Droga pogody ducha - Jonathan Morris

Reflow text when sidebars are open.
Był chłodny styczniowy dzień. Myślałem, że zapiąłem płaszcz pod szyję, ale najwyraźniej wystawała mi koloratka. Szedłem boczną uliczką na Dolnym Manhattanie, nieopodal Wall Street, kiedy podszedł do mnie mężczyzna koło trzydziestki. Bardzo zależało mu na tym, by uświadomić mi, że nie wierzy w Boga. Jim okazał się uprzejmy i szczery do granic możliwości. Czuł przymus, by porozmawiać ze mną o swojej niewierze - ale nie po to, abym go przekonywał. Chciał raczej dać mi znać, że stara się być dobrym człowiekiem, choć nie dostąpił łaski wiary w Boga.
Byłem pod wrażeniem otwartości Jima, a także emocji, z jakimi dzielił się ze mną prawdą o tym, że wielu niewierzących to bardzo, bardzo dobrzy i moralni ludzie. Podziękowałem mu za to, że czuł się na tyle swobodnie, by do mnie podejść, a także za starania o prowadzenie cnotliwego życia. Jak mu wyznałem, zainspirował mnie do zdwojenia wysiłków na rzecz osiągnięcia tego samego celu. Wreszcie powiedziałem, że jeśli nie ma nic przeciwko, pomodlę się za niego, a także - nieco rutynowo i naiwnie - spytałem, czy on uczyni to samo. Jim pokręcił głową, uśmiechnął się uprzejmie i odszedł. Po kilku krokach jednak zatrzymał się, odwrócił i wypowiedział słowa, których nigdy nie zapomnę:
- Nie wierzę za bardzo w modlitwę, ponieważ nie wiem, czy ktoś mnie słucha. Ale bardzo lubię Modlitwę o pogodę ducha.
Niezwykłe jest to, jak często słyszę podobne wyznania - w rozmaitej formie. Nawet ludzie, którzy nie czują się związani z Modlitwą Pańską (nie mówiąc już o Pod Twoją obronę czy Zdrowaś Maryjo!) ani żadną inną oficjalną modlitwą, jakimś sposobem znajdują ukojenie w Modlitwie o pogodę ducha. Wydaje się ona poruszać czułą strunę, przenikać granice poszczególnych doświadczeń religijnych, by dotknąć czegoś blisko związanego z łączącym nas wszystkich człowieczeństwem. Modlitwa ta, uwielbiana przez tak wielu, nie jest zwyczajna, banalna ani płytka. Wręcz przeciwnie! Zarówno gorliwy i zaangażowany chrześcijanin, jak i najbardziej sceptyczny poszukujący odnajdą w niej wielką głębię i wsparcie. Modlę się nią codziennie.
Przypisywano ją najróżniejszym autorom: od Świętego Tomasza z Akwinu po Cycerona, od Świętego Augustyna po Boecjusza, od Marka Aureliusza po Świętego Franciszka z Asyżu. Tak naprawdę jej pochodzenie jest jednak skromniejsze i wiąże się z bliższymi nam czasami. Spisał ją - a przynajmniej spopularyzował - Reinhold Niebuhr, dwudziestowieczny teolog protestancki ze Stanów Zjednoczonych. Przybiera ona różne formy, ale zawsze sprowadza się do trzech prostych próśb:
Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego zmienić nie mogę, odwagi, abym zmieniał to, co zmienić mogę, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.
Kiedy wiele lat temu po raz pierwszy natknąłem się na tę modlitwę, przykuła moją uwagę, ale nie poświęciłem jej zbyt głębokiej refleksji. Wydała mi się nieco banalna; coś podobnego można by zobaczyć na plakacie motywacyjnym obok zdjęć biegaczy, pand, zachodów słońca, sportowców podnoszących ciężary czy wodospadów.
