1. Burzą Błogosławiony
"Zabiliście mnie. Sukinsyny, zabiliście mnie! Gdy słońce wciąż jest
gorące, ginę!".
Zebrane piątego dnia tygodnia Chach miesiąca Betab
roku 1171, dziesięć sekund przed śmiercią.
Badanym był ciemnooki żołnierz w wieku trzydziestu
jeden lat. Próbka uważana jest za wątpliwą.
Pięć lat później
- Umrę, prawda? - spytał Cenn.
Ogorzały weteran obok Cenna odwrócił się i przyjrzał. Weteran nosił
krótko przyciętą brodę, która po bokach zaczynała siwieć.
Umrę, pomyślał Cenn, ściskając włócznię. Jej drzewce było śliskie od
potu. Umrę. Och, Ojcze Burz, umrę...
- Ile masz lat, synu? - spytał weteran.
Cenn nie pamiętał jego imienia. Trudno było cokolwiek pamiętać, patrząc,
jak druga armia ustawia się w szeregach po przeciwnej stronie skalistego
pola bitwy. To formowanie szyku wydawało się takie uprzejme. Porządne,
zorganizowane. Krótkie włócznie w pierwszych szeregach, długie włócznie
i oszczepy dalej, łucznicy po bokach. Ciemnoocy włócznicy mieli
wyposażenie podobne do tego, jakie dostał Cenn - skórzana kamizela i długa do kolan spódniczka, prosty stalowy hełm i napierśnik.
Wielu z jasnookich nosiło pełne pancerze. Siedzieli na koniach, straże
honorowe otaczały ich napierśnikami, które świeciły rubinowym i szmaragdowym blaskiem. Czy byli wśród nich Odpryskowi? Oświecony Amaram
do nich nie należał. A któryś z jego ludzi? A jeśli Cenn musiałby
walczyć przeciwko jednemu z nich? Zwykli ludzie nie zabijali
Odpryskowych. Zdarzało się to tak rzadko, że przeszło do legendy.
To się naprawdę dzieje, pomyślał z coraz większym przerażeniem. To nie
kolejna musztra w obozie. Nie szkolenie na polu, machanie kijami. To
było prawdziwe. Uświadomiwszy to sobie - jego serce waliło w piersiach
jak przestraszone zwierzątko w klatce, a nogi drżały - Cenn nagle
zrozumiał, że jest tchórzem. Nie powinien opuszczać stad! Nie powinien...
- Synu? - odezwał się weteran stanowczym głosem. - Ile masz lat?
- Piętnaście, panie.
- A jak się nazywasz?
- Cenn, panie.
Potężny, brodaty mężczyzna pokiwał głową.
- Ja mam na imię Dallet.
- Dallet - powtórzył Cenn, nadal wpatrując się w armię przeciwnika. Było
ich tak wielu! Całe tysiące. - Umrę, prawda?
- Nie. - Dallet miał szorstki głos, co jakimś sposobem działało
uspokajająco. - Nic ci się nie stanie. Patrz prosto przed siebie.
Trzymaj się z oddziałem.
- Ale miałem niecałe sześć tygodni szkolenia! - Mógłby przysiąc, że
słyszał cichy brzęk pancerzy lub tarcz przeciwnika. - Ledwie trzymam tę
włócznię. Ojcze Burz, jestem martwy. Nie mogę...
- Synu - przerwał mu Dallet, łagodnie, lecz stanowczo. Uniósł dłoń i położył ją na ramieniu Cenna. Krawędź dużej okrągłej tarczy, która
wisiała na jego plecach, odbijała światło. - Nic ci się nie stanie.
- Skąd wiesz? - Zabrzmiało to jak błaganie.
- Ponieważ, chłopcze, jesteś w oddziale Kaladina Burzą Błogosławionego.
Pobliscy żołnierze pokiwali głowami.
Za nimi kolejne grupy żołnierzy ustawiały się w szyku - całe tysiące.
Cenn znajdował się na samym przodzie, z liczącym około trzydziestu ludzi
oddziałem Kaladina. Dlaczego został w ostatniej chwili przeniesiony do
nowego oddziału? Miało to coś wspólnego z obozową polityką.
Dlaczego ten oddział znajdował się na pierwszej linii, gdzie musiało być
najwięcej ofiar? Małe strachospreny - jak krople fioletowej mazi -
zaczęły wyłazić z ziemi i zbierać się wokół jego stóp. W chwili paniki
prawie upuścił włócznię i uciekł. Dallet zacisnął dłoń na jego ramieniu.
Spoglądając w spokojne ciemne oczy starszego mężczyzny, Cenn się
zawahał.
- Odlałeś się, zanim ustawiliśmy się w szyku? - spytał Dallet.
- Nie miałem czasu...
- Zrób to teraz.
- Tutaj?
- Jeśli tego nie zrobisz, mocz popłynie ci po nodze podczas walki, co
cię rozproszy, może nawet zabije. Zrób to.
Zażenowany Cenn podał Dalletowi włócznię i opróżnił pęcherz na kamienie.
Kiedy skończył, spojrzał z ukosa na pozostałych. Żaden z żołnierzy
Kaladina nie uśmiechał się złośliwie. Stali spokojnie z włóczniami u boku i tarczami na plecach.
Wróg był już prawie gotów. Między oboma wojskami znajdowało się pole
płaskiej śliskoskały, zadziwiająco równe i gładkie, na którym jedynie z rzadka wyrastały skałopąki. Byłoby z niego świetne pastwisko. Ciepły
wiatr uderzał w twarz Cenna, niosąc ze sobą wilgotny aromat arcyburzy
ostatniej nocy.
- Dallet! - zawołał ktoś.
Między szeregami szedł mężczyzna, niosący krótką włócznię, do której
drzewca przymocowano dwie skórzane pochwy na noże. Był młody, najwyżej
cztery lata starszy od samego Cenna, ale wyższy o kilkanaście palców
nawet od Dalleta. Nosił prostą skórznię włócznika, ale pod nią parę
ciemnych spodni. To nie było dozwolone.
Jego typowe dla Alethyjczyków czarne włosy sięgały mu do ramion i kręciły się, a oczy były ciemnobrązowe. Węzły z białego sznura na
ramionach kamizeli świadczyły, że jest dowódcą oddziału.
Trzydziestu mężczyzn wokół Cetta wyprostowało się i uniosło włócznie w pozdrowieniu. To jest Kaladin Burzą Błogosławiony, pomyślał z niedowierzaniem Cenn. Ten młodzik?
- Dallecie, wkrótce będziemy mieli nowego rekruta - powiedział Kaladin.
Miał mocny głos. - Musisz... - Urwał, kiedy zobaczył Cenna.
- Trafił tu przed kilkoma minutami, panie - odparł z uśmiechem Dallet. -
Zacząłem go przygotowywać.
- Dobra robota. Zapłaciłem spore pieniądze, żeby wyciągnąć tego chłopaka
od Gare. Tamten jest tak niekompetentny, że właściwie walczy dla
przeciwnika.
Co takiego? - pomyślał Cenn. Dlaczego ktoś miałby za mnie zapłacić?
- A co sądzisz o polu? - spytał Kaladin.
Kilku pozostałych włóczników uniosło dłonie, by osłonić oczy przed
słońcem, i przyjrzało się skałom.
- Tamto zagłębienie obok dwóch głazów daleko po prawej? - spytał Dallet.
Dowódca pokręcił głową.
- Zbyt trudno znaleźć oparcie dla stóp.
- Ano. Możliwe. A tamto niskie wzgórze po tamtej stronie? Wystarczająco
daleko, żeby uniknąć pierwszej salwy, wystarczająco blisko, by nie
wysforować się za bardzo naprzód.
Kaladin pokiwał głową, choć Cenn nie widział, o czym rozmawiają.
- Wygląda nieźle.
- Czy reszta waszej bandy to usłyszała?! - krzyknął Dallet.
Mężczyźni unieśli wyżej włócznie.
- Miej nowego na oku, Dallecie - powiedział Kaladin. - Jeszcze nie zna
znaków.
- Oczywiście - odparł z uśmiechem weteran.
Uśmiech! Jak on mógł się uśmiechać? Wróg zadął w rogi. Czy to znaczyło,
że byli gotowi? Choć Cenn przed chwilą opróżnił pęcherz, poczuł strużkę
moczu na nodze.
- Nie cofajcie się - powiedział Kaladin, po czym pobiegł dalej, by
porozmawiać z dowódcą kolejnego oddziału. Łucznicy po obu stronach
przygotowali się do strzału.
- Nie martw się, synu - powiedział Dallet. - Nic nam nie będzie. Dowódca
Kaladin jest szczęściarzem.
Żołnierz po drugiej stronie Cenna pokiwał głową. Był chudym, rudowłosym
Vedenem, jego opalona skóra miała ciemniejszy odcień niż skóra
Alethyjczykow. Dlaczego walczył w ich armii?
- Zgadza się. Kaladin jest burzą błogosławiony, na pewno. W ostatniej
bitwie utraciliśmy... ile, jednego żołnierza?
- Ale ktoś jednak zginął - zauważył Cenn.
Dallet wzruszył ramionami.
- Ludzie zawsze giną. Nasz oddział poniósł najmniejsze straty.
Zobaczysz.
Kaladin skończył naradę z drugim dowódcą, po czym powrócił do swojego
oddziału. Choć nosił krótką włócznię - przeznaczoną do trzymania jedną
ręką, by w drugiej móc trzymać tarczę - jego broń była o dłoń dłuższa
niż włócznie pozostałych.
- Przygotować się! - zawołał Dallet.
W przeciwieństwie do innych dowódców oddziałów, Kaladin nie cofnął się
do szeregu, lecz stał przed swoim oddziałem.
Otaczający Cenna mężczyźni poruszyli się, wyraźnie podekscytowani. To
samo uczyniła cała wielka armia, bezruch ustąpił zapałowi. Setki
poruszających się stóp, uderzających tarcz, brzęczących klamer. Wokół
nich wyrastały czerwone pasma niecierpliwosprenów, falujące na wietrze.
Kaladin pozostał bez ruchu, wpatrując się w armię przeciwnika.
- Spokojnie - powiedział, nie odwracając się.
Z tyłu minął ich jasnooki oficer na koniu.
- Bądźcie gotowi do walki! Chcę ich krwi, żołnierze. Walczcie i zabijajcie!
- Spokojnie - powtórzył Kaladin, kiedy mężczyzna ich minął.
- Bądź gotów do biegu - powiedział Dallet Cennowi.
- Biegu? Ale szkolono nas, by maszerować w szyku! Nie wyrywać się z niego!
- Pewnie - zgodził się weteran. - Ale większość z żołnierzy nie jest
lepiej wyszkolona od ciebie. Ci, którzy dobrze walczą, zostają wysłani
na Strzaskane Równiny, do walki z Parshendimi. Kaladin próbuje wyszkolić
nas na tyle, byśmy też się tam udali i walczyli za króla. - Dallet
wskazał na szeregi żołnierzy. - Większość z nich się wyrwie i ruszy do
ataku. Jasnoocy nie są wystarczająco dobrymi dowódcami, by utrzymać ich
w szyku. Dlatego zostań z nami i biegnij.
- Czy mam przygotować tarczę?
Wokół oddziału Kaladina inni żołnierze zdejmowali tarcze z pleców. Ale
ludzie Kaladina pozostawili je na miejscu.
Nim Dallet zdążył odpowiedzieć, z tyłu zagrzmiał róg.
- Ruszaj! - powiedział Dallet.
Cenn nie miał wielkiego wyboru. Cała armia zaczęła się poruszać z łoskotem wojskowych butów. Jak przewidział weteran, równy marsz nie
potrwał długo. Niektórzy żołnierze zaczęli ryczeć, okrzyki podchwycili
pozostali. Jasnoocy kazali im ruszać, biec, walczyć. Szyk się rozpadł.
Kiedy to się stało, oddział Kaladina zerwał się i ruszył biegiem
naprzód. Cenn z trudem dotrzymywał im kroku, spanikowany i przerażony.
Ziemia nie była tak gładka, jak mu się wydawało, i omal nie potknął się
o ukryty skałopąk, z pędami wciągniętymi do skorupy.
Wyprostował się i biegł dalej, trzymając włócznię w ręce. Tarcza
odbijała się od pleców. Armia przeciwnika również się ruszyła, ich
żołnierze nacierali przez pole. Nie widział żadnego równego szyku ani
prostych szeregów. Sytuacja w niczym nie przypominała tego, czego go
uczono.
Cenn nawet nie wiedział, kim jest przeciwnik. Jeden z właścicieli
ziemskich wtargnął na terytorium Oświeconego Amarama - ziemię, która
należała do arcyksięcia Sadeasa. To była potyczka na granicy i Cenn
sądził, że walczą z innym alethyjskim księstwem. Dlaczego walczyli
między sobą? Może król by to powstrzymał, ale znajdował się na
Strzaskanych Równinach, szukając zemsty za śmierć króla Gavilara przed
pięciu laty.
Wróg miał wielu łuczników. Panika Cenna osiągnęła szczyt, kiedy pierwsza
chmura strzał uniosła się w powietrze. Znów się potknął, kusiło go, żeby
sięgnąć po tarczę. Ale Dallet chwycił go za ramię i pociągnął naprzód.
Setki strzał wzniosły się w niebo, zasłaniając słońce. Wspięły się na
szczyt łuku i spadły, niczym węgorze niebieskie na ofiary. Żołnierze
Amarama unieśli tarcze. Ale nie oddział Kaladina.
Cenn wrzasnął.
A strzały spadły na środkowe szeregi armii Amarama, za ich plecami. Nie
przerywając biegu, Cenn obejrzał się przez ramię. Strzały spadały za
nim. Żołnierze krzyczeli, strzały łamały się o tarcze, jedynie kilka
wylądowało w pobliżu pierwszych szeregów.
- Dlaczego?! - krzyknął do Dalleta. - Skąd wiedziałeś?
- Chcą, żeby strzały trafiły tam, gdzie tłoczy się najwięcej żołnierzy -
odparł potężny mężczyzna. - Gdzie mają największe szanse wbić się w ciało.
Kilka innych grupek biegnących na przedzie nie uniosło tarcz, ale
większość biegła niezręcznie z tarczami uniesionymi pod kątem do nieba,
obawiając się strzał, które na nich nie spadały. To ich spowalniało i ryzykowali, że zostaną stratowani przez żołnierzy z tyłu, w których
rzeczywiście trafiały strzały. Cenna i tak kusiło, żeby podnieść tarczę
- czuł się niewłaściwie, biegnąc bez niej.
Druga salwa trafiła w cel i ludzie zaczęli krzyczeć z bólu. Oddział
Kaladina przebijał się w stronę wrogich żołnierzy, z których część
umierała od strzał łuczników Amarama. Cenn słyszał, jak przeciwnik
wydaje okrzyki wojenne, widział ich twarze. Nagle oddział Kaladina
zatrzymał się i ustawił w ciasnym szyku. Dotarli do niewielkiego
wzniesienia, które Kaladin i Dallet wybrali wcześniej.
Weteran chwycił Cenna i wepchnął go w sam środek szyku. Ludzie Kaladina
opuścili włócznie i wyciągnęli tarcze w chwili, kiedy wrogowie ruszyli w ich stronę. Przeciwnik nie nacierał w szyku, nie utrzymywał długich
włóczni na tyłach, a krótkich włóczni na przedzie. Wszyscy biegli razem,
wrzeszcząc gorączkowo.
Cenn niezgrabnie zdjął tarczę z pleców. Rozległ się trzask włóczni,
kiedy oddziały zaczęły walkę. Grupa wrogich włóczników podbiegła do
oddziału Kaladina, być może pragnąc zyskać przewagę wysokości. Trzy
tuziny atakujących zachowały pewien szyk, choć nie tak ścisły, jak
ludzie Kaladina.
Wrogowie wydawali się zdecydowani, by nadrobić to gorliwością - wyli i wrzeszczeli w furii, nacierając na oddział Kaladina. Ludzie Kaladina
utrzymali się jednak w szyku, chroniąc Cenna, jakby był jasnookim, a oni
jego strażą honorową. Dwie siły zderzyły się z trzaskiem metalu o drewno, tarczy o tarczę. Cenn się skulił.
Wszystko skończyło się w mgnieniu oka. Wrogi oddział wycofał się,
pozostawiając na skałach dwóch zabitych. Oddział Kaladina nie poniósł
żadnych strat. Utrzymali najeżony włóczniami szyk w kształcie litery V,
choć jeden z żołnierzy cofnął się i wyciągnął bandaż, by opatrzyć ranę
uda. Ranny był masywny i barczysty. Klął, ale rana nie wydawała się
poważna. Wkrótce znów się wyprostował, ale nie powrócił na swoje
miejsce. Przeszedł na jeden koniec V, w bardziej chronione miejsce.
Na polu bitwy panował chaos. Dwie armie zmieszały się ze sobą, powietrze
wypełniały brzęki, trzaski i krzyki. Wiele z oddziałów rozpadało się,
ich członkowie biegali od jednej potyczki do drugiej. Poruszali się jak
myśliwi, trzy lub czteroosobowe grupki wyszukiwały samotne jednostki i spadały na nie brutalnie.
Oddział Kaladina utrzymywał pozycję, atakując jedynie te oddziały
przeciwnika, które zbytnio się zbliżyły. Czy tak naprawdę wyglądała
bitwa? Szkolenie przygotowało Cenna do walki w długich szeregach, ramię
przy ramieniu. Nie na taki bezład, tak brutalne pandemonium. Dlaczego
inni nie utrzymali się w szyku?
Prawdziwych żołnierzy tu nie ma, pomyślał Cenn. Walczą w prawdziwej
bitwie na Strzaskanych Równinach. Nic dziwnego, że Kaladin chce, by jego
oddział tam trafił.
Wszędzie błyszczały włócznie, trudno było odróżnić przyjaciela od wroga,
mimo symboli na napierśnikach i kolorowej farby na tarczach. Pole bitwy
rozpadło się na setki malutkich grupek, jak tysiące wojen jednocześnie.
Po kilku pierwszych wymianach ciosów Dallet wziął Cenna za ramię i ustawił go w szeregu na samym końcu litery V. Cenn jednak okazał się
bezużyteczny. Kiedy oddział Kaladina walczył z przeciwnikami, opuściło
go całe wyszkolenie. Wielkiego wysiłku wymagało od niego powstrzymanie
się od ucieczki, trzymanie włóczni wystawionej na zewnątrz i zachowanie
groźnego wyglądu.
Przez większość godziny oddział Kaladina utrzymywał niewielkie wzgórze,
walcząc ramię przy ramieniu. Dowódca często opuszczał swoje miejsce na
przedzie, biegał w różne strony i w dziwnym rytmie uderzał włócznią w tarczę.
To znaki, zorientował się Cenn, kiedy oddział Kaladina przeszedł od
litery V w okrąg. Wrzaski umierających i krzyki niezliczonych żołnierzy
sprawiały, że właściwie nie dało się usłyszeć głosu jednej osoby. Ale
ostry brzęk włóczni o metalową płytę na tarczy Kaladina brzmiał
wyraźnie. Za każdym razem, kiedy zmieniali szyk, Dallet chwytał Cenna za
ramię i kierował nim.
Oddział Kaladina nie gonił za maruderami. Pozostawał w defensywie. A choć kilku żołnierzy odniosło rany, żaden nie zginął. Ich oddział był
zbyt przerażający dla mniejszych grupek, a większe jednostki wroga
wycofywały się po kilku wymianach ciosów, szukając łatwiejszego
przeciwnika.
W końcu coś się zmieniło. Kaladin odwrócił się i wpatrzył w przypływy i odpływy pola bitwy. Uniósł włócznię i uderzył nią w tarczę w szybkim
rytmie, którego wcześniej nie używał. Dallet chwycił Cenna za ramię i odciągnął go od pagórka. Dlaczego mieli go teraz porzucić?
Wtedy właśnie większe siły Amarama załamały się pod naporem wroga, a żołnierze rozproszyli. Cenn nie miał pojęcia, jak źle wyglądała sytuacja
jego armii w tej części bitwy. Kiedy oddział Kaladina się wycofywał,
mijali wielu rannych i umierających, chłopakowi aż zrobiło się
niedobrze. Żołnierze mieli głębokie rany, ich wnętrzności wylewały się
na zewnątrz.
Nie miał czasu na przerażenie - ucieczka szybko zmieniła się w pogrom.
Dallet zaklął, a Kaladin znów uderzył w tarczę. Ich oddział zmienił
kierunek, ruszając na wschód. Tam, jak zauważył Cenn, nadal trzymała się
większa grupa żołnierzy Amarama.
Wróg jednak widział, że ich szeregi się załamują, i to dodało mu odwagi.
Ruszyli naprzód w dużych grupkach, niczym dzikie ostrogary polujące na
rozproszone wieprze. Nim oddział Kaladina zdołał przebyć połowę pola
trupów i umierających, drogę odcięła im duża grupa wrogich żołnierzy.
Kaladin niechętnie uderzył w tarczę. Oddział zwolnił.
Cenn poczuł, że jego serce zaczyna bić szybciej. W pobliżu ginął oddział
żołnierzy Amarama - mężczyźni zataczali się i padali, krzyczeli i próbowali uciec. Wrogowie używali włóczni jak szpikulców, zabijając
leżących na ziemi jak kremliki.
Ludzie Kaladina zderzyli się z wrogiem z trzaskiem włóczni i tarcz.
Ciała napierały na siebie ze wszystkich stron, Cenn został obrócony.
Pośród towarzyszy i wrogów, umierających i zabijanych, chłopak poczuł
się oszołomiony. Tak wielu ludzi biegnących w tak wielu kierunkach!
Spanikował, próbując znaleźć bezpieczne miejsce. Grupa żołnierzy w pobliżu nosiła alethyjskie mundury. Oddział Kaladina. Cenn pobiegł do
nich, ale kiedy niektórzy odwrócili się w jego stronę, z przerażeniem
zorientował się, że ich nie poznaje. To nie był oddział Kaladina, ale
nieduża grupka nieznanych mu żołnierzy utrzymująca nierówny szyk. Ranni
i przerażeni, rozproszyli się w chwili, kiedy zbliżył się do nich wrogi
oddział.
Cenn zamarł, trzymając włócznię spoconą dłonią. Żołnierze wroga
nacierali na niego. Instynkt kazał mu uciekać, ale widział przecież tak
wielu ludzi zabijanych jeden po drugim. Musiał stanąć! Musiał stawić im
czoła! Nie mógł uciec, nie mógł...
Wrzasnął i pchnął włócznią w stronę pierwszego żołnierza. Tamten
swobodnie odepchnął jego broń na bok swoją tarczą, po czym wbił krótką
włócznię w udo Cenna. Ból był palący, tak bardzo palący, że krew
wypływająca na jego nogę wydawała się w porównaniu z nim zimna. Cenn
jęknął.
Żołnierz wyrwał broń. Cenn zatoczył się do tyłu, upuścił włócznię i tarczę. Upadł na skalistą ziemię, rozchlapując krew innego żołnierza.
Jego wróg wysoko uniósł włócznię, górująca sylwetka na tle czystego
błękitu nieba, gotów wbić ją w serce Cenna.
I wtedy pojawił się on.
Dowódca. Burzą Błogosławiony. Włócznia Kaladina pojawiła się jakby
znikąd, w ostatniej chwili powstrzymując cios, który miał zabić Cenna.
Kaladin ustawił się przed chłopakiem, samotnie, przeciwko sześciu
włócznikom. Nawet nie zadrżał. Ruszył do natarcia.
Wszystko działo się tak szybko. Kaladin podciął mężczyznę, który pchnął
Cenna. W chwili gdy ten padał, dowódca wyciągnął rękę i wysunął nóż z jednej z pochew przymocowanych do włóczni. Szarpnął dłonią, a wtedy nóż
zabłysł i wbił się w udo drugiego wroga. Mężczyzna opadł z wrzaskiem na
kolano.
Trzeci żołnierz zamarł, patrząc na powalonych towarzyszy. Kaladin
odepchnął rannego wroga na bok i wbił włócznię w brzuch trzeciego
mężczyzny. Czwarty padł z nożem w oku. Kiedy Kaladin chwycił za to
ostrze? Dowódca obracał się między pozostałymi dwoma, jego włócznia
rozmywała się w powietrzu, poruszał nią jak kijem. Przez chwilę Cennowi
wydawało się, że widzi coś otaczającego ich dowódcę. Zniekształcenie
powietrza, jakby sam wiatr stał się widzialny.
Straciłem tak wiele krwi. Wypływa tak szybko...
Kaladin obracał się, odpierając ataki, i dwaj ostatni włócznicy padli na
ziemię z bulgotem, który Cennowi wydał się pełen zaskoczenia. Powaliwszy
wszystkich wrogów, Kaladin odwrócił się i ukląkł przy Cennie. Dowódca
odłożył włócznię, wyciągnął z kieszeni pasek białej tkaniny i szybko
owinął nim mocno udo Cenna. Robił to ze swobodą kogoś, kto wiele razy
opatrywał rany.
- Kaladinie, panie! - powiedział Cenn, wskazując na jednego z żołnierzy,
których Kaladin ranił.
Żołnierz wroga podniósł się, trzymając się za nogę. W tej samej chwili
jednak pojawił się zwalisty Dallet i tarczą pchnął mężczyznę na ziemię.
Dallet nie zabił rannego, lecz pozwolił mu się odczołgać bez broni.
Reszta oddziału dotarła na miejsce i otoczyła Kaladina, Dalleta i Cenna
kręgiem. Dowódca wstał i uniósł włócznię do ramienia. Dallet podał mu
noże, które wyciągnął z ciał zabitych.
- Zmartwiłeś mnie, panie - powiedział Dallet. - Kiedy tak odbiegłeś.
- Wiedziałem, że ruszycie za mną - odparł Kaladin. - Podnieście czerwoną
flagę. Cyn, Korater, wracacie z chłopakiem. Dallet, zostań tutaj.
Szeregi Amarama wybrzuszają się w tamtą stronę. Wkrótce będziemy
bezpieczni.
- A ty, panie? - spytał weteran.
Kaladin rozejrzał się po polu walki. Pośród wrogich szeregów utworzyła
się luka, w której ukazał się mężczyzna na białym koniu, wymachujący
potężną maczugą. Miał na sobie pełną zbroję płytową, wypolerowaną i emanującą srebrnym blaskiem.
- Odpryskowy - powiedział Cenn.
Dallet prychnął.
- Nie, Ojcu Burz niech będą dzięki. Jedynie jasnooki oficer. Odpryskowi
są zbyt cenni, by marnować ich na niewielkie graniczne konflikty.
Kaladin wpatrywał się w jasnookiego z widoczną nienawiścią. Takiej samej
nienawiści był pełen ojciec Cenna, kiedy mówił o złodziejach chulli, i jego matka, gdy ktoś wspomniał o Kusiri, która uciekła z synem szewca.
- Panie? - odezwał się z wahaniem Dallet.
- Pododdział drugi i trzeci, kleszcze - powiedział Kaladin ostro. -
Zdejmujemy oświeconego z jego tronu.
- Jesteś pewien, że to rozsądne, panie? Mamy rannych.
Kaladin odwrócił się w stronę Dalleta.
- To jeden z oficerów Hallawa. To może być on.
- Nie wiemy tego, panie.
- Tak czy inaczej, jest dowódcą batalionu. Jeśli zabijemy oficera o tak
wysokiej randze, wszyscy z pewnością znajdziemy się w kolejnej grupie
wysłanej na Strzaskane Równiny. Bierzemy go. - Jego oczy się zamgliły. -
Wyobraź to sobie, Dallecie. Prawdziwi żołnierze. Obóz wojskowy pełen
dyscypliny i uczciwi jasnoocy. Miejsce, w którym nasza walka będzie
miała sens.
Dallet westchnął, lecz pokiwał głową. Kaladin machnął w stronę grupki
swoich żołnierzy - ruszyli biegiem przez pole. Mniejsza grupka, w tym
Dallet, została z tyłu z rannymi. Jeden z nich - chudy mężczyzna, w którego czarnych włosach znajdowały się nieliczne jasne pasma,
świadczące o domieszce obcej krwi - wyciągnął z kieszeni długą czerwoną
wstęgę i przywiązał ją do włóczni. Uniósł ją wysoko, pozwalając, by
wstążka załopotała na wietrze.
- To wezwanie dla biegaczy, by znieśli naszych rannych z pola walki -
wyjaśnił Dallet Cennowi. - Wkrótce cię stąd wydostaniemy. Byłeś bardzo
dzielny, stawiając czoło tamtej szóstce.
- Ucieczka wydawała mi się głupia - odparł Cenn, próbując nie myśleć o pulsowaniu w nodze. - Na polu bitwy jest tak wielu rannych, jak możemy
wierzyć, że biegacze przyjdą po nas?
- Dowódca Kaladin ich przekupił - stwierdził Dallet. - Zazwyczaj
zabierają tylko jasnookich, ale biegaczy jest więcej niż jasnookich
rannych. Dowódca przeznacza większość żołdu na łapówki.
- Ten oddział rzeczywiście jest inny - zauważył Cenn, czując zawroty
głowy.
- Mówiłem ci.
- Nie ze względu na szczęście, tylko na wyszkolenie.
- To jedno. Po drugie, wiemy, że jeśli zostaniemy ranni, Kaladin
ściągnie nas z pola walki. - Przerwał, obejrzał się przez ramię. Jak
przewidział Kaladin, szeregi wojsk Amarama odzyskiwały pole.
Konny jasnooki oficer przeciwnika energicznie machał maczugą. Grupka
jego straży honorowej skierowała się w bok, walcząc z pododdziałami
Kaladina. Jasnooki skręcił. Miał hełm bez przyłbicy, rozszerzający się
do dołu i ozdobiony wielkim pióropuszem. Cenn nie widział jego oczu, ale
wiedział, że są niebieskie albo zielone, może żółte lub jasnoszare. Był
oświeconym, wybranym w chwili narodzin przez Heroldów, jego
przeznaczeniem zaś była władza.
Beznamiętnie przyglądał się tym, którzy walczyli w pobliżu. I wtedy
jeden z noży Kaladina trafił go w oko.
Oświecony wrzasnął i osunął się z siodła, a Kaladin jakimś sposobem
prześlizgnął się między żołnierzami i rzucił się na niego z uniesioną
włócznią.
- Tak, to dzięki wyszkoleniu - powiedział Dallet, potrząsając głową. -
Ale przede wszystkim dzięki niemu. Walczy jak burza i myśli dwa razy
szybciej od pozostałych. Sposób, w jaki czasami się porusza...
- Opatrzył mi nogę - stwierdził Cenn.
Zorientował się, że gada bzdury z powodu utraty krwi. Po co zwracać
uwagę na opatrzoną ranę? To przecież coś zwyczajnego.
Dallet jedynie pokiwał głową.
- Wie dużo o ranach. Umie też czytać glify. Dziwny z naszego dowódcy
człowiek, jak na ciemnookiego włócznika. - Odwrócił się do Cenna. - Ale
ty powinieneś oszczędzać siły, synu. Dowódca nie będzie zachwycony,
jeśli cię utracimy, nie po tym, ile za ciebie zapłacił.
- Dlaczego? - spytał Cenn.
Na polu bitwy zrobiło się ciszej, jakby wielu z umierających ochrypło
już od krzyków. Niemal wszyscy ich otaczający byli sojusznikami, ale
Dallet wciąż się rozglądał, by się upewnić, że żaden wróg nie spróbuje
zaatakować rannych Kaladina.
- Dlaczego, Dallecie? - powtórzył Cenn. Czuł, że to bardzo ważne. -
Dlaczego ściągnął mnie do oddziału? Dlaczego właśnie mnie?
Weteran pokręcił głową.
- Taki po prostu jest. Nienawidzi myśli o tym, że dzieciaki takie jak
ty, ledwie wyszkolone, trafiają na pole bitwy. Od czasu do czasu
znajduje jednego i ściąga go do naszego oddziału. Dobre pół tuzina z naszych ludzi było kiedyś jak ty. - Oczy Dalleta zamgliły się. - Sądzę,
że mu kogoś przypominasz.
Cenn spojrzał na swoją nogę. Bólospreny - jak małe pomarańczowe dłonie o nienaturalnie długich palcach - pełzały wokół niego, reagując na jego
cierpienie. Zaczęły się odwracać i ruszać w inne strony, wyszukując
innych rannych. Ból Cenna osłabł, jego noga - całe ciało - była
odrętwiała.
Odchylił się do tyłu i wpatrzył w niebo. Słyszał odległy grzmot. To
wydawało mu się dziwne, niebo było bezchmurne.
Dallet zaklął.
Cenn odwrócił się, a wstrząs wytrącił go z otępienia. W ich stronę
galopował potężny czarny koń niosący jeźdźca w błyszczącym pancerzu,
który jakby emanował blaskiem. Ten pancerz był gładki - mniejsze płytki,
pod którymi spodziewałby się kolczugi, wyglądały na niewiarygodnie
skomplikowane. Postać nosiła pozbawiony ozdób hełm, a pancerz był
pozłacany. W jednej ręce trzymał potężne ostrze. Nie było proste jak
zwyczajny miecz, lecz zakrzywione, a tępą stronę zdobiły wyżłobienia,
jak falę. Całą długość klingi pokrywały grawerunki.
Był piękny. Jak dzieło sztuki. Cenn nigdy nie widział Odpryskowego, ale
od razu wiedział, z kim ma do czynienia. Jak mógł pomylić zwykłego
jasnookiego w zbroi z jedną z tych majestatycznych istot?
Czy Dallet nie twierdził, że na tym polu bitwy nie będzie Odpryskowych?
Weteran podniósł się i wezwał pododdział do zbiórki. Cenn nie ruszył się
z miejsca. Rana nogi nie pozwoliłaby mu się podnieść.
Kręciło mu się w głowie. Ile krwi stracił? Z trudem myślał.
Tak czy inaczej, nie mógł walczyć. Przeciwko czemuś takiemu się nie
walczyło. Słońce odbijało się od błyszczącego pancerza. I to wspaniałe,
ozdobne, wijące się ostrze. Zupełnie jakby... jakby sam Wszechmocny
przyjął tę postać, by przejść po polu bitwy.
A czemu ktoś miałby walczyć przeciwko Wszechmocnemu?
Cenn zamknął oczy.
2. Honor jest martwy
"Dziesięć zakonów. Kiedyś byliśmy kochani. Dlaczego nas opuściłeś,
Wszechmocny? Odprysku mojej duszy, gdzie się podziałeś?".
Zebrane drugiego dnia Kakash roku 1171,
pięć sekund przed śmiercią. Badaną była
jasnooka kobieta w trzeciej dekadzie życia.
Osiem miesięcy później
Kaladinowi zaburczało w brzuchu, kiedy wyciągnął ręce przez kraty i przyjął miskę brei. Przeciągnął niedużą miseczkę - bardziej kubek -
między prętami, powąchał ją i skrzywił się, kiedy wóz znów ruszył. Na
szarą breję składały się rozgotowane ziarna tallew, do tego pływały w niej zaschnięte resztki wczorajszej kolacji.
