2
Źródło
Pomimo wielu rozbieżności między legendą Hubbarda a jego prawdziwym życiem, niewątpliwie był on fascynującym człowiekiem: odkrywcą, autorem bestsellerów, a także założycielem religii znanej na całym świecie. Wskutek zażartego sporu co do jego biografii, jaki toczy się między scjentologami a ich przeciwnikami, powstały dwa mocne archetypy: najważniejszej osoby w historii ludzkości oraz największego oszusta na świecie. Zresztą sam Hubbard też oscylował między tymi dwiema skrajnościami, bez przerwy przerysowując swoje rzeczywiste osiągnięcia, a tym samym wystawiając się na łatwe ataki swoich krytyków. Żeby jednak uznać go za zwykłego oszusta, trzeba by całkiem pominąć jego dość złożony charakter, dzięki któremu potrafił ludzi oczarować, zarazić własną wizją i wciągnąć w świat swoich wyobrażeń - w końcu przecież nie bez powodu zyskał tysiące wyznawców i miliony czytelników. Trzeba by również pominąć dorobek jego życia, czyli misternie dopracowaną epistemologię, która zdołała wciągnąć w swoje sidła tak wiele osób - w tym również, co najważniejsze, samego Hubbarda.
Lafayette Ronald Hubbard urodził się w miejscowości Tilden w stanie Nebraska w 1911 roku. Był uroczym, radosnym dzieciakiem o szarych oczach i z czupryną w kolorze marchewki. Jego ojciec Harry Ross "Hub" Hubbard spotkał swoją przyszłą żonę Ledorę May Waterbury, kiedy odbywał służbę w marynarce. Jego wybranka studiowała w mieście Omaha - zamierzała zostać nauczycielką. Pobrali się w 1909 roku. Gdy dwa lata później narodziło się ich jedyne dziecko (w rodzinnej miejscowości matki Rona, dokąd przyjechała przed porodem), Hub zdążył już zakończyć służbę i podjąć pracę handlowca w Kansas City.
Gdy Ron miał dwa lata, rodzina przeprowadziła się do miejscowości Helena, stolicy stanu Montana - miasta założonego w okresie gorączki złota, które słynęło na całym Zachodzie USA z licznych milionerów i prostytutek. Hub dostał posadę kierownika miejscowego teatru, który - choć nazywał się Family Theatre - mieścił się w budynku zajmowanym również przez dwa burdele[44]. Mały Ron uwielbiał oglądać gościnne występy wodewilowe - w końcu jednak Family Theatre zakończył działalność, ponieważ w mieście otwarto znacznie większy teatr.
Dziadkowie Rona od strony matki mieszkali stosunkowo blisko, w innej miejscowości w stanie Montana. Lafayette Waterbury był weterynarzem i uznanym jeźdźcem. Miał bzika na punkcie swojego rudego wnuka[45]. Hubbard przechwalał się później, że już jako trzyipółlatek potrafił jeździć konno[46]. Równie wcześnie miał też nauczyć się czytać, a według materiałów rozpowszechnianych przez Kościół Scjentologii, "wkrótce zaczytywał się klasyką, w tym licznymi dziełami na temat filozofii Zachodu, perłami literatury angielskiej oraz - co istotne - esejami Sigmunda Freuda"[47].
Gdy w roku 1917 Stany Zjednoczone przystąpiły do I wojny światowej, ojciec Hubbarda postanowił ponownie zaciągnąć się do marynarki, a matka otrzymała pracę w jednym z urzędów stanowych. Wraz z sześcioletnim Ronem przeprowadziła się do swoich rodziców, którzy niewiele wcześniej kupili dom w tym samym mieście. Po zakończeniu wojny Hub postanowił dalej służyć w marynarce, tak więc dla całej rodziny nadszedł czas ciągłych podróży związanych z wojskowym trybem życia.
Rodzice Rona byli metodystami[48]. Jak później zauważył sam Hubbard, "wielu członków mojej rodziny, w których otoczeniu dorastałem, było żarliwymi chrześcijanami; mój dziadek był zaś żarliwym ateistą"[49]. Ron wybrał własną drogę, znacznie bardziej ekscentryczną. Przez całą młodość fascynowali go szamani i czarownicy. Twierdził, że jeszcze w dzieciństwie zawarł braterstwo krwi z Czarnymi Stopami z Montany, za sprawą starego szamana zwanego Old Tom Madfeathers. Utrzymywał też, że Old Tom ukazywał swoją magiczną moc, wyskakując z pozycji siedzącej na pięć metrów w górę, a następnie przysiadając na czubku swojego tipi. Oto jak Ron podsumowywał te doświadczenia: "Już dawno temu przekonałem się, że człowiek posiada pewne ograniczenia co do tego, w co jest w stanie uwierzyć, a jeśli nie wytrzymują one konfrontacji z rzeczywistością, wówczas jest to dla niego wielkie wyzwanie"[50].
Według Hubbarda bardzo znaczącym momentem jego życia była daleka podróż morska, którą odbył w roku 1923 - ponad dziesięć tysięcy kilometrów ze Seattle przez Kanał Panamski aż do Waszyngtonu, dokąd przeniesiono jego ojca. Jednym ze współpasażerów statku był komandor Joseph C. "Snake" Thompson[51], należący do służb medycznych amerykańskiej marynarki wojennej. Ten neurochirurg, przyrodnik i były szpieg zrobił na młodym Ronie ogromne wrażenie. "Był bardzo niedbały - wspominał później Hubbard. - Zasypiał, czytając książkę, a kiedy się budził, jak gdyby nigdy nic, wstawał i nie zawracał sobie głowy prasowaniem czy zmianą ubrania. No i w wojsku zazwyczaj niespecjalnie go lubili. [...] Ale za to osobiście przyjaźnił się z Sigmundem Freudem. [...] Gdy spotkał mnie, osobę całkiem bezbronną, nie mając zbyt wiele do roboty na tym wielkim statku podczas długiego rejsu, zaczął mnie urabiać"[52].
Thompson bez wątpienia zabawiał młodego Rona opowieściami o swoich przygodach szpiega na Dalekim Wschodzie. Znał świetnie japoński, wychowywał się bowiem w Japonii, gdzie jego ojciec był misjonarzem. W początkowym okresie służby wojskowej znaczną część czasu spędził, przemierzając Azję oficjalnie w charakterze herpetologa, lecz tak naprawdę pracował dla wywiadu (zbierał kluczowe informacje i kreślił potencjalne linie ataku).
"Największe wrażenie zrobił na mnie jego kot imieniem Psychol - wspominał później Hubbard. - Miał zakrzywiony ogon, co samo w sobie wystarczy, żeby przykuć uwagę młodego człowieka. Potrafił też jednak robić różne sztuczki. A Thompson z miejsca zaczął mnie uczyć, jak tresować koty. Było to jednak zajęcie tak czasochłonne, wymagające tyle cierpliwości, że aż do dziś nie zabrałem się do tresury żadnego kota. Nieuchronnie oznaczałoby to czekanie, aż kot coś zrobi, żeby go potem pochwalić. Ale żeby czekać, aż coś zrobi kot imieniem Psychol...".
Jedną z maksym Thompsona było: "Jeśli coś nie jest prawdą dla ciebie, to nie jest to prawdą". Powiedział młodemu Ronowi, że są to słowa Siddharthy Gotamy, znanego jako Budda. Zrobiły one na chłopcu ogromne wrażenie. "Jeśli jest na świecie ktoś, kto postanowił, że będzie wierzył, w co zechce, a odrzuci to, w co uwierzyć nie może, jestem nim właśnie ja" - pisał.
Thompson wracał właśnie z Wiednia, dokąd został wysłany służbowo, żeby pobierać nauki u samego Freuda. "Byłem zwykłym dzieciakiem, a że komandor Thompson nie miał własnego syna, świetnie się dogadywaliśmy - wspomina Hubbard w jednym ze swoich wykładów. - Nie wiem, po co sobie umyślił, żeby wbić mi do głowy nauki Freuda, ale czynił to wytrwale. Chciałem nawet pójść dalej tą drogą, miałem na to wielką ochotę, nie dostałem jednak takiej możliwości. Ojciec [...] powiedział: "Synu, zostaniesz inżynierem""[53].
Thompson przymierzał się właśnie do publikacji swojego przeglądu literatury psychoanalitycznej w piśmie "United States Naval Medical Bulletin"; niewykluczone, że właśnie nad tym pracował podczas podróży do Waszyngtonu. Z pewnością inspirował się wywodami przedstawionymi w tym artykule, kiedy przekazywał Hubbardowi podstawy teorii Freuda. "Człowiek posiada dwa podstawowe instynkty: instynkt przetrwania oraz instynkt przedłużania gatunku - pisał Thompson. - Najważniejszym uczuciem towarzyszącym instynktowi przetrwania jest głód, natomiast jedyną emocją służącą przedłużeniu gatunku jest libido". Jak dalej tłumaczy, psychoanaliza jest "techniką" odkrywania nieuświadomionych źródeł motywacji, które szkodzą zdrowiu lub szczęściu jednostki. W momencie, gdy pacjent zrozumie motywy swojego neurotycznego zachowania, jego symptomy automatycznie znikną. "To odkrywanie ukrytej motywacji nie polega jedynie na wyjaśnieniu pacjentowi mechanizmów rządzących jego losem. Zrozumienie pochodzi z analizy wolnych skojarzeń, po której następuje racjonalna synteza"[54]. Wiele z tych myśli zostało wbudowanych w koncepcje przedstawione w Dianetyce, dziele stanowiącym podstawę filozofii natury ludzkiej Hubbarda - na tej bazie powstała później scjentologia.
W roku 1927 ojca Hubbarda wysłano na wyspę Guam. Pojechała z nim żona, a synem pod ich nieobecność opiekowali się dziadkowie. Jak na niezmordowanego gawędziarza, jakim okazał się później Hubbard, niezmiernie rzadko wspominał o rodzicach - niemal całkowicie wymazał ich ze swojej biografii. Gdy opowiadał o sobie, zdawał się kreślić żywot sieroty, który musiał samotnie kroczyć przez świat, aby znaleźć sobie w nim miejsce. Jak wspominała później jedna z kochanek Rona, opowiadał jej, że jego matka była dziwką i lesbijką oraz że zastał ją kiedyś w łóżku z inną kobietą. "Nigdy nie miałam pewności, w co mu wierzyć" - dodała kochanka[55].
Hubbard dwukrotnie odwiedził rodziców na wyspie Guam. Podczas jednej z podróży zahaczył też o Chiny, gdzie miał rzekomo rozpocząć swoje badania nad duchowością Wschodu, spotkawszy tam czarowników i świętych mędrców. Według opowieści rozpowszechnianych przez Kościół Scjentologii, "stawił czoła morskim tajfunom na pokładzie szkunera, aż w końcu wylądował na wybrzeżu Chin. [...] Następnie ruszył w głąb kraju, żeby w końcu zapuścić się do trudno dostępnych buddyjskich klasztorów"[56]. Obserwował tam mnichów medytujących "całymi tygodniami"[57]. Gdziekolwiek się udał - głosi opowieść - nastoletni Ron zadawał sobie podstawowe pytanie: "Dlaczego? Dlaczego ludzkość doświadcza tak wielu nieszczęść i cierpień? Dlaczego człowiek, pomimo całej swojej starożytnej wiedzy i mądrości zebranych w uczonych księgach i świątyniach, nie zdołał rozwiązać tak podstawowych problemów jak wojna, szaleństwo i rozpacz?"[58].
W rzeczywistości w dziennikach Hubbarda z tego okresu nie ma takich filozoficznych problemów. Jego podróż do Chin, zorganizowana przez organizację YMCA[59] trwała zaledwie dziesięć dni. Towarzyszyli mu rodzice, choć w dziennikach nie ma o nich wzmianki. Owszem, spotykał czasem mnichów, o których pisał, że skrzeczą jak ropuchy. Z jego zapisków bije światopogląd młodego imperialisty, który z niezrozumiałych powodów obserwuje egzotyczną, nieznaną sobie kulturę z pozycji autorytetu. "Dla Chińczyka największą przeszkodą na drodze do rozwoju jest jego własna natura" - pisał Hubbard, płynąc z Chin na wyspę Guam. "Z Chinami jest jeden problem: strasznie tam dużo żółtków"[60].
Z dzienników tych wyłania się też portret nastoletniego pisarza, który przymierza się do przyszłej kariery, tworząc zestawienia pomysłów na kolejne fabuły. Przykładowo: "Młody Amerykanin w Indiach organizuje oddziały wojskowe na potrzeby rozmaitych radżów. Dalej następują typowe zwroty akcji". Albo: "Historia miłosna. Bohater udaje się do Francji. W Marsylii spotyka świetną babkę". Trochę niepewnie próbuje odnaleźć własny głos:
Rex Fraser wjechał na wzgórze, nasunął głębiej kapelusz na głowę, żeby nie zwiał mu go wiatr, i zmrużył oczy, patrząc na położone w dole skupisko niewykończonych domków.
- A więc to jest właśnie Montana City - powiedział do swojego konia.
Jesienią 1930 roku Hubbard rozpoczął studia inżynierskie na Uniwersytecie George'a Washingtona. Nie uczył się najlepiej, miał trudności z zaliczeniem języka niemieckiego i rachunków, ale za to doskonale sobie radził na zajęciach dodatkowych. Zaczął pisywać do uniwersyteckiej gazetki, a ponadto na łamach powstałego na uczelni pisma literackiego mógł publikować swoje pierwsze opowiadania. Został też przewodniczącym klubu szybowcowego (jego licencja pilota miała numer 385[61], co pokazuje, jak świeża była to wówczas moda). Zdobycie tytułu inżyniera najwyraźniej stanowiło przy tym wszystkim cel drugorzędny, czego wyrazem były trudności z zaliczeniem wielu przedmiotów.
We wrześniu 1931 roku Hubbard i jego przyjaciel Philip "Flip" Browning zrobili sobie kilka tygodni wolnego, żeby przemierzać Środkowy Zachód dwupłatowcem Arrow Sport. "Starannie zawinęliśmy wszystkie nasze "bagaże", wyrzuciliśmy gaśnicę, żeby nie tracić na nią koni mechanicznych, załataliśmy dziurę w górnym skrzydle i ruszyliśmy przecinać niebo nad czterema czy pięcioma stanami, za kompas mając jedynie wiatr"[62] - tak opisywał tę wyprawę Hubbard, który w owym czasie używał już przydomku "Flash" [Błysk].
Zapiski z tej przygody, zatytułowane Tailwind Willies [Wiatr w plecy], były jego pierwszą komercyjną publikacją - ukazały się w piśmie "The Sportsman Pilot" w styczniu 1932 roku. W ten sposób rozpoczęła się bezprecedensowa kariera pisarska Hubbarda - wydał więcej książek niż jakikolwiek inny autor w historii (Księga Rekordów Guinnessa z roku 2006 podaje, że były to 1084 tytuły).
Wiosną 1932 roku, podczas gdy w USA panował wielki kryzys, Hubbard rozpoczął przedsięwzięcie stanowiące poniekąd przedsmak jego późniejszych wyczynów. Na kilku kampusach uniwersyteckich rozwiesił ogłoszenia następującej treści: "Poszukiwani młodzi, niepokorni miłośnicy podróży, gotowi wyruszyć na Karaibską Wyprawę Filmową. Koszt uczestnictwa to dwieście pięćdziesiąt dolarów, płatnych w porcie w Baltimore przed rozpoczęciem wyprawy. Kandydaci muszą być: zdrowi, niezawodni, zaradni, pomysłowi i śmiali. Bywalcom salonów i turystom dziękujemy"[63]. Cele wyprawy były doniosłe i dość liczne - przede wszystkim nakręcenie filmów dokumentalnych dla Fox Movietone oraz Pathé News, a przy tym poznawanie ulubionych kryjówek karaibskich piratów, jak również rytuałów wudu na Haiti. Istniał też dość nieprecyzyjny plan, żeby "zebrać jakieś eksponaty muzealne"[64].
"Niezależnie od wieku nigdy nie jest łatwo rozpoznać w kimś przyszłego mesjasza" - pisał dziennikarz James S. Free, który mając dwadzieścia trzy lata, dołączył do ekspedycji młodszego o dwa lata Hubbarda. W trójkę, wraz z Philem Browningiem (tym od wyprawy lotniczej), mieli się dzielić obowiązkami organizatorów. "Nie mogę powiedzieć, żebym potrafił wówczas przewidzieć, że mój partner w tym przedsięwzięciu miał wystarczające ego oraz dość talentu, żeby jakiś czas później stworzyć własną religię" - pisał Free w notatkach zatytułowanych Spotkanie z przyszłym mesjaszem.
Hubbard mieszkał wówczas z rodzicami w Waszyngtonie. Free opisuje wizytę u niego: "Ron przedstawił mnie swojej matce, której długie jasnobrązowe włosy zdawały się ciemne w porównaniu z ognistym blaskiem bijącym z twarzy i czupryny jej syna". Zapiski te stanowią jeden z bardzo niewielu dokumentów obrazujących relacje między Hubbardem i jego matką: "Na jej temat niewiele więcej utkwiło mi w pamięci, poza tym, że - podobnie jak jej mąż kapitan Henry Ross Hubbard - darzyła syna nieskrywanym uwielbieniem i uważała go za młodego geniusza".
Koledzy omówili stan przygotowań do wyprawy. Okazało się, że Phil Browning, który miał być trzecim organizatorem, w ostatniej chwili się wycofał, zdążył jednak załatwić wypożyczenie sprzętu laboratoryjnego z Uniwersytetu Michigan. Hubbard tymczasem negocjował stawki z zawodowym operatorem filmowym, który miał nakręcić rytuały wudu oraz "tego rodzaju dobrze płatne materiały". Free wystarał się, żeby do wyprawy dołączyło jeszcze ponad dwudziestu uczestników. Hubbard stwierdził, że to powinno zapewnić wystarczające fundusze, żeby ekspedycja mogła ruszyć.
Wyprawa od samego początku była jedną wielką katastrofą. Część dziarskich śmiałków w ostatniej chwili się wycofała, niemniej jednak pięćdziesięciu sześciu niedoświadczonych studentów weszło na pokład dość staroświeckiego czterożaglowego szkunera o nazwie Doris Hamlin. Ich wielka przygoda zaczęła się od tego, że statek trzeba było odholować z portu w Baltimore z powodu braku wiatru. I mało brakowało, by na tym wyprawa się skończyła, bo choć holownik ze wszystkich sił pruł ku otwartemu morzu, to statek wciąż był przycumowany do nabrzeża[65]. Kiedy wreszcie udało się wypłynąć na wody Atlantyku, żaglowiec albo kołysał się bez ruchu na gładkiej tafli morza, albo podskakiwał na wzburzonych falach. Groty porwały się podczas szkwału, gdy ekspedycja zmierzała ku wyspie Saint Thomas. Uczestników dręczyła choroba morska. W każdym porcie wyprawę opuszczało kilku zniechęconych członków załogi. Jedyny film, jaki nakręcono, przedstawiał średnio ciekawą walkę kogutów na Martynice.
Szybko stało się jasne, że ekspedycji skończyły się fundusze[66]. Nie było już mięsa ani owoców, a wkrótce uczestnicy musieli sami kupować sobie żywność w portach. Hubbardowi zabrakło pieniędzy na opłacenie zawodowych członków załogi: kapitana, pierwszego oficera i kucharza - zaproponował więc uczestnikom kupno udziałów w ekspedycji, a u części z nich się zadłużył. W ten sposób zebrał jakieś siedemset lub osiemset dolarów, które pozwoliły mu opuścić Bermudy - zaraz potem jednak statek utknął na cztery dni na Morzu Sargassowym[67].
Pewnego wieczoru po dość skromnej kolacji George Blakeslee, który pełnił funkcję fotografa wyprawy, uznał, że ma dość. Jak zapisał w dzienniku, "zawiązałem pętlę na linie, a wszyscy zrozumieli, o co mi chodzi. Zrobiliśmy więc kukłę Hubbarda i zawiesiliśmy ją na wancie. Na głowie zawiązaliśmy jej czerwoną szmatkę z napisem "Nasz rudowłosy ___!""[68]. Po tym incydencie Hubbard wolał nie opuszczać swojej kajuty.
Wściekły kapitan zatelegrafował do właścicieli żaglowca, żeby przesłali mu fundusze na drogę powrotną, po czym zawrócił szkuner do Baltimore, a po zakończeniu ekspedycji określił ją jako "najgorszy i najbardziej nieprzyjemny rejs w życiu"[69]. Gdy "pechowy statek" (jak go określiła lokalna prasa) zawinął do rodzimego portu, Hubbarda nie było już na pokładzie. Ostatni raz widziano go w Puerto Rico, gdzie się cichaczem oddalił, taszcząc swoje dwie walizki.
W pewnym sensie Hubbard podczas tej wyprawy (którą podsumował jako "wspaniałą przygodę"[70]) odkrył swój potencjał. To właśnie wtedy po raz pierwszy ujawniło się jego uwielbienie dla sztuki filmowej (mimo że właściwie nie nakręcono żadnego filmu). Choć wielu uczestników zrezygnowało, wykazał godną pozazdroszczenia zdolność przekonania innych do wsparcia go w przedsięwzięciu, które od początku miało dość chwiejne podstawy. A przecież całe swoje przyszłe życie miał spędzić na pozyskiwaniu ludzi - zwłaszcza młodych - do romantycznych, nieprzemyślanych projektów, w tym wypraw morskich, podczas których nie dosięgały go macki organów sprawiedliwości. To wtedy właśnie zaczął budować swój wizerunek charyzmatycznego przywódcy. Skala jego przyszłego przedsięwzięcia jeszcze się nie rysowała, nawet dla niego samego, jednak najwyraźniej podczas Karaibskiej Wyprawy Filmowej ujrzał w sobie odkrywcę, żeglarza, filmowca oraz przywódcę - choć wtedy w każdej z tych dziedzin poniósł sromotną klęskę. Miał nieuleczalną skłonność do ignorowania oczywistych sygnałów porażki oraz do wyciągania ze swoich doświadczeń wniosków, które innym ludziom wydawałyby się mało racjonalne, albo wręcz dziwaczne. Z czasem nabrał zwyczaju - być może nieświadomie - wypełniania mitologią luki powstałej między rzeczywistością a własną jej interpretacją. Na tym właśnie opierał się jego rzekomy "geniusz" - przez wielu zwany szaleństwem.
W wieku dwudziestu dwóch lat Hubbard ożenił się z Margaret Louise Grubb, starszą od niego o cztery lata miłośniczką latania, którą nazywał Polly. Niedługo wcześniej Amelia Earhart jako pierwsza w historii kobieta odbyła samotny lot przez Atlantyk, co stanowiło ogromną inspirację dla wielu śmiałych dziewcząt. Polly nigdy wprawdzie nie zdobyła licencji pilota, ale trudno się dziwić, że ujęła ją zawadiacka natura Rona i jego opowieści o przygodach w dalekich krajach. Zamieszkali w małym miasteczku w stanie Maryland, w pobliżu rodzinnej farmy Polly. Ron próbował zdobyć pozycję zawodową, pisując do czasopism, dotąd jednak (koniec roku 1933) zaledwie kilka jego artykułów opublikowano. Wkrótce okazało się, że Polly jest w ciąży, tak więc Ron musiał szybko znaleźć jakiś sposób na utrzymanie rodziny.
Amerykańskie określenie "pulp fiction" (oznaczające beletrystykę raczej niskich lotów) wzięło się od kiepskiej jakości papieru ("pulp"), na którym drukowano tanie pisemka o jaskrawych okładkach, cieszące się ogromną popularnością w Ameryce za czasów wielkiego kryzysu (przykładowe tytuły tych pism to: "Dziwne opowieści", "Czarna maska", "Galeon", "Magiczny dywan"). Honoraria pisujących tam autorów były bardzo mizerne - standardową stawką był cent za słowo. Żeby zadrukować swoje sto dwadzieścia osiem stron, każde z tych pisemek potrzebowało sześćdziesięciu pięciu tysięcy słów[71]. A jako że przykładowo w roku 1934 w kioskach z gazetami piętrzyło się w sumie sto pięćdziesiąt różnych tygodników, dwutygodników i miesięczników, na zapełnienie ich potrzeba było stu dziewięćdziesięciu pięciu milionów słów rocznie. Wielu znanych pisarzy zaczynało swoje kariery właśnie od dostarczania pożywki dla tej wygłodniałej bestii (należeli do nich Dashiell Hammett, H. P. Lovecraft, Erle Stanley Gardner, Raymond Chandler, Ray Bradbury czy Edgar Rice Burroughs). "Papkowata literatura" wyhodowała gatunki, które nie były może zupełnie nowe, ale nigdy dotąd nie ukazywały się tak jawnie i w takiej ilości.
Doświadczenia życiowe Hubbarda wydawały się idealnie odpowiadać potrzebom takich opowieści. Jego pierwsze tego typu opowiadanie, zatytułowane Zielony bóg i opublikowane w piśmie "Thrilling Adventures" [Fascynujące przygody] w roku 1934, przedstawia losy oficera marynarki służącego w wywiadzie (być może wzorowanego na postaci Snake'a Thompsona): wpada on w ręce Chińczyków, którzy go torturują i w końcu grzebią żywcem. Opublikowany w piśmie "Cowboys Stories" [Historie kowbojskie] utwór Może dlatego... to pierwsze z czterdziestu siedmiu opowiadań Hubbarda osadzonych na Dzikim Zachodzie, w których zapewne korzystał ze wspomnień z dzieciństwa spędzonego w Montanie. Wkrótce zaczął pisać również o łodziach podwodnych oraz o zombie, a także umieszczać akcję w Rosji czy Maroku. Tak naprawdę liczyła się tylko dobra fabuła, a niesamowita inwencja Hubbarda potrafiła nadać opowieściom barw. Żeby odnieść sukces w tym gatunku, trzeba pisać szybko i z fantazją, a to akurat przychodziło mu bez trudu. Według szacunków Kościoła Scjentologii w latach 1934-1936 produkował około stu tysięcy słów miesięcznie[72]. Pisał (na maszynie) tak szybko, że ze względu na oszczędność czasu zaczął używać papieru pakowego w rolkach[73]. Po ukończeniu opowiadania za pomocą linijki odrywał zapisaną część, po czym wysyłał ją do wydawcy. Ponieważ pisma chciały mieć w każdym numerze tylko po jednym tekście danego autora, Hubbard tworzył pod różnymi pseudonimami - występował między innymi jako Mr Spectator, kapitan Humbert Reynolds, Rene Lafayette czy Winchester Remington Colt. Przez lata zebrało się ze dwadzieścia różnych pseudonimów. Mówił, że podczas pisania opowiadań obrazy po prostu "przelatywały mu przez głowę", starał się więc jak najszybciej zapisać wszystko, co widział oczyma wyobraźni. Był to dla niego prawdziwy wysiłek fizyczny - w toku pracy twórczej bardzo się pocił[74]. Wyznawał filozofię: "brudnopis, czystopis, do widzenia"[75].
7 maja 1934 roku w Encintas w Kalifornii, dokąd Ron i Polly udali się na urlop, przyszedł na świat ich syn L. Ron Hubbard Junior (którego nazywali Nibs). Dziecko było wcześniakiem i ważyło niewiele ponad kilogram. Ron przerobił szufladę na inkubator, ogrzewany żarówką, Polly zaś karmiła synka zakraplaczem[76]. Dwa lata później w Nowym Jorku Polly urodziła córeczkę Katherine May Hubbard (nazywaną Kay).
W 1936 roku rodzina przeniosła się do Bremerton w stanie Waszyngton - w pobliżu mieszkali wówczas rodzice Rona oraz jego dziadkowie ze strony matki. Wszyscy ciepło przyjęli Polly i dzieci. Ronowi powodziło się na tyle dobrze, że mógł kupić niewielką farmę w pobliskim Port Orchard - duży dom i pięć mniejszych domków, trzysta metrów nabrzeża oraz widok na wulkan Mount Rainier. W liście do swojego najlepszego przyjaciela Russela Haysa (również twórcy taniej beletrystyki, zamieszkałego w Kansas) Hubbard opisywał swoją nową posiadłość jako "najpiękniejsze miejsce, jakie w życiu widział"[77]. Niemniej jednak znaczną część czasu wciąż spędzał w Nowym Jorku, gdzie pielęgnował zawodowe kontakty z dala od żony i dzieci - czasem nie widywał ich przez wiele tygodni.
Hubbard marzył o Hollywood, co z czasem zaczęło przypominać długą, choć nieodwzajemnioną miłość. Pomimo wielu starań z fabryki snów otrzymywał tylko "mgliste propozycje"[78] krótkoterminowych kontraktów. "Daję sobie spokój z Hollywood - skarżył się Haysowi. - Mam za mało wdzięku"[79]. W końcu jednak wiosną roku 1937 studio Columbia Pictures nabyło prawa do jednego z opowiadań - na jego podstawie miał powstać serial pod tytułem Tajemnica wyspy skarbów[80]. Hubbard szybko przeniósł się do Hollywood, gdzie miał nadzieję wreszcie zrobić karierę w branży filmowej. (Później twierdził, że pracował tam wówczas przy kilku filmach, w tym przy zaliczanym już do klasyki Dyliżansie z Johnem Wayne'em oraz Niezwyciężonym Billu z Garym Cooperem[81] - jego nazwisko nie pojawiło się jednak w żadnej produkcji poza Tajemnicą wyspy skarbów). W połowie lata był już z powrotem na swojej farmie, a poniesioną klęskę kładł na karb długich godzin pracy, zbyt dużego napięcia oraz "durnych żydowskich producentów"[82].
Hubbard ponownie rzucił się w wir pisania taniej beletrystyki, choć teraz tej jego działalności towarzyszyła już lekka nuta cynizmu. "Nigdy nie twórz postaci, której nie znajdziesz w piśmie, w którym ma się ukazać opowiadanie - radził Haysowi. - Nigdy nie opisuj kogoś nietypowego". Twierdził, że w tego rodzaju twórczości realizm nie jest żadnym atutem i narzekał, że nigdy nie udało mu się sprzedać opowiadania, które "byłoby w jakikolwiek sposób związane z osobistymi doświadczeniami. [...] Rzeczywistość najwyraźniej nie jest w cenie"[83].
1 stycznia 1938 roku Hubbard doznał objawienia, które miało zmienić całe jego życie - a koniec końców również życie wielu innych ludzi. Podczas zabiegu dentystycznego otrzymał znieczulenie wziewne. "Pod wpływem tego środka musiało dojść u mnie do zatrzymania akcji serca - wspominał. - Czułem się, jakbym spadał na łeb na szyję w szkarłatny wir, i miałem świadomość, że umieram i że ten proces nie należy do przyjemności"[84]. Hubbard uważał, że w tej krótkiej, fantasmagorycznej chwili przez przypadek objawiły mu się tajemnice istnienia. Forrest Ackerman, jego późniejszy agent literacki, relacjonuje słowa Hubbarda, wedle których miał on jako duch unieść się nad fotel dentystyczny, spojrzeć na pozostawione ciało i pomyśleć: "To dokąd teraz?". Następnie duch pozbawiony ciała zauważył w oddali ogromną, bogato zdobioną bramę, przez którą po chwili przepłynął. Po drugiej stronie odkrył
intelektualny szwedzki stół, na którym znajdowało się wszystko, co kiedykolwiek frapowało ludzki umysł - no wiesz: jak to się wszystko zaczęło, dokąd pójdziemy dalej, czy istnieją wcześniejsze wcielenia - a jego duch chłonął te wszystkie ezoteryczne informacje jak gąbka. Po czym nagle usłyszał jakby świst powietrza, a potem głos: "Nie, jeszcze nie! Nie jest jeszcze gotów!". A następnie poczuł, jakby przyczepiona do niego długa pępowina ciągnęła go z powrotem. Opadł na swoje ciało, otworzył oczy i powiedział do asystentki dentysty: "Przez chwilę nie żyłem, prawda?".
Asystentka była wyraźnie zaskoczona, a dentysta rzucił jej gniewne spojrzenie, jakby miał jej za złe, że zdradziła pacjentowi, co zaszło[85].
Sam Hubbard twierdził, że pamięta głosy, które wołały "Nie pozwólcie, żeby się zorientował!", gdy wracał do świata żywych. Kiedy ponownie znalazł się w swoim ciele, wciąż jeszcze "pozostawał w kontakcie z czymś nieznanym". Poczucie, że przez krótką chwilę miał dostęp do boskiej tajemnicy, nie opuszczało go przez jeszcze kilka dni, nie potrafił jednak przywołać całego doświadczenia. "A potem nagle, pewnego ranka, zaraz po obudzeniu, wszystko to do mnie wróciło"[86].
Owładnięty swego rodzaju gorączką, błyskawicznie napisał niewielką książeczkę, którą zatytułował Excalibur. "Dawno, dawno temu, jak podaje autor Baśni z tysiąca i jednej nocy, żył bardzo mądry starzec" - tak rozpoczyna się tekst, lub raczej opublikowane przez Kościół Scjentologii niewielkie fragmenty dzieła, którym organizacja rzekomo dysponuje. Kolejne fragmenty mówią o tym, że mądry staruszek napisał długą i wielce uczoną księgę, martwił się jednak, że napisał zbyt wiele. Poświęcił więc kolejne dziesięć lat życia na skrócenie swojego dzieła, aż stopniało do jednej dziesiątej pierwotnej objętości. Wciąż jednak nie był zadowolony, aż w końcu ograniczył wszystko do jednego wersu, "który zawierał całą ważną dla człowieka wiedzę", po czym ukrył ten święty wers w niszy w ścianie swojego domu. Wciąż jednak zastanawiał się, czy nie dałoby się jeszcze bardziej wydestylować ludzkiej wiedzy...
Załóżmy, że całą mądrość tego świata można by ograniczyć do jednego zaledwie wersu; i załóżmy, że ten wers ma zostać dziś napisany i przekazany tobie. Dzięki niemu będziesz mógł zrozumieć podstawę całego życia i wszelkich starań. [...] Istnieje taki wers, wydobyty z gąszczu informacji i udostępniony w postaci kompaktowej, żeby wyjaśniać tego rodzaju rzeczy. Wers ten stanowi filozofię filozofii, a dzięki temu sprowadza temat dociekań do pierwotnego poziomu prostej i bezpretensjonalnej prawdy.
Wszelkim życiem kieruje jedno jedyne wskazanie: PRZETRWAĆ[87].
Hubbard wysyłał nowojorskim wydawcom pełne entuzjazmu telegramy: zapraszał ich, żeby spotkali się z nim na Penn Station, gdzie sprzeda im manuskrypt dzieła, które zmieni świat. Jak pisał do Polly: "Mam wielką nadzieję, że uda mi się wyryć moje nazwisko na kartach historii tak mocno, że przybierze ono postać legendy, nawet jeśli wszystkie moje książki ulegną zniszczeniu"[88].
Excalibur nigdy jednak nie został wydany, a niektórzy powątpiewają, czy w ogóle powstał. Historie opowiadane później przez samego autora tylko potęgują wrażenie, że jest to dzieło raczej mityczne, a nie faktycznie istniejące. Hubbard twierdził na przykład, że gdy Rosjanie dowiedzieli się, co zawiera książka, zaproponowali mu pieniądze oraz pomieszczenia laboratoryjne, gdzie mógłby dokończyć pracę - a kiedy im odmówił, wykradli kopię manuskryptu z jego pokoju hotelowego w Miami. Tłumaczył też swojemu agentowi, że w końcu postanowił nie publikować tej książki, ponieważ na pierwszych sześciu osobach, które ją przeczytały, zawarta w niej prawda zrobiła tak wstrząsające wrażenie, że doznały pomieszania zmysłów[89]. Opowiadał też, że kiedy ostatni raz zaniósł swoje dzieło do wydawnictwa, recenzent po przeczytaniu manuskryptu przyniósł go do gabinetu naczelnego, położył na biurku, a następnie wyskoczył z okna wieżowca, w którym znajdowało się biuro[90].
Chcąc nie chcąc Hubbard wrócił do pisania taniej beletrystyki. Po pięciu latach natężonej produkcji czuł się jednak wyczerpany i zgorzkniały. Jak sam przyznawał, jego twórczość była "bezwartościowa". "Nauczyłem się swojego rzemiosła i wypracowałem odpowiednie techniki - pisał do Haysa. - Jednak z powodu lęku wydawców przed realizmem, jak również wskutek ograniczeń wynikających z mojego własnego buntu nie odważyłem się nigdy rozpalić pełnego płomienia; jak dotąd, wciąż wypuszczam tylko smużkę dymu" [91].
Jeszcze w tym samym roku otrzymał propozycję pisania do pisma zatytułowanego "Astounding Science-Fiction" [Zdumiewająca fantastyka naukowa]. Jego redaktorem naczelnym był wówczas dwudziestosiedmioletni John W. Campbell Junior, pod którego wodzą wkrótce miał nastać - nie tylko zdaniem Hubbarda - złoty wiek gatunku science fiction. Jednym z wielu znakomitych młodych pisarzy, którzy znaleźli się w kręgu wpływów Campbella, był Isaac Asimov. W następujący sposób opisywał on wydawcę: "wysoki, potężny mężczyzna o jasnych włosach, haczykowatym nosie, szerokiej twarzy i wąskich wargach, z nieodłączną fifką w zębach"[92]. Campbell był nieznoszącym sprzeciwu piewcą poglądów skrajnej prawicy oraz miłośnikiem wszelkich ekscentrycznych rodzajów pseudonauki - zwłaszcza dotyczących zjawisk paranormalnych. Miał zwyczaj wygłaszać niekończące się monologi, w których często wyrażał mało popularne poglądy (jak na przykład poparcie dla niewolnictwa), po czym zaciekle bronił swoich tez tak długo, aż wymęczeni rozmówcy wycofywali się z pola boju. "Mocno ekscentryczna postać o potężnej sile rażenia"[93] - tak scharakteryzował go brytyjski pisarz Kingsley Amis. Campbell był jednak także skrupulatnym i rzutkim redaktorem, otaczającym swoją pieczą niedoświadczonych pisarzy, jak na przykład Robert A. Heinlein (którego pierwsze teksty ukazywały się właśnie w piśmie Campbella), i czyniącym z nich prawdziwe literackie ikony.
Campbell uważał, że fantastyka naukowa to znacznie więcej niż tylko tania rozrywka - dla niego gatunek ten zdradzał cechy prorocze. Jego głębokie przekonanie o szczególnym znaczeniu tego rodzaju literatury nadawało jej swoisty mistyczny urok, do jakiego inne popularne gatunki nie mogły nawet pretendować. W wielu miejscowościach w całym kraju powstawały lokalne gazetki i kluby science fiction, zasilane w większości przez nastoletnich chłopców, których pociągała romantyczna wizja nauki. Niektórzy z nich po latach zostali zresztą liczącymi się naukowcami, choć motorem ich badań były niejednokrotnie koncepcje powstałe w umysłach pisarzy takich jak Heinlein, Asimov czy Hubbard[94]. "Fantastyka naukowa, zwłaszcza w okresie złotego wieku gatunku, miała pewną misję - pisze Hubbard. - A mianowicie, by człowiek sięgnął wreszcie gwiazd"[95]. Siebie samego uważał za osobę doskonale przygotowaną do tego rodzaju twórczości: "Sam miałem za sobą pewne doświadczenie w pracy naukowej; prowadziłem pionierskie badania związane z rakietami i ciekłymi gazami"[96].
Dopiero na polu fantastyki naukowej Hubbard odkrył w sobie wielki talent pisarski. Gatunek ten otworzył przed nim znacznie większe możliwości niż pisanie historii przygodowych i kowbojskich - stanowił też dużo większe wyzwanie intelektualne. Zadaniem pisarza science fiction jest odkrywanie alternatywnych światów i poruszanie istotnych kwestii dotyczących przeznaczenia oraz sensu życia. Chodzi o to, żeby stwarzać taką rzeczywistość, która dla czytelnika będzie czymś zupełnie nowym, ale zarazem wiarygodnym. Zaczyna się od jakiejś hipotezy, a potem rozbudowuje jej konsekwencje logiczne, dodaje szczegóły i zdarzenia, żeby nadać wyimaginowanej strukturze konkretną formę. Pod tym względem science fiction przypomina nieco teologię. Niektóre z najpilniej strzeżonych tajemnic scjentologii pod różnymi postaciami pojawiały się już wcześniej w opowiadaniach Hubbarda.
Bez wątpienia umysł swobodnie błądzący po wyimaginowanych światach może być skłonny podejrzewać, że pod powierzchnią zwykłej codzienności kryje się więcej, niż się z pozoru wydaje. Szerokie ramy fantastyki naukowej musiały mieć wpływ na skalę rozważań Hubbarda na temat ludzkiej kondycji. Nie brakowało mu odwagi ani fantazji. Potrafił bez trudu stworzyć skomplikowaną, ale przekonującą rzeczywistość. Czym innym jest jednak wykreować wiarygodny świat, a czym innym - samemu weń uwierzyć. Na tym polega różnica między sztuką i religią.
Hubbard prowadził teraz dwa równoległe życia: jedno na farmie w Port Orchard, w otoczeniu rodziców, Polly i dzieci, a drugie w Nowym Jorku, gdzie wynajął mieszkanie na Upper West Side. W mieście zyskał uznanie, na którym tak bardzo mu zależało. Wraz z kolegami ze Stowarzyszenia Amerykańskich Pisarzy często jadał obiady w hotelu Knickerbocker, gdzie opowiadali sobie historie oraz gawędzili z redaktorami. Został też członkiem prestiżowego Klubu Odkrywców, co dodawało nieco wiarygodności chętnie serwowanym przez Hubbarda opowieściom o jego przygodach.
"Jako niespełna trzydziestolatek Hubbard był człowiekiem wysokim i dobrze zbudowanym, o rudych włosach, jasnej cerze i długim nosie nadającym jego twarzy wygląd nowego wcielenia Fauna - wspominał później inny pisarz science fiction L. Sprague de Camp. - W swoim nowojorskim mieszkaniu urządził odgrodzony kotarami kącik wielkości budki telefonicznej oświetlony niebieską żarówką, gdzie mógł pracować w szybkim tempie, niczym nierozpraszany"[97].
Ponieważ od żony dzieliła go odległość niemal całego kontynentu, miał liczne okazje zabiegać o względy innych kobiet - co czynił tak otwarcie, że wprawiał tym w zdumienie swoich kolegów pisarzy. Winą za swoje rozbuchanie obarczał Polly. "Z powodu jej fizycznej oziębłości oraz pretensjonalnej sztuczności miałem się już niemal za eunucha - zapisał kilka lat później w niepublikowanych wspomnieniach (Kościół Scjentologii kwestionuje ich autentyczność). - Kiedy się przekonałem, że mam powodzenie u kobiet, wdawałem się w liczne romanse. Jednak ponieważ nie potrafiłem zaspokoić Polly, zawsze zwracałem przesadną uwagę na odczucia każdej z chwilowych partnerek, przez co sam czerpałem z tych zbliżeń niewiele przyjemności. Miałem objawy nerwicy lękowej, która osłabiała moją naturalną moc"[98].
Jedna z tych "chwilowych partnerek" miała na imię Helen. "Kochałem ją, a ona mnie - zapisał Hubbard. - Sprawa trwałaby znacznie dłużej, gdyby nie dowiedziała się o niej Polly"[99]. Podczas pobytu męża w Port Orchard Polly znalazła zostawione przez niego w skrzynce pocztowej dwa listy do dwóch różnych kobiet. Zabrała je, przeczytała i w ramach zemsty zamieniła koperty, po czym włożyła je z powrotem do skrzynki[100]. Przez jakiś czas po tym zdarzeniu Ron i Polly nie odzywali się do siebie.
Wygląda jednak na to, że do roku 1940 zdążyli się pogodzić, popłynęli bowiem razem na Alaskę dziewięciometrowym keczem Magician (czyli "magik"; mówili na niego jednak zdrobniale Maggie). Na kilka miesięcy planowanej nieobecności opiekę nad dziećmi powierzyli rodzinie. Hubbard nadał rejsowi nazwę Ekspedycja Radiowo-Eksperymentalna na Alaskę, dzięki czemu mógł dumnie wywiesić flagę Klubu Odkrywców. Oficjalnym celem wyprawy miało być wykorzystanie nowej technologii radiowej do stworzenia nowych wskazówek nawigacyjnych dla wybrzeża Alaski; kiedy jednak w mieście Ketchikan popsuł się silnik żaglowca, w wywiadzie dla miejscowej gazety Hubbard stwierdził: "nasz cel jest dwojaki: po pierwsze, wygrać zakład, a po drugie, zebrać materiały do powieści o połowie łososia na Alasce"[101]. Jak opowiadał, jego znajomi gotowi byli się założyć, że Magician jest za mały na taką wyprawę, postanowił więc im udowodnić, że się mylą.
Podczas kilkutygodniowego przymusowego postoju w Ketchikan związanego z oczekiwaniem na nowy wał korbowy Hubbard zabawiał słuchaczy miejscowego radia opowieściami o swoich przygodach, jak na przykład wytropienie niemieckiego szpiega, którego wysłano na Alaskę po to, aby w razie wybuchu wojny odciął łącza komunikacyjne, lub też złapanie na lasso niedźwiedzia brunatnego, który następnie wgramolił się do łodzi rybackiej naszego bohatera[102].
Gdy w końcu dostarczono wał korbowy, Ron i Polly ruszyli w drogę powrotną. Do domu zawitali na kilka dni przed Bożym Narodzeniem roku 1940, niemal sześć miesięcy po rozpoczęciu wyprawy - podczas której niewiele osiągnęli. Jak jednak oficjalnie głosi Kościół, "przez cały ten czas Ron L. Hubbard poszukiwał odpowiedzi na zagadnienia nurtujące ludzkość"[103].
Kluczowym punktem konkurencyjnych opowieści o życiorysie Hubbarda jest spór co do jego zasług dla amerykańskiej marynarki wojennej podczas II wojny światowej oraz obrażeń, jakie miał wówczas odnieść. Z pewnością marzyła mu się kariera wojskowa, nie zdał jednak egzaminów wstępnych do Akademii Marynarki Wojennej, a do tego został zdyskwalifikowany ze względu na słaby wzrok[104]. Gdy w 1930 roku zapisywał się do rezerwy Korpusu Piechoty Morskiej, całkiem niepotrzebnie skłamał, podając swoją datę urodzenia (dodał sobie dwa lata), co mogło mieć wpływ na jego wcześniejszy (w stosunku do rówieśników) awans do stopnia pierwszego sierżanta. Według adnotacji w oficjalnym rejestrze pozostawał "nieaktywny, z wyjątkiem czynnej służby w okresie szkoleń". Po roku wystąpił jednak o zwolnienie ze służby, motywując to następująco: "Nie mam dość czasu, żeby móc należycie angażować się w działania pułku"[105].
Jednak kilka miesięcy przed atakiem na Pearl Harbour Hubbard podjął kolejne usilne starania o przyjęcie do marynarki. Zdobył parę rekomendacji; pośród polecających go osób znalazł się kongresman Warren G. Magnuson, który w liście do prezydenta Roosevelta określał "kapitana Hubbarda" jako "znanego pisarza" i "uznanego podróżnika", który "posiada uprawnienia do pływania na większej liczbie jednostek morskich niż jakikolwiek inny obywatel USA". Ponadto, "jest czołową postacią w środowisku organizacji literackich, co daje mu wielki potencjał polityczny w skali ogólnokrajowej". Na koniec kongresman zauważa: "Co ciekawe, nie lubi on rozgłosu wokół własnej osoby"[106]. Pod innym listem polecającym (napisanym zresztą przez samego Hubbarda) podpisał się senator Robert M. Ford z Waszyngtonu: "Pragnę przedstawić jednego z najzdolniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek poznałem: kapitana L. Rona Hubbarda"[107].
W kwietniu 1941 Hubbard z powodu słabego wzroku po raz kolejny odpadł z rekrutacji po badaniu lekarskim. Kiedy jednak niemieckie okręty podwodne zaczęły atakować amerykańskie statki na północnym Atlantyku, a nawet na wodach przybrzeżnych USA, prezydent Roosevelt ogłosił stan wyjątkowy, w związku z czym niedoskonałości natury fizycznej zeszły na dalszy plan. W lipcu 1941 roku Hubbard został przydzielony do rezerwy marynarki wojennej (w stopniu porucznika).
Sam Hubbard twierdzi, że natychmiast wysłano go w bój. Miał znaleźć się na pokładzie niszczyciela USS Edsall, który został zatopiony u północnego wybrzeża Jawy. Cała załoga rzekomo zginęła, jedynie Hubbardowi udało się dostać na brzeg i zaszyć w dżungli. Tam właśnie miał przebywać 7 grudnia 1941 roku, gdy Japończycy przeprowadzili atak na Pearl Harbor. (W rzeczywistości USS Edsall został zatopiony dopiero w marcu 1942 roku). Hubbard opowiadał, że gdy ukrywał się w tych okolicach, japoński patrol ostrzelał go z karabinów maszynowych, udało mu się jednak przeżyć, a potem uciec na tratwie do Australii[108]. W innym miejscu wspomina natomiast, że po wypowiedzeniu przez USA wojny Japonii został wysłany na Filipiny, a następnie, wiosną 1942 roku, odesłany do domu prywatnym samolotem sekretarza Marynarki Wojennej jako "pierwszy ranny wracający do Ameryki z Dalekiego Wschodu"[109].
Archiwa marynarki wojennej zawierają jednak informację, że w czasie wybuchu wojny Hubbard odbywał szkolenie w zakresie wywiadu. Rzeczywiście miał zostać skierowany na Filipiny, ale gdy się okazało, że na Oceanie Spokojnym dominację zdobywają Japończycy, jego statek zmienił kurs i popłynął do Australii. Na antypodach oczekiwał na transport do Manili, ale podpadł amerykańskiemu attaché morskiemu. "Przez skłonność do przypisywania sobie uprawnień, których nie posiadał, jak również próby wykonywania obowiązków, do których nie miał kwalifikacji, sprawiał bardzo dużo kłopotów - skarżył się attaché. - Ten oficer nie nadaje się do tego, aby mu przyznać niezależne stanowisko. Jest niezwykle gadatliwy i wciąż udaje ważną figurę"[110]. Hubbard został odesłany do Nowego Jorku, żeby przydzielono mu tam inne zadania.
Hubbard znów znalazł się w Nowym Jorku, gdzie pracował w biurze cenzury telegraficznej. Usilnie zabiegał o stanowisko na pokładzie statku, aż w końcu otrzymał możliwość dowodzenia trawlerem USS YP-422 przystosowywanym właśnie do celów militarnych i przeznaczonym do patrolowania wybrzeża[111]. Według Kościoła, gdy tylko wszedł do bostońskiej stoczni marynarki wojennej, stanął twarzą w twarz z niemal setką żołnierzy świeżo zwolnionych z wojskowego więzienia w Portsmouth, New Hampshire. Już na pierwszy rzut oka wydali mu się zgrają morderców: "mundury mieli wysmolone, a hamaki - czarne od brudu". Po bliższym zapoznaniu z załogą, przekonał się, że każdy z nich wstąpił na pokład wyłącznie po to, żeby uniknąć dalszej odsiadki"[112]. Hubbard miał ponoć w sześć tygodni tak świetnie wyszkolić tę ekipę skazańców, że "wsławili się zrzuceniem około siedemdziesięciu ładunków głębinowych, a przy tym nie ponieśli żadnych strat w ludziach"[113]. Archiwa marynarki wojennej poświadczają jednak, że zanim jeszcze statek został zwodowany, Hubbarda zwolniono z funkcji dowódcy, ponieważ zdaniem komendanta stoczni nie miał "odpowiedniego usposobienia, żeby samodzielnie dowodzić jednostką"[114]. Nie istnieją żadne dokumenty mówiące o tym, że w ogóle kiedykolwiek brał udział w walkach na Atlantyku.
Następnie został wysłany do ośrodka szkoleniowego w Miami, gdzie miał się przygotować do służby na ścigaczach okrętów podwodnych. Zjawił się tam w ciemnych okularach, prawdopodobnie ze względu na zapalenie spojówek, które nękało go przez całą wojnę i później - jednak w rozmowie z innym młodym żołnierzem Thomasem Moultonem wyjaśnił, że podczas służby na niszczycielu pływającym po Pacyfiku stał za blisko karabinu wielkokalibrowego, przez co błyski wystrzałów zniszczyły mu wzrok[115]. Wśród nowych kolegów z ośrodka szkoleniowego wkrótce uchodził więc za wielki autorytet - a fakt, że wydawał się dość powściągliwy w opowiadaniu o swoich wojennych przygodach, tylko podbijał jego pozycję starego wygi.
W trakcie pobytu w Miami Hubbard zaraził się rzeżączką od kobiety imieniem Ginger. "Była osobą dość rozwiązłą - notował w swoim tajemnym kajecie. - Przeraziły mnie możliwe konsekwencje: że o wszystkim dowie się żona, wojsko, moi przyjaciele. [...] W rezultacie zacząłem się faszerować taką ilością sulfonamidu, że bałem się, czy nie uszkodzę nim sobie mózgu"[116].
Choroby przenoszone drogą płciową stanowiły w czasie wojny częstą przypadłość wśród wojskowych, których stale zresztą ostrzegano przed niebezpieczeństwem związanym z przygodnymi miłostkami. Choć w życiu erotycznym Amerykanie pozwalali sobie na nieco większą swobodę, niż to przedstawiała ówczesna kultura popularna, rozwody wciąż były jeszcze bardzo piętnowane. Mimo to młody Hubbard stale dryfował w stronę lekkomyślnych romansów i pogoni za spódniczkami, przez co rozpadały się kolejne jego małżeństwa, a dzieci oddalały się od ojca (miał ich w sumie siedmioro, z trzema żonami). W sekretnym dzienniku wyznaje, że okresowo cierpiał na impotencję, którą ponoć leczył testosteronem. Pisał też o swoich niepokojach związanych z masturbacją, którą w tamtych czasach uważano za przejaw słabości moralnej, mogący prowadzić do wielu poważnych dolegliwości, jak pogorszenie wzroku, impotencja, lub nawet szaleństwo.
Hubbard w końcu objął dowództwo nad ścigaczem USS PC-815[117]. Poprosił Thomasa Moultona, żeby został jego zastępcą. Statek budowano w Portland w Oregonie, a kiedy w kwietniu 1943 roku został ukończony, miejscowa gazeta opisała to zdarzenie, a przy nazwisku Hubbarda pojawił się tytuł "komandor podporucznik" (podczas gdy w rzeczywistości Hubbard wciąż jeszcze był zwykłym porucznikiem marynarki) oraz "weteran w ściganiu okrętów podwodnych podczas bitew na Pacyfiku i Atlantyku". Zachowało się zdjęcie, na którym Hubbard i Moulton stoją przed niewielkim statkiem, nadającym się właściwie tylko do patrolowania okolic portu. Hubbard ma podniesiony kołnierz marynarskiej kurtki, na nosie okulary, a w ręku trzyma fajkę. Na jego twarzy maluje się wyraz determinacji. "Te maleństwa to prawdziwe bestie - mówił o swoim statku. - Potrafiłyby spuścić cięgi każdej jednostce, jaką pływał Nelson czy Farragut[118]. Walczą tak, że aż iskry lecą; są jedyną odpowiedzią na zagrożenie ze strony okrętów podwodnych. Chcę z całą mocą zaznaczyć, że przyszłość Ameryki zależy od takich właśnie eskortowców"[119].
Warto się chwilę zatrzymać przy tym przesadzonym stwierdzeniu. Język, którym posługuje się tu Hubbard, jest jakby żywcem wyjęty z wypowiedzi bohaterów jego sensacyjnej beletrystyki. Sam autor najwyraźniej marzył o tym, by naprawdę stać się taką postacią, co niestety wciąż utrudniały mu powtarzające się konflikty z przełożonymi. Każdy ze szczegółów tej wypowiedzi (korzystne dla samego siebie porównanie z największymi w historii bohaterami bitew morskich, pretendowanie do roli osoby trzymającej w ręku losy narodu) świadczy o jego ogromnej tęsknocie za odegraniem roli wielkiego bohatera - lub przynajmniej o wewnętrznej potrzebie, by za takiego uchodzić. Wkrótce miał zyskać okazję do zrealizowania tych marzeń.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.