Rozdział III
- Oto staję przed tobą ja, uległy sługa Wiecznej Ciemności, z szacunkiem dla twojego oddania zgłaszam swą gotowość.
Klęczący na jednym kolanie kolos mówił do ukoronowanego szlachcica spoczywającego na złotym, wysadzanym klejnotami tronie. Choć o tym nie wiedział, jego słowa były tak naprawdę kierowane do kogoś innego.
Berło i miecz królewski spoczywały w spokoju obok władcy, równie zdobne, co niebezpieczne i zachwycające. Ostrze było całe oliwkowe, z ciemniejszymi pręgami na całej długości. Setki lat temu pierwszy rządzący Królestwem Neridy posłał legion najlepszych wojowników pod swoim przywództwem za Wielką Bramę na północnym wschodzie, jedyne przejście do krainy mitycznych gigantów i kreonów, mistrzów kopalnianych i kowali przerastających swoimi umiejętnościami wszystkich ludzkich rzemieślników na Aetherze. Sama Wielka Brama została postawiona przez nich i jest większa, niźli szczyty Pasma Granicznego czy Gór Szlachetnych. Nie do przejścia dla zwykłych ludzi, nie do przebicia w znane im sposoby. Do dziś nie wiadomo, jak Hosen I Cudotwórczy zdołał przejść na drugą stronę i zyskać przychylność tamtejszych mieszkańców, którzy z lasmeseńskiego adamantium wykuli oręż królów, miecz, który przetrwał wszystkie wieki bez nawet zadry. To najpewniej jedyna taka broń.
Teraz zaś leży bezceremonialnie obok tronu, a człowiek, który jest jej właścicielem to najmniejszy spośród dotychczasowych króli. Zdecydowanie nie ciałem, a duchem i zasługami, a przede wszystkim, honorem.
- Czy wiesz o ożywieniu magicznej mocy? - zapytał jakby nieobecnym głosem tłusty władca obwieszony złotem i odziany w aksamity. Mówił sam, ale słowa nie były jego.
- Po to tutaj przyszedłem. Abyś wiedział, że jestem gotów.
- Vidrimie, Pan Ciemności jest teraz silniejszy niż kiedykolwiek przedtem. Nie możesz zawieść, musisz działać na jego chwałę, a to wymaga powodzenia misji.
- Nie zawiodę - uderzył się w pierś. Król spoglądał na niego znudzonym wzrokiem. Ten olbrzym nawet klęcząc był większy od niego, za to nie nosił na swoim ciele ani grama tłuszczu. Ta wielka kupa mięśni mogła zapewne połamać gałąź Drzewa Tarczowego, może nawet konar, co było równie trudne, jak złamanie żelaznego pręta. Sprężyste ciało było także nad wyraz szybkie jak na takiego osiłka. Król wiedział, że Vidrim, gdyby tylko zechciał, mógł go pozbawić życia, nawet nie podchodząc, rzucając tylko w jego kierunku... cóż, czymkolwiek. Krótko przystrzyżona broda i włosy nadawały mu demoniczny wygląd, fryzurę układał w szpiczaste różki, a zarost w podkręconą falę.
- Wyruszysz prosto do Lenville. Jestem pewien, że nasz atak na tę wioskę jest jakoś powiązany z sygnałem magicznym. Zakon nie wie jeszcze o napaści, a wieści dotrą do Dalii najprędzej następnego ranka. Nawet jeżeli uwierzą w ofensywę Mocarstwa Błękitnych Oczu, i tak od razu skierują swe kroki do Lenville.
- To jest mądra dywersja - uspokajał olbrzym Vidrim. - Nikt nie spodziewa się ofensywy ze strony naszego Królestwa.
- Nikt oprócz Zakonu - poprawił go król. - Wiedzą, że nie zaatakujemy otwarcie, ale mogą podejrzewać, że to my stoimy za napaścią.
- Uderzyliśmy również w północną część Vilin-Ta, naszej własnej osady. Zniszczenia są spore. Będą musieli uznać, że to faktycznie barbarzyńcy z Baenu.
- Z Mocarstwa Błękitnych Oczu - znów go poprawił. - Sami Baeńczycy są honorowym narodem.
Nastała chwila ciszy. Vidrim nie ośmielił się sprzeciwić królowi, a raczej temu, kto nim w ukryciu przed wszystkimi sterował.
Król podniósł swoją dłoń i machnięciem oddelegował klęczącego poddanego, a gdy ten wyszedł, władca rozluźnił się nieco.
Wtem z mroku wyłonił się łysy, wątły chłopak w szarej, prostej szacie. Wyglądał jak młody mnich przyuczający się do zawodu. Jego skóra była blada i czysta.
- Jeszcze przed końcem jesieni wyślesz wojska z Vilin-Tuenor prosto na Rostię - zaczął mówić zachrypniętym, piskliwym głosem. - Niech nikt nie podejrzewa, że to Królestwo stoi za atakami na Lenville i Vilin-Ta. Odpowiemy na atak barbarzyńców, żeby podtrzymać oficjalnie przyjętą wersję. Poza tym, jeżeli zdołamy podbić miasto, będziemy bezpośrednio graniczyć z samą Renilią.
- Co z miastem Baen, panie? - rzekł z nutką obawy król. Pomyślał sobie, że wygląda żałośnie groteskowo, rozmawiając tak ulegle z kimś tyle mniejszym i mniej szykownym. On, król, korzący się przed łysym, chorobliwym mnisim chłopakiem w skromnych szatach.
- To nie cudowna stolica rządzi Mocarstwem. Szabrownicy i hołota sprawują władzę nad Błękitnymi Oczyma. Stolica zaś leży tak daleko na wschodzie, że w każdej chwili Ragner Reger może wystąpić do sąsiadującego państwa o azyl dla całego miasta Baen.
- Baen połączy się z Renilią? - odparł zaskoczony, już nie przejawiając strachu przed rozmówcą, raczej przed wizją umocnienia wroga na drugim końcu Aethery.
- Z Renilią bądź z gigantami zza Wielkiej Bramy.
Król aż wstał ze swojego tronu, tak szybko, jak chyba jeszcze nigdy. Blady chłopak spojrzał na niego obojętnie.
- To nonsens! Wielka Brama nie była otwarta odkąd... - przerwał.
- Nie wiesz nawet, kiedy to było - podjął po chwili łysy. - Nikt nie wie. Jasne jest jednak, że do naszego kontynentu przeniknęło zbyt wiele dziwactw i wynaturzeń, żeby móc spokojnie założyć, iż brama pozostawała zamknięta przez wszystkie lata od jej zbudowania.
- Wybacz mój wybuch, Pierwszy - ukłonił się król i spoczął na swoim masywnym, wyściełanym aksamitnymi poduszkami tronie.
*
Vidrim przygotował się na swoją wyprawę, pakując sprawnie wszystko, co może być mu potrzebne. Robił to odruchowo i pewnie, każdy nóż, każda menażka czy sprzączka miała swoje miejsce na jego skórzanym odzieniu. Wyglądał naprawdę przerażająco, ubrany w ciemnobrązowy strój z czarnymi i czerwonymi dodatkami, z niemal tak długim, jak on wysoki mieczem przewieszonym przez ramię. Ostrze spoczywało w tkanej ze skórzanych rzemieni pochwie i było szerokie na całe osiem centymetrów. Sześcienny kryształ w rękojeści błyskał złowrogo, kusząc złodziei i łase na bogactwa kobiety, jednak ani jedni, ani drudzy do Vidrima nie podchodzili. Bał się go każdy. Nie dziwota, kiedy mający dwa metry olbrzym jawi się w ich oczach jako mutant czy ogr zza Wielkiej Bramy. Obciążony jak juczny muł nawet nie czuł ciężaru ekwipunku, zupełnie jakby był z puchu i tkanin.
Wyruszył pół godziny po emisji sygnału magicznego. Tę potężną osobliwość odczuli zarówno czarnoksiężnicy Imperium, jak i mistycy z Zakonu. Wiedział, że musi brać pod uwagę spotkanie z posłanką Światła. Był więc przygotowany na wszystko oraz wiedział, że nie powinien lekceważyć odpoczynku, oprócz tylko tej jednej nocy, w której mrok właśnie wyszedł. Opuścił kamienne mury pałacu wydrążonego w górze Onon-Tel, całą noc przedzierał się przez gęsty, tropikalny Las Neridy, nie napoktał żadnych zagrożeń. Nie trzymał się utartych, bezpiecznych szlaków, nie chciał zwracać na siebie uwagi, nie w tej chwili. Wyjście generała w środku nocy wzbudziłoby zbyt wiele podejrzeń i jutro, kiedy już wieść o mordach w Lenville się rozejdzie, mogłoby wymusić skojarzenia. W stajni przy samym skraju dżungli osiodłał wielkiego ogiera, wybrał najsilniejszego i zarazem najszybszego.
Pod osłoną mgły i ciemnych chmur, blisko południa, spokojnym kłusem wkroczył w mury Foridy, jednej z najważniejszych osad Królestwa. Przebiegał przez nią Główny Trakt, ścieżka biegnąca od samego pałacu w Onon-Tel. Droga zahaczała o granicę z Emizą i przedzierała się przez całą Temizę, następnie wspinała na północ, aż do Samilii, do podgórskiego miasta Nidarum. Tak się rozgałęziała, że jedna odnoga biegła właśnie tam, a druga wzdłuż małego, bukowego lasu prosto do przeprawy przez rzekę Miun-Sol, do ukrytej na wschodzie, w kotlinie Gór Szlachetnych, Dalii.
Zatrzymał się w garnizonie Foridy, pod pozorem kontroli wojsk, zaglądnął do pałacu udając zainteresowanie pracą rajców i ławników. Pochwalił sprawnie działający system rządów i sądownictwa oraz wyraził na forum publicznym głębokie zatrwożenie zubożeniem pospólstwa i chłopów, obiecując dalszy wgląd Królestwa w poziom ich bytu. Dodatkowo poza zasięgiem uszu wiwatujących mieszkańców szepnął do rzecznika, posła sprawującego najwyższy urząd, aby zaostrzyć kary dla złodziei oraz "ograniczyć rozprzestrzenianie się plebsu".
Zjadł w luksusowej restauracji przy zamku, gdzie stołowali się jedynie najbogatsi oraz zasiadający w radzie miasta. Nie przyjęto od niego zapłaty za posiłek, który spożył samotnie; nikt nie chciał nawet na niego spojrzeć. Dziesiątka osób ucichła na czas jego wizyty i kończyła swoje dania ze zwieszonymi głowami przy sąsiednim stole. Vidrim się nie spieszył. Człowiek o jego pozycji i tytule nie może pozwolić sobie na to, by widziano go jako zestresowanego czy niechlujnego. Choć ma ogromną swobodę w poczynaniach, gra polityczna obowiązywała również na terenie jego ojczyzny.
Wczesnym popołudniem, nasycony, z poczuciem spełnionego obowiązku zmienił konia i pogalopował dalej Głównym Traktem, wcześniej przywołując do siebie dwóch rajców. Oznajmił im, że wyrusza do Vilin-Ta, by wyrazić swoje oburzenie ostatnimi atakami oraz oddać szacunek poległym, nakazał im rozgłosić tę wieść wśród społeczności Foridy.
Wyruszył na północny wschód, ponad jeziorem Luin-Ta przez Temizę.
Żałował, że uzależnił się jakiś czas temu od mikstur isoplifyme. Nie działały już na niego i nie dawały "kopa" na całą noc, wiedział, że będzie musiał odpocząć w jakiejś noclegowni. Ponaglił konia, bacząc jednak na swój ciężar i długość trasy, którą jeszcze będzie musiał pokonać. W trasie zjadł jedną ze swoich racji żywnościowych, zatrzymał się też w przydrożnej wiosce, aby koń chwilę odsapnął i napił się wody. Nie patrzył tam na nikogo, jednak matki pospiesznie odciągały od niego swoje ciekawskie dziatwy, a dorośli rozmyślnie omijali go szerokim łukiem. Tylko jeden zaintrygowany malec zdołał do niego podejść.
- Coś za jeden? - zapytał ciekawy. - Jesteś wielki jak stodoła!
Vidrim uśmiechnął się widząc odważnego malucha. Lubił dzieci, co zupełnie nie pasowało do jego twardego usposobienia i surowej opinii.
- Powiem ci, jak ty mi się przedstawisz pierwszy.
- Jestem Kajin - syknął podekscytowany. - Teraz ty!
- Vidrim - uśmiechnął się. - generał Vidrim Baliarth, zwany Czarną Śmiercią, lub, jak wolisz, Zgubą Zdrajców - dzieciak zrobił wielkie oczy. - Posiadam także inne tytuły, których taki smark jak ty nie powinien słyszeć.
- Umiem przeklinać - przechwalał się poruszony ogromem swojego rozmówcy. - Możesz mi powiedzieć, nie boję się!
- Kajin, zostaw pana w spokoju - załkała przerażona kobieta, przybiegając po niego. Vidrim uśmiechnął się do niej, co wyglądało jak groźba; w zasadzie, czego by nie zrobił, wydałoby się to agresywne.
- Nie szkodzi. Odważny malec.
- Przepraszam panie. Proszę, nie krzywdź nas - odparła ze spuszczoną głową. Była tak chuda, że jej tors w żadnym miejscu nie był większy niż bicepsy Vidrima.
- Nie miałem takiego zamiaru - zaczął z wolna. - Dopóki nie założyłaś z góry, że jest inaczej. Nie lubię, gdy ktoś ocenia mnie po wyglądzie i uznaje mnie za monstrum, wynaturzenie czy potwora.
Kobieta zaczęła płakać i już chciała uciekać, kiedy Vidrim krzyknął "stój".
Zatrzymała się i zgięła w pół. Zakrywała dzieciaka własnym ciałem. Kilku gapiów wyszło patrzeć, co się dzieje, dwóch pobiegło po strażników. Czarna Śmierć, Zguba Zdrajców, człowiek o wielu innych tytułach westchnął, wyjął z kieszeni złoty krążek i rzucił do niej.
- Zjedzcie dobry obiad i się przyodziejcie. Zapamiętajcie, że generał Neridy nie jest złym człowiekiem, a los ludzi nie jest mu obojętny, czy to w granicach Królestwa, czy wśród sąsiadujących z nim państw - donośnie wycedził i wskoczył na siodło. Wyruszył w dalszą drogę, wzbudzając tumany kurzu, odprowadzany zmieszanymi spojrzeniami.
*
Do znanej sobie karczmy "Pod Rozjuszonym Bykiem" zajechał pół godziny po dwudziestej drugiej. Odprowadził zdyszanego konia do stajennego i kazał mu się nim porządnie zająć, wkraczając do oberży pewnie i ascetycznie. Rozmowy przy stolikach ucichły i siedzący przy nich obejrzeli się na niego. W izbie słychać było coraz mniej śmiechów i pokrzykiwań.
- Czarna Śmierć przybywa znów w nasze progi - przywitał go ponuro barczysty barman z bujną czupryną. Musiał być bardzo młody, ale ciężko było określić jego wiek. Postarzała go pokaźna broda, starannie wyczesana i pielęgnowana.
Darmowy fragment