Dla Aedana, Ashera i Skye.Pamiętajcie, kim jesteście.
1 Samotny złotopiór
Oczy starego pirata płonęły.
- Zębata krowa! - zawołał gromkim głosem stary pirat i uderzył kijem o pobliskie drzewo. Stał przy pniu jak kapitan statku przy maszcie. - Zębata krowa! Prędko! Do domu na drzewie!
Niedaleko Poda, poprzez zwisający mech przeleciała ze świstem strzała i wbiła się w drewnianą deskę, na której narysowany był węglem wizerunek wyszczerzonego Fanga. Strzała trafiła w paszczę jaszczura, a jej drewniany trzon aż zadrżał od uderzenia. Tink opuścił łuk i zmrużył oczy, by sprawdzić, czy trafił w cel, kompletnie ignorując dziadka.
- Zębata...! U-łłaaaa! Niezły strzał, chłopcze... krowa!
Podo uderzał w drzewo, a Nia wspinała się po sznurkowej drabince do włazu w drzewnym domku Peeta Skarpeciarza. Ubrana w skarpetę dłoń sięgnęła w dół i wciągnęła Nię przez otwór.
- Dziękuję, Artham - powiedziała, wciąż trzymając go za rękę. Spojrzała mu w oczy i uniosła brodę, czekając, aż odpowie.
Peet Skarpeciarz, który naprawdę nazywał się Artham P. Wingfeather, spojrzał na nią i przełknął ślinę, a jedna powieka mu drgnęła. Wyglądał, jakby chciał uciec, jak zawsze, gdy nazywała go po imieniu, lecz Nia nie puściła jego ręki.
- N-n-nie ma za co... Nia. - Każde słowo stanowiło dla niego wysiłek, zwłaszcza jej imię, ale Peet wydawał się już mniej szalony niż kiedyś. Zaledwie tydzień wcześniej na dźwięk imienia "Artham" wpadł w szał - zaczął krzyczeć, zsunął się po sznurkowej drabince i zniknął w lesie na wiele godzin.
Nia puściła jego rękę i przez właz w podłodze spojrzała w dół na ojca, który wciąż walił w drzewo i wydzierał się o nadchodzącym ataku zębatych krów.
- No chodź, Tink! - zawołał Janner.
Kołczan ze strzałami grzechotał mu pod pachą, gdy biegł do Leeli, która siedziała okrakiem na psie, Nuggecie. Ten, który ze względu na swoje rozmiary konia był w lesie równie niebezpieczny, co zębate krowy, dyszał i merdał ogonem. Tink niechętnie opuścił łuk i ruszył za nim, oglądając się na las w poszukiwaniu zębatych krów. Bracia pomogli przerażonej Leeli zejść z psa i cała trójka pospiesznie rzuciła się na drabinkę.
- Krowy, krowy, krowy! - wył Podo.
Janner podążył za Tinkiem i Leeli po drabince. Kiedy wszyscy byli już bezpieczni w środku, Podo wgramolił się przez właz i zatrzasnął klapę.
- Nieźle - skwitował, widocznie zadowolony z siebie. - Janner, następnym razem pogoń trochę swojego brata i siostrę. Gdyby naprawdę atakowała nas krowa, to nie zdążyłbyś doprowadzić ich do drabinki, a już te oślizgłe zęby zaczęłyby rozszarpywać wasze delikatne ciałka...
- Tato, proszę - jęknęła Nia.
- ...i odrywać je od kości - ciągnął dziadek. - Jannerze, jeśli Tink jest zbyt uparty, by rzucić to, co robi, to musisz znaleźć jakiś sposób, aby go przekonać, słyszysz?
Janner oblał się rumieńcem i walczył sam ze sobą, by coś odpowiedzieć w obronie. Manewry uciekania przed zębatymi krowami były na porządku dziennym od chwili ich przybycia do domku Peeta i dzieci stopniowo przestały się panicznie wydzierać, gdy wrzaski Poda zakłócały zwyczajowy spokój lasu.
Odkąd Janner dowiedział się, że jest Strażnikiem Tronu, próbował poważnie podchodzić do swego obowiązku ochrony króla. Opowieści matki o doskonałej reputacji Peeta jako Strażnika Tronu w Annierze sprawiły, że Janner poczuł dumę z pradawnej tradycji, której stał się częścią1. Problem polegał na tym, że miał otaczać ochroną swego młodszego brata Tinka, który okazał się przyszłym Wielkim Królem. Nie chodziło o to, że Janner był zazdrosny, ponieważ nie miał ochoty niczym rządzić, ale czasem czuł się dziwnie z myślą, że jego chudy, lekkomyślny brat jest nikim innym jak królem, i to legendarnej Świetlistej Wyspy - Anniery.
Janner patrzył przez okno na las, podczas gdy Podo rozwodził się na temat jego obowiązku ochrony brata, licznych niebezpieczeństw lasu Glipwood czy tego, co Janner powinien był zrobić inaczej podczas ostatnich manewrów ucieczki przed krowami.
Janner tęsknił za domem. Zaraz po tym, jak uciekli z miasteczka Glipwood i przybyli do zamku Peeta, czuł posmak przygody. Był tak podekscytowany na myśl o długiej podróży do Lodowych Prerii, że nie mógł spać. Gdy wreszcie zasypiał, śniły mu się bezkresne horyzonty śniegu pod jasnymi gwiazdami o tak ostrych krawędziach, że skaleczyłby się, gdyby ich dotknął.
Minęły jednak tygodnie - sam już nie wiedział ile - i jego poczucie przygody zniknęło całkowicie. Brakowało mu rytmu życia w chacie. Tęsknił za gorącymi posiłkami i powolną przemianą krajobrazu wraz ze zmianą pór roku; za rodziną ptaków, która w zagłębieniu nad drzwiami chaty uwiła sobie gniazdo. Rano i wieczorem on, Tink i Leeli oglądali błękitne jaja, potem pisklęta, aż pewnego dnia ujrzeli ze smutnym zdumieniem puste gniazdo i zadawali sobie pytanie, dokąd ptaki odfrunęły. Te dni jednak przeminęły bezpowrotnie niczym lato i czy mu się to podobało, czy nie, chata nie była już jego domem. Drzewny domek Peeta też nie. Nie był pewien, czy w ogóle ma jeszcze dom.
Podo mówił dalej, a Janner znów poczuł w piersi falę gorącej frustracji, gdy mówiono mu to, co już wiedział. Trzymał jednak język na wodzy. Dorośli nie mogli się powstrzymać; Podo i matka wbijali mu do dwunastoletniej głowy lekcje życia tak długo, aż poczuł się głupi i pokonany, i nie było sensu z tym walczyć.
Wyczuł, że tyrada Poda dobiega końca i zmusił się do słuchania.
- ...ten las to niebezpieczne miejsce i wielu ludzi zostało pożartych przez jakieś stworzenia tylko dlatego, że nie byli wystarczająco uważni.
- Tak, sir - odparł Janner z największym szacunkiem, na jaki było go stać. Podo uśmiechnął się do niego i mrugnął, a chłopak wbrew sobie odpowiedział uśmiechem. Przyszło mu do głowy, że dziadek dokładnie wiedział, o czym on myśli.
Podo zwrócił się do Tinka:
- Naprawdę dobry strzał, chłopcze, a rysunek Fanga na tej desce to niezła robota.
- Dzięki, dziadku - odrzekł Tink. Zaburczało mu w żołądku. - O której zjemy śniadanie?
- Posłuchaj no, chłopcze - rzekł Podo. Ściągnął krzaczaste brwi i rzucił Tinkowi groźne spojrzenie. - Kiedy twój brat cię woła, to rzucasz wszystko, co robisz, i lecisz, jakby się paliło. - Tink przełknął ślinę. - Pójdziesz za tym chłopcem na klify i skoczysz do Morza Ciemności, jeśli ci każe. Jesteś Wielkim Królem, co oznacza, że musisz zacząć myśleć o czymś więcej niż tylko o sobie.
Irytacja Jannera przygasła, podobnie jak kolor twarzy Tinka. Odpowiadało mu, gdy nie popadał w kłopoty sam, lecz czuł się trochę zawstydzony z powodu przyjemności, jaką odczuwał na widok wijącego się brata.
- Tak, sir - odparł Tink. Podo patrzył na niego tak długo, że powtórzył: - Tak, sir.
- Wszystko w porządku, dzieweczko? - Podo odwrócił się z uśmiechem do Leeli.
Skinęła głową i założyła za ucho kilka falujących pukli włosów.
- Dziadku, kiedy wyjeżdżamy?
Wszystkie oczy zgromadzonych w drzewnym domku popatrzyły na nią ze zdziwieniem. Rodzina spędziła w lesie wiele tygodni we względnym spokoju, ale z biegiem dni coraz trudniej było unikać tego przemilczanego pytania. Wiedzieli, że nie mogą zostać tu na zawsze. Gnag Bezimienny i Fangowie z Dang wciąż terroryzowali krainę Skree i z każdym dniem ich cień pokrywał coraz więcej terenów Aerwiar. Było tylko kwestią czasu, kiedy ponownie dosięgnie rodziny Igibych.
- Wkrótce musimy wyjechać - powiedziała Nia, patrząc w kierunku Glipwood. - Kiedy liście opadną, Fangowie dostrzegą tę kryjówkę, prawda, Artham?
Peet podskoczył lekko na dźwięk swego imienia i przez chwilę drapał się w tył głowy, nim się odezwał.
- Nadchodzi mroźna zima, drzewa stracą liście, mosty będą dobrze widoczne. Tak. Rowinniśmy puszać - powinniśmy ruszać.
- Na Lodowe Prerie? - zapytał Janner.
- Tak - odpowiedziała Nia. - Fangowie nie lubią zimna. Wszyscy widzieliśmy, o ile wolniej poruszają się zimą, nawet tutaj. Miejmy nadzieję, że w miejscu tak zamarzniętym jak Lodowe Prerie będzie niewielu Fangów.
Podo chrząknął.
- Wiem, co masz na myśli, i tej opcji w ogóle nie bierzemy pod uwagę - powiedziała stanowczo Nia.
- Co dziadek ma na myśli? - zapytał Tink.
- To zostanie między mną a twoim dziadkiem.
- Jaką opcję dziadek ma na myśli? - poparł brata Janner, zdając sobie sprawę, że mówi bardziej dorośle niż zwykle.
Nia spojrzała na Jannera i zastanawiała się, czy powinna mu odpowiedzieć. Długo skrywała przed dziećmi wiele tajemnic i dla Jannera było oczywiste, że wciąż trudno jej było się przed nimi otwierać. Teraz jednak było inaczej. Chłopiec wiedział, kim jest, kim był jego ojciec, i miał jako takie pojęcie, o jaką stawkę toczy się gra. Zauważył nawet, że matka i dziadek liczą się z jego zdaniem. Bycie Strażnikiem Tronu - a przynajmniej odkrycie tego, że nim jest - zmieniło sposób, w jaki go postrzegali.
- No cóż - zaczęła Nia, wciąż niepewna, ile powiedzieć.
Podo zdecydował za nią:
- Myślę, że musimy zrobić coś więcej niż tylko dotrzeć na Lodowe Prerie i siedzieć cicho jak stadko chropawych ropuchonorów, czekając, co się wydarzy. Jeśli Oskar miał rację, że na północy mieszka kolonia ludzi, którzy nie lubią żyć pod butem Fangów, i jeśli to prawda, że chcą walczyć, to nie potrzebują nas, aby się uzbroić i wykurzyć Fangów z powrotem do Dang. Mówię ci, że klejnoty powinny znaleźć statek i wrócić do domu. - Zwrócił się do swojej córki: - Pomyśl o tym, dzieweczko! Wy moglibyście popłynąć z powrotem przez Morze Ciemności do Anniery...
- "Wy"? Kogo dokładnie masz na myśli? - zapytał Tink.
- Nikogo - fuknął Podo, machając ręką. - Nia, możesz wrócić do domu. Zastanów się nad tym!
- Tam nic dla nas nie zostało - odparła Nia.
- W porządku! Zapomnijmy o Annierze. A Doliny? Nie widziałaś Zielonych Dolin od dziesięciu lat, a o ile wiesz, Fangowie nawet nie postawili tam stopy! Być może rodzina twojej matki nadal tam mieszka i myśli, że umarłaś razem z nami wszystkimi.
Nia zamknęła oczy i westchnęła głęboko. Peet i dzieci wpatrywali się w podłogę. Janner nawet nie pomyślał, że może mieć daleką rodzinę mieszkającą za morzem, na zboczach Zielonych Dolin.
Zgadzał się z matką, że pomysł takiej podróży wydaje się głupotą. Najpierw musieliby ominąć Fangów w Torrboro, a potem udać się na północ, przez Góry Kamienne, aż do Lodowych Prerii. A teraz Podo mówi o przepłynięciu oceanu? Janner nigdy nie myślał o świecie w tak odległych kategoriach.
Nia otworzyła oczy i przemówiła:
- Tato, teraz nie pozostaje nam nic innego, jak tylko znaleźć drogę na północ. Nie musimy płynąć za morze. Nie musimy wracać do Anniery. Nie musimy jechać do Zielonych Dolin. Musimy udać się na północ, jak najdalej od Fangów. To wszystko. Zabierzmy te dzieci bezpiecznie na prerie i wtedy dokończymy tę dyskusję.
Podo westchnął.
- Dobrze, dzieweczko. Już sama droga na prerie sprawi nam dosyć kłopotów. - Spojrzał na Peeta, który stał na głowie w kącie izby. - Przypuszczam, że pojedziesz z nami.
Peet sapnął i upadł na podłogę, po czym zerwał się na równe nogi i zasalutował przed Podem. Leeli zachichotała.
- Tak, sir - powiedział, naśladując szorstki głos Poda. - Jestem gotów do drogi, jak tylko rodzina Featherwingów będzie gotowa. Wiem nawet, jak dostać się na Lodowe Prerie. Byłem tam kiedyś, dawno temu. Niewiele tam do zobaczenia oprócz lodu, prerii i lodu, białego, oślepiającego i zimnego. Jest tam bardzo zimno. Lodowato. - Peet wziął głęboki oddech i klasnął dłońmi w skarpetach. - W porządku! Wyruszamy!
Otworzył klapę i wyskoczył przez właz, zanim Podo lub ktokolwiek z Igibych zdążyli go zatrzymać. Dzieci podbiegły tam i patrzyły, jak ześlizguje się w dół po sznurkowej drabince i maszeruje w kierunku północnym. Z jamy pod plątaniną gigantycznych korzeni drzew, w której zwykle spał, Nugget podniósł wielkie, obwisłe uszy i nie unosząc głowy z łap, patrzył, jak Peet znika w lesie.
- Wróci, jak się zorientuje, że nie ma nas obok niego. - Leeli się uśmiechnęła. Spędzali z Peetem długie godziny; albo czytali opowiadania, albo Peet tańczył, wymachując zamaszyście ramionami w skarpetach, podczas gdy ona grała na swojej fletoharfie. Obecność Leeli zdawała się mieć leczniczy wpływ na Peeta. Kiedy byli razem, jego drżączka ustawała, rozbiegany wzrok się uspokajał, a głos robił się spokojniejszy i mniej nerwowy. Ten silny i przyjemny głos pomagał Jannerowi uwierzyć w opowieści matki o wyczynach Arthama P. Wingfeathera w Annierze przed wybuchem Wielkiej Wojny.
Jedynym negatywnym aspektem przyjaźni Leeli i Peeta był fakt, że wzbudzała zazdrość dziadka. Zanim Peet Skarpeciarz wkroczył w ich życie, Poda i Leeli łączyła szczególna więź, częściowo dlatego, że każde z nich miało tylko jedną zdrową nogę, a częściowo z powodu tego pradawnego uczucia, jakie łączy dziadków i ich wnuczki. Nia powiedziała kiedyś Jannerowi, że to również dlatego, że Leeli bardzo przypomina swoją babcię, Wendolyn.
Gdy dzieci patrzyły, jak Peet odchodzi, nad drzewnym domkiem przemknął szybki cień, a po nim zabrzmiał wysoki, przyjemny dźwięk, niczym odgłos wielkiego dzwonu uderzonego małym młotkiem.
- Samotny złotopiór2 - zauważyła Leeli. - Jutro pierwszy dzień jesieni.
- Tato - powiedziała Nia.
- Hę? - Podo wyjrzał przez okno w kierunku, w którym zniknął Peet.
- Myślę, że już czas, byśmy wyruszyli - rzekła.
Tink i Janner spojrzeli po sobie i się uśmiechnęli. Cała tęsknota za domem zniknęła. Po tygodniach czekania nadszedł czas przygody.