Musiałem wziąć udział w otwartym mitingu anonimowych alkoholików, by odkryć, że Modlitwa o pogodę ducha jest o wiele głębsza, niż byłem w stanie wcześniej przyznać. W swojej dumie i niedojrzałości pomyliłem prostotę z płytkością, uniwersalizm z banałem. W upalny sierpniowy dzień w znajdującym się w piwnicy szkolnym bufecie byłem świadkiem, jak zrozpaczeni mężczyźni i kobiety wypowiadają Modlitwę o pogodę ducha w taki sposób, że sam chciałbym tak potrafić. Siedząc na drewnianych krzesłach przeznaczonych dla o połowę niższych uczniów, zarówno chrześcijanie, jak i niewierzący recytowali z pamięci słowa, które uczynili własnymi. Była to modlitwa, ponieważ stanowiła otwarty, pozbawiony lęku i ważny dialog z Bogiem. Było to spokojne wołanie w ciemności ich własnej niedoskonałości do siły wyższej, której powierzali swoją wolę i swoje nadzieje. Był to najczystszy i najbardziej szczery akt wyrzeczenia się siebie na rzecz Bożej woli, jaki w życiu widziałem. Ich modlitwa nie okazała się szczególnie ładna; była prawdziwa, nieupiększona. Autentyczna, głęboka i całkowicie obojętna na cudze pochwały czy uwagi, stanowiła przeciwieństwo dewociarskiej "pokazówki". Była to rzeczywista modlitwa, jasna i prosta.
Gdy zacząłem kontemplować jej fragmenty, a także zgłębiać powody, dla których jest tak popularna, zdałem sobie sprawę z tego, że te proste słowa stały się częścią mojej codziennej duchowości.
Dlaczego? Po pierwsze, cechuje je nieodparta prostota. Dłuższe modlitwy również mogą być piękne i jest na nie miejsce. Mam na myśli modlitwy liturgiczne o długiej tradycji i znaczeniu teologicznym, zbliżające nas do tajemnicy Boga. Jest jednak coś ujmującego i szczególnie praktycznego w modlitwie, do której każdy z nas mógłby się uciec w odpowiedzi na wiele osobistych problemów. Modlitwa ta to ufny krzyk ducha, wołanie o pomoc.
Intuicyjnie wyczuwamy w niej spełnienie słów Jezusa o potrzebie bycia dzieckiem w życiu duchowym. Tak łatwo nam komplikować różne sprawy! Umysł zachodzi mgłą, modlitwy stają się przegadane, co sprawia, że męczymy się i zaprzestajemy ich w ogóle. Ale czyż to nie Jezus zachęcał uczniów do zwięzłości w modlitwie? Szczerze wątpię, by na Bogu robiły wrażenie piękny język czy doskonała składnia naszych mów, jeśli posługujemy się nimi tylko po to, by wyglądać na mądrych i pobożnych, czy też w nadziei, że dzięki doborowi słów w magiczny sposób uzyskamy to, czego chcemy. Modlitwa polega na obnażeniu się przed Tym, który widzi nagość naszej duszy w całej jej grzeszności oraz dobroci i odpowiada, pomagając nam ściągnąć klapki z oczu, by dostrzec siebie i innych Jego spojrzeniem.
Drugim czynnikiem, który sprawia, że Modlitwę o pogodę ducha okazuje się tak potężna, jest waga daru, o jaki błagamy w niej Boga: o pokój duszy czy pogodę ducha. Prosimy Pana, by zastąpił nasze napięcie pokojem serca. Stres potrafi zniszczyć życie, jeśli mu na to pozwolimy. Czujemy go w kościach, kiedy obejmuje nad nami panowanie. Zaczyna się to od małych trosk, które przechodzą w niepokój, a następnie w lęk. W Modlitwie o pogodę ducha prosimy Boga, by zanurzył każdą cząstkę naszego napięcia w swoim pokoju.
