upokorzeń. Ale gdzie tam! Wbiłem wzrok w podłogę, wpatrując się intensywnie w moje zdarte, odziedziczone po
starszym bracie, popękane buty uchodźcy. W tym momencie zaczęło do mnie
docierać, jak bardzo zostałem skrzywdzony.
Wtedy do oczu napłynęły mi łzy. Nie, nie, nie - powtarzałem sobie raz po
raz. Nie płacz. Nie tutaj i nie teraz. Walcząc ze łzami, próbowałem
zająć umysł czym innym, słuchałem, jak sekretarka pisze z trudem dwoma
palcami na starej maszynie do pisania. Arytmiczne stukanie czcionek
zlewało się z odgłosem drzwi zamykających się za nauczycielami, którzy
przychodzili załatwić jakieś swoje sprawy.
Wśród tych wszystkich dźwięków, które analizowałem (na zmianę z obserwacją butów), aby zająć czymś umysł, z korytarza doszedł nowy
odgłos - stuk wysokich obcasów kroczących energicznie po wykładanej
kafelkami podłodze. Dźwięk narastał, aż w końcu brzmiał jak serie
pocisków uderzających w betonową nawierzchnię. Gdy na chwilę ustał,
drzwi otworzyły się energicznie i do gabinetu wpadła matka osiłka,
wydzierając się na wszystkich od samych drzwi:
- Co tu się dzieje?! Dlaczego ktoś zadzwonił, że mam odbierać syna ze
szkoły?!
Dyrektor odłożył trzymany w dłoni długopis na biurko i wstał na
powitanie gościa.
- Pani syn Jake nazwał tego tu chińskiego chłopca chinolem.
Nie byłem wprawdzie Chińczykiem, ale to pogardliwe przezwisko dotykało
mnie w nie mniejszym stopniu. Mimo to nie ruszyłem się ani o cal, wciąż
wbijając wzrok w buty. Słyszałem, jak szpilki zbliżają się do Jake'a.
Kącikiem oka widziałem, jak wzięła go za rękę, ale zamiast odejść,
podprowadziła go do mnie.
- Patrz na mnie!
Spojrzałem. Nie wyglądało to pewnie imponująco, dzieciak z trzeciej
klasy podstawówki spoglądający wysoko w górę na górującą nade mną
olbrzymkę, trzymającą za rękę jej repetującego synalka.
- Jake ma rację - powiedziała. - Takie żółtki jak ty tu nie pasują.
Wracaj tam, skąd żeś wylazł!
Teraz, czując wsparcie mamusi, do tej pory siedzący jak trusia Jake
roześmiał się i razem wesoło wyszli z gabinetu. A ja zostałem - odarty z godności, niesprawiedliwie ukarany za nie swoje przewiny, publicznie
ośmieszony. A ci ludzie, którym powierzono zadanie opieki nade mną,
obrony, nauki i obywatelskiego wychowania, mieli to głęboko w nosie.
Wreszcie ogrom upokorzenia, krzywdy, niesprawiedliwości, jakich zaznałem
w ciągu tych wszystkich bezsensownych lat nienawiści, wezbrały we mnie i przerwały tamę. Rozpłakałem się tak, jak jeszcze nigdy. Łkałem tak
bardzo, że w końcu popadłem w stan hiperwentylacji. Moje wrzaski były
tak głośne, że w końcu dyrektor podniósł na mnie wzrok.
Ale zamiast pomóc, po prostu warknął: "Poczekaj na korytarzu". Jego
lekceważąca postawa, o dziwo, pomogła mi zebrać resztkę dumy, która mi
pozostała. Udało mi się dotrzeć do holu i opanować płacz na tyle, żeby
nie zwracać na siebie większej uwagi. Wiedziałem, że moja mama nie ma
jak przyjechać do szkoły, żeby mnie odebrać. Stałem więc spokojnie i czekałem, aż zajęcia się skończą i przyjedzie autobus, którym udam się
do domu.
Byłem tak zdenerwowany, że postanowiłem nic jej nie mówić o tym, co się
stało. W końcu i bez tego miała mnóstwo na głowie, utrzymując całą
rodzinę. W domu poszedłem więc prosto do sypialni. Siedząc samotnie,
wspominałem ten straszliwy dzień. Nic nie powiedziałem o tym rodzinie,
pomimo przykrych wspomnień o znienawidzonych przeze mnie kolegach z klasy. Zamiast tego odrobiłem pracę domową i przygotowałem się do snu.
Siedziałem na brzegu materaca, kiedy weszła mama. Mogłem nic nie mówić,
a ona i tak zawsze wiedziała, kiedy coś było nie tak. Uśmiechnęła się i usiadła obok. Przez chwilę siedzieliśmy tak po prostu, matka i syn.
Uśmiechała się cierpliwie do mnie, do pokoju, tego miasta i życia, które
tu wiedliśmy. W końcu przemówiła.
- Każdemu zdarzają się złe dni, najważniejsze, żeby niosły jakąś naukę.
Jak moglibyśmy poszukiwać głębszego sensu w życiu, unikając złych
doświadczeń? - Jej uśmiech obejmował mnie i ocieplał, aż w końcu mnie
przytuliła. - Powinniśmy być wdzięczni za każdy moment każdego dnia, bez
względu na to, czy jest trudny, czy zły, bo i tak żyjemy tylko cudem,
powinniśmy umrzeć już dawno temu.
Najpierw musiałam uwierzyć w słowa mojej matki. Potem musiałem spróbować
je w pełni zrozumieć. Ale jeszcze nie mogłem.
- Jak to, o czym ty mówisz? - zapytałem, szczerze zaskoczony. - Jak to
żyjemy tylko cudem? Co się stało, mamo?
Siedząc tam na brzegu zużytego materaca, wpatrując się w małe dziecko,
mama podjęła decyzję, z którą zapewne nosiła się od dawna.
Po raz pierwszy opowiedziała mi historię życia, której nie pamiętałem.
2
W latach sześćdziesiątych, z tego, co widziałem na zdjęciach i co
opowiadali mi członkowie rodziny, do których dotarłem, mama była młodą,
piękną, zadziorną dziewczyną z wietnamskiej wsi. Wszyscy za nią wodzili
oczyma, wszystkim się podobała - ale miała reputację dzikiej tygrysicy.
Jej matka, równie silnego charakteru, często ją za to biła. Babcia miała
ciężką rękę, a jej siła brała się z tego, że codziennie dźwigała wiadra
wody z rzeki i worki ryżu do prowadzonej przez siebie restauracji. Mama
wspominała, że babcia obywała się w swoim zajeździe bez wykidajłów - w razie potrzeby sama była od tego, żeby spuścić manto dorosłym pijakom,
którzy próbowali rozrabiać w jej knajpie. Ale mama, mimo że babcia nie
szczędziła jej razów, ciągle pakowała się w szkole w kłopoty. Miała w sobie dzikiego ducha i najczęściej wpadała w tarapaty, broniąc słabszych
kolegów przed klasowymi osiłkami.
Moja babcia musiała być twarda, aby przetrwać, i świadomie lub
nieświadomie wychowała swoją córkę tak, aby była równie twarda. Tak
więc, mając dość werbalnego
i fizycznego znęcania się, które jej matka stale stosowała, opuściła
wioskę tak szybko, jak tylko mogła, aby szukać miejsca do życia w Sajgonie.
Restauracja babci specjalizowała się w ph?, wietnamskiej zupie z makaronem, podstawie kuchni narodowej, mama bez trudu więc znalazła
pracę w podobnym zakładzie w stolicy południowego Wietnamu. Tam poznała
ojca, inżyniera, który wpadał na obiady w przerwach w odbudowywaniu
miasta ze zniszczeń trwającej już trzecią dekadę wojny. Pan inżynier
ożenił się z wieśniaczką i w 1971 roku powitali pierwszego syna, mojego
starszego brata. Akurat wtedy, gdy Amerykanom przyszło do głowy, żeby
się wycofać i zostawić wszystko na pastwę komunistów. Co było potem,
matka zwykle zbywała półsłówkami i od razu
przechodziła do mojego urodzenia. Przyszedłem na świat w okolicznościach
dość nędznych i słabo wróżących na przyszłość - ale za to z hukiem.
Opowiadała mi, że urodziła mnie na zimnej betonowej podłodze
sajgońskiego szpitala ciemną nocą 17 grudnia 1974 roku, w chińskim roku
Drewnianego Tygrysa, o godzinie tygrysa, a wokół szalały nawały
artyleryjskie. Ledwie się urodziłem, już musiała zasłaniać mnie własnym
ciałem przed sypiącymi się z sufitu okruchami pękającego od ostrzału
tynku.
Rzadko zagłębiała się w szczegóły tego, co nastąpiło potem. Całe lata
zajęło mi poskładanie większego obrazu z pojedynczych słów czy zdań.
Wyraźnie się wyczuwało, że to nie była dla niej łatwa historia, z biegiem czasu matka stawała się coraz bardziej małomówna, a jej wola
umacniała się z wiekiem.
A więc przyszedłem na ten świat z hukiem, podczas artyleryjskiego
ostrzału szpitala, wśród odłamków ścian, które na nas padały. Oblężony
Sajgon był bombardowany niemal codziennie. Zamiast rozwodzić się nad
naszym osobistym niebezpieczeństwem, moja mama powiedziała, że widziała
rodziny wspierające się nawzajem, gdy ich domy waliły się wokół nich.
Zamiast opowiedzieć mi o moich krzykach, powiedziała, że słyszała krzyki
innych dzieci odbijające się echem po ulicach, gdy próbowały obudzić
swoich zmarłych rodziców.
Rok 1974 nie był tylko chińskim Rokiem Drewnianego Tygrysa - był jednym
z najgorszych okresów w historii Wietnamczyków z południa, z których
byliśmy z matką tylko dwojgiem z milionów. Amerykanie nas opuścili,
zostawili Republikę Wietnamu swojemu losowi, a ja urodziłem się po
przegranej stronie wojny. Jeszcze wtedy tego nie wiedzieliśmy, ale za
niewiele ponad kwartał nasz kraj miał upaść, wchłonięty przez
komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu z północy, a ja miałem
stracić wolność, której nawet nie znałem.
Okupanci zalali nasz Sajgon w kwietniu 1975 roku i z miejsca zaczęli
zabijać każdego, kto mógł stawić im opór. I jeśli wierzyć świadectwom
tam obecnych, reportażom filmowym, telewizyjnym i prasowym oraz mojej
mamie - to wszystkich innych też. Cały świat to widział, cały świat o tym mówił - ale cały świat miał to gdzieś, bo to ich bezpośrednio nie
dotyczyło. Oni byli daleko, odkładali gazetę, gasili telewizor i już
było po wszystkim, a moją rodzinę prześladowania dotykały każdego dnia,
tydzień po tygodniu, miesiącami i latami.
Teraz dopiero pojmuję, jakie miałem szczęście, że byłem tak młody, by
zdołać wszystko łatwo zapomnieć. Prawdę mówiąc, nawet nie zdawałem sobie
sprawy, że żołnierze północnowietnamscy włamują się do domów niewinnych
cywilów, aby grabić, molestować i robić jeszcze gorsze rzeczy. Żołnierze
ci zabierali pieniądze i kosztowności każdemu, kogo postanowili obrać za
cel, a każdy, kto próbował ich powstrzymać słowami lub czynami, był
zabijany na miejscu. Ginęli najczęściej przebijani bagnetami przez kilku
żołnierzy naraz. Mama opowiadała, że wiedzieli o zbliżaniu się kolejnej
fali, bo ulicami niosły się krzyki i jęki bezbronnych ofiar.
Komunistyczni okupanci odebrali im wszelką wolność i odreagowywali na
sajgończykach lata strachu i walki, jednocześnie stosując przemoc w widowiskowy sposób, by złamać wolę oporu swoich nowych więźniów.
Miałem niewiele ponad trzy miesiące, gdy wykopali drzwi do naszego
mieszkania na drugim piętrze kamienicy. Wewnątrz zaroiło się od
wrzeszczących dzikusów, wymachujących karabinami i grożących bagnetami.
Chociaż moja mama miała dwadzieścia kilka lat, była mała i szczupła, nie
ustępowała i nie okazywała żołnierzom strachu. Trzymając mnie na jednym
ręku, drugą wzięła za rękę mojego czteroletniego brata. Nie zaszczyciła
ich ani słowem, mówiła tylko do mojego starszego brata.
- Bądź dzielny.
Jakoś tym razem nie było nic o uśmiechaniu się - co chyba zrozumiałe w tych okolicznościach.
Ojciec stał przed matką i prosił żołnierzy, żeby jej nie robili krzywdy.
Jedyną odpowiedzią był szybki cios kolbą w twarz od najbliższego z napastników. Kilku innych przyłączyło się i po chwili skopany ojciec
leżał rozciągnięty, jęcząc na podłodze.
Ośmielony łatwym zwycięstwem jeden z żołnierzy oderwał mojego brata od
mamy i pchnął go na podłogę tak silnie, że brat, upadając, rozpłakał
się. Mama - nie puszczając mnie - uklękła, zasłoniła sobą ciężko
pobitego ojca jęczącego na podłodze i po raz pierwszy zwróciła się
bezpośrednio do napastników:
- Możecie wszystko nam odebrać i nas pozabijać, ale prędzej zginę, niż
pozwolę wam rozdzielić naszą rodzinę.
Gdyby to dotyczyło kogokolwiek innego, nie uwierzyłbym, ale ja znam
swoją matkę, a wy jeszcze nie słyszeliście, co ona potrafi powiedzieć -
i komu - gdy zajdzie potrzeba.
Potem opowiadała, że żołnierze krzyczeli, targali ją za włosy,
wszystkich nas wygonili za ulicę, pchając, bijąc kolbami i kopiąc na
schodach. Na ulicy kazali nam się położyć na chodniku. W powietrzu było
gęsto od dymu, krwi, spalenizny, prochu, śmierdziały rozkładające się
ekspresowo w upale zwłoki. Cztery piętra wyżej na atak szykował się
dziadek, właściciel kamienicy.
Według mamy nasz dziadek, ojciec taty, był niezwykłym człowiekiem.
Mieszkał w apartamencie na najwyższym piętrze, słyszał więc przez drzwi,
jak żołnierze panoszą się na kolejnych piętrach, i przygotowywał się na
atak. Mimo to pozostał spokojny, podając zapewne ostatni posiłek
egzotycznym rybom mieszkającym w olbrzymich akwariach z morską wodą,
które aż się prosiły o cios kolbą. Kiedy żołnierze doszli na jego
piętro, zastali uchylone drzwi, żeby nie musieli ich wyłamywać, i pana w sile wieku karmiącego ryby. Widok był tak surrealistyczny, że zgłupieli
i nie wiedzieli, co robić.
Bo trzeba powiedzieć, że akwarium z rybami w Sajgonie w 1975 roku to był
wyjątkowy luksus - a co dopiero olbrzymie zbiorniki wielkości
samochodów, wypełnione kolorowymi rybami różnych wielkości o fantastycznych kształtach. Dziadek był człowiekiem bogatym, mógł
podróżować, dokąd chciał, i wydawał wielke sumy pieniędzy na te akwaria,
osprzęt i ryby. Jego żona krytykowała to jego hobby i koszty z nim
związane, ale w końcu to były jego pieniądze, nigdy jej niczego nie
brakowało, a on zachwycał się oszałamiającym pięknem oceanicznego życia.
