Rozdział 1
- Ups, przepraszam! - zawołała beztrosko Konstancja sekundę po tym, jak
wpadła z całą siłą na jakiegoś niepozornego mężczyznę. Ten obrócił się
wokół własnej osi, ale zanim zdążył się zorientować, co się stało, ona
była już daleko.
Miała naprawdę szybkie rolki. A dzisiaj dodatkowo dobry humor niósł ją
jak na skrzydłach. Slalomem wymijała spacerujących parkowymi uliczkami
ludzi. Słońce świeciło jej prosto w twarz, ale pęd powietrza chłodził
policzki, więc czuła się doskonale. Wyjechała z parku na chodnik i ścieżką rowerową szusowała przed siebie. Spieszyła się. Joachim już od
godziny czekał na basenie i pewnie był zły.
Ale nie okaże tego - pomyślała butnie. - Zbyt mocno mnie kocha.
Zatrzymała się przed przejściem przez ruchliwą ulicę. Stojący przy
krawężniku przechodnie spoglądali na nią z ciekawością. Wyglądała dobrze
i wiedziała o tym. Ani jedna kropla potu nie śmiała spłynąć po jej
pokrytym najlepszym antyperspirantem ciele. Drogi puder w kremie również
trwał niewzruszenie na policzkach, makijaż permanentny dawał poczucie
bezpieczeństwa, a oczy spod zagęszczonych rzęs rzucały zalotne
spojrzenia.
Przechodzący chodnikiem chłopak obejrzał się zafascynowany tak bardzo,
że dopiero w ostatniej chwili zauważył stojącą przy krawężniku latarnię
i ledwie zdołał ją wyminąć.
Konstancja się uśmiechnęła. Uwielbiała to uczucie. Rzucić tylko jedno
starannie wypracowane spojrzenie i mieć pewność całkowitego zwycięstwa.
Nieważne, ile lat miał ten mężczyzna, czy był żonaty, zakochany lub
zaręczony. Potrzebowała zaledwie kilku chwil, by wywrócić jego życie do
góry nogami.
Ile masz lat? - pytało spojrzenie przejeżdżającego obok niej rowerzysty.
Ludzie nigdy nie potrafili tego prawidłowo oszacować.
Lubiła mówić, że szesnaście, choć naprawdę miała dwadzieścia trzy. Ale
trzeba ją było znać o wiele dłużej, by się tego domyślić. Wszystko można
kupić. Także wieczną młodość. Trzeba mieć tylko dużo czasu i górę
pieniędzy. Konstancja posiadała i jedno, i drugie. Wszystko dzięki
układowi z rodzicami: ona miała pod dostatkiem czasu, a rodzice
pieniędzy.
Światło zmieniło się na zielone i Konstancja przejechała z wdziękiem na
drugą stronę ulicy. W plecaku po raz kolejny zadzwonił telefon.
Stęskniony Joachim - domyśliła się i postanowiła nie odbierać. Szkoda
czasu. Im szybciej dotrze na miejsce, tym lepiej. Chłopak szybko zapomni
o stresie, a ona wynagrodzi mu każdą minutę spóźnienia. Była to jedna z tych rzeczy, które potrafiła robić doskonale.
Spośród wszystkich chłopaków, którzy polowali na córkę bogatego
biznesmena już od wczesnych klas szkoły podstawowej, Joachim był
pierwszym, którego ta odważyła się pokochać. Zasadniczo starała się
unikać głębszych relacji po tym, jak już w przedszkolu usłyszała, że
dzieci tak naprawdę nie lubią jej, tylko zabawki, którymi pozwala im się
bawić. Bolało do dzisiaj.
Ale Joachim nie chciał jej zabawek, miał swoje. Nie zależało mu także na
znajomościach Jerzego Dobrowolskiego, ponieważ jego ojciec miał takie
same, a kto wie, może nawet większe. Po raz pierwszy Konstancja czuła
się naprawdę bezpiecznie. Lecz nawet ten udany związek nie odgrywał w jej życiu dominującej roli. Uważała, że miłość to rzecz przereklamowana
przez łzawe romanse i filmy, które generują niezłe zyski, ale niewiele
mówią o życiu. W realu było to, owszem, nawet dość przyjemne uczucie,
przydatne w wielu sytuacjach, ale nie widziała powodu, żeby nadawać mu
szczególną rangę. Miłość to po prostu taki sam składnik życia jak
jedzenie, picie czy poranna gimnastyka. Konieczny dla zdrowia i pełni
życia, ale niewart, żeby się nim przesadnie przejmować. Wiedziała, co
mówi, w wieku dwudziestu trzech lat miała już za sobą trzynastu
chłopaków oraz dwóch byłych narzeczonych.
Telefon dzwonił bez przerwy. Konstancja uśmiechnęła się na samą myśl o tym, jak bardzo Joachim będzie stęskniony. To zapowiadało, że wieczór
będzie przyjemny, a nawet rozkoszny.
I o to chodzi - ucieszyła się.
Kolejne skrzyżowanie przejechała na czerwonym świetle i, radośnie
machając trąbiącym kierowcom, bez trudu wyminęła stojących przy
przejściu pieszych, po czym znalazła się na drugim końcu ulicy.
Podjechała przed drzwi luksusowego hotelu. Uśmiechnęła się do znajomego
portiera i na rolkach wjechała do błyszczącego wnętrza. Nikt z obsługi
nie skomentował tego faktu ani słowem, chociaż kółka zostawiały widoczne
smugi na wypolerowanej podsadzce.
Recepcjonistka w milczeniu nacisnęła odpowiedni guzik i wezwała
sprzątaczki.
- Tylko szybko i dyskretnie - szepnęła, kiedy się pojawiły. - To nie
jest odpowiednia pora na czyszczenie holu.
Dziewczyny, rozglądając się czujnie, błyskawicznie polerowały na
kolanach brudne smugi. Hotel miał błyszczeć non stop, takie wpadki
techniczne musiały być niewidoczne dla gości. Konstancja obejrzała się,
zarejestrowała kątem oka pracujące kobiety, ale nawet przez moment nie
pomyślała, że jest dla nich źródłem stresu i dodatkowych obowiązków.
Sprzątaczki były stałym składnikiem jej życia: dyskretnie porządkowały
kolejne kupowane przez rodziców domy, prywatne szkoły, do których
dziewczyna uczęszczała, oraz hotele i pensjonaty, gdzie zdarzało jej się
zatrzymywać. Wydawało jej się zawsze, że są naturalnym elementem
środowiska. Jak powietrze. Sama nigdy nie miała ścierki w dłoni.
Konstancja ruszyła prosto w stronę szklanych drzwi oddzielających hol od
hotelowego spa. Wjechała do szatni i dopiero tam zdjęła rolki. Przebrała
się szybko w kostium kąpielowy. Wrzuciła ubrania i plecak z dzwoniącym
telefonem do szafki, wsunęła rolki pod ławeczkę, po czym poszła w stronę
basenu. Kontrolnie rzuciła okiem w lustro, chociaż i tak była pewna, że
wygląda bardzo dobrze. Baza została zbyt profesjonalnie zrobiona, by
mogło dojść do wpadki. Wypielęgnowane, gibkie ciało, doskonale przycięte
włosy, niezmywalny makijaż oraz równe zęby, których kształt i układ od
wczesnego dzieciństwa korygował najdroższy warszawski specjalista.
W rogu, pod wielką palmą zobaczyła przyjaciół. Wszyscy już byli,
punktualni jak zwykle. Rozmawiali ułożeni w wygodnych pozycjach na
leżakach. Najwyraźniej zdążyli już popływać.
- Hej, gdzie byłaś? - Joachim podniósł się na jej widok. Ciemnowłosy,
trochę chudy (mama nakazywała jej się tym nie przejmować, bo to ponoć z wiekiem mija) uśmiechał się jak zwykle nieśmiało, ale witał energicznie,
mówił głośno i poruszał się ze stanowczością zdradzającą człowieka,
który wie, o co mu chodzi w życiu.
Pocałowali się. Konstancja roześmiała się po raz tysięczny tego dnia,
który był jakby specjalnie stworzony do tego, by się cieszyć. Cudowna
pogoda, doskonałe towarzystwo, a w perspektywie wieczorna randka. Nic,
tylko się uśmiechać.
- Już jestem i to się liczy - powiedziała zalotnie.
Nigdy mu się nie tłumaczyła ze swojego postępowania. Nie było takiej
potrzeby, Joachim przyjmował spokojnie każdą jej decyzję. W gruncie
rzeczy zawsze podświadomie wiedziała, że chłopak nie ma wyjścia. Musi
się jej podporządkować, podobnie jak kiedyś nauczyciele w szkole
finansowanej przez ojca, jak lekarz, który zostawiał innych pacjentów w połowie badania, żeby tylko zjawić się kilka minut po wezwaniu. Jak
wszyscy dookoła w taki czy inny sposób uzależnieni od dobrych stosunków
z jej ojcem.
Joachim, choć pochodził z równie wpływowej rodziny, zachowywał się tak
samo.
Konstancja usiadła na leżaku.
W tym momencie w kieszeni szlafroka, który Joachim zarzucił na oparcie,
zadzwonił telefon.
- Joachimie, nigdy nie pracuj, kiedy wypoczywasz, to mąci aurę.
Zwłaszcza na basenie - roześmiała się Dominika, córka dyrektora banku,
choć i ona zawsze miała komórkę obok siebie i potrafiła na wezwanie
swojego szefa wybiec w połowie najlepszej imprezy. Robiła błyskotliwą
karierę po skończonych niedawno studiach prawniczych.
- Osiągniesz tyle co on, to sama zobaczysz, jak to jest - skomentował
Michał, dyrektor zarządzający konsorcjum finansowego. - Ani chwili
spokoju. Pracujesz, nawet kiedy śpisz - dodał ze sztucznie zbolałą miną.
Konstancja się uśmiechnęła. Wszyscy wiedzieli, że Michał uwielbia swoją
pracę i wpadłby w ciężką depresję na samą myśl o tym, że ktoś mógłby go
choć na chwilę zastąpić. W tym pozornie wyluzowanym gronie przyjaciół
ona sama była jedyną osobą, która nie skończyła prestiżowych studiów i nie podjęła pracy w firmie swojego ojca ani żadnego z jego przyjaciół.
Jej plan na życie wykrystalizował się już w ostatnich klasach szkoły
podstawowej i w swym zasadniczym kształcie był aktualny do dzisiaj: nie
przemęczać się, dobrze się bawić, a we właściwym czasie bogato wyjść za
mąż. Pomysł stary jak świat i skuteczny w każdej epoce. Obecnie
realizowała jego drugi punkt i bardzo powoli zmierzała w kierunku
kolejnego.
Element kluczowy tego etapu, czyli Joachim, przyciskał mocno telefon do
policzka i słuchał właśnie w napięciu jakiegoś dłuższego monologu, nie
przerywając ani słowem. Odsunął się od grupy przyjaciół i wyglądał na
dość poruszonego. Musiało się wydarzyć coś ważnego w ich rodzinnym
interesie.
Konstancja westchnęła. Miała dystans do takich spraw. Zahartowały ją
lata spędzone z ojcem, który potrafił na jedno wezwanie wybiec z domu w połowie spożywania wigilijnego barszczu, w trakcie jej urodzin, w rocznicę ślubu czy po prostu w środku nocy. Wiedziała też, że jej mąż
najprawdopodobniej będzie prowadził taki sam tryb życia. Pogodziła się z tym - wszystko w życiu ma swoją cenę.
- Założę się, że to znowu jakieś interesy - westchnęła. - Nie cierpię
firm, umów, polityków, układów i tym podobnego nudziarstwa - powiedziała
do Marty, żeby trochę, tak tylko dla zasady, pomarudzić.
- Dzięki temu siedzisz teraz nad brzegiem najładniejszego basenu w stolicy - odparła jej koleżanka. - Gdyby twój ojciec nie odbierał non
stop telefonów, już dawno musiałabyś zarabiać na życie. A naprawdę nie
wiem, co mogłabyś robić - wyrwało jej się szczerze.
- Ja też nie wiem - odparła Konstancja wesoło. - Nic mnie nie pociąga.
No, może z wyjątkiem Joachima.
- A twój ojciec? - Marta pochyliła się w jej stronę z ciekawością. -
Dawno już chciałam o to zapytać. Nie martwi się, że zmarnujesz dorobek
jego życia?
Konstancja nie pierwszy raz w życiu słyszała to pytanie. Ojciec
fascynował wielu ludzi pragnących zgłębić tajemnicę jego sukcesu. Kto
mógł, podpytywał o szczegóły jego życia, był on bowiem postacią dość
tajemniczą, nigdy nie udzielał wywiadów i nie opowiadał o sobie.
Konstancja stanowiła więc jedyne źródło informacji. Przywykła do tego.
- Jakoś się nie martwi - powiedziała lekkim tonem. - Może, podobnie jak
mama, liczy na to, że dobrze wyjdę za mąż i tą starą, ale wciąż
skuteczną metodą zapewnię mu godnego następcę. W końcu to nie moja wina,
że jestem jedynaczką. Mogli się z matką bardziej przykładać do
małżeńskich obowiązków.
Roześmiała się, po czym zerwała z leżaka i zgrabnie wskoczyła do wody.
Zawsze przerywała rozmowy, gdy tylko poczuła taką ochotę. Nikomu to nie
przeszkadzało, a w każdym razie nikt nie zgłaszał zastrzeżeń.
Kiedy wynurzyła się po drugiej stronie basenu, zobaczyła, że Joachim
macha jej dłonią. Domyśliła się, że musi iść.
No cóż, doskonała okazja, żeby go sprawdzić - pomyślała.
Większość chłopaków utrzymywała z nią znajomość ze względu na kontakty
ojca. Nawet ci z bogatych rodzin w taki czy inny sposób liczyli na
jakieś korzyści. Zwykle ci, którzy mają dużo, chcą mieć jeszcze więcej.
Można było łatwo sprawdzić, czy kandydat ma ukryte intencje. Ci
sterowani przez rodziców w niczym jej się nie sprzeciwiali. Bali się.
Podpłynęła do brzegu i oparła się wdzięcznie na łokciach. Joachim
przyjrzał jej się uważnie, jakby ją widział po raz pierwszy w życiu.
Miał bardzo dziwną minę. Sytuacja wydawała się wręcz stworzona do
przeprowadzenia testu.
- Muszę iść - powiedział zgodnie z jej przewidywaniem. - To bardzo ważna
sprawa.
- Zostań - poprosiła jak dziecko i spojrzała błagalnie, świadomie go
prowokując.
- Nie mogę - odparł Joachim stanowczo.
- Nalegam bardzo mocno. Jeśli naprawdę mnie kochasz, zostań. - Doskonale
grała rozkapryszoną dziedziczkę, nie musząc się przy tym nawet wysilać.
- Nie mogę - powtórzył.
- Będę naprawdę zła - ostrzegła go poważnym tonem. - I nie wiem, czy ten
biznes, do którego tak pędzisz, wynagrodzi ci to choć w części. Zastanów
się.
Ku jej zaskoczeniu Joachim ani przez chwilę się nie wahał. Niczego nie
tłumacząc, pochylił się i bardzo mocno ją pocałował.
- Cześć - powiedział. - Było naprawdę miło - dodał bez sensu, bo tego
dnia nie zdążyli nawet porozmawiać, o innych rozrywkach nie wspominając.
Nie zdążyła skomentować tego faktu nawet jednym słowem, bo mężczyzna
odwrócił się i szybko poszedł w stronę szatni. Konstancja trwała w lekkim oszołomieniu. Z jednej strony wynik eksperymentu był pozytywny.
Joachim kochał ją naprawdę, skoro nie bał się jej sprzeciwić.
Najwyraźniej nie liczył się z instrukcjami rodziców, że nie należy
dziewczyny drażnić z obawy przed gniewem jej ojca. Z drugiej strony
niepokoiło ją to, że zbuntował się tak łatwo, zlekceważył jej wolę,
jakby to było zupełnie normalne zachowanie.
Westchnęła, puściła wyłożony płytkami brzeg basenu i popłynęła z powrotem. Nie miała pojęcia, co o tym wszystkim sądzić. Zobaczyła
jeszcze, że Mateusz Kaliski, syn tego Kaliskiego, również wyszedł,
szepnąwszy coś do ucha swojej dziewczynie.
Cokolwiek się stało, ojcowie już się najwyraźniej porozumieli i wezwali
następców tronu - pomyślała Konstancja.
Musieli mieć jakieś poważne kłopoty, ale to jej nie obchodziło. Znała te
historie na pamięć. Może frank poszedł w górę, a może poleciał w dół
albo jakieś państwo bankrutowało i należało ratować złożone tam depozyty
bankowe. Na szczęście ona nie musiała się martwić takimi sprawami.
Ojciec trzymał ją z dala od interesów, a jej wystarczały nieograniczony
dostęp do rodzinnego konta i wygodne mieszkanie z osobnym wejściem.
Pływała jeszcze przez dłuższą chwilę, kątem oka rejestrując, jak
towarzystwo się rozchodzi. To ją trochę zaniepokoiło. Zawróciła szybko w stronę leżaków, żeby zapytać, co się stało. Ich zachowanie zdecydowanie
nie było normalne, nawet w obliczu zawirowań w interesach. Jednak zanim
dopłynęła do brzegu, ostatnia osoba już zniknęła, jak jej się wydawało,
w pośpiechu.
Konstancja wyszła z wody, wytarła się i otworzyła drzwi do szatni.
Nikogo już nie było, a przecież dziewczyny zawsze potrzebowały sporo
czasu, by się przebrać i wysuszyć. Usiadła na drewnianej ławce, oparła
głowę o szafkę i poczuła, że jest jej przykro. Co się stało? Czy to miał
być jakiś głupi wybryk? Jak w amerykańskich filmach, kiedy bohater
myśli, że wszyscy go opuścili, a oni przygotowują przyjęcie
niespodziankę? Nie miała w tym miesiącu urodzin. Na ten dzień nie
przypadała też żadna rocznica w jej związku z Joachimem. Chyba że
miałyby to być formalne oświadczyny, których spodziewała się od jakiegoś
czasu. Ale tak głupio zorganizowane? To nie w stylu Joachima, któremu
bliżej było do dżentelmena starej daty niż organizatora słabych
niespodzianek.
Ubrała się i wysuszyła włosy, przez cały czas zastanawiając się nad
dziwnym postępowaniem przyjaciół. W końcu postanowiła o tym zapomnieć.
Stara, ale sprawdzona metoda na zmartwienia. Większość z nich -
pozostawiona własnemu losowi - rozwiązywała się samoczynnie.
Włożyła rolki i otworzywszy drzwi, przejechała przez nienagannie
błyszczący hol, po raz drugi zostawiając na podłodze długie, brzydkie
ślady. Recepcjonistka pożegnała ją z zawodowym uśmiechem i znów
przycisnęła odpowiedni guzik. Spojrzała na drzwi wejściowe, za którymi
zniknęła córka najbardziej wpływowego klienta, i pomyślała różne rzeczy.
Żadna z nich nie nadawała się do głośnego wyartykułowania w miejscu
pracy.
Rozdział 2
Konstancja zatrzymała się na chodniku, oparła nogę o słupek, uśmiechnęła
się odruchowo do przechodzącego obok mężczyzny, po czym pogrzebała przez
chwilę w małym plecaku, do którego chaotycznie powrzucała wszystkie
potrzebne rzeczy. Skąpe bikini, kosmetyki oraz portfel, dający poczucie,
że można rozwiązać absolutnie każdy problem.
Na samym dnie plecaka znalazła telefon. Nie lubiła tego aparatu, miał
niepraktyczne menu, ale kupiła go, bo był w tym sezonie najmodniejszy.
Nacisnęła guzik i zobaczyła na wyświetlaczu dwieście sześćdziesiąt
nieodebranych połączeń. Nawet jak na nią był to dość zaskakujący wynik.
Poczuła lekki niepokój, kiedy się okazało, że prawie wszystkie były od
ojca. Chyba w ciągu całego życia tyle razy do niej nie zadzwonił. A dzisiaj najwyraźniej non stop wybierał jej numer. Leciuteńki dreszcz
przeleciał jej po plecach, ale szybko się otrząsnęła.
Machnęła władczo na przejeżdżającą taksówkę. Postanowiła wracać do domu.
Odpocząć i się uspokoić. Co się, do licha, stało? Atak nuklearny na
Stany Zjednoczone? Jakaś groźna epidemia? Wszędzie panował spokój, na
ulicach nie było nawet śladu paniki. Już w samochodzie wybrała numer
ojca, ale nie odbierał.
To się nazywa rodzicielska logika - pomyślała, wrzucając telefon do
plecaka. - Najpierw dzwonić do córki ponad dwieście razy, a potem nie
odbierać, kiedy ona oddzwania.
Wyjrzała przez okno. Za przyciemnianymi szybami toczyło się zwyczajne
życie szarych ludzi. Nic o nim nie wiedziała, tyle co z powieści
obyczajowych, które pochłaniała w ogromnej liczbie. Wchodziła do
księgarni i naręczami wynosiła z niej nowości. Było wśród nich wiele
amerykańskich romansów, ale lubiła też polskie powieści o zmagających
się z trudnościami kobietach, które dzięki pracowitości i odwadze
budowały swoje życie po różnych katastrofach. Dla niej były to właściwie
powieści fantastyczne, nic w nich nie przypominało rzeczywistości, jaką
znała.
Taksówka zaparkowała przed willą i Konstancja poczuła, jak robi jej się
niedobrze ze strachu. Przed domem był zaparkowany samochód policyjny,
biało-czerwona taśma oddzielała podjazd od reszty ogrodu. Dziewczyna
wysupłała szybko dwadzieścia złotych z portfela, trzasnęła drzwiami
taksówki i pobiegła w stronę domu. Policjant zatrzymał ją kilka metrów
od wejścia. Drzwi były opieczętowane na całej długości białymi taśmami.
Po podwórku kręciło się kilku mężczyzn. Rodziców nigdzie nie było widać.
- Wstęp wzbroniony. Proszę odejść - nakazał policjant stanowczym głosem.
- Ja tu mieszkam. Co się stało? - zapytała kompletnie zbita z tropu.
Policjant spojrzał na nią ze współczuciem.
- Nie mogę pani pomóc. Ale poproszę prokuratora, myślę, że on udzieli
pani informacji.
- Prokuratora? Czy kogoś zamordowano? - przeraziła się.
- Nie. Proszę się uspokoić. O ile mi wiadomo, tylko aresztowano.
Tylko aresztowano? Kogo? Służbę, portiera czy kierowcę? A może asystenta
ojca? Od początku wyglądał podejrzanie. Gdzie są rodzice? Myśli
przelatywały jej przez głowę jak spłoszone ptaki.
Wyciągnęła komórkę i próbowała dzwonić na zmianę do mamy i taty. Żadne
nie odbierało. Spróbowała zatelefonować do Joachima, ale też
bezskutecznie. Patrzyła, jak policjant rozmawia z jakimś mężczyzną w garniturze, wskazując głową w jej kierunku. Nie miała numeru do
rodzinnego prawnika i nagle pożałowała, że do tego stopnia nie
interesowała się dotąd tego typu praktycznymi sprawami. Teraz by się
przydało kilka informacji.
Mężczyzna w garniturze nadal był czymś zajęty, zaczęła więc dzwonić po
kolei do wszystkich swoich znajomych. Nikt nie odbierał. Nie mogła się
dłużej łudzić, że to zbieg okoliczności. Coś się stało, coś bardzo
złego. Jednym ruchem podniosła taśmę w patriotycznych kolorach, którą do
tej pory widywała jedynie w serialach kryminalnych, po czym pobiegła w stronę schodów prowadzących do wejścia do domu. W tej samej sekundzie
ruszyli w jej stronę dwaj policjanci, a także prokurator, który jednym
gestem dłoni powstrzymał funkcjonariuszy i podszedł do niej.
- Proszę się zatrzymać. Nie wolno pani wchodzić dalej. Dom został
zamknięty, stanowi zabezpieczenie majątkowe na czas procesu.
- Ale ja tu mieszkam! - zawołała. Cała się trzęsła. - Z boku jest osobne
wejście do mojego mieszkania!
Prokurator uniósł tylko brwi i zajrzał do czarnej teczki, którą trzymał
w dłoni.
- Z dokumentów wynika, że jedynym właścicielem nieruchomości jest pan
Jerzy Dobrowolski. Żadnych informacji o wydzielonym dodatkowym
mieszkaniu nie ma w księgach wieczystych.
- Formalnie nie ma, ale w rzeczywistości w domu taty znajdują się moje
mieszkanie i wszystkie rzeczy. Także osobiste.
- Przykro mi. W świetle prawa nic tu do pani nie należy.
Konstancja poczuła, że robi jej się słabo.
- Jak to nie należy? W życiu nie słyszałam głupszego tekstu! Gdzie są
moi rodzice? Gdzie tata? On wszystko panu wyjaśni.
- Pani ojciec został aresztowany dwie godziny temu - odparł spokojnie
prokurator, najwyraźniej uodporniony na emocjonalne reakcje. - Co do
miejsca pobytu jego żony nie mamy żadnych informacji. Nie jest
podejrzana w sprawie.
- Ojciec aresztowany?! Chyba wam się coś pomyliło. Mój tata to Jerzy
Dobrowolski, właściciel Dromeksu. To znany i szanowany człowiek.
- Tak, proszę pani. - Prokurator ani na moment nie tracił spokoju. -
Mówimy o tej samej osobie. Proszę się skontaktować z jego adwokatem, z pewnością udzieli pani wszystkich informacji. Ja mogę powiedzieć tylko
tyle, że sprawa jest poważna, a cały majątek ruchomy i nieruchomy został
zabezpieczony. Nie może pani wejść do tego domu. Proszę przyjąć wyrazy
współczucia.
- Na chrzan mi pańskie wyrazy współczucia! - krzyknęła Konstancja,
kompletnie wyprowadzona z równowagi. - Chcę wejść do własnego domu! Nie
może mnie pan wpuścić chociaż na chwilę? Muszę zabrać swoje rzeczy.
- Przykro mi. - Prokurator odwrócił się do policjantów: - Proszę
wyprowadzić panią poza teren posesji.
- Człowieku, nie rozumiesz, że ja tu mieszkam? - Dziewczyna zdenerwowała
się na dobre. Do tego palanta nic nie docierało. - Nazywam się
Konstancja Dobrowolska - wytłumaczyła mu jeszcze raz, bo najwyraźniej
nie pojął.
- Rozumiem. Jeszcze raz zapewniam, że bardzo mi przykro - powiedział i odszedł.
Policjant złapał ją za łokieć i delikatnie skierował ku bramie.
Konstancja szarpnęła się z całej siły.
- Proszę mnie nie dotykać - powiedziała zimno - bo wytoczę panu proces o molestowanie. Nie wiem, co za absurd dzieje się dookoła, ale jestem
pewna, że winni tego skandalu szybko pożałują, że wpadli na tak
bezdennie głupi pomysł jak podniesienie ręki na Jerzego Dobrowolskiego.
Przeszła przez podjazd, wyszła za bramę i stanęła zdezorientowana na
chodniku. Spojrzała na dom. Nie była z nim związana emocjonalnie. Już w dzieciństwie nauczyła się nie przyzwyczajać do miejsc i ludzi. Ojciec
zbyt często zmieniał zarówno siedziby, jak i personel. Przeprowadzki
następowały szybko i z jej perspektywy były bardzo proste. Brała swoją
torebkę, wkładała buty, a kierowca zawoził ją pod nowy adres. Niczego
nigdy nie pakowała ani nie przenosiła. Tym zajmowali się wynajęci
tragarze ze specjalistycznych, bardzo drogich firm, którzy potrafili
zadbać, by każdy przedmiot w jej nowym pokoju znalazł się na właściwym
miejscu.
W tym domu rodzina spędziła ostatnie pięć lat. Każdy w swoim skrzydle
składającym się z kilku pokoi, łazienki, obszernej garderoby i słonecznego tarasu. Spotykali się przy posiłkach, oczywiście jeżeli nie
stały im na przeszkodzie jakieś umówione terminy. Czasem nie widywali
się tygodniami. Konstancja nie miała pojęcia, jak często jej rodzice ze
sobą rozmawiają. Nigdy się nad tym nie zastanawiała.
Kolejny raz spróbowała się dodzwonić do mamy. Dlaczego ona nie odbiera?
Przecież jeżeli coś się stało z ojcem i rzeczywiście został aresztowany,
to mama powinna była się z nią skontaktować już dawno. Chyba że o niczym
nie wie. W takim przypadku należało ją jak najszybciej o wszystkim
zawiadomić. Tylko jak to zrobić? Gdzie ona, do licha, może być?
Konstancja nic nie wiedziała o planach matki na dzisiaj, o ewentualnych
znajomych czy ulubionych miejscach też niezbyt wiele. Od dawna miała
swoje życie i z rodzicami nie rozmawiała zbyt często.
Westchnęła i zastanowiła się, co dalej robić. Była głodna, od rana nic
nie jadła, a pływanie zaostrzyło jej apetyt. Bez żalu porzuciła więc
skomplikowane rozważania i postanowiła w pierwszej kolejności zadbać o własny komfort. W głębi serca żywiła mocne przeczucie, że kiedy wróci do
domu za pół godziny, sprawa będzie już nieaktualna. Wyciągnęła z plecaka
miękkie baleriny, zdjęła rolki, zostawiła je pod bramą i ruszyła szybko
w stronę najbliższej restauracji. Weszła do luksusowego, klimatyzowanego
wnętrza, po czym z ulgą usiadła na wygodnym krześle. Potrzebowała chwili
odpoczynku.
Kelner podszedł po niezwykle, jak na standardy tego miejsca, długiej
chwili.
- Witam panią. - Mężczyzna uśmiechnął się ze starannie odmierzonym
entuzjazmem, znacznie skromniejszym niż zwykle. Dobrze znał Konstancję,
bywała tu czasami z ojcem, gdy ten przypominał sobie o rodzicielskich
obowiązkach i w jeden wieczór próbował nadrobić zaległości z całych
tygodni.
- Zanim przyjmę zamówienie - powiedział uprzejmie kelner. - Muszę z przykrością poinformować, że nasz terminal płatności elektronicznych
uległ awarii i przyjmujemy wyłącznie gotówkę. - Ukłonił się i uśmiechnął
szeroko.
- Pewnie szybko naprawicie - odpowiedziała dziewczyna.
- Z pewnością - zgodził się kelner. - Ale na razie przyjmujemy tylko
płatność w gotówce - powtórzył.
Konstancja spojrzała do portfela. Nigdy nie wiedziała, ile pieniędzy ma
przy sobie. Wśród licznych wizytówek oraz małych żółtych kartek ze
sprawami do załatwienia, kiedy przyjdzie jej ochota, by się nimi zająć,
zobaczyła dwa zmięte stuzłotowe banknoty. Na obiad powinno starczyć.
Zamówiła pieczeń cielęcą w sosie borowikowym, francuską zupę cebulową i czekoladowy suflet. Zestaw był bardzo kaloryczny, ale potrzebowała sił.
Przez dłuższą chwilę czekała na realizację zamówienia, starając się nie
myśleć o problemach, które zostały za drzwiami restauracji. Sytuacja
była tak absurdalna, że uznała, iż roztrząsanie jej nie ma żadnego
sensu. Problem rozwiąże się sam, jak wszystkie inne do tej pory.
Z przyjemnością i uznaniem spojrzała na dzieło sztuki, które kelner
postawił przed nią na nieskazitelnie czystym obrusie. W jasnobrązowym
kamionkowym naczyniu, zapieczona na złoty kolor, zawrotnie pachniała
zupa cebulowa. Po chwili dołączyła do niej idealnie uduszona cielęcina w towarzystwie borowików, sałat oraz kaszy gryczanej. Delikatny suflet
uzupełnił tę symfonię smaków czekoladową nutą. Jadła powoli, próbując po
kilka kęsów kolejnych dań. Większość jedzenia zostawiła na półmiskach.
Wypiła jeszcze na koniec delikatną latte, uregulowała rachunek, dała
kelnerowi pięćdziesiąt złotych napiwku i w ten sposób pozbyła się całej
gotówki.
Wyszła na tonącą w słońcu ulicę i wzruszyła ramionami, jakby chciała
strącić gromadzący się na nich ciężar. Nie miała pomysłu, co powinna
zrobić, ale nie zamierzała przyznać się do tego nawet przed sobą.
Wróciła przed dom. Niestety, nic nie wskazywało na to, by problem sam
się rozwiązał. Zamkniętą bramę również opieczętowano. Na drzwiach domu
nadal widniały białe taśmy. Jak dotąd absurd trwał. Policjantów już nie
było, zniknął też prokurator, ale sytuacja wyglądała coraz gorzej.
Konstancja postała przez chwilę pod bramą, po czym zawróciła powoli tą
samą co wcześniej drogą. Minęła stoliki przed restauracją, w której
jadła obiad, i zobaczyła tego samego kelnera, przyjmującego kartę
płatniczą od jakiegoś klienta.
Naprawili - pomyślała, ale jakaś część jej świadomości się zaniepokoiła.
Zaczęła się zastanawiać, czy nie poproszono jej o gotówkę specjalnie. -
Nie popadaj w paranoję - skarciła się w myślach, szybko przeszła na
drugą stronę ulicy i ruszyła w stronę galerii handlowej.
Starając się lekceważyć niepokój, który sprawiał, że musiała się
zmuszać, by nie zacząć biec, podeszła do bankomatu. Wyciągnęła lekko
tylko drżącymi dłońmi złotą kartę Visa. To był jej najlepszy przyjaciel,
wierny w każdej sytuacji, lekarstwo na wszystko. Nie było problemu,
którego ta karta nie mogłaby rozwiązać. Oprócz nieograniczonego dostępu
do konta ojca, na którym znajdowała się tak wielka ilość pieniędzy, że
choćby cała rodzina codziennie szastała nimi od rana do wieczora, i tak
wszystkich nie zdołaliby wydać, karta zawierała mnóstwo różnego rodzaju
ubezpieczeń i dodatkowych usług.
Włożyła magiczny plastik do bankomatu i zaczęła wykonywać kolejne
czynności, które miały ją uspokoić, utwierdzić w przekonaniu, że świat
nie wyleciał z orbity i nadal kręci się wokół własnej osi, czyli
pieniędzy. Postanowiła wybrać największą ilość gotówki, jaką tylko mogła
otrzymać. Potrzebowała sporego rulonu banknotów, by znów poczuć się
pewnie. Podała PIN, wpisała kwotę i po kilku sekundach wyświetlił się na
ekranie bankomatu komunikat, jakiego nie widziała jeszcze nigdy w życiu:
"Brak środków na koncie". Wpatrywała się przez dłuższą chwilę w ten
niezrozumiały tekst, a za jej plecami formowała się coraz dłuższa
kolejka. Odeszła na bok, wzięła głęboki oddech i jeszcze raz ustawiła
się w ogonku do bankomatu. Kolejna próba zakończyła się tak samo.
Wyciągnęła z portfela drugą kartę i po chwili znów zobaczyła na ekranie
znajomy już komunikat. Czekający za jej plecami ludzie zaczęli wydawać
znaczące chrząknięcia. Zrezygnowała z dalszych prób. Pozostałe trzy
karty, które miała, również były przypisane do kont ojca. Jeżeli
rachunki bankowe zostały zablokowane, nie było sensu ich szturmować.
Konstancja uśmiechnęła się i odegnała niepokój. Prokurator może się
łudzić, że jest sprytny, ale jego działania nie są w stanie zagrozić
córce Jerzego Dobrowolskiego, człowieka dostatecznie inteligentnego, by
zadbać o plan awaryjny i przygotować rodzinę na wypadek
nieprzewidzianych kłopotów. Już od lat oprócz oficjalnych kont,
firmowych i prywatnych, istniały też ściśle tajne, wyłącznie na hasło.
Wystarczyło pójść do odpowiedniego oddziału banku i podać kombinację
cyfr, aby dostać się do złożonych tam zasobów. Proste.
Stanęła na chodniku i odruchowo podniosła dłoń, by dać znak
taksówkarzowi. Podjechał błyskawicznie, zdusiła więc w zarodku głupią
myśl, że nie ma pieniędzy. Ma, oczywiście, tylko musi skorzystać z odpowiedniego konta.
Zażądała podwiezienia przed bank, po czym poprosiła kierowcę, by przez
chwilę zaczekał. Podeszła do specjalnego stanowiska dla
uprzywilejowanych klientów i złożyła dyspozycję wypłaty pieniędzy z konta. Pracownik wpisał dane, a Konstancja wstukała hasło i spokojnie
czekała. Czerwony napis: "Brak środków" zaskoczył ją bardziej niż
prokurator na podwórku. Niemożliwe. O tym koncie wiedziała tylko mama.
Dziewczyna się uspokoiła. Widocznie matka już zadbała o zabezpieczenie
ich losu. Dla pewności Konstancja sprawdziła jeszcze dwa pozostałe konta
i skrytkę. Ziejąca pustką metalowa skrzynka tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że mama była szybsza i już się wszystkim zajęła. Nikt inny
nie znał hasła.
Pracownik banku stał w zapewniającej jej prywatność odległości. Musiał
wiedzieć, czy ktoś się dzisiaj interesował tą skrytką, ale oczywiście za
żadne skarby nie udzieli jej informacji. Dyskrecja była podstawą
działania tej instytucji. Zamknęła skrytkę, podziękowała, po czym
eskortowana przez bankowca przeszła z powrotem do głównego
pomieszczenia. Pożegnała się i ruszyła w stronę wyjścia, jednocześnie
grzebiąc w plecaku w poszukiwaniu telefonu. Nagle przez szerokie
przeszklone drzwi zobaczyła taksówkarza miarowo maszerującego wzdłuż
schodów, tam i z powrotem, co chwila zerkającego w stronę wejścia. W ostatniej chwili schowała się za automat do kawy, zanim kierowca ją
zauważył.
Zatelefonowała do mamy. Wsłuchiwała się w rytmiczne, ciągłe sygnały, a nowo obudzona część jej świadomości już wiedziała, że nikt nie odbierze
tego połączenia. Analizowała fakty z zimną precyzją i podsuwała gotowe
wnioski. Ta sytuacja nie była normalna. Mama już dawno powinna była do
niej zadzwonić. Najwyraźniej od pewnego czasu wiedziała, co się stało.
Dlaczego nie zatroszczyła się w pierwszej kolejności o własną córkę?
Dlaczego nie reagowała na jej próby nawiązania kontaktu?
Przez moment Konstancji zrobiło się zimno, a zupełnie zapomniane uczucie
strachu ścisnęło jej gardło. Ostatni raz w życiu bała się, mając
dziewięć lat. Było to na obozie harcerskim. Ale wtedy wystarczył jeden
telefon i w ciągu dziesięciu minut komendant obozu wsadził ją do
własnego samochodu i odwiózł do Warszawy, choć był środek nocy, a do
pokonania mieli czterysta kilometrów. Córce głównego sponsora obozu nikt
nie ośmielił się sprzeciwić. Na samo wspomnienie tamtej sytuacji
dziewczyna się uspokoiła.
Lista kontaktów w telefonie nie ograniczała się przecież do jednej
pozycji. Konstancja zaczęła wybierać kolejne numery, ale ciągle słyszała
tylko monotonny sygnał nieodbieranych połączeń. Nie dodzwoniła się nawet
do kierowcy, który zawsze miał włączony zestaw głośnomówiący i reagował
natychmiast, kiedy tylko się go wezwało.
Strach znów podpełznął jej do gardła, a nowo obudzona świadomość
logicznie podpowiadała, że wszyscy już wiedzą i nikt nie ma ochoty pomóc
jej w tej trudnej sytuacji. Wyjrzała przez szklane drzwi i zobaczyła
taksówkarza pokonującego kolejny raz trasę wzdłuż schodów. Odczekała, aż
mężczyzna się odwróci i ruszy w drugą stronę, po czym biegiem opuściła
wnętrze banku, przeskoczyła schody i schowała się za rogiem budynku.
Serce biło jej mocno, a dłonie były mokre od potu. Szybko weszła w głąb
bocznej uliczki, a potem, kilkakrotnie skręcając, uciekała dalej. Bała
się o wiele bardziej niż wtedy na obozie. Jej ogłupiony bezstresowym
wychowaniem umysł nie zanikł jeszcze całkowicie i niestety wybrał sobie
ten właśnie najmniej odpowiedni moment, by się obudzić i pokazać, jak
zimno potrafi działać. Twardo podsuwał Konstancji wniosek, że znalazła
się w bardzo trudnym położeniu.
Dziewczyna zatrzymała się w końcu zdyszana i kolejny raz zbyła
racjonalne argumenty. Było jeszcze wiele możliwości ratunku, których nie
wykorzystała. Postanowiła jechać do prawnika reprezentującego ojca i jego firmę. Od tego należało zacząć. Mecenas Rudzki pewnie miał dostęp
do innych tajnych kont i nie do końca legalnych skrytek. Łączyła ich z ojcem niejedna tajemnica. Ale przede wszystkim będzie musiał udzielić
jej pomocy oraz wyjaśnień. Należało to do jego standardowych obowiązków.
Wróciła pospiesznie przed bank. Kiedy zbliżyła się do budynku, ostrożnie
wychyliła głowę zza rogu, by z ulgą stwierdzić, że kierowca odjechał.
Wyszła godnie z zaułka, wysoko unosząc brodę, i skierowała się na
pobliski postój taksówek. Musiała to zrobić, choć nadal nie miała
pieniędzy. Jak niby inaczej miała się dostać do kancelarii prawnej,
która mieściła się na drugim końcu miasta?
Rozdział 3
Wiatr lekko poruszał gałęziami drzew rosnących długim szpalerem wzdłuż
cmentarnych alejek, a ptaki śpiewały nad maleńkimi, prostokątnymi
grobowcami, dokładnie tak samo pięknie jak w parkach i ogrodach pełnych
bawiących się dzieci. Pszczoły brzęczały, słoneczne, sielskie popołudnie
na wsi chyliło się ku wieczorowi. Z zamkniętymi oczami można było
udawać, że wszystko jest tak, jak być powinno. Miłość oznacza zaufanie i poczucie bezpieczeństwa, a ciąża jest radosnym czasem oczekiwania na
dziecko.
Ania uniosła powieki i spojrzała na złożone na kolanach dłonie. Na
gładkiej jeszcze skórze pojawiła się niedawno pierwsza brązowa plamka.
Babcia Ludwika miała ich na swoich dłoniach dziesiątki. Były znakiem
upływających lat. Ania westchnęła. Wciąż czuła się młoda, wciąż była
przekonana, że jeszcze ze wszystkim zdąży. Ale czas dyskretnie wysyłał
jej pierwsze sygnały, że życie płynie i jeśli nie spróbuje być
szczęśliwa teraz, to kto wie, czy w ogóle jeszcze kiedykolwiek zdąży.
Jestem szczęśliwa - powtarzała sobie ze znużeniem. - Mam wprawdzie pięć
dodatkowych kilogramów i ranę w sercu, ale też troje udanych dzieci,
rozsądnego, kochającego męża, stałą pracę, domek na wsi, zdrowie i grono
znajomych. Tym wszystkim czas pokrywał przez lata pustkę po tamtej
tragedii, jak woda nanosi piasek na nową plażę. Ania często się śmiała i nie było w tym fałszu. Kochała swoje dzieci i cieszyła się ich
radościami.
Ale nigdy nie zapomniała.
Przynajmniej raz w tygodniu przychodziła na cmentarz i pielęgnowała grób
obcego, porzuconego przez bliskich dziecka, bo nie dane jej było
pochować swojej córeczki. W tamtych czasach szpitale nie wydawały
rodzicom ciała zmarłego przy porodzie dziecka. Nie wiedziała, co się z nim stało. Ale, niestety, wciąż to sobie wyobrażała. Nie potrafiła też,
mimo wielkich starań, pokochać prawdziwie swojego męża Pawła. Była dla
niego dobra, bo troszczył się o dzieci. Dzięki niemu miała prawdziwą
rodzinę i z wdzięczności za to dbała o niego z czułością. Jednak nie
kochała. Ta część jej serca, która odpowiadała za relacje z mężczyznami,
obumarła. Ania nie sądziła, by kiedykolwiek miało się to jeszcze
zmienić. Minęło już tak wiele lat, że przestała liczyć nawet na zwykłą w takich przypadkach pociechę, że czas uleczy rany.
Pochyliła się nad grobem i pogłaskała dłonią gładkie płatki kwiatów,
jakby to był policzek córeczki.
Wszyscy mówili: wyjdziesz za mąż, urodzisz kolejne dzieci, zapomnisz.
Ale to nieprawda, że jedno dziecko można zastąpić innym. Każde ma swoje
własne miejsce w sercu matki i każde kocha się tak samo mocno. Śmierć
tej dziewczynki, będącej owocem prawdziwej miłości, zabrała z życia Ani
wszystko, co ważne. Zaufanie do ludzi, wiarę w miłość, a także mężczyznę
życia. Nie widziała go od ponad dwudziestu lat, ale wciąż kochała tak
samo mocno. Nic na to nie pomagało. Ani religia, ani modne terapie, ani
książki psychologiczne, ani rozsądne argumenty. Nic. Czasem wydawało się
jej, że życie ma smak tektury. Wszystkie jego aspekty, oprócz dzieci,
były mdłe, suche i szare. Pewien dziennikarz pytał kiedyś w programie
śniadaniowym, jak długo kobieta może żyć tylko dla dzieci, nie mając
żadnej pociechy oprócz macierzyństwa. Ona już znała odpowiedź. Długo,
proszę pana, bywa, że przez całe życie.
Wstała i ruszyła w stronę domu. Okolica była wyjątkowo urokliwa. Kto
chociaż raz przyjechał tutaj z tłocznego, zakurzonego Krakowa, zaczynał
się rozglądać za jakąś nieruchomością do kupienia. A potem przeżywał
ciężki szok, odkrywszy, że na wsi nie zawsze jest tak sielsko. Bywają
też pełne błota jesienne tygodnie, długie metry dróg do własnoręcznego
odśnieżania, a czas dojazdu karetki pogotowia to w porywach do półtorej
godziny. Jej samej wprawdzie żaden z tych elementów nie zaskoczył, ale
była świadkiem zabawnych, a czasem przerażających sytuacji, kiedy
znajomi, którzy przeprowadzili się na wieś z dnia na dzień i pod wpływem
impulsu, walczyli z naturą, pojęcia nie mając, jak się do tego zabrać.
Było już widać dom. Brązowy drewniany płot zrobiony przez Pawła,
spadzisty dach i dwie tradycyjne kolumienki na ganku. Bzy w ogrodzie już
kwitły, a kwiaty w doniczkach na parapetach otwierały kolejne pąki.
Paweł grał z dziećmi w piłkę, z daleka było słychać ich okrzyki.
Sielankowa wizja. Wiedziała, że ma wszystko, czego zawsze pragnęła, była
za to wdzięczna i starała się doceniać każdy dar. Kochała swoją rodzinę
i nigdy nie podniosła głosu na męża. Ale nic nie mogła poradzić na to,
że jedno z tych uczuć nie było spontaniczne, kontrolowała je jej żelazna
wola. Zawsze, nawet w najbardziej intymnych chwilach, trzymała na wodzy
swoje myśli i uczucia, bo wiedziała, że jeśli choć na moment zamknie
oczy i podda się nastrojowi chwili, natychmiast pojawi się twarz
tamtego, jego dłonie i usta. Czuła się wtedy okropnie. Jakby jej mąż był
tylko narzędziem do zaspokajania fizycznych potrzeb, przedmiotem.
Dlatego nie pozwalała sobie na spontaniczność. Doskonale udawała, tak
jak tylko kobiety potrafią. Mężczyźni nie są w stanie na dłuższą metę
grać, niektóre ich reakcje są zbyt widoczne. Ale kobiety mogą kłamać
całymi latami, a ona była w tym naprawdę dobra. Udawała szczęście,
rozkosz, miłość. Podbudowywała ego męża, prawiąc mu komplementy, i oszukiwała go, bo miała do siebie żal, że zgodziła się na to małżeństwo,
choć wcale Pawła nie kochała.
Kiedy się poznali, była bardzo smutna, samotna i wciąż głęboko pogrążona
w depresji poporodowej, a on bardzo szybko się w niej zakochał. Rodzina
rzuciła się na tę ledwo kiełkującą miłość jak na dar niebios.
- Musisz za niego wyjść! - krzyczeli wszyscy. - To taki wspaniały
chłopak, twoja jedyna szansa.
Paweł był sympatyczny, spokojny i ciepły. Kończył specjalizację w szpitalu rejonowym i uchodził za wymarzoną partię. Miły, przystojny
lekarz. Nie wiedziała, dlaczego wybrał właśnie ją i wolał spędzać
wieczory w towarzystwie smutnej, nieobecnej duchem dziewczyny zamiast
wśród licznych wesołych, pełnych życia kobiet, które tylko czekały na
jeden jego gest.
Ania cieszyła się jego wizytami. Rozpraszały choć na chwilę jej ponure
myśli. Czuła się przy nim bezpiecznie, bo niczego nie chciał. Zachowywał
się jak znajomy, potem przyjaciel. Czasem ją przytulił, wziął za rękę,
ale nic więcej. I nagle się oświadczył. Była zbyt słaba i oszołomiona,
żeby prawidłowo rozeznać się we własnych uczuciach. Pomyliła wdzięczność
z miłością. Dała się przekonać rodzinie, która bardzo szybko
zorganizowała wystawny ślub oraz huczne wesele. Młoda para dostała
piękne i drogie prezenty, bo każdemu było żal dziewczyny opłakującej
utracone dziecko. Wszyscy życzyli jej szczęścia. Mówili, że ślub z Pawłem to doskonały pomysł. Uwierzyła.
Poddała się wirowi wydarzeń, pozwoliła ubrać w białą suknię i długi
welon, choć naprawdę w jej sytuacji było to zdecydowanie nie na miejscu.
Wetknięto jej w dłonie bukiet, a następnie pospiesznie poprowadzono do
ołtarza. Na weselu wypiła kilka toastów i poczuła się lepiej. Po raz
pierwszy od tragedii tańczyła i się uśmiechała. Paweł patrzył w nią jak
w obraz, był bardzo szczęśliwy. Rodzina odetchnęła z ulgą.
Nad ranem zostali sami w pięknie przystrojonym pokoju. Paweł zbliżył się
do niej i delikatnie przytulił. Poczuła przyjemne ciepło rozlewające się
po całym ciele, z radością poddała się temu znajomemu uczuciu. Zamknęła
oczy, a wtedy przeszył ją zimny dreszcz. Zobaczyła z całą wyrazistością
inną twarz. Poczuła inne dłonie na swoim ciele i dotyk ciepłych warg na
ustach. Wtedy do niej dotarło, że popełniła błąd. Wielki błąd. Mimo to
zaraz potem zrobiła kolejny. Zamiast uciekać, spojrzała w twarz swojemu
świeżo poślubionemu mężowi. Był taki szczęśliwy, delikatny. Tak bardzo
mu zależało, aby ich pierwsza noc była dla niej wyjątkowa. Stchórzyła i poddała się jego staraniom. Ale oczy miała otwarte, a umysł zimny. Tak
już miało pozostać przez wszystkie wspólne lata.
Następnego dnia rano miała jeszcze mniej odwagi, by powiedzieć Pawłowi
prawdę. Czuła z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia, starała się więc
wynagrodzić mężowi swój brak uczuć i przez cały czas kłamała. A potem
urodziły się dzieci i o żadnym rozstaniu ani wyznawaniu trudnej prawdy
nie było już mowy. Nie skrzywdziłaby ich za nic w świecie, a one bardzo
kochały swojego tatę.
Doszła do bramki, a dzieci pomachały jej z ogrodu. Wiedziały, gdzie
była. Znały historię swojej siostry Anielki, ale nie lubiły, kiedy mama
zbyt długo siedziała na cmentarzu. Piotr, najstarszy syn, odkąd sięgał
pamięcią, zawsze się wtedy bał, choć nie wiedział dlaczego, jakby te
wizyty stanowiły zagrożenie dla rodziny. I choć był już dorosły, od
dwóch lat studiował w Krakowie, to nadal okropne, dławiące uczucie
ściskało mu gardło, gdy widział, jak mama idzie powoli kamienistą drogą
z cmentarnego zagajnika. Po jej powrocie w domu zawsze panowało sztuczne
ożywienie, jakby każdy swoim entuzjazmem próbował zatuszować prawdziwe
uczucia.
Gramy, wszyscy gramy - uświadomił sobie tego popołudnia i nie miał na
myśli trzymanej w dłoniach piłki.
Rozdział 4
Kolacja dobiegała końca.
- Tata zdecyduje - padło sakramentalne zdanie, którym od lat mama
kończyła swoje przemowy do rodziny, ale dzieci i tak wiedziały, że w sprawach domowych zgoda ojca będzie tylko formalnością.
Tata jadł, pogrążony dzisiaj w zdecydowanie niewesołych myślach, choć
trzy dni niespodziewanego urlopu powinny go raczej wprawić w dobry
humor. Zawsze do tej pory tak było. Tym razem słuchał w milczeniu planów
mamy, ale nie patrzył na nią ze zwykłym zachwytem, tylko ponurym
wzrokiem obserwował kolorowe kanapki, od czasu do czasu pogryzając jedną
z nich.
- Pojedziemy wszyscy razem - entuzjazmowała się mama, a w jej głosie
pobrzmiewały nuty sztucznego ożywienia. - Może w góry? Mam na oku taki
jeden świetny pensjonat. Myślę, że Gabrysia mogłaby pojechać z nami. -
Spojrzała na syna, jakby mu właśnie wręczała świetny prezent.
- Mamo, ja nie bardzo mogę w tym terminie, mam trochę innych zobowiązań
- zaskoczył ją syn.
- Zobowiązań? - zdziwiła się Ania. - Jakim ty językiem do mnie mówisz?
Zajęcia się przecież skończyły, sam mówiłeś. Do egzaminów dwa tygodnie.
Przyda ci się przerwa.
Piotr spojrzał na ojca. Trwało to ułamek sekundy, mama niczego nie
zauważyła, ale Natalia uważnie wpatrzona w starszego brata dostrzegła
ich myślową pocztę. Przekaz musiał dotrzeć i najwyraźniej został
zrozumiany, bo Piotr stanowczo wyprostował plecy.
- Ja nie jadę - powiedział i spokojnie wypił łyk herbaty.
Ania spojrzała z nagłym poczuciem bezradności na zgromadzoną przy stole
rodzinę. Wspólne wyjazdy były stałym, od lat niezmiennym obyczajem.
Zawsze tak spędzali każdy urlop. Tradycja była w tym domu rzeczą świętą,
a słowo mamy do tej pory nie podlegało żadnym dyskusjom. Ania wyraźnie
nie była przygotowana na zmiany. Było widać, że jej spojrzenie,
skierowane najpierw w na męża, a potem córki, jest rozpaczliwe.
- Ja też nie jadę - odważyła się powiedzieć najmłodsza, Julia. - Dla
mnie to także zły termin. Mam dużo nauki, niedługo klasyfikacja, poza
tym muszę załatwić kilka innych spraw. Zostanę w domu - dokończyła
stanowczo.
- Jak to zostaniesz w domu? - oburzyła się Anna, jakby Julka co najmniej
zagroziła, że zamierza definitywnie stoczyć się na dno i w ten jeden
weekend zmarnować wszelkie widoki na przyszłość. - Sama?!
- Nie sama, tylko ze mną - poparł siostrę Piotrek.
Ania opadła na oparcie krzesła, zaskoczona tym wspólnym buntem,
milczeniem męża i dziwną atmosferą wiszącą nad stołem.
Natalia, druga z córek Ani i Pawła, również wyraźnie wyczuwała rosnące z każdą sekundą napięcie. Nie wiedziała, czy rodzeństwo działa w porozumieniu ze sobą, ale podejrzewała, że tak. Czuła też, że tata wie i czeka na reakcję żony. Najwyraźniej ważyły się tutaj jakieś istotne
sprawy, a wyjazd był tylko pretekstem. Dłonie taty lekko drżały, co
zasadniczo nigdy się nie zdarzało. Jego lekarskie opanowanie nie
zawodziło nawet w najbardziej dramatycznych okolicznościach. Między
innymi dlatego pacjenci tak bardzo go szanowali.
Przy stole toczyła się gra, której najbardziej osamotnionym uczestnikiem
była mama. Sytuacja zupełnie nowa w tej rodzinie. To Ania zawsze miała
ostateczny głos w każdej sprawie. Natalia poczuła, jak oblewa ją fala
gorąca, i postanowiła, że jej czas nadszedł. Pytanie, które chciała
zadać od lat, padnie właśnie teraz.
- To się świetnie składa - odezwał się niespodziewanie tata,
przeszkadzając jej w realizacji planu. - Pojedziemy z mamą sami, na
romantyczną wyprawę. Od lat nigdzie nie byliśmy bez dzieci.
Powiedział to szybko, na jednym oddechu. Mama nie zdążyła zapanować nad
twarzą, na której odmalował się w oczywisty sposób wyraz przerażenia.
Tata wstał, zacisnął na moment dłonie na krawędzi stołu, ale szybko się
opanował.
- Pojedziemy do Zakopanego - rzekł stanowczo i był to pierwszy
przypadek, kiedy rzeczywiście to on zadecydował.
Odwrócił się i podszedł do okna, nie patrząc na nikogo. Ania uśmiechnęła
się odruchowo w starannie wyćwiczony sposób, ale żołądek jej się lekko
ścisnął. Dawno nie byli nigdzie bez dzieci. To prawda, wtedy zawsze jest
najtrudniej. Za dużo czasu na rozmowę, zbyt długie noce i nadmiernie
leniwe poranki. Żadnych domowych obowiązków, którymi można by się
zasłonić. Paweł był inteligentny, dobrze ją znał. Odkąd dzieci podrosły
i coraz więcej czasu spędzały, nie angażując rodziców, udawanie stało
się trudniejsze. Zmęczenie także powodowało wzrost ryzyka. Ale Ania była
zdecydowana na każde poświęcenie, byle tylko nie dopuścić do szczerej
rozmowy. Na to było już za późno. Paweł nigdy by tego nie udźwignął.
Dzieci rosły przekonane, że żyją w szczęśliwej rodzinie, i to był cel,
któremu Ania poświęciła życie. Nie miała zamiaru tego zmarnować.
Spojrzała czujnie na syna i córki. Wyglądali na spokojnych i szczęśliwych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki