Narodziny
Jan nauczył mnie tak wiele, jednak nikomu nie życzę tej lekcji. Nikomu i nigdy. Dlaczego przypadła ona właśnie mnie, nie mam pojęcia. Taka karma, powiedzieliby jedni, niezbadane są wyroki bogów, powiedzieliby inni. Pech, dodaliby kolejni, po prostu pech. Wielkie szczęście, stwierdziliby ci, którzy widzą więcej, a ja przepędziłabym ich na cztery wiatry. Najlepiej nie pytać. Nie pytać za wiele. Po prostu żyć. Jak łatwo się to mówi: po prostu żyć!
A więc opowiem wam teraz o tym życiu, które było po prostu. Pechem, szczęściem i nie wiadomo, czym jeszcze.
Jak to wszystko się zaczęło? Grudzień, rok 1992. Siedzieliśmy w zimnym mieszkaniu, owinięci w kołdry, słuchaliśmy kaset z wykładami o kosmosie i historii dźwięku. Dziś już nikt nie posiada magnetofonów, ale wtedy tak odtwarzaliśmy dźwięk. Kaset było osiem, więc chcieliśmy przesłuchać je wszystkie. Godzinami leżeliśmy przy magnetofonie. Był to piękny grudzień. W piecu - tak, mieliśmy ogrzewanie na węgiel - buzował ogień. Za oknami mróz i śnieg. Sylwestra spędziliśmy na nartach, uczyłam się jeździć i obiecałam sobie, że będę regularnie spędzać zimowy urlop w górach. Nic z tego nie wyszło, ale pamiętam, że kiedy połknęłam bakcyla, bardzo zapragnęłam doskonalić jazdę na deskach.
Takie były początki. Muzyka, zima, narty i piec. Po kilku tygodniach zauważyłam, że w moim brzuchu pojawił się ktoś, kto pragnie chyba przyjść na ten świat. Nie zamierzaliśmy mu tego utrudniać. I ja, i mój mąż cieszyliśmy się bardzo, mimo iż nie mieliśmy nic. Pisaliśmy prace magisterskie, kończyliśmy studia. Mieszkaliśmy w malutkim mieszkaniu, dwa pokoje i niekończący się przedpokój. Ale nie potrzebowaliśmy wiele do szczęścia. Wystarczały nam miłość i literatura. Wspólnie przeżywaliśmy jednoczący się Berlin i Niemcy. Nie zapomnę, jak po powrocie z Krakowa wysiedliśmy rano z pociągu, zastając jakby opustoszały dworzec Friedrichstrasse bez przejść granicznych. Zgubiliśmy się wtedy, nie mogąc odnaleźć drogi do metra, błądziliśmy po obcych nam, odmienionych podziemnych przejściach jak myszy w labiryncie.
Potem miesiącami przesiadywałam w bibliotece miejskiej na Potsdamer Strasse. Z tygodnia na tydzień rósł mi brzuch. Laptopy wtedy były rzadkością, pisałam pracę ręcznie. Kiedy nadeszła pora na jej przepisanie, puchły mi palce. Pomagała mi Vera, sąsiadka, czasami pomagał mi mąż i przyjaciele. Ja dyktowałam, oni pisali. O czym? O dwujęzycznych pisarzach, którzy tworzyli po polsku i po niemiecku. Stanisław Przybyszewski, przebywający pod koniec XIX wieku w Berlinie, był niedobrym ojcem. Ale kto był wówczas "dobrym" ojcem? Pisałam o nim jako o artyście, jednak historii z Martą Foerder, matką jego dzieci, którą zostawił dla tajemniczej Dagny, nie mogłam mu wybaczyć. Sama oczekiwałam dziecka.
Ciąża z Janem przebiegała spokojnie. Mimo natłoku obowiązków czułam się znakomicie i wszystkie badania wypadały pozytywnie. Żadnych problemów z płodem. Był rok 1993. Pamiętam, że brałam wtedy udział w międzynarodowej konferencji poświęconej zagadnieniom wody. Docierały do mnie tematy dyskusji panelowych, przeglądałam publikacje i zaczęłam się martwić. Kobiety w ciąży stają się bardzo wrażliwe. Pragną dla swoich dzieci pięknej przyszłości, przyjaznego świata. Na konferencji toczyły się rozmowy o zanieczyszczeniach, niebezpieczeństwie przyszłych wojen o dostęp do czystej wody. Zaczęłam się niepokoić, bez wody nie funkcjonuje nic i nikt. W dyskusjach panelowych uczestniczyli specjaliści, politycy, geodeci, działacze NGO. A u mnie w bezpiecznych wodach płodowych przygotowywał się do życia człowiek.
Poród był piękny i naturalny. Urodziłam Jana w kucki, jak Indianka. Mąż trzymał mnie pod pachami, abym nie upadła, a ja miałam wrażenie, że bez jego pomocy nie dam rady. Jednak zaszło wtedy coś, co do dziś nie daje mi spokoju. Po wielogodzinnych bólach - pierwszy raz trwa często kilkanaście godzin - już pod sam koniec, kiedy główka Jasia była prawie widoczna, osłabiłam parcie.
Na pytanie położnej, dlaczego nie potrafię w takim momencie zmobilizować wszystkich sił, odpowiedziałam szczerze: "Boję się tego dziecka".
Podczas ostatnich minut porodu zdałam sobie nieoczekiwanie sprawę, że od bycia matką nie ma już odwrotu. Kiedy Jan przyjdzie na świat, zawsze będzie moim synem, a ja zawsze będę jego matką. Tutaj niczego nie można odwołać, unieważnić czy zmienić. Nieodwracalność tej sytuacji wywołała u mnie nagły lęk i na pięć minut przed rozwiązaniem postanowiłam... nie urodzić! Nieoczekiwanie dla samej siebie powiedziałam na głos: "Boję się tego dziecka". Mąż był zszokowany. Potem już poszło jak z płatka i Jasiu, różowiutki i zdrowy, znalazł się przy mojej piersi.
Była ciepła wrześniowa niedziela. Słońce babiego lata rozświetlało drzewa w parku pałacu Charlottenburg, kiedy jechaliśmy do domu z Jasiem zawiniętym w becik. Jeszcze nie zdawaliśmy sobie w pełni sprawy z tego, że właśnie staliśmy się rodzicami.
Dzień wcześniej film Trzy kolory: Niebieski dostał Złotego Lwa w Wenecji, kilka dni później odbywały się w Polsce wybory, wygrał SLD. Niemcy dopiero co się zjednoczyły, bezpowrotnie zniknął zachodni sąsiad Polski: NRD. Wschodnia część miasta stała się fantastycznym poligonem dla alternatywnych inicjatyw. W suterenach zrujnowanych kamienic powstawały kluby, w Domu Sztuki Tacheles artyści realizowali swoje wizje. Nie dane mi było uczestniczyć w tym szaleństwie, weszłam wtedy w inną rzeczywistość, w świat matki i dziecka. Ważną sceną dla tego świata stał się pobliski park Charlottenburg, gdzie Jan rok później, bawiąc się w jesiennych liściach, robił pierwsze kroki.
Stawanie się matką jest procesem. Oczywiście na początku pomagają hormony, lecz zrozumienie, że oto z naszego brzucha wyszedł nowy człowiek, który jest z nami związany i uzależniony od naszej opieki, który stanowi osobny byt i bogowie, niezależnie od naszych starań, poprowadzą go własną, inną od naszej ścieżką życia, jest ogromnym wyzwaniem.
Dodatkowym zdziwieniem napełniał mnie fakt, że oto urodziłam chłopca. Logiczne wydawałoby się wydanie na świat dziewczynki. Kobieta rodzi dziewczynkę, to naturalne. Ale to, że przez kilka miesięcy byłam właścicielką wewnętrznego penisa, do dziś przepełnia mnie uczuciem szacunku dla biologii naszych ciał.
Wszelkie terapie, warsztaty rozwojowe, coachingi dla mężczyzn zawierają w sobie element uwalniania się od matki, powtórnego przegryzania pępowiny. Piętno przyjścia na świat poprzez łono kobiety jest ogromne i w jakiś perfidny sposób uwłaczające idei niezależnej męskości. Przyznaję, że świadomość tego cudu, jaki stanowi danie życia płci przeciwnej, jest niezwykła. Poród uczynił ze mnie na jakiś czas boginię, czułam siłę, której z niczym nie da się porównać, i do dziś szkoda mi kobiet, które zmuszone są dawać życie pod narkozą - nigdy do końca nie poczują tej mocy.
Ta moc zaczyna niestety zanikać w konfrontacji z lękiem o dziecko. Już w ciąży pojawiają się pierwsze symptomy - na przykład obawy o stan świata, na jaki zdecydowaliśmy się wydać to nowe życie. Paradoksalnie ten lęk właśnie pomagał mi stawać się matką. Pragnęłam dla mojego syna doskonałego świata, idealnego zdrowia, a dla siebie nieskończonej siły fizycznej i duchowej. Pokochałam Jana od pierwszego wejrzenia. Mleko z moich piersi płynęło obficie, kiedy tylko Jan zapłakał.