31.01.1936. Do Coventry pociągiem, tak jak planowałem; na miejscu ok.
16.00. Pensjonat, typu "nocleg i śniadanie", bardzo podły. Trzy
szylingi, sześć pensów. W holu oprawne w ramki świadectwo, że (John
Smith) został wybrany drogą głosowania na funkcję Primo Buffo1. W pokoju są dwa łóżka gość, który chce mieć pokój tylko dla siebie, płaci
za nocleg pięć szylingów. Zapach jak w tanich pensjonatach. Posługująca
dziewczyna-kretynka o wielkim cielsku i małej główce, zwały tłuszczu w miejscu jej talii mimo woli przywodzą na myśl tłuszcz od szynki.
1.02.1936. Podłe śniadanie z komiwojażerem z Yorkshire. Potem piechotą
osiemnaście kilometrów na przedmieście Birmingham, autobusem na Bull
Ring2 (bardzo przypomina rynek w Norwich); przybyłem o 13.00.
Lunch w Birmingham, następnie autobusem do Stourbridge. Piechotą
sześć-siedem kilometrów do Clent Youth Hostel. Wszędzie czerwona ziemia.
Pierwsze, jeszcze nieśmiałe, ptasie zaloty, samczyki zięb i gilów bardzo
jaskrawo ubarwione, słychać godowe nawoływanie kuropatw. Wyjąwszy wioskę
Meriden, na trasie z Coventry do Birmingham prawie żadnych porządnych
budynków. Na zachód od Birmingham widać, jak niemal wszędzie za
wzgórzami rozpełzła się rozpowszechniona na wielką skalę cywilizacja
użytecznych lecz tandetnych domków jednorodzinnych. Cały dzień pada,
choć z przerwami.
Przebyłem osiemnaście kilometrów, na środki transportu wydałem szylinga
i cztery pensy. Na jedzenie dwa szylingi i trzy pensy.
02.02.1936. Wygodny nocleg w hostelu, pokój miałem dla siebie.
Jednopiętrowy drewniany dom z potężnym piecem koksowym, który dobrze
ogrzewa wnętrze. Łóżko kosztuje szylinga, dwa pensy to koszt ogrzewania,
a żeby coś ugotować, trzeba wrzucać pensy do automatu przy liczniku
gazu. W hostelu sprzedają chleb, mleko itd. Należy mieć własny śpiwór,
ale dostaje się koce, materac i poduszki. Wieczór męczący, ponieważ syn
gospodarza, chcąc, jak przypuszczam, okazać mi uprzejmość, przyszedł i grał ze mną w ping-ponga, niemal do upadłego, aż tak się zmęczyłem, że
nie mogłem potem ustać na nogach. Rankiem długa rozmowa z gospodarzem,
który hoduje drób i kolekcjonuje szkło oraz naczynia cynowe. Opowiadał
mi, że w roku 1918 we Francji, podczas pościgu za wycofującymi się
Niemcami, zrabował gdzieś bezcenne szkło, które z kolei odkrył w jego
bagażach, a potem zrabował, generał jego macierzystej dywizji. Pokazał
mi też piękne okazy naczyń cynowych oraz kilka bardzo osobliwych
sztychów japońskich z motywami wykazującymi znaczne wpływy europejskie.
Jego ojciec zrabował te przedmioty uczestnicząc w jakiejś morskiej
wyprawie około roku 1860.
Opuściłem to miejsce o 10.00, potem piechotą do Stourbridge, autobusem
do Wolverhampton, włóczyłem się jakiś czas po slumsowej dzielnicy tego
miasta, później zjadłem lunch i poszedłem piechotą do odległego o szesnaście kilometrów Penkridge. Wolverhampton wygląda na okropną
dziurę. Wszędzie liche domki, spowite pełzającym dymem, pomimo iż była
niedziela, zaś wzdłuż linii kolejowej potężne zwały gliny i stożkowate
kominy (ceramiczne piece szybowe). Piesza trasa z W'ton do Penkridge
bardzo jednostajna, a przez cały czas lało. Szeregi jednostajnych domków
ciągną się niemal nieprzerwanie pomiędzy tymi dwoma miastami. Około
16.30 zatrzymałem się w Penkridge na herbatę. Maleńki niechlujny salonik
z miłym kominkiem, nieco naznaczony zmarszczkami pan domu, dość
posunięty w latach, oraz ogromna kobieta, mniej więcej 45-letnia, o krótko obciętych włosach koloru lnu i pozbawiona przednich zębów. Oboje
podziwiali mnie za bohaterstwo, czyli za to, że szedłem piechotą w taki
dzień. Wypiłem z nimi "rodzinną" herbatkę. Pożegnałem się około 17.15 i znów uszedłem kilka kilometrów, ale sześć ostatnich kilometrów do
Stafford przebyłem już autobusem. W poszukiwaniu taniego noclegu
zaszedłem do Hotelu Abstynenckiego3, ale łóżko ze
śniadaniem kosztowało tam aż pięć szylingów. Zwyczajny obrzydliwy
pokoik, prześcieradła szyte z diagonalu, jak zwykle niedoprane i śmierdzące. W łazience jakiś komiwojażer wywoływał w wannie zdjęcia.
Nakłoniłem go, żeby się z tym wyniósł i wykąpałem się, po czym zdałem
sobie sprawę, jak bardzo bolały mnie nogi.
Przebyłem około dwadzieścia pięć kilometrów, na środki transportu
wydałem szylinga i pięć pensów. Na jedzenie dwa szylingi, osiem i pół
pensa.
3.02.1936. Wyszedłem o 9.00 i wsiadłem do autobusu jadącego do Hanley.
Spacerowałem po Hanley i trochę po Burslem. Straszliwy ziąb, lodowaty
wiatr, a w nocy spadł śnieg; wszędzie leżą całe jego ławice pokryte
sadzą. Hanley i Burslem to chyba najohydniejsze z miejsc, jakie
kiedykolwiek oglądałem. Labirynty maleńkich usmolonych domków, a wśród
nich kominy szybowych pieców ceramicznych przypominające wielkie butle
burgunda, na wpół zakopane w ziemi, wypluwające kłęby dymu. Wszędzie
oznaki biedy, sklepy nadzwyczaj nędzne. Gdzieniegdzie widoczne ogromne
wykopane jamy, jedna z nich szeroka na dwieście metrów i mniej więcej
tak samo głęboka; z jednej strony wloką się na zbocze zardzewiałe
wagoniki, wciągane podwieszonym przenośnikiem; na niemal pionowym
urwisku drugiej jamy tu i ówdzie uwieszeni na linach robotnicy,
przypominają zbieraczy kowniatka morskiego4, dziobiąc
zaciekle ścianę kilofami, na pozór bezcelowo, choć przypuszczam, że
wydobywali bryły gliny. Piechotą do Eldon, gdzie w pubie zjadłem lunch.
Ziąb straszliwy. Okolica pagórkowata, wspaniałe widoki, zwłaszcza gdy
zajdzie się dalej na wschód, tam gdzie żywopłoty ustępują miejsca
kamiennym murkom. Tutejsze owce wydają się znacznie słabszej rasy niż te
na południu. Piechotą do jeziora Rudyard.
Jezioro Rudyard (w rzeczywistości rezerwuar wodny, zaopatrujący miasta,
w których produkuje się ceramikę) przedstawia nader ponury widok. Latem
czynny jest tutaj ośrodek wypoczynkowy. Co dziesięć metrów kawiarnie,
statki mieszkalne i wycieczkowe, teraz wszystkie opuszczone i zaniedbane, ponieważ nie jest to sezon. Tabliczki z napisami dotyczącymi
łowienia ryb, jednak przyglądałem się dokładnie wodzie i nie wydaje mi
się, by żyły w niej jakieś ryby. Wokół żywej duszy, wieje ostry, zimny
wiatr. Wszystek połamany lód zebrał się na południowym krańcu, a fale
poruszają rytmicznie taflami, które dźwięczą klink-klank, klink-klank -
to chyba najbardziej przygnębiający odgłos jaki do mnie docierał. (Do
zapam.: umieścić ten obraz w jakiejś powieści, także wspomnieć o pustym
opakowaniu po papierosach Craven A, kołyszącym się wśród lodu). Z trudnością odnalazłem hostel oddalony o około półtora kilometra. Znów
jestem w nim jedynym gościem. Wielkie domiszcze, w którym hulają
przeciągi, kiepsko udaje dawny zamek - najwyraźniej ślad czyjegoś
szaleństwa - zbudowany około roku 1860. Trzy z czterech pokojów zupełnie
puste. Całe kilometry wyłożonych kamienną posadzką korytarzy, w których
słychać echo kroków, żadnego oświetlenia wyjąwszy świece, a do
podgrzewania potraw tylko małe i kopcące piecyki olejowe. Zimno jak w psiarni.
Pozostały mi tylko dwa szylingi i osiem pensów, tak więc jutro
koniecznie do Manchesteru (piechotą do Macclesfield, potem autobusem),
żeby zrealizować czek.
Przebyłem osiemnaście kilometrów, na środki transportu wydałem szylinga
i osiem pensów. Na jedzenie dwa szylingi, osiem i pół pensa.
4.02.1936. Wstałem z łóżka, z zimna miałem tak zgrabiałe ręce, że nie
mogłem zapiąć ani jednego guzika, toteż najpierw musiałem zejść na dół i ogrzać dłonie; dopiero potem mogłem się ubrać. Wyszedłem około 10.30.
Prześliczny poranek. Ziemia zamarzła na kamień, wiatr zupełnie ucichł i jasno świeci słońce. Wokół żywej duszy. Jezioro Rudyard (długie na około
dwóch kilometrów) w nocy zamarzło. Po lodzie łażą osowiałe dzikie
kaczki. Słońce podnosi się na niebie, a promienie cudownie załamują się
na lodzie, tworząc czerwonozłote refleksy, najpiękniejsze, jakie
kiedykolwiek widziałem. Długo rzucałem kamieniami, które ślizgały się po
taflach. Przeciągły dźwięk, jaki wydaje wtedy chropowaty kamień,
przypomina świstanie brodźca.
Piechotą do Macclesfield, szesnaście albo siedemnaście kilometrów, potem
autobusem do Manchesteru. Odebrałem listy, potem do banku, żeby
zrealizować czek, okazało się jednak, że bank jest nieczynny - tutejsze
banki zamykają o 15.00. Głupia sprawa, ponieważ miałem przy duszy tylko
trzy szylingi. Poszedłem do biura hostelu dla młodzieży i zapytałem, czy
nie mogliby wymienić czeku na gotówkę, ale odmówili, wobec tego
poprosiłem na komisariacie policji, żeby zaprowadzili mnie do jakiegoś
adwokata, który pomógłby mi zrealizować czek, ale również spotkałem się
z odmową. Przeraźliwie zimno. Na ulicach pryzmy ohydnej czarnej masy,
był to zamarznięty śnieg usmolony dymem. Nie chciałem nocować pod gołym
niebem. Poszedłem do ubogiej dzielnicy (Chester Street), odnalazłem
lombard i usiłowałem zastawić płaszcz, ale usłyszałem, że już ich nie
przyjmują. Potem przyszło mi na myśl, że mogę przecież zastawić szalik,
za który otrzymałem szylinga i osiemnaście pensów. Potem do taniego
podrzędnego pensjonatu: przy Chester Street jest ich trzy, wszystkie
obok siebie.
Długi list od Reesa; radził mi, kogo należy odwiedzić i z kim warto
rozmawiać, jedna z tych osób mieszka na szczęście w Manchesterze.
Przebyłem około dwadzieścia kilometrów, na środki transportu wydałem dwa
szylingi. Na jedzenie dziesięć pensów.
5.02.1936. Próbowałem spotkać się z Meadem5, ale okazało się, że
wyszedł. Dzień spędziłem w tanim pensjonacie. Podobnie jak w Londynie
nocleg kosztuje tu jedenaście pensów, śpi się w osobnych
pomieszczeniach, nie w sali ogólnej. Tutejszy "funkcyjny", jak to często
bywa, inwalida. Ohydny zwyczaj parzenia herbaty w blaszanych czarkach.
Rano zrealizowałem czek, ale postanowiłem pozostać w pensjonacie i nazajutrz spotkać się z Meadem.
6-10.02.1936. W domu Meadów przy Brynton Road 49, Longsight. Brynton
Road to jedna z ulic w obrębie nowej kolonii domów. Bardzo przyzwoite, z łazienkami i światłem elektrycznym; czynsz, jak przypuszczam, około
dwanaście lub czternaście szylingów. Meade jest jakimś urzędnikiem
związkowym i ma coś wspólnego z wydawaniem "Labour's Northern Voice" -
pracują tam ludzie, którzy zajmują się stroną wydawniczą pisma
"Adelphi". Oboje państwo M. bardzo porządni i nadzwyczaj dla mnie mili.
Pochodzą z klasy robotniczej, mówią z ciężkim akcentem z Lancashire, w dzieciństwie chodzili w sabotach, ale atmosfera panująca w ich domu jest
niemal taka, jak u rodziny wywodzącej się z klasy średniej. M. nieco
zdziwieni i oburzeni słuchali, gdy opowiadałem, że spędziłem noc w tanim
pensjonacie. Znów uderzyło mnie to, iż gdy tylko robotnik otrzyma
oficjalne stanowisko w aparacie związkowym, albo zacznie się zajmować
polityką labourzystowską, przenosi się jakby automatycznie do klasy
średniej - z własnej woli albo i bezwiednie; innymi słowy, walcząc z burżuazją, sam staje się po trochu burżujem. Jest jednak faktem, że nie
sposób nie prowadzić życia i jednocześnie nie być zwolennikiem ideologii
nieprzystających do osiąganych dochodów (w przypadku M. wynoszą one, jak
obliczam, około czterech funtów tygodniowo). Jedyny spór, w jaki wdałem
się z państwem M., dotyczył kwestii zwracania się do mnie per
"towarzyszu". Pani M., jak to zwykle bywa, nie orientuje się zbytnio w polityce, jednak - tak jak każda dobra żona - przyjęła poglądy męża za
swoje; wymawia zwrot "towarzyszu" z wyraźnym skrępowaniem. Uderzyła mnie
duża różnica w zwyczajach, nawet na tak dalekiej północy. Pani M. była
wyraźnie zaskoczona (i patrzyła trochę krzywo), gdy wstawałem z krzesła
ilekroć wchodziła do pokoju, proponowałem jej też pomoc w zmywaniu, i tak dalej. - Tutejsi panowie zazwyczaj oczekują, że koło nich się będzie
skakać - stwierdziła.
M. umówił mnie na spotkanie z Joe Kennanem, elektrykiem, który zajmuje
ważne stanowisko w ruchu socjalistycznym. Mieszka on również w porządnym
domku wybudowanym z miejskich funduszy (w osiedlu Beech Hill), ma jednak
w sobie znacznie więcej cech robotnika. Jest bardzo krępy, mocno
zbudowany, o zawsze łagodnych manierach, do tego bardzo gościnny i zawsze chętny do pomocy. Jego starsze dziecko leżało chore w górnej
sypialni (lekarz podejrzewał szkarlatynę), młodsze bawiło się na
podłodze żołnierzykami i miniaturową armatką. Kennan uśmiechnął się: - I widzi pan? A ja mam być pacyfistą - rzekł. - Meade wysłał mnie do biura
NUWM6 z listem do sekretarza, w którym poprosił go o znalezienie
dla mnie kwatery w Wigan. Ich biuro mieści się w obrzydliwej ciasnej
norze, ale dla ludzi pozbawionych pracy jest istnym darem Bożym,
ponieważ wewnątrz jest ciepło, są gazety itd. Sekretarz, Paddy Grady,
jest bezrobotnym górnikiem. Wysoki i szczupły, lat około trzydziestu
pięciu, inteligentny, dobrze poinformowany i bardzo uczynny. Jest
kawalerem z poborami siedemnastu szylingów tygodniowo; poza tym lata
niedożywienia i bezczynności fatalnie wpłynęły na jego stan fizyczny -
stracił niemal wszystkie przednie zęby. Wszyscy pracownicy NUWM byli do
mnie bardzo przychylnie nastawieni i chętnie udzielali mi wszelkich
informacji, gdy tylko dowiedzieli się, że jestem pisarzem i zbieram
materiały dotyczące warunków życia klasy robotniczej. Nie zdołałem ich
jednak nakłonić do tego, aby traktowali mnie jak równego sobie.
