Droga królów. Seria Archiwum Burzowego Światła. Tom 1 - Brandon Sanderson

Kup ebooka

69.00 zł
58.65 zł (55,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Burzą Błogosławiony

"Zabi­li­ście mnie. Sukin­syny, zabi­li­ście mnie! Gdy słońce wciąż jest gorące, ginę!".

Zebrane pią­tego dnia tygo­dnia Chach mie­siąca Betab roku 1171, dzie­sięć sekund przed śmier­cią. Bada­nym był ciem­no­oki żoł­nierz w wieku trzy­dzie­stu jeden lat. Próbka uwa­żana jest za wąt­pliwą.

Pięć lat póź­niej

- Umrę, prawda? - spy­tał Cenn.

Ogo­rzały wete­ran obok Cenna odwró­cił się i przyj­rzał. Wete­ran nosił krótko przy­ciętą brodę, która po bokach zaczy­nała siwieć.

Umrę, pomy­ślał Cenn, ści­ska­jąc włócz­nię. Jej drzewce było śli­skie od potu. Umrę. Och, Ojcze Burz, umrę...

- Ile masz lat, synu? - spy­tał wete­ran.

Cenn nie pamię­tał jego imie­nia. Trudno było cokol­wiek pamię­tać, patrząc, jak druga armia usta­wia się w sze­re­gach po prze­ciw­nej stro­nie ska­li­stego pola bitwy. To for­mo­wa­nie szyku wyda­wało się takie uprzejme. Porządne, zor­ga­ni­zo­wane. Krót­kie włócz­nie w pierw­szych sze­re­gach, dłu­gie włócz­nie i oszczepy dalej, łucz­nicy po bokach. Ciem­no­ocy włócz­nicy mieli wypo­sa­że­nie podobne do tego, jakie dostał Cenn - skó­rzana kami­zela i długa do kolan spód­niczka, pro­sty sta­lowy hełm i napier­śnik.

Wielu z jasno­okich nosiło pełne pan­ce­rze. Sie­dzieli na koniach, straże hono­rowe ota­czały ich napier­śni­kami, które świe­ciły rubi­no­wym i szma­rag­do­wym bla­skiem. Czy byli wśród nich Odpry­skowi? Oświe­cony Ama­ram do nich nie nale­żał. A któ­ryś z jego ludzi? A jeśli Cenn musiałby wal­czyć prze­ciwko jed­nemu z nich? Zwy­kli ludzie nie zabi­jali Odpry­sko­wych. Zda­rzało się to tak rzadko, że prze­szło do legendy.

To się naprawdę dzieje, pomy­ślał z coraz więk­szym prze­ra­że­niem. To nie kolejna musz­tra w obo­zie. Nie szko­le­nie na polu, macha­nie kijami. To było praw­dziwe. Uświa­do­miw­szy to sobie - jego serce waliło w pier­siach jak prze­stra­szone zwie­rzątko w klatce, a nogi drżały - Cenn nagle zro­zu­miał, że jest tchó­rzem. Nie powi­nien opusz­czać stad! Nie powi­nien...

- Synu? - ode­zwał się wete­ran sta­now­czym gło­sem. - Ile masz lat?

- Pięt­na­ście, panie.

- A jak się nazy­wasz?

- Cenn, panie.

Potężny, bro­daty męż­czy­zna poki­wał głową.

- Ja mam na imię Dal­let.

- Dal­let - powtó­rzył Cenn, na­dal wpa­tru­jąc się w armię prze­ciw­nika. Było ich tak wielu! Całe tysiące. - Umrę, prawda?

- Nie. - Dal­let miał szorstki głos, co jakimś spo­so­bem dzia­łało uspo­ka­ja­jąco. - Nic ci się nie sta­nie. Patrz pro­sto przed sie­bie. Trzy­maj się z oddzia­łem.

- Ale mia­łem nie­całe sześć tygo­dni szko­le­nia! - Mógłby przy­siąc, że sły­szał cichy brzęk pan­ce­rzy lub tarcz prze­ciw­nika. - Led­wie trzy­mam tę włócz­nię. Ojcze Burz, jestem mar­twy. Nie mogę...

- Synu - prze­rwał mu Dal­let, łagod­nie, lecz sta­now­czo. Uniósł dłoń i poło­żył ją na ramie­niu Cenna. Kra­wędź dużej okrą­głej tar­czy, która wisiała na jego ple­cach, odbi­jała świa­tło. - Nic ci się nie sta­nie.

- Skąd wiesz? - Zabrzmiało to jak bła­ga­nie.

- Ponie­waż, chłop­cze, jesteś w oddziale Kala­dina Burzą Bło­go­sła­wio­nego.

Pobli­scy żoł­nie­rze poki­wali gło­wami.

Za nimi kolejne grupy żoł­nie­rzy usta­wiały się w szyku - całe tysiące. Cenn znaj­do­wał się na samym przo­dzie, z liczą­cym około trzy­dzie­stu ludzi oddzia­łem Kala­dina. Dla­czego został w ostat­niej chwili prze­nie­siony do nowego oddziału? Miało to coś wspól­nego z obo­zową poli­tyką.

Dla­czego ten oddział znaj­do­wał się na pierw­szej linii, gdzie musiało być naj­wię­cej ofiar? Małe stra­cho­spreny - jak kro­ple fio­le­to­wej mazi - zaczęły wyła­zić z ziemi i zbie­rać się wokół jego stóp. W chwili paniki pra­wie upu­ścił włócz­nię i uciekł. Dal­let zaci­snął dłoń na jego ramie­niu. Spo­glą­da­jąc w spo­kojne ciemne oczy star­szego męż­czy­zny, Cenn się zawa­hał.

- Odla­łeś się, zanim usta­wi­li­śmy się w szyku? - spy­tał Dal­let.

- Nie mia­łem czasu...

- Zrób to teraz.

- Tutaj?

- Jeśli tego nie zro­bisz, mocz popły­nie ci po nodze pod­czas walki, co cię roz­pro­szy, może nawet zabije. Zrób to.

Zaże­no­wany Cenn podał Dal­le­towi włócz­nię i opróż­nił pęcherz na kamie­nie. Kiedy skoń­czył, spoj­rzał z ukosa na pozo­sta­łych. Żaden z żoł­nie­rzy Kala­dina nie uśmie­chał się zło­śli­wie. Stali spo­koj­nie z włócz­niami u boku i tar­czami na ple­cach.

Wróg był już pra­wie gotów. Mię­dzy oboma woj­skami znaj­do­wało się pole pła­skiej śli­sko­skały, zadzi­wia­jąco równe i gład­kie, na któ­rym jedy­nie z rzadka wyra­stały ska­ło­pąki. Byłoby z niego świetne pastwi­sko. Cie­pły wiatr ude­rzał w twarz Cenna, nio­sąc ze sobą wil­gotny aro­mat arcy­bu­rzy ostat­niej nocy.

- Dal­let! - zawo­łał ktoś.

Mię­dzy sze­re­gami szedł męż­czy­zna, nio­sący krótką włócz­nię, do któ­rej drzewca przy­mo­co­wano dwie skó­rzane pochwy na noże. Był młody, naj­wy­żej cztery lata star­szy od samego Cenna, ale wyż­szy o kil­ka­na­ście pal­ców nawet od Dal­leta. Nosił pro­stą skórz­nię włócz­nika, ale pod nią parę ciem­nych spodni. To nie było dozwo­lone.

Jego typowe dla Ale­thyj­czy­ków czarne włosy się­gały mu do ramion i krę­ciły się, a oczy były ciem­no­brą­zowe. Węzły z bia­łego sznura na ramio­nach kami­zeli świad­czyły, że jest dowódcą oddziału.

Trzy­dzie­stu męż­czyzn wokół Cetta wypro­sto­wało się i unio­sło włócz­nie w pozdro­wie­niu. To jest Kala­din Burzą Bło­go­sła­wiony, pomy­ślał z nie­do­wie­rza­niem Cenn. Ten mło­dzik?

- Dal­le­cie, wkrótce będziemy mieli nowego rekruta - powie­dział Kala­din. Miał mocny głos. - Musisz... - Urwał, kiedy zoba­czył Cenna.

- Tra­fił tu przed kil­koma minu­tami, panie - odparł z uśmie­chem Dal­let. - Zaczą­łem go przy­go­to­wy­wać.

- Dobra robota. Zapła­ci­łem spore pie­nią­dze, żeby wycią­gnąć tego chło­paka od Gare. Tam­ten jest tak nie­kom­pe­tentny, że wła­ści­wie wal­czy dla prze­ciw­nika.

Co takiego? - pomy­ślał Cenn. Dla­czego ktoś miałby za mnie zapła­cić?

- A co sądzisz o polu? - spy­tał Kala­din.

Kilku pozo­sta­łych włócz­ni­ków unio­sło dło­nie, by osło­nić oczy przed słoń­cem, i przyj­rzało się ska­łom.

- Tamto zagłę­bie­nie obok dwóch gła­zów daleko po pra­wej? - spy­tał Dal­let.

Dowódca pokrę­cił głową.

- Zbyt trudno zna­leźć opar­cie dla stóp.

- Ano. Moż­liwe. A tamto niskie wzgó­rze po tam­tej stro­nie? Wystar­cza­jąco daleko, żeby unik­nąć pierw­szej salwy, wystar­cza­jąco bli­sko, by nie wysfo­ro­wać się za bar­dzo naprzód.

Kala­din poki­wał głową, choć Cenn nie widział, o czym roz­ma­wiają.

- Wygląda nie­źle.

- Czy reszta waszej bandy to usły­szała?! - krzyk­nął Dal­let.

Męż­czyźni unie­śli wyżej włócz­nie.

- Miej nowego na oku, Dal­le­cie - powie­dział Kala­din. - Jesz­cze nie zna zna­ków.

- Oczy­wi­ście - odparł z uśmie­chem wete­ran.

Uśmiech! Jak on mógł się uśmie­chać? Wróg zadął w rogi. Czy to zna­czyło, że byli gotowi? Choć Cenn przed chwilą opróż­nił pęcherz, poczuł strużkę moczu na nodze.

- Nie cofaj­cie się - powie­dział Kala­din, po czym pobiegł dalej, by poroz­ma­wiać z dowódcą kolej­nego oddziału. Łucz­nicy po obu stro­nach przy­go­to­wali się do strzału.

- Nie martw się, synu - powie­dział Dal­let. - Nic nam nie będzie. Dowódca Kala­din jest szczę­ścia­rzem.

Żoł­nierz po dru­giej stro­nie Cenna poki­wał głową. Był chu­dym, rudo­wło­sym Vede­nem, jego opa­lona skóra miała ciem­niej­szy odcień niż skóra Ale­thyj­czy­kow. Dla­czego wal­czył w ich armii?

- Zga­dza się. Kala­din jest burzą bło­go­sła­wiony, na pewno. W ostat­niej bitwie utra­ci­li­śmy... ile, jed­nego żoł­nie­rza?

- Ale ktoś jed­nak zgi­nął - zauwa­żył Cenn.

Dal­let wzru­szył ramio­nami.

- Ludzie zawsze giną. Nasz oddział poniósł naj­mniej­sze straty. Zoba­czysz.

Kala­din skoń­czył naradę z dru­gim dowódcą, po czym powró­cił do swo­jego oddziału. Choć nosił krótką włócz­nię - prze­zna­czoną do trzy­ma­nia jedną ręką, by w dru­giej móc trzy­mać tar­czę - jego broń była o dłoń dłuż­sza niż włócz­nie pozo­sta­łych.

- Przy­go­to­wać się! - zawo­łał Dal­let.

W prze­ci­wień­stwie do innych dowód­ców oddzia­łów, Kala­din nie cof­nął się do sze­regu, lecz stał przed swoim oddzia­łem.

Ota­cza­jący Cenna męż­czyźni poru­szyli się, wyraź­nie pod­eks­cy­to­wani. To samo uczy­niła cała wielka armia, bez­ruch ustą­pił zapa­łowi. Setki poru­sza­ją­cych się stóp, ude­rza­ją­cych tarcz, brzę­czą­cych kla­mer. Wokół nich wyra­stały czer­wone pasma nie­cier­pli­wo­spre­nów, falu­jące na wie­trze. Kala­din pozo­stał bez ruchu, wpa­tru­jąc się w armię prze­ciw­nika.

- Spo­koj­nie - powie­dział, nie odwra­ca­jąc się.

Z tyłu minął ich jasno­oki ofi­cer na koniu.

- Bądź­cie gotowi do walki! Chcę ich krwi, żoł­nie­rze. Walcz­cie i zabi­jaj­cie!

- Spo­koj­nie - powtó­rzył Kala­din, kiedy męż­czy­zna ich minął.

- Bądź gotów do biegu - powie­dział Dal­let Cen­nowi.

- Biegu? Ale szko­lono nas, by masze­ro­wać w szyku! Nie wyry­wać się z niego!

- Pew­nie - zgo­dził się wete­ran. - Ale więk­szość z żoł­nie­rzy nie jest lepiej wyszko­lona od cie­bie. Ci, któ­rzy dobrze wal­czą, zostają wysłani na Strza­skane Rów­niny, do walki z Par­shen­dimi. Kala­din pró­buje wyszko­lić nas na tyle, byśmy też się tam udali i wal­czyli za króla. - Dal­let wska­zał na sze­regi żoł­nie­rzy. - Więk­szość z nich się wyrwie i ruszy do ataku. Jasno­ocy nie są wystar­cza­jąco dobrymi dowód­cami, by utrzy­mać ich w szyku. Dla­tego zostań z nami i bie­gnij.

- Czy mam przy­go­to­wać tar­czę?

Wokół oddziału Kala­dina inni żoł­nie­rze zdej­mo­wali tar­cze z ple­ców. Ale ludzie Kala­dina pozo­sta­wili je na miej­scu.

Nim Dal­let zdą­żył odpo­wie­dzieć, z tyłu zagrzmiał róg.

- Ruszaj! - powie­dział Dal­let.

Cenn nie miał wiel­kiego wyboru. Cała armia zaczęła się poru­szać z łosko­tem woj­sko­wych butów. Jak prze­wi­dział wete­ran, równy marsz nie potrwał długo. Nie­któ­rzy żoł­nie­rze zaczęli ryczeć, okrzyki pod­chwy­cili pozo­stali. Jasno­ocy kazali im ruszać, biec, wal­czyć. Szyk się roz­padł.

Kiedy to się stało, oddział Kala­dina zerwał się i ruszył bie­giem naprzód. Cenn z tru­dem dotrzy­my­wał im kroku, spa­ni­ko­wany i prze­ra­żony. Zie­mia nie była tak gładka, jak mu się wyda­wało, i omal nie potknął się o ukryty ska­ło­pąk, z pędami wcią­gnię­tymi do sko­rupy.

Wypro­sto­wał się i biegł dalej, trzy­ma­jąc włócz­nię w ręce. Tar­cza odbi­jała się od ple­ców. Armia prze­ciw­nika rów­nież się ruszyła, ich żoł­nie­rze nacie­rali przez pole. Nie widział żad­nego rów­nego szyku ani pro­stych sze­re­gów. Sytu­acja w niczym nie przy­po­mi­nała tego, czego go uczono.

Cenn nawet nie wie­dział, kim jest prze­ciw­nik. Jeden z wła­ści­cieli ziem­skich wtar­gnął na tery­to­rium Oświe­co­nego Ama­rama - zie­mię, która nale­żała do arcy­księ­cia Sade­asa. To była potyczka na gra­nicy i Cenn sądził, że wal­czą z innym ale­thyj­skim księ­stwem. Dla­czego wal­czyli mię­dzy sobą? Może król by to powstrzy­mał, ale znaj­do­wał się na Strza­ska­nych Rów­ni­nach, szu­ka­jąc zemsty za śmierć króla Gavi­lara przed pię­ciu laty.

Wróg miał wielu łucz­ni­ków. Panika Cenna osią­gnęła szczyt, kiedy pierw­sza chmura strzał unio­sła się w powie­trze. Znów się potknął, kusiło go, żeby się­gnąć po tar­czę. Ale Dal­let chwy­cił go za ramię i pocią­gnął naprzód.

Setki strzał wznio­sły się w niebo, zasła­nia­jąc słońce. Wspięły się na szczyt łuku i spa­dły, niczym węgo­rze nie­bie­skie na ofiary. Żoł­nie­rze Ama­rama unie­śli tar­cze. Ale nie oddział Kala­dina.

Cenn wrza­snął.

A strzały spa­dły na środ­kowe sze­regi armii Ama­rama, za ich ple­cami. Nie prze­ry­wa­jąc biegu, Cenn obej­rzał się przez ramię. Strzały spa­dały za nim. Żoł­nie­rze krzy­czeli, strzały łamały się o tar­cze, jedy­nie kilka wylą­do­wało w pobliżu pierw­szych sze­re­gów.

- Dla­czego?! - krzyk­nął do Dal­leta. - Skąd wie­dzia­łeś?

- Chcą, żeby strzały tra­fiły tam, gdzie tło­czy się naj­wię­cej żoł­nie­rzy - odparł potężny męż­czy­zna. - Gdzie mają naj­więk­sze szanse wbić się w ciało.

Kilka innych gru­pek bie­gną­cych na prze­dzie nie unio­sło tarcz, ale więk­szość bie­gła nie­zręcz­nie z tar­czami unie­sio­nymi pod kątem do nieba, oba­wia­jąc się strzał, które na nich nie spa­dały. To ich spo­wal­niało i ryzy­ko­wali, że zostaną stra­to­wani przez żoł­nie­rzy z tyłu, w któ­rych rze­czy­wi­ście tra­fiały strzały. Cenna i tak kusiło, żeby pod­nieść tar­czę - czuł się nie­wła­ści­wie, bie­gnąc bez niej.

Druga salwa tra­fiła w cel i ludzie zaczęli krzy­czeć z bólu. Oddział Kala­dina prze­bi­jał się w stronę wro­gich żoł­nie­rzy, z któ­rych część umie­rała od strzał łucz­ni­ków Ama­rama. Cenn sły­szał, jak prze­ciw­nik wydaje okrzyki wojenne, widział ich twa­rze. Nagle oddział Kala­dina zatrzy­mał się i usta­wił w cia­snym szyku. Dotarli do nie­wiel­kiego wznie­sie­nia, które Kala­din i Dal­let wybrali wcze­śniej.

Wete­ran chwy­cił Cenna i wepchnął go w sam śro­dek szyku. Ludzie Kala­dina opu­ścili włócz­nie i wycią­gnęli tar­cze w chwili, kiedy wro­go­wie ruszyli w ich stronę. Prze­ciw­nik nie nacie­rał w szyku, nie utrzy­my­wał dłu­gich włóczni na tyłach, a krót­kich włóczni na prze­dzie. Wszy­scy bie­gli razem, wrzesz­cząc gorącz­kowo.

Cenn nie­zgrab­nie zdjął tar­czę z ple­ców. Roz­legł się trzask włóczni, kiedy oddziały zaczęły walkę. Grupa wro­gich włócz­ni­ków pod­bie­gła do oddziału Kala­dina, być może pra­gnąc zyskać prze­wagę wyso­ko­ści. Trzy tuziny ata­ku­ją­cych zacho­wały pewien szyk, choć nie tak ści­sły, jak ludzie Kala­dina.

Wro­go­wie wyda­wali się zde­cy­do­wani, by nad­ro­bić to gor­li­wo­ścią - wyli i wrzesz­czeli w furii, nacie­ra­jąc na oddział Kala­dina. Ludzie Kala­dina utrzy­mali się jed­nak w szyku, chro­niąc Cenna, jakby był jasno­okim, a oni jego strażą hono­rową. Dwie siły zde­rzyły się z trza­skiem metalu o drewno, tar­czy o tar­czę. Cenn się sku­lił.

Wszystko skoń­czyło się w mgnie­niu oka. Wrogi oddział wyco­fał się, pozo­sta­wia­jąc na ska­łach dwóch zabi­tych. Oddział Kala­dina nie poniósł żad­nych strat. Utrzy­mali naje­żony włócz­niami szyk w kształ­cie litery V, choć jeden z żoł­nie­rzy cof­nął się i wycią­gnął ban­daż, by opa­trzyć ranę uda. Ranny był masywny i bar­czy­sty. Klął, ale rana nie wyda­wała się poważna. Wkrótce znów się wypro­sto­wał, ale nie powró­cił na swoje miej­sce. Prze­szedł na jeden koniec V, w bar­dziej chro­nione miej­sce.

Na polu bitwy pano­wał chaos. Dwie armie zmie­szały się ze sobą, powie­trze wypeł­niały brzęki, trza­ski i krzyki. Wiele z oddzia­łów roz­pa­dało się, ich człon­ko­wie bie­gali od jed­nej potyczki do dru­giej. Poru­szali się jak myśliwi, trzy lub czte­ro­oso­bowe grupki wyszu­ki­wały samotne jed­nostki i spa­dały na nie bru­tal­nie.

Oddział Kala­dina utrzy­my­wał pozy­cję, ata­ku­jąc jedy­nie te oddziały prze­ciw­nika, które zbyt­nio się zbli­żyły. Czy tak naprawdę wyglą­dała bitwa? Szko­le­nie przy­go­to­wało Cenna do walki w dłu­gich sze­re­gach, ramię przy ramie­niu. Nie na taki bez­ład, tak bru­talne pan­de­mo­nium. Dla­czego inni nie utrzy­mali się w szyku?

Praw­dzi­wych żoł­nie­rzy tu nie ma, pomy­ślał Cenn. Wal­czą w praw­dzi­wej bitwie na Strza­ska­nych Rów­ni­nach. Nic dziw­nego, że Kala­din chce, by jego oddział tam tra­fił.

Wszę­dzie błysz­czały włócz­nie, trudno było odróż­nić przy­ja­ciela od wroga, mimo sym­boli na napier­śni­kach i kolo­ro­wej farby na tar­czach. Pole bitwy roz­pa­dło się na setki malut­kich gru­pek, jak tysiące wojen jed­no­cze­śnie.

Po kilku pierw­szych wymia­nach cio­sów Dal­let wziął Cenna za ramię i usta­wił go w sze­regu na samym końcu litery V. Cenn jed­nak oka­zał się bez­u­ży­teczny. Kiedy oddział Kala­dina wal­czył z prze­ciw­ni­kami, opu­ściło go całe wyszko­le­nie. Wiel­kiego wysiłku wyma­gało od niego powstrzy­ma­nie się od ucieczki, trzy­ma­nie włóczni wysta­wio­nej na zewnątrz i zacho­wa­nie groź­nego wyglądu.

Przez więk­szość godziny oddział Kala­dina utrzy­my­wał nie­wiel­kie wzgó­rze, wal­cząc ramię przy ramie­niu. Dowódca czę­sto opusz­czał swoje miej­sce na prze­dzie, bie­gał w różne strony i w dziw­nym ryt­mie ude­rzał włócz­nią w tar­czę.

To znaki, zorien­to­wał się Cenn, kiedy oddział Kala­dina prze­szedł od litery V w okrąg. Wrza­ski umie­ra­ją­cych i krzyki nie­zli­czo­nych żoł­nie­rzy spra­wiały, że wła­ści­wie nie dało się usły­szeć głosu jed­nej osoby. Ale ostry brzęk włóczni o meta­lową płytę na tar­czy Kala­dina brzmiał wyraź­nie. Za każ­dym razem, kiedy zmie­niali szyk, Dal­let chwy­tał Cenna za ramię i kie­ro­wał nim.

Oddział Kala­dina nie gonił za maru­de­rami. Pozo­sta­wał w defen­sy­wie. A choć kilku żoł­nie­rzy odnio­sło rany, żaden nie zgi­nął. Ich oddział był zbyt prze­ra­ża­jący dla mniej­szych gru­pek, a więk­sze jed­nostki wroga wyco­fy­wały się po kilku wymia­nach cio­sów, szu­ka­jąc łatwiej­szego prze­ciw­nika.

W końcu coś się zmie­niło. Kala­din odwró­cił się i wpa­trzył w przy­pływy i odpływy pola bitwy. Uniósł włócz­nię i ude­rzył nią w tar­czę w szyb­kim ryt­mie, któ­rego wcze­śniej nie uży­wał. Dal­let chwy­cił Cenna za ramię i odcią­gnął go od pagórka. Dla­czego mieli go teraz porzu­cić?

Wtedy wła­śnie więk­sze siły Ama­rama zała­mały się pod napo­rem wroga, a żoł­nie­rze roz­pro­szyli. Cenn nie miał poję­cia, jak źle wyglą­dała sytu­acja jego armii w tej czę­ści bitwy. Kiedy oddział Kala­dina się wyco­fy­wał, mijali wielu ran­nych i umie­ra­ją­cych, chło­pa­kowi aż zro­biło się nie­do­brze. Żoł­nie­rze mieli głę­bo­kie rany, ich wnętrz­no­ści wyle­wały się na zewnątrz.

Nie miał czasu na prze­ra­że­nie - ucieczka szybko zmie­niła się w pogrom. Dal­let zaklął, a Kala­din znów ude­rzył w tar­czę. Ich oddział zmie­nił kie­ru­nek, rusza­jąc na wschód. Tam, jak zauwa­żył Cenn, na­dal trzy­mała się więk­sza grupa żoł­nie­rzy Ama­rama.

Wróg jed­nak widział, że ich sze­regi się zała­mują, i to dodało mu odwagi. Ruszyli naprzód w dużych grup­kach, niczym dzi­kie ostro­gary polu­jące na roz­pro­szone wie­prze. Nim oddział Kala­dina zdo­łał prze­być połowę pola tru­pów i umie­ra­ją­cych, drogę odcięła im duża grupa wro­gich żoł­nie­rzy. Kala­din nie­chęt­nie ude­rzył w tar­czę. Oddział zwol­nił.

Cenn poczuł, że jego serce zaczyna bić szyb­ciej. W pobliżu ginął oddział żoł­nie­rzy Ama­rama - męż­czyźni zata­czali się i padali, krzy­czeli i pró­bo­wali uciec. Wro­go­wie uży­wali włóczni jak szpi­kul­ców, zabi­ja­jąc leżą­cych na ziemi jak krem­liki.

Ludzie Kala­dina zde­rzyli się z wro­giem z trza­skiem włóczni i tarcz. Ciała napie­rały na sie­bie ze wszyst­kich stron, Cenn został obró­cony. Pośród towa­rzy­szy i wro­gów, umie­ra­ją­cych i zabi­ja­nych, chło­pak poczuł się oszo­ło­miony. Tak wielu ludzi bie­gną­cych w tak wielu kie­run­kach!

Spa­ni­ko­wał, pró­bu­jąc zna­leźć bez­pieczne miej­sce. Grupa żoł­nie­rzy w pobliżu nosiła ale­thyj­skie mun­dury. Oddział Kala­dina. Cenn pobiegł do nich, ale kiedy nie­któ­rzy odwró­cili się w jego stronę, z prze­ra­że­niem zorien­to­wał się, że ich nie poznaje. To nie był oddział Kala­dina, ale nie­duża grupka nie­zna­nych mu żoł­nie­rzy utrzy­mu­jąca nie­równy szyk. Ranni i prze­ra­żeni, roz­pro­szyli się w chwili, kiedy zbli­żył się do nich wrogi oddział.

Cenn zamarł, trzy­ma­jąc włócz­nię spo­coną dło­nią. Żoł­nie­rze wroga nacie­rali na niego. Instynkt kazał mu ucie­kać, ale widział prze­cież tak wielu ludzi zabi­ja­nych jeden po dru­gim. Musiał sta­nąć! Musiał sta­wić im czoła! Nie mógł uciec, nie mógł...

Wrza­snął i pchnął włócz­nią w stronę pierw­szego żoł­nie­rza. Tam­ten swo­bod­nie ode­pchnął jego broń na bok swoją tar­czą, po czym wbił krótką włócz­nię w udo Cenna. Ból był palący, tak bar­dzo palący, że krew wypły­wa­jąca na jego nogę wyda­wała się w porów­na­niu z nim zimna. Cenn jęk­nął.

Żoł­nierz wyrwał broń. Cenn zato­czył się do tyłu, upu­ścił włócz­nię i tar­czę. Upadł na ska­li­stą zie­mię, roz­chla­pu­jąc krew innego żoł­nie­rza. Jego wróg wysoko uniósł włócz­nię, góru­jąca syl­wetka na tle czy­stego błę­kitu nieba, gotów wbić ją w serce Cenna.

I wtedy poja­wił się on.

Dowódca. Burzą Bło­go­sła­wiony. Włócz­nia Kala­dina poja­wiła się jakby zni­kąd, w ostat­niej chwili powstrzy­mu­jąc cios, który miał zabić Cenna. Kala­din usta­wił się przed chło­pa­kiem, samot­nie, prze­ciwko sze­ściu włócz­ni­kom. Nawet nie zadrżał. Ruszył do natar­cia.

Wszystko działo się tak szybko. Kala­din pod­ciął męż­czy­znę, który pchnął Cenna. W chwili gdy ten padał, dowódca wycią­gnął rękę i wysu­nął nóż z jed­nej z pochew przy­mo­co­wa­nych do włóczni. Szarp­nął dło­nią, a wtedy nóż zabłysł i wbił się w udo dru­giego wroga. Męż­czy­zna opadł z wrza­skiem na kolano.

Trzeci żoł­nierz zamarł, patrząc na powa­lo­nych towa­rzy­szy. Kala­din ode­pchnął ran­nego wroga na bok i wbił włócz­nię w brzuch trze­ciego męż­czy­zny. Czwarty padł z nożem w oku. Kiedy Kala­din chwy­cił za to ostrze? Dowódca obra­cał się mię­dzy pozo­sta­łymi dwoma, jego włócz­nia roz­my­wała się w powie­trzu, poru­szał nią jak kijem. Przez chwilę Cen­nowi wyda­wało się, że widzi coś ota­cza­ją­cego ich dowódcę. Znie­kształ­ce­nie powie­trza, jakby sam wiatr stał się widzialny.

Stra­ci­łem tak wiele krwi. Wypływa tak szybko...

Kala­din obra­cał się, odpie­ra­jąc ataki, i dwaj ostatni włócz­nicy padli na zie­mię z bul­go­tem, który Cen­nowi wydał się pełen zasko­cze­nia. Powa­liw­szy wszyst­kich wro­gów, Kala­din odwró­cił się i ukląkł przy Cen­nie. Dowódca odło­żył włócz­nię, wycią­gnął z kie­szeni pasek bia­łej tka­niny i szybko owi­nął nim mocno udo Cenna. Robił to ze swo­bodą kogoś, kto wiele razy opa­try­wał rany.

- Kala­di­nie, panie! - powie­dział Cenn, wska­zu­jąc na jed­nego z żoł­nie­rzy, któ­rych Kala­din ranił.

Żoł­nierz wroga pod­niósł się, trzy­ma­jąc się za nogę. W tej samej chwili jed­nak poja­wił się zwa­li­sty Dal­let i tar­czą pchnął męż­czy­znę na zie­mię. Dal­let nie zabił ran­nego, lecz pozwo­lił mu się odczoł­gać bez broni.

Reszta oddziału dotarła na miej­sce i oto­czyła Kala­dina, Dal­leta i Cenna krę­giem. Dowódca wstał i uniósł włócz­nię do ramie­nia. Dal­let podał mu noże, które wycią­gnął z ciał zabi­tych.

- Zmar­twi­łeś mnie, panie - powie­dział Dal­let. - Kiedy tak odbie­głeś.

- Wie­dzia­łem, że ruszy­cie za mną - odparł Kala­din. - Pod­nie­ście czer­woną flagę. Cyn, Kora­ter, wra­ca­cie z chło­pa­kiem. Dal­let, zostań tutaj. Sze­regi Ama­rama wybrzu­szają się w tamtą stronę. Wkrótce będziemy bez­pieczni.

- A ty, panie? - spy­tał wete­ran.

Kala­din rozej­rzał się po polu walki. Pośród wro­gich sze­re­gów utwo­rzyła się luka, w któ­rej uka­zał się męż­czy­zna na bia­łym koniu, wyma­chu­jący potężną maczugą. Miał na sobie pełną zbroję pły­tową, wypo­le­ro­waną i ema­nu­jącą srebr­nym bla­skiem.

- Odpry­skowy - powie­dział Cenn.

Dal­let prych­nął.

- Nie, Ojcu Burz niech będą dzięki. Jedy­nie jasno­oki ofi­cer. Odpry­skowi są zbyt cenni, by mar­no­wać ich na nie­wiel­kie gra­niczne kon­flikty.

Kala­din wpa­try­wał się w jasno­okiego z widoczną nie­na­wi­ścią. Takiej samej nie­na­wi­ści był pełen ojciec Cenna, kiedy mówił o zło­dzie­jach chulli, i jego matka, gdy ktoś wspo­mniał o Kusiri, która ucie­kła z synem szewca.

- Panie? - ode­zwał się z waha­niem Dal­let.

- Pod­od­dział drugi i trzeci, klesz­cze - powie­dział Kala­din ostro. - Zdej­mu­jemy oświe­co­nego z jego tronu.

- Jesteś pewien, że to roz­sądne, panie? Mamy ran­nych.

Kala­din odwró­cił się w stronę Dal­leta.

- To jeden z ofi­ce­rów Hal­lawa. To może być on.

- Nie wiemy tego, panie.

- Tak czy ina­czej, jest dowódcą bata­lionu. Jeśli zabi­jemy ofi­cera o tak wyso­kiej ran­dze, wszy­scy z pew­no­ścią znaj­dziemy się w kolej­nej gru­pie wysła­nej na Strza­skane Rów­niny. Bie­rzemy go. - Jego oczy się zamgliły. - Wyobraź to sobie, Dal­le­cie. Praw­dziwi żoł­nie­rze. Obóz woj­skowy pełen dys­cy­pliny i uczciwi jasno­ocy. Miej­sce, w któ­rym nasza walka będzie miała sens.

Dal­let wes­tchnął, lecz poki­wał głową. Kala­din mach­nął w stronę grupki swo­ich żoł­nie­rzy - ruszyli bie­giem przez pole. Mniej­sza grupka, w tym Dal­let, została z tyłu z ran­nymi. Jeden z nich - chudy męż­czy­zna, w któ­rego czar­nych wło­sach znaj­do­wały się nie­liczne jasne pasma, świad­czące o domieszce obcej krwi - wycią­gnął z kie­szeni długą czer­woną wstęgę i przy­wią­zał ją do włóczni. Uniósł ją wysoko, pozwa­la­jąc, by wstążka zało­po­tała na wie­trze.

- To wezwa­nie dla bie­ga­czy, by znie­śli naszych ran­nych z pola walki - wyja­śnił Dal­let Cen­nowi. - Wkrótce cię stąd wydo­sta­niemy. Byłeś bar­dzo dzielny, sta­wia­jąc czoło tam­tej szó­stce.

- Ucieczka wyda­wała mi się głu­pia - odparł Cenn, pró­bu­jąc nie myśleć o pul­so­wa­niu w nodze. - Na polu bitwy jest tak wielu ran­nych, jak możemy wie­rzyć, że bie­ga­cze przyjdą po nas?

- Dowódca Kala­din ich prze­ku­pił - stwier­dził Dal­let. - Zazwy­czaj zabie­rają tylko jasno­okich, ale bie­ga­czy jest wię­cej niż jasno­okich ran­nych. Dowódca prze­zna­cza więk­szość żołdu na łapówki.

- Ten oddział rze­czy­wi­ście jest inny - zauwa­żył Cenn, czu­jąc zawroty głowy.

- Mówi­łem ci.

- Nie ze względu na szczę­ście, tylko na wyszko­le­nie.

- To jedno. Po dru­gie, wiemy, że jeśli zosta­niemy ranni, Kala­din ścią­gnie nas z pola walki. - Prze­rwał, obej­rzał się przez ramię. Jak prze­wi­dział Kala­din, sze­regi wojsk Ama­rama odzy­ski­wały pole.

Konny jasno­oki ofi­cer prze­ciw­nika ener­gicz­nie machał maczugą. Grupka jego straży hono­ro­wej skie­ro­wała się w bok, wal­cząc z pod­od­dzia­łami Kala­dina. Jasno­oki skrę­cił. Miał hełm bez przy­łbicy, roz­sze­rza­jący się do dołu i ozdo­biony wiel­kim pió­ro­pu­szem. Cenn nie widział jego oczu, ale wie­dział, że są nie­bie­skie albo zie­lone, może żółte lub jasno­szare. Był oświe­co­nym, wybra­nym w chwili naro­dzin przez Herol­dów, jego prze­zna­cze­niem zaś była wła­dza.

Bez­na­mięt­nie przy­glą­dał się tym, któ­rzy wal­czyli w pobliżu. I wtedy jeden z noży Kala­dina tra­fił go w oko.

Oświe­cony wrza­snął i osu­nął się z sio­dła, a Kala­din jakimś spo­so­bem prze­śli­zgnął się mię­dzy żoł­nie­rzami i rzu­cił się na niego z unie­sioną włócz­nią.

- Tak, to dzięki wyszko­le­niu - powie­dział Dal­let, potrzą­sa­jąc głową. - Ale przede wszyst­kim dzięki niemu. Wal­czy jak burza i myśli dwa razy szyb­ciej od pozo­sta­łych. Spo­sób, w jaki cza­sami się poru­sza...

- Opa­trzył mi nogę - stwier­dził Cenn.

Zorien­to­wał się, że gada bzdury z powodu utraty krwi. Po co zwra­cać uwagę na opa­trzoną ranę? To prze­cież coś zwy­czaj­nego.

Dal­let jedy­nie poki­wał głową.

- Wie dużo o ranach. Umie też czy­tać glify. Dziwny z naszego dowódcy czło­wiek, jak na ciem­no­okiego włócz­nika. - Odwró­cił się do Cenna. - Ale ty powi­nie­neś oszczę­dzać siły, synu. Dowódca nie będzie zachwy­cony, jeśli cię utra­cimy, nie po tym, ile za cie­bie zapła­cił.

- Dla­czego? - spy­tał Cenn.

Na polu bitwy zro­biło się ciszej, jakby wielu z umie­ra­ją­cych ochry­pło już od krzy­ków. Nie­mal wszy­scy ich ota­cza­jący byli sojusz­ni­kami, ale Dal­let wciąż się roz­glą­dał, by się upew­nić, że żaden wróg nie spró­buje zaata­ko­wać ran­nych Kala­dina.

- Dla­czego, Dal­le­cie? - powtó­rzył Cenn. Czuł, że to bar­dzo ważne. - Dla­czego ścią­gnął mnie do oddziału? Dla­czego wła­śnie mnie?

Wete­ran pokrę­cił głową.

- Taki po pro­stu jest. Nie­na­wi­dzi myśli o tym, że dzie­ciaki takie jak ty, led­wie wyszko­lone, tra­fiają na pole bitwy. Od czasu do czasu znaj­duje jed­nego i ściąga go do naszego oddziału. Dobre pół tuzina z naszych ludzi było kie­dyś jak ty. - Oczy Dal­leta zamgliły się. - Sądzę, że mu kogoś przy­po­mi­nasz.

Cenn spoj­rzał na swoją nogę. Bólo­spreny - jak małe poma­rań­czowe dło­nie o nie­na­tu­ral­nie dłu­gich pal­cach - peł­zały wokół niego, reagu­jąc na jego cier­pie­nie. Zaczęły się odwra­cać i ruszać w inne strony, wyszu­ku­jąc innych ran­nych. Ból Cenna osłabł, jego noga - całe ciało - była odrę­twiała.

Odchy­lił się do tyłu i wpa­trzył w niebo. Sły­szał odle­gły grzmot. To wyda­wało mu się dziwne, niebo było bez­chmurne.

Dal­let zaklął.

Cenn odwró­cił się, a wstrząs wytrą­cił go z otę­pie­nia. W ich stronę galo­po­wał potężny czarny koń nio­sący jeźdźca w błysz­czą­cym pan­ce­rzu, który jakby ema­no­wał bla­skiem. Ten pan­cerz był gładki - mniej­sze płytki, pod któ­rymi spo­dzie­wałby się kol­czugi, wyglą­dały na nie­wia­ry­god­nie skom­pli­ko­wane. Postać nosiła pozba­wiony ozdób hełm, a pan­cerz był pozła­cany. W jed­nej ręce trzy­mał potężne ostrze. Nie było pro­ste jak zwy­czajny miecz, lecz zakrzy­wione, a tępą stronę zdo­biły wyżło­bie­nia, jak falę. Całą dłu­gość klingi pokry­wały gra­we­runki.

Był piękny. Jak dzieło sztuki. Cenn ni­gdy nie widział Odpry­sko­wego, ale od razu wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia. Jak mógł pomy­lić zwy­kłego jasno­okiego w zbroi z jedną z tych maje­sta­tycz­nych istot?

Czy Dal­let nie twier­dził, że na tym polu bitwy nie będzie Odpry­sko­wych? Wete­ran pod­niósł się i wezwał pod­od­dział do zbiórki. Cenn nie ruszył się z miej­sca. Rana nogi nie pozwo­li­łaby mu się pod­nieść.

Krę­ciło mu się w gło­wie. Ile krwi stra­cił? Z tru­dem myślał.

Tak czy ina­czej, nie mógł wal­czyć. Prze­ciwko cze­muś takiemu się nie wal­czyło. Słońce odbi­jało się od błysz­czą­cego pan­ce­rza. I to wspa­niałe, ozdobne, wijące się ostrze. Zupeł­nie jakby... jakby sam Wszech­mocny przy­jął tę postać, by przejść po polu bitwy.

A czemu ktoś miałby wal­czyć prze­ciwko Wszech­moc­nemu?

Cenn zamknął oczy.

2. Honor jest martwy

"Dzie­sięć zako­nów. Kie­dyś byli­śmy kochani. Dla­czego nas opu­ści­łeś, Wszech­mocny? Odpry­sku mojej duszy, gdzie się podzia­łeś?".

Zebrane dru­giego dnia Kakash roku 1171, pięć sekund przed śmier­cią. Badaną była jasno­oka kobieta w trze­ciej deka­dzie życia.

Osiem mie­sięcy póź­niej

Kala­di­nowi zabur­czało w brzu­chu, kiedy wycią­gnął ręce przez kraty i przy­jął miskę brei. Prze­cią­gnął nie­dużą miseczkę - bar­dziej kubek - mię­dzy prę­tami, pową­chał ją i skrzy­wił się, kiedy wóz znów ruszył. Na szarą breję skła­dały się roz­go­to­wane ziarna tal­lew, do tego pły­wały w niej zaschnięte resztki wczo­raj­szej kola­cji.

Choć posi­łek wywo­ły­wał obrzy­dze­nie, niczego innego nie mógł się spo­dzie­wać. Zaczął jeść, wysta­wia­jąc nogi za kraty i przy­glą­da­jąc się kra­jo­bra­zowi. Inni nie­wol­nicy w jego klatce mocno ści­skali miseczki, oba­wia­jąc się, że ktoś je może ukraść. Jeden z nich pierw­szego dnia usi­ło­wał ukraść jedze­nie Kala­dina. Ten pra­wie zła­mał męż­czyź­nie rękę. Teraz nikt go już nie nie­po­koił.

