PROLOG
Dawno temu Matka Przełożona powiedziała mi, że do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Do twardego łóżka, zimnej herbaty, do czyjejś nieobecności... nawet do strachu.
Nie miała racji.
Do strachu nie można się przyzwyczaić. Człowiek może jedynie nauczyć się chować po kątach, oddychać ciszej, stawiać kroki ostrożniej.
Mówią, że czym mniej posiadasz, tym z drobniejszych rzeczy potrafisz się cieszyć. A kiedy nie masz nic, cieszą cię nawet marzenia.
Kiedy byłam mała, wyobrażałam sobie siebie w roli księżniczki mieszkającej na zamku.
Bo gdzie zamek tam i książę...
Trzeba uważać, czego sobie życzymy, bo los bywa przekorny.
*
Światła drogich lamp raziły mnie w oczy. W sali było głośno i duszno. Wiktor zaprosił mnóstwo ludzi; polityków, celebrytów, których na co dzień znałam jedynie ekranu telewizora. Zapach drogich perfum i dymu papierosowego wdzierającego się do wnętrza z tarasu sprawiał, że ledwo łapałam oddech. Suknia, w której wyglądałam tak, jakbym pozowała na okładkę magazynu, nieludzko opinająca się wokół mojego ciała, również mi tego nie ułatwiała. Musiałam wyglądać jak idealna kobieta u boku cudownego mężczyzny.
Czułam coraz większą suchość w ustach i kiedy kelner podszedł do mnie z tacą pełną szampana, z ulgą wyciągnęłam w jego kierunku rękę, marząc o łyku czegoś chłodnego. Wiktor był szybszy.
- Moja żona nie powinna pić alkoholu - powiedział dumne. - Staramy się o dziecko.
Goście zaczęli klaskać i prześcigać się w zachwytach:
- Nareszcie! Brawo! Cudownie!
Cudownie? - krzyczałam w myślach. Oni nie wiedzieli, co to dla mnie oznacza.
Kelner podał mi kieliszek z sokiem, a ja uniosłam go do ust, czując na sobie wzrok wszystkich obecnych. Nie było w nim serdeczności, była zawiść. Widzieli kochającego męża i żonę szczęściarę, a teraz usłyszeli jeszcze plan na powiększenie rodziny. Życie godne pozazdroszczenia.
Na sali pociemniało i pojawił się tort. Oczywiście musiał być najlepszy, jak wszystko, na co Wiktor wydawał pieniądze. Był wysoki na trzy poziomy, zdobiony płatkami złota i delikatnymi, białymi różami, a na nim dwadzieścia pięć płonących świeczek. Goście ponownie zaczęli klaskać, a ktoś krzyknął:
- Sto lat!
- Oby nie - mruknęłam półgłosem, siląc się na uśmiech, za którym skrywała się żółć i gorycz. Ledwo to powiedziałam, a Wiktor wbił palce tak mocno w moje biodro, że aż pociemniało mi w oczach. Jęknęłam cicho, a on w odpowiedzi zacisnął palce jeszcze mocniej.
Popatrzył na mnie tym swoim spojrzeniem, które wszyscy brali za pełne miłości. Ja wiedziałam, co naprawdę oznacza. "Zamknij się, graj swoją rolę, od tego jesteś".
Chór gości w akompaniamencie pianina śpiewał: "Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!"
Stałam przed tortem, starając się, by mój uśmiech wyglądał tak, jakby to naprawdę był najszczęśliwszy dzień mojego życia. A w głowie miałam tylko jedną myśl: jeśli miałabym spędzić sto lat, żyjąc w ten sposób, wolałabym umrzeć dzisiaj, tu i teraz.
Zdmuchnęłam świeczki, życząc sobie, żeby to wszystko wreszcie się skończyło.
Rozdział 1
- SUKIENKA OD DIORA
Muzyka ucichła, światła zgasły, a goście wrócili do swoich domów. Jedni upojeni alkoholem, drudzy zadowoleni po ubiciu interesu życia, jeszcze inni ze ściśniętym od zazdrości gardłem.