Czasami pokój na co dzień wydaje mi się stanem niemożliwym do osiągnięcia. Jak wiele innych osób, mam różne obowiązki (posługi), które wymagają uwagi. Z każdym kolejnym rokiem mam poczucie, jakby czara się przelewała. Konsekwencje porażek stają się coraz bardziej dotkliwe. Więcej pracy oznacza więcej odpowiedzialności, a więcej odpowiedzialności to więcej problemów. Gdy życie obfituje w zadania do wykonania, trudno mi określić codzienność jako wypełnioną pokojem. Jestem jednak przekonany: wszyscy raz po raz doświadczamy, przy właściwym nastawieniu i z pomocą łaski, że możliwa jest pogoda ducha nawet pośród burzy. To właśnie o pokój duszy zabiegamy w Modlitwie o pogodę ducha.
Trzecim powodem, dla którego modlitwa ta potrafi przemienić nasze życie, jest to, że przypomina nam kolejną istotną prawdę: Bóg pragnie naszego pokoju. Słusznie odwracamy się od koncepcji głoszącej, że Boga obchodzą jedynie przestrzeganie zasad i doprowadzanie nas do porządku. To mylne postrzeganie Go jako "policjanta" jest szczególnie odpychające, ponieważ wiemy, że trzymanie się zasad nie wychodzi nam specjalnie dobrze. Za to mówienie do Boga, który pragnie dla nas pokoju ducha - do jakiego i my w naturalny sposób dążymy - przypomina nam, że On jest po naszej stronie. To właśnie Bóg, w którym od wieków zakochują się święci. To właśnie Bóg z Modlitwy o pogodę ducha. Proste prośby są kierowane do Pana, który nas kocha, pragnie naszego szczęścia i jest po to, by pomóc nam stać się lepszymi.
Wielu ludzi odwraca się od religii, ponieważ w miarę upływu lat wymagania związane z utrzymaniem relacji z Bogiem i Kościołem stają się dla nich zbyt trudne. Choć chrześcijaństwo uczy, że Bóg jest miłością, to gdy Kościół (w tym ja!) zaczyna tłumaczyć, co to oznacza w praktyce, niekiedy sedno umyka albo zostaje zastąpione innymi, mniej ważkimi tematami. Skupiamy się na tym, czego wymaga od nas wiara, jeśli chcemy ją przyjąć w całości, zamiast na kochającym Ojcu, który zaprasza nas w swoje ramiona.
Jest jeszcze jedna cecha czyniąca Modlitwę o pogodę ducha tak szczególną. To prośba do Boga o łaskę potrzebną do wykonania naszej części zadania. Nie umniejsza ona jednak naszej roli i nie zostawia wszystkiego w Jego rękach. Tak powinno być, tak jest bardziej po ludzku. I w taki właśnie sposób Bóg ingeruje w ludzkie sprawy. Czy pamiętasz to dziwne uczucie z czasów szkolnych, gdy prosiłeś Boga, by pomógł ci zaliczyć sprawdzian, przed którym się nie uczyłeś? Poczucie dyskomfortu jest zdrowe, ponieważ Bóg dał nam rozum i wolę. Zachowujemy się niewdzięcznie, gdy bezczelnie odrzucamy dary, które nam powierzył, mając nadzieję, że On zawsze wyciągnie nas z tarapatów. Owszem, w Modlitwie o pogodę ducha prosimy o cud pokoju pośród chaosu, ale jednocześnie obiecujemy Bogu, że spróbujemy: (1) pogodzić się z tym, czego nie możemy zmienić; (2) mieć odwagę, by zmienić to, co możemy; (3) użyć rozumu, aby odróżnić jedno od drugiego. To właśnie współpraca z Bożą łaską.
