Droga, którą jadę - Juliana Buhring

-
Proszę czekać

Prolog

22 grudnia 2012

Hałaśliwy tłum rowerzystów i motocyklistów zebrał się przed barem w miasteczku Cardito na obrzeżach Neapolu. Wszyscy chcą zrobić zdjęcia, ale ja chcę tylko wypić dobre espresso.

- Grupy rowerzystów chcą się z tobą spotkać na trasie - mówi mi do ucha Antonio i patrzy na zegarek, a ja piję przy barze mocną, aromatyczną kawę. To typowy neapolitański bar, gdzie sprzedaje się ciepłe cornetti, losy na loterię i papierosy, zalewa go ostre fluorescencyjne światło, a mały, płaskoekranowy telewizor pokazuje mecz piłkarski. Nie mogę być szczęśliwsza. Jakże tęskniłam przez ostatnie pięć miesięcy za porządnym neapolitańskim espresso!

- Ludzie będą chcieli cię zatrzymać, żeby zrobić zdjęcia, ale ty musisz już iść. Nie ma czasu. Pamiętaj, to ważne, żebyś się nie zatrzymywała. W połowie dnia musisz być na Piazza Plebiscito. - Antonio, jako mój menedżer logistyki, wchłonął większą część stresu z 29 000 kilometrów mojej wyprawy rowerowej dookoła świata. Nie przespał spokojnie nocy od początku tego przedsięwzięcia i wygląda, jakby tracił kilogramy równo ze mną. Kędzierzawe, czarne włosy ma nieuczesane, raz po raz mruży zmęczone oczy, ukryte za ciemnymi ray-banami, jakby był głęboko zamyślony. Miał niewielkie pojęcie, w co się pakuje, kiedy zaledwie trochę ponad rok temu zgodził się na zarządzanie logistyką mojej podróży. Ale przecież ja też nie miałam pojęcia. Oboje nie mogliśmy się doczekać, kiedy dojadę do mety.

- Okej, jestem gotowa. Gdzie Pegasus? - Nie widziałam swojego roweru, odkąd wczoraj Antonio zabrał go do warsztatu na przechowanie. Przyprowadza go młodszy brat Antonia, Riccardo. Rower jest brudny po wczorajszym deszczu, wyschnięte błoto przylgnęło do białej karbonowej ramy. Skóra na siodełku miejscami jest podarta, widać wgniecenia, a farba jest zarysowana, ale jeśli wziąć pod uwagę liczbę kilometrów, którą pokonał, jest w całkiem dobrym stanie. Mimo wszystkich awarii i problemów, powiózł mnie dookoła świata. Czule pogłaskałam kierownicę. Ten rower przez 152 dni był moim towarzyszem na trasie. Mnóstwo do niego mówiłam. - Ostatnia przejażdżka, Pegasusie - mruczę teraz.

Czekający na mnie rowerzyści wsiadają na rowery, motocykliści zwiększają obroty silników w rytm Przetrwam ryczącej z głośnika na tylnym siodełku jednej z maszyn. Antonio wskakuje do swojego niebieskiego renaulta clio zaparkowanego tuż przed nami. Ludzie gwiżdżą i klaszczą, z ulicy, z okien i balkonów, krzyczą: Vai, Julie! Chcę uciec od hałasu i zainteresowania, więc naciskam pedały i ruszam.

Nasza procesja rośnie na ostatnich sześćdziesięciu kilometrach przed Neapolem. Dołączają do nas rowerzyści z Schiano, firmy, która ofiarowała mi rower. Zmierzamy w stronę sklepu z rowerami Cicli Caputo, gdzie zaczęłam się uczyć, jak wymieniać dętki i rozkładać Pegasusa. Rowerzyści ze sklepu, z którymi zaledwie osiem miesięcy temu zaczęłam trenować, czekają na nas. Jest nas teraz ponad pięćdziesięcioro: nastolatków i starszych, doświadczonych kolarzy, amatorów i zawodowców. Wszyscy towarzyszą mi do linii mety. Kiedy przejeżdżamy, policjanci na ulicach wstrzymują ruch.

Kawalkada zmotoryzowanych naciska melodyjne klaksony i blokuje samochody na skrzyżowaniach, więc nie musimy się zatrzymywać. Panuje wesoła atmosfera. Słońce przedziera się przez chmury, kiedy okrążamy łukiem Pozzuoli, gdzie ruiny starorzymskiego miasta portowego mieszają się z nowoczesnymi kompleksami mieszkalnymi. Morze pod nami jest srebrnoszare, a Neapol to barwna plątanina budynków w cieniu Wezuwiusza. Śmieję się w euforii i krzyczę do chłopaków, którzy pedałują obok mnie.

- Jaki piękny dzień na przejażdżkę! - Kiwają głowami i podnoszą kciuki.

Dalej, przy trasie, czeka na nas więcej rowerzystów: przejeżdżający turyści i kilka kobiet ze wspólnoty Green Cycle. Nasza grupa rośnie, spowalniamy tempo, żeby dostosować się do wszystkich. Ostatnie kilometry przez Piazza Plebiscito przemierzamy po nowej ścieżce rowerowej biegnącej najpierw wzdłuż brzegu, potem do centrum miasta. Pedałuję po brukowanym placu, przejeżdżam linię mety. Orszak rozprasza się w tłumie przyjaciół i kibiców online. Zarzucają mi na ramiona flagę Neapolu. Ludzie klaszczą, wołają: brava! Naprędce ustawiono podium, ktoś na nim stoi, krzyczy do mikrofonu:

- Juliana wróciłaaaaa!

Antonio czeka na mnie. Zsiadam z roweru i serdecznie go obejmuję.

- Brava, baby! - mówi i, jak to często mu się zdarza, szczypie mnie z uczuciem w policzek. Udało nam się! To w równym stopniu jego zwycięstwo, jak moje. Ja pedałowałam, ale to on uczynił wszystko, żebym mogła to zrobić.

Prowadzą mnie z Pegasusem na podium, podsuwają mikrofon przed twarz. Najwyraźniej chcą, żebym coś powiedziała, ale w głowie mam pustkę. Wszystko jest takie surrealne. Udało mi się przejechać dookoła świata i nadal nie wierzę, że jest już po wszystkim. Czuję posiniaczoną, podrapaną skórę na udzie po wczorajszym upadku. Palce u stóp mam czarne i pokryte pęcherzami po odmrożeniach. Na twarzy rany od oparzeń słonecznych i smagnięć wiatru. Ciało niemal w zapaści. W tej chwili, kiedy stoję na linii mety, a tłum klaszcze i wiwatuje, trudności, choroby, zmęczenie, zimno, głód, ból i łzy są jak sen, który nigdy się nie przyśnił.

Ale jednak to była prawda, wbrew oczekiwaniom wszystkich. Bez sponsora czy fundacji, bez zespołu wsparcia technicznego i medycznego, po zaledwie ośmiu miesiącach treningu kolarskiego. Nikt nie wierzył, że mi się uda, na pewno nie przez cały czas, kiedy jechałam dookoła świata, średnio pokonując 200 kilometrów dziennie. Nie byłam sportsmenką ani kolarką. Nie miałam żadnych kwalifikacji do tak wielkiego wyczynu. Tylko siłę woli i determinację, żeby dojechać do końca, bez względu na wszystko. Wyruszyłam, żeby udowodnić, że wszystko jest możliwe, że jesteśmy zdolni do rzeczy znacznie nas przerastających.

D-Day

Cała podróż zaczęła się pięć miesięcy wcześniej, w szary poranek, pod koniec lipca. Prognoza pogody przewidywała deszcz, a nad głowami przyjaciół i zaciekawionych nieznajomych, zebranych na Piazza Plebiscito, jednym z największych placów w Europie, gromadziły się ciężkie chmury. Zamknięty z jednej strony imponującą fasadą XVII-wiecznego pałacu królewskiego, a z drugiej neoklasycystycznym kościołem San Francesco di Paola, centralny plac Neapolu wydawał się naturalnym punktem startowym mojej przygody.

- Jesteś gotowa? - zapytał Antonio, przepychając się przez tłum sympatyków, fotoreporterów i dziennikarzy, którzy przyszli mnie odprowadzić. Było to oczywiście pytanie retoryczne. Czy ktokolwiek może być gotowy na coś takiego? Według powszechnej opinii ja nie byłam. Miałam tylko parę tysięcy euro, rower i marzenie.

Marzenie, które narodziło się z głębokiego smutku. Z takiego smutku, który postarza, zamartwia albo zmienia człowieka, staje się bodźcem przypadkowych, ale wpływających na życie czynów.

Hendriego Coetzee spotkałam przed ośmiu laty w klubie nocnym Rock Garden, w Kampali. Stałam oparta plecami o bar, oświetlały mnie neony, rozmawiałam z grupką przyjaciół. Hendri, na skraju ciemności, popijał wódkę z red bullem. Nasze spojrzenia spotkały się i zahaczyły o siebie na dłużej. Chyba nie miał zamiaru ani ochoty przerywać tego niespodziewanego spotkania i odwracać wzroku. Jakże dobrze pamiętam te oczy - błękitne kule, świecące nawet w przyćmionym świetle klubu. Powoli ruszył w moją stronę, nie zrywając kontaktu wzrokowego, dopóki nasze twarze nie znalazły się zaledwie o kilka centymetrów od siebie.

- Nie możesz oderwać ode mnie wzroku - wyszeptałam.

- A ty po prostu oddałabyś życie, żebym cię pocałował - odparł. Nie pamiętam, czy padły inne słowa. Nasze dłonie odnalazły się, spiskując na równi z oczami. Bez słów poszliśmy w ciemność, z dala od pijanego tłumu stałych bywalców. W tamtej chwili nic innego się nie liczyło.

Hendri był odkrywcą, podczas swoich podróży przemierzył ponad półtora tysiąca kilometrów wzdłuż wybrzeża wschodniej Afryki, wiele razy zagłębiał się w nienaniesione na mapy dzikie zakątki kontynentu, odbył wyprawy od źródeł do ujścia Białego i Niebieskiego Nilu. Żartował, że jest Wielkim Białym Odkrywcą. Ja wolałam nazywać go Bogiem Rzeki i gdybyście widzieli, jak sprawnie spływa przez najtrudniejsze progi rzeczne w pomarańczowym kajaku Fluid, zrozumielibyście dlaczego.

Nasze kolejne spotkania były podobne, krótkie, intensywne, bez nadziei na wspólną przyszłość. Sprowadzały się do serii doskonałych, wspaniałych chwil, które tak jak nasze pierwsze spotkanie wydawały się trochę surrealne. Pracował jako przewodnik przy spływach dla spółki kajakarskiej w Jinja, prowadził ludzi przez spienione progi Nilu. Mieszkałam w Kampali, za dnia niby-misjonarka rozprowadzałam żywność i lekarstwa po sierocińcach i szkołach, wieczorem tancerka go-go w zawodowym zespole tańca, żeby mieć za co opłacić rachunki. Hendri dowiedział się, że w Rock Bar występują cudzoziemki i parę tygodni przed naszym pierwszym spotkaniem poszedł tam z kolegami, żeby zobaczyć, jak tańczymy.

Kiedy ostatni raz widziałam się z nim, przygotowywał się do poprowadzenia kolejnej ekspedycji, 6700 kilometrów Nilem, od źródeł do morza, w ślad za amerykańskim podróżnikiem Johnem Goddardem. Kiedy wyruszył, moje życie uległo dramatycznej zmianie. Wyjechałam z Kampali, napisałam książkę, zupełnie się zmieniłam. Na kilka lat straciliśmy kontakt.

Byłam w Londynie, odwiedzałam przyjaciółkę, która też mieszkała w Kampali, kiedy zobaczyłam profil Hendriego na Facebooku. Wysłałam mu zaproszenie do grona znajomych, na które natychmiast odpowiedział.

Cóż, niech będzie. Nawet przez sekundę nie sądziłem, że jeszcze się z Tobą skontaktuję. Właśnie o tobie myślałem, kilka tygodni temu. Dodam, że z sympatią.

Właśnie wrócił z samotnej wyprawy przez Kongo i trudno mu było z powrotem wejść w "normalne życie". Rozumiałam to uczucie, bo sama też nigdzie na dobre się nie zadomowiłam. Zaczęliśmy regularnie korespondować. Jakby czas stanął w miejscu, chociaż minęły całe wieki. Przez ostatnie pięć lat w naszym życiu mnóstwo się zmieniło, ale między nami nie zmieniło się prawie nic.

Kwestia wolności była ważna dla nas obojga i chociaż dążyliśmy do niej na bardzo różne sposoby, to nasze poszukiwania doprowadzały nas do podobnych wniosków.

Jakiś czas temu mówiłaś mi o wolności - napisał na początku, kiedy nawiązaliśmy korespondencję, a on kupił i przeczytał moją pierwszą książkę, w której przedstawiłam szczegóły dzieciństwa w osławionej sekcie Dzieci Boga. Pisał dalej:

Nie wiedziałem, że to dla ciebie tak istotna sprawa. Mój ulubiony psycholog, Viktor Frankl, mówi: "Możemy znaleźć sens poprzez pracę, miłość albo cierpienie". Może tym, którzy cierpią najbardziej, najłatwiej jest znaleźć sens. Tobie łatwiej na to odpowiedzieć niż mnie. Frankl wyciąga wniosek: "cierpienie jest nieuchronne" i stwierdza, że "ostatnią z wolności człowieka jest wybór własnej reakcji na własne cierpienie". Jako człowiek, który szukał wolności przez całe życie, zgadzam się, że jest to wolność, którą najtrudniej osiągnąć.

Każdy mail i każda wymieniona między nami wiadomość były jak woda dla spragnionego wędrowca. Przemawiało to do mojej dzikości, do buntu, który tkwił we mnie, w społecznym outsiderze. Chociaż byliśmy na różnych kontynentach, ceniłam jego słowa bardziej niż czyjekolwiek. Jeśli nawet łączyła nas tylko przyjaźń na odległość, było to dla mnie więcej warte niż sto bliskich znajomości.

Sprawy przyspieszyły w ciągu kilku miesięcy, jakbyśmy oboje wyczuwali, że czasu jest mało, że pędzimy w stronę nieznanego zderzenia z fatum.

Chyba oboje wiemy, że ty i ja jesteśmy tylko objawem, że żadne z nas nie jest przyczyną tego przyciągania - napisał w jednym z maili. Że rozpaczliwie szukamy siebie nawzajem, tej nikłej szansy, że znajdziemy kogoś innego niż wszyscy, kto może być tym, o kogo nam chodzi, kiedy już wszystko przeszukaliśmy - tą ostatnią deską ratunku. Dla nas, potykających się o przeszkody, strach przed sprawdzaniem takiej teorii może być bolesny. Trudno nam działać powoli i z namysłem. Moc płynie w naszej krwi. A jednak, myślę, że mamy sobie coś do powiedzenia, są rzeczy, z których chcielibyśmy się zwierzyć. Weszliśmy sobie nawzajem w krwiobieg.

Planował kolejną wyprawę z dwoma amerykańskimi kajakarzami, spływ najrzadziej odwiedzanymi rzekami w Kongu. Miał wrócić na Nowy Rok, więc zarezerwowałam lot do Ugandy na 30 grudnia. Postanowiliśmy się spotkać i zobaczyć, co z tego wyniknie.

Trzeciego grudnia 2010 zalogowałam się na Skype'a. Znalazłam go online, czekał na mnie.

Hendri: Właśnie o tobie myślałem.

Juliana: Właśnie naszła mnie niespodziewana ochota, żeby się zalogować.

Hendri: Bogu dzięki.

Juliana: Gdzie jesteś?

Hendri: W Kalemie, w Kongu. Tkwię tu od paru dni. Czekam na jakieś zezwolenia na podróż.

Juliana: Ale nadal masz dostęp do Internetu! Hm, pomyślmy. Afryka - same sprzeczności.

Hendri: Dużo o tobie myślałem przez cały dzień.

Juliana: Dziwne, ja też.

Hendri: Kiedy będę miał ten przywilej?

Juliana: Jaki?

Hendri: Ciebie.

Juliana: Przylatuję 31.

Hendri: Jeśli kiedy miałem jakiś bodziec, żeby przeżyć wyprawę...

Juliana: Lepiej przeżyj. Czekam na ciebie. Miesiąc to bardzo długo.

Hendri: Czuję się blisko ciebie. Zdumiewające. Między nami tylko parę hipciów i kilku dzikusów. Jak najszybciej się tym zajmę.

Juliana: Och, świetnie. Pracuj nad tym. A ja popracuję, żeby dostać się do ciebie.

Hendri: Wkrótce.

Juliana: Tak.

Hendri: Chyba ostatni raz mam Internet przed końcem wyprawy. Trzy, cztery tygodnie, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Juliana: Proszę, wróć w jednym kawałku. Potrzebuję cię całego.

Hendri: I dostaniesz całego.

Juliana: ?

Hendri: Miłych snów. Śnij o mnie. Ja będę śnił o tobie.

Juliana: Zazwyczaj ty mi się śnisz. Nie opuszczasz moich myśli.

Hendri: Dam ci znać, jak wrócę do Ugandy.

Juliana: Okej. Do miłego.

Hendri: Miłość i światło.

Juliana: Bezpiecznej podróży, mój Boże Rzeki.

Obudziłam się 8 grudnia i popijając kawę, zalogowałam się na Facebooka. Wiadomości były pełne hołdów składanych Hendriemu, przerywały je wyrazy szoku i niedowierzania. Gorączkowo napisałam do wspólnego przyjaciela: "Co się dzieje, do diabła? Co się stało z Hendrim?"

"Wiosłował z nurtem Lukuga River, dwaj kajakarze amerykańscy, z którymi był, płynęli tuż przed nim, kiedy znikąd pojawił się ogromny krokodyl i wyciągnął Hendriego z kajaka. Ciała nie odnaleziono", odpowiedział nasz wspólny przyjaciel. "Za bardzo jestem wstrząśnięty, żeby w tej chwili o tym myśleć. Hendri zawsze oszukiwał śmierć. Po prostu w to nie wierzę".

Siedziałam bez ruchu, też nie mogłam, nie chciałam o tym myśleć. Oczywiście, to nieprawda. Wypłynie gdzieś z rzeki, z tym swoim bezczelnym uśmieszkiem i będzie ciągnął za sobą świeżą skórę z krokodyla.

Kiedy informacja wreszcie do mnie dotarła, rozpadłam się na kawałki. Przez pierwsze parę dni nie wstawałam z łóżka, płakałam zwinięta w kłębek, wzywałam raz po raz jego imię, jakby jakimś cudem można go było sprowadzić. Czasem, kiedy już nie miałam łez w suchych, zapuchniętych oczach, myślałam: Dziś jest mi lepiej, dzisiaj nie będę płakała. Wtedy coś uruchamiało pamięć i zwijałam się w ataku płaczu, podłoga zamazywała się, świat wirował, traciłam oddech.

Głęboki smutek bardziej naznacza człowieka niż fizyczna blizna. Po tygodniach obezwładniającej żałoby obudziłam się pewnego dnia rano i spojrzałam w lustro. Wiedziałam, że muszę coś zrobić, żeby się ratować, albo pochłonie mnie głęboka melancholia, w której tonęłam. Śmierć ma swoje sposoby, żeby w ostrym świetle pokazać tymczasową naturę życia, przypomnieć, że czas zawsze gna ku tej jedynej nieuchronności, wzniecić nagłą potrzebę zrobienia wszystkiego natychmiast, kiedy jeszcze można.

To, co zaczęło się jako akt rozpaczy, wkrótce stało się przyćmiewającym wszystko celem. A zaczęło się to w istocie w noc po uroczystości upamiętniającej Hendriego. Załapałam się na uprzednio zarezerwowany przeze mnie lot i 31 grudnia, tak jak wcześniej zamierzałam, przyleciałam do Ugandy. Miesiąc po dniu jego śmierci spotkałam się na brzegach Nilu z jego rodziną i przyjaciółmi, żeby uczcić życie człowieka, którego wszyscy kochaliśmy.

- Chyba nie mógł odejść w inny sposób. Hendri byłby wściekły, gdyby miał umrzeć we własnym łóżku - powiedział jeden z jego najbliższych przyjaciół.

Kilkoro z nas siedziało przy stole z bali na werandzie domku noclegowego dla kajakarzy i miejscowych odmieńców wędrujących przez Jinja. Hendri też tu mieszkał przez jakiś czas. Pochodnie bambusowe z olejkiem z citronelli zatrzymywały komary na skraju naszego małego kręgu światła. Cykady głośno grały. Afrykańska noc nigdy nie jest cicha.

- Chcę zrobić coś wielkiego, zanim się ustatkuję - powiedziała śliczna angielska blondynka, która tylko przelotnie znała Hendriego.

Dlaczego musimy się ustatkować? - myślałam. Dlaczego uważamy, że w pewnym wieku ludzie tego od nas oczekują? Za parę miesięcy będę miała trzydziestkę. Czy wszystkie kobiety zaczynają wtedy biologiczne odliczanie? A może tak już jest, że dojrzali ludzie robią się stateczni?

- Coś jak przejazd rowerem przez Kanadę - mówiła dalej blondynka. Nagle zwróciła się do mnie. - Chcesz to zrobić ze mną? Nie będzie trudno znaleźć sponsorów, jeśli zrobimy to w jakimś dobroczynnym celu. Możemy zebrać pieniądze i po prostu pojechać.

- Może - powiedziałam, ale im więcej o tym myślałam, tym pomysł wydawał mi się nudniejszy. Dlaczego Kanada? A nie coś innego? Miejsca, w których jeszcze nie byłam.

Pomysł fermentował, kiedy wróciłam do domu, do Włoch, więc zaczęłam szukać interesujących podróży rowerowych w Internecie. Wkrótce natknęłam się na rowerową wyprawę Marka Beaumonta dookoła świata. Jego samotna podróż, podczas której przebył 29 445 kilometrów w 194 dni, została dobrze udokumentowana przez BBC i inne programy informacyjne. Z podniecenia poczułam w brzuchu lekkie ściskanie. To byłby dopiero szczyt przygody rowerowej. Jeszcze nigdy naprawdę nie jeździłam na rowerze, tym większe byłoby wyzwanie, a świat bardziej interesujący.

Kiedy zaczęłam o tym mówić przyjaciołom, odpowiedzią było głuche milczenie albo pełen niedowierzania śmiech. Im bardziej sobie kpili, tym bardziej byłam zdecydowana, że to zrobię. Kiedy jakiś pomysł wpada mi do głowy, przez jakiś czas w niej krąży, aż mi się znudzi albo nabiorę do niego przekonania. Ale jak mi się powie, że coś jest niemożliwe, to słowo wyzwala we mnie działanie. Kiedy mówi mi się, że czegoś nie dam rady zrobić, głosik w głowie zaczyna odliczanie, jak przed startem rakiety: "pięć... cztery... trzy... dwa... jeden... odpalać..."

Jednym z pierwszych, którym powiedziałam o moim kolejnym wspaniałym pomyśle, był Antonio. Coś między nami zaskoczyło, ledwie weszłam do jego pubu Hickory, wkrótce po przyjeździe do Neapolu. Niedługo potem został moim najlepszym przyjacielem i towarzyszem większości szalonych planów. Niesforność południowych Włoch przyciągała tkwiącego we mnie buntownika. Pogoda odzwierciedlała ogniste, gorące temperamenty południowców, a zorganizowany chaos był znajomy, wygodny, prawie jak w domu. Chociaż nie bardzo wiedziałam ani gdzie, ani jaki jest ten "dom". Do tamtej chwili żyłam jak koczownik. Osiedlenie się w jednym miejscu zawsze było bardzo trudne. Nadal jest. Kiedy tylko zaczynałam gdzieś czuć się wygodnie, równocześnie zaczynało mnie coś świerzbić.

Spotkanie z Antoniem było trochę jak odnalezienie rodziny, dlatego w Neapolu poczułam się jak w domu. Rodzina to nie muszą być krewni. To ludzie, którzy wspierają cię na dobre i na złe, ludzie, którzy znają wszystkie twoje tajemnice, radują się z twoich wzlotów i są przy tobie, kiedy upadasz. "Krewnych się nie wybiera, ale można wybrać przyjaciół", jak mówi przysłowie. Dla mnie przyjaciel ma na imię Antonio.

Słuchał uprzejmie, ale z początku nie brał mnie na poważnie. Bo niby dlaczego miałby to robić? "Chcę przejść drogę do Santiago... chcę przejechać kamperem przez Alaskę". Słyszał już mnóstwo samochwalczych gadek. To był tylko kolejny, szurnięty kaprys, który przejdzie, kiedy jego miejsce zajmie bardziej lśniące, kapryśne marzenie.

- Posłuchaj, latem pojedziemy na rowerowe wakacje - zaproponował Antonio, sądząc, że to uleczy mnie z najnowszego świerzbienia.

Kupiliśmy dwa niedrogie rowery turystyczne i w sierpniu tamtego roku popedałowaliśmy z Berlina do Kopenhagi. To były relaksujące wakacje rowerowe, codziennie robiliśmy nie więcej niż sześćdziesiąt kilometrów. Ale ja nie chciałam, żeby na tym się skończyło i wróciłam do Neapolu jeszcze bardziej zawzięta.

Jesienią miasto zaczęło stygnąć po piekącym lecie. Zaczęłam co rano wyprowadzać za drzwi swój tani turystyczny rower, żeby "sobie potrenować". Antonio zdawał sobie sprawę, że to coś poważniejszego niż myślał i natychmiast zaczął mnie namawiać, żebym dała sobie z tym spokój.

- Ju, to niezły pomysł - powiedział podczas jednej z naszych poważnych rozmów - ale bądźmy realistami. Trzeba by lat kolarstwa, żeby zrobić coś takiego. A ty nawet nie jesteś kolarką.

- Będę - kontrowałam.

- Nawet nie masz dobrego roweru. Skąd masz zamiar wziąć pieniądze? To jest drogie, nawet jeśli wybierzesz najtańszą wersję.

- Znajdę sponsora.

Tę rozmowę kontynuowaliśmy przez najbliższe kilka tygodni. Żadne napomnienia, apele do logiki, przewidywania nieszczęśliwego zakończenia nie ostudziły mojej determinacji. Antonio zrozumiał, że może zrobić tylko jedno: skoczyć na głębinę razem ze mną i mieć nadzieję, że nie utoniemy razem. Za ten pokaz największej lojalności został wynagrodzony niechcianą rolą "menedżera logistyki".

Przejrzałam podróże rowerowe dookoła świata - od Nicka Sandersa, który ustanowił pierwszy rekord w 1984 roku, przejeżdżając 20 921 kilometrów w 78 dni, po Vina Coksa, z 2010, ponad 28 968 kilometrów w 165 dni - ale nie znalazłam ani jednej wzmianki, żeby jakaś kobieta nawet próbowała. Z ciekawości wysłałam zgłoszenie do Księgi Rekordów Guinnessa, oświadczając, że mam zamiar pojechać na rowerze dookoła świata. Ich odpowiedź potwierdzała to, czego już się domyślałam: kobiety nie biły rekordów w tej dziedzinie. Wydało mi się to dziwne. Czyżby świat naprawdę był taki niebezpieczny dla kobiet? Może kobiety są fizycznie niezdolne do przejechania na rowerze tej samej odległości, z taką samą szybkością, co mężczyźni? Był tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć. Postanowiłam, że skoro mam być pierwszą kobietą, która okrąży świat na rowerze, to mogę spróbować pobić rekord ustanowiony przez mężczyznę. Odważnym szczęście sprzyja, prawda?

Ludzie od Guinnessa przysłali mi długi dokument z całą listą zasad. Wymagano, żebym przejechała wyłącznie na rowerze co najmniej 28 970 kilometrów albo ze wschodu na zachód, albo z zachodu na wschód, zaś cała długość podróży - włączając wszystkie tranzyty powietrzem albo morzem - musi liczyć co najmniej 40 075 kilometrów. Jazda musi się zacząć i skończyć w tym samym miejscu i przecinać co najmniej dwa punkty antypodyczne (dwa miejsca, które można połączyć linią przez środek Ziemi). Zegar zatrzymuje się w chwili, kiedy dojadę do terminalu lotniczego, żeby przebyć ocean, albo do jakiejś innej nieprzekraczalnej bariery, takiej jak strefa wojny, i znów zacznie odliczanie po wylądowaniu w kolejnym miejscu przeznaczenia. Podczas próby może być użyty tylko jeden rower, ale można dokonywać napraw i wymieniać części w przypadku awarii mechanicznej. Wymagany jest monitoring satelitarny i dzienna karta drogowa z podpisami dygnitarzy i ludzi napotkanych na drodze. Zdjęcia zrobione w strategicznych miejscach i rachunki będą dołączone jako dowody.

Ponieważ jeszcze nie było rekordu ustanowionego przez kobietę, postanowiłam spróbować i pobić najlepszy czas osiągnięty przez mężczyznę, wynoszący 165 dni. Czyli przez ponad pięć miesięcy musiałabym pedałować przeciętnie 180 kilometrów dziennie. Dla kogoś, kto jeszcze nigdy nie uprawiał na poważnie kolarstwa, a przez ostatnie dziesięć lat żadnego innego sportu na większą skalę, sam wysiłek fizyczny był czymś niesamowitym. Obijanie się na rowerku z dodatkowym kółkiem po szkolnym placu zabaw w wieku sześciu lat na Filipinach i tygodniowa wycieczka Niemcy-Dania z Antoniem to było całe moje doświadczenie z rowerami. A o technice rowerowej i naukowym podejściu do kolarstwa wiedziałam tyle co nic.

Nieważne. Czy to będzie bardzo trudne? Rzuciłam się na wyzwanie - a raczej na nie wsiadłam - z ogromnym entuzjazmem, jeździłam na rowerze, kiedy tylko miałam wolne; na ciężkim rowerze turystycznym, w zwyczajnych tenisówkach, objechałam ulice Neapolu i okolicy. Codziennie dorzucałam parę kilometrów więcej. Optymizm dodawał mi sił jak trzmielowi, który niepomny, że według fizyków latać nie powinien, jednak lata. W ciągu dwóch miesięcy doszłam do 120 kilometrów dziennie bez szczególnych trudności.

Druga przeszkoda - znacznie większa - to finanse. Wysłałam prośbę o sponsorowanie do wszystkich ważniejszych spółek produkujących sprzęt sportowy zarówno we Włoszech, jak i za granicą. Większość nie pofatygowała się, żeby odpowiedzieć. Ci, którzy zareagowali, przysłali standardową odpowiedź, "nie jesteśmy zainteresowani, ale życzymy szczęścia". Mój zamiar był tak zwariowany, że nie warto było nawet brać go pod uwagę. Brakowało mi podstaw w sportach wytrzymałościowych. Nic nie kwalifikowało mnie do tak wielkiego przedsięwzięcia.

Po wielu zniechęcających odpowiedziach od wielkich marek, Antonio zaczął rozsyłać maile po mniejszych, lokalnych spółkach. Pierwsza - i jedyna - pozytywna odpowiedź przyszła od Maria Schiano. Jego rodzina robiła w Neapolu rowery od ponad trzech pokoleń. Mario zaproponował spotkanie, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o moich planach i przedyskutować formy pomocy, więc razem z Antoniem pojechaliśmy do wielkiego domu towarowego Schiano w Frattamaggiore, na peryferiach Neapolu.

Mario już na nas czekał, poszliśmy za nim długim, wykładanym szarymi kafelkami korytarzem, do biur na piętrze. Usadził swoją wysoką, tyczkowatą postać na krześle u szczytu stołu konferencyjnego i gestem poprosił, żebyśmy do niego dołączyli.

- No to powiedz mi wszystko... od początku - rzekł.

Pozwoliłam, żeby Antonio - jako menedżer logistyki - wziął na siebie większą część opowiadania. Włoski nie przychodził mi łatwo, brakowało mi pewności, czy powiem, o co mi chodzi. Co ważniejsze, Antonio był nie tylko właścicielem Hickory, pracował jako zarządzający portfelem dla banku, więc negocjowanie spraw biznesowych było jego mocną stroną. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni cieszyłam się, że mam go po swojej stronie.

Mario słuchał uważnie, kiedy Antonio przedstawiał plan.

- Więc czego dokładnie ode mnie oczekujecie? - zapytał.

- Potrzebny mi rower - powiedziałam, zanim Antonio zdążył odpowiedzieć.

- To nie problem. Możemy ci jeden dać.

I tak, po prostu, miałam rower.

- Masz trenera, który przygotowuje cię do wyprawy? - zapytał Mario.

- Nie, jak dotąd sama prowadziłam swoje treningi.

- Chwileczkę. - Mario wykręcił numer i przez kilka minut rozmawiał przez telefon. - Okej - powiedział, odkładając słuchawkę. - Jest trener, który specjalizuje się w przygotowywaniu kolarzy do wyścigów. Nazywa się profesor Perna, mówi, że może ci pomóc w przygotowaniach. To jego numer. Jeśli chcesz, możesz pójść nawet dzisiaj.

Pełne nazwisko mojego trenera to Umberto Perna, ale w słowie "profesor" było coś z Jamesa Bonda, więc tak do niego mówiłam. Były kolarz, teraz po pięćdziesiątce, chciał mnie zobaczyć chyba głównie z ciekawości. Kiedy następnego dnia przyjechałam na spotkanie, wyglądał z okna swojej siłowni. Kiwnął na mnie, żebym weszła boczną furtką.

- Ciao, Juliana! - Przywitał mnie u wejścia i ucałował w oba policzki, jak to się robi nad Morzem Śródziemnym. Jego jasne, niebieskie oczy, cienkie wargi i długi rzymski nos wydawały się dziwnie znajome.

- Wyglądasz jak ktoś, kogo znam - powiedziałam po paru minutach, kiedy usiłowałam sobie go przypomnieć. Wreszcie znalazłam. - Sean Penn! Mógłbyś być jego bratem. Wiesz, ten aktor?

- A, si. Tak myślisz? - Wydawał się zadowolony. Lody zostały przełamane, usiedliśmy, żeby na poważnie pospiskować w celu podbicia świata na rowerze. - Mario trochę mi opowiedział o twoim planie. Chcesz pojechać dookoła świata na rowerze, tak? Kiedy zamierzasz wyruszyć?

- Mam nadzieję, że za jakieś cztery miesiące.

- Ach! - Podniósł ręce do góry. - No, to mamy czas.

Raczej nie podzielałam tego optymizmu, ale jego zaufanie do mojego sportowego potencjału podnosiło mnie na duchu. A może to była ironia, a ja nie zauważyłam. Mniejsza, wtedy wypytywanie zaczęło się na całego.

- Od dawna jeździsz na rowerze?

- Hm... mniej więcej... od paru miesięcy.

- Ile kilometrów możesz teraz przejechać?

- W tej chwili jakieś sto dwadzieścia dziennie.

Profesor chrząknął i zaskoczony uniósł brwi.

- W jakich butach jeździsz?

- Hm, w tych. - Pokazałam trampki, które miałam na nogach.

- Ty w tym jeździsz?

Po jego minie poznałam, że to nie była właściwa odpowiedź.

Ciąg dalszy przepytywania był krótki. Instrukcje, które profesor dał mi na pożegnanie, były proste.

- Zmień pedały na noski. Weź buty z korkami. Wrócisz, jak będziesz to miała.

Kupiłam parę butów do roweru górskiego, zmieniłam pedały i przejechałam się zaraz następnego dnia, zdziwiona, że tyle było o to zamieszania. Noski były po to, żeby znacząco podnieść wydajność, ale jedyną natychmiastową zmianą była panika, że uwięznę na rowerze i nie będę mogła wystawić nogi w nagłym wypadku. A kiedy jeździ się po Neapolu, zawsze jest mnóstwo nagłych wypadków. Miasto jest znane ze swoich nieostrożnych, nieprzestrzegających przepisów kierowców i chaosu na drogach.

Zaledwie kilka tygodni po rozpoczęciu treningu potrąciła mnie ośmiokołowa ciężarówka, kiedy pokonywałam zakręt na wąskiej drodze. Zdmuchnęło mnie, przekoziołkowałam parę razy i wylądowałam bezceremonialnie na tyłku. Ciężarówka pojechała dalej. Przez chwilę byłam w szoku, potem wściekłam się, że kierowca się nie zatrzymał. Kiedy opadła adrenalina, włączył się ból. Poszłam do szpitala na badania, żeby się upewnić, że głowa jest w porządku. Okazało się, że wyszłam cało, tylko z paroma zadrapaniami i sińcami, skręconym nadgarstkiem i bardzo obolałą szyją.

Później przyszła nieuchronna chwila zastanowienia i ponownej oceny. Zaczęłam myśleć o potencjalnych niebezpieczeństwach samotnej jazdy dookoła świata. Następnym razem, kiedy padnę ofiarą kierowcy, który potrąci mnie i ucieknie, mogę być w Turcji albo w Indiach, z dala od pomocy i od domu.

- Nie boisz się? - zaledwie na tydzień przed wypadkiem zapytał mnie przyjaciel.

- Czego mam się bać?

- Że może coś ci się stać, kiedy będziesz zupełnie sama.

Na tym świecie zawsze jest coś, czego można się bać, ale bać się nieznanego to bezsensowne marnowanie energii. Możesz mieć plan na każde potencjalne ryzyko, możliwość, ewentualność, ale jak cię potrąci ciężarówka, całe planowanie na nic. Oczywiście, alternatywą byłoby pozostać w domu, w bezpieczeństwie i przewidywalności znajomej okolicy i nie wybierać się w dal ze strachu przed niezliczonymi niebezpieczeństwami. Ale przecież wtedy nikt z nas w ogóle niczego by nie zrobił i jaki byłby sens w tym, że się żyje?

Hendri napisał wiele o strachu, z którym musiał się zmagać, zanim wyruszył na wyprawę. Teraz jego słowa nabrały dla mnie nowego znaczenia:

Tyle z życia poświęca się na przypadkowe sprawy i na strach przed tym, co nigdy się nie zdarzy. Podczas ekspedycji musi się żyć tym, co nadzwyczajne. Zmaganie ze strachem to cena, którą płaci się, żeby osiągnąć szczytowe doświadczenia i wiedzę. Niczego wielkiego nie osiągnie się, jeśli nie przeskoczy się bariery strachu.

Dawno już przeskoczyłam przez tę barierę. Cała ta próba miała w sobie coś ze swobodnego spadania z urwiska bez spadochronu. A jednak nie odczuwałam strachu. Tylu ludzi pytało, dlaczego chcę okrążyć świat na rowerze. Nigdy nie znajdowałam satysfakcjonującej odpowiedzi. Może na jakimś głębokim, podświadomym poziomie była to podróż, z której nie chciałam wrócić. Po Hendrim nic już nie miałam do stracenia.

Tydzień później wróciłam do profesora, gotowa na transformację w szczupłą, doskonałą maszynę do pedałowania. Na ścianie jego biura, między zdjęciami rodziny i przyjaciół, wisiały wycinki z gazet. Jeden z nich ukazywał znacznie młodszą, bardziej muskularną wersję profesora na aerodynamicznym rowerze wyścigowym. Za młodu był mistrzem Kampanii.

Wskazałam na zdjęcie i zapytałam:

- Ile kilometrów liczył ten wyścig?

- Sto dwadzieścia. - Wyglądał na zadowolonego, że zwróciłam uwagę, że był kolarzem. - Kiedyś kolarstwo było inne. Ci, którzy je uprawiali, chcieli mieć w życiu tylko jedno: rower. Mój trener był legendą. Wiedział, jak zrobić kolarza z każdego człowieka. Dzisiejsza młodzież... - Pokręcił głową.

- Co się zmieniło?

- Nie chcą się poświęcać, kiedy trzeba. Rodzice mają pieniądze, mogą dostać, co chcą, więc młodzi nie potrzebują wyzwań. Po co walczyć o marzenia, skoro można dobrze żyć bez pracy?

Nie mogłam się powstrzymać od myśli: Jaka to satysfakcja, że coś osiągnęło się bez walki?

- Najlepsi kolarze, ci, którzy zostali mistrzami, to tacy, którzy przyszli do mnie bez środków, z biednych rodzin, bez przyszłości. Potem kolarstwo stało się dla nich wszystkim, stylem życia. Poświęcą dla niego wszystko. Tylko tak można osiągnąć coś ważnego.

Pierwszym zaleceniem profesora na ten dzień było ponowne ustawienie siodełka i kierownicy, żeby osiągnąć największą wygodę, bo podczas długich godzin spędzonych na rowerze bolały mnie plecy i kolana. Potem zmierzył mnie, zważył, sprawdził, czy jestem rozciągnięta i wreszcie rozpisał dla mnie treningi. Powiedział, że muszę zyskać parę kilogramów przed rozpoczęciem ćwiczeń, bo stracę na wadze i spalę mięśnie podczas pięciu miesięcy pedałowania.

- Wyrobienie wytrzymałości fizycznej to więcej niż tylko umiejętność pedałowania przez wiele godzin - wyjaśnił. - Musisz zbudować siłę mięśni i szybkość.

Jego plan na kolejne parę miesięcy to trzy dni w tygodniu jazdy na rowerze, dwa dni joggingu i dwa dni rozbudowywania mięśni na siłowni. Potem stopniowo, w ciągu kolejnych dwóch miesięcy, poszerzę jazdę na rowerze, redukując wszystko inne. Aż będę w stanie jeździć na rowerze non stop co najmniej osiem godzin prawie codziennie.

- Wpadaj, kiedy poczujesz, że program robi się zbyt łatwy, to coś dodam. Ale słuchaj swojego ciała. Tylko ty wiesz, do czego jesteś zdolna.

Podobał mi się profesor. Ile razy się odezwał, zawsze powiedział coś mądrego.

- In bocca al lupo! W paszczę wilka! - krzyknął za mną, kiedy wychodziłam z biura. To stare neapolitańskie powiedzenie, kiedy życzy się szczęścia.

Co do joty wypełniałam zalecenia profesora: jeździłam na rowerze, biegałam, podnosiłam ciężary. Wstawałam o świcie - samo w sobie jest to wyzwaniem, bo zwyczajnie jestem nocnym markiem i trudno mi budzić się wcześnie. Grudniowe poranki były zimne, więc tym trudniej było wywlec się o szóstej rano spod miłego ciepła kołdry.

Ponieważ jazda na rowerze w Neapolu to sama w sobie gehenna, a co dopiero przy tych zwariowanych kierowcach i marnie utrzymanych drogach, ładowałam rower na uchwyty z tyłu samochodu i jechałam przez godzinę za miasto. Podczas tygodnia, popołudniami i wieczorami, uczyłam angielskiego w prywatnej szkole, więc na rowerze jeździłam co rano, od czterech do pięciu godzin. W weekendy wyjazdy trwały znacznie dłużej.

Nadal po cichu zastanawiałam się, czy profesor naprawdę wierzy, że uda mi się objechać świat dookoła, czy też wziął się za mnie z litości. Tak czy inaczej, jeśli miałabym ciężko harować, wiedziałam, że zrobi wszystko, żeby moje treningi miały strukturę i sens. Może był ciekaw, jak daleko się posunę. W południowych Włoszech kobieta zainteresowana kolarstwem to rzadkość. Profesor pewnie jeszcze nigdy nie trenował kogoś takiego, a na pewno nie do zadania na taką skalę.

- Pamiętaj, jeśli nawet nie uda ci się dojechać do końca, to przynajmniej spróbujesz zrobić coś, czego jeszcze nikt nie zrobił - powiedział.

"Jeśli nawet nie uda ci się dojechać do końca". Słyszałam to coraz częściej. Najwyraźniej przeważała opinia, że zrobię, co w mojej mocy, przegram i wrócę do domu, żeby usłyszeć pocieszające: "lepiej spróbować i przegrać, niż w ogóle nie spróbować" - to powiedzenie najczęściej używane jest chyba przez tych, którzy sami nigdy nie przetestowali go na sobie.

Znany sklep rowerowy Cicli Caputo stał się ulubionym miejscem spotkań. Właściciel, Mauro Caputo, był jeszcze jednym przyjacielem Maria Schiano. Pozwalał mi łazić po warsztacie i uczył mnie podstawowych napraw, takich jak wymiana dętek, łańcuchów i klocków hamulcowych. Tymczasem Mario skonstruował dla mnie wyszukany rower szosowy z zawieszeniem, hamulcami tarczowymi i pojemnym bagażnikiem nad tylnym kołem. Mauro złożył go i dokonał niezbędnych poprawek w rozmiarach.

Profesor ciągle dodawał kilometrów do planu treningowego i ulepszał go na inne sposoby. Po pięciu miesiącach doszłam do założonego przez niego celu i pedałowałam po 180 kilometrów dziennie przez pięć dni w tygodniu.

- Fizycznie jesteś przygotowana - powiedział mi w czerwcu. - Nie mogę już nic więcej dla ciebie zrobić.

Może i byłam przygotowana fizycznie, ale pod każdym innym względem byłam kompletnie niegotowa. Nadal nie znalazłam sponsora, czemu trudno się dziwić, przecież nikt nie wierzył, że uda mi się pokonać całą trasę. Bo kto inwestowałby w prawie nieuchronną porażkę? Początkowo zamierzałam wyruszyć w kwietniu, ale odkładałam wyjazd z nadzieją, że znajdę fundusze, które nie napływały. Czułam, jak z dnia na dzień moje postanowienie słabnie. Jeśli wkrótce nie wyruszę, to nie wyruszę nigdy. Więc gotowa czy nie, wybrałam 23 lipca za dzień startu i przysięgłam, że będę się tego trzymać.

Potem, 11 lipca, dostałam mail z Księgi Rekordów Guinnessa, w którym poinformowano mnie o zmianie zasad.

Szanowna Zgłaszająca,

piszemy, żeby poinformować Panią, że po długich dyskusjach w Zarządzie Księgi Rekordów Guinnessa, w kategorii "Najszybsze realne objechanie świata na rowerze" (mężczyźni i kobiety), Księga Guinnessa zdecydowała teraz, że uzna rekord uwzględniający cały czas trwania podróży (włączając transfery, czas odpoczynku itp.), a nie tylko sam czas jazdy na rowerze.

Jako że nie ustanowiono w tej kategorii rekordu dla kobiet, nie ma wcześniejszego rekordu, który należałoby pobić. Niemniej, wymagania czasowe do uznania pierwszej próby wynoszą obecnie 150 dni, przy minimalnym ogólnym dystansie przejechanym na rowerze 28 900 kilometrów, a ogólny dystans przebyty przez uczestniczkę ma przekraczać długość równika, to jest wynieść więcej niż 40 075 kilometrów.

Tę decyzję podjęto po długich rozważaniach i dyskusjach wśród pracowników Księgi Guinnessa, uwzględniając opinie zewnętrznych konsultantów. Uważamy, że decyzja zuniformizuje wszelkie próby i zachowa ducha rekordów jazdy dookoła świata, w odniesieniu do innych tego rodzaju rekordów w naszej bazie danych.

Przepraszamy za wszelkie niedogodności, dziękujemy za zrozumienie i życzymy szczęścia podczas próby bicia rekordu!

Dobiło mnie. To nie miało sensu. Żaden z rekordów bitych przez mężczyzn nie został ukończony w mniej niż 150 dni samego pedałowania - nie mówiąc już o ogólnym czasie, włączając tranzyty. A teraz Guinness właśnie tego wymagał. Dlaczego narzucali nowe, rygorystyczne ograniczenia czasowe dla pierwszego kobiecego rekordu? Mogłam tylko przypuszczać, że ktoś, kto napisał nowe zasady, albo nie wiedział, o czym pisze, albo uważał, że kobiety reprezentują wyższe standardy fizyczne niż ich poprzednicy, mężczyźni. Żeby przejechać 29 000 kilometrów w nowych ramach czasowych, musiałabym pedałować przeciętnie prawie 200 kilometrów dziennie. Nie byłoby dni na odpoczynek. Musiałabym też łapać pierwszy lot, po dojechaniu na lotnisko i zacząć pedałować zaraz po odebraniu roweru z konwejera.

Napisałam mail do Guinnessa z pytaniem, jakie argumenty stoją za zmianą zasad, bo stosuje się to wyłącznie do mojej próby. Nie otrzymałam odpowiedzi, więc zadzwoniłam zarówno do centrali brytyjskiej, jak i amerykańskiej. Odsyłano mnie od urzędnika do urzędnika. Nikt nie potrafił udzielić mi prostej odpowiedzi. Wyszło na to, że 150 dni zostało wybrane, bo była to ładna okrągła liczba, która spodobała się komuś, kto nie miał pojęcia, co to znaczy w praktyce. Najwyraźniej nie ja jedna robiłam szum wokół zmiany zasad. Po tygodniu, zaledwie na pięć dni przed ustaloną datą mojego odjazdu, otrzymałam drugi mail:

Szanowna Zgłaszająca,

po wielu zapytaniach i uwagach ze strony uczestników (zarówno mężczyzn, jak i kobiet), dotyczących czasu dla kategorii kobiet ustalonego na 150 dni, który uznano za zbyt trudny, Księga Rekordów Guinnessa postanowiła zmienić to i wprowadzić górną granicę 175 dni.

Dziękujemy i życzymy szczęścia przy próbie bicia rekordu!

Z wyrazami szacunku

Księga Rekordów Guinnessa

To było przynajmniej bardziej realistyczne i dawało mi oddech na wypadek choroby albo spóźnienia się na samolot. Ale mój uparty charakter nie pozwalał mi jednak odpuścić. Skoro chcieli 150 dni, więc sama ustalę sobie taki cel. Jednak, żeby go osiągnąć, potrzebna mi będzie nowa strategia.

Postanowiłam przesiąść się z wygodnego, ale ciężkiego roweru hybrydowego, na którym trenowałam, na bardzo lekki karbonowy rower szosowy. Będę musiała zaliczać najdłuższy kilometraż w możliwie najkrótszym czasie. Żeby pobić rekord, będę musiała latać. Wszystko musi być lekkie i aerodynamiczne.

- Mógłbyś zbudować dla mnie rower, który waży nie więcej niż siedem kilogramów? - zapytałam Maria. Pracując z Maurem, zaprojektował i zbudował aerodynamiczną, białą maszynę, której rama ważyła zaledwie 6,8 kilograma.