Tak więc gdy wpadli komuniści, dziadek karmił ryby. Początkowy szok
szybko im przeszedł, potarmosili go
trochę, zarobił parę kuksańców i tak samo jak nas wypędzili go na ulicę
- ale choć splądrowali dokładnie całe mieszkanie, to nie stłukli żadnego
akwarium. Ludziom robili wiele strasznych rzeczy, ale ryb nie
skrzywdzili.
Mama pocieszała nas i dziadka, a tymczasem żołnierze spędzili nas
wszystkich z kilku okolicznych domów w jedno miejsce. Pojawił się
oficer, wyjął kartkę i zaczął wyczytywać nazwiska. Jeśli wyczytany się
zgłosił, czytał dalej. Jeśli nie, żołnierze bili ludzi na oślep, aż
wydali tego, który się ukrywał. Wśród wyczytanych był mój stryj, brat
ojca. Był on oficerem południowowietnamskich sił specjalnych, służył z Amerykanami. Sąsiedzi go wydali, żołnierze złapali go i wywlekli,
dołączając do wcześniej wyczytanych:
działaczy politycznych, inteligentów i najbardziej zagrożonych -
współpracujących z południowowietnamskim rządem lub amerykańskim
wojskiem.
Po chwili, gdy nazwiska z kartki "kolaborantów" się skończyły,
oddzielonych otoczyła grupa żołnierzy i kazała im klęknąć. Nie było
żadnych ceremonii, przepasek na oczy, wiązania do słupków. Była tylko
banda sadystycznych morderców w komunistycznych mundurach, którzy z zimną krwią zastrzelili kilkunastu nieuzbrojonych obywateli Sajgonu.
Zanim padły strzały, mama powiedziała:
- Zamknijcie oczy i bądźcie dzielni.
Oczywiście tego nie pamiętałem, podobnie jak serii z kałasznikowów,
którymi ich zamordowano. Ale mama zapamiętała na całe życie. Krzyki,
strzały i widok, który ujrzała, gdy dym się rozwiał - stos ciał
porozrywanych pociskami, a wśród nich swojego szwagra.
Zapamiętała także upał rozgrzanych słońcem płyt chodnikowych i asfaltu,
na którym klęczeliśmy. Dym z płonących budynków gryzł w oczy. Asfalt
parzył kolana, gdy czekaliśmy na kolejne okropności. Nie musieliśmy
czekać długo.
Oficer wyjął z kieszeni kolejną kartkę z listą nazwisk i wszystko
zaczęło się od nowa. Tym razem na kartce byli wszyscy, którzy zdaniem
władz "wspierali amerykańskich okupantów" - trzy lata po tym, jak z kraju odlecieli ostatni amerykańscy żołnierze. Z początku wszyscy
spodziewali się kolejnej masakry, a kiedy zamiast tego zapakowano ich na
ciężarówkę, która miała ich zawieźć do obozu reedukacji za miastem,
wszystkim ulżyło. "Przynajmniej nie rozstrzelano na miejscu". Po latach
wszyscy dowiedzieli się o horrorze "obozów reedukacji", w których
komuniści łamali ludziom charaktery wymyślnymi torturami - albo, ale
dopiero po latach męczarni, zabijali. Trafiły do nich setki tysięcy,
większość czekała śmierć z głodu, pracy ponad siły lub dla kaprysu
strażników.
Jakoś przetrwaliśmy ten straszny dzień, ale to był tylko pierwszy z wielu dni grozy. Stary rząd południowowietnamski zastąpiły hordy
grabieżców z północy. Nowy rząd zniósł wolności obywatelskie i gnębił
wszystkich wysokimi podatkami, by sfinansować komunistyczne "reformy".
Lecz nadal żołnierze stanowili na ulicach najwyższą władzę, okazując
coraz większą zachłanność i okrucieństwo. Ściąganie oficjalnych podatków
otworzyło szeroko drzwi do grabieży i rozbojów na własne konto pod
pozorem wymierzania ludowej sprawiedliwości przestępcom podatkowym.
Każdy, kto próbował stawić opór, mógł trafić do obozu reedukacji - albo
dostać bagnetem pod żebro czy kulę w łeb.
Większość podatków dotykała w dodatku biedaków, ludzi, których nie było
stać na ich zapłacenie. Krążą historie o rodzinach zniewolonych przez
Wietnamczyków z północy w celu wykonywania ciężkiej pracy fizycznej w obozach. Więźniowie, którzy zostali ranni lub chorzy w wyniku strasznych
warunków, zostali wywiezieni do dżungli i rozstrzelani.
Po latach dowiedziałem się, że ofiarami obozów reedukacji padło kilku
moich wujów. Mama opowiadała mi
historię jednego z nich, który zdołał uciec. Udało mu się przedrzeć do
domu, do ciężarnej żony. Jedna z ciotek poprosiła mamę o pomoc. Nocą,
mimo godziny policyjnej, mama przedarła się przez linie straży i odwiedziła brata - zbrodnia, za którą, gdyby się wydała, mogła zostać
pojmana, zamęczona lub zamordowana. Ale nie dała się złapać, spotkała
się z bratem, przekazała mu pieniądze i żywność, żeby mogli spróbować
ucieczki.
Ponieważ brat był zbiegiem, nie mogli czekać na dogodny moment, musieli
natychmiast uciekać. Wujek z ciężarną żoną planowali przedrzeć się
nocami przez dżunglę do Kambodży w nadziei na szansę ucieczki stamtąd do
Tajlandii. Wzięli ze sobą tylko kilka rzeczy, żeby nic ich nie
powstrzymywało w drodze.
Ponieważ na wszystkich drogach były uzbrojone posterunki, musieli się
przedzierać nocami po bezdrożach, uciekając przed okresowymi obławami
wojsk ochrony pogranicza, specjalnie szkolonych do wykrywania i łapania
uciekinierów. Niektórzy z nich wynajmowali lokalnych przewodników, ale
nigdy nie było pewności, komu przewodnicy okażą lojalność - tym bardziej
że uciekinierów poszukiwano listami gończymi, obiecując nagrody za pomoc
w ujęciu. Wielu tak zwanych przewodników brało pieniądze z obu stron:
najpierw od uciekinierów za przeprowadzenie przez granicę, a potem od
władz za wydanie ich w ręce obławy.
Jakby tego było mało, strażnicy i szpicle nie byli
jedynym zagrożeniem. Armia północnowietnamska była biedna i nie
marnowała pieniędzy na miny - zamiast tego zastawiała tysiące
bambusowych "pułapek na tygrysy". Większość z nich to były doły, na
których dnie znajdowały się dziesiątki i setki zaostrzonych punji,
czyli bambusowych kolców, nakrytych listowiem i bardzo trudnych do
ominięcia w ciemności.
Ciocia i wujek brnęli na oślep przez gorącą, parną ciemność, ale
wszystko na marne. Choć starali się, jak mogli, w końcu zostali
schwytani i przewiezieni do obozów. Wujek trafił do obozu pracy, a ciężarną ciocię zamknięto w śmierdzącej celi więziennej.
Kary za próbę ucieczki były barbarzyńskie. Wujka chłostano w stopy tak
długo, aż kawałki mięsa zaczęły odpadać, nie był w stanie chodzić ani
nawet stać. Całe dnie spędzał w nakrytej bambusową kratą jamie, noce -
przykuty do ściany obory wraz ze zwierzętami. Roje komarów wkrótce
sprawiły, że zaraził się malarią.
Tymczasem ciocia spała na przepoconym brudnym sienniku, na górnym
poziomie bambusowej piętrowej pryczy, w przepełnionej, wilgotnej,
ciemnej, zimnej celi z pleśnią na ścianach i czerwonym śmierdzącym
wiadrem w rogu. Tam, na zimnej betonowej podłodze, urodziła córkę, bez
niczyjej pomocy. Jakimś cudem wujostwo przeżyli, ale już nigdy nie byli
takimi ludźmi jak przed aresztowaniem. Ich tragiczny los był ostatnią
kroplą, która przekonała mamę, że lepiej zginąć, próbując ucieczki, niż
dać się tu zamęczyć.