Każda z trzech wielkich cnót, o które prosimy w tej modlitwie (pogoda ducha, odwaga i mądrość), ma swoją cenę. Błagamy o nie, ale także pracujemy nad nimi i polegamy na Bożej łasce, która ma nas poprowadzić. Cudem, o jaki prosimy, jest łaska czynienia tego, czego w innym wypadku nie bylibyśmy w stanie dokonać. Choć współcześnie czujemy się tak wszechmocni, istnieje wiele aspektów życia, które wywołują poczucie dziwnej bezradności. Codziennie spotykam ludzi, którzy czują się jak w pułapce. U niektórych jest to związane z sytuacją zawodową (lub bezrobociem), u innych - z małżeństwem i rodziną, a jeszcze inni czują się zniewoleni przez złe wybory, których dokonali, albo po prostu przez własne wady i porażki. Nie musimy znaleźć się za kratkami, by poczuć się jak w więzieniu. Potrafimy zbudować sobie własną celę i zamknąć się w środku. Pozwalamy błahostkom, by wprawiły nas w poczucie beznadziei i pustki. Czyż nie jest zdumiewające - a zarazem frustrujące - widzieć, jak osiągnięcia nauki pozwalają nam dzielić atomy i leczyć wiele chorób, a jednocześnie jak powstrzymują nas własne ułomności? Czy Bóg chce, byśmy czuli się zniewoleni? W żadnym wypadku! On pragnie obdarzyć nas łaską zerwania się z łańcuchów i wyjścia z własnego więzienia.
W Modlitwie o pogodę ducha najbardziej podoba mi się to, że kiedy naprawdę nauczymy się nią modlić - a nie tylko ją odmawiać - będziemy zmuszeni wykorzystać ją w praktyce. Z tą modlitwą w sercu uczymy się odróżniać to, w co możemy mieć wkład (co możemy zmienić), od tego, co musimy po prostu zaakceptować i zostawić w Bożych rękach (czego nie możemy zmienić). Prosimy o pokój ducha, odwagę i mądrość, ale także na nie pracujemy.
Mam nadzieję, że niniejsza książka pomoże ci uczynić tę modlitwę drogą życia. Dla mnie tym właśnie się ona stała. W swojej posłudze oczywiście często się modlę i praktykuję wiele modlitw, a każdą z nich staram się odmawiać szczerze. Modlitwa o pogodę ducha jest jednak inna od pozostałych: to nawyk, sposób życia, słowa, którymi mówię do Boga, kiedy się budzę, zanim pójdę spać, gdy się denerwuję, jestem wdzięczny, czuję się zdezorientowany, jestem szczęśliwy, ponoszę porażkę lub nie wiem, co powiedzieć.
W każdej z trzech części tej książki zgłębiam po jednym wersecie tej cudownej modlitwy. Posługuję się historiami ludzi, którzy nauczyli się - lub nadal się uczą - odnajdywać więcej pogody ducha. Mówię o tym, czego Bóg dokonał w życiu moim i członków mojej rodziny, by pomóc nam postawić te trzy kroki. Wykorzystuję ulubione opowieści biblijne, teksty poruszające tematykę duchowości, fakty, modlitwy i medytacje, by pomóc ci odbyć podróż w kierunku większej pogody ducha, odwagi i mądrości, których Bóg pragnie dla każdego z nas.
Nim przejdę dalej, chciałbym prosić cię o jedno: czy zechciałbyś nauczyć się Modlitwy o pogodę ducha na pamięć i odmawiać ją codziennie, aż skończysz lekturę tej książki? Będzie to prosty sposób na to, by powiedzieć Duchowi Świętemu, że jesteś otwarty na każdą radosną niespodziankę, jaką dla ciebie przygotował. Również po to na końcu wielu rozdziałów umieściłem krótkie modlitwy. Niech stanowią one przypomnienie, że książka ta jest nie tyle nauką czegoś nowego, ile podróżą modlitwy i nawrócenia.
Niedawno moja droga przyjaciółka Lorie napisała do mnie, nieco spanikowana, list. Twierdziła, że ma paranoję na punkcie swojego szefa i nocami nie może spać.
- Boisz się, że cię zwolni? - spytałem.
- Nie, nie sądzę, ale prosi mnie o tyle rzeczy, że nie wiem, czy jestem w stanie je zrobić ani co z tego wszystkiego wyjdzie.
- Cóż, Lorie, ale czy to nie super, że tak na tobie polega? To przecież oznaka zaufania - odpowiedziałem. - Nie zwolni cię ani się na ciebie nie zdenerwuje, skoro powierza ci tyle zadań.
- No tak, ale to za dużo. Nie wiem, co mam robić.
- A czy do tej pory był zadowolony z twoich wyników?
- Nie wiem - odparła. - Ale w tym miesiącu dał mi podwyżkę.
- Jakąś znaczącą?
- Chyba tak. Dwadzieścia procent.
Wysłałem jej uśmiechniętą buźkę i dodałem, że wielu ludzi chciałoby mieć tak nierozsądnego szefa. Ale nawet podwyżka ani spory dodatek w zeszłym miesiącu nie były w stanie zmienić tego, jak czuła się Lori. Była przytłoczona oczekiwaniami szefa. Nie mogła nad tym zapanować i poczuła, że sobie nie radzi. Przerastały ją rzeczy, których nie mogła zmienić.
W pierwszej części książki zagłębię się w istotę akceptacji tego, czego nie możemy zmienić, a także spróbuję odpowiedzieć na pytanie, jak tego dokonać. W grę wchodzą trzy kwestie: pogoda ducha, akceptacja i okoliczności niemożliwe do zmiany.
Na pierwszy rzut oka pogoda ducha może wydawać się czymś negatywnym, jeśli będziemy się odnosić do braku czegoś - na przykład zdenerwowania, zmartwień czy stresu. Gdyby pogoda ducha polegała jedynie na nieobecności określonych uczuć czy okoliczności, powiedzielibyśmy jednak, że bycie pogodnym oznacza bycie beztroskim - opanowanym i niewzruszonym wobec kłopotów. Ale kiedy spotkamy naprawdę pogodną osobę, zdamy sobie sprawę z tego, że to coś więcej niż beztroska. Pełni pokoju, pogodni ludzie promieniują poczuciem spełnienia i zadowolenia. Pogoda i pokój ducha to pozytywne cechy, które obejmują pełnię i bogactwo duszy sięgające daleko poza sam brak czegoś złego. Nie można być prawdziwie pogodnym, jeśli jest się pustym w środku wobec problemów. Pogoda, o którą się modlimy, jest kompleksowa - obejmuje całość naszego jestestwa. Wiąże się z głębokim przekonaniem, że wszystko, co ważne, jest albo będzie w porządku, ponieważ Bóg opowiada się po naszej stronie, wie, na co pozwala i dlaczego to robi. Pogodna dusza odnajduje odpoczynek w pewności bycia kochaną i pielęgnowaną przez doskonałą miłość - samego Boga.
Skoro pogoda ducha to stan, to drugi element, akceptacja, jest działaniem. Słowo to pochodzi od łacińskiego accipere ('przyjąć coś do siebie', 'uczynić coś swoim'). Gdy przyjmujemy prezenty, odbieramy je z wdzięcznością jako przedmioty, które obejmujemy w posiadanie. Przyjmowanie prezentów stanowi przeciwieństwo odrzucenia, niechęci do wzięcia tego, co otrzymujemy. W tym kontekście akceptacja oznacza również pewne przyzwolenie, na przykład kiedy przyjmujemy przeprosiny lub oświadczyny. Zauważ, że w owym przyzwoleniu nie chodzi tylko o ustępowanie. Przyjęcie osoby do swojego domu lub grona bliskich wymaga postawy otwartości, a przyjęcie danej idei oznacza zasymilowanie jej i utożsamienie się z nią. W modlitwie prosimy właśnie o pogodę ducha zrodzoną z postawy otwartości wobec trudnych doświadczeń, których nie możemy zmienić.
Czym są owe okoliczności, których nie mamy mocy odwrócić? Co to za niemożliwe do zmiany doświadczenia, w których akceptacji ma nam pomóc Bóg? Nie sposób ich wszystkich wymienić, ale pomocne może okazać się określenie istoty tych, które są najtrudniejsze do przyjęcia. Zacząć można, oczywiście, od naszej przeszłości, od osobistej historii. Co się stało, to się nie odstanie. Wszystko, co już dostaliśmy lub co nam się przydarzyło - rodzice, rodzeństwo, wykształcenie, talenty (albo ich brak), traumatyczne doświadczenia i tragedie, dobre bądź złe wybory oraz ich konsekwencje - to musztarda po obiedzie. To sprawy, które się nie zmienią - nieważne, jak bardzo byśmy tego chcieli. Możemy się buntować lub przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest. Możemy czerpać naukę z przeszłości albo pozwolić jej nas uwarunkować. Niewielu ludzi jest całkowicie zadowolonych ze swojego życia. Niewielu jest takich, którzy uwielbiają w sobie wszystko - a większość osób o takim usposobieniu wydaje się nie do zniesienia!
W pierwszej części książki wyjaśnimy sobie wszystkie trzy kwestie. Poszukamy pogody ducha i założymy, że jej nie odnajdziemy dopóty, dopóki nie zechcemy pogodzić się z pewnymi rzeczami, ponieważ opieranie się niepodlegającym zmianie okolicznościom jest bezproduktywne, mało tego, destrukcyjne. Pierwsza prośba z Modlitwy o pogodę ducha wymaga pewnej dyscypliny. Należy podjąć kroki konieczne do konstruktywnego ukształtowania naszych podstawowych skłonności. Do tego przyda się również gotowość do zaufania. Prosimy z wiarą w to, że otrzymamy. Szukamy z przekonaniem, że znajdziemy. Kołaczemy pewni, że nam otworzą.
Powszechnie wiadomo, że na głos najbezpieczniej jest życzyć sobie pokoju na świecie lub modlić się o niego. To główny temat podejmowany na konkursach piękności, zakończeniach roku szkolnego czy bankietach charytatywnych. To szczytny cel, ale pokój na świecie staje się niekiedy określeniem naiwnego pragnienia pod tytułem: "Czy nie moglibyśmy się wszyscy po prostu dogadać?". To naiwne, ponieważ sugeruje, że pokój można osiągnąć poprzez zachowanie czy działania dyplomatyczne, a nie drogą nawrócenia serca. W dążeniu do "pokoju na świecie" wyglądamy na zewnątrz, by nie musieć patrzeć do środka. Jak napisał niegdyś wybitny biskup Fulton Sheen: "Wojny światowe stanowią jedynie projekcje bitew toczonych w duszy człowieka współczesnego, ponieważ nic, co najpierw nie wydarzyło się w duszy, nie nastąpi w świecie zewnętrznym"[1]. To prawda. W rzeczywistości bardziej niż pokoju na świecie pragniemy pokoju ducha, pokoju wewnętrznego.
Gdy modlimy się o pogodę ducha, by pogodzić się z tym, czego nie możemy zmienić, prosimy o ten właśnie gruntowny pokój. To głębszy i trwalszy rodzaj pokoju, który nie zależy od wydarzeń zewnętrznych, ale od woli zawierzenia Bogu w tym, że przygotuje On dla nas wszystko w swoim porządku i czasie.
Jezus przyszedł do nas jako Książę Pokoju i obiecał uczniom dar pokoju, jakiego nie może dać świat (J 14,27). Pokój ten to coś więcej niż zwykłe "dogadywanie się" czy brak konfliktu zbrojnego. Jezus miał na myśli coś głębszego, trwalszego. Pokój na tym świecie jest zawsze chwiejny, zagrożony. Możemy cieszyć się nim przez chwilę, a potem ktoś nas z niego okrada. Tak jak powierzchnia oceanu potrafi być gładka, a za chwilę wzburzona, tak i nasz pokój wydaje się być nieustannie zagrożony upadkiem. Nawet ci, którzy mają wszystko - zdrowie, dobre relacje z ludźmi, pieniądze - muszą żyć ze świadomością, że w każdej chwili mogą to utracić.
Pozwolenie Bogu na to, by przygotował wszystko w swoim porządku i czasie, jest trudne, ponieważ oznacza odpuszczenie spraw, których kurczowo się trzymamy. A odpuszczenie spraw naprawdę wymagających załatwienia może wydawać się niesprawiedliwością, przejawem obojętności czy braku odpowiedzialności z naszej strony. Niekiedy czuję się wręcz winny, bo próbuję zostawić w Bożych rękach sprawy, których nie potrafię zmienić, jakby troska o nie oznaczała, że zdziałam coś konstruktywnego. To płytkie myślenie. Pogoda ducha to nie to samo co opanowanie. Daleko pod powierzchnią oceanu znajdują się głębiny nieporuszone przez szalejące nad nimi potężne sztormy. Tam, gdzie my dostrzegamy jedynie wzburzone fale, Bóg widzi zdolność do osiągnięcia ładu, ścieżkę do pokoju.
Czy zauważyłeś, jak łatwo chwycić za ster, gdy wody życia płyną spokojnie? Łatwo jest zaufać Bogu, jeśli już ustaliliśmy wynik, jaki chcemy uzyskać. Nie jest zaś tak prosto - choć o to prosimy w naszej modlitwie - powiedzieć Bogu: nie będziemy już zabiegać o całkowitą kontrolę, ponieważ ufamy, że to Ty podejmujesz najlepsze decyzje.
Pokój nie zaczyna się w narodach ani nawet pośród członków rodziny czy przyjaciół. On zaczyna się w naszej pokornej relacji z Bogiem. Zaczyna się, gdy wypowiadamy słowa: "Boże, obdarz mnie swoim pokojem, wedle Twojej woli".
Jedną z najpiękniejszych i najgłębszych książek, jakie w życiu czytałem, jest niewielki tom pod tytułem Abandonment to Divine Providence, który na początku XVIII wieku napisał jezuita Jean-Pierre de Caussade[2]. Autor ten wytycza prostą ścieżkę do głębokiego wewnętrznego pokoju prowadzącą poprzez pełną miłości akceptację Bożej woli w każdej chwili życia. Jak pisze de Caussade, Bóg zawsze działa w "sakramencie teraźniejszości", a nasze poddanie się Mu to droga do świętości i pokoju. My sami, jak Święty Paweł przed nawróceniem, często "wierzgamy przeciwko ościeniowi" (Dz 26,14), opieramy się Bożym planom wobec nas, co prowadzi do stresu i niepokoju. Zamartwiamy się, ponieważ boimy się zaufać; stajemy się nerwowi i wzburzeni.
Pogoda ducha - pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić - oznacza o wiele więcej niż proste poddanie się niemożności zmiany sytuacji. Wiąże się z przyjęciem zarówno przyjemnych, jak i nieprzyjemnych aspektów życia jako okoliczności, wbrew którym, z Bożą pomocą, radzimy sobie z dramatem ludzkiej egzystencji. Okoliczności te są zamierzone lub dopuszczone przez Boga i doskonale wpasowują się w Jego plan naszego wiecznego szczęścia. Na ów kontekst składa się wiele spraw, których nie mamy mocy zmienić: nasza przeszłość, wykształcenie, wychowanie, rodzina, fizyczność, temperament czy skłonności. Tak wiele dotyczących nas kwestii jest z góry przesądzonych! Są to jednak ustalenia, które nie tylko mamy tolerować, lecz także radować się nimi. Konkretne aspekty tych okoliczności nie stanowią wcale pechowych przypadłości, ale są cennymi narzędziami służącymi osobistemu spełnieniu i ukończeniu misji, do jakiej powołał nas Bóg.
Największa przeszkoda na naszej drodze do pokoju ducha często bierze się z niechęci do prawdziwego pogodzenia się ze sprawami, których nie możemy zmienić. Nie podobają się nam one. Denerwują nas. Niezdolność do zmiany sytuacji złości nas i odsuwa od pokoju. Z tego powodu nawet wtedy, gdy modlimy się o pogodę ducha, prosimy także o łaskę prawdziwego przyjęcia spraw, których nie możemy zmienić, o spojrzenie na nie jako na część Bożego planu i objawienie Jego miłości. To nie jest zwykły pech ani niemożliwa do pokonania przeszkoda na drodze do szczęścia czy osobistego spełnienia. Tak naprawdę to, co już się stało, stanowi niezbędną część owego spełnienia.
Znam pewną młodą samotną kobietę, która nie ma już na świecie nikogo bliskiego. Matka Rebeki popełniła samobójstwo, jej ojciec zmarł w młodości (musiała radzić sobie bez jego wsparcia), wreszcie jedyna babcia - która odgrywała raczej rolę matki - również odeszła. Rebeka zawsze przypomina mi, że podczas gdy jej względnie nowa wiara w Boga i niebo stanowi głębokie źródło pocieszenia, jej życie i tak pozostaje naznaczone bólem i samotnością. Przyjęcie Bożego planu nie oznacza wolności od cierpienia. Ostatnio Rebeka napisała do mnie takie słowa:
Akceptacja zwykle nie jest bierna. Może taka być, ale zwykle opiera się na działaniu. To aktywne postanowienie, by mocniej zaufać Bogu i kochać Go, przyjąć Jego wolę mimo wszystko. To także postawa okazywania miłości i służby innym. Tego ostatniego jeszcze nie dokonałam. Pomógł mi fragment z rozważań Oswalda Chambersa, który przeczytałam dziś rano. Chambers pisze, że cierpienie często pogłębia refleksję, ale nie zawsze sprawia, że człowiek staje się lepszy. Przez odejście od chorobliwego przywiązania do samego siebie możemy stać się "pokarmem" dla innych.
W duchowej podróży Rebeki imponuje mi jej aktywna pogoń za zrozumieniem i pokochaniem Bożej woli, nawet w doświadczeniu wielkiego cierpienia. Codzienna lektura rozważań i próby "okazywania miłości i służby innym" to tylko dwa przykłady nieustannego zaangażowania w osiągnięcie akceptacji - a właściwie przyjęcia - tego, czego nie da się zmienić.
Karl Adam, wybitny niemiecki teolog, napisał kiedyś, że "rzeczywistość to wyraz Woli Ojca"[3]. Czyż to nie jest pocieszające? Boża wola - dobro, które On czyni i nawet zło, które dopuszcza na tym upadłym świecie - nigdy nie służy zniszczeniu, lecz zawsze naszemu dobru. Przypomnij sobie słowa z Księgi Jeremiasza: "Ja (sam) bowiem znam zamierzenia, jakie żywię względem was - głosi Jahwe - zamierzenia (niosące) pomyślność, a nie zgubę, aby zapewnić wam przyszłość (pełną) nadziei" (Jr 29,11).
W pewnym programie telewizyjnym artysta poprosił dzieci, by nabazgroliły coś na płótnie. Jego zadanie polegało na tym, by stworzyć coś artystycznego i pięknego z czegoś mocno niedoskonałego. Byłem zdumiony, w jaki sposób to osiągał. Cofał się, przyglądał bazgrołom, po czym zaczynał malować. Traktował dziecięce bohomazy jak elementy nowego, donioślejszego zamysłu. Nagle coś, co wydawało się bezsensowne i przypadkowe, stawało się częścią pięknego dzieła sztuki. Myślę, że właśnie to Bóg czyni z naszymi wadami i niepowodzeniami, jeśli tylko Mu na to pozwolimy. Podobnie jak artysta z programu telewizyjnego, nie wymazuje naszych bazgrołów - naszych grzechów - i nie zaczyna od zera. Włącza je do nowego dzieła sztuki, lepszego niż jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić.
...
Panie, daj mi dziś, proszę, zasmakować Twojego pokoju, pokoju, jakiego świat dać nie może. Pomóż mi przyjąć moją przeszłość, zamiast pragnąć innej, a także odnaleźć Twoje dzieło w sakramencie teraźniejszości.
[1] Fulton J. Sheen, Peace of Soul, Garden City, NY 19, s 1. Tłumaczenie własne.
[2] Oryg. L'abandon a la providence divine ('Porzucenie siebie dla Bożej opatrzności'). Brak wydania polskiego.
[3] Karl Adam, Christ Our Brother, New York 1931. Tłumaczenie własne.