Odrzuciłam bagażnik i wielkie torby i zamówiłam małą, lekką torbę. Miała kształt owadziego odwłoku i umocowana była bezpośrednio pod siodełkiem. Chciałam zabrać z sobą tylko niezbędne rzeczy, dążąc do tego, żeby waga nie przekraczała 20 kilogramów, więc musiałam mądrze się spakować. W torbie miałam zmianę ubrania do jazdy, dwie pary skarpetek, kurtkę od deszczu, rękawiczki, T-shirt, spodenki do połowy łydki, saszetkę na przybory toaletowe z dezodorantem, szczoteczką do zębów, pastą do zębów, olejkiem przeciwsłonecznym i kremem do twarzy. Torba pod ramą roweru wypakowana była narzędziami, zapasowymi dętkami i innymi przyborami rowerowymi. Wreszcie mała torba na kierownicę z zestawem do pierwszej pomocy, lekarstwami i witaminami. Lokalizator GPS przymocowany do ramy miał przesyłać na stronę sieci, którą założyłam, regularne namiary mojej szybkości, kilometrażu i bieżącego położenia. To pozwalałoby Antoniowi na śledzenie mojej jazdy, nawet gdybym znalazła się poza zasięgiem telefonu. Żeby zmniejszyć takie ryzyko, zabierałam z sobą dwie komórki: silną, toporną nokię z moim zwykłym włoskim numerem i smartfon, do którego wkładałabym lokalną kartę SIM, z kontynentu czy kraju, przez który właśnie bym jechała.

Każdy problem, uszkodzenia mechanizmów, zmiany pogody albo coś innego, czego nie da się przewidzieć, mógł zniweczyć dzienny kilometraż, a to znaczyło, że nie można rezerwować lotów ani noclegów z wyprzedzeniem większym niż dwudniowe. Każdy dzień będzie nową przygodą i nie będę wiedziała, gdzie spędzę noc.

Mój pierwotny plan podróży zakładał jazdę na wschód, w stronę Azji. Ten kierunek wybierali prawie wszyscy kolarze objeżdżający świat. Najwyraźniej wiatry są przychylniejsze w kierunku obrotu kuli ziemskiej. Ale opóźnienie startu sprawiło, że większy sens miał dla mnie kierunek zachodni, najpierw do Ameryki Północnej. Mając wybór między pedałowaniem przez azjatycki monsun a jazdą pod wiatr, wybrałam to ostatnie.

Na kilka tygodni przed ostateczną datą odjazdu zebrałam na podróż tylko około czterech tysięcy euro. Lwia część ofiarowana została przez kilku bliskich przyjaciół, a także Antonia i jego wspólników z Hickory. Większość moich zwolenników online, którzy śledzili przygotowania i proponowali, że wyjdą na drogę, żeby się ze mną spotkać, albo że mnie przenocują, to ludzie, którzy podobnie jak ja urodzili się i byli wychowywani w sektach. Mówiliśmy o sobie "byłe dzieci".

Wyrastałam w osławionej sekcie religijnej Dzieci Boga. Założył ją w 1969 roku nieudaczny kaznodzieja, który w Huntington Beach w Kalifornii zebrał pstrokatą ciżbę wyznawców, rozczarowanych hippisów, i głosił "rewolucję dla Jezusa" oraz "zerwanie z systemem". Pokolenie moich rodziców chciało wolności od społeczeństwa, więc wzięło się do budowania swojej własnej utopii, a potem, jak na ironię, uwięziło w niej siebie i swoje dzieci. Do 1981 roku, kiedy się urodziłam, sekta rozrosła się na sto krajów i pyszniła się 40 tysiącami "członków", z których co najmniej połowa to były dzieci urodzone i wychowane w jej ramach. Moje dzieciństwo to była odizolowana egzystencja spędzona za wysokimi murami, w świecie zdominowanym przez reguły, restrykcje, że tego ci nie wolno, a tamto musisz. Moja przyszłość została drobiazgowo zaplanowana i przewidziana, moje własne pragnienia i marzenia poświęcono dla wyższego dobra grupy. Urodzona w uznawanej przez moich rodziców jednowymiarowej recepcie na życiowe problemy, z czasem w oczywisty sposób zaczęłam kwestionować ich wersję prawdy.

Utopijna społeczność zdaje egzamin tylko wtedy, kiedy wszyscy mają takie same aspiracje, a im więcej jest w niej ludzi, tym bardziej staje się to niewykonalne. Zatem, żeby kontrolować dysydentów, społeczność staje się dyktatorską dystopią. Szybko ochrzczono mnie rebeliantką, a rebeliantom nigdy nie jest dobrze w utopii, której twórcą jest ktoś inny. Za tę zbrodnię poddawano mnie rozmaitym karom, próbując mnie "nawrócić" - innymi słowy, chcieli złamać mój umysł i wolę. W świecie świetlistych, szczęśliwych ludzi żyłam zmarginalizowana z innymi wyrzutkami, którzy mieli śmiałość kwestionować zasady i ideologię. Im bardziej starali się wcisnąć mnie w swoją sztampę, tym bardziej stawałam się buntowniczką.

Odkąd pamiętam, myślałam o ucieczce. Zwykłam siadywać na dachach, obserwować ptaki, zazdrościć im. Zawsze nosiłam w sobie pragnienie, żeby poznać, żeby doświadczyć, zobaczyć to, co jest poza granicami bańki, w której byłam wychowywana. Nie wiedziałam, czego chcę, ani nawet czego spodziewam się od życia, ale doskonale wiedziałam, że tym czymś nie było marzenie moich rodziców. Tęskniłam do wolności, żeby iść swoją ścieżką, dokonywać własnych wyborów. Chciałam, żeby moje młodsze rodzeństwo mogło robić to samo.

W 2004 roku, niedługo po tym, jak moja najstarsza siostra Celeste opuściła sektę, postanowiłam pójść w jej ślady. We dwie, z jeszcze jedną siostrą, Kristiną, której udało się uciec wcześniej, napisałyśmy książkę Not Without My Sister (Córki Dzieci Boga), przedstawiającą nadużycia i brak podstawowych praw człowieka, których ofiarą padłyśmy, dorastając w sekcie Dzieci Boga. Założyliśmy organizację dobroczynną, która w końcu połączyła się z Safe Passage Foundation, stowarzyszeniem non profit założonym i prowadzonym przez "byłe dzieci", dawaliśmy środki, wsparcie i obronę innym "byłym", samotnym, pozbawionym celu i koszmarnie nieprzygotowanym do życia w "zewnętrznym świecie".

Jednym z problemów, które napotykały "byłe dzieci", próbując zintegrować się ze społeczeństwem, była informacja rozpowszechniana przez niektóre nieodpowiedzialne media, że dzieci, które cierpiały złe traktowanie, są nieuchronnie i na zawsze "zepsute". Ten stygmat byłe dzieci sekt niosą jak niemodny płaszcz, którego nie można się pozbyć. Tymczasem większość byłych dzieci nienawidzi stereotypów towarzyszących przypinanej im łatce sekciarstwa.

Niewiele jest pytań, na które trudniej mi odpowiedzieć niż zwyczajne, uprzejme pytanie: "skąd jesteś?", bo przeraża mnie rozmowa, która nieuchronnie następuje po prawdziwej odpowiedzi: "znikąd".

- Och, daj spokój! Każdy skądś jest.

- Ja nie.

- Bądź poważna. Jakiej jesteś narodowości?

- Niemieckiej.

- Więc jesteś z Niemiec. Z jakich okolic?

- Nie wiem. Nigdy tam nie mieszkałam. Przyjęłam narodowość matki.

- Więc gdzie się urodziłaś?

- W Grecji, ale tam też nigdy nie mieszkałam.

- Hm, więc gdzie dorastałaś?

- Wszędzie. W ponad trzydziestu krajach, w Azji, Afryce, w Europie.

- No tak. Rozumiem, ty naprawdę jesteś znikąd!

Ale i to jest połową prawdy. Cała prawda to za dużo, kiedy spotykam kogoś po raz pierwszy. Byłym dzieciom sekt jest łatwiej, kiedy przybierają nowe tożsamości, wymyślają nowe pochodzenie, próbują udawać, że są kimś innym, niż naprawdę są. Nie chcemy pozwolić, żeby nasza przeszłość określała, kim jesteśmy i kim chcemy być.

Trzeba odwagi i pewnej mentalnej wytrzymałości, żeby zostawić wszystko, co się znało. Odejść od rodziny, przyjaciół, tożsamości i zacząć od niczego, bez pieniędzy, własności, bez formalnego wykształcenia czy nawet podstawowej wiedzy o prostych sprawach, takich jak założenie konta w banku, wypisanie czeku, sporządzenie CV, zapisanie się na uniwersytet. Mało kto wie, co to znaczy zaczynać życie od zera. Kiedy odrzucisz wszystko, co było twoim życiem, pozbędziesz się wszystkiego, co wiedziałeś i stracisz wszystko, co kochałeś, w co wierzyłeś i czym żyłeś, kiedy wykorzenisz się i zwrócisz się przeciwko swojej tożsamości, kiedy wreszcie nie masz niczego do stracenia, tracisz strach przed samym poczuciem straty i to jest chyba największa samoemancypacja, której można doświadczyć. Wielu z moich przyjaciół, byłych dzieci z sekt, należy do najsilniejszych, najbardziej świadomych siebie i wrażliwych ludzi, jakich znam.

Jeśli jesteśmy sumą naszych doświadczeń, to nic tak jak dzieciństwo bez rodziców, ciągłe przeprowadzki, nie nauczyło mnie niezależności, polegania na sobie i zdolności adaptacyjnych. Mam naprawdę twardy łeb na karku i potrafię wytrzymać wiele bólu - fizycznego i psychicznego. Nic dziwnego, że przyjęłam wyzwanie, żeby pojechać na rowerze dookoła świata, nie dbając o to, jakie to może okazać się mozolne. Hendri często mawiał, że najsilniejszy metal wykuwany jest w najgorętszym ogniu. Tego właśnie chciałam. Przejechać przez ogień. Dobić umysłem i ciałem do granic, sprawdzić, jak daleko mogę się posunąć, do czego jestem zdolna i co wytrzymam. Może na koniec znajdę jakiś rodzaj samorealizacji, a może jak zwykle okażę się głupia. Zresztą, nie cel się liczył, nie linia mety. Liczyła się droga.

Przybył Pegasus, jak ochrzciłam mojego nowego białego ogiera, a Mauro złożył go w swoi warsztaciku. Miałam dziesięć dni, żeby nauczyć się jazdy na tym ultralekkim rowerze szosowym. Pozycja kolarska była zupełnie inna od tej, którą przyjmowałam na hybrydzie. Z początku wydawała się dziwaczna i niestabilna. Wyjechałam z drużyną kolarską Maura, żeby poprawić technikę jazdy. Starsi kolarze z drużyny cierpliwie jechali tuż za mną i dawali przydatne rady: jakie są najlepsze pozycje dla różnych terenów, jak stawać na pedałach i kiedy trzymać się środka kierownicy na górzystym odcinku. Pegasus i ja chwialiśmy się na szosach i parę razy przekoziołkowaliśmy. W bezlitosnym chaosie neapolitańskiego ruchu ulicznego byłam jak jelonek, który zobaczył, że ma nogi, dopiero w hordzie ogarniętych paniką bizonów. Mniej dla mnie znaczyło podniesienie marnych umiejętności kolarskich niż nauczenie się prawidłowego upadania.

Mauro też dołączył do mnie podczas paru wypraw, żeby ocenić moją pozycję i technikę kolarską. Jego ostateczna diagnoza była ponura, ale nie miał serca, żeby przedstawić mi ją osobiście, więc wziął na bok Antonia.

- Juliana nie jest gotowa. Potrzeba czasu, nawet lat, żeby zostać dobrym kolarzem. Tak, jak teraz jeździ, nie da rady okrążyć świata. Na twoim miejscu przekonałbym ją, żeby poczekała rok. - Antonio posłusznie przekazał mi przesłanie.

- Do czasu, kiedy wrócę, będę dobrą kolarką - odparłam. Ale pomyślałam: o ile wrócę.

Takie mroczne myśli zachmurzały mi większość dni, które pozostały do startu. Dlaczego, jak, a co, jeżeli, tłoczyły się w myślach, wybijając mnie ze snu. Sypiałam niespokojnie, przeszkadzały mi dziwne, złowieszcze majaki. W jednym śnie jestem sama, bez powodzenia próbuję rozbroić bombę, która zaraz wybuchnie. Na sekundy przed detonacją moja ostatnia myśl brzmi: Ciekawe, czy świadomość przetrwa, czy może będzie tak, jakbym nigdy nie istniała? Przynajmniej teraz się dowiem. Potem rozległ się ryk eksplozji, a ja poczułam, jak moje ciało rozpada się, aż nie zostaje z niego nic, tylko popiół rozwiewany przez wiatr. Byłam w powietrzu, bezkształtna, pozbawiona zmysłów, a jednak jakoś tam świadoma, że "skoro teraz myślę, muszę nadal istnieć". W kolejną noc płynęłam, nic nie ważyłam, spoglądałam w dół, na pokój i moje własne, śpiące ciało.

Możliwe, że to moja podświadomość dokonywała introspekcji, pełna wątpliwości we własne siły, wątpliwości, których starałam się unikać, kiedy nieznane zbliżało się coraz bardziej. Prawda o tym, czego właśnie miałam się podjąć, zaczynała wsiąkać we mnie i wbrew całej mojej brawurze przepełniało mnie zwątpienie. Czy mam wszystko, czego potrzeba, żeby tego dokonać? Nie mogłam uwierzyć, że zaszłam aż tak daleko. Mówi się, że połowa wyścigu to stanąć na linii startu. Właśnie tak się czułam.

Osiem miesięcy strawiłam na planowanie i trening przed D-Day, a kiedy ten dzień wreszcie nadszedł, po prostu ulżyło mi, że nie będę musiała więcej o tym myśleć. Przyjaciele ciągle mnie pytali, czy jestem emozionata (zdenerwowana), ale ja czułam tylko spokojny dystans, zanik myślenia, ciszę w głowie. Już nie było kwestionowania samej siebie czy motywów wyprawy. Nie mogłam się już bardziej przygotować. To było to. Już nie było odwrotu.

Rano we wszystkich swoich działaniach wyczuwam nieodwołalność. Raczej koniec czegoś niż początek. Wytaczam się z łóżka, pakuję sprzęt, zamykam drzwi do mieszkania - robię to wszystko, jakbym udzielała ostatniego namaszczenia. Bo wiem, że jeśli coś się stanie i nie wrócę, może istotnie to ostatni raz. Linia mety jest w jakiejś niepewnej przyszłości, zależna od wielu niejasnych "jeżeli". Na pewno wiem tylko, że za niecałą godzinę wcisnę stopy w noski i wyjadę z Neapolu.

Mario już jest na placu, z rodziną i zespołem, wytycza linię startu. Zjawiają się kamery telewizyjne i reporterzy, przyciąga ich obecność aktorki Marii Grazii Cucinotty, samozwańczej patronki eventu. Burmistrz, paru polityków z Partii Zielonych i popularny neapolitański piosenkarz, o którym jeszcze nie słyszałam, pojawiają się, żeby ich sfotografowano. Czuję się jak maskotka, z którą wszyscy chcą pozować.

- Ju, jest prawie jedenasta. Czas wpisać się do karty drogowej i odjeżdżać. - Antonio stoi przy moim łokciu, denerwuje się za nas oboje.

Pegasusa i mnie udekorowano pokaźną liczbą amuletów z papryczek chili, neapolitańskiego symbolu szczęścia. Pęk maleńkich czerwonych papryczek dynda na kierownicy, to dar profesora. Inne zwisają mi z kieszeni i z trzech toreb. Jeśli papryczki chili przyciągają szczęście, tak jak czosnek odstrasza wampiry, muszę być dobrze strzeżona przed pechem, myślę.

Antonio wręcza mi niebieską, oprawioną w skórę kartę drogową. Zasady Księgi Guinnessa przewidują, że mam ją wypełniać codziennie. Otwieram pierwszą stronę i piszę nad czterema kolumnami: "Data i Czas, Miejsce, Nazwisko, Podpis". Dygnitarze i celebryci gromadzą się wokół mnie, żeby się wpisać. Trochę to wszystko surrealne, jakby działo się obok mnie, ale mnie nie dotyczyło. Błyskają flesze, grupa kolarzy Schiano trzyma się za mną, żeby dać mi eskortę przez miasto, tłum rozstępuje się, robi dla mnie przejazd. Potem, jednym głosem, zaczyna odliczanie.

- Dieci... nove... otto... sette... - Wciskam but w lewy nosek.

- Quattro... tre... due... uno... Vai! Dalej, Julianaaaaaa!

Jedno pchnięcie i wyjeżdżam z brukowanego placu na Via Domiziana, starą rzymską drogę wzdłuż wybrzeża, prowadzącą z miasta. Dopiero wtedy eksplodują chmury złych myśli. Pedałuję w ich potopie, zaczynam się zastanawiać.

- W co ja się, u diabła, wpakowałam?

Koniec wersji demonstracyjnej.