I to mu odpo­wia­dało.

Jadł pal­cami, nie zwra­ca­jąc uwagi na brud. Prze­stał go zauwa­żać przed mie­sią­cami. Drę­czyło go, że czuje w sobie część para­noi, którą oka­zy­wali pozo­stali. A jak miałby jej nie czuć po ośmiu mie­sią­cach bicia, nędzy i bru­tal­no­ści?

Spró­bo­wał ją stłu­mić. Nie sta­nie się taki jak oni. Nawet jeśli oddał już wszystko - nawet jeśli wszystko mu ode­brano, nawet jeśli nie miał już nadziei na ucieczkę. To jedno posta­no­wił zacho­wać. Był nie­wol­ni­kiem. Ale nie musiał tak myśleć.

Szybko dokoń­czył breję. W pobliżu jeden z nie­wol­ni­ków zaczął cicho poka­sły­wać. W wozie znaj­do­wało się w sumie dzie­się­ciu męż­czyzn, wszy­scy zaro­śnięci i brudni. Był to jeden z trzech wozów w kara­wa­nie jadą­cej przez Niczyje Wzgó­rza.

Słońce pło­nęło bia­ławą czer­wie­nią na hory­zon­cie, jak naj­go­ręt­sza część ognia w pale­ni­sku kowala. Pod­świe­tlało ota­cza­jące je chmury, zabar­wia­jąc je, jak farba rzu­cona od nie­chce­nia na płótno. Wzgó­rza, poro­śnięte wysoką, mono­ton­nie zie­loną trawą, nie miały końca. Na pobli­skim kopcu, wokół roślin krą­żyła nie­wielka postać, poru­sza­jąc się niczym fru­wa­jący owad. Była bez­kształtna, czę­ściowo prze­zro­czy­sta. Wia­tro­spreny były spryt­nymi duchami, które upodo­bały sobie prze­by­wa­nie tam, gdzie ich nie chciano. Kala­din miał nadzieję, że ten się znu­dzi i sobie pój­dzie, ale kiedy pró­bo­wał odrzu­cić w bok drew­nianą miskę, odkrył, że przy­kle­iła się do jego pal­ców.

Wia­tro­spren zaśmiał się i prze­le­ciał obok, wstęga świa­tła bez okre­ślo­nej postaci. Kala­din zaklął i szarp­nął miskę. Wia­tro­spreny czę­sto robiły takie dow­cipy. Cią­gnął miskę i w końcu udało mu się ją ode­rwać. Mam­ro­cząc pod nosem, rzu­cił ją jed­nemu z nie­wol­ni­ków. Męż­czy­zna zaczął pośpiesz­nie wyli­zy­wać resztki brei.

- Hej - szep­nął ktoś.

Kala­din spoj­rzał w bok. Nie­wol­nik o ciem­nej skó­rze i przy­le­pio­nych do głowy wło­sach pełzł w jego stronę, ostroż­nie, jakby się spo­dzie­wał, że Kala­din będzie zły.

- Nie jesteś taki, jak pozo­stali.

Męż­czy­zna prze­niósł spoj­rze­nie czar­nych oczu na czoło Kala­dina, na któ­rym znaj­do­wały się trzy piętna. Dwa pierw­sze two­rzyły parę gli­fów, którą ozna­czono go przed ośmioma mie­sią­cami, w ostat­nim dniu w armii Ama­rama. Trze­cie było świeże, ozna­czył go nim ostatni wła­ści­ciel. Ostatni glif ozna­czał shash, nie­bez­pieczny.

Nie­wol­nik trzy­mał rękę za ple­cami. Nóż? Nie, to śmieszne. Żaden z tych nie­wol­ni­ków nie mógł prze­my­cić broni, liście ukryte w pasku Kala­dina były naj­bliż­szym tego miana. Ale stare instynkty nie umie­rały, więc Kala­din obser­wo­wał tę dłoń.

- Sły­sza­łem, jak gadają straż­nicy - mówił dalej nie­wol­nik, przy­su­wa­jąc się bli­żej. Miał tik, który spra­wiał, że zbyt czę­sto mru­gał. - Pró­bo­wa­łeś ucie­kać, mówili. Udało ci się uciec.

Kala­din nie odpo­wie­dział.

- Posłu­chaj - stwier­dził nie­wol­nik, wysu­wa­jąc rękę zza ple­ców i uka­zu­jąc miskę brei. Była w poło­wie pełna. - Następ­nym razem weź mnie ze sobą - wyszep­tał. - Oddam ci to. Połowa mojego jedze­nia od tej chwili do ucieczki. Pro­szę. - Mówiąc to, przy­cią­gnął kilka gło­do­spre­nów. Wyglą­dały jak brą­zowe muchy fru­wa­jące wokół głowy męż­czy­zny, nie­mal zbyt małe, by je zoba­czyć.

Kala­din odwró­cił się, wpa­tru­jąc w nie­koń­czące się wzgó­rza i koły­szące trawy. Oparł jedną rękę o kraty i poło­żył na niej głowę, a jego wysta­wione na zewnątrz nogi koły­sały się mia­rowo z ruchem wozu.

- I jak? - spy­tał nie­wol­nik.

- Jesteś głup­cem. Gdy­byś dawał mi połowę jedze­nia, był­byś zbyt słaby, żeby uciec, gdy­bym miał zamiar to uczy­nić. A ja tego nie zro­bię. To się nie uda.

- Ale...

- Dzie­sięć razy - wyszep­tał Kala­din. - Dzie­sięć prób ucieczki w ciągu ośmiu mie­sięcy od pię­ciu róż­nych panów. I jak wiele z nich się powio­dło?

- Cóż... to zna­czy... wciąż tu jesteś.

Osiem mie­sięcy. Osiem mie­sięcy w nie­woli, osiem mie­sięcy brei i bicia. Pra­wie jak wiecz­ność. Led­wie pamię­tał woj­sko.

- Nie możesz się ukryć jako nie­wol­nik - powie­dział Kala­din. - Nie z tym pięt­nem na czole. Och, parę razy udało mi się uciec. Ale zawsze mnie odnaj­dy­wali. I wra­ca­łem.

Kie­dyś ludzie nazy­wali go szczę­ścia­rzem. Burzą Bło­go­sła­wio­nym. To były kłam­stwa - jeśli już, Kala­din miał pecha. Żoł­nie­rze byli prze­sądni, i choć on z początku opie­rał się takiemu myśle­niu, sta­wało się to coraz trud­niej­sze. Każda osoba, którą pra­gnął chro­nić, umie­rała. Raz za razem. A teraz zna­lazł się nawet w gor­szej sytu­acji niż na początku. Lepiej się nie opie­rać. Taki był jego los, a on się mu pod­dał.

Była w tym pewna moc, wol­ność. Wol­ność od przej­mo­wa­nia się.

Nie­wol­nik w końcu się zorien­to­wał, że Kala­din nic wię­cej nie powie, więc wyco­fał się i dojadł breję. Wozy na­dal się toczyły, wszę­dzie wokół roz­cią­gały się pola zie­leni. Jed­nak teren wokół grze­cho­czą­cych wozów był jałowy. Gdy się zbli­żali, trawa cofała się, każde źdźbło wsu­wało się do malut­kiego otworu w skale. Gdy się odda­lili, trawa wysu­wała się ostroż­nie, wzno­sząc źdźbła do słońca. I tak oto klatki poru­szały się po czymś, co wyglą­dało jak ska­li­sta droga, przy­go­to­wana spe­cjal­nie dla nich.

Tak daleko w głębi Niczy­ich Wzgórz arcy­bu­rze były nie­wia­ry­god­nie potężne. Rośliny nauczyły się prze­trwa­nia. Tak nale­żało zro­bić, nauczyć się prze­trwać. Zaprzeć się i wytrzy­mać arcy­bu­rzę.

Kala­din poczuł smród kolej­nego spo­co­nego, nie­my­tego ciała i usły­szał odgłos kro­ków. Rzu­cił w bok podejrz­liwe spoj­rze­nie, spo­dzie­wa­jąc się powrotu tam­tego nie­wol­nika.

Tym razem to był ktoś inny. Miał długą czarną brodę, pełną resz­tek jedze­nia i koł­tu­nów. Kala­din nosił krót­szą brodę, pozwa­la­jąc, by najem­nicy Tvla­kva przy­ci­nali ją od czasu do czasu. Podob­nie jak on sam, ten nie­wol­nik nosił resztki brą­zo­wego worka zwią­za­nego sznu­rem i oczy­wi­ście był ciem­no­oki - może jego oczy miały odcień głę­bo­kiej zie­leni, choć w wypadku ciem­nych oczu trudno było to oce­nić. Wszyst­kie wyda­wały się czarne lub brą­zowe, jeśli nie spoj­rzało się w nie w odpo­wied­nim świe­tle.

Przy­bysz cof­nął się, uno­sząc ręce. Miał wysypkę na jed­nej dłoni, nie­wiel­kie prze­bar­wie­nie skóry. Pew­nie zbli­żył się, bo zoba­czył, że Kala­din odpo­wiada tam­temu męż­czyź­nie. Nie­wol­nicy bali się go od pierw­szego dnia, ale byli też wyraź­nie cie­kawi.

Kala­din wes­tchnął i odwró­cił się. Nie­wol­nik przy­siadł obok niego.

- Nie będziesz miał nic prze­ciwko, jeśli zapy­tam, jak zosta­łeś nie­wol­ni­kiem, przy­ja­cielu? Cią­gle się nad tym zasta­na­wiam. Wszy­scy się zasta­na­wiamy.

Oce­nia­jąc po akcen­cie i ciem­nych wło­sach, ten męż­czy­zna był Ale­thyj­czy­kiem, podob­nie jak on sam. Jak więk­szość nie­wol­ni­ków. Kala­din nie odpo­wie­dział na pyta­nie.

- Ja ukra­dłem stado chulli - powie­dział męż­czy­zna. Miał chra­pliwy głos, jak ocie­ra­jące się o sie­bie kartki papieru. - Gdy­bym zabrał jed­nego chulla, może by mnie tylko pobili. Ale całe stado. Sie­dem­na­ście sztuk... - Zaśmiał się pod nosem z podziwu dla wła­snej zuchwa­ło­ści.

W kącie wozu znów ktoś zakasz­lał. Wyglą­dali żało­śnie, nawet jak na nie­wol­ni­ków. Słabi, cho­rzy, nie­do­ży­wieni. Nie­któ­rzy, jak Kala­din, byli wie­lo­krot­nymi ucie­ki­nie­rami, choć tylko on nosił piętno shash. Naj­bar­dziej bez­war­to­ściowi z bez­war­to­ścio­wej kasty, kupieni z dużym raba­tem. Pew­nie zabie­rano ich na sprze­daż do odle­głych krain, gdzie roz­pacz­li­wie bra­ko­wało siły robo­czej. Wzdłuż wybrzeża sąsia­du­ją­cego z Niczy­imi Wzgó­rzami znaj­do­wało się wiele nie­du­żych, nie­za­leż­nych miast, gdzie voriń­skie prawa doty­czące wyko­rzy­sta­nia nie­wol­ni­ków były jedy­nie pogło­ską.

Wyprawa w te strony była nie­bez­pieczna. Tymi kra­inami nikt nie wła­dał, a prze­jeż­dża­jąc przez otwarty teren i trzy­ma­jąc się z dala od szla­ków han­dlo­wych, Tvlakv mógł wpaść na pozba­wio­nych zatrud­nie­nia najem­ni­ków. Ludzi, któ­rzy nie mieli honoru i nie oba­wiali się zamor­do­wać han­dla­rza nie­wol­ni­ków i samych nie­wol­ni­ków, by ukraść parę chulli i wozów.

Ludzie, któ­rzy nie mieli honoru. Czy ist­nieli ludzie, któ­rzy mieli honor?

Nie, pomy­ślał Kala­din. Honor umarł przed ośmioma mie­sią­cami.

- I jak? - spy­tał bro­dacz. - Co ty zro­bi­łeś, że zosta­łeś nie­wol­ni­kiem?

Kala­din znów uniósł rękę do krat.

- Jak zosta­łeś zła­pany?

- To dziwne - odparł męż­czy­zna. Kala­din nie odpo­wie­dział na jego pyta­nie, ale odpo­wie­dział. Wyda­wało się, że to mu wystar­cza. - Przez kobietę, oczy­wi­ście. Powi­nie­nem się domy­ślić, że mnie sprzeda.

- Nie powi­nie­neś kraść chulli. Są za wolne. Konie byłyby lep­sze.

Męż­czy­zna roze­śmiał się na całe gar­dło.

- Konie? Za kogo ty mnie uwa­żasz? Za wariata? Gdyby mnie na tym zła­pali, powie­si­liby mnie. Przez chulle doro­bi­łem się tylko piętna nie­wol­nika.

Kala­din zer­k­nął w bok. Piętno na czole męż­czy­zny było star­sze niż Kala­dina, skóra wokół bli­zny pobie­lała. Co to była za para gli­fów?

- Sas morom - powie­dział Kala­din. Tak nazy­wała się dzie­dzina lorda, w któ­rej tam­ten został pier­wot­nie napię­to­wany.

Męż­czy­zna uniósł wzrok, wyraź­nie wstrzą­śnięty.

- Ej! Znasz glify? - Kilku z pobli­skich nie­wol­ni­ków poru­szyło się zasko­czo­nych. - Twoja histo­ria musi być lep­sza niż się spo­dzie­wa­łem.

Kala­din wpa­try­wał się w trawy koły­szące się na sła­bym wie­trze. Kiedy wiatr się wzma­gał, deli­kat­niej­sze źdźbła kuliły się w jam­kach, przez co kra­jo­braz sta­wał się nie­jed­no­lity, jak sierść cho­rego konia. Wia­tro­spren wciąż tam był, poru­szał się mię­dzy kępami trawy. Jak długo za nimi podą­żał? Przy­naj­mniej od kilku mie­sięcy. To było rze­czy­wi­ście dziwne. Może to nie był ten sam? Niczym się od sie­bie nie róż­niły.

- I jak? - pytał dalej męż­czy­zna. - Dla­czego tu jesteś?

- Jest wiele powo­dów, dla któ­rych tu jestem - odparł Kala­din. - Porażki. Zbrod­nie. Zdrady. Pew­nie tak samo, jak każdy z nas.

Wokół niego kilku męż­czyzn przy­tak­nęło chrząk­nię­ciem. Jedno z tych chrząk­nięć zmie­niło się w suchy kaszel. Upo­rczywy kaszel, myślała część umy­słu, połą­czony z nad­mia­rem flegmy i gorącz­ko­wym mam­ro­ta­niem w nocy. Brzmi jak zgrzy­tawka.

- Cóż - ode­zwał się męż­czy­zna - może powi­nie­nem zadać inne pyta­nie. Wię­cej szcze­gó­łów, jak mawiała moja matka. Mów, o co ci cho­dzi, i pytaj o to, czego chcesz się dowie­dzieć. W jaki spo­sób dosta­łeś swoje pierw­sze piętno?

Kala­din sie­dział, czu­jąc, jak wóz prze­ta­cza się po skale.

- Zabi­łem jasno­okiego.

Jego bez­i­mienny towa­rzysz znów zagwiz­dał, tym razem z podzi­wem.

- Dziwi mnie, że jesz­cze żyjesz.

- Zabi­ja­nie jasno­okich nie jest powo­dem, dla któ­rego zro­bili ze mnie nie­wol­nika - powie­dział Kala­din. - Pro­ble­mem jest ten, któ­rego nie zabi­łem.

- Jak to?

Kala­din potrzą­snął głową i prze­stał odpo­wia­dać na pyta­nia roz­ga­da­nego męż­czy­zny. Tam­ten w końcu prze­szedł na począ­tek klatki i usiadł, wpa­tru­jąc się w bose stopy.

***

Wiele godzin póź­niej Kala­din na­dal sie­dział na swoim miej­scu, odru­chowo obma­cu­jąc glify na czole. Tak wyglą­dało jego życie, dzień za dniem, jazda w tych prze­klę­tych wozach.

Pierw­sze piętna zago­iły się już dawno, lecz skóra wokół piętna shash była czer­wona, podraż­niona i pokryta stru­pami. Pul­so­wała, pra­wie jak dru­gie serce. Bolało nawet bar­dziej niż opa­rze­nie, któ­rego doro­bił się, kiedy jako dziecko chwy­cił gorący uchwyt kociołka.

Lek­cje, któ­rych nauczył go ojciec, odzy­wały się szep­tem z tyłu głowy, przy­po­mi­na­jąc, jak należy dbać o opa­rze­nie. Nało­żyć bal­sam, by zapo­biec zaka­że­niu, raz dzien­nie prze­my­wać. Te wspo­mnie­nia wcale go nie pocie­szały, wręcz draż­niły. Nie miał soku z czwo­ro­li­stu ani olejku liste­ro­wego - bra­ko­wało mu nawet wody do prze­my­cia.

Czę­ści rany, które się zaskle­piły, cią­gnęły, spra­wia­jąc, że jego czoło wyda­wało się napięte. Co kilka chwil marsz­czył je, draż­niąc w ten spo­sób ranę. Przy­zwy­czaił się już do pod­no­sze­nia ręki i ocie­ra­nia stru­żek krwi sączą­cych się z pęk­nięć - jego prawe przed­ra­mię było całe usma­ro­wane. Gdyby miał lustro, pew­nie mógłby zauwa­żyć malut­kie czer­wone zgni­ło­spreny zbie­ra­jące się wokół rany.

Słońce opa­dało na zachód, ale wozy wciąż się toczyły. Fio­le­towy Salas wyj­rzał nad hory­zont na wscho­dzie, z początku jakby z waha­niem, jakby się upew­niał, że słońce już znik­nęło. To była bez­chmurna noc i gwiazdy migo­tały wysoko. Bli­zna Talna - pasmo ciem­no­czer­wo­nych gwiazd, które wyróż­niało się na tle migo­czą­cych bia­łych - o tej porze roku wzno­siła się wysoko na nie­bie.

Tam­ten nie­wol­nik, który kasz­lał, znów zaczął. Chra­pliwy, wil­gotny dźwięk. Nie­gdyś Kala­din pośpie­szyłby na pomoc, ale coś się w nim zmie­niło. Tak wielu ludzi, któ­rym chciał pomóc, zgi­nęło. Wyda­wało mu się - irra­cjo­nal­nie - że tam­temu będzie lepiej bez jego wtrą­ca­nia się. Po tym, jak zawiódł Tiena, póź­niej Dal­leta i oddział, a następ­nie dzie­sięć kolej­nych grup nie­wol­ników, bra­ko­wało mu woli, by spró­bo­wać ponow­nie.

Dwie godziny po wscho­dzie Pierw­szego Księ­życa Tvlakv w końcu zarzą­dził postój. Jego dwaj bru­talni najem­nicy zeszli z kozłów i ruszyli roz­pa­lać nie­wiel­kie ogni­sko. Chudy Taran - młody słu­żący - zajął się chul­lami. Potężne sko­ru­piaki były nie­mal wiel­ko­ści wozów. Usa­do­wiły się i scho­wały na noc w swo­ich sko­ru­pach, wcią­ga­jąc szczyp­cami pia­sek. Wkrótce były jedy­nie trzema bry­łami w ciem­no­ści, nie­wiele odróż­nia­ją­cymi się od skał. W końcu Tvlakv pod­szedł do każ­dego nie­wol­nika po kolei, dając im po kubku wody i upew­nia­jąc się, że jego inwe­sty­cja zachowa zdro­wie. A przy­naj­mniej tyle zdro­wia, ile można się było spo­dzie­wać po tej żało­snej gro­madce.

Tvlakv zaczął od pierw­szego wozu, a Kala­din - nie pod­no­sząc się - wci­snął palce za pro­wi­zo­ryczny pasek, spraw­dza­jąc ukryte za nim liście. Przy­jem­nie zatrzesz­czały, sztywne wysu­szone łuski dra­pały jego skórę. Wciąż nie był pewien, co z nimi zro­bić. Zerwał je pod wpły­wem kaprysu pod­czas jed­nej z oka­zji, kiedy pozwo­lono mu wyjść z wozu i roz­pro­sto­wać nogi. Wąt­pił, by kto­kol­wiek z kara­wany umiał roz­po­znać czar­no­zgubę - wąskie, trój­dzielne liście - więc nie było to wiel­kie ryzyko.

Od nie­chce­nia wyjął liście i ugniótł je mię­dzy pal­cem wska­zu­ją­cym a dło­nią. Musiały wyschnąć, by uzy­skać pełną moc. Dla­czego nosił je ze sobą? Czy miał zamiar podać je Tvla­kvowi, by się zemścić? Czy też były osta­tecz­nym roz­wią­za­niem, do zacho­wa­nia na wypa­dek, gdyby sytu­acja stała się zbyt ciężka, zbyt nie­zno­śna?

Z pew­no­ścią aż tak bar­dzo nie upa­dłem, pomy­ślał. Praw­do­po­dob­nie zadzia­łał jego instynkt chwy­ce­nia napo­tka­nej broni, nawet jeśli była nie­zwy­kła. Kra­jo­braz spo­wi­jał mrok. Salas był naj­mniej­szym i naj­ciem­niej­szym z księ­ży­ców, a choć jego fio­le­towa barwa zain­spi­ro­wała nie­zli­czo­nych poetów, nie pozwa­lał zoba­czyć nawet dłoni unie­sio­nej do twa­rzy.

- Och! - usły­szał miękki, kobiecy głos. - Co to takiego?

Prze­zro­czy­sta istota - wysoka na dłoń - wyj­rzała spod pod­łogi w pobliżu Kala­dina. Wspięła się do wozu, jakby wspi­nała się na wysoki pła­sko­wyż. Wia­tro­spren przy­jął postać mło­dej kobiety - więk­sze spreny umiały zmie­niać kształt i wiel­kość - o kan­cia­stej twa­rzy i dłu­gich, falu­ją­cych wło­sach, które za jej głową roz­pły­wały się we mgle. Kobieta - Kala­din nie mógł myśleć o niej ina­czej niż o kobie­cie - była stwo­rzona z bla­do­nie­bie­skich i bia­łych odcieni i nosiła pro­stą, lejącą się sukienkę dziew­czę­cego kroju, która się­gała jej do połowy łydki. Podob­nie jak włosy, roz­pły­wała się w mgle. Jej stopy, dło­nie i twarz były wyraźne, miała też bio­dra i biust smu­kłej kobiety.

Kala­din zmarsz­czył czoło, patrząc na ducha. Spreny były wszę­dzie, przez więk­szość czasu się je igno­ro­wało. Ale ten zacho­wy­wał się dziw­nie. Wia­tro­spren uniósł się, jakby się wspi­nał po nie­wi­dzial­nych scho­dach. Osią­gnęła wyso­kość, na któ­rej mogła wpa­trzyć się w rękę Kala­dina, więc męż­czy­zna zaci­snął palce wokół czar­nych liści. Okrą­żyła jego pięść. Choć ema­no­wała bla­skiem jak powi­dok po wpa­try­wa­niu się w słońce, jej postać nie oświe­tlała oto­cze­nia.

Pochy­liła się, wpa­tru­jąc się w jego dłoń z róż­nych stron, niczym dziecko spo­dzie­wa­jące się zna­leźć ukryty cukie­rek.

- Co to takiego? - Jej głos przy­po­mi­nał szept. - Możesz mi poka­zać. Nikomu nie powiem. Czy to skarb? Czy odcią­łeś kawa­łek płasz­cza nocy i go ukry­łeś? Czy to serce żuka, tak malut­kie, a jed­nak potężne?

Nic nie odpo­wie­dział, a wtedy spren się nadą­sała. Uno­siła się w powie­trzu, choć nie miała skrzy­deł, i spoj­rzała mu w oczy.

- Kala­di­nie, dla­czego mnie igno­ru­jesz?

Wzdry­gnął się.

- Co powie­dzia­łaś?

Uśmiech­nęła się psot­nie, po czym odsko­czyła, a jej postać roz­myła się w długą wstęgę błę­kitno-bia­łego świa­tła. Wystrze­liła mię­dzy prę­tami - krę­cąc się w powie­trzu jak pasek tka­niny na wie­trze - i wsko­czyła pod wóz.

- A niech cię burza! - wark­nął Kala­din, pod­ry­wa­jąc się na równe nogi. - Duchu! Co powie­dzia­łaś? Powtórz to!

Spreny nie uży­wały ludz­kich imion. Spreny nie były inte­li­gentne. Te więk­sze - wia­tro­spreny czy rze­ko­spreny - umiały naśla­do­wać głosy i wyrazy twa­rzy, ale nie myślały. Nie...

- Czy ktoś z was to sły­szał? - spy­tał Kala­din, odwra­ca­jąc się do innych nie­wol­ni­ków.

Dach klatki znaj­do­wał się na tyle wysoko, że męż­czy­zna mógł się z tru­dem wypro­sto­wać. Pozo­stali leżeli, cze­ka­jąc na swój kubek wody. Nie dostał żad­nej odpo­wie­dzi poza kil­koma mruk­nię­ciami, żeby się uci­szył, i kasz­lem cho­rego w kącie. Nawet "przy­ja­ciel" z wcze­śniej­szej roz­mowy go zigno­ro­wał. Męż­czy­zna popadł w otę­pie­nie i gapił się w swoje stopy, od czasu do czasu poru­sza­jąc pal­cami.

Może nie widzieli sprena. Wiele z więk­szych było nie­wi­dzial­nych dla wszyst­kich poza osobą, którą drę­czyły. Kala­din usiadł z powro­tem na pod­ło­dze wozu i wysta­wił nogi na zewnątrz. Wia­tro­spren wypo­wie­działa jego imię, ale bez wąt­pie­nia po pro­stu powtó­rzyła coś, co usły­szała wcze­śniej. Tyle że... żaden z męż­czyzn w klatce nie znał jego imie­nia.

Może zaczy­nam wario­wać? - pomy­ślał Kala­din. Widzę rze­czy, któ­rych nie ma. Sły­szę głosy.

Ode­tchnął głę­boko i otwo­rzył dłoń. Jego uścisk poła­mał liście. Musiał je scho­wać, żeby unik­nąć dal­szego...

- Te liście wyglą­dają inte­re­su­jąco - usły­szał ten sam kobiecy głos. - Bar­dzo je lubisz, prawda?

Kala­din pod­sko­czył i odwró­cił się w bok. Wia­tro­spren stała w powie­trzu tuż obok jego głowy, a jej biała sukienka falo­wała na wie­trze, któ­rego on sam nie czuł.

- Skąd znasz moje imię? - spy­tał.

Wia­tro­spren nie odpo­wie­działa. Prze­szła w powie­trzu do krat, po czym wysta­wiła głowę na zewnątrz i patrzyła, jak han­dlarz Tvlakv podaje wodę ostat­nim kilku nie­wol­ni­kom z pierw­szego wozu.

- Dla­czego nie wal­czysz? Robi­łeś to wcze­śniej. Teraz prze­sta­łeś.

- A co cię to obcho­dzi, duchu?

Prze­chy­liła głowę.

- Nie wiem - odparła, jakby sama sie­bie zasko­czyła. - Ale tak jest. Czy to nie dziwne?

To było bar­dziej niż dziwne. Co miał sądzić o spre­nie, który nie tylko zwra­cał się do niego po imie­niu, ale naj­wy­raź­niej pamię­tał rze­czy, które on robił przed wie­loma tygo­dniami?

- Wiesz, Kala­di­nie, ludzie nie jedzą liści - powie­działa, zapla­ta­jąc prze­zro­czy­ste ręce na piersi. - A może jecie? Nie pamię­tam. Jeste­ście tacy dziwni, wpy­cha­cie sobie nie­które rze­czy do ust, inne z sie­bie wyle­wa­cie, kiedy myśli­cie, że nikt nie patrzy.

- Skąd znasz moje imię? - wyszep­tał.

- A skąd ty je znasz?

- Znam je, ponie­waż... ponie­waż jest moje. Rodzice mi o nim powie­dzieli. Nie wiem.

- Cóż, ja też nie - stwier­dziła i poki­wała głową, jakby wła­śnie wygrała wielki spór.

- Świet­nie - odparł. - A dla­czego zwra­casz się do mnie po imie­niu?

- Bo to uprzejme. A ty jesteś nie­uprzejmy.

- Spreny nie wie­dzą, co to zna­czy!

- Widzisz - powie­działa, wska­zu­jąc na niego. - Nie­uprzejmy.

Kala­din zamru­gał. Cóż, znaj­do­wał się daleko od miej­sca, w któ­rym dora­stał, cho­dził po obcej skale i jadł obcą żyw­ność. Może miesz­ka­jące tu spreny były inne niż te w jego ojczyź­nie.

- To dla­czego nie wal­czysz? - spy­tała i prze­fru­nęła na jego nogi. Spo­częła na nich i unio­sła wzrok. Nie miała cię­żaru, który mógłby wyczuć.

- Nie mogę wal­czyć - odparł cicho.

- Wcze­śniej to robi­łeś.

Przy­mknął oczy i oparł głowę o kraty.

- Jestem taki zmę­czony.

Nie cho­dziło mu o fizyczne wyczer­pa­nie, choć osiem mie­sięcy jedze­nia resz­tek pozba­wiło go więk­szo­ści siły, o którą tak trosz­czył się na woj­nie. Czuł się zmę­czony. Nawet kiedy się wyspał. Nawet przy tych rzad­kich oka­zjach, kiedy nie był głodny, zmar­z­nięty albo zesztyw­niały po biciu. Taki zmę­czony...

- Wcze­śniej też byłeś zmę­czony.

- Zawio­dłem, duchu - odparł, zaci­ska­jąc mocno powieki. - Czy musisz mnie tak drę­czyć?

Wszy­scy byli mar­twi. Cenn i Dal­let, a przed­tem Tukks i Łapa­cze. Wcze­śniej Tien. Jesz­cze wcze­śniej krew na jego rękach i ciało dziew­czynki o bla­dej skó­rze.

Nie­któ­rzy z sie­dzą­cych naj­bli­żej nie­wol­ni­ków mam­ro­tali, pew­nie uwa­żali go za sza­leńca. Każdy mógł przy­cią­gnąć sprena, ale wszy­scy szybko uczyli się, że roz­ma­wia­nie z nimi nie ma sensu. Czy zwa­rio­wał? Może powi­nien sobie tego życzyć - sza­leń­stwo było ucieczką przed cier­pie­niem. A jed­nak prze­ra­żało go.

Otwo­rzył oczy. Tvlakv w końcu przy­drep­tał do wozu Kala­dina z wia­drem wody. Kor­pu­lentny, ciem­no­oki męż­czy­zna cho­dził, lekko uty­ka­jąc - może na sku­tek zła­ma­nia. Był Thay­le­nem, a wszy­scy thay­leń­scy męż­czyźni mieli białe brody - nie­za­leż­nie od wieku i koloru wło­sów na gło­wie - oraz białe brwi. Te brwi wyra­stały bar­dzo dłu­gie i Thay­le­no­wie nosili je zacze­sane za uszy. To spra­wiało, że męż­czy­zna wyglą­dał, jakby miał dwa białe pasma w czar­nych wło­sach.

Jego ubra­nie - spodnie w czarno-czer­wone pasy i nie­bie­ski swe­ter pasu­jący do weł­nia­nej czapki w podob­nym odcie­niu - nie­gdyś było wyso­kiej jako­ści, ale teraz stało się obszar­pane. Czy kie­dyś był kimś innym niż han­dla­rzem nie­wol­ni­ków? Takie życie - swo­bodne kupo­wa­nie i sprze­da­wa­nie ludz­kiego ciała - zdaje się odci­skało na ludziach piętno. Męczyło duszę, nawet jeśli napeł­niało sakiewkę.

Tvlakv zatrzy­mał się z dala od Kala­dina i pod­niósł lampę oliwną, by przyj­rzeć się kasz­lą­cemu nie­wol­ni­kowi z przodu klatki. Wezwał swo­ich najem­ni­ków. Bluth - Kala­din nie wie­dział dla­czego wła­ści­wie nauczył się ich imion - pod­szedł bli­żej. Tvlakv powie­dział coś cicho, wska­zu­jąc na nie­wol­nika. Bluth poki­wał głową, lampa rzu­cała cie­nie na jego grubo cio­saną twarz, i wyjął zza pasa pałkę.

Wia­tro­spren przy­jęła postać bia­łej wstęgi i pod­le­ciała do cho­rego. Obró­ciła się i zawi­ro­wała kilka razy, po czym wylą­do­wała na dnie wozu i znów stała się dziew­czyną. Pochy­liła się, by przyj­rzeć się męż­czyź­nie. Jak zacie­ka­wione dziecko.

Kala­din odwró­cił się i zamknął oczy, ale wciąż sły­szał kaszel. W jego umy­śle roz­legł się głos ojca. "Aby wyle­czyć zgrzy­tliwy kaszel", mówił powoli i sta­ran­nie, "codzien­nie poda­waj dwie gar­ście krwa­wego blusz­czu, zmiaż­dżo­nego na pro­szek. Jeśli go nie masz, poda­waj pacjen­towi dużo pły­nów, naj­le­piej z dodat­kiem cukru. Jeśli pacjent się nie odwodni, praw­do­po­dob­nie prze­żyje. Cho­roba brzmi o wiele bar­dziej prze­ra­ża­jąco, niż rze­czy­wi­ście jest".

Praw­do­po­dob­nie prze­żyje...

Kaszel nie ustę­po­wał. Ktoś otwo­rzył drzwi klatki. Czy będą wie­dzieli, jak pomóc męż­czyź­nie? Takie pro­ste roz­wią­za­nie. Podać mu wodę, a prze­żyje.

To nie ma zna­cze­nia. Lepiej się nie wtrą­cać.

Ludzie umie­ra­jący na polu walki. Mło­dzień­cza twarz, tak zna­joma i droga, spo­glą­da­jąca na Kala­dina, licząca na wyba­wie­nie. Miecz prze­ci­na­jący bok szyi. Odpry­skowy nacie­ra­jący przez sze­regi Ama­rama.

Krew. Śmierć. Porażka. Ból.

I głos ojca. "Naprawdę możesz go zosta­wić, synu? Pozwo­lić mu umrzeć, jeśli mógł­byś pomóc?".

A niech to burza!

- Prze­stań­cie! - krzyk­nął Kala­din i wstał.

Inni nie­wol­nicy cof­nęli się. Bluth pod­sko­czył, zatrza­snął drzwi klatki i uniósł pałkę. Tvlakv scho­wał się za najem­ni­kiem.

Kala­din ode­tchnął głę­boko, zaci­snął dłoń na liściach, a drugą uniósł do głowy, wycie­ra­jąc plamę krwi. Prze­szedł przez nie­wielką klatkę, łomo­cząc sto­pami o drewno. Bluth przy­glą­dał się ze zło­ścią, jak Kala­din klęka obok cho­rego. Migo­czący pło­mień lampy uka­zy­wał długą, ścią­gniętą twarz i nie­mal pozba­wione krwi usta. Męż­czy­zna odpluł flegmę - była zie­lon­kawa i gęsta. Kala­din spraw­dził, czy szyja cho­rego nie opu­chła, i zaj­rzał mu w oczy.

- Nazywa się to zgrzy­tli­wym kasz­lem - powie­dział. - Prze­żyje, jeśli będziesz mu dawał dodat­kowy kubek wody co dwie godziny przez pięć dni. Trzeba ją będzie wle­wać siłą. Dodaj­cie do niej cukru, jeśli macie.

Bluth podra­pał się po bro­dzie, po czym spoj­rzał na niż­szego han­dla­rza.

- Wycią­gnij go - stwier­dził Tvlakv.

Chory nie­wol­nik obu­dził się, kiedy Bluth otwo­rzył klatkę. Najem­nik mach­nię­ciem pałki kazał Kala­di­nowi odejść, a ten nie­chęt­nie wyko­nał pole­ce­nie. Scho­waw­szy pałkę, Bluth chwy­cił nie­wol­nika pod pachami i wycią­gnął na zewnątrz, przez cały czas ner­wowo spo­glą­da­jąc na Kala­dina. W jego ostat­niej nie­uda­nej pró­bie ucieczki brało udział dwu­dzie­stu uzbro­jo­nych nie­wol­ników. Jego pan powi­nien go za to stra­cić, ale stwier­dził tylko, że Kala­din jest "intry­gu­jący", napięt­no­wał go shash i sprze­dał za gro­sze.

Zawsze był jakiś powód, żeby Kala­din prze­żył, kiedy ci, któ­rym usi­ło­wał pomóc, ginęli. Nie­któ­rzy mogliby uwa­żać to za bło­go­sła­wień­stwo, ale on uwa­żał to za swego rodzaju iro­nię losu i udrękę. Słu­żąc poprzed­niemu panu, spę­dził tro­chę czasu na roz­mo­wach z nie­wol­ni­kiem z zachodu, męż­czy­zną z Selay, który opo­wia­dał o Sta­rej Magii z legend i prze­kleń­stwach. Czy to wła­śnie przy­tra­fiło się Kala­dinowi?

Nie bądź głupi, powie­dział sobie.

Drzwi klatki zatrza­snęły się. Klatki były nie­zbędne - Tvlakv musiał chro­nić swoją kru­chą inwe­sty­cję pod­czas arcy­burz. Miały drew­niane boki, które można było pod­nieść i zatrza­snąć pod­czas wście­kłej wichury.

Bluth zacią­gnął nie­wol­nika do ogni­ska, w pobliże baryłki z wodą. Kala­din poczuł, że się roz­luź­nia. Widzisz, powie­dział sobie. Może jed­nak uda ci się pomóc. Może jest powód, żeby się o coś trosz­czyć.

Otwo­rzył dłoń i spoj­rzał na zgnie­cione czarne liście w dłoni. Nie potrze­bo­wał ich. Wmie­sza­nie ich do picia Tvla­kva byłoby nie tylko trudne, ale i bez­ce­lowe. Czy naprawdę pra­gnął śmierci han­dla­rza nie­wol­ni­ków? Co by przez to osią­gnął?

Roz­legł się cichy trzask, a po nim drugi, bar­dziej stłu­miony, jakby ktoś upu­ścił worek zboża. Kala­din gwał­tow­nie pod­niósł głowę i spoj­rzał w stronę cho­rego nie­wol­nika. Najem­nik uniósł pałkę po raz kolejny i opu­ścił ją gwał­tow­nie, a ta z trza­skiem ude­rzyła w czaszkę nie­wol­nika.

Męż­czy­zna nie jęk­nął z bólu ani nie pró­bo­wał się sprze­ci­wić. Jego ciało upa­dło na zie­mię. Bluth pod­niósł je i prze­rzu­cił je sobie przez ramię.

- Nie! - wykrzyk­nął Kala­din, sko­czył przez klatkę i zaci­snął dło­nie na prę­tach.

Tvlakv ogrze­wał się przy ogni­sku.

- Niech cię burza! - wrza­snął Kala­din. - On mógłby prze­żyć, ty sukin­synu!

Han­dlarz spoj­rzał na niego, po czym leni­wym kro­kiem pod­szedł bli­żej, popra­wia­jąc nie­bie­ską cza­peczkę.

- Wszy­scy byście się przez niego pocho­ro­wali, rozu­miesz. - Mówił z nie­wiel­kim akcen­tem, łączył słowa ze sobą, nie akcen­to­wał wła­ści­wych sylab. Zda­niem Kala­dina Thay­le­no­wie zawsze brzmieli, jakby mam­ro­tali. - Nie chcę stra­cić całego wozu przez jed­nego czło­wieka.

- On już nie zara­żał! - stwier­dził Kala­din, znów ude­rza­jąc dłońmi o kraty. - Gdyby któ­ryś z nas miał się zara­zić, już by do tego doszło.

- Miej­cie nadzieję, że tak nie będzie. Myślę, że jego nie dało się już ura­to­wać.

- Mówi­łem, że jest ina­czej!

- A ja mam ci uwie­rzyć, dezer­te­rze? - spy­tał roz­ba­wiony Tvlakv. - Czło­wie­kowi, któ­rego oczy płoną nie­na­wi­ścią? Zabił­byś mnie. - Wzru­szył ramio­nami. - Mnie to nie obcho­dzi. O ile tylko zacho­wasz siły do czasu, kiedy będę mógł cię sprze­dać. Powi­nie­neś mnie bło­go­sła­wić, że uchro­ni­łem cię przed cho­robą tam­tego.

- Pobło­go­sła­wię twój stos pogrze­bowy, kiedy go wła­sno­ręcz­nie przy­go­tuję! - odparł Kala­din.

Tvlakv uśmiech­nął się i wró­cił do ogni­ska.

- Zacho­waj tę wście­kłość, dezer­te­rze, i tę siłę. Dobrze mi za nie zapłacą, kiedy dotrzemy do celu.

O ile doży­jesz tego czasu, pomy­ślał Kala­din. Tvlak zawsze pod­grze­wał resztę wody z wia­dra, z któ­rego poił nie­wol­ni­ków. Zapa­rzy sobie w nim her­batę, wie­sza­jąc je nad ogniem. Gdyby udało mu się być ostat­nim w kolejce do napo­je­nia, a póź­niej zmiaż­dżyć liście i wrzu­cić je do...

Kala­din zamarł i spoj­rzał z góry na dło­nie. W pośpie­chu zapo­mniał, że trzyma czar­no­zgubę. Upu­ścił płatki, kiedy ude­rzył rękami w kraty. Tylko kilka kawał­ków trzy­mało się jego dłoni, za mało, by uzy­skać efekt.

Obró­cił się na pię­cie - pod­łoga klatki była brudna. Jeśli kawałki liści tam spa­dły, nie uda­łoby się ich zebrać. Wiatr nagle się wzmógł, wywie­wa­jąc kurz, okru­chy i brudy z wozu.

Nawet w tym Kala­din zawiódł.

Opadł na pod­łogę, ple­cami do krat, i pochy­lił głowę. Poko­nany. Ta prze­klęta wia­tro­spren krą­żyła wokół niego, wyraź­nie zdez­o­rien­to­wana.

3. Miasto Dzwonków

Męż­czy­zna stał na kra­wę­dzi urwi­ska i patrzył, jak jego ojczy­zna obraca się w pył. Pod nim, jakże daleko, wzno­siły się wody. I usły­szał płacz dziecka. To były jego wła­sne łzy.

Zebrane dru­giego dnia Tana­tes roku 1171, trzy­dzie­ści sekund przed śmier­cią. Bada­nym był szewc cie­szący się nie­jaką renomą.

Khar­branth, Mia­sto Dzwon­ków, nie było miej­scem, które Shal­lan spo­dzie­wa­łaby się kie­dy­kol­wiek odwie­dzić. Choć zawsze marzyła o podró­żach, ocze­ki­wała, że spę­dzi więk­szość mło­do­ści zamknięta w rodzin­nej posia­dło­ści, a książki z biblio­teki ojca będą jej jedyną ucieczką. Ocze­ki­wała, że poślubi jed­nego z sojusz­ni­ków ojca, a póź­niej spę­dzi resztę życia zamknięta w jego posia­dło­ści.

Jed­nakże ocze­ki­wa­nia są jak deli­katna por­ce­lana. Im moc­niej się je ści­ska, tym bar­dziej praw­do­po­dobne, że pękną.

Z zapar­tym tchem przy­ci­skała do piersi opra­wiony w skórę szki­cow­nik, kiedy robot­nicy por­towi wpro­wa­dzali sta­tek do doków. Khar­branth był ogromny. Mia­sto, poło­żone na stro­mym zbo­czu, miało kształt klina, jakby wybu­do­wano je w sze­ro­kim pęk­nię­ciu, z naj­szer­szą czę­ścią leżącą wzdłuż wybrzeża. Budynki były przy­sa­dzi­ste, miały kwa­dra­towe okna i wyglą­dały, jakby powstały z błota lub gliny. Może z kremu? Poma­lo­wano je na jaskrawe kolory, prze­waż­nie na czer­wono lub poma­rań­czowo, choć zda­rzał się też nie­bie­ski i żółty.

Już sły­szała dzwonki, brzę­czące na wie­trze, dźwię­czące czy­stymi gło­sami. Musiała wygiąć szyję, żeby spoj­rzeć w stronę naj­wyż­szej kra­wę­dzi mia­sta - Khar­branth był jak góra wzno­sząca się nad nią. Jak wielu ludzi miesz­kało w takim miej­scu? Tysiące? Dzie­siątki tysięcy? Znów zadrżała - prze­stra­szona, a jed­nak pod­eks­cy­to­wana - po czym zamru­gała, zapi­su­jąc w pamięci obraz mia­sta.

Na pokła­dzie krę­cili się mary­na­rze. Radość wia­tru była wąskim jed­no­masz­to­wym stat­kiem, led­wie miesz­czą­cym ją, kapi­tana, jego żonę i pół tuzina załogi. Z początku wyda­wała się nie­zwy­kle mała, ale kapi­tan Tozbek był spo­koj­nym i ostroż­nym czło­wie­kiem, dosko­na­łym mary­na­rzem, nawet jeśli do tego poga­ni­nem. Ostroż­nie pro­wa­dził swój sta­tek wzdłuż wybrzeża i zawsze znaj­do­wał osło­niętą zatoczkę na czas arcy­burz.

Kapi­tan nad­zo­ro­wał pracę załogi, która rzu­cała cumy. Był niskim męż­czy­zną, wzro­stu Shal­lan, a dłu­gie białe thay­leń­skie brwi zacze­sy­wał do góry. Wyglą­dało to tak, jakby miał dwa wachla­rze nad oczami, każdy długi na stopę. Nosił pro­stą weł­nianą czapkę i czarny płaszcz ze srebr­nymi guzi­kami. Wyobra­żała sobie, że bli­zna na jego szczęce jest pamiątką po gwał­tow­nej bitwie mor­skiej z pira­tami. Poprzed­niego dnia, z roz­cza­ro­wa­niem usły­szała, że pod­czas sztormu dostał w twarz luźną liną.

Jego żona, Ashlv, już scho­dziła po tra­pie, by zgło­sić ich sta­tek. Kapi­tan zauwa­żył, że Shal­lan mu się przy­gląda, więc pod­szedł bli­żej. Od lat pro­wa­dził inte­resy z jej rodziną i ojciec mu ufał. I dobrze, ponie­waż plan, który wymy­śliła wraz z braćmi, nie pozwa­lał, by zabrała ze sobą damę dworu lub niańkę.

Ten plan spra­wiał, że Shal­lan robiła się ner­wowa. Bar­dzo, ale to bar­dzo ner­wowa. Nie zno­siła dwu­li­co­wo­ści. Ale stan finan­sów rodu... Potrze­bo­wali albo nagłego przy­pływu dużej gotówki, albo innej zna­czą­cej prze­wagi w lokal­nych intry­gach vedeń­skich rodów. Ina­czej mogli nie prze­trwać roku.

Zacznijmy od naj­waż­niej­szego, pomy­ślała Shal­lan, zmu­sza­jąc się do zacho­wa­nia spo­koju, Zna­le­zie­nia Jasnah Kho­lin. Chyba że znowu wypro­wa­dziła się bez cie­bie.

- Wysła­łem chło­paka w waszym imie­niu, jasno­ści - powie­dział Tozbek. - Jeśli księż­niczka na­dal tu jest, wkrótce się tego dowiemy.

Shal­lan z wdzięcz­no­ścią ski­nęła głową, moc­niej ści­ska­jąc szki­cow­nik. W mie­ście wszę­dzie byli ludzie. Nie­któ­rzy nosili zna­jome ubra­nia - męż­czyźni spodnie i wią­zane z przodu koszule, kobiety spód­nice i kolo­rowe bluzki. Oni mogli pocho­dzić z jej ojczy­zny, Jah Keved. Ale Khar­branth był wol­nym mia­stem. Nie­duże i znaj­du­jące się w nie­pew­nej sytu­acji poli­tycz­nej pań­stwo-mia­sto obej­mo­wało nie­wiel­kie tery­to­rium, ale otwie­rało swoje doki dla wszyst­kich prze­pły­wa­ją­cych stat­ków i nie pytało o naro­do­wość ani pozy­cję. Wielu do niego przy­by­wało.

A to ozna­czało, że wielu z widzia­nych przez nią ludzi wyglą­dało egzo­tycz­nie. Szaty z jed­nego kawałka tka­niny owi­nię­tego wokół ciała nale­żały do męż­czyzn i kobiet z Tashikku, daleko na zacho­dzie. Dłu­gie płasz­cze, się­ga­jące do kostek, ale z przodu roz­chy­lone, jak pele­ryny... skąd one pocho­dziły? Rzadko widziała tak wielu par­sh­me­nów, jak ci pra­cu­jący w dokach, prze­no­szący towary na grzbie­tach. Podob­nie jak par­sh­meni nale­żący do jej ojca, byli krępi, o gru­bych koń­czy­nach, z dziwną mar­mur­kową skórą - część blada lub czarna, część szkar­łatna. Każdy z nich miał inny wzór plam.

Shal­lan goniła za Jasnah Kho­lin od mia­sta do mia­sta przez dobre sześć mie­sięcy i zaczy­nała już sądzić, że ni­gdy jej nie dogoni. Czy księż­niczka jej uni­kała? Nie, to nie wyda­wało się praw­do­po­dobne - po pro­stu Shal­lan nie była na tyle ważna, by na nią zacze­kać. Jasność Jasnah Kho­lin była jedną z naj­po­tęż­niej­szych kobiet na świe­cie. I jedną z naj­bar­dziej nie­sław­nych. Jako jedyny czło­nek pra­wo­wier­nego kró­lew­skiego rodu była zde­kla­ro­waną here­tyczką.

Shal­lan pró­bo­wała nie czuć nie­po­koju. Naj­pew­niej odkryją, że Jasnah znów się wypro­wa­dziła. Radość wia­tru zosta­nie na noc w por­cie, a Shal­lan wyne­go­cjuje z kapi­ta­nem cenę - z dużym raba­tem, ze względu na inwe­sty­cje jej rodziny w statki Tozbeka - za którą zabie­rze ją do kolej­nego portu.

Tozbek z pew­no­ścią zakła­dał, że roz­sta­nie się z nią już przed kil­koma mie­sią­cami. Ni­gdy nie wyczu­wała w nim nie­chęci - honor i lojal­ność spra­wiały, że zga­dzał się speł­niać jej kolejne prośby. Jed­nak jego cier­pli­wość musiała się kie­dyś wyczer­pać, podob­nie jak jej pie­nią­dze. Już wyko­rzy­stała połowę kul, które ze sobą zabrała. Nie porzu­ciłby jej oczy­wi­ście w nie­zna­nym mie­ście, ale mógłby z wiel­kim żalem nale­gać na zabra­nie jej z powro­tem do Vede­naru.

- Kapi­ta­nie! - zawo­łał mary­narz, bie­gnąc po tra­pie. Nosił kami­zelkę i luźne spodnie, a jego mocno opa­lona skóra świad­czyła, że dużo pra­co­wał na słońcu. - Żad­nej wia­do­mo­ści, panie. Urzęd­nik w dokach mówi, że Jasnah jesz­cze nie wyje­chała.

- Ha! - powie­dział kapi­tan, odwra­ca­jąc się do Shal­lan. - Polo­wa­nie skoń­czone!

- Herol­do­wie niech będą bło­go­sła­wieni - odparła cicho Shal­lan.

Kapi­tan uśmiech­nął się, a jego eks­tra­wa­ganc­kie brwi wyglą­dały jak pro­mie­nie świa­tła wypły­wa­jące z oczu.

- Z pew­no­ścią to wasza piękna twa­rzyczka spro­wa­dziła ten korzystny dla nas wiatr! Jasno­ści Shal­lan, wia­tro­spreny były pod waszym uro­kiem i dopro­wa­dziły nas tutaj.

Shal­lan zaru­mie­niła się, roz­wa­ża­jąc odpo­wiedź, która nie była szcze­gól­nie odpo­wied­nia.

- Ach! - powie­dział kapi­tan, wska­zu­jąc na nią. - Widzę, że macie odpo­wiedź, widzę to w waszych oczach, panienko. Wypluj­cie ją. Wie­cie, słów nie należy wię­zić. To wolne istoty, a jeśli zostaną zamknięte, wywo­łują nie­po­kój w żołądku.

- To nie­uprzejme - sprze­ci­wiła się Shal­lan.

Tozbek ryk­nął śmie­chem.

- Mie­siące podróży, a wy to wciąż powta­rza­cie! A ja wciąż mówię, że jeste­śmy mary­na­rzami! Zapo­mi­namy o grzecz­no­ści w chwili, kiedy wcho­dzimy na pokład statku, a teraz nie da się już nas ura­to­wać.

Uśmiech­nęła się. Surowe opie­kunki i guwer­nantki uczyły ją, by trzy­mała język za zębami - nie­stety, jej bra­cia z jesz­cze więk­szą deter­mi­na­cją zachę­cali ją, by postę­po­wała odwrot­nie. Miała w zwy­czaju zaba­wiać ich dow­cip­nymi komen­ta­rzami, kiedy nikogo nie było w pobliżu. Wspo­mi­nała z sym­pa­tią godziny spę­dzone przy ogniu w wiel­kiej sali, kiedy trzej młodsi z jej czte­rech braci gro­ma­dzili się wokół niej i słu­chali, jak naśmiewa się z naj­now­szego pochlebcy ojca albo wędrow­nego żar­liwca. Czę­sto wymy­ślała głu­pie wer­sje roz­mów, wkła­da­jąc je w usta ludzi, któ­rych widzieli, ale nie sły­szeli.

Przez to poja­wiła się w niej, jak to okre­ślały guwer­nantki, "skłon­ność do bez­czel­no­ści". A mary­na­rze nawet bar­dziej niż jej bra­cia doce­niali zło­śliwe komen­ta­rze.

- Cóż - zwró­ciła się do kapi­tana, zaru­mie­niona, ale gotowa na roz­mowę. - Pomy­śla­łam sobie po pro­stu coś takiego. Powie­dzia­łeś, że moja uroda skło­niła wia­try, by szybko zawio­dły nas do Khar­bran­thu. Ale czy to nie suge­ruje, że pod­czas innych podróży mój brak urody spra­wił, że dotar­li­śmy za późno?

- Cóż... no...

- Czyli w rze­czy­wi­sto­ści - dokoń­czyła Shal­lan - mówisz mi, że jestem piękna dokład­nie przez jedną szó­stą czasu.

- Bzdura! Panienko, jeste­ście jak wschód słońca!

- Jak wschód słońca? Chcesz przez to powie­dzieć, że jestem sta­now­czo zbyt szkar­łatna - pocią­gnęła za dłu­gie rude włosy - i czę­sto spra­wiam, że ludzie na mój widok zrzę­dzą?

Roze­śmiał się, przy­łą­czyło się do niego kilku innych mary­na­rzy.

- Dobrze - powie­dział kapi­tan Tozbek - jeste­ście jak kwiat.

Skrzy­wiła się.

- Mam uczu­le­nie na kwiaty.

Uniósł brew.

- Naprawdę - stwier­dziła. - Uwa­żam, że są uro­cze, ale, gdy­byś dał mi bukiet, wkrótce dosta­ła­bym ataku tak gwał­tow­nego, że szu­kał­byś po ścia­nach zagi­nio­nych pie­gów, które oblu­zo­wa­łam siłą kich­nięć.

- Jeśli to nawet prawda, i tak mówię, że jeste­ście śliczna jak kwia­tek.

- Jeśli tak, to mło­dzieńcy w moim wieku muszą cier­pieć na podobne uczu­le­nie... bo wyraź­nie trzy­mają się ode mnie na dystans. - Skrzy­wiła się. - Widzisz, mówi­łam, że to nie będzie grzeczne. Młode kobiety nie powinny oka­zy­wać takiej iry­ta­cji.

- Ach, panienko - powie­dział kapi­tan, uchy­la­jąc weł­nia­nej cza­peczki. - Chłopcy i ja będziemy tęsk­nić za waszym ostrym języ­kiem. Nie jestem pewien, co bez was zro­bimy.

- Pew­nie poże­glu­je­cie - odparła. - I będzie­cie jeść, i śpie­wać, i wpa­try­wać się w fale. Wszystko, co robi­cie teraz, tyle tylko, że będzie­cie mieli na to wię­cej czasu, gdyż nie będzie­cie się poty­kać o młodą dziew­czynę, sie­dzącą na pokła­dzie, rysu­jącą i mam­ro­czącą pod nosem. Ale masz moje podzię­ko­wa­nia, kapi­ta­nie, za podróż, która była cudowna... nawet jeśli nieco zbyt długa.

Z uzna­niem uchy­lił czapkę.

Shal­lan uśmiech­nęła się - nie spo­dzie­wała się, że samot­ność będzie tak wyzwa­la­jąca. Bra­cia oba­wiali się, że będzie prze­ra­żona. Uwa­żali ją za nie­śmiałą, ponie­waż nie lubiła się kłó­cić i zacho­wy­wała mil­cze­nie, kiedy roz­ma­wiały duże grupy. I może rze­czy­wi­ście była nie­śmiała - opusz­cze­nie Jah Kevad wyda­wało się wiel­kim wyzwa­niem. Ale też cudow­nym. Wypeł­niła trzy szki­cow­niki rysun­kami istot i ludzi, któ­rych spo­tkała, a choć cią­gły nie­po­kój o finanse domu wisiał nad nią jak chmura, rów­no­wa­żyła go przy­jem­ność zwią­zana z całym doświad­cze­niem.

Tozbek zajął się for­mal­no­ściami zwią­za­nymi z poby­tem w por­cie. Był dobrym czło­wie­kiem. Co się tyczyło pochwały jej rze­ko­mej urody, przy­jęła ją jako życz­liwą, nawet jeśli prze­sa­dzoną oznakę sym­pa­tii. Odzna­czała się bladą cerą w cza­sach, kiedy za praw­dzi­wie piękną uzna­wano opa­loną skórę Ale­thyj­czy­ków, a choć miała też jasno­nie­bie­skie oczy, o nie­czy­stej krwi jej rodziny wyraź­nie świad­czyły rude włosy. Ani jed­nego praw­dzi­wie czar­nego kosmyka. Piegi zbla­kły w okre­sie doj­rze­wa­nia - chwała niech będzie Herol­dom - ale kilka pozo­stało wciąż widocz­nych na jej nosie i policz­kach.

- Panienko - powie­dział kapi­tan po nara­dzie z mary­na­rzami. - Wasza jasność Jasnah, ona z pew­no­ścią będzie w Kon­klawe.

- Och, tam, gdzie jest Pala­na­eum?

- Tak, tak. Król też tam mieszka. To sam śro­dek mia­sta, jeśli można tak powie­dzieć. Tyle tylko, że na szczy­cie. - Podra­pał się po bro­dzie. - W każ­dym razie, jasność Jasnah Kho­lin jest sio­strą króla, na pewno nie zatrzy­mała się ni­gdzie indziej, nie w Khar­bran­cie. Yalb pokaże wam drogę. Póź­niej dostar­czymy waszą skrzy­nię.

- Bar­dzo dzię­kuję, kapi­ta­nie - powie­działa. - Shay­lor mka­bat nour. - "Wia­try dopro­wa­dziły nas bez­piecz­nie". Wyraz podzię­ko­wań w języku thay­leń­skim.

Kapi­tan uśmiech­nął się sze­roko.

- Mkai bade for­ten­this!

Nie miała poję­cia, co to zna­czy. Cał­kiem nie­źle czy­tała po thay­leń­sku, ale mowa to coś zupeł­nie innego. Uśmiech­nęła się do niego, co wyda­wało się wła­ściwą odpo­wie­dzią, gdyż roze­śmiał się i wska­zał na jed­nego z mary­na­rzy.

- Zacze­kamy w tym por­cie dwa dni - powie­dział. - Widzi­cie, jutro będzie arcy­bu­rza, więc nie możemy wypły­nąć. Jeśli z jasno­ścią Jasnah nie pój­dzie tak, jak liczy­li­ście, zabie­rzemy was do Jah Keved.

- Dzię­kuję raz jesz­cze.

- To nic takiego, panienko - odparł. - I tak byśmy to zro­bili. Możemy zabrać stąd towary i inne takie. Poza tym dali­ście mi naprawdę śliczny por­tret mojej żony do powie­sze­nia w kaju­cie. Śliczny.

Pod­szedł do Yalba i wydał mu pole­ce­nia. Cze­ka­jąc, Shal­lan scho­wała szki­cow­nik z powro­tem do skó­rza­nej teczki. Yalb. Jej vedeń­skiemu języ­kowi trudno było wypo­wie­dzieć to imię. Dla­czego Thay­le­no­wie tak lubili łączyć litery bez samo­gło­sek?

Yalb zama­chał do niej. Ruszyła w jego stronę.

- Bądź­cie ostrożni, panienko - ostrzegł kapi­tan. - Nawet w tak bez­piecz­nym mie­ście jak Khar­branth kryją się nie­bez­pie­czeń­stwa. Miej­cie oczy dookoła głowy.

- Chyba wola­ła­bym je jed­nak mieć w jed­nym miej­scu, kapi­ta­nie - odparła, ostroż­nie wstę­pu­jąc na trap. - Gdyby krą­żyły dookoła, ktoś mógłby się zbyt łatwo zbli­żyć do mojej głowy z pałką.

Kapi­tan roze­śmiał się i poma­chał jej na poże­gna­nie, kiedy ruszyła tra­pem, trzy­ma­jąc się relingu. Podob­nie jak wszyst­kie voriń­skie kobiety, trzy­mała lewą dłoń - bez­pieczną - w ukry­ciu, odsła­nia­jąc jedy­nie swo­bodną dłoń. Ciem­no­okie kobiety z pospól­stwa nosiły ręka­wiczkę, ale po kobie­tach z jej klasy spo­dzie­wano się więk­szej skrom­no­ści. Jej bez­pieczną dłoń osła­niał prze­ro­śnięty man­kiet lewego rękawa, zapięty cia­sno na guziki.

Suk­nia miała tra­dy­cyjny voriń­ski krój, dopa­so­wany w ramio­nach, biu­ście i talii, z luźną spód­nicą. Uszyto go z błę­kit­nego jedwa­biu, z guzi­kami z boków sko­rupy chulla. Teczkę nio­sła przy­ci­śniętą bez­pieczną dło­nią do piersi.

Zeszła z trapu do peł­nego gorącz­ko­wej aktyw­no­ści portu. Posłańcy bie­gali we wszyst­kie strony, kobiety w czer­wo­nych płasz­czach zapi­sy­wały towary w księ­gach rachun­ko­wych. Khar­branth był voriń­skim kró­le­stwem, podob­nie jak Ale­th­kar i Jah Keved, ojczy­zna Shal­lan. Nie byli poga­nami, a pisa­nie było kobiecą sztuką - męż­czyźni pozna­wali jedy­nie glify, zosta­wia­jąc litery i czy­ta­nie swoim żonom i sio­strom.

Nie pytała, ale była pewna, że kapi­tan Tozbek umiał czy­tać. Widziała jak trzy­mał książki, czuła się z tym nie­zręcz­nie. Czy­ta­nie nie paso­wało męż­czyź­nie. A przy­naj­mniej męż­czyź­nie, który nie był żar­liw­cem.

- Chce­cie poje­chać? - spy­tał ją Yalb. Jego wiej­ski thay­leń­ski dia­lekt był tak silny, że z tru­dem go zro­zu­miała.

- Tak, popro­szę.

Ski­nął głową i odbiegł, pozo­sta­wia­jąc ją w por­cie w oto­cze­niu grupy par­sh­me­nów, któ­rzy z wysił­kiem prze­no­sili drew­niane skrzy­nie z jed­nego pirsu na drugi. Par­sh­meni byli tępi, ale dobrze pra­co­wali. Ni­gdy nie narze­kali, zawsze robili, co im powie­dziano. Ojciec wolał ich od zwy­kłych nie­wol­ni­ków.

Czy Ale­thyj­czycy rze­czy­wi­ście wal­czyli prze­ciwko par­sh­me­nom na Strza­ska­nych Rów­ni­nach? To wyda­wało jej się dziwne. Par­sh­meni ni­gdy nie wal­czyli. Byli potulni i wła­ści­wie niemi. Oczy­wi­ście, z tego, co sły­szała, ci na Strza­ska­nych Rów­ni­nach - Par­shendi, tak ich nazy­wano - róż­nili się od zwy­czaj­nych par­sh­me­nów. Sil­niejsi, wyżsi, bystrzejsi. Może wcale nie byli par­sh­me­nami, tylko ich odle­głymi krew­nymi.

Ku swemu zasko­cze­niu, wszę­dzie w dokach widziała oznaki życia zwie­rzę­cego. Kilka węgo­rzy nie­bie­skich falo­wało w powie­trzu, polu­jąc na szczury lub ryby. Malut­kie kraby kryły się mię­dzy pęk­nię­ciami w deskach doku, a grupka haspe­rów trzy­mała się gru­bych bali. W ulicy pro­wa­dzą­cej do portu kryła się w cie­niach norka, wyglą­da­jąc kąsków, które mogły upaść na zie­mię.

Shal­lan nie mogła się powstrzy­mać, otwo­rzyła teczkę i zaczęła szki­co­wać ata­ku­ją­cego węgo­rza. Czy on się nie bał tych wszyst­kich ludzi? Trzy­mała szki­cow­nik bez­pieczną dło­nią, zaci­ska­jąc ukryte palce na szczy­cie, i ryso­wała pałeczką węgla. Nim skoń­czyła, jej prze­wod­nik powró­cił z męż­czy­zną cią­gną­cym dzi­waczne urzą­dze­nie z dwoma wiel­kimi kołami i sie­dze­niem osło­nię­tym bal­da­chi­mem. Z waha­niem opu­ściła szki­cow­nik. Spo­dzie­wała się palan­kinu.

Męż­czy­zna cią­gnący machinę był niski i ciem­no­skóry, miał sze­roki uśmiech i pełne wargi. Gestem wska­zał, by Shal­lan usia­dła, a ona zro­biła to ze skrom­nym wdzię­kiem, który wyćwi­czyły w niej guwer­nantki. Tra­garz zadał pyta­nie w szorst­kim, zwię­złym języku, któ­rego nie roz­po­zna­wała.

- Co to zna­czy? - spy­tała Yalba.

- Chce wie­dzieć, czy woli­cie, żeby pocią­gnął was dłuż­szą, czy krót­szą drogą. - Yalb podra­pał się po bro­dzie. - Nie jestem do końca pewien, czym się róż­nią.

- Podej­rze­wam, że jedna potrwa dłu­żej - zauwa­żyła Shal­lan.

- Bar­dzo spryt­nie. - Yalb ode­zwał się do męż­czy­zny w tym samym języku, a tam­ten odpo­wie­dział.

- Dłuż­sza droga umoż­liwi obej­rze­nie mia­sta - stwier­dził Yalb. - Krótka pro­wa­dzi pro­sto do Kon­klawe. Nie ma zbyt wielu ład­nych wido­ków. Pew­nie zauwa­żył, że jeste­ście nowi w mie­ście.

- Aż tak się wyróż­niam? - spy­tała Shal­lan, rumie­niąc się.

- No, nie, oczy­wi­ście, że nie, jasno­ści.

- A chcia­łeś przez to powie­dzieć, że jestem rów­nie wyraź­nie widoczna jak bro­dawka na nosie kró­lo­wej.

Yalb się roze­śmiał.

- Oba­wiam się, że tak. Ale pew­nie nie można przy­być gdzieś po raz drugi, jeśli wcze­śniej nie było się tam po raz pierw­szy. Każdy musi się cza­sem wyróż­niać, więc rów­nie dobrze można to robić w tak śliczny spo­sób, jak wy!

Minęło tro­chę czasu, nim przy­zwy­cza­iła się do deli­kat­nego flirtu ze strony mary­na­rzy. Ni­gdy nie byli zbyt otwarci i przy­pusz­czała, że żona kapi­tana poroz­ma­wiała z nimi surowo, kiedy zauwa­żyła, że Shal­lan się rumieni. W posia­dło­ści jej ojca słu­dzy - nawet ci, któ­rzy byli peł­nymi oby­wa­te­lami - oba­wiali się wyjść ze swo­ich ról.

Tra­garz wciąż cze­kał na odpo­wiedź.

- Krót­szą drogą popro­szę - powie­działa Yal­bowi, choć marzyła o malow­ni­czej tra­sie.

W końcu była w praw­dzi­wym mie­ście i wybrała naj­krót­szą drogę? Ale jasność Jasnah oka­zała się rów­nie nie­uchwytna jak dziki pie­śnik. Lepiej się pośpie­szyć.

Główna droga prze­ci­nała zbo­cze tra­wer­sami i nawet tak krótka trasa pozwo­liła jej zoba­czyć spore frag­menty mia­sta. Oka­zało się upa­ja­jąco bogate, pełne dziw­nych ludzi, wido­ków i dzwon­ków. Shal­lan usa­do­wiła się wygod­nie i wszystko to chło­nęła. Grupy budyn­ków łączył kolor, który zdaje się sygna­li­zo­wał prze­zna­cze­nie. Sklepy sprze­da­jące takie same towary - fio­let dla ubrań, zie­leń dla żyw­no­ści. Domy miały swoje wła­sne wzory, choć Shal­lan nie umiała ich zin­ter­pre­to­wać. Odcie­nie były łagodne, sto­no­wane, jakby wybla­kłe.

Yalb szedł obok wózka, a tra­garz coś do niej mówił ponad ramie­niem. Yalb tłu­ma­czył, trzy­ma­jąc ręce w kie­sze­niach kami­zelki.

- Mówi, że mia­sto jest nie­zwy­kłe ze względu na lait.

Shal­lan poki­wała głową. Wiele miast budo­wano w laitach - rejo­nach chro­nio­nych przed arcy­bu­rzami przez pobli­skie for­ma­cje skalne.

- Khar­branth jest jed­nym z naj­le­piej chro­nio­nych dużych miast na świe­cie - mówił dalej Yalb, tłu­ma­cząc - a dzwonki są tego sym­bo­lem. Powia­dają, że umiesz­czono je po raz pierw­szy, żeby ostrze­gać przed nadej­ściem arcy­bu­rzy, ponie­waż wia­try były tak deli­katne, że ludzie nie zawsze to zauwa­żali. - Yalb się zawa­hał. - Mówi takie rze­czy, ponie­waż chce dostać duży napi­wek, jasno­ści. Sły­sza­łem tę histo­rię, ale uwa­żam, że jest głu­pia. Jeśli wiatr wiał na tyle mocno, by poru­szyć dzwonki, to ludzie by go dostrze­gli. Poza tym, ludzie nie zauwa­żyli, że pada im na prze­klęte łby?

Shal­lan uśmiech­nęła się.

- W porządku. Może mówić dalej.

Męż­czy­zna mówił dalej krót­kimi sło­wami - jaki to w ogóle był język? Shal­lan słu­chała tłu­ma­cze­nia Yalba, chło­nąc widoki, dźwięki i - nie­stety - zapa­chy. Dora­stała przy­zwy­cza­jona do czy­stej woni świeżo odku­rzo­nych mebli i pod­pło­my­ków pie­ką­cych się w kuchni. Podróż przez ocean nauczyła ją nowych aro­ma­tów, sło­nej wody i czy­stego mor­skiego powie­trza.

W tym, co tu czuła, nie było nic czy­stego. Każda mijana boczna uliczka ema­no­wała swoją wła­sną nie­po­wta­rzalną mie­szanką obrzy­dli­wych smro­dów, na prze­mian z korzen­nymi woniami ulicz­nych sprze­daw­ców jedze­nia, a to zesta­wie­nie jesz­cze bar­dziej przy­pra­wiało o mdło­ści. Na szczę­ście tra­garz wpro­wa­dził ich na śro­dek ulicy i zapa­chy zła­god­niały, choć musieli zwol­nić, ruch bowiem był tam więk­szy. Gapiła się na tych, któ­rych mijali. Ci męż­czyźni w ręka­wicz­kach, o błę­kit­na­wej skó­rze, pocho­dzili z Nata­na­tanu. Ale kim byli ci wysocy, dostojni ludzie w czar­nych sza­tach? I męż­czyźni z bro­dami obwią­za­nymi sznu­rem, przez co wyglą­dały jak pręty?

Dźwięki przy­po­mi­nały Shal­lan kon­ku­ru­jące ze sobą trele dzi­kich pie­śni­ków w rodzin­nej posia­dło­ści, ale zwie­lo­krot­nione. Setki gło­sów woła­ją­cych do sie­bie ludzi, mie­sza­jące się z trza­skiem drzwi, tur­ko­tem kół na kamie­niu, krzy­kami węgo­rzy nie­bie­skich. Wszech­obecne dzwonki brzę­czały w tle, gło­śniej, kiedy powiał wiatr. Wisiały w oknach skle­pów i zwie­szały się z kro­kwi. Pod każdą uliczną latar­nią wisiał dzwo­nek, a jej wóz miał malutki dzwo­ne­czek na samym szczy­cie bal­da­chimu. Kiedy znaj­do­wała się w poło­wie zbo­cza, fala dzwo­nów wybiła godzinę. Ich nie­zsyn­chro­ni­zo­wane dźwięki two­rzyły razem nie­zno­śny zgiełk.

Tłumy prze­rze­dziły się, kiedy dotarli do gór­nej dziel­nicy mia­sta i w końcu tra­garz pod­cią­gnął ją do potęż­nego budynku na samym szczy­cie mia­sta. Poma­lo­wany na biało, został wykuty w skale, nie zaś wybu­do­wany z cegieł czy gliny. Kolumny z przodu wyra­stały bez­po­śred­nio z kamie­nia, a tył budynku wta­piał się gładko w zbo­cze. Dachy zdo­biły przy­sa­dzi­ste kopuły poma­lo­wane meta­licz­nymi far­bami. Do budynku wcho­dziły lub go opusz­czały jasno­okie kobiety w suk­niach podob­nych do tej nale­żą­cej do Shal­lan, ze sto­sow­nie zasło­nię­tymi lewymi dłońmi i przy­rzą­dami do pisa­nia. Męż­czyźni, któ­rzy prze­cho­dzili przez wej­ście, mieli na sobie sztywne spodnie i dłu­gie do kolan voriń­skie płasz­cze w stylu woj­sko­wym, zapi­nane po bokach i koń­czące się sztyw­nym koł­nie­rzem, który ota­czał całą szyję. Wielu nosiło mie­cze u pasa, który zapi­nali na się­ga­ją­cym do kolan płasz­czu.

Tra­garz zatrzy­mał się i powie­dział coś do Yalba. Mary­narz zaczął się z nim kłó­cić, opie­ra­jąc ręce na bio­drach. Shal­lan uśmiech­nęła się, widząc jego surową minę, i zamru­gała, utrwa­la­jąc scenę w pamięci, by póź­niej ją naszki­co­wać.

- Pro­po­nuje, że podzieli się ze mną róż­nicą, jeśli pozwolę mu zawy­żyć opłatę za drogę - powie­dział Yalb, krę­cąc głową.

Wycią­gnął rękę do Shal­lan i pomógł jej wysiąść z wózka. Sta­nęła na ziemi i spoj­rzała na tra­ga­rza, który wzru­szył ramio­nami i uśmiech­nął się jak dziecko zła­pane na pod­kra­da­niu sło­dy­czy.

Przy­ci­snęła teczkę dło­nią okrytą ręka­wem, a swo­bodną ręką się­gnęła do sakiewki.

- Ile powin­nam mu tak naprawdę dać?

- Dwa czy­ste odłamki to aż nad to. Ja bym zapro­po­no­wał jeden. Zło­dziej chciał zażą­dać pię­ciu.

Przed tą podróżą nie korzy­stała z pie­nię­dzy - podzi­wiała kule ze względu na ich urodę. Każda skła­dała się ze szkla­nego paciorka nieco więk­szego od paznok­cia z o wiele mniej­szym klej­no­tem pośrodku. Klej­noty mogły pochła­niać Burzowe Świa­tło, to spra­wiało, że kule świe­ciły. Kiedy otwo­rzyła sakiewkę, rubiny, szma­ragdy, dia­menty i sza­firy roz­świe­tliły jej twarz. Wycią­gnęła trzy odłamki dia­mentu, naj­drob­niej­szy nomi­nał. Szma­ragdy były naj­cen­niej­sze, gdyż Dusz­niki mogły wyko­rzy­stać je do stwo­rze­nia żyw­no­ści.

Pil­no­wała, żeby jej kule były zawsze napeł­nione, sły­szała bowiem, że bure uwa­żano za podej­rzane i cza­sem wzy­wano poży­cza­ją­cego pie­nią­dze, by oce­nił praw­dzi­wość klej­notu. Naj­cen­niej­sze kule trzy­mała oczy­wi­ście w bez­piecz­nej sakiewce, przy­pię­tej do wewnętrz­nej strony lewego rękawa.

Podała trzy odłamki Yal­bowi, który prze­chy­lił głowę. Ski­nęła na tra­ga­rza i zaru­mie­niła się, gdyż zorien­to­wała się, że odru­chowo wyko­rzy­stała Yalba jako pośred­nika, pana-sługę. Czy się obra­ził?

Roze­śmiał się i wypro­sto­wał sztywno, jakby uda­jąc pana-sługę, zapła­cił tra­ga­rzowi z uda­waną suro­wo­ścią. Męż­czy­zna roze­śmiał się, ukło­nił się Shal­lan i odcią­gnął wózek.

- To dla cie­bie - powie­działa, wycią­ga­jąc rubi­nową markę i poda­jąc ją Yal­bowi.

- Jasno­ści, to zbyt wiele!

- Czę­ściowo chcia­łam ci podzię­ko­wać - stwier­dziła - ale rów­nież zapła­cić, żebyś został tutaj i zacze­kał kilka godzin, na wypa­dek gdy­bym wró­ciła.

- Zacze­kać kilka godzin za ogni­stą markę? To wypłata za tydzień żeglo­wa­nia.

- W takim razie powin­nam mieć pew­ność, że ni­gdzie sobie nie pój­dziesz.

- Będę tutaj! - wykrzyk­nął Yalb i zło­żył skom­pli­ko­wany ukłon, który udało mu się wyko­nać zadzi­wia­jąco popraw­nie.

Shal­lan ode­tchnęła głę­boko i ruszyła scho­dami pro­wa­dzą­cymi w stronę impo­nu­ją­cego wej­ścia do Kon­klawe. Rzeź­biona skała wyglą­dała naprawdę zadzi­wia­jąco - jej arty­styczna dusza pra­gnęła zatrzy­mać się i przyj­rzeć dokład­niej, ale się nie odwa­żyła. Wej­ście do tak ogrom­nego budynku przy­po­mi­nało połknię­cie. Kory­tarz oświe­tlały lampy wypeł­nione Burzo­wym Świa­tłem, które ema­no­wały bia­łym bla­skiem. Pew­nie w ich wnę­trzu umiesz­czono dia­men­towe bro­amy - więk­szość ele­ganc­kich budyn­ków oświe­tlano Burzo­wym Świa­tłem. Broam - naj­wyż­szy nomi­nał kuli - świe­cił rów­nie mocno jak kil­ka­na­ście świec.

Rzu­cały nie­zmienny, miękki blask na wielu słu­żą­cych, skry­bów i jasno­okich idą­cych kory­ta­rzem. Wyda­wało się, że budowlę wykuto wokół jed­nego sze­ro­kiego, wyso­kiego i dłu­giego tunelu, zagłę­bio­nego w skale. Po obu jego stro­nach znaj­do­wały się wiel­kie sale, a od cen­tral­nej pro­me­nady odcho­dziły boczne kory­ta­rze. Czuła się o wiele swo­bod­niej niż na zewnątrz. To miej­sce, pełne zaafe­ro­wa­nych słu­żą­cych, pomniej­szych oświe­co­nych panów i dam, wyglą­dało zna­jomo.

Unio­sła swo­bodną rękę, sygna­li­zu­jąc potrzebę, i oczy­wi­ście w jej stronę pośpie­szył pan-sługa w gład­kiej bia­łej koszuli i czar­nych spodniach.

- Jasno­ści? - spy­tał, odzy­wa­jąc się w ojczy­stym vedeń­skim, praw­do­po­dob­nie ze względu na kolor jej wło­sów.

- Szu­kam Jasnah Kho­lin - odparła Shal­lan. - Donie­siono mi, że znaj­duje się za tymi murami.

Pan-sługa ukło­nił się ener­gicz­nie. Więk­szość panów-sług szczy­ciła się wyso­kim pozio­mem swo­ich usług - tą samą manierą, którą Yalb wyszy­dził przed kil­koma chwi­lami.

- Wkrótce powrócę, jasno­ści.

Musiał pocho­dzić z dru­giego nahnu, czyli być ciem­no­okim oby­wa­te­lem o bar­dzo wyso­kiej pozy­cji. Według voriń­skich wie­rzeń, Powo­ła­nie - zada­nie, któ­remu poświę­cało się życie - miało ogromne zna­cze­nie. Wybór wła­ści­wego zawodu i ciężka praca były naj­lep­szym spo­so­bem zapew­nie­nia sobie dobrego miej­sca w zaświa­tach. Okre­ślony krąg wyznaw­ców, z któ­rymi odda­wało się cześć, czę­sto miał zwią­zek z naturą wybra­nego Powo­ła­nia.

Shal­lan zało­żyła ręce na piersi, cze­ka­jąc. Długo roz­wa­żała wła­sne Powo­ła­nie. Oczy­wi­stym wybo­rem była sztuka, rze­czy­wi­ście uwiel­biała szki­co­wać. Jed­nakże to nie sam akt ryso­wa­nia ją pocią­gał, lecz nauka, pyta­nia, jakie poja­wiały się w jej gło­wie pod­czas obser­wa­cji. Dla­czego węgo­rze nie­bie­skie nie bały się ludzi? Czym się żywiły haspery? Dla­czego popu­la­cja szczu­rów roz­kwi­tała w jed­nym miej­scu, a w innym nie? Dla­tego wybrała histo­rię natu­ralną.

Pra­gnęła zostać praw­dziwą uczoną, pobie­rać praw­dziwe nauki, poświę­cić czas poważ­nym bada­niom i stu­diom. Czy to dla­tego zasu­ge­ro­wała ten zuchwały plan, by odna­leźć Jasnah i zostać jej pod­opieczną? Być może. Jed­nak nie mogła się roz­pro­szyć. Zosta­nie pod­opieczną Jasnah - a więc i jej uczen­nicą - sta­no­wiło jedy­nie pierw­szy krok.

Roz­my­śla­jąc nad tym, pode­szła do kolumny i swo­bodną dło­nią dotknęła wypo­le­ro­wa­nego kamie­nia. Podob­nie jak więk­szość Rosharu - poza pew­nymi rejo­nami wybrzeża - Khar­branth wybu­do­wano na gołych kamie­niach. Budynki na zewnątrz usta­wiono bez­po­śred­nio na skale, a ten się w nią wgry­zał. Domy­ślała się, że kolumna jest gra­ni­towa, choć miała jedy­nie ogra­ni­czoną wie­dzę w dzie­dzi­nie geo­lo­gii.

Pod­łogę pokry­wał długi dywan w odcie­niu zga­szo­nego oranżu. Mate­riał był gruby, miał robić wra­że­nie cen­nego, ale jed­no­cze­śnie zno­sić duży ruch. Sze­roki, pro­sto­kątny kory­tarz wyda­wał się stary. Według jed­nej z ksią­żek, którą czy­tała, Khar­branth powstał w cie­niod­niach, wiele lat przed Ostat­nim Spu­sto­sze­niem. To by zna­czyło, że mia­sto jest zaiste bar­dzo stare. Wybu­do­wane przed tysią­cami lat, przed grozą Hie­ro­kra­cji, wiele lat przed samym Odstęp­stwem. W cza­sach, kiedy Pust­kowcy o cia­łach z kamie­nia cho­dzili ponoć po świe­cie.

- Jasno­ści? - spy­tał ktoś.

Odwró­ciw­szy się, Shal­lan odkryła, że sługa powró­cił.

- Tędy, jasno­ści.

Ski­nęła słu­żą­cemu głową, a on popro­wa­dził ją szybko ruchli­wym kory­ta­rzem. Roz­wa­żyła po raz kolejny, jak przed­sta­wić się Jasnah. Kobieta była legendą. Nawet Shal­lan, miesz­ka­jąca w odle­głej posia­dło­ści w Jah Keved, sły­szała o bły­sko­tli­wej sio­strze króla Ale­thyj­czy­ków, here­tyczce. Jasnah miała zale­d­wie trzy­dzie­ści cztery lata, jed­nak wielu uwa­żało, że już uzy­ska­łaby płaszcz mistrza uczo­nego, gdyby nie potę­piała tak gło­śno reli­gii. A dokład­niej potę­piała kręgi wyznaw­ców, kon­gre­ga­cje, do któ­rych przy­łą­czali się porządni voriń­czycy.

Shal­lan uznała, że nie­sto­sowne uwagi się jej nie przy­służą. Musiała zacho­wy­wać się wła­ści­wie. Tra­fie­nie pod opiekę oto­czo­nej uzna­niem kobiety było naj­lep­szą drogą do pozna­nia kobie­cych sztuk - muzyki, malar­stwa, pisa­nia, logiki i nauki. Podob­nie młody męż­czy­zna szko­lił się w straży hono­ro­wej oświe­co­nego, któ­rego sza­no­wał.

Shal­lan pier­wot­nie napi­sała do Jasnah z prośbą o przy­ję­cie pod opiekę w despe­ra­cji - nie spo­dzie­wała się, że kobieta odpo­wie twier­dząco. Kiedy to zro­biła - w liście, w któ­rym żądała, by Shal­lan w ciągu dwóch tygo­dni towa­rzy­szyła jej w Duma­dari - dziew­czyna była wstrzą­śnięta. Od tego czasu goniła za kobietą.

Jasnah była here­tyczką. Czy zażąda, by Shal­lan odrzu­ciła wiarę? Wąt­piła, by mogła to zro­bić. Voriń­skie nauki doty­czące ludz­kiej Chluby i Powo­ła­nia były jej ucieczką w trud­nych dniach, kiedy ojcu się pogor­szyło.

Skrę­cili w węż­szy kory­tarz i wcho­dzili w przej­ścia coraz bar­dziej odda­lone od głów­nej jaskini. W końcu pan-sługa zatrzy­mał się przed zakrę­tem i gestem wska­zał Shal­lan, by ruszyła dalej. Z kory­tarza po pra­wej docho­dziły odgłosy roz­mowy.

Shal­lan się zawa­hała. Cza­sem zasta­na­wiała się, jak do tego doszła. Była zawsze cicha, nie­śmiała, naj­młod­sza z piątki rodzeń­stwa i do tego jedyna dziew­czyna. Chro­niona przez całe życie. A teraz nadzieje całego rodu spo­czy­wały na jej ramio­nach.

Ich ojciec nie żył. I musiało to pozo­stać tajem­nicą.

Nie lubiła myśleć o tym dniu - nie­mal wyparła go z pamięci i nauczyła się myśleć o innych rze­czach. Ale skut­ków jego odej­ścia nie dało się zigno­ro­wać. Zło­żył wiele obiet­nic - inte­resy, łapówki, cza­sem te ostat­nie uda­jące te pierw­sze. Ród Davar był winien mnó­stwo pie­nię­dzy wielu ludziom, a pod nie­obec­ność ojca, który umiał ich uła­go­dzić, wie­rzy­ciele wkrótce zaczną sta­wiać żąda­nia.

Nie mieli do kogo się zwró­cić. Jej rodzina, głów­nie ze względu na ojca, była znie­na­wi­dzona nawet przez sojusz­ni­ków. Arcy­książę Valam - oświe­cony, któ­remu jej ród skła­dał hołd lenny - nie­do­ma­gał i nie chro­nił ich już tak jak kie­dyś. Kiedy rozejdą się wie­ści, że jej ojciec nie żyje, a rodzina zban­kru­to­wała, będzie to koniec rodu Davar. Zostaną wchło­nięci i pod­dani innemu rodowi.

Za karę będą pra­co­wać do utraty sił - wła­ści­wie mogą nawet zostać uczy­nieni nie­wol­ni­kami lub zamor­do­wani przez nie­za­do­wo­lo­nych wie­rzy­cieli. Zapo­bie­że­nie temu zale­żało od Shal­lan, a pierw­szy krok sta­no­wiła Jasnah Kho­lin.

Shal­lan ode­tchnęła głę­boko i wyszła za róg.

4. Strzaskane Równiny

"Umie­ram, prawda? Uzdro­wi­cielu, dla­czego odbie­rasz mi krew? Kim jest ten obok cie­bie, z głową pełną linii? Widzę odle­głe słońce, ciemne i zimne, świe­cące na czar­nym nie­bie".

Zebrane dru­giego dnia Jesnan roku 1172, jede­na­ście sekund przed śmier­cią. Bada­nym był prze­wod­nik chulli z Reshi. Próbka godna szcze­gól­nej uwagi.

- Dla­czego nie pła­czesz? - spy­tała wia­tro­spren.

Kala­din usiadł, zwró­cony ple­cami do kąta klatki, i spu­ścił wzrok. Deski pod­łogi były tu pełne drzazg, jakby ktoś wbi­jał w nie paznok­cie. Nie­równy frag­ment deski był ciem­niej­szy w miej­scu, gdzie szare drewno wchło­nęło krew. Próżna, sza­leń­cza próba ucieczki.

Wóz toczył się dalej. Ta sama rutyna każ­dego dnia. Budzili się zdrę­twiali i obo­lali po nocy spę­dzo­nej bez mate­racy i koców. Z kolej­nych wozów wypro­wa­dzano nie­wol­ni­ków, zaku­wano ich w kaj­dany i pozwa­lano, by pokrę­cili się po oko­licy i wypróż­nili się. Póź­niej znów zamy­kano ich w klat­kach, kar­miono poranną por­cją brei, a następ­nie wagony toczyły się aż do popo­łu­dnio­wej brei. Znów jechali. Wie­czorna breja i kubek wody przed snem.

Piętno shash na czole Kala­dina było wciąż pokryte popę­ka­nymi stru­pami i krwa­wiło. Dobrze, że choć dach klatki dawał osłonę przed słoń­cem.

Wia­tro­spren zmie­niła się w mgiełkę i unio­sła jak nie­wielka chmurka. Zbli­żyła się do Kala­dina, a ruch ten uka­zał jej twarz z przodu chmury, jakby roz­pro­szył mgłę, odkry­wa­jąc coś bar­dziej mate­rial­nego pod spodem. Mgli­stego, kobie­cego i kan­cia­stego. Z zacie­ka­wio­nymi oczami. Nie przy­po­mi­nała żad­nego sprena, któ­rego kie­dy­kol­wiek widział.

- Inni pła­czą w nocy - powie­działa. - Ale ty nie.

- A dla­czego miał­bym pła­kać? - spy­tał, znów opie­ra­jąc głowę o pręty. - Co by to dało?

- Nie wiem. Dla­czego ludzie pła­czą?

Uśmiech­nął się, przy­my­ka­jąc oczy.

- Zapy­taj Wszech­moc­nego, dla­czego ludzie pła­czą, malutki spre­nie. Nie mnie.

Na jego czole per­lił się pot, gdyż lato na wscho­dzie było wil­gotne. Ście­ka­jąc do rany, wywo­ły­wał jej pie­cze­nie. Kala­din miał nadzieję, że wkrótce czeka ich znów parę tygo­dni wio­sny. Pogoda i pory roku były nie­prze­wi­dy­walne. Nikt nie wie­dział, ile potrwają, choć zazwy­czaj każda koń­czyła się po kilku tygo­dniach.

Wóz toczył się dalej. Po jakimś cza­sie poczuł świa­tło słońca na twa­rzy. Otwo­rzył oczy. Pro­mie­nie słońca wpa­dały przez górną część po lewej stro­nie klatki. Musiała być druga albo trze­cia po połu­dniu. A co z popo­łu­dniową breją? Kala­din, chwy­ciw­szy jedną ręką za kraty, wstał. Ściana z przodu klatki spra­wiała, że nie widział Tvla­kva pro­wa­dzą­cego pierw­szy wóz, jedy­nie Blu­tha na wozie za nimi. Najem­nik sie­dział na wyso­kim koźle, który pozwa­lał mu spoj­rzeć ponad grzbie­tem pocią­go­wego chulla. Miał brudną koszulę, wią­zaną z przodu, i nosił kape­lusz z sze­ro­kim ron­dem dla ochrony przed słoń­cem. Jego włócz­nia i pałka leżały obok na ławce. Nie nosił mie­cza - nawet Tvlakv tego nie ryzy­ko­wał tak bli­sko ziem Ale­thyj­czy­ków.

Trawa na­dal roz­stę­po­wała się przed wozami, zni­ka­jąc tuż przed nimi i wyśli­zgu­jąc się ponow­nie po ich prze­jeź­dzie. Oko­licę pora­stały dziwne zaro­śla, któ­rych Kala­din nie roz­po­zna­wał. Miały grube pędy, łodygi i kol­cza­ste zie­lone igły. Kiedy któ­ryś z wozów za bar­dzo się zbli­żał, igły zni­kały w łody­gach, pozo­sta­wia­jąc powy­krę­cane, przy­po­mi­na­jące robaki pnie z sęka­tymi gałę­ziami. Na wzgó­rzach było ich pełno, wzno­siły się z poro­śnię­tych trawą skał niczym minia­tu­rowi straż­nicy.

Kara­wana jechała dalej, choć minęło już połu­dnie. Dla­czego nie zatrzy­mu­jemy się na breję?

Pierw­szy wóz w końcu się zatrzy­mał. Dwa inne zaha­mo­wały z szarp­nię­ciem za nim, usta­wione pod kątem, chulle o czer­wo­nych sko­ru­pach z nie­po­ko­jem wachlo­wały czuł­kami. Przy­po­mi­na­jące kształ­tem skrzy­nie stwory miały wypu­kłe kamienne sko­rupy i grube czer­wone łapy niczym pnie. Kala­din sły­szał, że ich szczypce mogły zła­mać ramię doro­słego męż­czy­zny. Ale chulle były spo­kojne, szcze­gól­nie te udo­mo­wione, i w woj­sku nie sły­szał, by komu­kol­wiek zro­biły coś wię­cej niż deli­katne uszczyp­nię­cie.

Bluth i Tag zeszli z wozów i pode­szli do Tvla­kva. Han­dlarz nie­wol­ni­ków sta­nął na koźle, osło­nił oczy przed bia­łym bla­skiem słońca i uniósł arkusz papieru. Zaczęła się kłót­nia. Tvlakv machał w stronę, w którą jechali, po czym wska­zy­wał na papier w dłoni.

- Zgu­bi­łeś się, Tvlakv?! - zawo­łał Kala­din. - Może powi­nie­neś pomo­dlić się do Wszech­moc­nego o wska­zówki. Sły­sza­łem, że ma sła­bość do han­dla­rzy nie­wol­ni­ków. Ma dla cie­bie spe­cjalną kom­natę w Potę­pie­niu.

Po lewej Kala­dina jeden z nie­wol­ni­ków - bro­daty męż­czy­zna, który roz­ma­wiał z nim przed kil­koma dniami - odsu­nął się nieco, nie chcąc znaj­do­wać się w pobliżu czło­wieka, który pro­wo­ko­wał han­dla­rza.

Tvlakv zawa­hał się, po czym krótko mach­nął na najem­ni­ków, każąc im się uci­szyć. Kor­pu­lentny męż­czy­zna zesko­czył z wozu i pod­szedł do Kala­dina.

- Ty - powie­dział. - Dezer­te­rze. Ale­thyj­skie armie prze­cho­dzą przez te tereny w dro­dze na wojnę. Znasz tę oko­licę?

- Pozwól mi zoba­czyć mapę - odparł Kala­din.

Tvlakv zawa­hał się, po czym uniósł ją do oczu nie­wol­nika.

Kala­din się­gnął przez kraty i zła­pał papier. Następ­nie, nawet na niego nie spo­glą­da­jąc, roze­rwał go na dwie czę­ści. W ciągu kilku chwil na oczach prze­ra­żo­nego Tvla­kva roz­szar­pał mapę na strzępy.

Han­dlarz zawo­łał najem­ni­ków, lecz kiedy dotarli do wozu, Kala­din rzu­cił w nich dwiema gar­ściami strzęp­ków.

- Szczę­śli­wego Prze­si­le­nia, sukin­syny - powie­dział, gdy zatań­czyły wokół nich kawałki papieru.

Odwró­cił się, prze­szedł na drugą stronę klatki i usiadł, zwró­cony twa­rzą w ich stronę.

Tvlakv stał onie­miały. Póź­niej, czer­wony na twa­rzy, wska­zał na Kala­dina i wysy­czał coś do najem­ni­ków. Bluth zro­bił krok w stronę klatki, ale wyraź­nie zmie­nił zda­nie. Spoj­rzał na pra­co­dawcę, wzru­szył ramio­nami i odszedł. Tvlakv zwró­cił się do Taga, lecz drugi najem­nik jedy­nie potrzą­snął głową i powie­dział coś cicho.

Po kilku minu­tach goto­wa­nia się ze zło­ści na tchórz­li­wych najem­ni­ków, Tvlakv obszedł klatkę i pod­szedł do miej­sca, gdzie sie­dział Kala­din. Co zadzi­wia­jące, kiedy się ode­zwał, mówił spo­koj­nym tonem.

- Widzę, że jesteś bystry, dezer­te­rze. Uczy­ni­łeś się bez­cen­nym. Inni nie­wol­nicy nie pocho­dzą z tych oko­lic, a ja ni­gdy tędy nie jecha­łem. Możesz się tar­go­wać. Czego chcesz w zamian za popro­wa­dze­nie nas? Mogę ci zapro­po­no­wać dodat­kowy posi­łek dzien­nie, jeśli mnie zado­wo­lisz.

- Chcesz, żebym popro­wa­dził kara­wanę?

- Wska­zówki wystar­czą.

- Dobrze. Naj­pierw znajdź urwi­sko.

- A ono pozwoli ci się lepiej rozej­rzeć po oko­licy?

- Nie - odparł Kala­din. - Będę miał cię z czego zrzu­cić.

Tvlakv z iry­ta­cją popra­wił czapkę na gło­wie i zało­żył jedną z dłu­gich bia­łych brwi za ucho.

- Nie­na­wi­dzisz mnie. To dobrze. Nie­na­wiść doda ci sił, sprawi, że pój­dziesz za dużą sumę. Ale nie znaj­dziesz zemsty na mnie, jeśli nie będę miał oka­zji zabrać cię na targ. Ja nie pozwolę ci uciec. Ale może ktoś inny to zrobi. Tak naprawdę chcesz być sprze­dany, nie?

- Nie pra­gnę zemsty - odparł Kala­din.

Wia­tro­spren wró­ciła - wcze­śniej znik­nęła na chwilę, żeby zba­dać jeden z dzi­wacz­nych krze­wów. Zatrzy­mała się w powie­trzu i zaczęła spa­ce­ro­wać wokół twa­rzy Tvla­kva, przy­glą­da­jąc się jej uważ­nie. On naj­wy­raź­niej jej nie widział.

Tvlakv zmarsz­czył czoło.

- Żad­nej zemsty?

- To nie działa - wyja­śnił Kala­din. - Tego nauczy­łem się przed laty.

- Przed laty? Nie możesz mieć wię­cej niż osiem­na­ście lat, dezer­te­rze.

Dobrze się domy­ślał. Kala­din miał dzie­więt­na­ście lat. Czy minęły zale­d­wie cztery lata, od kiedy zacią­gnął się do armii Ama­rama? Miał wra­że­nie, że posta­rzał się co naj­mniej o tuzin.

- Jesteś młody - mówił dalej Tvlakv. - Mógł­byś uciec przed tym losem. Znane są przy­padki, gdy ludzie prze­żyli swoje piętna nie­wol­nika... mógł­byś spła­cić swoją cenę, rozu­miesz? Albo prze­ko­nać jed­nego z panów, by zwró­cił ci wol­ność. Mógł­byś znów zostać wol­nym czło­wie­kiem. To wcale nie jest takie nie­praw­do­po­dobne.

Kala­din prych­nął.

- Ni­gdy nie będę wolny od tego piętna, Tvlakv. Na pewno wiesz, że pró­bo­wa­łem uciec dzie­sięć razy i mi się nie powio­dło. Twoi najem­nicy pod­cho­dzą do mnie z nie­uf­no­ścią nie tylko przez te glify na gło­wie.

- Wcze­śniej­sza porażka nie ozna­cza, że nie ma szansy na przy­szłość, prawda?

- Skoń­czy­łem z tym. Nie obcho­dzi mnie to. - Spoj­rzał z ukosa na han­dla­rza. - Poza tym, sam nie wie­rzysz w to, co mówisz. Wąt­pię, by czło­wiek taki jak ty mógł zasnąć w nocy, gdyby sądził, że sprze­da­wani przez niego nie­wol­nicy mają naj­mniej­szą szansę odzy­skać swo­bodę i go odna­leźć.

Tvlakv roze­śmiał się.

- Być może, dezer­te­rze. Być może masz rację. A być może po pro­stu sądzę, że gdy­byś miał odzy­skać wol­ność, odszu­kał­byś pierw­szego czło­wieka, który sprze­dał cię w nie­wolę, rozu­miesz? Czy to nie był lord Ama­ram? Jego śmierć ostrzeże mnie, że mam ucie­kać.

Skąd wie­dział? Gdzie usły­szał o Ama­ra­mie? Odnajdę go, pomy­ślał Kala­din. Wypa­tro­szę gołymi rękami. Skręcę mu kark i...

- Tak - stwier­dził Tvlakv, wpa­tru­jąc się w twarz Kala­dina - nie byłeś szczery, kiedy mówi­łeś, że nie pra­gniesz zemsty. Rozu­miem.

- Skąd wiesz o Ama­ra­mie? - spy­tał Kala­din, marsz­cząc czoło. - Od tego czasu zmie­ni­łem pół tuzina wła­ści­cieli.

- Ludzie gadają. Han­dla­rze nie­wol­ni­ków bar­dziej niż inni. Widzisz, musimy przy­jaź­nić się ze sobą, bo innym prze­szka­dza nasze towa­rzy­stwo.

- W takim razie wiesz, że nie dosta­łem tego piętna za dezer­cję.

- Ach, ale tak musimy uda­wać, rozu­miesz? Ludzie winni zbrodni nie sprze­dają się dobrze. Przez ten glif shash na twoim czole trudno mi będzie uzy­skać dobrą cenę. A jeśli nie uda mi się cie­bie sprze­dać, to... cóż, wolał­byś się tego nie dowie­dzieć. I dla­tego ode­gramy mały teatrzyk. Ja będę mówił, że jesteś dezer­te­rem. A ty nic nie powiesz. To chyba łatwa rola, nie sądzisz?

- To nie­le­galne.

- Nie jeste­śmy w Ale­th­ka­rze - odparł Tvlakv - więc prawo się nie liczy. Poza tym, dezer­cja była ofi­cjal­nym powo­dem, dla któ­rego zosta­łeś sprze­dany. Jeśli będziesz się upie­rał, że jest ina­czej, nie zyskasz nic, poza opi­nią nie­uczci­wego.

- Poza naro­bie­niem ci kło­po­tów.

- Ale wła­śnie powie­dzia­łeś, że nie pra­gniesz się na mnie zemścić.

- Jesz­cze mogę to poczuć.

Tvlakv roze­śmiał się.

- Ach, jeśli do tej pory nie poczu­łeś, to już pew­nie nie poczu­jesz! Poza tym, czyż nie gro­zi­łeś, że zrzu­cisz mnie z urwi­ska? Sądzę, że już to czu­jesz. Ale teraz musimy omó­wić dal­sze kroki. Jak wiesz, moją mapę spo­tkał przed­wcze­sny koniec.

Kala­din zawa­hał się, po czym wes­tchnął.

- Nie wiem - powie­dział szcze­rze. - Też ni­gdy nie byłem w tych oko­li­cach.

Tvlavk zmarsz­czył czoło. Pochy­lił się bli­żej klatki i przyj­rzał uważ­nie Kala­di­nowi, choć wciąż trzy­mał się na dystans. Po chwili potrzą­snął głową.

- Wie­rzę ci, dezer­te­rze. Jaka szkoda. Cóż, będę musiał zaufać swo­jej pamięci. Mapa i tak była kiep­ska. Nie­mal się cie­szę, że ją porwa­łeś, bo mnie samego rów­nież to kusiło. Jeśli przy­pad­kiem wpadnę na por­trety byłych żon, upew­nię się, że tra­fią w twoje ręce, i sko­rzy­stam z two­ich nie­zwy­kłych talen­tów.

Z tymi słowy odszedł.

Kala­din odpro­wa­dził go wzro­kiem, po czym zaklął.

- Dla­czego to powie­dzia­łeś? - spy­tała wia­tro­spren, pod­cho­dząc do niego z prze­chy­loną głową.

- Pra­wie go polu­bi­łem - odparł Kala­din, waląc głową w kraty.

- Ale... po tym, co zro­bił...

Kala­din wzru­szył ramio­nami.

- Nie powie­dzia­łem, że Tvlakv nie jest sukin­sy­nem. Po pro­stu jest sukin­sy­nem, któ­rego da się lubić. - Zawa­hał się, skrzy­wił. - Tacy są naj­gorsi. Kiedy się ich zabija, koń­czy się z poczu­ciem winy.

***

W cza­sie arcy­burz wóz prze­cie­kał. Nie było to niczym zaska­ku­ją­cym, Kala­din podej­rze­wał, że Tvla­kva do han­dlu nie­wol­ni­kami zmu­siło pechowe zrzą­dze­nie losu. Wolałby raczej han­dlo­wać innymi towa­rami, ale coś - brak pie­nię­dzy, koniecz­ność pośpiesz­nego opusz­cze­nia poprzed­niego śro­do­wi­ska - zmu­siło go do zaję­cia się naj­mniej sza­no­wa­nym zaję­ciem.

Ludzie tacy jak on nie mogli sobie pozwo­lić na luk­susy ani nawet porządną jakość. Z tru­dem wycho­dzili z dłu­gów. W tym wypadku ozna­czało to wozy, które prze­cie­kały. Zabite deskami boki były wystar­cza­jąco mocne, by wytrzy­mać wichurę, ale prze­by­wa­jący wewnątrz nie mogli czuć się wygod­nie.

Tvlakv nie­mal nie zdą­żył przy­go­to­wać się do arcy­bu­rzy. Naj­wy­raź­niej na podar­tej przez Kala­dina mapie znaj­do­wała się rów­nież roz­pi­ska z datami burz, którą han­dlarz kupił od wędrow­nego straż­nika burz. Poja­wie­nie się arcy­burz dawało się wyli­czyć. Ojciec Kala­dina trak­to­wał to jako roz­rywkę. Osiem razy na dzie­sięć poda­wał wła­ściwą datę.

Deski zagrze­cho­tały o pręty klatki, kiedy wichura ude­rzyła w pojazd, potrzą­sa­jąc nim i spra­wia­jąc, że pod­ska­ki­wał jak zabawka olbrzyma. Drewno jęczało i przez pęk­nię­cia do wnę­trza wpa­dały strugi lodo­wa­tej wody. Blask bły­ska­wic rów­nież wpa­dał do środka, razem z grzmo­tami. To było jedyne źró­dło świa­tła.

Od czasu do czasu świa­tło migo­tało bez grzmotu. Wtedy nie­wol­nicy jęczeli ze stra­chu, myśląc o Ojcu Burz, cie­niach Zagi­nio­nych Świe­tli­stych albo Pust­kow­cach - wszy­scy z nich mieli rze­komo nawie­dzać naj­po­tęż­niej­sze z arcy­burz. Kulili się razem na dru­gim końcu wozu, ogrze­wa­jąc się nawza­jem. Kala­din im w tym nie prze­szka­dzał, sam usiadł z ple­cami zwró­co­nymi do krat.

Nie oba­wiał się opo­wie­ści o isto­tach, które wędro­wały pośród arcy­burz. W woj­sku był zmu­szony prze­żyć arcy­burzę czy dwie pod skal­nym nawi­sem lub w innej zaim­pro­wi­zo­wa­nej kry­jówce. Nikt nie lubił prze­by­wać na zewnątrz pod­czas burzy, ale cza­sem nie dało się tego unik­nąć. Stwory wędru­jące pod­czas arcy­burzy - być może nawet sam Ojciec Burz - nie były nawet w poło­wie tak zabój­cze, jak kamie­nie i gałę­zie uno­szone w powie­trze. W rze­czy samej, począt­kowy napór wody i wia­tru - burzowy mur - był naj­bar­dziej nie­bez­pieczny. Im dłu­żej czło­wiek wytrzy­mał po nim, tym słab­sza sta­wała się burza, koń­cząc się łagod­nym desz­czy­kiem.

Nie, nie przej­mo­wał się Pust­kow­cami szu­ka­ją­cymi ciał, któ­rymi mogliby się poży­wić. Mar­twił się, że coś się sta­nie Tvla­kvowi. Han­dlarz nie­wol­ni­ków spę­dzał arcy­bu­rzę w cia­snym drew­nia­nym pomiesz­cze­niu wbu­do­wa­nym w dno jego wozu. Wyda­wało się to naj­bez­piecz­niej­szym miej­scem w kara­wa­nie, ale pechowy przy­pa­dek - głaz nie­siony burzą, zawa­le­nie się całego wozu - mógł go zabić. A wtedy, jak spo­dzie­wał się Kala­din, Bluth i Tag ucie­kliby, pozo­sta­wia­jąc wszyst­kich w klat­kach z zamknię­tymi drew­nia­nymi bokami. Nie­wol­nicy umar­liby powolną śmier­cią z głodu i pra­gnie­nia, gotu­jąc się w swo­ich skrzy­niach.

Burza wciąż sza­lała, wstrzą­sa­jąc wozem. Te wichury cza­sem wyda­wały się żywymi isto­tami. A któż mógł powie­dzieć, że nimi nie są? Czy wia­tro­spreny coś cią­gnęło do podmu­chów wia­tru, czy też same były podmu­chami wia­tru? Duszami mocy, która teraz tak bar­dzo pra­gnęła znisz­czyć wóz Kala­dina?

Mocy tej - świa­do­mej czy nie - się nie powio­dło. Wozy przy­mo­co­wano łań­cu­chami do pobli­skich skał i zablo­ko­wano koła. Ude­rze­nia wia­tru sta­wały się coraz bar­dziej leniwe. Bły­ska­wice prze­stały migo­tać, a dopro­wa­dza­jące do sza­leń­stwa bęb­nie­nie wia­tru zmie­niło się w ciche stu­ka­nie. Tylko raz w cza­sie ich podróży jeden z wozów się prze­wró­cił. Zarówno on sam, jak i nie­wol­nicy wewnątrz prze­żyli z nie­wiel­kimi zadra­pa­niami i siń­cami.

Boczna ściana na prawo od Kala­dina nagle zadrżała i opa­dła, kiedy Bluth zdjął klamry zabez­pie­cza­jące. Najem­nik wło­żył skó­rzany płaszcz dla ochrony przed wil­go­cią, a z ronda jego kape­lu­sza spły­wały stru­mie­nie wody, kiedy odsło­nił pręty - oraz znaj­du­ją­cych się wewnątrz męż­czyzn. Woda była zimna, choć nie lodo­wata, jak w chwili naj­więk­szego naporu arcy­bu­rzy. Zalała Kala­dina i sku­lo­nych nie­wol­ni­ków. Tvlakv zawsze kazał otwie­rać wozy przed koń­cem desz­czu - twier­dził, że to jedyny spo­sób, by zmyć smród wie­zio­nych wewnątrz ludzi.

Bluth wsu­nął drew­niany bok na miej­sce pod wozem, po czym otwo­rzył dwa pozo­stałe. Tylko ściany z przodu wozu, tuż za kozłem, nie dało się zde­mon­to­wać.

- Tro­chę za wcze­śnie, żebyś zdej­mo­wał boki, Bluth - zauwa­żył Kala­din.

Jesz­cze nie zaczęło się poże­gna­nie, ów okres pod koniec arcy­bu­rzy, kiedy padał łagodny desz­czyk. Ten deszcz wciąż mocno padał i od czasu do czasu na­dal poja­wiały się podmu­chy wia­tru.

- Pan chce, żeby­ście byli dziś bar­dzo czy­ści.

- Dla­czego? - spy­tał Kala­din, pod­no­sząc się. Jego poszar­pane brą­zowe łach­many ocie­kały wodą.

Bluth go zigno­ro­wał.

Może zbli­żamy się do celu? - pomy­ślał Kala­din, przy­glą­da­jąc się oko­licy.

W ciągu ostat­nich kilku dni wzgó­rza ustą­piły nie­rów­nym skal­nym for­ma­cjom - miej­scom, gdzie wichury pozo­sta­wiły urwi­ska i poszar­pane gra­nie. Trawa wyra­stała na kamie­ni­stych zbo­czach, na które padało naj­wię­cej słońca, a w cie­niu wyra­stało mnó­stwo innych roślin. Czas tuż po arcy­bu­rzy był okre­sem, kiedy kra­ina naj­bar­dziej się oży­wiała. Polipy ska­ło­pą­ków pękały i wypusz­czały pędy. Inne rodzaje pną­czy wysu­wały się z roz­pa­dlin, zli­zu­jąc wodę. Krzewy i drzewa roz­wi­jały liście. Krem­liki wszel­kiego rodzaju peł­zły przez kałuże, korzy­sta­jąc z ban­kietu. Owady bzy­czały w powie­trzu, a więk­sze sko­ru­piaki - kraby i noga­cze - wycho­dziły z kry­jó­wek. Wyda­wało się, że oży­wają nawet skały.

Kala­din zauwa­żył nad sobą pół tuzina wia­tro­spre­nów, ich prze­zro­czy­ste postaci goniły - a może wyko­rzy­sty­wały - ostat­nie podmu­chy burzy. Wokół roślin uno­siły się nie­wiel­kie świa­tełka. Życio­spreny. Wyglą­dały jak dro­biny świe­tli­stego zie­lo­nego pyłu lub malut­kie prze­zro­czy­ste owady.

Nogacz uniósł wło­so­wate kolce w powie­trze, by ostrze­gały go przed wszel­kimi zmia­nami wia­tru, i zaczął wspi­nać się wzdłuż boku wozu, a z jego dłu­giego ciała wyra­stało mnó­stwo par nóg. Stwór wyglą­dał zna­jomo, ale Kala­din ni­gdy nie widział noga­cza o tak fio­le­to­wej sko­ru­pie. Gdzie Tvlakv pro­wa­dził kara­wanę? Te opusz­czone zbo­cza dosko­nale nada­wa­łyby się na pola uprawne. W sezo­nie słab­szych arcy­burz, po Pła­czu, można by roz­pro­wa­dzić po nich sok kar­la­ków, zmie­szany z nasio­nami lawi­sów. W ciągu czte­rech mie­sięcy na całym zbo­czu wyro­słyby polipy wiel­ko­ści męskiej głowy, gotowe, by je otwo­rzyć i wyjąć zgro­ma­dzone wewnątrz ziarno.

Chulle krę­ciły się dookoła, zaja­da­jąc się ska­ło­pą­kami, śli­ma­kami i mniej­szymi sko­ru­pia­kami, które poja­wiły się po burzy. Tag i Bluth w mil­cze­niu zaprzę­gli stwory, kiedy Tvlakv z ponurą miną wydo­stał się ze swo­jego wodosz­czel­nego schro­nie­nia. Han­dlarz miał czapkę i czarny płaszcz dla ochrony przed desz­czem. Rzadko wycho­dził przed koń­cem arcy­bu­rzy, musiało mu bar­dzo zale­żeć na dotar­ciu do celu. Czy znaj­do­wali się tak bli­sko wybrzeża? To było jedyne miej­sce, gdzie pośród Niczy­ich Wzgórz mogli zna­leźć mia­sta.

Po kilku minu­tach wozy znów ruszyły po nie­rów­nej ziemi. Kala­din usa­do­wił się wygod­niej. Niebo roz­ja­śniło się, burza stała się pasmem ciem­no­ści na zachod­nim hory­zon­cie. Słońce przy­nio­sło jakże potrzebne cie­pło i nie­wol­nicy pła­wili się w jego bla­sku. Ich ubra­nia ocie­kały wodą, która spły­wała dalej z tyłu koły­szą­cego się wozu.

Do Kala­dina pod­le­ciało prze­zro­czy­ste pasmo świa­tła. Zaczy­nał uwa­żać obec­ność wia­tro­sprena za coś oczy­wi­stego. Znik­nęła na czas arcy­bu­rzy, ale wró­ciła. Jak zawsze.

- Widzia­łem innych z two­jego rodzaju - powie­dział Kala­din od nie­chce­nia.

- Innych? - powtó­rzyła, przy­jąw­szy postać mło­dej kobiety. Potem zaczęła krą­żyć wokół niego w powie­trzu, obra­ca­jąc się od czasu do czasu, tań­cząc do nie­sły­szal­nej muzyki.

- Wia­tro­spreny - wyja­śnił Kala­din. - Goniące burzę. Jesteś pewna, że nie chcesz pójść za nimi?

Spoj­rzała z tęsk­notą na zachód.

- Nie - powie­działa w końcu, wciąż tań­cząc. - Podoba mi się tutaj.

Kala­din wzru­szył ramio­nami. Prze­stała robić mu tak wiele psi­ku­sów jak wcze­śniej, więc on posta­no­wił nie iry­to­wać się jej obec­no­ścią.

- W pobliżu są inni - powie­działa. - Inni tacy jak ty.

- Nie­wol­nicy?

- Nie wiem. Ludzie. Nie tacy jak tu. Inni.

- Gdzie?

Prze­zro­czy­stym bia­łym pal­cem wska­zała na wschód.

- Tam. Dużo. Mnó­stwo.

Kala­din wstał. Trudno mu było uwie­rzyć, że spren umiał oce­niać odle­gło­ści i liczby. Tak... Kala­din zmru­żył oczy, wpa­tru­jąc się w hory­zont. Dym. Z komi­nów? Podmuch wia­tru przy­niósł jego woń - gdyby nie deszcz, poczułby go wcze­śniej.

Czy powinno go to obcho­dzić? Nie­ważne, gdzie był nie­wol­ni­kiem - na­dal był nie­wol­ni­kiem. Zaak­cep­to­wał takie życie. To był jego spo­sób. Nie przej­mo­wać się, nie mar­twić.

Mimo to spo­glą­dał z zacie­ka­wie­niem, kiedy wóz wspiął się na zbo­cze wzgó­rza i nie­wol­nicy mogli zoba­czyć, co leży przed nimi. To nie było mia­sto, lecz coś wspa­nial­szego, więk­szego. Ogromny obóz woj­skowy.

- Wielki Ojcze Burz... - wyszep­tał Kala­din.

Dzie­sięć wiel­kich armii obo­zo­wało zgod­nie ze zna­jo­mym wzor­cem typo­wym dla Ale­thyj­czy­ków - w krę­gach, zgod­nie ze stop­niem - mar­kie­tani na zewnątrz, najem­nicy w kręgu tuż przy nich, żoł­nie­rze oby­wa­tele bli­sko środka, jasno­ocy ofi­ce­ro­wie w samym cen­trum. Obo­zo­wali w for­ma­cjach skal­nych przy­po­mi­na­ją­cych ogromne kra­tery, jed­nak ich zbo­cza były bar­dziej nie­równe i poszar­pane. Jak pęk­nięte sko­rupy jaja.

Kala­din przed ośmioma mie­sią­cami pozo­sta­wił taką armię, choć siły Ama­rama były zde­cy­do­wa­nie mniej­sze. Ten obóz zaj­mo­wał wiele mil skał, roz­cią­ga­jąc się na pół­noc i połu­dnie. Tysiące sztan­da­rów z tysią­cami róż­nych rodo­wych par gli­fów łopo­tały dum­nie na wie­trze. Widział poje­dyn­cze namioty - głów­nie poza armiami - ale więk­szość oddzia­łów kwa­te­ro­wała w dużych kamien­nych kosza­rach. A to ozna­czało Dusz­niki.

Nad obo­zem bez­po­śred­nio przed nimi wzno­sił się sztan­dar, który Kala­din widział w księ­gach. Ciem­no­nie­bie­ski z bia­łymi gli­fami - khokh i linil, sty­li­zo­wane i wyma­lo­wane jako wieża przed koroną. Ród Kho­lin. Ród króla.

Kala­din z oszo­ło­mie­niem spoj­rzał ponad armiami. Kra­jo­braz na wscho­dzie przy­po­mi­nał to, co sły­szał w dzie­siąt­kach róż­nych opo­wie­ści opi­su­ją­cych kam­pa­nię króla prze­ciwko zdra­dziec­kim Par­shen­dim. Była to ogromna kamienna rów­nina - tak sze­roka, że nie widział jej dru­giego końca - poprze­ci­nana roz­pa­dli­nami i szcze­li­nami sze­ro­kimi na dwa­dzie­ścia lub trzy­dzie­ści stóp. Były tak głę­bo­kie, że zni­kały w mroku i two­rzyły mozaikę nie­rów­nych pła­sko­wy­żów. Część wielka, inne malut­kie. Potężna rów­nina przy­po­mi­nała z wyglądu pół­mi­sek, który został stłu­czony, a póź­niej poskła­dany z nie­wiel­kimi lukami mię­dzy czę­ściami.

- Strza­skane Rów­niny - wyszep­tał Kala­din.

- Co takiego? - spy­tała wia­tro­spren. - Co się stało?

Kala­din w oszo­ło­mie­niu potrzą­snął głową.

- Spę­dzi­łem całe lata, pró­bu­jąc się tu dostać. Tego pra­gnął Tien, przy­naj­mniej pod koniec. Aby tu dotrzeć, wal­czyć w armii króla...

A teraz Kala­din się tu zna­lazł. W końcu. Przy­pad­kiem. Miał ochotę się roze­śmiać. Powi­nie­nem się zorien­to­wać, pomy­ślał. Powi­nie­nem wie­dzieć. Nie kie­ro­wa­li­śmy się w stronę wybrzeża i miast. Kie­ro­wa­li­śmy się tutaj. Na wojnę.

W tym miej­scu pano­wały prawa i zasady Ale­thyj­czy­ków. Spo­dzie­wał się, że Tvlakv będzie wolał tego unik­nąć. Ale tu praw­do­po­dob­nie uzy­ska­łaby też naj­wyż­szą cenę.

- Strza­skane Rów­niny? - powtó­rzył jeden z nie­wol­ni­ków. - Naprawdę?

Inni tło­czyli się przy kra­tach i wyglą­dali. W nagłym pod­nie­ce­niu jakby zapo­mi­nali o swoim stra­chu przed Kala­di­nem.

- To rze­czy­wi­ście Strza­skane Rów­niny! - ode­zwał się inny męż­czy­zna. - A to armia króla!

- Może odnaj­dziemy tu spra­wie­dli­wość - stwier­dził inny.

- Sły­sza­łem, że oso­bi­ści słu­żący króla żyją lepiej niż nie­je­den kupiec - powie­dział kolejny. - Jego nie­wol­ni­kom też musi być lepiej. Znaj­dziemy się na voriń­skich zie­miach, nawet będziemy zara­biać!

To była prawda. Kiedy nie­wol­nicy pra­co­wali, musieli dosta­wać nie­wielką pen­sję - połowę tego, co dosta­wał wolny robot­nik, a co i tak czę­sto ozna­czało mniej, niż pełny oby­wa­tel otrzy­małby za taką samą pracę. Ale prawo Ale­thyj­czy­ków tego wyma­gało, i to było coś. Jedy­nie żar­liwcy - któ­rzy i tak nie mogli niczego posia­dać na wła­sność - nie musieli być opła­cani. I par­sh­meni. Ale par­sh­meni bar­dziej przy­po­mi­nali zwie­rzęta.

Nie­wol­nik mógł wpła­cać swoje zarobki na konto swo­jego długu i po latach pracy wyku­pić się na wol­ność. Teo­re­tycz­nie. Inni wciąż roz­ma­wiali, kiedy wozy zaczęły toczyć się w dół, ale Kala­din wyco­fał się na tył wozu. Podej­rze­wał, że moż­li­wość spła­ce­nia się była oszu­stwem, mają­cym zapew­nić spo­kój wśród nie­wol­ni­ków. Dług był ogromny, o wiele więk­szy niż cena, za którą nie­wol­nik został sprze­dany, i wła­ści­wie nie dało się tyle zaro­bić.

Słu­żąc poprzed­nim panom, doma­gał się swo­jej wypłaty. Zawsze znaj­do­wali spo­soby, żeby go oszu­kać - odej­mo­wali za noc­legi i wyży­wie­nie. Tacy byli jasno­ocy. Roshone, Ama­ram, Kata­ro­tam... Każdy jasno­oki, jakiego poznał Kala­din, czy to jako nie­wol­nik, czy wolny czło­wiek, oka­zy­wał się zepsuty aż do szpiku kości, pomimo zewnętrz­nej wytwor­no­ści i urody. Byli jak gni­jące trupy w naj­lep­szych jedwa­biach.

Inni nie­wol­nicy wciąż roz­ma­wiali o kró­lew­skiej armii i spra­wie­dli­wo­ści. Spra­wie­dli­wość? - pomy­ślał Kala­din, opie­ra­jąc plecy o kraty. Nie jestem prze­ko­nany, czy coś takiego w ogóle ist­nieje. Ale i tak się zasta­na­wiał. To była armia króla - armia wszyst­kich dzie­się­ciu arcy­ksią­żąt - która przy­była, by wypeł­nić Pakt Zemsty.

Jeśli pozwa­lał sobie jesz­cze cze­goś pra­gnąć, to, by znów móc chwy­cić włócz­nię. Znów wal­czyć i spró­bo­wać odna­leźć drogę do czło­wieka, któ­rym kie­dyś był. Czło­wieka, któ­rego coś obcho­dziło.

I jeśli mógł to w ogóle odna­leźć, to wła­śnie tutaj.

5. Heretyczka

Widzia­łem koniec i sły­sza­łem, jak go nazwano. Noc Smut­ków, Praw­dziwe Spu­sto­sze­nie. Wieczna Burza.

Zebrane pierw­szego dnia Nanes roku 1172, pięt­na­ście sekund przed śmier­cią. Bada­nym był ciem­no­oki mło­dzie­niec nie­zna­nego pocho­dze­nia.

Shal­lan nie spo­dzie­wała się, że Jasnah Kho­lin będzie tak piękna.

Odzna­czała się dostojną, doj­rzałą uroda - taka, jaką można było spo­tkać na por­tre­cie jed­nej z daw­nych uczo­nych. Shal­lan pojęła, że naiw­nie spo­dzie­wała się, iż Jasnah będzie paskudną starą panną, jak te surowe matrony, które uczyły ją przed laty. Jak ina­czej mogła sobie wyobra­zić here­tyczkę dobrze po trzy­dzie­stce, i na­dal nie­za­mężną?

Jasnah wyglą­dała zupeł­nie ina­czej. Wysoka i szczu­pła, miała gładką skórę, wąskie czarne brwi i gęste czarne jak onyks włosy. Część z nich upięła wokół nie­wiel­kiej zło­tej ozdoby w kształ­cie zwoju, pod­trzy­my­wa­nej dwiema dłu­gimi szpi­lami. Reszta opa­dała drob­nymi lokami na kark. Choć mocno skrę­cone, włosy się­gały Jasnah do ramion - gdyby były pro­ste, się­gałyby do połowy ple­ców, podob­nie jak włosy Shal­lan.

Miała kwa­dra­tową twarz i bystre fioł­kowe oczy. Słu­chała sto­ją­cego w towa­rzy­stwie kilku słu­żą­cych męż­czy­zny w sza­tach o bar­wie zga­szo­nego oranżu i bieli - kolory kró­lew­skiego rodu Khar­bran­thu. Jasność Kho­lin była o kilka pal­ców wyż­sza od męż­czy­zny - naj­wy­raź­niej wysoki wzrost Ale­thyj­czy­ków nie był jedy­nie mitem. Jasnah spoj­rzała na Shal­lan, zauwa­żyła ją i wró­ciła do roz­mowy.

Na Ojca Burz! Ta kobieta była prze­cież kró­lew­ską sio­strą. Pełna rezerwy, posą­gowa, odziana w błę­kit i sre­bro. Podob­nie jak suk­nia Shal­lan, tak i jej suk­nia była zapi­nana z boków na guziki i miała wysoki koł­nierz, choć Jasnah miała znacz­nie peł­niej­sze piersi niż Shal­lan. Luźna spód­nica się­gała pod­łogi. Rękawy były dłu­gie i sze­ro­kie, lewy został zapięty na guziki, by ukryć bez­pieczną dłoń.

Na swo­bod­nej dłoni nosiła bar­dzo cha­rak­te­ry­styczną ozdobę - dwa pier­ścionki i bran­so­letka połą­czone kil­koma łań­cusz­kami, pod­trzy­mu­jące trój­kątną grupę klej­no­tów na grzbie­cie dłoni. Dusz­nik - tym sło­wem okre­ślano zarówno ludzi, któ­rzy prze­pro­wa­dzali pro­ces, jak i fabrial, który go umoż­li­wiał.

Shal­lan przy­su­nęła się bli­żej, sta­ra­jąc się przyj­rzeć uważ­niej dużym, ema­nu­ją­cym bla­skiem klej­no­tom. Jej serce zaczęło bić szyb­ciej. Dusz­nik wyglą­dał dokład­nie tak samo jak ten, który wraz z braćmi zna­la­zła w wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza ojca.

Jasnah i męż­czy­zna ruszyli w stronę Shal­lan, nie prze­ry­wa­jąc roz­mowy. Jak zare­aguje Jasnah, kiedy jej pod­opieczna w końcu ją dogo­niła? Czy będzie zła na opie­sza­łość Shal­lan? To nie była jej wina, ale ludzie czę­sto ocze­ki­wali nie­moż­li­wego od tych niż­szych sta­nem.

Podob­nie jak wielki kory­tarz, tak i to przej­ście zostało wykute w kamie­niu. Wyda­wało się jed­nak bar­dziej luk­su­sowo wypo­sa­żone, z bogato zdo­bio­nymi żyran­do­lami peł­nymi klej­no­tów Burzo­wego Świa­tła. Więk­szość sta­no­wiły ciem­no­fio­le­towe gra­naty, jedne z mniej war­to­ścio­wych kamieni. Mimo to sama ich liczba, wisząca u skle­pie­nia i ema­nu­jąca fioł­ko­wym bla­skiem spra­wiała, że żyran­dol wart był for­tunę. Na Shal­lan naj­więk­sze wra­że­nie zro­biły jed­nak syme­tria wzoru i uroda krysz­ta­łów wiszą­cych po bokach żyran­dola.

W miarę jak Jasnah się zbli­żała, Shal­lan zaczęła sły­szeć nie­które jej słowa.

- ...uświa­da­miasz sobie, że takie dzia­ła­nie może wywo­łać nie­przy­chylną reak­cję krę­gów wyznaw­ców? - zapy­tała kobieta. Mówiła po ale­thyj­sku.

Język ten bar­dzo przy­po­mi­nał ojczy­sty vedeń­ski Shal­lan i w dzie­ciń­stwie nauczyła się nim posłu­gi­wać.

- Tak, jasno­ści - odparł star­szy męż­czy­zna w sza­cie.

Miał rzadką siwą brodę i jasno­szare oczy. Jego szczera, życz­liwa twarz wyda­wała się bar­dzo zatro­skana. Nosił też okrą­gły kape­lusz pasu­jący do poma­rań­czowo-bia­łych szat. Czy to był może kró­lew­ski zarządca?

Nie. Te klej­noty na jego pal­cach, spo­sób, w jaki się poru­szał i w jaki inni jasno­ocy zacho­wy­wali się w jego obec­no­ści... Na Ojca Burz! - pomy­ślała Shal­lan. To musi być sam król! Nie brat Jasnah, Elho­kar, lecz król Khar­bran­thu. Tara­van­gian.

Shal­lan pośpiesz­nie dygnęła w sto­sowny spo­sób, czym zwró­ciła uwagę Jasnah.

- Żar­liwcy mają tu ogromne wpływy, Wasza Wyso­kość - powie­działa kobieta.

- Ja też - odparł król. - Mną się nie musisz przej­mo­wać.

- Rozu­miem - stwier­dziła Jasnah. - Twoje warunki są do przy­ję­cia. Zapro­wadź mnie na miej­sce, a zoba­czę, co da się zro­bić. Jed­nak, jeśli mi wyba­czysz, pod­czas naszej drogi muszę się jesz­cze kimś zająć.

Jasnah zro­biła krótki gest w stronę Shal­lan, wzy­wa­jąc, by do nich dołą­czyła.

- Oczy­wi­ście, jasno­ści - zgo­dził się król.

Wyda­wał się pełen sza­cunku wobec Jasnah. Khar­brant było bar­dzo małym kró­le­stwem - wła­ści­wie obej­mu­ją­cym jedy­nie mia­sto - a Ale­th­kar nale­żał do naj­po­tęż­niej­szych na świe­cie. W rze­czy­wi­sto­ści ale­thyj­ska księż­niczka miała wyż­szą pozy­cję od króla Khar­branthu, nie­za­leż­nie od wymo­gów pro­to­kołu.

Shal­lan pośpiesz­nie dołą­czyła do Jasnah, która szła nieco za kró­lem, roz­ma­wia­ją­cym ze swo­imi słu­gami.

- Jasno­ści - powie­działa dziew­czyna. - Nazy­wam się Shal­lan Davar, pro­si­li­ście, bym się z wami spo­tkała. Szcze­rze żałuję, że nie mogłam się z wami spo­tkać w Duma­dari.

- To nie była twoja wina - odparła Jasnah, macha­jąc ręką. - Nie spo­dzie­wa­łam się, że dotrzesz na czas. Nie byłam jed­nak pewna, dokąd udam się po Duma­dari, kiedy wysła­łam do cie­bie tę wia­do­mość.

Jasnah się nie zło­ściła, to dobry znak. Shal­lan poczuła, że powoli opusz­cza ją nie­po­kój.

- Jestem pod wra­że­niem two­jej nie­ustę­pli­wo­ści, dziecko - mówiła dalej kobieta. - Nie spo­dzie­wa­łam się, że tak długo będziesz za mną podą­żać. Posta­no­wi­łam, że w Khar­bran­cie nie będę już zosta­wiać dla cie­bie wia­do­mo­ści, gdyż uzna­łam, że się pod­da­łaś. Więk­szość tak robi po pierw­szych kilku przy­stan­kach.

Więk­szość? W takim razie to była próba? I Shal­lan ją prze­szła?

- W rze­czy samej - mówiła dalej Jasnah. - Być może nawet pozwolę ci zło­żyć prośbę o miej­sce jako moja pod­opieczna.

Shal­lan omal się nie potknęła. Zło­żyć prośbę? Czy tego już nie zro­biła?

- Jasno­ści - ode­zwała się Shal­lan. - Myśla­łam, że... Cóż, wasz list...

Jasnah spoj­rzała na nią z ukosa.

- Pozwo­li­łam ci się ze mną spo­tkać, panno Davar. Nie obie­cy­wa­łam, że cię przyjmę. Szko­le­nie pod­opiecz­nej i opieka nad nią zakłóca mój spo­kój, na co obec­nie nie mogę sobie pozwo­lić. Ale prze­by­łaś długą drogę. Roz­ważę twoją prośbę, choć musisz zro­zu­mieć, że moje wyma­ga­nia są surowe.

Shal­lan poha­mo­wała się przed skrzy­wie­niem ust.

- Żad­nego napadu zło­ści - zauwa­żyła Jasnah. - To dobry znak.

- Napad zło­ści, jasno­ści? U jasno­okiej kobiety?

- Była­byś zasko­czona - odparła oschle kró­lew­ska sio­stra. - Ale sama postawa ci nie wystar­czy. Powiedz mi, jak sze­ro­kie jest twoje wykształ­ce­nie?

- W nie­któ­rych aspek­tach znaczne - odparła Shal­lan, po czym dodała z waha­niem: - W innych znacz­nie ogra­ni­czone.

- Rozu­miem.

Przed nimi król naj­wy­raź­niej się śpie­szył, ale był tak stary, że nawet w pośpie­chu szedł powoli.

- W takim razie oce­nię cię. Odpo­wia­daj szcze­rze i nie prze­sa­dzaj, gdyż wkrótce poznam się na two­ich kłam­stwach. Nie uda­waj też fał­szy­wej skrom­no­ści, nie mam cier­pli­wo­ści do kokie­tek.

- Tak, jasno­ści.

- Zaczniemy od muzyki. Jak oce­ni­ła­byś swoje umie­jęt­no­ści?

- Mam dobry słuch, jasno­ści - odparła szcze­rze Shal­lan. - Naj­le­piej radzę sobie ze śpie­wem, choć uczono mnie też gry na cytrze i fletni. Nie będę naj­lep­szą, jaką sły­sze­li­ście, ale na pewno nie naj­gor­szą. Znam więk­szość bal­lad histo­rycz­nych na pamięć.

- Zaśpie­waj refren "Skocz­nej Adrene".

- Tutaj?

- Nie lubię się powta­rzać, dziecko.

Shal­lan zaczęła śpie­wać. To nie był jej naj­lep­szy występ, ale śpie­wała czy­stym gło­sem i nie zapo­mniała słów.

- Dobrze - powie­działa Jasnah, kiedy Shal­lan prze­rwała, żeby zła­pać oddech. - Języki.

Dziew­czyna zawa­hała się, pró­bu­jąc sku­pić uwagę na czymś innym niż gorącz­ko­wych pró­bach przy­po­mnie­nia sobie kolej­nego wersu. Języki.

- Mówię w waszym ojczy­stym ale­thyj­skim, rzecz jasna - powie­działa. - Przy­zwo­icie czy­tam po thay­leń­sku i dobrze mówię w azish. Umiem poro­zu­mieć się w języku selay, ale nie umiem w nim czy­tać.

Jasnah nie sko­men­to­wała tego. Shal­lan zaczęła się dener­wo­wać.

- Pisa­nie? - spy­tała w końcu kobieta.

- Znam wszyst­kie główne, pomniej­sze i miej­scowe glify i umiem je zapi­sać kali­gra­ficz­nie.

- Jak więk­szość dzieci.

- Glify strze­gące, które maluję, robią wra­że­nie na wszyst­kich, któ­rzy je widzieli.

- Glify strze­gące? - powtó­rzyła Jasnah. - Mia­łam powód, by sądzić, że chcia­łaś zostać uczoną, nie dostar­czy­cielką bzdur żeru­ją­cych na prze­są­dach.

- Od dzie­ciń­stwa pro­wa­dzi­łam dzien­nik - mówiła dalej Shal­lan - by ćwi­czyć umie­jęt­no­ści pisar­skie.

- Gra­tu­la­cje. Gdy­bym potrze­bo­wała, żeby ktoś napi­sał trak­tat o plu­szo­wym kucyku albo opi­sał inte­re­su­jący kamyk, który zoba­czył, poślę po cie­bie. Czy nie możesz mi poka­zać cze­goś, co pre­zen­to­wa­łoby twoje praw­dziwe umie­jęt­no­ści?

Shal­lan zaru­mie­niła się.

- Z całym sza­cun­kiem, jasno­ści, macie mój list, a był on wystar­cza­jąco prze­ko­nu­jący, byście zgo­dzili się mnie wysłu­chać.

- Słuszna uwaga. - Jasnah poki­wała głową. - Napi­sa­nie go zajęło ci sporo czasu. Jak wygląda twoje wyszko­le­nie w logice i pokrew­nych sztu­kach?

- Mam duże osią­gnię­cia w pod­sta­wo­wej mate­ma­tyce - odparła Shal­lan, wciąż zde­ner­wo­wana - i czę­sto poma­ga­łam ojcu w rachun­ko­wo­ści. Prze­czy­ta­łam dzieła zebrane róż­nych auto­rów. Tor­mas, Nashan, Niala Spra­wie­dliwa i oczy­wi­ście Noha­don.

- Pla­cini?

Kto to taki?

- Nie.

- Gabra­thin, Yustara, Mana­line, Syasikk, Shauka-córka-Hasweth?

Shal­lan sku­liła się i znów pokrę­ciła głową. To ostat­nie imię pocho­dziło z Shi­no­varu. Czy miesz­kańcy tej kra­iny w ogóle mieli logi­ków? Czy Jasnah rze­czy­wi­ście spo­dzie­wała się, że jej pod­opieczne będą zazna­jo­mione z tak mało zna­nymi tek­stami?

- Rozu­miem - stwier­dziła Jasnah. - A co z histo­rią?

Histo­ria. Shal­lan sku­liła się jesz­cze bar­dziej.

- Ja... To ta spe­cjal­ność, w któ­rej mam oczy­wi­ste braki, jasno­ści. Ojcu nie udało się zna­leźć odpo­wied­niej guwer­nantki. Prze­czy­ta­łam książki histo­ryczne, które do niego nale­żały...

- To zna­czy?

- Głów­nie kom­plet "Tema­tów" Bar­le­shy Lhan.

Jasnah z lek­ce­wa­że­niem mach­nęła swo­bodną dło­nią.

- Nie są warte czasu poświę­co­nego na ich napi­sa­nie. To w naj­lep­szym wypadku popu­larny prze­gląd wyda­rzeń histo­rycz­nych.

- Prze­pra­szam, jasno­ści.

- To zawsty­dza­jąca luka. Histo­ria jest naj­waż­niej­szą z pod­sztuk zwią­za­nych z czy­ta­niem. Można by sądzić, że twoi rodzice szcze­gól­nie zatrosz­czą się o ten aspekt, jeśli mieli nadzieję oddać cię na nauki do histo­ryczki takiej jak ja.

- Moja sytu­acja jest nie­ty­powa, jasno­ści.

- Igno­ran­cja rzadko bywa nie­ty­powa, panno Davar. Im dłu­żej żyję, tym bar­dziej docho­dzę do wnio­sku, że to natu­ralny stan ludz­kiego umy­słu. Wielu pró­buje bro­nić jej świę­to­ści i spo­dzie­wają się, że czło­wiek będzie pod wra­że­niem ich wysił­ków.

Shal­lan znów się zaru­mie­niła. Była świa­doma swo­ich bra­ków, ale Jasnah miała nie­re­alne ocze­ki­wa­nia. Bez słowa szła u boku wyż­szej kobiety. Jak długi był ten kory­tarz? Tak się zde­ner­wo­wała, że nawet nie patrzyła na obrazy na ścia­nach. Wyszły za róg i wkro­czyły dalej w głąb góry.

- W takim razie przejdźmy do nauki - stwier­dziła Jasnah nie­za­do­wo­lo­nym tonem. - Co możesz o sobie powie­dzieć w tej kwe­stii?

- Pozna­łam pod­stawy nauki w zakre­sie, jakiego można spo­dzie­wać się po mło­dej kobie­cie w moim wieku - odparła Shal­lan sztyw­niej niż zamie­rzała.

- To zna­czy?

- Mogę wypo­wia­dać się swo­bod­nie na temat geo­gra­fii, geo­lo­gii, fizyki i che­mii. Szcze­gól­nie sku­pi­łam się na bio­lo­gii i bota­nice, gdyż nimi mogłam zaj­mo­wać się z nie­jaką swo­bodą w posia­dło­ści mojego ojca. Ale jeśli spo­dzie­wa­cie się, że z mach­nię­ciem ręki roz­wiążę Zagadkę Fabri­san, to przy­pusz­czam, że się roz­cza­ru­je­cie.

- Czy nie mam prawa mieć uza­sad­nio­nych ocze­ki­wań wobec moich poten­cjal­nych uczen­nic, panno Davar?

- Uza­sad­nio­nych? Wasze ocze­ki­wa­nia są rów­nie uza­sad­nione jak te wobec Dzie­się­ciu Herol­dów w Dniu Próby! Z całym sza­cun­kiem, jasno­ści, wydaje się, że chce­cie, by wasze poten­cjalne pod­opieczne już były uczo­nymi. Być może uda­łoby mi się zna­leźć w tym mie­ście kilku osiem­dzie­się­cio­let­nich żar­liw­ców, któ­rzy speł­nia­liby wasze ocze­ki­wa­nia. Oni mogliby ubie­gać się o waszą opiekę, choć praw­do­po­dob­nie mie­liby kło­pot z usły­sze­niem waszych pytań.

- Rozu­miem - odparła Jasnah. - Czy z taką iry­ta­cją odzy­wasz się rów­nież do swo­ich rodzi­ców?

Shal­lan się skrzy­wiła. Czas spę­dzony pośród mary­na­rzy spra­wił, że stra­ciła pano­wa­nie nad języ­kiem. Czy prze­była tak daleką drogę tylko po to, by obra­zić Jasnah? Pomy­ślała o zruj­no­wa­nych bra­ciach, któ­rzy z tru­dem pod­trzy­my­wali pozory w domu. Czy będzie musiała powró­cić do nich poko­nana, po tym, jak zmar­no­wała jedyną oka­zję.

- Nie odzy­wa­łam się do nich w taki spo­sób, jasno­ści. Do was też nie powin­nam. Prze­pra­szam.

- Cóż, przy­naj­mniej jesteś na tyle pokorna, by przy­znać się do błędu. Mimo to jestem roz­cza­ro­wana. Jak to moż­liwe, że matka uznała cię za gotową, by oddać cię pod opiekę?

- Moja matka umarła, kiedy byłam dziec­kiem, jasno­ści.

- A twój ojciec wkrótce ponow­nie się oże­nił. Z Malise Gevel­mar, o ile mi wia­domo.

Shal­lan aż się wzdry­gnęła. Ród Davar był sta­ro­żytny, ale miał umiar­ko­waną wła­dzę i zna­cze­nie. Fakt, że Jasnah znała imię maco­chy Shal­lan, wiele o niej mówił.

- Moja maco­cha nie­dawno zmarła. Nie wysłała mnie, bym została waszą pod­opieczną. To moja wła­sna ini­cja­tywa.

- Przyj­mij wyrazy współ­czu­cia - odparła Jasnah. - Może powin­naś być ze swoim ojcem, zaj­mo­wać się jego posia­dło­ściami i pocie­szać w smutku, zamiast mar­no­wać mój czas.

Męż­czyźni idący przed nimi skrę­cili w kolejne boczne przej­ście. Podą­żyw­szy za nimi, zna­la­zły się w mniej­szym kory­ta­rzu, wyło­żo­nym bogato zdo­bio­nym czer­wono-żół­tym dywa­nem. Na ścia­nach wisiały lustra.

Shal­lan odwró­ciła się do Jasnah.

- Mój ojciec mnie nie potrze­buje. - Cóż, to była prawda. - Ale ja potrze­buję was, jak udo­wod­niła ta roz­mowa. Jeśli igno­ran­cja tak was drażni, czy może­cie z czy­stym sumie­niem odrzu­cić moż­li­wość, by mnie z niej wydo­być?

- Robi­łam to już wcze­śniej, panno Davar. Jesteś dwu­na­stą młodą kobietą, która w tym roku prosi mnie o opiekę.

Dwu­na­sta? - pomy­ślała Shal­lan. W tym roku? A ona zakła­dała, że kobiety będą się trzy­mać z dala od Jasnah z powodu jej nie­chęci do krę­gów wyznaw­ców.

Ich grupka dotarła do końca wąskiego kory­ta­rza i wyszła za róg, gdzie - ku zasko­cze­niu Shal­lan - ze skle­pie­nia spadł duży kawał skały. Wokół stało około tuzina sług, a nie­któ­rzy z nich mieli zanie­po­ko­jone miny. Co się działo?

Więk­szość zawału została uprząt­nięta, choć luka w ska­łach ziała zło­wrogo. Nie było przez nią widać nieba - scho­dzili coraz głę­biej w dół i znaj­do­wali się pew­nie głę­boko pod zie­mią. Potężny głaz, wyż­szy od czło­wieka, spadł na drzwi po lewej. Nie dało się go omi­nąć, żeby wejść do pomiesz­cze­nia za nim. Shal­lan wyda­wało się, że sły­szy odgłosy po dru­giej stro­nie. Król pod­szedł do skały i zaczął mówić coś uspo­ka­ja­ją­cym tonem. Wyjął chu­s­teczkę z kie­szeni i otarł czoło.

- Nie­bez­pie­czeń­stwa miesz­ka­nia w budynku wyku­tym w skale - zauwa­żyła Jasnah, pod­cho­dząc bli­żej. - Kiedy to się stało?

Naj­wy­raź­niej nie została wezwana do mia­sta wyłącz­nie w tym celu - król po pro­stu wyko­rzy­sty­wał jej obec­ność.

- Pod­czas ostat­niej arcy­bu­rzy, jasno­ści - odparł król. Potrzą­snął głową, a wtedy jego wąsy zadrżały. - Pała­co­wym inży­nie­rom być może uda się prze­bić do kom­naty, ale to wymaga czasu, a następna arcy­bu­rza ma ude­rzyć już jutro. Poza tym, prze­bi­cie się do środka może jesz­cze bar­dziej osła­bić skle­pie­nie.

- Sądzi­łam, że Khar­branth jest chro­niony przed burzami, Wasza Wyso­kość - ode­zwała się Shal­lan.

Jasnah spoj­rzała na nią z ukosa.

- Mia­sto jest chro­nione, młoda damo - odparł król. - Ale arcy­bu­rze bar­dzo sil­nie ude­rzają w górę za nami. Cza­sem dopro­wa­dza to do lawin po tej stro­nie, a to może spra­wić, że zatrzę­sie się całe zbo­cze. - Spoj­rzał na skle­pie­nie. - Zawały są nie­zmier­nie rzad­kie, a tę oko­licę uwa­ża­li­śmy za bez­pieczną, ale...

- Ale skała to skała - wtrą­ciła Jasnah - i ni­gdy nie wia­domo, czy tuż pod powierzch­nią nie kryje się słaba żyła. - Przyj­rzała się mono­li­towi, który odpadł od skle­pie­nia. - To będzie trudne. Praw­do­po­dob­nie stracę bar­dzo cenny kamień sku­pie­nia.

- Ja... - zaczął mówić król, znów ocie­ra­jąc czoło. - Gdy­by­śmy tylko mieli Ostrze Odpry­sku...

Jasnah prze­rwała mu mach­nię­ciem ręki.

- Nie pró­buję rene­go­cjo­wać naszej umowy, Wasza Wyso­kość. Dostęp do Pala­na­eum jest tego wart. Przyda się posłać kogoś po kawałki zamo­czo­nej tka­niny. Niech więk­szość słu­żą­cych przej­dzie na drugi koniec kory­ta­rza. Co i tobie nie zaszko­dzi.

- Zostanę tutaj - powie­dział król, na co reak­cją były pro­te­sty jego sług, w tym potęż­nego męż­czy­zny w czar­nym skó­rza­nym pół­pan­ce­rzu, pew­nie jego oso­bi­stego straż­nika. Władca uci­szył ich unie­sie­niem pomarsz­czo­nej dłoni. - Nie będę się krył jak tchórz, kiedy moja wnuczka jest uwię­ziona.

Nic dziw­nego, że był tak zde­ner­wo­wany. Jasnah nie upie­rała się dłu­żej, a Shal­lan widziała w jej spoj­rze­niu, że nie miało dla niej zna­cze­nia, iż władca ryzy­kuje wła­sne życie. To samo naj­wy­raź­niej doty­czyło Shal­lan, kobieta bowiem nie roz­ka­zała jej odejść. Słu­żący przy­szli z mokrymi kawał­kami tka­niny i roz­dali je. Jasnah odmó­wiła. Król i jego straż­nik unie­śli swoje do twa­rzy, zasła­nia­jąc usta i nos.

Shal­lan też przy­jęła szmatkę. O co w tym cho­dziło? Kilku słu­żą­cych prze­ci­snęło mokrą tka­ninę przez otwór mię­dzy ścianą a skałą, prze­ka­zu­jąc je tym uwię­zio­nym wewnątrz. Póź­niej wszy­scy słu­dzy odbie­gli kory­ta­rzem.

Jasnah pode­szła do głazu.

- Panno Davar - ode­zwała się - jakiej metody byś użyła, żeby oce­nić masę tej skały?

Shal­lan zamru­gała.

- Cóż, pew­nie spy­ta­ła­bym Jego Wyso­kość. Jego inży­nie­ro­wie z pew­no­ścią ją obli­czyli.

Jasnah prze­chy­liła głowę.

- Ele­gancka odpo­wiedź. Czy to zro­bili, Wasza Wyso­kość?

- Tak, jasno­ści Kho­lin - odparł król. - Wynosi w przy­bli­że­niu pięt­na­ście tysięcy kavali.

Kobieta posłała Shal­lan spoj­rze­nie.

- Punkt na twoją korzyść, panno Davar. Uczona nie powinna mar­no­wać czasu na ponowne odkry­wa­nie infor­ma­cji, które są już znane. Cza­sem zda­rza mi się o tym zapo­mnieć.

Na te słowa dziew­czyna poczuła przy­pływ dumy. Miała prze­czu­cie, że Jasnah nie jest zbyt szczo­dra w pochwa­łach. Czy to zna­czyło, że kobieta na­dal roz­waża wzię­cie jej pod opiekę?

Jasnah unio­sła swo­bodną dłoń, z Dusz­ni­kiem migo­czą­cym na tle skóry. Dziew­czyna poczuła, że serce bije jej szyb­ciej. Ni­gdy nie widziała, jak ktoś zaj­muje się Duszo­wa­niem. Żar­liwcy korzy­stali ze swo­ich fabriali w wiel­kiej tajem­nicy, nie wie­działa też, że ojciec miał jeden w posia­da­niu, dopóki go przy nim nie zna­leźli. Oczy­wi­ście jego już nie dzia­łał. To był jeden z głów­nych powo­dów, dla któ­rych się tu zna­la­zła.

Klej­noty wpra­wione w Dusz­nik Jasnah były ogromne, Shal­lan ni­gdy nie widziała tak wiel­kich, i każdy musiał być wart wiele kul. Pierw­szym był dymny kwarc, prze­zro­czy­sty czarny klej­not, dru­gim dia­ment, a trze­cim rubin. Wszyst­kie zostały wyszli­fo­wane - oszli­fo­wany klej­not mie­ścił wię­cej Burzo­wego Świa­tła - w migo­tliwe owalne kształty o wielu faset­kach.

Jasnah przy­mknęła oczy i przy­ci­snęła dłoń do głazu. Unio­sła głowę, powoli wcią­ga­jąc powie­trze. Kamie­nie na wierz­chu jej dłoni zaczęły moc­niej świe­cić, szcze­gól­nie kwarc roz­ja­rzył się tak bar­dzo, że raził źre­nice.

Shal­lan wstrzy­mała oddech. Odwa­żyła się jedy­nie zamru­gać, powie­rza­jąc scenę pamięci. Przez długą chwilę nic się nie działo.

Aż nagle usły­szała krótki dźwięk. Niskie dud­nie­nie, jak odle­głe głosy śpie­wa­jące razem czy­stą nutę.

Dłoń Jasnah zato­nęła w kamie­niu.

Skała znik­nęła.

W kory­ta­rzu poja­wiła się chmura gęstego czar­nego dymu. Było go tyle, że ośle­pił Shal­lan, wyda­wał się dzie­łem tysięcy ognisk i pach­niał spa­lo­nym drew­nem. Dziew­czyna pośpiesz­nie unio­sła wil­gotną szmatkę do twa­rzy i opa­dła na kolana. Co dziwne, jej uszy wyda­wały się zatkane, jakby zeszła z wiel­kiej wyso­ko­ści. Musiała prze­łknąć ślinę, by je odblo­ko­wać.

Mocno zaci­snęła powieki, kiedy oczy zaczęły łza­wić, i wstrzy­mała oddech. Jej uszy wypeł­nił szum.

Wszystko minęło. Zamru­gała i zoba­czyła, że król i straż­nik kulą się przy ścia­nie obok niej. Dym wciąż kłę­bił się pod sufi­tem, w kory­ta­rzu czuć było jego smród. Jasnah wstała, nie otwie­ra­jąc oczu i nie zwra­ca­jąc uwagi na dym - choć na twa­rzy i ubra­niu miała sadzę. Na ścia­nach też pozo­stały ślady.

Shal­lan czy­tała o tym, ale i tak była pod wra­że­niem. Jasnah prze­obra­ziła kamień w dym, a ponie­waż dym miał o wiele mniej­szą gęstość, prze­miana wywo­łała nagły jego wybuch.

To była prawda - do Jasnah nale­żał dzia­ła­jący Dusz­nik. I to potężny. Dzie­więć na dzie­sięć Dusz­ników było zdol­nych do kilku ogra­ni­czo­nych prze­mian - stwo­rze­nia wody lub ziarna ze skały, prze­kształ­ce­nia powie­trza albo tka­niny w nija­kie jed­no­izbowe kamienne budynki. Potęż­niej­szy, jak ten nale­żący do Jasnah, mógł doko­nać dowol­nego prze­obra­że­nia. Zmie­nić każdą sub­stan­cję w każdą inną. Jakże musiało to draż­nić żar­liw­ców, że tak potężna, święta reli­kwia znaj­do­wała się w rękach kogoś spoza ich sze­re­gów. I to jesz­cze here­tyczki!

Shal­lan pod­nio­sła się oddy­cha­jąc wil­got­nym, lecz wol­nym od pyłu powie­trzem przez tka­ninę. Znów prze­łknęła ślinę i poczuła ucisk w uszach, kiedy ciśnie­nie w kory­ta­rzu wró­ciło do normy. Chwilę póź­niej król wpadł do kom­naty. Po dru­giej stro­nie stała mała dziew­czynka, w towa­rzy­stwie kilku nia­niek i innych pała­co­wych słu­żą­cych, i kasz­lała. Król wziął ją w ramiona. Była zbyt mała, by nosić rękaw skrom­no­ści.

Jasnah otwo­rzyła oczy i zamru­gała, jakby poczuła się zdez­o­rien­to­wana. Ode­tchnęła głę­boko i nie zakasz­lała. Wręcz się uśmiech­nęła, jakby zapach dymu był dla niej przy­jemny.

Odwró­ciła się do Shal­lan i sku­piła na niej spoj­rze­nie.

- Na­dal cze­kasz na moją odpo­wiedź. Oba­wiam się, że nie spodoba ci się to, co ci powiem.

Shal­lan odsu­nęła mate­riał od ust i zmu­siła się, by ode­zwać się z odwagą.

- Ale jesz­cze nie skoń­czy­li­ście mnie spraw­dzać. Z pew­no­ścią do tej chwili nie wyda­cie wyroku.

- Nie skoń­czy­łam? - powtó­rzyła Jasnah, marsz­cząc czoło.

- Nie zapy­ta­li­ście mnie o wszyst­kie kobiece sztuki. Opu­ści­li­ście malar­stwo i rysu­nek.

- Ni­gdy mi się zbyt­nio nie przy­da­wały.

- Ale w końcu to sztuki - stwier­dziła Shal­lan z despe­ra­cją. Tam miała naj­więk­sze osią­gnię­cia! - Wielu uważa sztuki wizu­alne za naj­bar­dziej wytworne. Przy­nio­słam swoją teczkę. Chcia­ła­bym poka­zać, co potra­fię.

Jasnah zaci­snęła wargi.

- Sztuki wizu­alne to głup­stwa. Roz­wa­ży­łam fakty, dziecko, i nie mogę cię przy­jąć. Przy­kro mi.

Shal­lan posmut­niała.

Kobieta tym­cza­sem zwró­ciła się do króla.

- Wasza Wyso­kość - powie­działa - chcia­ła­bym udać się do Pala­na­eum.

- Teraz? - spy­tał władca, na­dal trzy­ma­jąc wnuczkę w ramio­nach. - Ale mie­li­śmy urzą­dzić ucztę...

- Doce­niam pro­po­zy­cję - odparła Jasnah - lecz obfi­tuję we wszystko poza cza­sem.

- Oczy­wi­ście. Zapro­wa­dzę cię oso­bi­ście. Dzię­kuję za to, co zro­bi­łaś. Kiedy usły­sza­łem, że pro­sisz o wej­ście... - Cały czas mówił do Jasnah, która w mil­cze­niu podą­żyła za nim kory­ta­rzem, pozo­sta­wia­jąc Shal­lan za sobą.

Dziew­czyna przy­ci­snęła teczkę do piersi. Sześć mie­sięcy pogoni i co uzy­skała? Ze zło­ścią ści­snęła tka­ninę, wyci­ska­jąc smo­li­stą wodę. Miała ochotę się roz­pła­kać. Pew­nie tak by wła­śnie zro­biła, gdyby była tym samym dziec­kiem, co przed sze­ścioma mie­sią­cami.

Ale wszystko się zmie­niło. Ona sama się zmie­niła. Jeśli jej się nie powie­dzie, ród Davar upad­nie. Shal­lan czuła, że jej deter­mi­na­cja się podwaja, choć nie mogła powstrzy­mać kilku łez fru­stra­cji przed opusz­cze­niem kąci­ków oczu. Stwier­dziła, że się nie podda, dopóki Jasnah nie będzie zmu­szona, by kazać zakuć ją w łań­cu­chy i odpro­wa­dzić.

Zadzi­wia­jąco sta­now­czym kro­kiem ruszyła w kie­runku, w któ­rym udała się Jasnah. Przed sze­ścioma mie­sią­cami przed­sta­wiła bra­ciom swój roz­pacz­liwy plan. Zosta­nie uczen­nicą Jasnah Kho­lin, uczo­nej i here­tyczki. Nie ze względu na edu­ka­cję. Ani pre­stiż. Tylko po to, by dowie­dzieć się, gdzie trzyma Dusz­nik.

A póź­niej go ukraść.

Węglowy odrys mapy obozu Sade­asa spo­rzą­dzo­nej przez pro­stego włócz­nika. Została wydra­pana na sko­ru­pie krem­lika wiel­ko­ści dłoni. Odrys pod­pi­sany tuszem przez nie­znaną uczoną Ale­thi, około 1173 roku

6. Most numer cztery

Zimno mi, matko. Tak mi zimno. Matko? Dla­czego wciąż sły­szę deszcz? Czy prze­sta­nie padać?

Zebrane w Vevi­shes roku 1172, trzy­dzie­ści dwie sekundy przed śmier­cią. Bada­nym była jasno­oka dziew­czynka w wieku około sze­ściu lat.

Tvlakv w jed­nej chwili wypu­ścił wszyst­kich nie­wol­ni­ków z kla­tek. Tym razem nie miał powodu, by przej­mo­wać się ucie­ki­nie­rami ani bun­tem nie­wol­ni­ków - za nimi było jedy­nie pust­ko­wie, a przed nimi sto tysięcy uzbro­jo­nych żoł­nie­rzy.

Kala­din zszedł z wozu. Znaj­do­wali się wewnątrz jed­nej z for­ma­cji przy­po­mi­na­ją­cych kra­ter, jej poszar­pana kamienna ściana wzno­siła się na zacho­dzie. Na ziemi nic nie rosło, a skała pod jego bosymi sto­pami była śli­ska. W zagłę­bie­niach zebrały się kałuże. Powie­trze było ostre i czy­ste, a słońce świe­ciło mocno nad ich gło­wami, choć na wscho­dzie było tak parno, że zawsze czuł na skó­rze wil­goć.

Wokół nich widać było ślady dzia­łal­no­ści od dawna zado­mo­wio­nej armii - ta wojna trwała od śmierci sta­rego króla przed pra­wie sze­ścioma laty. Wszy­scy opo­wia­dali histo­rie o tam­tej nocy, kiedy Par­shendi zamor­do­wali króla Gavi­lara.

Obok masze­ro­wały oddziały żoł­nie­rzy, kie­ru­jąc się wska­zów­kami w postaci krę­gów wyma­lo­wa­nych na każ­dym skrzy­żo­wa­niu. W tym obo­zie było mnó­stwo dłu­gich kamien­nych bun­krów, a także wię­cej namio­tów, niż Kala­din widział z góry. Nie każde schro­nie­nie dawało się stwo­rzyć przy pomocy Dusz­nika. Po smro­dzie kara­wany, to miej­sce pach­niało bar­dzo przy­jem­nie, wypeł­nione zna­jo­mymi aro­ma­tami wypra­wio­nej skóry i naoli­wio­nej broni. Jed­nak wielu żoł­nie­rzy spra­wiało wra­że­nie nie­chluj­nych. Nie byli brudni, ale też nie wyda­wali się szcze­gól­nie zdy­scy­pli­no­wani. Krą­żyli po obo­zie w grup­kach, nosili nie­do­pięte płasz­cze. Nie­któ­rzy poka­zy­wali pal­cami na nie­wol­ni­ków i gwiz­dali. To była armia arcy­księ­cia? Eli­tarne siły, które wal­czyły o honor Ale­th­karu? To do nich chciał dołą­czyć Kala­din?

Bluth i Tag przy­glą­dali się uważ­nie, jak Kala­din dołą­cza do pozo­sta­łych nie­wol­ni­ków, ale on nie pró­bo­wał żad­nych nume­rów. Wie­dział, że to nie był czas, by ich pro­wo­ko­wać - widział, jak najem­nicy zacho­wy­wali się w obec­no­ści ofi­ce­rów. Bluth i Tag dobrze odgry­wali swoją rolę, szli wypro­sto­wani, z rękami na ręko­je­ściach broni. Popchnęli kilku nie­wol­ni­ków, a Bluth wbił jed­nemu pałkę w brzuch i sklął go.

Sta­ran­nie uni­kali Kala­dina.

- Kró­lew­ska armia - powie­dział nie­wol­nik obok niego. Był to ciem­no­skóry męż­czy­zna, który roz­ma­wiał z Kala­di­nem na temat ucieczki. - Sądzi­łem, że wyślą nas do pracy w kopalni. Tu nie będzie tak źle. Będziemy szo­ro­wać latryny albo napra­wiać drogi.

To dziwne, cie­szyć się na sprzą­ta­nie latryn albo ciężką pracę w palą­cym słońcu. Kala­din miał nadzieję na coś innego. Miał nadzieję. Ow­szem, odkrył, że wciąż umie mieć nadzieję. Włócz­nia w dłoni. Wróg, któ­remu mógł sta­wić czoło. Tak mógł żyć.

Tvlakv roz­ma­wiał z jasno­oką kobietą, która robiła wra­że­nie waż­nej per­sony. Jej ciemne włosy, upięte w skom­pli­ko­wa­nym war­ko­czu, migo­tały napeł­nio­nymi ame­ty­stami, a jej suk­nia miała ciem­nosz­kar­łatny odcień. Wyglą­dała cał­kiem jak Laral, pod koniec. Pew­nie nale­żała do czwar­tego albo pią­tego dahnu i była żoną oraz skrybą jed­nego z ofi­ce­rów.

Tvlakv zaczął wychwa­lać swoje towary, lecz kobieta unio­sła deli­katną dłoń.

- Sama mogę obej­rzeć, co kupuję, han­dla­rzu - powie­działa ze śpiew­nym, ary­sto­kra­tycz­nym akcen­tem. - Sama ich spraw­dzę.

W towa­rzy­stwie kilku żoł­nie­rzy ruszyła wzdłuż sze­regu. Jej suk­nia została skro­jona zgod­nie z faso­nem typo­wym dla jasno­okich Ale­thy­jek - z gru­bego jedwa­biu, obci­sła od pasa w górę, poni­żej luźna. Zapi­nana z boku od pasa do szyi, koń­czyła się nie­wiel­kim, hafto­wa­nym złotą nicią koł­nie­rzy­kiem. Dłuż­szy lewy rękaw ukry­wał jej bez­pieczną dłoń. Matka Kala­dina zawsze nosiła ręka­wiczkę, co wyda­wało mu się o wiele bar­dziej prak­tyczne.

Oce­nia­jąc po jej twa­rzy, nie była pod szcze­gól­nym wra­że­niem tego, co zoba­czyła.

- Ci ludzie są na wpół zagło­dzeni i cho­rzy - powie­działa, po czym wzięła od mło­dej pomoc­nicy cienki pręt. Unio­sła nim włosy z czoła jed­nego z męż­czyzn i przyj­rzała się jego piętnu. - Mówisz, że chcesz dwa szma­rag­dowe bro­amy za każ­dego?

Tvlakv zaczął się pocić.

- Może pół­tora?

- A do czego oni mi się przy­da­dzą? Nie dopusz­czę ludzi tak brud­nych do żyw­no­ści, a do więk­szo­ści pozo­sta­łych zadań mam par­sh­me­nów.

- Jeśli milady nie jest zado­wo­lona, mógł­bym zwró­cić się do innych arcy­ksią­żąt...

- Nie - odpo­wie­działa i ude­rzyła nie­wol­nika, któ­remu się przy­glą­dała, gdy się przed nią cof­nął. - Jeden i jedna czwarta. Mogą rąbać dla nas drewno w pół­noc­nych lasach... - Umil­kła, kiedy zoba­czyła Kala­dina. - Ten tutaj. To o wiele lep­szy mate­riał niż pozo­stali.

- Sądzi­łem, że może się wam spodo­bać - stwier­dził Tvlakv, pod­cho­dząc do niej. - Jest cał­kiem...

Unio­sła pręt, uci­sza­jąc han­dla­rza. Na war­dze miała nie­wielką rankę. Zmie­lony korzeń prze­klęt­nika mógłby na to pomóc.

- Zdej­mij górę, nie­wol­niku - roz­ka­zała.

Kala­din spoj­rzał jej pro­sto w nie­bie­skie oczy i poczuł nie­mal nie­po­wstrzy­mane pra­gnie­nie, by ją opluć. Nie. Nie mógł sobie na to pozwo­lić. Nie, kiedy miał szansę. Wysu­nął ręce z wor­ko­wa­tej tuniki i pozwo­lił, by opa­dła do pasa, uka­zu­jąc jego pierś.

Mimo ośmiu mie­sięcy w nie­woli miał lep­sze mię­śnie niż pozo­stali.

- Dużo blizn jak na kogoś tak mło­dego - powie­działa z namy­słem jasno­oka. - Woj­skowy?

- Tak.

Jego wia­tro­spren pod­le­ciała do kobiety i wpa­trzyła się w jej twarz.

- Najem­nik?

- Armia Ama­rama - odparł Kala­din. - Oby­wa­tel, drugi nahn.

- Nie­gdyś oby­wa­tel - wtrą­cił szybko Tvlakv. - Został...

Znów uci­szyła Tvla­kva prę­tem i wście­kłym spoj­rze­niem. Póź­niej tym samym prę­tem odsu­nęła włosy Kala­dina i przyj­rzała się jego czołu.

- Glif shash - stwier­dziła i kla­snęła języ­kiem. Kilku żoł­nie­rzy pode­szło bli­żej, opie­ra­jąc dło­nie na ręko­je­ściach mie­czy. - Tam, skąd pocho­dzę, nie­wol­nicy, któ­rzy na to zasłu­gują, po pro­stu zostają stra­ceni.

- Mają szczę­ście - stwier­dził Kala­din.

- A ty jak tu tra­fi­łeś?

- Zabi­łem kogoś - odparł, sta­ran­nie obmy­śla­jąc kłam­stwo.

Pro­szę, pomy­ślał do Herol­dów. Pro­szę. Od tak dawna o nic się nie modlił.

Kobieta unio­sła brew.

- Jestem mor­dercą, jasno­ści - wyja­śnił Kala­din. - Upi­łem się, popeł­ni­łem kilka błę­dów. Ale dobrze wal­czę włócz­nią. Umieść­cie mnie w armii swo­jego pana. Pozwól­cie mi znów wal­czyć.

Przy­zna­nie się do przy­pad­ko­wego mor­der­stwa było dziw­nym kłam­stwem, ale kobieta ni­gdy by nie pozwo­liła mu wal­czyć, gdyby uwa­żała go za dezer­tera.

Pro­szę... - pomy­ślał. Znów być żoł­nie­rzem. W tej chwili wyda­wało się to naj­wspa­nial­szą rze­czą, jakiej mógł kie­dy­kol­wiek zapra­gnąć. O ile lepiej jest zgi­nąć na polu walki niż zmar­nieć, opróż­nia­jąc noc­niki.

Tvlakv pod­szedł do jasno­okiej kobiety. Spoj­rzał na Kala­dina i wes­tchnął.

- To dezer­ter, jasno­ści. Nie słu­chaj­cie go.

Nie! Kala­din poczuł, jak nagły wybuch wście­kło­ści pochła­nia jego nadzieję. Uniósł ręce w stronę Tvla­kva. Udusi tego szczura i...

Ktoś ude­rzył go w plecy. Jęk­nął, zato­czył się i upadł na kolana. Jasno­oka cof­nęła się, uno­sząc do piersi bez­pieczną dłoń. Jeden z żoł­nie­rzy chwy­cił Kala­dina i znów go pod­niósł.

- Cóż - powie­działa w końcu. - Jaka szkoda.

- Mogę wal­czyć - wark­nął Kala­din mimo bólu. - Daj­cie mi włócz­nię. Pozwól­cie mi...

Unio­sła pręt, uci­sza­jąc go.

- Jasno­ści - ode­zwał się znów Tvlakv, uni­ka­jąc wzroku Kala­dina. - Nie zaufał­bym mu na tyle, by dać mu broń. To prawda, że jest mor­dercą, ale znany jest rów­nież z tego, że był nie­po­słuszny i bun­to­wał się prze­ciwko swoim panom. Nie mógł­bym wam go sprze­dać jako żoł­nie­rza. Sumie­nie by mi na to nie pozwo­liło. - Zawa­hał się. - Mógł rów­nież zepsuć męż­czyzn z wozu swoją gada­niną o ucieczce. Honor wymaga, bym wam to powie­dział.

Kala­din zaci­snął zęby. Miał chęć powa­lić żoł­nie­rza sto­ją­cego za nim, chwy­cić włócz­nię i spę­dzić ostat­nie chwile życia, wbi­ja­jąc ją w potężne brzu­szy­sko Tvla­kva. Dla­czego? Dla­czego dla han­dla­rza było tak ważne, jak Kala­dina potrak­tuje armia?

Nie powi­nie­nem porwać tej mapy, pomy­ślał Kala­din. "Gorycz czę­ściej znaj­duje odpłatę niż dobroć". Jedno z powie­dzeń jego ojca.

Kobieta poki­wała głową.

- Pokaż mi, któ­rzy - powie­działa. - I tak ich wezmę, ze względu na twoją szcze­rość. Potrze­bu­jemy nowych mosto­wych.

Tvlakv poki­wał z prze­ję­ciem głową. Jed­nakże, nim ruszył dalej, zatrzy­mał się i nachy­lił do Kala­dina.

- Nie mogę zaufać, że będziesz się odpo­wied­nio zacho­wy­wał. Ludzie w tej armii mie­liby pre­ten­sje do han­dla­rza, że nie wszystko im powie­dział. Przy­kro mi.

Z tymi słowy odszedł.

Kala­din wark­nął z głębi gar­dła, po czym wyswo­bo­dził się z rąk żoł­nie­rzy, ale pozo­stał w sze­regu. Niech i tak będzie. Rąba­nie drewna, budo­wa­nie mostów, walka w armii. Nic z tego nie miało zna­cze­nia. Będzie żył dalej. Ode­brali mu wol­ność, rodzinę, przy­ja­ciół i - naj­cen­niej­sze ze wszyst­kich - marze­nia. Nic wię­cej nie mogli mu zro­bić.

Prze­pro­wa­dziw­szy inspek­cję, jasno­oka wzięła od pomoc­nicy blok do pisa­nia i zro­biła kilka nota­tek na papie­rze. Tvlakv prze­ka­zał jej rejestr, w któ­rym zapi­sano, ile z długu spła­cił każdy z nie­wol­ni­ków. Kala­din zdo­łał rzu­cić nań okiem - wedle zapi­sów żaden z nich nie zapła­cił nawet naj­drob­niej­szej kwoty. Może Tvlakv skła­mał. Wcale nie byłoby to nie­moż­liwe.

Kala­din stwier­dził, że tym razem całe jego wyna­gro­dze­nie będzie szło na poczet długu. Chciał zoba­czyć, jak się wiją, kiedy zmusi ich do przy­zna­nia prawdy. Co by zro­bili, gdyby zbli­żył się do wyku­pie­nia długu? Pew­nie ni­gdy się tego nie dowie - zależ­nie od tego, ile zara­biali mostowi, mogło mu to zająć od dzie­się­ciu do pięćdzie­się­ciu lat.

Jasno­oka kobieta wysłała nie­wol­ni­ków do pracy w lesie. Sze­ściu tych chud­szych zostało ode­sła­nych do kan­tyny, mimo jej wcze­śniej­szych słów.

- Ta dzie­siątka - stwier­dziła kobieta, uno­sząc pręt w stronę Kala­dina i pozo­sta­łych z jego wozu. - Zabierz­cie ich do dru­żyn mosto­wych. Powiedz­cie Lama­ri­lowi i Gazowi, że tego wyso­kiego mają potrak­to­wać szcze­gól­nie.

Żoł­nie­rze roze­śmiali się, a jeden z nich zaczął popy­chać grupę Kala­dina ścieżką. Kala­din zniósł to - ci ludzie nie mieli powodu, by zacho­wy­wać się deli­kat­nie, a on nie chciał dać im pre­tek­stu, by zro­bili się bar­dziej bru­talni. Jeśli ist­niała grupa, któ­rej żoł­nie­rze nie­na­wi­dzili bar­dziej od nie­wol­ni­ków, to byli nią dezer­te­rzy.

Idąc, zwró­cił uwagę na sztan­dar wzno­szący się nad obo­zem. Wyma­lo­wano na nim ten sam sym­bol, co na płasz­czach żoł­nie­rzy - biała para gli­fów w kształ­cie wieży i młota na ciem­no­zie­lo­nym polu. To był sztan­dar arcy­księ­cia Sade­asa, władcy ojczy­stej kra­iny Kala­dina. Czy to iro­nia losu, czy prze­zna­cze­nie spra­wiły, że wylą­do­wał wła­śnie tutaj?

Żoł­nie­rze wyraź­nie się lenili, nawet ci, któ­rzy byli na służ­bie, a ulice pokry­wała war­stwa śmieci. Pełno było mar­kie­ta­nów - dziwki, robot­nice, bed­na­rze, wytwórcy świec i poga­nia­cze. Widział nawet dzieci bie­ga­jące po uli­cach cze­goś, co było w poło­wie mia­stem, a w poło­wie obo­zem woj­sko­wym.

I jesz­cze par­sh­meni. Noszący wodę, pra­cu­jący nad oko­pami, noszący cię­żary. To go zasko­czyło. Czyż nie wal­czyli prze­ciwko par­sh­me­nom? Nie oba­wiali się, że ci powstaną? Naj­wy­raź­niej nie. Ci par­sh­meni pra­co­wali z taką samą ule­gło­ścią, jak ci, któ­rych znał w Pale­ni­sku. Może to miało sens. W jego ojczyź­nie Ale­thyj­czycy wal­czyli prze­ciwko Ale­thyj­czy­kami, więc dla­czego w tym kon­flik­cie nie mogło być par­sh­me­nów po obu stro­nach?

Żoł­nie­rze popro­wa­dzili Kala­dina aż do pół­nocno-wschod­niej czę­ści obozu, co zajęło sporo czasu. Choć stwo­rzone przy pomocy Dusz­ni­ków kamienne baraki wyglą­dały iden­tycz­nie, kra­wędź obozu była cha­rak­te­ry­stycz­nie poszar­pana, niczym góry. Stare przy­zwy­cza­je­nia kazały mu zapa­mię­tać drogę. Tam, gdzie się zatrzy­mali, wysoki okrą­gły mur został znisz­czony przez nie­zli­czone arcy­bu­rze, zapew­nia­jąc dosko­nały widok na wschód. Tamta otwarta prze­strzeń sta­no­wiła dobry punkt zbiórki przed mar­szem w dół Strza­ska­nych Rów­nin.

Na pół­noc­nej kra­wę­dzi pola - naj­pew­niej placu zbiórki - znaj­do­wał się pod­obóz wypeł­niony kil­koma dzie­siąt­kami koszar, a obok skład drzewny pełen cie­śli. Zaj­mo­wali się przy­sa­dzi­stymi drze­wami, które Kala­din widział na rów­ni­nie - zdej­mo­wali włók­ni­stą korę, piło­wali na deski. Inna grupa cie­śli skła­dała z desek duże kon­struk­cje.

- Mamy pra­co­wać w drew­nie? - spy­tał Kala­din.

Jeden z żoł­nie­rzy roze­śmiał się szorstko.

- Dołą­cza­cie do dru­żyn mosto­wych.

Wska­zał na grupę ponuro wyglą­da­ją­cych męż­czyzn, któ­rzy sie­dzieli na kamie­niach w cie­niu koszar, pal­cami jedząc z drew­nia­nych misek. Ich poży­wie­nie wyglą­dało nie­po­ko­jąco podob­nie do brei, którą kar­mił ich Tvlakv.

Jeden z żoł­nie­rzy znów popchnął Kala­dina, który zato­czył się w dół łagod­nego zbo­cza. Pozo­stała dzie­wiątka nie­wol­ni­ków podą­żyła za nim, poga­niana przez żoł­nie­rzy. Żaden z sie­dzą­cych wokół koszar nawet na nich nie spoj­rzał. Mieli na sobie skó­rzane kami­zele i pro­ste spodnie, nie­któ­rzy rów­nież brudne sznu­ro­wane koszule. Ponura gro­madka nie wyglą­dała, jakby mie­wała się lepiej od nie­wol­ni­ków, choć wyda­wała się w nieco lep­szej kon­dy­cji.

- Nowi rekruci, Gaz! - zawo­łał jeden z żoł­nie­rzy.

W pew­nej odle­gło­ści od jedzą­cych odpo­czy­wał męż­czy­zna. Odwró­cił się, uka­zu­jąc twarz tak pełną blizn, że jego broda rosła kęp­kami. Nie miał jed­nego oka - dru­gie było brą­zowe - i nie nosił opa­ski. Białe węzły na ramio­nach świad­czyły, że jest sier­żan­tem, a do tego ema­no­wał twar­do­ścią, którą Kala­din koja­rzył z ludźmi czu­ją­cymi się swo­bod­nie na polu walki.

- Te chu­dziny? - spy­tał Gaz, żując coś. Ruszył w ich stronę. - Led­wie powstrzy­mają strzałę.

Żoł­nierz obok Kala­dina wzru­szył ramio­nami i znów popchnął go naprzód.

- Jasność Hashal powie­działa, że z tym masz postą­pić szcze­gól­nie. Reszta zależy od cie­bie. - Żoł­nierz ski­nął na towa­rzy­szy i wszy­scy ode­szli pośpiesz­nie.

Gaz przyj­rzał się nie­wol­ni­kom. W końcu wpa­trzył się w Kala­dina.

- Mam woj­skowe szko­le­nie - powie­dział Kala­din. - W armii lorda Ama­rama.

- Nie obcho­dzi mnie to - prze­rwał mu Gaz, splu­wa­jąc czymś ciem­nym w bok.

Kala­din zawa­hał się.

- Kiedy Ama­ram...

- Cią­gle wspo­mi­nasz to imię - wark­nął Gaz. - Słu­ży­łeś pod dowódz­twem jakie­goś pomniej­szego pana, tak? I spo­dzie­wasz się, że będę pod wra­że­niem?

Kala­din wes­tchnął. Miał oka­zję poznać takich ludzi, pomniej­szych sier­żan­tów bez szans na awans. Jedyną radość w życiu czer­pali z wła­dzy nad tymi, któ­rzy byli w jesz­cze gor­szej sytu­acji. Cóż, niech i tak będzie.

- Nosisz piętno nie­wol­nika - prych­nął tam­ten. - Wąt­pię, byś kie­dyś trzy­mał w ręku włócz­nię. Tak czy ina­czej, racz teraz do nas dołą­czyć, pani­czu.

Wia­tro­spren Kala­dina sfru­nęła z góry i przyj­rzała się Gazowi, po czym przy­mru­żyła jedno oko, naśla­du­jąc go. Jej widok spra­wił, że Kala­din się uśmiech­nął. Sier­żant źle zro­zu­miał ten uśmiech. Skrzy­wił się i zro­bił krok naprzód, wycią­ga­jąc palec.

W tej wła­śnie chwili w obo­zie zagrzmiały rogi. Cie­śle unie­śli głowy, a pobli­scy żoł­nie­rze pobie­gli do cen­trum obozu. Nie­wol­nicy rozej­rzeli się z nie­po­ko­jem.

- Na Ojca Burz! - zaklął Gaz. - Mostowi! Wsta­wać, wsta­wać, łotry!

Zaczął kopać jedzą­cych. Męż­czyźni upu­ścili miski i się pod­nie­śli. Nosili pro­ste san­dały zamiast porząd­nych butów.

- Ty, pani­czu - ode­zwał się Gaz, wska­zu­jąc na Kala­dina.

- Nie powie­dzia­łem...

- Na Potę­pie­nie, nie obcho­dzi mnie, co powie­dzia­łeś! Jesteś w moście numer cztery. - Wska­zał na grupę odda­la­ją­cych się mosto­wych. - Reszta niech tu zaczeka. Póź­niej was roz­dzielę. Ruszać się albo powie­szę was za nogi.

Kala­din wzru­szył ramio­nami i ruszył bie­giem za mosto­wymi. Była to jedna z wielu dru­żyn takich męż­czyzn wypa­da­jąca z koszar albo wyła­nia­jąca się z uli­czek. Wyda­wało się, że jest ich sporo. Około pięć­dzie­się­ciu budyn­ków, w każ­dym dwu­dzie­stu do trzy­dzie­stu męż­czyzn... to by zna­czyło, że w tej armii jest nie­mal tyle samo mosto­wych, co żoł­nie­rzy w siłach Ama­rama.

Dru­żyna Kala­dina prze­bie­gła przez obóz pomię­dzy deskami i ster­tami tro­cin, aż dotarła do dużej drew­nia­nej kon­struk­cji, która naj­wy­raź­niej prze­trwała kilka arcy­burz i bitew. Wgłę­bie­nia i otwory wzdłuż jego dłu­go­ści wyglą­dały jak miej­sca, w które tra­fiły strzały. Może to był ele­ment mostu w mosto­wych?

Tak, pomy­ślał Kala­din. To był drew­niany most dłu­go­ści około trzy­dzie­stu stóp, a sze­ro­ko­ści ośmiu. Z przodu i z tyłu opa­dał nieco i nie miał porę­czy. Drewno było grube, naj­więk­sze deski wzmac­niały kon­struk­cję w środku. Na placu zebrano około czter­dzie­stu lub pięć­dzie­się­ciu mostów. Może jedna na każde koszary, co ozna­czało jedną dru­żynę na każdy most? Zebrało się już około dwu­dzie­stu dru­żyn.

Gaz zna­lazł gdzieś drew­nianą tar­czę i błysz­czącą maczugę, ale dla pozo­sta­łych ich zabra­kło. Szybko przyj­rzał się każ­dej dru­ży­nie. Zatrzy­mał się przy moście numer cztery i zawa­hał.

- Gdzie jest wasz dowódca? - spy­tał.

- Mar­twy - odparł jeden z mosto­wych. - Wczo­raj rzu­cił się do Roz­pa­dliny Honoru.

Gaz zaklął.

- Nie może­cie utrzy­mać dowódcy nawet przez tydzień? A niech to burza! Ustaw­cie się w sze­regu, będę biegł obok was. Słu­chaj­cie moich roz­ka­zów. Kolejny dowódca zosta­nie wyzna­czony, kiedy zoba­czymy, kto prze­żył. - Gaz wska­zał na Kala­dina. - Jesteś z tyłu, pani­czu. Ruszać się! A niech was burza, nie zniosę kolej­nej nagany z waszego powodu, głupcy! Ruszać się, ruszać!

Pozo­stali dźwi­gnęli most. Kala­din nie miał innego wyboru, jak tylko wejść w lukę na końcu mostu. Nieco zani­żył swoje sza­cunki - wyda­wało się, że na każdy most przy­pada od trzy­dzie­stu pię­ciu do czter­dzie­stu męż­czyzn. Przy moście mie­ściło się pię­ciu męż­czyzn wszerz - trzej pod mostem i po jed­nym po obu stro­nach - i ośmiu wzdłuż, choć w tej dru­ży­nie bra­ko­wało ludzi do obsa­dze­nia wszyst­kich sta­no­wisk.

Pomógł unieść most w powie­trze. Praw­do­po­dob­nie budo­wali mosty z bar­dzo lek­kiego drewna, ale ta kon­struk­cja i tak była ciężka jak burza. Kala­din sap­nął, ugi­na­jąc się pod cię­ża­rem, uniósł most wysoko i wszedł pod niego. Pozo­stali pośpie­szyli, by zająć środ­kowe miej­sca wzdłuż całego mostu i wszy­scy powoli opu­ścili go na ramiona. Całe szczę­ście, że od spodu były pręty, które można było wyko­rzy­stać jako uchwyty.

Pozo­stali mieli poduszki na ramio­nach kami­zeli, które nieco ich chro­niły i pozwa­lały dosto­so­wać wzrost do uchwy­tów. Kala­din nie dostał kami­zeli, więc drewno wbi­jało się bez­po­śred­nio w jego skórę. Nic nie widział - w struk­tu­rze znaj­do­wało się wgłę­bie­nie na jego głowę, ale deski zasła­niały mu widok. Ci na brze­gach mieli lep­szy widok - podej­rze­wał, że te miej­sca są bar­dziej pożą­dane.

Drewno śmier­działo oliwą i potem.

- Ruszać! - zawo­łał Gaz z zewnątrz, jego głos wyda­wał się stłu­miony.

Kala­din jęk­nął, kiedy dru­żyna ruszyła truch­tem. Nie widział, dokąd idzie, i z tru­dem uni­kał poty­ka­nia się, kiedy dru­żyna masze­ro­wała w dół wschod­niego zbo­cza Strza­ska­nych Rów­nin. Kala­din pocił się i prze­kli­nał pod nosem, a drewno ocie­rało się o jego skórę. Już zaczy­nał krwa­wić.

- Biedny głu­piec - powie­dział ktoś z boku.

Kala­din spoj­rzał w prawo, ale drew­niane uchwyty wszystko zasła­niały.

- Czy... - wysa­pał - czy mówisz do mnie?

- Nie powi­nie­neś obra­żać Gaza - powie­dział tam­ten. Jego głos brzmiał pusto. - Cza­sem pozwala nowym biec w zewnętrz­nych rzę­dach. Cza­sem.

Kala­din chciał odpo­wie­dzieć, lecz z tru­dem zła­pał oddech. Myślał, że ma lep­szą kon­dy­cję, ale przez osiem mie­sięcy żywił się breją, był bity, a arcy­bu­rze prze­cze­ki­wał w prze­cie­ka­ją­cych piw­ni­cach, wil­got­nych szo­pach albo klat­kach. Bar­dzo się zmie­nił.

- Oddy­chaj głę­boko - powie­dział stłu­miony głos. - Skup się na kro­kach. Licz je. To pomaga.

Kala­din sko­rzy­stał z tej rady. Sły­szał, jak inne dru­żyny bie­gną obok. Za ich ple­cami roz­le­gały się zna­jome odgłosy masze­ru­ją­cych oddzia­łów i stu­ka­nie kopyt na kamie­niach. Za nimi szła armia.

Poni­żej, z kamie­nia wyra­stały ska­ło­pąki i łup­ko­kora, o które się poty­kał. Kra­jo­braz Strza­ska­nych Rów­nin wyda­wał się poszar­pany i nie­równy, pełen wystę­pów i kamien­nych pó­łek. To wyja­śniało, dla­czego mosty nie miały kół - w takim tere­nie tra­ga­rze byli z pew­no­ścią o wiele szybsi.

Jego stopy były już zakrwa­wione i poobi­jane. Nie mogli dać mu butów? Zaci­snął zęby i biegł dalej. Kolejna praca. Będzie ją wyko­ny­wał i prze­żyje.

Łoskot. Dotknął sto­pami drewna. Most, stały, wznie­siony nad roz­pa­dliną mię­dzy pła­sko­wy­żami Strza­ska­nych Rów­nin. W ciągu kilku chwil dru­żyna go prze­była i jego stopy znów dotknęły kamie­nia.

- Ruszać się, ruszać się! - zary­czał Gaz. - Niech was burza, dalej!

Nie prze­ry­wali truchtu, kiedy armia prze­była most za ich ple­cami, setki butów z łosko­tem ude­rzały o drewno. Po ramio­nach Kala­dina pły­nęła krew. Z tru­dem oddy­chał, czuł prze­szy­wa­jący ból w boku. Sły­szał sapa­nie innych, dźwięki nio­sły się przez cia­sną prze­strzeń pod mostem. Czyli nie był jedyny. Miał nadzieję, że szybko dotrą do celu.

Próżna nadzieja.

Kolejna godzina była udręką, gor­szą niż wszel­kie bicie, jakiemu go pod­da­wano w nie­woli, gor­sza niż wszel­kie rany na polu bitwy. Wyda­wało się, że marsz ni­gdy się nie skoń­czy. Kala­din nie­wy­raź­nie pamię­tał stałe mosty, które widział, kiedy spo­glą­dał na rów­ninę z wozu. Łączyły pła­sko­wyże tam, gdzie roz­pa­dliny dawało się naj­ła­twiej połą­czyć, a nie tam, gdzie byłoby to naj­do­god­niej­sze dla podróż­nych. Czę­sto ozna­czało to, że skrę­cali na pół­noc lub połu­dnie zanim mogli ruszyć znowu na wschód.

Mostowi mam­ro­tali, prze­kli­nali, jęczeli, w końcu uci­chli. Poko­ny­wali most za mostem, pła­sko­wyż za pła­sko­wyżem. Kala­di­nowi nie udało się przyj­rzeć żad­nej roz­pa­dli­nie. Po pro­stu biegł. I biegł. Już nie czuł stóp. Biegł. Jakimś spo­so­bem wie­dział, że jeśli się zatrzyma, zosta­nie pobity. Miał wra­że­nie, że jego ramiona zostały obtarte do kości. Pró­bo­wał liczyć kroki, ale był zbyt wyczer­pany.

Mimo to, nie prze­stał biec.

W końcu Gaz miło­sier­nie kazał im się zatrzy­mać. Kala­din zamru­gał, zato­czył się i pra­wie prze­wró­cił.

- Unieść! - ryk­nął Gaz.

Ramiona Kala­dina prze­szył ból, kiedy poru­szył je po tak dłu­gim cza­sie pod­trzy­my­wa­nia mostu w jed­nym miej­scu.

- Opu­ścić!

Mostowi wyszli spod mostu i ujęli uchwyty z boku. To było nie­wy­godne i trudne, ale męż­czyźni wyraź­nie mieli prak­tykę. Sta­wia­jąc most na ziemi, nie dopu­ścili, żeby się prze­wró­cił.

- Pchnąć!

Zdez­o­rien­to­wany Kala­din zato­czył się do tyłu, kiedy mostowi zaczęli popy­chać uchwyty po bokach i z tyłu. Znaj­do­wali się na kra­wę­dzi roz­pa­dliny, nad którą nie było sta­łego mostu. Z boków inne dru­żyny popy­chały swoje mosty.

Kala­din obej­rzał się przez ramię. Armia liczyła dwa tysiące żoł­nie­rzy w zie­leni i bieli. Dwa­na­ście setek ciem­no­okich włócz­ni­ków, kilka setek kawa­le­rii na cen­nych koniach. Za nimi duża grupa cięż­kiej pie­choty, jasno­ocy męż­czyźni w gru­bych pan­cer­zach, noszący duże maczugi i kwa­dra­towe sta­lowe tar­cze.

Wyda­wało się, że celowo wybrali punkt, w któ­rym roz­pa­dlina była wąska, a pierw­szy pła­sko­wyż znaj­do­wał się nieco wyżej niż drugi. Most był dwa razy dłuż­szy od sze­ro­ko­ści roz­pa­dliny. Gaz zaczął go prze­kli­nać, więc Kala­din dołą­czył do pozo­sta­łych, z gło­śnym zgrzy­tem prze­py­cha­jąc most przez nie­równy teren. Kiedy struk­tura wylą­do­wała na miej­scu po dru­giej stro­nie, dru­żyna wyco­fała się, by pozwo­lić kawa­le­rii prze­je­chać na drugą stronę.

Był zbyt wyczer­pany, żeby się temu przy­glą­dać. Opadł na skały i poło­żył się, nasłu­chu­jąc kro­ków pie­choty prze­cho­dzą­cej przez most. Prze­chy­lił głowę. Pozo­stali mostowi rów­nież się poło­żyli. Gaz zarzu­cił tar­czę na plecy i prze­cho­dził mię­dzy dru­ży­nami, krę­cąc głową i wzdy­cha­jąc nad tym, jak są bez­war­to­ściowi.

Kala­din pra­gnął tak leżeć, patrząc w niebo, nie zwa­ża­jąc na świat. Jed­nak jego szko­le­nie mówiło mu, że może dostać zakwa­sów. A to uczy­ni­łoby drogę powrotną jesz­cze gor­szą. Szko­le­nie... nale­żało do innego męż­czy­zny, z innych cza­sów. Pra­wie cie­niodni. I nawet jeśli Kala­din już nim nie był, na­dal mógł go słu­chać.

I tak oto Kala­din z jękiem zmu­sił się, by usiąść i roz­ma­so­wać mię­śnie. Żoł­nie­rze prze­cho­dzili przez most czwór­kami, z wysoko unie­sio­nymi włócz­niami i tar­czami. Gaz wpa­try­wał się w nich z wyraźną zawi­ścią, a wia­tro­spren Kala­dina tań­czyła wokół jego głowy. Mimo zmę­cze­nia Kala­din poczuł ukłu­cie zazdro­ści. Dla­czego zaj­mo­wała się nim, a nie Kala­dinem?

Po kilku minu­tach Gaz zwró­cił na niego uwagę i zmarsz­czył czoło.

- Zasta­na­wia się, dla­czego nie leżysz - usły­szał zna­jomy głos.

Męż­czy­zna, który biegł obok Kala­dina, leżał na ziemi obok niego i wpa­try­wał się w niebo. Był star­szy, posi­wiały i miał długą, ogo­rzałą twarz pasu­jącą do jego łagod­nego głosu.

Kala­din maso­wał nogi, świa­do­mie igno­ru­jąc Gaza. Następ­nie ode­rwał kilka pasków worka, w który był ubrany, i obwią­zał nim stopy i ramiona. Na szczę­ście jako nie­wol­nik przy­zwy­czaił się do cho­dze­nia boso, więc uszko­dze­nia nie były zbyt poważne.

Skoń­czył w chwili, kiedy ostatni żoł­nie­rze pie­choty prze­cho­dzili przez most. Za nim podą­żyło kilku kon­nych jasno­okich w błysz­czą­cych zbro­jach. Pośrodku jechał męż­czy­zna w potęż­nym, ema­nu­ją­cym czer­wo­nym bla­skiem Pan­ce­rzu Odpry­sku. Róż­nił się od tego, który widział Kala­din - powia­dano, że każdy jest osob­nym dzie­łem sztuki - ale robił to samo wra­że­nie. Ozdobne, nakła­da­jące się na sie­bie płyty, do tego piękny hełm z czę­ściowo opusz­czoną zasłoną.

Zbroja wyda­wała się obca. Została stwo­rzona w innej epoce, kiedy bogo­wie cho­dzili po Rosha­rze.

- Czy to król? - spy­tał Kala­din.

Mostowy obok zaśmiał się słabo.

- Chciał­byś.

Kala­din odwró­cił się w jego stronę, marsz­cząc czoło.

- Gdyby to był król - wyja­śnił tam­ten - to by zna­czyło, że jeste­śmy w armii lorda Dali­nara.

To imię wydało się Kala­di­nowi zna­jome.

- To arcy­książę, prawda? Wuj króla.

- Ano. Naj­lep­szy z ludzi, naj­bar­dziej szla­chetny Odpry­skowy w armii króla. Mówią, że zawsze dotrzy­muje słowa.

Kala­din prych­nął z pogardą. To samo mówiono o Ama­ra­mie.

- Lepiej by ci było w woj­skach arcy­księ­cia Dali­nara - dodał star­szy męż­czy­zna. - On nie ma dru­żyn mosto­wych. A w każ­dym razie nie takie.

- Dobra, krem­liki! - ryk­nął Gaz. - Wsta­wać!

Mostowi jęk­nęli, pod­no­sząc się. Kala­din wes­tchnął. Krótki odpo­czy­nek poka­zał mu, jak bar­dzo jest wyczer­pany.

- Cie­szę się, że wra­camy - mruk­nął.

- Wra­camy? - powtó­rzył star­szy mostowy.

- Nie zawra­camy?

Jego towa­rzysz zaśmiał się.

- Chłop­cze, jesz­cze nie dotar­li­śmy do celu. I powi­nie­neś się cie­szyć. Dotar­cie na miej­sce jest naj­gor­sze.

I tak oto zaczęła się druga faza kosz­maru. Prze­cho­dzili przez most, wcią­gali go za sobą, znów pod­no­sili na obo­lałe ramiona. Bie­gli przez pła­sko­wyż. Po dru­giej stro­nie opusz­czali most nad kolejną roz­pa­dliną. Armia prze­cho­dziła i znów wra­cali do nosze­nia mostu.

Powtó­rzyli to co naj­mniej tuzin razy. Kala­din był tak obo­lały i prze­mę­czony, że krót­kie chwile wytchnie­nia pomię­dzy nie wystar­czały. Z tru­dem łapał oddech za każ­dym razem, zanim znów zmu­szono go do pod­nie­sie­nia mostu.

Ocze­ki­wano, że będą szybcy. Mostowi mogli odpo­cząć, kiedy reszta armii prze­cho­dziła na drugą stronę, ale musieli to nad­ro­bić, bie­gnąc przez pła­sko­wyż - mija­jąc sze­regi żoł­nie­rzy - by dotrzeć do kolej­nej roz­pa­dliny przed głów­nymi siłami. W pew­nym momen­cie ogo­rzały towa­rzysz ostrzegł go, że jeśli nie usta­wią mostu wystar­cza­jąco szybko, po powro­cie do obozu zostaną uka­rani chło­stą.

Gaz wyda­wał roz­kazy, prze­kli­nał mosto­wych, kopał ich, kiedy poru­szali się zbyt wolno, i nie wyko­ny­wał żad­nej praw­dzi­wej pracy. Kala­din bar­dzo szybko poczuł ogromną nie­na­wiść do tego chu­dego, pobliź­nio­nego męż­czy­zny. To go zasko­czyło - żaden z poprzed­nich sier­żan­tów nie wywo­łał jego nie­na­wi­ści. Ich zada­niem było prze­kli­na­nie swo­ich ludzi i moty­wo­wa­nie ich.

Nie to bolało Kala­dina. Gaz posłał go w drogę bez san­da­łów i kami­zeli. Wie­dział, że mimo ban­daży zostaną mu bli­zny. Rano będzie tak posi­nia­czony i zesztyw­niały, że nie będzie mógł się ruszyć.

Zacho­wa­nie Gaza świad­czyło, że był małost­ko­wym drę­czy­cie­lem. Zary­zy­ko­wał powo­dze­nie misji z powodu utraty tra­ga­rza ze względu na oso­bi­stą urazę.

Burzowy czło­wiek, pomy­ślał Kala­din. Nie­na­wiść do męż­czy­zny doda­wała mu sił do prze­trwa­nia udręki. Kilka razy po prze­pchnię­ciu mostu na miej­sce Kala­din upa­dał i wyda­wało mu się, że już ni­gdy nie wsta­nie, lecz kiedy Gaz kazał im się pod­nieść, jakimś spo­so­bem dźwi­gał się z tru­dem. Gdyby tego nie zro­bił, ozna­cza­łoby to zwy­cię­stwo sier­żanta.

Dla­czego przez to wszystko prze­cho­dzili? Jaki był sens? Dla­czego tak dużo bie­gali? Musieli chro­nić most, swój cenny cię­żar, ładu­nek. Musieli pod­trzy­my­wać niebo i biec, musieli...

Zaczy­nał maja­czyć. Nogi, bieg. Raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa.

- Zatrzy­mać się!

Zatrzy­mał się.

- Pod­nieść!

Uniósł ręce.

- Opu­ścić!

Cof­nął się i opu­ścił most.

- Pchnąć!

Popchnął most.

Zgiń.

Ten ostatni roz­kaz sam doda­wał za każ­dym razem. Padł na kamień, ska­ło­pąk pośpiesz­nie cof­nął pędy w chwili, kiedy ich dotknął. Zamknął oczy, nie miał już siły myśleć o skur­czach. Zna­lazł się w tran­sie, pół­śnie, i miał wra­że­nie, że trwał on jedno ude­rze­nie serca.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Podziękowania

Podzię­ko­wa­nia

Pierw­szą wer­sję "Drogi kró­lów" ukoń­czy­łem w roku 2003, ale pracę nad frag­men­tami książki roz­po­czą­łem pod koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Nad pew­nymi wąt­kami zasta­na­wia­łem się jesz­cze wcze­śniej. Praca nad żad­nym z moich utwo­rów nie trwała tak długo - two­rze­niu tej powie­ści poświę­ci­łem ponad dzie­sięć lat. I dla­tego nikogo nie powinno dzi­wić, że tak wielu ludzi mi przy niej poma­gało. Nie uda­łoby mi się wymie­nić ich wszyst­kich - moja pamięć nie jest aż tak dosko­nała. Chciał­bym jed­nak podzię­ko­wać z głębi serca kilku naj­waż­niej­szym oso­bom.

Po pierw­sze, mojej żonie, Emily, któ­rej zade­dy­ko­wa­łem tę książkę. Wiele z sie­bie dała, by ta powieść mogła powstać. Nie cho­dzi tu jedy­nie o czy­ta­nie manu­skryptu i udzie­la­nie rad, ale też brak mojego towa­rzy­stwa pod­czas dłu­gich okre­sów pracy pisar­skiej. Jeśli ktoś z czy­tel­ni­ków będzie miał oka­zję się z nią spo­tkać, należą się jej podzię­ko­wa­nia (lubi cze­ko­ladę).

Jak zawsze, moi dosko­nali: redak­tor i agent - Moshe Feder i Joshua Bil­mes - ciężko pra­co­wali nad tą książką. Należy zwró­cić szcze­gólną uwagę na fakt, że Moshe nie zara­bia wię­cej, kiedy jego auto­rzy przy­no­szą mu kosz­marki o obję­to­ści ponad czte­ry­stu tysięcy słów. Zre­da­go­wał tę powieść bez słowa narze­ka­nia i był nie­oce­nioną pomocą w uczy­nie­niu z niej książki, którą trzy­ma­cie teraz w ręku. Udało mu się rów­nież namó­wić F. Paula Wil­sona do spraw­dze­nia scen doty­czą­cych spraw medycz­nych, co bar­dzo dużo im dało.

Szcze­gólne podzię­ko­wa­nia kie­ruję rów­nież do Har­riet McDo­ugal, jed­nej z naj­lep­szych redak­to­rek naszych cza­sów, która z dobroci serca prze­czy­tała manu­skrypt i zajęła się redak­cją sty­li­styczną. Fani "Koła czasu" znają ją jako kobietę, która odkryła, reda­go­wała, a póź­niej poślu­biła Roberta Jor­dana. W ostat­nich latach zazwy­czaj nie podej­muje się pracy redak­tor­skiej, poza "Kołem czasu", i dla­tego czuję się zaszczy­cony jej wkła­dem w tę książkę i pomocą. Ala­nowi Roman­czu­kowi, który pra­co­wał razem z nią, rów­nież należą się podzię­ko­wa­nia.

Wielką pomoc oka­zał Paul Ste­vens z wydaw­nic­twa Tor Books. Peł­nił on funk­cję łącz­nika z wydaw­nic­twem i wyko­nał kawał dobrej roboty. Moshe i ja bar­dzo cie­szymy się, że nam poma­gał. Irene Gallo - dyrek­tor arty­styczny - rów­nież była wspa­niale pomocna i cier­pliwa w kon­tak­tach z upar­tym auto­rem, który chciał zro­bić różne dziwne rze­czy z ilu­stra­cjami w tej książce. Dzię­kuję Irene, Justi­nowi Golen­boc­kowi, Gre­gowi Col­lin­sowi, Kar­lowi Gol­dowi, Natha­nowi Weave­rowi, Heather Saun­ders, Meryl Gross i wszyst­kim pra­cow­ni­kom Tor Books. Dot Lin, która aż do tej chwili zaj­mo­wała się reklamą (a teraz ciężko pra­cuje, by zdo­być kilka dodat­ko­wych lite­rek przed nazwi­skiem), była cudowną pomocą nie tylko w kwe­stii reklamy, ale też udzie­lała mi rad i zajęła się mną w Nowym Jorku. Dzię­kuję Wam wszyst­kim.

A skoro już mowa o ilu­stra­cjach, mogli­ście zauwa­żyć, że wnę­trze tej książki jest o wiele bar­dziej skom­pli­ko­wane niż można się było spo­dzie­wać po epic­kiej fan­tasy. To nad­zwy­czajne dzieła Grega Calla, Issaca Ste­warta i Bena McSwe­eneya. Pra­co­wali ciężko, two­rząc kolejne nowe szkice, by wszystko było tak, jak trzeba. Stwo­rzone przez Bena kartki ze szki­cow­nika Shel­lan są po pro­stu piękne, łączą moją wyobraź­nię z jego arty­styczną inter­pre­ta­cją. Isaac, który stwo­rzył wewnętrzne ele­menty deko­ra­cyjne w powie­ściach z cyklu "Z mgły zro­dzony" osią­gnął znacz­nie wię­cej niż można było ocze­ki­wać. W wypadku tej powie­ści normą była praca po godzi­nach i wyma­ga­jące ter­miny. (Jeśli chcie­li­by­ście wie­dzieć, to jego dzie­łem są ozna­cze­nia roz­dzia­łów, mapy, kolo­rowe wyklejki i kartki z notesu Navani).

Jak zawsze wielką pomocą była moja grupa pisar­ska. Do jej człon­ków dołą­cza kilku czy­tel­ni­ków alfa i beta. Wymie­nia­jąc bez okre­ślo­nego porządku, są to: Karen Ahl­strom, Geoff i Rachel Bie­sin­ger, Ethan Skar­stedt, Nathan Hat­field, Dan Wells, Kay­lynn ZoBell, Alan i Jeanette Lay­ton. Janci Olds, Kri­stina Kugler, Steve Dia­mond, Brian Delam­bre, Jason Den­zel, Mi'chelle Tram­mel, Josh Wal­ker, Chris King, Austin i Adam Hus­sey, Brian T. Hill i ten Ben, któ­rego nazwi­ska ni­gdy nie umiem popraw­nie zapi­sać. Jestem pewien, że o kimś zapo­mnia­łem. Jeste­ście cudow­nymi ludźmi, i gdy­bym tylko mógł, dał­bym wam Ostrza Odpry­sku.

Uff. Te podzię­ko­wa­nia zaczy­nają nabie­rać epic­kich roz­mia­rów. Ale wciąż pozo­stało kilka osób, o któ­rych należy wspo­mnieć. Słowa te piszę nie­mal dokład­nie w pierw­szą rocz­nicę dnia, w któ­rym zatrud­ni­łem Nie­unik­nio­nego Petera Ahl­stroma jako oso­bi­stego asy­stenta, redak­tora i dodat­kowy mózg. Jeśli przej­rzy­cie podzię­ko­wa­nia we wcze­śniej­szych książ­kach, zawsze na niego natra­fi­cie. Jest moim dro­gim przy­ja­cie­lem i od lat orę­dow­ni­kiem mojej twór­czo­ści. Mam szczę­ście, że teraz pra­cuje dla mnie na pełen etat. Dziś wstał o trze­ciej nad ranem, żeby zro­bić ostat­nią korektę tej książki. Jeśli spo­tka­cie go na kon­wen­cie, kup­cie mu krąg sera.

Byłoby nie­dbal­stwem z mojej strony, gdy­bym nie podzię­ko­wał Tomowi Doherty'emu za to, że pozwo­lił mi napi­sać tę książkę. Jedy­nie wiara Toma w ten pro­jekt spra­wiła, że mogłem sobie pozwo­lić na napi­sa­nie powie­ści o takiej obję­to­ści, do tego oso­bi­ście zadzwo­nił do Micha­ela Whe­lana, nama­wia­jąc go do stwo­rze­nie okładki. Tom dał mi wię­cej niż zasłu­guję - przed powie­ściami tego rodzaju (takiej dłu­go­ści, z tak wie­loma ilu­stra­cjami) wydawcy ucie­kają, gdzie pieprz rośnie. Dzięki temu czło­wie­kowi Tor cią­gle wydaje takie wspa­niałe dzieła.

W końcu poświęcę chwilę cudow­nej okładce Micha­ela Whe­lana. Dla tych, któ­rzy jesz­cze nie sły­szeli tej histo­rii: jako nasto­la­tek zaczą­łem czy­tać powie­ści fan­tasy (wła­ści­wie w ogóle zaczą­łem czy­tać) dzięki pięk­nym okład­kom Micha­ela Whe­lana. Ma on nie­zwy­kły dar odzwier­cie­dle­nia ducha powie­ści w obra­zie - zawsze wie­dzia­łem, że mogę zaufać powie­ści z jego okładką. Marzy­łem, że pew­nego dnia będę miał jego dzieło na okładce jed­nej ze swo­ich ksią­żek. Wyda­wało mi się to jed­nak mało praw­do­po­dobne.

Fakt, że w końcu do tego doszło - i to w przy­padku tak waż­nej dla mnie powie­ści, nad którą tak długo pra­co­wa­łem - jest nie­zwy­kłym, przy­pra­wia­ją­cym o zawrót głowy zaszczy­tem.

***

Wyda­nie Dra­gon­steel w skó­rza­nej opra­wie ma wła­sną listę wspa­nia­łych ludzi, któ­rzy dopro­wa­dzili do jej powsta­nia. W przy­padku tomu pierw­szego i dru­giego chciał­bym podzię­ko­wać redak­to­rowi Pete­rowi Ahl­stro­mowi i dyrek­to­rowi arty­stycz­nemu Isa­akowi Ste­war­towi. Bez tych dwóch uta­len­to­wa­nych i pra­co­wi­tych osób te wyda­nia w twar­dej opra­wie byłyby marze­niem. Dzię­kuję, że je urze­czy­wist­ni­li­ście.

W mojej fir­mie, Dra­gon­steel Enter­ta­in­ment, pra­cuje cała grupa ludzi kie­ro­wa­nych przez wspa­niałą Karę Ste­wart, która wyko­rzy­stuje orga­ni­za­cyjne Burzowe Świa­tło, by jej ekipa mogła prze­cho­wy­wać, pako­wać i wysy­łać książki. Ci aspi­ru­jący Świe­tli­ści to Mem Grange, Jacob Chri­sman, Lex Wil­l­hite, Michael Bate­man, Jeo Dear­deuff, Erika Mar­ler i Chri­sti Jacob­sen.

Jestem ogrom­nie wdzięczny Bil­lowi Wearne'owi i wszyst­kim, któ­rzy ciężko pra­co­wali przy dru­ko­wa­niu, przy­ci­na­niu, skła­da­niu, zszy­wa­niu, opa­ko­wy­wa­niu i przy­go­to­wy­wa­niu ksią­żek. Dzię­kuję Wam za stwo­rze­nie tych cudow­nych tomów.

Tak wielu ludzi pra­co­wało przy wyda­niach w skó­rza­nej opra­wie, ale chciał­bym szcze­gól­nie wyróż­nić Rachel Bass i Kri­sty Gil­bert. Ich bez­cenna pomoc oszczę­dza mojemu zespo­łowi nie­zli­czo­nych godzin pracy.

W tomie tym znaj­dują się znane, jak rów­nież nowe ilu­stra­cje, a ja chciał­bym podzię­ko­wać wszyst­kim arty­stom za to, że ich dzieła upięk­szają to wyda­nie. Są to: Michael Whe­lan, Howard Lyon, Steve Argyle, Dan dos San­tos, Micah Epstein, Ben McSwe­eney, Bryan Mark Tay­lor, Miranda Meeks, Audrey Hotte, Greg Call, Käri Chri­sten­sen, Alain Brion, Sam Green, Jian Guo, Ser­gei Shi­kin, Azbo­oka-Atti­cus Publi­shing Group, Rebecca Sorge Jen­sen, Randy Var­gas, Ash­ley Coad, Bea Jack­son, Kel­ley Har­ris i Tara Spruit. Dzię­kuję, że pozwo­li­li­ście, by Archi­wum Burzo­wego Świa­tła zain­spi­ro­wało wasze wizje arty­styczne.

Przedmowa

PRZED­MOWA

Książka ta sta­nowi moje naj­więk­sze (a w każ­dym razie naj­dłuż­sze) dzieło jako powie­ścio­pi­sa­rza. Jed­nym z jej źró­deł jest pomysł, który mia­łem jako nasto­la­tek, wkrótce po tym, jak zako­cha­łem się w fan­tasy jako gatunku. Pierw­sza powieść, którą usi­ło­wa­łem napi­sać (około roku 1992, kiedy mia­łem sie­dem­na­ście lat) opi­sy­wała histo­rię króla, który zgi­nął w skry­to­bój­czym zama­chu, i jego brata, który pró­bo­wał utrzy­mać kró­le­stwo w jed­nym kawałku.

Brat czuł się roz­darty mię­dzy lojal­no­ścią wobec rodziny, a wobec kraju - ponie­waż w tym tek­ście spad­ko­bierca był zbyt młody, by zasiąść na tro­nie, ale kró­le­stwo potrze­bo­wało sta­bil­nego i kom­pe­tent­nego przy­wódcy. Sytu­ację kom­pli­ko­wał fakt, że młody książę został porwany, a kró­le­stwo potrze­bo­wało króla od razu, by sta­wić czoło zagro­że­niom. Czy ten męż­czy­zna (imie­niem Jared - bar­dzo fan­ta­styczne imię, wiem) zasią­dzie na tro­nie i przej­mie wła­dzę dla dobra wszyst­kich, czy też skupi się na odna­le­zie­niu porwa­nego księ­cia i uczy­nie­nia go kró­lem?

Ten pomysł został bar­dzo kiep­sko przed­sta­wiony w tej książce - dopiero zaczy­na­łem pisać. Ale ten brat doj­rzał przez lata, podob­nie jak ta postać, która w końcu stała się Dali­na­rem Kho­li­nem.

- Kró­lową udało się uzdro­wić, dzięki naszemu nadwor­nemu cza­ro­dzie­jowi, ale dla króla i jego syna nic nie dało się zro­bić. Ofi­cjal­nie jestem kró­lem. - Jared z tru­dem pano­wał nad emo­cjami, ale miał teraz waż­niej­sze rze­czy do roboty niż żałoba. Tym mógł się zająć póź­niej.

Smo­cza stal (wer­sja z roku 1992, nie­pu­bli­ko­wana)

Pró­buję nie pod­cho­dzić do pro­cesu pisar­skiego jak do cze­goś mistycz­nego. Sam mam raczej skłon­no­ści do racjo­na­li­zmu, co może wyda­wać się dziwne dla kogoś, kto tak czę­sto pisze o magii i kwe­stiach zwią­za­nych z wiarą. Ale lubię tę rów­no­wagę reli­gii i nauki w swoim życiu, i czę­sto pociąga mnie ta dziu­rawa bariera mię­dzy prze­są­dami a rze­czy­wi­stymi przy­czy­nami i skut­kami.

Tak czy ina­czej, zwy­kle pod­cho­dzę bar­dzo prag­ma­tycz­nie do pisa­nia i nie lubię mówić o muzach i uczu­ciach. Jed­nak pisa­nie to sztuka - a choć wyko­rzy­stu­jemy rze­mio­sło, by wyra­zić tę sztukę, w głębi duszy nawet prag­ma­tyczny pisarz przez więk­szość czasu działa instynk­tow­nie. Dla­tego zawsze wie­dzia­łem, że jeśli uda mi się napi­sać Drogę Kró­lów - jeśli uda mi się uwiecz­nić wspa­niałą histo­rię, którą pró­bo­wał stwo­rzyć mój umysł - będę miał coś wyjąt­ko­wego.

Następną próbę pod­ją­łem pod koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych, po tym, jak napi­sa­łem Elan­tris, ale zanim ukoń­czy­łem stu­dia licen­cjac­kie. Ta próba nosiła tytuł Smo­cza stal (podob­nie jak ta z roku 1992 - na tytuł Droga Kró­lów wpa­dłem kilka lat póź­niej.)

To tak jakby się udało. Na tym eta­pie poja­wiły się dru­żyny mosto­wych i Strza­skane Ruiny. Dali­nar nie miał jesz­cze imie­nia i nie potra­fię sobie nawet przy­po­mnieć, czy w tej książce poja­wił się jego kon­flikt kraj/rodzina, za to Hoid już się wyło­nił i był zasad­ni­czo sobą. Tka­nie Świa­tło jako magia się roz­wi­jało, podob­nie jak pomysł zwią­za­nia się z pier­wot­nymi mocami, by zyskać dostęp do magicz­nych zdol­no­ści.

- Ruchy, ruchy, ruchy! - ryk­nął Gaz, kiedy męż­czyźni podzie­lili się na kilka grup. - Ty! - Potężny Ke'Chan wska­zał na Jericka. - Idź za tą grupą, nale­żysz teraz do mostu czwar­tego. Ruszaj!

Smo­cza stal (wer­sja z roku 1999, nie­pu­bli­ko­wana)

W tej wer­sji Gaz był Ke'Cha­nem, podob­nie jak ówcze­sny Skała. A głów­nym boha­te­rem był Jerick, kla­syczny arche­typ fan­tasy "wiej­skiego chło­paka z misją". Wszystko poszło bar­dzo nie tak i tra­fił do mostu czwar­tego zamiast do woj­ska, jak zamie­rzał.

W końcu usu­ną­łem ze Smo­czej stali wszystko oprócz histo­rii Hoida i prze­nio­słem do nowego świata, który two­rzy­łem, zwa­nego Rosha­rem. Kolejne kilka lat było dziw­nych w mojej karie­rze. Nie sprze­da­łem żad­nej książki, ale napi­sa­łem około tuzina. Czę­sto powta­rzam, że to był naj­praw­do­po­dob­niej naj­gor­szy, naj­bar­dziej ponury okres w moich doświad­cze­niach pisar­skich - wyda­wało mi się, że w Smo­czej stali, Bia­łym pia­sku i Elan­tris natra­fi­łem na coś cudow­nego. Ale jed­no­cze­śnie nie mia­łem szczę­ścia do wyda­nia. To był trudny okres, a przez kolejne lata pró­bo­wa­łem w swo­jej twór­czo­ści nadą­żać za ryn­kiem - bez suk­ce­sów.

Do czasu, kiedy zaczą­łem pisać histo­rie o świe­cie z potężną, magiczną burzą.

Dale­nar widział zbli­ża­jąca się arcy­bu­rzę. Jej chmury wzno­siły się na hory­zon­cie jak pod­no­sząca się fala, ciemne, mil­czące. Wciąż była odle­gła, ale nadej­dzie. Wście­kłe i dokładne, arcy­bu­rze były rów­nie nie­unik­nione co wschód słońca.

Droga Kró­lów (wer­sja z roku 2002, nie­pu­bli­ko­wana)

Pro­ces pisar­ski tej wer­sji był jed­nym z tych absor­bu­ją­cych i pięk­nych doświad­czeń, któ­rych nawet ja, zawo­dowy pisarz, nie potra­fię opi­sać. Czę­ściowo odkry­cie, czę­ściowo pośpiesz­nie i gorącz­kowe łącze­nie idei - przy­po­mi­nało to two­rze­nie mapy nowej wyspy, które nikt wcze­śniej nie odwie­dził, a jed­no­cze­śnie ukła­da­nie Lego bez instruk­cji i jedy­nie z nie­wy­raź­nym obra­zem tego, jak miał wyglą­dać osta­teczny efekt.

Cza­sami pisa­nie przy­po­mina rąba­nie drewna. Wie się, co należy zro­bić, i prze się naprzód. Innym razem przy­po­mina odsła­nia­nie pięk­nego i cen­nego arte­faktu, deli­kat­nie i ostroż­nie, a jed­no­cze­śnie z fascy­na­cją. Droga Kró­lów miała i jedno, i dru­gie, ale łączyły się one ze sobą w skom­pli­ko­wany spo­sób.

Trwało to dzie­sięć ude­rzeń serca. Dale­nar liczył je, kiedy dym zbie­rał się w jego dłoni, two­rząc kształt mie­cza dłu­giego na nie­mal sześć stóp. Po dzie­sią­tym ude­rze­niu dym stał się stalą, a broń wpa­dła w jego wycią­gniętą rękę. Wyda­wała mu się lekka i zna­joma - znała go tak, jak on znał samego sie­bie. Stała się czę­ścią jego w dniu, kiedy się z nią zwią­zał, i dosto­so­wała się do jego potrzeb. Ostrze Dale­nara było nie­skom­pli­ko­wane i użyt­kowe, pro­ste i dwu­sieczne, nie­mal pozba­wione ozdób - z jed­nym tylko gli­fem.

Droga Kró­lów (wer­sja z roku 2002, nie­pu­bli­ko­wana)

Jako pisarz osią­gną­łem szczyt swo­ich umie­jęt­no­ści zanim zosta­łem wydany, poza tym zasad­ni­czo nic mnie nie roz­pra­szało. Nocami pra­co­wa­łem w hotelu, ale skoń­czy­łem szkołę - i nie zakwa­li­fi­ko­wa­łem się na żadne stu­dia magi­ster­skie z dzie­dziny pisar­stwa, na które się zgło­si­łem. (Wysy­ła­jąc Elan­tris jako próbkę moich umie­jęt­no­ści). Już nie musia­łem odra­biać zadań domo­wych, a jesz­cze się nie oże­ni­łem. Moi przy­ja­ciele koń­czyli stu­dia i wypro­wa­dzali się. Nie byłem już nawet redak­to­rem pisma.

Byłem tylko ja i ta książka. Zaczy­nała się od Dali­nara, choć pisow­nia nie była jesz­cze osta­teczna, i poka­zy­wała jego prze­ra­że­nie, kiedy jego bra­ta­nek, król, pra­wie zgi­nął na polu bitwy. Król zostałby zabity, gdyby nie dzia­ła­nia jed­nego żoł­nie­rza, Merina.

Samotny włócz­nik w nie­bie­skim mun­du­rze prze­biegł nagle po ska­łach i sko­czył na bez­i­mien­nego Odpry­sko­wego. Jeden męż­czy­zna.

Ale to wystar­czyło. Żoł­nierz sko­czył, wzniósł się wysoko w powie­trze, odrzu­cił włócz­nię na bok i zła­pał wro­giego Odpry­sko­wego w pasie. Nie­spo­dzie­wany cię­żar wytrą­cił Pral­lana z rów­no­wagi, przez co jego cios nie tra­fił króla. Odpry­skowy roz­pacz­li­wie się­gnął do wodzy, ale wysu­nęły mu się z rąk. Pole­ciał do tyłu, a dzielny ale­thyj­ski włócz­nik upar­cie ści­skał go w pasie.

Droga Kró­lów (wer­sja z roku 2002, nie­pu­bli­ko­wana)

Dru­gim głów­nym boha­te­rem był Taln, Herold, który powró­cił i odkrył, że nikt mu nie wie­rzy.

Czuł ból.

To było nie­wła­ściwe. Nie powi­nien czuć bólu. "Czuć" było zbyt sła­bym sło­wem. Przez tak długi czas, ból był wszyst­kim - świa­tem, snem, myślą i odde­chem. "Czu­cie" pozwa­lało na zbyt wiel­kie odda­le­nie. Gdyby miał dość jasno­ści umy­słu, by myśleć, tęsk­niłby za dniem, w któ­rym ból byłby czymś, co po pro­stu "czuł".

Czuł ból.

Droga Kró­lów (wer­sja z roku 2002, nie­pu­bli­ko­wana)

Merin uczył się od męż­czy­zny imie­niem Vasher jak zostać Odpry­sko­wym, bo za ura­to­wa­nie króla dostał Odpry­ski. Poznał dwóch synów Dali­nara i się z nimi zaprzy­jaź­nił, a póź­niej świat osza­lał, kiedy nie­spo­dzie­wany atak na kró­le­stwo spra­wił, że wszy­scy musieli ucie­kać. W cza­sie ucieczki Merin dowie­dział się, że do ludzi zaczęły powra­cać sta­ro­żytne moce - i że sza­le­niec poda­jący się za Herolda mógł mieć rację.

W tej książce nie było spre­nów, ale poja­wiły się suge­stie pier­wot­nych mocy i ich związku ze śmier­tel­ni­kami.

Merin zgod­nie z pole­ce­niem wszedł do kajuty. Szkie­let łodzi trzesz­czał, kiedy się koły­sała, ale Merin miał wra­że­nie, jakby wszedł do innego świata - peł­nego dziw­nych, obcych zna­ków. Spo­dzie­wał się zoba­czyć na ścia­nach liczby - w końcu Rena­rin spę­dzał tu dużo czasu - ale ich widok wciąż spra­wił, że poczuł się dziw­nie. Rena­rin wydra­pał liczby bez­po­śred­nio w drew­nia­nych ścia­nach o pod­ło­dze, a każda z nich została wyrzeź­biona sta­ran­nie i dokład­nie. Tysiące gli­fów wypeł­niały kajutę, którą Rena­rin opróż­nił ze wszyst­kich mebli poza jed­nym krze­słem i zmię­tym posła­niem w kącie.

Tym razem liczby były malut­kie, mniej­sze nawet od tych, które Rena­rin nary­so­wał w celi. I było ich o wiele wię­cej. Wyda­wało się, że łączy je pewna... logika, któ­rej Merin nie potra­fił jed­nak do końca pojąć. Nie­które liczby poru­szały się w sze­ro­kim szyku, jak masze­ru­jące armię, a inne wyglą­dały, jakby two­rzyły fresk, gdyby tylko sta­nąć wystar­cza­jąco daleko. Wszyst­kie cztery ściany, podob­nie jak pod­łogę, pokry­wały zaci­ski. Tylko jedna część pomiesz­cze­nia była od nich wolna - okrą­gła prze­strzeń dokład­nie pośrodku drzwi, przez które wszedł Merin.

Droga Kró­lów (wer­sja z roku 2002, nie­pu­bli­ko­wana)

Jestem idiotą, pomy­ślał. Vasher wyja­śnił mi to kie­dyś, a ja nie zasta­na­wia­łem się nad jego sło­wami. On nie szko­lił mnie do poje­dyn­ków.

Szko­lił mnie do walki.

Podmu­chy wia­tru prze­ma­wiały do niego. Merin je czuł, czuł, kiedy ciała je znie­kształ­cały. Wyko­rzy­stu­jąc tę wie­dzę, odpie­rał ataki, któ­rych nie widział. Płyn­nie prze­cho­dził od ciosu do ciosu.

Stał pośrodku pię­ciu napast­ni­ków - i przez jedną pełną gra­cji chwilę, wal­czył z nimi wszyst­kimi jed­no­cze­śnie.

Droga Kró­lów (wer­sja z roku 2002, nie­pu­bli­ko­wana)

Książka szła dosko­nale. I była cał­ko­wi­cie do niczego. Byłem z niej ogrom­nie dumny, a jed­no­cze­śnie, kiedy ją ukoń­czy­łem, wie­dzia­łem, że brak mi umie­jęt­no­ści do tego rodzaju zada­nia.

To było dziwne doświad­cze­nie. Wie­dzieć, że nie­zmier­nie się roz­wi­ną­łem w cza­sie pisa­nia. Czuć, że Droga Kró­lów w wielu aspek­tach była moją naj­lep­szą książką. Czuć, że w końcu zbli­ży­łem się do roz­ma­chu, który pró­bo­wa­łem osią­gnąć wcze­śniej dwa razy - a jed­no­cze­śnie wie­dzieć, że jesz­cze mi się nie udało.

W końcu sprze­da­łem Elan­tris, mniej wię­cej w tym samym cza­sie, kiedy ukoń­czy­łem Drogę Kró­lów. Posła­łem ją mojemu wydawcy, Moshe, ale kiedy oddzwo­nił, żeby poroz­ma­wiać o jej publi­ka­cji, powie­dzia­łem mu, że nie chcę. Jesz­cze nie. Książka nie była wła­ściwa.

Minęło sie­dem dłu­gich lat zanim napi­sa­łem ją we wła­ściwy spo­sób. Lat, w cza­sie któ­rych nauczy­łem się dużo wię­cej na temat swo­jego pisa­nia i odkry­łem, co tak naprawdę chcę powie­dzieć tą książką. Koło czasu nauczyło mnie balan­so­wać duża liczbą postaci, ale suk­ces Z Mgły Zro­dzo­nego nauczył mnie, że powi­nie­nem bar­dziej się sku­piać - nawet jeśli sama opo­wieść była ogromna. I oczy­wi­ście w końcu uświa­do­mi­łem sobie, że muszę wpro­wa­dzić do książki most czwarty.

W pew­nym sen­sie tom, który trzy­ma­cie teraz w rękach, jest czwar­tym wcie­le­niem cze­goś, co pró­bo­wa­łem napi­sać przez dwa­dzie­ścia lat. Nawet kiedy przy­nio­słem go do wydaw­nic­twa, mar­twi­łem się, że to będzie niszowa książka, ceniona przez mniej­szość czy­tel­ni­ków. Łamie tak wiele zasad pisar­skich, bo ma nie jeden, nie dwa, ale trzy pro­logi. (Nawet jeśli pierw­szy nazwa­łem roz­dzia­łem pierw­szym). Zawiera ilu­stra­cje i zbiór opo­wia­dań (w postaci inter­lu­diów), które pozwa­lają poznać świat. To dokład­nie coś, czego - jak zawsze sły­sza­łem - nie powi­nie­nem publi­ko­wać, nie powi­nie­nem pisać, i nie powi­nie­nem się spo­dzie­wać, że ludzie to prze­czy­tają.

I jest to dowód, że nawet jeśli cho­dzi o pisa­rza takiego jak ja, sztuka może zatrium­fo­wać nad logiką. W tym przy­padku mam nadzieję, że wszy­scy się zgo­dzi­cie, że cel wart był takiej podróży.

Bran­don San­der­son

Lipiec 2019

Preludium do Archiwum Burzowego Światła

Pre­lu­dium do

Archi­wum Burzo­wego Świa­tła

Kalak obszedł kamienną grań i zatrzy­mał się przed cia­łem umie­ra­ją­cego ska­ło­grz­mota. Ogromna kamienna bestia leżała na boku, przy­po­mi­na­jące żebra wypustki na jej piersi były poła­mane i popę­kane. Potwór kształ­tem przy­po­mi­nał szkie­let, jego nie­na­tu­ral­nie dłu­gie koń­czyny wyra­stały z gra­ni­to­wych ramion. Oczy były ciem­no­czer­wo­nymi pla­mami pośrodku twa­rzy o kształ­cie strzały, jakby w głębi kamie­nia pło­nął ogień. Zga­sły.

Nawet po tak wielu stu­le­ciach widok ska­ło­grz­mota spra­wił, że Kalaka prze­szedł dreszcz. Dłoń bestii była wiel­ko­ści czło­wieka. Już wcze­śniej ginął z takich rąk i nie było to przy­jemne.

Oczy­wi­ście śmierć rzadko taka była.

Obszedł stwora, ostroż­nie sta­wia­jąc stopy na polu walki. Rów­nina była pełna znie­kształ­co­nych gła­zów i skał, wokół niego wzno­siły się natu­ralne kolumny, na ziemi leżały sterty ciał. Rosło tu nie­wiele roślin.

Skalne gra­nie i kopce nosiły liczne ślady. Zmiaż­dżone, wypa­lone odcinki, na któ­rych wal­czyli Moco­wiązcy. Z rzadka mijał rów­nież popę­kane, dziw­nie ukształ­to­wane wgłę­bie­nia - to z nich wyrwały się ska­ło­grz­moty, by dołą­czyć do walki.

Wiele z ota­cza­ją­cych go ciał było ludz­kich, lecz rów­nie wiele - nie. Mie­szały się różne odcie­nie krwi. Czer­wona. Poma­rań­czowa. Fio­le­towa. Choć żadne z widzia­nych przez niego ciał się nie poru­szało, w powie­trzu uno­siły się nie­wy­raźne dźwięki. Jęki bólu, żało­sny płacz. To nie były odgłosy zwy­cię­stwa. Z nie­licz­nych kęp roślin­no­ści i stert tru­pów uno­sił się dym. Tliły się nawet nie­które skały. Pyłowcy porząd­nie wyko­nali swoją pracę.

Ale ja prze­ży­łem, pomy­ślał Kalak, uno­sząc rękę do piersi, gdy pośpiesz­nie kie­ro­wał się w stronę miej­sca spo­tka­nia. Tym razem jed­nak prze­ży­łem.

To było nie­bez­pieczne. Kiedy umie­rał, zosta­wał ode­słany, nie miał wyboru. Jeśli prze­żył Spu­sto­sze­nie, rów­nież miał powró­cić. Do tego miej­sca, któ­rego tak się bał. Do miej­sca cier­pie­nia i ognia. A gdyby po pro­stu zde­cy­do­wał się... nie pójść?

Nie­bez­pieczne myśli, może zdra­dziec­kie. Pośpiesz­nie ruszył dalej.

Miej­sce spo­tka­nia leżało w cie­niu dużej for­ma­cji skal­nej, wzno­szą­cej się ku niebu iglicy. Jak zawsze ich dzie­siątka wybrała je przed bitwą. Ci, któ­rzy prze­żyją, mieli dotrzeć do tego miej­sca. Co dziwne, cze­kał na niego tylko jeden. Jezrien. Czy pozo­stała ósemka zgi­nęła? To było moż­liwe. Ta bitwa była bar­dzo gwał­towna, jedna z naj­gor­szych. Wróg sta­wał się coraz bar­dziej nie­ustę­pliwy.

Ale nie. Kalak zmarsz­czył czoło, kiedy zna­lazł się u pod­stawy iglicy. Ujrzał tam sie­dem wspa­nia­łych mie­czy, dum­nie wbi­tych pio­nowo w ska­li­stą zie­mię. Każdy był ist­nym dzie­łem sztuki, ele­ganc­kim, zdo­bio­nym gli­fami i wzo­rami. Roz­po­zna­wał każdy z nich. Gdyby ich wła­ści­ciele zgi­nęli, Ostrza by znik­nęły.

Te Ostrza były bro­nią o mocy wykra­cza­ją­cej nawet poza Ostrza Odpry­sku. Nie­zwy­kłe. Cenne. Jezrien stał przed krę­giem mie­czy i spo­glą­dał na wschód.

- Jezrie­nie?

Postać w bieli i błę­ki­cie zwró­ciła się w jego stronę. Po tak wielu stu­le­ciach Jezrien wciąż wyda­wał się młody, jakby dopiero osią­gnął trzy­dzie­sty rok życia. Krótką czarną bródkę nosił sta­ran­nie przy­strzy­żoną, choć jego nie­gdyś piękne szaty były osma­lone i spla­mione krwią. Odwró­ciw­szy się do Kalaka, splótł ręce za ple­cami.

- Co to takiego, Jezrie­nie? - spy­tał Kalak. - Gdzie są pozo­stali?

- Ode­szli. - Głos Jezriena był spo­kojny, głę­boki, wład­czy. Choć od stu­leci nie nosił korony, na­dal miał kró­lew­skie maniery. Wyda­wało się, że zawsze wie, co należy zro­bić. - Możesz nazwać to cudem. Tym razem zgi­nął tylko jeden z nas.

- Tale­nel - stwier­dził Kalak. Tylko jego Ostrza bra­ko­wało.

- Tak. Zgi­nął, bro­niąc przej­ścia przy pół­noc­nym kanale.

Kalak poki­wał głową. Tale­nel miał ten­den­cję do wybie­ra­nia z pozoru bez­na­dziej­nych bitew i wygry­wa­nia ich. Miał rów­nież ten­den­cję do umie­ra­nia w ich trak­cie. Wró­cił już do miej­sca, do któ­rego uda­wali się mię­dzy Spu­sto­sze­niami. Miej­sca kosz­ma­rów.

Poczuł, że drży. Kiedy stał się taki słaby?

- Jezrie­nie, tym razem nie mogę powró­cić. - Kalak wyszep­tał te słowa, pod­szedł i chwy­cił towa­rzy­sza za ramię. - Nie mogę.

Poczuł, jak coś w nim pęka. Jak długo to trwało? Stu­le­cia, może tysiąc­le­cia udręki. Tak trudno było to zli­czyć. Te ognie, te haki, codzien­nie od nowa wbi­ja­jące się w jego ciało. Wypa­la­jące skórę jego ręki, póź­niej tłuszcz, aż do kości. Czuł ten smród. Na Wszech­moc­nego, czuł go!

- Zostaw swój miecz - powie­dział Jezrien.

- Co takiego?

Jezrien wska­zał na krąg Ostrzy.

- Zosta­łem wybrany, by na cie­bie zacze­kać. Nie byli­śmy pewni, czy prze­ży­łeś. Pod­jęto... decy­zję. Nad­szedł czas końca Przy­sięgi.

Kalak poczuł ukłu­cie prze­ra­że­nia.

- I co się sta­nie?

- Ishar wie­rzy, że dopóki jeden z nas jest zwią­zany Przy­sięgą, to może wystar­czyć. Ist­nieje moż­li­wość, że prze­rwiemy cykl Spu­sto­szeń.

Kalak spoj­rzał nie­śmier­tel­nemu kró­lowi w oczy. Po ich lewej ku niebu wzno­sił się czarny dym. Zza ple­ców docho­dziły jęki umie­ra­ją­cych. W oczach Jezriena widział cier­pie­nie i smu­tek. Może nawet tchó­rzo­stwo. To był czło­wiek, który na nitce wisiał nad kra­wę­dzią urwi­ska.

Wszech­mocny w nie­bio­sach, pomy­ślał Kalak. Ty też się zła­ma­łeś? Wszy­scy to czuli.

Kalak odwró­cił się i zro­bił kilka kro­ków w bok, w stronę niskiej półki wzno­szą­cej się nad polem bitwy.

Leżało tam tak wiele tru­pów, a mię­dzy nimi poru­szali się żywi. Męż­czyźni w pry­mi­tyw­nych stro­jach, dzier­żący włócz­nie z brą­zo­wymi gro­tami. Pośród nich inni, w błysz­czą­cych zbro­jach pły­to­wych. Minęła ich grupka czte­rech męż­czyzn w poszar­pa­nych skó­rach, któ­rzy dołą­czyli do potęż­nej postaci w pięk­nej sre­brzy­stej zbroi pły­to­wej ozdo­bio­nej skom­pli­ko­wa­nym wzo­rem. Cóż za kon­trast.

Jezrien pod­szedł do niego.

- Uwa­żają nas za bóstwa - wyszep­tał Kalak. - Pole­gają na nas. Tylko nas mają.

- Mają Świe­tli­stych. To wystar­czy.

Kalak pokrę­cił głową.

- Jego to nie ogra­ni­czy. Prze­ciw­nika. Znaj­dzie spo­sób, żeby to obejść. Wiesz, że to zrobi.

- Może.

- A Taln? - spy­tał Kalak. Pło­nące ciało. Ognie. Cią­głe cier­pie­nie...

- Lepiej, żeby cier­piał jeden czło­wiek niż dzie­się­ciu - wyszep­tał Jezrien.

Wyda­wał się taki zimny. Jakby świa­tło i cie­pło padało na kogoś peł­nego honoru i uczci­wego, rzu­ca­jąc tę czarną imi­ta­cję jak cień.

Jezrien wró­cił do kręgu mie­czy. W jego dło­niach poja­wiło się Ostrze, wyło­niw­szy się spo­śród mgły, wil­gotne od pary.

- To posta­no­wione, Kalaku. Każdy z nas ruszy w swoją stronę i nie będziemy pró­bo­wali się odna­leźć. Musimy zosta­wić Ostrza. Przy­sięga się skoń­czyła.

Uniósł miecz i wbił go w zie­mię razem z pozo­sta­łymi sied­mioma. Zawa­hał się, spo­glą­da­jąc na miecz, pochy­lił głowę i odwró­cił się, jakby zawsty­dzony.

- Z wła­snej woli przy­ję­li­śmy na sie­bie ten cię­żar. Możemy więc rów­nież go odrzu­cić.

- A co powiemy ludziom? - spy­tał Kalak. - Co oni będą mówić o tym dniu?

- To pro­ste - odparł Jezrien, odcho­dząc. - Powiemy im, że w końcu zwy­cię­ży­li­śmy. To łatwe kłam­stwo. Kto wie, może w końcu okaże się prawdą?

Kalak odpro­wa­dzał wzro­kiem Jezriena idą­cego przez spa­loną kra­inę. W końcu przy­zwał wła­sne Ostrze i wbił je w kamień obok pozo­sta­łej ósemki. Odwró­cił się i ruszył w stronę prze­ciwną niż Jezrien.

A jed­nak nie mógł nie odwró­cić się w stronę kręgu mie­czy i jed­nej luki. Miej­sca, w któ­rym powi­nien znaj­do­wać się dzie­siąty miecz.

Ten z nich, który zagi­nął. Ten, któ­rego porzu­cili.

Wybacz nam, pomy­ślał Kalak i odszedł.

Prolog. Zabić

Miłość męż­czy­zny jest lodo­wata jak gór­ski stru­mień trzy kroki od lodu. Nale­żymy do niego. Och, Ojcze Burz... nale­żymy do niego. Zale­d­wie tysiąc dni, a nadej­dzie Wieczna Burza.

Zebrane pierw­szego dnia tygo­dnia Palah mie­siąca Shash roku 1171, trzy­dzie­ści jeden sekund przed śmier­cią. Badaną była ciem­no­oka cię­żarna kobieta w śred­nim wieku. Dziecko nie prze­żyło.

Szeth-syn-syn-Val­lano, Kłamca z Shi­no­varu, miał na sobie biel w dniu, w któ­rym miał zabić króla. Białe ubra­nie było zgodne z tra­dy­cją Par­shen­dich, zupeł­nie mu obcą. Ale zro­bił to, czego chcieli od niego pano­wie, i nie pro­sił o wyja­śnie­nie.

Sie­dział w wiel­kiej kamien­nej sali, pod­grze­wa­nej przez ogromne pale­ni­ska, które rzu­cały jaskrawy blask na bawią­cych się. Na ich skó­rze poja­wiały się kro­ple potu, kiedy tań­czyli i pili, ryczeli, śpie­wali i kla­skali w dło­nie. Nie­któ­rzy padali na zie­mię, czer­woni na twa­rzy, zabawa ich prze­ro­sła, ich żołądki oka­zały się sła­bymi bukła­kami. Wyda­wali się mar­twi, przy­naj­mniej do chwili, kiedy przy­ja­ciele zabrali ich z sali i zanie­śli do przy­go­to­wa­nych łóżek.

Szeth nie koły­sał się w rytm bęb­nów, nie pił sza­fi­ro­wego wina ani nie wstał, by zatań­czyć. Sie­dział na ławie z tyłu, nie­ru­chomy sługa w bia­łych sza­tach. Na uro­czy­sto­ściach z oka­zji pod­pi­sa­nia trak­tatu nie­wiele osób zwra­cało na niego uwagę. Był tylko słu­żą­cym, a Shi­nów łatwo się igno­ro­wało. Na wscho­dzie więk­szość sądziła, że rodacy Sze­tha byli potulni i nie­szko­dliwi. Prze­waż­nie się nie mylili.

Bęb­nia­rze zagrali w nowym ryt­mie. Ude­rze­nia wstrzą­sały Sze­them jak cztery walące serca, pom­pu­jące fale nie­wi­dzial­nej krwi przez salę. Pano­wie Sze­tha - któ­rych w bar­dziej cywi­li­zo­wa­nych kra­jach lek­ce­wa­żono jako dzi­ku­sów - sie­dzieli przy swo­ich sto­łach. Mieli czarną skórę z czer­wo­nym żył­ko­wa­niem. Par­shendi, tak ich zwano - spo­krew­nieni z bar­dziej ule­głą rasą słu­żą­cych, którą więk­szość świata nazy­wała par­sh­me­nami. Dzi­wac­two. Oni sami nie mówili o sobie Par­shendi, to słowo pocho­dziło z języka ale­thyj­skiego. Zna­czyło w przy­bli­że­niu "par­sh­meni, któ­rzy umieją myśleć". Żadna ze stron naj­wy­raź­niej nie postrze­gała tego jako obe­lgi.

Par­shendi spro­wa­dzili muzy­ków. Z początku jasno­ocy Ale­thyj­czycy się wahali. Dla nich bębny były pry­mi­tyw­nymi instru­men­tami ciem­no­okiego pospól­stwa. Jed­nakże wino zabi­jało zarówno tra­dy­cję, jak i kon­we­nanse, i teraz ale­thyj­ska elita tań­czyła z zapa­mię­ta­niem.

Szeth wstał i ruszył przez salę. Zabawa trwała długo, sam król już przed wie­loma godzi­nami udał się na spo­czy­nek. Ale wielu wciąż świę­to­wało. Szeth musiał omi­nąć Dali­nara Kho­lina - rodzo­nego brata króla - który oparł głowę na nie­wiel­kim sto­liku. Sta­rze­jący się, lecz potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna odsy­łał gestem wszyst­kich, któ­rzy pró­bo­wali zachę­cić go, by poszedł spać. Gdzie była Jasnah, córka króla? Elho­kar, kró­lew­ski syn i dzie­dzic, sie­dział u szczytu stołu, pod nie­obec­ność ojca rzą­dząc ucztą. Roz­ma­wiał z dwoma męż­czy­znami, ciem­no­skó­rym z Aziru, który miał na policzku dziwną jasną plamę, i szczu­plej­szym Ale­thyj­czy­kiem, cią­gle oglą­da­ją­cym się przez ramię.

Towa­rzy­sze dzie­dzica byli pozba­wieni zna­cze­nia. Szeth trzy­mał się z dala, prze­śli­zgi­wał się wzdłuż ścian sali, mija­jąc bęb­nia­rzy. Muzy­ko­spreny uno­siły się w powie­trzu wokół nich, nie­wiel­kie duchy przyj­mo­wały postać wiru­ją­cych prze­zro­czy­stych wstęg. Kiedy Szeth mijał bęb­nia­rzy, zauwa­żyli go. Mieli wkrótce się wyco­fać, razem ze wszyst­kimi pozo­sta­łymi Par­shendi.

Nie wyda­wali się obra­żeni. Nie wyda­wali się źli. A jed­nak mieli zamiar po kilku godzi­nach zła­mać przy­mie­rze. To nie miało sensu. Szeth jed­nak nie zada­wał pytań.

Na końcu sali minął rzędy nie­ru­cho­mych lazu­ro­wych świa­teł, które wyra­stały w miej­scu, gdzie ściana sty­kała się z pod­łogą. Trzy­mali sza­firy napeł­nione Burzo­wym Świa­tłem. Bluź­nier­stwo. Jak ludzie z tych krain mogli wyko­rzy­sty­wać coś tak uświę­co­nego jako banalne źró­dło świa­tła? Co gor­sza, ale­thyj­scy uczeni podobno byli bli­scy stwo­rze­nia nowych Ostrzy Odpry­sku. Szeth miał nadzieję, że to jedy­nie bez­pod­stawne prze­chwałki. Ponie­waż, gdyby tak się stało, świat by się odmie­nił. Praw­do­po­dob­nie w spo­sób, który skoń­czyłby się tym, że miesz­kańcy wszyst­kich krain - od odle­głego Thay­le­nah do szczy­tów Jah Keved - mówi­liby do swo­ich dzieci po ale­thyj­sku.

Ci Ale­thyj­czycy byli wiel­kimi ludźmi. Nawet pijani ema­no­wali natu­ralną szla­chet­no­ścią. Wysocy i pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wani męż­czyźni nosili ciemne jedwabne sur­duty, zapi­nane z boku i bogato wyszy­wane srebrną lub złotą nicią. Każdy z nich wyglą­dał jak gene­rał.

Kobiety robiły jesz­cze więk­sze wra­że­nie. Były odziane we wspa­niałe jedwabne suk­nie, dobrze dopa­so­wane, a ich jaskrawe barwy kon­tra­sto­wały z ciem­nymi odcie­niami pre­fe­ro­wa­nymi przez męż­czyzn. Lewy rękaw każ­dej sukni był dłuż­szy od pra­wego i zakry­wał dłoń. Ale­thyj­czycy mieli dziwne poczu­cie przy­zwo­ito­ści.

Gład­kie czarne włosy upi­nały na szczy­cie głowy, w skom­pli­ko­wa­nych war­ko­czy­kach albo luź­nych kokach. Czę­sto wpla­tały w nie złote wstążki lub ozdoby, jak rów­nież klej­noty błysz­czące Burzo­wym Świa­tłem. Piękne. Bluź­nier­stwo, ale piękne.

Szeth pozo­sta­wił za sobą salę, na któ­rej trwała uczta. Po chwili minął drzwi pro­wa­dzące do Uczty Żebra­ków. To była tra­dy­cja Ale­thyj­czy­ków, w tym pomiesz­cze­niu nie­któ­rzy z naj­uboż­szych miesz­kań­ców mia­sta uczto­wali podob­nie jak król i jego goście. Męż­czy­zna o dłu­giej, siwie­ją­cej czar­nej bro­dzie osu­nął się w wej­ściu i uśmie­chał idio­tycz­nie - Szeth nie mógł oce­nić, czy z nad­miaru trunku, czy sła­bo­ści umy­słu.

- Widzia­łeś mnie? - spy­tał nie­wy­raź­nie męż­czy­zna.

Roze­śmiał się i zaczął coś beł­ko­tać, po czym się­gnął po bukłak. Czyli jed­nak tru­nek. Szeth minął go i ruszył dalej wzdłuż sze­regu rzeźb przed­sta­wia­ją­cych Dzie­się­ciu Herol­dów ze sta­ro­żyt­nej voriń­skiej teo­lo­gii. Jeze­re­zeh, Ishi, Kelek, Tale­ne­lat. Wymie­nił każdą i zorien­to­wał się, że jest ich tylko dzie­więć. Jed­nej bra­ko­wało. Dla­czego usu­nięto rzeźbę Sha­lash? Króla Gavi­lara uwa­żano za gor­li­wego wyznawcę voriń­skiej reli­gii. Zbyt gor­li­wego, jak na gusta nie­któ­rych.

Kory­tarz skrę­cał w prawo i biegł wzdłuż ścian zwień­czo­nego kopułą pałacu. Znaj­do­wał się na pię­trze króla, dwie kon­dy­gna­cje nad zie­mią, oto­czony kamien­nymi ścia­nami, skle­pie­niem i pod­łogą. To było bluź­nier­stwo. Po kamie­niu nie nale­żało cho­dzić. Ale co miał zro­bić? Był Kłamcą. Robił to, czego żądali od niego pano­wie.

Dziś ozna­czało to biały strój. Luźne białe spodnie zwią­zane w pasie sznu­rem, a na nich cienka biała koszula z dłu­gimi ręka­wami, roz­pięta z przodu. Biały strój dla zabójcy był tra­dy­cją Par­shen­dich. Choć Szeth nie pytał, jego pano­wie wyja­śnili powody.

Biel, by być odważ­nym. Biel, by nie wta­piać się w ciem­ność. Biel, by dać ostrze­że­nie.

Jeśli ktoś miał zamor­do­wać czło­wieka, ofiara miała prawo go zoba­czyć.

Szeth skrę­cił w prawo i ruszył kory­ta­rzem w stronę kró­lew­skich kom­nat. Na ścia­nach pło­nęły pochod­nie, ich blask go nie zado­wa­lał, jak posi­łek z rzad­kiego bulionu po dłu­gim poście. Wokół nich tań­czyły ognio­spreny, przy­po­mi­na­jące owady z zakrze­płego świa­tła. Pochod­nie były dla niego bez­u­ży­teczne. Się­gnął po sakiewkę i znaj­du­jące się w niej kule, lecz zawa­hał się, kiedy zoba­czył przed sobą kolejne nie­bie­skie świa­tła - na ścia­nie wisiały dwie lampy wypeł­nione Burzo­wym Świa­tłem, znaj­du­jące się w ich wnę­trzu sza­firy ema­no­wały jasnym bla­skiem. Szeth pod­szedł do jed­nej i wycią­gnął dłoń, by wziąć w nią oto­czony szkłem klej­not.

- Hej, ty! - zawo­łał ktoś po ale­thyj­sku.

Na skrzy­żo­wa­niu kory­ta­rzy stało dwóch straż­ni­ków. Podwójna straż, gdyż w Kho­li­na­rze tej nocy byli dzicy. Ow­szem, ci dzicy mieli stać się sojusz­ni­kami. Tyle że soju­sze potra­fią być słabe.

Ten miał prze­trwać jesz­cze nie­całą godzinę.

Szeth spoj­rzał na zbli­ża­ją­cych się straż­ni­ków. Nosili włócz­nie - nie byli jasno­ocy i dla­tego nie mieli prawa do mie­cza. Jed­nak ich poma­lo­wane na czer­wono napier­śniki były zdo­bione, podob­nie jak hełmy. Być może mieli ciemne oczy, ale byli wysoko posta­wio­nymi oby­wa­te­lami i peł­nili zaszczytną funk­cję w pała­co­wej straży.

Zatrzy­maw­szy się w odle­gło­ści kilku stóp, pierw­szy straż­nik mach­nął włócz­nią.

- Ruszaj. To nie jest miej­sce dla cie­bie.

Miał śniadą skórę typową dla Ale­thyj­czy­ków i cienki wąsik, który ota­czał jego wargi, na dole zmie­nia­jąc się w brodę.

Szeth się nie ruszył.

- No? - ode­zwał się straż­nik. - Na co cze­kasz?

Szeth ode­tchnął głę­boko, wcią­ga­jąc Burzowe Świa­tło. Wpły­nęło weń, wycią­gnięte z bliź­nia­czych sza­fi­ro­wych lamp na ścia­nach, jakby przy­wo­łane odde­chem. Burzowe Świa­tło sza­lało w jego wnę­trzu, a na kory­ta­rzu nagle zro­biło się ciem­niej, jakby chmura zasło­niła słońce, rzu­ca­jąc cień na zbo­cze góry.

Szeth czuł cie­pło Świa­tła, jego wście­kłość, jakby ktoś wstrzyk­nął mu do żył burzę. Moc doda­wała mu sił, ale była nie­bez­pieczna. Popy­chała go do dzia­ła­nia. Ruchu. Ataku.

Wstrzy­mu­jąc oddech, zatrzy­mał Świa­tło. I tak czuł, jak wypływa na zewnątrz. Burzowe Świa­tło dawało się utrzy­mać bar­dzo krótko, naj­wy­żej kilka minut. Wypły­wało, ludz­kie ciało było zbyt poro­wa­tym pojem­ni­kiem. Sły­szał, że Pust­kowcy mogli je cał­ko­wi­cie zacho­wać. Ale czy oni w ogóle ist­nieli? Jego kara gło­siła, że ich nie ma. Jego honor wyma­gał, by byli.

Pło­nąc świętą ener­gią, Szeth zwró­cił się do straż­ni­ków. Widzieli, że wycieka z niego Burzowe Świa­tło, jego strużki uno­siły się znad skóry jak świe­tli­sty dym. Pierw­szy straż­nik zmru­żył oczy i zmarsz­czył czoło. Szeth był pewien, że męż­czy­zna ni­gdy wcze­śniej nie widział cze­goś takiego. O ile wie­dział, zabił wszyst­kich cho­dzą­cych po kamie­niu, któ­rzy widzieli, do czego jest zdolny.

- Kim... kim ty jesteś? - Z głosu straż­nika znik­nęła pew­ność. - Duchem czy czło­wie­kiem?

- Kim jestem? - powtó­rzył Szeth, a odro­bina Świa­tła wypły­nęła z jego warg, kiedy spoj­rzał ponad ramie­niem męż­czy­zny na długi kory­tarz. - Jestem... pełen żalu.

Szeth zamru­gał i Zwią­zał się z tam­tym odle­głym punk­tem w kory­ta­rzu. Burzowe Świa­tło opu­ściło go w mgnie­niu oka, chło­dząc mu skórę, a zie­mia natych­miast prze­stała go przy­cią­gać. Zamiast tego czuł przy­cią­ga­nie tam­tego punktu, jakby tam­ten kie­ru­nek nagle stał się dla niego dołem.

To było Pod­sta­wowe Wią­za­nie, pierw­sze z trzech rodza­jów Wią­za­nia. Pozwa­lało mu mani­pu­lo­wać nie­znaną bli­żej mocą, spre­nem czy bogiem, który przy­wią­zy­wał ludzi do ziemi. Tym Wią­za­niem mógł moco­wać ludzi lub przed­mioty do róż­nych powierzchni lub w róż­nych kie­run­kach.

Z jego per­spek­tywy kory­tarz był teraz głę­bo­kim szy­bem, w głąb któ­rego spa­dał, a dwaj straż­nicy stali na jed­nej ze ścian. Zasko­czyło ich, kiedy tra­fiły ich stopy Sze­tha, jedna w twarz pierw­szego, druga w dru­giego, prze­wra­ca­jąc obu. Szeth zmie­nił punkt widze­nia i Zwią­zał się z pod­łogą. Wypły­wało z niego Świa­tło. Pod­łoga kory­tarza znów stała się dołem, wylą­do­wał mię­dzy straż­ni­kami, a jego ubra­nie trza­skało i sypało płat­kami śniegu. Wstał i roz­po­czął pro­ces przy­zy­wa­nia Ostrza Odpry­sku.

Jeden ze straż­ni­ków się­gnął po włócz­nię. Szeth opu­ścił rękę, dotknął ramie­nia żoł­nie­rza i pod­niósł wzrok. Sku­pił się na punk­cie nad głową, jed­no­cze­śnie siłą woli prze­ka­zu­jąc Świa­tło w ciało straż­nika, Wią­żąc bie­daka do sufitu.

Straż­nik jęk­nął, kiedy dół nagle zmie­nił się w górę. Cią­gnąc za sobą Świa­tło, ude­rzył w sufit i puścił włócz­nię. Broń nie została bez­po­śred­nio Zwią­za­nia i spa­dła z brzę­kiem na pod­łogę obok Sze­tha.

Zabić. To był naj­więk­szy z grze­chów. A jed­nak oto Szeth, Kłamca, bluź­nier­czo kro­czył po kamie­niach wyko­rzy­sty­wa­nych do budowy. I na tym się ni­gdy nie koń­czyło. Kłamcy nie wolno było ode­brać tylko jed­nego życia.

Swo­jego wła­snego.

Po dzie­się­ciu ude­rze­niach serca jego Ostrze Odpry­sku wpa­dło w nad­sta­wioną dłoń. Wyda­wało się, że for­muje się z mgły, wzdłuż jego klingi skro­pliła się woda. Klinga była długa i wąska, o dwóch ostrzach, mniej­sza niż więk­szość pozo­sta­łych. Szeth zamach­nął się nią, pozo­sta­wia­jąc ślad na kamien­nej posadzce i prze­ci­na­jąc gar­dło dru­giego straż­nika.

Jak zawsze Ostrze zabi­jało w dzi­waczny spo­sób - choć bez trudu prze­ci­nało kamień, stal czy cokol­wiek nie­oży­wio­nego, metal zama­zy­wał się, kiedy doty­kał żywej skóry. Prze­szedł przez szyję straż­nika, nie pozo­sta­wia­jąc śladu, lecz kiedy to nastą­piło, oczy męż­czy­zny zaczęły dymić i się palić. Poczer­niały i skur­czyły się, a straż­nik padł mar­twy. Ostrze Odpry­sku nie prze­ci­nało żywego ciała, lecz samą duszę.

Na górze pierw­szy straż­nik sap­nął. Udało mu się pod­nieść, nawet jeśli nogami opie­rał się o sufit kory­ta­rza.

- Odpry­skowy! - krzyk­nął. - Odpry­skowy ata­kuje króla! Do broni!

W końcu, pomy­ślał Szeth. Straż­nicy nie roz­po­znali, kiedy sko­rzy­stał z Burzo­wego Świa­tła, ale umieli roz­po­znać Ostrze Odpry­sku.

Szeth pochy­lił się i pod­niósł włócz­nię, która spa­dła z góry. Jed­no­cze­śnie wypu­ścił powie­trze, które wstrzy­my­wał od chwili, kiedy zaczerp­nął Burzo­wego Świa­tła. Doda­wało mu sił, kiedy je trzy­mał, ale w tych dwóch lam­pach nie było go dużo i wkrótce musiał zaczerp­nąć wię­cej. Świa­tło zaczęło wypły­wać coraz szyb­ciej, gdy prze­stał wstrzy­my­wać oddech.

Shin oparł drzewce włóczni o kamienną posadzkę, po czym spoj­rzał w górę. Straż­nik pod skle­pie­niem prze­stał krzy­czeć i sze­rzej otwo­rzył oczy, kiedy poły jego koszuli zaczęły opa­dać, a zie­mia poni­żej odzy­ski­wać swoją wła­dzę. Smużki Świa­tła wypły­wa­jące z jego ciała skur­czyły się.

Spoj­rzał na Sze­tha. Wpa­trzył się w grot włóczni wyce­lo­wany pro­sto w jego serce. Fio­le­towe stra­cho­spreny stra­chu krą­żyły wokół niego po sufi­cie.

Świa­tło się wyczer­pało. Straż­nik spadł.

Wrza­snął w chwili, gdy włócz­nia prze­biła jego pierś. Szeth wypu­ścił broń z ręki, pozwo­lił, by się prze­wró­ciła, a drżące ciało na jej końcu ze stłu­mio­nym łomo­tem upa­dło na zie­mię. Trzy­ma­jąc w dłoni Ostrze Odpry­sku, skrę­cił w boczne przej­ście, zgod­nie ze wska­zów­kami mapy, któ­rej nauczył się na pamięć. Wysko­czył za róg i przy­lgnął do ściany w chwili, kiedy oddział straż­ni­ków dotarł do tru­pów. Przy­byli natych­miast zaczęli krzy­czeć.

Dostał wyraźne pole­ce­nia. Miał zabić króla, ale dać się przy tym zoba­czyć. Niech Ale­thyj­czycy wie­dzą, że nad­cho­dzi i co robi. Dla­czego? Dla­czego Par­shendi zgo­dzili się pod­pi­sać trak­tat, lecz jesz­cze tego samego wie­czoru wysłali skry­to­bójcę?

Na ścia­nach tego kory­ta­rza świe­ciły liczne klej­noty. Król Gavi­lar lubił olśnie­wać prze­py­chem, a nie mógł wie­dzieć, że pozo­sta­wia w ten spo­sób źró­dła mocy, którą Szeth mógł wyko­rzy­sty­wać w swo­ich Wią­za­niach. Tego, co robił Szeth, nie widziano od tysiąc­leci. Kro­niki histo­ryczne z tam­tych cza­sów wła­ści­wie nie ist­niały, a legendy znacz­nie wypa­czały prawdę.

Szeth wyj­rzał znów na kory­tarz. Jeden ze straż­ni­ków na skrzy­żo­wa­niu zoba­czył go, wska­zał pal­cem i zaczął wrzesz­czeć. Szeth upew­nił się, że wszy­scy mogli mu się przyj­rzeć, po czym znów się cof­nął. Rusza­jąc bie­giem, ode­tchnął głę­boko, wcią­ga­jąc Burzowe Świa­tło z lamp. Wypeł­niło jego ciało, przy­śpie­szył, mię­śnie wręcz spu­chły od ener­gii. Świa­tło stało się burzą w jego wnę­trzu, krew grzmiała mu w uszach. To było jed­no­cze­śnie strasz­liwe i cudowne.

Prze­biegł kolej­nymi dwoma kory­ta­rzami, skrę­cił w bok. Otwo­rzył drzwi do maga­zynu, po czym się zawa­hał - wystar­cza­jąco długo, by jeden ze straż­ni­ków wybiegł zza rogu, zoba­czył go - i wpadł do środka. Przy­go­to­wu­jąc Pełne Wią­za­nie, uniósł rękę i roz­ka­zał Burzo­wemu Świa­tłu, by zebrało się w tym miej­scu, aż jego skóra zapło­nęła bla­skiem. Wycią­gnął dłoń w stronę futryny, pokry­wa­jąc ją świa­tło­ścią jak farbą. Zatrza­snął drzwi w chwili, kiedy straż­nicy się do nich zbli­żyli.

Burzowe Świa­tło trzy­mało drzwi w futry­nie z mocą setki rąk. Pełne Wią­za­nie łączyło ze sobą przed­mioty, trzy­ma­jąc je razem do chwili, gdy wyczer­pało się świa­tło. Stwo­rze­nie go wyma­gało wię­cej czasu niż Pod­sta­wowe Wią­za­nie, do tego szyb­ciej zuży­wało Burzowe Świa­tło. Klamka się zatrzę­sła, a póź­niej drewno zaczęło pękać, kiedy straż­nicy oparli się o nie całym swoim cię­ża­rem. Jeden wołał, żeby ktoś przy­niósł topór.

Szeth szyb­kim kro­kiem prze­szedł przez pomiesz­cze­nie, omi­ja­jąc okryte płach­tami meble, które w nim prze­cho­wy­wano. Były z dro­giego, lakie­ro­wa­nego drewna, tapi­ce­ro­wane czer­woną tka­niną. Dotarł do prze­ciw­le­głej ściany, po czym - przy­go­to­wu­jąc się na kolejne świę­to­kradz­two - uniósł Ostrze i ciął poziomo ciemny kamień. Klinga weszła w niego bez trudu - Ostrze Odpry­sku mogło prze­ciąć każdy przed­miot nie­oży­wiony. Póź­niej dwa pio­nowe cię­cia i kolejne poni­żej - w ten spo­sób wyciął spory kwa­dra­towy blok. Przy­ci­snął do niego dłoń i napeł­nił kamień Burzo­wym Świa­tłem.

Drzwi za jego ple­cami zaczęły pękać.

Obej­rzał się przez ramię i sku­pił na drżą­cym drew­nie, Wią­żąc z nim kamień. Jego ubra­nie pokrył szron - Wią­za­nie cze­goś tak wiel­kiego wyma­gało mnó­stwa Świa­tła. Chaos w jego wnę­trzu ucichł, jak burza, która prze­szła w mżawkę.

Zro­bił krok w bok.

Kamienny blok zadrżał i zaczął się wsu­wać do kom­naty. W nor­mal­nych warun­kach poru­sze­nie go byłoby nie­moż­liwe, jego wła­sny cię­żar przy­ci­skałby go do kamieni poni­żej. Teraz jed­nak ten sam cię­żar go uwol­nił - dla kamien­nego bloku "w dół" pro­wa­dziło w stronę drzwi. Z gło­śnym zgrzy­tem kamień uwol­nił się ze ściany i pole­ciał przez kom­natę, odbi­ja­jąc się od mebli.

Żoł­nie­rze w końcu prze­bili się przez drzwi i wpa­dli do środka w chwili, kiedy ude­rzył w nie potężny kamienny blok.

Szeth odwró­cił się ple­cami do strasz­li­wych krzy­ków, trza­sku drewna i pęka­ją­cych kości. Pochy­lił się i prze­do­stał się przez nowy otwór, wycho­dząc na kory­tarz.

Sta­wiał kroki powoli, wysy­sa­jąc Burzowe Świa­tło z mija­nych lamp, wcią­ga­jąc je w sie­bie, ponow­nie budząc burzę we wnę­trzu. W miarę jak lampy przy­ga­sały, na kory­ta­rzu robiło się coraz ciem­niej. Na końcu znaj­do­wały się grube drew­niane drzwi, a kiedy się do nich zbli­żał, nie­duże stra­cho­spreny - przy­po­mi­na­jące kro­ple fio­le­to­wej mazi - zaczęły odry­wać się od ścian i kie­ro­wać w stronę wej­ścia. Przy­cią­gała je groza, jaką odczu­wał ten, kto znaj­do­wał się po dru­giej stro­nie.

Szeth otwo­rzył drzwi i zna­lazł się na kory­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do kom­nat króla. Po obu jego stro­nach stały wyso­kie wazy z czer­wo­nej por­ce­lany, a pomię­dzy nimi ner­wowi żoł­nie­rze. Pośrodku kory­ta­rza leżał długi, wąski dywan. Czer­wony, jak rzeka krwi.

Znaj­du­jący się naj­bli­żej włócz­nicy nie cze­kali na niego. Zerwali się i unie­śli swoje krót­kie włócz­nie do rzutu. Szeth ude­rzył dło­nią w bok, wpy­cha­jąc Burzowe Świa­tło w futrynę, wyko­rzy­stu­jąc przy tym trze­cie i ostat­nie z Wią­zań, Odwró­cone Wią­za­nie, które dzia­łało na innej zasa­dzie niż pozo­stałe. Nie spra­wiło, że futryna ema­no­wała Burzo­wym Świa­tłem - w rze­czy samej, zda­wało się, że wciąga w sie­bie blask, przez co ota­czał je dziwny pół­cień.

Włócz­nicy rzu­cili swoją broń, a Szeth stał nie­ru­chomo, trzy­ma­jąc dłoń na futry­nie. Odwró­cone Wią­za­nie wyma­gało cią­głego dotyku, ale pochła­niało sto­sun­kowo nie­wiele Burzo­wego Świa­tła. W jego trak­cie wszystko, co się do niego zbli­żało, szcze­gól­nie lżej­sze przed­mioty, było przy­cią­gane w stronę samego Wią­za­nia.

Włócz­nie skrę­ciły w powie­trzu, omi­nęły go i wbiły się w futrynę. Kiedy Szeth poczuł ich ude­rze­nie, wysko­czył w powie­trze i Przy­wią­zał się do ściany po pra­wej, a jego stopy ude­rzyły o kamień.

Per­spek­tywa natych­miast się zmie­niła. To nie on stał na ścia­nie, a żoł­nie­rze, czer­wony dywan zaś wił się mię­dzy nimi jak długi gobe­lin. Szeth ruszył kory­ta­rzem i zadał cios Ostrzem Odpry­sku, prze­ci­na­jąc szyje dwóch męż­czyzn, któ­rzy rzu­cili w niego włócz­niami. Ich oczy zapło­nęły i męż­czyźni się prze­wró­cili.

Inni straż­nicy w kory­ta­rzu wpa­dli w panikę. Jedni pró­bo­wali go zaata­ko­wać, dru­dzy wołali o wspar­cie, jesz­cze inni się kulili. Ci, któ­rzy pró­bo­wali go zaata­ko­wać, mieli pro­blem, nie wie­dzieli, jak ude­rzyć kogoś, kto wisi na ścia­nie. Szeth powa­lił kilku, po czym wysko­czył w powie­trze, zro­bił salto i znów Przy­wią­zał się do pod­łogi.

Ude­rzył w zie­mię mię­dzy straż­ni­kami. Cał­ko­wi­cie oto­czony, ale z Ostrzem Odpry­sku w dłoni.

Wedle legendy, Ostrza Odpry­sku przed wielu laty nale­żały do Świe­tli­stych Ryce­rzy. Były darem od ich boga, dzięki któ­remu mogli wal­czyć z potwo­rami ze skał i pło­mie­nia, wyso­kimi na dzie­siątki stóp, z oczyma pło­ną­cymi nie­na­wi­ścią. Pust­kow­cami. Kiedy wróg miał skórę twardą jak skała, zwy­kła stal oka­zy­wała się bez­u­ży­teczna. Nie­zbędne było coś nad­na­tu­ral­nego.

Szeth wypro­sto­wał się, jego luźne białe szaty zało­po­tały. Zaci­snął zęby. Ude­rzył, jego klinga błysz­czała odbi­tym bla­skiem pochodni. Ele­ganc­kie, sze­ro­kie cię­cia. Trzy - jedno po dru­gim. Nie mógł zamknąć uszu na krzyki, które po nich nastą­piły, ani unik­nąć widoku powa­lo­nych męż­czyzn. Padali jak zabawki prze­wró­cone nie­ostroż­nym kop­nię­ciem dziecka. Jeśli Ostrze dotknęło ludz­kiego krę­go­słupa, taki czło­wiek umie­rał, a jego oczy się paliły. Jeśli prze­ci­nało koń­czynę, ta koń­czyna umie­rała. Jeden żoł­nierz odto­czył się od Sze­tha z nie­mal odciętą ręką. Już ni­gdy jej nie poczuje ani nie użyje.

Szeth opu­ścił Ostrze, sto­jąc wśród tru­pów ze spa­lo­nymi oczami. Tutaj, w Ale­th­ka­rze, ludzie czę­sto powta­rzali legendy - o z tru­dem wywal­czo­nym zwy­cię­stwie ludz­ko­ści nad Pust­kow­cami. Jed­nakże, kiedy broń stwo­rzona do zabi­ja­nia kosz­ma­rów została zwró­cona prze­ciwko zwy­kłym żoł­nie­rzom, ludz­kie życie stało się zaiste tanim towa­rem.

Shin odwró­cił się i ruszył dalej, jego pan­to­fle doty­kały mięk­kiego czer­wo­nego dywanu. Ostrze Odpry­sku jak zawsze błysz­czało sre­brzy­ście. Kiedy zabi­jało, nie było krwi. To wyda­wało się zna­kiem. Ostrze było jedy­nie narzę­dziem, któ­rego nie można obcią­żyć winą za mor­der­stwa.

Drzwi na końcu kory­ta­rza się otwo­rzyły. Szeth zamarł, kiedy ze środka wypa­dła nie­wielka grupka żoł­nie­rzy, pro­wa­dząc męż­czy­znę w kró­lew­skim stroju, który pochy­lił głowę, jakby chciał unik­nąć strzał. Żoł­nie­rze mieli sza­fi­rowe szaty, w kolo­rze Gwar­dii Kró­lew­skiej, a na widok tru­pów nawet się nie zawa­hali. Wie­dzieli, czego może doko­nać Odpry­skowy. Otwo­rzyli boczne drzwi i wpro­wa­dzili do środka swo­jego pod­opiecz­nego, a kilku unio­sło włócz­nie w stronę Sze­tha.

Z kró­lew­skich kom­nat wyło­niła się inna postać - miała na sobie błysz­czący błę­kitny pan­cerz skła­da­jący się ze sta­ran­nie połą­czo­nych płyt. Jed­nak w prze­ci­wień­stwie do zwy­czaj­nej zbroi, w prze­strzeni mię­dzy pły­tami nie było widać skóry ani kol­czugi - jedy­nie mniej­sze meta­lowe płytki, ide­al­nie do sie­bie dopa­so­wane. Pan­cerz był piękny, każdą płytkę ota­czała złota obwódka, hełm zaś zdo­biły trzy rzędy skrzy­deł przy­po­mi­na­ją­cych rogi.

Pan­cerz Odpry­sku, zwy­cza­jowe dopeł­nie­nie Ostrza Odpry­sku. Męż­czy­zna miał rów­nież miecz, ogromne Ostrze dłu­gie na sześć stóp, któ­rego klingę zdo­bił wzór przy­po­mi­na­jący pło­mie­nie. Sre­brzy­sty metal błysz­czał, wręcz ema­no­wał świa­tłem. Broń stwo­rzona, by zabi­jać mrocz­nych bogów, więk­szy odpo­wied­nik mie­cza, który nosił Szeth.

Szeth się zawa­hał. Nie roz­po­zna­wał pan­ce­rza - nie ostrze­żono go, że może się tego spo­dzie­wać, i nie miał czasu zapa­mię­tać róż­nych Pan­ce­rzy i Ostrzy nale­żą­cych do Ale­thyj­czy­ków. Ale nim ruszy za kró­lem, musiał się zająć Odpry­sko­wym - nie mógł pozo­sta­wić takiego prze­ciw­nika za ple­cami.

Poza tym, być może tam­ten mógłby go poko­nać, zabić i zakoń­czyć to żało­sne życie. Wią­za­nia nie wpły­wały na kogoś w Pan­ce­rzu, a zbroja doda­wała sił, wspo­ma­gała go. Honor Sze­tha nie pozwa­lał mu porzu­cić misji ani szu­kać śmierci. Ale gdyby tak się jed­nak wyda­rzyło, przy­jąłby ją z rado­ścią.

Odpry­skowy zaata­ko­wał, a wtedy Szeth Przy­wią­zał się do boku kory­ta­rza, wysko­czył w powie­trze i wylą­do­wał na ścia­nie. Cof­nął się, uno­sząc Ostrze. Prze­ciw­nik usta­wił się w goto­wo­ści, przyj­mu­jąc jedną z postaw szer­mier­czych, jakie ceniono na wscho­dzie. Poru­szał się o wiele zwin­niej, niż można by się spo­dzie­wać po kimś w tak masyw­nej zbroi. Jed­nakże Pan­cerz Odpry­sku był wyjąt­kowy, rów­nie sta­ro­dawny i magiczny jak Ostrza, które dopeł­niał. Szeth nie miał Pan­cerza i wcale go nie potrze­bo­wał. Jego Wią­za­nia miały nega­tywny wpływ na klej­noty, które dawały moc Pan­cerzowi Odpry­sku, dla­tego musiał wybrać.

Odpry­skowy ude­rzył. Szeth odsko­czył w bok i Przy­wią­zał się do sufitu, kiedy Ostrze prze­ciw­nika prze­cięło ścianę. Czu­jąc dresz­czyk poje­dynku, Shin rzu­cił się naprzód i zaata­ko­wał z góry cio­sem zza głowy, pró­bu­jąc tra­fić w hełm prze­ciw­nika. Męż­czy­zna uchy­lił się i opadł na kolano, a Ostrze Sze­tha prze­cięło powie­trze.

Szeth odsko­czył do tyłu, kiedy Odpry­skowy zamach­nął się swoim Ostrzem, prze­ci­na­jąc sufit. Kiedy prze­ciw­nik się odwró­cił, Szeth pobiegł po sufi­cie. Jak się spo­dzie­wał, tam­ten znów się zamach­nął, a wtedy Szeth odsko­czył w bok i prze­to­czył się. Wypro­sto­wał się, zro­bił salto i znów Przy­wią­zał się do ziemi za ple­cami Odpry­sko­wego. Wbił Ostrze w odsło­nięty bok prze­ciw­nika.

Nie­stety, Pan­cerz miał jedną nie­za­prze­czalną zaletę - mógł powstrzy­mać cios Ostrza Odpry­sku. Broń Sze­tha ude­rzyła w cel, a wtedy na naplecz­niku poja­wiła się sia­teczka drob­nych pęk­nięć, przez które zaczęło wypły­wać Burzowe Świa­tło. Na Pan­cerzu Odpry­sku nie poja­wiały się wgnie­ce­nia jak na zwy­kłym metalu. Szeth wie­dział, że aby go prze­bić, musiałby tra­fić Odpry­sko­wego w to samo miej­sce przy­naj­mniej jesz­cze raz.

Szeth cof­nął się, kiedy prze­ciw­nik zamach­nął się w gnie­wie, pró­bu­jąc prze­ciąć jego kolana. Sza­le­jąca w nim burza dawała mu sporą prze­wagę - mię­dzy innymi zdol­ność szyb­kiego lecze­nia drob­nych ran. Ale w wypadku koń­czyn zabi­tych przez Ostrze Odpry­sku nic by to nie dało.

Okrą­żył prze­ciw­nika, po czym wybrał odpo­wied­nią chwilę i rzu­cił się naprzód. Męż­czy­zna znów się zamach­nął, ale Szeth na chwilę Przy­wią­zał się do sufitu, żeby się pod­nieść. Wystrze­lił w powie­trze, prze­la­tu­jąc nad unie­sioną bro­nią prze­ciw­nika, po czym znów Przy­wią­zał się do pod­łogi. W chwili gdy dotknął ziemi, znów ude­rzył, lecz tam­ten szybko odzy­skał rów­no­wagę i zadał kolejny, nie­mal dosko­nały cios, o włos mija­jąc Sze­tha.

Ten męż­czy­zna nie­bez­piecz­nie dobrze radził sobie z Ostrzem. Wielu z Odpry­sko­wych zbyt­nio pole­gało na mocy swo­jej broni i pan­ce­rza. Ten był inny.

Szeth sko­czył na ścianę i zaczął szybko, gwał­tow­nie ata­ko­wać prze­ciw­nika, jak węgorz. Tam­ten powstrzy­my­wał go sze­ro­kimi ripo­stami. Dłu­gość jego ostrza spra­wiała, że Szeth nie mógł się prze­bić.

To trwa zbyt długo, pomy­ślał. Gdyby kró­lowi udało się wymknąć do kry­jówki, Szeth nie wypeł­niłby swo­jej misji, nie­za­leż­nie od tego, ilu ludzi by zabił. Pochy­lił się, by zadać kolejny cios, ale prze­ciw­nik zmu­sił go do cof­nię­cia się. Każda sekunda tej walki dawała kró­lowi szansę na ucieczkę.

Nad­szedł czas na zuchwa­łość. Szeth rzu­cił się w powie­trze, Przy­wią­zał do dru­giego końca kory­ta­rza i pole­ciał sto­pami w stronę prze­ciw­nika. Tam­ten bez waha­nia uniósł ostrze do ciosu, lecz Szeth Przy­wią­zał się pod kątem i natych­miast spadł. Ostrze świ­snęło w powie­trzu nad jego głową.

Wylą­do­wał przy­kuc­nięty i wyko­rzy­stał swój pęd, by rzu­cić się naprzód. Znów ude­rzył Ostrzem w bok prze­ciw­nika, w miej­sce, gdzie Pan­cerz popę­kał. Zadał potężny cios. Ten kawa­łek Pan­cerza roz­padł się, kawałki sto­pio­nego metalu spły­nęły na zie­mię. Prze­ciw­nik sap­nął, opadł na kolano i uniósł rękę do boku. Szeth rów­nież uniósł nogę do boku męż­czy­zny i pchnął go w tył mocą Burzo­wego Świa­tła.

Cięż­kie ciało Odpry­sko­wego ude­rzyło w drzwi kom­nat króla, prze­biło je i czę­ściowo wpa­dło do środka. Szeth zosta­wił go i otwo­rzył drzwi po pra­wej, rusza­jąc za kró­lem. W tym kory­ta­rzu rów­nież leżał czer­wony dywan, a pełne Burzo­wego Świa­tła lampy pomo­gły mu odzy­skać moc.

Kiedy znów zapło­nęła w nim ener­gia, przy­śpie­szył kroku. Gdyby zyskał odpo­wied­nią prze­wagę, mógłby zająć się kró­lem, a póź­niej wró­cić i skoń­czyć walkę z Odpry­sko­wym. Nie zapo­wia­dało się łatwo. Pełne Wią­za­nie na drzwiach nie powstrzy­ma­łoby tam­tego, a Pan­cerz pozwa­lał męż­czyź­nie biec nad­na­tu­ral­nie szybko. Szeth obej­rzał się przez ramię.

Tam­ten nie ruszył za nim. Męż­czy­zna sie­dział w zbroi i wyda­wał się oszo­ło­miony. Szeth led­wie go widział, sie­dzą­cego w drzwiach, oto­czo­nego popę­ka­nym drew­nem. Może zra­nił go bar­dziej, niż mu się wyda­wało?

A może...

Szeth znie­ru­cho­miał. Pomy­ślał o pochy­lo­nej gło­wie męż­czy­zny, któ­rego wypro­wa­dzano na zewnątrz, jego zasło­nię­tej twa­rzy. Odpry­skowy na­dal za nim nie ruszył. Był tak dobrym wojow­ni­kiem. Powia­dano, że nie­wielu mogło dorów­nać szer­mier­czym umie­jęt­no­ściom Gavi­lara Kho­lina. Czy to moż­liwe?

Szeth odwró­cił się i ruszył z powro­tem, ufa­jąc swo­jemu instynk­towi. Na jego widok Odpry­skowy pod­niósł się skwa­pli­wie. Szeth jesz­cze przy­śpie­szył. Jakie było naj­bez­piecz­niej­sze miej­sce dla króla? W oto­cze­niu straż­ni­ków, pod­czas ucieczki? Czy w Pan­ce­rzu Odpry­sku, na tyłach, zlek­ce­wa­żo­nego jako oso­bi­stego straż­nika władcy?

Sprytne, pomy­ślał Szeth, gdy jesz­cze nie­dawno nie­mrawy prze­ciw­nik przy­jął postawę szer­mier­czą. Shin zaata­ko­wał z nową mocą, zasy­pu­jąc prze­ciw­nika - króla - gra­dem ude­rzeń. Tam­ten odpo­wia­dał agre­syw­nie sze­ro­kimi cio­sami. Szeth cof­nął się przed jed­nym z nich, czu­jąc podmuch powie­trza tuż przy twa­rzy. Nim wyko­nał kolejny ruch, odcze­kał i prze­biegł pod następ­nym cio­sem władcy.

Król, spo­dzie­wa­jąc się kolej­nego ude­rze­nia w bok, obró­cił się z ręką przy­ci­śniętą do otworu w Pan­ce­rzu. To pozwo­liło Sze­thowi prze­biec obok niego i wpaść do kom­nat.

Władca obró­cił się, by za nim podą­żyć, lecz Szeth biegł z wycią­gniętą ręką przez urzą­dzoną z prze­py­chem kom­natę, doty­ka­jąc mija­nych mebli. Napeł­niał je Burzo­wym Świa­tłem i Przy­wią­zy­wał do punktu za kró­lem. Meble prze­ta­czały się, jakby ktoś prze­chy­lił kom­natę, sofy, krze­sła i stoły spa­dały w stronę zasko­czo­nego władcy. Gavi­lar spró­bo­wał ciąć je swoim Ostrzem Odpry­sku. Broń bez trudu prze­cięła dużą sofę, ale jej kawałki i tak spa­dły na króla, wytrą­ca­jąc go z rów­no­wagi. Póź­niej tra­fił w niego pod­nó­żek, prze­wra­ca­jąc go na zie­mię.

Gavi­lar odto­czył się na bok, uni­ka­jąc kolej­nych mebli, i rzu­cił się naprzód; z uszko­dzo­nych czę­ści Pan­ce­rza wypły­wało Świa­tło. Szeth sku­pił się, wysko­czył w powie­trze, po czym Przy­wią­zał do tyłu i w prawo. Usko­czył przed cio­sem króla, po czym Przy­wią­zał się do przodu dwoma Pod­sta­wo­wymi Wią­za­niami z rzędu. Jego ubra­nie zamar­zło, kiedy leciał w stronę króla z pręd­ko­ścią dwa razy więk­szą niż przy nor­mal­nym upadku.

Król cof­nął się, pró­bu­jąc sta­nąć tak, by zadać Sze­thowi cios z dołu. Hełm męż­czy­zny był popę­kany i ema­no­wał Burzo­wym Świa­tłem. Władca przy­jął postawę obronną, chro­niąc bok z pęk­niętą płytą. Zadał cios jedną ręką, kie­ru­jąc ostrze w stronę sufitu. Szeth natych­miast Przy­wią­zał się w dół, oce­nia­jąc, że król nie opu­ści wystar­cza­jąco szybko mie­cza.

Szeth nie doce­nił swo­jego prze­ciw­nika. Król zro­bił krok naprzód, wysta­wia­jąc się na cios i uda­jąc, że przyj­mie go na hełm. W chwili gdy Szeth po raz drugi tra­fił weń i go znisz­czył, Gavi­lar ude­rzył pię­ścią, wbi­ja­jąc ręka­wicę w twarz Shina.

W oczach Sze­tha poja­wił się jaskrawy błysk, odpo­wia­da­jący nagłemu cier­pie­niu wypeł­nia­ją­cemu jego twarz. Zro­biło mu się ciemno przed oczami.

Ból. Tyle bólu!

Wrza­snął, a wtedy Burzowe Świa­tło opu­ściło go gwał­tow­nie, i ude­rzył ple­cami w coś twar­dego. Drzwi bal­konu. Kolejny ból w ramio­nach, jakby ktoś prze­bił go setką szty­le­tów. Ude­rzył w zie­mię i zatrzy­mał się, jego mię­śnie drżały. Ten cios zabiłby zwy­kłego czło­wieka.

Nie ma czasu na ból. Nie ma czasu na ból. Nie ma czasu na ból!

Zamru­gał i potrzą­snął głową. Świat był nie­wy­raźny i ciemny. Oślepł? Nie, na zewnątrz pano­wała ciem­ność. Znaj­do­wał się na drew­nia­nym bal­ko­nie, siła ude­rze­nia wyrzu­ciła go przez drzwi. Usły­szał łoskot. Cięż­kie kroki. Odpry­skowy!

Szeth pod­niósł się z tru­dem. Miał zawroty głowy. Krew pły­nęła po policzku, a z jego skóry uno­siło się Burzowe Świa­tło, przez co oślepł na lewe oko. Świa­tło. Wyle­czy­łoby go, gdyby mogło. Wyda­wało mu się, że szczęka wypa­dła mu z zawia­sów. Zła­mana? Upu­ścił Ostrze Odpry­sku.

Przed nim poja­wił się nie­zgrabny cień - z pan­ce­rza władcy wycie­kło tyle Świa­tła, że król miał pro­blem z cho­dze­niem. Ale zbli­żał się.

Szeth krzyk­nął, ukląkł i napeł­nił Burzo­wym Świa­tłem drew­niany bal­kon, Przy­wią­zu­jąc go w dół. Powie­trze wokół niego wypeł­nił szron. Burza zagrzmiała, wypły­wa­jąc z jego ramion w drewno. Przy­wią­zał je do dołu, póź­niej jesz­cze raz. Powtó­rzył to po raz czwarty w chwili, kiedy Gavi­lar wyszedł na bal­kon. Ten zako­ły­sał się pod dodat­ko­wym cię­ża­rem. Drewno zatrzesz­czało.

Król się zawa­hał.

Szeth Przy­wią­zał bal­kon do dołu po raz piąty. Pod­pory popę­kały i cała kon­struk­cja ode­rwała się od budynku. Shin krzyk­nął i wyko­rzy­stał ostat­nią odro­binę Burzo­wego Świa­tła, by Przy­wią­zać się do boku budynku. Pole­ciał w bok, mija­jąc wstrzą­śnię­tego władcę, po czym ude­rzył w ścianę i się prze­to­czył.

Bal­kon spa­dał, a król z zasko­cze­niem uniósł wzrok, kiedy stra­cił grunt pod sto­pami. Upa­dek nie trwał długo. W bla­sku księ­życa Szeth przy­glą­dał się uważ­nie - wciąż nie widział zbyt wyraź­nie i był ślepy na jedno oko - jak kon­struk­cja ude­rza w kamień poni­żej. Ściana pałacu zadrżała, a trzask pęka­ją­cego drewna odbił się echem od pobli­skich budyn­ków.

Wciąż leżąc na murze, Szeth jęk­nął i wstał. Czuł się słabo - zbyt szybko zużył Burzowe Świa­tło, prze­cią­ża­jąc ciało. Zato­czył się w dół po boku budynku, zbli­ża­jąc się do ruiny bal­konu. Led­wie trzy­mał się na nogach.

Król z tru­dem łapał oddech. Pan­cerz Odpry­sku uchro­niłby czło­wieka przed skut­kami takiego upadku, ale długi kawa­łek zakrwa­wio­nego drewna wbił się w bok Gavi­lara w miej­scu, gdzie Szeth wcze­śniej prze­bił Pan­cerz. Szeth ukląkł, wpa­tru­jąc się w pełną cier­pie­nia twarz męż­czy­zny. Mocne rysy, kwa­dra­towa broda, szpa­ko­waty zarost, ude­rza­jąco jasno­zie­lone oczy. Gavi­lar Kho­lin.

- Spo­dzie­wa­łem... się... cie­bie - powie­dział król mię­dzy jękami.

Szeth się­gnął pod napier­śnik męż­czy­zny i dotknął pasków. Roz­wią­zały się, a wtedy zdjął napier­śnik, obna­ża­jąc klej­noty po jego wewnętrz­nej stro­nie. Dwa były pęk­nięte i wyczer­pane. Trzy wciąż świe­ciły. Szeth ode­tchnął głę­boko, przyj­mu­jąc Świa­tło.

Burza znów zaczęła sza­leć. Wię­cej Świa­tła oto­czyło bok jego twa­rzy, lecząc uszko­dzoną skórę i kości. Wciąż odczu­wał ostry ból - Burzowe Świa­tło by­naj­mniej nie leczyło bły­ska­wicz­nie. Minie wiele bole­snych minut, nim powróci do pełni zdro­wia.

Król zakasz­lał.

- Możesz powie­dzieć... Tha­ida­ka­rowi... że jest za późno...

- Nie wiem, kto to - odparł Szeth, wsta­jąc. Zła­mana szczęka spra­wiała, że mówił nie­wy­raź­nie. Wycią­gnął rękę w bok, przy­zy­wa­jąc Ostrze Odpry­sku.

Król zmarsz­czył czoło.

- To kto...? Resta­res? Sadeas? Ni­gdy nie sądzi­łem...

- Moimi panami są Par­shendi - powie­dział Szeth. Minęło dzie­sięć ude­rzeń serca i Ostrze zna­la­zło się w jego dłoni, wil­gotne od rosy.

- Par­shendi? To nie ma sensu. - Gavi­lar zakasz­lał, drżącą dło­nią się­gnął do piersi i zaczął cze­goś szu­kać w kie­szeni. Wycią­gnął nie­wielką krysz­ta­łową kulę na łań­cuszku. - Musisz to zabrać. Oni nie mogą tego dostać. - Wyda­wał się oszo­ło­miony. - Powiedz... mojemu bratu... musi odna­leźć naj­waż­niej­sze słowa, jakie może wypo­wie­dzieć czło­wiek...

Gavi­lar znie­ru­cho­miał.

Szeth zawa­hał się, po czym ukląkł i wziął kulę. Była dziwna, nie przy­po­mi­nała niczego, co widział wcze­śniej. Choć była zupeł­nie ciemna, zda­wało się, że mimo to świeci. Ema­nuje czar­nym bla­skiem.

"Par­shendi?", powie­dział Gavi­lar. "To nie ma sensu".

- Nic już nie ma sensu - wyszep­tał Szeth, cho­wa­jąc dziwną kulę. - Wszystko się roz­pada. Przy­kro mi, królu Ale­thyj­czy­ków. Wąt­pię, by cię to obcho­dziło. A już szcze­gól­nie teraz. - Wypro­sto­wał się. - Przy­naj­mniej nie będziesz musiał patrzeć wraz z wszyst­kimi innymi, jak koń­czy się świat.

Obok kró­lew­skiego ciała z mgły zma­te­ria­li­zo­wało się jego Ostrze Odpry­sku i z trza­skiem spa­dło na kamie­nie. Było warte for­tunę - całe kró­le­stwa padały, kiedy ludzie wal­czyli o pano­wa­nie nad jed­nym Ostrzem.

W pałacu roz­le­gły się okrzyki. Szeth musiał odejść. Ale...

"Powiedz mojemu bratu...".

Dla ludu Sze­tha prośba umie­ra­ją­cego była święta. Ujął rękę króla, zanu­rzył ją w jego wła­snej krwi i wyko­rzy­stał, by naskro­bać na drew­nie: "Bra­cie. Musisz odna­leźć naj­waż­niej­sze słowa, jakie może wypo­wie­dzieć czło­wiek".

Póź­niej Szeth umknął w noc. Pozo­sta­wił Ostrze Odpry­sku nale­żące do króla. Wie­dział, że na nic mu się nie przyda. Jego wła­sne Ostrze było wystar­cza­jącą klą­twą.