Choć posiłek wywoływał obrzydzenie, niczego innego nie mógł się
spodziewać. Zaczął jeść, wystawiając nogi za kraty i przyglądając się
krajobrazowi. Inni niewolnicy w jego klatce mocno ściskali miseczki,
obawiając się, że ktoś je może ukraść. Jeden z nich pierwszego dnia
usiłował ukraść jedzenie Kaladina. Ten prawie złamał mężczyźnie rękę.
Teraz nikt go już nie niepokoił.
I to mu odpowiadało.
Jadł palcami, nie zwracając uwagi na brud. Przestał go zauważać przed
miesiącami. Dręczyło go, że czuje w sobie część paranoi, którą okazywali
pozostali. A jak miałby jej nie czuć po ośmiu miesiącach bicia, nędzy i brutalności?
Spróbował ją stłumić. Nie stanie się taki jak oni. Nawet jeśli oddał już
wszystko - nawet jeśli wszystko mu odebrano, nawet jeśli nie miał już
nadziei na ucieczkę. To jedno postanowił zachować. Był niewolnikiem. Ale
nie musiał tak myśleć.
Szybko dokończył breję. W pobliżu jeden z niewolników zaczął cicho
pokasływać. W wozie znajdowało się w sumie dziesięciu mężczyzn, wszyscy
zarośnięci i brudni. Był to jeden z trzech wozów w karawanie jadącej
przez Niczyje Wzgórza.
Słońce płonęło białawą czerwienią na horyzoncie, jak najgorętsza część
ognia w palenisku kowala. Podświetlało otaczające je chmury, zabarwiając
je, jak farba rzucona od niechcenia na płótno. Wzgórza, porośnięte
wysoką, monotonnie zieloną trawą, nie miały końca. Na pobliskim kopcu,
wokół roślin krążyła niewielka postać, poruszając się niczym fruwający
owad. Była bezkształtna, częściowo przezroczysta. Wiatrospreny były
sprytnymi duchami, które upodobały sobie przebywanie tam, gdzie ich nie
chciano. Kaladin miał nadzieję, że ten się znudzi i sobie pójdzie, ale
kiedy próbował odrzucić w bok drewnianą miskę, odkrył, że przykleiła się
do jego palców.
Wiatrospren zaśmiał się i przeleciał obok, wstęga światła bez określonej
postaci. Kaladin zaklął i szarpnął miskę. Wiatrospreny często robiły
takie dowcipy. Ciągnął miskę i w końcu udało mu się ją oderwać.
Mamrocząc pod nosem, rzucił ją jednemu z niewolników. Mężczyzna zaczął
pośpiesznie wylizywać resztki brei.
- Hej - szepnął ktoś.
Kaladin spojrzał w bok. Niewolnik o ciemnej skórze i przylepionych do
głowy włosach pełzł w jego stronę, ostrożnie, jakby się spodziewał, że
Kaladin będzie zły.
- Nie jesteś taki, jak pozostali.
Mężczyzna przeniósł spojrzenie czarnych oczu na czoło Kaladina, na
którym znajdowały się trzy piętna. Dwa pierwsze tworzyły parę glifów,
którą oznaczono go przed ośmioma miesiącami, w ostatnim dniu w armii
Amarama. Trzecie było świeże, oznaczył go nim ostatni właściciel.
Ostatni glif oznaczał shash, niebezpieczny.
Niewolnik trzymał rękę za plecami. Nóż? Nie, to śmieszne. Żaden z tych
niewolników nie mógł przemycić broni, liście ukryte w pasku Kaladina
były najbliższym tego miana. Ale stare instynkty nie umierały, więc
Kaladin obserwował tę dłoń.
- Słyszałem, jak gadają strażnicy - mówił dalej niewolnik, przysuwając
się bliżej. Miał tik, który sprawiał, że zbyt często mrugał. -
Próbowałeś uciekać, mówili. Udało ci się uciec.
Kaladin nie odpowiedział.
- Posłuchaj - stwierdził niewolnik, wysuwając rękę zza pleców i ukazując
miskę brei. Była w połowie pełna. - Następnym razem weź mnie ze sobą -
wyszeptał. - Oddam ci to. Połowa mojego jedzenia od tej chwili do
ucieczki. Proszę. - Mówiąc to, przyciągnął kilka głodosprenów. Wyglądały
jak brązowe muchy fruwające wokół głowy mężczyzny, niemal zbyt małe, by
je zobaczyć.
Kaladin odwrócił się, wpatrując w niekończące się wzgórza i kołyszące
trawy. Oparł jedną rękę o kraty i położył na niej głowę, a jego
wystawione na zewnątrz nogi kołysały się miarowo z ruchem wozu.
- I jak? - spytał niewolnik.
- Jesteś głupcem. Gdybyś dawał mi połowę jedzenia, byłbyś zbyt słaby,
żeby uciec, gdybym miał zamiar to uczynić. A ja tego nie zrobię. To się
nie uda.
- Ale...
- Dziesięć razy - wyszeptał Kaladin. - Dziesięć prób ucieczki w ciągu
ośmiu miesięcy od pięciu różnych panów. I jak wiele z nich się powiodło?
- Cóż... to znaczy... wciąż tu jesteś.
Osiem miesięcy. Osiem miesięcy w niewoli, osiem miesięcy brei i bicia.
Prawie jak wieczność. Ledwie pamiętał wojsko.
- Nie możesz się ukryć jako niewolnik - powiedział Kaladin. - Nie z tym
piętnem na czole. Och, parę razy udało mi się uciec. Ale zawsze mnie
odnajdywali. I wracałem.
Kiedyś ludzie nazywali go szczęściarzem. Burzą Błogosławionym. To były
kłamstwa - jeśli już, Kaladin miał pecha. Żołnierze byli przesądni, i choć on z początku opierał się takiemu myśleniu, stawało się to coraz
trudniejsze. Każda osoba, którą pragnął chronić, umierała. Raz za razem.
A teraz znalazł się nawet w gorszej sytuacji niż na początku. Lepiej się
nie opierać. Taki był jego los, a on się mu poddał.
Była w tym pewna moc, wolność. Wolność od przejmowania się.
Niewolnik w końcu się zorientował, że Kaladin nic więcej nie powie, więc
wycofał się i dojadł breję. Wozy nadal się toczyły, wszędzie wokół
rozciągały się pola zieleni. Jednak teren wokół grzechoczących wozów był
jałowy. Gdy się zbliżali, trawa cofała się, każde źdźbło wsuwało się do
malutkiego otworu w skale. Gdy się oddalili, trawa wysuwała się
ostrożnie, wznosząc źdźbła do słońca. I tak oto klatki poruszały się po
czymś, co wyglądało jak skalista droga, przygotowana specjalnie dla
nich.
Tak daleko w głębi Niczyich Wzgórz arcyburze były niewiarygodnie
potężne. Rośliny nauczyły się przetrwania. Tak należało zrobić, nauczyć
się przetrwać. Zaprzeć się i wytrzymać arcyburzę.
Kaladin poczuł smród kolejnego spoconego, niemytego ciała i usłyszał
odgłos kroków. Rzucił w bok podejrzliwe spojrzenie, spodziewając się
powrotu tamtego niewolnika.
Tym razem to był ktoś inny. Miał długą czarną brodę, pełną resztek
jedzenia i kołtunów. Kaladin nosił krótszą brodę, pozwalając, by
najemnicy Tvlakva przycinali ją od czasu do czasu. Podobnie jak on sam,
ten niewolnik nosił resztki brązowego worka związanego sznurem i oczywiście był ciemnooki - może jego oczy miały odcień głębokiej
zieleni, choć w wypadku ciemnych oczu trudno było to ocenić. Wszystkie
wydawały się czarne lub brązowe, jeśli nie spojrzało się w nie w odpowiednim świetle.
Przybysz cofnął się, unosząc ręce. Miał wysypkę na jednej dłoni,
niewielkie przebarwienie skóry. Pewnie zbliżył się, bo zobaczył, że
Kaladin odpowiada tamtemu mężczyźnie. Niewolnicy bali się go od
pierwszego dnia, ale byli też wyraźnie ciekawi.
Kaladin westchnął i odwrócił się. Niewolnik przysiadł obok niego.
- Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli zapytam, jak zostałeś
niewolnikiem, przyjacielu? Ciągle się nad tym zastanawiam. Wszyscy się
zastanawiamy.
Oceniając po akcencie i ciemnych włosach, ten mężczyzna był
Alethyjczykiem, podobnie jak on sam. Jak większość niewolników. Kaladin
nie odpowiedział na pytanie.
- Ja ukradłem stado chulli - powiedział mężczyzna. Miał chrapliwy głos,
jak ocierające się o siebie kartki papieru. - Gdybym zabrał jednego
chulla, może by mnie tylko pobili. Ale całe stado. Siedemnaście sztuk... -
Zaśmiał się pod nosem z podziwu dla własnej zuchwałości.
W kącie wozu znów ktoś zakaszlał. Wyglądali żałośnie, nawet jak na
niewolników. Słabi, chorzy, niedożywieni. Niektórzy, jak Kaladin, byli
wielokrotnymi uciekinierami, choć tylko on nosił piętno shash.
Najbardziej bezwartościowi z bezwartościowej kasty, kupieni z dużym
rabatem. Pewnie zabierano ich na sprzedaż do odległych krain, gdzie
rozpaczliwie brakowało siły roboczej. Wzdłuż wybrzeża sąsiadującego z Niczyimi Wzgórzami znajdowało się wiele niedużych, niezależnych miast,
gdzie vorińskie prawa dotyczące wykorzystania niewolników były jedynie
pogłoską.
Wyprawa w te strony była niebezpieczna. Tymi krainami nikt nie władał, a przejeżdżając przez otwarty teren i trzymając się z dala od szlaków
handlowych, Tvlakv mógł wpaść na pozbawionych zatrudnienia najemników.
Ludzi, którzy nie mieli honoru i nie obawiali się zamordować handlarza
niewolników i samych niewolników, by ukraść parę chulli i wozów.
Ludzie, którzy nie mieli honoru. Czy istnieli ludzie, którzy mieli
honor?
Nie, pomyślał Kaladin. Honor umarł przed ośmioma miesiącami.
- I jak? - spytał brodacz. - Co ty zrobiłeś, że zostałeś niewolnikiem?
Kaladin znów uniósł rękę do krat.
- Jak zostałeś złapany?
- To dziwne - odparł mężczyzna. Kaladin nie odpowiedział na jego
pytanie, ale odpowiedział. Wydawało się, że to mu wystarcza. - Przez
kobietę, oczywiście. Powinienem się domyślić, że mnie sprzeda.
- Nie powinieneś kraść chulli. Są za wolne. Konie byłyby lepsze.
Mężczyzna roześmiał się na całe gardło.
- Konie? Za kogo ty mnie uważasz? Za wariata? Gdyby mnie na tym złapali,
powiesiliby mnie. Przez chulle dorobiłem się tylko piętna niewolnika.
Kaladin zerknął w bok. Piętno na czole mężczyzny było starsze niż
Kaladina, skóra wokół blizny pobielała. Co to była za para glifów?
- Sas morom - powiedział Kaladin. Tak nazywała się dziedzina lorda, w której tamten został pierwotnie napiętowany.
Mężczyzna uniósł wzrok, wyraźnie wstrząśnięty.
- Ej! Znasz glify? - Kilku z pobliskich niewolników poruszyło się
zaskoczonych. - Twoja historia musi być lepsza niż się spodziewałem.
Kaladin wpatrywał się w trawy kołyszące się na słabym wietrze. Kiedy
wiatr się wzmagał, delikatniejsze źdźbła kuliły się w jamkach, przez co
krajobraz stawał się niejednolity, jak sierść chorego konia. Wiatrospren
wciąż tam był, poruszał się między kępami trawy. Jak długo za nimi
podążał? Przynajmniej od kilku miesięcy. To było rzeczywiście dziwne.
Może to nie był ten sam? Niczym się od siebie nie różniły.
- I jak? - pytał dalej mężczyzna. - Dlaczego tu jesteś?
- Jest wiele powodów, dla których tu jestem - odparł Kaladin. - Porażki.
Zbrodnie. Zdrady. Pewnie tak samo, jak każdy z nas.
Wokół niego kilku mężczyzn przytaknęło chrząknięciem. Jedno z tych
chrząknięć zmieniło się w suchy kaszel. Uporczywy kaszel, myślała część
umysłu, połączony z nadmiarem flegmy i gorączkowym mamrotaniem w nocy.
Brzmi jak zgrzytawka.
- Cóż - odezwał się mężczyzna - może powinienem zadać inne pytanie.
Więcej szczegółów, jak mawiała moja matka. Mów, o co ci chodzi, i pytaj
o to, czego chcesz się dowiedzieć. W jaki sposób dostałeś swoje pierwsze
piętno?
Kaladin siedział, czując, jak wóz przetacza się po skale.
- Zabiłem jasnookiego.
Jego bezimienny towarzysz znów zagwizdał, tym razem z podziwem.
- Dziwi mnie, że jeszcze żyjesz.
- Zabijanie jasnookich nie jest powodem, dla którego zrobili ze mnie
niewolnika - powiedział Kaladin. - Problemem jest ten, którego nie
zabiłem.
- Jak to?
Kaladin potrząsnął głową i przestał odpowiadać na pytania rozgadanego
mężczyzny. Tamten w końcu przeszedł na początek klatki i usiadł,
wpatrując się w bose stopy.
***
Wiele godzin później Kaladin nadal siedział na swoim miejscu, odruchowo
obmacując glify na czole. Tak wyglądało jego życie, dzień za dniem,
jazda w tych przeklętych wozach.
Pierwsze piętna zagoiły się już dawno, lecz skóra wokół piętna shash
była czerwona, podrażniona i pokryta strupami. Pulsowała, prawie jak
drugie serce. Bolało nawet bardziej niż oparzenie, którego dorobił się,
kiedy jako dziecko chwycił gorący uchwyt kociołka.
Lekcje, których nauczył go ojciec, odzywały się szeptem z tyłu głowy,
przypominając, jak należy dbać o oparzenie. Nałożyć balsam, by zapobiec
zakażeniu, raz dziennie przemywać. Te wspomnienia wcale go nie
pocieszały, wręcz drażniły. Nie miał soku z czworolistu ani olejku
listerowego - brakowało mu nawet wody do przemycia.
Części rany, które się zasklepiły, ciągnęły, sprawiając, że jego czoło
wydawało się napięte. Co kilka chwil marszczył je, drażniąc w ten sposób
ranę. Przyzwyczaił się już do podnoszenia ręki i ocierania strużek krwi
sączących się z pęknięć - jego prawe przedramię było całe usmarowane.
Gdyby miał lustro, pewnie mógłby zauważyć malutkie czerwone zgniłospreny
zbierające się wokół rany.
Słońce opadało na zachód, ale wozy wciąż się toczyły. Fioletowy Salas
wyjrzał nad horyzont na wschodzie, z początku jakby z wahaniem, jakby
się upewniał, że słońce już zniknęło. To była bezchmurna noc i gwiazdy
migotały wysoko. Blizna Talna - pasmo ciemnoczerwonych gwiazd, które
wyróżniało się na tle migoczących białych - o tej porze roku wznosiła
się wysoko na niebie.
Tamten niewolnik, który kaszlał, znów zaczął. Chrapliwy, wilgotny
dźwięk. Niegdyś Kaladin pośpieszyłby na pomoc, ale coś się w nim
zmieniło. Tak wielu ludzi, którym chciał pomóc, zginęło. Wydawało mu się
- irracjonalnie - że tamtemu będzie lepiej bez jego wtrącania się. Po
tym, jak zawiódł Tiena, później Dalleta i oddział, a następnie dziesięć
kolejnych grup niewolników, brakowało mu woli, by spróbować ponownie.
Dwie godziny po wschodzie Pierwszego Księżyca Tvlakv w końcu zarządził
postój. Jego dwaj brutalni najemnicy zeszli z kozłów i ruszyli rozpalać
niewielkie ognisko. Chudy Taran - młody służący - zajął się chullami.
Potężne skorupiaki były niemal wielkości wozów. Usadowiły się i schowały
na noc w swoich skorupach, wciągając szczypcami piasek. Wkrótce były
jedynie trzema bryłami w ciemności, niewiele odróżniającymi się od skał.
W końcu Tvlakv podszedł do każdego niewolnika po kolei, dając im po
kubku wody i upewniając się, że jego inwestycja zachowa zdrowie. A przynajmniej tyle zdrowia, ile można się było spodziewać po tej żałosnej
gromadce.
Tvlakv zaczął od pierwszego wozu, a Kaladin - nie podnosząc się -
wcisnął palce za prowizoryczny pasek, sprawdzając ukryte za nim liście.
Przyjemnie zatrzeszczały, sztywne wysuszone łuski drapały jego skórę.
Wciąż nie był pewien, co z nimi zrobić. Zerwał je pod wpływem kaprysu
podczas jednej z okazji, kiedy pozwolono mu wyjść z wozu i rozprostować
nogi. Wątpił, by ktokolwiek z karawany umiał rozpoznać czarnozgubę -
wąskie, trójdzielne liście - więc nie było to wielkie ryzyko.
Od niechcenia wyjął liście i ugniótł je między palcem wskazującym a dłonią. Musiały wyschnąć, by uzyskać pełną moc. Dlaczego nosił je ze
sobą? Czy miał zamiar podać je Tvlakvowi, by się zemścić? Czy też były
ostatecznym rozwiązaniem, do zachowania na wypadek, gdyby sytuacja stała
się zbyt ciężka, zbyt nieznośna?
Z pewnością aż tak bardzo nie upadłem, pomyślał. Prawdopodobnie
zadziałał jego instynkt chwycenia napotkanej broni, nawet jeśli była
niezwykła. Krajobraz spowijał mrok. Salas był najmniejszym i najciemniejszym z księżyców, a choć jego fioletowa barwa zainspirowała
niezliczonych poetów, nie pozwalał zobaczyć nawet dłoni uniesionej do
twarzy.
- Och! - usłyszał miękki, kobiecy głos. - Co to takiego?
Przezroczysta istota - wysoka na dłoń - wyjrzała spod podłogi w pobliżu
Kaladina. Wspięła się do wozu, jakby wspinała się na wysoki płaskowyż.
Wiatrospren przyjął postać młodej kobiety - większe spreny umiały
zmieniać kształt i wielkość - o kanciastej twarzy i długich, falujących
włosach, które za jej głową rozpływały się we mgle. Kobieta - Kaladin
nie mógł myśleć o niej inaczej niż o kobiecie - była stworzona z bladoniebieskich i białych odcieni i nosiła prostą, lejącą się sukienkę
dziewczęcego kroju, która sięgała jej do połowy łydki. Podobnie jak
włosy, rozpływała się w mgle. Jej stopy, dłonie i twarz były wyraźne,
miała też biodra i biust smukłej kobiety.
Kaladin zmarszczył czoło, patrząc na ducha. Spreny były wszędzie, przez
większość czasu się je ignorowało. Ale ten zachowywał się dziwnie.
Wiatrospren uniósł się, jakby się wspinał po niewidzialnych schodach.
Osiągnęła wysokość, na której mogła wpatrzyć się w rękę Kaladina, więc
mężczyzna zacisnął palce wokół czarnych liści. Okrążyła jego pięść. Choć
emanowała blaskiem jak powidok po wpatrywaniu się w słońce, jej postać
nie oświetlała otoczenia.
Pochyliła się, wpatrując się w jego dłoń z różnych stron, niczym dziecko
spodziewające się znaleźć ukryty cukierek.
- Co to takiego? - Jej głos przypominał szept. - Możesz mi pokazać.
Nikomu nie powiem. Czy to skarb? Czy odciąłeś kawałek płaszcza nocy i go
ukryłeś? Czy to serce żuka, tak malutkie, a jednak potężne?
Nic nie odpowiedział, a wtedy spren się nadąsała. Unosiła się w powietrzu, choć nie miała skrzydeł, i spojrzała mu w oczy.
- Kaladinie, dlaczego mnie ignorujesz?
Wzdrygnął się.
- Co powiedziałaś?
Uśmiechnęła się psotnie, po czym odskoczyła, a jej postać rozmyła się w długą wstęgę błękitno-białego światła. Wystrzeliła między prętami -
kręcąc się w powietrzu jak pasek tkaniny na wietrze - i wskoczyła pod
wóz.
- A niech cię burza! - warknął Kaladin, podrywając się na równe nogi. -
Duchu! Co powiedziałaś? Powtórz to!
Spreny nie używały ludzkich imion. Spreny nie były inteligentne. Te
większe - wiatrospreny czy rzekospreny - umiały naśladować głosy i wyrazy twarzy, ale nie myślały. Nie...
- Czy ktoś z was to słyszał? - spytał Kaladin, odwracając się do innych
niewolników.
Dach klatki znajdował się na tyle wysoko, że mężczyzna mógł się z trudem
wyprostować. Pozostali leżeli, czekając na swój kubek wody. Nie dostał
żadnej odpowiedzi poza kilkoma mruknięciami, żeby się uciszył, i kaszlem
chorego w kącie. Nawet "przyjaciel" z wcześniejszej rozmowy go
zignorował. Mężczyzna popadł w otępienie i gapił się w swoje stopy, od
czasu do czasu poruszając palcami.
Może nie widzieli sprena. Wiele z większych było niewidzialnych dla
wszystkich poza osobą, którą dręczyły. Kaladin usiadł z powrotem na
podłodze wozu i wystawił nogi na zewnątrz. Wiatrospren wypowiedziała
jego imię, ale bez wątpienia po prostu powtórzyła coś, co usłyszała
wcześniej. Tyle że... żaden z mężczyzn w klatce nie znał jego imienia.
Może zaczynam wariować? - pomyślał Kaladin. Widzę rzeczy, których nie
ma. Słyszę głosy.
Odetchnął głęboko i otworzył dłoń. Jego uścisk połamał liście. Musiał je
schować, żeby uniknąć dalszego...
- Te liście wyglądają interesująco - usłyszał ten sam kobiecy głos. -
Bardzo je lubisz, prawda?
Kaladin podskoczył i odwrócił się w bok. Wiatrospren stała w powietrzu
tuż obok jego głowy, a jej biała sukienka falowała na wietrze, którego
on sam nie czuł.
- Skąd znasz moje imię? - spytał.
Wiatrospren nie odpowiedziała. Przeszła w powietrzu do krat, po czym
wystawiła głowę na zewnątrz i patrzyła, jak handlarz Tvlakv podaje wodę
ostatnim kilku niewolnikom z pierwszego wozu.
- Dlaczego nie walczysz? Robiłeś to wcześniej. Teraz przestałeś.
- A co cię to obchodzi, duchu?
Przechyliła głowę.
- Nie wiem - odparła, jakby sama siebie zaskoczyła. - Ale tak jest. Czy
to nie dziwne?
To było bardziej niż dziwne. Co miał sądzić o sprenie, który nie tylko
zwracał się do niego po imieniu, ale najwyraźniej pamiętał rzeczy, które
on robił przed wieloma tygodniami?
- Wiesz, Kaladinie, ludzie nie jedzą liści - powiedziała, zaplatając
przezroczyste ręce na piersi. - A może jecie? Nie pamiętam. Jesteście
tacy dziwni, wpychacie sobie niektóre rzeczy do ust, inne z siebie
wylewacie, kiedy myślicie, że nikt nie patrzy.
- Skąd znasz moje imię? - wyszeptał.
- A skąd ty je znasz?
- Znam je, ponieważ... ponieważ jest moje. Rodzice mi o nim powiedzieli.
Nie wiem.
- Cóż, ja też nie - stwierdziła i pokiwała głową, jakby właśnie wygrała
wielki spór.
- Świetnie - odparł. - A dlaczego zwracasz się do mnie po imieniu?
- Bo to uprzejme. A ty jesteś nieuprzejmy.
- Spreny nie wiedzą, co to znaczy!
- Widzisz - powiedziała, wskazując na niego. - Nieuprzejmy.
Kaladin zamrugał. Cóż, znajdował się daleko od miejsca, w którym
dorastał, chodził po obcej skale i jadł obcą żywność. Może mieszkające
tu spreny były inne niż te w jego ojczyźnie.
- To dlaczego nie walczysz? - spytała i przefrunęła na jego nogi.
Spoczęła na nich i uniosła wzrok. Nie miała ciężaru, który mógłby
wyczuć.
- Nie mogę walczyć - odparł cicho.
- Wcześniej to robiłeś.
Przymknął oczy i oparł głowę o kraty.
- Jestem taki zmęczony.
Nie chodziło mu o fizyczne wyczerpanie, choć osiem miesięcy jedzenia
resztek pozbawiło go większości siły, o którą tak troszczył się na
wojnie. Czuł się zmęczony. Nawet kiedy się wyspał. Nawet przy tych
rzadkich okazjach, kiedy nie był głodny, zmarznięty albo zesztywniały po
biciu. Taki zmęczony...
- Wcześniej też byłeś zmęczony.
- Zawiodłem, duchu - odparł, zaciskając mocno powieki. - Czy musisz mnie
tak dręczyć?
Wszyscy byli martwi. Cenn i Dallet, a przedtem Tukks i Łapacze.
Wcześniej Tien. Jeszcze wcześniej krew na jego rękach i ciało
dziewczynki o bladej skórze.
Niektórzy z siedzących najbliżej niewolników mamrotali, pewnie uważali
go za szaleńca. Każdy mógł przyciągnąć sprena, ale wszyscy szybko uczyli
się, że rozmawianie z nimi nie ma sensu. Czy zwariował? Może powinien
sobie tego życzyć - szaleństwo było ucieczką przed cierpieniem. A jednak
przerażało go.
Otworzył oczy. Tvlakv w końcu przydreptał do wozu Kaladina z wiadrem
wody. Korpulentny, ciemnooki mężczyzna chodził, lekko utykając - może na
skutek złamania. Był Thaylenem, a wszyscy thayleńscy mężczyźni mieli
białe brody - niezależnie od wieku i koloru włosów na głowie - oraz
białe brwi. Te brwi wyrastały bardzo długie i Thaylenowie nosili je
zaczesane za uszy. To sprawiało, że mężczyzna wyglądał, jakby miał dwa
białe pasma w czarnych włosach.
Jego ubranie - spodnie w czarno-czerwone pasy i niebieski sweter
pasujący do wełnianej czapki w podobnym odcieniu - niegdyś było wysokiej
jakości, ale teraz stało się obszarpane. Czy kiedyś był kimś innym niż
handlarzem niewolników? Takie życie - swobodne kupowanie i sprzedawanie
ludzkiego ciała - zdaje się odciskało na ludziach piętno. Męczyło duszę,
nawet jeśli napełniało sakiewkę.
Tvlakv zatrzymał się z dala od Kaladina i podniósł lampę oliwną, by
przyjrzeć się kaszlącemu niewolnikowi z przodu klatki. Wezwał swoich
najemników. Bluth - Kaladin nie wiedział dlaczego właściwie nauczył się
ich imion - podszedł bliżej. Tvlakv powiedział coś cicho, wskazując na
niewolnika. Bluth pokiwał głową, lampa rzucała cienie na jego grubo
ciosaną twarz, i wyjął zza pasa pałkę.
Wiatrospren przyjęła postać białej wstęgi i podleciała do chorego.
Obróciła się i zawirowała kilka razy, po czym wylądowała na dnie wozu i znów stała się dziewczyną. Pochyliła się, by przyjrzeć się mężczyźnie.
Jak zaciekawione dziecko.
Kaladin odwrócił się i zamknął oczy, ale wciąż słyszał kaszel. W jego
umyśle rozległ się głos ojca. "Aby wyleczyć zgrzytliwy kaszel", mówił
powoli i starannie, "codziennie podawaj dwie garście krwawego bluszczu,
zmiażdżonego na proszek. Jeśli go nie masz, podawaj pacjentowi dużo
płynów, najlepiej z dodatkiem cukru. Jeśli pacjent się nie odwodni,
prawdopodobnie przeżyje. Choroba brzmi o wiele bardziej przerażająco,
niż rzeczywiście jest".
Prawdopodobnie przeżyje...
Kaszel nie ustępował. Ktoś otworzył drzwi klatki. Czy będą wiedzieli,
jak pomóc mężczyźnie? Takie proste rozwiązanie. Podać mu wodę, a przeżyje.
To nie ma znaczenia. Lepiej się nie wtrącać.
Ludzie umierający na polu walki. Młodzieńcza twarz, tak znajoma i droga,
spoglądająca na Kaladina, licząca na wybawienie. Miecz przecinający bok
szyi. Odpryskowy nacierający przez szeregi Amarama.
Krew. Śmierć. Porażka. Ból.
I głos ojca. "Naprawdę możesz go zostawić, synu? Pozwolić mu umrzeć,
jeśli mógłbyś pomóc?".
A niech to burza!
- Przestańcie! - krzyknął Kaladin i wstał.
Inni niewolnicy cofnęli się. Bluth podskoczył, zatrzasnął drzwi klatki i uniósł pałkę. Tvlakv schował się za najemnikiem.
Kaladin odetchnął głęboko, zacisnął dłoń na liściach, a drugą uniósł do
głowy, wycierając plamę krwi. Przeszedł przez niewielką klatkę, łomocząc
stopami o drewno. Bluth przyglądał się ze złością, jak Kaladin klęka
obok chorego. Migoczący płomień lampy ukazywał długą, ściągniętą twarz
i niemal pozbawione krwi usta. Mężczyzna odpluł flegmę - była zielonkawa
i gęsta. Kaladin sprawdził, czy szyja chorego nie opuchła, i zajrzał mu
w oczy.
- Nazywa się to zgrzytliwym kaszlem - powiedział. - Przeżyje, jeśli
będziesz mu dawał dodatkowy kubek wody co dwie godziny przez pięć dni.
Trzeba ją będzie wlewać siłą. Dodajcie do niej cukru, jeśli macie.
Bluth podrapał się po brodzie, po czym spojrzał na niższego handlarza.
- Wyciągnij go - stwierdził Tvlakv.
Chory niewolnik obudził się, kiedy Bluth otworzył klatkę. Najemnik
machnięciem pałki kazał Kaladinowi odejść, a ten niechętnie wykonał
polecenie. Schowawszy pałkę, Bluth chwycił niewolnika pod pachami i wyciągnął na zewnątrz, przez cały czas nerwowo spoglądając na Kaladina.
W jego ostatniej nieudanej próbie ucieczki brało udział dwudziestu
uzbrojonych niewolników. Jego pan powinien go za to stracić, ale
stwierdził tylko, że Kaladin jest "intrygujący", napiętnował go shash
i sprzedał za grosze.
Zawsze był jakiś powód, żeby Kaladin przeżył, kiedy ci, którym usiłował
pomóc, ginęli. Niektórzy mogliby uważać to za błogosławieństwo, ale on
uważał to za swego rodzaju ironię losu i udrękę. Służąc poprzedniemu
panu, spędził trochę czasu na rozmowach z niewolnikiem z zachodu,
mężczyzną z Selay, który opowiadał o Starej Magii z legend i przekleństwach. Czy to właśnie przytrafiło się Kaladinowi?
Nie bądź głupi, powiedział sobie.
Drzwi klatki zatrzasnęły się. Klatki były niezbędne - Tvlakv musiał
chronić swoją kruchą inwestycję podczas arcyburz. Miały drewniane boki,
które można było podnieść i zatrzasnąć podczas wściekłej wichury.
Bluth zaciągnął niewolnika do ogniska, w pobliże baryłki z wodą. Kaladin
poczuł, że się rozluźnia. Widzisz, powiedział sobie. Może jednak uda ci
się pomóc. Może jest powód, żeby się o coś troszczyć.
Otworzył dłoń i spojrzał na zgniecione czarne liście w dłoni. Nie
potrzebował ich. Wmieszanie ich do picia Tvlakva byłoby nie tylko
trudne, ale i bezcelowe. Czy naprawdę pragnął śmierci handlarza
niewolników? Co by przez to osiągnął?
Rozległ się cichy trzask, a po nim drugi, bardziej stłumiony, jakby ktoś
upuścił worek zboża. Kaladin gwałtownie podniósł głowę i spojrzał w stronę chorego niewolnika. Najemnik uniósł pałkę po raz kolejny i opuścił ją gwałtownie, a ta z trzaskiem uderzyła w czaszkę niewolnika.
Mężczyzna nie jęknął z bólu ani nie próbował się sprzeciwić. Jego ciało
upadło na ziemię. Bluth podniósł je i przerzucił je sobie przez ramię.
- Nie! - wykrzyknął Kaladin, skoczył przez klatkę i zacisnął dłonie na
prętach.
Tvlakv ogrzewał się przy ognisku.
- Niech cię burza! - wrzasnął Kaladin. - On mógłby przeżyć, ty
sukinsynu!
Handlarz spojrzał na niego, po czym leniwym krokiem podszedł bliżej,
poprawiając niebieską czapeczkę.
- Wszyscy byście się przez niego pochorowali, rozumiesz. - Mówił z niewielkim akcentem, łączył słowa ze sobą, nie akcentował właściwych
sylab. Zdaniem Kaladina Thaylenowie zawsze brzmieli, jakby mamrotali. -
Nie chcę stracić całego wozu przez jednego człowieka.
- On już nie zarażał! - stwierdził Kaladin, znów uderzając dłońmi o kraty. - Gdyby któryś z nas miał się zarazić, już by do tego doszło.
- Miejcie nadzieję, że tak nie będzie. Myślę, że jego nie dało się już
uratować.
- Mówiłem, że jest inaczej!
- A ja mam ci uwierzyć, dezerterze? - spytał rozbawiony Tvlakv. -
Człowiekowi, którego oczy płoną nienawiścią? Zabiłbyś mnie. - Wzruszył
ramionami. - Mnie to nie obchodzi. O ile tylko zachowasz siły do czasu,
kiedy będę mógł cię sprzedać. Powinieneś mnie błogosławić, że uchroniłem
cię przed chorobą tamtego.
- Pobłogosławię twój stos pogrzebowy, kiedy go własnoręcznie przygotuję!
- odparł Kaladin.
Tvlakv uśmiechnął się i wrócił do ogniska.
- Zachowaj tę wściekłość, dezerterze, i tę siłę. Dobrze mi za nie
zapłacą, kiedy dotrzemy do celu.
O ile dożyjesz tego czasu, pomyślał Kaladin. Tvlak zawsze podgrzewał
resztę wody z wiadra, z którego poił niewolników. Zaparzy sobie w nim
herbatę, wieszając je nad ogniem. Gdyby udało mu się być ostatnim w kolejce do napojenia, a później zmiażdżyć liście i wrzucić je do...
Kaladin zamarł i spojrzał z góry na dłonie. W pośpiechu zapomniał, że
trzyma czarnozgubę. Upuścił płatki, kiedy uderzył rękami w kraty. Tylko
kilka kawałków trzymało się jego dłoni, za mało, by uzyskać efekt.
Obrócił się na pięcie - podłoga klatki była brudna. Jeśli kawałki liści
tam spadły, nie udałoby się ich zebrać. Wiatr nagle się wzmógł,
wywiewając kurz, okruchy i brudy z wozu.
Nawet w tym Kaladin zawiódł.
