Droga na molo w Wigan - George Orwell

Kup ebooka

35.00 zł
29.05 zł (27,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

31.01.1936. Do Coven­try pocią­giem, tak jak pla­no­wa­łem; na miej­scu ok. 16.00. Pen­sjo­nat, typu "noc­leg i śnia­da­nie", bar­dzo podły. Trzy szy­lingi, sześć pen­sów. W holu oprawne w ramki świa­dec­two, że (John Smith) został wybrany drogą gło­so­wa­nia na funk­cję Primo Buffo1. W pokoju są dwa łóżka gość, który chce mieć pokój tylko dla sie­bie, płaci za noc­leg pięć szy­lin­gów. Zapach jak w tanich pen­sjo­na­tach. Posłu­gu­jąca dziew­czyna-kre­tynka o wiel­kim ciel­sku i małej główce, zwały tłusz­czu w miej­scu jej talii mimo woli przy­wo­dzą na myśl tłuszcz od szynki.

1.02.1936. Podłe śnia­da­nie z komi­wo­ja­że­rem z York­shire. Potem pie­chotą osiem­na­ście kilo­me­trów na przed­mie­ście Bir­ming­ham, auto­bu­sem na Bull Ring2 (bar­dzo przy­po­mina rynek w Nor­wich); przy­by­łem o 13.00. Lunch w Bir­ming­ham, następ­nie auto­bu­sem do Sto­ur­bridge. Pie­chotą sześć-sie­dem kilo­me­trów do Clent Youth Hostel. Wszę­dzie czer­wona zie­mia. Pierw­sze, jesz­cze nie­śmiałe, pta­sie zaloty, sam­czyki zięb i gilów bar­dzo jaskrawo ubar­wione, sły­chać godowe nawo­ły­wa­nie kuro­patw. Wyjąw­szy wio­skę Meri­den, na tra­sie z Coven­try do Bir­ming­ham pra­wie żad­nych porząd­nych budyn­ków. Na zachód od Bir­ming­ham widać, jak nie­mal wszę­dzie za wzgó­rzami roz­peł­zła się roz­po­wszech­niona na wielką skalę cywi­li­za­cja uży­tecz­nych lecz tan­det­nych dom­ków jed­no­ro­dzin­nych. Cały dzień pada, choć z prze­rwami.

Prze­by­łem osiem­na­ście kilo­me­trów, na środki trans­portu wyda­łem szy­linga i cztery pensy. Na jedze­nie dwa szy­lingi i trzy pensy.

02.02.1936. Wygodny noc­leg w hostelu, pokój mia­łem dla sie­bie. Jed­no­pię­trowy drew­niany dom z potęż­nym pie­cem kok­so­wym, który dobrze ogrzewa wnę­trze. Łóżko kosz­tuje szy­linga, dwa pensy to koszt ogrze­wa­nia, a żeby coś ugo­to­wać, trzeba wrzu­cać pensy do auto­matu przy licz­niku gazu. W hostelu sprze­dają chleb, mleko itd. Należy mieć wła­sny śpi­wór, ale dostaje się koce, mate­rac i poduszki. Wie­czór męczący, ponie­waż syn gospo­da­rza, chcąc, jak przy­pusz­czam, oka­zać mi uprzej­mość, przy­szedł i grał ze mną w ping-ponga, nie­mal do upa­dłego, aż tak się zmę­czy­łem, że nie mogłem potem ustać na nogach. Ran­kiem długa roz­mowa z gospo­da­rzem, który hoduje drób i kolek­cjo­nuje szkło oraz naczy­nia cynowe. Opo­wia­dał mi, że w roku 1918 we Fran­cji, pod­czas pościgu za wyco­fu­ją­cymi się Niem­cami, zra­bo­wał gdzieś bez­cenne szkło, które z kolei odkrył w jego baga­żach, a potem zra­bo­wał, gene­rał jego macie­rzy­stej dywi­zji. Poka­zał mi też piękne okazy naczyń cyno­wych oraz kilka bar­dzo oso­bli­wych szty­chów japoń­skich z moty­wami wyka­zu­ją­cymi znaczne wpływy euro­pej­skie. Jego ojciec zra­bo­wał te przed­mioty uczest­ni­cząc w jakiejś mor­skiej wypra­wie około roku 1860.

Opu­ści­łem to miej­sce o 10.00, potem pie­chotą do Sto­ur­bridge, auto­bu­sem do Wolver­hamp­ton, włó­czy­łem się jakiś czas po slum­so­wej dziel­nicy tego mia­sta, póź­niej zja­dłem lunch i posze­dłem pie­chotą do odle­głego o szes­na­ście kilo­me­trów Pen­kridge. Wolver­hamp­ton wygląda na okropną dziurę. Wszę­dzie liche domki, spo­wite peł­za­ją­cym dymem, pomimo iż była nie­dziela, zaś wzdłuż linii kole­jo­wej potężne zwały gliny i stoż­ko­wate kominy (cera­miczne piece szy­bowe). Pie­sza trasa z W'ton do Pen­kridge bar­dzo jed­no­stajna, a przez cały czas lało. Sze­regi jed­no­staj­nych dom­ków cią­gną się nie­mal nie­prze­rwa­nie pomię­dzy tymi dwoma mia­stami. Około 16.30 zatrzy­ma­łem się w Pen­kridge na her­batę. Maleńki nie­chlujny salo­nik z miłym komin­kiem, nieco nazna­czony zmarszcz­kami pan domu, dość posu­nięty w latach, oraz ogromna kobieta, mniej wię­cej 45-let­nia, o krótko obcię­tych wło­sach koloru lnu i pozba­wiona przed­nich zębów. Oboje podzi­wiali mnie za boha­ter­stwo, czyli za to, że sze­dłem pie­chotą w taki dzień. Wypi­łem z nimi "rodzinną" her­batkę. Poże­gna­łem się około 17.15 i znów usze­dłem kilka kilo­me­trów, ale sześć ostat­nich kilo­me­trów do Staf­ford prze­by­łem już auto­bu­sem. W poszu­ki­wa­niu taniego noc­legu zasze­dłem do Hotelu Abs­ty­nenc­kiego3, ale łóżko ze śnia­da­niem kosz­to­wało tam aż pięć szy­lin­gów. Zwy­czajny obrzy­dliwy pokoik, prze­ście­ra­dła szyte z dia­go­nalu, jak zwy­kle nie­do­prane i śmier­dzące. W łazience jakiś komi­wo­ja­żer wywo­ły­wał w wan­nie zdję­cia. Nakło­ni­łem go, żeby się z tym wyniósł i wyką­pa­łem się, po czym zda­łem sobie sprawę, jak bar­dzo bolały mnie nogi.

Prze­by­łem około dwa­dzie­ścia pięć kilo­me­trów, na środki trans­portu wyda­łem szy­linga i pięć pen­sów. Na jedze­nie dwa szy­lingi, osiem i pół pensa.

3.02.1936. Wysze­dłem o 9.00 i wsia­dłem do auto­busu jadą­cego do Han­ley. Spa­ce­ro­wa­łem po Han­ley i tro­chę po Bur­slem. Strasz­liwy ziąb, lodo­waty wiatr, a w nocy spadł śnieg; wszę­dzie leżą całe jego ławice pokryte sadzą. Han­ley i Bur­slem to chyba naj­ohyd­niej­sze z miejsc, jakie kie­dy­kol­wiek oglą­da­łem. Labi­rynty maleń­kich usmo­lo­nych dom­ków, a wśród nich kominy szy­bo­wych pie­ców cera­micz­nych przy­po­mi­na­jące wiel­kie butle bur­gunda, na wpół zako­pane w ziemi, wyplu­wa­jące kłęby dymu. Wszę­dzie oznaki biedy, sklepy nad­zwy­czaj nędzne. Gdzie­nie­gdzie widoczne ogromne wyko­pane jamy, jedna z nich sze­roka na dwie­ście metrów i mniej wię­cej tak samo głę­boka; z jed­nej strony wloką się na zbo­cze zardze­wiałe wago­niki, wcią­gane pod­wie­szo­nym prze­no­śni­kiem; na nie­mal pio­no­wym urwi­sku dru­giej jamy tu i ówdzie uwie­szeni na linach robot­nicy, przy­po­mi­nają zbie­ra­czy kow­niatka mor­skiego4, dzio­biąc zacie­kle ścianę kilo­fami, na pozór bez­ce­lowo, choć przy­pusz­czam, że wydo­by­wali bryły gliny. Pie­chotą do Eldon, gdzie w pubie zja­dłem lunch. Ziąb strasz­liwy. Oko­lica pagór­ko­wata, wspa­niałe widoki, zwłasz­cza gdy zaj­dzie się dalej na wschód, tam gdzie żywo­płoty ustę­pują miej­sca kamien­nym mur­kom. Tutej­sze owce wydają się znacz­nie słab­szej rasy niż te na połu­dniu. Pie­chotą do jeziora Rudy­ard.

Jezioro Rudy­ard (w rze­czy­wi­sto­ści rezer­wuar wodny, zaopa­tru­jący mia­sta, w któ­rych pro­du­kuje się cera­mikę) przed­sta­wia nader ponury widok. Latem czynny jest tutaj ośro­dek wypo­czyn­kowy. Co dzie­sięć metrów kawiar­nie, statki miesz­kalne i wyciecz­kowe, teraz wszyst­kie opusz­czone i zanie­dbane, ponie­waż nie jest to sezon. Tabliczki z napi­sami doty­czą­cymi łowie­nia ryb, jed­nak przy­glą­da­łem się dokład­nie wodzie i nie wydaje mi się, by żyły w niej jakieś ryby. Wokół żywej duszy, wieje ostry, zimny wiatr. Wszy­stek poła­many lód zebrał się na połu­dnio­wym krańcu, a fale poru­szają ryt­micz­nie taflami, które dźwię­czą klink-klank, klink-klank - to chyba naj­bar­dziej przy­gnę­bia­jący odgłos jaki do mnie docie­rał. (Do zapam.: umie­ścić ten obraz w jakiejś powie­ści, także wspo­mnieć o pustym opa­ko­wa­niu po papie­ro­sach Cra­ven A, koły­szą­cym się wśród lodu). Z trud­no­ścią odna­la­złem hostel odda­lony o około pół­tora kilo­me­tra. Znów jestem w nim jedy­nym gościem. Wiel­kie domisz­cze, w któ­rym hulają prze­ciągi, kiep­sko udaje dawny zamek - naj­wy­raź­niej ślad czy­je­goś sza­leń­stwa - zbu­do­wany około roku 1860. Trzy z czte­rech poko­jów zupeł­nie puste. Całe kilo­me­try wyło­żo­nych kamienną posadzką kory­ta­rzy, w któ­rych sły­chać echo kro­ków, żad­nego oświe­tle­nia wyjąw­szy świece, a do pod­grze­wa­nia potraw tylko małe i kop­cące pie­cyki ole­jowe. Zimno jak w psiarni.

Pozo­stały mi tylko dwa szy­lingi i osiem pen­sów, tak więc jutro koniecz­nie do Man­che­steru (pie­chotą do Mac­c­les­field, potem auto­bu­sem), żeby zre­ali­zo­wać czek.

Prze­by­łem osiem­na­ście kilo­me­trów, na środki trans­portu wyda­łem szy­linga i osiem pen­sów. Na jedze­nie dwa szy­lingi, osiem i pół pensa.

4.02.1936. Wsta­łem z łóżka, z zimna mia­łem tak zgra­białe ręce, że nie mogłem zapiąć ani jed­nego guzika, toteż naj­pierw musia­łem zejść na dół i ogrzać dło­nie; dopiero potem mogłem się ubrać. Wysze­dłem około 10.30. Prze­śliczny pora­nek. Zie­mia zamar­zła na kamień, wiatr zupeł­nie ucichł i jasno świeci słońce. Wokół żywej duszy. Jezioro Rudy­ard (dłu­gie na około dwóch kilo­me­trów) w nocy zamar­zło. Po lodzie łażą oso­wiałe dzi­kie kaczki. Słońce pod­nosi się na nie­bie, a pro­mie­nie cudow­nie zała­mują się na lodzie, two­rząc czer­wo­no­złote refleksy, naj­pięk­niej­sze, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łem. Długo rzu­ca­łem kamie­niami, które śli­zgały się po taflach. Prze­cią­gły dźwięk, jaki wydaje wtedy chro­po­waty kamień, przy­po­mina świ­sta­nie brodźca.

Pie­chotą do Mac­c­les­field, szes­na­ście albo sie­dem­na­ście kilo­me­trów, potem auto­bu­sem do Man­che­steru. Ode­bra­łem listy, potem do banku, żeby zre­ali­zo­wać czek, oka­zało się jed­nak, że bank jest nie­czynny - tutej­sze banki zamy­kają o 15.00. Głu­pia sprawa, ponie­waż mia­łem przy duszy tylko trzy szy­lingi. Posze­dłem do biura hostelu dla mło­dzieży i zapy­ta­łem, czy nie mogliby wymie­nić czeku na gotówkę, ale odmó­wili, wobec tego popro­si­łem na komi­sa­ria­cie poli­cji, żeby zapro­wa­dzili mnie do jakie­goś adwo­kata, który pomógłby mi zre­ali­zo­wać czek, ale rów­nież spo­tka­łem się z odmową. Prze­raź­li­wie zimno. Na uli­cach pry­zmy ohyd­nej czar­nej masy, był to zamar­z­nięty śnieg usmo­lony dymem. Nie chcia­łem noco­wać pod gołym nie­bem. Posze­dłem do ubo­giej dziel­nicy (Che­ster Street), odna­la­złem lom­bard i usi­ło­wa­łem zasta­wić płaszcz, ale usły­sza­łem, że już ich nie przyj­mują. Potem przy­szło mi na myśl, że mogę prze­cież zasta­wić sza­lik, za który otrzy­ma­łem szy­linga i osiem­na­ście pen­sów. Potem do taniego pod­rzęd­nego pen­sjo­natu: przy Che­ster Street jest ich trzy, wszyst­kie obok sie­bie.

Długi list od Reesa; radził mi, kogo należy odwie­dzić i z kim warto roz­ma­wiać, jedna z tych osób mieszka na szczę­ście w Man­che­ste­rze.

Prze­by­łem około dwa­dzie­ścia kilo­me­trów, na środki trans­portu wyda­łem dwa szy­lingi. Na jedze­nie dzie­sięć pen­sów.

5.02.1936. Pró­bo­wa­łem spo­tkać się z Meadem5, ale oka­zało się, że wyszedł. Dzień spę­dzi­łem w tanim pen­sjo­na­cie. Podob­nie jak w Lon­dy­nie noc­leg kosz­tuje tu jede­na­ście pen­sów, śpi się w osob­nych pomiesz­cze­niach, nie w sali ogól­nej. Tutej­szy "funk­cyjny", jak to czę­sto bywa, inwa­lida. Ohydny zwy­czaj parze­nia her­baty w bla­sza­nych czar­kach. Rano zre­ali­zo­wa­łem czek, ale posta­no­wi­łem pozo­stać w pen­sjo­na­cie i naza­jutrz spo­tkać się z Meadem.

6-10.02.1936. W domu Meadów przy Bryn­ton Road 49, Long­si­ght. Bryn­ton Road to jedna z ulic w obrę­bie nowej kolo­nii domów. Bar­dzo przy­zwo­ite, z łazien­kami i świa­tłem elek­trycz­nym; czynsz, jak przy­pusz­czam, około dwa­na­ście lub czter­na­ście szy­lin­gów. Meade jest jakimś urzęd­ni­kiem związ­ko­wym i ma coś wspól­nego z wyda­wa­niem "Labour's Nor­thern Voice" - pra­cują tam ludzie, któ­rzy zaj­mują się stroną wydaw­ni­czą pisma "Adel­phi". Oboje pań­stwo M. bar­dzo porządni i nad­zwy­czaj dla mnie mili. Pocho­dzą z klasy robot­ni­czej, mówią z cięż­kim akcen­tem z Lan­ca­shire, w dzie­ciń­stwie cho­dzili w sabo­tach, ale atmos­fera panu­jąca w ich domu jest nie­mal taka, jak u rodziny wywo­dzą­cej się z klasy śred­niej. M. nieco zdzi­wieni i obu­rzeni słu­chali, gdy opo­wia­da­łem, że spę­dzi­łem noc w tanim pen­sjo­na­cie. Znów ude­rzyło mnie to, iż gdy tylko robot­nik otrzyma ofi­cjalne sta­no­wi­sko w apa­ra­cie związ­ko­wym, albo zacznie się zaj­mo­wać poli­tyką labo­urzy­stow­ską, prze­nosi się jakby auto­ma­tycz­nie do klasy śred­niej - z wła­snej woli albo i bez­wied­nie; innymi słowy, wal­cząc z bur­żu­azją, sam staje się po tro­chu bur­żu­jem. Jest jed­nak fak­tem, że nie spo­sób nie pro­wa­dzić życia i jed­no­cze­śnie nie być zwo­len­ni­kiem ide­olo­gii nie­przy­sta­ją­cych do osią­ga­nych docho­dów (w przy­padku M. wyno­szą one, jak obli­czam, około czte­rech fun­tów tygo­dniowo). Jedyny spór, w jaki wda­łem się z pań­stwem M., doty­czył kwe­stii zwra­ca­nia się do mnie per "towa­rzy­szu". Pani M., jak to zwy­kle bywa, nie orien­tuje się zbyt­nio w poli­tyce, jed­nak - tak jak każda dobra żona - przy­jęła poglądy męża za swoje; wyma­wia zwrot "towa­rzy­szu" z wyraź­nym skrę­po­wa­niem. Ude­rzyła mnie duża róż­nica w zwy­cza­jach, nawet na tak dale­kiej pół­nocy. Pani M. była wyraź­nie zasko­czona (i patrzyła tro­chę krzywo), gdy wsta­wa­łem z krze­sła ile­kroć wcho­dziła do pokoju, pro­po­no­wa­łem jej też pomoc w zmy­wa­niu, i tak dalej. - Tutejsi pano­wie zazwy­czaj ocze­kują, że koło nich się będzie ska­kać - stwier­dziła.

M. umó­wił mnie na spo­tka­nie z Joe Ken­na­nem, elek­try­kiem, który zaj­muje ważne sta­no­wi­sko w ruchu socja­li­stycz­nym. Mieszka on rów­nież w porząd­nym domku wybu­do­wa­nym z miej­skich fun­du­szy (w osie­dlu Beech Hill), ma jed­nak w sobie znacz­nie wię­cej cech robot­nika. Jest bar­dzo krępy, mocno zbu­do­wany, o zawsze łagod­nych manie­rach, do tego bar­dzo gościnny i zawsze chętny do pomocy. Jego star­sze dziecko leżało chore w gór­nej sypialni (lekarz podej­rze­wał szkar­la­tynę), młod­sze bawiło się na pod­ło­dze żoł­nie­rzy­kami i minia­tu­rową armatką. Ken­nan uśmiech­nął się: - I widzi pan? A ja mam być pacy­fi­stą - rzekł. - Meade wysłał mnie do biura NUWM6 z listem do sekre­ta­rza, w któ­rym popro­sił go o zna­le­zie­nie dla mnie kwa­tery w Wigan. Ich biuro mie­ści się w obrzy­dli­wej cia­snej norze, ale dla ludzi pozba­wio­nych pracy jest ist­nym darem Bożym, ponie­waż wewnątrz jest cie­pło, są gazety itd. Sekre­tarz, Paddy Grady, jest bez­ro­bot­nym gór­ni­kiem. Wysoki i szczu­pły, lat około trzy­dzie­stu pię­ciu, inte­li­gentny, dobrze poin­for­mo­wany i bar­dzo uczynny. Jest kawa­le­rem z pobo­rami sie­dem­na­stu szy­lin­gów tygo­dniowo; poza tym lata nie­do­ży­wie­nia i bez­czyn­no­ści fatal­nie wpły­nęły na jego stan fizyczny - stra­cił nie­mal wszyst­kie przed­nie zęby. Wszy­scy pra­cow­nicy NUWM byli do mnie bar­dzo przy­chyl­nie nasta­wieni i chęt­nie udzie­lali mi wszel­kich infor­ma­cji, gdy tylko dowie­dzieli się, że jestem pisa­rzem i zbie­ram mate­riały doty­czące warun­ków życia klasy robot­ni­czej. Nie zdo­ła­łem ich jed­nak nakło­nić do tego, aby trak­to­wali mnie jak rów­nego sobie. Tytu­ło­wali mnie albo "sir", albo zwra­cali się per: "towa­rzy­szu".

15.02.1936. Wyru­szy­łem razem ze zbie­ra­czami skła­dek NUWM, doko­nu­ją­cymi swego regu­lar­nego obchodu, pra­gnąc zdo­być infor­ma­cje o warun­kach miesz­ka­nio­wych, zwłasz­cza tych jakie panują w kry­tych wozach, słu­żą­cych wielu ludziom jako stałe lokum. Zro­bi­łem notatki. Ude­rzył mnie głów­nie wyraz przy­gnę­bie­nia wyzie­ra­jący z twa­rzy nie­któ­rych kobiet, zwłasz­cza tych miesz­ka­ją­cych w bar­dziej zatło­czo­nych wozach. Twarz jed­nej z nich koja­rzyła mi się wręcz z wid­mem śmierci, wyzie­rało z niej bowiem nie­skoń­czone cier­pie­nie i upodle­nie. Pomy­śla­łem, że będąc na miej­scu tej kobiety czuł­bym się jak oble­piony gów­nem. Jed­no­cze­śnie jed­nak odnio­słem wra­że­nie, że wszy­scy ci ludzie trak­tują swoje warunki życiowe jako coś zgoła natu­ral­nego. Nie­ustan­nie prze­cież obie­cuje się im miesz­ka­nia, lecz bez żad­nych kon­kret­nych efek­tów, toteż od dawna przyj­mują za pew­nik, iż dom nada­jący się do zamiesz­ka­nia to rzecz abso­lut­nie nie­moż­liwa do zdo­by­cia.

Mija­jąc ohydną boczną uliczkę, dostrze­głem kobietę, dość młodą, ale bar­dzo bladą, o (jak zwy­kle w tych oko­li­cach) wymi­ze­ro­wa­nej, nazna­czo­nej zmę­cze­niem twa­rzy. Kobieta klę­czała w rynsz­toku opo­dal domku i prze­py­chała kij­kiem oło­wianą rurę ście­kową. Pomy­śla­łem wtedy, że to strasz­liwy los, klę­czeć tak na tyl­nej uliczce w Wigan, do tego w prze­ni­kli­wym zim­nie, i wpy­chać kij w zatkany ściek. Wtedy ona unio­sła głowę i spoj­rzała na mnie; w jej oczach dostrze­głem bez­brzeżną roz­pacz; przy­szło mi do głowy, że kobieta myśli to samo, co ja. Zmiana kwa­tery, ponie­waż Pani H[ornby] zacho­ro­wała na jakąś tajem­ni­czą przy­pa­dłość i wysłano ją do szpi­tala. Wyszu­kano dla mnie lokum przy Dar­ling­ton Rd, nad skle­pi­kiem z fla­kami; wła­ści­ciele przyj­mują cza­so­wych loka­to­rów. On jest byłym gór­ni­kiem (ma pięć­dzie­siąt osiem lat), a jego chora na serce żona stale leży na sofie usta­wio­nej w kuchni. Atmos­fera mniej wię­cej taka, jak u pań­stwa H., z tym że dom wyraź­nie bar­dziej zanie­dbany i mocno tu cuch­nie. Kilku innych loka­to­rów. Star­szy wie­kiem były gór­nik, w wieku około sie­dem­dzie­siąt pięć lat, pobiera eme­ry­turę oraz dodat­kowo pół korony tygo­dniowo z para­fii (w sumie dwa­na­ście szy­lin­gów, sześć pen­sów). Inny, podobno z tych "lep­szych", który "zszedł na psy", mniej lub bar­dziej obłoż­nie chory. Były gór­nik, Irland­czyk, któ­remu bark oraz kilka żeber zmiaż­dżył parę lat temu spa­da­jący ze stropu odłam skalny, i który utrzy­muje się teraz z renty inwa­lidz­kiej w wyso­ko­ści ok. dwu­dzie­stu pię­ciu szy­lin­gów tygo­dniowo, wyraź­nie prze­wyż­sza pozo­sta­łych pod każ­dym wzglę­dem; był nie­gdyś urzęd­ni­kiem, jed­nak "zje­chał na dół", a ponie­waż był wielki i silny, to i w kopalni mógł zaro­bić wię­cej (było to przed wojną). Było rów­nież kilku agen­tów pra­so­wych zbie­ra­ją­cych zamó­wie­nia na pre­nu­me­ratę cza­so­pism. Dwóch z "Johna Bulla"7, obaj wyraź­nie już sfa­ty­go­wani, jeden około czter­dziestki, drugi mniej wię­cej pięć­dzie­siąt pięć lat, trzeci cał­kiem młody, pra­co­wał przez cztery lata w fabryce gumy w Kal­ku­cie. Jakoś nie mogę go roz­gryźć. Roz­ma­wia­jąc z innymi oso­bami przy­biera akcent z Lan­ca­shire, gdy jed­nak zwraca się do mnie, powraca do swo­jej nor­mal­nej "popraw­nej" wymowy. Cała rodzina For­re­stów (wyjąw­szy wspo­mniane mał­żeń­stwo) składa się z upa­sio­nego syna, który gdzieś pra­cuje i mieszka opo­dal, jego żony Mag­gie, tkwią­cej za kon­tu­arem nie­mal przez cały dzień, ich dwojga dzieci, oraz Annie, narze­czo­nej dru­giego syna, który prze­bywa w Lon­dy­nie. Jest rów­nież druga córka prze­bywająca w Kana­dzie (pani F. mówi: "w Kana­do­wie"). Mag­gie i Annie wyko­nują prak­tycz­nie bio­rąc całą robotę w domu i w skle­pie. Annie jest bar­dzo szczu­pła, prze­pra­co­wana (ma rów­nież zaję­cie w pra­cowni kra­wiec­kiej) i najwyraź­niej nie­szczę­śliwa. Wyczu­wam, że mał­żeń­stwo Annie z synem pań­stwa F. wcale nie jest takie pewne, ale pani F. trak­tuje dziew­czynę jak członka rodziny i ją tyra­ni­zuje. Liczba pomiesz­czeń w domu, wyjąw­szy sklep, wynosi pięć lub sześć, do tego łazienka połą­czona z WC. Sypia w nich ogó­łem dzie­więć osób. W moim pokoju oprócz mnie jesz­cze trzy osoby.

Jestem zbul­wer­so­wany mar­no­wa­niem jedze­nia przez tutej­szą klasę robot­ni­czą oraz jej zaska­ku­jącą igno­ran­cją doty­czącą tej kwe­stii - pod tym wzglę­dem jest tu chyba jesz­cze gorzej niż na połu­dniu. Pew­nego ranka, gdy pra­łem swoje rze­czy w komórce przy kuchni u H., spo­rzą­dzi­łem taki oto spis wyrzu­co­nej na śmiet­nik żyw­no­ści: kawał boczku ważący około dwa i pół kilo­grama. Około kilo­grama pręgi woło­wej. Około trzech czwar­tych kilo­grama wątroby (wszystko surowe). Resztki z mon­stru­al­nej zapie­kanki z mię­sem. (Pani H., przy­go­to­wuje tę potrawę w ema­lio­wa­nej mied­nicy, jakiej używa się do prze­pie­rek. To samo doty­czy jej pud­din­gów.) Pół­mi­sek z pięt­na­stoma albo dwu­dzie­stoma jaj­kami. Mnó­stwo małych cia­ste­czek. Pła­ski pla­cek z owo­cami oraz pla­cek "cake-a-pie" (cia­sto z rodzyn­kami). Resztki sta­rych ciast. Sześć dużych głó­wek kapu­sty i dwa­na­ście mniej­szych. (Widzia­łem poprzed­niego wie­czoru, jak pani H. je goto­wała). Roz­ma­ite resztki masła i pomi­do­rów, otwarte puszki ze skon­den­so­wa­nym mle­kiem, i tak dalej. W pie­cyku kuchen­nym pod­grze­wano jesz­cze wię­cej jedze­nia. Wszystko oprócz chleba stało zawsze niczym nie nakryte, a półki lepiły się od brudu. Spo­żywa się tu nie­mal wyłącz­nie chleb oraz kroch­mal pod róż­nymi posta­ciami. Oto typowy zestaw posił­ków dzien­nych u pań­stwa H. Śnia­da­nie (ok. 8.00): dwa jajka sma­żone i bekon, chleb (bez masła) i her­bata. Obiad (ok. 12.30): wiel­gachny talerz duszo­nej woło­winy, klu­ski i goto­wane kar­to­fle (wszystko odpo­wiada około trzem por­cjom poda­wa­nym u Lyonsa8) oraz ogromne por­cje pud­dingu ryżo­wego lub łojo­wego. Pod­wie­czo­rek (około 17.00): pół­mi­sek zim­nego mięsa, chleb z masłem, słod­kie cia­sto i her­bata. Kola­cja (około 23.00): ryba z fryt­kami, chleb z masłem i her­bata.

16.02.1936. Wiel­kie poru­sze­nie, ponie­waż pewna para, która miesz­kała tutaj przez mie­siąc, gdzieś około Bożego Naro­dze­nia została zatrzy­mana przez poli­cję (w Pre­ston) pod zarzu­tem fał­szo­wa­nia monet; poli­cja utrzy­muje, że pro­du­ko­wali je także pod­czas pobytu w tym domu. Przy­był inspek­tor poli­cji i wypy­ty­wał przez około pół godziny. Pani F. opo­wia­dała póź­niej, że gdy wraz z mężem prze­by­wali na zewnątrz, poli­cjanci węszyli w pokoju i zna­leźli kostkę cze­goś, co przy­po­mi­nało luciwo oraz kilka małych naczy­nek wyglą­da­ją­cych jak kie­liszki do jajek na miękko, tyle tylko że więk­szych roz­mia­rów. Pani F. zgo­dziła się natych­miast z wszyst­kimi suge­stiami inspek­tora, a gdy była na górze, sam rów­nież pod­su­ną­łem jej dwie, z któ­rymi także się zgo­dziła. Widzia­łem wyraź­nie, że gdy usły­szała, że zatrzy­mani nie są mał­żeń­stwem, natych­miast uznała, że są winni. Gdy inspek­tor spo­rzą­dził jej oświad­cze­nie, oka­zało się, że nie umie czy­tać i pisać (potra­fiła tylko się pod­pi­sać), choć jej mąż w jakimś stop­niu posiadł tę pierw­szą umie­jęt­ność.

Łóżko jed­nego z agen­tów zaklesz­czyło się pro­sto­pa­dle do mojego. Nie mogę w związku z tym wypro­sto­wać nóg, ponie­waż przy każ­dej pró­bie natych­miast sto­pami doty­kam faceta w pasie. Chyba od dawna nie spa­łem w lnia­nej pościeli. Pościel z dia­go­nalu nawet u pań­stwa M. Od czasu mojego wyjazdu z Lon­dynu byłem w wielu domach, ale tylko u nich nie śmier­działo.

17.02.1936. Ci agenci pra­sowi to praw­dziwi nie­szczę­śnicy. Wyko­nują tak żało­sne i bez­na­dziejne zaję­cie. Myślę, że "John Bull" oszu­kuje takich, któ­rzy wypru­wają sobie przez jakiś czas żyły w tej robo­cie i wypra­co­wują sobie - na pewien czas - mniej lub bar­dziej uczciwy geszef­cik, potem ich zwal­nia, anga­żuje nowych, i znów wszystko od początku. Oce­niam, że każdy z tych bie­da­ków zara­bia dwa, może trzy funty tygo­dniowo. Obaj mają rodziny, a jeden jest nawet dziad­kiem. Tak u nich cienko, że nie stać ich na pełne utrzy­ma­nie; płacą tylko coś tam za pokoje i mają wła­sną nędzną szafkę w kuchni, w któ­rej trzy­mają jedze­nie; wyj­mują stam­tąd chleb, kostki mar­ga­ryny, i tak dalej, a potem, uni­ka­jąc spoj­rzeń pozo­sta­łych loka­to­rów, sami przy­rzą­dzają sobie posiłki. Codzien­nie muszą odwie­dzić bar­dzo wiele domów, muszą pukać do każ­dych drzwi i zebrać wyzna­czoną, mini­malną liczbę zamó­wień. Obec­nie przy­go­to­wują jakiś szwin­del dla "Johna Bulla" w stylu: każdy, kto wyśle dwa szy­lingi w znacz­kach pocz­to­wych oraz dwa­dzie­ścia cztery wycięte kupony otrzyma "bez­płat­nie" kom­plet her­ba­ciany. Gdy tylko zje­dzą posi­łek, zaczy­nają wypeł­niać blan­kiety zamó­wień na następny dzień: nie­ba­wem star­szy z nich zasy­pia na krze­śle i zaczyna gło­śno chra­pać.

Skąd­inąd zaska­kuje mnie ich zna­jo­mość warun­ków życia robot­ni­ków. Znają od pod­szewki sprawy miesz­ka­niowe, czyn­sze, podatki loka­lowe, sytu­ację w branży itd. we wszyst­kich mia­stach na pół­nocy Anglii.

24.02.1936. Wczo­raj zje­cha­łem do kopalni Crip­pena z Jer­rym Ken­na­nem9, innym przy­ja­cie­lem-elek­try­kiem tego ostat­niego oraz dwoma małymi syn­kami Jerry'ego; na dole opro­wa­dzało nas dwóch elek­try­ków oraz tech­nik, nale­żą­cych do załogi. Głę­bo­kość szybu wyno­siła trzy­sta metrów. Zje­cha­li­śmy o 10.30 i powró­ci­li­śmy o 13.30, prze­byw­szy pod zie­mią, jak obli­czył ów tech­nik, około trzy i pół kilo­me­tra.

Gdy winda zjeż­dża w dół, czuje się, jak to wtedy zwy­kle bywa, krót­ko­trwały skurcz w brzu­chu, a zaraz potem oso­bliwy ucisk w uszach. W poło­wie trasy winda roz­wija ogromną szyb­kość (w nie­któ­rych głęb­szych kopal­niach nawet prze­kra­cza podobno dzie­sięć kilo­me­trów na godzinę), potem zwal­nia tak gwał­tow­nie, że czło­wiek dałby głowę, aby znów ruszyła w górę. Klatka windy jest maleńka - ma około dwa i pół metra dłu­go­ści, metr sze­ro­ko­ści i pra­wie dwa metry wyso­ko­ści. Mie­ści się w niej podobno dzie­sięć osób albo (jak obli­czam) około pół­to­rej tony węgla. Nas było tylko sze­ściu (oraz dwóch chłop­ców), ale z tru­dem zmie­ści­li­śmy się do środka; ważne jest, żeby od razu po wej­ściu sta­nąć twa­rzą w kie­runku wyj­ścia na dole.

Było tam jaśniej niż się spo­dzie­wa­łem, ponie­waż oprócz lamp, które mie­li­śmy ze sobą, świe­ciły także lampy elek­tryczne umiesz­czone w głów­nych chod­ni­kach. Zasko­czyło mnie jed­nak co innego; coś, co uzna­łem za naj­waż­niej­szą cechę tych pod­ziemi, mia­no­wi­cie nie­wy­so­kie stropy. Wcze­śniej wyobra­ża­łem sobie mgli­ście, że będę prze­mie­rzał kory­ta­rze przy­po­mi­na­jące tunele metra, fak­tycz­nie jed­nak jedy­nie w nie­wielu miej­scach mogłem się wypro­sto­wać. Wyso­kość stropu wyno­siła prze­waż­nie sto dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów albo sto pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów, nie­kiedy jed­nak ów strop się obni­żał, zaś co pewien czas trzeba było pochy­lać się jesz­cze niżej, żeby przejść pod dźwi­ga­rem więk­szym od innych. Tam gdzie ściany chod­nika były pro­ste i gład­kie do złu­dze­nia przy­po­mi­nały łup­kowe zbo­cza w Der­by­shire. Mniej wię­cej co metr widzia­łem pod­pory, nie­mal wszyst­kie drew­niane. Cio­sają je z nie­wiel­kich modrzewi odpo­wied­nio cię­tych (bio­rąc pod uwagę liczbę tych sto­ja­ków, zro­zu­mia­łem, dla­czego w szkół­kach drzew nie­mal zawsze sadzą modrze­wie); leżą po pro­stu na wierz­choł­kach pio­no­wych sto­ja­ków, które z kolei zostały usta­wione na kloc­kach drewna i nie są w żaden dodat­kowy spo­sób przy­mo­co­wane do ścian. Te dolne pod­pórki stop­niowo zapa­dają się w pod­łoże, innymi słowy, jak mawiają gór­nicy, "pod­łoga rośnie", jed­nak naci­ska­jący od góry strop utrzy­muje całą kon­struk­cję w rów­no­wa­dze. Widok powy­gi­na­nych sta­lo­wych dźwi­ga­rów, któ­rymi tu i ówdzie zastą­piono drew­niane pod­pory una­ocz­nia ogrom masy stropu. Pod nogami zalega gruba war­stwa węglo­wego pyłu, znaj­duje się tam rów­nież tor o roz­sta­wie szyn około sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów, któ­rymi prze­ta­czane są wózki z urob­kiem. Na pochy­ło­ściach gór­nicy śli­zgają się po tych torach, ponie­waż wklę­śnię­cia na pode­szwach ich sabo­tów odpo­wia­dają mniej wię­cej pro­fi­lowi szyn.

Po przej­ściu kil­ku­set metrów, zgi­na­jąc się w pół, a na nie­któ­rych odcin­kach posu­wa­jąc się na czwo­ra­kach, poczu­łem ostry ból w udach. Odczuwa się także bole­sny skurcz mię­śni karku, ponie­waż zgi­na­jąc tułów, czło­wiek musi nie­ustan­nie patrzeć w górę, żeby nie ude­rzyć głową w dźwi­gar - jed­nakże ból w udach jest naj­gor­szy. Gdy zbli­ża­li­śmy się do przodka, chod­nik oczy­wi­ście się obni­żał. W pew­nym miej­scu nawet musie­li­śmy się czoł­gać pro­wi­zo­rycz­nym tune­lem, przy­po­mi­na­ją­cym powięk­szoną szczu­rzą norę, do tego nie­pod­stem­plo­wa­nym; gdzie indziej nocą obe­rwał się frag­ment stropu - wydaje mi się, że ważył co naj­mniej trzy-cztery tony10. Zablo­ko­wał całe świa­tło tunelu: pozo­sta­wił jedy­nie wąską szcze­linę pod samym stro­pem, poprzez którą musie­li­śmy się prze­czoł­gać, nie doty­ka­jąc przy tym ani kawałka drewna. Nie­ba­wem musia­łem przy­sta­nąć na chwilkę, żeby dać odpo­czy­nek kola­nom, które zaczęły się pode mną ugi­nać; potem, po prze­by­ciu jesz­cze kil­ku­set metrów, dotar­li­śmy do pierw­szego przodku. Było to nie­wiel­kie sta­no­wi­sko z maszyną obsłu­gi­waną przez dwóch gór­ni­ków i przy­po­mi­na­jącą powięk­szony elek­tryczny świ­der uży­wany przy napra­wie nawierzchni ulic11. Opo­dal stała prąd­nica (czy też jak taka maszyna się nazywa), dostar­cza­jąca ener­gii za pośred­nic­twem prze­wo­dów pierw­szej maszy­nie oraz innym; były także sto­sun­kowo nie­wiel­kie świ­dry (każdy waży jed­nak dwa­dzie­ścia pięć i trzeba je prze­no­sić na ramio­nach), słu­żące do boro­wa­nia otwo­rów strza­ło­wych; rów­nież wiązki narzę­dzi gór­ni­czych powią­za­nych dru­tem jak wiązki klu­czy, co jest zwy­kłą prak­tyką, ponie­waż gór­nicy oba­wiają się je utra­cić.

Po przej­ściu jesz­cze kil­ku­set metrów, zna­leź­li­śmy się przy jed­nym z głów­nych przod­ków. Aku­rat nikt tam nie pra­co­wał, ale kory­ta­rzem podą­żała wła­śnie zmiana gór­ni­ków, mająca roz­po­cząć wydo­by­wa­nie węgla około dwie­ście pięć­dzie­siąt metrów dalej. Stała tu jedna z więk­szych maszyn obsłu­gi­wana przez pię­cio­oso­bową załogę. Maszyna jest wypo­sa­żona w obra­ca­jące się koło, na któ­rym osa­dzone są pod róż­nym kątem około kil­ku­na­sto­cen­ty­me­trowe zęby; urzą­dze­nie to jest wła­ści­wie powięk­szoną do ogrom­nych roz­mia­rów piłą tar­czową o osa­dzo­nych znacz­nie rza­dziej zębach i obra­ca­jącą się poziomo, nie zaś pio­nowo. Załoga usta­wia odpo­wied­nio maszynę, któ­rej przedni ele­ment można odchy­lić i nasta­wić w dowolne poło­że­nie; następ­nie jeden z gór­ni­ków przy­ci­ska zębate koło do ściany węgla. Dwóch innych gór­ni­ków, zwa­nych scu­fters, czyli łado­wa­cze, prze­rzuca łopa­tami uro­bek na gumowy trans­por­ter, który prze­nosi go przez tunel do nie­cek ocze­ku­ją­cych w głów­nym chod­niku, skąd kolejka parowa prze­wozi go do windy. Wcze­śniej nie zda­wa­łem sobie sprawy z tego, że obsługa piły węglo­wej pra­cuje w miej­scu wyso­kim na nie­spełna metr. Czoł­ga­jąc się tam­tędy w kie­runku przodku, mogli­śmy co naj­wy­żej posu­wać się na klęcz­kach, a na nie­któ­rych odcin­kach trzeba było nawet się przy tym pochy­lać: zatrud­nieni tu gór­nicy muszą, jak przy­pusz­czam, wyko­ny­wać więk­szość pracy leżąc na brzu­chach. Było tam gorąco jak w pie­kle - chyba około trzy­dzie­stu ośmiu stopni Cel­sju­sza. Tym­cza­sem obsługa piły żło­biła węglową ścianę, wyci­na­jąc w niej pół­ko­li­sty rów; gór­nicy co pewien czas pod­cią­gali maszynę do przodu i w miarę postępu umac­niali ją pod­po­rami. Zbul­wer­so­wał mnie fakt, że to gigan­tyczne urzą­dze­nie oczy­wi­ście pła­skie, ale dłu­go­ści pół­tora metra i ważące kil­ka­na­ście ton, i nie wypo­sa­żone w koła, tylko w płozy - dało się pod­cią­gnąć do sta­no­wi­ska pracy przez te pół­torakilometrowej dłu­go­ści chod­niki. Nawet bowiem prze­su­wa­nie tej sta­lo­wej masy do przodu, wzdłuż pokładu węgla, musi być strasz­li­wym zno­jem, ponie­waż czyn­ność tę obsługa wyko­nuje wła­ści­wie w pozy­cji leżą­cej. Opo­dal dostrze­gli­śmy kilka myszy, któ­rych na dole jest podobno mnó­stwo. Usły­sza­łem, że naj­wię­cej ich żyje w kopal­niach, w któ­rych pra­co­wały albo na­dal pra­cują konie. Naj­bar­dziej zasta­na­wia mnie to, w jaki spo­sób myszy tam się dostają. Praw­do­po­dob­nie ukryte w klatce windy, spa­dają w dół szybu i nie czy­nią sobie krzywdy, ponie­waż, jak to mówią, mysz (mająca dużą powierzch­nię ciała w sto­sunku do wagi) może spaść z dowol­nej wyso­ko­ści i mimo to prze­żyć.

Pod­czas drogi powrot­nej tak bar­dzo się zmę­czy­łem, że pra­wie w ogóle nie mogłem kon­ty­nu­ować mar­szu, a pod koniec trasy musia­łem co pięć­dzie­siąt metrów zatrzy­my­wać się i odpo­czy­wać. Stale pona­wiany wysi­łek zwią­zany z koniecz­no­ścią pochy­la­nia się pod każ­dym dźwi­ga­rem, a potem pro­sto­wa­nia karku i ple­ców był strasz­liwy, zaś ulga jaką czło­wiek odczuwa gdy może się wypro­sto­wać - zwy­kle dzięki pod­wyż­sze­niu w stro­pie - jest prze­ogromna. Nie­kiedy, gdy przy­klę­ki­wa­łem, kolana naj­zwy­czaj­niej w świe­cie odma­wiały mi posłu­szeń­stwa i nie chciały mnie pod­no­sić. Sytu­ację pogar­szało to, że na naj­niż­szych odcin­kach strop zwy­kle bie­gnie uko­śnie, toteż oprócz tego, że trzeba posu­wać się w pozy­cji pochy­lo­nej, trzeba to także robić mniej lub bar­dziej bokiem. Wszyst­kich nas bolało całe ciało, co nie doty­czyło tylko naszego prze­wod­nika-inży­niera, który przy­wykł już do kopal­nia­nych warun­ków, oraz dwóch małych chłop­ców, któ­rzy nie musieli się pochy­lać; ja nato­miast, ponie­waż byłem naj­wyż­szy, cier­pia­łem naj­do­tkli­wiej. Cie­kawe, czy w ogóle są gór­nicy dorów­nu­jący mi wzro­stem, a jeśli tak, to czy cecha ta nie przy­spa­rza im cier­pień fizycz­nych? Kilku gór­ni­ków, któ­rych spo­tka­li­śmy pod zie­mią, poru­szało się niezwy­kle szybko i zręcz­nie, bie­gnąc mię­dzy sto­ja­kami na czwo­ra­kach jak psy.

Gdy wresz­cie powró­ci­li­śmy na powierzch­nię, z grub­sza obmy­li­śmy się z pyłu węglo­wego i napi­li­śmy się piwa, po czym powró­ci­łem do kwa­tery, zja­dłem obiad, a następ­nie bar­dzo długo moczy­łem się w gorą­cej kąpieli. Zasko­czyła mnie ogromna ilość brudu oraz to, jak trudno się było go pozbyć. Brud dotarł do każ­dego zaka­marka mojego ciała, pomimo to że na dole mia­łem na sobie kom­bi­ne­zon ochronny, a pod spodem ubra­nie. Oczy­wi­ście bar­dzo nie­wielu gór­ni­ków ma w domach łazienki - prze­waż­nie przed kuchen­nym pale­ni­skiem stoi tylko cebrzyk z wodą. Myślę, że jeśli nie dys­po­nują odpo­wied­nią wanną, to utrzy­ma­nie czy­sto­ści jest w ich warun­kach nie­moż­liwe.

W pomiesz­cze­niu, w któ­rym się prze­bie­ra­li­śmy, stało kil­ka­na­ście kla­tek z kanar­kami. Prze­pisy gór­ni­cze naka­zują hodo­wa­nie tych pta­ków, ponie­waż używa się ich do spraw­dza­nia, czy aby nie zagraża pod­ziemny wybuch. Kanarki wysy­łane są windą na dół, a jeśli wra­cają żywe, ozna­cza to, że powie­trze jest wolne od metanu.

