Rozdział 9
Leżał w ciemnościach zbyt otępiały, żeby płakać. Mimo oślepiającego
szoku Merkuriusz wiedział, że duzi Szczura nie mogli spać. Czekali na
właściwą chwilę. Merkuriusz wyszedł zaledwie na minutę, a oni zabrali
Laleczkę. Nic by nie pomogło nawet, gdyby obudził całą gildię. W ciemnościach i zamieszaniu i tak nie zorientowałby się, którzy duzi
Szczura zniknęli. A nawet gdyby wiedział, to co by zrobił? Nawet gdyby
wiedział, kto zniknął, nie wiedziałby, dokąd poszli. A nawet gdyby
wiedział, co by to zmieniło?
Leżał w ciemnościach, plącząc się w myślach, gapiąc się w sufit. Słyszał
ich. Niech go szlag. Usłyszał ich i nawet nie poszedł sprawdzić.
Leżał w ciemnościach, skończony. Warta się zmieniła. Słońce wstało.
Szczury gildyjne zaczęły się kręcić, a on gapił się na uginający się
sufit, czekając, aż zwali się na niego jak wszystko inne. Nie mógł się
ruszyć, nawet gdyby chciał.
Leżał w świetle. Dzieci wrzeszczały, maluchy szarpały go, coś
wykrzykując. Coś o Borsuku. Pytania. Same słowa. Słowa to wiatr. Ktoś
nim potrząsnął, ale on był daleko.
Dopiero długo, długo po tym obudził się. Był tylko jeden dźwięk, który
mógł wyrwać go z transu: śmiech Szczura.
Dreszcz przebiegł mu po całym ciele i Merkuriusz natychmiast usiadł.
Nadal miał majcher. Na podłodze była zaschnięta krew, ale ledwo ją
widział. Wstał i ruszył do drzwi.
Ten straszliwy śmiech zadźwięczał znowu i Merkuriusz puścił się biegiem.
Gdy tylko przekroczył próg, kątem oka dostrzegł cień framugi, który się
wydłużył i wystrzelił do przodu. Był tak szybki jak ptasznik, którego
Merkuriusz kiedyś widział, i równie skuteczny. Wpadł na cień, jak na
ścianę. W głowie mu zadzwoniło, kiedy ktoś wciągał go głębiej w mrok
między domem gildii i sąsiednią ruiną.
- Tak ci się śpieszy umrzeć, mały?
Merkuriusz nie mógł pokręcić głową, nie potrafił się wyrwać. Dłoń cienia
na jego twarzy była jak z żelaza. Powoli zdał sobie sprawę, że to pan
Blint.
- Pięć dni, dzieciaku. Miałeś pięć dni, żeby go zabić - szeptał
Merkuriuszowi do ucha, a w jego oddechu wyczuwało się delikatny ślad
czosnku i cebuli.
Przed nimi Szczur rozmawiał z gildią, śmiał się i rozśmieszał resztę.
Niektóre z jaszczurek Merkuriusza też tam były, śmiały się, mając
nadzieję, że Szczur nie zwróci na nie uwagi.
Więc to już się zaczyna. Czegokolwiek Merkuriusz dokonał, to właśnie się
rozpadało. Reszta jaszczurek zniknęła. Bez wątpienia podkradną się
później, zobaczyć, co się stało. Merkuriusz nawet nie potrafił wściekać
się na nich za to. W Norach robi się co trzeba, żeby przetrwać. To nie
oni zawiedli, tylko on. Blint miał rację. Duzi po obu stronach Szczura
byli już gotowi. Sam Szczur był gotowy. Gdyby Merkuriusz tam wbiegł,
zginąłby. Albo gorzej. W czasie, kiedy miał wymyślić plan, nic nie
zrobił. Zasłużył na tę śmierć.
- Już się uspokoiłeś, dzieciaku? - spytał Blint. - Dobrze. Bo zamierzam
ci pokazać, ile kosztuje twoje wahanie.
***
Solona zaprowadził do jadalni starszy mężczyzna o zgarbionych plecach, w elegancko uprasowanej liberii, ozdobionej złotym sznurem i szybującym
białym sokołem Gyre'ów w czarnym polu, w którym z biegiem stuleci prawie
przestano rozpoznawać białozora - chociaż właśnie nim w istocie był.
Sokół z północy. I to nie z Khalidoru czy Lodricaru - białozory
spotykano tylko na Zmarzlinie. Więc Gyre'owie nie są tu bardziej u siebie niż ja.
Kolację podano w sali głównej; dziwny wybór zdaniem Solona. Nie dlatego,
że sala główna nie robiła wrażenia - przeciwnie, robiła aż za duże.
Musiała być niemal tak wielka jak sala główna na Zamku Cenaria;
ozdobiono ją gobelinami, chorągwiami, tarczami dawno temu poległych
wrogów, ogromnymi płótnami i posągami z marmuru i złotych płatków, oraz
freskiem na suficie przedstawiającym scenę z Alkestii. Pośrodku tych
wspaniałości stół niemal całkowicie tracił na znaczeniu, chociaż był
długi na piętnaście kroków.
- Lord Solon Tofusin, z rodu Tofusinów, Tropicieli Wiatrów w służbie
cesarskiego rodu Bra'aden z Wyspiarskiego Cesarstwa Seth - zaanonsował
go starszy mężczyzna.
Solon był zadowolony, że służący albo znał, albo odnalazł stosowne
tytuły, nawet jeśli Seth trudno było w ostatnich czasach nazywać
cesarstwem. Solon podszedł powitać lady Gyre.
Była kobietą wielkiej urody, o ciemnych, zielonych oczach, śniadej
skórze i delikatnych kościach typowych dla rodu Graesinów. Chociaż miała
godną podziwu figurę, ubierała się skromnie jak na standardy
cenaryjskie: płytki dekolt, rąbek sięgający niemal szczupłych kostek, a szara suknia dopasowana, ale niezbyt obcisła.
- Bądź błogosławiona, moja pani - powiedział Solon, skłaniając się przed
nią w tradycyjny, sethyjski sposób, z otwartymi dłońmi. - Niech słońce
uśmiecha się do ciebie, a każdy sztorm znajdzie cię w porcie.
To powitanie było nieco przesadne, ale tak samo jak kolacja dla trzech
osób w komnacie tak wielkiej, że mogłaby mieć własną pogodę.
Lady mruknęła, nawet nie racząc się odezwać. Usiedli, a słudzy
przynieśli pierwsze danie, zupę z kaczki mandarynki z koprem.
- Syn ostrzegł mnie, kim jesteś, ale mówisz całkiem dobrze i najwyraźniej nie wpadłeś na pomysł wbicia sobie kawałka metalu w twarz.
I masz na sobie ubranie. Niezmiernie się cieszę.
Najwyraźniej dobra duchessa słyszała, jak się poszczęściło synowi w potyczce z Solonem i nie podobało jej się, że musiał się ukorzyć.
- Więc to prawda? - zapytał Logan. Siedział przy jednym końcu stołu, a matka przy drugim, Solon, niestety, wylądował pośrodku. - Sethyjczycy
rzeczywiście pływają nago na swoich statkach?
- Loganie - ostro rzuciła Catrinna Gyre.
- Nie, za pozwoleniem lady Gyre, to powszechne nieporozumienie. Nasza
wyspa rozdziela najgorętszy prąd na Morzu Wielkim, więc jest u nas
całkiem ciepło nawet zimą. Latem ledwo da się to znieść. Więc chociaż
nie nosimy tak wielu rzeczy, ani tak ciężkich jak ludzie tutaj, nie
brakuje nam własnych standardów przyzwoitości.
- Przyzwoitość? Nazywasz kobiety, które biegają po łodziach półnago,
przyzwoitymi? - zapytała lady Gyre.
Logan wyglądał na zachwyconego tym pomysłem.
- Oczywiście, że nie wszystkie zachowują skromność w ubiorze. Ale dla
nas piersi są mniej więcej tak erotyczne jak szyje. Może i przyjemnie je
całować, ale nie ma powodu, żeby...
- Posunął się pan zbyt daleko! - zawołała lady Gyre.
- Z drugiej strony kobieta, która pokazuje kostki, bez wątpienia ma
nadzieję, że nie wróci pod pokład sama. W rzeczy samej, lady Gyre... -
Solon uniósł brew i udał, że patrzy na jej kostki, chociaż były zbyt
daleko i po drugiej stronie nóg stołowych. - Sethyjskie kobiety uznałyby
panią za dość bezwstydną.
Twarz Catrinny Gyre spopielała. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Logan
się roześmiał.
- Kostki? Kostki? To takie... głupie! - Zagwizdał prowokacyjnie. - Ładne
kostki, matko. - I znowu się zaśmiał.
Zjawił się służący z drugim daniem, ale Solon nawet nie zauważył, jak
stawia półmisek. Dlaczego to robię? To nie byłby pierwszy raz, kiedy
własny ostry język prawie podciąłby mu gardło.
- Widzę, że pański brak szacunku nie ogranicza się jedynie do bicia
lorda Gyre - odparła duchessa.
Proszę, a teraz Logan jest dla niej lordem Gyre. Więc strażnicy nie byli
głupi; wcale nie pieścili się z Loganem. Duchessa pewnie wydała im
rozkaz, że nie wolno uderzyć Logana w czasie ćwiczeń.
- Matko, pan Tofusin nigdy nie okazał mi braku szacunku. Nie chciał
okazać braku szacunku również tobie. - Logan spojrzał na matkę, potem na
Solona i zobaczył, że oboje patrzą na siebie zimnym wzrokiem. - Prawda,
lordzie Tofusinie?
- Milady - powiedział Solon - mój ojciec powiedział mi kiedyś, że nie ma
lordów w czasie ćwiczeń, ponieważ nie ma lordów na polu bitwy.
- Bzdura. Prawdziwy lord zawsze jest lordem. W Cenarii to rozumiemy.
- Matko, lord Tofusin miał na myśli to, że miecz wroga siecze
arystokrację tak samo jak chłopów.
Lady Gyre zignorowała syna i powiedziała:
- Czego pan chce od nas, panie Tofusin?
To niegrzecznie pytać tak gościa, nie tylko dlatego, że zwróciła się do
niego jak do człowieka z pospólstwa. Solon liczył na uprzejmość Gyre'ów.
Oczekiwał, że dadzą mu dość czasu, by sam się zorientował, czego
właściwie chce. Myślał, że będzie mógł poobserwować i poczekać, jadać z Gyre'ami posiłki, że dostanie dwa tygodnie, a nawet cztery, nim powie
cokolwiek na temat swoich planów. Pomyślał, że może polubić chłopca, ale
ta kobieta... bogowie! Lepiej by mu było u uwodzicielki z rodu Jadwinów.
- Matko, nie uważasz, że jesteś nieco...
Nawet nie spojrzała w stronę syna; uniosła tylko dłoń i patrzyła na
Solona, nawet nie mrugnąwszy powieką.
Więc to tak.
Logan nie był po prostu jej synem. Chociaż był tylko chłopcem, Logan był
też lordem Catrinny Gyre. W tym pogardliwym geście Solon wyczytał
historię rodziny. Uniosła rękę, a jej syn nadal był na tyle młody, na
tyle niedoświadczony, żeby ucichnąć, jak przystało na dobrego syna -
zamiast ukarać ją, jak przystało na dobrego lorda. Widząc jej pogardę
dla syna i pogardę, z jaką go powitała, Solon zrozumiał, dlaczego na
czas swojej nieobecności diuk wyznaczył na lorda Gyre syna. Diuk nie
mógł zaufać żonie na tyle, by powierzyć jej władzę.
- Czekam - powiedziała Lady Gyre.
Chłód w jej głosie sprawił, że Solon podjął decyzję. Nie lubił dzieci,
ale nienawidził tyranów. Niech cię szlag, Dorianie.
- Przybyłem, aby zostać doradcą lorda Gyre - odpowiedział z ciepłym
uśmiechem.
- Ha! W żadnym wypadku.
- Matko - odezwał się Logan, a w jego głosie pojawiła się twarda jak
stal nuta.
- Nie. Nigdy. Co więcej, panie Tofusin, chciałabym, aby pan nas opuścił.
- Matko.
- Natychmiast - dodała.
Solon się nie poruszył. Trzymał nóż i widelec o dwóch ząbkach - cieszył
się, że pamiętał, jak Cenaryjczycy używają tych rzeczy - nad talerzem,
zmuszając się siłą woli do pozostania w bezruchu.
- Kiedy pozwoli pani lordowi Gyre działać jak lordowi Gyre? - spytał ją.
- Kiedy będzie gotowy. Kiedy będzie starszy. Nie pozwolę, aby moje
decyzje kwestionował jakiś sethyjski dzikus, który...
- Tak właśnie polecił pani diuk, kiedy wyznaczył swojego syna na lorda
na czas swojej nieobecności? Powiedział, że Logan ma zostać lordem,
kiedy będzie gotowy? Ojciec powiedział mi kiedyś, że opieszałe
posłuszeństwo to tak naprawdę nieposłuszeństwo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Merkuriusz przykucnął w zaułku; zimne błoto wciskało mu się między palce
stóp. Gapił się na wąską przestrzeń pod murem, próbując zebrać się na
odwagę. Słońce nie wstanie jeszcze przez wiele godzin, a tawerna była
pusta. Większość tawern w mieście miała klepiska, ale tę część Nor
zbudowano na podmokłym terenie, a nawet pijacy nie chcieli pić, stojąc
po kostki w błocie. Dlatego tawerny wznosiły się na podpórkach kilka
cali nad ziemią, a podłogę miały z grubych bambusowych tyczek.
Czasem w szczeliny między bambusami wpadały monety, a przestrzeń pod
podłogą była dla większości ludzi za mała, żeby po nie wpełznąć. Duzi z gildii byli za duzi, a maluchy za bardzo się bały, by wcisnąć się w duszną ciemność zamieszkiwaną przez pająki, karaluchy, szczury i złośliwe, na wpół dzikie kocury trzymane przez właścicieli. Najgorszy
był nacisk bambusa na plecy, rozpłaszczający cię za każdym razem, gdy
przeszedł nad tobą jakiś klient. Od roku to był ulubiony punkt
Merkuriusza, który jednak nie był już taki drobny jak kiedyś. Ostatnim
razem zaklinował się i całymi godzinami panikował, dopóki nie spadł
deszcz i grunt nie zmiękł pod nim na tyle, że zdołał się wygrzebać.
Dzisiaj było błotniście, zjawiło się niewielu klientów, a Merkuriusz
widział, że kocur gdzieś polazł. Powinno być w porządku. Poza tym Szczur
będzie zbierał jutro opłaty, a Merkuriusz nie miał czterech miedziaków.
Nie miał nawet jednego, więc wybór był niewielki. Szczur nie należał do
wyrozumiałych i nie doceniał własnej siły. Maluchy nie raz umierały po
jego laniu.
Odgarniając na boki kopczyki błota, Merkuriusz położył się na brzuchu.
Mokra ziemia w jednej chwili przemoczyła mu cienką, brudną tunikę.
Musiał szybko pracować. Był chudy i gdyby się przeziębił, miałby marne
szanse na wylizanie się z choroby.
Poruszając się w ciemnościach, zaczął się rozglądać za błyskiem metalu.
W tawernie nadal płonęło kilka lamp, więc światło sączące się przez
szczeliny oświetlało błoto i stojącą wodę, rzucając na nie dziwne
prostokąty. Ciężkie bagienne opary unosiły się w snopach światła tylko
po to, żeby zaraz znowu opaść. Pajęczyny drapowały się na twarzy chłopca
i rwały. Nagle Merkuriusz poczuł szczypanie na karku.