Po rozstrzelaniu "kolaborantów" i odesłaniu do obozów "sympatyków"
reszcie pozwolono wrócić do domów i teraz żyliśmy pod władzą komunistów.
Ten okres moja mama nazywała "latami opresji".
Mimo to powiedziano mi, że mam w miarę normalne dzieciństwo. Dorastałem
w mieszkaniu na trzecim piętrze, z którego nas wyciągnięto, piętro niżej
od mojej babci, dziadka i jego akwarium. Przeżyliśmy najlepiej, jak
mogliśmy, utrzymując się z dochodów moich rodziców, ale
niebezpieczeństwo zawsze wydawało się blisko.
W któreś gorące miejskie popołudnie, kiedy miałem około trzech lat, mama
zmywała podłogę w restauracji, gdy pojawił się poborca podatkowy w asyście paru żołnierzy. Choć cała się w środku gotowała, bo nowa władza
pozwoliła żołnierzom jeść za darmo w każdym lokalu i zabierać, cokolwiek
im się spodobało, bez słowa oddała całodzienny utarg. Doskonale
wiedziała, czym ryzykowała w razie odmowy. Żołnierze z poborcą, niczym
się nie krępując, przeliczyli łup, po czym oświadczyli, że to za mało i w takim razie mama pójdzie z nimi do domu dopłacić resztę.
Byłem z ojcem w domu, kiedy przyszli z mamą. Grozili rodzicom wysłaniem
do osobnych obozów pracy, a nas do różnych domów dziecka. Ojciec oddał
im wszystkie pieniądze, jakie mieliśmy w domu - było tego dość, żeby się
w reszcie nasycili i poszli, nawet nikogo nie bijąc na odchodnym ani nie
tłukąc zastawy, musieli więc być zadowoleni.
Tamtej nocy mama po raz pierwszy poruszyła temat ucieczki z Wietnamu.
Ojciec przypomniał jej, jak wielu chętnych do ucieczki złapano i zamęczono w obozach reedukacji, jak wielu umarło z głodu, chorób lub
zostało zamordowanych przez piratów. Mama odparła, że woli, abyśmy
wszyscy zginęli, niż żeby jej dzieci dorastały w kraju takim, jakim stał
się wówczas Wietnam. Ojciec się wahał - co zrozumiałe, w końcu nie
chodziło o wycieczkę za miasto - ale już doskonale wiedział, że ożenił
się z tygrysicą i opór nie ma sensu, dlatego zgodził się spróbować
znaleźć dla nas drogę ucieczki.
Mój ojciec był wietnamskim ćwierć-Chińczykiem, pochodził z wyedukowanej
rodziny, pracował w biurze blisko portu i był powszechnie lubiany.
Następnego dnia po pracy spotkał się ukradkiem z kapitanem statku, o którym powiadano, że pomógł wielu rodakom wydostać się z kraju. Ojciec
zapytał, ile to będzie kosztować. Kapitan nie udawał zdziwienia
pytaniem. Szmugiel ludzi był tajemnicą poliszynela wśród południowych
Wietnamczyków. Koszt wolności wynosił pięć sztabek złota za każdego
dorosłego i trzy za dziecko. Potem kapitan dodał, że organizuje następny
kurs za dwa dni. Jeśli chcemy się dołączyć, mamy zabrać jedną małą torbę
z rzeczami na rodzinę i zapłacić przed wejściem na pokład. Kuter
wychodzi z portu o dwudziestej i na nikogo nie będzie czekał.
Mama natychmiast zajęła się przygotowaniami. Przez kolejne dwa dni
dyskretnie żegnała się z rodziną i przyjaciółmi. Wreszcie nadeszła noc
ucieczki. Torba była spakowana, złoto przygotowane. Razem z bratem
byliśmy już ubrani i gotowi do wyjścia. Czekaliśmy z matką na ojca - ale
on nie wrócił z pracy o normalnej porze. Kiedy wreszcie dotarł do domu,
było dawno po ósmej. Przyszedł i nie mówił ani słowa.
Nikt nie wychodzi dobrze na drażnieniu tygrysa w klatce. Mama była
wściekła na ojca za to spóźnienie, ale nigdy nie wyjawiła mi, dlaczego
się wtedy spóźnił.
Parę dni później przyszedł do nas dziadek. Usiadł po
cichu i spokojnie wysłuchał tyrady mamy pod adresem jego syna.
- Jak on mógł się spóźnić w tak ważnym dniu? - szlochała matka. - Jaki
mężczyzna robi coś takiego swojej rodzinie?
Ciągnęła to i ciągnęła bez końca, a dziadek siedział cicho i słuchał. Aż
wreszcie, kiedy przerwała, by zaczerpnąć tchu, przerwał jej gestem i sam
zaczął mówić. Opowiedział jej, że kuter, którym mieliśmy płynąć, został
porwany przez tajskich piratów, którzy wymordowali wszystkich na
pokładzie: załogę z kapitanem i kandydatów na uciekinierów. Nikt nie
uszedł z życiem.
Mama była w szoku. Zdawała sobie sprawę, że podróż jest ryzykiem, ale
chyba do tej pory nie myślała, że aż tak wielkim.
Dziadek opowiadał o tragicznym zakończeniu rejsu, na który się
spóźniliśmy, a mama wzięła mnie na ręce. Uśmiechnęła się przez łzy i powtórzyła dziadkowi to, co powiedziała ojcu: że woli zginąć, niż
pozwolić swoim dzieciom dorastać w upodleniu. Łzy spłynęły po jej
policzkach, gdy poprosiła dziadka o pomoc.
Dziadek od razu kiwnął głową, jakby od początku czekał na te słowa.
- Daj mi parę dni - powiedział.
Mówiłem już, że mój ojciec był człowiekiem lubianym, dobrze
wykształconym i dobrze ubranym - ale to nic w porównaniu z dziadkiem.
Dziadek był jak mama - człowiekiem silnej woli, który wszystkie
wietnamskie wojny: japońską, francuską, domową, amerykańską i komunistyczny najazd, przeżył dzięki sprytowi, obrotności i zaufanym
kontaktom, które miał wszędzie.
Przez następnych parę dni siedział w kawiarni przy porcie, studiując
możliwości, rozpoznając schematy ucieczek, grafiki patroli, posterunki
wartownicze i miejsca, w których łapią napływających do portu
uciekinierów. Rozpoznawał zagadnienie i rozważał opcje. Potem zaczął
nawiązywać i odnawiać kontakty, między innymi z pewnym szyprem rybackim,
dawnym kolegą ze szkoły, który służył w czasie wojny w marynarce
wojennej. Ten człowiek znał się na nawigacji i zaklinał się, że wie, jak
najkrótszą drogą popłynąć na Malaje, i potrafi tam dotrzeć w czterdzieści osiem godzin.
Potem zasiedli do negocjacji. Szyper nie ukrywał, że ryzyko jest bardzo
wysokie i wszyscy, z nim włącznie, nadstawiają karku - dlatego ta
wyprawa będzie kosztować siedem sztabek za dorosłego i cztery za
dziecko. Wypływa jutro wieczorem, a więc decyzję należy podjąć szybko.
Dziadek przystał na warunki.
Zamiast jednak gnać w te pędy do domu, wysłał nam formalne zaproszenie
do siebie na kolację. Dopiero tam, przy jedzeniu, przedstawił rodzicom
ofertę i termin. Mieliśmy płynąć małym kutrem rybackim, dlatego nie
można zabrać żadnych bagaży, tylko to, co ma się na sobie.
Gdy na koniec powiedział ojcu o cenie, ten był przerażony. Właśnie
przeżyliśmy poprzedniego dnia kolejną
wizytę "poborców podatkowych" i moi rodzice nie mieli pieniędzy.