Lampy Davy'ego świecą cał­kiem jasno. Na wierz­chołku lampy znaj­duje się wlot powie­trza, ale dopływ jego stru­mie­nia do pło­myka hamuje siatka z gęstego drutu. Pło­mień nie prze­cho­dzi przez otworki poni­żej pew­nej okre­ślo­nej śred­nicy. Rolą siatki jest zatem pod­trzy­my­wa­nie go, ale jed­no­cze­śnie zapo­bie­ga­nie, żeby nie prze­do­stał się na zewnątrz i nie wywo­łał wybu­chu nie­bez­piecz­nych gazów kopal­nia­nych. Wypeł­nione lampy płoną przez osiem-dwa­na­ście godzin i są szczel­nie zamknięte, tak więc jeśli na dole któ­raś zga­śnie, nie można jej na nowo zapa­lić. Przed zjaz­dem na dół gór­nicy są pod­da­wani rewi­zji w poszu­ki­wa­niu zapa­łek12.

16.03.1936. Poprzed­niego wie­czoru posze­dłem wysłu­chać Mosleya13 w Public Hall, który z wyglądu i kon­struk­cji przy­po­mina teatr. Sala była pra­wie pełna - jak oce­niam, przy­szło około sie­dem­set osób. Służbę porząd­kową peł­niło około stu "Czar­nych koszul"; poza kil­koma, wszy­scy raczej mizerni; dziew­częta sprze­da­jące "Action"14 itd. Mosley prze­ma­wiał przez pół­to­rej godziny i ku mojej kon­ster­na­cji zdo­łał zdo­być sobie nie­mal całą publicz­ność. Począt­kowo co prawda go wygwiz­dano, ale na zakoń­cze­nie dostał grom­kie brawa. Kilka osób, które pró­bo­wały na początku prze­ry­wać mu pyta­niami, wyrzu­cono z sali, a wobec pew­nego męż­czy­zny - wyda­wało mi się, że chciał jedy­nie uzy­skać odpo­wiedź na zadane pyta­nie - nie­po­trzeb­nie zasto­so­wano prze­moc; kilku "czar­no­ko­szu­low­ców" rzu­ciło się na niego, nie żału­jąc mu cio­sów, a prze­cież gość sie­dział spo­koj­nie i wcale się nie awan­tu­ro­wał. M. to bar­dzo dobry mówca. Żon­glo­wał swo­imi okle­pa­nymi fra­ze­sami - impe­rium wol­nego han­dlu, precz z Żydami i cudzo­ziem­cami, wyż­sze płace i krót­sze godziny pracy dla wszyst­kich - i tak dalej, i tak dalej. Począt­kowo gwiż­dżąca i tupiąca (głów­nie) robot­ni­cza publicz­ność dała mu się łatwo sko­ło­wać, ponie­waż mówił niby to z socja­li­stycz­nych pozy­cji, potę­pia­jąc kolejne rządy za zdradę inte­re­sów klasy robot­ni­czej. Winą za wszystko obar­czył tajem­ni­cze mię­dzy­na­ro­dowe kliki żydow­skie, które podobno finan­sują mię­dzy innymi naszą Labour Party oraz Sowie­tów. Komen­tarz M. doty­czący sytu­acji mię­dzy­na­ro­dowej: "Wcze­śniej wal­czy­li­śmy z Niem­cami uczest­ni­cząc w spo­rze bry­tyj­skim - obec­nie nie będziemy tego robić w spo­rze żydow­skim" spo­tkał się z żywym aplau­zem. Potem jak zwy­kle zada­wano pyta­nia; zbul­wer­so­wało mnie to, jak łatwo można oma­mić nie­wy­kształ­co­nych słu­cha­czy jeśli wcze­śniej przy­go­to­wało się zestaw cię­tych i zręcz­nych ripost, słu­żą­cych potem do nie­udzie­la­nia odpo­wie­dzi na nie­wy­godne pyta­nia, np. M. wychwa­lał Wło­chy i Niemcy, jed­nak zapy­tany o obozy kon­cen­tra­cyjne itd., powta­rzał: "Nie naśla­du­jemy cudzo­ziem­skich wzo­rów, a to, co się dzieje w Niem­czech, nie musi dziać się u nas". Na pyta­nie: "Skąd pan wie, że z pań­skich wła­snych pie­nię­dzy nie finan­suje się taniej cudzo­ziem­skiej siły robo­czej?" (M. potę­pił żydow­skich finan­si­stów, któ­rzy według jego słów upra­wiają ów pro­ce­der), odparł: "Wszyst­kie fun­du­sze zain­we­sto­wa­łem w Anglię"; jak przy­pusz­czam, zale­d­wie tylko garść słu­cha­czy zda­wała sobie sprawę z tego, że to puste słowa.

Na początku M. ostrzegł, że każdy kto zosta­nie usu­nięty z sali będzie pocią­gnięty do odpo­wie­dzial­no­ści na mocy prze­pi­sów o zgro­ma­dze­niach publicz­nych. Nie jestem pewien, czy to się prak­ty­kuje, ale zapewne teo­re­tycz­nie jest to moż­liwe. W związku z tym fakt, że wewnątrz gma­chu nie ma poli­cjan­tów na służ­bie, ma ogromne zna­cze­nie. Każdy, kto zakłóca prze­bieg zgro­ma­dze­nia może być usu­nięty prze­mocą, a na dobitkę aresz­to­wany; oczy­wi­ście to porząd­kowi, a w rezul­ta­cie sam Mosley, decy­dują o tym, co jest, a co nie jest zakłó­ce­niem. W rezul­ta­cie można zdrowo obe­rwać w zęby, a dodat­kowo zapła­cić grzywnę za zada­nie pyta­nia, na które M. nie potra­fił odpo­wie­dzieć.

Po zakoń­cze­niu wiecu na zewnątrz budynku zebrał się spory tłum, ponie­waż wiele osób było obu­rzo­nych z powodu usu­nię­cia z sali kilku słu­cha­czy. Sto­jąc w tym tłu­mie, długo ocze­ki­wa­łem na to, co nastąpi, ale ani M., ani jego par­tyjni towa­rzy­sze się nie poja­wili. Po jakimś cza­sie poli­cji udało się roz­pro­szyć ludzi: zna­la­złem się z przodu, a wtedy poli­cjant naka­zał mi odda­lić się, lecz uczy­nił to cał­kiem uprzej­mie. Prze­sze­dłem do tyłu i znów ocze­ki­wa­łem, ale ponie­waż M. się nie poja­wiał, uzna­łem, że czmych­nął tyl­nymi drzwiami, tak więc zre­zy­gno­wa­łem i powró­ci­łem na kwa­terę. Rano w redak­cji "Chro­nicle" dowie­dzia­łem się jed­nak, że tro­chę rzu­cano kamie­niami, i że dwóch męż­czyzn zostało aresz­to­wa­nych, lecz póź­niej zwol­niono ich za kau­cją.

G.15 poczy­na­jąc od dzi­siej­szego ranka pra­cuje na poranną zmianę. Wstaje o 3.45, a w pracy (czyli na przodku) musi być o 6.00. Wraca do domu około 14.30. Jego żona nie budzi się, żeby mu zro­bić śnia­da­nie, zresztą on sam powiada, że prak­ty­kują ów zwy­czaj tylko nie­liczne żony gór­ni­ków. Powie­dział mi rów­nież, że są gór­nicy, któ­rzy jeśli w dro­dze do pracy zoba­czą kobietę, zawra­cają tego dnia do domu. Jest to bowiem uwa­żane za zły omen. Jak rozu­miem, powyż­sze odnosi się wyłącz­nie do poran­nej zmiany.

Rozdział I

I

Pierw­szym dźwię­kiem, jaki roz­le­gał się ran­kiem, było łomo­ta­nie sabo­tów mło­dych robot­nic po bruku ulicy. Wcze­śniej, jak przy­pusz­czam, wyły syreny fabryczne, lecz wtedy zawsze jesz­cze spa­łem. W sypialni zwy­kle noco­wało nas czte­rech, a pomiesz­cze­nie było nad wyraz odpy­cha­jące; pano­wała w nim jakaś szpetna pro­wi­zorka, jak to zwy­kle bywa w izbach nie­słu­żą­cych swoim wła­ści­wym celom. Daw­niej ów dom był zwy­kłym domem miesz­kal­nym, a gdy prze­jęli go pań­stwo Bro­oker, otwo­rzyli na dole skle­pik z fla­kami, pozo­stałe zaś pokoje prze­zna­czyli na wyna­jem: po poprzed­nich wła­ści­cie­lach pozo­stały co bar­dziej nie­przy­datne meble, któ­rych ni­gdy nie chciało im się ich pozbyć. Sypia­li­śmy zatem w pomiesz­cze­niu na­dal cał­kiem wyraź­nie przy­po­mi­na­ją­cym wyglą­dem dawny salon. U sufitu wisiał ciężki krysz­ta­łowy żyran­dol, tak obro­śnięty kurzem, że wyglą­dał jakby był pokryty futer­kiem. Więk­szą część jed­nej ze ścian zasła­niała jakaś wiel­gachna, strasz­liwa lan­dara, ni to kre­dens, ni komoda, przy­brana mnó­stwem rzeź­bio­nych ozdó­bek, pełna szu­fla­dek i tafe­lek z lustrami; na pod­ło­dze leżał żywy ongiś w bar­wach, a teraz już spło­wiały dywan, na któ­rego skra­jach stały pojem­niki wypeł­nione po brzegi nagro­ma­dzo­nymi przez lata śmie­ciami; były tam rów­nież dwa pocią­gnięte fał­szywą pozłotką krze­sła o zapad­nię­tych sie­dze­niach, a także jeden z tych sta­ro­mod­nych foteli wypcha­nych koń­skim wło­siem, z któ­rych czło­wiek natych­miast się ześli­zguje. Pokój zamie­niono na sypial­nię, wsta­wia­jąc pomię­dzy te oraz inne rupie­cie liche wyrka.

Moje leże stało w naroż­niku po pra­wej stro­nie, naj­bli­żej drzwi. W nogach wci­śnięto poprzecz­nie dru­gie łóżko (gdyby usta­wiono je ina­czej, nie można by otwo­rzyć drzwi): oba mocno napie­rały na sie­bie, tak że spa­łem z koniecz­no­ści ze sku­lo­nymi nogami; ile­kroć je pro­sto­wa­łem, trą­ca­łem sto­pami w plecy śpią­cego tam męż­czy­znę. Ów sąsiad był już posu­nięty w latach, nazy­wał się Reilly, pra­co­wał jako mecha­nik, czy też ktoś taki, "na górze" jed­nej z kopalń. Na moje szczę­ście wycho­dził do pracy o pią­tej rano, więc gdy go już nie było, mogłem wresz­cie wypro­sto­wać nogi i przez te kilka godzin wygod­nie sobie pospać. Łóżko naprze­ciw zaj­mo­wał szkocki gór­nik, który został ranny na dole (przy­gniótł go potężny odła­mek skały, który usu­nięto dopiero po kilku godzi­nach) i otrzy­mał pięć­set fun­tów odszko­do­wa­nia. Był postaw­nym, przy­stoj­nym czter­dzie­sto­lat­kiem o posi­wia­łych już wło­sach i krót­kich pod­strzy­żo­nych wąsach i bar­dziej przy­po­mi­nał sier­żanta niż gór­nika; wyle­gi­wał się w łóżku do wcze­snego popo­łu­dnia, pyka­jąc krótką fajeczkę. W następ­nym łóżku sypiali kolejno agenci czy też akwi­zy­to­rzy ogło­szeń pra­so­wych oraz faceci sprze­da­jący roz­ma­ite arty­kuły na raty. Było to podwójne łóżko, zde­cy­do­wa­nie naj­lep­sze i najwygod­niejsze. Przy­dzie­lono mi je pierw­szej nocy, lecz potem chy­trze skło­niono do wyra­że­nia zgody na zmianę, ponie­waż przy­był nowy loka­tor. Myślę, że wszy­scy nowo przy­byli prze­sy­piali pierw­szą noc w tym podwój­nym łóżku, peł­nią­cym rolę, że tak powiem, wabika-pułapki. Okna były zamknięte na głu­cho i dodat­kowo zabez­pie­czone na dole czer­wo­nymi worecz­kami z pia­skiem, toteż rano śmier­działo jak w obo­rze. Czło­wiek nic nie czuł kiedy wstał; trzeba było dopiero wyjść z sypialni i powró­cić, żeby odór wal­nął w noz­drza jak sie­kiera.

Ni­gdy się nie dowie­dzia­łem, ile budy­nek miał sypialni, cho­ciaż - oso­bliwa rzecz - była tam łazienka, urzą­dzona jesz­cze przez poprzed­nich wła­ści­cieli. Na dole znaj­do­wała się, jak to zwy­kle bywa, kuch­nia z wiel­kim otwar­tym pale­ni­skiem, na któ­rym przez całą dobę pło­nął ogień. Pół­mrok roz­ja­śniał tylko poje­dyn­czy świe­tlik, a pomiesz­cze­nie pozba­wione było okien, ponie­waż z jed­nej strony sąsia­do­wał z nim sklep, a z dru­giej spi­żar­nia, w któ­rej widać było zej­ście do jakie­goś mrocz­nego lochu - prze­cho­wy­wano tam flaki. Drzwi pro­wa­dzące do spi­żarni czę­ściowo blo­ko­wała bez­kształtna sofa, na któ­rej stale leżała pani Bro­oker, nasza gospo­dyni, nie­ustan­nie obłoż­nie chora i owi­nięta mnó­stwem brud­nych koców. Miała sze­roką, nazna­czoną tro­skami twarz o jasno­żół­tej cerze. Nikt nie wie­dział, co jej wła­ści­wie dolega; jak przy­pusz­czam, cier­piała wyłącz­nie z prze­je­dze­nia. Przed pale­ni­skiem nie­mal zawsze suszyła się bie­li­zna, a pośrodku pomiesz­cze­nia stał wielki stół kuchenny, przy któ­rym jadała rodzina gospo­da­rzy oraz wszy­scy loka­to­rzy. Nie pamię­tam, żebym kie­dy­kol­wiek widział ów stół nie­na­kryty, cza­sem jed­nak widy­wa­łem to, czym go przy­kry­wano. A więc na samym spo­dzie znaj­do­wała się war­stwa sta­rych gazet popla­miona sosem wor­ce­ster; na niej lepiąca się od brudu biała cerata; kolejną war­stwę sta­no­wił zie­lony obrus ze zgrzeb­nego lnu, ni­gdy nie zmie­niany i rzadko zdej­mo­wany. Okru­chy ze śnia­da­nia leżały na stole zwy­kle aż do kola­cji. Nauczy­łem się roz­po­zna­wać nie­omyl­nie każdy ich rodzaj i codzien­nie spraw­dzać, jaką trasę prze­były na obru­sie od poprzed­niego dnia.

Sklep był wąski i zimny. Na zewnętrz­nych szy­bach wid­niało kilka bia­łych liter, roz­rzu­co­nych bez­ład­nie niczym gwiazdy, pozo­sta­łość po daw­nych rekla­mach cze­ko­lady. Pośrodku sklepu stał stół, na któ­rym leżały wiel­kie bia­ławe sploty fla­ków, obok zaś szara, drobno pomarsz­czona masa, nazy­wana "czar­nymi fla­kami" oraz wstrętne, pół­prze­zro­czy­ste, ugo­to­wane świń­skie nogi. Był to typowy sklep typu "flaki i groch": wła­ści­ciele nie mieli na skła­dzie nic wię­cej, wyjąw­szy chleb, papie­rosy i kon­serwy. Mimo iż wywieszka w oknie zachwa­lała "her­batkę", gdy ktoś chciał zamó­wić kubek tego napoju, zby­wano go niczym, sumi­tu­jąc się gęsto. Pan Bro­oker, pomimo iż od dwóch lat nie miał pracy, był z zawodu gór­ni­kiem; on i jego żona zawsze uzy­ski­wali uboczne dochody z jakie­goś han­dlu. Nie­gdyś mieli piwiar­nię, stra­cili jed­nak licen­cję za tole­ro­wa­nie w lokalu hazardu. Wąt­pię, żeby któ­ryś z ich inte­re­sów popła­cał, oboje nale­żeli bowiem do osób, które pro­wa­dzą je po to, żeby móc stale narze­kać. Pan Bro­oker był czar­nia­wym, drob­no­ko­ści­stym, przy­po­mi­na­ją­cym Irland­czyka typem, do tego zadzi­wia­jąco nie­chluj­nym. Nie pamię­tam, żebym kie­dy­kol­wiek widział go z czy­stymi rękoma. Ponie­waż jego żona stale cho­ro­wała, więk­szość posił­ków przy­go­to­wy­wał sam, a zwy­cza­jem ludzi, któ­rzy mie­wają zawsze brudne ręce, w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób dokład­nie mię­dlił i długo obra­cał wszystko w pal­cach. Na każ­dej przy­go­to­wa­nej prze­zeń kromce chleba z masłem czer­niał zawsze odcisk jego kciuka. Nawet wcze­snym ran­kiem, gdy scho­dził w tajem­ni­cze cze­lu­ście za łóż­kiem, na któ­rym spo­czy­wała jego żona i przy­no­sił na górę flaki - nawet wtedy miał już czarne łapy. Inni loka­to­rzy opo­wia­dali mi prze­ra­ża­jące wręcz rze­czy na temat miej­sca prze­cho­wy­wa­nia fla­ków. Podobno żero­wały tam na nich stada kara­lu­chów. Nie wiem, jak czę­sto nasi gospo­da­rze zama­wiali świeży towar, jed­nak chyba nieczę­sto, ponie­waż pani Bro­oker miała zwy­czaj okre­ślać według dat tych dostaw wszyst­kie inne wyda­rze­nia. - Zara, niech no poli­czę, od tam­tej pory przy­wo­zili nam mro­że­ninę (zamro­żone flaki) trzy razy - i tak dalej, i tak dalej. Nam, loka­to­rom, ni­gdy nie poda­wano fla­ków. Wtedy myśla­łem, że są może zbyt dro­gie, następ­nie jed­nak wyde­du­ko­wa­łem, że chyba po pro­stu wie­dzie­li­śmy o nich zbyt wiele. Zauwa­ży­łem także, że sami pań­stwo Bro­okers ni­gdy ich nie jedli.

Jedy­nymi sta­łymi loka­to­rami byli pan Reilly, ów szkocki gór­nik, dwóch eme­ry­tów oraz Joe, męż­czy­zna utrzy­mu­jący się z zasił­ków PAC - nale­żał on do takich osób, które nie mie­wają nazwi­ska. Po bliż­szym pozna­niu Szkot oka­zał się strasz­li­wym nudzia­rzem. Zwy­cza­jem wielu bez­ro­bot­nych zbyt dużo czasu spę­dzał na lek­tu­rze gazet, a jeśli mu się w porę nie prze­rwało, potra­fił godzi­nami glę­dzić na temat cho­ciażby "żół­tego nie­bez­pie­czeń­stwa", mor­der­ców kawał­ku­ją­cych swoje ofiary i ukry­wa­ją­cych ich szczątki w skrzy­niach, astro­lo­gii oraz kon­fliktu pomię­dzy reli­gią i nauką. Sta­rzy eme­ryci zostali, jak to zwy­kle bywa, usu­nięci ze swo­ich domów przez Means Test16. Odda­wali Bro­oke­rom swoje coty­go­dniowe dzie­sięć szy­lin­gów, otrzy­mu­jąc w zamian utrzy­ma­nie jakiego można się spo­dzie­wać za tę kwotę, mia­no­wi­cie łóżko na pod­da­szu oraz posiłki, naj­czę­ściej typu chleb-z-masłem. Pierw­szy eme­ryt nale­żał to kate­go­rii osób mie­nią­cych się "lep­szymi" i umie­rał na jakąś nie­ule­czalną cho­robę - chyba miał raka. Wsta­wał z łóżka tylko wtedy, kiedy musiał pójść, żeby ode­brać swoje pie­nią­dze. Drugi, któ­rego wszy­scy nazy­wali Old Jack, miał sie­dem­dzie­siąt osiem lat i był nie­gdyś gór­ni­kiem; prze­pra­co­wał pod zie­mią ponad pięć­dzie­siąt lat. Był bystry i inte­li­gentny, oso­bli­wie jed­nak pamię­tał wyłącz­nie swoje prze­ży­cia i doświad­cze­nia z mło­do­ści; nie wspo­mi­nał ni­gdy ani sło­wem o nowo­cze­snym sprzę­cie gór­ni­czym i uspraw­nie­niach w pracy. Opo­wia­dał mi za to o zma­ga­niach z osza­la­łymi końmi w wąskich chod­ni­kach. Gdy się dowie­dział, że czy­nię przy­go­to­wa­nia do zwie­dze­nia kilku kopalni, spoj­rzał tylko na mnie pogar­dli­wie i orzekł, że męż­czy­zna mojego wzro­stu (mie­rzy­łem sto osiem­dzie­siąt dzie­więć cen­ty­me­trów) ni­gdy nie da sobie rady z "dojaz­dem" na dole; pusz­czał mimo uszu moje słowa, że prze­cież warunki tego "dojazdu" się popra­wiły. Był jed­nak przy­jaź­nie uspo­so­biony do oto­cze­nia, a kiedy czła­pał po scho­dach na swoje pod­da­sze, gdzie sypiał, żegnał wszyst­kich grom­kim okrzy­kiem "Dobra­noc, chło­paki!". Naj­bar­dziej podo­bało mi się w nim to, że ni­gdy nie sępił; pod koniec tygo­dnia bra­ko­wało mu zwy­kle tyto­niu, zawsze jed­nak odma­wiał poczę­stunku. Bro­oke­ro­wie ubez­pie­czyli eme­rytów na życie w fir­mach pobie­ra­ją­cych składkę "sześć pen­sów tygo­dniowo". Podobno pod­słu­chano, jak zanie­po­ko­jeni gospo­da­rze wypy­ty­wali akwi­zy­tora z tej firmy, "jak długo mogą żyć cho­rzy na raka?".

Joe, podob­nie jak Szkot, czy­ty­wał namięt­nie gazety i nie­mal całymi dniami prze­sia­dy­wał w biblio­tece publicz­nej. Był to typowy bez­ro­botny kawa­ler, osob­nik wyraź­nie zanie­dbany, wła­ści­wie już obdar­tus, o okrą­głej, nie­mal dzie­cię­cej twa­rzy, na któ­rej malo­wał się wyraz naiw­nej prze­kory. Przy­po­mi­nał bar­dziej opusz­czo­nego chłopca niż doro­słego męż­czy­znę. Przy­pusz­czam, że zupełny brak obo­wiąz­ków powo­duje, iż tak wielu jemu podob­nych wygląda znacz­nie mło­dziej niż powinni na swój wiek. Sądząc po jego wyglą­dzie i powierz­chow­no­ści, dawa­łem mu około dwu­dzie­stu ośmiu lat, atoli ze zdu­mie­niem dowie­dzia­łem się, że ma ich już czter­dzie­ści trzy. Joe miał upodo­ba­nie do wyra­ża­nia się gór­no­lot­nymi i dobit­nymi fra­zami, a ponadto był bar­dzo dumny z faktu, że posta­wił na swoim i ni­gdy się nie oże­nił. - Więzy mał­żeń­skie to wielka sprawa - mawiał do mnie czę­sto, najwyraź­niej mnie­ma­jąc, iż brzmi to nad wyraz wni­kli­wie, a jed­no­cze­śnie daje dużo do myśle­nia. Jego dochody wyno­siły pięt­na­ście szy­lin­gów tygo­dniowo, z czego sześć lub sie­dem pła­cił Bro­oke­rom za noc­legi. Widy­wa­łem nie­kiedy, jak grzeje sobie na kuchen­nym pale­ni­sku wodę na her­batę, jed­nak pozo­stałe posiłki jadał gdzieś na zewnątrz, a skła­dały się one, jak przy­pusz­czam, głów­nie z kro­mek chleba z mar­ga­ryną oraz ryby z fryt­kami.

Oprócz nich była też klien­tela nie­re­gu­larna, którą two­rzyli komi­wo­ja­że­ro­wie pośled­niej­szego gatunku - wędrowni akto­rzy (na pół­nocy Anglii jest ich zawsze sporo, ponie­waż w więk­szych piwiar­niach bar­dzo czę­sto odby­wają się w week­endy występy róż­nych arty­stów) oraz akwi­zy­to­rzy prasy. Z tymi ostat­nimi zetkną­łem się wtedy po raz pierw­szy. Ich zaję­cie wydało mi się tak jałowe, bez­na­dziejne i okropne, że zacho­dzi­łem w głowę, dla­czego ktoś chwyta się takiej pracy mając jako alter­na­tywę pobyt w wię­zie­niu. Ludzie ci byli zatrud­nieni prze­waż­nie przez tygo­dniki lub nie­dzielne dodatki do gazet; podró­żo­wali po mia­stach zaopa­trzeni w ich plany oraz w wykazy ulic, które musieli codzien­nie "obro­bić". Jeżeli nie zdo­łali zdo­być przy­naj­mniej dwu­dzie­stu pre­nu­me­rat dzien­nie, szli na bruk. Jeśli utrzy­mali wyma­gane mini­mum, otrzy­my­wali nie­wielką pen­syjkę - bodaj dwa funty tygo­dniowo; oprócz tego za każde zamó­wie­nie powy­żej dwu­dzie­stu pobie­rali jakąś mikro­sko­pijną pro­wi­zję. Cała rzecz nie była jed­nak aż tak bez­na­dziejna, jakby się to wyda­wało na pierw­szy rzut oka, ponie­waż w dziel­ni­cach robot­ni­czych każda rodzina abo­nuje jakiś dwu­pen­sowy tygo­dnik i co kilka tygo­dni zmie­nia go na inny; skąd­inąd wąt­pię, by kto­kol­wiek zdo­łał utrzy­mać takie zaję­cie na dłu­żej. Wydawcy cza­so­pism zatrud­niają bied­nych roz­bit­ków życio­wych znaj­du­ją­cych się w roz­pacz­li­wej sytu­acji, bez­ro­bot­nych urzęd­ni­ków i komi­wo­ja­że­rów oraz podob­nych nie­szczę­śni­ków, któ­rzy doko­nują despe­rac­kich wysił­ków, żeby wypra­co­wać swoje mini­mum; potem, gdy to strasz­liwe zaję­cie ścina ich dosłow­nie z nóg, otrzy­mują wymó­wie­nie, a pra­co­dawca anga­żuje nowych. Pozna­łem dwóch takich face­tów, zatrud­nia­nych przez jeden z bar­dziej zna­nych tygo­dników. Obaj byli w śred­nim wieku, mieli na utrzy­ma­niu rodziny, a jeden docho­wał się już nawet wnu­ków. Byli na nogach po dzie­sięć godzin dzien­nie, "obra­bia­jąc" wyzna­czone ulice, a potem do późna w nocy wypeł­niali for­mu­la­rze doty­czące szwin­dlu z powo­dze­niem upra­wia­nego przez ich pisma: w ramach tego oszu­kań­stwa można było - po wyku­pie­niu sześciotygo­dniowej pre­nu­me­raty i wpła­ce­niu dwóch szy­lin­gów prze­ka­zem pocz­to­wym - otrzy­mać "dar­mowy" ser­wis sto­łowy. Otyły komi­wo­ja­żer: ten, który już był dziad­kiem, zasy­piał na sie­dząco z głową w sto­sie for­mu­la­rzy. Żad­nego z nich nie było stać na wyda­nie funta tygo­dniowo, czyli kwoty, jaką pań­stwo Bro­oker liczyli sobie za pełne utrzy­ma­nie. Pła­cili tylko nie­wielką stawkę za noc­legi i sie­dząc w kuchen­nym naroż­niku, spo­ży­wali ukrad­kiem posiłki skła­da­jące się z bekonu i kro­mek chleba z mar­ga­ryną, które prze­cho­wy­wali w swo­ich wali­zecz­kach.

Pań­stwo Bro­oker mieli znaczną liczbę synów i córek, z któ­rych więk­szość dawno już wynio­sła się z domu. Nie­któ­rzy prze­by­wali w Kana­dzie - "w Kana­do­wie", jak mawiała pani Bro­oker. Tylko jeden syn miesz­kał opo­dal; był to wielki, przy­po­mi­na­jący wie­prza mło­dzie­niec, zatrud­niony w garażu; czę­sto przy­cho­dził do rodzi­ców na posiłki. Jego żona stale prze­by­wała w naszym domu wraz z dwójką dzieci, a goto­wała i prała też prze­waż­nie sama oraz Emmie, narze­czona dru­giego syna, który prze­by­wał w Lon­dy­nie. Emmie była jasno­włosą dziew­czyną o spi­cza­stym nosie i nie­szczę­śli­wym wyra­zie twa­rzy; zara­biała gro­sze w jed­nej z fabryk, a wie­czo­rami haro­wała jak nie­wol­nica w domu przy­szłych teściów. Zauwa­ży­łem, że jej ślub z synem Bro­okerów nie­ustan­nie odkła­dano w cza­sie i, prawdę powie­dziaw­szy, ni­gdy by do niego zapewne nie doszło, gdyby nie to, że pani Bro­oker już wyzna­czyła Emmie rolę swo­jej przy­szłej syno­wej; jed­no­cze­śnie przez cały czas obser­wo­wała ją czuj­nym okiem i stro­fo­wała życz­li­wie w ów oso­bliwy, cha­rak­te­ry­styczny spo­sób wła­ściwy kale­kom. Pozo­stałe prace domowe wyko­ny­wał (lub ich nie wyko­ny­wał) gospo­darz. Pani Bro­oker rzadko wsta­wała ze swo­jej sofy usta­wio­nej w kuchni (leżała na niej przez okrą­głą dobę) i była zbyt zło­żona cho­robą, żeby robić coś innego niż tylko zja­dać ogromne por­cje posił­ków. Jej mąż zaj­mo­wał się skle­pem, wyda­wał posiłki loka­to­rom i "porząd­ko­wał" sypial­nię. Kolejne czyn­no­ści zawsze wyko­ny­wał powoli, w tem­pie iście śli­ma­czym. Czę­sto więc łóżka stały nie­za­słane aż do szó­stej po połu­dniu, zaś o dowol­nej porze dnia można było natknąć się na pana Bro­okera na scho­dach, jak niósł wypeł­niony po wręby noc­nik, odgi­na­jąc wysoko kciuk. Ran­kami zaś sie­dział przy kuchen­nym pale­ni­sku; obok stała wanienka wypeł­niona brudną wodą, a on obie­rał kar­to­fle tak powoli, jakby odby­wało się to na zwol­nio­nym fil­mie. Ni­gdy wcze­śniej nie spo­tka­łem osoby, która by wyko­ny­wała tę czyn­ność z rów­nie zapie­kłą odrazą, a któ­rej w dodatku towa­rzy­szyło cią­głe roz­pa­mię­ty­wa­nie swo­jej "krzywdy". Nie­mal było widać, jak gotuje się w nim jakiś gorzki jad, nie­na­wiść to tej "cho­ler­nej bab­skiej roboty". Nale­żał bowiem do tego typu ludzi, któ­rzy potra­fią prze­żu­wać swoje urazy niczym krowa paszę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Cho­dzi o Royal Ante­di­lu­vian Order of Buf­fa­loes, męskie sto­wa­rzy­sze­nie utwo­rzone w 1822 r. w zajeź­dzie Harp Tavern przy Great Rus­sell Street (opo­dal Drury Lane The­atre) w Lon­dy­nie, począt­kowo jako zwią­zek pra­cow­ni­ków teatrów, któ­rzy - w prze­ci­wień­stwie do akto­rów oraz innych arty­stów tam­tych cza­sów - nie mieli swo­ich związ­ków nawet o nie­for­mal­nym cha­rak­te­rze. Ist­nieje do dziś, ma cha­rak­ter para­ma­soń­ski, a jego celem są dzia­ła­nia cha­ry­ta­tywno-dobro­czynne. Pomimo słowa "Royal" w nazwie ni­gdy nie otrzy­mało kró­lew­skiego patentu; gdy pod koniec XIX w. wydano w Anglii ustawy prze­ciw szko­dli­wym i awan­tur­ni­czym zgro­ma­dze­niom (The Sedi­tious and Rio­tous Assem­bly Acts), jego kie­row­nic­two, powo­do­wane pra­gnie­niem wyka­za­nia, iż orga­ni­za­cja jest lojalna wobec pań­stwa i jego monar­chy, dodało do nazwy słowo "Loyal" ("Lojalni"). Wkrótce jed­nak zaczęto błęd­nie uży­wać podob­nego słowa "Royal" ("Kró­lew­skie"), które weszło z cza­sem do ofi­cjal­nego obiegu. Obrzędy i pro­ce­dury orga­ni­za­cyjne sto­wa­rzy­sze­nia nader czę­sto łączyły się ze zbio­rową kon­sump­cją piwa w pubach (motyw ten kil­ka­krot­nie wystę­puje w powie­ściach Orwella). Ofi­cjalne cele orga­ni­za­cji to "Obrona słab­szych, poma­ga­nie skrzyw­dzo­nym przez los oraz wspoma­ga­nie osób znaj­du­ją­cych się w kło­po­tach i w potrze­bie". Obec­nie utrzy­muje ona dwa domy dla rekon­wa­le­scen­tów "na potrzeby człon­ków, ich żon oraz wdów po nich, odby­wa­ją­cych reha­bi­li­ta­cję po cho­ro­bie lub znaj­du­ją­cych się w trak­cie lecze­nia". Struk­tura orga­ni­za­cyjna Buf­fa­loes opiera się, podob­nie jak w maso­ne­rii, na sys­te­mie lożo­wym - ist­nieją Loże Mniej­sze (Pry­watne), Wiel­kie Loże Pro­win­cjo­nalne oraz Wielka Loża (przyp. tłum.). [wróć]

2. Zało­żony w 1154 r. przez Petera de Bir­ming­ham, lokal­nego obszar­nika, targ bydłem i arty­ku­łami żyw­no­ścio­wymi, potem główny bazar w mie­ście. Ist­nieje do dziś (przyp. tłum.). [wróć]

3. W oryg. Tem­pe­rance Hotel. Cho­dzi o sieć zajaz­dów a potem hoteli zakła­da­nych mniej wię­cej od połowy XIX w. w Wlk. Bry­ta­nii i USA przez orga­ni­za­cje pro­pa­gu­jące abs­ty­nen­cję (przyp. tłum.). [wróć]

4. Cri­th­mum mari­ti­mum, roślina z rodziny bal­dasz­ko­wa­tych o mię­si­stych łody­gach i liściach, które maga­zy­nują wodę. Rośnie czę­sto na urwi­skach nad­mor­skich, jest jadalna, a w nie­któ­rych regio­nach Anglii ucho­dzi za przy­smak, obec­nie poda­wana nawet jako ozdoba do potraw w ele­ganc­kich lon­dyń­skich restau­ra­cjach. Jej liście przy­po­mi­nają w smaku szpa­ragi, dla­tego nazy­wana jest nie­kiedy "szpa­ra­gami ubo­gich" (przyp. tłum.). [wróć]

5. Frank Meade był urzęd­ni­kiem w Amal­ga­ma­ted Society of Woodwor­kers. Pro­wa­dził też biuro man­che­ster­skiej filii pisma "Adel­phi" i był dyrek­to­rem eko­no­micz­nym "Labour's Natio­nal Voice", organu Inde­pen­dent Socia­list Party (przyp. red. wyd. ang.). [wróć]

6. Natio­nal Unem­ployed Wor­kers' Move­ment (Naro­dowy Ruch Bez­ro­bot­nych Robot­ni­ków) (przyp. tłum.). [wróć]

7. "John Bull" był popu­lar­nym tygo­dni­kiem zało­żo­nym w roku 1906 i wyda­wa­nym począt­kowo przez Hora­tio Bot­tom­leya (1860-1933), który - mie­niąc się pod­czas I wojny świa­to­wej "Przy­ja­cie­lem żoł­nie­rza" - nawo­ły­wał do uwię­zie­nia Ram­saya Mac­Do­nalda (póź­niej­szego pre­miera), sam jed­nak tra­fił do wię­zie­nia za oszu­stwa. Spe­cjal­no­ścią jego pisma były sen­sa­cje oraz kon­kursy dla czy­tel­ni­ków ze sto­sun­kowo wyso­kimi nagro­dami. Prze­stało się uka­zy­wać w roku 1960 (przyp. red. wyd. ang.). [wróć]

8. Firma gastro­no­miczna J. Lyons & Co. Zało­żyła sieć lokali zwa­nych "Cor­ner Houses" ("Narożne domy") przy Coven­try Street, Tot­ten­ham Court Road, Stran­dzie i opo­dal Mar­ble Arch w Lon­dy­nie; pierw­szy powstał w 1908 r., miał kilka pię­ter, a w nim restau­ra­cje i kawiar­nie. Restau­ra­cje były utrzy­mane w roz­ma­itym stylu, w nie­któ­rych gości obsłu­gi­wały kel­nerki (ich ucie­le­śnie­niem była czę­sto poja­wia­jąca się w rekla­mach postać dziew­czyny zwa­nej "Nip­pie"); były też kafe­te­rie, bary sałat­kowe oraz przy­naj­mniej jedna "kawiar­nia wie­deń­ska" (przy Coven­try Street), gdzie w latach 30. poda­wali do stołu głów­nie żydow­scy uchodźcy z Trze­ciej Rze­szy, w swo­jej ojczyź­nie czę­sto wyko­nu­jący wolne zawody. [...] Żaden z tych lokali już dziś nie­stety nie ist­nieje. Firma Lyons pro­wa­dziła także wiele małych kawia­re­nek o roz­ma­itym cha­rak­te­rze i wystroju (przyp. red. wyd. ang.). [wróć]

9. Joe ("Jerry") Ken­nan (daty uro­dze­nia i śmierci nie­znane) był wtedy bez­ro­bot­nym gór­ni­kiem i dzia­ła­czem Inde­pen­dent Labour Party. Utrzy­my­wał (wbrew rela­cji Orwella), że w pen­sjo­na­cie przy War­ring­ton Lane 72 było nie­ska­zi­tel­nie czy­sto i że: "Orwell wypro­wa­dził się stam­tąd i zamiesz­kał u mał­żeń­stwa pro­wa­dzą­cego sklep z fla­kami, bo chciał zna­leźć coś gor­szego" (zawarł to spo­strze­że­nie w przy­pi­sie do swo­jego wspo­mnie­nia o pisa­rzu w jed­nym z roz­dzia­łów ("With the Wigan Miners") wspo­mnie­nio­wej książki Orwell Remem­be­red, s. 130). Bez względu na to, jak było, szybki wyjazd Orwella nastą­pił rze­czy­wi­ście w cza­sie cho­roby pani Hornby, tak jak on sam napi­sał. Ken­nan, być może ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów, narze­kał, iż nie otrzy­mał potem egzem­pla­rza Drogi na molo w Wigan z auto­gra­fem autora (przyp. red. wyd. ang.). [wróć]

10. Jerry Ken­nan twier­dził, że miał masę 20-30 ton. Nie jestem pewien, który z nas oce­nił dokład­niej jego masę (odręczny przy­pis aut.). [wróć]

11. Autor miał zapewne na myśli świ­dry pneu­ma­tyczne (przyp. red. wyd. ang.). [wróć]

12. Autor opi­suje to, co mu się wtedy zda­rzyło w Dro­dze na molo w Wigan. Crick [w swo­jej bio­gra­fii Orwella: Geo­rge Orwell: A Life, Lon­dyn, 1980 - przyp. tłum.] przy­ta­cza rela­cję Jerry'ego Ken­nana o poby­cie Orwella w kopalni, o któ­rej Ken­nan mówił po raz pierw­szy w audy­cji BBC "Omni­bus" w roku 1970. Gdy w pew­nej chwili pod­czas mar­szu chod­ni­kiem Orwell nie pochy­lił się w porę pod dźwi­ga­rem, "ścięło go z nóg"; stra­cił przy­tom­ność i trzeba go było cucić. Gdy doszli do przodka, "widać było, że Orwell jest pie­kiel­nie zmę­czony i wyczer­pany" - a prze­cież ocze­ki­wała go jesz­cze droga powrotna. Pod­czas trzech takich wypraw (nie doty­czyło to tylko opi­sy­wa­nej powy­żej wizyty) Orwell "był zupeł­nie pad­nięty". Gdy powró­cił do swo­jej kwa­tery przy Dar­ling­ton Street 22, ocze­ki­wał go list od wydawcy zawie­ra­jący wykaz zmian, jakie nale­żało wpro­wa­dzić do tek­stu powie­ści Wiwat aspi­di­stra!, a prze­cież książkę tę pod­pi­sał już do druku nim wyru­szył do Wigan. Wysłał Gol­lan­czowi [wydawcy - przyp. tłum.] wyma­gane zmiany, po czym - nie­wąt­pli­wie zmę­czony wyprawą do kopalni oraz ziry­to­wany kon­tra­stem pomię­dzy tym, co oglą­dał a try­wial­no­ścią tego, o co go popro­szono, napi­sał gniewny list do swo­jego agenta Leonarda Moore'a: "pro­sili mnie o wpro­wa­dze­nie zmian, gdy książka była w druku, a ponadto mia­łem jesz­cze wyrów­nać litery" (w cza­sach gorą­cego składu każda zmiana w ukła­dzie tek­stu pocią­gała za sobą koniecz­ność wpro­wa­dza­nia innych, bar­dzo roz­bu­do­wa­nych, zmian w skła­da­nym tek­ście). Kon­ty­nu­ował: "Ogól­nie rzecz bio­rąc, osią kom­po­zy­cyjną frag­men­tów, nawet całych roz­dzia­łów, jest kilka kar­dy­nal­nych fraz i wyrzu­ce­nie ich, tak jak to się stało w tym wypadku, roz­wala całą książkę". Popro­sił dalej, żeby kwe­stię ewen­tu­al­nych popra­wek w przy­szło­ści zała­twiano z Gol­lan­czem przed zło­że­niem książki (przyp. red. wyd. ang.). [wróć]

13. Sir Oswald Mosley (1896-1980), poli­tyk, począt­kowo w Par­tii Kon­ser­wa­tyw­nej, potem nie­za­leżny, wresz­cie w Labour Party. W 1931 r. wysta­pił z tego ostat­niego ugru­po­wa­nia i zało­żył The New Party. Został fana­tycz­nym zwo­len­ni­kiem Hitlera, a jego par­tia zmie­niła nazwę na The Bri­tish Union of Fasci­sts. Jej umun­du­ro­wani człon­ko­wie dali się poznać jako "Black­shirts" ("Czarne koszule"). Pod­czas II wojny świa­to­wej był inter­no­wany (przyp. red. wyd. ang.). [wróć]

14. "Action" była pismem The Bri­tish Union of Fasci­sts. 9 lipca 1936 r. pani Hastings Bonora zapy­tała Orwella, czy mogłaby zamie­ścić w swo­jej recen­cji książki Vic­to­ria of England cytat z jego powie­ści Córka duchow­nego, zawie­ra­jący opis noc­nej sceny na Tra­fal­gar Squ­are. Rze­czona recen­zja miała się uka­zać na łamach "Action". Wyra­ziła jed­no­cze­śnie nadzieję, że autor nie jest aż tak zapie­kłym anty­fa­szy­stą, i że "z tego powodu nie odpo­wie jej: WYKLU­CZONE". Należy się jed­nak domy­ślać, że taką wła­śnie odpo­wiedź otrzy­mała, ponie­waż 14 lipca ponow­nie napi­sała do Orwella, co nastę­puje: "nawet jeśli nie akcep­tuje Pan faszy­stow­skich ide­ałów, musi Pan bez­względ­nie uznać, że mamy ze sobą coś wspól­nego - mia­no­wi­cie dobro tych nie­szczę­śni­ków, "któ­rzy zeszli na psy"". W swoim ostat­nim liście do niego (z 24 lipca) napi­sała, że jej par­tia ma przy­naj­mniej pro­gram, "lecz pan ni­gdy nie przed­sta­wił nawet jed­nej suge­stii, jak popra­wić los naszych "Mise­ra­bles"" (przyp. red. wyd. ang.). [wróć]

15. Grey, gór­nik w wieku ok. 45 lat, miesz­kał w Barn­sley przy Agnes Ter­race 4 wraz z młod­szą o ok. 10 lat żoną oraz dwiema cór­kami, Doreen i Irene (10 i 11 lat). Orwell gościł u nich i zano­to­wał, że w ich domu "jest bar­dzo czy­sto i porząd­nie" (przyp. red. wyd. ang.). [wróć]

16. W Wlk. Bry­ta­nii w latach 30. XX w. bez­ro­botni otrzy­my­wali przez pewien czas stałe zasiłki (na poczet któ­rych, gdy pra­co­wali, potrą­cano im odpo­wied­nie kwoty z tygo­dnio­wych wypłat). Po zakoń­cze­niu ich wypła­ca­nia mogli zwró­cić się do UAB (Unem­ploy­ment Assi­stance Board, czyli Komi­tetu Pomocy Bez­ro­bot­nym) o wypła­ca­nie zasiłku okre­so­wego. Wyno­sił on naj­wy­żej 15 szy­lin­gów tygo­dniowo dla gospo­dar­stwa jed­no­oso­bo­wego i 24 szy­lingi dla mał­żeń­stwa; dzieci otrzy­my­wały (w zależ­no­ści od wieku) od 3 do 6 szy­lin­gów tygo­dniowo. Bez­ro­botny musiał jed­nak uzy­skać wcze­śniej pomyślną opi­nię Means Test, insty­tu­cji spraw­dza­ją­cej, czy kwa­li­fi­kuje się on do pomocy i czy nie osiąga dodat­ko­wych docho­dów (np. z tytułu wynaj­mo­wa­nia pokoju). Takie przy­padki prze­ka­zy­wano do PAC (Public Assi­stance Com­mit­tee, Komi­tetu Pomocy Spo­łecz­nej, albo Public Asi­stance Board, czyli Komi­sji Pomocy Spo­łecz­nej), pro­wa­dzo­nego i finan­so­wa­nego przez wła­dze lokalne. Ten wypła­cał już mniej­sze kwoty, któ­rych wyso­kość co naj­mniej jed­no­krot­nie póź­niej redu­ko­wano. Korzy­sta­jący z pomocy PAC otrzy­my­wali także przez sześć tygo­dni przed Bożym Naro­dze­niem (oraz przez taki sam okres czasu po nim) szy­linga i 6 pen­sów na zakup węgla (50 kilo­gra­mów węgla kosz­to­wało wtedy w detalu ok. szy­linga). Jed­nakże wypłata tego dodatku była uza­leż­niona od pozy­tyw­nej opi­nii Means Test; taka kon­trola była znie­na­wi­dzoną przez wszyst­kich bez­ro­bot­nych pro­ce­durą. Wystę­pu­jące w tek­ście war­to­ści pie­niężne trudno prze­li­czyć pre­cy­zyj­nie na obecne; prof. Peter Davi­son, wydawca Col­lec­ted Works Orwella, suge­ruje, by mno­żyć je przez 35. W ten spo­sób ówcze­sne 24 szy­lingi to 840 szy­lin­gów sprzed bry­tyj­skiej reformy walu­to­wej, co odpo­wiada w przy­bli­że­niu obec­nym 42 fun­tom (przyp. tłum.). [wróć]