Opadł na podłogę, plecami do krat, i pochylił głowę. Pokonany. Ta
przeklęta wiatrospren krążyła wokół niego, wyraźnie zdezorientowana.
3. Miasto Dzwonków
Mężczyzna stał na krawędzi urwiska i patrzył, jak jego ojczyzna obraca
się w pył. Pod nim, jakże daleko, wznosiły się wody. I usłyszał płacz
dziecka. To były jego własne łzy.
Zebrane drugiego dnia Tanates roku 1171,
trzydzieści sekund przed śmiercią.
Badanym był szewc cieszący się niejaką renomą.
Kharbranth, Miasto Dzwonków, nie było miejscem, które Shallan
spodziewałaby się kiedykolwiek odwiedzić. Choć zawsze marzyła o podróżach, oczekiwała, że spędzi większość młodości zamknięta w rodzinnej posiadłości, a książki z biblioteki ojca będą jej jedyną
ucieczką. Oczekiwała, że poślubi jednego z sojuszników ojca, a później
spędzi resztę życia zamknięta w jego posiadłości.
Jednakże oczekiwania są jak delikatna porcelana. Im mocniej się je
ściska, tym bardziej prawdopodobne, że pękną.
Z zapartym tchem przyciskała do piersi oprawiony w skórę szkicownik,
kiedy robotnicy portowi wprowadzali statek do doków. Kharbranth był
ogromny. Miasto, położone na stromym zboczu, miało kształt klina, jakby
wybudowano je w szerokim pęknięciu, z najszerszą częścią leżącą wzdłuż
wybrzeża. Budynki były przysadziste, miały kwadratowe okna i wyglądały,
jakby powstały z błota lub gliny. Może z kremu? Pomalowano je na
jaskrawe kolory, przeważnie na czerwono lub pomarańczowo, choć zdarzał
się też niebieski i żółty.
Już słyszała dzwonki, brzęczące na wietrze, dźwięczące czystymi głosami.
Musiała wygiąć szyję, żeby spojrzeć w stronę najwyższej krawędzi miasta
- Kharbranth był jak góra wznosząca się nad nią. Jak wielu ludzi
mieszkało w takim miejscu? Tysiące? Dziesiątki tysięcy? Znów zadrżała -
przestraszona, a jednak podekscytowana - po czym zamrugała, zapisując w pamięci obraz miasta.
Na pokładzie kręcili się marynarze. Radość wiatru była wąskim
jednomasztowym statkiem, ledwie mieszczącym ją, kapitana, jego żonę i pół tuzina załogi. Z początku wydawała się niezwykle mała, ale kapitan
Tozbek był spokojnym i ostrożnym człowiekiem, doskonałym marynarzem,
nawet jeśli do tego poganinem. Ostrożnie prowadził swój statek wzdłuż
wybrzeża i zawsze znajdował osłoniętą zatoczkę na czas arcyburz.
Kapitan nadzorował pracę załogi, która rzucała cumy. Był niskim
mężczyzną, wzrostu Shallan, a długie białe thayleńskie brwi zaczesywał
do góry. Wyglądało to tak, jakby miał dwa wachlarze nad oczami, każdy
długi na stopę. Nosił prostą wełnianą czapkę i czarny płaszcz ze
srebrnymi guzikami. Wyobrażała sobie, że blizna na jego szczęce jest
pamiątką po gwałtownej bitwie morskiej z piratami. Poprzedniego dnia, z rozczarowaniem usłyszała, że podczas sztormu dostał w twarz luźną liną.
Jego żona, Ashlv, już schodziła po trapie, by zgłosić ich statek.
Kapitan zauważył, że Shallan mu się przygląda, więc podszedł bliżej. Od
lat prowadził interesy z jej rodziną i ojciec mu ufał. I dobrze,
ponieważ plan, który wymyśliła wraz z braćmi, nie pozwalał, by zabrała
ze sobą damę dworu lub niańkę.
Ten plan sprawiał, że Shallan robiła się nerwowa. Bardzo, ale to bardzo
nerwowa. Nie znosiła dwulicowości. Ale stan finansów rodu... Potrzebowali
albo nagłego przypływu dużej gotówki, albo innej znaczącej przewagi w lokalnych intrygach vedeńskich rodów. Inaczej mogli nie przetrwać roku.
Zacznijmy od najważniejszego, pomyślała Shallan, zmuszając się do
zachowania spokoju, Znalezienia Jasnah Kholin. Chyba że znowu
wyprowadziła się bez ciebie.
- Wysłałem chłopaka w waszym imieniu, jasności - powiedział Tozbek. -
Jeśli księżniczka nadal tu jest, wkrótce się tego dowiemy.
Shallan z wdzięcznością skinęła głową, mocniej ściskając szkicownik. W mieście wszędzie byli ludzie. Niektórzy nosili znajome ubrania -
mężczyźni spodnie i wiązane z przodu koszule, kobiety spódnice i kolorowe bluzki. Oni mogli pochodzić z jej ojczyzny, Jah Keved. Ale
Kharbranth był wolnym miastem. Nieduże i znajdujące się w niepewnej
sytuacji politycznej państwo-miasto obejmowało niewielkie terytorium,
ale otwierało swoje doki dla wszystkich przepływających statków i nie
pytało o narodowość ani pozycję. Wielu do niego przybywało.
A to oznaczało, że wielu z widzianych przez nią ludzi wyglądało
egzotycznie. Szaty z jednego kawałka tkaniny owiniętego wokół ciała
należały do mężczyzn i kobiet z Tashikku, daleko na zachodzie. Długie
płaszcze, sięgające do kostek, ale z przodu rozchylone, jak peleryny...
skąd one pochodziły? Rzadko widziała tak wielu parshmenów, jak ci
pracujący w dokach, przenoszący towary na grzbietach. Podobnie jak
parshmeni należący do jej ojca, byli krępi, o grubych kończynach, z dziwną marmurkową skórą - część blada lub czarna, część szkarłatna.
Każdy z nich miał inny wzór plam.
Shallan goniła za Jasnah Kholin od miasta do miasta przez dobre sześć
miesięcy i zaczynała już sądzić, że nigdy jej nie dogoni. Czy
księżniczka jej unikała? Nie, to nie wydawało się prawdopodobne - po
prostu Shallan nie była na tyle ważna, by na nią zaczekać. Jasność
Jasnah Kholin była jedną z najpotężniejszych kobiet na świecie. I jedną
z najbardziej niesławnych. Jako jedyny członek prawowiernego
królewskiego rodu była zdeklarowaną heretyczką.
Shallan próbowała nie czuć niepokoju. Najpewniej odkryją, że Jasnah znów
się wyprowadziła. Radość wiatru zostanie na noc w porcie, a Shallan
wynegocjuje z kapitanem cenę - z dużym rabatem, ze względu na inwestycje
jej rodziny w statki Tozbeka - za którą zabierze ją do kolejnego portu.
Tozbek z pewnością zakładał, że rozstanie się z nią już przed kilkoma
miesiącami. Nigdy nie wyczuwała w nim niechęci - honor i lojalność
sprawiały, że zgadzał się spełniać jej kolejne prośby. Jednak jego
cierpliwość musiała się kiedyś wyczerpać, podobnie jak jej pieniądze.
Już wykorzystała połowę kul, które ze sobą zabrała. Nie porzuciłby jej
oczywiście w nieznanym mieście, ale mógłby z wielkim żalem nalegać na
zabranie jej z powrotem do Vedenaru.
- Kapitanie! - zawołał marynarz, biegnąc po trapie. Nosił kamizelkę i luźne spodnie, a jego mocno opalona skóra świadczyła, że dużo pracował
na słońcu. - Żadnej wiadomości, panie. Urzędnik w dokach mówi, że Jasnah
jeszcze nie wyjechała.
- Ha! - powiedział kapitan, odwracając się do Shallan. - Polowanie
skończone!
- Heroldowie niech będą błogosławieni - odparła cicho Shallan.
Kapitan uśmiechnął się, a jego ekstrawaganckie brwi wyglądały jak
promienie światła wypływające z oczu.
- Z pewnością to wasza piękna twarzyczka sprowadziła ten korzystny dla
nas wiatr! Jasności Shallan, wiatrospreny były pod waszym urokiem i doprowadziły nas tutaj.
Shallan zarumieniła się, rozważając odpowiedź, która nie była
szczególnie odpowiednia.
- Ach! - powiedział kapitan, wskazując na nią. - Widzę, że macie
odpowiedź, widzę to w waszych oczach, panienko. Wyplujcie ją. Wiecie,
słów nie należy więzić. To wolne istoty, a jeśli zostaną zamknięte,
wywołują niepokój w żołądku.
- To nieuprzejme - sprzeciwiła się Shallan.
Tozbek ryknął śmiechem.
- Miesiące podróży, a wy to wciąż powtarzacie! A ja wciąż mówię, że
jesteśmy marynarzami! Zapominamy o grzeczności w chwili, kiedy wchodzimy
na pokład statku, a teraz nie da się już nas uratować.
Uśmiechnęła się. Surowe opiekunki i guwernantki uczyły ją, by trzymała
język za zębami - niestety, jej bracia z jeszcze większą determinacją
zachęcali ją, by postępowała odwrotnie. Miała w zwyczaju zabawiać ich
dowcipnymi komentarzami, kiedy nikogo nie było w pobliżu. Wspominała z sympatią godziny spędzone przy ogniu w wielkiej sali, kiedy trzej młodsi
z jej czterech braci gromadzili się wokół niej i słuchali, jak naśmiewa
się z najnowszego pochlebcy ojca albo wędrownego żarliwca. Często
wymyślała głupie wersje rozmów, wkładając je w usta ludzi, których
widzieli, ale nie słyszeli.
Przez to pojawiła się w niej, jak to określały guwernantki, "skłonność
do bezczelności". A marynarze nawet bardziej niż jej bracia doceniali
złośliwe komentarze.
- Cóż - zwróciła się do kapitana, zarumieniona, ale gotowa na rozmowę. -
Pomyślałam sobie po prostu coś takiego. Powiedziałeś, że moja uroda
skłoniła wiatry, by szybko zawiodły nas do Kharbranthu. Ale czy to nie
sugeruje, że podczas innych podróży mój brak urody sprawił, że
dotarliśmy za późno?
- Cóż... no...
- Czyli w rzeczywistości - dokończyła Shallan - mówisz mi, że jestem
piękna dokładnie przez jedną szóstą czasu.
- Bzdura! Panienko, jesteście jak wschód słońca!
- Jak wschód słońca? Chcesz przez to powiedzieć, że jestem stanowczo
zbyt szkarłatna - pociągnęła za długie rude włosy - i często sprawiam,
że ludzie na mój widok zrzędzą?
Roześmiał się, przyłączyło się do niego kilku innych marynarzy.
- Dobrze - powiedział kapitan Tozbek - jesteście jak kwiat.
Skrzywiła się.
- Mam uczulenie na kwiaty.
Uniósł brew.
- Naprawdę - stwierdziła. - Uważam, że są urocze, ale, gdybyś dał mi
bukiet, wkrótce dostałabym ataku tak gwałtownego, że szukałbyś po
ścianach zaginionych piegów, które obluzowałam siłą kichnięć.
- Jeśli to nawet prawda, i tak mówię, że jesteście śliczna jak kwiatek.
- Jeśli tak, to młodzieńcy w moim wieku muszą cierpieć na podobne
uczulenie... bo wyraźnie trzymają się ode mnie na dystans. - Skrzywiła
się. - Widzisz, mówiłam, że to nie będzie grzeczne. Młode kobiety nie
powinny okazywać takiej irytacji.
- Ach, panienko - powiedział kapitan, uchylając wełnianej czapeczki. -
Chłopcy i ja będziemy tęsknić za waszym ostrym językiem. Nie jestem
pewien, co bez was zrobimy.
- Pewnie pożeglujecie - odparła. - I będziecie jeść, i śpiewać, i wpatrywać się w fale. Wszystko, co robicie teraz, tyle tylko, że
będziecie mieli na to więcej czasu, gdyż nie będziecie się potykać o młodą dziewczynę, siedzącą na pokładzie, rysującą i mamroczącą pod
nosem. Ale masz moje podziękowania, kapitanie, za podróż, która była
cudowna... nawet jeśli nieco zbyt długa.
Z uznaniem uchylił czapkę.
Shallan uśmiechnęła się - nie spodziewała się, że samotność będzie tak
wyzwalająca. Bracia obawiali się, że będzie przerażona. Uważali ją za
nieśmiałą, ponieważ nie lubiła się kłócić i zachowywała milczenie, kiedy
rozmawiały duże grupy. I może rzeczywiście była nieśmiała - opuszczenie
Jah Kevad wydawało się wielkim wyzwaniem. Ale też cudownym. Wypełniła
trzy szkicowniki rysunkami istot i ludzi, których spotkała, a choć
ciągły niepokój o finanse domu wisiał nad nią jak chmura, równoważyła go
przyjemność związana z całym doświadczeniem.
Tozbek zajął się formalnościami związanymi z pobytem w porcie. Był
dobrym człowiekiem. Co się tyczyło pochwały jej rzekomej urody, przyjęła
ją jako życzliwą, nawet jeśli przesadzoną oznakę sympatii. Odznaczała
się bladą cerą w czasach, kiedy za prawdziwie piękną uznawano opaloną
skórę Alethyjczyków, a choć miała też jasnoniebieskie oczy, o nieczystej
krwi jej rodziny wyraźnie świadczyły rude włosy. Ani jednego prawdziwie
czarnego kosmyka. Piegi zblakły w okresie dojrzewania - chwała niech
będzie Heroldom - ale kilka pozostało wciąż widocznych na jej nosie i policzkach.
- Panienko - powiedział kapitan po naradzie z marynarzami. - Wasza
jasność Jasnah, ona z pewnością będzie w Konklawe.
- Och, tam, gdzie jest Palanaeum?
- Tak, tak. Król też tam mieszka. To sam środek miasta, jeśli można tak
powiedzieć. Tyle tylko, że na szczycie. - Podrapał się po brodzie. - W każdym razie, jasność Jasnah Kholin jest siostrą króla, na pewno nie
zatrzymała się nigdzie indziej, nie w Kharbrancie. Yalb pokaże wam
drogę. Później dostarczymy waszą skrzynię.
- Bardzo dziękuję, kapitanie - powiedziała. - Shaylor mkabat nour. -
"Wiatry doprowadziły nas bezpiecznie". Wyraz podziękowań w języku
thayleńskim.
Kapitan uśmiechnął się szeroko.
- Mkai bade fortenthis!
Nie miała pojęcia, co to znaczy. Całkiem nieźle czytała po thayleńsku,
ale mowa to coś zupełnie innego. Uśmiechnęła się do niego, co wydawało
się właściwą odpowiedzią, gdyż roześmiał się i wskazał na jednego z marynarzy.
- Zaczekamy w tym porcie dwa dni - powiedział. - Widzicie, jutro będzie
arcyburza, więc nie możemy wypłynąć. Jeśli z jasnością Jasnah nie
pójdzie tak, jak liczyliście, zabierzemy was do Jah Keved.
- Dziękuję raz jeszcze.
- To nic takiego, panienko - odparł. - I tak byśmy to zrobili. Możemy
zabrać stąd towary i inne takie. Poza tym daliście mi naprawdę śliczny
portret mojej żony do powieszenia w kajucie. Śliczny.
Podszedł do Yalba i wydał mu polecenia. Czekając, Shallan schowała
szkicownik z powrotem do skórzanej teczki. Yalb. Jej vedeńskiemu
językowi trudno było wypowiedzieć to imię. Dlaczego Thaylenowie tak
lubili łączyć litery bez samogłosek?
Yalb zamachał do niej. Ruszyła w jego stronę.
- Bądźcie ostrożni, panienko - ostrzegł kapitan. - Nawet w tak
bezpiecznym mieście jak Kharbranth kryją się niebezpieczeństwa. Miejcie
oczy dookoła głowy.
- Chyba wolałabym je jednak mieć w jednym miejscu, kapitanie - odparła,
ostrożnie wstępując na trap. - Gdyby krążyły dookoła, ktoś mógłby się
zbyt łatwo zbliżyć do mojej głowy z pałką.
Kapitan roześmiał się i pomachał jej na pożegnanie, kiedy ruszyła
trapem, trzymając się relingu. Podobnie jak wszystkie vorińskie kobiety,
trzymała lewą dłoń - bezpieczną - w ukryciu, odsłaniając jedynie
swobodną dłoń. Ciemnookie kobiety z pospólstwa nosiły rękawiczkę, ale po
kobietach z jej klasy spodziewano się większej skromności. Jej
bezpieczną dłoń osłaniał przerośnięty mankiet lewego rękawa, zapięty
ciasno na guziki.
Suknia miała tradycyjny voriński krój, dopasowany w ramionach, biuście i talii, z luźną spódnicą. Uszyto go z błękitnego jedwabiu, z guzikami z boków skorupy chulla. Teczkę niosła przyciśniętą bezpieczną dłonią do
piersi.
Zeszła z trapu do pełnego gorączkowej aktywności portu. Posłańcy biegali
we wszystkie strony, kobiety w czerwonych płaszczach zapisywały towary w księgach rachunkowych. Kharbranth był vorińskim królestwem, podobnie jak
Alethkar i Jah Keved, ojczyzna Shallan. Nie byli poganami, a pisanie
było kobiecą sztuką - mężczyźni poznawali jedynie glify, zostawiając
litery i czytanie swoim żonom i siostrom.
Nie pytała, ale była pewna, że kapitan Tozbek umiał czytać. Widziała jak
trzymał książki, czuła się z tym niezręcznie. Czytanie nie pasowało
mężczyźnie. A przynajmniej mężczyźnie, który nie był żarliwcem.
- Chcecie pojechać? - spytał ją Yalb. Jego wiejski thayleński dialekt
był tak silny, że z trudem go zrozumiała.
- Tak, poproszę.
Skinął głową i odbiegł, pozostawiając ją w porcie w otoczeniu grupy
parshmenów, którzy z wysiłkiem przenosili drewniane skrzynie z jednego
pirsu na drugi. Parshmeni byli tępi, ale dobrze pracowali. Nigdy nie
narzekali, zawsze robili, co im powiedziano. Ojciec wolał ich od
zwykłych niewolników.
Czy Alethyjczycy rzeczywiście walczyli przeciwko parshmenom na
Strzaskanych Równinach? To wydawało jej się dziwne. Parshmeni nigdy nie
walczyli. Byli potulni i właściwie niemi. Oczywiście, z tego, co
słyszała, ci na Strzaskanych Równinach - Parshendi, tak ich nazywano -
różnili się od zwyczajnych parshmenów. Silniejsi, wyżsi, bystrzejsi.
Może wcale nie byli parshmenami, tylko ich odległymi krewnymi.
Ku swemu zaskoczeniu, wszędzie w dokach widziała oznaki życia
zwierzęcego. Kilka węgorzy niebieskich falowało w powietrzu, polując na
szczury lub ryby. Malutkie kraby kryły się między pęknięciami w deskach
doku, a grupka hasperów trzymała się grubych bali. W ulicy prowadzącej
do portu kryła się w cieniach norka, wyglądając kąsków, które mogły
upaść na ziemię.
Shallan nie mogła się powstrzymać, otworzyła teczkę i zaczęła szkicować
atakującego węgorza. Czy on się nie bał tych wszystkich ludzi? Trzymała
szkicownik bezpieczną dłonią, zaciskając ukryte palce na szczycie, i rysowała pałeczką węgla. Nim skończyła, jej przewodnik powrócił z mężczyzną ciągnącym dziwaczne urządzenie z dwoma wielkimi kołami i siedzeniem osłoniętym baldachimem. Z wahaniem opuściła szkicownik.
Spodziewała się palankinu.
Mężczyzna ciągnący machinę był niski i ciemnoskóry, miał szeroki uśmiech
i pełne wargi. Gestem wskazał, by Shallan usiadła, a ona zrobiła to ze
skromnym wdziękiem, który wyćwiczyły w niej guwernantki. Tragarz zadał
pytanie w szorstkim, zwięzłym języku, którego nie rozpoznawała.
- Co to znaczy? - spytała Yalba.
- Chce wiedzieć, czy wolicie, żeby pociągnął was dłuższą, czy krótszą
drogą. - Yalb podrapał się po brodzie. - Nie jestem do końca pewien,
czym się różnią.
- Podejrzewam, że jedna potrwa dłużej - zauważyła Shallan.
- Bardzo sprytnie. - Yalb odezwał się do mężczyzny w tym samym języku, a tamten odpowiedział.
- Dłuższa droga umożliwi obejrzenie miasta - stwierdził Yalb. - Krótka
prowadzi prosto do Konklawe. Nie ma zbyt wielu ładnych widoków. Pewnie
zauważył, że jesteście nowi w mieście.
- Aż tak się wyróżniam? - spytała Shallan, rumieniąc się.
- No, nie, oczywiście, że nie, jasności.
- A chciałeś przez to powiedzieć, że jestem równie wyraźnie widoczna jak
brodawka na nosie królowej.
Yalb się roześmiał.
- Obawiam się, że tak. Ale pewnie nie można przybyć gdzieś po raz drugi,
jeśli wcześniej nie było się tam po raz pierwszy. Każdy musi się czasem
wyróżniać, więc równie dobrze można to robić w tak śliczny sposób, jak
wy!
Minęło trochę czasu, nim przyzwyczaiła się do delikatnego flirtu ze
strony marynarzy. Nigdy nie byli zbyt otwarci i przypuszczała, że żona
kapitana porozmawiała z nimi surowo, kiedy zauważyła, że Shallan się
rumieni. W posiadłości jej ojca słudzy - nawet ci, którzy byli pełnymi
obywatelami - obawiali się wyjść ze swoich ról.
Tragarz wciąż czekał na odpowiedź.
- Krótszą drogą poproszę - powiedziała Yalbowi, choć marzyła o malowniczej trasie.
W końcu była w prawdziwym mieście i wybrała najkrótszą drogę? Ale
jasność Jasnah okazała się równie nieuchwytna jak dziki pieśnik. Lepiej
się pośpieszyć.
Główna droga przecinała zbocze trawersami i nawet tak krótka trasa
pozwoliła jej zobaczyć spore fragmenty miasta. Okazało się upajająco
bogate, pełne dziwnych ludzi, widoków i dzwonków. Shallan usadowiła się
wygodnie i wszystko to chłonęła. Grupy budynków łączył kolor, który
zdaje się sygnalizował przeznaczenie. Sklepy sprzedające takie same
towary - fiolet dla ubrań, zieleń dla żywności. Domy miały swoje własne
wzory, choć Shallan nie umiała ich zinterpretować. Odcienie były
łagodne, stonowane, jakby wyblakłe.
Yalb szedł obok wózka, a tragarz coś do niej mówił ponad ramieniem. Yalb
tłumaczył, trzymając ręce w kieszeniach kamizelki.
- Mówi, że miasto jest niezwykłe ze względu na lait.
Shallan pokiwała głową. Wiele miast budowano w laitach - rejonach
chronionych przed arcyburzami przez pobliskie formacje skalne.
- Kharbranth jest jednym z najlepiej chronionych dużych miast na świecie
- mówił dalej Yalb, tłumacząc - a dzwonki są tego symbolem. Powiadają,
że umieszczono je po raz pierwszy, żeby ostrzegać przed nadejściem
arcyburzy, ponieważ wiatry były tak delikatne, że ludzie nie zawsze to
zauważali. - Yalb się zawahał. - Mówi takie rzeczy, ponieważ chce dostać
duży napiwek, jasności. Słyszałem tę historię, ale uważam, że jest
głupia. Jeśli wiatr wiał na tyle mocno, by poruszyć dzwonki, to ludzie
by go dostrzegli. Poza tym, ludzie nie zauważyli, że pada im na
przeklęte łby?
Shallan uśmiechnęła się.
- W porządku. Może mówić dalej.
Mężczyzna mówił dalej krótkimi słowami - jaki to w ogóle był język?
Shallan słuchała tłumaczenia Yalba, chłonąc widoki, dźwięki i - niestety
- zapachy. Dorastała przyzwyczajona do czystej woni świeżo odkurzonych
mebli i podpłomyków piekących się w kuchni. Podróż przez ocean nauczyła
ją nowych aromatów, słonej wody i czystego morskiego powietrza.
W tym, co tu czuła, nie było nic czystego. Każda mijana boczna uliczka
emanowała swoją własną niepowtarzalną mieszanką obrzydliwych smrodów, na
przemian z korzennymi woniami ulicznych sprzedawców jedzenia, a to
zestawienie jeszcze bardziej przyprawiało o mdłości. Na szczęście
tragarz wprowadził ich na środek ulicy i zapachy złagodniały, choć
musieli zwolnić, ruch bowiem był tam większy. Gapiła się na tych,
których mijali. Ci mężczyźni w rękawiczkach, o błękitnawej skórze,
pochodzili z Natanatanu. Ale kim byli ci wysocy, dostojni ludzie w czarnych szatach? I mężczyźni z brodami obwiązanymi sznurem, przez co
wyglądały jak pręty?
Dźwięki przypominały Shallan konkurujące ze sobą trele dzikich pieśników
w rodzinnej posiadłości, ale zwielokrotnione. Setki głosów wołających do
siebie ludzi, mieszające się z trzaskiem drzwi, turkotem kół na
kamieniu, krzykami węgorzy niebieskich. Wszechobecne dzwonki brzęczały w tle, głośniej, kiedy powiał wiatr. Wisiały w oknach sklepów i zwieszały
się z krokwi. Pod każdą uliczną latarnią wisiał dzwonek, a jej wóz miał
malutki dzwoneczek na samym szczycie baldachimu. Kiedy znajdowała się w połowie zbocza, fala dzwonów wybiła godzinę. Ich niezsynchronizowane
dźwięki tworzyły razem nieznośny zgiełk.
Tłumy przerzedziły się, kiedy dotarli do górnej dzielnicy miasta i w końcu tragarz podciągnął ją do potężnego budynku na samym szczycie
miasta. Pomalowany na biało, został wykuty w skale, nie zaś wybudowany z cegieł czy gliny. Kolumny z przodu wyrastały bezpośrednio z kamienia, a tył budynku wtapiał się gładko w zbocze. Dachy zdobiły przysadziste
kopuły pomalowane metalicznymi farbami. Do budynku wchodziły lub go
opuszczały jasnookie kobiety w sukniach podobnych do tej należącej do
Shallan, ze stosownie zasłoniętymi lewymi dłońmi i przyrządami do
pisania. Mężczyźni, którzy przechodzili przez wejście, mieli na sobie
sztywne spodnie i długie do kolan vorińskie płaszcze w stylu wojskowym,
zapinane po bokach i kończące się sztywnym kołnierzem, który otaczał
całą szyję. Wielu nosiło miecze u pasa, który zapinali na sięgającym do
kolan płaszczu.
Tragarz zatrzymał się i powiedział coś do Yalba. Marynarz zaczął się z nim kłócić, opierając ręce na biodrach. Shallan uśmiechnęła się, widząc
jego surową minę, i zamrugała, utrwalając scenę w pamięci, by później ją
naszkicować.
- Proponuje, że podzieli się ze mną różnicą, jeśli pozwolę mu zawyżyć
opłatę za drogę - powiedział Yalb, kręcąc głową.
Wyciągnął rękę do Shallan i pomógł jej wysiąść z wózka. Stanęła na ziemi
i spojrzała na tragarza, który wzruszył ramionami i uśmiechnął się jak
dziecko złapane na podkradaniu słodyczy.
Przycisnęła teczkę dłonią okrytą rękawem, a swobodną ręką sięgnęła do
sakiewki.
- Ile powinnam mu tak naprawdę dać?
- Dwa czyste odłamki to aż nad to. Ja bym zaproponował jeden. Złodziej
chciał zażądać pięciu.
Przed tą podróżą nie korzystała z pieniędzy - podziwiała kule ze względu
na ich urodę. Każda składała się ze szklanego paciorka nieco większego
od paznokcia z o wiele mniejszym klejnotem pośrodku. Klejnoty mogły
pochłaniać Burzowe Światło, to sprawiało, że kule świeciły. Kiedy
otworzyła sakiewkę, rubiny, szmaragdy, diamenty i szafiry rozświetliły
jej twarz. Wyciągnęła trzy odłamki diamentu, najdrobniejszy nominał.
Szmaragdy były najcenniejsze, gdyż Duszniki mogły wykorzystać je do
stworzenia żywności.
Pilnowała, żeby jej kule były zawsze napełnione, słyszała bowiem, że
bure uważano za podejrzane i czasem wzywano pożyczającego pieniądze, by
ocenił prawdziwość klejnotu. Najcenniejsze kule trzymała oczywiście w bezpiecznej sakiewce, przypiętej do wewnętrznej strony lewego rękawa.
Podała trzy odłamki Yalbowi, który przechylił głowę. Skinęła na tragarza
i zarumieniła się, gdyż zorientowała się, że odruchowo wykorzystała
Yalba jako pośrednika, pana-sługę. Czy się obraził?
Roześmiał się i wyprostował sztywno, jakby udając pana-sługę, zapłacił
tragarzowi z udawaną surowością. Mężczyzna roześmiał się, ukłonił się
Shallan i odciągnął wózek.
- To dla ciebie - powiedziała, wyciągając rubinową markę i podając ją
Yalbowi.
- Jasności, to zbyt wiele!
- Częściowo chciałam ci podziękować - stwierdziła - ale również
zapłacić, żebyś został tutaj i zaczekał kilka godzin, na wypadek gdybym
wróciła.
- Zaczekać kilka godzin za ognistą markę? To wypłata za tydzień
żeglowania.
- W takim razie powinnam mieć pewność, że nigdzie sobie nie pójdziesz.
- Będę tutaj! - wykrzyknął Yalb i złożył skomplikowany ukłon, który
udało mu się wykonać zadziwiająco poprawnie.
Shallan odetchnęła głęboko i ruszyła schodami prowadzącymi w stronę
imponującego wejścia do Konklawe. Rzeźbiona skała wyglądała naprawdę
zadziwiająco - jej artystyczna dusza pragnęła zatrzymać się i przyjrzeć
dokładniej, ale się nie odważyła. Wejście do tak ogromnego budynku
przypominało połknięcie. Korytarz oświetlały lampy wypełnione Burzowym
Światłem, które emanowały białym blaskiem. Pewnie w ich wnętrzu
umieszczono diamentowe broamy - większość eleganckich budynków
oświetlano Burzowym Światłem. Broam - najwyższy nominał kuli - świecił
równie mocno jak kilkanaście świec.
Rzucały niezmienny, miękki blask na wielu służących, skrybów i jasnookich idących korytarzem. Wydawało się, że budowlę wykuto wokół
jednego szerokiego, wysokiego i długiego tunelu, zagłębionego w skale.
Po obu jego stronach znajdowały się wielkie sale, a od centralnej
promenady odchodziły boczne korytarze. Czuła się o wiele swobodniej niż
na zewnątrz. To miejsce, pełne zaaferowanych służących, pomniejszych
oświeconych panów i dam, wyglądało znajomo.
Uniosła swobodną rękę, sygnalizując potrzebę, i oczywiście w jej stronę
pośpieszył pan-sługa w gładkiej białej koszuli i czarnych spodniach.
- Jasności? - spytał, odzywając się w ojczystym vedeńskim,
prawdopodobnie ze względu na kolor jej włosów.
- Szukam Jasnah Kholin - odparła Shallan. - Doniesiono mi, że znajduje
się za tymi murami.
Pan-sługa ukłonił się energicznie. Większość panów-sług szczyciła się
wysokim poziomem swoich usług - tą samą manierą, którą Yalb wyszydził
przed kilkoma chwilami.
- Wkrótce powrócę, jasności.
Musiał pochodzić z drugiego nahnu, czyli być ciemnookim obywatelem o bardzo wysokiej pozycji. Według vorińskich wierzeń, Powołanie - zadanie,
któremu poświęcało się życie - miało ogromne znaczenie. Wybór właściwego
zawodu i ciężka praca były najlepszym sposobem zapewnienia sobie dobrego
miejsca w zaświatach. Określony krąg wyznawców, z którymi oddawało się
cześć, często miał związek z naturą wybranego Powołania.
Shallan założyła ręce na piersi, czekając. Długo rozważała własne
Powołanie. Oczywistym wyborem była sztuka, rzeczywiście uwielbiała
szkicować. Jednakże to nie sam akt rysowania ją pociągał, lecz nauka,
pytania, jakie pojawiały się w jej głowie podczas obserwacji. Dlaczego
węgorze niebieskie nie bały się ludzi? Czym się żywiły haspery? Dlaczego
populacja szczurów rozkwitała w jednym miejscu, a w innym nie? Dlatego
wybrała historię naturalną.
Pragnęła zostać prawdziwą uczoną, pobierać prawdziwe nauki, poświęcić
czas poważnym badaniom i studiom. Czy to dlatego zasugerowała ten
zuchwały plan, by odnaleźć Jasnah i zostać jej podopieczną? Być może.
Jednak nie mogła się rozproszyć. Zostanie podopieczną Jasnah - a więc i jej uczennicą - stanowiło jedynie pierwszy krok.
Rozmyślając nad tym, podeszła do kolumny i swobodną dłonią dotknęła
wypolerowanego kamienia. Podobnie jak większość Rosharu - poza pewnymi
rejonami wybrzeża - Kharbranth wybudowano na gołych kamieniach. Budynki
na zewnątrz ustawiono bezpośrednio na skale, a ten się w nią wgryzał.
Domyślała się, że kolumna jest granitowa, choć miała jedynie ograniczoną
wiedzę w dziedzinie geologii.
Podłogę pokrywał długi dywan w odcieniu zgaszonego oranżu. Materiał był
gruby, miał robić wrażenie cennego, ale jednocześnie znosić duży ruch.
Szeroki, prostokątny korytarz wydawał się stary. Według jednej z książek, którą czytała, Kharbranth powstał w cieniodniach, wiele lat
przed Ostatnim Spustoszeniem. To by znaczyło, że miasto jest zaiste
bardzo stare. Wybudowane przed tysiącami lat, przed grozą Hierokracji,
wiele lat przed samym Odstępstwem. W czasach, kiedy Pustkowcy o ciałach
z kamienia chodzili ponoć po świecie.
- Jasności? - spytał ktoś.
Odwróciwszy się, Shallan odkryła, że sługa powrócił.
- Tędy, jasności.
Skinęła służącemu głową, a on poprowadził ją szybko ruchliwym
korytarzem. Rozważyła po raz kolejny, jak przedstawić się Jasnah.
Kobieta była legendą. Nawet Shallan, mieszkająca w odległej posiadłości
w Jah Keved, słyszała o błyskotliwej siostrze króla Alethyjczyków,
heretyczce. Jasnah miała zaledwie trzydzieści cztery lata, jednak wielu
uważało, że już uzyskałaby płaszcz mistrza uczonego, gdyby nie potępiała
tak głośno religii. A dokładniej potępiała kręgi wyznawców, kongregacje,
do których przyłączali się porządni vorińczycy.
Shallan uznała, że niestosowne uwagi się jej nie przysłużą. Musiała
zachowywać się właściwie. Trafienie pod opiekę otoczonej uznaniem
kobiety było najlepszą drogą do poznania kobiecych sztuk - muzyki,
malarstwa, pisania, logiki i nauki. Podobnie młody mężczyzna szkolił się
w straży honorowej oświeconego, którego szanował.
