Droga Cienia. Trylogia Anioła Nocy. Tom 1 - Brent Weeks

Kup ebooka

53.00 zł
45.05 zł (42,35 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 9

Leżał w ciem­no­ściach zbyt otę­piały, żeby pła­kać. Mimo ośle­pia­ją­cego szoku Mer­ku­riusz wie­dział, że duzi Szczura nie mogli spać. Cze­kali na wła­ściwą chwilę. Mer­ku­riusz wyszedł zale­d­wie na minutę, a oni zabrali Laleczkę. Nic by nie pomo­gło nawet, gdyby obu­dził całą gil­dię. W ciem­no­ściach i zamie­sza­niu i tak nie zorien­to­wałby się, któ­rzy duzi Szczura znik­nęli. A nawet gdyby wie­dział, to co by zro­bił? Nawet gdyby wie­dział, kto znik­nął, nie wie­działby, dokąd poszli. A nawet gdyby wie­dział, co by to zmie­niło?

Leżał w ciem­no­ściach, plą­cząc się w myślach, gapiąc się w sufit. Sły­szał ich. Niech go szlag. Usły­szał ich i nawet nie poszedł spraw­dzić.

Leżał w ciem­no­ściach, skoń­czony. Warta się zmie­niła. Słońce wstało. Szczury gil­dyjne zaczęły się krę­cić, a on gapił się na ugi­na­jący się sufit, cze­ka­jąc, aż zwali się na niego jak wszystko inne. Nie mógł się ruszyć, nawet gdyby chciał.

Leżał w świe­tle. Dzieci wrzesz­czały, malu­chy szar­pały go, coś wykrzy­ku­jąc. Coś o Bor­suku. Pyta­nia. Same słowa. Słowa to wiatr. Ktoś nim potrzą­snął, ale on był daleko.

Dopiero długo, długo po tym obu­dził się. Był tylko jeden dźwięk, który mógł wyrwać go z transu: śmiech Szczura.

Dreszcz prze­biegł mu po całym ciele i Mer­ku­riusz natych­miast usiadł. Na­dal miał maj­cher. Na pod­ło­dze była zaschnięta krew, ale ledwo ją widział. Wstał i ruszył do drzwi.

Ten strasz­liwy śmiech zadźwię­czał znowu i Mer­ku­riusz puścił się bie­giem.

Gdy tylko prze­kro­czył próg, kątem oka dostrzegł cień fra­mugi, który się wydłu­żył i wystrze­lił do przodu. Był tak szybki jak ptasz­nik, któ­rego Mer­ku­riusz kie­dyś widział, i rów­nie sku­teczny. Wpadł na cień, jak na ścianę. W gło­wie mu zadzwo­niło, kiedy ktoś wcią­gał go głę­biej w mrok mię­dzy domem gil­dii i sąsied­nią ruiną.

- Tak ci się śpie­szy umrzeć, mały?

Mer­ku­riusz nie mógł pokrę­cić głową, nie potra­fił się wyrwać. Dłoń cie­nia na jego twa­rzy była jak z żelaza. Powoli zdał sobie sprawę, że to pan Blint.

- Pięć dni, dzie­ciaku. Mia­łeś pięć dni, żeby go zabić - szep­tał Mer­ku­riu­szowi do ucha, a w jego odde­chu wyczu­wało się deli­katny ślad czosnku i cebuli.

Przed nimi Szczur roz­ma­wiał z gil­dią, śmiał się i roz­śmie­szał resztę. Nie­które z jasz­czu­rek Mer­ku­riu­sza też tam były, śmiały się, mając nadzieję, że Szczur nie zwróci na nie uwagi.

Więc to już się zaczyna. Cze­go­kol­wiek Mer­ku­riusz doko­nał, to wła­śnie się roz­pa­dało. Reszta jasz­czu­rek znik­nęła. Bez wąt­pie­nia pod­kradną się póź­niej, zoba­czyć, co się stało. Mer­ku­riusz nawet nie potra­fił wście­kać się na nich za to. W Norach robi się co trzeba, żeby prze­trwać. To nie oni zawie­dli, tylko on. Blint miał rację. Duzi po obu stro­nach Szczura byli już gotowi. Sam Szczur był gotowy. Gdyby Mer­ku­riusz tam wbiegł, zgi­nąłby. Albo gorzej. W cza­sie, kiedy miał wymy­ślić plan, nic nie zro­bił. Zasłu­żył na tę śmierć.

- Już się uspo­ko­iłeś, dzie­ciaku? - spy­tał Blint. - Dobrze. Bo zamie­rzam ci poka­zać, ile kosz­tuje twoje waha­nie.

***

Solona zapro­wa­dził do jadalni star­szy męż­czy­zna o zgar­bio­nych ple­cach, w ele­gancko upra­so­wa­nej libe­rii, ozdo­bio­nej zło­tym sznu­rem i szy­bu­ją­cym bia­łym soko­łem Gyre'ów w czar­nym polu, w któ­rym z bie­giem stu­leci pra­wie prze­stano roz­po­zna­wać bia­ło­zora - cho­ciaż wła­śnie nim w isto­cie był. Sokół z pół­nocy. I to nie z Kha­li­doru czy Lodri­caru - bia­ło­zory spo­ty­kano tylko na Zmar­z­li­nie. Więc Gyre'owie nie są tu bar­dziej u sie­bie niż ja.

Kola­cję podano w sali głów­nej; dziwny wybór zda­niem Solona. Nie dla­tego, że sala główna nie robiła wra­że­nia - prze­ciw­nie, robiła aż za duże. Musiała być nie­mal tak wielka jak sala główna na Zamku Cena­ria; ozdo­biono ją gobe­li­nami, cho­rą­gwiami, tar­czami dawno temu pole­głych wro­gów, ogrom­nymi płót­nami i posą­gami z mar­muru i zło­tych płat­ków, oraz fre­skiem na sufi­cie przed­sta­wia­ją­cym scenę z Alke­stii. Pośrodku tych wspa­nia­ło­ści stół nie­mal cał­ko­wi­cie tra­cił na zna­cze­niu, cho­ciaż był długi na pięt­na­ście kro­ków.

- Lord Solon Tofu­sin, z rodu Tofu­sinów, Tro­pi­cieli Wia­trów w służ­bie cesar­skiego rodu Bra'aden z Wyspiar­skiego Cesar­stwa Seth - zaanon­so­wał go star­szy męż­czy­zna.

Solon był zado­wo­lony, że słu­żący albo znał, albo odna­lazł sto­sowne tytuły, nawet jeśli Seth trudno było w ostat­nich cza­sach nazy­wać cesar­stwem. Solon pod­szedł powi­tać lady Gyre.

Była kobietą wiel­kiej urody, o ciem­nych, zie­lo­nych oczach, śnia­dej skó­rze i deli­kat­nych kościach typo­wych dla rodu Gra­esi­nów. Cho­ciaż miała godną podziwu figurę, ubie­rała się skrom­nie jak na stan­dardy cena­ryj­skie: płytki dekolt, rąbek się­ga­jący nie­mal szczu­płych kostek, a szara suk­nia dopa­so­wana, ale nie­zbyt obci­sła.

- Bądź bło­go­sła­wiona, moja pani - powie­dział Solon, skła­nia­jąc się przed nią w tra­dy­cyjny, sethyj­ski spo­sób, z otwar­tymi dłońmi. - Niech słońce uśmie­cha się do cie­bie, a każdy sztorm znaj­dzie cię w por­cie.

To powi­ta­nie było nieco prze­sadne, ale tak samo jak kola­cja dla trzech osób w kom­na­cie tak wiel­kiej, że mogłaby mieć wła­sną pogodę.

Lady mruk­nęła, nawet nie racząc się ode­zwać. Usie­dli, a słu­dzy przy­nie­śli pierw­sze danie, zupę z kaczki man­da­rynki z koprem.

- Syn ostrzegł mnie, kim jesteś, ale mówisz cał­kiem dobrze i naj­wy­raź­niej nie wpa­dłeś na pomysł wbi­cia sobie kawałka metalu w twarz. I masz na sobie ubra­nie. Nie­zmier­nie się cie­szę.

Naj­wy­raź­niej dobra duchessa sły­szała, jak się poszczę­ściło synowi w potyczce z Solo­nem i nie podo­bało jej się, że musiał się uko­rzyć.

- Więc to prawda? - zapy­tał Logan. Sie­dział przy jed­nym końcu stołu, a matka przy dru­gim, Solon, nie­stety, wylą­do­wał pośrodku. - Sethyj­czycy rze­czy­wi­ście pły­wają nago na swo­ich stat­kach?

- Loga­nie - ostro rzu­ciła Catrinna Gyre.

- Nie, za pozwo­le­niem lady Gyre, to powszechne nie­po­ro­zu­mie­nie. Nasza wyspa roz­dziela naj­go­ręt­szy prąd na Morzu Wiel­kim, więc jest u nas cał­kiem cie­pło nawet zimą. Latem ledwo da się to znieść. Więc cho­ciaż nie nosimy tak wielu rze­czy, ani tak cięż­kich jak ludzie tutaj, nie bra­kuje nam wła­snych stan­dar­dów przy­zwo­ito­ści.

- Przy­zwo­itość? Nazy­wasz kobiety, które bie­gają po łodziach pół­nago, przy­zwo­itymi? - zapy­tała lady Gyre.

Logan wyglą­dał na zachwy­co­nego tym pomy­słem.

- Oczy­wi­ście, że nie wszyst­kie zacho­wują skrom­ność w ubio­rze. Ale dla nas piersi są mniej wię­cej tak ero­tyczne jak szyje. Może i przy­jem­nie je cało­wać, ale nie ma powodu, żeby...

- Posu­nął się pan zbyt daleko! - zawo­łała lady Gyre.

- Z dru­giej strony kobieta, która poka­zuje kostki, bez wąt­pie­nia ma nadzieję, że nie wróci pod pokład sama. W rze­czy samej, lady Gyre... - Solon uniósł brew i udał, że patrzy na jej kostki, cho­ciaż były zbyt daleko i po dru­giej stro­nie nóg sto­ło­wych. - Sethyj­skie kobiety uzna­łyby panią za dość bez­wstydną.

Twarz Catrinny Gyre spo­pie­lała. Nim zdą­żyła cokol­wiek powie­dzieć, Logan się roze­śmiał.

- Kostki? Kostki? To takie... głu­pie! - Zagwiz­dał pro­wo­ka­cyj­nie. - Ładne kostki, matko. - I znowu się zaśmiał.

Zja­wił się słu­żący z dru­gim daniem, ale Solon nawet nie zauwa­żył, jak sta­wia pół­mi­sek. Dla­czego to robię? To nie byłby pierw­szy raz, kiedy wła­sny ostry język pra­wie pod­ciąłby mu gar­dło.

- Widzę, że pań­ski brak sza­cunku nie ogra­ni­cza się jedy­nie do bicia lorda Gyre - odparła duchessa.

Pro­szę, a teraz Logan jest dla niej lor­dem Gyre. Więc straż­nicy nie byli głupi; wcale nie pie­ścili się z Loga­nem. Duchessa pew­nie wydała im roz­kaz, że nie wolno ude­rzyć Logana w cza­sie ćwi­czeń.

- Matko, pan Tofu­sin ni­gdy nie oka­zał mi braku sza­cunku. Nie chciał oka­zać braku sza­cunku rów­nież tobie. - Logan spoj­rzał na matkę, potem na Solona i zoba­czył, że oboje patrzą na sie­bie zim­nym wzro­kiem. - Prawda, lor­dzie Tofu­sinie?

- Milady - powie­dział Solon - mój ojciec powie­dział mi kie­dyś, że nie ma lor­dów w cza­sie ćwi­czeń, ponie­waż nie ma lor­dów na polu bitwy.

- Bzdura. Praw­dziwy lord zawsze jest lor­dem. W Cena­rii to rozu­miemy.

- Matko, lord Tofu­sin miał na myśli to, że miecz wroga sie­cze ary­sto­kra­cję tak samo jak chło­pów.

Lady Gyre zigno­ro­wała syna i powie­działa:

- Czego pan chce od nas, panie Tofu­sin?

To nie­grzecz­nie pytać tak gościa, nie tylko dla­tego, że zwró­ciła się do niego jak do czło­wieka z pospól­stwa. Solon liczył na uprzej­mość Gyre'ów. Ocze­ki­wał, że dadzą mu dość czasu, by sam się zorien­to­wał, czego wła­ści­wie chce. Myślał, że będzie mógł poob­ser­wo­wać i pocze­kać, jadać z Gyre'ami posiłki, że dosta­nie dwa tygo­dnie, a nawet cztery, nim powie cokol­wiek na temat swo­ich pla­nów. Pomy­ślał, że może polu­bić chłopca, ale ta kobieta... bogo­wie! Lepiej by mu było u uwo­dzi­cielki z rodu Jadwi­nów.

- Matko, nie uwa­żasz, że jesteś nieco...

Nawet nie spoj­rzała w stronę syna; unio­sła tylko dłoń i patrzyła na Solona, nawet nie mru­gnąw­szy powieką.

Więc to tak.

Logan nie był po pro­stu jej synem. Cho­ciaż był tylko chłop­cem, Logan był też lor­dem Catrinny Gyre. W tym pogar­dli­wym geście Solon wyczy­tał histo­rię rodziny. Unio­sła rękę, a jej syn na­dal był na tyle młody, na tyle nie­do­świad­czony, żeby ucich­nąć, jak przy­stało na dobrego syna - zamiast uka­rać ją, jak przy­stało na dobrego lorda. Widząc jej pogardę dla syna i pogardę, z jaką go powi­tała, Solon zro­zu­miał, dla­czego na czas swo­jej nie­obec­no­ści diuk wyzna­czył na lorda Gyre syna. Diuk nie mógł zaufać żonie na tyle, by powie­rzyć jej wła­dzę.

- Cze­kam - powie­działa Lady Gyre.

Chłód w jej gło­sie spra­wił, że Solon pod­jął decy­zję. Nie lubił dzieci, ale nie­na­wi­dził tyra­nów. Niech cię szlag, Doria­nie.

- Przy­by­łem, aby zostać doradcą lorda Gyre - odpo­wie­dział z cie­płym uśmie­chem.

- Ha! W żad­nym wypadku.

- Matko - ode­zwał się Logan, a w jego gło­sie poja­wiła się twarda jak stal nuta.

- Nie. Ni­gdy. Co wię­cej, panie Tofu­sin, chcia­ła­bym, aby pan nas opu­ścił.

- Matko.

- Natych­miast - dodała.

Solon się nie poru­szył. Trzy­mał nóż i wide­lec o dwóch ząb­kach - cie­szył się, że pamię­tał, jak Cena­ryj­czycy uży­wają tych rze­czy - nad tale­rzem, zmu­sza­jąc się siłą woli do pozo­sta­nia w bez­ru­chu.

- Kiedy pozwoli pani lor­dowi Gyre dzia­łać jak lor­dowi Gyre? - spy­tał ją.

- Kiedy będzie gotowy. Kiedy będzie star­szy. Nie pozwolę, aby moje decy­zje kwe­stio­no­wał jakiś sethyj­ski dzi­kus, który...

- Tak wła­śnie pole­cił pani diuk, kiedy wyzna­czył swo­jego syna na lorda na czas swo­jej nie­obec­no­ści? Powie­dział, że Logan ma zostać lor­dem, kiedy będzie gotowy? Ojciec powie­dział mi kie­dyś, że opie­szałe posłu­szeń­stwo to tak naprawdę nieposłu­szeń­stwo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Mer­ku­riusz przy­kuc­nął w zaułku; zimne błoto wci­skało mu się mię­dzy palce stóp. Gapił się na wąską prze­strzeń pod murem, pró­bu­jąc zebrać się na odwagę. Słońce nie wsta­nie jesz­cze przez wiele godzin, a tawerna była pusta. Więk­szość tawern w mie­ście miała kle­pi­ska, ale tę część Nor zbu­do­wano na pod­mo­kłym tere­nie, a nawet pijacy nie chcieli pić, sto­jąc po kostki w bło­cie. Dla­tego tawerny wzno­siły się na pod­pór­kach kilka cali nad zie­mią, a pod­łogę miały z gru­bych bam­bu­so­wych tyczek.

Cza­sem w szcze­liny mię­dzy bam­bu­sami wpa­dały monety, a prze­strzeń pod pod­łogą była dla więk­szo­ści ludzi za mała, żeby po nie wpeł­znąć. Duzi z gil­dii byli za duzi, a malu­chy za bar­dzo się bały, by wci­snąć się w duszną ciem­ność zamiesz­ki­waną przez pająki, kara­lu­chy, szczury i zło­śliwe, na wpół dzi­kie kocury trzy­mane przez wła­ści­cieli. Naj­gor­szy był nacisk bam­busa na plecy, roz­płasz­cza­jący cię za każ­dym razem, gdy prze­szedł nad tobą jakiś klient. Od roku to był ulu­biony punkt Mer­ku­riu­sza, który jed­nak nie był już taki drobny jak kie­dyś. Ostat­nim razem zakli­no­wał się i całymi godzi­nami pani­ko­wał, dopóki nie spadł deszcz i grunt nie zmiękł pod nim na tyle, że zdo­łał się wygrze­bać.

Dzi­siaj było błot­ni­ście, zja­wiło się nie­wielu klien­tów, a Mer­ku­riusz widział, że kocur gdzieś polazł. Powinno być w porządku. Poza tym Szczur będzie zbie­rał jutro opłaty, a Mer­ku­riusz nie miał czte­rech mie­dzia­ków. Nie miał nawet jed­nego, więc wybór był nie­wielki. Szczur nie nale­żał do wyro­zu­mia­łych i nie doce­niał wła­snej siły. Malu­chy nie raz umie­rały po jego laniu.

Odgar­nia­jąc na boki kop­czyki błota, Mer­ku­riusz poło­żył się na brzu­chu. Mokra zie­mia w jed­nej chwili prze­mo­czyła mu cienką, brudną tunikę. Musiał szybko pra­co­wać. Był chudy i gdyby się prze­zię­bił, miałby marne szanse na wyli­za­nie się z cho­roby.

Poru­sza­jąc się w ciem­no­ściach, zaczął się roz­glą­dać za bły­skiem metalu. W tawer­nie na­dal pło­nęło kilka lamp, więc świa­tło sączące się przez szcze­liny oświe­tlało błoto i sto­jącą wodę, rzu­ca­jąc na nie dziwne pro­sto­kąty. Cięż­kie bagienne opary uno­siły się w sno­pach świa­tła tylko po to, żeby zaraz znowu opaść. Paję­czyny dra­po­wały się na twa­rzy chłopca i rwały. Nagle Mer­ku­riusz poczuł szczy­pa­nie na karku.

Zamarł. Nie, tylko mu się wyda­wało. Powoli wypu­ścił powie­trze. Coś zalśniło i wresz­cie zła­pał pierw­szego mie­dziaka. Chło­pak prze­śli­zgnął się do nie­ohe­blo­wa­nej belki sosno­wej, pod którą ugrzązł ostat­nim razem, i odgar­niał błoto, dopóki woda nie zaczęła wypeł­niać zagłę­bie­nia. Szcze­lina była tak wąska, że musiał obró­cić głowę na bok, żeby się prze­ci­snąć. Wstrzy­mu­jąc oddech i wci­ska­jąc twarz w muli­stą wodę, zaczął powoli peł­znąć.

Głowa i ramiona prze­szły, ale wtedy kikut gałęzi zacze­pił się o tunikę, roze­rwał mate­riał i dźgnął go w plecy. Mer­ku­riusz omal nie krzyk­nął i natych­miast ucie­szył się, że tego nie zro­bił. Przez sze­roką szparę mię­dzy bam­bu­so­wymi tycz­kami zoba­czył sie­dzą­cego przy barze męż­czy­znę, który na­dal pił. W Norach trzeba szybko oce­niać ludzi. Nawet jeśli masz zręczne ręce jak Mer­ku­riusz, gdy krad­niesz dzień w dzień, w końcu ktoś cię zła­pie. Wszy­scy kupcy tłu­kli szczury z gil­dii, które ich okra­dały. Musieli, jeśli miało im zostać coś z towa­rów na sprze­daż. Dow­cip pole­gał na tym, żeby wybie­rać tych han­dla­rzy, któ­rzy zdzielą cię tak, żebyś następ­nym razem nie dobie­rał się do ich stra­ganu. Nie­stety, zda­rzali się też tacy, któ­rzy bili tak mocno, że już nie wcho­dził w grę żaden następny raz. Mer­ku­riuszowi wyda­wało się, że dostrzega życz­li­wość, smu­tek i samot­ność tego chu­dego męż­czy­zny. Mógł mieć około trzy­dziestki; nosił nie­chlujną jasną brodę i ogromny miecz przy bio­drze.

- Jak możesz mnie opu­ścić? - szep­nął męż­czy­zna, tak cicho, że Mer­ku­riusz ledwo wychwy­cił słowa; w lewej ręce trzy­mał kufel, a w pra­wej coś, czego Mer­ku­riusz nie mógł doj­rzeć. - Po tych wszyst­kich latach służby jak możesz mnie opu­ścić? To z powodu Vondy?

Coś poła­sko­tało Mer­ku­riu­sza w łydkę. Zigno­ro­wał to. Na pewno znowu mu się wyda­wało. Się­gnął za sie­bie, żeby odcze­pić tunikę. Musiał poszu­kać monet i wyno­sić się stąd.

Coś cięż­kiego upa­dło na pod­łogę nad Mer­ku­riu­szem, wpy­cha­jąc mu twarz w wodę i wyci­ska­jąc dech z piersi. Sap­nął i nie­wiele bra­ko­wało, a wcią­gnąłby do płuc wodę.

- No, pro­szę, pro­szę, Durzo Blint, ni­gdy nie prze­sta­niesz mnie zadzi­wiać - usły­szał Mer­ku­riusz.

Przez szpary nie było widać tego męż­czy­zny, tylko jego obna­żony szty­let. Musiał zesko­czyć z belki pod sufi­tem.

- Ej, pierw­szy jestem gotów uznać, że ktoś ble­fuje, ale trzeba było widzieć Vondę, kiedy się zorien­to­wała, że nie zamie­rzasz jej rato­wać. Pra­wie sobie oczy wypła­ka­łem.

Chudy męż­czy­zna odwró­cił się. Mówił powoli, łamią­cym się gło­sem:

- Dzi­siej­szego wie­czoru zabi­łem sze­ściu ludzi. Na pewno chcesz powięk­szyć tę liczbę do sied­miu?

Do Mer­ku­riu­sza powoli dotarło, o czym mówią. Tyko­waty męż­czy­zna był sie­pa­czem, Durzo Blin­tem. Można powie­dzieć, że sie­pacz to zabójca, mniej wię­cej tak jak tygrys jest kocia­kiem. Pośród sie­paczy Durzo Blint był bez­sprzecz­nie naj­lep­szy. Albo - jak to mówiła głowa gil­dii Mer­ku­riu­sza - ci, któ­rzy mieli na ten temat inne zda­nie, nie żyli zbyt długo.

A ja pomy­śla­łem, że Durzo Blint wygląda na życz­li­wego?

Znowu poczuł swę­dze­nie na łydce. Wcale mu się nie wyda­wało. Coś peł­zło w nogawce jego spodni. Miał wra­że­nie, że to coś dużego, ale nie tak wiel­kiego jak kara­luch. Z prze­ra­że­niem oce­nił cię­żar - pająk, biały wil­kosz. Jego jad roz­pusz­czał ciało w powoli roz­sze­rza­ją­cym się kręgu. Po uką­sze­niu nawet z pomocą uzdro­wi­ciela doro­sły mógł co naj­wy­żej liczyć na to, że straci tylko koń­czynę. Szczur z gil­dii nie miałby tyle szczę­ścia.

- Blint, będziesz miał fart, jeśli nie obe­tnę ci głowy po tym wszyst­kim, co wypi­łeś. Tylko przez ten czas, kiedy cię obser­wo­wa­łem, wypi­łeś...

- Osiem kufli. A wcze­śniej jesz­cze cztery.

Mer­ku­riusz się nie poru­szył. Jeśli gwał­tow­nie ści­śnie nogi, żeby zabić pająka, zachlu­po­cze woda i męż­czyźni zorien­tują się, że ktoś tu sie­dzi. Nawet jeśli Durzo Blint wyglą­dał na miłego, nosił okrop­nie duży miecz, a Mer­ku­riusz wie­dział, że lepiej nie ufać doro­słym.

- Ble­fu­jesz - powie­dział męż­czy­zna, ale w jego gło­sie było sły­chać strach.

- Nie ble­fuję - odparł Durzo Blint. - Dla­czego nie zapro­sisz do środka swo­ich przy­ja­ciół?

Pająk szedł po wewnętrz­nej stro­nie uda Mer­ku­riu­sza. Trzę­sąc się, chło­pak pod­wi­nął tunikę na ple­cach i roz­cią­gnął pas spodni, zosta­wia­jąc szcze­linę i modląc się, żeby pająk wyszedł tam­tędy.

Nad nim zabójca przy­ło­żył dwa palce do ust i zagwiz­dał. Mer­ku­riusz nie zauwa­żył, żeby Durzo się poru­szył, ale gwizd skoń­czył się char­ko­tem i chwilę potem ciało zabójcy zwa­liło się na pod­łogę. Roz­le­gły się krzyki, kiedy otwo­rzyły się fron­towe i tylne drzwi. Tyczki ugi­nały się i pod­ska­ki­wały. Sku­pia­jąc się, żeby nie trą­cić pająka, Mer­ku­riusz nie drgnął, nawet kiedy upa­dek kolej­nego ciała wepchnął mu na chwilę twarz pod wodę.

Pająk prze­lazł mu po tyłku i potem po jego kciuk. Powo­lutku Mer­ku­riusz prze­niósł rękę, żeby widzieć wil­ko­sza. Miał rację. To był biały wil­kosz o odnó­żach dłu­gich jak kciuk chło­paka. Strzą­snął go i natych­miast roz­tarł palce, upew­nia­jąc się, że nie został uką­szony.

Się­gnął do drza­zgi, o którą zacze­pił tuniką, i ode­rwał ją. Dźwięk roz­legł się bar­dzo gło­śno w nagłej ciszy, która zapa­dła na górze. Mer­ku­riusz nikogo nie widział przez szcze­liny. Kilka kro­ków dalej coś ska­py­wało z bam­busa do kałuży. Było za ciemno, żeby zoba­czyć co, ale nie potrze­bo­wał wiel­kiej wyobraźni, by się domy­ślić.

Zapa­no­wała upiorna cisza. Gdyby któ­ryś z męż­czyzn prze­szedł po pod­ło­dze, jęk desz­czu­łek i ugi­na­nie się bam­busa zdra­dzi­łyby go. Cała walka trwała może ze dwa­dzie­ścia sekund, a Mer­ku­riusz był pewien, że nikt nie wyszedł z tawerny. Poza­bi­jali się nawza­jem?

Zro­biło mu się zimno, i to nie tylko od wody. Śmierć to chleb powsze­dni w Norach, ale ni­gdy nie widział, żeby tylu ludzi zgi­nęło tak szybko i tak łatwo.

Nawet uwa­ża­jąc na pająka, w kilka minut Mer­ku­riusz zebrał sześć mie­dzia­ków. Gdyby był odważ­niej­szy, obro­biłby trupy w tawer­nie, ale nie wie­rzył, że Durzo Blint nie żyje. Może był demo­nem, jak mówiły inne szczury. Może stał na zewnątrz i cze­kał, żeby zabić Mer­ku­riusza za szpie­go­wa­nie.

Z pier­sią zaci­śniętą ze stra­chu Mer­ku­riusz zawró­cił i popełzł do swo­jej dziury. Sześć mie­dzia­ków to nie­zły wynik. Opłata wyno­siła tylko cztery, więc będzie mógł kupić jutro chleb, któ­rym podzieli się z Jar­lem i Laleczką.

Był rap­tem o stopę od wyj­ścia, kiedy coś jasnego zabły­sło tuż przed jego nosem. Zna­la­zło się tak bli­sko, że Mer­ku­riusz potrze­bo­wał chwili, by zogni­sko­wać wzrok. To był ogromny miecz Durzo, który prze­bił się przez pod­łogę i wbił w błoto, zagra­dza­jąc chło­pa­kowi drogę ucieczki.

Tuż nad Mer­ku­riu­szem, po dru­giej stro­nie pod­łogi Durzo Blint szep­nął:

- Ni­gdy nikomu o tym nie mów. Zro­zu­miano? Robi­łem gor­sze rze­czy niż zabi­ja­nie dzieci.

Miecz znik­nął, a Mer­ku­riusz wypełzł spod pod­łogi. Prze­biegł wiele mil, nim się zatrzy­mał.

Rozdział 2

- Cztery mie­dziaki! Cztery! To nie są cztery. - Twarz Szczura była tak czer­wona z wście­kło­ści, że prysz­cze wyglą­dały jak roz­rzu­cone białe plamki. Zła­pał Jarla za tunikę i pod­niósł.

Mer­ku­riusz scho­wał głowę. Nie mógł na to patrzeć.

- To są cztery! - wrza­snął Szczur, aż try­snęła ślina.

Ude­rzył Jarla w twarz i Mer­ku­riusz zdał sobie sprawę, że to jest przed­sta­wie­nie. Nie samo bicie - Szczur naprawdę ude­rzył Jarla - ale bił go otwartą ręką. Żeby był gło­śniej­szy dźwięk. Szczur nie zwra­cał uwagi na Jarla. Obser­wo­wał resztę gil­dii, roz­ko­szu­jąc się ich stra­chem.

- Kto następny? - zapy­tał, pusz­cza­jąc Jarla.

Mer­ku­riusz szybko wyszedł, żeby Szczur nie kop­nął przy­ja­ciela. Mając rap­tem szes­na­ście lat, Szczur już był wielki jak męż­czy­zna, i tłu­sty, co wyróż­niało go wśród dzieci nie­wol­ni­ków.

Mer­ku­riusz podał cztery mie­dziaki.

- Osiem, śmie­ciu - powie­dział Szczur, zbie­ra­jąc monety z jego dłoni.

- Osiem?

- Musisz zapła­cić za Laleczkę.

Mer­ku­riusz rozej­rzał się, szu­ka­jąc pomocy. Paru dużych krę­ciło się i patrzyło po sobie, ale żaden nie ode­zwał się nawet sło­wem.

- Jest za mała - powie­dział Mer­ku­riusz. - Malu­chy nie płacą, dopóki nie skoń­czą ośmiu lat.

Uwaga wszyst­kich sku­piła się na Laleczce, która sie­działa w brud­nym zaułku. Dostrze­gła spoj­rze­nia i okla­pła, skur­czyła się w sobie. Laleczka była drobna i miała ogromne oczy, ale pod war­stwą brudu jej twarz była ładna, ide­alna, jak suge­ro­wało jej prze­zwi­sko.

- Mówię, że ma osiem lat, chyba że ona powie ina­czej. - Szczur zer­k­nął na nią lubież­nie. - No, powiedz, Laleczko. Powiedz, albo zleję two­jego chło­paka.

Oczy Laleczki robiły się coraz więk­sze i więk­sze, a Szczur tylko się zaśmiał. Mer­ku­riusz nie zapro­te­sto­wał, nie wtrą­cił, że Laleczka jest nie­mową. Szczur o tym wie­dział. Wszy­scy wie­dzieli. Ale Szczur był Pię­ścią. Odpo­wia­dał tylko przez Ja'lalie­lem, a Ja'laliela tu nie było.

Szczur przy­cią­gnął do sie­bie Mer­ku­riu­sza i zni­żył głos.

- Dla­czego nie dołą­czysz do moich ślicz­nych chło­pacz­ków, Mer­kur? Oni już nie muszą pła­cić.

Mer­ku­riusz pró­bo­wał się ode­zwać, ale gar­dło mu się zaci­snęło i tylko pisnął. Szczur znowu się zaśmiał i wszy­scy dołą­czyli do niego, nie­któ­rzy cie­sząc się z upo­ko­rze­nia Mer­ku­riusza, inni mając nadzieję, że to wprawi Szczura w dobry humor, nim przyj­dzie ich kolej. Mer­ku­riusz zapa­łał dziką nie­na­wi­ścią. Nie­na­wi­dził Szczura, nie­na­wi­dził gil­dii, nie­na­wi­dził samego sie­bie.

Odchrząk­nął raz jesz­cze. Szczur zauwa­żył jego spoj­rze­nie i uśmiech­nął się krzywo. Był wielki, ale nie był głupi. Wie­dział, jak daleko może się posu­nąć. Wie­dział, że Mer­ku­riusz się uko­rzy ze stra­chu jak wszy­scy inni.

Mer­ku­riusz splu­nął mu w twarz.

- Goń się, Szczu­rza Mordo.

Zapa­dła cisza, która trwała wiecz­ność. Złota chwila zwy­cię­stwa. Mer­ku­riusz miał wra­że­nie, że sły­szy, jak wszyst­kim opa­dają szczęki. Zaczął odzy­ski­wać zdrowy roz­są­dek, gdy nagle Szczur rąb­nął go pię­ścią w ucho. Czarne kleksy zapla­miły świat, kiedy Mer­ku­riusz padł na zie­mię. Zamru­gał, patrząc na Szczura, któ­rego czarne włosy jaśniały jak aure­ola na tle słońca, i zro­zu­miał, że zaraz umrze.

- Szczu­rze! Szczu­rze, jesteś mi potrzebny.

Mer­ku­riusz prze­tur­lał się i zoba­czył Ja'laliela, który wycho­dził z domu gil­dii. Jego bladą skórę pokry­wały kro­pelki potu, cho­ciaż dzień nie był upalny. Zakasz­lał.

- Szczu­rze! Ale już!

Szczur otarł twarz, a widok jego wście­kło­ści, kiedy tak nagle gasła, był nie­mal rów­nie prze­ra­ża­jący jak widok, kiedy nagle wzbie­rała. Ze spo­kojną już twa­rzą tylko uśmiech­nął się do Mer­ku­riu­sza. Po pro­stu się uśmiech­nął.

***

- Hejka, Jay-Oh - powie­dział Mer­ku­riusz.

- Hejka, Mer­kur - odpo­wie­dział Jarl, pod­cho­dząc do przy­ja­ciela i Laleczki. - Wiesz, jesteś mniej wię­cej tak samo mądry jak pudło kła­ków. Latami będą go nazy­wać Szczu­rzą Mordą za jego ple­cami.

- Chciał, żebym został jedną z jego dziew­czy­nek.

Stali pod ścianą kilka prze­cznic dalej i dzie­lili się czer­stwym bochen­kiem, który kupił Mer­ku­riusz. Zapa­chy z pie­karni, cho­ciaż w połu­dnie już mniej inten­sywne, zabi­jały smród ście­ków, sto­sów gni­ją­cych śmieci na brze­gach rzeki, zjeł­czały fetor uryny i mózgów z gar­barni.

O ile ceu­rań­ska archi­tek­tura spro­wa­dzała się do bam­busa, ścian i prze­pie­rzeń z ryżo­wych włó­kien, o tyle cena­ryj­ska była surow­sza, cięż­sza i bra­ko­wało jej wyra­fi­no­wa­nej pro­stoty pro­jek­tów ceu­rań­skich. O ile ali­ta­erań­ska archi­tek­tura to sam gra­nit i sosna, o tyle cena­ryj­ska nie robiła takiego wra­że­nia i nie miała wytrzy­ma­ło­ści budowli ali­ta­erań­skich. O ile osse­iń­ska archi­tek­tura to były wysmu­kłe wieże i wzno­szące się łuki, o tyle cena­ryj­ska archi­tek­tura wzbi­jała co naj­wy­żej na jedno pię­tro w wypadku kilku dwor­ków ary­sto­kra­tów po wschod­niej stro­nie. Cena­ryj­skie budowle były krępe, wil­gotne, tanie i niskie, zwłasz­cza w Norach. Ni­gdy nie uży­wano dwa razy droż­szego budulca, nawet jeśli był cztery razy trwal­szy. Cena­ryj­czycy nie myśleli per­spek­ty­wicz­nie, bo i żyli krótko. Budo­wano czę­sto z bam­busa i włó­kien ryżo­wych, bo jedno i dru­gie rosło w pobliżu, zda­rzał się też gra­nit i sosna, które znaj­do­wano nie­wiele dalej, ale nie ist­niało coś takiego jak styl cena­ryj­ski. W ciągu ostat­nich wie­ków zbyt wiele razy pod­bi­jano ten kraj, żeby jego miesz­kańcy mogli się szczy­cić czymś wię­cej niż tym, że prze­trwali. A w Norach nawet nie wie­dziano, co to duma.

Mer­ku­riusz z roz­tar­gnie­niem roze­rwał boche­nek na trzy kawałki i skrzy­wił się. Dwa były mniej wię­cej tej samej wiel­ko­ści, a trzeci mniej­szy. Poło­żył jeden więk­szy na nodze, a drugi duży kawa­łek podał Laleczce, która nie odstę­po­wała go na krok. Już miał podać mniej­szą cząstkę Jar­lowi, kiedy zoba­czył, że Laleczka krzywi się z dez­apro­batą.

Wes­tchnął i wziął mały kawa­łek dla sie­bie. Jarl nawet tego nie zauwa­żył.

- Lepiej być jedną z jego dziew­czy­nek niż nie­bosz­czy­kiem - stwier­dził Jarl.

- Nie skoń­czę jak Bim.

- Mer­kur, gdy Ja'laliel wykupi ape­la­cję, Szczur zosta­nie głową gil­dii. Masz jede­na­ście lat. Zostało pięć do ape­la­cji. Nie doży­jesz tego. Szczur już zadba, żeby w porów­na­niu z tobą Bim wyszedł na szczę­ścia­rza.

- Więc co mam zro­bić?

Zwy­kle to była ulu­biona chwila dnia Mer­ku­riu­sza. Prze­by­wał z dwiema oso­bami, któ­rych nie musiał się bać, i uci­szał upo­rczywe nawo­ły­wa­nie głodu. Ale teraz chleb sma­ko­wał jak wióry. Chło­pak zaga­pił się na rynek, nawet nie dostrze­ga­jąc han­dlarki rybami, która biła męża.

Jarl uśmiech­nął się - zęby błysz­czały bielą na tle czar­nej, lade­skiej skóry.

- Jeśli zdra­dzę ci sekret, nie wyga­dasz się?

Mer­ku­riusz rozej­rzał się i pochy­lił do przy­ja­ciela. Gło­śne chru­pa­nie chleba i mla­ska­nie obok powstrzy­mało go.

- No, ja ow­szem, ale nie wiem, czy Laleczka.

Obaj spoj­rzeli na dziew­czynkę, która gry­zła piętkę chleba. Połą­cze­nie okrusz­ków na jej twa­rzy i wście­kłej miny spra­wiło, że zawyli ze śmie­chu.

Mer­ku­riusz zmierz­wił jej blond czu­prynę i, kiedy na­dal się krzy­wiła, przy­tu­lił ją. Odpy­chała go, ale gdy zabrał rękę, nie odsu­nęła się. Spoj­rzała na Jarla wycze­ku­jąco.

Jarl uniósł tunikę i zdjął szmatę, którą obwią­zał się jak szarfą.

- Nie będę taki, jak reszta. Nie pozwolę, żeby wszystko w życiu po pro­stu mi się przy­da­rzyło. Wyrwę się.

Roz­wi­nął szarfę. W fał­dach ukryto tuzin mie­dzia­ków, cztery srebr­niki i - co nie­wia­ry­godne - dwa złote gun­dery.

- Cztery lata. Oszczę­dza­łem cztery lata. - Dorzu­cił kolejne dwa mie­dziaki do szarfy.

- Chcesz powie­dzieć, że za każ­dym razem, kiedy Szczur cię lał, bo się nie opła­ca­łeś, mia­łeś to?

Jarl uśmiech­nął się i powoli Mer­ku­riusz zaczy­nał rozu­mieć. Lanie to mała cena za nadzieję. Po pew­nym cza­sie więk­szość szczu­rów z gil­dii wię­dła i pozwa­lała, żeby życie ich znisz­czyło. Sta­wali się zwie­rzę­tami. Albo wario­wali jak Mer­ku­riusz dzi­siaj i dawali się zabić.

Patrząc na ten skarb, część Mer­ku­riu­sza chciała ude­rzyć Jarla, zła­pać szarfę i uciec. Dzięki tym pie­nią­dzom mógłby się wyrwać, kupić sobie ubra­nie zamiast tych szmat, wpła­cić cze­sne i zacząć ter­mi­no­wać u kogoś, u kogo­kol­wiek. Może nawet u Durzo Blinta, jak wiele razy powta­rzał Jar­lowi i Laleczce.

I wtedy zoba­czył Laleczkę. Zda­wał sobie sprawę, jak by na niego patrzyła, gdyby ukradł tę szarfę pełną życia.

- Jeśli kto­kol­wiek z nas ma się wyrwać z Nor, to wła­śnie ty, Jarl. Zasłu­gu­jesz na to. Masz jakiś plan?

- Zawsze. - Jego brą­zowe oczy zabły­sły. - Chcę, żebyś ty je wziął, Mer­kur. Jak tylko dowiemy się, gdzie mieszka Durzo Blint, wycią­gniemy cię stąd. W porządku?

Mer­ku­riusz spoj­rzał na stos monet. Cztery lata. Dzie­siątki cio­sów. Nie tylko nie wie­dział, czy poświę­ciłby tyle dla Jarla, ale nawet kusiło go przez chwilę, żeby ukraść te pie­nią­dze. Nie potra­fił powstrzy­mać łez. Tak strasz­nie się zawsty­dził. Tak bar­dzo się bał. Bał się Szczura. Bał się Durzo Blinta. Zawsze się bał. Ale jeśli się wydo­sta­nie, będzie mógł pomóc Jar­lowi. A Blint nauczy go zabi­jać.

Mer­ku­riusz spoj­rzał na Jarla, nie ośmie­la­jąc się zer­k­nąć na Laleczkę, bo bał się tego, co może się kryć w jej wiel­kich, brą­zo­wych oczach.

- Wezmę je.

I wie­dział, kogo pierw­szego zabije.

Rozdział 3

Durzo Blint pod­cią­gnął się na nie­wy­soki mur wokół posia­dło­ści i obser­wo­wał prze­cho­dzą­cego straż­nika. Ide­alny straż­nik, pomy­ślał Durzo: tro­chę powolny, bez wyobraźni, obo­wiąz­kowy. Prze­szedł swoje trzy­dzie­ści dzie­więć kro­ków, podra­pał się po brzu­chu pod prze­szy­wa­nicą, rozej­rzał się na wszyst­kie strony i znowu ruszył.

Trzy­dzie­ści pięć. Trzy­dzie­ści sześć. Durzo wychy­lił się z cie­nia, jaki rzu­cała postać męż­czy­zny, i ostroż­nie opu­ścił się nad kra­wędź chod­nika. Trzy­mał się muru koniusz­kami pal­ców.

Teraz. Puścił się i zesko­czył na trawę aku­rat, kiedy straż­nik ude­rzył koń­cem hala­bardy o drew­niany chod­nik. Durzo i tak wąt­pił, żeby straż­nik go usły­szał, ale w fachu sie­pa­cza para­noja rodziła per­fek­cję. Dzie­dzi­niec był mały, a dom nie­wiele więk­szy. Zbu­do­wano go na modłę ceu­rań­ską z prze­świe­ca­ją­cymi ścia­nami z papieru ryżo­wego. Bez­listne cyprysy i białe cedry two­rzyły drzwi i łuki, a tań­szej, miej­sco­wej sosny użyto do fra­mug i pod­łóg. Dom był spar­tań­ski, jak wszyst­kie ceu­rań­skie domy, co paso­wało do natury woj­sko­wego gene­rała Agona i jego asce­tycz­nego cha­rak­teru. A co wię­cej, odpo­wia­dało jego budże­towi. Mimo roz­licz­nych suk­ce­sów gene­rała, król Davin ni­gdy nie nagro­dził go nale­ży­cie - po czę­ści z tego powodu zja­wił się tu dziś sie­pacz.

Durzo wypa­trzył otwarte okno na pierw­szym pię­trze. Żona gene­rała spała w łóżku - gospo­da­rze nie byli aż tak ceu­rań­scy, żeby spać na matach. Ale byli wystar­cza­jąco biedni, żeby korzy­stać z mate­raca wypcha­nego raczej słomą niż puchem. Żona gene­rała była pro­stą kobietą; pochra­py­wała cicho i wycią­gnęła się pra­wie pośrodku łóżka, zamiast trzy­mać się swo­jej połowy. Pościel po stro­nie, do któ­rej leżała zwró­cona twa­rzą, była wzbu­rzona.

Sie­pacz wśli­zgnął się do pokoju, posłu­gu­jąc się Talen­tem, aby wytłu­mić odgłos kro­ków na drew­nia­nej pod­ło­dze.

Cie­kawe. Szyb­kie spoj­rze­nie wystar­czyło, by potwier­dzić, że gene­rał nie przy­cho­dził do tej sypialni tylko po to, żeby dopeł­nić noc­nych obo­wiąz­ków mał­żeń­skich. Oni naprawdę sypiali razem. Może gene­rał był jesz­cze bied­niej­szy niż podej­rze­wali ludzie.

Durzo zmarsz­czył brwi pod maską. Nie potrze­bo­wał takich szcze­gó­łów. Wycią­gnął krótki, zatruty nóż i pod­szedł do łóżka. Kobieta niczego nie poczuje.

Zatrzy­mał się. Kobieta spała odwró­cona w stronę wzbu­rzo­nej pościeli. Spała bli­sko przy mężu. Nie na dru­gim krańcu łóżka, jak kobieta, która tylko wypeł­nia mał­żeń­skie powin­no­ści.

To było mał­żeń­stwo z miło­ści. Po zabi­ciu jej Ale­ine Gun­der pla­no­wał zapro­po­no­wać gene­ra­łowi ponowny ślub z bogatą ary­sto­kratką. Ale gene­rał, który oże­nił się z nisko uro­dzoną kobietą z miło­ści, zare­aguje zupeł­nie ina­czej na śmierć żony niż męż­czy­zna, który oże­nił się wie­dziony ambi­cją.

Idiota. Księ­cia tak poże­rały wła­sne ambi­cje, że wszyst­kich innych oce­niał tą samą miarą. Sie­pacz scho­wał nóż i wyszedł na kory­tarz. Musiał się dowie­dzieć, gdzie jest gene­rał. Natych­miast.

- Niech to szlag, czło­wieku! Król Davin umiera. Zdzi­wił­bym się, gdyby został mu jesz­cze tydzień.

Kto­kol­wiek to mówił, miał świętą rację. Sie­pacz podał dzi­siej­szego wie­czoru kró­lowi ostat­nią dawkę tru­ci­zny. Władca umrze, nim nasta­nie świt, zosta­wia­jąc tron dwóm rywa­lom, z któ­rych jeden był silny i spra­wie­dliwy, a drugi słaby i zepsuty. Pół­świa­tek Sa'kagé oczy­wi­ście był zain­te­re­so­wany wyni­kiem sporu.

Głos docho­dził z pokoju audien­cyj­nego na dole. Sie­pacz pośpiesz­nie doszedł do końca kory­ta­rza. Dom był tak mały, że pokój audien­cyjny peł­nił też funk­cję gabi­netu. Durzo miał dosko­nały widok na obu męż­czyzn.

Gene­rał Brant Agon miał siwie­jącą brodę, krótko przy­cięte włosy, któ­rych nie cze­sał. Poru­szał się ner­wowo, zawsze mając wszystko na oku. Był szczu­pły i żyla­sty, a nogi miał tro­chę krzywe po latach spę­dzo­nych w sio­dle.

Męż­czy­zną, który sie­dział naprze­ciwko niego, był diuk Regnus Gyre. Fotel z wyso­kim zagłów­kiem zaskrzy­piał, gdy diuk się poru­szył. Był potęż­nie zbu­do­wany, wysoki i sze­roki w barach, a nie­wiele z jego masy sta­no­wił tłuszcz. Splótł palce na brzu­chu.

Na Anioły Nocy. Mógł­bym zabić ich obu i od razu zakoń­czyć zmar­twie­nia Dzie­wiątki.

- Oszu­ku­jemy samych sie­bie, Brant? - zapy­tał diuk Gyre.

Gene­rał nie odpo­wie­dział natych­miast.

- Mój panie...

- Nie, Brant. Potrze­buję two­jej opi­nii jako przy­ja­ciela, nie wasala.

Durzo pod­kradł się bli­żej. Powoli, ostroż­nie, wyjął zatrute noże do rzu­ca­nia.

- Jeśli nic nie zro­bimy - powie­dział gene­rał - Ale­ine Gun­der zosta­nie kró­lem. To słaby, plu­gawy, zdra­dziecki czło­wiek. Sa'kagé już trzyma w ręku całe Nory; kró­lew­skie patrole nie scho­dzą z głów­nych dróg, a dobrze wiesz, że na pewno będzie jesz­cze gorzej. Igrzy­ska Śmierci umoc­niły Sa'kagé. Ale­ine nie ma wystar­cza­ją­cej siły woli, nawet nie zamie­rza prze­ciw­sta­wić się Sa'kagé teraz, cho­ciaż jesz­cze mogli­by­śmy je wyko­rze­nić. Więc czy oszu­ku­jemy się, myśląc, że był­byś lep­szym kró­lem? W żad­nym wypadku. Ze wszech miar tron należy się tobie.

Blint pra­wie się uśmiech­nął. Pano­wie świata prze­stęp­czego, Dzie­wiątka Sa'kagé zgo­dzi­łaby się z każ­dym sło­wem - i wła­śnie dla­tego Blint miał zadbać, żeby Regnus Gyre nie został kró­lem.

- A od strony tak­tycz­nej? Dali­by­śmy radę tego doko­nać?

- Z mini­mal­nym roz­le­wem krwi. Diuk Wesse­ros prze­bywa poza kra­jem. Mój wła­sny regi­ment sta­cjo­nuje w mie­ście. Ludzie wie­rzą w cie­bie, mój panie. Potrze­bu­jemy moc­nego króla. Dobrego króla. Potrze­bu­jemy cie­bie, Regnu­sie.

Diuk Gyre spoj­rzał na dło­nie.

- A rodzina Ale­ine'a? Czy wli­cza się do tego "mini­mal­nego roz­lewu krwi"?

- Chcesz znać prawdę? - Gene­rał ści­szył głos. - Tak. Nawet jeśli nie wydamy takiego roz­kazu, jeden z naszych ludzi zabije ich, żeby cię chro­nić, choćby to ozna­czało dla niego stry­czek. Tak bar­dzo w cie­bie wie­rzą.

Diuk Gyre wes­tchnął.

- Więc pyta­nie: czy dobro wielu w przy­szło­ści warte jest zabi­cia kil­korga w tej chwili.

Ile czasu upły­nęło, odkąd mia­łem takie skru­puły? Durzo ledwo zapa­no­wał nad pokusą, żeby rzu­cić szty­le­tami.

Wstrzą­snęła nim rap­towna wście­kłość. Co jest grane?

Cho­dziło o Regnusa. Ten czło­wiek przy­po­mi­nał mu innego króla, któ­remu kie­dyś słu­żył. Króla, który był wart tej służby.

- Sam musisz odpo­wie­dzieć na to pyta­nie, mój panie - odparł gene­rał Agon. - Ale, za pozwo­le­niem, czy to pyta­nie to naprawdę kwe­stia filo­zo­ficzna?

- Co chcesz przez to powie­dzieć?

- Na­dal kochasz Nalię, prawda?

Nalia była żoną Ale­ine'a Gun­dera.

Regnus spoj­rzał na niego zasko­czony.

- Byłem jej przy­rze­czony przez dzie­sięć lat. Byli­śmy dla sie­bie pierw­szymi kochan­kami.

- Mój panie, wybacz, to nie moja...

- Nie, Brant. Ni­gdy o tym nie mówi­łem. A skoro mam zde­cy­do­wać, czy być męż­czy­zną, czy kró­lem, pozwól mi mówić. - Wziął głę­boki wdech. - Minęło pięt­na­ście lat, odkąd ojciec Nalii zerwał nasze zarę­czyny i oddał jej rękę Ale­ine'owi. Powi­nie­nem już to prze­bo­leć. I rze­czy­wi­ście już mi prze­szło, poza tymi chwi­lami, kiedy widzę ją z dziećmi i muszę sobie wyobra­żać, jak dzieli łoże z Ale­inem Gun­de­rem. Jedyna radość, jaką dało mi wła­sne mał­żeń­stwo, to mój syn, Logan. Wąt­pię, żeby jej ukła­dało się dużo lepiej.

- Mój panie, zwa­żyw­szy, że oboje zosta­li­ście zmu­szeni do ślu­bów, nie mógł­byś się roz­wieść z Catrinną i oże­nić...

- Nie. - Regnus pokrę­cił głową. - Dzieci kró­lo­wej zawsze będą sta­no­wić zagro­że­nie dla mojego syna, nie­za­leż­nie od tego, czy je wygnam, czy adop­tuję. Naj­star­szy syn Nalii ma czter­na­ście lat, za dużo, by zapo­mniał, że był mu pisany tron.

- Spra­wie­dli­wość jest po two­jej stro­nie, mój panie. I kto wie, kiedy już zasią­dziesz na tro­nie, może pojawi się jakieś roz­wią­za­nie, któ­rego na razie nie dostrze­gamy?

Regnus nie­chęt­nie poki­wał głową, naj­wy­raź­niej świa­dom, że trzyma w swo­ich rękach życie setek, jeśli nie tysięcy ludzi, cho­ciaż nie wie­dział, że trzyma też wła­sne. Jeśli zapla­nuje teraz rebe­lię, to przy­się­gam na Anioły Nocy, od razu go zabiję. Teraz służę tylko Sa'kagé. I sobie. Zawsze sobie.

- Niech mi wyba­czą ci, któ­rzy dopiero mają się naro­dzić - powie­dział Regnus Gyre z oczami błysz­czą­cymi od łez. - Ale nie popeł­nię mor­der­stwa w imię tego, co może się wyda­rzyć. Nie potra­fię. Złożę przy­sięgę len­ni­czą.

Sie­pacz wsu­nął szty­lety z powro­tem do pochew, igno­ru­jąc pomie­szane uczu­cie ulgi i roz­pa­czy.

To przez tę prze­klętą kobietę. To ona mnie znisz­czyła. Znisz­czyła wszystko.

***

Blint dostrzegł zasadzkę z pięć­dzie­się­ciu kro­ków i wszedł pro­sto w jej pasz­czę. Słońcu bra­ko­wała jesz­cze godzina do wsta­nia i jedyni ludzie na wiją­cych się ulicz­kach Nor to byli kupcy, któ­rzy zasnęli tam, gdzie nie powinni, i teraz śpie­szyli do domów i swo­ich żon.

Szczury z gil­dii - Czar­nego Smoka sądząc po zna­kach, które minął - cho­wały się przy prze­wę­że­niu w zaułku, skąd mogły wysko­czyć, zamknąć oba wyloty uliczki i zaata­ko­wać z niskich dachów.

Udał, że ma chore prawe kolano, owi­nął się szczel­nie płasz­czem i nacią­gnął kap­tur na twarz. Kiedy, kuś­ty­ka­jąc, szedł pro­sto w pułapkę, jeden ze star­szych dzie­cia­ków - duży, jak je nazy­wano - wsko­czył do zaułka przed nim i zagwiz­dał, wyma­chu­jąc zardze­wiałą sza­blą. Szczury z gil­dii oto­czyły sie­pa­cza.

- Spryt­nie - powie­dział Durzo. - Trzy­ma­cie straż przed świ­tem, kiedy więk­szość gil­dii śpi, więc może­cie dorwać paru kloc­ków, któ­rzy całą noc byli na dziw­kach. Tacy wolą nie tłu­ma­czyć się z sinia­ków po bitce przed żonami, więc po pro­stu odda­dzą wam monety. Nie­źle. Czyj to pomysł?

- Mer­ku­riu­sza - powie­dział duży, wska­zu­jąc na postać za sie­pa­czem.

- Zamknij się, Roth! - krzyk­nął szef gil­dii.

Sie­pacz spoj­rzał na małego chłopca na dachu. Trzy­mał unie­siony kamień, a jego bla­do­nie­bie­skie oczy uważ­nie patrzyły, gotowe. Wyda­wał się skądś zna­jomy.

- Och, i teraz go wsy­pa­łeś - oznaj­mił Durzo.

- Ty też się zamknij! - powie­działa głowa gil­dii, potrzą­sa­jąc sza­blą. - Odda­waj sakiewkę, bo cię zabi­jemy.

- Ja'laliel - ode­zwał się czarny szczur gil­dyjny - on powie­dział "klocki". Kupiec by nie wie­dział, że tak ich nazy­wamy. Musi być z Sa'kagé.

- Zamknij się, Jarl! Potrze­bu­jemy kasy. - Ja'laliel zakasz­lał i splu­nął krwią. - Daj nam po pro­stu swoją...

- Nie mam na to czasu. Prze­suń się - odparł Durzo.

- Odda­waj...

Sie­pacz sko­czył naprzód, lewą ręką wykrę­cił Ja'lalie­lowi dłoń od sza­bli, zła­pał broń i obró­cił się. Pra­wym łok­ciem wyrżnął głowę gil­dii w skroń, ale powstrzy­mał cios na tyle, żeby nie zabić dzie­ciaka.

Zanim szczury zdą­żyły się wzdry­gnąć, było po walce.

- Powie­dzia­łem, że nie mam na to czasu - powtó­rzył Durzo.

Odrzu­cił kap­tur.

Wie­dział, że nie wygląda szcze­gól­nie impo­nu­jąco. Był tyko­waty, miał ostre rysy, włosy ciemny blond i rzadką, jasną brodę na nieco ospo­wa­tych policz­kach. Ale rów­nie dobrze mógłby mieć trzy głowy, sądząc po tym, jak dzie­ciaki się wzdry­gnęły.

- Durzo Blint - mruk­nął Roth.

Kamie­nie ude­rzyły o zie­mię.

- Durzo Blint. - Imię roz­le­gło się echem wśród szczu­rów.

Sie­pacz zoba­czył strach i podziw w ich oczach. Wła­śnie pró­bo­wali obro­bić legendę. Uśmiech­nął się krzywo.

- Naostrz to. Tylko ama­tor pozwala, żeby jego broń zardze­wiała.

Rzu­cił sza­blę do rynsz­toka peł­nego ście­ków. A potem prze­szedł przez tłum. Dzie­ciaki roz­bie­gły się, jakby mógł je zabić wszyst­kie naraz.

Mer­ku­riusz patrzył, jak sie­pacz odcho­dzi, znika w poran­nej mgle, jak zni­kało tyle innych nadziei w odpły­wie, jakim były Nory. Durzo Blint był wszyst­kim, czym nie był Mer­ku­riusz. Był potężny, nie­bez­pieczny, pewny sie­bie, budził lęk. Był jak bóg. Patrzył na całą gil­dię, która sta­nęła prze­ciwko niemu - nawet na dużych, takich jak Roth, Ja'laliel czy Szczur - i był roz­ba­wiony! Roz­ba­wiony! Pew­nego dnia, przy­siągł sobie Mer­ku­riusz. Nie śmiał nawet pomy­śleć całego zda­nia, bo a nuż Blint wyczułby jego czel­ność, ale marzył o tym każdą cząstką ciała. Pew­nego dnia.

A kiedy Blint odda­lił się na tyle, żeby niczego nie zauwa­żyć, Mer­ku­riusz ruszył za nim.

Rozdział 4

Dwóch mię­śnia­ków strze­gą­cych pod­ziem­nej kom­naty Dzie­wiątki obrzu­ciło Durzo kwa­śnym spoj­rze­niem. Byli bliź­nia­kami i dwoma naj­więk­szymi face­tami w Sa'kagé. Każdy miał wyta­tu­owaną bły­ska­wicę na czole.

- Broń? - zapy­tał jeden z nich.

- Szmaja - powi­tał go Durzo, odpi­na­jąc miecz, wyj­mu­jąc trzy szty­lety, strzałki przy­mo­co­wane do nad­garstka i kilka szkla­nych kulek, które nosił przy dru­giej ręce.

- Ja jestem Szmaja - odparł drugi, obszu­ku­jąc Blinta.

- Był­byś tak łaskaw prze­stać? Obaj wiemy, że gdy­bym chciał kogoś zabić, zro­bił­bym to z bro­nią albo bez.

Szmaja zaru­mie­nił się.

- A może tak huknę tym ślicz­nym mie­czem...

- Szmaja chciał powie­dzieć, że może byś tak udał, że nie sta­no­wisz zagro­że­nia, a my będziemy uda­wać, że to dzięki nam - wtrą­cił się Ber­nerd. - To czy­sta for­mal­ność, Blint. Jak kiedy kogoś pytasz, jak się masz, ale wcale nie inte­re­suje cię odpo­wiedź.

- Ja nie pytam.

- Przy­kro mi z powodu Vondy - powie­dział Ber­nerd.

Durzo zamarł, jakby wbito mu w brzuch lancę.

- Serio - zapew­nił go zwa­li­sty męż­czy­zna. Przy­trzy­mał mu drzwi. Zer­k­nął na brata.

Durzo wie­dział, że powi­nien rzu­cić jakąś ciętą, ostrą albo zabawną odpo­wiedź, ale język miał jak z oło­wiu.

- Ehm, panie Blint? - ode­zwał się Ber­nerd.

Durzo otrzą­snął się i wszedł do pokoju spo­tkań Dzie­wiątki, nie pod­no­sząc wzroku.

To miej­sce miało wzbu­dzać lęk. Wyrzeź­biona w czar­nym szkli­wie wul­ka­nicz­nym plat­forma domi­no­wała w pomiesz­cze­niu. Na tym pod­wyż­sze­niu stało dzie­więć krze­seł. Dzie­siąte znaj­do­wało się ponad nimi jak tron. Przed krze­słami była tylko pusta pod­łoga. Ci, któ­rych odpy­ty­wała Dzie­wiątka, stali.

Kom­nata miała kształt wąskiego pro­sto­kąta, ale była prze­stronna. Sufit znaj­do­wał się tak wysoko, że ginął w ciem­no­ściach. Przez to prze­słu­chi­wani mieli wra­że­nie, że odpy­tuje się ich w samym pie­kle. Fakt, że krze­sła, ściany, a nawet pod­łogę ozdo­biono rzeź­bami małych, wrzesz­czą­cych gar­gul­ców, smo­ków i ludzi, nie dzia­łał łago­dząco.

Jed­nak Durzo wszedł ze spo­ko­jem bywalca. Noc nie kryła dla niego żad­nych stra­chów. Cie­nie powi­tały jego spoj­rze­nie, niczego przed nim nie cho­wa­jąc. Przy­naj­mniej tyle mu zostało.

Cała Dzie­wiątka oprócz Mamy K nosiła kap­tury, cho­ciaż więk­szość wie­działa, że nie ukryje swo­jej toż­sa­mo­ści przed Durzo. Ponad nimi sie­dział na tro­nie Shinga - Pon Dra­din. Był cichy i nie­ru­chomy, jak zawsze.

- Szona nie szyje? - zapy­tał Cor­bin Fishill.

Był moc­nym, przy­stoj­nym męż­czy­zną, sły­ną­cym z okru­cień­stwa, zwłasz­cza wobec dzieci w gil­diach, któ­rymi zarzą­dzał.

Śmie­chy, które mogło spro­wo­ko­wać jego seple­nie­nie, jakoś zga­sły pod wpły­wem zło­śli­wo­ści, która wiecz­nie malo­wała się na jego twa­rzy.

- Sprawy nie wyglą­dają tak, jak ocze­ki­wa­li­ście - odparł Durzo.

Zdał krótki raport. Król wkrótce umrze, a męż­czyźni, któ­rzy mogli - jak się oba­wiało Sa'kagé - zająć jego miej­sce, nie będą rościć pre­ten­sji do tronu. To ozna­cza, że tron przy­pad­nie Ale­ine'owi Gun­de­rowi, który jest za słaby, aby ośmie­lić się wejść w drogę Sa'kagé.

- Suge­ro­wał­bym, żeby­śmy prze­ko­nali księ­cia, by awan­so­wał gene­rała Agona na lorda gene­rała - powie­dział Durzo. - Agon zadba, żeby diuk nie skon­so­li­do­wał wszyst­kich sił, a jeśli Kha­li­dor wykona naj­mniej­szy ruch...

Drob­niutki czło­wie­czek, nie­gdyś han­dlarz nie­wol­ni­ków, prze­rwał mu:

- O ile uzna­jemy twoją... nie­chęć wobec Kha­li­doru, panie Blint, nie będziemy trwo­nić naszego kapi­tału poli­tycz­nego na jakie­goś gene­rała.

- Nie musimy - wtrą­ciła się Mama K.

Pani Roz­ko­szy na­dal była piękna, cho­ciaż minęły lata od cza­sów, kiedy była naj­zna­mie­nit­szą kur­ty­zaną mia­sta.

- Możemy dostać, co chcemy, uda­jąc, że pro­sił o to kto inny.

Wszy­scy zaczęli słu­chać.

- Książę był skłonny kupić gene­rała za pomocą stra­te­gicz­nego mał­żeń­stwa. Więc powiedzmy mu, że cena Agona jest inna: poli­tyczny awans. Gene­rał ni­gdy się nie dowie, a książę raczej o to nie zapyta.

- A to da nam punkt wyj­ścia do ponow­nego otwar­cia kwe­stii nie­wol­nic­twa - dodał han­dlarz nie­wol­ni­kami.

- Niech mnie szlag, jeśli znowu wró­cimy do han­dlu nie­wol­ni­kami - ode­zwał się ktoś inny.

To był wielki męż­czy­zna, który się roz­tył, o moc­nej szczęce, małych oczkach i pobliź­nio­nych pię­ściach, pasu­ją­cych do szefa mię­śnia­ków Sa'kagé.

- Ta rosmowa mosze pocze­kać. Durzo nie musi być pszy tym - wtrą­cił się Cor­bin Fishill. Spoj­rzał spod cięż­kich powiek na Blinta. - Nie sabi­łeś dzi­siaj.

Pozo­sta­wił to stwier­dze­nie w zawie­sze­niu, bez dal­szego komen­ta­rza.

Durzo spoj­rzał na niego.

- Na­dal potra­fisz sabi­jać?

Słowa są bez­u­ży­teczne w przy­padku takiego czło­wieka jak Cor­bin Fishill. On mówił języ­kiem pię­ści. Durzo pod­szedł do niego. Cor­bin nawet się nie wzdry­gnął, nie odwró­cił się, kiedy Durzo pod­szedł do plat­formy, cho­ciaż nie­któ­rzy z Dzie­wiątki zaczęli się dener­wo­wać. Blint doj­rzał napi­na­jące się mię­śnie pod aksa­mit­nymi spodniami Fishilla.

Cor­bin kop­nął sie­pa­cza w twarz, ale ten już się prze­su­nął. Durzo wbił igłę głę­boko w łydkę Cor­bina i się odsu­nął.

Zaraz potem roz­legł się dzwo­nek i do kom­naty wpa­ro­wali Ber­nerd ze Szmają. Blint skrzy­żo­wał ręce i nie wyko­nał nawet jed­nego ruchu, żeby się bro­nić.

Był wysoki, ale cała jego masa to były smu­kłe mię­śnie i ścię­gna. Szmaja szar­żo­wał jak koń bojowy. Durzo tylko wycią­gnął ręce przed sie­bie, nawet nie zaci­snął pię­ści. A kiedy Szmaja wpadł na niego, stała się rzecz nie­moż­liwa - bieg Szmai zakoń­czył się w jed­nej chwili.

Pierw­sza zatrzy­mała się jego twarz, gdy Szmaja wal­nął nosem w otwartą dłoń Durzo. Reszta ciała unio­sła się rów­no­le­gle do ziemi, a potem grzmot­nęła na kamienną posadzkę.

- Doszcz tego! - krzyk­nął Cor­bin Fishill.

Ber­nerd z pośli­zgiem wyha­mo­wał przed Durzo i zaraz przy­klęk­nął koło brata. Szmaja jęczał. Jego krwa­wiący nos wpa­so­wał się aku­rat w pysk wyrzeź­bio­nego w kamien­nej pod­ło­dze szczura.

Krzy­wiąc się, Cor­bin wycią­gnął igłę z łydki.

- Co to?

- Chcesz wie­dzieć, czy na­dal potra­fię zabi­jać? - Durzo poło­żył małą fiolkę przed mię­śnia­kiem. - Jeśli ta igła była zatruta, tu masz anti­do­tum. Ale jeśli nie, odtrutka cię zabije. Wypij albo nie.

- Wypij, Cor­bin - powie­dział Pon Dra­din. Shinga ode­zwał się po raz pierw­szy od wej­ścia Durzo. - Wiesz, Blint, był­byś lep­szym sie­pa­czem, gdy­byś nie wie­dział, że jesteś naj­lep­szy. A jesteś. Jed­nak na­dal przyj­mu­jesz roz­kazy ode mnie. Następ­nym razem, kiedy tkniesz kogoś z mojej Dzie­wiątki, ponie­siesz kon­se­kwen­cje. A teraz wynoś się stąd.

***

Z tune­lem było coś nie tak. Mer­ku­riusz cho­dził już wcze­śniej tune­lami i nawet jeśli nie prze­pa­dał za wędro­wa­niem w odpy­cha­ją­cej ciem­no­ści z pomocą samego dotyku, to był w sta­nie to zro­bić. Tunel zaczął się jak każdy inny: szorstka powierzch­nia, zakręty, i, rzecz jasna, ciem­ność. Ale w miarę jak zagłę­biał się bar­dziej w zie­mię, ściany sta­wały się prost­sze, pod­łoga gład­sza. Ten tunel był ważny.

Ale to tylko cie­ka­wostka, jesz­cze nic złego. Coś, co naprawdę nie paso­wało Mer­ku­riu­szowi, znaj­do­wało się teraz krok przed nim. Przy­siadł na pię­tach, odpo­czy­wa­jąc i się zasta­na­wia­jąc. Nie usiadł. Siada się tylko wtedy, kiedy się wie, że przed niczym nie będziesz ucie­kać.

Nie wyczuł żad­nej zmiany w zapa­chach, cho­ciaż powie­trze tu w dole było cięż­kie i gęste jak kleik. Gdy mru­żył oczy, wyda­wało mu się, że coś widzi, ale był pewien, że to tylko efekt zaci­ska­nia powiek. Znowu wycią­gnął rękę. Czy powie­trze zro­biło się tu chłod­niej­sze?

A potem był pra­wie pewien, że powie­trze się poru­szyło. Nagle prze­ra­ził się. Blint prze­szedł tędy dwa­dzie­ścia minut temu. Nie niósł ze sobą pochodni. Mer­ku­riusz nie pomy­ślał o tym wtedy, a teraz przy­po­mniały mu się różne opo­wie­ści.

Deli­katny podmuch kwa­śnego powie­trza owiał mu poli­czek. Nie­wiele bra­ko­wało, a Mer­ku­riusz puściłby się bie­giem, ale nie wie­dział, w którą stronę może bez­piecz­nie ucie­kać. Nie miał czym się bro­nić. Pięść Gil­dii trzy­mał całą broń. Kolejny podmuch musnął jego drugi poli­czek. Powie­trze pach­niało... Czosn­kiem?

- Ist­nieją sekrety na tym świe­cie, dzie­ciaku. Takie sekrety jak magiczne alarmy i toż­sa­mość Dzie­wiątki. Jeśli zro­bisz następny krok, poznasz jeden z nich. A potem znaj­dzie cię dwóch milut­kich mię­śnia­ków, któ­rzy otrzy­mali roz­kaz zabi­cia każ­dego intruza.

- Pan Blint? - Mer­ku­riusz roz­glą­dał się w ciem­no­ściach.

- Następ­nym razem, jak będziesz kogoś śle­dził, nie rób tego tak ukrad­kowo. Wtedy wyglą­dasz bar­dziej podej­rza­nie.

Cokol­wiek miał na myśli, nie brzmiało to dobrze.

- Panie Blint?

Usły­szał śmiech odda­la­jący się tune­lem.

Mer­ku­riusz sko­czył na równe nogi, czu­jąc, że nadzieja wymyka mu się wraz z tym gasną­cym śmie­chem. Pobiegł tune­lem w ciem­no­ści.

- Pocze­kaj!

Nie było odpo­wie­dzi. Mer­ku­riusz przy­śpie­szył. Zacze­pił stopą o kamień i padł jak długi, zdzie­ra­jąc skórę z kolan i rąk na kamien­nej pod­ło­dze.

- Panie Blint, pro­szę zacze­kać! Muszę zostać pana uczniem. Panie Blint, pro­szę!

Głos roz­legł się tuż nad nim, cho­ciaż kiedy Mer­ku­riusz się rozej­rzał, niczego nie zoba­czył.

- Nie biorę uczniów. Wra­caj do domu, mały.

- Ale ja jestem inny! Zro­bię wszystko. Mam pie­nią­dze!

Nie było odpo­wie­dzi. Blint znik­nął.

Cisza bolała, pul­so­wała roz­cię­ciami na kola­nach i dło­niach Mer­ku­riu­sza. Nie miał na to co zara­dzić. Chciał się roz­pła­kać, ale zara­zem czuł, że pła­czą tylko małe dzieci.

Mer­ku­riusz wró­cił na tery­to­rium Czar­nego Smoka, kiedy niebo jaśniało. Różne kwar­tały Nor otrzą­sały się z pijac­kiej drzemki. Pie­ka­rze wsta­wali, ter­mi­na­to­rzy u kowala roz­pa­lali ogień w kuźni, szczury gil­dyjne, dziwki, mię­śniaki i paję­cza­rze szli spać, a kie­szon­kowcy, oszu­ści, szu­le­rzy i reszta tych, co pra­co­wali za dnia, jesz­cze spała.

Zwy­kle zapa­chy Nor koiły. Nie­odmien­nie w powie­trzu wisiał zapach zagród dla bydła, prze­ty­kany smro­dem ludz­kich nie­czy­sto­ści pły­ną­cych sze­ro­kimi rynsz­to­kami przy każ­dej ulicy i jesz­cze gor­szym smro­dem rzeki Plith, zapach gni­ją­cej roślin­no­ści na pły­ci­znach i zale­wi­skach leni­wej rzeki, nieco mniej kwa­śny aro­mat oce­anu. Jeśli szczę­śli­wie powiała aku­rat bryza, smród śpią­cych żebra­ków, któ­rzy ni­gdy się nie myli i potra­fili zaata­ko­wać szczura bez żad­nego powodu poza wście­kło­ścią na cały świat. Po raz pierw­szy dla Mer­ku­riu­sza te zapa­chy zamiast ozna­czać dom, koja­rzyły się tylko z bru­dem. Odrzu­ce­nie i roz­pacz to odory uno­szące się z każ­dej zatę­chłej ruiny i dziury z szam­bem w Norach.

Opusz­czony młyn, w któ­rym kie­dyś łuskano ryż, nie był tylko pustym budyn­kiem, w któ­rym sypiała gil­dia. To był sym­bol. Młyny na zachod­nim wybrzeżu plą­dro­wali tylko despe­raci, gotowi prze­bić się przez wszyst­kich mię­śnia­ków naję­tych przez wła­ści­cieli. Gdzie­kol­wiek się nie spoj­rzało, było widać upa­dek i znisz­cze­nie, i Mer­ku­riusz sta­no­wił część tego świata.

Kiedy wró­cił do domu gil­dii, ski­nął głową do czujki i wsu­nął się do środka, nie siląc się nawet na dys­kre­cję. W gil­dii przy­zwy­cza­jono się do dzieci, które wstają w nocy wysi­kać się, więc nikt nie pomy­śli, że był gdzieś dalej. Gdyby spró­bo­wał zakraść się z powro­tem, tylko zwró­ciłby na sie­bie uwagę.

Może o to cho­dziło z tą ukrad­ko­wo­ścią.

Kła­dąc się na swoje zwy­kłe miej­sce obok okna, wsu­nął się mię­dzy Laleczkę i Jarla. Bywało tu zimno, ale pod­łoga była gładka, a w deskach nie było za wiele drzazg. Szturch­nął przy­ja­ciela.

- Jay-Oh, wiesz, co to zna­czy ukrad­kowo?

Jarl tylko prze­to­czył się na drugi bok, pomru­ku­jąc. Mer­ku­riusz szturch­nął go raz jesz­cze, ale przy­ja­ciel nawet nie drgnął. Pew­nie ma za sobą długą noc.

Jak wszyst­kie szczury z gil­dii, Mer­ku­riusz, Jarl i Laleczka spali bli­sko sie­bie, żeby im było cie­plej. Zwy­kle Laleczka lądo­wała pośrodku, bo była mała i łatwo mar­zła, ale dziś wie­czór Jarl i Laleczka nie leżeli bli­sko sie­bie.

Laleczka przy­su­nęła się i objęła Mer­ku­riu­sza, ści­ska­jąc go mocno, a Mer­ku­riusz ucie­szył się z jej cie­pła. Zmar­twie­nie gry­zło go w głębi duszy jak szczur, ale był za bar­dzo zmę­czony. Zasnął.

Rozdział 5

Kosz­mar zaczął się, gdy tylko Mer­ku­riusz się obu­dził.

- Dzień dobry - powie­dział Szczur. - Jak się miewa mój ulu­biony wypier­dek?

Radość na twa­rzy Szczura ostrze­gła Mer­ku­riu­sza, że święci się coś naprawdę złego. Roth i Zaję­cza Warga stali po obu stor­nach Szczura i aż ich roz­no­siło pod­nie­ce­nie.

Laleczka znik­nęła. Jarl też. Ni­gdzie nie było widać Ja'laliela. Mru­ga­jąc, ośle­piony sło­necz­nym świa­tłem wpa­da­ją­cym przez dziurę po zerwa­nym dachu, Mer­ku­riusz wstał i spró­bo­wał zorien­to­wać się w sytu­acji. Reszta gil­dii znik­nęła - szczury albo poszły do pracy, albo grze­bały w śmie­ciach, albo doszły do wnio­sku, że to dobry moment, by się ulot­nić. Zatem widziały, że Szczur wcho­dzi.

Roth stał przy tyl­nych drzwiach, a Zaję­cza Warga sta­nął za Szczu­rem, na wypa­dek gdyby Mer­ku­riusz chciał biec do fron­to­wych drzwi albo okna.

- Gdzie byłeś ostat­niej nocy? - zapy­tał Szczur.

- Musia­łem się wysi­kać.

- Długo sika­łeś. Prze­ga­pi­łeś całą zabawę.

Kiedy Szczur ode­zwał się w ten spo­sób, cał­ko­wi­cie bez­na­mięt­nie, bez jakiej­kol­wiek into­na­cji w gło­sie, Mer­ku­riusz poczuł strach zbyt głę­boki, by się z niego otrzą­snąć. Wie­dział, co to prze­moc. Widział mor­do­wa­nych żegla­rzy, widział pro­sty­tutki ze świe­żymi bli­znami, miał przy­ja­ciela, który umarł pobity przez han­dla­rza. Okru­cień­stwo spa­ce­ro­wało wśród Nor ręka w rękę z biedą i wście­kło­ścią. Ale śmierć w oczach Szczura ostrze­gała, że jest więk­szym dzi­wa­dłem niż Zaję­cza Warga. Zaję­cza Warga uro­dził się bez kawałka ust. Szczur uro­dził się bez sumie­nia.

- Co zro­bi­łeś? - zapy­tał Mer­ku­riusz.

- Roth! - Szczur ski­nął głową na dużego.

Roth otwo­rzył drzwi i zawo­łał "Do nogi", jakby przy­wo­ły­wał psa, a potem coś zła­pał. Wcią­gnął to do środka i wtedy Mer­ku­riusz zoba­czył, że to Jarl. Usta miał spuch­nięte, oczy tak pod­bite, że aż czarne, i powieki tak obrzmiałe, że ledwo coś widział przez szparki. Bra­ko­wało mu paru zębów, a na twa­rzy miał zakrze­płą krew, która spły­nęła z miejsc, z któ­rych wyrwano mu gar­ści wło­sów.

Jarl nosił sukienkę.

Mer­ku­riu­szowi zro­biło się gorąco i jed­no­cze­śnie prze­bie­gły go zimne ciarki. Krew napły­nęła mu do twa­rzy. Nie mógł oka­zać swo­jej sła­bo­ści Szczu­rowi. Nie mógł się ruszyć. Odwró­cił się, żeby nie zwy­mio­to­wać.

Za jego ple­cami Jarl zakwi­lił cicho:

- Mer­kur, bła­gam, Mer­kur, nie odwra­caj się ode mnie. Nie chcia­łem...

Szczur ude­rzył go w twarz. Jarl padł na zie­mię.

- Jarl jest teraz mój - oznaj­mił Szczur. - Myśli, że będzie wal­czył każ­dej nocy, i rze­czy­wi­ście będzie. Przez jakiś czas. - Szczur uśmiech­nął się. - Ale zła­mię go. Czas działa na moją korzyść.

- Zabiję cię. Przy­się­gam - powie­dział Mer­ku­riusz.

- O, więc teraz ter­mi­nu­jesz u pana Blinta?

Szczur uśmiech­nął się, kiedy Mer­ku­riusz rzu­cił Jar­lowi spoj­rze­nie, bo poczuł się zdra­dzony. Jarl spu­ścił głowę; ramiona mu drżały, jakby bez­gło­śnie szlo­chał.

- Jarl powie­dział nam o tym, chyba gdzieś pomię­dzy Rothem i Davim. Ale cze­goś nie rozu­miem. Skoro pan Blint przy­jął cię na ucznia, to dla­czego tu jesteś? Wró­ci­łeś mnie zabić?

Jarl powstrzy­mał łzy i odwró­cił się, chwy­ta­jąc się ostat­niej nadziei.

Mer­ku­riusz nie miał nic do powie­dze­nia.

- Nie przy­jął mnie - przy­znał się.

Jarl zała­mał się.

- Wszy­scy wie­dzą, że nie przyj­muje uczniów, głupku - odparł Szczur. - Więc oto nasza umowa, Mer­kur. Nie wiem, co dla niego zro­bi­łeś, ale Ja'laliel powie­dział, że nie wolno mi cie­bie tknąć, więc cię nie tknę. Tyle że prę­dzej czy póź­niej, to będzie moja gil­dia.

- Pew­nie prę­dzej niż póź­niej - wtrą­cił się Roth.

Uniósł brew, patrząc na Mer­ku­riu­sza.

- Mam wiel­kie plany odno­śnie do Czar­nego Smoka i nie pozwolę, żebyś wszedł mi w drogę - powie­dział Szczur.

- Czego ode mnie chcesz? - Głos Mer­ku­riu­sza brzmiał cie­niutko i piskli­wie.

- Chcę, żebyś był boha­te­rem. Chcę, żeby każdy, kto nie śmie mi się posta­wić, patrzył na cie­bie i zaczął mieć nadzieję. A potem znisz­czę wszystko, co stwo­rzy­łeś. Znisz­czę wszystko, co kochasz. Znisz­czę cie­bie tak cał­ko­wi­cie, że nikt wię­cej nie ośmieli mi się prze­ciw­sta­wić. Więc sta­raj się jak naj­le­piej, nie sta­raj się wcale, albo w ogóle nic nie rób. I tak wygram. Zawsze wygry­wam.

Mer­ku­riusz nie uiścił opłaty następ­nego dnia. Miał nadzieję, że Szczur go ude­rzy. Wystar­czyłby jeden cios i Mer­ku­riusz spadłby z pie­de­stału. Ale Szczur go nie ude­rzył. Klął i wście­kał się, a jego oczy się śmiały, i kazał Mer­ku­riuszowi następ­nym razem przy­nieść dwa razy wię­cej.

Oczy­wi­ście nic nie przy­niósł. Wycią­gnął tylko pustą rękę, jakby już obe­rwał. To nie miało zna­cze­nia. Szczur wściekł się, oskar­żył go, że mu się sta­wia, ale nawet go nie tknął. I tak to wyglą­dało każ­dego dnia wno­sze­nia opłat. Stop­niowo Mer­ku­riusz wró­cił do pracy, zaczął zbie­rać mie­dziaki i odkła­dać je do oszczęd­no­ści Jarla. Te dni były straszne: Szczur nie pozwa­lał Jar­lowi roz­ma­wiać z Mer­ku­riuszem i po jakimś cza­sie Mer­ku­riusz nawet nie wie­dział, czy Jarl jesz­cze chce z nim roz­ma­wiać. Jarl, któ­rego znał, po tro­chu zni­kał. Nawet nie pomo­gło, kiedy prze­stali go zmu­szać do nosze­nia sukienki.

Noce były jesz­cze gor­sze. Szczur zabie­rał Jarla co noc, kiedy reszta gil­dii uda­wała, że nic nie sły­szy. Mer­ku­riusz i Laleczka kulili się razem, a potem w ciszy prze­ry­wa­nej cichym pła­czem Mer­ku­riusz leżał godzi­nami na ple­cach, snu­jąc wyra­fi­no­wane plany zemsty, któ­rych wie­dział, że ni­gdy nie zre­ali­zuje.

Stał się nie­ostrożny. Obrzu­cał Szczura wyzwi­skami, kwe­stio­no­wał każdy roz­kaz i sta­wał w obro­nie każ­dego, kogo Pięść bił. Szczur odpo­wia­dał prze­kleń­stwami, ale zawsze w jego oczach pło­nął uśmie­szek. Malu­chy i fra­je­rzy w gil­dii zaczęli kie­ro­wać się zda­niem Mer­ku­riu­sza i patrzyli na niego oczami peł­nymi uwiel­bia­nia.

Mer­ku­riusz poczuł, że sytu­acja w gil­dii prze­kro­czyła masę kry­tyczną, w dniu, kiedy dwóch dużych przy­nio­sło mu lunch i usia­dło razem z nim na ganku. To było jak obja­wie­nie. W życiu nie uwie­rzyłby, że któ­ry­kol­wiek z dużych przy­łą­czyłby się do niego. Dla­czego mie­liby to zro­bić? Nie miał nic. I wtedy zro­zu­miał swój błąd. Ni­gdy nie obmy­ślił planu, co zrobi, kiedy dołą­czą do niego duzi. Po dru­giej stro­nie podwó­rza Ja'laliel sie­dział bez­rad­nie, kasz­lał krwią i wyglą­dał żało­śnie.

Ale jestem głupi. Szczur tylko na to cze­kał. Tak to zaaran­żo­wał, żeby Mer­ku­riusz został boha­te­rem. Nawet wprost mu to powie­dział. To nie będzie prze­wrót. To będzie czystka.

***

- Ojcze, pro­szę, nie jedź. - Logan Gyre zła­pał za uzdę rumaka, igno­ru­jąc chłód przed świ­tem i powstrzy­mu­jąc łzy.

- Nie, zostaw to - powie­dział diuk Gyre do Wen­dela Nor­tha, swo­jego rządcy, który kie­ro­wał słu­żą­cymi nio­są­cymi skrzy­nię pełną ubrań diuka. - Ale chcę, żeby w ciągu tygo­dnia prze­słano mi tysiąc weł­nia­nych płasz­czy. Sko­rzy­staj z naszych wła­snych fun­du­szy i nie proś o zwrot z kró­lew­skiej kasy. Nie chcę dawać kró­lowi pre­tek­stu do odmowy. - Splótł za ple­cami dło­nie w ręka­wi­cach. - Nie wiem, w jakim sta­nie są gar­ni­zo­nowe staj­nie, ale chciał­bym dostać wie­ści z Haver­mere, ile koni mogą mi prze­słać przed zimą.

- To już zała­twione, milor­dzie.

Wszę­dzie krę­cili się słu­żący, ładu­jąc wozy, które pojadą na pół­noc z zapa­sami żyw­no­ści i wszel­kim zaopa­trze­niem. Setka ryce­rzy Gyre'a zaj­mo­wała się ostat­nimi przy­go­to­wa­niami, spraw­dza­jąc sio­dła, konie i broń. Słu­żący, któ­rzy mieli opu­ścić rodziny, żegnali się pośpiesz­nie.

Diuk odwró­cił się do syna, a już sam widok ojca w zbroi spra­wił, że w oczach Logana zalśniły łzy dumy i stra­chu.

- Synu, masz dwa­na­ście lat.

- Potra­fię wal­czyć. Nawet pan Vor­den przy­znaje, że obcho­dzę się z mie­czem nie­mal tak dobrze, jak żoł­nierz.

- Loga­nie, nie każę ci zostać, dla­tego, że wąt­pię w twoje zdol­no­ści. Prze­ciw­nie, naprawdę w nie wie­rzę. Prawda jest taka, że matka bar­dziej potrze­buje cię tutaj, niż ja będę potrze­bo­wał cię w górach.

- Ale ja chcę jechać z tobą.

- A ja w ogóle nie chcę wyjeż­dżać. To, czego chcemy, nie ma tu nic do rze­czy.

- Jasin powie­dział, że Dzie­wią­tak tylko pró­buje cię upo­ko­rzyć. Powie­dział, że to obraza dla diuka powie­rzyć mu tak mały poste­ru­nek.

Nie wspo­mniał o innych rze­czach, które powie­dział Jasin. Nie uwa­żał się za poryw­czego, ale w ciągu trzech mie­sięcy od śmierci króla Davina i przy­ję­cia przez Ale­ine'a Gun­dera tytułu Ale­ine'a IX - zwa­nego pro­tek­cjo­nal­nie Dzie­wią­ta­kiem - Logan wsz­czął już kilka bójek.

- A co ty myślisz, synu?

- Nie sądzę, żebyś kogo­kol­wiek się bał.

- Więc Jasin powie­dział, że się boję, tak? To dla­tego zaro­bi­łeś siniaki na knyk­ciach?

Logan nagle uśmiech­nął się sze­roko. Był wysoki jak ojciec, ale jesz­cze nie nabrał takiej same masy, ale dowódca ich straży, Ren Vor­den, powie­dział, że to tylko kwe­stia czasu. Kiedy Logan bił się z innymi chłop­cami, nie prze­gry­wał.

- Synu, nie popeł­nij błędu. Prze­ję­cie dowo­dze­nia nad gar­ni­zo­nem w Wyją­cych Wichrach to nic wiel­kiego, ale lep­sze to niż wygna­nie albo śmierć. Jeśli zostanę, król w końcu zafun­duje mi albo jedno, albo dru­gie. Każ­dego lata będziesz przy­jeż­dżał tre­no­wać z moimi ludźmi, ale potrze­buję, żebyś tu został. Przez pół roku będziesz moimi oczami i uszami w Cena­rii. Twoja matka... - Urwał i spoj­rzał gdzieś za Logana.

- Uważa, że twój ojciec jest głup­cem - oznaj­miła Catrinna Gyre, poja­wia­jąc się nagle.

Wywo­dziła się z innego rodu ksią­żę­cego - Gra­esi­nów - i miała typowe dla tej rodziny zie­lone oczy, drobne rysy i tem­pe­ra­ment. Mimo wcze­snej godziny była ubrana w piękną suk­nię z zie­lonego jedwa­biu obrę­bioną gro­no­sta­jem, a jej włosy błysz­czały po wyszczot­ko­wa­niu.

- Regnus, jeśli wsią­dziesz na tego konia, nie chcę cię ni­gdy wię­cej widzieć.

- Catrinna, nie będziemy teraz o tym roz­ma­wiać.

- Ten sza­kal będzie cię judzić prze­ciwko mojej rodzi­nie, wiesz o tym. Znisz­czy cie­bie, znisz­czy ich, tak czy ina­czej wygra.

- To jest twoja rodzina, Catrinno. I pod­ją­łem już decy­zję. - Głos diuka Gyre zabrzmiał ostro i roz­ka­zu­jąco jak trzask bicza. Sły­sząc ten ton, Logan chciał się sku­lić i stać nie­wi­dzial­nym.

- Którą ze swo­ich nie­rząd­nic zabie­rasz ze sobą?

- Nie zabie­ram żad­nej poko­jówki, cho­ciaż nie­które z nich trudno będzie zastą­pić. Zosta­wiam je z sza­cunku dla cie­bie...

- Uwa­żasz mnie za głu­pią? Znaj­dziesz sobie jakąś zdzirę na miej­scu.

- Catrinna. Wra­caj do domu. Natych­miast!

Posłu­chała. Diuk obser­wo­wał, jak odcho­dzi. Prze­mó­wił, nie odwra­ca­jąc się do Logana:

- Twoja matka... o pew­nych spra­wach powiem ci, kiedy będziesz star­szy. Na razie ocze­kuję, żebyś trak­to­wał ją z sza­cun­kiem, ale to ty będziesz lor­dem Gyre, kiedy ja wyjadę.

Logan wytrzesz­czył oczy.

Ojciec pokle­pał go po ramie­niu.

- To nie ozna­cza, że możesz ucie­kać z lek­cji. Wen­del nauczy cię wszyst­kiego, co musisz wie­dzieć. Przy­się­gam, ten czło­wiek lepiej się orien­tuje w kwe­stiach doty­czą­cych naszych ziem niż ja. Będę tylko cztery dni drogi stąd. Masz wspa­niały umysł, synu, i dla­tego musisz tu zostać. To mia­sto jest gniaz­dem żmij. Są tutaj tacy, któ­rzy chcie­liby nas znisz­czyć. Twoja matka zauwa­żyła oznaki tego i to po czę­ści ją nie­po­koi. Wpro­wa­dzam cię do tej gry, Loga­nie. Wolał­bym tego, nie robić, ale jesteś jedy­nym pion­kiem, jaki został mi w tej roz­grywce. Zaskocz ich. Bądź mądrzej­szy, lep­szy, odważ­niej­szy i szyb­szy niż kto­kol­wiek by się spo­dzie­wał. To nie w porządku, że zrzu­cam na cie­bie taki cię­żar, ale muszę. Liczę na cie­bie. Ród Gyre liczy na cie­bie. Cała nasza cze­ladź i wszy­scy wasale liczą na cie­bie, i może nawet całe kró­le­stwo.

Diuk Gyre wsko­czył na ogrom­nego, bia­łego rumaka.

- Kocham cię, synu. Ale nie zawiedź mnie.

Rozdział 6

Ciem­ność była wszech­ogar­nia­jąca i zimna jak obję­cia śmierci. Mer­ku­riusz przy­kuc­nął pod ścianą w zaułku, mając nadzieję, że nocny wiatr zagłu­szy dzwon jego serca. Piąty duży, który dołą­czył do niego, ukradł nóż ze składu z bro­nią Szczura i teraz Mer­ku­riusz ści­skał kawa­łek metalu tak mocno, że aż go roz­bo­lała dłoń.

W zaułku na­dal nie było żad­nego ruchu. Mer­ku­riusz wbił ostrze w zie­mię i wci­snął dło­nie pod pachy, żeby je roz­grzać. Może minąć wiele godzin, nim cokol­wiek się sta­nie. Ale to nie­ważne. Miał coraz mniej­sze szanse. Już zmar­no­tra­wił zbyt wiele czasu.

Szczur nie był głupi. Był okrutny, ale miał plan. A Mer­ku­riusz nie. Mio­tał się w stra­chu przez trzy mie­siące, zamiast pla­no­wać. Pięść jasno przed­sta­wił swoje zamiary. To wystar­cza­jąco uła­twiało sprawę. Mer­ku­riusz domy­ślał się, co pla­no­wał Szczur; musiał tylko poskła­dać wszyst­kie kawałki do kupy. Teraz, kiedy myślał, potra­fił wejść w skórę Szczura aż zbyt łatwo i myśleć tak jak on.

Czystka to za mało. Czystka zapewni mi bez­pie­czeń­stwo tylko na kilka lat. Inne głowy gil­dii też zabi­jały, żeby zacho­wać wła­dzę. Zabi­ja­nie nie wyróżni mnie w żaden spo­sób.

Mer­ku­riusz pra­co­wał nad pomy­słem. Szczur miał wiel­kie ambi­cje. Potra­fił ukry­wać nie­na­wiść przez trzy mie­siące. Dla­czego przez tyle czasu nie chciałby nawet ude­rzyć Mer­ku­riusza?

Znisz­cze­nie. O to cho­dziło. Szczur znisz­czy go w spek­ta­ku­larny spo­sób. Zaspo­koi wła­sne okru­cień­stwo i wzmocni wła­dzę. Zrobi coś tak potwor­nego, że Mer­ku­riusz sta­nie się legendą powta­rzaną przez gil­die. Może nawet go nie zabije, pozo­stawi oka­le­czo­nego w strasz­liwy spo­sób, żeby każdy, kto spo­tka Mer­ku­riusza, bał się Szczura jesz­cze bar­dziej.

W zaułku coś zaszu­rało i Mer­ku­riusz zamarł. Powoli, bar­dzo powoli, wycią­gnął maj­cher. Zaułek był wąski, budynki pochy­lały się tak bli­sko sie­bie, że doro­sły czło­wiek mógł dotknąć obu ścian jed­no­cze­śnie. Mer­ku­riusz wybrał go nie bez powodu. Ale teraz mury wyda­wały się zło­wro­gie, jakby wycią­gały ku sobie chciwe palce, odci­na­jąc blask gwiazd, jakby się­gały po niego. Wiatr szem­rał nad dachami, opo­wia­da­jąc histo­rie o mor­der­stwie.

Mer­ku­riusz znowu usły­szał sze­lest i się roz­luź­nił. Stary, prze­stra­szony szczur wyszedł spod kupy zatę­chłych desek i węszył. Mer­ku­riusz się nie poru­szył, kiedy szczur podrep­tał przed sie­bie. Obwą­chał nagą stopę Mer­ku­riusza, szturch­nął go mokrym nosem. Nie wyczu­wa­jąc nie­bez­pie­czeń­stwa, zaczął się szy­ko­wać do uczty.

Kiedy już miał ugryźć, Mer­ku­riusz zato­pił nóż za jego uszami i wbił ostrze tak mocno, że zazgrzy­tało o zie­mię. Szczur szarp­nął się, ale nie zapisz­czał. Mer­ku­riusz wycią­gnął wąskie żelazo, zado­wo­lony z tego, że zała­twił sprawę tak cicho. Rozej­rzał się po zaułku raz jesz­cze. Na­dal nic.

Więc gdzie jest moja sła­bość? Co ja zro­bił­bym na miej­scu Szczura, żeby mnie znisz­czyć?

Coś poła­sko­tało go w kark, strzą­snął to ręką. Cho­lerne robaki.

Robaki? Prze­cież jest potwor­nie zimno. Na dłoni, którą dotknął szyi, poczuł coś cie­płego i lep­kiego.

Mer­ku­riusz odwró­cił się i wziął zamach, ale nóż wypadł mu z ręki, kiedy obe­rwał w nad­gar­stek.

Durzo Blint kucał bli­żej niż stopę od niego. Nie ode­zwał się. Po pro­stu patrzył, a jego spoj­rze­nie było lodo­wate.

Cisza prze­cią­gała się, kiedy patrzyli się na sie­bie bez słowa

- Pan widział szczura - powie­dział Mer­ku­riusz.

Tam­ten uniósł brew.

- Zra­nił mnie pan tam, gdzie ja go zra­ni­łem. Poka­zał mi pan, że jest o tyle lep­szy ode mnie, o ile ja od szczura.

Ślad uśmie­chu.

- Dziwny z cie­bie szczu­rek gil­dyjny. Taki bystry, a taki głupi.

Mer­ku­riusz spoj­rzał na nóż - który jak za sprawą magii zna­lazł się teraz w dłoni Durzo - i zawsty­dził się. Rze­czy­wi­ście był głupi. Co sobie myślał? Że zagrozi sie­pa­czowi?

- Zamie­rzam u pana ter­mi­no­wać - powie­dział.

Blint otwartą dło­nią ude­rzył go w twarz i chło­pak wycią­gnął się na murze. Ude­rzył twa­rzą w kamień i klap­nął ciężko.

Kiedy się prze­tur­lał, Blint już stał nad nim.

- Daj mi jeden dobry powód, dla któ­rego nie powi­nie­nem cię zabić.

Laleczka. Była nie tylko odpo­wie­dzią na pyta­nie Blinta, ale też sła­bo­ścią Mer­ku­riu­sza. Tam wła­śnie Szczur ude­rzy. Mer­ku­riu­szowi zro­biło się nie­do­brze. Naj­pierw Jarl, teraz Laleczka.

- Powi­nien pan.

Blint znowu uniósł brew.

- Jest pan naj­lep­szym sie­pa­czem w mie­ście, ale nie jedy­nym. I jeśli nie przyj­mie mnie pan na ucznia, będę się uczył u Hu Szu­bie­nicz­nika albo Wra­ble'a Szramy. Poświęcę całe życie na naukę do chwili, kiedy będę miał z panem szansę. Pocze­kam, aż pomy­śli pan, że zapo­mnia­łem o dzi­siej­szym dniu. Pocze­kam, aż pan uzna, że to były tylko pogróżki głu­piego szczura z gil­dii. A kiedy stanę się mistrzem, przez jakiś czas będzie się pan bał wła­snego cie­nia. Kilka razy rzuci się pan na cień, ale mnie tam nie będzie, w końcu jeden jedyny raz pan sobie odpu­ści, i wła­śnie wtedy tam będę. Nie obcho­dzi mnie, czy przy tej oka­zji pan mnie zabije. Oddam swoje życie za pań­skie.

Spoj­rze­nie Durzo pra­wie się nie zmie­niło, gdy z nie­bez­piecz­nego, ale roz­ba­wio­nego, stało się po pro­stu nie­bez­pieczne. Ale Mer­ku­riusz nie widział tego przez łzy, które napły­nęły mu do oczu. Widział tylko pustkę, która poja­wiła się w spoj­rze­niu Jarla, i wyobra­ził ją sobie w oczach Laleczki. Wyobra­ził sobie jej krzyk, gdyby Szczur się poja­wiał i zabie­rał ją każ­dej nocy. Krzy­cza­łaby bez słów przez pierw­sze kilka tygo­dni, może by wal­czyła - gry­zła i dra­pała przez chwilę - a potem już by nie krzy­czała, już by nie wal­czyła. Byłoby tylko sły­chać poję­ki­wa­nie, odgłosy ciała i przy­jem­no­ści Szczura. Jak to było z Jar­lem.

- Czy twoje życie jest aż tak puste, chłop­cze?

Będzie, jeśli odmó­wisz.

- Chcę być taki jak pan.

- Nikt nie chce być taki jak ja.

Blint wycią­gnął ogromny miecz i przy­tknął go do gar­dła Mer­ku­riu­sza. Przez chwilę chłopcu było obo­jętne, czy ostrze wypije jego życie. Śmierć byłaby lep­sza niż patrze­nie, jak Laleczka znika na jego oczach.

- Lubisz ranić ludzi? - zapy­tał Blint.

- Nie, panie.

- Zabi­łeś już kogoś?

- Nie.

- Więc dla­czego mar­nu­jesz mój czas?

O co mu cho­dziło? Mówił poważ­nie? Nie­moż­liwe.

- Sły­sza­łem, że pan tego nie lubi. Nie trzeba tego lubić, żeby być dobrym - odpo­wie­dział Mer­ku­riusz.

- Kto ci to powie­dział?

- Mama K. Powie­działa, że tym różni się pan od nie­któ­rych.

Blint zmarsz­czył brwi. Wycią­gnął ząbek czosnku z sakiewki i wrzu­cił do ust. Prze­żu­wa­jąc, scho­wał miecz do pochwy.

- No dobra, dzie­ciaku. Chcesz się wzbo­ga­cić?

Mer­ku­riusz poki­wał głową.

- Szybki jesteś. A potra­fisz liczyć punkty, myśląc jed­no­cze­śnie i pamię­ta­jąc o pięć­dzie­się­ciu innych rze­czach? Masz zręczne ręce?

Za każ­dym razem Mer­ku­riusz kiwał głową.

- To zostań szu­le­rem. - Durzo się zaśmiał.

Ale nie Mer­ku­riusz. Spoj­rzał na swoje stopy.

- Nie chcę się wię­cej bać.

- Ja'laliel cię bije?

- Ja'laliel to pryszcz.

- Więc kto?

- Nasza Pięść. Szczur. - Dla­czego tak trudno wypo­wie­dzieć jego imię?

- Bije cię?

- Chyba że... chyba że się z nim robi... te rze­czy. - Zabrzmiało to słabo, ale Blint nic nie powie­dział, więc Mer­ku­riusz dodał. - Nie pozwolę już wię­cej, żeby ktoś mnie ude­rzył. Ni­gdy wię­cej.

Blint cały czas patrzył gdzieś w dal. Mer­ku­riusz miał czas, żeby, mru­ga­jąc, pozbyć się łez z oczu. Księ­życ w pełni zalał mia­sto zło­tym świa­tłem.

- Stara dziwka potrafi być piękna. Mimo wszystko.

Mer­ku­riusz podą­żył za wzro­kiem Blinta, ale nikogo nie zoba­czył. Sre­brzy­sta mgła pod­no­siła się znad cie­płego obor­nika w zagro­dach i snuła wokół sta­rych, popsu­tych akwe­duk­tów. W ciem­no­ściach Mer­ku­riusz nie mógł widzieć Krwa­wią­cego Czło­wieka dopiero co naba­zgra­nego na Czar­nym Smoku, ale wie­dział, że tam jest. Odkąd Ja'laliel zaczął cho­ro­wać, jego gil­dia sys­te­ma­tycz­nie tra­ciła tery­to­ria.

- Pro­szę pana?

- W tym miej­scu nie ma kul­tury. Poza kul­turą ulicy. Budynki są z cegły na jed­nej ulicy, z wikliny i błota na dru­giej, a z bam­busa na następ­nej. Tytuły są ali­ta­erań­skie, ubra­nia cal­la­eań­skie, a muzyka to tylko sethyj­skie harfy i liry lodri­car­skie, nawet te cho­lerne pola ryżowe ukra­dli­śmy Ceu­rze. Ale dopóki jej nie tkniesz, ani nie przyj­rzysz się jej z bli­ska, na­dal jest piękna.

Mer­ku­riusz pomy­ślał, że chyba rozu­mie. Trzeba uwa­żać, czego się tknie i dokąd pój­dzie w Norach. Kałuże rzy­go­win i innych fizjo­lo­gicz­nych pły­nów roz­le­wały się na uli­cach, a ogni­ska, na któ­rych palono obor­ni­kiem, i tłu­stawa para z nie­ustan­nie gotu­ją­cych się kadzi z łojem pokry­wały wszystko tłu­stą sadzą. Ale nie potra­fił odpo­wie­dzieć. Nawet nie był pewien, czy Blint mówił to do niego.

- Nie­wiele ci bra­kuje, chłop­cze. Ale ni­gdy nie biorę uczniów i cie­bie też nie wezmę. - Blint urwał, bawiąc się nożem, prze­su­wa­jąc go mię­dzy pal­cami. - Chyba że zro­bisz coś, czego nie potra­fisz.

Nadzieja zapło­nęła w piersi Mer­ku­riu­sza po raz pierw­szy od mie­sięcy.

- Zro­bię wszystko.

- Musiał­byś to zro­bić sam. Nikt inny nie może wie­dzieć. Musiał­byś wymy­ślić jak, kiedy i gdzie. Wszystko samo­dziel­nie.

- Co muszę zro­bić? - zapy­tał Mer­ku­riusz.

Czuł, jak Anioły Nocy zaci­skają palce na jego żołądku. Skąd wie­dział, co powie za chwilę Blint?

Sie­pacz pod­niósł mar­twego gry­zo­nia i rzu­cił go Mer­ku­riu­szowi.

- Tylko to. Zabij swo­jego Szczura i przy­nieś mi dowód. Masz na to tydzień.

Rozdział 7

Solon Tofu­sin pro­wa­dził szkapę ulicą Sidlin mię­dzy krzy­kli­wymi, cia­sno upa­ko­wa­nymi rezy­den­cjami wiel­kich rodów Cena­rii. Wiele z tych domów miało mniej niż dzie­sięć lat. Inne były star­sze, ale ostat­nio je prze­bu­do­wano. Budynki wzdłuż tej ulicy zasad­ni­czo róż­niły się od reszty archi­tek­tury cena­ryj­skiej. Te zbu­do­wali ci, któ­rzy mieli nadzieję, że za pie­nią­dze mogą kupić kul­turę. Wszy­scy oni rywa­li­zo­wali z sąsia­dami egzo­tycz­nymi pro­jek­tami, popi­su­jąc się fan­ta­zjami na temat lade­skich wież albo pawi­lo­nów rodem z Friaku, albo też nawią­za­niami do bar­dziej wyra­zi­stych rezy­den­cji ali­ta­erań­skich lub wier­nymi kopiami słyn­nych let­nich pała­ców ceu­rań­skich. Solon dostrzegł tu nawet coś, co chyba roz­po­zna­wał z jakie­goś obrazu - pękatą świą­ty­nię ymmur­ską do kom­pletu z cho­rą­giew­kami modli­tew­nymi. Pie­nią­dze z nie­wol­nic­twa, pomy­ślał.

Nie samo nie­wol­nic­two go prze­ra­żało. Na jego wyspie nie­wol­nic­two było powszechne. Ale nie w takim stop­niu jak tu. Te rezy­den­cje wybu­do­wano dzięki wal­kom nie­wol­ni­ków i dzie­ciń­com. Nie było mu po dro­dze, ale prze­szedł przez Nory, żeby zoba­czyć, jak wygląda mil­cząca część jego nowego mia­sta rodzin­nego. Nędza tam­tego miej­sca spra­wiała, że tutej­sze bogac­two było wręcz nie­przy­zwo­ite.

Ledwo szedł ze zmę­cze­nia. Był męż­czy­zną nie­zbyt wyso­kim, ale mimo wydat­nego brzu­cha sze­ro­kim w barach. Szkapa była zacnym koniem, ale był z niej żaden rumak i rów­nie czę­sto musiał ją pro­wa­dzić, jak na niej jeź­dził.

Wiel­kie posia­dło­ści cią­gnęły się przed nim, róż­niąc się od pozo­sta­łych nie tyle roz­mia­rem budyn­ków, ile obsza­rem ziemi w obrę­bie murów. O ile rezy­den­cje stały jedna obok dru­giej, o tyle posia­dło­ści były dość roz­le­głe. Straże czu­wały przy wro­tach ze wzmac­nia­nego żela­zem drewna zamiast przy zawi­łych kra­tach, przy bra­mach, które zbu­do­wano dla obrony, a nie dla ozdoby.

Bramę pierw­szej posia­dło­ści zdo­bił pstrąg Jadwi­nów pokryty płat­kami złota. Za bramą Solon dostrzegł wystawny ogród pełen posą­gów. Nie­które były z mar­muru, inne pokryto złotą folią. Nic dziw­nego, że mają tyle straży, pomy­ślał. Wszy­scy straż­nicy byli zawo­dow­cami i żad­nego nie dało się posą­dzić o urodę, co potwier­dzało plotki na temat duchessy; z przy­jem­no­ścią minął posia­dłość Jadwi­nów. Był przy­stoj­nym męż­czy­zną o oliw­ko­wej cerze, czar­nych oczach i wło­sach na­dal ciem­nych jak noc, nie­tknię­tych sza­rymi cie­niami świtu. Dzie­le­nie domu z wiecz­nie nie­za­spo­ko­joną duchessą, któ­rej mąż wyjeż­dżał w czę­ste i dłu­gie podróże dyplo­ma­tyczne to kło­pot, któ­rego nie potrze­bo­wał.

Co prawda tam, dokąd zmie­rzam, czeka mnie wcale nie mniej kło­po­tów. Doria­nie, mój przy­ja­cielu, mam nadzieję, że to był genialny plan. Nie chciał brać pod uwagę innej moż­li­wo­ści.

- Jestem Solon Tofu­sin. Przy­by­łem zoba­czyć się z lor­dem Gyre - powie­dział Solon, kiedy sta­nął przed bramą posia­dło­ści Gyre'ów.

- Z diu­kiem? - spy­tał straż­nik.

Zsu­nął hełm i podra­pał się po czole.

Co za głu­pek.

- Tak, z diu­kiem Gyre - powtó­rzył wol­niej i z więk­szym naci­skiem, niż to było konieczne, ale już był zmę­czony.

- To straszna szkoda - odparł straż­nik.

Solon pocze­kał, ale męż­czy­zna nie roz­wi­nął myśli. To nie głu­pek, tylko dupek.

- Lord Gyre wyje­chał?

- Gdzieżby.

Więc o to cho­dzi. Powi­nie­nem był się zorien­to­wać, widząc rude włosy.

- Wiem, że po tysiącu lat najaz­dów mądrzejsi Ceu­ra­nie prze­nie­śli się w głąb kon­ty­nentu, zosta­wia­jąc two­ich przod­ków na wybrzeżu, i zdaję sobie sprawę, że sethyj­scy piraci, któ­rzy napa­dali na wasze wio­ski, zabrali wszyst­kie zno­śne kobiety, ponow­nie zosta­wia­jąc two­ich przod­ków, więc w tym, że jesteś i głupi, i brzydki, nie ma two­jej winy. Może jed­nak poku­sił­byś się o próbę wyja­śnie­nia mi, jakim cudem lord Gyre może jed­no­cze­śnie wyje­chać i nie wyje­chać? Możesz uży­wać pro­stych słów.

Na prze­kór logice męż­czy­zna wyglą­dał na zado­wo­lo­nego.

- Nie ma żad­nych śla­dów na two­jej skó­rze, nie masz skrzeli i nawet nie gadasz jak ryba. I jesteś gruby jak na rybę. Niech zgadnę: zło­żyli cię w ofie­rze morzu, ale bogo­wie mor­scy nie przy­jęli cię, a kiedy fale wyrzu­ciły cię na brzeg, przy­gar­nęła cię trol­lica, która wzięła cię omył­kowo za swoje młode?

- Była ślepa - odparł Solon i, kiedy męż­czy­zna się zaśmiał, uznał, że lubi tego straż­nika.

- Diuk Gyre wyje­chał dziś rano. Nie wróci - wyja­śnił straż­nik.

- Nie wróci? Zna­czy ni­gdy?

- Nie moja rzecz gadać o tym. Ale nie, ni­gdy, chyba że się mylę. Wyje­chał objąć dowódz­two nad gar­ni­zo­nem w Wyją­cych Wichrach.

- Ale powie­dzia­łeś, że lord Gyre nie wyje­chał.

- Diuk wyzna­czył swo­jego syna lor­dem Gyre do czasu powrotu.

- Który nie nastąpi.

- Szybko chwy­tasz jak na rybę. Jego syn Logan jest głową rodu.

Nie­do­brze. Za żadne skarby nie potra­fił sobie przy­po­mnieć, czy Dorian powie­dział "diuk Gyre" czy "lord Gyre". Solo­nowi nawet nie prze­szło przez myśl, że mogą być dwie głowy rodu Gyre. Jeśli prze­po­wied­nia mówiła o diuku Gyre, to powi­nien od razu ruszyć w drogę. Jeśli jed­nak doty­czyła jego syna, Solon zosta­wiłby swo­jego pod­opiecz­nego w cza­sie, kiedy chło­pak naj­bar­dziej go potrze­buje.

- Mogę poroz­ma­wiać z lor­dem Gyre?

- A potra­fisz posłu­gi­wać się tą stalą? - zapy­tał straż­nik. - Bo jak nie, to pro­po­no­wał­bym ją scho­wać.

- Słu­cham?

- Nie mów, że cię nie ostrze­ga­łem. Chodź za mną.

Wbrew sobie Solon był pod wra­że­niem. W posia­dło­ści Gyre'ów czuło się trwa­łość, powagę sta­rego rodu. Obie strony murów - zewnętrzną i wewnętrzną - obsa­dzono akan­tem, wyra­sta­ją­cym z czer­wo­nej gleby, o któ­rej Solon wie­dział, że musiano ją spe­cjal­nie po to spro­wa­dzić. Tę osto­watą roślinę wybrano nie tylko po to, by żebracy i zło­dzieje trzy­mali się z dala od murów, ale też ze względu na jej wie­kowe powią­za­nia z ary­sto­kra­cją ali­ta­erań­ską. Sama rezy­den­cja była rów­nie znie­chę­ca­jąca - z cięż­kiego kamie­nia, z sze­ro­kimi łukami i gru­bymi drzwiami, które sta­wi­łyby opór cięż­kiej maszy­ne­rii oblęż­ni­czej. Jedy­nym kom­pro­mi­sem mię­dzy siłą a pięk­nem były pnące róże w kolo­rze krwi, które obrę­biały każde drzwi i każde okno na par­te­rze. Na tle czar­nego kamie­nia i okra­to­wa­nych okien ich ide­alny odcień czer­wieni był ude­rza­jący.

Solon nie zwra­cał uwagi na podzwa­nia­nie stali, dopóki straż­nik nie minął wej­ścia do rezy­den­cji i nie ruszył na tyły budynku. Tutaj, na dzie­dzińcu z wido­kiem ponad Plith na Zamek Cena­ria, kilku straż­ników obser­wo­wało dwóch męż­czyzn w zbro­jach tre­nin­go­wych okła­da­ją­cych się nawza­jem. Mniej­szy cofał się, zata­cza­jąc kółka, pod­czas gdy ciosy więk­szego tra­fiały na jego tar­czę. Mniej­szy potknął się, a jego prze­ciw­nik natarł jak byk, oba­la­jąc prze­ciw­nika tar­czą jak try­ka­jący baran. Męż­czy­zna uniósł miecz, ale następny cios spra­wił, że broń wyle­ciała w powie­trze, a kolejny zadzwo­nił o hełm jak w dzwon.

Logan Gyre ścią­gnął hełm i roze­śmiał się, poma­ga­jąc straż­ni­kowi wstać. Serce Solona się zaci­snęło. To był lord Gyre? To rap­tem dziecko w ciele olbrzyma, na­dal miał dzie­cięcy tłusz­czyk na twa­rzy. Nie mógł mieć wię­cej niż czter­na­ście lat, pew­nie nawet był młod­szy. Solon już wyobra­żał sobie, jak Dorian się śmieje. Wie­dział, że Solon nie lubi dzieci.

Ceu­rań­ski straż­nik pod­szedł do lorda i powie­dział coś do niego cicho.

- Witam - zwró­cił się do Solona lord. - Mar­cus mówi mi, że uwa­żasz się za nie­złego szer­mie­rza. Rze­czy­wi­ście?

Solon spoj­rzał na Ceu­ra­nina, który uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem. Nazywa się Mar­cus? Nawet z imio­nami w tym kraju nie doszli do ładu. Nie­spe­cjal­nie przej­mu­jąc się pocho­dze­niem ludzi, mie­szano imiona - ali­ta­erań­skie, jak Mar­cus czy Lucienne, mie­szały się swo­bod­nie z lodri­car­skimi, jak Rodo czy Day­dra, ceu­rań­skimi, jak Hideo lub Shi­zumi, i zwy­kłymi imio­nami cena­ryj­skimi w stylu Ale­ine albo Felene. Wła­ści­wie jedyne imiona, jakich ludzie nie nada­wali dzie­ciom, to prze­zwi­ska nie­wol­ni­ków powszechne w Norach, jak na przy­kład Bli­zna albo Zaję­cza Warga.

- Radzę sobie, lor­dzie Gyre. Ale to sło­wami chcia­łem się posłu­żyć w spo­tka­niu z tobą, nie bro­nią.

Jeśli ruszę teraz, dotrzemy z moją starą klaczką do gar­ni­zonu w sześć, może sie­dem dni.

- Poroz­ma­wiamy wobec tego, jak już się zmie­rzymy. Mar­cus daj mu jakąś zbroję tre­nin­gową.

Męż­czyźni wyglą­dali na zado­wo­lo­nych, a Solon zoba­czył, że kochali mło­dego lorda jak wła­snego syna. Zbyt swo­bod­nie się śmiali i roz­piesz­czali go. Nagle stał się głową rodu, ale męż­czyźni na­dal jesz­cze byli zadzi­wieni nowo­ścią tego faktu.

- Nie potrze­buję zbroi - odparł Solon.

Chi­choty urwały się i męż­czyźni spoj­rzeli na niego.

- Chcesz się mie­rzyć bez zbroi? - spy­tał Logan.

- W ogóle nie chcę się mie­rzyć, ale jeśli taka jest twoja wola, muszę się zgo­dzić. Nie będę jed­nak wal­czył ostrzem tre­nin­go­wym.

Męż­czyźni pokrzy­ki­wali, szy­ku­jąc się na wido­wi­sko - walkę niskiego Sethyj­czyka, i to bez zbroi, z ich olbrzy­mem. Tylko Mar­cus i jeden, może dwóch innych patrzyli zanie­po­ko­jeni. W gru­bym pan­ce­rzu, który nosił Logan, była nie­wielka szansa, że zosta­nie poważ­nie raniony, nawet ostrym mie­czem. Ale nie­bez­pie­czeń­stwo zawsze ist­niało. Solon, patrząc Loga­nowi w oczy, doj­rzał, że chło­pak też zdaje sobie z tego sprawę. Młody lord nagle zwąt­pił, czy powi­nien być tak zuchwały wobec kogoś, o kim nic nie wie­dział, kogoś, kto może mu źle życzyć. Logan przyj­rzał się raz jesz­cze krę­pej syl­wetce Solona.

- Milor­dzie - ode­zwał się Mar­cus - może naj­le­piej byłoby, gdy­byś...

- Zgoda - odpo­wie­dział Solo­nowi Logan.

Nało­żył hełm i opu­ścił przy­łbicę. Przy­go­to­wał miecz i powie­dział:

- Daj znać, kiedy będziesz gotowy.

Nim Logan zdą­żył zare­ago­wać, Solon wbił palce w otwory przy­łbicy i zła­pał za część chro­niącą nos. Szarp­nął Logana do przodu i obró­cił. Chło­pak wal­nął o zie­mię z jękiem. Solon wycią­gnął nóż zza pasa Logana i przy­ło­żył go do oka chło­paka, opie­ra­jąc kolano obok hełmu i przy­trzy­mu­jąc go w ten spo­sób w miej­scu.

- Pod­da­jesz się? - zapy­tał Solon.

Chło­pak z tru­dem łapał oddech.

- Pod­daję się.

Solon puścił go i wstał, otrze­pu­jąc kurz z noga­wek spodni. Nie pomógł lor­dowi Gyre wstać.

Męż­czyźni mil­czeli. Kilku wycią­gnęło mie­cze, ale żaden nie zro­bił kroku. Jasne było, że gdyby Solon zamie­rzał zabić Logana, już by to zro­bił. Bez wąt­pie­nia zasta­na­wiali się, co diuk Gyre zro­biłby z nimi, gdyby rze­czy­wi­ście coś takiego się wyda­rzyło.

- Głupi z cie­bie chło­pak, lor­dzie Gyre - ode­zwał się Solon. - Bufon, paja­cu­jący przed ludźmi, któ­rych być może pew­nego dnia będzie musiał posłać, żeby za niego zgi­nęli.

Powie­dział "diuk Gyre", Dorian na pewno powie­dział "diuk Gyre". Ale przy­słał mnie tutaj. Na pewno wysłałby mnie pro­stu do gar­ni­zonu, gdyby miał na myśli diuka. W prze­po­wiedni nie cho­dziło o mnie. Dorian nie mógł wie­dzieć, że czeka mnie opóź­nie­nie w dro­dze, że tra­fię do mia­sta tak bar­dzo spóź­niony. Prawda?

Logan zdjął hełm. Twarz miał czer­woną, ale nie pozwo­lił, żeby wstyd prze­ro­dził się w gniew.

- Ja... zasłu­ży­łem sobie na to. Zasłu­ży­łem sobie na to, jak mnie spo­nie­wie­ra­łeś. Może nawet na coś gor­szego. Prze­pra­szam. Marny to gospo­darz, co napada na gości.

- Wiesz, że celowo prze­gry­wali, prawda?

Logan był zasko­czony. Zer­k­nął na męż­czy­znę, z któ­rym wal­czył, gdy zja­wił się Solon, a ten gapił się pod nogi. A potem, jakby to wyma­gało wiel­kiego wysiłku, lord pod­niósł wzrok na Solona.

- Widzę, że mówisz prawdę. Cho­ciaż to wstyd dowie­dzieć się cze­goś takiego, dzię­kuję.

Jego ludzie byli zawsty­dzeni. Pozwa­lali mu wygrać, bo go kochali, ale teraz upo­ko­rzyli swego pana. Nie zro­biło im się po pro­stu przy­kro, szcze­rze cier­pieli.

Jak to jest, że ten chło­piec wzbu­dza taką lojal­ność? Czy to po pro­stu lojal­ność wobec jego ojca?

Kiedy obser­wo­wał, jak Logan patrzy na każ­dego męż­czy­znę z osobna - przy­gląda się tak długo, dopóki każdy nie spoj­rzy mu w oczy i nie odwróci natych­miast wzroku - Solon zwąt­pił w drugą moż­li­wość. Logan pozwo­lił, aby bole­sna cisza zapa­dła i trwała.

- Za sześć mie­sięcy - powie­dział Logan, zwra­ca­jąc się do swo­ich ludzi - będę słu­żył w gar­ni­zo­nie mojego ojca. Nie będę sie­dział bez­piecz­nie w zamku. Będę wal­czył tak jak wielu z was. Ale skoro naj­wy­raź­niej uwa­ża­cie, że tre­ningi to zabawa, bar­dzo dobrze. Zaba­wi­cie się, tre­nu­jąc aż do pół­nocy, wy wszy­scy. Jutro wszy­scy zaczniemy ćwi­czyć. I ocze­kuję, że zja­wi­cie się godzinę przed świ­tem. Zro­zu­miano?

- Tak jest, panie!

Logan odwró­cił się do Solona.

- Prze­pra­szam, panie Tofu­sin. Za to wszystko. Pro­szę mówić mi Logan. Oczy­wi­ście zosta­nie pan na kola­cji, ale czy mam też pole­cić służ­bie, by przy­go­to­wała dla pana pokój?

- Tak - odpo­wie­dział Solon. - Myślę, że to dosko­nały pomysł.

Rozdział 8

Vürdmeister Neph Dada spo­ty­kał się ze Szczu­rem za każ­dym razem w innym miej­scu. W poko­jach zajaz­dów, w piw­ni­cach warsz­ta­tów szkut­ni­czych, w pie­kar­niach, par­kach po wschod­niej stro­nie, w śle­pych ulicz­kach Nor. Odkąd Neph się zorien­to­wał, że Szczur boi się ciem­no­ści, dbał, aby zawsze spo­ty­kali się nocą.

Dziś wie­czo­rem Neph obser­wo­wał Szczura i jego ochro­nia­rzy, jak wcho­dzą na maleńki, stary i prze­peł­niony cmen­tarz. Nie było tak ciemno, jak Neph miał nadzieję, że będzie - tawerny, salony gier i bur­dele znaj­do­wały się rap­tem trzy­dzie­ści kro­ków dalej. Szczur nie zwol­nił od razu ochro­nia­rzy. Jak więk­szość Nor cmen­tarz znaj­do­wał się nie­całą stopę powy­żej poziomu wody. Kró­liki, jak nazy­wano miesz­kań­ców Nor, cho­wali swo­ich zmar­łych pro­sto w bło­cie. Jeśli mieli pie­nią­dze, wzno­sili gro­bowce nad zie­mią, ale imi­granci - jako igno­ranci - po jakichś zamiesz­kach czy czymś takim parę lat temu pocho­wali swo­ich zmar­łych w trum­nach. Groby się wydęły, bo trumny pró­bo­wały wypły­nąć na powierzch­nię. Kilka pękło, a ich zawar­tość pożarły dzi­kie psy.

Szczur i jego ochro­nia­rze byli zie­loni ze stra­chu.

- Chodź­cie - powie­dział w końcu Szczur do swo­ich dużych, pod­no­sząc non­sza­lancko czaszkę i rzu­ca­jąc ją jed­nemu.

Chło­pak szybko się cof­nął i czaszka, słaba ze sta­ro­ści albo od cho­roby, roz­trza­skała się o kamień.

- Witaj, mały - wychry­piał Neph pro­sto do ucha Szczura.

Szczur się wzdry­gnął, a Neph uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc szczer­bate uzę­bie­nie. Jego dłu­gie rzad­kie siwe włosy opa­dały tłu­stymi kosmy­kami na ramiona. Neph stał tak bli­sko, że chło­pak cof­nął się o krok.

- Czego chcesz? Dla­czego tu jestem?

- Och, draż­li­wość i filo­zo­fia, dwa w jed­nym. - Neph się przy­su­nął.

Dora­stał w Lodri­ca­rze, na wschód od Kha­li­doru. Lodri­car­czycy uwa­żali, że ludzie, któ­rzy odsu­wają się tak, że nie czu­jesz zapa­chu ich odde­chu, coś ukry­wają. Kupcy w Cena­rii, któ­rzy pro­wa­dzili inte­resy z Lodri­car­czy­kami, narze­kali na to, ale ocho­czo przy­su­wali się, kiedy w grę wcho­dziły lodri­car­skie pie­nią­dze. Neph jed­nak nie sta­wał bli­sko z powo­dów kul­tu­ro­wych. Nie żył w Lodri­ca­rze od pół wieku. Stał bli­sko, ponie­waż lubił widzieć, jak Szczur się z tym męczy.

- Ha! - powie­dział, wypusz­cza­jąc podmuch zgni­łego powie­trza w twarz chło­paka.

- Co? - Szczur sta­rał się nie cofać.

- Jesz­cze się nie pod­da­łem, jeśli cho­dzi o cie­bie, ty wspa­niały, głupi chło­paku. Cza­sem potra­fisz nauczyć się cze­goś wbrew sobie. Ale nie po to zja­wi­łem się dzi­siaj. I nie po to ty tu jesteś. Czas ruszać. Twoi wro­go­wie zebrali się prze­ciwko tobie, ale jesz­cze się nie zor­ga­ni­zo­wali.

- Skąd wiesz?

- Wiem wię­cej, niż sądzisz, Szczu­rza Mordo.

Neph znowu się zaśmiał i plwo­cina pole­ciała na twarz Szczura. Zauwa­żył, że chło­pak o mało go wtedy nie ude­rzył. Nie bez powodu został Pię­ścią w gil­dii. Ale oczy­wi­ście ni­gdy by nie ude­rzył Nepha. Stary czło­wiek wie­dział, że spra­wia wra­że­nie kru­chego, ale Vürdmeister miał swoje spo­soby obrony.

- Wiesz, ilu szcze­nia­ków ma twój ojciec? - zapy­tał Neph.

Szczur rozej­rzał się po cmen­ta­rzu, jakby Neph nie spraw­dził wcze­śniej, czy nikt nie pod­słu­chuje. Chło­pak był bez­na­dziej­nie głupi. Głupi, ale potra­fił być sprytny i nie miał abso­lut­nie żad­nych skru­pu­łów. Poza tym Neph nie miał wiel­kiego wyboru. Kiedy zja­wił się w Cena­rii, powie­rzono jego opiece czte­rech chłop­ców. Naj­bar­dziej obie­cu­jący zjadł jakieś zepsute mięso w cza­sie pierw­szego roku i zmarł, nim Neph choćby zorien­to­wał się, że chło­pak jest chory. W tym tygo­dniu drugi zgi­nął w wal­kach o tery­to­rium mię­dzy gil­diami. I tak Nephowi zostało tylko dwóch.

- Kiedy ostat­nio liczy­łem, Jego Świą­to­bli­wość był ojcem stu trzy­dzie­stu dwóch chłop­ców. Więk­szość z nich nie miała Talentu i musiała odpaść. Ty jesteś jed­nym z czter­dzie­stu trzech, któ­rzy są z jego nasie­nia. Już ci to mówi­łem. Ale nie powie­dzia­łem ci, że każ­demu z was powie­rzono zada­nie, próbę, w któ­rej macie dowieść swo­jej uży­tecz­no­ści dla ojca. Jeśli ją przej­dziesz, może pew­nego dnia zosta­niesz samym Kró­lem-Bogiem. Potra­fisz odgad­nąć, na czym polega twoje zada­nie?

Oczy Szczura zalśniły jak paciorki na myśl o bogac­twie i splen­do­rze.

Neph go ude­rzył.

- Twoje zada­nie, chłop­cze.

Szczur potarł poli­czek, drżąc z wście­kło­ści.

- Mam zostać Shingą - odpo­wie­dział cicho.

Chło­pak mie­rzył wyżej, niżby Neph kie­dy­kol­wiek podej­rze­wał. Dobrze.

- Jego Świą­to­bli­wość oświad­czył, że Cena­ria upad­nie, tak samo jak reszta połu­dnio­wych ziem. Sa'kagé to jedyna praw­dziwa siła w Cena­rii, więc tak, zosta­niesz Shingą. A potem oddasz swo­jemu ojcu Cena­rię albo, co bar­dziej praw­do­po­dobne, zawie­dziesz i zgi­niesz i jeden z two­ich braci tego dokona.

- Są inni w tym mie­ście? - spy­tał Szczur.

- Twój ojciec jest bogiem, ale jego narzę­dziami są ludzie, a ci zawo­dzą. Jego Świą­to­bli­wość ma więc plan awa­ryjny. A teraz, moja przy­szła porażko, jak się przed­sta­wia twój genialny pomysł zała­twie­nia sprawy z Mer­ku­riu­szem?

W oczach Szczura znowu zapło­nęła wście­kłość, ale zapa­no­wał nad sobą. Jedno słowo Nepha, a Szczur stałby się kolej­nym tru­pem dry­fu­ją­cym rano w Plith, obaj to wie­dzieli. Prawdę mówiąc, Neph go spraw­dzał. Okru­cień­stwo było główną zaletą Szczura. Neph widział, że jego pra­gnie­nie krwi budziło strach w star­szych chłop­cach, któ­rzy ina­czej mogliby go zabić - ale byłoby bez­u­ży­teczne, gdyby dzie­ciak nie potra­fił nad nim pano­wać.

- Zabiję Mer­ku­riu­sza - odpo­wie­dział Szczur. - Będzie krwa­wił jak...

- Jedno, czego ci nie wolno zro­bić, to go zabić. Jeśli to zro­bisz, wszy­scy o nim zapo­mną. Kto inny zaj­mie jego miej­sce. Musi żyć zła­many, żeby świat mógł go oglą­dać.

- Pobiję go na oczach wszyst­kich. Poła­mię mu ręce i...

- A jeśli jasz­czurki rzucą się w jego obro­nie?

- Nie zro­bią tego. Za bar­dzo się boją.

- W prze­ci­wień­stwie do innych chłop­ców, któ­rych znam, Mer­ku­riusz nie jest głupi. Wie­dział, co to zna­czy, kiedy duzi do niego przy­szli. Może od początku to sobie pla­no­wał. Pierw­sze, czego się spo­dziewa, to że się prze­stra­szysz i spró­bu­jesz go pobić. Zatem ułoży sto­sowny plan.

Neph patrzył, jak Szczur zaczyna rozu­mieć, że naprawdę mógłby stra­cić pano­wa­nie nad gil­dią. Jeśli straci gil­dię, straci życie.

- Ale ty masz plan - powie­dział Szczur. - Znasz spo­sób, w jaki mogę go znisz­czyć, prawda?

- Mogę się nim nawet podzie­lić.

***

To się zbli­żało. Mer­ku­riusz wyczu­wał to, kiedy leżał na pod­ło­dze, oto­czony przez swoje jasz­czurki, swoją gil­dię. Jego gil­dię. Pięt­na­ście malu­chów i pię­ciu dużych. Połowa malu­chów z Czar­nego Smoka i ćwierć dużych było teraz jego. Spali spo­koj­nie wokół niego, pew­nie nawet Bor­suk, który miał tylko uda­wać.

Mer­ku­riusz nie spał od czte­rech dni. Tej nocy, kiedy wró­cił do domu po roz­mo­wie z Blin­tem, i każ­dej następ­nej leżał, knu­jąc, powąt­pie­wa­jąc, gorącz­kowo pod­eks­cy­to­wany wizją życia bez Szczura. Ale świa­tło jutrzenki obra­cało wszyst­kie jego plany w pył. Dla żartu nazwał tych, co z nim trzy­mali, jasz­czur­kami - z pew­no­ścią to nie były żadne smoki - ale dzieci przy­jęły tę nazwę z dumą, nie sły­sząc kry­ją­cej się w niej roz­pacz­li­wo­ści.

W ostat­nich dniach dzia­łał, wyda­wał roz­kazy, pró­bo­wał prze­gru­po­wać swoje żało­sne jasz­czurki - wszystko, byle nie myśleć o zabi­ciu Szczura. Jak długo Szczur będzie cze­kać? Nad­szedł czas na czystkę. Wszy­scy cze­kali, żeby zoba­czyć, co Szczur zrobi. Wszy­scy byli pewni, że coś zrobi. Jeśli niczego nie zrobi, i to wkrótce, wierni mu zaczną weń wąt­pić i w jed­nej chwili straci gil­dię.

Mer­ku­riusz wydał nawet roz­kaz trzem malu­chom, któ­rym naj­bar­dziej ufał, żeby przez cały czas strze­gli Laleczki. Nie naj­roz­sąd­niej wyko­rzy­sty­wał siłę, jaką roz­po­rzą­dzał. Potrze­bo­wał, żeby malcy dostar­czali mu infor­ma­cji: pod­słu­chi­wali innych w gil­dii, spraw­dzali sąsied­nie gil­die, czy gdzieś któ­raś nie chcia­łaby, żeby jasz­czurki do niej dołą­czyły. Poza tym, co trzy malu­chy mogły zdzia­łać prze­ciwko dużym Szczura? Dzieci, które miały osiem, dzie­sięć i jede­na­ście lat nie powstrzy­mają pięt­na­sto- i szes­na­sto­lat­ków Szczura. W końcu wyzna­czył dwóch dużych, któ­rzy dołą­czyli do niego na początku, żeby jej pil­no­wali, mieli ją na oku przez cały dzień.

Jed­nakże sprawy wymy­kały mu się z rąk. Noce bez snu mściły się na nim. W gło­wie miał zamęt. To tylko kwe­stia czasu, kiedy popełni idio­tyczny błąd. A wszystko dla­tego, że nie miał odwagi zabić Szczura.

Mógłby to zro­bić dziś w nocy. To byłoby łatwe, naprawdę. Szczur wyszedł przed pół­nocą z dwoma dużymi, ale kiedy wrócą, od razu zaśnie. Ten łaj­dak ni­gdy nie ma pro­ble­mów ze spa­niem. Mer­ku­riusz miał maj­cher. Miał nawet praw­dziwy nóż, który ukradł jeden z dużych. Musiał tylko podejść do Szczura i wbić mu ostrze. Wystar­czy gdzie­kol­wiek w brzuch. Nawet jeśli smoki Szczura będą wystar­cza­jąco lojalne, żeby zabrać go do uzdro­wi­ciela, z pew­no­ścią zabiorą mu wszyst­kie pie­nią­dze. Jaki uzdro­wi­ciel będzie pra­co­wał za darmo dla szczura z gil­dii? Mer­ku­riusz musiał tylko odcze­kać pięć minut po powro­cie Szczura, a potem wstać, żeby się wysi­kać. W dro­dze powrot­nej zabiłby go.

To jedyny spo­sób by zapew­nić Laleczce bez­pie­czeń­stwo.

Wie­dział, co ozna­czało zosta­nie sie­pa­czem. Wszystko by się zmie­niło. Sie­pa­cze byli nożami w ciem­no­ściach. Mer­ku­riusz nauczyłby się wal­czyć, zabi­jać. Nie tylko nauczyłby się, jak to robić, ale robiłby to. Blint ocze­ki­wałby od niego, że będzie zabi­jać. To go męczyło jak wzrok Laleczki, który można igno­ro­wać, dopóki nie odpo­wie się na jej spoj­rze­nie. Nie­wiele jed­nak myślał o kon­kre­tach doty­czą­cych zabi­ja­nia. Trzy­mał się obrazu Durzo Blinta śmie­ją­cego się z całej gil­dii. Durzo Blinta śmie­ją­cego się ze Szczura i jego małej armii. Durzo Blinta nie­ulę­kłego. Durzo Blinta, któ­rym Mer­ku­riusz mógł się stać.

Blint zabrałby go. Mer­ku­riusz nie musiałby prze­wo­dzić Czar­nemu Smo­kowi. Nawet swoim jasz­czur­kom. Nie chciał tego. Nie chciał, żeby malu­chy patrzyły na niego, jakby był ich ojcem, a duzi, któ­rzy prze­wyż­szali go co naj­mniej o głowę, patrzyli nań, jakby wie­dział, co robi, jakby mógł zapew­nić im bez­pie­czeń­stwo. Nie potra­fił zadbać nawet o wła­sne bez­pie­czeń­stwo. To wszystko było oszu­stwem. On był oszu­stem. Wro­biono go, a oni nawet tego nie zauwa­żyli.

Cha­rak­te­ry­styczny odgłos prze­su­wa­nia fron­to­wych drzwi oznaj­mił powrót Szczura. Mer­ku­riusz tak się bał, że popła­kałby się, gdyby nie kazał Bor­su­kowi czu­wać. Nie mógł pła­kać na oczach swo­ich dużych. Był prze­ko­nany, że Szczur podej­dzie do niego, każe dużym go pod­nieść i zabie­rze go gdzieś, żeby wymie­rzyć mu strasz­liwą karę, przy któ­rej los Jarla wyda się lekki. Ale Szczur jak to on roze­pchnął się w swoim hare­mie, poło­żył się i w ciągu kilku sekund zasnął.

Sie­pacz by nie pła­kał. Mer­ku­riusz pró­bo­wał spo­wol­nić oddech. Nasłu­chi­wał, czy ochro­nia­rze Szczura też posnęli.

Sie­pa­cze się nie boją. To mor­dercy. To ludzie się ich boją. Wszy­scy w Sa'kagé się ich oba­wiają.

Jeśli będę tu leżał i pró­bo­wał spać, to może zasnę i nic się nie wyda­rzy przez jesz­cze jedną noc, może jesz­cze jeden tydzień, ale w końcu Szczur mnie dorwie. Wszystko znisz­czy.

Mer­ku­riusz widział to w jego oczach. Wie­rzył, że Szczur go znisz­czy i nie wie­rzył, że ma jesz­cze tydzień.

Albo to, albo zabiję go pierw­szy.

W wyobraźni Mer­ku­riusz widział sie­bie jako boha­tera wyję­tego z pie­śni barda: spłaci dług Jar­lowi, da Ja'lalie­lowi wystar­cza­jąco dużo pie­nię­dzy, żeby wyku­pił sobie ape­la­cję, wszy­scy w gil­dii będą go kochać za zabi­cie Szczura, a Laleczka prze­mówi po raz pierw­szy i apro­bata zalśni w jej oczach, kiedy powie mu, jaki jest dzielny.

To było głu­pie, a on nie mógł sobie pozwo­lić na głu­potę.

Musiał się wysi­kać. Wstał wście­kły i wyszedł tyl­nymi drzwiami. Ochro­nia­rze Szczura nawet się nie poru­szyli przez sen, kiedy ich mijał.

Nocne powie­trze było chłodne i cuch­nące. Mer­ku­riusz wydał więk­szość uzbie­ra­nych pie­nię­dzy, żeby nakar­mić jasz­czurki. Dzi­siaj kupił rybę. Wiecz­nie głodne malu­chy dobrały się do wnętrz­no­ści, zja­dły je i się pocho­ro­wały. Sika­jąc do zaułka, pomy­ślał, że powi­nien był zosta­wić kogoś, kto by ich przy­pil­no­wał. Kolejna rzecz, którą prze­ga­pił.

Dobiegł go zdu­szony dźwięk ze środka, odwró­cił się więc, pod­cią­ga­jąc i zawią­zu­jąc spodnie. Spoj­rzał w ciem­ność, ale uznał, że niczego nie widzi. Nerwy go pono­siły, pod­ska­ki­wał przy byle dźwięku, kiedy z pięć tuzi­nów szczu­rów z gil­dii leżało jedno przy dru­gim, spało, wła­ziło na sąsiada, a przy tym grało im w pustych brzu­chach.

Nagle uśmiech­nął się i dotknął maj­chra. Może i ist­niało sto spraw, o któ­rych nie miał poję­cia, i tysiąc innych, nad któ­rymi nie pano­wał, ale wie­dział, co musi teraz zro­bić.

Szczur musiał umrzeć. To było pro­ste. Nie­ważne, co potem sta­nie się z Mer­ku­riu­szem. Czy mu podzię­kują, czy go zabiją; musiał go zabić. Musiał go zabić, zanim Szczur dorwie Laleczkę. Musiał go zabić teraz.

I w ten spo­sób pod­jął decy­zję. Wszedł do środka, trzy­ma­jąc maj­cher wzdłuż nad­garstka. Szczur powi­nien spać mię­dzy swoim hare­mem. Rap­tem dwa kroki w bok od trasy Mer­ku­riu­sza. Uda, że się zato­czył, na wypa­dek gdyby duzi patrzyli, i zatopi nóż w brzu­chu Szczura. Będzie go dźgał tak długo, aż albo umrze Szczur, albo on.

Dzie­liły go cztery kroki od ataku, kiedy zoba­czył miej­sce, w któ­rym sam sypiał.

Bor­suk leżał w ciem­no­ściach na ple­cach. Cienka linia ryso­wała się na jego szyi, czarna na tle skóry. Oczy miał otwarte, ale się nie ruszał.

Miej­sce Laleczki było puste. Znik­nęła tak samo jak Szczur.