Stałam przed lustrem, odpinając powoli zamek sukni. Materiał ześlizgnął się z moich ramion i opadł ciężko na podłogę. Zamknęłam oczy. Nie lubiłam patrzeć w lustro, bałam się tego, co widziałam. Wzięłam głęboki oddech i powoli otwarłam oczy. Na biodrze rozlewał się już ciemny, świeży krwiak. Dokładnie w tym miejscu, gdzie zacisnął swoje palce. Na brzuchu kolejne - żółknące już siniaki. Na udzie wyraźny ślad dłoni. Dior zakrywał wszystko. Dior sprawiał, że wyglądałam jak milion dolarów. Dior był kotarą, za którą Wiktor ukrywał to, co robił mi, kiedy muzyka cichła.
Na imprezę urodzinową miałam włożyć inną sukienkę. Dwa dni wcześniej przymierzałam taką w kolorze szampana, z odkrytymi plecami. Jednak wydarzył się "incydent" - tak to później nazwał. Popchnął mnie na drzwi sypialni, nie myśląc, że futryna zostawi na moich plecach siniaka wielkości pięści.
Zauważył go następnego dnia i wściekł się na mnie.
- W tej sukience nie możesz wyjść - powiedział z obrzydzeniem. - Plecy masz do niczego.
Zupełnie jakby to była moja wina.
Zamówił kieckę od Diora. Zapłacił za nią fortunę, a kiedy mnie w niej zobaczył, uśmiechnął się szeroko zadowolony z siebie.
- Nie masz co narzekać - oznajmił. - Gdyby nie ten siniak, nie wyglądałabyś tak zjawiskowo.
Zamiast przeprosin dał mi nową suknię, a zamiast skruchy - wątpliwy komplement. W jego świecie wszystko miało swoje uzasadnienie, nawet przemoc. A ja... nauczyłam się przyjmować wszystko, czym zechciał mnie obdarować, niezależnie od tego, czy był to kolejny siniak, czy sukienka mająca go zakryć. Słowo "obdarować" to w tym przypadku spore nadużycie, nic bowiem z tych rzeczy nie było moją własnością.
W oczach mojego męża on był właścicielem wszystkiego - nawet mnie samej.
- Znowu się nad sobą użalasz? - rzucił oschle.
- Nie - odpowiedziałam szybko, by przypadkiem nie sprowokować kolejnego "incydentu". Sięgnęłam po szlafrok, by zasłonić nim dowody tego, jak nisko upadłam.
- Nie ubieraj się - powiedział, nie patrząc na mnie - weź prysznic i czekaj na mnie w łóżku.
Ścisnęło mnie w żołądku na myśl o tym, co czekało mnie za chwilę.
Rozdział 2
- KSIĘŻNICZKA
Nie miałam złego dzieciństwa, mimo że dorastałam w domu dziecka. Pamiętam zapach kapuśniaka unoszący się na stołówce, chłód na korytarzu i znoszone buty po starszej koleżance... Czekałam, kiedy z nich wyrośnie, bo wizerunek myszki Miki wyszyty na ich bokach, choć przytarty ze starości, był cenniejszy niż dodatkowa porcja lodów. Były przyjaźnie, pani Halinka z kuchni, pyszne ciasteczka, które dla nas piekła, śmiechy dzieci i kłótnie o drobiazgi. Jednak nie było rąk, które utuliłyby do snu, gdy przychodziły koszmary, Ani ust, które szeptałyby słowa pocieszenie, kiedy w trakcie snu starsze koleżanki obcięły mi włosy. Były wychowawczynie i mnóstwo innych dzieci, tak samo zagubionych, jak ja, ale nie było mamy, ani taty, którzy powtarzaliby, że jestem ważna.
Kiedy skończyłam trzynaście lat, wychowawczyni wręczyła mi kopertę. To był list od mojej matki. Pisała, że wiedziała o zbliżającej się śmierci i że chciała pożegnać się w jedyny sposób, jaki był jej dany. Wtedy po raz pierwszy uwierzyłam, że nie byłam niechciana, że nie oddano mnie z obojętności. Wracałam do tych słów zawsze wtedy, gdy było najciężej - żeby przypomnieć sobie, że ktoś mnie kochał, choćby przez tę krótką chwilę.
Szybko się nauczyłam, że jeśli sama o siebie nie zadbam, nikt tego nie zrobi. Skończyłam liceum, choć wielu z nas w momencie osiągnięcia pełnoletności rzucało szkołę i opuszczało sierociniec. To była zwykła ucieczka, kończąca się pracą byle gdzie, byle przetrwać. Ja chciałam czegoś więcej. Chciałam udowodnić, że dam radę.
Kiedy opuszczałam dom dziecka, dostałam kilka tysięcy na start i obietnicę comiesięcznego wsparcia przez jakiś czas. Dla innych to może niewiele, dla mnie było to wtedy jak fortuna. Nauczyłam się żyć skromnie, więc każdy grosz odkładałam, liczyłam, planowałam.
Pracowałam w małym sklepiku, a dodatkowo dorabiałam sprzątaniem i roznoszeniem ulotek. Każda złotówka miała dla mnie znaczenie, każda była krokiem ku temu, żeby stworzyć sobie życie inne niż za murami placówki. Normalne.
To właśnie dzięki oszczędnościom i wsparciu sióstr zakonnych, mogłam rozpocząć studia zaoczne. Nie chciałam już być tylko "dziewczyną z bidula". Chciałam coś znaczyć, coś osiągnąć. Kiedy nadszedł czas wyboru studiów, nie mogłam pozwolić sobie na luksus kierowania się marzeniami. Chciałam zostać cukiernikiem, ale musiałam wybrać coś praktycznego, co da mi szansę na dobrze płatną pracę i upragnioną samodzielność.
Wybrałam zarządzanie.
Nie było łatwo - zaoczne studia oznaczały, że w tygodniu pracowałam, a w weekendy siedziałam na uczelni, często do późnej nocy. Jednak dla mnie to nie był ciężar, tylko droga do czegoś lepszego.
I wtedy pojawił się on - Wiktor.
Miałam wówczas dwadzieścia dwa lata i poczucie, że dzień ma zbyt mało godzin, by ze wszystkim zdążyć. On miał trzydzieści dwa. Dojrzały, pewny siebie, z tym spokojem, jaki mają ludzie, którzy nigdy nie musieli wybierać między kupnem biletu miesięcznego a ciepłym posiłkiem.
Pamiętam aż za dobrze tamten listopadowy wieczór. Deszcz ze śniegiem siekł prosto w twarz, a wiatr był tak silny, że wyginał mi stelaż taniej parasolki, którą w końcu i tak schowałam do torby. Stałam przy wyjściu z metra, ubrana w zbyt lekką kurtkę z lumpeksu, z dłońmi skostniałymi z zimna tak, że ledwo byłam w stanie utrzymać plik śliskich od wody kartek. Roznosiłam ulotki szkoły językowej. Ludzie mijali mnie, odwracali wzrok, traktowali jak powietrze. Niektórzy nawet odpychali moją wyciągniętą rękę, jakbym chciała im coś zabrać, a nie wręczyć. Musiałam rozdać wszystko, inaczej facet z agencji potrąciłby mi połowę i tak marnej stawki. Chciało mi się krzyczeć z bezsilności, a po policzkach spływał mi tusz do rzęs rozmyty lodowatą wodą.
I wówczas nad moją głową nagle przestało padać.
Podniosłam wzrok, a nade mną rozpościerał się wielki, czarny parasol. Trzymał go mężczyzna w idealnie skrojonym płaszczu. Pachniał drogim męskim perfumem.
- Wygląda pani, jakby miała pani zaraz zamarznąć - oświadczył, jakby odkrył Amerykę.
- Serio? - prychnęłam.
Jego głos był niski, ciepły i przyjemnie spokojny.
- Muszę to rozdać... - dodałam, zawstydzona swoją reakcją i wyglądem przy okazji.
Spojrzał na mokry plik w moich dłoniach, a potem przeniósł wzrok na moją twarz. Nie było w tym spojrzeniu obrzydzenia ani litości, której tak nienawidziłam. Było coś innego. Nie wiem co, ale poczułam, że moje serce szybciej zabiło.
- Ile tego jeszcze jest? - zapytał.
- Z pięćdziesiąt... może sześćdziesiąt sztuk.
Bez słowa wyciągnął rękę i wyjął ulotki z mojej ręki. Schował je pod płaszcz, zupełnie nie dbając o to, że mokry papier zniszczy mu ubranie. Zgłupiałam. Stałam i patrzyłam na niego z otwartymi ustami.
- A teraz pójdzie pani ze mną napić się czegoś ciepłego, zanim dostanie pani zapalenia płuc - oznajmił tak, jakby wydawał mi polecenie służbowe. Był przy tym tak cholernie opiekuńczy, że po prostu skinęłam głową.
Zabrał mnie do małej, przytulnej kawiarni tuż za rogiem. Siedziałam tam, w moich przemoczonych butach, czując się jak intruz, a on zamówił dla mnie wielki kubek gorącej czekolady i patrzył, jak moja twarz odzyskuje kolory. Pytał o moje studia, o pracę, słuchał o moich planach na zarządzanie z takim zainteresowaniem, jak rozmawia się z równorzędnym partnerem biznesowym, a nie z przemoczoną dziewczyną z ulicy.
Od tamtego wieczoru traktował mnie jak księżniczkę. Czułam się przy nim wyjątkowa, pierwszy raz w życiu naprawdę ważna. To on sprawiał, że przestawałam czuć się dzieckiem z bidula...
Nie widziałam wtedy tego, co nadchodziło. Może nie chciałam widzieć zauroczona, zafascynowana jego uwagą i tym, że w końcu byłam dla kogoś ważna. Wierzyłam w każdą jego obietnicę, w każdy uśmiech. I tak właśnie małymi krokami weszłam w złotą klatkę.
Na początku wszystko wyglądało jak w bajce. Szybki, ale niezwykle wystawny ślub - z suknią jak z katalogu i z muzykami, których Wiktor kazał sprowadzić specjalnie dla mnie. Mówił, że nie ma sensu czekać, skoro jesteśmy sobie przeznaczeni. Brzmiało to jak największa deklaracja miłości, jakiej można by oczekiwać po mężczyźnie.
Niedługo po ślubie moje studia zaczęły mu przeszkadzać. Obejmował mnie i szeptał, że nie muszę się tak męczyć.
"Po co ci to, kochanie? Ja pracuję. Tobie niczego nie zabraknie".
Brzmiało troskliwie, ale broniłam swoich marzeń, więc zmienił narrację. Coraz częściej słyszałam: "Bądź przy mnie. Potrzebuję cię. Brakuje mi ciebie. Niczego więcej nie oczekuję, tylko bądź przy mnie.". Uwierzyłam, że jestem mu to winna, że tak powinno być. Rzuciłam studia, tłumacząc sobie, że może kiedyś wrócę.
Z czasem coraz rzadziej widywałam koleżanki. "Spotkacie się innym razem" - powtarzał, a ja kiwałam głową, bo jego argumenty były nie do odparcia. Zawsze okazywało się, że już zaplanował jakiś wyjazd, ważne spotkanie, na którym powinnam mu towarzyszyć, kolację - niespodziankę. Trudno było mu odmówić.
Później drobiazgi z mojego dawnego życia zaczęły znikać jeden po drugim - popołudnia w bibliotece, spacery po parku, zakupy z koleżankami. Wiktor zawsze miał alternatywę: coś, ważniejszego, ciekawszego, piękniejszego... I stale powtarzał, że "dla mnie wszystko".
Tylko że powoli to "wszystko" zamykało mnie w czterech ścianach jego świata. Z dala od mojego.
Po pół roku byłam już całkowicie jego. Bez studiów, bez pracy, bez znajomych. On miał być wszystkim - i rzeczywiście, tak było, choć coraz częściej budziłam się w nocy z nieprzyjemnym poczuciem, że czegoś mi brakuje.
Któregoś dnia odezwała się do mnie przyjaciółka z sierocińca. Pisała, że organizuje urodziny i że bardzo chciałaby mnie zobaczyć. Serce zabiło mi mocniej - pierwszy raz od kilku miesięcy ktoś pamiętał o mnie, nie o "żonie Wiktora".
Pochwaliłam mu się tym, a on skrzywił się tak, jakbym powiedziała coś niedorzecznego.
- Po co ci to? - spytał. - Nie bądź dzieckiem. Masz mnie. Chcesz imprezy? Zorganizuję ci bal!
- To tylko urodziny - próbowałam mu tłumaczyć. - Pojadę na chwilę, wrócę wieczorem.
- Nie bądź dzieckiem - warknął. - Nie pojedziesz tam.
Pierwszy raz sprzeciwiłam się jego woli. Powiedziałam, że pojadę, choćby chciał mnie zatrzymać siłą. I wtedy... wtedy zobaczyłam w jego oczach coś przerażającego. Jego ręka uniosła się szybciej, niż zdążyłam zorientować się, że coś złego się dzieje.
Świat się zachwiał, a ja uświadomiłam sobie, że nie chodzi o to, by mnie zatrzymać, ale by pokazać, że moja wola jest już tylko wspomnieniem.
Po tym pierwszym ciosie był czuły jak nigdy wcześniej. Przepraszał, przynosił kwiaty, obiecywał wyjazd, mówił, że to się więcej nie powtórzy. Tłumaczył, że był zmęczony, że poniosły go nerwy, że to moja uparta natura wywołała tę niepotrzebną burzę. Słuchałam, wierzyłam, a w sercu miałam nadzieję, że to naprawdę był przypadek, jednorazowe potknięcie. Rozpieszczał mnie tak, że prawie uwierzyłam, iż wszystko było tylko złym snem.
Dałam wiarę nawet temu, że mój stary telefon się zepsuł i że oddał go do naprawy, a przecież Wiktor nie naprawiał rzeczy, on kupował nowe...
Kiedy uderzył ponownie, miał już wymówkę. "Sama mnie sprowokowałaś", "To twoja wina, że tracę nad sobą panowanie". Zamiast przepraszać, zwalił winę na mnie. A ja - zawstydzona, zlękniona - uwierzyłam, że faktycznie to ja przesadziłam i że powinnam milczeć, żeby nie budzić w nim furii.
Z czasem przestał się fatygować. Nie było kwiatów, skruchy, nie było nawet tłumaczeń. Ciosy spadały tak, jak deszcz tamtego listopadowego dnia - mocno, bezlitośnie, jak przystało na żywioł. Nie szukał już pretekstów. Nie musiał. Wiedział, że i tak nigdzie nie odejdę ...bo nie miałam dokąd.
Wśród swoich znajomych zwracał się do mnie "skarbie, kochanie, najdroższa". Za zamkniętymi drzwiami jego głos tracił całe to ciepło. Potrafił stanąć nade mną i z tym swoim władczym uśmieszkiem przypominać mi, skąd mnie wziął. Wypominał mi, że jestem nikim. Dziewczyną z sierocińca, bez korzeni, bez historii i bez grosza przy duszy. "Gdyby nie ja, dalej stałabyś w tym deszczu" - powtarzał, a ja z każdym dniem coraz bardziej w to wierzyłam.
Zostałam sama.
W więzieniu, w którym dałam się zamknąć na własne życzenie. Przez to cholerne, głupie pragnienie, żeby w końcu być dla kogoś ważną.
Rozdział 4
DZIECKO - NAJWIĘKSZY SKARB
Dni zaczęły mieszać mi się ze sobą, a nocami czekało mnie jego ciało - coraz częściej i brutalniej. Po wszystkim zostawiał mnie obolałą i upokorzoną, a rano wymagał, żebym była uśmiechnięta, jakby nic się nie stało. W jego oczach najpewniej tak było.
Snułam się po domu jak cień, ale w głowie miałam tylko jedną myśl: paczka. To była moja tajemnica, jedyna rzecz, której Wiktor nie kontrolował. Wracałam do niej za każdym razem, gdy wychodził. Stale zastanawiałam się, kim jest Anna Majewska? Dlaczego tak bardzo przypomina mnie?
Nie raz dotykałam delikatnie przedmiotów z paczki i czułam dokładnie to samo, co wówczas, gdy dostałam po koleżance upragnione buty z myszką Miki. Wiem, że trudno to porównywać, ale dziecięca ekscytacja i to poczucie, że nareszcie mam coś wyjątkowego, były niemal identyczne. Przytuliłam książkę do serca tak, jak dawno temu zdartego trampka. Na okładce widniało zdjęcie drogi wijącej się między polami, a na niej dwie postacie... dorosłej kobiety i małej dziewczynki. Tytuł brzmiał "Gdziekolwiek pójdziesz".
Odwróciłam książkę, by spojrzeć na jej opis.
Drobnym drukiem zapisano:
"Opowieść o niewidzialnej więzi między matką a córką, której nie jest w stanie przerwać nawet najdłuższa rozłąka".
Przejechałam palcem po okładce. Gardło mi się ścisnęło.
Spojrzałam na fotografię.
- Jesteś moją mamą? - zapytałam cicho.
Otwarłam książkę na pierwszej stronie i dostrzegłam dedykację.
"Dla Ani, z okazji osiemnastych urodzin.
Zawsze będę Cię kochała, niezależnie od tego, jak daleko zaniosą Cię życiowe wiatry. Mama"
Mały Groń 17 marca 1998 rok
Uderzyła mnie data - 17 marca. W moim akcie urodzenia, w rubryce z danymi matki, widniała data narodzin 17 marca 1980 roku, jednak miejsce przyjścia na świat było całkowicie inne. Wiedziałam to dokładnie, bo kiedy tylko skończyłam osiemnaście lat, niejednokrotnie studiowałam ten dokument, szukając jakichkolwiek śladów, które mogły mnie naprowadzić na ślad rodziny.
- Mały Groń... - powtórzyłam szeptem, a serce zabiło mi mocniej. - Więc Zofia Różycka z Lipowca to ściema? Moja mama uciekała i ukrywała się pod fałszywym nazwiskiem. A kobieta, która podpisała tę dedykację, była moją babcią. Nagle te wszystkie urzędowe papiery z sierocińca, które znałam na pamięć, okazały się jednym wielkim kłamstwem.
Każdy dzień przynosił coś jeszcze. Pieczątka z nazwą księgarni, w której musiała być zakupiona książka "Podbeskidzkie Czytadła". Niewielki ślad na medaliku - litera "M", która mogła być początkiem imienia albo nazwiska.
Miałam w głowie totalny chaos, ale te drobne ślady zaczynały układać się w niewyraźną jeszcze całość. Tylko co z tego? Nie miałam ani grosza, Wiktor kontrolował każdą złotówkę. Bez pieniędzy na bilet nie uciekłabym nawet na krok. A jednak, kiedy patrzyłam na ten medalik, poczułam, że jest dla mnie nadzieja.
*
Tamtej nocy Wiktor miał w sobie tyle wściekłości, że kiedy ze mną skończył, nie potrafiłam się ruszyć. Zwinęłam się w kłębek, by nie czuć bólu i zamknęłam oczy, udając, że śpię. Wstał i spojrzał na mnie przez ramię, by upewnić się, że nie patrzę. Spod na wpół przymkniętych powiek obserwowałam każdy jego ruch. Podszedł do ściany, odsunął obraz i nachylił się w stronę sejfu.
Trzy. Siedem. Dwa. Jeden.
Zamek kliknął i drzwiczki się otwarły. Słyszałam szelest papierów, później jakiś metaliczny dźwięk. Wiktor zabrał coś z sejfu, zamknął go i wyszedł z sypialni.
Trzy, siedem, dwa, jeden...
Trzy, siedem, dwa, jeden... - powtarzałam w myślach, bo wiedziałam, jak wiele zależy od tego, czy zapamiętam ten szyfr.
Trzy, siedem, dwa, jeden...
Rano, kiedy adrenalina opadła, ból był nie do zniesienia. Leżałam nieruchomo, czując do siebie tak ogromne obrzydzenie, że miałam ochotę zedrzeć z siebie skórę.
Teresa przyniosła mi napar z ziół, żebym mogła się nim umyć, by choć odrobinę zmniejszyć ból. Tego dnia zostałam w łóżku. Wpatrywałam się na zmianę w sufit i w obraz, za którym ukryty był sejf.
Mogłabym uciec... gdyby tylko starczyło mi odwagi.
Usłyszałam, że wrócił z pracy.
Teresa tłumaczyła mu, że źle się czuję, że odpoczywam, a on odprawił ją do domu.
Wspiął się powoli po schodach i otwarł drzwi sypialni. Udawałam, że śpię, a on wyciągnął mnie siłą z łóżka i zaprowadził do łazienki.
- Umyj się - nakazał lodowatym tonem.
Weszłam posłusznie pod prysznic i puściłam wodę.Mydło szczypało mnie w najbardziej wrażliwych miejscach. Patrzył na mnie, na każdy mój ruch.
- Wystarczy - rzucił.
Wyszłam z kabiny i owinęłam się ręcznikiem. On zdarł go ze mnie, zgiął mnie w pół i oparł o półkę, dociskając do niej moją głowę. Poczułam przerażający ból, kiedy we mnie wchodził.
Jęknęłam, a on docisnął biodra jeszcze mocniej. Płakałam... ale nic sobie z tego nie robił. Próbowałam oprzeć się dłonią o blat półki i wówczas zrzuciłam pudełko ze środkami higienicznymi.
Wiktor zamarł.
Spojrzałam na ziemię i dostrzegam, że cała zawartość wysypała się... łącznie z listem i blistrem tabletek.
Odsunął się wolno ode mnie i zapiął spodnie. Pochylił się nad pudełkiem i patrzył na jego zawartość - długo. Sięgnął w końcu po pigułki i kopertę.
- Co to ma znaczyć? - zapytał, nie patrząc na mnie.
Milczałam. Wiedziałam, że czegokolwiek teraz nie powiem, nie uniknę najgorszego.
Bił na oślep. W twarz, w plecy, w brzuch... a na białych płytkach pode mną pojawiały się kolejne krople krwi.
Trzy, siedem, dwa, jeden...
Trzy, siedem, dwa, jeden... - powtarzałam w myślach, jakby to była mantra, która miała pozwolić mi przeżyć.
Kiedy skończył, otworzył kopertę i przeczytał list.
- I ty w to wierzysz? - zaśmiał się.
Stanął nade mną i wolnym ruchem darł list na małe kawałki, rzucając je na mnie.
Schował tabletki do kieszeni i wyszedł.
Zostawił mnie tam leżącą, nagą, zakrwawioną.
Trzy, siedem, dwa, jeden...
Rozdział 6
- KROMKA Z CHLEBEM
Rzuciłam plecak na ziemię i zdjęłam z siebie bluzę. Usiadłam na łóżku i pierwszy raz od momentu ucieczki czułam, że mogę odpocząć. Siedziałam tak bez ruchu i wpatrywałam się za okno, w bujające się konary drzew. Niebo było już granatowe, a mimo to odcinało się od ciemniejszej linii grzbietu gór. Zdjęłam buty i oparłam głowę o poduszkę. Pachniała wiatrem...
Obudziłam się, kiedy na zewnątrz było już jasno. Nie wiem, kiedy zasnęłam, ale byłam na siebie wściekła. Wieczorem miała przyjść do mnie babcia, a ja przespałam ten moment.
Dostrzegłam złożoną kartkę papieru pod drzwiami.
Podeszłam powoli i podniosłam ją z ziemi.
"Jak się obudzisz, zejdź na dół do Wandzi. Ja przyjdę"
Tuż obok pokoju była mała łazienka. Skromna, ale czysta i urządzona w dobrym guście. Z wielką ulgą wzięłam prysznic. Nie miałam świeżych ubrań, niczego poza kilkoma sztukami bielizny na zmianę, więc założyłam na siebie tę samą bluzę i jeansy, po czym zeszłam na dół.
Niewielki salonik z kominkiem, połączony był z kuchnią, a wszędzie unosił się zapach domowego jedzenia.
Mój brzuch zaburczał głośno, zwracając uwagę właścicielki.
- O, nasza śpiąca ptaszynka wstała - uśmiechnęła się ciepło i zachęciła mnie gestem, bym do niej podeszła. - Jesteś taka podobna do mamy - powiedziała przejęta - Chodź, trzeba cię nakarmić.
Usiadłam przy stole kuchennym, a chwile później pojawiły się przede mną naleśniki, pachnący bochenek chleba miska twarożku ze szczypiorkiem.
- Mam nadzieję, że lubisz? - zapytała gospodyni.
Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością i bez zastanowienia sięgnęłam do koszyczka z pieczywem.
- Oczywiście - powiedziałam cicho i złożyłam dwie kromki chleba, a pomiędzy nie nałożyłam twarożku. Uwielbiałam tak jeść.
Kobieta postawiła na stole kubki z herbatą, usiadła naprzeciwk i przyglądała mi się uważnie. Była dużo młodsza od mojej babki i miała w oczach coś dobrego, co sprawiało, że czułam się bezpiecznie.
- Ania... - zaczęła powoli - dałaby się pokroić za twarożek ze szczypiorkiem.
Ścisnęło mnie w gardle. To była pierwsza rzecz, jakiej dowiedziałam się o mojej mamie.
Lubiła twarożek, ja też go lubiłam - od dziecka. Poczułam się bliżej niej niż kiedykolwiek, jakby była ze mną od zawsze, a ja nawet o tym nie wiedziałam.
- A gdzie... - zaczęła niepewnie kobieta - ...gdzie ona teraz jest?
Spojrzałam na nią, zdając sobie sprawę, że ona nie wie... i kiedy miałam już odpowiedzieć, w progu pojawiła się moja babcia.
Bez słowa podeszła do stołu i usiadła obok Wandzi.
- Gdzie jest moja córka? - zapytała wolno, jakby spodziewała się, że odpowiedź nie będzie zbyt przyjemna.
Odłożyłam sztućce i odsunęłam nieco talerz.
- Moja mama umarła - powiedziałam cicho - dawno temu. Niedługo po tym, jak mnie urodziła.
W kuchni zrobiło się tak cicho, że słyszałam własny oddech. Spojrzałam na babcię. Jej twarz nagle zszarzała, jakby uszło z niej całe życie. Wandzia gwałtownie cofnęła rękę, którą opierała o stół. Przez chwilę patrzyły na mnie w niedowierzaniu, aż w końcu babcia osunęła się ciężko na krzesło.
- Wiem tylko, że była chora - dodałam szybko, bo nie mogłam znieść tego, jak na mnie patrzą. - Zdążyła napisać do mnie list. Wiedziała, że odchodzi.
Wandzia podeszła do babci, objęła ją mocno za ramiona, a ta tylko ukryła twarz w dłoniach. Nie płakała głośno. Cała się trzęsła, wydając z siebie ciche, zduszone dźwięki.
- Zosiu, tak mi przykro - szepnęła.
- Nie powinnam pozwolić jej wyjeżdżać - powiedziała, przełykając łzy. - Powinnam wymyślić coś innego. To moja wina.
- Nie mów tak - ścisnęła dłonią jej ramię - Zrobiłaś wszystko, co mogłaś.
Patrzyłam na nie i czułam, jak pod powieki cisną mi się łzy. Dla mnie nieobecność mamy była normą, czymś, z czym dorastałam. Dla nich w ułamku sekundy pękła nadzieja, którą karmiły się przez dwadzieścia pięć lat.
Babcia spojrzała na mnie, wycierając twarz w rękaw.
- Jak masz na imię? - zapytała.
- Nadia - odparłam.
Babcia chwilę milczała. W końcu odetchnęła ciężko i sięgnęła po kubek z herbatą, jakby ten zwyczajny gest miał jej pomóc wrócić do teraźniejszości.
- Nadia... - powtórzyła miękko.
Spojrzała na mnie uważnie, a w jej oczach obok bólu pojawiło się coś jeszcze.
- A te siniaki...? - zapytała z wahaniem, jakby bała się usłyszeć odpowiedź. - Kto ci to zrobił, dziecko?
Poczułam, jak naleśniki i twarożek, które jeszcze przed chwilą z największą przyjemnością zjadałam, zamieniają się w kamień. Zacisnęłam dłonie na kolanach, a gardło zaschło mi tak, że nie mogłam wydusić ani słowa.
Wandzia zerknęła na mnie, po czym sięgnęła do kredensu, stukając głośno buteleczkami, jakby chciała skupić uwagę na czymś innym. Babcia jednak nie spuściła ze mnie wzroku - był w nim nie tylko ból po stracie córki, ale i troska o wnuczkę.
- Jeśli powiem, że upadłam...? - odparłam prawie szeptem.
Babcia patrzyła jeszcze przez moment. Wyglądało, że chce coś dodać, ale tylko westchnęła głęboko i spuściła wzrok na stół.
- Mam coś, co pomoże - odezwała się spokojnie Wandzia. - Maść z nagietka i arniki. Na siniaki będzie najlepsza.
Sięgnęłam po nią z wdzięcznością, widząc kątem oka, jak Zosia zaciska pięść.
- Nie musisz mówić wszystkiego od razu - powiedziała łagodnie. - Ale muszę wiedzieć, czy jesteś teraz bezpieczna.
Chwyciłam kubek i oplotłam wokół niego dłonie.
- Nie wiem - odparłam, czując, jak żołądek zwija mi się w supeł. Na samą myśl o tym, że Wiktor mógłby mnie odnaleźć, poczułam gorycz w ustach. - Ja... uciekłam...