Shallan pierwotnie napisała do Jasnah z prośbą o przyjęcie pod opiekę w desperacji - nie spodziewała się, że kobieta odpowie twierdząco. Kiedy
to zrobiła - w liście, w którym żądała, by Shallan w ciągu dwóch tygodni
towarzyszyła jej w Dumadari - dziewczyna była wstrząśnięta. Od tego
czasu goniła za kobietą.
Jasnah była heretyczką. Czy zażąda, by Shallan odrzuciła wiarę? Wątpiła,
by mogła to zrobić. Vorińskie nauki dotyczące ludzkiej Chluby i Powołania były jej ucieczką w trudnych dniach, kiedy ojcu się
pogorszyło.
Skręcili w węższy korytarz i wchodzili w przejścia coraz bardziej
oddalone od głównej jaskini. W końcu pan-sługa zatrzymał się przed
zakrętem i gestem wskazał Shallan, by ruszyła dalej. Z korytarza po
prawej dochodziły odgłosy rozmowy.
Shallan się zawahała. Czasem zastanawiała się, jak do tego doszła. Była
zawsze cicha, nieśmiała, najmłodsza z piątki rodzeństwa i do tego jedyna
dziewczyna. Chroniona przez całe życie. A teraz nadzieje całego rodu
spoczywały na jej ramionach.
Ich ojciec nie żył. I musiało to pozostać tajemnicą.
Nie lubiła myśleć o tym dniu - niemal wyparła go z pamięci i nauczyła
się myśleć o innych rzeczach. Ale skutków jego odejścia nie dało się
zignorować. Złożył wiele obietnic - interesy, łapówki, czasem te
ostatnie udające te pierwsze. Ród Davar był winien mnóstwo pieniędzy
wielu ludziom, a pod nieobecność ojca, który umiał ich ułagodzić,
wierzyciele wkrótce zaczną stawiać żądania.
Nie mieli do kogo się zwrócić. Jej rodzina, głównie ze względu na ojca,
była znienawidzona nawet przez sojuszników. Arcyksiążę Valam -
oświecony, któremu jej ród składał hołd lenny - niedomagał i nie chronił
ich już tak jak kiedyś. Kiedy rozejdą się wieści, że jej ojciec nie
żyje, a rodzina zbankrutowała, będzie to koniec rodu Davar. Zostaną
wchłonięci i poddani innemu rodowi.
Za karę będą pracować do utraty sił - właściwie mogą nawet zostać
uczynieni niewolnikami lub zamordowani przez niezadowolonych
wierzycieli. Zapobieżenie temu zależało od Shallan, a pierwszy krok
stanowiła Jasnah Kholin.
Shallan odetchnęła głęboko i wyszła za róg.
4. Strzaskane Równiny
"Umieram, prawda? Uzdrowicielu, dlaczego odbierasz mi krew? Kim jest
ten obok ciebie, z głową pełną linii? Widzę odległe słońce, ciemne i zimne, świecące na czarnym niebie".
Zebrane drugiego dnia Jesnan roku 1172,
jedenaście sekund przed śmiercią.
Badanym był przewodnik chulli z Reshi.
Próbka godna szczególnej uwagi.
- Dlaczego nie płaczesz? - spytała wiatrospren.
Kaladin usiadł, zwrócony plecami do kąta klatki, i spuścił wzrok. Deski
podłogi były tu pełne drzazg, jakby ktoś wbijał w nie paznokcie.
Nierówny fragment deski był ciemniejszy w miejscu, gdzie szare drewno
wchłonęło krew. Próżna, szaleńcza próba ucieczki.
Wóz toczył się dalej. Ta sama rutyna każdego dnia. Budzili się
zdrętwiali i obolali po nocy spędzonej bez materacy i koców. Z kolejnych
wozów wyprowadzano niewolników, zakuwano ich w kajdany i pozwalano, by
pokręcili się po okolicy i wypróżnili się. Później znów zamykano ich w klatkach, karmiono poranną porcją brei, a następnie wagony toczyły się
aż do popołudniowej brei. Znów jechali. Wieczorna breja i kubek wody
przed snem.
Piętno shash na czole Kaladina było wciąż pokryte popękanymi strupami
i krwawiło. Dobrze, że choć dach klatki dawał osłonę przed słońcem.
Wiatrospren zmieniła się w mgiełkę i uniosła jak niewielka chmurka.
Zbliżyła się do Kaladina, a ruch ten ukazał jej twarz z przodu chmury,
jakby rozproszył mgłę, odkrywając coś bardziej materialnego pod spodem.
Mglistego, kobiecego i kanciastego. Z zaciekawionymi oczami. Nie
przypominała żadnego sprena, którego kiedykolwiek widział.
- Inni płaczą w nocy - powiedziała. - Ale ty nie.
- A dlaczego miałbym płakać? - spytał, znów opierając głowę o pręty. -
Co by to dało?
- Nie wiem. Dlaczego ludzie płaczą?
Uśmiechnął się, przymykając oczy.
- Zapytaj Wszechmocnego, dlaczego ludzie płaczą, malutki sprenie. Nie
mnie.
Na jego czole perlił się pot, gdyż lato na wschodzie było wilgotne.
Ściekając do rany, wywoływał jej pieczenie. Kaladin miał nadzieję, że
wkrótce czeka ich znów parę tygodni wiosny. Pogoda i pory roku były
nieprzewidywalne. Nikt nie wiedział, ile potrwają, choć zazwyczaj każda
kończyła się po kilku tygodniach.
Wóz toczył się dalej. Po jakimś czasie poczuł światło słońca na twarzy.
Otworzył oczy. Promienie słońca wpadały przez górną część po lewej
stronie klatki. Musiała być druga albo trzecia po południu. A co z popołudniową breją? Kaladin, chwyciwszy jedną ręką za kraty, wstał.
Ściana z przodu klatki sprawiała, że nie widział Tvlakva prowadzącego
pierwszy wóz, jedynie Blutha na wozie za nimi. Najemnik siedział na
wysokim koźle, który pozwalał mu spojrzeć ponad grzbietem pociągowego
chulla. Miał brudną koszulę, wiązaną z przodu, i nosił kapelusz z szerokim rondem dla ochrony przed słońcem. Jego włócznia i pałka leżały
obok na ławce. Nie nosił miecza - nawet Tvlakv tego nie ryzykował tak
blisko ziem Alethyjczyków.
Trawa nadal rozstępowała się przed wozami, znikając tuż przed nimi i wyślizgując się ponownie po ich przejeździe. Okolicę porastały dziwne
zarośla, których Kaladin nie rozpoznawał. Miały grube pędy, łodygi i kolczaste zielone igły. Kiedy któryś z wozów za bardzo się zbliżał, igły
znikały w łodygach, pozostawiając powykręcane, przypominające robaki
pnie z sękatymi gałęziami. Na wzgórzach było ich pełno, wznosiły się z porośniętych trawą skał niczym miniaturowi strażnicy.
Karawana jechała dalej, choć minęło już południe. Dlaczego nie
zatrzymujemy się na breję?
Pierwszy wóz w końcu się zatrzymał. Dwa inne zahamowały z szarpnięciem
za nim, ustawione pod kątem, chulle o czerwonych skorupach z niepokojem
wachlowały czułkami. Przypominające kształtem skrzynie stwory miały
wypukłe kamienne skorupy i grube czerwone łapy niczym pnie. Kaladin
słyszał, że ich szczypce mogły złamać ramię dorosłego mężczyzny. Ale
chulle były spokojne, szczególnie te udomowione, i w wojsku nie słyszał,
by komukolwiek zrobiły coś więcej niż delikatne uszczypnięcie.
Bluth i Tag zeszli z wozów i podeszli do Tvlakva. Handlarz niewolników
stanął na koźle, osłonił oczy przed białym blaskiem słońca i uniósł
arkusz papieru. Zaczęła się kłótnia. Tvlakv machał w stronę, w którą
jechali, po czym wskazywał na papier w dłoni.
- Zgubiłeś się, Tvlakv?! - zawołał Kaladin. - Może powinieneś pomodlić
się do Wszechmocnego o wskazówki. Słyszałem, że ma słabość do handlarzy
niewolników. Ma dla ciebie specjalną komnatę w Potępieniu.
Po lewej Kaladina jeden z niewolników - brodaty mężczyzna, który
rozmawiał z nim przed kilkoma dniami - odsunął się nieco, nie chcąc
znajdować się w pobliżu człowieka, który prowokował handlarza.
Tvlakv zawahał się, po czym krótko machnął na najemników, każąc im się
uciszyć. Korpulentny mężczyzna zeskoczył z wozu i podszedł do Kaladina.
- Ty - powiedział. - Dezerterze. Alethyjskie armie przechodzą przez te
tereny w drodze na wojnę. Znasz tę okolicę?
- Pozwól mi zobaczyć mapę - odparł Kaladin.
Tvlakv zawahał się, po czym uniósł ją do oczu niewolnika.
Kaladin sięgnął przez kraty i złapał papier. Następnie, nawet na niego
nie spoglądając, rozerwał go na dwie części. W ciągu kilku chwil na
oczach przerażonego Tvlakva rozszarpał mapę na strzępy.
Handlarz zawołał najemników, lecz kiedy dotarli do wozu, Kaladin rzucił
w nich dwiema garściami strzępków.
- Szczęśliwego Przesilenia, sukinsyny - powiedział, gdy zatańczyły wokół
nich kawałki papieru.
Odwrócił się, przeszedł na drugą stronę klatki i usiadł, zwrócony twarzą
w ich stronę.
Tvlakv stał oniemiały. Później, czerwony na twarzy, wskazał na Kaladina
i wysyczał coś do najemników. Bluth zrobił krok w stronę klatki, ale
wyraźnie zmienił zdanie. Spojrzał na pracodawcę, wzruszył ramionami i odszedł. Tvlakv zwrócił się do Taga, lecz drugi najemnik jedynie
potrząsnął głową i powiedział coś cicho.
Po kilku minutach gotowania się ze złości na tchórzliwych najemników,
Tvlakv obszedł klatkę i podszedł do miejsca, gdzie siedział Kaladin. Co
zadziwiające, kiedy się odezwał, mówił spokojnym tonem.
- Widzę, że jesteś bystry, dezerterze. Uczyniłeś się bezcennym. Inni
niewolnicy nie pochodzą z tych okolic, a ja nigdy tędy nie jechałem.
Możesz się targować. Czego chcesz w zamian za poprowadzenie nas? Mogę ci
zaproponować dodatkowy posiłek dziennie, jeśli mnie zadowolisz.
- Chcesz, żebym poprowadził karawanę?
- Wskazówki wystarczą.
- Dobrze. Najpierw znajdź urwisko.
- A ono pozwoli ci się lepiej rozejrzeć po okolicy?
- Nie - odparł Kaladin. - Będę miał cię z czego zrzucić.
Tvlakv z irytacją poprawił czapkę na głowie i założył jedną z długich
białych brwi za ucho.
- Nienawidzisz mnie. To dobrze. Nienawiść doda ci sił, sprawi, że
pójdziesz za dużą sumę. Ale nie znajdziesz zemsty na mnie, jeśli nie
będę miał okazji zabrać cię na targ. Ja nie pozwolę ci uciec. Ale może
ktoś inny to zrobi. Tak naprawdę chcesz być sprzedany, nie?
- Nie pragnę zemsty - odparł Kaladin.
Wiatrospren wróciła - wcześniej zniknęła na chwilę, żeby zbadać jeden z dziwacznych krzewów. Zatrzymała się w powietrzu i zaczęła spacerować
wokół twarzy Tvlakva, przyglądając się jej uważnie. On najwyraźniej jej
nie widział.
Tvlakv zmarszczył czoło.
- Żadnej zemsty?
- To nie działa - wyjaśnił Kaladin. - Tego nauczyłem się przed laty.
- Przed laty? Nie możesz mieć więcej niż osiemnaście lat, dezerterze.
Dobrze się domyślał. Kaladin miał dziewiętnaście lat. Czy minęły
zaledwie cztery lata, od kiedy zaciągnął się do armii Amarama? Miał
wrażenie, że postarzał się co najmniej o tuzin.
- Jesteś młody - mówił dalej Tvlakv. - Mógłbyś uciec przed tym losem.
Znane są przypadki, gdy ludzie przeżyli swoje piętna niewolnika... mógłbyś
spłacić swoją cenę, rozumiesz? Albo przekonać jednego z panów, by
zwrócił ci wolność. Mógłbyś znów zostać wolnym człowiekiem. To wcale nie
jest takie nieprawdopodobne.
Kaladin prychnął.
- Nigdy nie będę wolny od tego piętna, Tvlakv. Na pewno wiesz, że
próbowałem uciec dziesięć razy i mi się nie powiodło. Twoi najemnicy
podchodzą do mnie z nieufnością nie tylko przez te glify na głowie.
- Wcześniejsza porażka nie oznacza, że nie ma szansy na przyszłość,
prawda?
- Skończyłem z tym. Nie obchodzi mnie to. - Spojrzał z ukosa na
handlarza. - Poza tym, sam nie wierzysz w to, co mówisz. Wątpię, by
człowiek taki jak ty mógł zasnąć w nocy, gdyby sądził, że sprzedawani
przez niego niewolnicy mają najmniejszą szansę odzyskać swobodę i go
odnaleźć.
Tvlakv roześmiał się.
- Być może, dezerterze. Być może masz rację. A być może po prostu sądzę,
że gdybyś miał odzyskać wolność, odszukałbyś pierwszego człowieka, który
sprzedał cię w niewolę, rozumiesz? Czy to nie był lord Amaram? Jego
śmierć ostrzeże mnie, że mam uciekać.
Skąd wiedział? Gdzie usłyszał o Amaramie? Odnajdę go, pomyślał Kaladin.
Wypatroszę gołymi rękami. Skręcę mu kark i...
- Tak - stwierdził Tvlakv, wpatrując się w twarz Kaladina - nie byłeś
szczery, kiedy mówiłeś, że nie pragniesz zemsty. Rozumiem.
- Skąd wiesz o Amaramie? - spytał Kaladin, marszcząc czoło. - Od tego
czasu zmieniłem pół tuzina właścicieli.
- Ludzie gadają. Handlarze niewolników bardziej niż inni. Widzisz,
musimy przyjaźnić się ze sobą, bo innym przeszkadza nasze towarzystwo.
- W takim razie wiesz, że nie dostałem tego piętna za dezercję.
- Ach, ale tak musimy udawać, rozumiesz? Ludzie winni zbrodni nie
sprzedają się dobrze. Przez ten glif shash na twoim czole trudno mi
będzie uzyskać dobrą cenę. A jeśli nie uda mi się ciebie sprzedać, to...
cóż, wolałbyś się tego nie dowiedzieć. I dlatego odegramy mały teatrzyk.
Ja będę mówił, że jesteś dezerterem. A ty nic nie powiesz. To chyba
łatwa rola, nie sądzisz?
- To nielegalne.
- Nie jesteśmy w Alethkarze - odparł Tvlakv - więc prawo się nie liczy.
Poza tym, dezercja była oficjalnym powodem, dla którego zostałeś
sprzedany. Jeśli będziesz się upierał, że jest inaczej, nie zyskasz nic,
poza opinią nieuczciwego.
- Poza narobieniem ci kłopotów.
- Ale właśnie powiedziałeś, że nie pragniesz się na mnie zemścić.
- Jeszcze mogę to poczuć.
Tvlakv roześmiał się.
- Ach, jeśli do tej pory nie poczułeś, to już pewnie nie poczujesz! Poza
tym, czyż nie groziłeś, że zrzucisz mnie z urwiska? Sądzę, że już to
czujesz. Ale teraz musimy omówić dalsze kroki. Jak wiesz, moją mapę
spotkał przedwczesny koniec.
Kaladin zawahał się, po czym westchnął.
- Nie wiem - powiedział szczerze. - Też nigdy nie byłem w tych
okolicach.
Tvlavk zmarszczył czoło. Pochylił się bliżej klatki i przyjrzał uważnie
Kaladinowi, choć wciąż trzymał się na dystans. Po chwili potrząsnął
głową.
- Wierzę ci, dezerterze. Jaka szkoda. Cóż, będę musiał zaufać swojej
pamięci. Mapa i tak była kiepska. Niemal się cieszę, że ją porwałeś, bo
mnie samego również to kusiło. Jeśli przypadkiem wpadnę na portrety
byłych żon, upewnię się, że trafią w twoje ręce, i skorzystam z twoich
niezwykłych talentów.
Z tymi słowy odszedł.
Kaladin odprowadził go wzrokiem, po czym zaklął.
- Dlaczego to powiedziałeś? - spytała wiatrospren, podchodząc do niego z przechyloną głową.
- Prawie go polubiłem - odparł Kaladin, waląc głową w kraty.
- Ale... po tym, co zrobił...
Kaladin wzruszył ramionami.
- Nie powiedziałem, że Tvlakv nie jest sukinsynem. Po prostu jest
sukinsynem, którego da się lubić. - Zawahał się, skrzywił. - Tacy są
najgorsi. Kiedy się ich zabija, kończy się z poczuciem winy.
***
W czasie arcyburz wóz przeciekał. Nie było to niczym zaskakującym,
Kaladin podejrzewał, że Tvlakva do handlu niewolnikami zmusiło pechowe
zrządzenie losu. Wolałby raczej handlować innymi towarami, ale coś -
brak pieniędzy, konieczność pośpiesznego opuszczenia poprzedniego
środowiska - zmusiło go do zajęcia się najmniej szanowanym zajęciem.
Ludzie tacy jak on nie mogli sobie pozwolić na luksusy ani nawet
porządną jakość. Z trudem wychodzili z długów. W tym wypadku oznaczało
to wozy, które przeciekały. Zabite deskami boki były wystarczająco
mocne, by wytrzymać wichurę, ale przebywający wewnątrz nie mogli czuć
się wygodnie.
Tvlakv niemal nie zdążył przygotować się do arcyburzy. Najwyraźniej na
podartej przez Kaladina mapie znajdowała się również rozpiska z datami
burz, którą handlarz kupił od wędrownego strażnika burz. Pojawienie się
arcyburz dawało się wyliczyć. Ojciec Kaladina traktował to jako
rozrywkę. Osiem razy na dziesięć podawał właściwą datę.
Deski zagrzechotały o pręty klatki, kiedy wichura uderzyła w pojazd,
potrząsając nim i sprawiając, że podskakiwał jak zabawka olbrzyma.
Drewno jęczało i przez pęknięcia do wnętrza wpadały strugi lodowatej
wody. Blask błyskawic również wpadał do środka, razem z grzmotami. To
było jedyne źródło światła.
Od czasu do czasu światło migotało bez grzmotu. Wtedy niewolnicy jęczeli
ze strachu, myśląc o Ojcu Burz, cieniach Zaginionych Świetlistych albo
Pustkowcach - wszyscy z nich mieli rzekomo nawiedzać najpotężniejsze z arcyburz. Kulili się razem na drugim końcu wozu, ogrzewając się
nawzajem. Kaladin im w tym nie przeszkadzał, sam usiadł z plecami
zwróconymi do krat.
Nie obawiał się opowieści o istotach, które wędrowały pośród arcyburz. W wojsku był zmuszony przeżyć arcyburzę czy dwie pod skalnym nawisem lub w innej zaimprowizowanej kryjówce. Nikt nie lubił przebywać na zewnątrz
podczas burzy, ale czasem nie dało się tego uniknąć. Stwory wędrujące
podczas arcyburzy - być może nawet sam Ojciec Burz - nie były nawet w połowie tak zabójcze, jak kamienie i gałęzie unoszone w powietrze. W rzeczy samej, początkowy napór wody i wiatru - burzowy mur - był
najbardziej niebezpieczny. Im dłużej człowiek wytrzymał po nim, tym
słabsza stawała się burza, kończąc się łagodnym deszczykiem.
Nie, nie przejmował się Pustkowcami szukającymi ciał, którymi mogliby
się pożywić. Martwił się, że coś się stanie Tvlakvowi. Handlarz
niewolników spędzał arcyburzę w ciasnym drewnianym pomieszczeniu
wbudowanym w dno jego wozu. Wydawało się to najbezpieczniejszym miejscem
w karawanie, ale pechowy przypadek - głaz niesiony burzą, zawalenie się
całego wozu - mógł go zabić. A wtedy, jak spodziewał się Kaladin, Bluth
i Tag uciekliby, pozostawiając wszystkich w klatkach z zamkniętymi
drewnianymi bokami. Niewolnicy umarliby powolną śmiercią z głodu i pragnienia, gotując się w swoich skrzyniach.
Burza wciąż szalała, wstrząsając wozem. Te wichury czasem wydawały się
żywymi istotami. A któż mógł powiedzieć, że nimi nie są? Czy
wiatrospreny coś ciągnęło do podmuchów wiatru, czy też same były
podmuchami wiatru? Duszami mocy, która teraz tak bardzo pragnęła
zniszczyć wóz Kaladina?
Mocy tej - świadomej czy nie - się nie powiodło. Wozy przymocowano
łańcuchami do pobliskich skał i zablokowano koła. Uderzenia wiatru
stawały się coraz bardziej leniwe. Błyskawice przestały migotać, a doprowadzające do szaleństwa bębnienie wiatru zmieniło się w ciche
stukanie. Tylko raz w czasie ich podróży jeden z wozów się przewrócił.
Zarówno on sam, jak i niewolnicy wewnątrz przeżyli z niewielkimi
zadrapaniami i sińcami.
Boczna ściana na prawo od Kaladina nagle zadrżała i opadła, kiedy Bluth
zdjął klamry zabezpieczające. Najemnik włożył skórzany płaszcz dla
ochrony przed wilgocią, a z ronda jego kapelusza spływały strumienie
wody, kiedy odsłonił pręty - oraz znajdujących się wewnątrz mężczyzn.
Woda była zimna, choć nie lodowata, jak w chwili największego naporu
arcyburzy. Zalała Kaladina i skulonych niewolników. Tvlakv zawsze kazał
otwierać wozy przed końcem deszczu - twierdził, że to jedyny sposób, by
zmyć smród wiezionych wewnątrz ludzi.
Bluth wsunął drewniany bok na miejsce pod wozem, po czym otworzył dwa
pozostałe. Tylko ściany z przodu wozu, tuż za kozłem, nie dało się
zdemontować.
- Trochę za wcześnie, żebyś zdejmował boki, Bluth - zauważył Kaladin.
Jeszcze nie zaczęło się pożegnanie, ów okres pod koniec arcyburzy, kiedy
padał łagodny deszczyk. Ten deszcz wciąż mocno padał i od czasu do czasu
nadal pojawiały się podmuchy wiatru.
- Pan chce, żebyście byli dziś bardzo czyści.
- Dlaczego? - spytał Kaladin, podnosząc się. Jego poszarpane brązowe
łachmany ociekały wodą.
Bluth go zignorował.
Może zbliżamy się do celu? - pomyślał Kaladin, przyglądając się okolicy.
W ciągu ostatnich kilku dni wzgórza ustąpiły nierównym skalnym formacjom
- miejscom, gdzie wichury pozostawiły urwiska i poszarpane granie. Trawa
wyrastała na kamienistych zboczach, na które padało najwięcej słońca, a w cieniu wyrastało mnóstwo innych roślin. Czas tuż po arcyburzy był
okresem, kiedy kraina najbardziej się ożywiała. Polipy skałopąków pękały
i wypuszczały pędy. Inne rodzaje pnączy wysuwały się z rozpadlin,
zlizując wodę. Krzewy i drzewa rozwijały liście. Kremliki wszelkiego
rodzaju pełzły przez kałuże, korzystając z bankietu. Owady bzyczały w powietrzu, a większe skorupiaki - kraby i nogacze - wychodziły z kryjówek. Wydawało się, że ożywają nawet skały.
Kaladin zauważył nad sobą pół tuzina wiatrosprenów, ich przezroczyste
postaci goniły - a może wykorzystywały - ostatnie podmuchy burzy. Wokół
roślin unosiły się niewielkie światełka. Życiospreny. Wyglądały jak
drobiny świetlistego zielonego pyłu lub malutkie przezroczyste owady.
Nogacz uniósł włosowate kolce w powietrze, by ostrzegały go przed
wszelkimi zmianami wiatru, i zaczął wspinać się wzdłuż boku wozu, a z jego długiego ciała wyrastało mnóstwo par nóg. Stwór wyglądał znajomo,
ale Kaladin nigdy nie widział nogacza o tak fioletowej skorupie. Gdzie
Tvlakv prowadził karawanę? Te opuszczone zbocza doskonale nadawałyby się
na pola uprawne. W sezonie słabszych arcyburz, po Płaczu, można by
rozprowadzić po nich sok karlaków, zmieszany z nasionami lawisów. W ciągu czterech miesięcy na całym zboczu wyrosłyby polipy wielkości
męskiej głowy, gotowe, by je otworzyć i wyjąć zgromadzone wewnątrz
ziarno.
Chulle kręciły się dookoła, zajadając się skałopąkami, ślimakami i mniejszymi skorupiakami, które pojawiły się po burzy. Tag i Bluth w milczeniu zaprzęgli stwory, kiedy Tvlakv z ponurą miną wydostał się ze
swojego wodoszczelnego schronienia. Handlarz miał czapkę i czarny
płaszcz dla ochrony przed deszczem. Rzadko wychodził przed końcem
arcyburzy, musiało mu bardzo zależeć na dotarciu do celu. Czy znajdowali
się tak blisko wybrzeża? To było jedyne miejsce, gdzie pośród Niczyich
Wzgórz mogli znaleźć miasta.
Po kilku minutach wozy znów ruszyły po nierównej ziemi. Kaladin usadowił
się wygodniej. Niebo rozjaśniło się, burza stała się pasmem ciemności na
zachodnim horyzoncie. Słońce przyniosło jakże potrzebne ciepło i niewolnicy pławili się w jego blasku. Ich ubrania ociekały wodą, która
spływała dalej z tyłu kołyszącego się wozu.
Do Kaladina podleciało przezroczyste pasmo światła. Zaczynał uważać
obecność wiatrosprena za coś oczywistego. Zniknęła na czas arcyburzy,
ale wróciła. Jak zawsze.
- Widziałem innych z twojego rodzaju - powiedział Kaladin od niechcenia.
- Innych? - powtórzyła, przyjąwszy postać młodej kobiety. Potem zaczęła
krążyć wokół niego w powietrzu, obracając się od czasu do czasu, tańcząc
do niesłyszalnej muzyki.
- Wiatrospreny - wyjaśnił Kaladin. - Goniące burzę. Jesteś pewna, że nie
chcesz pójść za nimi?
Spojrzała z tęsknotą na zachód.
- Nie - powiedziała w końcu, wciąż tańcząc. - Podoba mi się tutaj.
Kaladin wzruszył ramionami. Przestała robić mu tak wiele psikusów jak
wcześniej, więc on postanowił nie irytować się jej obecnością.
- W pobliżu są inni - powiedziała. - Inni tacy jak ty.
- Niewolnicy?
- Nie wiem. Ludzie. Nie tacy jak tu. Inni.
- Gdzie?
Przezroczystym białym palcem wskazała na wschód.
- Tam. Dużo. Mnóstwo.
Kaladin wstał. Trudno mu było uwierzyć, że spren umiał oceniać
odległości i liczby. Tak... Kaladin zmrużył oczy, wpatrując się w horyzont. Dym. Z kominów? Podmuch wiatru przyniósł jego woń - gdyby nie
deszcz, poczułby go wcześniej.
Czy powinno go to obchodzić? Nieważne, gdzie był niewolnikiem - nadal
był niewolnikiem. Zaakceptował takie życie. To był jego sposób. Nie
przejmować się, nie martwić.
Mimo to spoglądał z zaciekawieniem, kiedy wóz wspiął się na zbocze
wzgórza i niewolnicy mogli zobaczyć, co leży przed nimi. To nie było
miasto, lecz coś wspanialszego, większego. Ogromny obóz wojskowy.
- Wielki Ojcze Burz... - wyszeptał Kaladin.
Dziesięć wielkich armii obozowało zgodnie ze znajomym wzorcem typowym
dla Alethyjczyków - w kręgach, zgodnie ze stopniem - markietani na
zewnątrz, najemnicy w kręgu tuż przy nich, żołnierze obywatele blisko
środka, jasnoocy oficerowie w samym centrum. Obozowali w formacjach
skalnych przypominających ogromne kratery, jednak ich zbocza były
bardziej nierówne i poszarpane. Jak pęknięte skorupy jaja.
Kaladin przed ośmioma miesiącami pozostawił taką armię, choć siły
Amarama były zdecydowanie mniejsze. Ten obóz zajmował wiele mil skał,
rozciągając się na północ i południe. Tysiące sztandarów z tysiącami
różnych rodowych par glifów łopotały dumnie na wietrze. Widział
pojedyncze namioty - głównie poza armiami - ale większość oddziałów
kwaterowała w dużych kamiennych koszarach. A to oznaczało Duszniki.
Nad obozem bezpośrednio przed nimi wznosił się sztandar, który Kaladin
widział w księgach. Ciemnoniebieski z białymi glifami - khokh i linil, stylizowane i wymalowane jako wieża przed koroną. Ród Kholin.
Ród króla.
Kaladin z oszołomieniem spojrzał ponad armiami. Krajobraz na wschodzie
przypominał to, co słyszał w dziesiątkach różnych opowieści opisujących
kampanię króla przeciwko zdradzieckim Parshendim. Była to ogromna
kamienna równina - tak szeroka, że nie widział jej drugiego końca -
poprzecinana rozpadlinami i szczelinami szerokimi na dwadzieścia lub
trzydzieści stóp. Były tak głębokie, że znikały w mroku i tworzyły
mozaikę nierównych płaskowyżów. Część wielka, inne malutkie. Potężna
równina przypominała z wyglądu półmisek, który został stłuczony, a później poskładany z niewielkimi lukami między częściami.
- Strzaskane Równiny - wyszeptał Kaladin.
- Co takiego? - spytała wiatrospren. - Co się stało?
Kaladin w oszołomieniu potrząsnął głową.
- Spędziłem całe lata, próbując się tu dostać. Tego pragnął Tien,
przynajmniej pod koniec. Aby tu dotrzeć, walczyć w armii króla...
A teraz Kaladin się tu znalazł. W końcu. Przypadkiem. Miał ochotę się
roześmiać. Powinienem się zorientować, pomyślał. Powinienem wiedzieć.
Nie kierowaliśmy się w stronę wybrzeża i miast. Kierowaliśmy się tutaj.
Na wojnę.
W tym miejscu panowały prawa i zasady Alethyjczyków. Spodziewał się, że
Tvlakv będzie wolał tego uniknąć. Ale tu prawdopodobnie uzyskałaby też
najwyższą cenę.
- Strzaskane Równiny? - powtórzył jeden z niewolników. - Naprawdę?
Inni tłoczyli się przy kratach i wyglądali. W nagłym podnieceniu jakby
zapominali o swoim strachu przed Kaladinem.
- To rzeczywiście Strzaskane Równiny! - odezwał się inny mężczyzna. - A to armia króla!
- Może odnajdziemy tu sprawiedliwość - stwierdził inny.
- Słyszałem, że osobiści służący króla żyją lepiej niż niejeden kupiec -
powiedział kolejny. - Jego niewolnikom też musi być lepiej. Znajdziemy
się na vorińskich ziemiach, nawet będziemy zarabiać!
To była prawda. Kiedy niewolnicy pracowali, musieli dostawać niewielką
pensję - połowę tego, co dostawał wolny robotnik, a co i tak często
oznaczało mniej, niż pełny obywatel otrzymałby za taką samą pracę. Ale
prawo Alethyjczyków tego wymagało, i to było coś. Jedynie żarliwcy -
którzy i tak nie mogli niczego posiadać na własność - nie musieli być
opłacani. I parshmeni. Ale parshmeni bardziej przypominali zwierzęta.
Niewolnik mógł wpłacać swoje zarobki na konto swojego długu i po latach
pracy wykupić się na wolność. Teoretycznie. Inni wciąż rozmawiali, kiedy
wozy zaczęły toczyć się w dół, ale Kaladin wycofał się na tył wozu.
Podejrzewał, że możliwość spłacenia się była oszustwem, mającym zapewnić
spokój wśród niewolników. Dług był ogromny, o wiele większy niż cena, za
którą niewolnik został sprzedany, i właściwie nie dało się tyle zarobić.
Służąc poprzednim panom, domagał się swojej wypłaty. Zawsze znajdowali
sposoby, żeby go oszukać - odejmowali za noclegi i wyżywienie. Tacy byli
jasnoocy. Roshone, Amaram, Katarotam... Każdy jasnooki, jakiego poznał
Kaladin, czy to jako niewolnik, czy wolny człowiek, okazywał się zepsuty
aż do szpiku kości, pomimo zewnętrznej wytworności i urody. Byli jak
gnijące trupy w najlepszych jedwabiach.
Inni niewolnicy wciąż rozmawiali o królewskiej armii i sprawiedliwości.
Sprawiedliwość? - pomyślał Kaladin, opierając plecy o kraty. Nie jestem
przekonany, czy coś takiego w ogóle istnieje. Ale i tak się zastanawiał.
To była armia króla - armia wszystkich dziesięciu arcyksiążąt - która
przybyła, by wypełnić Pakt Zemsty.
Jeśli pozwalał sobie jeszcze czegoś pragnąć, to, by znów móc chwycić
włócznię. Znów walczyć i spróbować odnaleźć drogę do człowieka, którym
kiedyś był. Człowieka, którego coś obchodziło.
I jeśli mógł to w ogóle odnaleźć, to właśnie tutaj.
5. Heretyczka
Widziałem koniec i słyszałem, jak go nazwano. Noc Smutków, Prawdziwe
Spustoszenie. Wieczna Burza.
Zebrane pierwszego dnia Nanes roku 1172,
piętnaście sekund przed śmiercią. Badanym był
ciemnooki młodzieniec nieznanego pochodzenia.
Shallan nie spodziewała się, że Jasnah Kholin będzie tak piękna.
Odznaczała się dostojną, dojrzałą uroda - taka, jaką można było spotkać
na portrecie jednej z dawnych uczonych. Shallan pojęła, że naiwnie
spodziewała się, iż Jasnah będzie paskudną starą panną, jak te surowe
matrony, które uczyły ją przed laty. Jak inaczej mogła sobie wyobrazić
heretyczkę dobrze po trzydziestce, i nadal niezamężną?
Jasnah wyglądała zupełnie inaczej. Wysoka i szczupła, miała gładką
skórę, wąskie czarne brwi i gęste czarne jak onyks włosy. Część z nich
upięła wokół niewielkiej złotej ozdoby w kształcie zwoju, podtrzymywanej
dwiema długimi szpilami. Reszta opadała drobnymi lokami na kark. Choć
mocno skręcone, włosy sięgały Jasnah do ramion - gdyby były proste,
sięgałyby do połowy pleców, podobnie jak włosy Shallan.
Miała kwadratową twarz i bystre fiołkowe oczy. Słuchała stojącego w towarzystwie kilku służących mężczyzny w szatach o barwie zgaszonego
oranżu i bieli - kolory królewskiego rodu Kharbranthu. Jasność Kholin
była o kilka palców wyższa od mężczyzny - najwyraźniej wysoki wzrost
Alethyjczyków nie był jedynie mitem. Jasnah spojrzała na Shallan,
zauważyła ją i wróciła do rozmowy.
Na Ojca Burz! Ta kobieta była przecież królewską siostrą. Pełna rezerwy,
posągowa, odziana w błękit i srebro. Podobnie jak suknia Shallan, tak i jej suknia była zapinana z boków na guziki i miała wysoki kołnierz, choć
Jasnah miała znacznie pełniejsze piersi niż Shallan. Luźna spódnica
sięgała podłogi. Rękawy były długie i szerokie, lewy został zapięty na
guziki, by ukryć bezpieczną dłoń.
Na swobodnej dłoni nosiła bardzo charakterystyczną ozdobę - dwa
pierścionki i bransoletka połączone kilkoma łańcuszkami, podtrzymujące
trójkątną grupę klejnotów na grzbiecie dłoni. Dusznik - tym słowem
określano zarówno ludzi, którzy przeprowadzali proces, jak i fabrial,
który go umożliwiał.
Shallan przysunęła się bliżej, starając się przyjrzeć uważniej dużym,
emanującym blaskiem klejnotom. Jej serce zaczęło bić szybciej. Dusznik
wyglądał dokładnie tak samo jak ten, który wraz z braćmi znalazła w wewnętrznej kieszeni płaszcza ojca.
Jasnah i mężczyzna ruszyli w stronę Shallan, nie przerywając rozmowy.
Jak zareaguje Jasnah, kiedy jej podopieczna w końcu ją dogoniła? Czy
będzie zła na opieszałość Shallan? To nie była jej wina, ale ludzie
często oczekiwali niemożliwego od tych niższych stanem.
Podobnie jak wielki korytarz, tak i to przejście zostało wykute w kamieniu. Wydawało się jednak bardziej luksusowo wyposażone, z bogato
zdobionymi żyrandolami pełnymi klejnotów Burzowego Światła. Większość
stanowiły ciemnofioletowe granaty, jedne z mniej wartościowych kamieni.
Mimo to sama ich liczba, wisząca u sklepienia i emanująca fiołkowym
blaskiem sprawiała, że żyrandol wart był fortunę. Na Shallan największe
wrażenie zrobiły jednak symetria wzoru i uroda kryształów wiszących po
bokach żyrandola.
W miarę jak Jasnah się zbliżała, Shallan zaczęła słyszeć niektóre jej
słowa.
- ...uświadamiasz sobie, że takie działanie może wywołać nieprzychylną
reakcję kręgów wyznawców? - zapytała kobieta. Mówiła po alethyjsku.
Język ten bardzo przypominał ojczysty vedeński Shallan i w dzieciństwie
nauczyła się nim posługiwać.
- Tak, jasności - odparł starszy mężczyzna w szacie.
Miał rzadką siwą brodę i jasnoszare oczy. Jego szczera, życzliwa twarz
wydawała się bardzo zatroskana. Nosił też okrągły kapelusz pasujący do
pomarańczowo-białych szat. Czy to był może królewski zarządca?
Nie. Te klejnoty na jego palcach, sposób, w jaki się poruszał i w jaki
inni jasnoocy zachowywali się w jego obecności... Na Ojca Burz! -
pomyślała Shallan. To musi być sam król! Nie brat Jasnah, Elhokar, lecz
król Kharbranthu. Taravangian.
Shallan pośpiesznie dygnęła w stosowny sposób, czym zwróciła uwagę
Jasnah.
- Żarliwcy mają tu ogromne wpływy, Wasza Wysokość - powiedziała kobieta.
- Ja też - odparł król. - Mną się nie musisz przejmować.
- Rozumiem - stwierdziła Jasnah. - Twoje warunki są do przyjęcia.
Zaprowadź mnie na miejsce, a zobaczę, co da się zrobić. Jednak, jeśli mi
wybaczysz, podczas naszej drogi muszę się jeszcze kimś zająć.
Jasnah zrobiła krótki gest w stronę Shallan, wzywając, by do nich
dołączyła.
- Oczywiście, jasności - zgodził się król.
Wydawał się pełen szacunku wobec Jasnah. Kharbrant było bardzo małym
królestwem - właściwie obejmującym jedynie miasto - a Alethkar należał
do najpotężniejszych na świecie. W rzeczywistości alethyjska księżniczka
miała wyższą pozycję od króla Kharbranthu, niezależnie od wymogów
protokołu.
Shallan pośpiesznie dołączyła do Jasnah, która szła nieco za królem,
rozmawiającym ze swoimi sługami.
- Jasności - powiedziała dziewczyna. - Nazywam się Shallan Davar,
prosiliście, bym się z wami spotkała. Szczerze żałuję, że nie mogłam się
z wami spotkać w Dumadari.
- To nie była twoja wina - odparła Jasnah, machając ręką. - Nie
spodziewałam się, że dotrzesz na czas. Nie byłam jednak pewna, dokąd
udam się po Dumadari, kiedy wysłałam do ciebie tę wiadomość.
Jasnah się nie złościła, to dobry znak. Shallan poczuła, że powoli
opuszcza ją niepokój.
- Jestem pod wrażeniem twojej nieustępliwości, dziecko - mówiła dalej
kobieta. - Nie spodziewałam się, że tak długo będziesz za mną podążać.
Postanowiłam, że w Kharbrancie nie będę już zostawiać dla ciebie
wiadomości, gdyż uznałam, że się poddałaś. Większość tak robi po
pierwszych kilku przystankach.
Większość? W takim razie to była próba? I Shallan ją przeszła?
- W rzeczy samej - mówiła dalej Jasnah. - Być może nawet pozwolę ci
złożyć prośbę o miejsce jako moja podopieczna.
Shallan omal się nie potknęła. Złożyć prośbę? Czy tego już nie zrobiła?
- Jasności - odezwała się Shallan. - Myślałam, że... Cóż, wasz list...
Jasnah spojrzała na nią z ukosa.
- Pozwoliłam ci się ze mną spotkać, panno Davar. Nie obiecywałam, że cię
przyjmę. Szkolenie podopiecznej i opieka nad nią zakłóca mój spokój, na
co obecnie nie mogę sobie pozwolić. Ale przebyłaś długą drogę. Rozważę
twoją prośbę, choć musisz zrozumieć, że moje wymagania są surowe.
Shallan pohamowała się przed skrzywieniem ust.
- Żadnego napadu złości - zauważyła Jasnah. - To dobry znak.
- Napad złości, jasności? U jasnookiej kobiety?
- Byłabyś zaskoczona - odparła oschle królewska siostra. - Ale sama
postawa ci nie wystarczy. Powiedz mi, jak szerokie jest twoje
wykształcenie?
- W niektórych aspektach znaczne - odparła Shallan, po czym dodała z wahaniem: - W innych znacznie ograniczone.
- Rozumiem.
Przed nimi król najwyraźniej się śpieszył, ale był tak stary, że nawet w pośpiechu szedł powoli.
- W takim razie ocenię cię. Odpowiadaj szczerze i nie przesadzaj, gdyż
wkrótce poznam się na twoich kłamstwach. Nie udawaj też fałszywej
skromności, nie mam cierpliwości do kokietek.
- Tak, jasności.
- Zaczniemy od muzyki. Jak oceniłabyś swoje umiejętności?
- Mam dobry słuch, jasności - odparła szczerze Shallan. - Najlepiej
radzę sobie ze śpiewem, choć uczono mnie też gry na cytrze i fletni. Nie
będę najlepszą, jaką słyszeliście, ale na pewno nie najgorszą. Znam
większość ballad historycznych na pamięć.
- Zaśpiewaj refren "Skocznej Adrene".
- Tutaj?
- Nie lubię się powtarzać, dziecko.
Shallan zaczęła śpiewać. To nie był jej najlepszy występ, ale śpiewała
czystym głosem i nie zapomniała słów.
- Dobrze - powiedziała Jasnah, kiedy Shallan przerwała, żeby złapać
oddech. - Języki.
Dziewczyna zawahała się, próbując skupić uwagę na czymś innym niż
gorączkowych próbach przypomnienia sobie kolejnego wersu. Języki.
- Mówię w waszym ojczystym alethyjskim, rzecz jasna - powiedziała. -
Przyzwoicie czytam po thayleńsku i dobrze mówię w azish. Umiem
porozumieć się w języku selay, ale nie umiem w nim czytać.
Jasnah nie skomentowała tego. Shallan zaczęła się denerwować.
- Pisanie? - spytała w końcu kobieta.
- Znam wszystkie główne, pomniejsze i miejscowe glify i umiem je zapisać
kaligraficznie.
- Jak większość dzieci.
- Glify strzegące, które maluję, robią wrażenie na wszystkich, którzy je
widzieli.
- Glify strzegące? - powtórzyła Jasnah. - Miałam powód, by sądzić, że
chciałaś zostać uczoną, nie dostarczycielką bzdur żerujących na
przesądach.
- Od dzieciństwa prowadziłam dziennik - mówiła dalej Shallan - by
ćwiczyć umiejętności pisarskie.
- Gratulacje. Gdybym potrzebowała, żeby ktoś napisał traktat o pluszowym
kucyku albo opisał interesujący kamyk, który zobaczył, poślę po ciebie.
Czy nie możesz mi pokazać czegoś, co prezentowałoby twoje prawdziwe
umiejętności?
Shallan zarumieniła się.
- Z całym szacunkiem, jasności, macie mój list, a był on wystarczająco
przekonujący, byście zgodzili się mnie wysłuchać.
- Słuszna uwaga. - Jasnah pokiwała głową. - Napisanie go zajęło ci sporo
czasu. Jak wygląda twoje wyszkolenie w logice i pokrewnych sztukach?
- Mam duże osiągnięcia w podstawowej matematyce - odparła Shallan, wciąż
zdenerwowana - i często pomagałam ojcu w rachunkowości. Przeczytałam
dzieła zebrane różnych autorów. Tormas, Nashan, Niala Sprawiedliwa i oczywiście Nohadon.
- Placini?
Kto to taki?
- Nie.
- Gabrathin, Yustara, Manaline, Syasikk, Shauka-córka-Hasweth?
Shallan skuliła się i znów pokręciła głową. To ostatnie imię pochodziło
z Shinovaru. Czy mieszkańcy tej krainy w ogóle mieli logików? Czy Jasnah
rzeczywiście spodziewała się, że jej podopieczne będą zaznajomione z tak
mało znanymi tekstami?
- Rozumiem - stwierdziła Jasnah. - A co z historią?
Historia. Shallan skuliła się jeszcze bardziej.
- Ja... To ta specjalność, w której mam oczywiste braki, jasności. Ojcu
nie udało się znaleźć odpowiedniej guwernantki. Przeczytałam książki
historyczne, które do niego należały...
- To znaczy?
- Głównie komplet "Tematów" Barleshy Lhan.
Jasnah z lekceważeniem machnęła swobodną dłonią.
- Nie są warte czasu poświęconego na ich napisanie. To w najlepszym
wypadku popularny przegląd wydarzeń historycznych.
- Przepraszam, jasności.
- To zawstydzająca luka. Historia jest najważniejszą z podsztuk
związanych z czytaniem. Można by sądzić, że twoi rodzice szczególnie
zatroszczą się o ten aspekt, jeśli mieli nadzieję oddać cię na nauki do
historyczki takiej jak ja.
- Moja sytuacja jest nietypowa, jasności.
- Ignorancja rzadko bywa nietypowa, panno Davar. Im dłużej żyję, tym
bardziej dochodzę do wniosku, że to naturalny stan ludzkiego umysłu.
Wielu próbuje bronić jej świętości i spodziewają się, że człowiek będzie
pod wrażeniem ich wysiłków.
Shallan znów się zarumieniła. Była świadoma swoich braków, ale Jasnah
miała nierealne oczekiwania. Bez słowa szła u boku wyższej kobiety. Jak
długi był ten korytarz? Tak się zdenerwowała, że nawet nie patrzyła na
obrazy na ścianach. Wyszły za róg i wkroczyły dalej w głąb góry.
- W takim razie przejdźmy do nauki - stwierdziła Jasnah niezadowolonym
tonem. - Co możesz o sobie powiedzieć w tej kwestii?
- Poznałam podstawy nauki w zakresie, jakiego można spodziewać się po
młodej kobiecie w moim wieku - odparła Shallan sztywniej niż zamierzała.
- To znaczy?
- Mogę wypowiadać się swobodnie na temat geografii, geologii, fizyki i chemii. Szczególnie skupiłam się na biologii i botanice, gdyż nimi
mogłam zajmować się z niejaką swobodą w posiadłości mojego ojca. Ale
jeśli spodziewacie się, że z machnięciem ręki rozwiążę Zagadkę Fabrisan,
to przypuszczam, że się rozczarujecie.
- Czy nie mam prawa mieć uzasadnionych oczekiwań wobec moich
potencjalnych uczennic, panno Davar?
- Uzasadnionych? Wasze oczekiwania są równie uzasadnione jak te wobec
Dziesięciu Heroldów w Dniu Próby! Z całym szacunkiem, jasności, wydaje
się, że chcecie, by wasze potencjalne podopieczne już były uczonymi. Być
może udałoby mi się znaleźć w tym mieście kilku osiemdziesięcioletnich
żarliwców, którzy spełnialiby wasze oczekiwania. Oni mogliby ubiegać się
o waszą opiekę, choć prawdopodobnie mieliby kłopot z usłyszeniem waszych
pytań.
- Rozumiem - odparła Jasnah. - Czy z taką irytacją odzywasz się również
do swoich rodziców?
Shallan się skrzywiła. Czas spędzony pośród marynarzy sprawił, że
straciła panowanie nad językiem. Czy przebyła tak daleką drogę tylko po
to, by obrazić Jasnah? Pomyślała o zrujnowanych braciach, którzy z trudem podtrzymywali pozory w domu. Czy będzie musiała powrócić do nich
pokonana, po tym, jak zmarnowała jedyną okazję.
- Nie odzywałam się do nich w taki sposób, jasności. Do was też nie
powinnam. Przepraszam.
- Cóż, przynajmniej jesteś na tyle pokorna, by przyznać się do błędu.
Mimo to jestem rozczarowana. Jak to możliwe, że matka uznała cię za
gotową, by oddać cię pod opiekę?
- Moja matka umarła, kiedy byłam dzieckiem, jasności.
- A twój ojciec wkrótce ponownie się ożenił. Z Malise Gevelmar, o ile mi
wiadomo.
Shallan aż się wzdrygnęła. Ród Davar był starożytny, ale miał
umiarkowaną władzę i znaczenie. Fakt, że Jasnah znała imię macochy
Shallan, wiele o niej mówił.
- Moja macocha niedawno zmarła. Nie wysłała mnie, bym została waszą
podopieczną. To moja własna inicjatywa.
- Przyjmij wyrazy współczucia - odparła Jasnah. - Może powinnaś być ze
swoim ojcem, zajmować się jego posiadłościami i pocieszać w smutku,
zamiast marnować mój czas.
Mężczyźni idący przed nimi skręcili w kolejne boczne przejście.
Podążywszy za nimi, znalazły się w mniejszym korytarzu, wyłożonym bogato
zdobionym czerwono-żółtym dywanem. Na ścianach wisiały lustra.
Shallan odwróciła się do Jasnah.
- Mój ojciec mnie nie potrzebuje. - Cóż, to była prawda. - Ale ja
potrzebuję was, jak udowodniła ta rozmowa. Jeśli ignorancja tak was
drażni, czy możecie z czystym sumieniem odrzucić możliwość, by mnie z niej wydobyć?
- Robiłam to już wcześniej, panno Davar. Jesteś dwunastą młodą kobietą,
która w tym roku prosi mnie o opiekę.
Dwunasta? - pomyślała Shallan. W tym roku? A ona zakładała, że kobiety
będą się trzymać z dala od Jasnah z powodu jej niechęci do kręgów
wyznawców.
Ich grupka dotarła do końca wąskiego korytarza i wyszła za róg, gdzie -
ku zaskoczeniu Shallan - ze sklepienia spadł duży kawał skały. Wokół
stało około tuzina sług, a niektórzy z nich mieli zaniepokojone miny. Co
się działo?
Większość zawału została uprzątnięta, choć luka w skałach ziała
złowrogo. Nie było przez nią widać nieba - schodzili coraz głębiej w dół
i znajdowali się pewnie głęboko pod ziemią. Potężny głaz, wyższy od
człowieka, spadł na drzwi po lewej. Nie dało się go ominąć, żeby wejść
do pomieszczenia za nim. Shallan wydawało się, że słyszy odgłosy po
drugiej stronie. Król podszedł do skały i zaczął mówić coś uspokajającym
tonem. Wyjął chusteczkę z kieszeni i otarł czoło.
- Niebezpieczeństwa mieszkania w budynku wykutym w skale - zauważyła
Jasnah, podchodząc bliżej. - Kiedy to się stało?
Najwyraźniej nie została wezwana do miasta wyłącznie w tym celu - król
po prostu wykorzystywał jej obecność.
- Podczas ostatniej arcyburzy, jasności - odparł król. Potrząsnął głową,
a wtedy jego wąsy zadrżały. - Pałacowym inżynierom być może uda się
przebić do komnaty, ale to wymaga czasu, a następna arcyburza ma uderzyć
już jutro. Poza tym, przebicie się do środka może jeszcze bardziej
osłabić sklepienie.
- Sądziłam, że Kharbranth jest chroniony przed burzami, Wasza Wysokość -
odezwała się Shallan.
Jasnah spojrzała na nią z ukosa.
- Miasto jest chronione, młoda damo - odparł król. - Ale arcyburze
bardzo silnie uderzają w górę za nami. Czasem doprowadza to do lawin po
tej stronie, a to może sprawić, że zatrzęsie się całe zbocze. - Spojrzał
na sklepienie. - Zawały są niezmiernie rzadkie, a tę okolicę uważaliśmy
za bezpieczną, ale...
- Ale skała to skała - wtrąciła Jasnah - i nigdy nie wiadomo, czy tuż
pod powierzchnią nie kryje się słaba żyła. - Przyjrzała się monolitowi,
który odpadł od sklepienia. - To będzie trudne. Prawdopodobnie stracę
bardzo cenny kamień skupienia.
- Ja... - zaczął mówić król, znów ocierając czoło. - Gdybyśmy tylko mieli
Ostrze Odprysku...
Jasnah przerwała mu machnięciem ręki.
- Nie próbuję renegocjować naszej umowy, Wasza Wysokość. Dostęp do
Palanaeum jest tego wart. Przyda się posłać kogoś po kawałki zamoczonej
tkaniny. Niech większość służących przejdzie na drugi koniec korytarza.
Co i tobie nie zaszkodzi.
- Zostanę tutaj - powiedział król, na co reakcją były protesty jego
sług, w tym potężnego mężczyzny w czarnym skórzanym półpancerzu, pewnie
jego osobistego strażnika. Władca uciszył ich uniesieniem pomarszczonej
dłoni. - Nie będę się krył jak tchórz, kiedy moja wnuczka jest
uwięziona.
Nic dziwnego, że był tak zdenerwowany. Jasnah nie upierała się dłużej, a Shallan widziała w jej spojrzeniu, że nie miało dla niej znaczenia, iż
władca ryzykuje własne życie. To samo najwyraźniej dotyczyło Shallan,
kobieta bowiem nie rozkazała jej odejść. Służący przyszli z mokrymi
kawałkami tkaniny i rozdali je. Jasnah odmówiła. Król i jego strażnik
unieśli swoje do twarzy, zasłaniając usta i nos.
Shallan też przyjęła szmatkę. O co w tym chodziło? Kilku służących
przecisnęło mokrą tkaninę przez otwór między ścianą a skałą, przekazując
je tym uwięzionym wewnątrz. Później wszyscy słudzy odbiegli korytarzem.
Jasnah podeszła do głazu.
- Panno Davar - odezwała się - jakiej metody byś użyła, żeby ocenić masę
tej skały?
Shallan zamrugała.
- Cóż, pewnie spytałabym Jego Wysokość. Jego inżynierowie z pewnością ją
obliczyli.
Jasnah przechyliła głowę.
- Elegancka odpowiedź. Czy to zrobili, Wasza Wysokość?
- Tak, jasności Kholin - odparł król. - Wynosi w przybliżeniu piętnaście
tysięcy kavali.
Kobieta posłała Shallan spojrzenie.
- Punkt na twoją korzyść, panno Davar. Uczona nie powinna marnować czasu
na ponowne odkrywanie informacji, które są już znane. Czasem zdarza mi
się o tym zapomnieć.
Na te słowa dziewczyna poczuła przypływ dumy. Miała przeczucie, że
Jasnah nie jest zbyt szczodra w pochwałach. Czy to znaczyło, że kobieta
nadal rozważa wzięcie jej pod opiekę?
Jasnah uniosła swobodną dłoń, z Dusznikiem migoczącym na tle skóry.
Dziewczyna poczuła, że serce bije jej szybciej. Nigdy nie widziała, jak
ktoś zajmuje się Duszowaniem. Żarliwcy korzystali ze swoich fabriali w wielkiej tajemnicy, nie wiedziała też, że ojciec miał jeden w posiadaniu, dopóki go przy nim nie znaleźli. Oczywiście jego już nie
działał. To był jeden z głównych powodów, dla których się tu znalazła.
Klejnoty wprawione w Dusznik Jasnah były ogromne, Shallan nigdy nie
widziała tak wielkich, i każdy musiał być wart wiele kul. Pierwszym był
dymny kwarc, przezroczysty czarny klejnot, drugim diament, a trzecim
rubin. Wszystkie zostały wyszlifowane - oszlifowany klejnot mieścił
więcej Burzowego Światła - w migotliwe owalne kształty o wielu
fasetkach.
Jasnah przymknęła oczy i przycisnęła dłoń do głazu. Uniosła głowę,
powoli wciągając powietrze. Kamienie na wierzchu jej dłoni zaczęły
mocniej świecić, szczególnie kwarc rozjarzył się tak bardzo, że raził
źrenice.
Shallan wstrzymała oddech. Odważyła się jedynie zamrugać, powierzając
scenę pamięci. Przez długą chwilę nic się nie działo.
Aż nagle usłyszała krótki dźwięk. Niskie dudnienie, jak odległe głosy
śpiewające razem czystą nutę.
Dłoń Jasnah zatonęła w kamieniu.
Skała zniknęła.
W korytarzu pojawiła się chmura gęstego czarnego dymu. Było go tyle, że
oślepił Shallan, wydawał się dziełem tysięcy ognisk i pachniał spalonym
drewnem. Dziewczyna pośpiesznie uniosła wilgotną szmatkę do twarzy i opadła na kolana. Co dziwne, jej uszy wydawały się zatkane, jakby zeszła
z wielkiej wysokości. Musiała przełknąć ślinę, by je odblokować.
Mocno zacisnęła powieki, kiedy oczy zaczęły łzawić, i wstrzymała oddech.
Jej uszy wypełnił szum.
Wszystko minęło. Zamrugała i zobaczyła, że król i strażnik kulą się przy
ścianie obok niej. Dym wciąż kłębił się pod sufitem, w korytarzu czuć
było jego smród. Jasnah wstała, nie otwierając oczu i nie zwracając
uwagi na dym - choć na twarzy i ubraniu miała sadzę. Na ścianach też
pozostały ślady.
Shallan czytała o tym, ale i tak była pod wrażeniem. Jasnah przeobraziła
kamień w dym, a ponieważ dym miał o wiele mniejszą gęstość, przemiana
wywołała nagły jego wybuch.
To była prawda - do Jasnah należał działający Dusznik. I to potężny.
Dziewięć na dziesięć Duszników było zdolnych do kilku ograniczonych
przemian - stworzenia wody lub ziarna ze skały, przekształcenia
powietrza albo tkaniny w nijakie jednoizbowe kamienne budynki.
Potężniejszy, jak ten należący do Jasnah, mógł dokonać dowolnego
przeobrażenia. Zmienić każdą substancję w każdą inną. Jakże musiało to
drażnić żarliwców, że tak potężna, święta relikwia znajdowała się w rękach kogoś spoza ich szeregów. I to jeszcze heretyczki!
Shallan podniosła się oddychając wilgotnym, lecz wolnym od pyłu
powietrzem przez tkaninę. Znów przełknęła ślinę i poczuła ucisk w uszach, kiedy ciśnienie w korytarzu wróciło do normy. Chwilę później
król wpadł do komnaty. Po drugiej stronie stała mała dziewczynka, w towarzystwie kilku nianiek i innych pałacowych służących, i kaszlała.
Król wziął ją w ramiona. Była zbyt mała, by nosić rękaw skromności.
Jasnah otworzyła oczy i zamrugała, jakby poczuła się zdezorientowana.
Odetchnęła głęboko i nie zakaszlała. Wręcz się uśmiechnęła, jakby zapach
dymu był dla niej przyjemny.
Odwróciła się do Shallan i skupiła na niej spojrzenie.
- Nadal czekasz na moją odpowiedź. Obawiam się, że nie spodoba ci się
to, co ci powiem.
Shallan odsunęła materiał od ust i zmusiła się, by odezwać się z odwagą.
- Ale jeszcze nie skończyliście mnie sprawdzać. Z pewnością do tej
chwili nie wydacie wyroku.
- Nie skończyłam? - powtórzyła Jasnah, marszcząc czoło.
- Nie zapytaliście mnie o wszystkie kobiece sztuki. Opuściliście
malarstwo i rysunek.
- Nigdy mi się zbytnio nie przydawały.
- Ale w końcu to sztuki - stwierdziła Shallan z desperacją. Tam miała
największe osiągnięcia! - Wielu uważa sztuki wizualne za najbardziej
wytworne. Przyniosłam swoją teczkę. Chciałabym pokazać, co potrafię.
Jasnah zacisnęła wargi.
- Sztuki wizualne to głupstwa. Rozważyłam fakty, dziecko, i nie mogę cię
przyjąć. Przykro mi.
Shallan posmutniała.
Kobieta tymczasem zwróciła się do króla.
- Wasza Wysokość - powiedziała - chciałabym udać się do Palanaeum.
- Teraz? - spytał władca, nadal trzymając wnuczkę w ramionach. - Ale
mieliśmy urządzić ucztę...
- Doceniam propozycję - odparła Jasnah - lecz obfituję we wszystko poza
czasem.
- Oczywiście. Zaprowadzę cię osobiście. Dziękuję za to, co zrobiłaś.
Kiedy usłyszałem, że prosisz o wejście... - Cały czas mówił do Jasnah,
która w milczeniu podążyła za nim korytarzem, pozostawiając Shallan za
sobą.
Dziewczyna przycisnęła teczkę do piersi. Sześć miesięcy pogoni i co
uzyskała? Ze złością ścisnęła tkaninę, wyciskając smolistą wodę. Miała
ochotę się rozpłakać. Pewnie tak by właśnie zrobiła, gdyby była tym
samym dzieckiem, co przed sześcioma miesiącami.
Ale wszystko się zmieniło. Ona sama się zmieniła. Jeśli jej się nie
powiedzie, ród Davar upadnie. Shallan czuła, że jej determinacja się
podwaja, choć nie mogła powstrzymać kilku łez frustracji przed
opuszczeniem kącików oczu. Stwierdziła, że się nie podda, dopóki Jasnah
nie będzie zmuszona, by kazać zakuć ją w łańcuchy i odprowadzić.
Zadziwiająco stanowczym krokiem ruszyła w kierunku, w którym udała się
Jasnah. Przed sześcioma miesiącami przedstawiła braciom swój rozpaczliwy
plan. Zostanie uczennicą Jasnah Kholin, uczonej i heretyczki. Nie ze
względu na edukację. Ani prestiż. Tylko po to, by dowiedzieć się, gdzie
trzyma Dusznik.
A później go ukraść.
Węglowy odrys mapy obozu Sadeasa sporządzonej przez prostego włócznika.
Została wydrapana na skorupie kremlika wielkości dłoni. Odrys podpisany
tuszem przez nieznaną uczoną Alethi, około 1173 roku
6. Most numer cztery
Zimno mi, matko. Tak mi zimno. Matko? Dlaczego wciąż słyszę deszcz? Czy
przestanie padać?
Zebrane w Vevishes roku 1172, trzydzieści dwie sekundy
przed śmiercią. Badanym była jasnooka dziewczynka
w wieku około sześciu lat.
Tvlakv w jednej chwili wypuścił wszystkich niewolników z klatek. Tym
razem nie miał powodu, by przejmować się uciekinierami ani buntem
niewolników - za nimi było jedynie pustkowie, a przed nimi sto tysięcy
uzbrojonych żołnierzy.
Kaladin zszedł z wozu. Znajdowali się wewnątrz jednej z formacji
przypominających krater, jej poszarpana kamienna ściana wznosiła się na
zachodzie. Na ziemi nic nie rosło, a skała pod jego bosymi stopami była
śliska. W zagłębieniach zebrały się kałuże. Powietrze było ostre i czyste, a słońce świeciło mocno nad ich głowami, choć na wschodzie było
tak parno, że zawsze czuł na skórze wilgoć.
Wokół nich widać było ślady działalności od dawna zadomowionej armii -
ta wojna trwała od śmierci starego króla przed prawie sześcioma laty.
Wszyscy opowiadali historie o tamtej nocy, kiedy Parshendi zamordowali
króla Gavilara.
Obok maszerowały oddziały żołnierzy, kierując się wskazówkami w postaci
kręgów wymalowanych na każdym skrzyżowaniu. W tym obozie było mnóstwo
długich kamiennych bunkrów, a także więcej namiotów, niż Kaladin widział
z góry. Nie każde schronienie dawało się stworzyć przy pomocy Dusznika.
Po smrodzie karawany, to miejsce pachniało bardzo przyjemnie, wypełnione
znajomymi aromatami wyprawionej skóry i naoliwionej broni. Jednak wielu
żołnierzy sprawiało wrażenie niechlujnych. Nie byli brudni, ale też nie
wydawali się szczególnie zdyscyplinowani. Krążyli po obozie w grupkach,
nosili niedopięte płaszcze. Niektórzy pokazywali palcami na niewolników
i gwizdali. To była armia arcyksięcia? Elitarne siły, które walczyły o honor Alethkaru? To do nich chciał dołączyć Kaladin?
Bluth i Tag przyglądali się uważnie, jak Kaladin dołącza do pozostałych
niewolników, ale on nie próbował żadnych numerów. Wiedział, że to nie
był czas, by ich prowokować - widział, jak najemnicy zachowywali się w obecności oficerów. Bluth i Tag dobrze odgrywali swoją rolę, szli
wyprostowani, z rękami na rękojeściach broni. Popchnęli kilku
niewolników, a Bluth wbił jednemu pałkę w brzuch i sklął go.
Starannie unikali Kaladina.
- Królewska armia - powiedział niewolnik obok niego. Był to ciemnoskóry
mężczyzna, który rozmawiał z Kaladinem na temat ucieczki. - Sądziłem, że
wyślą nas do pracy w kopalni. Tu nie będzie tak źle. Będziemy szorować
latryny albo naprawiać drogi.
To dziwne, cieszyć się na sprzątanie latryn albo ciężką pracę w palącym
słońcu. Kaladin miał nadzieję na coś innego. Miał nadzieję. Owszem,
odkrył, że wciąż umie mieć nadzieję. Włócznia w dłoni. Wróg, któremu
mógł stawić czoło. Tak mógł żyć.
Tvlakv rozmawiał z jasnooką kobietą, która robiła wrażenie ważnej
persony. Jej ciemne włosy, upięte w skomplikowanym warkoczu, migotały
napełnionymi ametystami, a jej suknia miała ciemnoszkarłatny odcień.
Wyglądała całkiem jak Laral, pod koniec. Pewnie należała do czwartego
albo piątego dahnu i była żoną oraz skrybą jednego z oficerów.
Tvlakv zaczął wychwalać swoje towary, lecz kobieta uniosła delikatną
dłoń.
- Sama mogę obejrzeć, co kupuję, handlarzu - powiedziała ze śpiewnym,
arystokratycznym akcentem. - Sama ich sprawdzę.
W towarzystwie kilku żołnierzy ruszyła wzdłuż szeregu. Jej suknia
została skrojona zgodnie z fasonem typowym dla jasnookich Alethyjek - z grubego jedwabiu, obcisła od pasa w górę, poniżej luźna. Zapinana z boku
od pasa do szyi, kończyła się niewielkim, haftowanym złotą nicią
kołnierzykiem. Dłuższy lewy rękaw ukrywał jej bezpieczną dłoń. Matka
Kaladina zawsze nosiła rękawiczkę, co wydawało mu się o wiele bardziej
praktyczne.
Oceniając po jej twarzy, nie była pod szczególnym wrażeniem tego, co
zobaczyła.
- Ci ludzie są na wpół zagłodzeni i chorzy - powiedziała, po czym wzięła
od młodej pomocnicy cienki pręt. Uniosła nim włosy z czoła jednego z mężczyzn i przyjrzała się jego piętnu. - Mówisz, że chcesz dwa
szmaragdowe broamy za każdego?
Tvlakv zaczął się pocić.
- Może półtora?
- A do czego oni mi się przydadzą? Nie dopuszczę ludzi tak brudnych do
żywności, a do większości pozostałych zadań mam parshmenów.
- Jeśli milady nie jest zadowolona, mógłbym zwrócić się do innych
arcyksiążąt...
- Nie - odpowiedziała i uderzyła niewolnika, któremu się przyglądała,
gdy się przed nią cofnął. - Jeden i jedna czwarta. Mogą rąbać dla nas
drewno w północnych lasach... - Umilkła, kiedy zobaczyła Kaladina. - Ten
tutaj. To o wiele lepszy materiał niż pozostali.
- Sądziłem, że może się wam spodobać - stwierdził Tvlakv, podchodząc do
niej. - Jest całkiem...
Uniosła pręt, uciszając handlarza. Na wardze miała niewielką rankę.
Zmielony korzeń przeklętnika mógłby na to pomóc.
- Zdejmij górę, niewolniku - rozkazała.
Kaladin spojrzał jej prosto w niebieskie oczy i poczuł niemal
niepowstrzymane pragnienie, by ją opluć. Nie. Nie mógł sobie na to
pozwolić. Nie, kiedy miał szansę. Wysunął ręce z workowatej tuniki i pozwolił, by opadła do pasa, ukazując jego pierś.
Mimo ośmiu miesięcy w niewoli miał lepsze mięśnie niż pozostali.
- Dużo blizn jak na kogoś tak młodego - powiedziała z namysłem jasnooka.
- Wojskowy?
- Tak.
Jego wiatrospren podleciała do kobiety i wpatrzyła się w jej twarz.
- Najemnik?
- Armia Amarama - odparł Kaladin. - Obywatel, drugi nahn.
- Niegdyś obywatel - wtrącił szybko Tvlakv. - Został...
Znów uciszyła Tvlakva prętem i wściekłym spojrzeniem. Później tym samym
prętem odsunęła włosy Kaladina i przyjrzała się jego czołu.
- Glif shash - stwierdziła i klasnęła językiem. Kilku żołnierzy
podeszło bliżej, opierając dłonie na rękojeściach mieczy. - Tam, skąd
pochodzę, niewolnicy, którzy na to zasługują, po prostu zostają
straceni.
- Mają szczęście - stwierdził Kaladin.
- A ty jak tu trafiłeś?
- Zabiłem kogoś - odparł, starannie obmyślając kłamstwo.
Proszę, pomyślał do Heroldów. Proszę. Od tak dawna o nic się nie modlił.
Kobieta uniosła brew.
- Jestem mordercą, jasności - wyjaśnił Kaladin. - Upiłem się, popełniłem
kilka błędów. Ale dobrze walczę włócznią. Umieśćcie mnie w armii swojego
pana. Pozwólcie mi znów walczyć.
Przyznanie się do przypadkowego morderstwa było dziwnym kłamstwem, ale
kobieta nigdy by nie pozwoliła mu walczyć, gdyby uważała go za
dezertera.
Proszę... - pomyślał. Znów być żołnierzem. W tej chwili wydawało się to
najwspanialszą rzeczą, jakiej mógł kiedykolwiek zapragnąć. O ile lepiej
jest zginąć na polu walki niż zmarnieć, opróżniając nocniki.
Tvlakv podszedł do jasnookiej kobiety. Spojrzał na Kaladina i westchnął.
- To dezerter, jasności. Nie słuchajcie go.
Nie! Kaladin poczuł, jak nagły wybuch wściekłości pochłania jego
nadzieję. Uniósł ręce w stronę Tvlakva. Udusi tego szczura i...
Ktoś uderzył go w plecy. Jęknął, zatoczył się i upadł na kolana.
Jasnooka cofnęła się, unosząc do piersi bezpieczną dłoń. Jeden z żołnierzy chwycił Kaladina i znów go podniósł.
- Cóż - powiedziała w końcu. - Jaka szkoda.
- Mogę walczyć - warknął Kaladin mimo bólu. - Dajcie mi włócznię.
Pozwólcie mi...
Uniosła pręt, uciszając go.
- Jasności - odezwał się znów Tvlakv, unikając wzroku Kaladina. - Nie
zaufałbym mu na tyle, by dać mu broń. To prawda, że jest mordercą, ale
znany jest również z tego, że był nieposłuszny i buntował się przeciwko
swoim panom. Nie mógłbym wam go sprzedać jako żołnierza. Sumienie by mi
na to nie pozwoliło. - Zawahał się. - Mógł również zepsuć mężczyzn z wozu swoją gadaniną o ucieczce. Honor wymaga, bym wam to powiedział.
Kaladin zacisnął zęby. Miał chęć powalić żołnierza stojącego za nim,
chwycić włócznię i spędzić ostatnie chwile życia, wbijając ją w potężne
brzuszysko Tvlakva. Dlaczego? Dlaczego dla handlarza było tak ważne, jak
Kaladina potraktuje armia?
Nie powinienem porwać tej mapy, pomyślał Kaladin. "Gorycz częściej
znajduje odpłatę niż dobroć". Jedno z powiedzeń jego ojca.
Kobieta pokiwała głową.
- Pokaż mi, którzy - powiedziała. - I tak ich wezmę, ze względu na twoją
szczerość. Potrzebujemy nowych mostowych.
Tvlakv pokiwał z przejęciem głową. Jednakże, nim ruszył dalej, zatrzymał
się i nachylił do Kaladina.
- Nie mogę zaufać, że będziesz się odpowiednio zachowywał. Ludzie w tej
armii mieliby pretensje do handlarza, że nie wszystko im powiedział.
Przykro mi.
Z tymi słowy odszedł.
Kaladin warknął z głębi gardła, po czym wyswobodził się z rąk żołnierzy,
ale pozostał w szeregu. Niech i tak będzie. Rąbanie drewna, budowanie
mostów, walka w armii. Nic z tego nie miało znaczenia. Będzie żył dalej.
Odebrali mu wolność, rodzinę, przyjaciół i - najcenniejsze ze wszystkich
- marzenia. Nic więcej nie mogli mu zrobić.
Przeprowadziwszy inspekcję, jasnooka wzięła od pomocnicy blok do pisania
i zrobiła kilka notatek na papierze. Tvlakv przekazał jej rejestr, w którym zapisano, ile z długu spłacił każdy z niewolników. Kaladin zdołał
rzucić nań okiem - wedle zapisów żaden z nich nie zapłacił nawet
najdrobniejszej kwoty. Może Tvlakv skłamał. Wcale nie byłoby to
niemożliwe.
Kaladin stwierdził, że tym razem całe jego wynagrodzenie będzie szło na
poczet długu. Chciał zobaczyć, jak się wiją, kiedy zmusi ich do
przyznania prawdy. Co by zrobili, gdyby zbliżył się do wykupienia długu?
Pewnie nigdy się tego nie dowie - zależnie od tego, ile zarabiali
mostowi, mogło mu to zająć od dziesięciu do pięćdziesięciu lat.
Jasnooka kobieta wysłała niewolników do pracy w lesie. Sześciu tych
chudszych zostało odesłanych do kantyny, mimo jej wcześniejszych słów.
- Ta dziesiątka - stwierdziła kobieta, unosząc pręt w stronę Kaladina i pozostałych z jego wozu. - Zabierzcie ich do drużyn mostowych.
Powiedzcie Lamarilowi i Gazowi, że tego wysokiego mają potraktować
szczególnie.
Żołnierze roześmiali się, a jeden z nich zaczął popychać grupę Kaladina
ścieżką. Kaladin zniósł to - ci ludzie nie mieli powodu, by zachowywać
się delikatnie, a on nie chciał dać im pretekstu, by zrobili się
bardziej brutalni. Jeśli istniała grupa, której żołnierze nienawidzili
bardziej od niewolników, to byli nią dezerterzy.
Idąc, zwrócił uwagę na sztandar wznoszący się nad obozem. Wymalowano na
nim ten sam symbol, co na płaszczach żołnierzy - biała para glifów w kształcie wieży i młota na ciemnozielonym polu. To był sztandar
arcyksięcia Sadeasa, władcy ojczystej krainy Kaladina. Czy to ironia
losu, czy przeznaczenie sprawiły, że wylądował właśnie tutaj?
Żołnierze wyraźnie się lenili, nawet ci, którzy byli na służbie, a ulice
pokrywała warstwa śmieci. Pełno było markietanów - dziwki, robotnice,
bednarze, wytwórcy świec i poganiacze. Widział nawet dzieci biegające po
ulicach czegoś, co było w połowie miastem, a w połowie obozem wojskowym.
I jeszcze parshmeni. Noszący wodę, pracujący nad okopami, noszący
ciężary. To go zaskoczyło. Czyż nie walczyli przeciwko parshmenom? Nie
obawiali się, że ci powstaną? Najwyraźniej nie. Ci parshmeni pracowali z taką samą uległością, jak ci, których znał w Palenisku. Może to miało
sens. W jego ojczyźnie Alethyjczycy walczyli przeciwko Alethyjczykami,
więc dlaczego w tym konflikcie nie mogło być parshmenów po obu stronach?
Żołnierze poprowadzili Kaladina aż do północno-wschodniej części obozu,
co zajęło sporo czasu. Choć stworzone przy pomocy Duszników kamienne
baraki wyglądały identycznie, krawędź obozu była charakterystycznie
poszarpana, niczym góry. Stare przyzwyczajenia kazały mu zapamiętać
drogę. Tam, gdzie się zatrzymali, wysoki okrągły mur został zniszczony
przez niezliczone arcyburze, zapewniając doskonały widok na wschód.
Tamta otwarta przestrzeń stanowiła dobry punkt zbiórki przed marszem w dół Strzaskanych Równin.
Na północnej krawędzi pola - najpewniej placu zbiórki - znajdował się
podobóz wypełniony kilkoma dziesiątkami koszar, a obok skład drzewny
pełen cieśli. Zajmowali się przysadzistymi drzewami, które Kaladin
widział na równinie - zdejmowali włóknistą korę, piłowali na deski. Inna
grupa cieśli składała z desek duże konstrukcje.
- Mamy pracować w drewnie? - spytał Kaladin.
Jeden z żołnierzy roześmiał się szorstko.
- Dołączacie do drużyn mostowych.
Wskazał na grupę ponuro wyglądających mężczyzn, którzy siedzieli na
kamieniach w cieniu koszar, palcami jedząc z drewnianych misek. Ich
pożywienie wyglądało niepokojąco podobnie do brei, którą karmił ich
Tvlakv.
Jeden z żołnierzy znów popchnął Kaladina, który zatoczył się w dół
łagodnego zbocza. Pozostała dziewiątka niewolników podążyła za nim,
poganiana przez żołnierzy. Żaden z siedzących wokół koszar nawet na nich
nie spojrzał. Mieli na sobie skórzane kamizele i proste spodnie,
niektórzy również brudne sznurowane koszule. Ponura gromadka nie
wyglądała, jakby miewała się lepiej od niewolników, choć wydawała się w nieco lepszej kondycji.
- Nowi rekruci, Gaz! - zawołał jeden z żołnierzy.
W pewnej odległości od jedzących odpoczywał mężczyzna. Odwrócił się,
ukazując twarz tak pełną blizn, że jego broda rosła kępkami. Nie miał
jednego oka - drugie było brązowe - i nie nosił opaski. Białe węzły na
ramionach świadczyły, że jest sierżantem, a do tego emanował twardością,
którą Kaladin kojarzył z ludźmi czującymi się swobodnie na polu walki.
- Te chudziny? - spytał Gaz, żując coś. Ruszył w ich stronę. - Ledwie
powstrzymają strzałę.
Żołnierz obok Kaladina wzruszył ramionami i znów popchnął go naprzód.
- Jasność Hashal powiedziała, że z tym masz postąpić szczególnie. Reszta
zależy od ciebie. - Żołnierz skinął na towarzyszy i wszyscy odeszli
pośpiesznie.
Gaz przyjrzał się niewolnikom. W końcu wpatrzył się w Kaladina.
- Mam wojskowe szkolenie - powiedział Kaladin. - W armii lorda Amarama.
- Nie obchodzi mnie to - przerwał mu Gaz, spluwając czymś ciemnym w bok.
Kaladin zawahał się.
- Kiedy Amaram...
- Ciągle wspominasz to imię - warknął Gaz. - Służyłeś pod dowództwem
jakiegoś pomniejszego pana, tak? I spodziewasz się, że będę pod
wrażeniem?
Kaladin westchnął. Miał okazję poznać takich ludzi, pomniejszych
sierżantów bez szans na awans. Jedyną radość w życiu czerpali z władzy
nad tymi, którzy byli w jeszcze gorszej sytuacji. Cóż, niech i tak
będzie.
- Nosisz piętno niewolnika - prychnął tamten. - Wątpię, byś kiedyś
trzymał w ręku włócznię. Tak czy inaczej, racz teraz do nas dołączyć,
paniczu.
Wiatrospren Kaladina sfrunęła z góry i przyjrzała się Gazowi, po czym
przymrużyła jedno oko, naśladując go. Jej widok sprawił, że Kaladin się
uśmiechnął. Sierżant źle zrozumiał ten uśmiech. Skrzywił się i zrobił
krok naprzód, wyciągając palec.
W tej właśnie chwili w obozie zagrzmiały rogi. Cieśle unieśli głowy, a pobliscy żołnierze pobiegli do centrum obozu. Niewolnicy rozejrzeli się
z niepokojem.
- Na Ojca Burz! - zaklął Gaz. - Mostowi! Wstawać, wstawać, łotry!
Zaczął kopać jedzących. Mężczyźni upuścili miski i się podnieśli. Nosili
proste sandały zamiast porządnych butów.
- Ty, paniczu - odezwał się Gaz, wskazując na Kaladina.
- Nie powiedziałem...
- Na Potępienie, nie obchodzi mnie, co powiedziałeś! Jesteś w moście
numer cztery. - Wskazał na grupę oddalających się mostowych. - Reszta
niech tu zaczeka. Później was rozdzielę. Ruszać się albo powieszę was za
nogi.
Kaladin wzruszył ramionami i ruszył biegiem za mostowymi. Była to jedna
z wielu drużyn takich mężczyzn wypadająca z koszar albo wyłaniająca się
z uliczek. Wydawało się, że jest ich sporo. Około pięćdziesięciu
budynków, w każdym dwudziestu do trzydziestu mężczyzn... to by znaczyło,
że w tej armii jest niemal tyle samo mostowych, co żołnierzy w siłach
Amarama.
Drużyna Kaladina przebiegła przez obóz pomiędzy deskami i stertami
trocin, aż dotarła do dużej drewnianej konstrukcji, która najwyraźniej
przetrwała kilka arcyburz i bitew. Wgłębienia i otwory wzdłuż jego
długości wyglądały jak miejsca, w które trafiły strzały. Może to był
element mostu w mostowych?
Tak, pomyślał Kaladin. To był drewniany most długości około trzydziestu
stóp, a szerokości ośmiu. Z przodu i z tyłu opadał nieco i nie miał
poręczy. Drewno było grube, największe deski wzmacniały konstrukcję w środku. Na placu zebrano około czterdziestu lub pięćdziesięciu mostów.
Może jedna na każde koszary, co oznaczało jedną drużynę na każdy most?
Zebrało się już około dwudziestu drużyn.
Gaz znalazł gdzieś drewnianą tarczę i błyszczącą maczugę, ale dla
pozostałych ich zabrakło. Szybko przyjrzał się każdej drużynie.
Zatrzymał się przy moście numer cztery i zawahał.
- Gdzie jest wasz dowódca? - spytał.
- Martwy - odparł jeden z mostowych. - Wczoraj rzucił się do Rozpadliny
Honoru.
Gaz zaklął.
- Nie możecie utrzymać dowódcy nawet przez tydzień? A niech to burza!
Ustawcie się w szeregu, będę biegł obok was. Słuchajcie moich rozkazów.
Kolejny dowódca zostanie wyznaczony, kiedy zobaczymy, kto przeżył. - Gaz
wskazał na Kaladina. - Jesteś z tyłu, paniczu. Ruszać się! A niech was
burza, nie zniosę kolejnej nagany z waszego powodu, głupcy! Ruszać się,
ruszać!
Pozostali dźwignęli most. Kaladin nie miał innego wyboru, jak tylko
wejść w lukę na końcu mostu. Nieco zaniżył swoje szacunki - wydawało
się, że na każdy most przypada od trzydziestu pięciu do czterdziestu
mężczyzn. Przy moście mieściło się pięciu mężczyzn wszerz - trzej pod
mostem i po jednym po obu stronach - i ośmiu wzdłuż, choć w tej drużynie
brakowało ludzi do obsadzenia wszystkich stanowisk.
Pomógł unieść most w powietrze. Prawdopodobnie budowali mosty z bardzo
lekkiego drewna, ale ta konstrukcja i tak była ciężka jak burza. Kaladin
sapnął, uginając się pod ciężarem, uniósł most wysoko i wszedł pod
niego. Pozostali pośpieszyli, by zająć środkowe miejsca wzdłuż całego
mostu i wszyscy powoli opuścili go na ramiona. Całe szczęście, że od
spodu były pręty, które można było wykorzystać jako uchwyty.
Pozostali mieli poduszki na ramionach kamizeli, które nieco ich chroniły
i pozwalały dostosować wzrost do uchwytów. Kaladin nie dostał kamizeli,
więc drewno wbijało się bezpośrednio w jego skórę. Nic nie widział - w strukturze znajdowało się wgłębienie na jego głowę, ale deski zasłaniały
mu widok. Ci na brzegach mieli lepszy widok - podejrzewał, że te miejsca
są bardziej pożądane.
Drewno śmierdziało oliwą i potem.
- Ruszać! - zawołał Gaz z zewnątrz, jego głos wydawał się stłumiony.
Kaladin jęknął, kiedy drużyna ruszyła truchtem. Nie widział, dokąd
idzie, i z trudem unikał potykania się, kiedy drużyna maszerowała w dół
wschodniego zbocza Strzaskanych Równin. Kaladin pocił się i przeklinał
pod nosem, a drewno ocierało się o jego skórę. Już zaczynał krwawić.
- Biedny głupiec - powiedział ktoś z boku.
Kaladin spojrzał w prawo, ale drewniane uchwyty wszystko zasłaniały.
- Czy... - wysapał - czy mówisz do mnie?
- Nie powinieneś obrażać Gaza - powiedział tamten. Jego głos brzmiał
pusto. - Czasem pozwala nowym biec w zewnętrznych rzędach. Czasem.
Kaladin chciał odpowiedzieć, lecz z trudem złapał oddech. Myślał, że ma
lepszą kondycję, ale przez osiem miesięcy żywił się breją, był bity, a arcyburze przeczekiwał w przeciekających piwnicach, wilgotnych szopach
albo klatkach. Bardzo się zmienił.
- Oddychaj głęboko - powiedział stłumiony głos. - Skup się na krokach.
Licz je. To pomaga.
Kaladin skorzystał z tej rady. Słyszał, jak inne drużyny biegną obok. Za
ich plecami rozlegały się znajome odgłosy maszerujących oddziałów i stukanie kopyt na kamieniach. Za nimi szła armia.
Poniżej, z kamienia wyrastały skałopąki i łupkokora, o które się
potykał. Krajobraz Strzaskanych Równin wydawał się poszarpany i nierówny, pełen występów i kamiennych półek. To wyjaśniało, dlaczego
mosty nie miały kół - w takim terenie tragarze byli z pewnością o wiele
szybsi.
Jego stopy były już zakrwawione i poobijane. Nie mogli dać mu butów?
Zacisnął zęby i biegł dalej. Kolejna praca. Będzie ją wykonywał i przeżyje.
Łoskot. Dotknął stopami drewna. Most, stały, wzniesiony nad rozpadliną
między płaskowyżami Strzaskanych Równin. W ciągu kilku chwil drużyna go
przebyła i jego stopy znów dotknęły kamienia.
- Ruszać się, ruszać się! - zaryczał Gaz. - Niech was burza, dalej!
Nie przerywali truchtu, kiedy armia przebyła most za ich plecami, setki
butów z łoskotem uderzały o drewno. Po ramionach Kaladina płynęła krew.
Z trudem oddychał, czuł przeszywający ból w boku. Słyszał sapanie
innych, dźwięki niosły się przez ciasną przestrzeń pod mostem. Czyli nie
był jedyny. Miał nadzieję, że szybko dotrą do celu.
Próżna nadzieja.
Kolejna godzina była udręką, gorszą niż wszelkie bicie, jakiemu go
poddawano w niewoli, gorsza niż wszelkie rany na polu bitwy. Wydawało
się, że marsz nigdy się nie skończy. Kaladin niewyraźnie pamiętał stałe
mosty, które widział, kiedy spoglądał na równinę z wozu. Łączyły
płaskowyże tam, gdzie rozpadliny dawało się najłatwiej połączyć, a nie
tam, gdzie byłoby to najdogodniejsze dla podróżnych. Często oznaczało
to, że skręcali na północ lub południe zanim mogli ruszyć znowu na
wschód.
Mostowi mamrotali, przeklinali, jęczeli, w końcu ucichli. Pokonywali
most za mostem, płaskowyż za płaskowyżem. Kaladinowi nie udało się
przyjrzeć żadnej rozpadlinie. Po prostu biegł. I biegł. Już nie czuł
stóp. Biegł. Jakimś sposobem wiedział, że jeśli się zatrzyma, zostanie
pobity. Miał wrażenie, że jego ramiona zostały obtarte do kości.
Próbował liczyć kroki, ale był zbyt wyczerpany.
Mimo to, nie przestał biec.
W końcu Gaz miłosiernie kazał im się zatrzymać. Kaladin zamrugał,
zatoczył się i prawie przewrócił.
- Unieść! - ryknął Gaz.
Ramiona Kaladina przeszył ból, kiedy poruszył je po tak długim czasie
podtrzymywania mostu w jednym miejscu.
- Opuścić!
Mostowi wyszli spod mostu i ujęli uchwyty z boku. To było niewygodne i trudne, ale mężczyźni wyraźnie mieli praktykę. Stawiając most na ziemi,
nie dopuścili, żeby się przewrócił.
- Pchnąć!
Zdezorientowany Kaladin zatoczył się do tyłu, kiedy mostowi zaczęli
popychać uchwyty po bokach i z tyłu. Znajdowali się na krawędzi
rozpadliny, nad którą nie było stałego mostu. Z boków inne drużyny
popychały swoje mosty.
Kaladin obejrzał się przez ramię. Armia liczyła dwa tysiące żołnierzy w zieleni i bieli. Dwanaście setek ciemnookich włóczników, kilka setek
kawalerii na cennych koniach. Za nimi duża grupa ciężkiej piechoty,
jasnoocy mężczyźni w grubych pancerzach, noszący duże maczugi i kwadratowe stalowe tarcze.
Wydawało się, że celowo wybrali punkt, w którym rozpadlina była wąska, a pierwszy płaskowyż znajdował się nieco wyżej niż drugi. Most był dwa
razy dłuższy od szerokości rozpadliny. Gaz zaczął go przeklinać, więc
Kaladin dołączył do pozostałych, z głośnym zgrzytem przepychając most
przez nierówny teren. Kiedy struktura wylądowała na miejscu po drugiej
stronie, drużyna wycofała się, by pozwolić kawalerii przejechać na drugą
stronę.
Był zbyt wyczerpany, żeby się temu przyglądać. Opadł na skały i położył
się, nasłuchując kroków piechoty przechodzącej przez most. Przechylił
głowę. Pozostali mostowi również się położyli. Gaz zarzucił tarczę na
plecy i przechodził między drużynami, kręcąc głową i wzdychając nad tym,
jak są bezwartościowi.
Kaladin pragnął tak leżeć, patrząc w niebo, nie zważając na świat.
Jednak jego szkolenie mówiło mu, że może dostać zakwasów. A to
uczyniłoby drogę powrotną jeszcze gorszą. Szkolenie... należało do innego
mężczyzny, z innych czasów. Prawie cieniodni. I nawet jeśli Kaladin już
nim nie był, nadal mógł go słuchać.
I tak oto Kaladin z jękiem zmusił się, by usiąść i rozmasować mięśnie.
Żołnierze przechodzili przez most czwórkami, z wysoko uniesionymi
włóczniami i tarczami. Gaz wpatrywał się w nich z wyraźną zawiścią, a wiatrospren Kaladina tańczyła wokół jego głowy. Mimo zmęczenia Kaladin
poczuł ukłucie zazdrości. Dlaczego zajmowała się nim, a nie Kaladinem?
Po kilku minutach Gaz zwrócił na niego uwagę i zmarszczył czoło.
- Zastanawia się, dlaczego nie leżysz - usłyszał znajomy głos.
Mężczyzna, który biegł obok Kaladina, leżał na ziemi obok niego i wpatrywał się w niebo. Był starszy, posiwiały i miał długą, ogorzałą
twarz pasującą do jego łagodnego głosu.
Kaladin masował nogi, świadomie ignorując Gaza. Następnie oderwał kilka
pasków worka, w który był ubrany, i obwiązał nim stopy i ramiona. Na
szczęście jako niewolnik przyzwyczaił się do chodzenia boso, więc
uszkodzenia nie były zbyt poważne.
Skończył w chwili, kiedy ostatni żołnierze piechoty przechodzili przez
most. Za nim podążyło kilku konnych jasnookich w błyszczących zbrojach.
Pośrodku jechał mężczyzna w potężnym, emanującym czerwonym blaskiem
Pancerzu Odprysku. Różnił się od tego, który widział Kaladin -
powiadano, że każdy jest osobnym dziełem sztuki - ale robił to samo
wrażenie. Ozdobne, nakładające się na siebie płyty, do tego piękny hełm
z częściowo opuszczoną zasłoną.
Zbroja wydawała się obca. Została stworzona w innej epoce, kiedy bogowie
chodzili po Rosharze.
- Czy to król? - spytał Kaladin.
Mostowy obok zaśmiał się słabo.
- Chciałbyś.
Kaladin odwrócił się w jego stronę, marszcząc czoło.
- Gdyby to był król - wyjaśnił tamten - to by znaczyło, że jesteśmy w armii lorda Dalinara.
To imię wydało się Kaladinowi znajome.
- To arcyksiążę, prawda? Wuj króla.
- Ano. Najlepszy z ludzi, najbardziej szlachetny Odpryskowy w armii
króla. Mówią, że zawsze dotrzymuje słowa.
Kaladin prychnął z pogardą. To samo mówiono o Amaramie.
- Lepiej by ci było w wojskach arcyksięcia Dalinara - dodał starszy
mężczyzna. - On nie ma drużyn mostowych. A w każdym razie nie takie.
- Dobra, kremliki! - ryknął Gaz. - Wstawać!
Mostowi jęknęli, podnosząc się. Kaladin westchnął. Krótki odpoczynek
pokazał mu, jak bardzo jest wyczerpany.
- Cieszę się, że wracamy - mruknął.
- Wracamy? - powtórzył starszy mostowy.
- Nie zawracamy?
Jego towarzysz zaśmiał się.
- Chłopcze, jeszcze nie dotarliśmy do celu. I powinieneś się cieszyć.
Dotarcie na miejsce jest najgorsze.
I tak oto zaczęła się druga faza koszmaru. Przechodzili przez most,
wciągali go za sobą, znów podnosili na obolałe ramiona. Biegli przez
płaskowyż. Po drugiej stronie opuszczali most nad kolejną rozpadliną.
Armia przechodziła i znów wracali do noszenia mostu.
Powtórzyli to co najmniej tuzin razy. Kaladin był tak obolały i przemęczony, że krótkie chwile wytchnienia pomiędzy nie wystarczały. Z trudem łapał oddech za każdym razem, zanim znów zmuszono go do
podniesienia mostu.
Oczekiwano, że będą szybcy. Mostowi mogli odpocząć, kiedy reszta armii
przechodziła na drugą stronę, ale musieli to nadrobić, biegnąc przez
płaskowyż - mijając szeregi żołnierzy - by dotrzeć do kolejnej
rozpadliny przed głównymi siłami. W pewnym momencie ogorzały towarzysz
ostrzegł go, że jeśli nie ustawią mostu wystarczająco szybko, po
powrocie do obozu zostaną ukarani chłostą.
Gaz wydawał rozkazy, przeklinał mostowych, kopał ich, kiedy poruszali
się zbyt wolno, i nie wykonywał żadnej prawdziwej pracy. Kaladin bardzo
szybko poczuł ogromną nienawiść do tego chudego, pobliźnionego
mężczyzny. To go zaskoczyło - żaden z poprzednich sierżantów nie wywołał
jego nienawiści. Ich zadaniem było przeklinanie swoich ludzi i motywowanie ich.
Nie to bolało Kaladina. Gaz posłał go w drogę bez sandałów i kamizeli.
Wiedział, że mimo bandaży zostaną mu blizny. Rano będzie tak
posiniaczony i zesztywniały, że nie będzie mógł się ruszyć.
Zachowanie Gaza świadczyło, że był małostkowym dręczycielem. Zaryzykował
powodzenie misji z powodu utraty tragarza ze względu na osobistą urazę.
Burzowy człowiek, pomyślał Kaladin. Nienawiść do mężczyzny dodawała mu
sił do przetrwania udręki. Kilka razy po przepchnięciu mostu na miejsce
Kaladin upadał i wydawało mu się, że już nigdy nie wstanie, lecz kiedy
Gaz kazał im się podnieść, jakimś sposobem dźwigał się z trudem. Gdyby
tego nie zrobił, oznaczałoby to zwycięstwo sierżanta.
Dlaczego przez to wszystko przechodzili? Jaki był sens? Dlaczego tak
dużo biegali? Musieli chronić most, swój cenny ciężar, ładunek. Musieli
podtrzymywać niebo i biec, musieli...
Zaczynał majaczyć. Nogi, bieg. Raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa.
- Zatrzymać się!
Zatrzymał się.
- Podnieść!
Uniósł ręce.
- Opuścić!
Cofnął się i opuścił most.
- Pchnąć!
Popchnął most.
Zgiń.
Ten ostatni rozkaz sam dodawał za każdym razem. Padł na kamień, skałopąk
pośpiesznie cofnął pędy w chwili, kiedy ich dotknął. Zamknął oczy, nie
miał już siły myśleć o skurczach. Znalazł się w transie, półśnie, i miał
wrażenie, że trwał on jedno uderzenie serca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Podziękowania
Podziękowania
Pierwszą wersję "Drogi królów" ukończyłem w roku 2003, ale pracę nad
fragmentami książki rozpocząłem pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Nad
pewnymi wątkami zastanawiałem się jeszcze wcześniej. Praca nad żadnym z moich utworów nie trwała tak długo - tworzeniu tej powieści poświęciłem
ponad dziesięć lat. I dlatego nikogo nie powinno dziwić, że tak wielu
ludzi mi przy niej pomagało. Nie udałoby mi się wymienić ich wszystkich
- moja pamięć nie jest aż tak doskonała. Chciałbym jednak podziękować z głębi serca kilku najważniejszym osobom.
Po pierwsze, mojej żonie, Emily, której zadedykowałem tę książkę. Wiele
z siebie dała, by ta powieść mogła powstać. Nie chodzi tu jedynie o czytanie manuskryptu i udzielanie rad, ale też brak mojego towarzystwa
podczas długich okresów pracy pisarskiej. Jeśli ktoś z czytelników
będzie miał okazję się z nią spotkać, należą się jej podziękowania (lubi
czekoladę).
Jak zawsze, moi doskonali: redaktor i agent - Moshe Feder i Joshua
Bilmes - ciężko pracowali nad tą książką. Należy zwrócić szczególną
uwagę na fakt, że Moshe nie zarabia więcej, kiedy jego autorzy przynoszą
mu koszmarki o objętości ponad czterystu tysięcy słów. Zredagował tę
powieść bez słowa narzekania i był nieocenioną pomocą w uczynieniu z niej książki, którą trzymacie teraz w ręku. Udało mu się również namówić
F. Paula Wilsona do sprawdzenia scen dotyczących spraw medycznych, co
bardzo dużo im dało.
Szczególne podziękowania kieruję również do Harriet McDougal, jednej z najlepszych redaktorek naszych czasów, która z dobroci serca przeczytała
manuskrypt i zajęła się redakcją stylistyczną. Fani "Koła czasu" znają
ją jako kobietę, która odkryła, redagowała, a później poślubiła Roberta
Jordana. W ostatnich latach zazwyczaj nie podejmuje się pracy
redaktorskiej, poza "Kołem czasu", i dlatego czuję się zaszczycony jej
wkładem w tę książkę i pomocą. Alanowi Romanczukowi, który pracował
razem z nią, również należą się podziękowania.
Wielką pomoc okazał Paul Stevens z wydawnictwa Tor Books. Pełnił on
funkcję łącznika z wydawnictwem i wykonał kawał dobrej roboty. Moshe i ja bardzo cieszymy się, że nam pomagał. Irene Gallo - dyrektor
artystyczny - również była wspaniale pomocna i cierpliwa w kontaktach z upartym autorem, który chciał zrobić różne dziwne rzeczy z ilustracjami
w tej książce. Dziękuję Irene, Justinowi Golenbockowi, Gregowi
Collinsowi, Karlowi Goldowi, Nathanowi Weaverowi, Heather Saunders,
Meryl Gross i wszystkim pracownikom Tor Books. Dot Lin, która aż do tej
chwili zajmowała się reklamą (a teraz ciężko pracuje, by zdobyć kilka
dodatkowych literek przed nazwiskiem), była cudowną pomocą nie tylko w kwestii reklamy, ale też udzielała mi rad i zajęła się mną w Nowym
Jorku. Dziękuję Wam wszystkim.
A skoro już mowa o ilustracjach, mogliście zauważyć, że wnętrze tej
książki jest o wiele bardziej skomplikowane niż można się było
spodziewać po epickiej fantasy. To nadzwyczajne dzieła Grega Calla,
Issaca Stewarta i Bena McSweeneya. Pracowali ciężko, tworząc kolejne
nowe szkice, by wszystko było tak, jak trzeba. Stworzone przez Bena
kartki ze szkicownika Shellan są po prostu piękne, łączą moją wyobraźnię
z jego artystyczną interpretacją. Isaac, który stworzył wewnętrzne
elementy dekoracyjne w powieściach z cyklu "Z mgły zrodzony" osiągnął
znacznie więcej niż można było oczekiwać. W wypadku tej powieści normą
była praca po godzinach i wymagające terminy. (Jeśli chcielibyście
wiedzieć, to jego dziełem są oznaczenia rozdziałów, mapy, kolorowe
wyklejki i kartki z notesu Navani).
Jak zawsze wielką pomocą była moja grupa pisarska. Do jej członków
dołącza kilku czytelników alfa i beta. Wymieniając bez określonego
porządku, są to: Karen Ahlstrom, Geoff i Rachel Biesinger, Ethan
Skarstedt, Nathan Hatfield, Dan Wells, Kaylynn ZoBell, Alan i Jeanette
Layton. Janci Olds, Kristina Kugler, Steve Diamond, Brian Delambre,
Jason Denzel, Mi'chelle Trammel, Josh Walker, Chris King, Austin i Adam
Hussey, Brian T. Hill i ten Ben, którego nazwiska nigdy nie umiem
poprawnie zapisać. Jestem pewien, że o kimś zapomniałem. Jesteście
cudownymi ludźmi, i gdybym tylko mógł, dałbym wam Ostrza Odprysku.
Uff. Te podziękowania zaczynają nabierać epickich rozmiarów. Ale wciąż
pozostało kilka osób, o których należy wspomnieć. Słowa te piszę niemal
dokładnie w pierwszą rocznicę dnia, w którym zatrudniłem Nieuniknionego
Petera Ahlstroma jako osobistego asystenta, redaktora i dodatkowy mózg.
Jeśli przejrzycie podziękowania we wcześniejszych książkach, zawsze na
niego natraficie. Jest moim drogim przyjacielem i od lat orędownikiem
mojej twórczości. Mam szczęście, że teraz pracuje dla mnie na pełen
etat. Dziś wstał o trzeciej nad ranem, żeby zrobić ostatnią korektę tej
książki. Jeśli spotkacie go na konwencie, kupcie mu krąg sera.
Byłoby niedbalstwem z mojej strony, gdybym nie podziękował Tomowi
Doherty'emu za to, że pozwolił mi napisać tę książkę. Jedynie wiara Toma
w ten projekt sprawiła, że mogłem sobie pozwolić na napisanie powieści o takiej objętości, do tego osobiście zadzwonił do Michaela Whelana,
namawiając go do stworzenie okładki. Tom dał mi więcej niż zasługuję -
przed powieściami tego rodzaju (takiej długości, z tak wieloma
ilustracjami) wydawcy uciekają, gdzie pieprz rośnie. Dzięki temu
człowiekowi Tor ciągle wydaje takie wspaniałe dzieła.
W końcu poświęcę chwilę cudownej okładce Michaela Whelana. Dla tych,
którzy jeszcze nie słyszeli tej historii: jako nastolatek zacząłem
czytać powieści fantasy (właściwie w ogóle zacząłem czytać) dzięki
pięknym okładkom Michaela Whelana. Ma on niezwykły dar odzwierciedlenia
ducha powieści w obrazie - zawsze wiedziałem, że mogę zaufać powieści z jego okładką. Marzyłem, że pewnego dnia będę miał jego dzieło na okładce
jednej ze swoich książek. Wydawało mi się to jednak mało prawdopodobne.
Fakt, że w końcu do tego doszło - i to w przypadku tak ważnej dla mnie
powieści, nad którą tak długo pracowałem - jest niezwykłym,
przyprawiającym o zawrót głowy zaszczytem.
***
Wydanie Dragonsteel w skórzanej oprawie ma własną listę wspaniałych
ludzi, którzy doprowadzili do jej powstania. W przypadku tomu pierwszego
i drugiego chciałbym podziękować redaktorowi Peterowi Ahlstromowi i dyrektorowi artystycznemu Isaakowi Stewartowi. Bez tych dwóch
utalentowanych i pracowitych osób te wydania w twardej oprawie byłyby
marzeniem. Dziękuję, że je urzeczywistniliście.
W mojej firmie, Dragonsteel Entertainment, pracuje cała grupa ludzi
kierowanych przez wspaniałą Karę Stewart, która wykorzystuje
organizacyjne Burzowe Światło, by jej ekipa mogła przechowywać, pakować
i wysyłać książki. Ci aspirujący Świetliści to Mem Grange, Jacob
Chrisman, Lex Willhite, Michael Bateman, Jeo Deardeuff, Erika Marler i Christi Jacobsen.
Jestem ogromnie wdzięczny Billowi Wearne'owi i wszystkim, którzy ciężko
pracowali przy drukowaniu, przycinaniu, składaniu, zszywaniu,
opakowywaniu i przygotowywaniu książek. Dziękuję Wam za stworzenie tych
cudownych tomów.
Tak wielu ludzi pracowało przy wydaniach w skórzanej oprawie, ale
chciałbym szczególnie wyróżnić Rachel Bass i Kristy Gilbert. Ich
bezcenna pomoc oszczędza mojemu zespołowi niezliczonych godzin pracy.
W tomie tym znajdują się znane, jak również nowe ilustracje, a ja
chciałbym podziękować wszystkim artystom za to, że ich dzieła upiększają
to wydanie. Są to: Michael Whelan, Howard Lyon, Steve Argyle, Dan dos
Santos, Micah Epstein, Ben McSweeney, Bryan Mark Taylor, Miranda Meeks,
Audrey Hotte, Greg Call, Käri Christensen, Alain Brion, Sam Green, Jian
Guo, Sergei Shikin, Azbooka-Atticus Publishing Group, Rebecca Sorge
Jensen, Randy Vargas, Ashley Coad, Bea Jackson, Kelley Harris i Tara
Spruit. Dziękuję, że pozwoliliście, by Archiwum Burzowego Światła
zainspirowało wasze wizje artystyczne.
Przedmowa
PRZEDMOWA
Książka ta stanowi moje największe (a w każdym razie najdłuższe) dzieło
jako powieściopisarza. Jednym z jej źródeł jest pomysł, który miałem
jako nastolatek, wkrótce po tym, jak zakochałem się w fantasy jako
gatunku. Pierwsza powieść, którą usiłowałem napisać (około roku 1992,
kiedy miałem siedemnaście lat) opisywała historię króla, który zginął w skrytobójczym zamachu, i jego brata, który próbował utrzymać królestwo w jednym kawałku.
Brat czuł się rozdarty między lojalnością wobec rodziny, a wobec kraju -
ponieważ w tym tekście spadkobierca był zbyt młody, by zasiąść na
tronie, ale królestwo potrzebowało stabilnego i kompetentnego przywódcy.
Sytuację komplikował fakt, że młody książę został porwany, a królestwo
potrzebowało króla od razu, by stawić czoło zagrożeniom. Czy ten
mężczyzna (imieniem Jared - bardzo fantastyczne imię, wiem) zasiądzie na
tronie i przejmie władzę dla dobra wszystkich, czy też skupi się na
odnalezieniu porwanego księcia i uczynienia go królem?
Ten pomysł został bardzo kiepsko przedstawiony w tej książce - dopiero
zaczynałem pisać. Ale ten brat dojrzał przez lata, podobnie jak ta
postać, która w końcu stała się Dalinarem Kholinem.
- Królową udało się uzdrowić, dzięki naszemu nadwornemu czarodziejowi,
ale dla króla i jego syna nic nie dało się zrobić. Oficjalnie jestem
królem. - Jared z trudem panował nad emocjami, ale miał teraz ważniejsze
rzeczy do roboty niż żałoba. Tym mógł się zająć później.
Smocza stal
(wersja z roku 1992, niepublikowana)
Próbuję nie podchodzić do procesu pisarskiego jak do czegoś mistycznego.
Sam mam raczej skłonności do racjonalizmu, co może wydawać się dziwne
dla kogoś, kto tak często pisze o magii i kwestiach związanych z wiarą.
Ale lubię tę równowagę religii i nauki w swoim życiu, i często pociąga
mnie ta dziurawa bariera między przesądami a rzeczywistymi przyczynami i skutkami.
Tak czy inaczej, zwykle podchodzę bardzo pragmatycznie do pisania i nie
lubię mówić o muzach i uczuciach. Jednak pisanie to sztuka - a choć
wykorzystujemy rzemiosło, by wyrazić tę sztukę, w głębi duszy nawet
pragmatyczny pisarz przez większość czasu działa instynktownie. Dlatego
zawsze wiedziałem, że jeśli uda mi się napisać Drogę Królów - jeśli
uda mi się uwiecznić wspaniałą historię, którą próbował stworzyć mój
umysł - będę miał coś wyjątkowego.
Następną próbę podjąłem pod koniec lat dziewięćdziesiątych, po tym, jak
napisałem Elantris, ale zanim ukończyłem studia licencjackie. Ta próba
nosiła tytuł Smocza stal (podobnie jak ta z roku 1992 - na tytuł
Droga Królów wpadłem kilka lat później.)
To tak jakby się udało. Na tym etapie pojawiły się drużyny mostowych i Strzaskane Ruiny. Dalinar nie miał jeszcze imienia i nie potrafię sobie
nawet przypomnieć, czy w tej książce pojawił się jego konflikt
kraj/rodzina, za to Hoid już się wyłonił i był zasadniczo sobą. Tkanie
Światło jako magia się rozwijało, podobnie jak pomysł związania się z pierwotnymi mocami, by zyskać dostęp do magicznych zdolności.
- Ruchy, ruchy, ruchy! - ryknął Gaz, kiedy mężczyźni podzielili się na
kilka grup. - Ty! - Potężny Ke'Chan wskazał na Jericka. - Idź za tą
grupą, należysz teraz do mostu czwartego. Ruszaj!
Smocza stal
(wersja z roku 1999, niepublikowana)
W tej wersji Gaz był Ke'Chanem, podobnie jak ówczesny Skała. A głównym
bohaterem był Jerick, klasyczny archetyp fantasy "wiejskiego chłopaka z misją". Wszystko poszło bardzo nie tak i trafił do mostu czwartego
zamiast do wojska, jak zamierzał.
W końcu usunąłem ze Smoczej stali wszystko oprócz historii Hoida i przeniosłem do nowego świata, który tworzyłem, zwanego Rosharem. Kolejne
kilka lat było dziwnych w mojej karierze. Nie sprzedałem żadnej książki,
ale napisałem około tuzina. Często powtarzam, że to był
najprawdopodobniej najgorszy, najbardziej ponury okres w moich
doświadczeniach pisarskich - wydawało mi się, że w Smoczej stali,
Białym piasku i Elantris natrafiłem na coś cudownego. Ale
jednocześnie nie miałem szczęścia do wydania. To był trudny okres, a przez kolejne lata próbowałem w swojej twórczości nadążać za rynkiem -
bez sukcesów.
Do czasu, kiedy zacząłem pisać historie o świecie z potężną, magiczną
burzą.
Dalenar widział zbliżająca się arcyburzę. Jej chmury wznosiły się na
horyzoncie jak podnosząca się fala, ciemne, milczące. Wciąż była
odległa, ale nadejdzie. Wściekłe i dokładne, arcyburze były równie
nieuniknione co wschód słońca.
Droga Królów
(wersja z roku 2002, niepublikowana)
Proces pisarski tej wersji był jednym z tych absorbujących i pięknych
doświadczeń, których nawet ja, zawodowy pisarz, nie potrafię opisać.
Częściowo odkrycie, częściowo pośpiesznie i gorączkowe łączenie idei -
przypominało to tworzenie mapy nowej wyspy, które nikt wcześniej nie
odwiedził, a jednocześnie układanie Lego bez instrukcji i jedynie z niewyraźnym obrazem tego, jak miał wyglądać ostateczny efekt.
Czasami pisanie przypomina rąbanie drewna. Wie się, co należy zrobić, i prze się naprzód. Innym razem przypomina odsłanianie pięknego i cennego
artefaktu, delikatnie i ostrożnie, a jednocześnie z fascynacją. Droga
Królów miała i jedno, i drugie, ale łączyły się one ze sobą w skomplikowany sposób.
Trwało to dziesięć uderzeń serca. Dalenar liczył je, kiedy dym zbierał
się w jego dłoni, tworząc kształt miecza długiego na niemal sześć stóp.
Po dziesiątym uderzeniu dym stał się stalą, a broń wpadła w jego
wyciągniętą rękę. Wydawała mu się lekka i znajoma - znała go tak, jak on
znał samego siebie. Stała się częścią jego w dniu, kiedy się z nią
związał, i dostosowała się do jego potrzeb. Ostrze Dalenara było
nieskomplikowane i użytkowe, proste i dwusieczne, niemal pozbawione
ozdób - z jednym tylko glifem.
Droga Królów
(wersja z roku 2002, niepublikowana)
Jako pisarz osiągnąłem szczyt swoich umiejętności zanim zostałem wydany,
poza tym zasadniczo nic mnie nie rozpraszało. Nocami pracowałem w hotelu, ale skończyłem szkołę - i nie zakwalifikowałem się na żadne
studia magisterskie z dziedziny pisarstwa, na które się zgłosiłem.
(Wysyłając Elantris jako próbkę moich umiejętności). Już nie musiałem
odrabiać zadań domowych, a jeszcze się nie ożeniłem. Moi przyjaciele
kończyli studia i wyprowadzali się. Nie byłem już nawet redaktorem
pisma.
Byłem tylko ja i ta książka. Zaczynała się od Dalinara, choć pisownia
nie była jeszcze ostateczna, i pokazywała jego przerażenie, kiedy jego
bratanek, król, prawie zginął na polu bitwy. Król zostałby zabity, gdyby
nie działania jednego żołnierza, Merina.
Samotny włócznik w niebieskim mundurze przebiegł nagle po skałach i skoczył na bezimiennego Odpryskowego. Jeden mężczyzna.
Ale to wystarczyło. Żołnierz skoczył, wzniósł się wysoko w powietrze,
odrzucił włócznię na bok i złapał wrogiego Odpryskowego w pasie.
Niespodziewany ciężar wytrącił Prallana z równowagi, przez co jego cios
nie trafił króla. Odpryskowy rozpaczliwie sięgnął do wodzy, ale wysunęły
mu się z rąk. Poleciał do tyłu, a dzielny alethyjski włócznik uparcie
ściskał go w pasie.
Droga Królów
(wersja z roku 2002, niepublikowana)
Drugim głównym bohaterem był Taln, Herold, który powrócił i odkrył, że
nikt mu nie wierzy.
Czuł ból.
To było niewłaściwe. Nie powinien czuć bólu. "Czuć" było zbyt słabym
słowem. Przez tak długi czas, ból był wszystkim - światem, snem, myślą i oddechem. "Czucie" pozwalało na zbyt wielkie oddalenie. Gdyby miał dość
jasności umysłu, by myśleć, tęskniłby za dniem, w którym ból byłby
czymś, co po prostu "czuł".
Czuł ból.
Droga Królów
(wersja z roku 2002, niepublikowana)
Merin uczył się od mężczyzny imieniem Vasher jak zostać Odpryskowym, bo
za uratowanie króla dostał Odpryski. Poznał dwóch synów Dalinara i się z nimi zaprzyjaźnił, a później świat oszalał, kiedy niespodziewany atak na
królestwo sprawił, że wszyscy musieli uciekać. W czasie ucieczki Merin
dowiedział się, że do ludzi zaczęły powracać starożytne moce - i że
szaleniec podający się za Herolda mógł mieć rację.
W tej książce nie było sprenów, ale pojawiły się sugestie pierwotnych
mocy i ich związku ze śmiertelnikami.
Merin zgodnie z poleceniem wszedł do kajuty. Szkielet łodzi trzeszczał,
kiedy się kołysała, ale Merin miał wrażenie, jakby wszedł do innego
świata - pełnego dziwnych, obcych znaków. Spodziewał się zobaczyć na
ścianach liczby - w końcu Renarin spędzał tu dużo czasu - ale ich widok
wciąż sprawił, że poczuł się dziwnie. Renarin wydrapał liczby
bezpośrednio w drewnianych ścianach o podłodze, a każda z nich została
wyrzeźbiona starannie i dokładnie. Tysiące glifów wypełniały kajutę,
którą Renarin opróżnił ze wszystkich mebli poza jednym krzesłem i zmiętym posłaniem w kącie.
Tym razem liczby były malutkie, mniejsze nawet od tych, które Renarin
narysował w celi. I było ich o wiele więcej. Wydawało się, że łączy je
pewna... logika, której Merin nie potrafił jednak do końca pojąć. Niektóre
liczby poruszały się w szerokim szyku, jak maszerujące armię, a inne
wyglądały, jakby tworzyły fresk, gdyby tylko stanąć wystarczająco
daleko. Wszystkie cztery ściany, podobnie jak podłogę, pokrywały
zaciski. Tylko jedna część pomieszczenia była od nich wolna - okrągła
przestrzeń dokładnie pośrodku drzwi, przez które wszedł Merin.
Droga Królów
(wersja z roku 2002, niepublikowana)
Jestem idiotą, pomyślał. Vasher wyjaśnił mi to kiedyś, a ja nie
zastanawiałem się nad jego słowami. On nie szkolił mnie do pojedynków.
Szkolił mnie do walki.
Podmuchy wiatru przemawiały do niego. Merin je czuł, czuł, kiedy ciała
je zniekształcały. Wykorzystując tę wiedzę, odpierał ataki, których nie
widział. Płynnie przechodził od ciosu do ciosu.
Stał pośrodku pięciu napastników - i przez jedną pełną gracji chwilę,
walczył z nimi wszystkimi jednocześnie.
Droga Królów
(wersja z roku 2002, niepublikowana)
Książka szła doskonale. I była całkowicie do niczego. Byłem z niej
ogromnie dumny, a jednocześnie, kiedy ją ukończyłem, wiedziałem, że brak
mi umiejętności do tego rodzaju zadania.
To było dziwne doświadczenie. Wiedzieć, że niezmiernie się rozwinąłem w czasie pisania. Czuć, że Droga Królów w wielu aspektach była moją
najlepszą książką. Czuć, że w końcu zbliżyłem się do rozmachu, który
próbowałem osiągnąć wcześniej dwa razy - a jednocześnie wiedzieć, że
jeszcze mi się nie udało.
W końcu sprzedałem Elantris, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy
ukończyłem Drogę Królów. Posłałem ją mojemu wydawcy, Moshe, ale kiedy
oddzwonił, żeby porozmawiać o jej publikacji, powiedziałem mu, że nie
chcę. Jeszcze nie. Książka nie była właściwa.
Minęło siedem długich lat zanim napisałem ją we właściwy sposób. Lat, w czasie których nauczyłem się dużo więcej na temat swojego pisania i odkryłem, co tak naprawdę chcę powiedzieć tą książką. Koło czasu
nauczyło mnie balansować duża liczbą postaci, ale sukces Z Mgły
Zrodzonego nauczył mnie, że powinienem bardziej się skupiać - nawet
jeśli sama opowieść była ogromna. I oczywiście w końcu uświadomiłem
sobie, że muszę wprowadzić do książki most czwarty.
W pewnym sensie tom, który trzymacie teraz w rękach, jest czwartym
wcieleniem czegoś, co próbowałem napisać przez dwadzieścia lat. Nawet
kiedy przyniosłem go do wydawnictwa, martwiłem się, że to będzie niszowa
książka, ceniona przez mniejszość czytelników. Łamie tak wiele zasad
pisarskich, bo ma nie jeden, nie dwa, ale trzy prologi. (Nawet jeśli
pierwszy nazwałem rozdziałem pierwszym). Zawiera ilustracje i zbiór
opowiadań (w postaci interludiów), które pozwalają poznać świat. To
dokładnie coś, czego - jak zawsze słyszałem - nie powinienem publikować,
nie powinienem pisać, i nie powinienem się spodziewać, że ludzie to
przeczytają.
I jest to dowód, że nawet jeśli chodzi o pisarza takiego jak ja, sztuka
może zatriumfować nad logiką. W tym przypadku mam nadzieję, że wszyscy
się zgodzicie, że cel wart był takiej podróży.
Brandon Sanderson
Lipiec 2019
Preludium do Archiwum Burzowego Światła
Preludium do
Archiwum
Burzowego Światła
Kalak obszedł kamienną grań i zatrzymał się przed ciałem umierającego
skałogrzmota. Ogromna kamienna bestia leżała na boku, przypominające
żebra wypustki na jej piersi były połamane i popękane. Potwór kształtem
przypominał szkielet, jego nienaturalnie długie kończyny wyrastały z granitowych ramion. Oczy były ciemnoczerwonymi plamami pośrodku twarzy o kształcie strzały, jakby w głębi kamienia płonął ogień. Zgasły.
Nawet po tak wielu stuleciach widok skałogrzmota sprawił, że Kalaka
przeszedł dreszcz. Dłoń bestii była wielkości człowieka. Już wcześniej
ginął z takich rąk i nie było to przyjemne.
Oczywiście śmierć rzadko taka była.
Obszedł stwora, ostrożnie stawiając stopy na polu walki. Równina była
pełna zniekształconych głazów i skał, wokół niego wznosiły się naturalne
kolumny, na ziemi leżały sterty ciał. Rosło tu niewiele roślin.
Skalne granie i kopce nosiły liczne ślady. Zmiażdżone, wypalone odcinki,
na których walczyli Mocowiązcy. Z rzadka mijał również popękane, dziwnie
ukształtowane wgłębienia - to z nich wyrwały się skałogrzmoty, by
dołączyć do walki.
Wiele z otaczających go ciał było ludzkich, lecz równie wiele - nie.
Mieszały się różne odcienie krwi. Czerwona. Pomarańczowa. Fioletowa.
Choć żadne z widzianych przez niego ciał się nie poruszało, w powietrzu
unosiły się niewyraźne dźwięki. Jęki bólu, żałosny płacz. To nie były
odgłosy zwycięstwa. Z nielicznych kęp roślinności i stert trupów unosił
się dym. Tliły się nawet niektóre skały. Pyłowcy porządnie wykonali
swoją pracę.
Ale ja przeżyłem, pomyślał Kalak, unosząc rękę do piersi, gdy
pośpiesznie kierował się w stronę miejsca spotkania. Tym razem jednak
przeżyłem.
To było niebezpieczne. Kiedy umierał, zostawał odesłany, nie miał
wyboru. Jeśli przeżył Spustoszenie, również miał powrócić. Do tego
miejsca, którego tak się bał. Do miejsca cierpienia i ognia. A gdyby po
prostu zdecydował się... nie pójść?
Niebezpieczne myśli, może zdradzieckie. Pośpiesznie ruszył dalej.
Miejsce spotkania leżało w cieniu dużej formacji skalnej, wznoszącej się
ku niebu iglicy. Jak zawsze ich dziesiątka wybrała je przed bitwą. Ci,
którzy przeżyją, mieli dotrzeć do tego miejsca. Co dziwne, czekał na
niego tylko jeden. Jezrien. Czy pozostała ósemka zginęła? To było
możliwe. Ta bitwa była bardzo gwałtowna, jedna z najgorszych. Wróg
stawał się coraz bardziej nieustępliwy.
Ale nie. Kalak zmarszczył czoło, kiedy znalazł się u podstawy iglicy.
Ujrzał tam siedem wspaniałych mieczy, dumnie wbitych pionowo w skalistą
ziemię. Każdy był istnym dziełem sztuki, eleganckim, zdobionym glifami i wzorami. Rozpoznawał każdy z nich. Gdyby ich właściciele zginęli, Ostrza
by zniknęły.
Te Ostrza były bronią o mocy wykraczającej nawet poza Ostrza Odprysku.
Niezwykłe. Cenne. Jezrien stał przed kręgiem mieczy i spoglądał na
wschód.
- Jezrienie?
Postać w bieli i błękicie zwróciła się w jego stronę. Po tak wielu
stuleciach Jezrien wciąż wydawał się młody, jakby dopiero osiągnął
trzydziesty rok życia. Krótką czarną bródkę nosił starannie
przystrzyżoną, choć jego niegdyś piękne szaty były osmalone i splamione
krwią. Odwróciwszy się do Kalaka, splótł ręce za plecami.
- Co to takiego, Jezrienie? - spytał Kalak. - Gdzie są pozostali?
- Odeszli. - Głos Jezriena był spokojny, głęboki, władczy. Choć od
stuleci nie nosił korony, nadal miał królewskie maniery. Wydawało się,
że zawsze wie, co należy zrobić. - Możesz nazwać to cudem. Tym razem
zginął tylko jeden z nas.
- Talenel - stwierdził Kalak. Tylko jego Ostrza brakowało.
- Tak. Zginął, broniąc przejścia przy północnym kanale.
Kalak pokiwał głową. Talenel miał tendencję do wybierania z pozoru
beznadziejnych bitew i wygrywania ich. Miał również tendencję do
umierania w ich trakcie. Wrócił już do miejsca, do którego udawali się
między Spustoszeniami. Miejsca koszmarów.
Poczuł, że drży. Kiedy stał się taki słaby?
- Jezrienie, tym razem nie mogę powrócić. - Kalak wyszeptał te słowa,
podszedł i chwycił towarzysza za ramię. - Nie mogę.
Poczuł, jak coś w nim pęka. Jak długo to trwało? Stulecia, może
tysiąclecia udręki. Tak trudno było to zliczyć. Te ognie, te haki,
codziennie od nowa wbijające się w jego ciało. Wypalające skórę jego
ręki, później tłuszcz, aż do kości. Czuł ten smród. Na Wszechmocnego,
czuł go!
- Zostaw swój miecz - powiedział Jezrien.
- Co takiego?
Jezrien wskazał na krąg Ostrzy.
- Zostałem wybrany, by na ciebie zaczekać. Nie byliśmy pewni, czy
przeżyłeś. Podjęto... decyzję. Nadszedł czas końca Przysięgi.
Kalak poczuł ukłucie przerażenia.
- I co się stanie?
- Ishar wierzy, że dopóki jeden z nas jest związany Przysięgą, to może
wystarczyć. Istnieje możliwość, że przerwiemy cykl Spustoszeń.
Kalak spojrzał nieśmiertelnemu królowi w oczy. Po ich lewej ku niebu
wznosił się czarny dym. Zza pleców dochodziły jęki umierających. W oczach Jezriena widział cierpienie i smutek. Może nawet tchórzostwo. To
był człowiek, który na nitce wisiał nad krawędzią urwiska.
Wszechmocny w niebiosach, pomyślał Kalak. Ty też się złamałeś? Wszyscy
to czuli.
Kalak odwrócił się i zrobił kilka kroków w bok, w stronę niskiej półki
wznoszącej się nad polem bitwy.
Leżało tam tak wiele trupów, a między nimi poruszali się żywi. Mężczyźni
w prymitywnych strojach, dzierżący włócznie z brązowymi grotami. Pośród
nich inni, w błyszczących zbrojach płytowych. Minęła ich grupka czterech
mężczyzn w poszarpanych skórach, którzy dołączyli do potężnej postaci w pięknej srebrzystej zbroi płytowej ozdobionej skomplikowanym wzorem. Cóż
za kontrast.
Jezrien podszedł do niego.
- Uważają nas za bóstwa - wyszeptał Kalak. - Polegają na nas. Tylko nas
mają.
- Mają Świetlistych. To wystarczy.
Kalak pokręcił głową.
- Jego to nie ograniczy. Przeciwnika. Znajdzie sposób, żeby to obejść.
Wiesz, że to zrobi.
- Może.
- A Taln? - spytał Kalak. Płonące ciało. Ognie. Ciągłe cierpienie...
- Lepiej, żeby cierpiał jeden człowiek niż dziesięciu - wyszeptał
Jezrien.
Wydawał się taki zimny. Jakby światło i ciepło padało na kogoś pełnego
honoru i uczciwego, rzucając tę czarną imitację jak cień.
Jezrien wrócił do kręgu mieczy. W jego dłoniach pojawiło się Ostrze,
wyłoniwszy się spośród mgły, wilgotne od pary.
- To postanowione, Kalaku. Każdy z nas ruszy w swoją stronę i nie
będziemy próbowali się odnaleźć. Musimy zostawić Ostrza. Przysięga się
skończyła.
Uniósł miecz i wbił go w ziemię razem z pozostałymi siedmioma. Zawahał
się, spoglądając na miecz, pochylił głowę i odwrócił się, jakby
zawstydzony.
- Z własnej woli przyjęliśmy na siebie ten ciężar. Możemy więc również
go odrzucić.
- A co powiemy ludziom? - spytał Kalak. - Co oni będą mówić o tym dniu?
- To proste - odparł Jezrien, odchodząc. - Powiemy im, że w końcu
zwyciężyliśmy. To łatwe kłamstwo. Kto wie, może w końcu okaże się
prawdą?
Kalak odprowadzał wzrokiem Jezriena idącego przez spaloną krainę. W końcu przyzwał własne Ostrze i wbił je w kamień obok pozostałej ósemki.
Odwrócił się i ruszył w stronę przeciwną niż Jezrien.
A jednak nie mógł nie odwrócić się w stronę kręgu mieczy i jednej luki.
Miejsca, w którym powinien znajdować się dziesiąty miecz.
Ten z nich, który zaginął. Ten, którego porzucili.
Wybacz nam, pomyślał Kalak i odszedł.
Prolog. Zabić
Miłość mężczyzny jest lodowata jak górski strumień trzy kroki od lodu.
Należymy do niego. Och, Ojcze Burz... należymy do niego. Zaledwie tysiąc
dni, a nadejdzie Wieczna Burza.
Zebrane pierwszego dnia tygodnia Palah
miesiąca Shash roku 1171, trzydzieści jeden
sekund przed śmiercią. Badaną była ciemnooka
ciężarna kobieta w średnim wieku. Dziecko nie przeżyło.
Szeth-syn-syn-Vallano, Kłamca z Shinovaru, miał na sobie biel w dniu, w którym miał zabić króla. Białe ubranie było zgodne z tradycją
Parshendich, zupełnie mu obcą. Ale zrobił to, czego chcieli od niego
panowie, i nie prosił o wyjaśnienie.
Siedział w wielkiej kamiennej sali, podgrzewanej przez ogromne
paleniska, które rzucały jaskrawy blask na bawiących się. Na ich skórze
pojawiały się krople potu, kiedy tańczyli i pili, ryczeli, śpiewali i klaskali w dłonie. Niektórzy padali na ziemię, czerwoni na twarzy,
zabawa ich przerosła, ich żołądki okazały się słabymi bukłakami.
Wydawali się martwi, przynajmniej do chwili, kiedy przyjaciele zabrali
ich z sali i zanieśli do przygotowanych łóżek.
Szeth nie kołysał się w rytm bębnów, nie pił szafirowego wina ani nie
wstał, by zatańczyć. Siedział na ławie z tyłu, nieruchomy sługa w białych szatach. Na uroczystościach z okazji podpisania traktatu
niewiele osób zwracało na niego uwagę. Był tylko służącym, a Shinów
łatwo się ignorowało. Na wschodzie większość sądziła, że rodacy Szetha
byli potulni i nieszkodliwi. Przeważnie się nie mylili.
Bębniarze zagrali w nowym rytmie. Uderzenia wstrząsały Szethem jak
cztery walące serca, pompujące fale niewidzialnej krwi przez salę.
Panowie Szetha - których w bardziej cywilizowanych krajach lekceważono
jako dzikusów - siedzieli przy swoich stołach. Mieli czarną skórę z czerwonym żyłkowaniem. Parshendi, tak ich zwano - spokrewnieni z bardziej uległą rasą służących, którą większość świata nazywała
parshmenami. Dziwactwo. Oni sami nie mówili o sobie Parshendi, to słowo
pochodziło z języka alethyjskiego. Znaczyło w przybliżeniu "parshmeni,
którzy umieją myśleć". Żadna ze stron najwyraźniej nie postrzegała tego
jako obelgi.
Parshendi sprowadzili muzyków. Z początku jasnoocy Alethyjczycy się
wahali. Dla nich bębny były prymitywnymi instrumentami ciemnookiego
pospólstwa. Jednakże wino zabijało zarówno tradycję, jak i konwenanse, i teraz alethyjska elita tańczyła z zapamiętaniem.
Szeth wstał i ruszył przez salę. Zabawa trwała długo, sam król już przed
wieloma godzinami udał się na spoczynek. Ale wielu wciąż świętowało.
Szeth musiał ominąć Dalinara Kholina - rodzonego brata króla - który
oparł głowę na niewielkim stoliku. Starzejący się, lecz potężnie
zbudowany mężczyzna odsyłał gestem wszystkich, którzy próbowali zachęcić
go, by poszedł spać. Gdzie była Jasnah, córka króla? Elhokar, królewski
syn i dziedzic, siedział u szczytu stołu, pod nieobecność ojca rządząc
ucztą. Rozmawiał z dwoma mężczyznami, ciemnoskórym z Aziru, który miał
na policzku dziwną jasną plamę, i szczuplejszym Alethyjczykiem, ciągle
oglądającym się przez ramię.
Towarzysze dziedzica byli pozbawieni znaczenia. Szeth trzymał się z dala, prześlizgiwał się wzdłuż ścian sali, mijając bębniarzy.
Muzykospreny unosiły się w powietrzu wokół nich, niewielkie duchy
przyjmowały postać wirujących przezroczystych wstęg. Kiedy Szeth mijał
bębniarzy, zauważyli go. Mieli wkrótce się wycofać, razem ze wszystkimi
pozostałymi Parshendi.
Nie wydawali się obrażeni. Nie wydawali się źli. A jednak mieli zamiar
po kilku godzinach złamać przymierze. To nie miało sensu. Szeth jednak
nie zadawał pytań.
Na końcu sali minął rzędy nieruchomych lazurowych świateł, które
wyrastały w miejscu, gdzie ściana stykała się z podłogą. Trzymali
szafiry napełnione Burzowym Światłem. Bluźnierstwo. Jak ludzie z tych
krain mogli wykorzystywać coś tak uświęconego jako banalne źródło
światła? Co gorsza, alethyjscy uczeni podobno byli bliscy stworzenia
nowych Ostrzy Odprysku. Szeth miał nadzieję, że to jedynie bezpodstawne
przechwałki. Ponieważ, gdyby tak się stało, świat by się odmienił.
Prawdopodobnie w sposób, który skończyłby się tym, że mieszkańcy
wszystkich krain - od odległego Thaylenah do szczytów Jah Keved -
mówiliby do swoich dzieci po alethyjsku.
Ci Alethyjczycy byli wielkimi ludźmi. Nawet pijani emanowali naturalną
szlachetnością. Wysocy i proporcjonalnie zbudowani mężczyźni nosili
ciemne jedwabne surduty, zapinane z boku i bogato wyszywane srebrną lub
złotą nicią. Każdy z nich wyglądał jak generał.
Kobiety robiły jeszcze większe wrażenie. Były odziane we wspaniałe
jedwabne suknie, dobrze dopasowane, a ich jaskrawe barwy kontrastowały z ciemnymi odcieniami preferowanymi przez mężczyzn. Lewy rękaw każdej
sukni był dłuższy od prawego i zakrywał dłoń. Alethyjczycy mieli dziwne
poczucie przyzwoitości.
Gładkie czarne włosy upinały na szczycie głowy, w skomplikowanych
warkoczykach albo luźnych kokach. Często wplatały w nie złote wstążki
lub ozdoby, jak również klejnoty błyszczące Burzowym Światłem. Piękne.
Bluźnierstwo, ale piękne.
Szeth pozostawił za sobą salę, na której trwała uczta. Po chwili minął
drzwi prowadzące do Uczty Żebraków. To była tradycja Alethyjczyków, w tym pomieszczeniu niektórzy z najuboższych mieszkańców miasta ucztowali
podobnie jak król i jego goście. Mężczyzna o długiej, siwiejącej czarnej
brodzie osunął się w wejściu i uśmiechał idiotycznie - Szeth nie mógł
ocenić, czy z nadmiaru trunku, czy słabości umysłu.
- Widziałeś mnie? - spytał niewyraźnie mężczyzna.
Roześmiał się i zaczął coś bełkotać, po czym sięgnął po bukłak. Czyli
jednak trunek. Szeth minął go i ruszył dalej wzdłuż szeregu rzeźb
przedstawiających Dziesięciu Heroldów ze starożytnej vorińskiej
teologii. Jezerezeh, Ishi, Kelek, Talenelat. Wymienił każdą i zorientował się, że jest ich tylko dziewięć. Jednej brakowało. Dlaczego
usunięto rzeźbę Shalash? Króla Gavilara uważano za gorliwego wyznawcę
vorińskiej religii. Zbyt gorliwego, jak na gusta niektórych.
Korytarz skręcał w prawo i biegł wzdłuż ścian zwieńczonego kopułą
pałacu. Znajdował się na piętrze króla, dwie kondygnacje nad ziemią,
otoczony kamiennymi ścianami, sklepieniem i podłogą. To było
bluźnierstwo. Po kamieniu nie należało chodzić. Ale co miał zrobić? Był
Kłamcą. Robił to, czego żądali od niego panowie.
Dziś oznaczało to biały strój. Luźne białe spodnie związane w pasie
sznurem, a na nich cienka biała koszula z długimi rękawami, rozpięta z przodu. Biały strój dla zabójcy był tradycją Parshendich. Choć Szeth nie
pytał, jego panowie wyjaśnili powody.
Biel, by być odważnym. Biel, by nie wtapiać się w ciemność. Biel, by dać
ostrzeżenie.
Jeśli ktoś miał zamordować człowieka, ofiara miała prawo go zobaczyć.
Szeth skręcił w prawo i ruszył korytarzem w stronę królewskich komnat.
Na ścianach płonęły pochodnie, ich blask go nie zadowalał, jak posiłek z rzadkiego bulionu po długim poście. Wokół nich tańczyły ogniospreny,
przypominające owady z zakrzepłego światła. Pochodnie były dla niego
bezużyteczne. Sięgnął po sakiewkę i znajdujące się w niej kule, lecz
zawahał się, kiedy zobaczył przed sobą kolejne niebieskie światła - na
ścianie wisiały dwie lampy wypełnione Burzowym Światłem, znajdujące się
w ich wnętrzu szafiry emanowały jasnym blaskiem. Szeth podszedł do
jednej i wyciągnął dłoń, by wziąć w nią otoczony szkłem klejnot.
- Hej, ty! - zawołał ktoś po alethyjsku.
Na skrzyżowaniu korytarzy stało dwóch strażników. Podwójna straż, gdyż w Kholinarze tej nocy byli dzicy. Owszem, ci dzicy mieli stać się
sojusznikami. Tyle że sojusze potrafią być słabe.
Ten miał przetrwać jeszcze niecałą godzinę.
Szeth spojrzał na zbliżających się strażników. Nosili włócznie - nie
byli jasnoocy i dlatego nie mieli prawa do miecza. Jednak ich pomalowane
na czerwono napierśniki były zdobione, podobnie jak hełmy. Być może
mieli ciemne oczy, ale byli wysoko postawionymi obywatelami i pełnili
zaszczytną funkcję w pałacowej straży.
Zatrzymawszy się w odległości kilku stóp, pierwszy strażnik machnął
włócznią.
- Ruszaj. To nie jest miejsce dla ciebie.
Miał śniadą skórę typową dla Alethyjczyków i cienki wąsik, który otaczał
jego wargi, na dole zmieniając się w brodę.
Szeth się nie ruszył.
- No? - odezwał się strażnik. - Na co czekasz?
Szeth odetchnął głęboko, wciągając Burzowe Światło. Wpłynęło weń,
wyciągnięte z bliźniaczych szafirowych lamp na ścianach, jakby
przywołane oddechem. Burzowe Światło szalało w jego wnętrzu, a na
korytarzu nagle zrobiło się ciemniej, jakby chmura zasłoniła słońce,
rzucając cień na zbocze góry.
Szeth czuł ciepło Światła, jego wściekłość, jakby ktoś wstrzyknął mu do
żył burzę. Moc dodawała mu sił, ale była niebezpieczna. Popychała go do
działania. Ruchu. Ataku.
Wstrzymując oddech, zatrzymał Światło. I tak czuł, jak wypływa na
zewnątrz. Burzowe Światło dawało się utrzymać bardzo krótko, najwyżej
kilka minut. Wypływało, ludzkie ciało było zbyt porowatym pojemnikiem.
Słyszał, że Pustkowcy mogli je całkowicie zachować. Ale czy oni w ogóle
istnieli? Jego kara głosiła, że ich nie ma. Jego honor wymagał, by byli.
Płonąc świętą energią, Szeth zwrócił się do strażników. Widzieli, że
wycieka z niego Burzowe Światło, jego strużki unosiły się znad skóry jak
świetlisty dym. Pierwszy strażnik zmrużył oczy i zmarszczył czoło. Szeth
był pewien, że mężczyzna nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. O ile wiedział, zabił wszystkich chodzących po kamieniu, którzy widzieli,
do czego jest zdolny.
- Kim... kim ty jesteś? - Z głosu strażnika zniknęła pewność. - Duchem czy
człowiekiem?
- Kim jestem? - powtórzył Szeth, a odrobina Światła wypłynęła z jego
warg, kiedy spojrzał ponad ramieniem mężczyzny na długi korytarz. -
Jestem... pełen żalu.
Szeth zamrugał i Związał się z tamtym odległym punktem w korytarzu.
Burzowe Światło opuściło go w mgnieniu oka, chłodząc mu skórę, a ziemia
natychmiast przestała go przyciągać. Zamiast tego czuł przyciąganie
tamtego punktu, jakby tamten kierunek nagle stał się dla niego dołem.
To było Podstawowe Wiązanie, pierwsze z trzech rodzajów Wiązania.
Pozwalało mu manipulować nieznaną bliżej mocą, sprenem czy bogiem, który
przywiązywał ludzi do ziemi. Tym Wiązaniem mógł mocować ludzi lub
przedmioty do różnych powierzchni lub w różnych kierunkach.
Z jego perspektywy korytarz był teraz głębokim szybem, w głąb którego
spadał, a dwaj strażnicy stali na jednej ze ścian. Zaskoczyło ich, kiedy
trafiły ich stopy Szetha, jedna w twarz pierwszego, druga w drugiego,
przewracając obu. Szeth zmienił punkt widzenia i Związał się z podłogą.
Wypływało z niego Światło. Podłoga korytarza znów stała się dołem,
wylądował między strażnikami, a jego ubranie trzaskało i sypało płatkami
śniegu. Wstał i rozpoczął proces przyzywania Ostrza Odprysku.
Jeden ze strażników sięgnął po włócznię. Szeth opuścił rękę, dotknął
ramienia żołnierza i podniósł wzrok. Skupił się na punkcie nad głową,
jednocześnie siłą woli przekazując Światło w ciało strażnika, Wiążąc
biedaka do sufitu.
Strażnik jęknął, kiedy dół nagle zmienił się w górę. Ciągnąc za sobą
Światło, uderzył w sufit i puścił włócznię. Broń nie została
bezpośrednio Związania i spadła z brzękiem na podłogę obok Szetha.
Zabić. To był największy z grzechów. A jednak oto Szeth, Kłamca,
bluźnierczo kroczył po kamieniach wykorzystywanych do budowy. I na tym
się nigdy nie kończyło. Kłamcy nie wolno było odebrać tylko jednego
życia.
Swojego własnego.
Po dziesięciu uderzeniach serca jego Ostrze Odprysku wpadło w nadstawioną dłoń. Wydawało się, że formuje się z mgły, wzdłuż jego
klingi skropliła się woda. Klinga była długa i wąska, o dwóch ostrzach,
mniejsza niż większość pozostałych. Szeth zamachnął się nią,
pozostawiając ślad na kamiennej posadzce i przecinając gardło drugiego
strażnika.
Jak zawsze Ostrze zabijało w dziwaczny sposób - choć bez trudu
przecinało kamień, stal czy cokolwiek nieożywionego, metal zamazywał
się, kiedy dotykał żywej skóry. Przeszedł przez szyję strażnika, nie
pozostawiając śladu, lecz kiedy to nastąpiło, oczy mężczyzny zaczęły
dymić i się palić. Poczerniały i skurczyły się, a strażnik padł martwy.
Ostrze Odprysku nie przecinało żywego ciała, lecz samą duszę.
Na górze pierwszy strażnik sapnął. Udało mu się podnieść, nawet jeśli
nogami opierał się o sufit korytarza.
- Odpryskowy! - krzyknął. - Odpryskowy atakuje króla! Do broni!
W końcu, pomyślał Szeth. Strażnicy nie rozpoznali, kiedy skorzystał z Burzowego Światła, ale umieli rozpoznać Ostrze Odprysku.
Szeth pochylił się i podniósł włócznię, która spadła z góry.
Jednocześnie wypuścił powietrze, które wstrzymywał od chwili, kiedy
zaczerpnął Burzowego Światła. Dodawało mu sił, kiedy je trzymał, ale w tych dwóch lampach nie było go dużo i wkrótce musiał zaczerpnąć więcej.
Światło zaczęło wypływać coraz szybciej, gdy przestał wstrzymywać
oddech.
Shin oparł drzewce włóczni o kamienną posadzkę, po czym spojrzał w górę.
Strażnik pod sklepieniem przestał krzyczeć i szerzej otworzył oczy,
kiedy poły jego koszuli zaczęły opadać, a ziemia poniżej odzyskiwać
swoją władzę. Smużki Światła wypływające z jego ciała skurczyły się.
Spojrzał na Szetha. Wpatrzył się w grot włóczni wycelowany prosto w jego
serce. Fioletowe strachospreny strachu krążyły wokół niego po suficie.
Światło się wyczerpało. Strażnik spadł.
Wrzasnął w chwili, gdy włócznia przebiła jego pierś. Szeth wypuścił broń
z ręki, pozwolił, by się przewróciła, a drżące ciało na jej końcu ze
stłumionym łomotem upadło na ziemię. Trzymając w dłoni Ostrze Odprysku,
skręcił w boczne przejście, zgodnie ze wskazówkami mapy, której nauczył
się na pamięć. Wyskoczył za róg i przylgnął do ściany w chwili, kiedy
oddział strażników dotarł do trupów. Przybyli natychmiast zaczęli
krzyczeć.
Dostał wyraźne polecenia. Miał zabić króla, ale dać się przy tym
zobaczyć. Niech Alethyjczycy wiedzą, że nadchodzi i co robi. Dlaczego?
Dlaczego Parshendi zgodzili się podpisać traktat, lecz jeszcze tego
samego wieczoru wysłali skrytobójcę?
Na ścianach tego korytarza świeciły liczne klejnoty. Król Gavilar lubił
olśniewać przepychem, a nie mógł wiedzieć, że pozostawia w ten sposób
źródła mocy, którą Szeth mógł wykorzystywać w swoich Wiązaniach. Tego,
co robił Szeth, nie widziano od tysiącleci. Kroniki historyczne z tamtych czasów właściwie nie istniały, a legendy znacznie wypaczały
prawdę.
Szeth wyjrzał znów na korytarz. Jeden ze strażników na skrzyżowaniu
zobaczył go, wskazał palcem i zaczął wrzeszczeć. Szeth upewnił się, że
wszyscy mogli mu się przyjrzeć, po czym znów się cofnął. Ruszając
biegiem, odetchnął głęboko, wciągając Burzowe Światło z lamp. Wypełniło
jego ciało, przyśpieszył, mięśnie wręcz spuchły od energii. Światło
stało się burzą w jego wnętrzu, krew grzmiała mu w uszach. To było
jednocześnie straszliwe i cudowne.
Przebiegł kolejnymi dwoma korytarzami, skręcił w bok. Otworzył drzwi do
magazynu, po czym się zawahał - wystarczająco długo, by jeden ze
strażników wybiegł zza rogu, zobaczył go - i wpadł do środka.
Przygotowując Pełne Wiązanie, uniósł rękę i rozkazał Burzowemu Światłu,
by zebrało się w tym miejscu, aż jego skóra zapłonęła blaskiem.
Wyciągnął dłoń w stronę futryny, pokrywając ją światłością jak farbą.
Zatrzasnął drzwi w chwili, kiedy strażnicy się do nich zbliżyli.
Burzowe Światło trzymało drzwi w futrynie z mocą setki rąk. Pełne
Wiązanie łączyło ze sobą przedmioty, trzymając je razem do chwili, gdy
wyczerpało się światło. Stworzenie go wymagało więcej czasu niż
Podstawowe Wiązanie, do tego szybciej zużywało Burzowe Światło. Klamka
się zatrzęsła, a później drewno zaczęło pękać, kiedy strażnicy oparli
się o nie całym swoim ciężarem. Jeden wołał, żeby ktoś przyniósł topór.
Szeth szybkim krokiem przeszedł przez pomieszczenie, omijając okryte
płachtami meble, które w nim przechowywano. Były z drogiego,
lakierowanego drewna, tapicerowane czerwoną tkaniną. Dotarł do
przeciwległej ściany, po czym - przygotowując się na kolejne
świętokradztwo - uniósł Ostrze i ciął poziomo ciemny kamień. Klinga
weszła w niego bez trudu - Ostrze Odprysku mogło przeciąć każdy
przedmiot nieożywiony. Później dwa pionowe cięcia i kolejne poniżej - w ten sposób wyciął spory kwadratowy blok. Przycisnął do niego dłoń i napełnił kamień Burzowym Światłem.
Drzwi za jego plecami zaczęły pękać.
Obejrzał się przez ramię i skupił na drżącym drewnie, Wiążąc z nim
kamień. Jego ubranie pokrył szron - Wiązanie czegoś tak wielkiego
wymagało mnóstwa Światła. Chaos w jego wnętrzu ucichł, jak burza, która
przeszła w mżawkę.
Zrobił krok w bok.
Kamienny blok zadrżał i zaczął się wsuwać do komnaty. W normalnych
warunkach poruszenie go byłoby niemożliwe, jego własny ciężar
przyciskałby go do kamieni poniżej. Teraz jednak ten sam ciężar go
uwolnił - dla kamiennego bloku "w dół" prowadziło w stronę drzwi. Z głośnym zgrzytem kamień uwolnił się ze ściany i poleciał przez komnatę,
odbijając się od mebli.
Żołnierze w końcu przebili się przez drzwi i wpadli do środka w chwili,
kiedy uderzył w nie potężny kamienny blok.
Szeth odwrócił się plecami do straszliwych krzyków, trzasku drewna i pękających kości. Pochylił się i przedostał się przez nowy otwór,
wychodząc na korytarz.
Stawiał kroki powoli, wysysając Burzowe Światło z mijanych lamp,
wciągając je w siebie, ponownie budząc burzę we wnętrzu. W miarę jak
lampy przygasały, na korytarzu robiło się coraz ciemniej. Na końcu
znajdowały się grube drewniane drzwi, a kiedy się do nich zbliżał,
nieduże strachospreny - przypominające krople fioletowej mazi - zaczęły
odrywać się od ścian i kierować w stronę wejścia. Przyciągała je groza,
jaką odczuwał ten, kto znajdował się po drugiej stronie.
Szeth otworzył drzwi i znalazł się na korytarzu prowadzącym do komnat
króla. Po obu jego stronach stały wysokie wazy z czerwonej porcelany, a pomiędzy nimi nerwowi żołnierze. Pośrodku korytarza leżał długi, wąski
dywan. Czerwony, jak rzeka krwi.
Znajdujący się najbliżej włócznicy nie czekali na niego. Zerwali się i unieśli swoje krótkie włócznie do rzutu. Szeth uderzył dłonią w bok,
wpychając Burzowe Światło w futrynę, wykorzystując przy tym trzecie i ostatnie z Wiązań, Odwrócone Wiązanie, które działało na innej zasadzie
niż pozostałe. Nie sprawiło, że futryna emanowała Burzowym Światłem - w rzeczy samej, zdawało się, że wciąga w siebie blask, przez co otaczał je
dziwny półcień.
Włócznicy rzucili swoją broń, a Szeth stał nieruchomo, trzymając dłoń na
futrynie. Odwrócone Wiązanie wymagało ciągłego dotyku, ale pochłaniało
stosunkowo niewiele Burzowego Światła. W jego trakcie wszystko, co się
do niego zbliżało, szczególnie lżejsze przedmioty, było przyciągane w stronę samego Wiązania.
Włócznie skręciły w powietrzu, ominęły go i wbiły się w futrynę. Kiedy
Szeth poczuł ich uderzenie, wyskoczył w powietrze i Przywiązał się do
ściany po prawej, a jego stopy uderzyły o kamień.
Perspektywa natychmiast się zmieniła. To nie on stał na ścianie, a żołnierze, czerwony dywan zaś wił się między nimi jak długi gobelin.
Szeth ruszył korytarzem i zadał cios Ostrzem Odprysku, przecinając szyje
dwóch mężczyzn, którzy rzucili w niego włóczniami. Ich oczy zapłonęły i mężczyźni się przewrócili.
Inni strażnicy w korytarzu wpadli w panikę. Jedni próbowali go
zaatakować, drudzy wołali o wsparcie, jeszcze inni się kulili. Ci,
którzy próbowali go zaatakować, mieli problem, nie wiedzieli, jak
uderzyć kogoś, kto wisi na ścianie. Szeth powalił kilku, po czym
wyskoczył w powietrze, zrobił salto i znów Przywiązał się do podłogi.
Uderzył w ziemię między strażnikami. Całkowicie otoczony, ale z Ostrzem
Odprysku w dłoni.
Wedle legendy, Ostrza Odprysku przed wielu laty należały do Świetlistych
Rycerzy. Były darem od ich boga, dzięki któremu mogli walczyć z potworami ze skał i płomienia, wysokimi na dziesiątki stóp, z oczyma
płonącymi nienawiścią. Pustkowcami. Kiedy wróg miał skórę twardą jak
skała, zwykła stal okazywała się bezużyteczna. Niezbędne było coś
nadnaturalnego.
Szeth wyprostował się, jego luźne białe szaty załopotały. Zacisnął zęby.
Uderzył, jego klinga błyszczała odbitym blaskiem pochodni. Eleganckie,
szerokie cięcia. Trzy - jedno po drugim. Nie mógł zamknąć uszu na
krzyki, które po nich nastąpiły, ani uniknąć widoku powalonych mężczyzn.
Padali jak zabawki przewrócone nieostrożnym kopnięciem dziecka. Jeśli
Ostrze dotknęło ludzkiego kręgosłupa, taki człowiek umierał, a jego oczy
się paliły. Jeśli przecinało kończynę, ta kończyna umierała. Jeden
żołnierz odtoczył się od Szetha z niemal odciętą ręką. Już nigdy jej nie
poczuje ani nie użyje.
Szeth opuścił Ostrze, stojąc wśród trupów ze spalonymi oczami. Tutaj, w Alethkarze, ludzie często powtarzali legendy - o z trudem wywalczonym
zwycięstwie ludzkości nad Pustkowcami. Jednakże, kiedy broń stworzona do
zabijania koszmarów została zwrócona przeciwko zwykłym żołnierzom,
ludzkie życie stało się zaiste tanim towarem.
Shin odwrócił się i ruszył dalej, jego pantofle dotykały miękkiego
czerwonego dywanu. Ostrze Odprysku jak zawsze błyszczało srebrzyście.
Kiedy zabijało, nie było krwi. To wydawało się znakiem. Ostrze było
jedynie narzędziem, którego nie można obciążyć winą za morderstwa.
Drzwi na końcu korytarza się otworzyły. Szeth zamarł, kiedy ze środka
wypadła niewielka grupka żołnierzy, prowadząc mężczyznę w królewskim
stroju, który pochylił głowę, jakby chciał uniknąć strzał. Żołnierze
mieli szafirowe szaty, w kolorze Gwardii Królewskiej, a na widok trupów
nawet się nie zawahali. Wiedzieli, czego może dokonać Odpryskowy.
Otworzyli boczne drzwi i wprowadzili do środka swojego podopiecznego, a kilku uniosło włócznie w stronę Szetha.
Z królewskich komnat wyłoniła się inna postać - miała na sobie
błyszczący błękitny pancerz składający się ze starannie połączonych
płyt. Jednak w przeciwieństwie do zwyczajnej zbroi, w przestrzeni między
płytami nie było widać skóry ani kolczugi - jedynie mniejsze metalowe
płytki, idealnie do siebie dopasowane. Pancerz był piękny, każdą płytkę
otaczała złota obwódka, hełm zaś zdobiły trzy rzędy skrzydeł
przypominających rogi.
Pancerz Odprysku, zwyczajowe dopełnienie Ostrza Odprysku. Mężczyzna miał
również miecz, ogromne Ostrze długie na sześć stóp, którego klingę
zdobił wzór przypominający płomienie. Srebrzysty metal błyszczał, wręcz
emanował światłem. Broń stworzona, by zabijać mrocznych bogów, większy
odpowiednik miecza, który nosił Szeth.
Szeth się zawahał. Nie rozpoznawał pancerza - nie ostrzeżono go, że może
się tego spodziewać, i nie miał czasu zapamiętać różnych Pancerzy i Ostrzy należących do Alethyjczyków. Ale nim ruszy za królem, musiał się
zająć Odpryskowym - nie mógł pozostawić takiego przeciwnika za plecami.
Poza tym, być może tamten mógłby go pokonać, zabić i zakończyć to
żałosne życie. Wiązania nie wpływały na kogoś w Pancerzu, a zbroja
dodawała sił, wspomagała go. Honor Szetha nie pozwalał mu porzucić misji
ani szukać śmierci. Ale gdyby tak się jednak wydarzyło, przyjąłby ją z radością.
Odpryskowy zaatakował, a wtedy Szeth Przywiązał się do boku korytarza,
wyskoczył w powietrze i wylądował na ścianie. Cofnął się, unosząc
Ostrze. Przeciwnik ustawił się w gotowości, przyjmując jedną z postaw
szermierczych, jakie ceniono na wschodzie. Poruszał się o wiele
zwinniej, niż można by się spodziewać po kimś w tak masywnej zbroi.
Jednakże Pancerz Odprysku był wyjątkowy, równie starodawny i magiczny
jak Ostrza, które dopełniał. Szeth nie miał Pancerza i wcale go nie
potrzebował. Jego Wiązania miały negatywny wpływ na klejnoty, które
dawały moc Pancerzowi Odprysku, dlatego musiał wybrać.
Odpryskowy uderzył. Szeth odskoczył w bok i Przywiązał się do sufitu,
kiedy Ostrze przeciwnika przecięło ścianę. Czując dreszczyk pojedynku,
Shin rzucił się naprzód i zaatakował z góry ciosem zza głowy, próbując
trafić w hełm przeciwnika. Mężczyzna uchylił się i opadł na kolano, a Ostrze Szetha przecięło powietrze.
Szeth odskoczył do tyłu, kiedy Odpryskowy zamachnął się swoim Ostrzem,
przecinając sufit. Kiedy przeciwnik się odwrócił, Szeth pobiegł po
suficie. Jak się spodziewał, tamten znów się zamachnął, a wtedy Szeth
odskoczył w bok i przetoczył się. Wyprostował się, zrobił salto i znów
Przywiązał się do ziemi za plecami Odpryskowego. Wbił Ostrze w odsłonięty bok przeciwnika.
Niestety, Pancerz miał jedną niezaprzeczalną zaletę - mógł powstrzymać
cios Ostrza Odprysku. Broń Szetha uderzyła w cel, a wtedy na napleczniku
pojawiła się siateczka drobnych pęknięć, przez które zaczęło wypływać
Burzowe Światło. Na Pancerzu Odprysku nie pojawiały się wgniecenia jak
na zwykłym metalu. Szeth wiedział, że aby go przebić, musiałby trafić
Odpryskowego w to samo miejsce przynajmniej jeszcze raz.
Szeth cofnął się, kiedy przeciwnik zamachnął się w gniewie, próbując
przeciąć jego kolana. Szalejąca w nim burza dawała mu sporą przewagę -
między innymi zdolność szybkiego leczenia drobnych ran. Ale w wypadku
kończyn zabitych przez Ostrze Odprysku nic by to nie dało.
Okrążył przeciwnika, po czym wybrał odpowiednią chwilę i rzucił się
naprzód. Mężczyzna znów się zamachnął, ale Szeth na chwilę Przywiązał
się do sufitu, żeby się podnieść. Wystrzelił w powietrze, przelatując
nad uniesioną bronią przeciwnika, po czym znów Przywiązał się do
podłogi. W chwili gdy dotknął ziemi, znów uderzył, lecz tamten szybko
odzyskał równowagę i zadał kolejny, niemal doskonały cios, o włos
mijając Szetha.
Ten mężczyzna niebezpiecznie dobrze radził sobie z Ostrzem. Wielu z Odpryskowych zbytnio polegało na mocy swojej broni i pancerza. Ten był
inny.
Szeth skoczył na ścianę i zaczął szybko, gwałtownie atakować
przeciwnika, jak węgorz. Tamten powstrzymywał go szerokimi ripostami.
Długość jego ostrza sprawiała, że Szeth nie mógł się przebić.
To trwa zbyt długo, pomyślał. Gdyby królowi udało się wymknąć do
kryjówki, Szeth nie wypełniłby swojej misji, niezależnie od tego, ilu
ludzi by zabił. Pochylił się, by zadać kolejny cios, ale przeciwnik
zmusił go do cofnięcia się. Każda sekunda tej walki dawała królowi
szansę na ucieczkę.
Nadszedł czas na zuchwałość. Szeth rzucił się w powietrze, Przywiązał do
drugiego końca korytarza i poleciał stopami w stronę przeciwnika. Tamten
bez wahania uniósł ostrze do ciosu, lecz Szeth Przywiązał się pod kątem
i natychmiast spadł. Ostrze świsnęło w powietrzu nad jego głową.
Wylądował przykucnięty i wykorzystał swój pęd, by rzucić się naprzód.
Znów uderzył Ostrzem w bok przeciwnika, w miejsce, gdzie Pancerz
popękał. Zadał potężny cios. Ten kawałek Pancerza rozpadł się, kawałki
stopionego metalu spłynęły na ziemię. Przeciwnik sapnął, opadł na kolano
i uniósł rękę do boku. Szeth również uniósł nogę do boku mężczyzny i pchnął go w tył mocą Burzowego Światła.
Ciężkie ciało Odpryskowego uderzyło w drzwi komnat króla, przebiło je i częściowo wpadło do środka. Szeth zostawił go i otworzył drzwi po
prawej, ruszając za królem. W tym korytarzu również leżał czerwony
dywan, a pełne Burzowego Światła lampy pomogły mu odzyskać moc.
Kiedy znów zapłonęła w nim energia, przyśpieszył kroku. Gdyby zyskał
odpowiednią przewagę, mógłby zająć się królem, a później wrócić i skończyć walkę z Odpryskowym. Nie zapowiadało się łatwo. Pełne Wiązanie
na drzwiach nie powstrzymałoby tamtego, a Pancerz pozwalał mężczyźnie
biec nadnaturalnie szybko. Szeth obejrzał się przez ramię.
Tamten nie ruszył za nim. Mężczyzna siedział w zbroi i wydawał się
oszołomiony. Szeth ledwie go widział, siedzącego w drzwiach, otoczonego
popękanym drewnem. Może zranił go bardziej, niż mu się wydawało?
A może...
Szeth znieruchomiał. Pomyślał o pochylonej głowie mężczyzny, którego
wyprowadzano na zewnątrz, jego zasłoniętej twarzy. Odpryskowy nadal za
nim nie ruszył. Był tak dobrym wojownikiem. Powiadano, że niewielu mogło
dorównać szermierczym umiejętnościom Gavilara Kholina. Czy to możliwe?
Szeth odwrócił się i ruszył z powrotem, ufając swojemu instynktowi. Na
jego widok Odpryskowy podniósł się skwapliwie. Szeth jeszcze
przyśpieszył. Jakie było najbezpieczniejsze miejsce dla króla? W otoczeniu strażników, podczas ucieczki? Czy w Pancerzu Odprysku, na
tyłach, zlekceważonego jako osobistego strażnika władcy?
Sprytne, pomyślał Szeth, gdy jeszcze niedawno niemrawy przeciwnik
przyjął postawę szermierczą. Shin zaatakował z nową mocą, zasypując
przeciwnika - króla - gradem uderzeń. Tamten odpowiadał agresywnie
szerokimi ciosami. Szeth cofnął się przed jednym z nich, czując podmuch
powietrza tuż przy twarzy. Nim wykonał kolejny ruch, odczekał i przebiegł pod następnym ciosem władcy.
Król, spodziewając się kolejnego uderzenia w bok, obrócił się z ręką
przyciśniętą do otworu w Pancerzu. To pozwoliło Szethowi przebiec obok
niego i wpaść do komnat.
Władca obrócił się, by za nim podążyć, lecz Szeth biegł z wyciągniętą
ręką przez urządzoną z przepychem komnatę, dotykając mijanych mebli.
Napełniał je Burzowym Światłem i Przywiązywał do punktu za królem. Meble
przetaczały się, jakby ktoś przechylił komnatę, sofy, krzesła i stoły
spadały w stronę zaskoczonego władcy. Gavilar spróbował ciąć je swoim
Ostrzem Odprysku. Broń bez trudu przecięła dużą sofę, ale jej kawałki i tak spadły na króla, wytrącając go z równowagi. Później trafił w niego
podnóżek, przewracając go na ziemię.
Gavilar odtoczył się na bok, unikając kolejnych mebli, i rzucił się
naprzód; z uszkodzonych części Pancerza wypływało Światło. Szeth skupił
się, wyskoczył w powietrze, po czym Przywiązał do tyłu i w prawo.
Uskoczył przed ciosem króla, po czym Przywiązał się do przodu dwoma
Podstawowymi Wiązaniami z rzędu. Jego ubranie zamarzło, kiedy leciał w stronę króla z prędkością dwa razy większą niż przy normalnym upadku.
Król cofnął się, próbując stanąć tak, by zadać Szethowi cios z dołu.
Hełm mężczyzny był popękany i emanował Burzowym Światłem. Władca przyjął
postawę obronną, chroniąc bok z pękniętą płytą. Zadał cios jedną ręką,
kierując ostrze w stronę sufitu. Szeth natychmiast Przywiązał się w dół,
oceniając, że król nie opuści wystarczająco szybko miecza.
Szeth nie docenił swojego przeciwnika. Król zrobił krok naprzód,
wystawiając się na cios i udając, że przyjmie go na hełm. W chwili gdy
Szeth po raz drugi trafił weń i go zniszczył, Gavilar uderzył pięścią,
wbijając rękawicę w twarz Shina.
W oczach Szetha pojawił się jaskrawy błysk, odpowiadający nagłemu
cierpieniu wypełniającemu jego twarz. Zrobiło mu się ciemno przed
oczami.
Ból. Tyle bólu!
Wrzasnął, a wtedy Burzowe Światło opuściło go gwałtownie, i uderzył
plecami w coś twardego. Drzwi balkonu. Kolejny ból w ramionach, jakby
ktoś przebił go setką sztyletów. Uderzył w ziemię i zatrzymał się, jego
mięśnie drżały. Ten cios zabiłby zwykłego człowieka.
Nie ma czasu na ból. Nie ma czasu na ból. Nie ma czasu na ból!
Zamrugał i potrząsnął głową. Świat był niewyraźny i ciemny. Oślepł? Nie,
na zewnątrz panowała ciemność. Znajdował się na drewnianym balkonie,
siła uderzenia wyrzuciła go przez drzwi. Usłyszał łoskot. Ciężkie kroki.
Odpryskowy!
Szeth podniósł się z trudem. Miał zawroty głowy. Krew płynęła po
policzku, a z jego skóry unosiło się Burzowe Światło, przez co oślepł na
lewe oko. Światło. Wyleczyłoby go, gdyby mogło. Wydawało mu się, że
szczęka wypadła mu z zawiasów. Złamana? Upuścił Ostrze Odprysku.
Przed nim pojawił się niezgrabny cień - z pancerza władcy wyciekło tyle
Światła, że król miał problem z chodzeniem. Ale zbliżał się.
Szeth krzyknął, ukląkł i napełnił Burzowym Światłem drewniany balkon,
Przywiązując go w dół. Powietrze wokół niego wypełnił szron. Burza
zagrzmiała, wypływając z jego ramion w drewno. Przywiązał je do dołu,
później jeszcze raz. Powtórzył to po raz czwarty w chwili, kiedy Gavilar
wyszedł na balkon. Ten zakołysał się pod dodatkowym ciężarem. Drewno
zatrzeszczało.
Król się zawahał.
Szeth Przywiązał balkon do dołu po raz piąty. Podpory popękały i cała
konstrukcja oderwała się od budynku. Shin krzyknął i wykorzystał
ostatnią odrobinę Burzowego Światła, by Przywiązać się do boku budynku.
Poleciał w bok, mijając wstrząśniętego władcę, po czym uderzył w ścianę
i się przetoczył.
Balkon spadał, a król z zaskoczeniem uniósł wzrok, kiedy stracił grunt
pod stopami. Upadek nie trwał długo. W blasku księżyca Szeth przyglądał
się uważnie - wciąż nie widział zbyt wyraźnie i był ślepy na jedno oko -
jak konstrukcja uderza w kamień poniżej. Ściana pałacu zadrżała, a trzask pękającego drewna odbił się echem od pobliskich budynków.
Wciąż leżąc na murze, Szeth jęknął i wstał. Czuł się słabo - zbyt szybko
zużył Burzowe Światło, przeciążając ciało. Zatoczył się w dół po boku
budynku, zbliżając się do ruiny balkonu. Ledwie trzymał się na nogach.
Król z trudem łapał oddech. Pancerz Odprysku uchroniłby człowieka przed
skutkami takiego upadku, ale długi kawałek zakrwawionego drewna wbił się
w bok Gavilara w miejscu, gdzie Szeth wcześniej przebił Pancerz. Szeth
ukląkł, wpatrując się w pełną cierpienia twarz mężczyzny. Mocne rysy,
kwadratowa broda, szpakowaty zarost, uderzająco jasnozielone oczy.
Gavilar Kholin.
- Spodziewałem... się... ciebie - powiedział król między jękami.
Szeth sięgnął pod napierśnik mężczyzny i dotknął pasków. Rozwiązały się,
a wtedy zdjął napierśnik, obnażając klejnoty po jego wewnętrznej
stronie. Dwa były pęknięte i wyczerpane. Trzy wciąż świeciły. Szeth
odetchnął głęboko, przyjmując Światło.
Burza znów zaczęła szaleć. Więcej Światła otoczyło bok jego twarzy,
lecząc uszkodzoną skórę i kości. Wciąż odczuwał ostry ból - Burzowe
Światło bynajmniej nie leczyło błyskawicznie. Minie wiele bolesnych
minut, nim powróci do pełni zdrowia.
Król zakaszlał.
- Możesz powiedzieć... Thaidakarowi... że jest za późno...
- Nie wiem, kto to - odparł Szeth, wstając. Złamana szczęka sprawiała,
że mówił niewyraźnie. Wyciągnął rękę w bok, przyzywając Ostrze Odprysku.
Król zmarszczył czoło.
- To kto...? Restares? Sadeas? Nigdy nie sądziłem...
- Moimi panami są Parshendi - powiedział Szeth. Minęło dziesięć uderzeń
serca i Ostrze znalazło się w jego dłoni, wilgotne od rosy.
- Parshendi? To nie ma sensu. - Gavilar zakaszlał, drżącą dłonią sięgnął
do piersi i zaczął czegoś szukać w kieszeni. Wyciągnął niewielką
kryształową kulę na łańcuszku. - Musisz to zabrać. Oni nie mogą tego
dostać. - Wydawał się oszołomiony. - Powiedz... mojemu bratu... musi
odnaleźć najważniejsze słowa, jakie może wypowiedzieć człowiek...
Gavilar znieruchomiał.
Szeth zawahał się, po czym ukląkł i wziął kulę. Była dziwna, nie
przypominała niczego, co widział wcześniej. Choć była zupełnie ciemna,
zdawało się, że mimo to świeci. Emanuje czarnym blaskiem.
"Parshendi?", powiedział Gavilar. "To nie ma sensu".
- Nic już nie ma sensu - wyszeptał Szeth, chowając dziwną kulę. -
Wszystko się rozpada. Przykro mi, królu Alethyjczyków. Wątpię, by cię to
obchodziło. A już szczególnie teraz. - Wyprostował się. - Przynajmniej
nie będziesz musiał patrzeć wraz z wszystkimi innymi, jak kończy się
świat.
Obok królewskiego ciała z mgły zmaterializowało się jego Ostrze Odprysku
i z trzaskiem spadło na kamienie. Było warte fortunę - całe królestwa
padały, kiedy ludzie walczyli o panowanie nad jednym Ostrzem.
W pałacu rozległy się okrzyki. Szeth musiał odejść. Ale...
"Powiedz mojemu bratu...".
Dla ludu Szetha prośba umierającego była święta. Ujął rękę króla,
zanurzył ją w jego własnej krwi i wykorzystał, by naskrobać na drewnie:
"Bracie. Musisz odnaleźć najważniejsze słowa, jakie może wypowiedzieć
człowiek".
Później Szeth umknął w noc. Pozostawił Ostrze Odprysku należące do
króla. Wiedział, że na nic mu się nie przyda. Jego własne Ostrze było
wystarczającą klątwą.