Zamarł. Nie, tylko mu się wydawało. Powoli wypuścił powietrze. Coś
zalśniło i wreszcie złapał pierwszego miedziaka. Chłopak prześlizgnął
się do nieoheblowanej belki sosnowej, pod którą ugrzązł ostatnim razem,
i odgarniał błoto, dopóki woda nie zaczęła wypełniać zagłębienia.
Szczelina była tak wąska, że musiał obrócić głowę na bok, żeby się
przecisnąć. Wstrzymując oddech i wciskając twarz w mulistą wodę, zaczął
powoli pełznąć.
Głowa i ramiona przeszły, ale wtedy kikut gałęzi zaczepił się o tunikę,
rozerwał materiał i dźgnął go w plecy. Merkuriusz omal nie krzyknął i natychmiast ucieszył się, że tego nie zrobił. Przez szeroką szparę
między bambusowymi tyczkami zobaczył siedzącego przy barze mężczyznę,
który nadal pił. W Norach trzeba szybko oceniać ludzi. Nawet jeśli masz
zręczne ręce jak Merkuriusz, gdy kradniesz dzień w dzień, w końcu ktoś
cię złapie. Wszyscy kupcy tłukli szczury z gildii, które ich okradały.
Musieli, jeśli miało im zostać coś z towarów na sprzedaż. Dowcip polegał
na tym, żeby wybierać tych handlarzy, którzy zdzielą cię tak, żebyś
następnym razem nie dobierał się do ich straganu. Niestety, zdarzali się
też tacy, którzy bili tak mocno, że już nie wchodził w grę żaden
następny raz. Merkuriuszowi wydawało się, że dostrzega życzliwość,
smutek i samotność tego chudego mężczyzny. Mógł mieć około trzydziestki;
nosił niechlujną jasną brodę i ogromny miecz przy biodrze.
- Jak możesz mnie opuścić? - szepnął mężczyzna, tak cicho, że Merkuriusz
ledwo wychwycił słowa; w lewej ręce trzymał kufel, a w prawej coś, czego
Merkuriusz nie mógł dojrzeć. - Po tych wszystkich latach służby jak
możesz mnie opuścić? To z powodu Vondy?
Coś połaskotało Merkuriusza w łydkę. Zignorował to. Na pewno znowu mu
się wydawało. Sięgnął za siebie, żeby odczepić tunikę. Musiał poszukać
monet i wynosić się stąd.
Coś ciężkiego upadło na podłogę nad Merkuriuszem, wpychając mu twarz w wodę i wyciskając dech z piersi. Sapnął i niewiele brakowało, a wciągnąłby do płuc wodę.
- No, proszę, proszę, Durzo Blint, nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać
- usłyszał Merkuriusz.
Przez szpary nie było widać tego mężczyzny, tylko jego obnażony sztylet.
Musiał zeskoczyć z belki pod sufitem.
- Ej, pierwszy jestem gotów uznać, że ktoś blefuje, ale trzeba było
widzieć Vondę, kiedy się zorientowała, że nie zamierzasz jej ratować.
Prawie sobie oczy wypłakałem.
Chudy mężczyzna odwrócił się. Mówił powoli, łamiącym się głosem:
- Dzisiejszego wieczoru zabiłem sześciu ludzi. Na pewno chcesz
powiększyć tę liczbę do siedmiu?
Do Merkuriusza powoli dotarło, o czym mówią. Tykowaty mężczyzna był
siepaczem, Durzo Blintem. Można powiedzieć, że siepacz to zabójca, mniej
więcej tak jak tygrys jest kociakiem. Pośród siepaczy Durzo Blint był
bezsprzecznie najlepszy. Albo - jak to mówiła głowa gildii Merkuriusza -
ci, którzy mieli na ten temat inne zdanie, nie żyli zbyt długo.
A ja pomyślałem, że Durzo Blint wygląda na życzliwego?
Znowu poczuł swędzenie na łydce. Wcale mu się nie wydawało. Coś pełzło w nogawce jego spodni. Miał wrażenie, że to coś dużego, ale nie tak
wielkiego jak karaluch. Z przerażeniem ocenił ciężar - pająk, biały
wilkosz. Jego jad rozpuszczał ciało w powoli rozszerzającym się kręgu.
Po ukąszeniu nawet z pomocą uzdrowiciela dorosły mógł co najwyżej liczyć
na to, że straci tylko kończynę. Szczur z gildii nie miałby tyle
szczęścia.
- Blint, będziesz miał fart, jeśli nie obetnę ci głowy po tym wszystkim,
co wypiłeś. Tylko przez ten czas, kiedy cię obserwowałem, wypiłeś...
- Osiem kufli. A wcześniej jeszcze cztery.
Merkuriusz się nie poruszył. Jeśli gwałtownie ściśnie nogi, żeby zabić
pająka, zachlupocze woda i mężczyźni zorientują się, że ktoś tu siedzi.
Nawet jeśli Durzo Blint wyglądał na miłego, nosił okropnie duży miecz, a Merkuriusz wiedział, że lepiej nie ufać dorosłym.
- Blefujesz - powiedział mężczyzna, ale w jego głosie było słychać
strach.
- Nie blefuję - odparł Durzo Blint. - Dlaczego nie zaprosisz do środka
swoich przyjaciół?
Pająk szedł po wewnętrznej stronie uda Merkuriusza. Trzęsąc się, chłopak
podwinął tunikę na plecach i rozciągnął pas spodni, zostawiając
szczelinę i modląc się, żeby pająk wyszedł tamtędy.
Nad nim zabójca przyłożył dwa palce do ust i zagwizdał. Merkuriusz nie
zauważył, żeby Durzo się poruszył, ale gwizd skończył się charkotem i chwilę potem ciało zabójcy zwaliło się na podłogę. Rozległy się krzyki,
kiedy otworzyły się frontowe i tylne drzwi. Tyczki uginały się i podskakiwały. Skupiając się, żeby nie trącić pająka, Merkuriusz nie
drgnął, nawet kiedy upadek kolejnego ciała wepchnął mu na chwilę twarz
pod wodę.
Pająk przelazł mu po tyłku i potem po jego kciuk. Powolutku Merkuriusz
przeniósł rękę, żeby widzieć wilkosza. Miał rację. To był biały wilkosz
o odnóżach długich jak kciuk chłopaka. Strząsnął go i natychmiast
roztarł palce, upewniając się, że nie został ukąszony.
Sięgnął do drzazgi, o którą zaczepił tuniką, i oderwał ją. Dźwięk
rozległ się bardzo głośno w nagłej ciszy, która zapadła na górze.
Merkuriusz nikogo nie widział przez szczeliny. Kilka kroków dalej coś
skapywało z bambusa do kałuży. Było za ciemno, żeby zobaczyć co, ale nie
potrzebował wielkiej wyobraźni, by się domyślić.
Zapanowała upiorna cisza. Gdyby któryś z mężczyzn przeszedł po podłodze,
jęk deszczułek i uginanie się bambusa zdradziłyby go. Cała walka trwała
może ze dwadzieścia sekund, a Merkuriusz był pewien, że nikt nie wyszedł
z tawerny. Pozabijali się nawzajem?
Zrobiło mu się zimno, i to nie tylko od wody. Śmierć to chleb powszedni
w Norach, ale nigdy nie widział, żeby tylu ludzi zginęło tak szybko i tak łatwo.
Nawet uważając na pająka, w kilka minut Merkuriusz zebrał sześć
miedziaków. Gdyby był odważniejszy, obrobiłby trupy w tawernie, ale nie
wierzył, że Durzo Blint nie żyje. Może był demonem, jak mówiły inne
szczury. Może stał na zewnątrz i czekał, żeby zabić Merkuriusza za
szpiegowanie.
Z piersią zaciśniętą ze strachu Merkuriusz zawrócił i popełzł do swojej
dziury. Sześć miedziaków to niezły wynik. Opłata wynosiła tylko cztery,
więc będzie mógł kupić jutro chleb, którym podzieli się z Jarlem i Laleczką.
Był raptem o stopę od wyjścia, kiedy coś jasnego zabłysło tuż przed jego
nosem. Znalazło się tak blisko, że Merkuriusz potrzebował chwili, by
zogniskować wzrok. To był ogromny miecz Durzo, który przebił się przez
podłogę i wbił w błoto, zagradzając chłopakowi drogę ucieczki.
Tuż nad Merkuriuszem, po drugiej stronie podłogi Durzo Blint szepnął:
- Nigdy nikomu o tym nie mów. Zrozumiano? Robiłem gorsze rzeczy niż
zabijanie dzieci.
Miecz zniknął, a Merkuriusz wypełzł spod podłogi. Przebiegł wiele mil,
nim się zatrzymał.
Rozdział 2
- Cztery miedziaki! Cztery! To nie są cztery. - Twarz Szczura była tak
czerwona z wściekłości, że pryszcze wyglądały jak rozrzucone białe
plamki. Złapał Jarla za tunikę i podniósł.
Merkuriusz schował głowę. Nie mógł na to patrzeć.
- To są cztery! - wrzasnął Szczur, aż trysnęła ślina.
Uderzył Jarla w twarz i Merkuriusz zdał sobie sprawę, że to jest
przedstawienie. Nie samo bicie - Szczur naprawdę uderzył Jarla - ale bił
go otwartą ręką. Żeby był głośniejszy dźwięk. Szczur nie zwracał uwagi
na Jarla. Obserwował resztę gildii, rozkoszując się ich strachem.
- Kto następny? - zapytał, puszczając Jarla.
Merkuriusz szybko wyszedł, żeby Szczur nie kopnął przyjaciela. Mając
raptem szesnaście lat, Szczur już był wielki jak mężczyzna, i tłusty, co
wyróżniało go wśród dzieci niewolników.
Merkuriusz podał cztery miedziaki.
- Osiem, śmieciu - powiedział Szczur, zbierając monety z jego dłoni.
- Osiem?
- Musisz zapłacić za Laleczkę.
Merkuriusz rozejrzał się, szukając pomocy. Paru dużych kręciło się i patrzyło po sobie, ale żaden nie odezwał się nawet słowem.
- Jest za mała - powiedział Merkuriusz. - Maluchy nie płacą, dopóki nie
skończą ośmiu lat.
Uwaga wszystkich skupiła się na Laleczce, która siedziała w brudnym
zaułku. Dostrzegła spojrzenia i oklapła, skurczyła się w sobie. Laleczka
była drobna i miała ogromne oczy, ale pod warstwą brudu jej twarz była
ładna, idealna, jak sugerowało jej przezwisko.
- Mówię, że ma osiem lat, chyba że ona powie inaczej. - Szczur zerknął
na nią lubieżnie. - No, powiedz, Laleczko. Powiedz, albo zleję twojego
chłopaka.
Oczy Laleczki robiły się coraz większe i większe, a Szczur tylko się
zaśmiał. Merkuriusz nie zaprotestował, nie wtrącił, że Laleczka jest
niemową. Szczur o tym wiedział. Wszyscy wiedzieli. Ale Szczur był
Pięścią. Odpowiadał tylko przez Ja'lalielem, a Ja'laliela tu nie było.
Szczur przyciągnął do siebie Merkuriusza i zniżył głos.
- Dlaczego nie dołączysz do moich ślicznych chłopaczków, Merkur? Oni już
nie muszą płacić.
Merkuriusz próbował się odezwać, ale gardło mu się zacisnęło i tylko
pisnął. Szczur znowu się zaśmiał i wszyscy dołączyli do niego, niektórzy
ciesząc się z upokorzenia Merkuriusza, inni mając nadzieję, że to wprawi
Szczura w dobry humor, nim przyjdzie ich kolej. Merkuriusz zapałał dziką
nienawiścią. Nienawidził Szczura, nienawidził gildii, nienawidził samego
siebie.
Odchrząknął raz jeszcze. Szczur zauważył jego spojrzenie i uśmiechnął
się krzywo. Był wielki, ale nie był głupi. Wiedział, jak daleko może się
posunąć. Wiedział, że Merkuriusz się ukorzy ze strachu jak wszyscy inni.
Merkuriusz splunął mu w twarz.
- Goń się, Szczurza Mordo.
Zapadła cisza, która trwała wieczność. Złota chwila zwycięstwa.
Merkuriusz miał wrażenie, że słyszy, jak wszystkim opadają szczęki.
Zaczął odzyskiwać zdrowy rozsądek, gdy nagle Szczur rąbnął go pięścią w ucho. Czarne kleksy zaplamiły świat, kiedy Merkuriusz padł na ziemię.
Zamrugał, patrząc na Szczura, którego czarne włosy jaśniały jak aureola
na tle słońca, i zrozumiał, że zaraz umrze.
- Szczurze! Szczurze, jesteś mi potrzebny.
Merkuriusz przeturlał się i zobaczył Ja'laliela, który wychodził z domu
gildii. Jego bladą skórę pokrywały kropelki potu, chociaż dzień nie był
upalny. Zakaszlał.
- Szczurze! Ale już!
Szczur otarł twarz, a widok jego wściekłości, kiedy tak nagle gasła, był
niemal równie przerażający jak widok, kiedy nagle wzbierała. Ze spokojną
już twarzą tylko uśmiechnął się do Merkuriusza. Po prostu się
uśmiechnął.
***
- Hejka, Jay-Oh - powiedział Merkuriusz.
- Hejka, Merkur - odpowiedział Jarl, podchodząc do przyjaciela i Laleczki. - Wiesz, jesteś mniej więcej tak samo mądry jak pudło kłaków.
Latami będą go nazywać Szczurzą Mordą za jego plecami.
- Chciał, żebym został jedną z jego dziewczynek.
Stali pod ścianą kilka przecznic dalej i dzielili się czerstwym
bochenkiem, który kupił Merkuriusz. Zapachy z piekarni, chociaż w południe już mniej intensywne, zabijały smród ścieków, stosów gnijących
śmieci na brzegach rzeki, zjełczały fetor uryny i mózgów z garbarni.
O ile ceurańska architektura sprowadzała się do bambusa, ścian i przepierzeń z ryżowych włókien, o tyle cenaryjska była surowsza, cięższa
i brakowało jej wyrafinowanej prostoty projektów ceurańskich. O ile
alitaerańska architektura to sam granit i sosna, o tyle cenaryjska nie
robiła takiego wrażenia i nie miała wytrzymałości budowli
alitaerańskich. O ile osseińska architektura to były wysmukłe wieże i wznoszące się łuki, o tyle cenaryjska architektura wzbijała co najwyżej
na jedno piętro w wypadku kilku dworków arystokratów po wschodniej
stronie. Cenaryjskie budowle były krępe, wilgotne, tanie i niskie,
zwłaszcza w Norach. Nigdy nie używano dwa razy droższego budulca, nawet
jeśli był cztery razy trwalszy. Cenaryjczycy nie myśleli
perspektywicznie, bo i żyli krótko. Budowano często z bambusa i włókien
ryżowych, bo jedno i drugie rosło w pobliżu, zdarzał się też granit i sosna, które znajdowano niewiele dalej, ale nie istniało coś takiego jak
styl cenaryjski. W ciągu ostatnich wieków zbyt wiele razy podbijano ten
kraj, żeby jego mieszkańcy mogli się szczycić czymś więcej niż tym, że
przetrwali. A w Norach nawet nie wiedziano, co to duma.
Merkuriusz z roztargnieniem rozerwał bochenek na trzy kawałki i skrzywił
się. Dwa były mniej więcej tej samej wielkości, a trzeci mniejszy.
Położył jeden większy na nodze, a drugi duży kawałek podał Laleczce,
która nie odstępowała go na krok. Już miał podać mniejszą cząstkę
Jarlowi, kiedy zobaczył, że Laleczka krzywi się z dezaprobatą.
Westchnął i wziął mały kawałek dla siebie. Jarl nawet tego nie zauważył.
- Lepiej być jedną z jego dziewczynek niż nieboszczykiem - stwierdził
Jarl.
- Nie skończę jak Bim.
- Merkur, gdy Ja'laliel wykupi apelację, Szczur zostanie głową gildii.
Masz jedenaście lat. Zostało pięć do apelacji. Nie dożyjesz tego. Szczur
już zadba, żeby w porównaniu z tobą Bim wyszedł na szczęściarza.
- Więc co mam zrobić?
Zwykle to była ulubiona chwila dnia Merkuriusza. Przebywał z dwiema
osobami, których nie musiał się bać, i uciszał uporczywe nawoływanie
głodu. Ale teraz chleb smakował jak wióry. Chłopak zagapił się na rynek,
nawet nie dostrzegając handlarki rybami, która biła męża.
Jarl uśmiechnął się - zęby błyszczały bielą na tle czarnej, ladeskiej
skóry.
- Jeśli zdradzę ci sekret, nie wygadasz się?
Merkuriusz rozejrzał się i pochylił do przyjaciela. Głośne chrupanie
chleba i mlaskanie obok powstrzymało go.
- No, ja owszem, ale nie wiem, czy Laleczka.
Obaj spojrzeli na dziewczynkę, która gryzła piętkę chleba. Połączenie
okruszków na jej twarzy i wściekłej miny sprawiło, że zawyli ze śmiechu.
Merkuriusz zmierzwił jej blond czuprynę i, kiedy nadal się krzywiła,
przytulił ją. Odpychała go, ale gdy zabrał rękę, nie odsunęła się.
Spojrzała na Jarla wyczekująco.
Jarl uniósł tunikę i zdjął szmatę, którą obwiązał się jak szarfą.
- Nie będę taki, jak reszta. Nie pozwolę, żeby wszystko w życiu po
prostu mi się przydarzyło. Wyrwę się.
Rozwinął szarfę. W fałdach ukryto tuzin miedziaków, cztery srebrniki i -
co niewiarygodne - dwa złote gundery.
- Cztery lata. Oszczędzałem cztery lata. - Dorzucił kolejne dwa
miedziaki do szarfy.
- Chcesz powiedzieć, że za każdym razem, kiedy Szczur cię lał, bo się
nie opłacałeś, miałeś to?
Jarl uśmiechnął się i powoli Merkuriusz zaczynał rozumieć. Lanie to mała
cena za nadzieję. Po pewnym czasie większość szczurów z gildii więdła i pozwalała, żeby życie ich zniszczyło. Stawali się zwierzętami. Albo
wariowali jak Merkuriusz dzisiaj i dawali się zabić.
Patrząc na ten skarb, część Merkuriusza chciała uderzyć Jarla, złapać
szarfę i uciec. Dzięki tym pieniądzom mógłby się wyrwać, kupić sobie
ubranie zamiast tych szmat, wpłacić czesne i zacząć terminować u kogoś,
u kogokolwiek. Może nawet u Durzo Blinta, jak wiele razy powtarzał
Jarlowi i Laleczce.
I wtedy zobaczył Laleczkę. Zdawał sobie sprawę, jak by na niego
patrzyła, gdyby ukradł tę szarfę pełną życia.
- Jeśli ktokolwiek z nas ma się wyrwać z Nor, to właśnie ty, Jarl.
Zasługujesz na to. Masz jakiś plan?
- Zawsze. - Jego brązowe oczy zabłysły. - Chcę, żebyś ty je wziął,
Merkur. Jak tylko dowiemy się, gdzie mieszka Durzo Blint, wyciągniemy
cię stąd. W porządku?
Merkuriusz spojrzał na stos monet. Cztery lata. Dziesiątki ciosów. Nie
tylko nie wiedział, czy poświęciłby tyle dla Jarla, ale nawet kusiło go
przez chwilę, żeby ukraść te pieniądze. Nie potrafił powstrzymać łez.
Tak strasznie się zawstydził. Tak bardzo się bał. Bał się Szczura. Bał
się Durzo Blinta. Zawsze się bał. Ale jeśli się wydostanie, będzie mógł
pomóc Jarlowi. A Blint nauczy go zabijać.
Merkuriusz spojrzał na Jarla, nie ośmielając się zerknąć na Laleczkę, bo
bał się tego, co może się kryć w jej wielkich, brązowych oczach.
- Wezmę je.
I wiedział, kogo pierwszego zabije.
Rozdział 3
Durzo Blint podciągnął się na niewysoki mur wokół posiadłości i obserwował przechodzącego strażnika. Idealny strażnik, pomyślał Durzo:
trochę powolny, bez wyobraźni, obowiązkowy. Przeszedł swoje trzydzieści
dziewięć kroków, podrapał się po brzuchu pod przeszywanicą, rozejrzał
się na wszystkie strony i znowu ruszył.
Trzydzieści pięć. Trzydzieści sześć. Durzo wychylił się z cienia, jaki
rzucała postać mężczyzny, i ostrożnie opuścił się nad krawędź chodnika.
Trzymał się muru koniuszkami palców.
Teraz. Puścił się i zeskoczył na trawę akurat, kiedy strażnik uderzył
końcem halabardy o drewniany chodnik. Durzo i tak wątpił, żeby strażnik
go usłyszał, ale w fachu siepacza paranoja rodziła perfekcję.
Dziedziniec był mały, a dom niewiele większy. Zbudowano go na modłę
ceurańską z przeświecającymi ścianami z papieru ryżowego. Bezlistne
cyprysy i białe cedry tworzyły drzwi i łuki, a tańszej, miejscowej sosny
użyto do framug i podłóg. Dom był spartański, jak wszystkie ceurańskie
domy, co pasowało do natury wojskowego generała Agona i jego
ascetycznego charakteru. A co więcej, odpowiadało jego budżetowi. Mimo
rozlicznych sukcesów generała, król Davin nigdy nie nagrodził go
należycie - po części z tego powodu zjawił się tu dziś siepacz.
Durzo wypatrzył otwarte okno na pierwszym piętrze. Żona generała spała w łóżku - gospodarze nie byli aż tak ceurańscy, żeby spać na matach. Ale
byli wystarczająco biedni, żeby korzystać z materaca wypchanego raczej
słomą niż puchem. Żona generała była prostą kobietą; pochrapywała cicho
i wyciągnęła się prawie pośrodku łóżka, zamiast trzymać się swojej
połowy. Pościel po stronie, do której leżała zwrócona twarzą, była
wzburzona.
Siepacz wślizgnął się do pokoju, posługując się Talentem, aby wytłumić
odgłos kroków na drewnianej podłodze.
Ciekawe. Szybkie spojrzenie wystarczyło, by potwierdzić, że generał nie
przychodził do tej sypialni tylko po to, żeby dopełnić nocnych
obowiązków małżeńskich. Oni naprawdę sypiali razem. Może generał był
jeszcze biedniejszy niż podejrzewali ludzie.
Durzo zmarszczył brwi pod maską. Nie potrzebował takich szczegółów.
Wyciągnął krótki, zatruty nóż i podszedł do łóżka. Kobieta niczego nie
poczuje.
Zatrzymał się. Kobieta spała odwrócona w stronę wzburzonej pościeli.
Spała blisko przy mężu. Nie na drugim krańcu łóżka, jak kobieta, która
tylko wypełnia małżeńskie powinności.
To było małżeństwo z miłości. Po zabiciu jej Aleine Gunder planował
zaproponować generałowi ponowny ślub z bogatą arystokratką. Ale generał,
który ożenił się z nisko urodzoną kobietą z miłości, zareaguje zupełnie
inaczej na śmierć żony niż mężczyzna, który ożenił się wiedziony
ambicją.
Idiota. Księcia tak pożerały własne ambicje, że wszystkich innych
oceniał tą samą miarą. Siepacz schował nóż i wyszedł na korytarz. Musiał
się dowiedzieć, gdzie jest generał. Natychmiast.
- Niech to szlag, człowieku! Król Davin umiera. Zdziwiłbym się, gdyby
został mu jeszcze tydzień.
Ktokolwiek to mówił, miał świętą rację. Siepacz podał dzisiejszego
wieczoru królowi ostatnią dawkę trucizny. Władca umrze, nim nastanie
świt, zostawiając tron dwóm rywalom, z których jeden był silny i sprawiedliwy, a drugi słaby i zepsuty. Półświatek Sa'kagé oczywiście był
zainteresowany wynikiem sporu.
Głos dochodził z pokoju audiencyjnego na dole. Siepacz pośpiesznie
doszedł do końca korytarza. Dom był tak mały, że pokój audiencyjny
pełnił też funkcję gabinetu. Durzo miał doskonały widok na obu mężczyzn.
Generał Brant Agon miał siwiejącą brodę, krótko przycięte włosy, których
nie czesał. Poruszał się nerwowo, zawsze mając wszystko na oku. Był
szczupły i żylasty, a nogi miał trochę krzywe po latach spędzonych w siodle.
Mężczyzną, który siedział naprzeciwko niego, był diuk Regnus Gyre. Fotel
z wysokim zagłówkiem zaskrzypiał, gdy diuk się poruszył. Był potężnie
zbudowany, wysoki i szeroki w barach, a niewiele z jego masy stanowił
tłuszcz. Splótł palce na brzuchu.
Na Anioły Nocy. Mógłbym zabić ich obu i od razu zakończyć zmartwienia
Dziewiątki.
- Oszukujemy samych siebie, Brant? - zapytał diuk Gyre.
Generał nie odpowiedział natychmiast.
- Mój panie...
- Nie, Brant. Potrzebuję twojej opinii jako przyjaciela, nie wasala.
Durzo podkradł się bliżej. Powoli, ostrożnie, wyjął zatrute noże do
rzucania.
- Jeśli nic nie zrobimy - powiedział generał - Aleine Gunder zostanie
królem. To słaby, plugawy, zdradziecki człowiek. Sa'kagé już trzyma w ręku całe Nory; królewskie patrole nie schodzą z głównych dróg, a dobrze
wiesz, że na pewno będzie jeszcze gorzej. Igrzyska Śmierci umocniły
Sa'kagé. Aleine nie ma wystarczającej siły woli, nawet nie zamierza
przeciwstawić się Sa'kagé teraz, chociaż jeszcze moglibyśmy je
wykorzenić. Więc czy oszukujemy się, myśląc, że byłbyś lepszym królem? W żadnym wypadku. Ze wszech miar tron należy się tobie.
Blint prawie się uśmiechnął. Panowie świata przestępczego, Dziewiątka
Sa'kagé zgodziłaby się z każdym słowem - i właśnie dlatego Blint miał
zadbać, żeby Regnus Gyre nie został królem.
- A od strony taktycznej? Dalibyśmy radę tego dokonać?
- Z minimalnym rozlewem krwi. Diuk Wesseros przebywa poza krajem. Mój
własny regiment stacjonuje w mieście. Ludzie wierzą w ciebie, mój panie.
Potrzebujemy mocnego króla. Dobrego króla. Potrzebujemy ciebie,
Regnusie.
Diuk Gyre spojrzał na dłonie.
- A rodzina Aleine'a? Czy wlicza się do tego "minimalnego rozlewu krwi"?
- Chcesz znać prawdę? - Generał ściszył głos. - Tak. Nawet jeśli nie
wydamy takiego rozkazu, jeden z naszych ludzi zabije ich, żeby cię
chronić, choćby to oznaczało dla niego stryczek. Tak bardzo w ciebie
wierzą.
Diuk Gyre westchnął.
- Więc pytanie: czy dobro wielu w przyszłości warte jest zabicia
kilkorga w tej chwili.
Ile czasu upłynęło, odkąd miałem takie skrupuły? Durzo ledwo zapanował
nad pokusą, żeby rzucić sztyletami.
Wstrząsnęła nim raptowna wściekłość. Co jest grane?
Chodziło o Regnusa. Ten człowiek przypominał mu innego króla, któremu
kiedyś służył. Króla, który był wart tej służby.
- Sam musisz odpowiedzieć na to pytanie, mój panie - odparł generał
Agon. - Ale, za pozwoleniem, czy to pytanie to naprawdę kwestia
filozoficzna?
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nadal kochasz Nalię, prawda?
Nalia była żoną Aleine'a Gundera.
Regnus spojrzał na niego zaskoczony.
- Byłem jej przyrzeczony przez dziesięć lat. Byliśmy dla siebie
pierwszymi kochankami.
- Mój panie, wybacz, to nie moja...
- Nie, Brant. Nigdy o tym nie mówiłem. A skoro mam zdecydować, czy być
mężczyzną, czy królem, pozwól mi mówić. - Wziął głęboki wdech. - Minęło
piętnaście lat, odkąd ojciec Nalii zerwał nasze zaręczyny i oddał jej
rękę Aleine'owi. Powinienem już to przeboleć. I rzeczywiście już mi
przeszło, poza tymi chwilami, kiedy widzę ją z dziećmi i muszę sobie
wyobrażać, jak dzieli łoże z Aleinem Gunderem. Jedyna radość, jaką dało
mi własne małżeństwo, to mój syn, Logan. Wątpię, żeby jej układało się
dużo lepiej.
- Mój panie, zważywszy, że oboje zostaliście zmuszeni do ślubów, nie
mógłbyś się rozwieść z Catrinną i ożenić...
- Nie. - Regnus pokręcił głową. - Dzieci królowej zawsze będą stanowić
zagrożenie dla mojego syna, niezależnie od tego, czy je wygnam, czy
adoptuję. Najstarszy syn Nalii ma czternaście lat, za dużo, by
zapomniał, że był mu pisany tron.
- Sprawiedliwość jest po twojej stronie, mój panie. I kto wie, kiedy już
zasiądziesz na tronie, może pojawi się jakieś rozwiązanie, którego na
razie nie dostrzegamy?
Regnus niechętnie pokiwał głową, najwyraźniej świadom, że trzyma w swoich rękach życie setek, jeśli nie tysięcy ludzi, chociaż nie
wiedział, że trzyma też własne. Jeśli zaplanuje teraz rebelię, to
przysięgam na Anioły Nocy, od razu go zabiję. Teraz służę tylko Sa'kagé.
I sobie. Zawsze sobie.
- Niech mi wybaczą ci, którzy dopiero mają się narodzić - powiedział
Regnus Gyre z oczami błyszczącymi od łez. - Ale nie popełnię morderstwa
w imię tego, co może się wydarzyć. Nie potrafię. Złożę przysięgę
lenniczą.
Siepacz wsunął sztylety z powrotem do pochew, ignorując pomieszane
uczucie ulgi i rozpaczy.
To przez tę przeklętą kobietę. To ona mnie zniszczyła. Zniszczyła
wszystko.
***
Blint dostrzegł zasadzkę z pięćdziesięciu kroków i wszedł prosto w jej
paszczę. Słońcu brakowała jeszcze godzina do wstania i jedyni ludzie na
wijących się uliczkach Nor to byli kupcy, którzy zasnęli tam, gdzie nie
powinni, i teraz śpieszyli do domów i swoich żon.
Szczury z gildii - Czarnego Smoka sądząc po znakach, które minął -
chowały się przy przewężeniu w zaułku, skąd mogły wyskoczyć, zamknąć oba
wyloty uliczki i zaatakować z niskich dachów.
Udał, że ma chore prawe kolano, owinął się szczelnie płaszczem i naciągnął kaptur na twarz. Kiedy, kuśtykając, szedł prosto w pułapkę,
jeden ze starszych dzieciaków - duży, jak je nazywano - wskoczył do
zaułka przed nim i zagwizdał, wymachując zardzewiałą szablą. Szczury z gildii otoczyły siepacza.
- Sprytnie - powiedział Durzo. - Trzymacie straż przed świtem, kiedy
większość gildii śpi, więc możecie dorwać paru klocków, którzy całą noc
byli na dziwkach. Tacy wolą nie tłumaczyć się z siniaków po bitce przed
żonami, więc po prostu oddadzą wam monety. Nieźle. Czyj to pomysł?
- Merkuriusza - powiedział duży, wskazując na postać za siepaczem.
- Zamknij się, Roth! - krzyknął szef gildii.
Siepacz spojrzał na małego chłopca na dachu. Trzymał uniesiony kamień, a jego bladoniebieskie oczy uważnie patrzyły, gotowe. Wydawał się skądś
znajomy.
- Och, i teraz go wsypałeś - oznajmił Durzo.
- Ty też się zamknij! - powiedziała głowa gildii, potrząsając szablą. -
Oddawaj sakiewkę, bo cię zabijemy.
- Ja'laliel - odezwał się czarny szczur gildyjny - on powiedział
"klocki". Kupiec by nie wiedział, że tak ich nazywamy. Musi być z Sa'kagé.
- Zamknij się, Jarl! Potrzebujemy kasy. - Ja'laliel zakaszlał i splunął
krwią. - Daj nam po prostu swoją...
- Nie mam na to czasu. Przesuń się - odparł Durzo.
- Oddawaj...
Siepacz skoczył naprzód, lewą ręką wykręcił Ja'lalielowi dłoń od szabli,
złapał broń i obrócił się. Prawym łokciem wyrżnął głowę gildii w skroń,
ale powstrzymał cios na tyle, żeby nie zabić dzieciaka.
Zanim szczury zdążyły się wzdrygnąć, było po walce.
- Powiedziałem, że nie mam na to czasu - powtórzył Durzo.
Odrzucił kaptur.
Wiedział, że nie wygląda szczególnie imponująco. Był tykowaty, miał
ostre rysy, włosy ciemny blond i rzadką, jasną brodę na nieco ospowatych
policzkach. Ale równie dobrze mógłby mieć trzy głowy, sądząc po tym, jak
dzieciaki się wzdrygnęły.
- Durzo Blint - mruknął Roth.
Kamienie uderzyły o ziemię.
- Durzo Blint. - Imię rozległo się echem wśród szczurów.
Siepacz zobaczył strach i podziw w ich oczach. Właśnie próbowali obrobić
legendę. Uśmiechnął się krzywo.
- Naostrz to. Tylko amator pozwala, żeby jego broń zardzewiała.
Rzucił szablę do rynsztoka pełnego ścieków. A potem przeszedł przez
tłum. Dzieciaki rozbiegły się, jakby mógł je zabić wszystkie naraz.
Merkuriusz patrzył, jak siepacz odchodzi, znika w porannej mgle, jak
znikało tyle innych nadziei w odpływie, jakim były Nory. Durzo Blint był
wszystkim, czym nie był Merkuriusz. Był potężny, niebezpieczny, pewny
siebie, budził lęk. Był jak bóg. Patrzył na całą gildię, która stanęła
przeciwko niemu - nawet na dużych, takich jak Roth, Ja'laliel czy Szczur
- i był rozbawiony! Rozbawiony! Pewnego dnia, przysiągł sobie
Merkuriusz. Nie śmiał nawet pomyśleć całego zdania, bo a nuż Blint
wyczułby jego czelność, ale marzył o tym każdą cząstką ciała. Pewnego
dnia.
A kiedy Blint oddalił się na tyle, żeby niczego nie zauważyć, Merkuriusz
ruszył za nim.
Rozdział 4
Dwóch mięśniaków strzegących podziemnej komnaty Dziewiątki obrzuciło
Durzo kwaśnym spojrzeniem. Byli bliźniakami i dwoma największymi
facetami w Sa'kagé. Każdy miał wytatuowaną błyskawicę na czole.
- Broń? - zapytał jeden z nich.
- Szmaja - powitał go Durzo, odpinając miecz, wyjmując trzy sztylety,
strzałki przymocowane do nadgarstka i kilka szklanych kulek, które nosił
przy drugiej ręce.
- Ja jestem Szmaja - odparł drugi, obszukując Blinta.
- Byłbyś tak łaskaw przestać? Obaj wiemy, że gdybym chciał kogoś zabić,
zrobiłbym to z bronią albo bez.
Szmaja zarumienił się.
- A może tak huknę tym ślicznym mieczem...
- Szmaja chciał powiedzieć, że może byś tak udał, że nie stanowisz
zagrożenia, a my będziemy udawać, że to dzięki nam - wtrącił się
Bernerd. - To czysta formalność, Blint. Jak kiedy kogoś pytasz, jak się
masz, ale wcale nie interesuje cię odpowiedź.
- Ja nie pytam.
- Przykro mi z powodu Vondy - powiedział Bernerd.
Durzo zamarł, jakby wbito mu w brzuch lancę.
- Serio - zapewnił go zwalisty mężczyzna. Przytrzymał mu drzwi. Zerknął
na brata.
Durzo wiedział, że powinien rzucić jakąś ciętą, ostrą albo zabawną
odpowiedź, ale język miał jak z ołowiu.
- Ehm, panie Blint? - odezwał się Bernerd.
Durzo otrząsnął się i wszedł do pokoju spotkań Dziewiątki, nie podnosząc
wzroku.
To miejsce miało wzbudzać lęk. Wyrzeźbiona w czarnym szkliwie
wulkanicznym platforma dominowała w pomieszczeniu. Na tym podwyższeniu
stało dziewięć krzeseł. Dziesiąte znajdowało się ponad nimi jak tron.
Przed krzesłami była tylko pusta podłoga. Ci, których odpytywała
Dziewiątka, stali.
Komnata miała kształt wąskiego prostokąta, ale była przestronna. Sufit
znajdował się tak wysoko, że ginął w ciemnościach. Przez to
przesłuchiwani mieli wrażenie, że odpytuje się ich w samym piekle. Fakt,
że krzesła, ściany, a nawet podłogę ozdobiono rzeźbami małych,
wrzeszczących gargulców, smoków i ludzi, nie działał łagodząco.
Jednak Durzo wszedł ze spokojem bywalca. Noc nie kryła dla niego żadnych
strachów. Cienie powitały jego spojrzenie, niczego przed nim nie
chowając. Przynajmniej tyle mu zostało.
Cała Dziewiątka oprócz Mamy K nosiła kaptury, chociaż większość
wiedziała, że nie ukryje swojej tożsamości przed Durzo. Ponad nimi
siedział na tronie Shinga - Pon Dradin. Był cichy i nieruchomy, jak
zawsze.
- Szona nie szyje? - zapytał Corbin Fishill.
Był mocnym, przystojnym mężczyzną, słynącym z okrucieństwa, zwłaszcza
wobec dzieci w gildiach, którymi zarządzał.
Śmiechy, które mogło sprowokować jego seplenienie, jakoś zgasły pod
wpływem złośliwości, która wiecznie malowała się na jego twarzy.
- Sprawy nie wyglądają tak, jak oczekiwaliście - odparł Durzo.
Zdał krótki raport. Król wkrótce umrze, a mężczyźni, którzy mogli - jak
się obawiało Sa'kagé - zająć jego miejsce, nie będą rościć pretensji do
tronu. To oznacza, że tron przypadnie Aleine'owi Gunderowi, który jest
za słaby, aby ośmielić się wejść w drogę Sa'kagé.
- Sugerowałbym, żebyśmy przekonali księcia, by awansował generała Agona
na lorda generała - powiedział Durzo. - Agon zadba, żeby diuk nie
skonsolidował wszystkich sił, a jeśli Khalidor wykona najmniejszy
ruch...
Drobniutki człowieczek, niegdyś handlarz niewolników, przerwał mu:
- O ile uznajemy twoją... niechęć wobec Khalidoru, panie Blint, nie
będziemy trwonić naszego kapitału politycznego na jakiegoś generała.
- Nie musimy - wtrąciła się Mama K.
Pani Rozkoszy nadal była piękna, chociaż minęły lata od czasów, kiedy
była najznamienitszą kurtyzaną miasta.
- Możemy dostać, co chcemy, udając, że prosił o to kto inny.
Wszyscy zaczęli słuchać.
- Książę był skłonny kupić generała za pomocą strategicznego małżeństwa.
Więc powiedzmy mu, że cena Agona jest inna: polityczny awans. Generał
nigdy się nie dowie, a książę raczej o to nie zapyta.
- A to da nam punkt wyjścia do ponownego otwarcia kwestii niewolnictwa -
dodał handlarz niewolnikami.
- Niech mnie szlag, jeśli znowu wrócimy do handlu niewolnikami - odezwał
się ktoś inny.
To był wielki mężczyzna, który się roztył, o mocnej szczęce, małych
oczkach i pobliźnionych pięściach, pasujących do szefa mięśniaków
Sa'kagé.
- Ta rosmowa mosze poczekać. Durzo nie musi być pszy tym - wtrącił się
Corbin Fishill. Spojrzał spod ciężkich powiek na Blinta. - Nie sabiłeś
dzisiaj.
Pozostawił to stwierdzenie w zawieszeniu, bez dalszego komentarza.
Durzo spojrzał na niego.
- Nadal potrafisz sabijać?
Słowa są bezużyteczne w przypadku takiego człowieka jak Corbin Fishill.
On mówił językiem pięści. Durzo podszedł do niego. Corbin nawet się nie
wzdrygnął, nie odwrócił się, kiedy Durzo podszedł do platformy, chociaż
niektórzy z Dziewiątki zaczęli się denerwować. Blint dojrzał napinające
się mięśnie pod aksamitnymi spodniami Fishilla.
Corbin kopnął siepacza w twarz, ale ten już się przesunął. Durzo wbił
igłę głęboko w łydkę Corbina i się odsunął.
Zaraz potem rozległ się dzwonek i do komnaty wparowali Bernerd ze
Szmają. Blint skrzyżował ręce i nie wykonał nawet jednego ruchu, żeby
się bronić.
Był wysoki, ale cała jego masa to były smukłe mięśnie i ścięgna. Szmaja
szarżował jak koń bojowy. Durzo tylko wyciągnął ręce przed siebie, nawet
nie zacisnął pięści. A kiedy Szmaja wpadł na niego, stała się rzecz
niemożliwa - bieg Szmai zakończył się w jednej chwili.
Pierwsza zatrzymała się jego twarz, gdy Szmaja walnął nosem w otwartą
dłoń Durzo. Reszta ciała uniosła się równolegle do ziemi, a potem
grzmotnęła na kamienną posadzkę.
- Doszcz tego! - krzyknął Corbin Fishill.
Bernerd z poślizgiem wyhamował przed Durzo i zaraz przyklęknął koło
brata. Szmaja jęczał. Jego krwawiący nos wpasował się akurat w pysk
wyrzeźbionego w kamiennej podłodze szczura.
Krzywiąc się, Corbin wyciągnął igłę z łydki.
- Co to?
- Chcesz wiedzieć, czy nadal potrafię zabijać? - Durzo położył małą
fiolkę przed mięśniakiem. - Jeśli ta igła była zatruta, tu masz
antidotum. Ale jeśli nie, odtrutka cię zabije. Wypij albo nie.
- Wypij, Corbin - powiedział Pon Dradin. Shinga odezwał się po raz
pierwszy od wejścia Durzo. - Wiesz, Blint, byłbyś lepszym siepaczem,
gdybyś nie wiedział, że jesteś najlepszy. A jesteś. Jednak nadal
przyjmujesz rozkazy ode mnie. Następnym razem, kiedy tkniesz kogoś z mojej Dziewiątki, poniesiesz konsekwencje. A teraz wynoś się stąd.
***
Z tunelem było coś nie tak. Merkuriusz chodził już wcześniej tunelami i nawet jeśli nie przepadał za wędrowaniem w odpychającej ciemności z pomocą samego dotyku, to był w stanie to zrobić. Tunel zaczął się jak
każdy inny: szorstka powierzchnia, zakręty, i, rzecz jasna, ciemność.
Ale w miarę jak zagłębiał się bardziej w ziemię, ściany stawały się
prostsze, podłoga gładsza. Ten tunel był ważny.
Ale to tylko ciekawostka, jeszcze nic złego. Coś, co naprawdę nie
pasowało Merkuriuszowi, znajdowało się teraz krok przed nim. Przysiadł
na piętach, odpoczywając i się zastanawiając. Nie usiadł. Siada się
tylko wtedy, kiedy się wie, że przed niczym nie będziesz uciekać.
Nie wyczuł żadnej zmiany w zapachach, chociaż powietrze tu w dole było
ciężkie i gęste jak kleik. Gdy mrużył oczy, wydawało mu się, że coś
widzi, ale był pewien, że to tylko efekt zaciskania powiek. Znowu
wyciągnął rękę. Czy powietrze zrobiło się tu chłodniejsze?
A potem był prawie pewien, że powietrze się poruszyło. Nagle przeraził
się. Blint przeszedł tędy dwadzieścia minut temu. Nie niósł ze sobą
pochodni. Merkuriusz nie pomyślał o tym wtedy, a teraz przypomniały mu
się różne opowieści.
Delikatny podmuch kwaśnego powietrza owiał mu policzek. Niewiele
brakowało, a Merkuriusz puściłby się biegiem, ale nie wiedział, w którą
stronę może bezpiecznie uciekać. Nie miał czym się bronić. Pięść Gildii
trzymał całą broń. Kolejny podmuch musnął jego drugi policzek. Powietrze
pachniało... Czosnkiem?
- Istnieją sekrety na tym świecie, dzieciaku. Takie sekrety jak magiczne
alarmy i tożsamość Dziewiątki. Jeśli zrobisz następny krok, poznasz
jeden z nich. A potem znajdzie cię dwóch milutkich mięśniaków, którzy
otrzymali rozkaz zabicia każdego intruza.
- Pan Blint? - Merkuriusz rozglądał się w ciemnościach.
- Następnym razem, jak będziesz kogoś śledził, nie rób tego tak
ukradkowo. Wtedy wyglądasz bardziej podejrzanie.
Cokolwiek miał na myśli, nie brzmiało to dobrze.
- Panie Blint?
Usłyszał śmiech oddalający się tunelem.
Merkuriusz skoczył na równe nogi, czując, że nadzieja wymyka mu się wraz
z tym gasnącym śmiechem. Pobiegł tunelem w ciemności.
- Poczekaj!
Nie było odpowiedzi. Merkuriusz przyśpieszył. Zaczepił stopą o kamień i padł jak długi, zdzierając skórę z kolan i rąk na kamiennej podłodze.
- Panie Blint, proszę zaczekać! Muszę zostać pana uczniem. Panie Blint,
proszę!
Głos rozległ się tuż nad nim, chociaż kiedy Merkuriusz się rozejrzał,
niczego nie zobaczył.
- Nie biorę uczniów. Wracaj do domu, mały.
- Ale ja jestem inny! Zrobię wszystko. Mam pieniądze!
Nie było odpowiedzi. Blint zniknął.
Cisza bolała, pulsowała rozcięciami na kolanach i dłoniach Merkuriusza.
Nie miał na to co zaradzić. Chciał się rozpłakać, ale zarazem czuł, że
płaczą tylko małe dzieci.
Merkuriusz wrócił na terytorium Czarnego Smoka, kiedy niebo jaśniało.
Różne kwartały Nor otrząsały się z pijackiej drzemki. Piekarze wstawali,
terminatorzy u kowala rozpalali ogień w kuźni, szczury gildyjne, dziwki,
mięśniaki i pajęczarze szli spać, a kieszonkowcy, oszuści, szulerzy i reszta tych, co pracowali za dnia, jeszcze spała.
Zwykle zapachy Nor koiły. Nieodmiennie w powietrzu wisiał zapach zagród
dla bydła, przetykany smrodem ludzkich nieczystości płynących szerokimi
rynsztokami przy każdej ulicy i jeszcze gorszym smrodem rzeki Plith,
zapach gnijącej roślinności na płyciznach i zalewiskach leniwej rzeki,
nieco mniej kwaśny aromat oceanu. Jeśli szczęśliwie powiała akurat
bryza, smród śpiących żebraków, którzy nigdy się nie myli i potrafili
zaatakować szczura bez żadnego powodu poza wściekłością na cały świat.
Po raz pierwszy dla Merkuriusza te zapachy zamiast oznaczać dom,
kojarzyły się tylko z brudem. Odrzucenie i rozpacz to odory unoszące się
z każdej zatęchłej ruiny i dziury z szambem w Norach.
Opuszczony młyn, w którym kiedyś łuskano ryż, nie był tylko pustym
budynkiem, w którym sypiała gildia. To był symbol. Młyny na zachodnim
wybrzeżu plądrowali tylko desperaci, gotowi przebić się przez wszystkich
mięśniaków najętych przez właścicieli. Gdziekolwiek się nie spojrzało,
było widać upadek i zniszczenie, i Merkuriusz stanowił część tego
świata.
Kiedy wrócił do domu gildii, skinął głową do czujki i wsunął się do
środka, nie siląc się nawet na dyskrecję. W gildii przyzwyczajono się do
dzieci, które wstają w nocy wysikać się, więc nikt nie pomyśli, że był
gdzieś dalej. Gdyby spróbował zakraść się z powrotem, tylko zwróciłby na
siebie uwagę.
Może o to chodziło z tą ukradkowością.
Kładąc się na swoje zwykłe miejsce obok okna, wsunął się między Laleczkę
i Jarla. Bywało tu zimno, ale podłoga była gładka, a w deskach nie było
za wiele drzazg. Szturchnął przyjaciela.
- Jay-Oh, wiesz, co to znaczy ukradkowo?
Jarl tylko przetoczył się na drugi bok, pomrukując. Merkuriusz
szturchnął go raz jeszcze, ale przyjaciel nawet nie drgnął. Pewnie ma za
sobą długą noc.
Jak wszystkie szczury z gildii, Merkuriusz, Jarl i Laleczka spali blisko
siebie, żeby im było cieplej. Zwykle Laleczka lądowała pośrodku, bo była
mała i łatwo marzła, ale dziś wieczór Jarl i Laleczka nie leżeli blisko
siebie.
Laleczka przysunęła się i objęła Merkuriusza, ściskając go mocno, a Merkuriusz ucieszył się z jej ciepła. Zmartwienie gryzło go w głębi
duszy jak szczur, ale był za bardzo zmęczony. Zasnął.
Rozdział 5
Koszmar zaczął się, gdy tylko Merkuriusz się obudził.
- Dzień dobry - powiedział Szczur. - Jak się miewa mój ulubiony
wypierdek?
Radość na twarzy Szczura ostrzegła Merkuriusza, że święci się coś
naprawdę złego. Roth i Zajęcza Warga stali po obu stornach Szczura i aż
ich roznosiło podniecenie.
Laleczka zniknęła. Jarl też. Nigdzie nie było widać Ja'laliela.
Mrugając, oślepiony słonecznym światłem wpadającym przez dziurę po
zerwanym dachu, Merkuriusz wstał i spróbował zorientować się w sytuacji.
Reszta gildii zniknęła - szczury albo poszły do pracy, albo grzebały w śmieciach, albo doszły do wniosku, że to dobry moment, by się ulotnić.
Zatem widziały, że Szczur wchodzi.
Roth stał przy tylnych drzwiach, a Zajęcza Warga stanął za Szczurem, na
wypadek gdyby Merkuriusz chciał biec do frontowych drzwi albo okna.
- Gdzie byłeś ostatniej nocy? - zapytał Szczur.
- Musiałem się wysikać.
- Długo sikałeś. Przegapiłeś całą zabawę.
Kiedy Szczur odezwał się w ten sposób, całkowicie beznamiętnie, bez
jakiejkolwiek intonacji w głosie, Merkuriusz poczuł strach zbyt głęboki,
by się z niego otrząsnąć. Wiedział, co to przemoc. Widział mordowanych
żeglarzy, widział prostytutki ze świeżymi bliznami, miał przyjaciela,
który umarł pobity przez handlarza. Okrucieństwo spacerowało wśród Nor
ręka w rękę z biedą i wściekłością. Ale śmierć w oczach Szczura
ostrzegała, że jest większym dziwadłem niż Zajęcza Warga. Zajęcza Warga
urodził się bez kawałka ust. Szczur urodził się bez sumienia.
- Co zrobiłeś? - zapytał Merkuriusz.
- Roth! - Szczur skinął głową na dużego.
Roth otworzył drzwi i zawołał "Do nogi", jakby przywoływał psa, a potem
coś złapał. Wciągnął to do środka i wtedy Merkuriusz zobaczył, że to
Jarl. Usta miał spuchnięte, oczy tak podbite, że aż czarne, i powieki
tak obrzmiałe, że ledwo coś widział przez szparki. Brakowało mu paru
zębów, a na twarzy miał zakrzepłą krew, która spłynęła z miejsc, z których wyrwano mu garści włosów.
Jarl nosił sukienkę.
Merkuriuszowi zrobiło się gorąco i jednocześnie przebiegły go zimne
ciarki. Krew napłynęła mu do twarzy. Nie mógł okazać swojej słabości
Szczurowi. Nie mógł się ruszyć. Odwrócił się, żeby nie zwymiotować.
Za jego plecami Jarl zakwilił cicho:
- Merkur, błagam, Merkur, nie odwracaj się ode mnie. Nie chciałem...
Szczur uderzył go w twarz. Jarl padł na ziemię.
- Jarl jest teraz mój - oznajmił Szczur. - Myśli, że będzie walczył
każdej nocy, i rzeczywiście będzie. Przez jakiś czas. - Szczur
uśmiechnął się. - Ale złamię go. Czas działa na moją korzyść.
- Zabiję cię. Przysięgam - powiedział Merkuriusz.
- O, więc teraz terminujesz u pana Blinta?
Szczur uśmiechnął się, kiedy Merkuriusz rzucił Jarlowi spojrzenie, bo
poczuł się zdradzony. Jarl spuścił głowę; ramiona mu drżały, jakby
bezgłośnie szlochał.
- Jarl powiedział nam o tym, chyba gdzieś pomiędzy Rothem i Davim. Ale
czegoś nie rozumiem. Skoro pan Blint przyjął cię na ucznia, to dlaczego
tu jesteś? Wróciłeś mnie zabić?
Jarl powstrzymał łzy i odwrócił się, chwytając się ostatniej nadziei.
Merkuriusz nie miał nic do powiedzenia.
- Nie przyjął mnie - przyznał się.
Jarl załamał się.
- Wszyscy wiedzą, że nie przyjmuje uczniów, głupku - odparł Szczur. -
Więc oto nasza umowa, Merkur. Nie wiem, co dla niego zrobiłeś, ale
Ja'laliel powiedział, że nie wolno mi ciebie tknąć, więc cię nie tknę.
Tyle że prędzej czy później, to będzie moja gildia.
- Pewnie prędzej niż później - wtrącił się Roth.
Uniósł brew, patrząc na Merkuriusza.
- Mam wielkie plany odnośnie do Czarnego Smoka i nie pozwolę, żebyś
wszedł mi w drogę - powiedział Szczur.
- Czego ode mnie chcesz? - Głos Merkuriusza brzmiał cieniutko i piskliwie.
- Chcę, żebyś był bohaterem. Chcę, żeby każdy, kto nie śmie mi się
postawić, patrzył na ciebie i zaczął mieć nadzieję. A potem zniszczę
wszystko, co stworzyłeś. Zniszczę wszystko, co kochasz. Zniszczę ciebie
tak całkowicie, że nikt więcej nie ośmieli mi się przeciwstawić. Więc
staraj się jak najlepiej, nie staraj się wcale, albo w ogóle nic nie
rób. I tak wygram. Zawsze wygrywam.
Merkuriusz nie uiścił opłaty następnego dnia. Miał nadzieję, że Szczur
go uderzy. Wystarczyłby jeden cios i Merkuriusz spadłby z piedestału.
Ale Szczur go nie uderzył. Klął i wściekał się, a jego oczy się śmiały,
i kazał Merkuriuszowi następnym razem przynieść dwa razy więcej.
Oczywiście nic nie przyniósł. Wyciągnął tylko pustą rękę, jakby już
oberwał. To nie miało znaczenia. Szczur wściekł się, oskarżył go, że mu
się stawia, ale nawet go nie tknął. I tak to wyglądało każdego dnia
wnoszenia opłat. Stopniowo Merkuriusz wrócił do pracy, zaczął zbierać
miedziaki i odkładać je do oszczędności Jarla. Te dni były straszne:
Szczur nie pozwalał Jarlowi rozmawiać z Merkuriuszem i po jakimś czasie
Merkuriusz nawet nie wiedział, czy Jarl jeszcze chce z nim rozmawiać.
Jarl, którego znał, po trochu znikał. Nawet nie pomogło, kiedy przestali
go zmuszać do noszenia sukienki.
Noce były jeszcze gorsze. Szczur zabierał Jarla co noc, kiedy reszta
gildii udawała, że nic nie słyszy. Merkuriusz i Laleczka kulili się
razem, a potem w ciszy przerywanej cichym płaczem Merkuriusz leżał
godzinami na plecach, snując wyrafinowane plany zemsty, których
wiedział, że nigdy nie zrealizuje.
Stał się nieostrożny. Obrzucał Szczura wyzwiskami, kwestionował każdy
rozkaz i stawał w obronie każdego, kogo Pięść bił. Szczur odpowiadał
przekleństwami, ale zawsze w jego oczach płonął uśmieszek. Maluchy i frajerzy w gildii zaczęli kierować się zdaniem Merkuriusza i patrzyli na
niego oczami pełnymi uwielbiania.
Merkuriusz poczuł, że sytuacja w gildii przekroczyła masę krytyczną, w dniu, kiedy dwóch dużych przyniosło mu lunch i usiadło razem z nim na
ganku. To było jak objawienie. W życiu nie uwierzyłby, że którykolwiek z dużych przyłączyłby się do niego. Dlaczego mieliby to zrobić? Nie miał
nic. I wtedy zrozumiał swój błąd. Nigdy nie obmyślił planu, co zrobi,
kiedy dołączą do niego duzi. Po drugiej stronie podwórza Ja'laliel
siedział bezradnie, kaszlał krwią i wyglądał żałośnie.
Ale jestem głupi. Szczur tylko na to czekał. Tak to zaaranżował, żeby
Merkuriusz został bohaterem. Nawet wprost mu to powiedział. To nie
będzie przewrót. To będzie czystka.
***
- Ojcze, proszę, nie jedź. - Logan Gyre złapał za uzdę rumaka, ignorując
chłód przed świtem i powstrzymując łzy.
- Nie, zostaw to - powiedział diuk Gyre do Wendela Northa, swojego
rządcy, który kierował służącymi niosącymi skrzynię pełną ubrań diuka. -
Ale chcę, żeby w ciągu tygodnia przesłano mi tysiąc wełnianych płaszczy.
Skorzystaj z naszych własnych funduszy i nie proś o zwrot z królewskiej
kasy. Nie chcę dawać królowi pretekstu do odmowy. - Splótł za plecami
dłonie w rękawicach. - Nie wiem, w jakim stanie są garnizonowe stajnie,
ale chciałbym dostać wieści z Havermere, ile koni mogą mi przesłać przed
zimą.
- To już załatwione, milordzie.
Wszędzie kręcili się służący, ładując wozy, które pojadą na północ z zapasami żywności i wszelkim zaopatrzeniem. Setka rycerzy Gyre'a zajmowała się ostatnimi przygotowaniami, sprawdzając siodła, konie i broń. Służący, którzy mieli opuścić rodziny, żegnali się pośpiesznie.
Diuk odwrócił się do syna, a już sam widok ojca w zbroi sprawił, że w oczach Logana zalśniły łzy dumy i strachu.
- Synu, masz dwanaście lat.
- Potrafię walczyć. Nawet pan Vorden przyznaje, że obchodzę się z mieczem niemal tak dobrze, jak żołnierz.
- Loganie, nie każę ci zostać, dlatego, że wątpię w twoje zdolności.
Przeciwnie, naprawdę w nie wierzę. Prawda jest taka, że matka bardziej
potrzebuje cię tutaj, niż ja będę potrzebował cię w górach.
- Ale ja chcę jechać z tobą.
- A ja w ogóle nie chcę wyjeżdżać. To, czego chcemy, nie ma tu nic do
rzeczy.
- Jasin powiedział, że Dziewiątak tylko próbuje cię upokorzyć.
Powiedział, że to obraza dla diuka powierzyć mu tak mały posterunek.
Nie wspomniał o innych rzeczach, które powiedział Jasin. Nie uważał się
za porywczego, ale w ciągu trzech miesięcy od śmierci króla Davina i przyjęcia przez Aleine'a Gundera tytułu Aleine'a IX - zwanego
protekcjonalnie Dziewiątakiem - Logan wszczął już kilka bójek.
- A co ty myślisz, synu?
- Nie sądzę, żebyś kogokolwiek się bał.
- Więc Jasin powiedział, że się boję, tak? To dlatego zarobiłeś siniaki
na knykciach?
Logan nagle uśmiechnął się szeroko. Był wysoki jak ojciec, ale jeszcze
nie nabrał takiej same masy, ale dowódca ich straży, Ren Vorden,
powiedział, że to tylko kwestia czasu. Kiedy Logan bił się z innymi
chłopcami, nie przegrywał.
- Synu, nie popełnij błędu. Przejęcie dowodzenia nad garnizonem w Wyjących Wichrach to nic wielkiego, ale lepsze to niż wygnanie albo
śmierć. Jeśli zostanę, król w końcu zafunduje mi albo jedno, albo
drugie. Każdego lata będziesz przyjeżdżał trenować z moimi ludźmi, ale
potrzebuję, żebyś tu został. Przez pół roku będziesz moimi oczami i uszami w Cenarii. Twoja matka... - Urwał i spojrzał gdzieś za Logana.
- Uważa, że twój ojciec jest głupcem - oznajmiła Catrinna Gyre,
pojawiając się nagle.
Wywodziła się z innego rodu książęcego - Graesinów - i miała typowe dla
tej rodziny zielone oczy, drobne rysy i temperament. Mimo wczesnej
godziny była ubrana w piękną suknię z zielonego jedwabiu obrębioną
gronostajem, a jej włosy błyszczały po wyszczotkowaniu.
- Regnus, jeśli wsiądziesz na tego konia, nie chcę cię nigdy więcej
widzieć.
- Catrinna, nie będziemy teraz o tym rozmawiać.
- Ten szakal będzie cię judzić przeciwko mojej rodzinie, wiesz o tym.
Zniszczy ciebie, zniszczy ich, tak czy inaczej wygra.
- To jest twoja rodzina, Catrinno. I podjąłem już decyzję. - Głos diuka
Gyre zabrzmiał ostro i rozkazująco jak trzask bicza. Słysząc ten ton,
Logan chciał się skulić i stać niewidzialnym.
- Którą ze swoich nierządnic zabierasz ze sobą?
- Nie zabieram żadnej pokojówki, chociaż niektóre z nich trudno będzie
zastąpić. Zostawiam je z szacunku dla ciebie...
- Uważasz mnie za głupią? Znajdziesz sobie jakąś zdzirę na miejscu.
- Catrinna. Wracaj do domu. Natychmiast!
Posłuchała. Diuk obserwował, jak odchodzi. Przemówił, nie odwracając się
do Logana:
- Twoja matka... o pewnych sprawach powiem ci, kiedy będziesz starszy.
Na razie oczekuję, żebyś traktował ją z szacunkiem, ale to ty będziesz
lordem Gyre, kiedy ja wyjadę.
Logan wytrzeszczył oczy.
Ojciec poklepał go po ramieniu.
- To nie oznacza, że możesz uciekać z lekcji. Wendel nauczy cię
wszystkiego, co musisz wiedzieć. Przysięgam, ten człowiek lepiej się
orientuje w kwestiach dotyczących naszych ziem niż ja. Będę tylko cztery
dni drogi stąd. Masz wspaniały umysł, synu, i dlatego musisz tu zostać.
To miasto jest gniazdem żmij. Są tutaj tacy, którzy chcieliby nas
zniszczyć. Twoja matka zauważyła oznaki tego i to po części ją niepokoi.
Wprowadzam cię do tej gry, Loganie. Wolałbym tego, nie robić, ale jesteś
jedynym pionkiem, jaki został mi w tej rozgrywce. Zaskocz ich. Bądź
mądrzejszy, lepszy, odważniejszy i szybszy niż ktokolwiek by się
spodziewał. To nie w porządku, że zrzucam na ciebie taki ciężar, ale
muszę. Liczę na ciebie. Ród Gyre liczy na ciebie. Cała nasza czeladź i wszyscy wasale liczą na ciebie, i może nawet całe królestwo.
Diuk Gyre wskoczył na ogromnego, białego rumaka.
- Kocham cię, synu. Ale nie zawiedź mnie.
Rozdział 6
Ciemność była wszechogarniająca i zimna jak objęcia śmierci. Merkuriusz
przykucnął pod ścianą w zaułku, mając nadzieję, że nocny wiatr zagłuszy
dzwon jego serca. Piąty duży, który dołączył do niego, ukradł nóż ze
składu z bronią Szczura i teraz Merkuriusz ściskał kawałek metalu tak
mocno, że aż go rozbolała dłoń.
W zaułku nadal nie było żadnego ruchu. Merkuriusz wbił ostrze w ziemię i wcisnął dłonie pod pachy, żeby je rozgrzać. Może minąć wiele godzin, nim
cokolwiek się stanie. Ale to nieważne. Miał coraz mniejsze szanse. Już
zmarnotrawił zbyt wiele czasu.
Szczur nie był głupi. Był okrutny, ale miał plan. A Merkuriusz nie.
Miotał się w strachu przez trzy miesiące, zamiast planować. Pięść jasno
przedstawił swoje zamiary. To wystarczająco ułatwiało sprawę. Merkuriusz
domyślał się, co planował Szczur; musiał tylko poskładać wszystkie
kawałki do kupy. Teraz, kiedy myślał, potrafił wejść w skórę Szczura aż
zbyt łatwo i myśleć tak jak on.
Czystka to za mało. Czystka zapewni mi bezpieczeństwo tylko na kilka
lat. Inne głowy gildii też zabijały, żeby zachować władzę. Zabijanie nie
wyróżni mnie w żaden sposób.
Merkuriusz pracował nad pomysłem. Szczur miał wielkie ambicje. Potrafił
ukrywać nienawiść przez trzy miesiące. Dlaczego przez tyle czasu nie
chciałby nawet uderzyć Merkuriusza?
Zniszczenie. O to chodziło. Szczur zniszczy go w spektakularny sposób.
Zaspokoi własne okrucieństwo i wzmocni władzę. Zrobi coś tak potwornego,
że Merkuriusz stanie się legendą powtarzaną przez gildie. Może nawet go
nie zabije, pozostawi okaleczonego w straszliwy sposób, żeby każdy, kto
spotka Merkuriusza, bał się Szczura jeszcze bardziej.
W zaułku coś zaszurało i Merkuriusz zamarł. Powoli, bardzo powoli,
wyciągnął majcher. Zaułek był wąski, budynki pochylały się tak blisko
siebie, że dorosły człowiek mógł dotknąć obu ścian jednocześnie.
Merkuriusz wybrał go nie bez powodu. Ale teraz mury wydawały się
złowrogie, jakby wyciągały ku sobie chciwe palce, odcinając blask
gwiazd, jakby sięgały po niego. Wiatr szemrał nad dachami, opowiadając
historie o morderstwie.
Merkuriusz znowu usłyszał szelest i się rozluźnił. Stary, przestraszony
szczur wyszedł spod kupy zatęchłych desek i węszył. Merkuriusz się nie
poruszył, kiedy szczur podreptał przed siebie. Obwąchał nagą stopę
Merkuriusza, szturchnął go mokrym nosem. Nie wyczuwając
niebezpieczeństwa, zaczął się szykować do uczty.
Kiedy już miał ugryźć, Merkuriusz zatopił nóż za jego uszami i wbił
ostrze tak mocno, że zazgrzytało o ziemię. Szczur szarpnął się, ale nie
zapiszczał. Merkuriusz wyciągnął wąskie żelazo, zadowolony z tego, że
załatwił sprawę tak cicho. Rozejrzał się po zaułku raz jeszcze. Nadal
nic.
Więc gdzie jest moja słabość? Co ja zrobiłbym na miejscu Szczura, żeby
mnie zniszczyć?
Coś połaskotało go w kark, strząsnął to ręką. Cholerne robaki.
Robaki? Przecież jest potwornie zimno. Na dłoni, którą dotknął szyi,
poczuł coś ciepłego i lepkiego.
Merkuriusz odwrócił się i wziął zamach, ale nóż wypadł mu z ręki, kiedy
oberwał w nadgarstek.
Durzo Blint kucał bliżej niż stopę od niego. Nie odezwał się. Po prostu
patrzył, a jego spojrzenie było lodowate.
Cisza przeciągała się, kiedy patrzyli się na siebie bez słowa
- Pan widział szczura - powiedział Merkuriusz.
Tamten uniósł brew.
- Zranił mnie pan tam, gdzie ja go zraniłem. Pokazał mi pan, że jest o tyle lepszy ode mnie, o ile ja od szczura.
Ślad uśmiechu.
- Dziwny z ciebie szczurek gildyjny. Taki bystry, a taki głupi.
Merkuriusz spojrzał na nóż - który jak za sprawą magii znalazł się teraz
w dłoni Durzo - i zawstydził się. Rzeczywiście był głupi. Co sobie
myślał? Że zagrozi siepaczowi?
- Zamierzam u pana terminować - powiedział.
Blint otwartą dłonią uderzył go w twarz i chłopak wyciągnął się na
murze. Uderzył twarzą w kamień i klapnął ciężko.
Kiedy się przeturlał, Blint już stał nad nim.
- Daj mi jeden dobry powód, dla którego nie powinienem cię zabić.
Laleczka. Była nie tylko odpowiedzią na pytanie Blinta, ale też
słabością Merkuriusza. Tam właśnie Szczur uderzy. Merkuriuszowi zrobiło
się niedobrze. Najpierw Jarl, teraz Laleczka.
- Powinien pan.
Blint znowu uniósł brew.
- Jest pan najlepszym siepaczem w mieście, ale nie jedynym. I jeśli nie
przyjmie mnie pan na ucznia, będę się uczył u Hu Szubienicznika albo
Wrable'a Szramy. Poświęcę całe życie na naukę do chwili, kiedy będę miał
z panem szansę. Poczekam, aż pomyśli pan, że zapomniałem o dzisiejszym
dniu. Poczekam, aż pan uzna, że to były tylko pogróżki głupiego szczura
z gildii. A kiedy stanę się mistrzem, przez jakiś czas będzie się pan
bał własnego cienia. Kilka razy rzuci się pan na cień, ale mnie tam nie
będzie, w końcu jeden jedyny raz pan sobie odpuści, i właśnie wtedy tam
będę. Nie obchodzi mnie, czy przy tej okazji pan mnie zabije. Oddam
swoje życie za pańskie.
Spojrzenie Durzo prawie się nie zmieniło, gdy z niebezpiecznego, ale
rozbawionego, stało się po prostu niebezpieczne. Ale Merkuriusz nie
widział tego przez łzy, które napłynęły mu do oczu. Widział tylko
pustkę, która pojawiła się w spojrzeniu Jarla, i wyobraził ją sobie w oczach Laleczki. Wyobraził sobie jej krzyk, gdyby Szczur się pojawiał i zabierał ją każdej nocy. Krzyczałaby bez słów przez pierwsze kilka
tygodni, może by walczyła - gryzła i drapała przez chwilę - a potem już
by nie krzyczała, już by nie walczyła. Byłoby tylko słychać pojękiwanie,
odgłosy ciała i przyjemności Szczura. Jak to było z Jarlem.
- Czy twoje życie jest aż tak puste, chłopcze?
Będzie, jeśli odmówisz.
- Chcę być taki jak pan.
- Nikt nie chce być taki jak ja.
Blint wyciągnął ogromny miecz i przytknął go do gardła Merkuriusza.
Przez chwilę chłopcu było obojętne, czy ostrze wypije jego życie. Śmierć
byłaby lepsza niż patrzenie, jak Laleczka znika na jego oczach.
- Lubisz ranić ludzi? - zapytał Blint.
- Nie, panie.
- Zabiłeś już kogoś?
- Nie.
- Więc dlaczego marnujesz mój czas?
O co mu chodziło? Mówił poważnie? Niemożliwe.
- Słyszałem, że pan tego nie lubi. Nie trzeba tego lubić, żeby być
dobrym - odpowiedział Merkuriusz.
- Kto ci to powiedział?
- Mama K. Powiedziała, że tym różni się pan od niektórych.
Blint zmarszczył brwi. Wyciągnął ząbek czosnku z sakiewki i wrzucił do
ust. Przeżuwając, schował miecz do pochwy.
- No dobra, dzieciaku. Chcesz się wzbogacić?
Merkuriusz pokiwał głową.
- Szybki jesteś. A potrafisz liczyć punkty, myśląc jednocześnie i pamiętając o pięćdziesięciu innych rzeczach? Masz zręczne ręce?
Za każdym razem Merkuriusz kiwał głową.
- To zostań szulerem. - Durzo się zaśmiał.
Ale nie Merkuriusz. Spojrzał na swoje stopy.
- Nie chcę się więcej bać.
- Ja'laliel cię bije?
- Ja'laliel to pryszcz.
- Więc kto?
- Nasza Pięść. Szczur. - Dlaczego tak trudno wypowiedzieć jego imię?
- Bije cię?
- Chyba że... chyba że się z nim robi... te rzeczy. - Zabrzmiało to
słabo, ale Blint nic nie powiedział, więc Merkuriusz dodał. - Nie
pozwolę już więcej, żeby ktoś mnie uderzył. Nigdy więcej.
Blint cały czas patrzył gdzieś w dal. Merkuriusz miał czas, żeby,
mrugając, pozbyć się łez z oczu. Księżyc w pełni zalał miasto złotym
światłem.
- Stara dziwka potrafi być piękna. Mimo wszystko.
Merkuriusz podążył za wzrokiem Blinta, ale nikogo nie zobaczył.
Srebrzysta mgła podnosiła się znad ciepłego obornika w zagrodach i snuła
wokół starych, popsutych akweduktów. W ciemnościach Merkuriusz nie mógł
widzieć Krwawiącego Człowieka dopiero co nabazgranego na Czarnym Smoku,
ale wiedział, że tam jest. Odkąd Ja'laliel zaczął chorować, jego gildia
systematycznie traciła terytoria.
- Proszę pana?
- W tym miejscu nie ma kultury. Poza kulturą ulicy. Budynki są z cegły
na jednej ulicy, z wikliny i błota na drugiej, a z bambusa na następnej.
Tytuły są alitaerańskie, ubrania callaeańskie, a muzyka to tylko
sethyjskie harfy i liry lodricarskie, nawet te cholerne pola ryżowe
ukradliśmy Ceurze. Ale dopóki jej nie tkniesz, ani nie przyjrzysz się
jej z bliska, nadal jest piękna.
Merkuriusz pomyślał, że chyba rozumie. Trzeba uważać, czego się tknie i dokąd pójdzie w Norach. Kałuże rzygowin i innych fizjologicznych płynów
rozlewały się na ulicach, a ogniska, na których palono obornikiem, i tłustawa para z nieustannie gotujących się kadzi z łojem pokrywały
wszystko tłustą sadzą. Ale nie potrafił odpowiedzieć. Nawet nie był
pewien, czy Blint mówił to do niego.
- Niewiele ci brakuje, chłopcze. Ale nigdy nie biorę uczniów i ciebie
też nie wezmę. - Blint urwał, bawiąc się nożem, przesuwając go między
palcami. - Chyba że zrobisz coś, czego nie potrafisz.
Nadzieja zapłonęła w piersi Merkuriusza po raz pierwszy od miesięcy.
- Zrobię wszystko.
- Musiałbyś to zrobić sam. Nikt inny nie może wiedzieć. Musiałbyś
wymyślić jak, kiedy i gdzie. Wszystko samodzielnie.
- Co muszę zrobić? - zapytał Merkuriusz.
Czuł, jak Anioły Nocy zaciskają palce na jego żołądku. Skąd wiedział, co
powie za chwilę Blint?
Siepacz podniósł martwego gryzonia i rzucił go Merkuriuszowi.
- Tylko to. Zabij swojego Szczura i przynieś mi dowód. Masz na to
tydzień.
Rozdział 7
Solon Tofusin prowadził szkapę ulicą Sidlin między krzykliwymi, ciasno
upakowanymi rezydencjami wielkich rodów Cenarii. Wiele z tych domów
miało mniej niż dziesięć lat. Inne były starsze, ale ostatnio je
przebudowano. Budynki wzdłuż tej ulicy zasadniczo różniły się od reszty
architektury cenaryjskiej. Te zbudowali ci, którzy mieli nadzieję, że za
pieniądze mogą kupić kulturę. Wszyscy oni rywalizowali z sąsiadami
egzotycznymi projektami, popisując się fantazjami na temat ladeskich
wież albo pawilonów rodem z Friaku, albo też nawiązaniami do bardziej
wyrazistych rezydencji alitaerańskich lub wiernymi kopiami słynnych
letnich pałaców ceurańskich. Solon dostrzegł tu nawet coś, co chyba
rozpoznawał z jakiegoś obrazu - pękatą świątynię ymmurską do kompletu z chorągiewkami modlitewnymi. Pieniądze z niewolnictwa, pomyślał.
Nie samo niewolnictwo go przerażało. Na jego wyspie niewolnictwo było
powszechne. Ale nie w takim stopniu jak tu. Te rezydencje wybudowano
dzięki walkom niewolników i dziecińcom. Nie było mu po drodze, ale
przeszedł przez Nory, żeby zobaczyć, jak wygląda milcząca część jego
nowego miasta rodzinnego. Nędza tamtego miejsca sprawiała, że tutejsze
bogactwo było wręcz nieprzyzwoite.
Ledwo szedł ze zmęczenia. Był mężczyzną niezbyt wysokim, ale mimo
wydatnego brzucha szerokim w barach. Szkapa była zacnym koniem, ale był
z niej żaden rumak i równie często musiał ją prowadzić, jak na niej
jeździł.
Wielkie posiadłości ciągnęły się przed nim, różniąc się od pozostałych
nie tyle rozmiarem budynków, ile obszarem ziemi w obrębie murów. O ile
rezydencje stały jedna obok drugiej, o tyle posiadłości były dość
rozległe. Straże czuwały przy wrotach ze wzmacnianego żelazem drewna
zamiast przy zawiłych kratach, przy bramach, które zbudowano dla obrony,
a nie dla ozdoby.
Bramę pierwszej posiadłości zdobił pstrąg Jadwinów pokryty płatkami
złota. Za bramą Solon dostrzegł wystawny ogród pełen posągów. Niektóre
były z marmuru, inne pokryto złotą folią. Nic dziwnego, że mają tyle
straży, pomyślał. Wszyscy strażnicy byli zawodowcami i żadnego nie dało
się posądzić o urodę, co potwierdzało plotki na temat duchessy; z przyjemnością minął posiadłość Jadwinów. Był przystojnym mężczyzną o oliwkowej cerze, czarnych oczach i włosach nadal ciemnych jak noc,
nietkniętych szarymi cieniami świtu. Dzielenie domu z wiecznie
niezaspokojoną duchessą, której mąż wyjeżdżał w częste i długie podróże
dyplomatyczne to kłopot, którego nie potrzebował.
Co prawda tam, dokąd zmierzam, czeka mnie wcale nie mniej kłopotów.
Dorianie, mój przyjacielu, mam nadzieję, że to był genialny plan. Nie
chciał brać pod uwagę innej możliwości.
- Jestem Solon Tofusin. Przybyłem zobaczyć się z lordem Gyre -
powiedział Solon, kiedy stanął przed bramą posiadłości Gyre'ów.
- Z diukiem? - spytał strażnik.
Zsunął hełm i podrapał się po czole.
Co za głupek.
- Tak, z diukiem Gyre - powtórzył wolniej i z większym naciskiem, niż to
było konieczne, ale już był zmęczony.
- To straszna szkoda - odparł strażnik.
Solon poczekał, ale mężczyzna nie rozwinął myśli. To nie głupek, tylko
dupek.
- Lord Gyre wyjechał?
- Gdzieżby.
Więc o to chodzi. Powinienem był się zorientować, widząc rude włosy.
- Wiem, że po tysiącu lat najazdów mądrzejsi Ceuranie przenieśli się w głąb kontynentu, zostawiając twoich przodków na wybrzeżu, i zdaję sobie
sprawę, że sethyjscy piraci, którzy napadali na wasze wioski, zabrali
wszystkie znośne kobiety, ponownie zostawiając twoich przodków, więc w tym, że jesteś i głupi, i brzydki, nie ma twojej winy. Może jednak
pokusiłbyś się o próbę wyjaśnienia mi, jakim cudem lord Gyre może
jednocześnie wyjechać i nie wyjechać? Możesz używać prostych słów.
Na przekór logice mężczyzna wyglądał na zadowolonego.
- Nie ma żadnych śladów na twojej skórze, nie masz skrzeli i nawet nie
gadasz jak ryba. I jesteś gruby jak na rybę. Niech zgadnę: złożyli cię w ofierze morzu, ale bogowie morscy nie przyjęli cię, a kiedy fale
wyrzuciły cię na brzeg, przygarnęła cię trollica, która wzięła cię
omyłkowo za swoje młode?
- Była ślepa - odparł Solon i, kiedy mężczyzna się zaśmiał, uznał, że
lubi tego strażnika.
- Diuk Gyre wyjechał dziś rano. Nie wróci - wyjaśnił strażnik.
- Nie wróci? Znaczy nigdy?
- Nie moja rzecz gadać o tym. Ale nie, nigdy, chyba że się mylę.
Wyjechał objąć dowództwo nad garnizonem w Wyjących Wichrach.
- Ale powiedziałeś, że lord Gyre nie wyjechał.
- Diuk wyznaczył swojego syna lordem Gyre do czasu powrotu.
- Który nie nastąpi.
- Szybko chwytasz jak na rybę. Jego syn Logan jest głową rodu.
Niedobrze. Za żadne skarby nie potrafił sobie przypomnieć, czy Dorian
powiedział "diuk Gyre" czy "lord Gyre". Solonowi nawet nie przeszło
przez myśl, że mogą być dwie głowy rodu Gyre. Jeśli przepowiednia mówiła
o diuku Gyre, to powinien od razu ruszyć w drogę. Jeśli jednak dotyczyła
jego syna, Solon zostawiłby swojego podopiecznego w czasie, kiedy
chłopak najbardziej go potrzebuje.
- Mogę porozmawiać z lordem Gyre?
- A potrafisz posługiwać się tą stalą? - zapytał strażnik. - Bo jak nie,
to proponowałbym ją schować.
- Słucham?
- Nie mów, że cię nie ostrzegałem. Chodź za mną.
Wbrew sobie Solon był pod wrażeniem. W posiadłości Gyre'ów czuło się
trwałość, powagę starego rodu. Obie strony murów - zewnętrzną i wewnętrzną - obsadzono akantem, wyrastającym z czerwonej gleby, o której
Solon wiedział, że musiano ją specjalnie po to sprowadzić. Tę ostowatą
roślinę wybrano nie tylko po to, by żebracy i złodzieje trzymali się z dala od murów, ale też ze względu na jej wiekowe powiązania z arystokracją alitaerańską. Sama rezydencja była równie zniechęcająca - z ciężkiego kamienia, z szerokimi łukami i grubymi drzwiami, które
stawiłyby opór ciężkiej maszynerii oblężniczej. Jedynym kompromisem
między siłą a pięknem były pnące róże w kolorze krwi, które obrębiały
każde drzwi i każde okno na parterze. Na tle czarnego kamienia i okratowanych okien ich idealny odcień czerwieni był uderzający.
Solon nie zwracał uwagi na podzwanianie stali, dopóki strażnik nie minął
wejścia do rezydencji i nie ruszył na tyły budynku. Tutaj, na dziedzińcu
z widokiem ponad Plith na Zamek Cenaria, kilku strażników obserwowało
dwóch mężczyzn w zbrojach treningowych okładających się nawzajem.
Mniejszy cofał się, zataczając kółka, podczas gdy ciosy większego
trafiały na jego tarczę. Mniejszy potknął się, a jego przeciwnik natarł
jak byk, obalając przeciwnika tarczą jak trykający baran. Mężczyzna
uniósł miecz, ale następny cios sprawił, że broń wyleciała w powietrze,
a kolejny zadzwonił o hełm jak w dzwon.
Logan Gyre ściągnął hełm i roześmiał się, pomagając strażnikowi wstać.
Serce Solona się zacisnęło. To był lord Gyre? To raptem dziecko w ciele
olbrzyma, nadal miał dziecięcy tłuszczyk na twarzy. Nie mógł mieć więcej
niż czternaście lat, pewnie nawet był młodszy. Solon już wyobrażał
sobie, jak Dorian się śmieje. Wiedział, że Solon nie lubi dzieci.
Ceurański strażnik podszedł do lorda i powiedział coś do niego cicho.
- Witam - zwrócił się do Solona lord. - Marcus mówi mi, że uważasz się
za niezłego szermierza. Rzeczywiście?
Solon spojrzał na Ceuranina, który uśmiechnął się z zadowoleniem. Nazywa
się Marcus? Nawet z imionami w tym kraju nie doszli do ładu.
Niespecjalnie przejmując się pochodzeniem ludzi, mieszano imiona -
alitaerańskie, jak Marcus czy Lucienne, mieszały się swobodnie z lodricarskimi, jak Rodo czy Daydra, ceurańskimi, jak Hideo lub Shizumi,
i zwykłymi imionami cenaryjskimi w stylu Aleine albo Felene. Właściwie
jedyne imiona, jakich ludzie nie nadawali dzieciom, to przezwiska
niewolników powszechne w Norach, jak na przykład Blizna albo Zajęcza
Warga.
- Radzę sobie, lordzie Gyre. Ale to słowami chciałem się posłużyć w spotkaniu z tobą, nie bronią.
Jeśli ruszę teraz, dotrzemy z moją starą klaczką do garnizonu w sześć,
może siedem dni.
- Porozmawiamy wobec tego, jak już się zmierzymy. Marcus daj mu jakąś
zbroję treningową.
Mężczyźni wyglądali na zadowolonych, a Solon zobaczył, że kochali
młodego lorda jak własnego syna. Zbyt swobodnie się śmiali i rozpieszczali go. Nagle stał się głową rodu, ale mężczyźni nadal jeszcze
byli zadziwieni nowością tego faktu.
- Nie potrzebuję zbroi - odparł Solon.
Chichoty urwały się i mężczyźni spojrzeli na niego.
- Chcesz się mierzyć bez zbroi? - spytał Logan.
- W ogóle nie chcę się mierzyć, ale jeśli taka jest twoja wola, muszę
się zgodzić. Nie będę jednak walczył ostrzem treningowym.
Mężczyźni pokrzykiwali, szykując się na widowisko - walkę niskiego
Sethyjczyka, i to bez zbroi, z ich olbrzymem. Tylko Marcus i jeden, może
dwóch innych patrzyli zaniepokojeni. W grubym pancerzu, który nosił
Logan, była niewielka szansa, że zostanie poważnie raniony, nawet ostrym
mieczem. Ale niebezpieczeństwo zawsze istniało. Solon, patrząc Loganowi
w oczy, dojrzał, że chłopak też zdaje sobie z tego sprawę. Młody lord
nagle zwątpił, czy powinien być tak zuchwały wobec kogoś, o kim nic nie
wiedział, kogoś, kto może mu źle życzyć. Logan przyjrzał się raz jeszcze
krępej sylwetce Solona.
- Milordzie - odezwał się Marcus - może najlepiej byłoby, gdybyś...
- Zgoda - odpowiedział Solonowi Logan.
Nałożył hełm i opuścił przyłbicę. Przygotował miecz i powiedział:
- Daj znać, kiedy będziesz gotowy.
Nim Logan zdążył zareagować, Solon wbił palce w otwory przyłbicy i złapał za część chroniącą nos. Szarpnął Logana do przodu i obrócił.
Chłopak walnął o ziemię z jękiem. Solon wyciągnął nóż zza pasa Logana i przyłożył go do oka chłopaka, opierając kolano obok hełmu i przytrzymując go w ten sposób w miejscu.
- Poddajesz się? - zapytał Solon.
Chłopak z trudem łapał oddech.
- Poddaję się.
Solon puścił go i wstał, otrzepując kurz z nogawek spodni. Nie pomógł
lordowi Gyre wstać.
Mężczyźni milczeli. Kilku wyciągnęło miecze, ale żaden nie zrobił kroku.
Jasne było, że gdyby Solon zamierzał zabić Logana, już by to zrobił. Bez
wątpienia zastanawiali się, co diuk Gyre zrobiłby z nimi, gdyby
rzeczywiście coś takiego się wydarzyło.
- Głupi z ciebie chłopak, lordzie Gyre - odezwał się Solon. - Bufon,
pajacujący przed ludźmi, których być może pewnego dnia będzie musiał
posłać, żeby za niego zginęli.
Powiedział "diuk Gyre", Dorian na pewno powiedział "diuk Gyre". Ale
przysłał mnie tutaj. Na pewno wysłałby mnie prostu do garnizonu, gdyby
miał na myśli diuka. W przepowiedni nie chodziło o mnie. Dorian nie mógł
wiedzieć, że czeka mnie opóźnienie w drodze, że trafię do miasta tak
bardzo spóźniony. Prawda?
Logan zdjął hełm. Twarz miał czerwoną, ale nie pozwolił, żeby wstyd
przerodził się w gniew.
- Ja... zasłużyłem sobie na to. Zasłużyłem sobie na to, jak mnie
sponiewierałeś. Może nawet na coś gorszego. Przepraszam. Marny to
gospodarz, co napada na gości.
- Wiesz, że celowo przegrywali, prawda?
Logan był zaskoczony. Zerknął na mężczyznę, z którym walczył, gdy zjawił
się Solon, a ten gapił się pod nogi. A potem, jakby to wymagało
wielkiego wysiłku, lord podniósł wzrok na Solona.
- Widzę, że mówisz prawdę. Chociaż to wstyd dowiedzieć się czegoś
takiego, dziękuję.
Jego ludzie byli zawstydzeni. Pozwalali mu wygrać, bo go kochali, ale
teraz upokorzyli swego pana. Nie zrobiło im się po prostu przykro,
szczerze cierpieli.
Jak to jest, że ten chłopiec wzbudza taką lojalność? Czy to po prostu
lojalność wobec jego ojca?
Kiedy obserwował, jak Logan patrzy na każdego mężczyznę z osobna -
przygląda się tak długo, dopóki każdy nie spojrzy mu w oczy i nie
odwróci natychmiast wzroku - Solon zwątpił w drugą możliwość. Logan
pozwolił, aby bolesna cisza zapadła i trwała.
- Za sześć miesięcy - powiedział Logan, zwracając się do swoich ludzi -
będę służył w garnizonie mojego ojca. Nie będę siedział bezpiecznie w zamku. Będę walczył tak jak wielu z was. Ale skoro najwyraźniej
uważacie, że treningi to zabawa, bardzo dobrze. Zabawicie się, trenując
aż do północy, wy wszyscy. Jutro wszyscy zaczniemy ćwiczyć. I oczekuję,
że zjawicie się godzinę przed świtem. Zrozumiano?
- Tak jest, panie!
Logan odwrócił się do Solona.
- Przepraszam, panie Tofusin. Za to wszystko. Proszę mówić mi Logan.
Oczywiście zostanie pan na kolacji, ale czy mam też polecić służbie, by
przygotowała dla pana pokój?
- Tak - odpowiedział Solon. - Myślę, że to doskonały pomysł.
Rozdział 8
Vürdmeister Neph Dada spotykał się ze Szczurem za każdym razem w innym
miejscu. W pokojach zajazdów, w piwnicach warsztatów szkutniczych, w piekarniach, parkach po wschodniej stronie, w ślepych uliczkach Nor.
Odkąd Neph się zorientował, że Szczur boi się ciemności, dbał, aby
zawsze spotykali się nocą.
Dziś wieczorem Neph obserwował Szczura i jego ochroniarzy, jak wchodzą
na maleńki, stary i przepełniony cmentarz. Nie było tak ciemno, jak Neph
miał nadzieję, że będzie - tawerny, salony gier i burdele znajdowały się
raptem trzydzieści kroków dalej. Szczur nie zwolnił od razu ochroniarzy.
Jak większość Nor cmentarz znajdował się niecałą stopę powyżej poziomu
wody. Króliki, jak nazywano mieszkańców Nor, chowali swoich zmarłych
prosto w błocie. Jeśli mieli pieniądze, wznosili grobowce nad ziemią,
ale imigranci - jako ignoranci - po jakichś zamieszkach czy czymś takim
parę lat temu pochowali swoich zmarłych w trumnach. Groby się wydęły, bo
trumny próbowały wypłynąć na powierzchnię. Kilka pękło, a ich zawartość
pożarły dzikie psy.
Szczur i jego ochroniarze byli zieloni ze strachu.
- Chodźcie - powiedział w końcu Szczur do swoich dużych, podnosząc
nonszalancko czaszkę i rzucając ją jednemu.
Chłopak szybko się cofnął i czaszka, słaba ze starości albo od choroby,
roztrzaskała się o kamień.
- Witaj, mały - wychrypiał Neph prosto do ucha Szczura.
Szczur się wzdrygnął, a Neph uśmiechnął się, odsłaniając szczerbate
uzębienie. Jego długie rzadkie siwe włosy opadały tłustymi kosmykami na
ramiona. Neph stał tak blisko, że chłopak cofnął się o krok.
- Czego chcesz? Dlaczego tu jestem?
- Och, drażliwość i filozofia, dwa w jednym. - Neph się przysunął.
Dorastał w Lodricarze, na wschód od Khalidoru. Lodricarczycy uważali, że
ludzie, którzy odsuwają się tak, że nie czujesz zapachu ich oddechu, coś
ukrywają. Kupcy w Cenarii, którzy prowadzili interesy z Lodricarczykami,
narzekali na to, ale ochoczo przysuwali się, kiedy w grę wchodziły
lodricarskie pieniądze. Neph jednak nie stawał blisko z powodów
kulturowych. Nie żył w Lodricarze od pół wieku. Stał blisko, ponieważ
lubił widzieć, jak Szczur się z tym męczy.
- Ha! - powiedział, wypuszczając podmuch zgniłego powietrza w twarz
chłopaka.
- Co? - Szczur starał się nie cofać.
- Jeszcze się nie poddałem, jeśli chodzi o ciebie, ty wspaniały, głupi
chłopaku. Czasem potrafisz nauczyć się czegoś wbrew sobie. Ale nie po to
zjawiłem się dzisiaj. I nie po to ty tu jesteś. Czas ruszać. Twoi
wrogowie zebrali się przeciwko tobie, ale jeszcze się nie zorganizowali.
- Skąd wiesz?
- Wiem więcej, niż sądzisz, Szczurza Mordo.
Neph znowu się zaśmiał i plwocina poleciała na twarz Szczura. Zauważył,
że chłopak o mało go wtedy nie uderzył. Nie bez powodu został Pięścią w gildii. Ale oczywiście nigdy by nie uderzył Nepha. Stary człowiek
wiedział, że sprawia wrażenie kruchego, ale Vürdmeister miał swoje
sposoby obrony.
- Wiesz, ilu szczeniaków ma twój ojciec? - zapytał Neph.
Szczur rozejrzał się po cmentarzu, jakby Neph nie sprawdził wcześniej,
czy nikt nie podsłuchuje. Chłopak był beznadziejnie głupi. Głupi, ale
potrafił być sprytny i nie miał absolutnie żadnych skrupułów. Poza tym
Neph nie miał wielkiego wyboru. Kiedy zjawił się w Cenarii, powierzono
jego opiece czterech chłopców. Najbardziej obiecujący zjadł jakieś
zepsute mięso w czasie pierwszego roku i zmarł, nim Neph choćby
zorientował się, że chłopak jest chory. W tym tygodniu drugi zginął w walkach o terytorium między gildiami. I tak Nephowi zostało tylko dwóch.
- Kiedy ostatnio liczyłem, Jego Świątobliwość był ojcem stu trzydziestu
dwóch chłopców. Większość z nich nie miała Talentu i musiała odpaść. Ty
jesteś jednym z czterdziestu trzech, którzy są z jego nasienia. Już ci
to mówiłem. Ale nie powiedziałem ci, że każdemu z was powierzono
zadanie, próbę, w której macie dowieść swojej użyteczności dla ojca.
Jeśli ją przejdziesz, może pewnego dnia zostaniesz samym Królem-Bogiem.
Potrafisz odgadnąć, na czym polega twoje zadanie?
Oczy Szczura zalśniły jak paciorki na myśl o bogactwie i splendorze.
Neph go uderzył.
- Twoje zadanie, chłopcze.
Szczur potarł policzek, drżąc z wściekłości.
- Mam zostać Shingą - odpowiedział cicho.
Chłopak mierzył wyżej, niżby Neph kiedykolwiek podejrzewał. Dobrze.
- Jego Świątobliwość oświadczył, że Cenaria upadnie, tak samo jak reszta
południowych ziem. Sa'kagé to jedyna prawdziwa siła w Cenarii, więc tak,
zostaniesz Shingą. A potem oddasz swojemu ojcu Cenarię albo, co bardziej
prawdopodobne, zawiedziesz i zginiesz i jeden z twoich braci tego
dokona.
- Są inni w tym mieście? - spytał Szczur.
- Twój ojciec jest bogiem, ale jego narzędziami są ludzie, a ci zawodzą.
Jego Świątobliwość ma więc plan awaryjny. A teraz, moja przyszła
porażko, jak się przedstawia twój genialny pomysł załatwienia sprawy z Merkuriuszem?
W oczach Szczura znowu zapłonęła wściekłość, ale zapanował nad sobą.
Jedno słowo Nepha, a Szczur stałby się kolejnym trupem dryfującym rano w Plith, obaj to wiedzieli. Prawdę mówiąc, Neph go sprawdzał. Okrucieństwo
było główną zaletą Szczura. Neph widział, że jego pragnienie krwi
budziło strach w starszych chłopcach, którzy inaczej mogliby go zabić -
ale byłoby bezużyteczne, gdyby dzieciak nie potrafił nad nim panować.
- Zabiję Merkuriusza - odpowiedział Szczur. - Będzie krwawił jak...
- Jedno, czego ci nie wolno zrobić, to go zabić. Jeśli to zrobisz,
wszyscy o nim zapomną. Kto inny zajmie jego miejsce. Musi żyć złamany,
żeby świat mógł go oglądać.
- Pobiję go na oczach wszystkich. Połamię mu ręce i...
- A jeśli jaszczurki rzucą się w jego obronie?
- Nie zrobią tego. Za bardzo się boją.
- W przeciwieństwie do innych chłopców, których znam, Merkuriusz nie
jest głupi. Wiedział, co to znaczy, kiedy duzi do niego przyszli. Może
od początku to sobie planował. Pierwsze, czego się spodziewa, to że się
przestraszysz i spróbujesz go pobić. Zatem ułoży stosowny plan.
Neph patrzył, jak Szczur zaczyna rozumieć, że naprawdę mógłby stracić
panowanie nad gildią. Jeśli straci gildię, straci życie.
- Ale ty masz plan - powiedział Szczur. - Znasz sposób, w jaki mogę go
zniszczyć, prawda?
- Mogę się nim nawet podzielić.
***
To się zbliżało. Merkuriusz wyczuwał to, kiedy leżał na podłodze,
otoczony przez swoje jaszczurki, swoją gildię. Jego gildię. Piętnaście
maluchów i pięciu dużych. Połowa maluchów z Czarnego Smoka i ćwierć
dużych było teraz jego. Spali spokojnie wokół niego, pewnie nawet
Borsuk, który miał tylko udawać.
Merkuriusz nie spał od czterech dni. Tej nocy, kiedy wrócił do domu po
rozmowie z Blintem, i każdej następnej leżał, knując, powątpiewając,
gorączkowo podekscytowany wizją życia bez Szczura. Ale światło jutrzenki
obracało wszystkie jego plany w pył. Dla żartu nazwał tych, co z nim
trzymali, jaszczurkami - z pewnością to nie były żadne smoki - ale
dzieci przyjęły tę nazwę z dumą, nie słysząc kryjącej się w niej
rozpaczliwości.
W ostatnich dniach działał, wydawał rozkazy, próbował przegrupować swoje
żałosne jaszczurki - wszystko, byle nie myśleć o zabiciu Szczura. Jak
długo Szczur będzie czekać? Nadszedł czas na czystkę. Wszyscy czekali,
żeby zobaczyć, co Szczur zrobi. Wszyscy byli pewni, że coś zrobi. Jeśli
niczego nie zrobi, i to wkrótce, wierni mu zaczną weń wątpić i w jednej
chwili straci gildię.
Merkuriusz wydał nawet rozkaz trzem maluchom, którym najbardziej ufał,
żeby przez cały czas strzegli Laleczki. Nie najrozsądniej wykorzystywał
siłę, jaką rozporządzał. Potrzebował, żeby malcy dostarczali mu
informacji: podsłuchiwali innych w gildii, sprawdzali sąsiednie gildie,
czy gdzieś któraś nie chciałaby, żeby jaszczurki do niej dołączyły. Poza
tym, co trzy maluchy mogły zdziałać przeciwko dużym Szczura? Dzieci,
które miały osiem, dziesięć i jedenaście lat nie powstrzymają piętnasto-
i szesnastolatków Szczura. W końcu wyznaczył dwóch dużych, którzy
dołączyli do niego na początku, żeby jej pilnowali, mieli ją na oku
przez cały dzień.
Jednakże sprawy wymykały mu się z rąk. Noce bez snu mściły się na nim. W głowie miał zamęt. To tylko kwestia czasu, kiedy popełni idiotyczny
błąd. A wszystko dlatego, że nie miał odwagi zabić Szczura.
Mógłby to zrobić dziś w nocy. To byłoby łatwe, naprawdę. Szczur wyszedł
przed północą z dwoma dużymi, ale kiedy wrócą, od razu zaśnie. Ten
łajdak nigdy nie ma problemów ze spaniem. Merkuriusz miał majcher. Miał
nawet prawdziwy nóż, który ukradł jeden z dużych. Musiał tylko podejść
do Szczura i wbić mu ostrze. Wystarczy gdziekolwiek w brzuch. Nawet
jeśli smoki Szczura będą wystarczająco lojalne, żeby zabrać go do
uzdrowiciela, z pewnością zabiorą mu wszystkie pieniądze. Jaki
uzdrowiciel będzie pracował za darmo dla szczura z gildii? Merkuriusz
musiał tylko odczekać pięć minut po powrocie Szczura, a potem wstać,
żeby się wysikać. W drodze powrotnej zabiłby go.
To jedyny sposób by zapewnić Laleczce bezpieczeństwo.
Wiedział, co oznaczało zostanie siepaczem. Wszystko by się zmieniło.
Siepacze byli nożami w ciemnościach. Merkuriusz nauczyłby się walczyć,
zabijać. Nie tylko nauczyłby się, jak to robić, ale robiłby to. Blint
oczekiwałby od niego, że będzie zabijać. To go męczyło jak wzrok
Laleczki, który można ignorować, dopóki nie odpowie się na jej
spojrzenie. Niewiele jednak myślał o konkretach dotyczących zabijania.
Trzymał się obrazu Durzo Blinta śmiejącego się z całej gildii. Durzo
Blinta śmiejącego się ze Szczura i jego małej armii. Durzo Blinta
nieulękłego. Durzo Blinta, którym Merkuriusz mógł się stać.
Blint zabrałby go. Merkuriusz nie musiałby przewodzić Czarnemu Smokowi.
Nawet swoim jaszczurkom. Nie chciał tego. Nie chciał, żeby maluchy
patrzyły na niego, jakby był ich ojcem, a duzi, którzy przewyższali go
co najmniej o głowę, patrzyli nań, jakby wiedział, co robi, jakby mógł
zapewnić im bezpieczeństwo. Nie potrafił zadbać nawet o własne
bezpieczeństwo. To wszystko było oszustwem. On był oszustem. Wrobiono
go, a oni nawet tego nie zauważyli.
Charakterystyczny odgłos przesuwania frontowych drzwi oznajmił powrót
Szczura. Merkuriusz tak się bał, że popłakałby się, gdyby nie kazał
Borsukowi czuwać. Nie mógł płakać na oczach swoich dużych. Był
przekonany, że Szczur podejdzie do niego, każe dużym go podnieść i zabierze go gdzieś, żeby wymierzyć mu straszliwą karę, przy której los
Jarla wyda się lekki. Ale Szczur jak to on rozepchnął się w swoim
haremie, położył się i w ciągu kilku sekund zasnął.
Siepacz by nie płakał. Merkuriusz próbował spowolnić oddech.
Nasłuchiwał, czy ochroniarze Szczura też posnęli.
Siepacze się nie boją. To mordercy. To ludzie się ich boją. Wszyscy w Sa'kagé się ich obawiają.
Jeśli będę tu leżał i próbował spać, to może zasnę i nic się nie wydarzy
przez jeszcze jedną noc, może jeszcze jeden tydzień, ale w końcu Szczur
mnie dorwie. Wszystko zniszczy.
Merkuriusz widział to w jego oczach. Wierzył, że Szczur go zniszczy i nie wierzył, że ma jeszcze tydzień.
Albo to, albo zabiję go pierwszy.
W wyobraźni Merkuriusz widział siebie jako bohatera wyjętego z pieśni
barda: spłaci dług Jarlowi, da Ja'lalielowi wystarczająco dużo
pieniędzy, żeby wykupił sobie apelację, wszyscy w gildii będą go kochać
za zabicie Szczura, a Laleczka przemówi po raz pierwszy i aprobata
zalśni w jej oczach, kiedy powie mu, jaki jest dzielny.
To było głupie, a on nie mógł sobie pozwolić na głupotę.
Musiał się wysikać. Wstał wściekły i wyszedł tylnymi drzwiami.
Ochroniarze Szczura nawet się nie poruszyli przez sen, kiedy ich mijał.
Nocne powietrze było chłodne i cuchnące. Merkuriusz wydał większość
uzbieranych pieniędzy, żeby nakarmić jaszczurki. Dzisiaj kupił rybę.
Wiecznie głodne maluchy dobrały się do wnętrzności, zjadły je i się
pochorowały. Sikając do zaułka, pomyślał, że powinien był zostawić
kogoś, kto by ich przypilnował. Kolejna rzecz, którą przegapił.
Dobiegł go zduszony dźwięk ze środka, odwrócił się więc, podciągając i zawiązując spodnie. Spojrzał w ciemność, ale uznał, że niczego nie
widzi. Nerwy go ponosiły, podskakiwał przy byle dźwięku, kiedy z pięć
tuzinów szczurów z gildii leżało jedno przy drugim, spało, właziło na
sąsiada, a przy tym grało im w pustych brzuchach.
Nagle uśmiechnął się i dotknął majchra. Może i istniało sto spraw, o których nie miał pojęcia, i tysiąc innych, nad którymi nie panował, ale
wiedział, co musi teraz zrobić.
Szczur musiał umrzeć. To było proste. Nieważne, co potem stanie się z Merkuriuszem. Czy mu podziękują, czy go zabiją; musiał go zabić. Musiał
go zabić, zanim Szczur dorwie Laleczkę. Musiał go zabić teraz.
I w ten sposób podjął decyzję. Wszedł do środka, trzymając majcher
wzdłuż nadgarstka. Szczur powinien spać między swoim haremem. Raptem dwa
kroki w bok od trasy Merkuriusza. Uda, że się zatoczył, na wypadek gdyby
duzi patrzyli, i zatopi nóż w brzuchu Szczura. Będzie go dźgał tak
długo, aż albo umrze Szczur, albo on.
Dzieliły go cztery kroki od ataku, kiedy zobaczył miejsce, w którym sam
sypiał.
Borsuk leżał w ciemnościach na plecach. Cienka linia rysowała się na
jego szyi, czarna na tle skóry. Oczy miał otwarte, ale się nie ruszał.
Miejsce Laleczki było puste. Zniknęła tak samo jak Szczur.