Siedzieli załamani, widząc uciekającą szansę, ulatującą sprzed ich oczu,
jak dym z ręcznie skręcanych papierosów, które palił dziadek.
Na widok ich smutnych twarzy dziadek wstał i podszedł do swego
ulubionego szezlonga. Ze zdobionego laką stolika wziął malowane puzderko
z bibułkami i ułożył jedną między palcami, potem z innego puzderka
szczyptę ulubionego tytoniu. Poślinił brzeg bibułki, zwinął papierosa,
usiadł, krzyżując nogi, i zapalił. Rodzice wpatrywali się w niego
osłupiali, zastanawiając się pewnie, jak może być tak spokojny w obliczu
takiej tragedii. A dziadek spokojnie wypuścił kilka dymków, a następnie
stanął koło swego ulubionego akwarium. W tym czasie moi rodzice
najwyraźniej zapomnieli o swoich problemach i wpatrywali się w niego. I na ich oczach mój dziadek zaczął rozbierać czarną ramę zbiornika na
wodę.
Po jej oderwaniu ukazał się sekret dziadka. Tyle razy komuniści
przetrząsali jego mieszkanie, szukając pieniędzy i kosztowności, ale
rozpraszały ich akwaria i ich barwna, ruchoma zawartość. Gdyby
wiedzieli, że wystarczy oderwać wierzchnie listwy, by wydobyć spod nich
sztabki złota... Rodzice gapili się z otwartymi ustami.
Gdy dziadek wydobył już dość złota, by zapłacić za ich podróż,
przypomniał, że kuter wypływa o dziewiątej i nie wolno się spóźnić, bo
na nikogo nie będzie czekał. Kazał matce przyrzec, że jeśli przeżyjemy
tę przygodę, zostaniemy Amerykanami. Kiedy zapytała go, jak niby mamy to
zrobić, opowiedział jej historię, której nie znała. Starsza siostra mamy
była pielęgniarką w szpitalu wojskowym w Sajgonie jeszcze w czasie
amerykańskiej wojny. Któregoś dnia przywieźli tam ciężko ranionego
bagnetem w klatkę piersiową oficera Zielonych Beretów z obozu warownego,
który został rozbity przez wietnamską armię. Siostra opiekowała się nim,
ale chłop był naprawdę w złym stanie i dziadek był przekonany, że nie
wyżyje. Komandos okazał się jednak twardym zawodnikiem i nie dał się
kostusze. Nie tylko przeżył, ale zakochał się w mojej ciotce i ostatecznie się z nią ożenił - w przeciwieństwie do wielu amerykańskich
żołnierzy, którzy porzucili Wietnamki, które zapewniali o swej miłości.
Zabrał ją nawet ze sobą, wracając do Stanów Zjednoczonych, pomimo
rasizmu i nienawiści, z jaką wielu ich witało.
Dziadek powiedział mamie, że jej szwagier z Zielonych Beretów jest
dobrym człowiekiem i może zapewne liczyć na jego pomoc, jeśli tylko
będzie mógł pomóc.
- Ale najpierw - zakończył - musicie przeżyć.
3
Tej nocy była pełnia księżyca, a powietrze wciąż gorące. Zbliżając się
do łodzi, cała rodzina czuła zapach oceanu. Jak większość łodzi
kiwających się przy nabrzeżu, nasz kuter z drewnianym kadłubem też był
stary, mały i obdarty. Odróżniała go kolejka ludzi czekających do
wejścia na pokład. Łódź była niewielka, ale pewnie pomieściłaby jako
tako ze czterdzieści osób, tyle że nas czekała tam prawie setka.
Mama, wchodząc na pokład, wzięła mnie na ręce. Niezależnie od tego,
jakie stosunki łączyły szypra z dziadkiem, nie miało to żadnego wpływu
na sposób, w jaki nas potraktowano. Lata w biznesie przemytniczym, a może wojenne przejścia sprawiły, że dla niego nie byliśmy już ludźmi -
jego interesowały tylko pieniądze. My stanowiliśmy jedynie kłopotliwy
ładunek, upychany siłą pod pokładem.
Mimo że mama trzymała mnie w ramionach, tłum ludzi pod pokładem w małej,
dusznej i nieoświetlonej ładowni o mało nas nie zgniótł. Szyper wepchnął
nas i syknął, że mamy się ścieśnić, bo jeszcze czeka dużo ludzi. Mama
jakimś cudem wymacała zakątek, gdzie nikogo nie było, i tam się całą
rodziną ulokowaliśmy.
Jakaś arogancka kobieta nawrzeszczała na matkę, że tam nie ma dla nas
wszystkich miejsca. Mama przeprosiła za niewygodę, ale nigdzie indziej
też nie było miejsca. Kobieta poinformowała ją wówczas, że jest bardzo
ważną osobą i że mamy natychmiast się wynosić. Mama po prostu ją
zignorowała. Nie powiedziała jej nawet, że bycie bardzo ważną osobą nie
uchroniło jej przed koniecznością ucieczki zatłoczonym kutrem rybackim.
Mogłaby jej też powiedzieć, że jedziemy na tym samym wózku - ale wątpię,
czy to by coś pomogło. Po prostu więc milczała i zostaliśmy tam, gdzie
byliśmy.
W tamtym czasie mnóstwo Wietnamczyków z południa próbowało uciec z kraju. Część dygnitarzy odleciała wraz z Amerykanami. Inni, mniej
ustosunkowani, próbowali drogi lądowej i w odróżnieniu od mojego
wujostwa mieli więcej szczęścia, udało im się wydostać przez najeżoną
(całkiem dosłownie) niebezpieczeństwami granicę w dżungli. A my
dołączyliśmy właśnie do tysięcy uchodźców drogą morską, których cały
świat nazywał boat people, ludźmi z łodzi.
Księżyc w pełni odbijał się szeroko na zwodniczo gładkiej powierzchni
Morza Południowochińskiego, oświetlając kuter zatłoczony uchodźcami,
wypływający z portu na południowy zachód. W pewien sposób mieliśmy
szczęście - stłoczeni w ładowni nie widzieliśmy zagrożeń, które na nas
czyhały podczas pokonywania przeszło czterystu mil, jakie dzieliły nas
od celu. Ja miałem jeszcze więcej szczęścia - wszyscy starsi ode mnie
zdawali sobie sprawę z ich istnienia, a ja nawet nie byłem w stanie
sobie ich
wyobrazić, nie mówiąc o tym, żebym się nimi martwił.
Mama mnie tuliła, uśmiechała się do mnie, szeptała, żebym był dzielny.
Ale wszędzie wokół w ciemności rozbrzmiewały odgłosy strachu,
desperacji, żalu za stratami. Bardzo Ważna Pani obok nas szlochała
rozpaczliwie.
Mamie w końcu zrobiło się jej żal, wyciągnęła do niej rękę, pogładziła
ją i pocieszyła, że wszystko będzie dobrze. Huczący diesel napędzający
kuter brzmiał jak walczące bicie serca, ale dzielnie pchał nas dalej w nieznane.
To znaczy - nieznane, jak dla kogo. Szyprowi to wszystko było znane aż
za dobrze. Dziadek znał go przed klęską i ostrzegał nas, że ten niegdyś
szczęśliwy człowiek zmienił się na gorsze pod rządami komunistów. Że z przyjaznego optymisty stał się samolubnym pesymistą, a sami
przekonaliśmy się, jak bardzo, bo traktował ludzi jak bydło i liczyli
się dla niego tylko tak długo, jak długo mieli pieniądze. Teraz stał w sterówce nad nami i widział na kursie do wolności gęsty sznur jednostek
z reflektorami do wyłapywania takich jak on przemytników uciekinierów.
Ale on miał nad nimi przewagę: czterdzieści lat doświadczenia i znajomość okolicznych wód, dzięki czemu wiedział, jak uniknąć wykrycia i którędy się przekraść, żeby dotrzeć do celu i jak najszybciej wrócić po
kolejny ludzki ładunek - i kolejną wypłatę.
Pewnego razu, gdy przemykał na obrzeżach Zatoki Tajlandzkiej, musiał
wyłączyć silnik. Teraz już nie chodziło o to, by jego odgłos nie
ściągnął nam na głowę wietnamskich pograniczników, tylko tajskich
piratów, którzy grasowali na tych wodach wzorem swoich przodków od XIV
wieku. Jak okiem sięgnąć, na wodach tajskich, indonezyjskich i filipińskich roiło się od kutrów szmuglujących coraz liczniejszych
południowowietnamskich uchodźców, celu może nie do końca dochodowego,
ale na pewno łatwego.
Piraci byli bezlitośni. Kradli wszystkim wszystko, kobiety gwałcili, a potem wszystkich mordowali, łącznie z dziećmi. Łatwość tego procederu,
kompletna bezbronność uciekinierów, przyciągała nowych chętnych do
rozpoczęcia przestępczej kariery. Szyper doskonale zdawał sobie sprawę,
że na drodze czyhają na niego i jego kuter setki piratów, i robił
wszystko, by ich uniknąć - wiedząc, że w innym przypadku pójdzie pod nóż
razem z pasażerami swego kutra.
Na szczęście miał dość umiejętności i wiedzy, żeby ich uniknąć. Zgodnie
z obietnicą po dwóch dniach żeglugi na horyzoncie zamajaczyła Malezja.
Wszyscy byli szczęśliwi, ale wyczerpani. Kapitan nie dbał o zapasy wody
i jedzenia dla swego ładunku, bo na ich miejsce mógł upchnąć kolejnego
pasażera za siedem sztabek złota. Nie było też toalet, ładownia więc,
nagrzewana słońcem przez pokład, potwornie cuchnęła ekskrementami i potem.
I wtedy szczęście nas opuściło. Do kutra podszedł patrolowiec
malezyjskiej straży przybrzeżnej. Z początku wszyscy byli zachwyceni, że
nadeszła pomoc - ale zamiast tego z patrolowca padły strzały. Po kilku
seriach, które unieruchomiły silnik, ktoś ogłosił przez megafon, że
Malezja nie przyjmuje więcej uchodźców i nie jesteśmy mile widziani w ich kraju.
Potem na dziób przeskoczyło dwóch marynarzy, jeden z odbezpieczonym
karabinem ubezpieczał drugiego, który zaczepił na dziobowych polerach
hol, potem wrócili na okręt, który natychmiast ruszył z dużą prędkością,
holując nas daleko od brzegu, na pełne morze. Ta podróż na holu trwała
prawie pół dnia, cały czas pod lufami patrolowca, z którego pilnowano,
by nikt nie przeciął holu.
W końcu uznali, że wystarczy, zdjęli hol, na odchodnym jeszcze raz
ostrzelali silnik i odpłynęli, zostawiając nas w dryfie na oceanie, z dala od brzegu. Byliśmy tak blisko ratunku, a teraz patrzyliśmy w oczy
śmierci. Na tych wodach, o tej porze roku i na takim nędznym kutrze to
porzucenie oznaczało dla nas pewną śmierć. Nie mieliśmy nic do picia ani
jedzenia, pasażerowie zaczęli się kłócić. To, co miało być niewygodną,
ale szybką podróżą na Malaje, zamieniło się w desperacką walkę o przeżycie - ale bez silnika, żagla czy choćby wioseł niewiele poza
czekaniem można było zrobić.
Po tych wszystkich latach jestem nieskończenie wdzięczny za to, że nic
nie pamiętam z horroru tej podróży, gdy prąd wyciągał nas coraz dalej na
ocean. Mama nigdy nie była w stanie zapomnieć gęstniejącego w miarę
upływu dni, zamieniających się w tygodnie, zaduchu uryny, ekskrementów,
rybich szczątków i słonej wody. Po jakimś czasie pasażerowie przestali
nawet płakać, bo byli zbyt głodni, by zachować siły na łkanie, i zbyt
odwodnieni, by ronić łzy. Całe dnie słychać było tylko coraz głośniejszy
kaszel, jaki męczył powiększającą się liczbę chorych. Palące słońce,
odwodnienie i głód zbierały obfite żniwo.
Za burtę wyrzucano kolejne ciała. Mimo desperacji nie znalazł się nikt
chętny na ludzkie mięso. Bardzo Ważna Pani, która nakrzyczała na mamę
pierwszej nocy, też zachorowała, a mama pielęgnowała ją w miarę
możliwości.
Jedynym źródłem wody było wiadro, które mama wystawiała na pokład, gdy
padał deszcz. Jak opowiadała, nikt inny nie wpadł na taki pomysł. Ale
tej wody było za mało, gdyż padało rzadko. Wieczorem trzydziestego dnia
dryfowania mama zajrzała do wnętrza niemal już pustego wiaderka, po czym
spojrzała na mnie i brata śpiących jak
w letargu. Obaj mieliśmy wargi spękane z pragnienia, ciała zaczynały się
pokrywać wrzodami z powodu słabego krążenia - woda potrzebna jest
organizmowi do rozrzedzania krwi, by dotarła w każdy zakamarek.
Opowiadała, że nie wie, jak długo się w nas wpatrywała, bo jej także
głód i odwodnienie chwilami odbierały
przytomność. Opowiadała, że tej nocy płakała w duchu, bez łez, bez
głosu. Patrzyła na księżyc widoczny w szparach rozsychającego się
pokładu. Potem obudziła brata i kazała mu wypić połowę pozostałej wody.
Następnie, nie bez trudu, zdołała obudzić mnie i wlała mi do ust resztę.
Tej samej nocy złapał nas wielki sztorm. Prąd i burza znosiły nas coraz
dalej od lądu, a szyper bał się, że wiatr i fale nas przewrócą. Ale
następnego ranka mama dziękowała niebiosom za napełnienie deszczówką
wszystkich wiader na pokładzie, dzięki czemu nasza rodzina i ocalali
rozbitkowie mogli przeżyć jeszcze kilka dni.
Tej nocy, mimo bólu tygodniami podkurczonych nóg, tuliła mnie i powtarzała, że mam być dzielny i się uśmiechać. W pewnej chwili sięgnęła
po rękę Bardzo Ważnej Pani, żeby i ją pocieszyć - ale ręka była już
chłodna. Nasza sąsiadka umarła w ciemności jakiś czas wcześniej.
Wycieńczenie i słabość sprawiały, że wszyscy tracili i odzyskiwali
przytomność. Za każdym razem mama zastanawiała się, czy nie widzi nas
ostatni raz w życiu. Którejś nocy parę dni potem jej oczy się zamknęły -
i otworzyły, dopiero gdy zdarzył się cud.
Z początku miał on postać silnego snopu światła. To on zaświecił jej w oczy i zmusił do ich otwarcia. Ale to nie był poranek - tylko reflektor,
szperacz. Z pokładu sowieckiego zaopatrzeniowca.
Gdy statek nas napotkał, wracał po rozładowaniu dostaw w sowieckiej
bazie morskiej w Wietnamie. To był statek z komunistycznego kraju, od
wyznawców tej samej ideologii, która rozdarła nasz kraj na strzępy,
ideologii, z którą nasz kraj walczył, póki mu starczyło sił. A teraz
nasze życie było w ich rękach. Sowiecki kapitan musiał podjąć decyzję,
co z nami począć. Widząc wroga, mógł umyć ręce, zwiększyć obroty i zniknąć za horyzontem. Mógł też nam pomóc.
Wybrał bycie dobrym człowiekiem, a nie dobrym komunistą. Zatrzymał się i do nas przybił, a rano z pokładu zeszła grupa marynarzy z lekarzem.
