Prolog
Najdroższa,
nie wiem, jak zacząć, bo co można napisać, gdy odpływa życie. Że nic się nie stało i byś była szczęśliwa? Żebyś ułożyła sobie życie na nowo? Sama widzisz, że to nie ma najmniejszego sensu, a jednak chciałem się z Tobą godnie pożegnać; bez łez i udawania, że jednak będzie dobrze. Pewnie wciąż masz mi za złe, że dowiedziałaś się tak późno i że nie podjąłem leczenia. Ale czy umieranie z kalendarzem w ręku ma sens? A tak - udawałem, że wciąż jestem bardziej tutaj niż po drugiej stronie, a na Twojej twarzy widziałem uśmiech, a wiesz, jak go lubię. No i na swój sposób byłem szczęśliwy.
Wiedziałem od roku, a może nieco dłużej. I skończyła się pogoń za wszystkim, szukanie złych intencji u innych, a zaczęło się delektowanie życiem, nawet wtedy, gdy bolało. Czasem pytałaś, dlaczego nie chcę wyjść do kina, a ja tłumaczyłem Ci, że byłem na rowerze i nie mam już siły na nic więcej. To była jedna z wymówek - na rower dawno nie miałem już siły, ale wyprowadzałem go z domu, bo to pomagało w udawaniu. Pamiętam, jak próbowałaś się do mnie dodzwonić, gdy nastała noc, a ja wciąż nie wróciłem z wycieczki. Napisałem Ci, byś się nie martwiła, że zabłądziłem, a tak naprawdę nie miałem siły iść, w dodatku mój dwukołowy pretekst musiałem dopchać do domu. Dwa razy straciłem przytomność i to właśnie wtedy postanowiłem, że Ci powiem, jak tylko przyjdzie ten właściwy moment. A on nie nadchodził. Ty zaś przez kilka dni byłaś obrażona i nie rozmawiałaś ze mną. To i tak była niska cena, bo po złych chwilach, piękne dni nadchodzą. I one były (te dni), było ich nawet więcej, niż mogłem sobie wymarzyć.
Gdy znalazłaś mnie nieprzytomnego w kuchni, zrobiłaś wszystko jak należy. Zadzwoniłaś na pogotowie, zrobiłaś sztuczne oddychanie i miało być wszystko jak dawniej. Zanim przyjechali, otworzyłem oczy i powiedziałem Ci, że wszystko jest w porządku. Niestety wzięli mnie do szpitala i tam się dowiedziałaś. Nie ode mnie, a od lekarza. A ja? Milczałem, bo to właśnie wtedy zgasł Twój uśmiech. Widziałem smutek w Twoich oczach i strach, że już nigdy nie będzie tak jak dawniej. I nie było.
Starałem się wciąż rzucać głupimi żartami, ale wszystko stało się takie sztuczne i nierzeczywiste. Nie byłem w stanie wywołać Twojego śmiechu, a uśmiech Twój był tak smutny, jak i oczy. Teraz, gdy jest już po wszystkim, chciałem Ci napisać, że zostawiłem dla Ciebie moje myśli, bo przecież jesteśmy nimi. Pisałem dużo i namiętnie i gdy sięgniesz po ten zbiór opowiadań, będziesz mogła ponownie mnie poznać. Zobaczyć, jak daleki byłem od ideału i jak wciąż i wciąż wracałem do tematu śmierci. Była ze mną od zawsze i jak nikt inny chciałem ją poznać. I poznałem, tak przynajmniej wygląda to z Twojego punktu widzenia. Chciałbym, abyś mnie teraz traktowała jako nierealne przeżycie, takie jak przeczytana książka czy też obejrzany film. Byś wracała do moich utworów i znajdowała coś w nich dla siebie. To będzie dla Ciebie odskocznia, a właściwe życie niech się toczy dalej.
Każdy człowiek na świecie musi mieć tę drugą osobę, tak więc miej i ty, ale taką realną, a nie autora książki czy też wymyślonego bohatera. Bo życie wciąż się toczy i tak będzie zawsze, niezależnie od tego, kto na świecie zostanie. A ja? Mnie nie będzie, a to, co zostawię po sobie, będzie żyło własnym rytmem. Tak więc żegnaj, osusz oczy z łez i chwytaj dzień, bo być może będzie on tym ostatnim.
Cud ludzkiego umysłu
- Zdecydował się pan?
Każdy w końcu musi zmierzyć się z odpowiedzią, która wielu wydaje się nic nieznaczącą formalnością. Tak nie było w przypadku Tadeusza. Z trudnością patrzył na psychologa i zastanawiał się, co powiedzieć.
- Nie podjął pan jeszcze decyzji? - Nie było słychać zniecierpliwienia w głosie rozmówcy, a jednak pacjent wyczuwał, że tak jest w istocie.
- Nie - odpowiedział z trudem.
- A zastanawiał się pan, co z dziećmi, żoną?
- Tak - wydusił odpowiedź.
Ileż słów mógłby wyrzucić w przestrzeń; argumentów, które nie pozwalały mu tego zrobić. Gdyby tylko mógł. Niestety wypowiedzenie pojedynczych słów stanowiło dla niego większe wyzwanie niż ukończenie triatlonu kilkanaście lat temu. Wtedy jeszcze ciało było sprawne i korzystał z tego do utraty tchu.
- Wie pan, że sprawienie bólu najbliższym jest złe? Rozumie pan to?
Kiwnął jedynie głową i myśli odpłynęły do odległej przeszłości. Jakie to wtedy wszystko było proste, gdy możliwość była jedynie mrzonką, mirażem opisanym w książce "Nieograniczone możliwości". Niestety nie pierwszy już raz fikcja literacka stała się rzeczywistością. Przekleństwo, z którym musiał się zmierzyć.
- Przed chwilą rozmawiałem z pana żoną. Nie rozumie, dlaczego się pan waha, ona na pana miejscu od razu wyraziłaby zgodę. Zrobiłaby to w imię miłości. Tak właśnie powiedziała: "W imię miłości". Czy można być tak samolubnym?
- Można. - Popatrzył hardo na psychologa i wydusił odpowiedź. Chciał powiedzieć coś jeszcze, niestety słowa pozostały nigdy niewypowiedzianymi myślami.
- No i po co tak walczyć? Sam pan widzi, że to droga donikąd. Nie może się pan wysłowić, a ruch ręką to jedynie niemożliwe do spełnienia marzenie. A przecież można zupełnie inaczej. - Psycholog westchnął i kontynuował monolog. - Powiem panu szczerze, że jest pan pierwszym, który się przeciwstawia i naprawdę trudno mi zrozumieć, że nie zostało to jeszcze uregulowane prawnie. Ma pan w dupie żonę, dzieci, wnuki i wszystkich wokół. Rozumiem to, ale żeby nie zatroszczyć się o siebie? Uczestniczył pan w triatlonach?
Tadeusz zamknął oczy, nie reagując na pytanie. Biegał, pływał, bo miał taką możliwość i robiłby to dalej, gdyby mógł, ale tak normalnie.
- Był pan naprawdę w tym dobry i to może wrócić. Wystarczy powiedzieć "tak". Nie trzeba nawet składać podpisu. Pana czas się kończy. No chyba że jest pan z tych wierzących? Słyszałem o nich, ale nigdy nie spotkałem. Wierzy pan w życie po śmierci?
Nawet nie wiedział, co odpowiedzieć. Miał nadzieję, ale czy wierzył? Nauka poszła do przodu, można było dokonać transferu całego siebie do biorobota i żyć wiecznie, co kilkanaście lat zmieniając nośnik życia. Niestety nie udowodniono, że jest coś więcej niż życie ziemskie. Czyli po prostu go nie było.
- Tak myślałem. Uparł się pan jedynie i chce skoczyć w przepaść z nadzieją, że przeżyje ten karkołomny krok. Proszę spojrzeć na przygotowanego biorobota. To pan w wieku trzydziestu lat. Żona go dla pana wybrała. Jest pan taki sam, jak na pierwszej randce z Janką, nawet ubranie takie samo. Jedno słowo i zamieniamy się w młodzieniaszka. - Psycholog zaśmiał się, jednak powoli tracił do pacjenta cierpliwość.
Tadeusz nie miał siły otworzyć oczu, a wypowiadane słowa powoli stawały się dla niego niezrozumiałe. Wydawało mu się, że w oddali widzi nikłe światło, kuszące go trudną do wyjaśnienia zbliżającą się miłością.
- Też przez to przechodziłem, a teraz proszę, jak nowy. - Psycholog, udając entuzjazm, opowiedział o własnej przemianie. - Zrobiliśmy to razem z żoną i naprawdę jesteśmy zadowoleni. Po co komu umierać? Rodzina w rozpaczy i jeszcze te koszty. Wie pan, gdzie jest najbliższe krematorium albo cmentarz? Setki kilometrów stąd. I do tego jeszcze to martwe ciało. Przecież to okropność. Pan już jest prawie trup, ale i tak wygląda o niebo lepiej od prawdziwego nieboszczyka. A może i nie?
Psycholog wstał z krzesła i pochylił się nad Tadeuszem.
- Cholera - jęknął. - Na takich trzeba zawsze uważać.
Nałożył transferter na głowę nieboszczyka i chwilę później całość wspomnień, cech charakteru pojawiła się w biorobocie. Przed jego aktywowaniem musiał jedynie nieco zmodyfikować nagranie z ostatniej rozmowy.
- I po to jest właśnie technologia - zaśmiał się, otworzył drzwi i zawołał. - Pani Janino, mąż już jest gotowy.
- Zgodził się? - zapytała, chociaż odpowiedź była jedynie formalnością.
- Oczywiście, że tak. Powiedział, że robi to w imię miłości.
- A jak go wybudzić?
- Po prostu go pani pocałuje. Będzie jak w bajce, może z tym wyjątkiem, że wybudzenie potrwa kilka godzin. I jeszcze jedno. Tadeusz miał prośbę, by pani także poddała się zabiegowi.
- Czyli?
- No przecież wiadomo - zaśmiał się psycholog. - Zrobimy transfer danych do biorobota. To pani w wieku trzydziestu lat. Mąż go dla pani wybrał. Jest pani taka sama, jak na pierwszej randce z Tadeuszem, nawet ubranie takie samo.
Naznaczona
Zatopiony w niepamięci okres wczesnego dzieciństwa kształtuje nasze przyszłe dorosłe oblicze. My zaś, błądząc po omacku, walczymy ze słabościami i fobiami, nie znając ich źródła. Rodzice - skarbnica naszego początku - mogą nam co nieco wyjaśnić. Nie wszystko, ale jednak. Ostatecznie i oni nie znali naszych najskrytszych myśli.
Co jednak, jeżeli nie żyją? Tak, odeszli, jak miałam osiem lat, i zamknęli mnie w kokonie niewiedzy, pozostawiając z pozbawioną uczuć, oschłą i starą ciotką. Już nie mogłam przytulić się do mamy i wypłakać żali, czy też pobawić i pośmiać się z ojcem. Nawet przyjaciele pozostali daleko, schowani kilkaset kilometrów ode mnie.
Żyjąc z dala od cywilizacji - w Łówczy na Podkarpaciu - usychałam z każdym kolejnym rokiem. Przywary ciotki Wiesi lepiły się do mnie i stawały się częścią mnie. Uśmiech nie pojawiał się na twarzy, a oczy rzadko kiedy rozbłysły. Byłam matowa, tak jak i moje życie. Nie miałam przyjaciółek, znajomych, tylko ciotkę - zarazem najgorsze i najlepsze towarzystwo w tej zapadłej dziurze. I tak mijały kolejne lata, gdzie nauka stała się jedyną iskierką nadziei, prowadzącą do lepszego świata. Tak przynajmniej myślałam, bo o czym może marzyć sierota z dala od wszelakiej miłości.
Czasami przypominał mi się wymyślony przyjaciel, z którym nasze drogi także się rozeszły. Może to i dobrze?
- Kopnij go - szeptał. - Nazwij go tłuściochem - mówił do mnie, a ja to ignorowałam. Przecież bardzo lubiłam Czarka!
- "Nie kocham was". Powiedz im to w końcu - mówił, a w oczach pojawiały mi się łzy.
Kochałam rodziców całym moim małym serduszkiem. Oni byli tylko moi i tak miało być do końca świata. Niestety pożar zmienił wszystko, a to, że się uratowałam, traktowane było jako cud. Tylko czy w moim świecie jest coś takiego?
- Idę do ogólniaka. - Pewnego dnia powiedziałam ciotce, a w jej oczach zobaczyłam skrywany strach. - Ciociu, chcę się dalej uczyć - mówiłam, a ona spanikowała i przeżegnała się.
Dlaczego? Przecież powinna wiedzieć, że będę chciała się dalej kształcić. Widziała, że całe dnie spędzam nad książkami, dostawała świadectwa, gdzie najgorszą oceną była czwórka. Co innego mogłabym robić!?
- A nie lepiej będzie ci tutaj? - Pokonała niemoc i powiedziała to drżącym głosem.
W ogóle była taka dziwna, jakby nie ona. Nie, wtedy tego nie zauważyłam, bo jak? Po prostu walczyłam o swoje, o przyszłość otwierającą przede mną lepszy świat. Zgodziła się. Zresztą jak mogła postąpić inaczej. Może myślała, że pokonają mnie dalekie, codzienne dojazdy do szkoły. Próżne nadzieje, zresztą nie miała powodu, by się o mnie martwić, ostatecznie byłam tak samo martwa jak i ona. Jedyne, co się dla mnie liczyło, to nauka i nic ponadto. Ludzie byli tylko obcymi istotami, takimi samymi jak Wiesia. Od września ciotka już nie miała być centrum mojego świata. A jednak nic się nie zmieniło. Czy to podświadomość czuwała nade mną, a może strach przed otwarciem się?
- Nie wiem, nie wiem - mamrotałam, gdy wszystko stało się jasne. - To nie ja! - krzyczałam przerażona.
To było wtedy, gdy kazał mi otworzyć oczy. Zapomniany przyjaciel. Wciąż pamiętam jego śmiech i oczy. Czerwone i wściekłe!
Ale to było później. Ogólniak stał się przedłużeniem podstawówki, a ja wciąż byłam prymuską. Jeszcze więcej czytałam, uczyłam się, by sprostać wymaganiom postawionym przez samą siebie.
Pod koniec szkoły moje ja coraz bardziej zaczęło uwierać, a skorupa w końcu pękać. Powoli otwierałam się, a świat nabierał kolorów. Zaczęłam od zwierząt, a właściwie od starego, zmaltretowanego psa, którego spotkałam, wracając ze szkoły.
- On będzie się nazywał Znajda - powiedziałam do ciotki, a ona stała się biała jak kreda. - Ciociu! - krzyknęłam.
- Nie możemy go mieć. - Po raz pierwszy usłyszałam w jej głosie cokolwiek więcej niż słowa. Poczułam, że w środku niej jest znacznie więcej niż martwy człowiek. Ona się bała.
- Ciociu, to tylko pies. Nie musisz się bać - powiedziałam i uśmiechnęłam się po raz pierwszy od lat.
- To nie jego się boję - odpowiedziała i przymknęła oczy. - Lepiej byłoby, gdyby nie był z nami - dodała. - Naprawdę tak byłoby lepiej - powtórzyła, uciekając przede mną wzrokiem.
Pies został, a ja w końcu mogłam przelać odnalezione po latach uczucia na inną żywą istotę. Od tego dnia uśmiech nie schodził mi z twarzy, a pojawiającą się miłość do świata przelewałam na Znajdę.
- Ja taka nie jestem - mamrotałam, a łzy kapały na zakrwawione łóżko.
Nie wiem, dlaczego ciotka pozwoliła mi zatrzymać Znajdę. To chyba od niego zaczął się mój koniec. Nie rozumiałam jednak, że miłość jest nie dla mnie. Boże, gdybym wiedziała, to zostałabym kopią ciotki i usunęła się w najdalszy zakamarek świata. Nie zdawałam sobie sprawy, a miłość rozjaśniła całą mnie. Stałam się piękną kobietą i co ważniejsze - chyba otwartą na uczucie. Nijakość dawnych lat blakła, a ja rozkwitałam, tak jak i wszystko wokół, byłam najpiękniejsza i najmądrzejsza na świecie i zostało do dostrzeżone! Piotr był przystojny, mądry i wyrozumiały. I jak nikt umiał słuchać. Ideał, o którym jeszcze parę miesięcy wcześniej nie mogłam nawet marzyć.
- Kocham cię - szeptał. - Jesteś moją upragnioną miłością.
Łaknęłam tak bardzo oczekiwanych przeze mnie słów i uśmiechałam się do niego, świata i samej siebie.
- Też cię kocham - odpowiadałam, a moje błyszczące oczy były żywsze niż kiedykolwiek.
To on był przy mnie, gdy bestialsko zabito Znajdę.
- Kochanie, wszystko się ułoży - mówił, a ja miałam nieodparte odczucie, że nic się nie ułoży.
Wypierałam z głowy obraz skomlącego psa, jego przerażonych oczu i plamy krwi pod nim. Widziałam przerażenie ciotki i jej niemoc. Ona była bezradna!
Tak miało być. Słyszałam w głowie znany skądś głos. Nie umiałam przypomnieć sobie, tak jak i rodziców. Zamazały mi się ich obrazy, a ich fotografii nie miałam.
- Nie, nie mam zdjęcia twoich rodziców. Przykro mi.
Tak ciotka odpowiedziała, gdy przeszukałam cały dom i w końcu zwróciłam się do niej z prośbą o fotografię. Zdziwiło mnie to, niestety tak pewnie było, ostatecznie też nie znalazłam żadnego zdjęcia.
Parę miesięcy po tym, jak zginął Znajda, ciotka umarła we śnie. Mówi się, że tak chyba najlepiej odejść z tego świata. Jednak kiedy zobaczyłam jej otwarte oczy i wymalowane w nich przerażenie, to nie byłam już tego taka pewna. I ten różaniec w rękach.
- To twoja wina. - Coś szeptało, a z oczu płynęły mi łzy. - Nie posłuchałaś jej.
Nie rozumiałam podszeptów i coraz mniej rozumiałam siebie. Jakie łzy? Moje? Teraz został mi jedynie Piotr, na którego przelałam całą miłość. Był moim jedynym światem i tylko z nim mogłam dzielić się troskami.
- Obudź się. - Z oddali słyszałam znajomy głos. - Wystarczy, że otworzysz oczy - szeptał przyjaciel z dzieciństwa. - Będziemy razem - mówił i śmiał się.
Było coś przerażającego w tych słowach, a w powietrzu unosił się zapach świeżej krwi. Realność i fantazja łączyły się, a ja wciąż chciałam żyć w ułudzie, której nie zamierzałam i nie umiałam oddać. Kropelki potu pojawiły się na czole, czułam przyspieszony oddech i bicie serca. Głośne i bezwzględne.
- Otwórz te cholerne oczy! - krzyczał.
W dniu, kiedy zmarł Znajda, coś w ciotce umarło. Była niemal przeźroczysta. Wiecie, tak wyglądają ludzie na skraju życia. Nie przepadała za psem, a wyglądało na to, że jego śmierć wstrząsnęła nią.
- Masz kogoś? - wyszeptała i tak na mnie popatrzyła, że przez ciało przeszły mi ciarki.
- Ma na imię Piotr - odpowiedziałam, a ona zrobiła się jeszcze bardziej blada, o ile było to możliwe.
- Boże, miej nas w swojej opiece - wymamrotała jedynie i wyszła z domu.
Ona cały czas wiedziała, jednak bała się odkryć tajemnicę i zamienić ją w słowa. Może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej? Tylko czy miłość można ot tak zabić i żyć, jakby nic się nie stało? A ja kochałam bezgranicznie, miłością zachłanną i prawdziwą.
- Otwórz oczy. - Tym razem usłyszałam łagodny głos. - To jesteś prawdziwa ty.
- To nie mogłam być ja - krzyczałam, widząc ukochanego. - To nie ja! Boże, to nie ja!
Krzyczałam i nikt nie słyszał. Krzyk zamienił się w skowyt, rozbijając świat na drobne kawałki, a duszę zamieniając w nicość. Jeżeli ją w ogóle miałam! Miałam? Łkałam i nikogo nie było już przy mnie.
- To jesteś ty. To jesteśmy my - gadał i śmiał się przyjaciel z dzieciństwa. - To jesteśmy my. Ja i ty.
Patrzyłam na martwe oczy Piotra, na nóż trzymany w ręce i wiedziałam, że to ja. To byłam zawsze ja. Rodzice, pies, ciotka i Piotr. To zawsze byłam ja.
***
- Proszę pani, słyszy mnie pani?
Z oddali dochodził do mnie obcy głos.
- To byliśmy my - gadałam i śmiałam się. - To zawsze byliśmy my! - krzyczałam, patrząc pustymi oczodołami. - To byliśmy my.
Jeżeli ręka prowadzi cię do grzechu, to utnij ją. Ja wykłułam własne oczy. Tym samym nożem, którym odebrałam miłość mojego życia. Spóźniłam się jednak o dobrych kilkanaście lat.
Quo vadis
Krzyk rozpaczy zatonął w płatkach śniegu, zapomniany przez świat, jednak niczego innego oczekiwać nie mógł. Pożegnalne morze łez tryskało z oczu najbliższych, przerażonych pozostawioną pustką. W duszę wkradły się samotność i rozpacz, rozpraszane przez przemijające pory roku. Krok po kroku wdzierało się zapomnienie, potęgowane przez kolejne odejścia.
Szaleńczy bieg za życiem i tym, co w danej chwili jest w nim najważniejsze, kończy się w prostokątnym, eleganckim pudełku wyścielonym miękkim materiałem. To tam biegniemy, ignorując otaczające nas piękno, rozpaczliwie pragnąc podziwu dla naszego istnienia. Łasi na komplementy, pasiemy próżność, oddalając się od bycia prawdziwie wielkim. Stale odganiana przeciętność lgnie do nas, a my się w niej dusimy, czekając na coś wielkiego, co nigdy nie nadejdzie.
Zaszczyty kupujemy, brukając sumienie i wywyższając się ponad takich samych jak my. Gonimy, bo gonić trzeba, tak nas od wieków nauczano. Co raz wzbudzamy niepotrzebne kłótnie, których przyczyną może być cokolwiek.
Chcemy poczuć wewnętrzny spokój, jednak nieustanny bieg za szczęściem i dobrami materialnymi oddala nas od niego. A przecież wystarczy zatrzymać się i kontemplować teraźniejszość. Nie trzeba szukać dzikiej przyrody, przewodników duchowych czy też najwspanialszych dzieł rodzaju ludzkiego.
Piękno jest wszędzie, tylko wpojone wzorce je ukryły, uniemożliwiając jego dotknięcie. Spoglądając na drzewo, nie widzimy go prawdziwie, a przecież mamy przed sobą doskonałość, która nieraz będzie szumiała dla nas i naszych wnuków, a i nasi dziadkowie ją słyszeli. Patrząc na motyla, co najwyżej dostrzeżemy piękno i nic ponadto, a to przecież kolejny cud, który nauczyliśmy się ignorować.
W sobie widzimy wady, przyjmujemy przyklejające się fobie i czujemy stały strach przed innością. Chcemy być tacy sami, ale z najlepszymi możliwymi cechami poszczególnych ludzi. Ćwiczymy i usuwamy przywary, eliminując samego siebie.
Walczymy, żyjemy i jesteśmy, ale przyjdzie taki dzień, że obca nam osoba stanie nad naszym grobem i z trudem odczyta zamazane przez czas, wyryte na nagrobku nasze imię i nazwisko. Być może to będzie ten ostatni raz, gdy zabrzmi ono na świecie. Cały nasz świat na zawsze zostanie przykryty kotarą czasu.
Opowieść o stworzeniu
Siedział i patrzył na wymyśloną przez siebie istotę. Im intensywniej się w nią wpatrywał, tym była ona wyraźniejsza. Przemiana postępowała, drażniąc zmysły Stworzyciela, który - niepewien dzieła - w każdej chwili mógł je porzucić. Jednak niewidzialna więź zależności zawiązała się i nie było już odwrotu. Podszedł do mężczyzny i tchnął w niego życie, a ten spojrzał z niemym zdziwieniem. Dusza zagnieździła się w niedoskonałości, a ciało przejęło wszelkie myśli i odczucia. To właśnie materialna cząstka zapanowała nad nowym. Wszechmocny poczuł ból zawodu, jakby w jego serce zatopiono nóż.
- Stało się! - rozpaczliwie krzyknął, gdyż nie mógł zachować się inaczej. - To znowu się dzieje! - Słowa wyrywały się z ust, a w oczach pojawiły się łzy.
Rozpacz, a może i nieuchwytna nadzieja rozproszyła się po Edenie. Niechciana samotność dobiegła kresu, otwierając ograniczone możliwości inteligencji. Chciał i pragnął, by świat był czymś więcej niż pędem do wiecznego przekazywania życia kolejnym pokoleniom nierozumnych istot. Miał istotę, którą mógł w dowolny sposób kształtować, jednak czuł umykającą szansę na upragnioną prawdziwość. Chciał doskonałości, a miał coraz mądrzejszego mężczyznę, który nie był i nie mógł być równorzędnym partnerem. Prowadzone spory były jałowe, a wokół brakowało barw.
Nieróżniące się od siebie dnie umykały, pozostawiając za sobą utraconą szansę. A on coraz bardziej pragnął życia, ale takiego prawdziwego - burzy, huraganu myśli i odczuć porywających do nieustannego tańca. Po czasie zrozumiał, że brakowało cząstki, która mogła stanowić zapalnik nieodkrytego szaleństwa. Powoli zbliżył rękę do piersi Adama, zanurzył ją w jego ciele i wyciągnął jedno z żeber - zalążek inności, której nie potrafił wcześniej znaleźć. Pierwszy i ostatni ból stworzenia targnął Adamem, by z biegiem lat stać się jedynie niewyraźnym wspomnieniem. Cierpieniem, jakiego nie miał już zaznać żaden mężczyzna.
A ona już była i oferowała idealne kształty i niezapomniane wrażenia. Nagi ideał spojrzał na Adama, całkowicie ignorując Stwórcę. Ewa chwyciła mężczyznę za rękę i pewnym siebie głosem powiedziała:
- Chodźmy.
Każdy zakamarek raju uchwycił pierwsze słowa kobiety, zatapiające się w zapomnianej historii ludzkości. Jazgot okolicznego ptactwa, odgłosy zwierząt rozniosły się po raju, witając kobietę - późniejszą przyczynę łez i szczęścia, szaleństwa i rozsądku. Pionki na szachownicy zostały ustawione i od tego dnia zaczęła się prawdziwa historia wypływających zewsząd emocji. Ewa, kwintesencja piękna, stała się obiektem pożądania niedającego się spełnić całkowicie. Od dnia jej stworzenia zapłonęła iskra inności, pociągająca do pokonywania jawnych bądź skrytych barier.
- Idź i zerwij owoc z drzewa zakazanego - usłyszała ni to głos, ni to syk i zamarła, a wraz z nią wszelkie żywe stworzenia. - Weź ze sobą Adama.
I poczuła, że musi to zrobić. Wolna wola zakwitła w nieskalanej piękności i zaprosiła do pierwszego tańca. Chciała czegoś więcej niż podsuwane przez Stworzyciela możliwości, w końcu zakazany owoc smakuje najbardziej. Chwyciła rękę Adama i pociągnęła go za sobą. Obietnica nagości nęciła i kusiła, ale mężczyzna jeszcze tego nie wiedział. On nie żył na pograniczu snu i nie sięgał tam, gdzie wzrok nie sięga. Mimo to czuł coś nieokreślonego i szalonego, coś, co chciało przejąć nad nim kontrolę. Tańcząca nagość i z wolna falujące piersi nie dawały wyboru. W tym przypadku wolna wola nie istniała! Adam odwlekał nieuniknione, zażarcie broniąc status quo. Jakże naiwna wiara we własne siły, w silną wolę topiącą się pod dotykiem nagości. Jego atrybut twardo domagał się zerwania zakazanego owocu, a rozum ustępował miejsca nienazwanym uczuciom.
- On was nie widzi. - Usłyszeli szept i wolna wola czmychnęła jak spłoszony królik.
Cały drżał, a drobne krople rosiły płonące z pożądania ciało. Ona również to poczuła, odkrywając pierwotne instynkty. Wbiła usta w jego wargi i delektowała się oszałamiającą bliskością. A on, poznawszy zakazany owoc, spijał jej uniesienie i delikatnie wsunął się w ciepłą i uwalniającą od wszystkiego wilgotną, nieznaną krainę.
Oszalałe zmysły pływały w przestworzach, a każdy kolejny ruch przybliżał do chwilowego uwolnienia. Ekstaza stała się ich jednością odbierającą jakąkolwiek kontrolę. Zatopieni w sobie, z przyśpieszonymi oddechami i wydobywającymi się jękami, szukali ukojenia oszalałych zmysłów. Dygotali i płonęli, zachłannie odbierając otrzymany dar. Byli jak w narkotycznym transie - niczego nie widzieli, odczuwali natomiast wszystko. Dwie idealnie do siebie pasujące połówki oddawały siebie, w zamian otrzymując znacznie więcej. Szaleństwo i oddanie zatrzymały cały świat. Zmysły fruwały w nieoczekiwanym rozdaniu, nie zważając na zakłócenie odwiecznego porządku świata.
Aż w końcu fala życia popłynęła do odległych zakamarków ciała, stając się stworzycielem niewinności. Dwoje kochanków poczuło chwilową ulgę i radość z doznanego spełnienia. Jednak coś było nie tak. Pojawiło się nowe, nieznane wcześniej uczucie. Wstyd. Nagość stała się nieoczekiwanym problemem. Zerwali liście i po wielokrotnych próbach stworzyli pierwsze, niezbyt udane ubrania.
Takich właśnie zastał ich Stworzyciel. Bez pytań, bez słów zrozumiał, iż sięgnęli po zakazany owoc. Poczuł ogromny smutek i żal, że traci dzieło stworzenia. Nie mógł ich pozostawić w raju, a jedyne, co mu zostało, to pożegnać się i przestrzec przed prawdziwym życiem. I tak oto rzekł:
- Oto człowiek stał się taki jak my: zna dobro i zło. - Spojrzał na swoje dzieło i powiedział najostrzej, jak tylko mógł: - Nie możecie tutaj pozostać. Wynoście się!
W raju ponownie zagościł smutek, a Adam i Ewa wkroczyli w prawdziwe życie, zabierając ze sobą niewinność i grzech ukryty w ciele kobiety.