Tytułowali mnie albo "sir", albo zwracali się per: "towarzyszu".
15.02.1936. Wyruszyłem razem ze zbieraczami składek NUWM, dokonującymi
swego regularnego obchodu, pragnąc zdobyć informacje o warunkach
mieszkaniowych, zwłaszcza tych jakie panują w krytych wozach, służących
wielu ludziom jako stałe lokum. Zrobiłem notatki. Uderzył mnie głównie
wyraz przygnębienia wyzierający z twarzy niektórych kobiet, zwłaszcza
tych mieszkających w bardziej zatłoczonych wozach. Twarz jednej z nich
kojarzyła mi się wręcz z widmem śmierci, wyzierało z niej bowiem
nieskończone cierpienie i upodlenie. Pomyślałem, że będąc na miejscu tej
kobiety czułbym się jak oblepiony gównem. Jednocześnie jednak odniosłem
wrażenie, że wszyscy ci ludzie traktują swoje warunki życiowe jako coś
zgoła naturalnego. Nieustannie przecież obiecuje się im mieszkania, lecz
bez żadnych konkretnych efektów, toteż od dawna przyjmują za pewnik, iż
dom nadający się do zamieszkania to rzecz absolutnie niemożliwa do
zdobycia.
Mijając ohydną boczną uliczkę, dostrzegłem kobietę, dość młodą, ale
bardzo bladą, o (jak zwykle w tych okolicach) wymizerowanej, naznaczonej
zmęczeniem twarzy. Kobieta klęczała w rynsztoku opodal domku i przepychała kijkiem ołowianą rurę ściekową. Pomyślałem wtedy, że to
straszliwy los, klęczeć tak na tylnej uliczce w Wigan, do tego w przenikliwym zimnie, i wpychać kij w zatkany ściek. Wtedy ona uniosła
głowę i spojrzała na mnie; w jej oczach dostrzegłem bezbrzeżną rozpacz;
przyszło mi do głowy, że kobieta myśli to samo, co ja. Zmiana kwatery,
ponieważ Pani H[ornby] zachorowała na jakąś tajemniczą przypadłość i wysłano ją do szpitala. Wyszukano dla mnie lokum przy Darlington Rd, nad
sklepikiem z flakami; właściciele przyjmują czasowych lokatorów. On jest
byłym górnikiem (ma pięćdziesiąt osiem lat), a jego chora na serce żona
stale leży na sofie ustawionej w kuchni. Atmosfera mniej więcej taka,
jak u państwa H., z tym że dom wyraźnie bardziej zaniedbany i mocno tu
cuchnie. Kilku innych lokatorów. Starszy wiekiem były górnik, w wieku
około siedemdziesiąt pięć lat, pobiera emeryturę oraz dodatkowo pół
korony tygodniowo z parafii (w sumie dwanaście szylingów, sześć pensów).
Inny, podobno z tych "lepszych", który "zszedł na psy", mniej lub
bardziej obłożnie chory. Były górnik, Irlandczyk, któremu bark oraz
kilka żeber zmiażdżył parę lat temu spadający ze stropu odłam skalny, i który utrzymuje się teraz z renty inwalidzkiej w wysokości ok.
dwudziestu pięciu szylingów tygodniowo, wyraźnie przewyższa pozostałych
pod każdym względem; był niegdyś urzędnikiem, jednak "zjechał na dół", a ponieważ był wielki i silny, to i w kopalni mógł zarobić więcej (było to
przed wojną). Było również kilku agentów prasowych zbierających
zamówienia na prenumeratę czasopism. Dwóch z "Johna Bulla"7, obaj
wyraźnie już sfatygowani, jeden około czterdziestki, drugi mniej więcej
pięćdziesiąt pięć lat, trzeci całkiem młody, pracował przez cztery lata
w fabryce gumy w Kalkucie. Jakoś nie mogę go rozgryźć. Rozmawiając z innymi osobami przybiera akcent z Lancashire, gdy jednak zwraca się do
mnie, powraca do swojej normalnej "poprawnej" wymowy. Cała rodzina
Forrestów (wyjąwszy wspomniane małżeństwo) składa się z upasionego syna,
który gdzieś pracuje i mieszka opodal, jego żony Maggie, tkwiącej za
kontuarem niemal przez cały dzień, ich dwojga dzieci, oraz Annie,
narzeczonej drugiego syna, który przebywa w Londynie. Jest również druga
córka przebywająca w Kanadzie (pani F. mówi: "w Kanadowie"). Maggie i Annie wykonują praktycznie biorąc całą robotę w domu i w sklepie. Annie
jest bardzo szczupła, przepracowana (ma również zajęcie w pracowni
krawieckiej) i najwyraźniej nieszczęśliwa. Wyczuwam, że małżeństwo Annie
z synem państwa F. wcale nie jest takie pewne, ale pani F. traktuje
dziewczynę jak członka rodziny i ją tyranizuje. Liczba pomieszczeń w domu, wyjąwszy sklep, wynosi pięć lub sześć, do tego łazienka połączona
z WC. Sypia w nich ogółem dziewięć osób. W moim pokoju oprócz mnie
jeszcze trzy osoby.
Jestem zbulwersowany marnowaniem jedzenia przez tutejszą klasę
robotniczą oraz jej zaskakującą ignorancją dotyczącą tej kwestii - pod
tym względem jest tu chyba jeszcze gorzej niż na południu. Pewnego
ranka, gdy prałem swoje rzeczy w komórce przy kuchni u H., sporządziłem
taki oto spis wyrzuconej na śmietnik żywności: kawał boczku ważący około
dwa i pół kilograma. Około kilograma pręgi wołowej. Około trzech
czwartych kilograma wątroby (wszystko surowe). Resztki z monstrualnej
zapiekanki z mięsem. (Pani H., przygotowuje tę potrawę w emaliowanej
miednicy, jakiej używa się do przepierek. To samo dotyczy jej
puddingów.) Półmisek z piętnastoma albo dwudziestoma jajkami. Mnóstwo
małych ciasteczek. Płaski placek z owocami oraz placek "cake-a-pie"
(ciasto z rodzynkami). Resztki starych ciast. Sześć dużych główek
kapusty i dwanaście mniejszych. (Widziałem poprzedniego wieczoru, jak
pani H. je gotowała). Rozmaite resztki masła i pomidorów, otwarte puszki
ze skondensowanym mlekiem, i tak dalej. W piecyku kuchennym podgrzewano
jeszcze więcej jedzenia. Wszystko oprócz chleba stało zawsze niczym nie
nakryte, a półki lepiły się od brudu. Spożywa się tu niemal wyłącznie
chleb oraz krochmal pod różnymi postaciami. Oto typowy zestaw posiłków
dziennych u państwa H. Śniadanie (ok. 8.00): dwa jajka smażone i bekon,
chleb (bez masła) i herbata. Obiad (ok. 12.30): wielgachny talerz
duszonej wołowiny, kluski i gotowane kartofle (wszystko odpowiada około
trzem porcjom podawanym u Lyonsa8) oraz ogromne porcje puddingu
ryżowego lub łojowego. Podwieczorek (około 17.00): półmisek zimnego
mięsa, chleb z masłem, słodkie ciasto i herbata. Kolacja (około 23.00):
ryba z frytkami, chleb z masłem i herbata.
16.02.1936. Wielkie poruszenie, ponieważ pewna para, która mieszkała
tutaj przez miesiąc, gdzieś około Bożego Narodzenia została zatrzymana
przez policję (w Preston) pod zarzutem fałszowania monet; policja
utrzymuje, że produkowali je także podczas pobytu w tym domu. Przybył
inspektor policji i wypytywał przez około pół godziny. Pani F.
opowiadała później, że gdy wraz z mężem przebywali na zewnątrz,
policjanci węszyli w pokoju i znaleźli kostkę czegoś, co przypominało
luciwo oraz kilka małych naczynek wyglądających jak kieliszki do jajek
na miękko, tyle tylko że większych rozmiarów. Pani F. zgodziła się
natychmiast z wszystkimi sugestiami inspektora, a gdy była na górze, sam
również podsunąłem jej dwie, z którymi także się zgodziła. Widziałem
wyraźnie, że gdy usłyszała, że zatrzymani nie są małżeństwem,
natychmiast uznała, że są winni. Gdy inspektor sporządził jej
oświadczenie, okazało się, że nie umie czytać i pisać (potrafiła tylko
się podpisać), choć jej mąż w jakimś stopniu posiadł tę pierwszą
umiejętność.
Łóżko jednego z agentów zakleszczyło się prostopadle do mojego. Nie mogę
w związku z tym wyprostować nóg, ponieważ przy każdej próbie natychmiast
stopami dotykam faceta w pasie. Chyba od dawna nie spałem w lnianej
pościeli. Pościel z diagonalu nawet u państwa M. Od czasu mojego wyjazdu
z Londynu byłem w wielu domach, ale tylko u nich nie śmierdziało.
17.02.1936. Ci agenci prasowi to prawdziwi nieszczęśnicy. Wykonują tak
żałosne i beznadziejne zajęcie. Myślę, że "John Bull" oszukuje takich,
którzy wypruwają sobie przez jakiś czas żyły w tej robocie i wypracowują
sobie - na pewien czas - mniej lub bardziej uczciwy geszefcik, potem ich
zwalnia, angażuje nowych, i znów wszystko od początku. Oceniam, że każdy
z tych biedaków zarabia dwa, może trzy funty tygodniowo. Obaj mają
rodziny, a jeden jest nawet dziadkiem. Tak u nich cienko, że nie stać
ich na pełne utrzymanie; płacą tylko coś tam za pokoje i mają własną
nędzną szafkę w kuchni, w której trzymają jedzenie; wyjmują stamtąd
chleb, kostki margaryny, i tak dalej, a potem, unikając spojrzeń
pozostałych lokatorów, sami przyrządzają sobie posiłki. Codziennie muszą
odwiedzić bardzo wiele domów, muszą pukać do każdych drzwi i zebrać
wyznaczoną, minimalną liczbę zamówień. Obecnie przygotowują jakiś
szwindel dla "Johna Bulla" w stylu: każdy, kto wyśle dwa szylingi w znaczkach pocztowych oraz dwadzieścia cztery wycięte kupony otrzyma
"bezpłatnie" komplet herbaciany. Gdy tylko zjedzą posiłek, zaczynają
wypełniać blankiety zamówień na następny dzień: niebawem starszy z nich
zasypia na krześle i zaczyna głośno chrapać.
Skądinąd zaskakuje mnie ich znajomość warunków życia robotników. Znają
od podszewki sprawy mieszkaniowe, czynsze, podatki lokalowe, sytuację w branży itd. we wszystkich miastach na północy Anglii.
24.02.1936. Wczoraj zjechałem do kopalni Crippena z Jerrym
Kennanem9, innym przyjacielem-elektrykiem tego ostatniego oraz
dwoma małymi synkami Jerry'ego; na dole oprowadzało nas dwóch elektryków
oraz technik, należących do załogi. Głębokość szybu wynosiła trzysta
metrów. Zjechaliśmy o 10.30 i powróciliśmy o 13.30, przebywszy pod
ziemią, jak obliczył ów technik, około trzy i pół kilometra.
Gdy winda zjeżdża w dół, czuje się, jak to wtedy zwykle bywa,
krótkotrwały skurcz w brzuchu, a zaraz potem osobliwy ucisk w uszach. W połowie trasy winda rozwija ogromną szybkość (w niektórych głębszych
kopalniach nawet przekracza podobno dziesięć kilometrów na godzinę),
potem zwalnia tak gwałtownie, że człowiek dałby głowę, aby znów ruszyła
w górę. Klatka windy jest maleńka - ma około dwa i pół metra długości,
metr szerokości i prawie dwa metry wysokości. Mieści się w niej podobno
dziesięć osób albo (jak obliczam) około półtorej tony węgla. Nas było
tylko sześciu (oraz dwóch chłopców), ale z trudem zmieściliśmy się do
środka; ważne jest, żeby od razu po wejściu stanąć twarzą w kierunku
wyjścia na dole.
Było tam jaśniej niż się spodziewałem, ponieważ oprócz lamp, które
mieliśmy ze sobą, świeciły także lampy elektryczne umieszczone w głównych chodnikach. Zaskoczyło mnie jednak co innego; coś, co uznałem
za najważniejszą cechę tych podziemi, mianowicie niewysokie stropy.
Wcześniej wyobrażałem sobie mgliście, że będę przemierzał korytarze
przypominające tunele metra, faktycznie jednak jedynie w niewielu
miejscach mogłem się wyprostować. Wysokość stropu wynosiła przeważnie
sto dwadzieścia centymetrów albo sto pięćdziesiąt centymetrów, niekiedy
jednak ów strop się obniżał, zaś co pewien czas trzeba było pochylać się
jeszcze niżej, żeby przejść pod dźwigarem większym od innych. Tam gdzie
ściany chodnika były proste i gładkie do złudzenia przypominały łupkowe
zbocza w Derbyshire. Mniej więcej co metr widziałem podpory, niemal
wszystkie drewniane. Ciosają je z niewielkich modrzewi odpowiednio
ciętych (biorąc pod uwagę liczbę tych stojaków, zrozumiałem, dlaczego w szkółkach drzew niemal zawsze sadzą modrzewie); leżą po prostu na
wierzchołkach pionowych stojaków, które z kolei zostały ustawione na
klockach drewna i nie są w żaden dodatkowy sposób przymocowane do ścian.
Te dolne podpórki stopniowo zapadają się w podłoże, innymi słowy, jak
mawiają górnicy, "podłoga rośnie", jednak naciskający od góry strop
utrzymuje całą konstrukcję w równowadze. Widok powyginanych stalowych
dźwigarów, którymi tu i ówdzie zastąpiono drewniane podpory unaocznia
ogrom masy stropu. Pod nogami zalega gruba warstwa węglowego pyłu,
znajduje się tam również tor o rozstawie szyn około siedemdziesiąt pięć
centymetrów, którymi przetaczane są wózki z urobkiem. Na pochyłościach
górnicy ślizgają się po tych torach, ponieważ wklęśnięcia na podeszwach
ich sabotów odpowiadają mniej więcej profilowi szyn.
Po przejściu kilkuset metrów, zginając się w pół, a na niektórych
odcinkach posuwając się na czworakach, poczułem ostry ból w udach.
Odczuwa się także bolesny skurcz mięśni karku, ponieważ zginając tułów,
człowiek musi nieustannie patrzeć w górę, żeby nie uderzyć głową w dźwigar - jednakże ból w udach jest najgorszy. Gdy zbliżaliśmy się do
przodka, chodnik oczywiście się obniżał. W pewnym miejscu nawet
musieliśmy się czołgać prowizorycznym tunelem, przypominającym
powiększoną szczurzą norę, do tego niepodstemplowanym; gdzie indziej
nocą oberwał się fragment stropu - wydaje mi się, że ważył co najmniej
trzy-cztery tony10. Zablokował całe światło tunelu: pozostawił
jedynie wąską szczelinę pod samym stropem, poprzez którą musieliśmy się
przeczołgać, nie dotykając przy tym ani kawałka drewna. Niebawem
musiałem przystanąć na chwilkę, żeby dać odpoczynek kolanom, które
zaczęły się pode mną uginać; potem, po przebyciu jeszcze kilkuset
metrów, dotarliśmy do pierwszego przodku. Było to niewielkie stanowisko
z maszyną obsługiwaną przez dwóch górników i przypominającą powiększony
elektryczny świder używany przy naprawie nawierzchni ulic11. Opodal
stała prądnica (czy też jak taka maszyna się nazywa), dostarczająca
energii za pośrednictwem przewodów pierwszej maszynie oraz innym; były
także stosunkowo niewielkie świdry (każdy waży jednak dwadzieścia pięć i trzeba je przenosić na ramionach), służące do borowania otworów
strzałowych; również wiązki narzędzi górniczych powiązanych drutem jak
wiązki kluczy, co jest zwykłą praktyką, ponieważ górnicy obawiają się je
utracić.
Po przejściu jeszcze kilkuset metrów, znaleźliśmy się przy jednym z głównych przodków. Akurat nikt tam nie pracował, ale korytarzem podążała
właśnie zmiana górników, mająca rozpocząć wydobywanie węgla około
dwieście pięćdziesiąt metrów dalej. Stała tu jedna z większych maszyn
obsługiwana przez pięcioosobową załogę. Maszyna jest wyposażona w obracające się koło, na którym osadzone są pod różnym kątem około
kilkunastocentymetrowe zęby; urządzenie to jest właściwie powiększoną do
ogromnych rozmiarów piłą tarczową o osadzonych znacznie rzadziej zębach
i obracającą się poziomo, nie zaś pionowo. Załoga ustawia odpowiednio
maszynę, której przedni element można odchylić i nastawić w dowolne
położenie; następnie jeden z górników przyciska zębate koło do ściany
węgla. Dwóch innych górników, zwanych scufters, czyli ładowacze,
przerzuca łopatami urobek na gumowy transporter, który przenosi go przez
tunel do niecek oczekujących w głównym chodniku, skąd kolejka parowa
przewozi go do windy. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, że
obsługa piły węglowej pracuje w miejscu wysokim na niespełna metr.
Czołgając się tamtędy w kierunku przodku, mogliśmy co najwyżej posuwać
się na klęczkach, a na niektórych odcinkach trzeba było nawet się przy
tym pochylać: zatrudnieni tu górnicy muszą, jak przypuszczam, wykonywać
większość pracy leżąc na brzuchach. Było tam gorąco jak w piekle - chyba
około trzydziestu ośmiu stopni Celsjusza. Tymczasem obsługa piły żłobiła
węglową ścianę, wycinając w niej półkolisty rów; górnicy co pewien czas
podciągali maszynę do przodu i w miarę postępu umacniali ją podporami.
Zbulwersował mnie fakt, że to gigantyczne urządzenie oczywiście płaskie,
ale długości półtora metra i ważące kilkanaście ton, i nie wyposażone w koła, tylko w płozy - dało się podciągnąć do stanowiska pracy przez te
półtorakilometrowej długości chodniki. Nawet bowiem przesuwanie tej
stalowej masy do przodu, wzdłuż pokładu węgla, musi być straszliwym
znojem, ponieważ czynność tę obsługa wykonuje właściwie w pozycji
leżącej. Opodal dostrzegliśmy kilka myszy, których na dole jest podobno
mnóstwo. Usłyszałem, że najwięcej ich żyje w kopalniach, w których
pracowały albo nadal pracują konie. Najbardziej zastanawia mnie to, w jaki sposób myszy tam się dostają. Prawdopodobnie ukryte w klatce windy,
spadają w dół szybu i nie czynią sobie krzywdy, ponieważ, jak to mówią,
mysz (mająca dużą powierzchnię ciała w stosunku do wagi) może spaść z dowolnej wysokości i mimo to przeżyć.
Podczas drogi powrotnej tak bardzo się zmęczyłem, że prawie w ogóle nie
mogłem kontynuować marszu, a pod koniec trasy musiałem co pięćdziesiąt
metrów zatrzymywać się i odpoczywać. Stale ponawiany wysiłek związany z koniecznością pochylania się pod każdym dźwigarem, a potem prostowania
karku i pleców był straszliwy, zaś ulga jaką człowiek odczuwa gdy może
się wyprostować - zwykle dzięki podwyższeniu w stropie - jest
przeogromna. Niekiedy, gdy przyklękiwałem, kolana najzwyczajniej w świecie odmawiały mi posłuszeństwa i nie chciały mnie podnosić. Sytuację
pogarszało to, że na najniższych odcinkach strop zwykle biegnie ukośnie,
toteż oprócz tego, że trzeba posuwać się w pozycji pochylonej, trzeba to
także robić mniej lub bardziej bokiem. Wszystkich nas bolało całe ciało,
co nie dotyczyło tylko naszego przewodnika-inżyniera, który przywykł już
do kopalnianych warunków, oraz dwóch małych chłopców, którzy nie musieli
się pochylać; ja natomiast, ponieważ byłem najwyższy, cierpiałem
najdotkliwiej. Ciekawe, czy w ogóle są górnicy dorównujący mi wzrostem,
a jeśli tak, to czy cecha ta nie przysparza im cierpień fizycznych?
Kilku górników, których spotkaliśmy pod ziemią, poruszało się niezwykle
szybko i zręcznie, biegnąc między stojakami na czworakach jak psy.
Gdy wreszcie powróciliśmy na powierzchnię, z grubsza obmyliśmy się z pyłu węglowego i napiliśmy się piwa, po czym powróciłem do kwatery,
zjadłem obiad, a następnie bardzo długo moczyłem się w gorącej kąpieli.
Zaskoczyła mnie ogromna ilość brudu oraz to, jak trudno się było go
pozbyć. Brud dotarł do każdego zakamarka mojego ciała, pomimo to że na
dole miałem na sobie kombinezon ochronny, a pod spodem ubranie.
Oczywiście bardzo niewielu górników ma w domach łazienki - przeważnie
przed kuchennym paleniskiem stoi tylko cebrzyk z wodą. Myślę, że jeśli
nie dysponują odpowiednią wanną, to utrzymanie czystości jest w ich
warunkach niemożliwe.
W pomieszczeniu, w którym się przebieraliśmy, stało kilkanaście klatek z kanarkami. Przepisy górnicze nakazują hodowanie tych ptaków, ponieważ
używa się ich do sprawdzania, czy aby nie zagraża podziemny wybuch.
Kanarki wysyłane są windą na dół, a jeśli wracają żywe, oznacza to, że
powietrze jest wolne od metanu.
Lampy Davy'ego świecą całkiem jasno. Na wierzchołku lampy znajduje się
wlot powietrza, ale dopływ jego strumienia do płomyka hamuje siatka z gęstego drutu. Płomień nie przechodzi przez otworki poniżej pewnej
określonej średnicy. Rolą siatki jest zatem podtrzymywanie go, ale
jednocześnie zapobieganie, żeby nie przedostał się na zewnątrz i nie
wywołał wybuchu niebezpiecznych gazów kopalnianych. Wypełnione lampy
płoną przez osiem-dwanaście godzin i są szczelnie zamknięte, tak więc
jeśli na dole któraś zgaśnie, nie można jej na nowo zapalić. Przed
zjazdem na dół górnicy są poddawani rewizji w poszukiwaniu
zapałek12.
16.03.1936. Poprzedniego wieczoru poszedłem wysłuchać Mosleya13
w Public Hall, który z wyglądu i konstrukcji przypomina teatr. Sala była
prawie pełna - jak oceniam, przyszło około siedemset osób. Służbę
porządkową pełniło około stu "Czarnych koszul"; poza kilkoma, wszyscy
raczej mizerni; dziewczęta sprzedające "Action"14 itd. Mosley
przemawiał przez półtorej godziny i ku mojej konsternacji zdołał zdobyć
sobie niemal całą publiczność. Początkowo co prawda go wygwizdano, ale
na zakończenie dostał gromkie brawa. Kilka osób, które próbowały na
początku przerywać mu pytaniami, wyrzucono z sali, a wobec pewnego
mężczyzny - wydawało mi się, że chciał jedynie uzyskać odpowiedź na
zadane pytanie - niepotrzebnie zastosowano przemoc; kilku
"czarnokoszulowców" rzuciło się na niego, nie żałując mu ciosów, a przecież gość siedział spokojnie i wcale się nie awanturował. M. to
bardzo dobry mówca. Żonglował swoimi oklepanymi frazesami - imperium
wolnego handlu, precz z Żydami i cudzoziemcami, wyższe płace i krótsze
godziny pracy dla wszystkich - i tak dalej, i tak dalej. Początkowo
gwiżdżąca i tupiąca (głównie) robotnicza publiczność dała mu się łatwo
skołować, ponieważ mówił niby to z socjalistycznych pozycji, potępiając
kolejne rządy za zdradę interesów klasy robotniczej. Winą za wszystko
obarczył tajemnicze międzynarodowe kliki żydowskie, które podobno
finansują między innymi naszą Labour Party oraz Sowietów. Komentarz M.
dotyczący sytuacji międzynarodowej: "Wcześniej walczyliśmy z Niemcami
uczestnicząc w sporze brytyjskim - obecnie nie będziemy tego robić w sporze żydowskim" spotkał się z żywym aplauzem. Potem jak zwykle
zadawano pytania; zbulwersowało mnie to, jak łatwo można omamić
niewykształconych słuchaczy jeśli wcześniej przygotowało się zestaw
ciętych i zręcznych ripost, służących potem do nieudzielania odpowiedzi
na niewygodne pytania, np. M. wychwalał Włochy i Niemcy, jednak zapytany
o obozy koncentracyjne itd., powtarzał: "Nie naśladujemy cudzoziemskich
wzorów, a to, co się dzieje w Niemczech, nie musi dziać się u nas". Na
pytanie: "Skąd pan wie, że z pańskich własnych pieniędzy nie finansuje
się taniej cudzoziemskiej siły roboczej?" (M. potępił żydowskich
finansistów, którzy według jego słów uprawiają ów proceder), odparł:
"Wszystkie fundusze zainwestowałem w Anglię"; jak przypuszczam, zaledwie
tylko garść słuchaczy zdawała sobie sprawę z tego, że to puste słowa.
Na początku M. ostrzegł, że każdy kto zostanie usunięty z sali będzie
pociągnięty do odpowiedzialności na mocy przepisów o zgromadzeniach
publicznych. Nie jestem pewien, czy to się praktykuje, ale zapewne
teoretycznie jest to możliwe. W związku z tym fakt, że wewnątrz gmachu
nie ma policjantów na służbie, ma ogromne znaczenie. Każdy, kto zakłóca
przebieg zgromadzenia może być usunięty przemocą, a na dobitkę
aresztowany; oczywiście to porządkowi, a w rezultacie sam Mosley,
decydują o tym, co jest, a co nie jest zakłóceniem. W rezultacie można
zdrowo oberwać w zęby, a dodatkowo zapłacić grzywnę za zadanie pytania,
na które M. nie potrafił odpowiedzieć.
Po zakończeniu wiecu na zewnątrz budynku zebrał się spory tłum, ponieważ
wiele osób było oburzonych z powodu usunięcia z sali kilku słuchaczy.
Stojąc w tym tłumie, długo oczekiwałem na to, co nastąpi, ale ani M.,
ani jego partyjni towarzysze się nie pojawili. Po jakimś czasie policji
udało się rozproszyć ludzi: znalazłem się z przodu, a wtedy policjant
nakazał mi oddalić się, lecz uczynił to całkiem uprzejmie. Przeszedłem
do tyłu i znów oczekiwałem, ale ponieważ M. się nie pojawiał, uznałem,
że czmychnął tylnymi drzwiami, tak więc zrezygnowałem i powróciłem na
kwaterę. Rano w redakcji "Chronicle" dowiedziałem się jednak, że trochę
rzucano kamieniami, i że dwóch mężczyzn zostało aresztowanych, lecz
później zwolniono ich za kaucją.
G.15 poczynając od dzisiejszego ranka pracuje na poranną zmianę.
Wstaje o 3.45, a w pracy (czyli na przodku) musi być o 6.00. Wraca do
domu około 14.30. Jego żona nie budzi się, żeby mu zrobić śniadanie,
zresztą on sam powiada, że praktykują ów zwyczaj tylko nieliczne żony
górników. Powiedział mi również, że są górnicy, którzy jeśli w drodze do
pracy zobaczą kobietę, zawracają tego dnia do domu. Jest to bowiem
uważane za zły omen. Jak rozumiem, powyższe odnosi się wyłącznie do
porannej zmiany.
Rozdział I
I
Pierwszym dźwiękiem, jaki rozlegał się rankiem, było łomotanie sabotów młodych robotnic po bruku ulicy. Wcześniej, jak przypuszczam, wyły syreny fabryczne, lecz wtedy zawsze jeszcze spałem. W sypialni zwykle nocowało nas czterech, a pomieszczenie było nad wyraz odpychające; panowała w nim jakaś szpetna prowizorka, jak to zwykle bywa
w izbach niesłużących swoim właściwym celom. Dawniej ów dom był zwykłym
domem mieszkalnym, a gdy przejęli go państwo Brooker, otworzyli na dole
sklepik z flakami, pozostałe zaś pokoje przeznaczyli na wynajem: po
poprzednich właścicielach pozostały co bardziej nieprzydatne meble,
których nigdy nie chciało im się ich pozbyć. Sypialiśmy zatem w pomieszczeniu nadal całkiem wyraźnie przypominającym wyglądem dawny
salon. U sufitu wisiał ciężki kryształowy żyrandol, tak obrośnięty
kurzem, że wyglądał jakby był pokryty futerkiem. Większą część jednej ze
ścian zasłaniała jakaś wielgachna, straszliwa landara, ni to kredens, ni
komoda, przybrana mnóstwem rzeźbionych ozdóbek, pełna szufladek i tafelek z lustrami; na podłodze leżał żywy ongiś w barwach, a teraz już
spłowiały dywan, na którego skrajach stały pojemniki wypełnione po
brzegi nagromadzonymi przez lata śmieciami; były tam również dwa
pociągnięte fałszywą pozłotką krzesła o zapadniętych siedzeniach, a także jeden z tych staromodnych foteli wypchanych końskim włosiem, z których człowiek natychmiast się ześlizguje. Pokój zamieniono na
sypialnię, wstawiając pomiędzy te oraz inne rupiecie liche wyrka.
Moje leże stało w narożniku po prawej stronie, najbliżej drzwi. W nogach
wciśnięto poprzecznie drugie łóżko (gdyby ustawiono je inaczej, nie
można by otworzyć drzwi): oba mocno napierały na siebie, tak że spałem z konieczności ze skulonymi nogami; ilekroć je prostowałem, trącałem
stopami w plecy śpiącego tam mężczyznę. Ów sąsiad był już posunięty w latach, nazywał się Reilly, pracował jako mechanik, czy też ktoś taki,
"na górze" jednej z kopalń. Na moje szczęście wychodził do pracy o piątej rano, więc gdy go już nie było, mogłem wreszcie wyprostować nogi
i przez te kilka godzin wygodnie sobie pospać. Łóżko naprzeciw zajmował
szkocki górnik, który został ranny na dole (przygniótł go potężny
odłamek skały, który usunięto dopiero po kilku godzinach) i otrzymał
pięćset funtów odszkodowania. Był postawnym, przystojnym
czterdziestolatkiem o posiwiałych już włosach i krótkich podstrzyżonych
wąsach i bardziej przypominał sierżanta niż górnika; wylegiwał się w łóżku do wczesnego popołudnia, pykając krótką fajeczkę. W następnym
łóżku sypiali kolejno agenci czy też akwizytorzy ogłoszeń prasowych oraz
faceci sprzedający rozmaite artykuły na raty. Było to podwójne łóżko,
zdecydowanie najlepsze i najwygodniejsze. Przydzielono mi je pierwszej
nocy, lecz potem chytrze skłoniono do wyrażenia zgody na zmianę,
ponieważ przybył nowy lokator. Myślę, że wszyscy nowo przybyli
przesypiali pierwszą noc w tym podwójnym łóżku, pełniącym rolę, że tak
powiem, wabika-pułapki. Okna były zamknięte na głucho i dodatkowo
zabezpieczone na dole czerwonymi woreczkami z piaskiem, toteż rano
śmierdziało jak w oborze. Człowiek nic nie czuł kiedy wstał; trzeba było
dopiero wyjść z sypialni i powrócić, żeby odór walnął w nozdrza jak
siekiera.
Nigdy się nie dowiedziałem, ile budynek miał sypialni, chociaż -
osobliwa rzecz - była tam łazienka, urządzona jeszcze przez poprzednich
właścicieli. Na dole znajdowała się, jak to zwykle bywa, kuchnia z wielkim otwartym paleniskiem, na którym przez całą dobę płonął ogień.
Półmrok rozjaśniał tylko pojedynczy świetlik, a pomieszczenie pozbawione
było okien, ponieważ z jednej strony sąsiadował z nim sklep, a z drugiej
spiżarnia, w której widać było zejście do jakiegoś mrocznego lochu -
przechowywano tam flaki. Drzwi prowadzące do spiżarni częściowo
blokowała bezkształtna sofa, na której stale leżała pani Brooker, nasza
gospodyni, nieustannie obłożnie chora i owinięta mnóstwem brudnych
koców. Miała szeroką, naznaczoną troskami twarz o jasnożółtej cerze.
Nikt nie wiedział, co jej właściwie dolega; jak przypuszczam, cierpiała
wyłącznie z przejedzenia. Przed paleniskiem niemal zawsze suszyła się
bielizna, a pośrodku pomieszczenia stał wielki stół kuchenny, przy
którym jadała rodzina gospodarzy oraz wszyscy lokatorzy. Nie pamiętam,
żebym kiedykolwiek widział ów stół nienakryty, czasem jednak widywałem
to, czym go przykrywano. A więc na samym spodzie znajdowała się warstwa
starych gazet poplamiona sosem worcester; na niej lepiąca się od brudu
biała cerata; kolejną warstwę stanowił zielony obrus ze zgrzebnego lnu,
nigdy nie zmieniany i rzadko zdejmowany. Okruchy ze śniadania leżały na
stole zwykle aż do kolacji. Nauczyłem się rozpoznawać nieomylnie każdy
ich rodzaj i codziennie sprawdzać, jaką trasę przebyły na obrusie od
poprzedniego dnia.
Sklep był wąski i zimny. Na zewnętrznych szybach widniało kilka białych
liter, rozrzuconych bezładnie niczym gwiazdy, pozostałość po dawnych
reklamach czekolady. Pośrodku sklepu stał stół, na którym leżały wielkie
białawe sploty flaków, obok zaś szara, drobno pomarszczona masa,
nazywana "czarnymi flakami" oraz wstrętne, półprzezroczyste, ugotowane
świńskie nogi. Był to typowy sklep typu "flaki i groch": właściciele nie
mieli na składzie nic więcej, wyjąwszy chleb, papierosy i konserwy. Mimo
iż wywieszka w oknie zachwalała "herbatkę", gdy ktoś chciał zamówić
kubek tego napoju, zbywano go niczym, sumitując się gęsto. Pan Brooker,
pomimo iż od dwóch lat nie miał pracy, był z zawodu górnikiem; on i jego
żona zawsze uzyskiwali uboczne dochody z jakiegoś handlu. Niegdyś mieli
piwiarnię, stracili jednak licencję za tolerowanie w lokalu hazardu.
Wątpię, żeby któryś z ich interesów popłacał, oboje należeli bowiem do
osób, które prowadzą je po to, żeby móc stale narzekać. Pan Brooker był
czarniawym, drobnokościstym, przypominającym Irlandczyka typem, do tego
zadziwiająco niechlujnym. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widział go z czystymi rękoma. Ponieważ jego żona stale chorowała, większość posiłków
przygotowywał sam, a zwyczajem ludzi, którzy miewają zawsze brudne ręce,
w charakterystyczny sposób dokładnie międlił i długo obracał wszystko w palcach. Na każdej przygotowanej przezeń kromce chleba z masłem czerniał
zawsze odcisk jego kciuka. Nawet wczesnym rankiem, gdy schodził w tajemnicze czeluście za łóżkiem, na którym spoczywała jego żona i przynosił na górę flaki - nawet wtedy miał już czarne łapy. Inni
lokatorzy opowiadali mi przerażające wręcz rzeczy na temat miejsca
przechowywania flaków. Podobno żerowały tam na nich stada karaluchów.
Nie wiem, jak często nasi gospodarze zamawiali świeży towar, jednak
chyba nieczęsto, ponieważ pani Brooker miała zwyczaj określać według dat
tych dostaw wszystkie inne wydarzenia. - Zara, niech no policzę, od
tamtej pory przywozili nam mrożeninę (zamrożone flaki) trzy razy - i tak
dalej, i tak dalej. Nam, lokatorom, nigdy nie podawano flaków. Wtedy
myślałem, że są może zbyt drogie, następnie jednak wydedukowałem, że
chyba po prostu wiedzieliśmy o nich zbyt wiele. Zauważyłem także, że
sami państwo Brookers nigdy ich nie jedli.
Jedynymi stałymi lokatorami byli pan Reilly, ów szkocki górnik, dwóch
emerytów oraz Joe, mężczyzna utrzymujący się z zasiłków PAC - należał on
do takich osób, które nie miewają nazwiska. Po bliższym poznaniu Szkot
okazał się straszliwym nudziarzem. Zwyczajem wielu bezrobotnych zbyt
dużo czasu spędzał na lekturze gazet, a jeśli mu się w porę nie
przerwało, potrafił godzinami ględzić na temat chociażby "żółtego
niebezpieczeństwa", morderców kawałkujących swoje ofiary i ukrywających
ich szczątki w skrzyniach, astrologii oraz konfliktu pomiędzy religią i nauką. Starzy emeryci zostali, jak to zwykle bywa, usunięci ze swoich
domów przez Means Test16. Oddawali Brookerom swoje cotygodniowe
dziesięć szylingów, otrzymując w zamian utrzymanie jakiego można się
spodziewać za tę kwotę, mianowicie łóżko na poddaszu oraz posiłki,
najczęściej typu chleb-z-masłem. Pierwszy emeryt należał to kategorii
osób mieniących się "lepszymi" i umierał na jakąś nieuleczalną chorobę -
chyba miał raka. Wstawał z łóżka tylko wtedy, kiedy musiał pójść, żeby
odebrać swoje pieniądze. Drugi, którego wszyscy nazywali Old Jack, miał
siedemdziesiąt osiem lat i był niegdyś górnikiem; przepracował pod
ziemią ponad pięćdziesiąt lat. Był bystry i inteligentny, osobliwie
jednak pamiętał wyłącznie swoje przeżycia i doświadczenia z młodości;
nie wspominał nigdy ani słowem o nowoczesnym sprzęcie górniczym i usprawnieniach w pracy. Opowiadał mi za to o zmaganiach z oszalałymi
końmi w wąskich chodnikach. Gdy się dowiedział, że czynię przygotowania
do zwiedzenia kilku kopalni, spojrzał tylko na mnie pogardliwie i orzekł, że mężczyzna mojego wzrostu (mierzyłem sto osiemdziesiąt
dziewięć centymetrów) nigdy nie da sobie rady z "dojazdem" na dole;
puszczał mimo uszu moje słowa, że przecież warunki tego "dojazdu" się
poprawiły. Był jednak przyjaźnie usposobiony do otoczenia, a kiedy
człapał po schodach na swoje poddasze, gdzie sypiał, żegnał wszystkich
gromkim okrzykiem "Dobranoc, chłopaki!". Najbardziej podobało mi się w nim to, że nigdy nie sępił; pod koniec tygodnia brakowało mu zwykle
tytoniu, zawsze jednak odmawiał poczęstunku. Brookerowie ubezpieczyli
emerytów na życie w firmach pobierających składkę "sześć pensów
tygodniowo". Podobno podsłuchano, jak zaniepokojeni gospodarze
wypytywali akwizytora z tej firmy, "jak długo mogą żyć chorzy na raka?".
Joe, podobnie jak Szkot, czytywał namiętnie gazety i niemal całymi
dniami przesiadywał w bibliotece publicznej. Był to typowy bezrobotny
kawaler, osobnik wyraźnie zaniedbany, właściwie już obdartus, o okrągłej, niemal dziecięcej twarzy, na której malował się wyraz naiwnej
przekory. Przypominał bardziej opuszczonego chłopca niż dorosłego
mężczyznę. Przypuszczam, że zupełny brak obowiązków powoduje, iż tak
wielu jemu podobnych wygląda znacznie młodziej niż powinni na swój wiek.
Sądząc po jego wyglądzie i powierzchowności, dawałem mu około dwudziestu
ośmiu lat, atoli ze zdumieniem dowiedziałem się, że ma ich już
czterdzieści trzy. Joe miał upodobanie do wyrażania się górnolotnymi i dobitnymi frazami, a ponadto był bardzo dumny z faktu, że postawił na
swoim i nigdy się nie ożenił. - Więzy małżeńskie to wielka sprawa -
mawiał do mnie często, najwyraźniej mniemając, iż brzmi to nad wyraz
wnikliwie, a jednocześnie daje dużo do myślenia. Jego dochody wynosiły
piętnaście szylingów tygodniowo, z czego sześć lub siedem płacił
Brookerom za noclegi. Widywałem niekiedy, jak grzeje sobie na kuchennym
palenisku wodę na herbatę, jednak pozostałe posiłki jadał gdzieś na
zewnątrz, a składały się one, jak przypuszczam, głównie z kromek chleba
z margaryną oraz ryby z frytkami.
Oprócz nich była też klientela nieregularna, którą tworzyli
komiwojażerowie pośledniejszego gatunku - wędrowni aktorzy (na północy
Anglii jest ich zawsze sporo, ponieważ w większych piwiarniach bardzo
często odbywają się w weekendy występy różnych artystów) oraz
akwizytorzy prasy. Z tymi ostatnimi zetknąłem się wtedy po raz pierwszy.
Ich zajęcie wydało mi się tak jałowe, beznadziejne i okropne, że
zachodziłem w głowę, dlaczego ktoś chwyta się takiej pracy mając jako
alternatywę pobyt w więzieniu. Ludzie ci byli zatrudnieni przeważnie
przez tygodniki lub niedzielne dodatki do gazet; podróżowali po miastach
zaopatrzeni w ich plany oraz w wykazy ulic, które musieli codziennie
"obrobić". Jeżeli nie zdołali zdobyć przynajmniej dwudziestu prenumerat
dziennie, szli na bruk. Jeśli utrzymali wymagane minimum, otrzymywali
niewielką pensyjkę - bodaj dwa funty tygodniowo; oprócz tego za każde
zamówienie powyżej dwudziestu pobierali jakąś mikroskopijną prowizję.
Cała rzecz nie była jednak aż tak beznadziejna, jakby się to wydawało na
pierwszy rzut oka, ponieważ w dzielnicach robotniczych każda rodzina
abonuje jakiś dwupensowy tygodnik i co kilka tygodni zmienia go na inny;
skądinąd wątpię, by ktokolwiek zdołał utrzymać takie zajęcie na dłużej.
Wydawcy czasopism zatrudniają biednych rozbitków życiowych znajdujących
się w rozpaczliwej sytuacji, bezrobotnych urzędników i komiwojażerów
oraz podobnych nieszczęśników, którzy dokonują desperackich wysiłków,
żeby wypracować swoje minimum; potem, gdy to straszliwe zajęcie ścina
ich dosłownie z nóg, otrzymują wymówienie, a pracodawca angażuje nowych.
Poznałem dwóch takich facetów, zatrudnianych przez jeden z bardziej
znanych tygodników. Obaj byli w średnim wieku, mieli na utrzymaniu
rodziny, a jeden dochował się już nawet wnuków. Byli na nogach po
dziesięć godzin dziennie, "obrabiając" wyznaczone ulice, a potem do
późna w nocy wypełniali formularze dotyczące szwindlu z powodzeniem
uprawianego przez ich pisma: w ramach tego oszukaństwa można było - po
wykupieniu sześciotygodniowej prenumeraty i wpłaceniu dwóch szylingów
przekazem pocztowym - otrzymać "darmowy" serwis stołowy. Otyły
komiwojażer: ten, który już był dziadkiem, zasypiał na siedząco z głową
w stosie formularzy. Żadnego z nich nie było stać na wydanie funta
tygodniowo, czyli kwoty, jaką państwo Brooker liczyli sobie za pełne
utrzymanie. Płacili tylko niewielką stawkę za noclegi i siedząc w kuchennym narożniku, spożywali ukradkiem posiłki składające się z bekonu
i kromek chleba z margaryną, które przechowywali w swoich walizeczkach.
Państwo Brooker mieli znaczną liczbę synów i córek, z których większość
dawno już wyniosła się z domu. Niektórzy przebywali w Kanadzie - "w Kanadowie", jak mawiała pani Brooker. Tylko jeden syn mieszkał opodal;
był to wielki, przypominający wieprza młodzieniec, zatrudniony w garażu;
często przychodził do rodziców na posiłki. Jego żona stale przebywała w naszym domu wraz z dwójką dzieci, a gotowała i prała też przeważnie sama
oraz Emmie, narzeczona drugiego syna, który przebywał w Londynie. Emmie
była jasnowłosą dziewczyną o spiczastym nosie i nieszczęśliwym wyrazie
twarzy; zarabiała grosze w jednej z fabryk, a wieczorami harowała jak
niewolnica w domu przyszłych teściów. Zauważyłem, że jej ślub z synem
Brookerów nieustannie odkładano w czasie i, prawdę powiedziawszy, nigdy
by do niego zapewne nie doszło, gdyby nie to, że pani Brooker już
wyznaczyła Emmie rolę swojej przyszłej synowej; jednocześnie przez cały
czas obserwowała ją czujnym okiem i strofowała życzliwie w ów osobliwy,
charakterystyczny sposób właściwy kalekom. Pozostałe prace domowe
wykonywał (lub ich nie wykonywał) gospodarz. Pani Brooker rzadko
wstawała ze swojej sofy ustawionej w kuchni (leżała na niej przez
okrągłą dobę) i była zbyt złożona chorobą, żeby robić coś innego niż
tylko zjadać ogromne porcje posiłków. Jej mąż zajmował się sklepem,
wydawał posiłki lokatorom i "porządkował" sypialnię. Kolejne czynności
zawsze wykonywał powoli, w tempie iście ślimaczym. Często więc łóżka
stały niezasłane aż do szóstej po południu, zaś o dowolnej porze dnia
można było natknąć się na pana Brookera na schodach, jak niósł
wypełniony po wręby nocnik, odginając wysoko kciuk. Rankami zaś siedział
przy kuchennym palenisku; obok stała wanienka wypełniona brudną wodą, a on obierał kartofle tak powoli, jakby odbywało się to na zwolnionym
filmie. Nigdy wcześniej nie spotkałem osoby, która by wykonywała tę
czynność z równie zapiekłą odrazą, a której w dodatku towarzyszyło
ciągłe rozpamiętywanie swojej "krzywdy". Niemal było widać, jak gotuje
się w nim jakiś gorzki jad, nienawiść to tej "cholernej babskiej
roboty". Należał bowiem do tego typu ludzi, którzy potrafią przeżuwać
swoje urazy niczym krowa paszę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki