PROLOG
Akurat dziś, gdy temperatura w mieście
dochodziła do trzydziestu ośmiu stopni Celsjusza, jemu wysiadła
klimatyzacja. Na dodatek stał w paskudnym popołudniowym korku na
wylotówce do jego wymarzonego domu w Hampton Bays, bo doszło do jakiegoś
karambolu, w którym zderzyło się aż sześć samochodów. Przynajmniej tak
mówili w radiu. I choć doskonale zdawał sobie sprawę, że mediom nie
można ufać, to akurat tym razem mógł zawierzyć miłemu, choć stanowczemu
głosowi latynoskiej dziennikarki Jenny Hodge, której audycji lubił
słuchać, od kiedy pamięta.
John Pilar był przyzwyczajony do stania w korkach, bo nowojorska
metropolia nie potrafiła sobie z nimi poradzić od dekad. Dlatego
trwający kilka godzin powrót do domu nie był dla niego czymś wyjątkowym.
Tym bardziej że przez ostatnie trzy lata musiał na sukces harować jak
wół. Czasem nawet nie opłacało mu się wracać do domu i zostawał w jednym
ze swoich klubów fitness na noc, co jego żonę doprowadzało do szału.
Bardzo ją kochał, podobnie jak trójkę swoich dzieci. Dwunastoletni Tim
był pasjonatem lotnictwa, dziewięcioletnia Natalia kochała prace w ogródku, a pięcioletnia Laura potrafiła już śpiewać jak mała gwiazda
estrady. Uwielbiał z nimi przebywać i czuł, że jego ciągła nieobecność
jest dla nich uciążliwa. Przez lata tłumaczył sobie, że wszystko, co
robi, robi dla żony i dzieciaków. To dla nich zasuwał w pocie czoła w Afganistanie, Iraku czy Syrii, gdzie przeszedł przez piekło. To dla nich
tyrał wśród niewidzialnego i czającego się za każdym rogiem wroga. Dla
nich wreszcie został odznaczony srebrną gwiazdą i purpurowym sercem, gdy
po jednej z akcji dostał się do talibskiej niewoli. Poddawany brutalnym
torturom, nie ugiął się jednak przed żądaniami wroga i w końcu doczekał
się kolegów z jednostki SEALsów, którzy wyratowali go z opresji. Kochał
swój kraj, był patriotą. Ale rodzinę stawiał zawsze na pierwszym
miejscu. Dlatego zrezygnował. Za żonę i dzieci był w stanie oddać życie
i gdyby sam diabeł zechciał mu ich odebrać, on ruszyłby jego śladami do
najgłębszych piekielnych czeluści.
Od czterech lat nie jeździł już na misje. Gdy urodziła się Laura, żona
postawiła ultimatum.
-?Jak chcesz tam wracać, to możesz tam zostać. Ja dłużej tego nie zniosę
-?rzuciła w nerwach.
-?Ostatnia misja. Przysięgam i...
-?Ostatnia miała być dwa lata temu. Potem rok temu. Ile jeszcze chcesz
nas zwodzić?
-?To moja praca.
-?Gówno, a nie praca. Nie ma mowy. Dzieciaki cię potrzebują. Ja cię
potrzebuję. Jesteś... jesteś, kurwa, moim mężem...
Wiedział, że każdy jego wyjazd jest dla żony prawdziwą gehenną, ale
przez lata odsuwał te myśli od siebie jak najdalej. Rzeczywiście
podchodził do tego jak do pracy, która pozwalała mu zarobić na rodzinę.
A że w jednostkach specjalnych płacili całkiem przyzwoicie, nie szukał
innej drogi. Do tego momentu nie zdawał sobie jednak sprawy, jak bardzo
krzywdzi bliskich. Zdecydował się zostać w kraju. Przekalkulował, że za
zarobione na wojaczce pieniądze, z małą pomocą banku, jest w stanie
otworzyć dwie siłownie. Jedną urządził w Ridgewood, a drugą w Brighton
Beach. Trafił świetnie i już po dwóch latach dołożył jedną na
Greenpoincie i swoją perełkę na manhattańskim SoHo. Dzięki temu w końcu
mógł się wyprowadzić z centrum i zamieszkać na przedmieściach Hampton
Bays. No i spełnić niedoścignione przez lata marzenie -?sprawić sobie
wymarzonego forda mustanga shelby GT 500. Co prawda zawsze śnił o klasyku z 1967 roku, ale na ten model jeszcze nie było go stać. Kupił
zatem egzemplarz prosto z salonu, rocznik 2016. Drapieżny, lśniący w piekielnym słońcu jak czarny diament, wyglądał magicznie. Zawsze czuł
się w nim bosko. Do dziś...
Nie pamiętał takiego upału, od kiedy zamieszkał w Nowym Jorku przed
dwudziestu laty. Prawie czterdzieści kresek w tej betonowej dżungli było
dla przeciętnego mieszkańca męką niemal nie do zniesienia. Potrafił
przetrwać podobne, a nawet wyższe temperatury podczas misji, i to w pełnym umundurowaniu, ale na pustyni powietrze było suche jak wiór. Na
Manhattanie czy Brooklynie po prostu nie dawało się oddychać. Wilgotność
zabijała, dosłownie i w przenośni, bo według najnowszych informacji z powodu upałów zmarło już co najmniej dwadzieścia sześć osób. W związku z tym burmistrz zdecydował nawet, aby specjalne grupy rozwoziły po ulicach
darmową wodę, bo ludzie regularnie mdleli z przegrzania i odwodnienia
organizmu.
On jak na złość nie zaopatrzył się w kolejną butelkę przed wjazdem na
ekspresówkę i teraz bez odrobiny wody stał w swoim pięknym,
wypolerowanym, czarnym mustangu, który chłonął promienie prawie jak
bateria słoneczna. W środku pojazdu było już prawie siedemdziesiąt
stopni. Niemal jak w piekarniku. W takiej temperaturze i przy takiej
wilgotności organizm odwadniał się błyskawicznie.
Samochody znów ruszyły z miejsca. Powoli, ociężale.
John przekręcił kluczyk i delikatnie wcisnął pedał gazu. Głęboki pomruk
sześciolitrowego silnika o mocy ponad sześciuset koni mechanicznych znów
zabrzmiał pięknie, ale nie dane mu było się rozkręcić, bo za kilkanaście
sekund wszystkie pojazdy raz jeszcze stanęły w bezruchu. Jenny Hodge
ponownie zakomunikowała, że korek ma prawie siedem kilometrów i służby,
mimo szczerych chęci, nie zdołają go rozładować szybciej niż za kilka
godzin. Nie chcąc się dłużej denerwować, John pewnym ruchem otworzył
drzwi i wysiadł z samochodu. Zrobił kilka kroków i zatrzymał się przy
starym cadillacu. Za kierownicą siedział gruby Meksykanin, którego
ramiona i szyja pokryte były tatuażami. Zobaczył pukającego w szybę
gościa i delikatnie ją uchylił.
-?Czego? -?fuknął, rzucając mu kose spojrzenie.
-?Siadła mi klima, a się nie zabezpieczyłem -?odparł Pilar.
-?Że co?
-?Nie mam wody i cholernie mnie suszy. Pomożesz, człowieku?
Meksykanin raz jeszcze zerknął spode łba na Pilara i lekko kiwnąwszy
głową, sięgnął za tylne siedzenie, skąd wyciągnął półtoralitrową butelkę
Aquafiny.
-?Pięć dolców -?rzucił, nieco bardziej uchylając szybę.
John wyjął portfel i wyciągnął dziesięć, bo nie miał drobniejszych.
-?Wezmę dwie -?powiedział i wręczył go Meksykaninowi. Ten szybkim ruchem
chwycił papier i przekazał butelkę z wodą.
-?Nie mam więcej, reszty też nie. Na zdrowie, chłopie -?odpowiedział i sekundę później szyba jego cadillaca się domknęła.
Pilar czym prędzej zaspokoił pragnienie i pospiesznie wrócił do
samochodu. Odchrząknął, cmoknął. Czekała go rozmowa, której od
kilkudziesięciu minut starał się uniknąć. Dziś już raz pokłócił się z żoną przed wyjściem do pracy. Sprzeczkę widział nawet stary Pat -
zgrzybiały i cholernie wścibski sąsiad, szef sieci brooklyńskich deli,
którego John po prostu nie lubił. Niestety, głos Jenny Hodge nie
pozostawiał mu wyboru. Musiał w końcu zadzwonić do żony i uprzedzić ją,
że spóźni się na urodziny najmłodszej córki.
Chwycił smartfon, zaklął pod nosem. Znów nawalił. Laura będzie
zawiedziona, a Lisa z pewnością wykorzysta sytuację, aby się na nim
wyżyć. Wątpił, aby próbowała zrozumieć, że tym razem to nie jego wina, a spóźnienie to efekt wypadku na autostradzie. Tłumaczenie się korkami w Nowym Jorku już dawno wyszło z mody. A on jak na złość ostatnio znów
miał więcej pracy i w domu bywał później niż zwykle, co nie najlepiej
wpływało na ich relacje. Dodatkowo dziś przed wyjściem obiecał, że na
pewno dotrze o szóstej. Niechętnie spojrzał na zegarek. Nie miał szans
dotrzeć do domu na czas.
Wybrał numer żony. Przetarł chusteczką czoło i szyję w oczekiwaniu na
to, aż Lisa odbierze telefon. Nie czekał długo.
-?Hej, skarbie -?przywitała się.
-?Hej, wszystko u was w porządku? -?zapytał, jakby chciał maksymalnie
oddalić wyznanie gorzkiej prawdy.
-?Tak. Wracasz już?
-?Stoję w korku. Najpewniej trochę się spóźnię.
-?W jakim znowu korku? Nawet nie mów, że w tym, o którym myślę... -?Ton
głosu Lisy zmienił się błyskawicznie.
-?Niestety. Pech chciał, że...
-?Przecież wiesz, że nie spóźnisz się kwadrans czy pół godziny. -?Żona
nie dała mu dokończyć. -?Słyszałam w radiu. No cholera, John! Z tobą tak
zawsze.
-?Skarbie, zrobię, co w mojej mocy, aby przyjechać jak najszybciej.
Wiesz, że bardzo mi na tym zależy.
-?Ech, z tobą tak zawsze. Chwilę poczekam z tortem, ale wiesz, że
dzieciaki jutro idą do szkoły...
-?Wiem, przepraszam. Zadzwonię, jak tylko wyjadę z tego pieprzonego
korka. Kocham cię, Lisa.
-?Pośpiesz się, okej?
Lisa się rozłączyła, a John poczuł ukłucie wyrzutów sumienia. Jej
ostatnie słowa zabrzmiały, jakby straciła nadzieję. Jakby nie wierzyła,
że jej mąż wróci do domu i razem z dziećmi zdmuchną świeczki. Oczami
wyobraźni widział Laurę, która znów pyta, dlaczego nie ma taty, a Lisa
cierpliwie go tłumaczy. Potrafiła być wredna, ale i kochana. Nie mógłby
wymarzyć sobie lepszej kobiety.
Poczuł falę gniewu. Na siebie samego. Zacisnął palce na kierownicy tak
mocno, że aż zbielały mu knykcie. Posłał w eter szpetną wiązankę i przeklął wszystkich stojących mu na drodze do domu.
Kilka chwil później był już spokojny. Uczono go, że nie ma sensu
denerwować się o rzeczy, na które człowiek nie ma wpływu. W wojsku
wbijali to do głowy regularnie. Dobry specjals musi umieć utrzymać nerwy
na wodzy. Nawet w najbardziej stresujących i rozpaczliwych sytuacjach, z których, wydawałoby się, nie ma wyjścia. Opanowanie emocji to była
podstawa, aby wyjść z opresji w jednym kawałku. A to był przecież tylko
głupi korek. No dobra, korek, przez który znów zawiedzie żonę i dzieci.
John chwycił chusteczkę i przetarł spoconą twarz. Miał głęboko osadzone,
ciemnobrązowe oczy, długi, nieco garbaty nos i wydatną szczękę z dołeczkiem na brodzie, który nieco łagodził surowe, żołnierskie oblicze.
Jego aparycja i postura zawsze powodowały, że ludzie mieli do niego
więcej szacunku, więc aby odrobinę złagodnieć, John cztery lata temu
zapuścił włosy. Wcześniej, gdy jeździł na misje, codziennie golił głowę.
To był jego rytuał, któremu oddawał się z namaszczeniem. Gdy na stałe
wrócił do rodziny, zdecydował się na krótką, ale klasyczną męską fryzurę
z włosami zaczesanymi do przodu. Traktował to jako ostateczną przemianę.
Nie był już żołnierzem. Został statecznym ojcem rodziny. Dojrzałym,
rozważnym i opanowanym. A przynajmniej robił, co w jego mocy, aby takim
być.
Wielobarwny wąż setek pojazdów znów ruszył. Przez kolejne trzy godziny
John musiał stawać jeszcze kilkadziesiąt razy. Słuchał wiadomości, potem
listy przebojów, wywiadu z gwiazdorem New York Giants, znów wiadomości,
muzyki. I tak w kółko, aż minął miejsce, w którym doszło do karambolu. W tej chwili wyglądało na to, że służby już sobie poradziły, bo jedynymi
śladami po wypadku były czarne wstęgi gumy po hamowaniu, migające znaki
ostrzegawcze, a także kilka wozów policyjnych oraz krzątających się po
okolicy gliniarzy i pracowników pomocy drogowej. Straż pożarna i karetki
zapewne już dawno wróciły do swoich siedzib, rozbite pojazdy zostały
zabrane na parkingi, a ranni uczestnicy karambolu znajdowali się pod
opieką lekarzy.
Gdy John minął ostatni radiowóz, wcisnął pedał gazu trochę mocniej. Z kierującej na lotnisko Johna Fitzgeralda Kennedy'ego
sześćsetsiedemdziesiątkiósemki zjechał na autostradę numer dwadzieścia
siedem prowadzącą wprost do Hampton Bays. Zegar wskazywał godzinę siódmą
dziesięć, więc przy odrobinie szczęścia mógłby dotrzeć do celu przed
dziewiątą. Jeśli dociśnie gazu, może skróci ten czas o dwa kwadranse.
Przed oczami przemknęła mu zawiedziona twarz córki. Zredukował bieg.
Silnik zawył, wskoczył na wyższe obroty, a wskazówka na prędkościomierzu
niebezpiecznie odbiła w prawo.
Wykręcił numer do Lisy. Poczekał kilkanaście sygnałów, ale żona nie
odbierała. Była na niego aż tak zła? Poczuł ukłucie niepokoju. A może po
prostu bawiła się z dziećmi i nie słyszała dzwonka?
Docisnął pedał gazu jeszcze mocniej i zwizualizował sobie twarz
uśmiechniętej Laury w momencie, gdy wręcza jej ogromnego pluszowego
misia, który od rana jeździł z nim na tylnym siedzeniu. Spojrzał w lusterko wsteczne.
Tak, pomyślał i puścił do niego oko. Misiek powinien zrobić robotę.
* * *
-?Pośpiesz się. -?Lisa odłożyła smartfon i chwyciła się za głowę.
Przez chwilę tak trwała, w końcu przetarła wierzchem dłoni czoło i odłożyła szmatę na blat obok zlewu. Nawet nie była już na niego zła.
Dziś rano czuła, że przesadziła, wypominając mu, że jest szefem czterech
siłowni, a nie może wziąć wolnego nawet w dzień urodzin córki. Chciała
go przeprosić, ale on znów musiał wszystko zepsuć.
Kochała go bardzo, ale nie potrafiła zmienić. Mimo że w końcu, po latach
udało jej się namówić Johna do zakończenia służby, to miała wrażenie, że
cząstka jego duszy wciąż jest poza jej zasięgiem. Potrafił być
wspaniałym mężem i jeszcze lepszym ojcem, ale czasami swoimi
przyzwyczajeniami i egoizmem doprowadzał ją do rozpaczy. Prawie
wszystkie koleżanki zazdrościły jej takiego męskiego, silnego i przystojnego faceta. Wiedziały, czym się kiedyś zajmował i co poświęcił
dla żony. W ich oczach był odpowiedzialnym i opiekuńczym ojcem rodziny,
a zarazem drapieżnym i nieokiełznanym żołnierzem, który w łóżku musi
wyprawiać cuda. Nie miały jednak pojęcia, że w codziennym życiu potrafi
być partnerem złożonym, żeby nie powiedzieć: bardzo trudnym. Bo o ile w sprawach poważnych zawsze można było na niego liczyć, o tyle w drobnych
rzeczach i obowiązkach, z których składa się codzienne życie, bywał mało
użyteczny.
Dziś znów pokazał, że nie można na niego liczyć. Powiedział, że załatwi
sprawy w mieście tak, aby najpóźniej o szóstej pojawić się w domu. O tej
godzinie Lisa obiecała Laurze tort i prezenty, a najmłodsza córka od
samego rana nie myślała o niczym innym.
-?Kiedy wróci tata? -?Laura chwyciła Lisę za zwiewną sukienkę w czerwono-pomarańczowo-żółte kwiaty, jakby czytała jej w myślach.
-?Tatuś wróci później, kochanie. Na drodze był wypadek i stoi w korku.
Obawiam się, że będziemy musieli zacząć bez niego.
-?Ale ja chcę zaczekać na tatę!
-?Tata będzie późno, córuś. Przyjedzie, jak już będziesz musiała iść do
łóżka, więc...
-?Ale ja chcę czekać. No, mama, nooo... -?Laura była już bliska płaczu.
Jej pyzate policzki i delikatny podbródek zaczęły się trząść niczym
świeżo zastygła galaretka.
-?Umówmy się tak. -?Lisa przykucnęła i zmusiła się do uśmiechu. -
Poczekamy trochę i jeśli tata nie przyjedzie, to zaczniemy bez niego. A gdy do nas dołączy, pozwolę ci iść do łóżka godzinkę, a może nawet dwie
później.
Mała przez chwilę analizowała propozycję. W końcu wyciągnęła ręce do
mamy, a Lisa podniosła ją i mocno przytuliła do piersi.
-?To co, jesteśmy dogadane? -?zapytała, aby się upewnić, czy córka nie
szykuje kolejnego fortelu.
-?No dooobra -?wymamrotała mała pod nosem, a mama w nagrodę przyssała
się do jej brzuszka i zaserwowała "pierdzioszki". Laura długo nie mogła
opanować śmiechu.
Po chwili zabawy Lisa postawiła córkę z powrotem na podłodze i delikatnym klapsem w pupę zachęciła, aby dołączyła do starszej siostry.
Laura z uśmiechem na ustach popędziła przed siebie. Gdy tak przebierała
drobniutkimi nóżkami, Lisie poprawił się humor. Na samą myśl o tej
wspaniałej trójce zawsze robiło jej się cieplej na sercu. Tim, Natalia i Laura -?trzy cuda, które kochała ponad wszystko na świecie.
Zegarek na wyświetlaczu z niewielkiego radia wskazywał godzinę 18.46,
więc postanowiła, że jeszcze ogarnie kuchnię. Uwielbiała piec ciasta i torty, ale zrobienie prawdziwego arcydzieła, które już w pełnej
gotowości czekało w lodówce, wymagało sporego zaangażowania. To zaś
oznaczało bałagan. Wszędzie walały się brudne przyrządy, miski z resztkami surowego ciasta, ubabrana szpatułka i sztućce, rozsypana mąka
czy skorupki po jajkach. Dlatego zanim zajęła się sprzątaniem, zajrzała
jeszcze kontrolnie do salonu, w którym Laura i Natalia oglądały jakąś
bajkę o pingwinach. Dziewczynki siedziały po turecku wpatrzone w ekran.
Na twarzy matki zagościł szczery uśmiech.
Przez kolejne trzy kwadranse Lisa krzątała się po kuchni, sprzątając po
przygotowaniach do urodzin Laury. Zdecydowała, że dorobi jeszcze
ulubioną sałatkę Johna z jajkiem i kurczakiem. W końcu nie było się o co
wściekać, zwykły pech i tyle. Z każdą minutą złość na męża jej
przechodziła. To przecież nie jego wina, że na wylotówce zdarzył się
wypadek. Zaczęła mieć nawet wyrzuty sumienia, że jest aż taką egoistką.
Przecież w radiu powiedzieli, że dwie osoby zmarły, a siedem wylądowało
w szpitalu. Czy naprawdę musiała go znów zrugać?
-?Jędza z ciebie -?mruknęła pod nosem, a chwilę później miała już w rękach swój smartfon. Pomyślała, że zadzwoni do męża i powie mu, że go
kocha. Chociaż tyle. Męczyło ją to, że potraktowała go tak oschle. Gdy
jednak włączyła swojego iPhone'a, a kolorowy ekran rozbłysnął, poczuła,
że coś jest nie tak. Nie potrafiła tego nazwać, ale intuicja kazała jej
skierować się czym prędzej do salonu.
Schowała urządzenie do kieszeni dżinsów i instynktownie wyjęła z drewnianego stojaka kuchenny nóż. Znów poczuła to nieprzyjemne
mrowienie. Jakby miała szósty zmysł, który podpowiadał jej, że coś w jej
otoczeniu się zmieniło. Gorzej, jakby nagle bezpieczeństwo jej i jej
dzieci zostało zagrożone.
-?Laura, Natalia? Oglądacie bajkę?! -?zawołała nieśmiało, przekraczając
próg kuchni. Zrobiła jeszcze kilka kroków korytarzem. -?Gdzie jesteście,
dziewczynki? Tim? -?Tym razem krzyknęła w kierunku schodów prowadzących
na piętro. Nikt nie odpowiadał.
Gdy weszła do salonu, jej niepokój wzrósł jeszcze bardziej. Dziewczynek
nie było, a na ekranie telewizora wciąż dokazywały bajkowe pingwiny.
Odniosła wrażenie, że głos był podkręcony. Wcześniej tego nie zauważyła,
bo radio w kuchni grało dość głośno, a ona była zajęta sprzątaniem i szykowaniem sałatki dla Johna.
Wzięła pilota i przyciszyła dźwięk.
-?Laura, Natalia, Timothy! Gdzie jesteście?! -?zawołała. -?Nie żartuję.
Proszę natychmiast zejść na dół.
Odpowiedziała jej cisza. Lisa gwałtownie ruszyła do pokoju obok,
następnie do gabinetu Johna. Dziewczynek i Tima nie było w żadnym z nich. Wybiegła na podwórko, ale na przystrzyżonym trawniku zobaczyła
jedynie tryskający wodą spryskiwacz. Podmuch gorącego i wilgotnego
powietrza sprawił, że poczuła drapanie w przełyku. Niepokój zamienił się
w strach. Strach ewoluował w przerażenie.
Trawiona narastającym lękiem, pospiesznie wróciła do salonu i nieustannie wykrzykując imiona dzieci, wbiegła na schody. W kilku susach
pokonała je i zajrzała do pokoju Tima. Laptop był włączony, ale nikt
przed nim nie siedział. Strach zamienił się w panikę, gdy zobaczyła, że
odrzutowiec Lockheed F22 Raptor, zawsze wiszący z sufitu, teraz pikował
w dół, trzymając się tylko na jednym sznurku.
Wybiegła z pokoju przerażona. Wołała, krzyczała, groziła. Szarpnęła
drzwi pokoju Natalii. Był pusty. Sprawdziła łazienkę i pokój najmłodszej
Laury. Nie było tam śladu dzieci.
Do jej serca wkradła się panika. Miała jeszcze tylko jedną szansę.
Ruszyła w kierunku swojej sypialni i gdy tylko zbliżyła się do
uchylonych drzwi, poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Przez
ułamek sekundy ujrzała trójkę drobnych postaci. Leżały na podłodze
twarzami do ziemi. Ich ręce były wykręcone i skrępowane na plecach szarą
taśmą.
Zadziałał matczyny instynkt i Lisa ruszyła dzieciom na ratunek. Wpadła
do pokoju jak huragan, ale zanim zdążyła się zorientować w sytuacji,
jakaś siła cisnęła nią o komodę. Z jej ręki wypadł nóż. Złapała się za
zgruchotaną szczękę, wtedy poczuła szarpnięcie i ktoś rzucił nią o ścienne lustro. Grzmotnęła o nie całym swoim ciężarem, a kawałki
rozbitego szkła wbiły się w twarz.
Obraz stracił ostrość. Zakrwawiona grzywka dodatkowo zasłaniała jej pole
widzenia. Przez sekundę miała wrażenie, że dostrzegła kontury leżących
postaci, ale wtedy znów poczuła szarpnięcie. Ktoś chwycił ją za włosy i uniósł niczym szmacianą lalkę. Przemknęło jej przez myśl, że intruz
zerwie jej skalp.
-?Laleczka z ciebie -?syknął mężczyzna, a następnie chwycił ją za
żuchwę. Zacisnął na niej palce z siłą imadła. -?Popatrz na mnie, dziwko!
-?warknął.
Otwarła powieki. Mężczyzna miał na głowie kominiarkę, a z ręcznie
wyciętych otworów wyłaniały się spękane wargi i dwoje niemal czarnych
oczu. Płonęły dziką, niepohamowaną żądzą. Z ust wydobywał się odrażający
odór, mieszanina meksykańskiego żarcia i alkoholu. Lisa zwymiotowała.
-?Ty szmato jebana! -?wysyczał napastnik i rzucił Lisę na łóżko.
Spróbowała się podnieść, ale uderzył ją w skroń, przy okazji rozbijając
łuk brwiowy. Gdy na chwilę straciła świadomość, kilkoma zwinnymi ruchami
unieruchomił jej ręce i zakleił usta taśmą. -?Patrz teraz, kurwo. Patrz!
Napastnik podniósł z podłogi nóż i zbliżył się do leżącego na podłodze
Tima. Bez słowa podniósł głowę chłopaka i głębokim cięciem otworzył
tchawicę. Lisa zawyła z rozpaczy, ale z jej ust wydobył się jedynie
gardłowy jęk. Napastnik na tym nie poprzestał. Potrząsnął głową chłopca
kilkukrotnie, nie spuszczając wzroku z szarpiącej się na łóżku Lisy.
-?Nie, nie, nieeeeee!!! -?krzyczała, ale wtedy mężczyzna w kominiarce
zbliżył się do Natalii. Przycisnął kolanem jej plecy do podłogi i szarpnął za rozpuszczone włosy, eksponując gardło. Z zaklejonych ust
dziewczynki nie wydobył się żaden dźwięk. Ostrze rozcięło delikatną
skórę z łatwością. Lisa ujrzała w oczach córki tylko szok i pytanie
"dlaczego, mamo?".
W akcie desperacji Lisa sturlała się z łóżka i resztkami sił podczołgała
się do ostatniego żyjącego dziecka. Próbowała błagać o litość, ale taśma
na ustach uniemożliwiała jej artykułowanie kolejnych słów. W końcu
napastnik uniósł głowę maleńkiej Laury, która dziś miała zdmuchnąć pięć
świeczek...
-?Patrz, kurwo!
Chwilę później się dokonało, a głowa dziewczynki bezwładnie osunęła się
w kałużę krwi. Lisa miotała się w spazmach, ale nie mogła nic zrobić.
Tylko wyć i ronić łzy, nic poza tym. Intruz ukląkł nad nią, chwycił za
szczękę i ścisnął tak, że usłyszała trzask wcześniej pękniętej żuchwy,
następnie rozerwał związaną pod biustem koszulę, rozciął stanik i dobrał
się do jej piersi. Ugniatał je, gryzł. W końcu znów spojrzał jej w oczy.
-?Teraz się zabawimy, dziwko -?rzucił, muskając ostrzem noża policzek
pod okiem. -?Bądź grzeczna, to będzie mniej bolało.
I wtedy usłyszała trzask drzwi wejściowych. Źrenice napastnika
gwałtownie się rozszerzyły, a jego szeroka dłoń wylądowała na jej ustach
i nosie. Chwilę później Lisa poczuła, że coś lodowatego wbija się w jej
klatkę piersiową. Przez głowę przemknęła jej myśl, że to dobrze.
Przynajmniej dzieci nie będą na nią długo czekać.
* * *
Czuła, że odpływa w ciemną otchłań. Miała wrażenie, że widzi przed sobą
świetlisty punkt, a za nim -?i była tego pewna -?kontury dzieci. Tima,
Natalii i Laury. Słyszała ich głosy. Wołały ją. Echo odbijało się od
niewidocznych ścian spowitej mrokiem nicości.
-?Tu jesteśmy, chodź do nas, nie zostawiaj nas. -?Głosy niosły się jakby
z oddali, przeszywały jej ciało, rezonując w każdej komórce. -?Nie
zostawiaj mnie, nie odchodź, błagam! -?Ton się zmienił. Już nie brzmiał
jak dziecięce wołanie. -?Nie rób mi tego, Lisa! Błagam, oddychaj, walcz!
Lisa ocknęła się. Poczuła w klatce piersiowej rozrywający ból. Otworzyła
powieki. Obraz był nieostry, ale zrozumiała, że znów jest w sypialni.
Nad nią siedział John. Jej mąż. W ręce trzymał nóż, który po chwili
odrzucił na dywan. Poczuła na piersi ciepło jego dłoni. Wtedy znów
zwymiotowała. Tym razem własną krwią. Jego słowa zaczęły cichnąć, obraz
ciemnieć.
Chwilę później Lisa powróciła w mroczną otchłań.
ROZDZIAŁ 1
John Pilar usłyszał tępy dźwięk
przeskakującego zamka w swojej celi. Kilka sekund później grube stalowe
drzwi otworzyły się i jego oczom ukazał się naczelnik więzienia
Huntsville w stanie Teksas, Richard Bowel. Stanowczym tonem wywołał go z imienia i nazwiska i poinformował, że nadszedł czas. John podniósł się z betonowej pryczy i wziął głęboki oddech. Ręce i nogi były skute
masywnymi kajdanami połączonymi przez spajający je łańcuch. Ciążył mu
jak zawsze, mimo to powolnym krokiem ruszył w kierunku wyjścia.
Nie byli sami. Prócz Bowela w korytarzu znajdowało się jeszcze pięciu
strażników oraz kapelan. John znał wszystkich doskonale, przez cztery
lata widywał się z nimi regularnie. Z kapelanem Jacobem Saundersem
najwięcej czasu spędził w ciągu ostatnich kilku dni. Zanim łańcuchy znów
złowrogo zabrzęczały i Pilar ruszył za naczelnikiem, zdążył jeszcze
rzucić krótkie spojrzenie w kierunku księdza. Ojciec Saunders jedynie
delikatnie skinął głową.
Dziewięć metrów, które musiał pokonać, aby dotrzeć do celu
przeznaczenia, były najdłuższymi w jego życiu. Kremowa, błyszcząca
posadzka prowadziła go do komory, w której już za niecałe trzydzieści
minut miał dokonać swojego marnego żywota. Jego oczy łapały pojedyncze
szczegóły: oznaczenia na rękawach strażników, brzęczące kajdanki przy
ich paskach, załamania na niemal perfekcyjnie wyprasowanych mundurach.
Odniósł wrażenie, że każda sekunda niesie takie bogactwo detali, że
można jej doświadczać i kosztować na tysiące sposobów.
Jego czas już się jednak kończył. Serce zabiło mu mocniej, a ciało
przeszedł nieprzyjemny dreszcz, gdy raz jeszcze usłyszał szczęk zamka.
Drzwi miały kolor morza o poranku. Wyglądały niewinnie i gdyby nie fakt,
że doskonale wiedział, co się za nimi znajduje, nigdy by nie pomyślał,
że będą ostatnimi, jakie zobaczy.
Zresztą dziś wszystko było ostatnie. Ostatni telefon, ostatni posiłek,
ostatnie spojrzenie w słońce. Starał się celebrować każdą czynność. Nie
bał się śmierci, ale wiedział, że opuszcza doczesny świat, nie
dokonawszy zemsty. Potwór, który z zimną krwią zaszlachtował jego żonę i trójkę dzieci, wciąż najpewniej chodził po tym świecie. Kto wie, może
dziś zaśmiewał się do rozpuku, mając świadomość, że ten mąż i ojciec
skazany za jego czyny zaraz dostanie zastrzyk w komorze śmierci. To
bolało Johna najbardziej i choć pogodził się z myślą, że na tym świecie
nie zdoła dopaść oprawcy rodziny, przysiągł sobie, że w kolejnym życiu
dorwie go, choćby miał zejść do najgłębszych czeluści piekła. Bo jeśli
istnieje życie po życiu, to ten potwór prędzej czy później trafi właśnie
tam. A wtedy John go znajdzie.
Błękitne drzwi były już otwarte na oścież. John powoli wszedł do środka.
Od razu rzuciła mu się w oczy idealnie biała pościel przykrywająca
stojące na grubej nodze łoże śmierci. Po bokach złowieszczo wisiały
grube, ciemnożółte pasy, którymi już wkrótce strażnicy przypną i unieruchomią jego ciało, aby chwilę później kat wstrzyknął śmiertelną
mieszankę.
John na wyraźne polecenie naczelnika zatrzymał się, a jeden ze
strażników, czarnoskóry Jeff Baduro, rozpiął mu kajdany. Najpierw
uwolnił stopy, następnie dłonie. Zanim odszedł, posłał skazańcowi
wymowne spojrzenie. Pilar wiedział, co się za nim kryło. Baduro nie
wierzył w jego winę, zresztą jak wielu innych strażników. To była głośna
sprawa, która podzieliła kraj, i John miał tyle samo przeciwników, co
zwolenników. Nie przywiązywał do tego żadnej wagi, ale skinął
strażnikowi w odpowiedzi na znak, że zrozumiał jego intencje i chce
podziękować za dobre traktowanie przez ostatnie lata.
Rozejrzał się po ponurym pomieszczeniu. Na wprost była pomalowana na
niebiesko ściana. Po jego lewej ręce znajdowało się lustro weneckie, za
którym z pewnością czekał w gotowości kat. John nie miał pojęcia, kim
mógł być. Biały, czarny, Latynos, a może Azjata; szczupły, gruby, z wąsem czy brodą? Wątpił, żeby była nim kobieta, ale i takiego
scenariusza nie mógł wykluczyć. Wiedział jedynie, że osoba za szybą w odpowiednim czasie zaaplikuje kolejne trujące środki. Wcześniej technik
medyczny włoży mu w przedramię wenflon, który podłączony do pompy
infuzyjnej zacznie podawać sól fizjologiczną. Do momentu, gdy skończy
się jego czas. Wtedy do akcji wkroczy kat, który wstrzyknie w rurki
śmiertelną mieszankę. Najpierw do jego krwiobiegu dostanie się
tiopental, który ma na celu uśpić skazańca i wywołać zapaść układu
oddechowego i krwionośnego. Po minucie zostanie wpompowany pavulon,
który zwiotczy mięśnie, spowoduje paraliż i zatrzymanie akcji
oddechowej. W końcu kat wstrzyknie chlorek potasu, który ma za zadanie
zastopować pracę serca. Śmierć, która przychodzi po kilku minutach,
zostanie potwierdzona na podstawie wskazań kardiomonitora. Wtedy John
połączy się z rodziną.
Ta myśl poprawiła mu humor. Od jakiegoś czasu cieszył się na myśl o ponownym spotkaniu z Lisą, Timem, Natalią i Laurą. Był przekonany, że na
niego czekają. I choć przez te wszystkie lata obwiniał się o ich śmierć,
to w tej chwili wierzył, że przyjmą go z otwartymi rękami. Modlił się o to żarliwie każdego dnia.
Na wyraźne polecenie Bowela położył się na śnieżnobiałym prześcieradle.
Rozłożył ręce niczym Jezus Chrystus, a strażnicy sprawnie przytwierdzili
je pasami do dwóch poprzecznych podpór. Następnie to samo zrobili z nogami i tułowiem, a gdy odeszli, John przekręcił głowę i przeniósł
wzrok na szare zasłony, które zwisały od sufitu po samą posadzkę.
Wiedział, że za nimi jest szyba, a za nią znajdą się wszyscy ci, którzy
według procedur muszą być świadkami egzekucji. Z tego grona interesowała
go tylko jedna osoba, bo ustawodawstwo stanu Teksas pozwalało, aby prócz
losowo wybranych obserwatorów skazaniec mógł wybrać swojego kandydata.
Lukas, jego brat, był od niego młodszy o cztery lata i też zdecydował
się na życie w mundurze. Nie poszedł jednak do wojska, lecz został
oficerem nowojorskiej policji. Z racji swojej pracy rzadko się widywali.
Łączyła ich za to mocna i głęboka więź, więc gdy okazało się, że
prokurator stanowy oskarżył Johna o poczwórne morderstwo ze szczególnym
okrucieństwem, młodszy brat nigdy nie przyjął tego do wiadomości. W pracy zaczął mieć problemy, bo mimo że był młodym, cenionym detektywem z kilkoma naprawdę błyskotliwie rozwiązanymi sprawami na koncie, zupełnie
zatracił się w materii dotyczącej morderstwa rodziny brata. Nigdy nie
uwierzył w winę Johna i robił wszystko, aby złapać prawdziwego mordercę.
Szef zabronił mu wtrącać się w zamkniętą sprawę, w której wydano już
prawomocny wyrok śmierci. Lukas nie mógł jednak pogodzić się z tym
faktem i przez kolejne miesiące bruździł sobie w pracy, aż po dwóch
latach szef dyscyplinarnie go zwolnił. Młody, o co John miał do niego
wielkie pretensje, zupełnie się pogubił. Zaczął pić, szwendać się po
melinach. Staczał się coraz niżej, bo nie miał własnej rodziny i brakowało osoby, która mogłaby zawrócić go na właściwą ścieżkę. Dwa lata
temu w końcu się opamiętał, gdy podczas jednej z pijackich burd w północnym Bronxie został postrzelony w kolano. Lekarze uratowali nogę,
ale nie udało im się doprowadzić jej do pełnej sprawności. Dlatego Lukas
kulał i choć nie przeszkadzało mu to w codziennym funkcjonowaniu, to
ewentualny powrót do zawodu pozostawał już tylko w sferze marzeń. Na
szczęście udało mu się znów odnaleźć sens w życiu. Przestał pić, poszedł
na terapię. Znalazł nową pracę, bo wyrobił sobie licencję prywatnego
detektywa. Z przeszłością w policji miał w tym zawodzie ułatwioną
ścieżkę, więc szybko zdobył pierwszych klientów i jakoś udawało mu się
wiązać koniec z końcem. Ale gdy tylko miał wolną chwilę, węszył i tropił, wypatrywał jakiegokolwiek śladu mordercy rodziny starszego
brata. John wiedział, że młody jest uparty i nawet po jego śmierci nie
zakończy poszukiwań.
Dziś nawet z nim o tym dyskutował. Mógł wykonać ostatni telefon.
Oczywiście zadzwonił do Lukasa. Rozmawiali całe regulaminowe piętnaście
minut. John starał się go odwieść od drążenia tematu i choć pragnął
śmierci człowieka w kominiarce, to chciał, aby młodszy brat w końcu
ułożył sobie życie. Tłumaczył mu, że pogodził się ze śmiercią, a nawet
cieszy się z faktu, że już dziś znów połączy się z rodziną. Młody był
jednak nieprzejednany. Obiecał, że prędzej spocznie w grobie, niż
odpuści człowiekowi, który wyrządził tyle zła ukochanemu bratu, jego
żonie i trójce wspaniałych dzieci. Będzie go ścigał w świecie doczesnym,
aż go dorwie i odeśle do piekła. Tam zaś odnajdzie go John, który dokona
swojej własnej zemsty.
Kiedy John tylko o tym pomyślał, poczuł na dłoni ciepły dotyk. To był
ojciec Saunders. Wspólnie mieli zmówić ostatnią modlitwę i prosić Boga,
aby przyjął go do swojego królestwa. Tylko czy aby na pewno chciał tam
trafić? Czy niebo w ogóle istniało?
Niebo, piekło, czyściec? Czy to były tylko puste frazesy, czy po drugiej
stronie rzeczywiście istniał inny świat? Myślał o tym, gdy kapelan dawał
mu ostatnie namaszczenie i modlił się do Boga, aby wybaczył Johnowi
wszystkie grzechy. Nie trwało to długo i Pilar ocknął się, gdy ojciec
Saunders zamknął Biblię i raz jeszcze wymownie spojrzał mu w oczy. Też
nie wierzył w jego winę, ale prawo było innego zdania. John musiał dziś
umrzeć.
Gdy Saunders dał znak naczelnikowi, że skończył swoją część, Bowel
skinął na człowieka za progiem. Do pomieszczenia wkroczył młody
mężczyzna w zielonym fartuchu i niebieskich, lateksowych rękawiczkach.
Miał nie więcej niż trzydzieści lat, krótkie, brązowe włosy z grzywką.
Nie spojrzał Pilarowi w oczy, tylko bez słowa wziął się do pracy.
Najpierw przez otwór pod lustrem weneckim wyciągnął podaną mu przez kata
rurkę, następnie podłączył ją do kroplówki, którą zawiesił na stalowym
stojaku. W końcu z jednorazowego opakowania wyciągnął igłę i po
namierzeniu głównej żyły na wewnętrznej stronie lewego przedramienia
wkłuł się i podłączył wenflon, który następnie zespolił z kroplówką.
Kiedy młody technik zakończył pracę i opuścił pomieszczenie, John
zrozumiał, że zostało mu piętnaście minut do momentu, gdy kat zacznie
aplikować kolejne trujące substancje. W teorii wciąż miał szansę na
przeżycie, gdyby zadzwonił gubernator lub prokurator generalny. Pierwszy
mógł go automatycznie ułaskawić, drugi -?przerwać egzekucję i ją
odroczyć, gdyby pojawiły się na przykład nowe dowody świadczące o jego
niewinności. John nie wierzył jednak w taki rozwój wypadków. Przestał
się łudzić już dawno temu.
W pomieszczeniu został już jedynie ojciec Saunders i naczelnik Bowel.
John znał procedurę i wiedział, że już za chwilę szara kotara zostanie
przesunięta, a za szybą ujrzy świadków egzekucji, wśród nich Lukasa.
Chwilę później kotara rzeczywiście się rozsunęła. John poszukał wzrokiem
brata. Stał najbliżej szyby. Miał rozczochrane włosy i zmęczoną,
wychudzoną twarz. Wciąż o siebie nie dbał. Znowu pił? Gdy rozmawiali
przez telefon, Lukas sprawiał wrażenie, że jest w całkiem niezłej
formie. John wyczułby, gdyby brat był pod wpływem alkoholu albo innych
środków. Głos najwyraźniej nie oddawał pełni...
-?Johnie Pilar... -?Głos naczelnika przerwał jego rozmyślania. -?Na mocy
prawa stanu Teksas daję ci możliwość wygłoszenia ostatniego
oświadczenia.
John zamknął powieki, a z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Czy
właśnie teraz poczuł ukłucie lęku? Strachu przed nieodgadnionym, a zarazem nieuchronnym?
-?Synu, słyszysz, co rzekłem? To twoja ostatnia szansa, aby coś
powiedzieć. -?Formalny ton zmienił się w niemal ojcowski.
-?Chciałbym prosić... -?John przerwał, poczuł, że jego ciało zaczęło drżeć
jak galareta, w ustach czuł suchość, jakiej nie doświadczył nigdy w życiu. Przeniósł wzrok na kapelana Saundersa. -?Jeśli po drugiej stronie
czeka mnie niebo, módl się, ojcze, aby żona i dzieci mi wybaczyli i przyjęli mnie do siebie. -?Zawiesił na chwilę głos. -?Jeśli jednak
trafię do piekła, bo w życiu grzeszyłem dużo, módl się, abym wytrzymał
cierpienie do czasu, aż zawita tam morderca mojej rodziny.
Saunders spuścił głowę, a John znów poszukał wzrokiem brata. Jego twarz
była zniszczona, poprzecinana bruzdami i zmarszczkami. Wyglądał na
przynajmniej dziesięć lat więcej. John mrugnął w końcu powiekami,
pragnąc się pożegnać. Wtedy Lukas zbliżył się do szyby. Położył na niej
dłoń, jakby chciał w telepatyczny sposób nawiązać ostatni kontakt.
-?Przyślę go -?szepnął.
John nie mógł go słyszeć, ale bezbłędnie odczytał sens z ruchu warg.
Chwilę później, na wyraźny znak Bowela, znajdujący się za lustrem
weneckim kat wstrzyknął do rurki pięć gramów tiopentalu. Barbituran
dostał się do krwiobiegu skazańca i Johna zaczęła ogarniać błoga
senność. Przez ostatnie dwadzieścia sekund myślał już tylko o żonie i dzieciach. Zrozumiał, że już nic innego nie ma znaczenia. Zapragnął
trafić do nieba.
ROZDZIAŁ 2
Od trzech dni Lukas nie był trzeźwy choćby
przez minutę. Pił whisky od rana do wieczora -?pierwszy łyk wziął krótko
po tym, jak opuścił mury więzienia w Huntsville. Przemożna chęć pojawiła
się w momencie, gdy John po raz ostatni odwrócił wzrok i spojrzał w sufit. Chwilę później zamknął oczy, a po kilku minutach jego serce się
zatrzymało. Krzywa wskazująca wykres tętna w pewnym momencie stanęła i zmieniła się w linię prostą. Odczyt nie pozostawiał złudzeń. Serce Johna
Pilara skończyło swoją pracę, a on nie żył.
Kiedy tylko Lukas przekroczył bramę więzienia, szybkim marszem skierował
się do wypożyczonego chevroleta cruze'a i z piskiem opon ruszył w stronę
pobliskiego miasteczka. Nawet nie próbował walczyć z uczuciami. Nie
śmiał przeciwstawiać się alkoholowej żądzy, płonącej w nim żarem,
którego nie zdołałby ugasić tuzin zastępów strażackich. Zatrzymał się
przy pierwszym monopolowym i kupił litrowego jacka daniel'sa. Z powrotem
wsiadł do samochodu i duszkiem wychylił ćwierć butelki. Od tamtej pory,
przez kolejne trzy dni nie rozstawał się z jackiem ani na chwilę.
Tak naprawdę nie pamiętał, co działo się w ciągu tych siedemdziesięciu
dwóch godzin. Miewał przebłyski z podróży samolotem, z taksówki, ze
sklepu monopolowego i z brooklyńskiej budy o nazwie Bully gdzieś w Brighton, w której spędził pierwszą noc po powrocie z Teksasu. Nawet nie
wiedział, gdzie wchodzi. Zaraz po opuszczeniu lotniska JFK złapał
taryfę, ale nie pojechał do domu. Poprosił taksówkarza, aby zawiózł go
gdzieś, gdzie poczuje powiew morskiej bryzy i nie braknie whisky.
Pamiętał tylko, że buda była dość obskurna, miał za to widok na wodę i to mu wystarczało. Upił się wtedy do nieprzytomności. Obudził go dopiero
gwar miasta o poranku.
Zbliżała się piąta rano, a on wciąż leżał na wysłużonej kanapie, nie
mogąc odnaleźć snu. Pierwszej nocy padł jak kłoda, bo wypił ilość, która
pewnie powaliłaby nosorożca. Od tamtej pory nie mógł jednak przespać
dłużej niż dwie godziny. Nieustannie nękały go pijackie koszmary.
Widział swojego brata, który leży bezwładnie w pokoju o niebieskich
ścianach, przypiętego do łoża pasami, jakby był jakimś chorym,
zdegenerowanym psycholem, którego trzeba wyeliminować ze społeczeństwa,
z podpiętą do ręki rurką, którą popłynęła śmierć.
Dręczyły go i inne koszmary. John palił się jak żywa pochodnia, innym
razem topił się w smole. Raz wstał z łóżka i zbliżył się do szyby, za
którą stał Lukas. Wyglądał jak nieboszczyk obudzony do życia. Oczy miał
przekrwione, a żyły na skroniach pulsowały jak żywe. Chwilę później jego
głowa eksplodowała. I tak w kółko. Gdy Lukas zamykał powieki, brat znów
się materializował. I umierał na tysiące sposobów.
Na dworze już świtało. Wycie policyjnych syren i karetek ustąpiło
klaksonom aut osobowych, dźwiękowi wysłużonych wagonów i śpiewowi
ptaków. Nowy Jork powoli budził się do życia.
Lukas podniósł się z kanapy, zapalił papierosa i poczłapał w stronę
okna. Mrużąc oczy, wsadził palce pomiędzy żeberka żaluzji i lekko je
rozsunął. Dzień jak co dzień. Śmieciarki, dostawcy, bezdomni, matki
prowadzące dzieci do szkół i przedszkoli. Nikogo nie obchodził fakt, że
zaledwie kilka dni temu za przyzwoleniem prawa zamordowano niewinnego
człowieka. Lukas zaczesał tłuste strąki, a następnie mocno się
przeciągnął.
Nie spał prawie w ogóle, ale dziś czekało go sporo pracy. Jeszcze przed
wyjazdem na egzekucję umówił się z firmą pogrzebową, że pojawi się z wizytą w sprawie organizacji pochówku brata. Ciało ze względów
formalnych miało dotrzeć po siedemdziesięciu dwóch godzinach i Lukas
musiał być przygotowany. Wstępnie dogadał się z księdzem, że pogrzeb
odbędzie się za dwa dni. Postawił jednak warunek. Nikt nie miał prawa
dowiedzieć się, gdzie i kiedy odbędzie się skromna ceremonia. Wolał nie
ryzykować, że pogrzeb zamieni się w cyrk, na którym do gardeł skoczą
sobie zagorzali przeciwnicy i zwolennicy kary śmierci. Dlatego zapłacił
podwójnie. Ksiądz przyjął pieniądze bez gadania.
Dziś musiał sprawdzić, czy ciało brata dotarło. Chciał też uzupełnić
wytyczne, które John przekazał mu podczas ostatniej rozmowy.
-?Chcę, aby pochowano mnie w mundurze, ale z polską flagą na piersi -
powiedział. -?Obiecasz, że tego dopilnujesz?
Lukas oczywiście się zgodził. Obaj nigdy nie wyrzekli się swoich
korzeni, a te sięgały Zielonej Góry, średniej wielkości polskiego miasta
przy granicy z Niemcami, dziś całkiem ładnego, choć dawniej szaroburego
jak cały kraj w czasie przemiany ustrojowej; to wtedy bracia zdecydowali
się wyemigrować do babci, która kilka lat wcześniej wygrała na loterii
zieloną kartę uprawniającą do zamieszkania na amerykańskiej ziemi.
Czasem zastanawiał się, kiedy to minęło? Dwadzieścia dwa lata. Szmat
czasu.
Czuł się jak gówno i jak gówno wyglądał. Wciąż był pijany, cuchnął i chciało mu się wymiotować. Nie jadł prawie dobę, więc skierował się do
lodówki, w której odnalazł ketchup, resztkę masła, kawałek zeschłego
sera oraz cztery jajka. Wyboru nie miał, więc postawił patelnię na
ogień, wrzucił na nią to masło, a potem jajka. Skromnie, ale więcej nie
potrzebował. Po wszystkim wziął prysznic, następnie ubrał się i połknął
dwie tabletki aspiryny. Poszukał wzrokiem smartfona. Odnalazł odpowiedni
numer, beknął i wcisnął zieloną słuchawkę.
-?Dzień dobry. Witamy w zakładzie pogrzebowym "Karawan". Czym możemy
służyć? -?Kobiecy głos niewiele różnił się od automatycznej sekretarki.
-?Lukas Pilar. Byłem umówiony w sprawie pogrzebu mojego brata. Johna
Pilara.
-?Przełączam.
-?Dzień dobry. Michael Rowlins. Czym mogę służyć?
-?Lukas Pilar, ja w sprawie...
-?Pana Johna Pilara, tak, tak, byliśmy umówieni na dziś. Czy mógłby pan
pojawić się około południa? Mamy teraz spory ruch i...
-?Wolałbym jak najszybciej. Mam wiele spraw na głowie w związku z pogrzebem brata.
-?Oczywiście, proszę wybaczyć.
-?Widzimy się o dziewiątej.
Lukas się rozłączył. Spojrzał na zegarek, było kilka minut po ósmej.
Przez moment pomyślał, aby wziąć samochód, ale stwierdził, że wyjazd w godzinach porannego szczytu może nie być najlepszym pomysłem. Z brooklyńskiego Williamsburga, gdzie mieszkał, musiał dostać się do
Ridgewood, więc zdecydowanie najlepszym wyborem było skorzystanie z transportu publicznego. Poza tym we krwi na pewno miał jeszcze promile.
Gdyby zatrzymała go policja, to zamiast zająć się pogrzebem brata,
musiałby kombinować, jak wydostać się z aresztu. Nie znał tych gówniarzy
z drogówki i pewnie niełatwo byłoby się wykręcić. Pomyślał, że spacer
dobrze mu zrobi.
Wychodząc z klatki swojego wieżowca, przywitał się ze strażnikiem i wyszedł na zastawiony parking. Wrześniowe słońce dopiero się budziło.
Poranek był chłodny, bo termometr wskazywał jedynie osiem stopni powyżej
zera. Lukas zapalił, zasłaniając się przed wiatrem. Wsiadł do metra na
stacji Metropolitan Avenue. Podróż nie trwała długo i już po kilku
minutach wysiadł przy Myrtle-Wyckoff, skąd do celu miał jeszcze około
kilometra. Myrtle Avenue o tej porze tętniła życiem. Hałas wywoływany
przez samochody i pospiesznie przemieszczających się przechodniów
mieszał się z zapachami okolicznych knajpek i popularnych deli, gdzie
większość brooklyńczyków konsumowała śniadanie w drodze do pracy. W jednym z nich zamówił mocną kawę. Najchętniej wypiłby jeszcze zimne
piwo, ale wiedział, że jeśli to zrobi, to chwilę później wypije kilka
kolejnych, potem wstąpi do monopolowego i kupi whisky. Dzień byłby
stracony.
Do celu podróży dotarł, gdy kończył trzeciego papierosa. Stara kamienica
z lat trzydziestych wyglądała jak większość podobnych na Brooklynie; nie
wzbudzała zaufania. Przekrzywiony szyld z napisem "Karawan" tylko to
wrażenie potęgował. Lukas pstryknął niedopałek na ulicę i otworzył
przeszklone drzwi. Tuż nad uchem rozległ się sygnał obwieszczający, że
klient właśnie przekroczył próg.
Za biurkiem w niewielkim holu siedziała młoda blondynka w okularach.
Pewnie to ona odebrała dziś rano telefon. Wstała i się przywitała. Była
ubrana w skromną granatową garsonkę.
-?Pan Pilar, jak mniemam -?rzuciła z wystudiowanym uśmiechem.
-?Tak, byłem umówiony.
-?Proszę za mną.
Lukas ruszył za sekretarką. Poruszała się jak modelka na wybiegu i rozpylała za sobą kwiatowy zapach perfum. Pilar powąchał kołnierz
płaszcza i zmarszczył nos. Póki był sam ze sobą, nie przejmował się tym,
jak się prezentował, ale teraz poczuł się lekko zażenowany. Prawda była
taka, że wyglądał i cuchnął jak dziad.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki