Droga Haniu! - Maniek Piegus

Kup ebooka

10.48 zł
8.70 zł (8,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Mówią na mnie Maniek. Mam siedem lat i półtora skrzata wzrostu. Majka twierdzi, że oczy mam jak gotowany agrest, a włosy jak futro lisa, kiedy zaczyna się lato. Kocham wszystko przez pięć minut, a niektóre rzeczy nawet i kwartał. Znam się na piramidach i koszykówce. Lubię kreskówki, a przede wszystkim, kocham rozmawiać. Mówię więcej niż Majka i Gucio razem wzięci. I to nie tylko wtedy, gdy Gucio ucina sobie drzemkę. Uwielbiam mieć rację i być w centrum uwagi.

Leon jest wysoki na ponad dwa skrzaty. Odkąd skończył 12 lat, twierdzi, że jest dorosły. I możliwe, że ma rację. Czasem nosi okulary, szczególnie kiedy się dziwi, czytając kolejną książkę. Ma tysiące pomysłów i czasem się denerwuje. Lubię go przytulać, żeby się uspokoił.

Gucio to mój tato. Jego hobby to spanie. W czasie snu śnią mu się rzeczy niezwykłe. Projekty kwadratowych garnków, bajki dla dużych i małych, przepisy na kotlety z poziomek oraz bananów. W dzień drzemie brzuchem do góry na połówce czerwonej wersalki. Gdy śnią mu się najciekawsze rzeczy, głośno przy tym chrapie. Sny te zbiera w ogromnej szufladzie. Kiedy szuflada się zapełnia, wybiera najlepsze pomysły i wychodzi, aby je sprzedać na targu. Czasem oprócz pieniędzy przynosi dziwne przedmioty, które zdobył w drodze wymiany. Zepsutą latającą miotłę, kozę Genowefę (która okazała się kozłem), książki po aramejsku, persku i chińsku. Mama twierdzi, że Gucio jest niepraktyczny. I za to praktycznie go kocha.

Mama Majka też jest niezwykła. Chodzi w czapce pilotce, podobno w młodości latała na miotle. Gotuje fatalnie - zupę z bąbelków w brytfannie, pomidorową z łososiem i muchy w grzybowym sosie. Nie pracuje wcale - bo to, co robi, jest dla niej wielką przyjemnością. Uczy tańca, śpiewu i uśmiechu. Kocha nas bardzo. Zresztą resztę też kocha - prawie wszystko właściwie - poza pisaniem listów i serwowaniem obiadów. Kwiaty w lecie, śnieg w zimie, litery w książkach, razem z przecinkami, podróże na drugą stronę ulicy.

Mieszkamy w wielkim mieszkaniu, wysokim na dwa słonie. Mamy niepraktycznie obszerne szafy (praktycznie jak u innych pokoje), w których można się zgubić, lub spotkać magiczne istoty.

List 2

Wrocław, 12 stycznia

Droga Haniu,

przepraszam, że tak długo do Ciebie nie pisałem, ale bolał mnie ząb i miałem na buzi taką gulę, że nie mogłem poznać się w lustrze. Byłem u dentysty pięć razy w ciągu dwóch tygodni i opisałbym Ci moje przygody, ale boli mnie na samą myśl o tym. Całe szczęście zdarzyło się wiele ciekawszych rzeczy. Na przykład odwiedziła nas zima, co nie jest to takie oczywiste we Wrocławiu w styczniu. Pisząc zima, mam na myśli taką prawdziwą. Śniegu po kolana (przynajmniej moje), mróz, który tak szczypie w uszy, że aż nos zamarza i przewracający się dorośli. To ostatnie jest bardzo śmieszne, ale podobno też niebezpieczne. Mama mówi, że to dlatego, że dorośli zapomnieli, jak się upada na pupę.

Wszyscy starsi chodzą, kiwają głowami, masują po obolałych pupach i mówią z przejęciem.

- Takiej zimy to już z dziesięć lat nie było.

- Lepiej kochany panie, z piętnaście.

Nie ważne, dziesięć czy piętnaście. To oznacza bardzo dawno. Pierwszy dzień zimy był najtrudniejszy, bo musieliśmy nadrobić zaległości. Zaczęliśmy od ulepienia bałwana. Właściwie to ulepiliśmy trzy, bo Alfred wyszedł brzydki, a Bożence odpadła głowa. Natomiast Juliusz był najpiękniejszym bałwanem na świecie. Nos, buzie i wszystkie wystające elementy zrobiliśmy mu z rzeczy wygrzebanych ze śmietnika. Mama nie była zachwycona, jak się o tym dowiedziała, ale Leon wytłumaczył, że to przecież reptailing. Gucio był zadowolony. Mówił, że nasz Juliusz jest bardzo podobny do sąsiada spod dziewiątki. Tato twierdzi, że to też bałwan.

Potem była akcja sopelki, czyli zbieraliśmy wszystkie sople na podwórku i zanosiliśmy do zamrażarki. Tak na pamiątkę.

Wtedy tata stwierdził, że skoro tak lubimy zimno, to będziemy razem morsować, bo to nowy sport narodowy. Może brzmiało to ładnie, ale tak naprawdę chodziło o wchodzenie do zimowej wody zupełnie bez ubrania.

Tato tak się podekscytował, że pojechał morsować sam. Wrócił uśmiechnięty, ale trząsł się jak galaretka truskawkowa.

- Byyyrrryyło suuuppppppper. Muumusicie sprróbbować.

No i się zaczęło. Chodził za nami i marudził. A najgorsze, że przekonał Leona. Bratek jak zawsze podszedł do sprawy naukowo i przeczytał na ten temat jakiś artykuł.

- Maniek, to jest ekstra. Jedziemy razem morsować!