Smród na kutrze był już taki, że lekarz zwymiotował. Mama nie
wypuszczała mnie z objęć, dopóki w końcu nie dotarli także do nas,
wciśniętych w zakątek ładowni. Rodzice byli tak osłabieni, że nie byli w stanie wyjść, mama podała mnie marynarzowi i osunęła się w kałużę uryny
na podłodze.
Obudziła się wiele godzin później w izbie chorych i od razu podniosła
krzyk, gdzie jest jej rodzina. Próbowała wstać i nas szukać, ale tylko
spadła z łóżka i wyrwała sobie kroplówkę z ramienia. Rosyjska
pielęgniarka pomogła jej wrócić na łóżko i próbowała uspokoić, ale mama
wciąż o nas pytała. Rosjanka nie rozumiała po wietnamsku, mimo to
domyśliła się, o co chodzi, i nas przyprowadziła. Przesiedzieliśmy potem
przy jej łóżku kilka dni, nie opuszczając jej ani na chwilę.
Czyżby więc happy end? Nie za bardzo. Sowieci odkarmili nas i nawodnili,
zażegnując bezpośrednie niebezpieczeństwo śmierci - po czym zapakowali z powrotem na kuter. Szyprowi powiedzieli, że silnika nie da się naprawić
na morzu, będą więc nas holować. Szyper podziękował za uratowanie nam
życia.
- Macie cholerne szczęście, że wracamy z Cam Ranh, a nie tam płyniemy.
Gdybyśmy płynęli do Wietnamu,
miałbym obowiązek przekazać was tamtejszej bezpiece. Ale płyniemy w przeciwną stronę, więc zgodnie z prawem morskim udzielimy wam pomocy.
Mimo intensywnego wietrzenia przez kilka dni na kutrze z trudem dało się
oddychać, bo wciąż śmierdział odchodami i morską solą, a słońce paliło
niemiłosiernie. Kiedy maszyny sowieckiego statku zaryczały po chwilowym
postoju na przesiadkę, mama mnie przytuliła. Za chwilę kuter szarpnął
gwałtownie, gdy hol się naprężył, i ruszyliśmy w dalszy rejs, ku
bezpiecznym brzegom. Nasza łupinka tańczyła na falach, ciągnięta w śladzie torowym potężnego statku, tnącego fale Morza Chińskiego. Po dniu
takiej jazdy Rosjanie zawinęli z nami do małego portu na jednej z południowych wysp Indonezji. Indonezyjczycy byli uprzedzeni, na brzegu
czekała na nas wojskowa asysta. Nie byli serdeczni, ale przynajmniej nie
próbowali nas zabić. Zapakowali do wojskowego autobusu i zawieźli do
improwizowanego naprędce obozu dla uchodźców, szeregu baraków między
plażą a gruntową drogą.
Morska bryza przyjemnie chłodziła, zapewniając przepływ powietrza przez
szeroko otwarte okna autobusu. Do wnętrza weszła drobna pani, która ku
uldze mamy okazała się Wietnamką, a nie Indonezyjką - stwarzając
nadzieję na nieco więcej zrozumienia. Nadzieja trochę przygasła, gdy
kobieta otworzyła usta, krzycząc jak sierżant na placu apelowym, że
żołnierze zaprowadzą nas teraz do obozu przejściowego, by, jak się
wyraziła, "dokonać czynności".
Kiedy nas wygoniła z autobusu, żołnierze indonezyjscy z obojętnymi,
posępnymi twarzami zaprowadzili nas na plażę. Tam mieliśmy siedzieć w grupach i czekać na wezwanie do "biura". Wietnamka zaś poszła do jednego
z baraków z trawy, w których mieściła się komendantura obozu.
Siedzieliśmy godzinami na gorącym piachu w lejącym się z nieba żarze.
Żołnierze zaganiali na miejsce każdego, kto odszedł choćby parę kroków.
Mama opowiadała, że gdy prosiliśmy o wodę, Indonezyjczycy nie reagowali.
Siedzieliśmy więc dalej, godzina za godziną, zastanawiając się, ile
jeszcze ten koszmar będzie trwał. Wreszcie po kolejnych paru godzinach
przyjechał autobus z indonezyjskimi mnichami buddyjskimi. Mnisi, ubrani
w pomarańczowe szaty i skórzane sandały, podeszli do nas z wiadrami wody
i jedzeniem. Poprosili grzecznie żołnierzy o pozwolenie, a ci niechętnie
odsunęli się, dopuszczając ich do nas. Mnisi z życzliwymi uśmiechami
zaproponowali nam wodę
i jedzenie. Kiedy podeszli do nas, mama klęknęła, złożyła ręce jak do
modlitwy i podziękowała im za współczucie. Mnich uśmiechnął się jeszcze
bardziej anielsko i klęknął wraz z nią, łącząc się w modlitwie. Potem
spojrzał na naszą rodzinę, pogładził brata po główce i dał mu jabłko,
które wyjął z kieszeni. Mama się rozpłakała, dziękując. Mnich podszedł
do mnie i delikatnie zbadał moją owrzodzoną nogę i kostkę. Pogmerał w zakamarkach szaty i wyjął tubkę maści, którą posmarował moje rany. Po
czym raz jeszcze z uśmiechem sięgnął w zanadrze i wyciągnął pomarańczę.
Obrał ją i znów z uśmiechem podał mi cząstkę.
Kiedy moja matka ponownie dziękowała mnichowi za jego błogosławieństwa,
ugryzłem owoc. Gdyby nie moje spierzchnięte usta, mógłbym zapomnieć tę
pomarańczę, tak jak na szczęście zapomniałem o wszystkich innych
okropnościach tej podróży. Ale sok z pomarańczy palący spękane wargi
spowodował, że akurat to wspomnienie wryło mi się w pamięć na całe
życie. I chociaż miałem wtedy cztery lata, mogę powiedzieć, że w życiu
żadna pomarańcza nie smakowała mi tak jak ta, którą poczęstował mnie
indonezyjski mnich.
4
Pamiętam bieg.
Nie pamiętam ostrzału artyleryjskiego, wśród którego się urodziłem. Nie
pamiętam egzekucji stryjka na naszych oczach w Sajgonie. Nie pamiętam
nic z morskiej tułaczki i powolnego umierania na dryfującym kutrze. Nie
pamiętam wycieńczenia, głodu, pragnienia, palącego słońca, wyrzucania
zwłok za burtę. Dzięki Bogu byłem za młody, żeby pamiętać.
Ale pamiętam bieg. Można powiedzieć, że urodziłem się, biegnąc, bo w tej
dżungli nad brzegiem morza dojrzałem na tyle, żeby zacząć pamiętać.
- Zwolnij! - wołał brat, gdy biegłem na bosaka ku morzu.
Miałem pięć lat, śmiałem się, obiema rękami podtrzymywałem w pasie
nadmuchiwaną kaczkę. W końcu wybiegłem z dżungli i moje stopy dotknęły
ciepłego tropikalnego piasku. Nie zatrzymałem się, by to kontemplować,
tylko pędziłem dalej, ile sił w nogach. Brat, stateczny ośmioletni
starzec, zatrzymał się na skraju piasku, łapiąc oddech.
- Stój! - wychrypiał.
Mój tygrysi duch był jednak zbyt dziki, żeby słuchać. Piasek tylko
strzelał spod moich stóp, a po chwili załomotał pod nimi stary drewniany
pomost, który wyglądał jak połamane żebra szkieletu drzewa. Niemal bez
przystanków przeskakiwałem z jednej zmurszałej deski na drugą, aż
dobiegłem na skraj. Wtedy brat dotarł do pomostu i zaczął znowu wołać:
- Stój! Stój! Nie skacz!
Słyszałem go, ale nie zawróciłem. Stałem na krawędzi pomostu i patrzyłem
na wodę. Niegdyś dziewiczo czysty ocean był teraz kipielą jakichś
szczątków, wodorostów i nawet ludzkich odchodów, pływających wśród
wszelkiego śmiecia.
Brat dotarł już tak blisko, że nie musiał krzyczeć, żebym go słyszał.
- Nie skacz - ostrzegł. Powiedział, że mama kazała mu się mną opiekować.
Powiedział, że mama mówiła, żebyśmy nie wchodzili do wody. Powiedział,
że nie powinniśmy w ogóle przebywać po tej stronie plaży ze względu na
przypływy, które już wciągnęły wielu ludzi do morza, gdzie utonęli,
próbując obronić się przed potężnymi prądami.
Ale stojąc tam i patrząc w dół na tę odrażającą, śmierdzącą breję,
czułem, jak przepełnia mnie duch tygrysa. Kiedy mój brat podszedł
bliżej, spojrzałem na niego z uśmiechem. Znał ten uśmiech i natychmiast
się zatrzymał, widać było, jak zamiera z niedowierzania i obawy.
- Nie rób tego - powiedział, na wpół rozkazująco, na wpół błagalnie.
Zamknąłem oczy i skoczyłem. Przez chwilę czułem, jak spadam.
Potem moje małe stopy uderzyły w ciepłą, tropikalną toń. Natychmiast
zacząłem odpływać, by wyrwać się z kręgu śmieci i nieczystości wokół
pomostu. W końcu, mocno uderzając nogami, udało mi stamtąd oddalić.
Pamiętam, że brat coś krzyczał, ale nie pamiętam słów, pewnie ich nie
słyszałem. Czułem tylko, jak opływa mnie woda, coraz mocniej i szybciej.
On pewnie też to zobaczył. Nie widziałem, kiedy skoczył, ale pamiętam,
że do mnie dopłynął, owinął mój "pas ratunkowy" jakąś starą liną i wyciągnął z powrotem na plażę.
Po chwili szliśmy z powrotem do obozu, a upał w dżungli suszył nas
szybciej, niż jakikolwiek ręcznik by zdołał.
- Nie możesz tak uciekać - mówił, bardziej zmęczony niż wściekły. - Mama
będzie się martwić. - Odwrócił się, patrząc w ciemniejące niebo. Mój
brat wiedział, że noc w dżungli jest niebezpieczna. Wielu ludzi znikało
w nocy.
Ale ja miałem wtedy pięć lat i cieszyłem się największym i najdziwniejszym placem zabaw, jaki kiedykolwiek widziałem. Uśmiechnąłem
się do brata i razem pobiegliśmy do domu. Naprawdę nie rozumiałem, że to
był obóz uchodźców - dla mnie był po prostu domem. Nie wiedziałem, że
jestem na wyspie na południowym krańcu Indonezji. Wiedziałem tylko, że
byłem w tłumie tysięcy ludzi, którzy wyglądali jak ja i mówili tym samym
językiem, tłocząc się w pokrytych trawą szopach na drewnianych palach,
ze ścianami zrobionymi z plastikowych worków obwiązanych sznurami.
Mieszkaliśmy na brudnej podłodze pokrytej tekturą i plastikiem. Spaliśmy
na cienkim, zniszczonym, poplamionym materacu. To, co służyło naszej
kuchni, znajdowało się na zewnątrz, okrągłe palenisko zrobione z ułożonych kamieni, z wygiętym starym drucianym grillem umieszczonym na
górze. Tam moja mama podgrzewała wodę i gotowała, co tylko mogła.
Poza tym jedynym ważnym punktem obozu był barak dowództwa, dokąd
chodziło się po pocztę. Przesyłkami były głównie paczki z pomocą, ale
najbardziej w cenie były informacje, który kraj przyjmuje uchodźców
jakiej narodowości.
Jak o prawie wszystkim, co dotyczyło mojego dzieciństwa, dowiedziałem
się o tym dopiero później. Rodzice opowiadali mi, że wysyłali listy z prośbą o przyjęcie do ambasad wielu krajów. Lecz tylko nieliczne były
otwarte dla wietnamskich uchodźców, ale nawet te przedstawiały długą
listę warunków i żądały licznych kwalifikacji. Komu jednak udało się
przez te przeszkody przebrnąć i dostał zaproszenie, miał szansę wyrwać
się z obozu i wyemigrować. Ale to mogło trwać latami - i to niezależnie
od tego, czy odpowiedź brzmiała "tak", czy "nie". Wtedy to wszystko
odbywało się poza moją świadomością. Ta koncentrowała się na przeżyciu.
W pobliżu były strumienie, niegdyś czyste, ale teraz używane przez setki
i tysiące ludzi do mycia, prania i celów sanitarnych. To zaś oznaczało,
że po czystą wodę musieliśmy chodzić z bratem w głąb dżungli, żeby nie
zachorować.
Szukaliśmy tam też drewna na opał. Tłumy ludzi zużywały mnóstwo opału,
co czyniło zaopatrzenie kłopotem. "Kłopot" to bardzo łagodne określenie.
Ludzie mieli innym za złe, że mają opał, a oni nie, zazdrościli opału,
kłócili się o opał, walczyli, kradli go. Rosnące zapotrzebowanie
sprawiało, że musieliśmy z bratem zapuszczać się po niego coraz dalej w głąb dżungli - a w drodze powrotnej nie dać się obrabować.
Ciała nie były w dżungli niecodziennym widokiem. Nawet ja, pięcioletni
brzdąc, wiedziałem, że w dżungli można zostać pobitym - albo gorzej - i nie wypuszczałem się do niej samotnie.
Kiedy wraz z bratem szukałem wody i opału, ojciec całymi dniami pracował
na pomostach (tych z dala od wirów i prądów wyciągających w morze),
naprawiając miejscowym rybakom silniki w kutrach. Nie byli to
milionerzy
na wakacjach, sami przymierali głodem, płacili więc mało - ale czasem w ramach premii dzielili się połowem. A w takim miejscu jedzenie było
lepszą walutą niż pieniądze.
Moja matka pracowała na stoisku z owocami w prowizorycznym sklepie,
który założyli bardziej przedsiębiorczy, wykwalifikowani uchodźcy, aby
sprzedawać żywność i świadczyć usługi innym uchodźcom oraz wszystkim
mieszkańcom, którzy chcieli się tam zaopatrywać. Mama często też prała i gotowała innym, by zarobić jakieś nędzne grosze, które dokładała do
domowego budżetu.
Mimo że oboje pracowali, mieliśmy ledwo tyle, by przeżyć. Zdarzały się
dni, kiedy nie było nic do jedzenia, ale rodzice dbali, aby zawsze nas
nakarmić jako pierwszych. O ile nie ubiegły ich szczury czy inne
stworzenia z dżungli przyciągnięte zapachami.
Żyły tam dziesiątki gatunków szczurów, wiewiórek - nawet jeżozwierze. I wszystkie miały ochotę na cokolwiek jadalnego, nie przejmując się, że to
nasze zapasy. Co gorsza, nie tylko wyżerały jedzenie, ale zostawiały na
pamiątkę odchody wraz z bakteriami i pasożytami.
Oczywiście wilgotna roślinność dżungli była także wylęgarnią komarów,
które przy tysiącach uchodźców stłoczonych w obozie ucztowały znacznie
częściej niż my. Malaria była stałym problemem, który można było
podzielić tylko na dwie kategorie: chorych i zmarłych. Mama powiedziała
nam, że poza obozem był cmentarz. Był to jednak cmentarz założony
naprędce, na którym ulewny tropikalny deszcz odsłonił części ciał
wepchniętych do płytkich grobów. Miejscowi mnisi często udawali się tam,
aby palić kadzidło i błogosławić ciała, które nie mogły spocząć w pokoju.
Mama kazała być grzecznym w stosunku do błądzących dusz, oczywiście więc
budziło to moją ciekawość. Ale nie na tyle, żeby się tam choć raz
zapuścić. Nigdy nie zapomnę, kiedy pierwszy raz poczułem zapach
rozkładającego się ciała - wbił mi się w pamięć na zawsze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki