Wstęp
On the Road Again
Goin' places that I've never been
Seein' things that I may never see again
And I can't wait to get on the road again
Willie Nelson, 1980
On the Road Again, piosenka country do filmu Honeysuckle Rose z 1980
roku, nominowana do Oscara i wyróżniona nagrodą Grammy, towarzyszy mi
podczas każdej podróży. Ledwo zajmę miejsce w samolocie, od razu mi się
przypomina. Co takiego jest w momencie wyruszenia w drogę, że ludzie
tęsknie spoglądają na horyzont i pragną odkryć to, co się za nim kryje?
Drogę mam we krwi, choć nie tylko ja. W dzisiejszych czasach turystyka
osiągnęła poziom dotychczas nienotowany. Co więcej, jest tak wiele form
podróżowania, że każdy znajdzie coś dla siebie. Tym, co łączy
globtroterów, jest chęć wojażowania. Docieranie do nowych miejsc,
odkrywanie nieznanego, przemieszczanie się. Dla mnie kwintesencją
podróży jest droga sama w sobie, szlak wiodący za horyzont, odkrywający
nowe krajobrazy, miejsca i ludzi.
Jeżdżę po świecie od ponad 20 lat. Stale się uczę, ciągle zachwycam.
Wyjeżdżam regularnie kilka razy w roku. W Chinach spędziłem kilka
miesięcy, w Stanach Zjednoczonych ponad rok i jeszcze więcej w krajach
europejskich. Nieobce mi są safari w Afryce czy przeprawa samochodem
terenowym przez Himalaje. Spałem pod gwiazdami na pustyni Gobi z dala od
cywilizacji, podziwiałem deltę Okawango z pokładu awionetki, ścigałem
się w regatach na Karaibach. Latałem balonem nad pustynią Namib i jeździłem autem terenowym po kraterze Ngorongoro. Mam wiele
niezapomnianych wspomnień.
Podróżuję po świecie głównie po to, by podziwiać przyrodę i obserwować
ludzi. Staram się poznawać świat w detalach, skupiać się na szczegółach.
Czasami najmniejsze rzeczy w nieoczekiwanych miejscach cieszą
najbardziej i skłaniają do refleksji, podczas gdy inne przerażają lub
wywołują zachwyt. Celem jest odkrywanie. Jak powiedział Święty Augustyn
z Hippony, "Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko
jedną stronę". Ta maksyma idealnie oddaje sens ruszania w drogę. Przez
lata doszedłem do jeszcze jednego wniosku, stwierdziłem bowiem, że każda
podróż zmienia moją tożsamość. I jest to dla mnie najcenniejsze, gdyż
zyskuję szerszy obraz rzeczywistości, co pozwala mi spojrzeć również na
siebie z innej perspektywy.
Poznawanie świata wzbogaca, otwiera umysł, uczy tolerancji i pokazuje,
że europejski, polski sposób postrzegania rzeczywistości nie jest
jedynym właściwym, ponieważ ludzie żyjący w różnych miejscach naszego
globu inaczej odbierają rzeczywistość. Przykładem arogancji jest
natomiast twierdzenie, że to, co nasze i znane, jest najlepsze. Musimy
uświadomić sobie, że nie jest ani najlepsze, ani najgorsze. Jest tylko
jedną z wielu kart księgi świata, którą należy "czytać", żeby móc go
zrozumieć. Dlatego właśnie tak chętnie wyruszam na wyprawy. Od wielu lat
marzyłem, by przemierzyć Route 66, drogę, która jest dla mnie synonimem
podróży. Zresztą takich marzycieli jak ja jest znacznie więcej.
Spotkałem wielu ludzi, którym na hasło "Route 66" oczy płonęły blaskiem.
Dla nich jazda najsłynniejszą drogą Ameryki Północnej oznacza wyprawę w stronę horyzontu, przez senne miasteczka i bezkresne obszary
południowego zachodu. Liczy się droga, a nie cel... chciałoby się
powiedzieć.
Dla mnie była to okazja do pokonania części amerykańskiego kontynentu
śladem milionów ludzi, którzy zrobili to przede mną. Szum wiatru,
wybijające rytm opony toczące się po asfalcie i amerykańskie standardy
rockowe w radiu. Motocykliści, noclegi w starych motelach, jedzenie w przydrożnych barach i kelnerki stale uzupełniające kubek rozwodnioną
kawą. Podglądanie codzienności życia Amerykanów w sklepach,
restauracjach i na ulicy. Stany Zjednoczone wprawdzie nie oszałamiają
egzotyką jak bambusowe chatki w dżungli czy buddyjskie klasztory w Himalajach, lecz mają do zaoferowania coś innego. W tym kraju mieszkają
przybysze z każdego zakątka Ziemi. Niezależnie od tego, czy pojedziemy
do Wietnamu, Japonii, Nikaragui, czy na Kamczatkę, spotkamy tam osoby,
które mają krewnych lub przyjaciół w USA. Cała globalna społeczność
wpływa na kulturę Ameryki i nieustannie ją kształtuje. W żadnym innym
miejscu na naszej planecie ci ludzie nie mieliby możliwości poczuć się
obywatelami innego kraju tak szybko jak w Stanach. Jako Polak osiadły w Czechach czy we Francji zawsze będę obcokrajowcem. Żyjąc w USA, nadal
będę Polakiem, ale mam szansę poczuć się również Amerykaninem. Tam każdy
ma lub miał rodzinę gdzieś indziej na świecie i wszyscy oprócz czarnych
potomków niewolników wiedzą, skąd przybyli ich przodkowie. Skaza
niewolnictwa nadal ma silny wpływ na obecne Stany, ale to temat na inną
książkę. To w USA przez ostatnie sto lat tworzyła się i nadal tworzy
szeroko rozumiana kultura współczesnego świata. Nauka, sztuka, muzyka,
filmy produkcji amerykańskiej cieszą się zainteresowaniem w każdym
zakątku Ziemi. Czy to nie ekscytujące, że jeden kraj ma tak wielki
wpływ? Może to się podobać lub nie, ale jest faktem. Zanim wyruszyłem w podróż Drogą 66, poznałem amerykańskie metropolie: Nowy Jork, Los
Angeles, San Diego, Orlando, Miami. Spędziłem sporo czasu, obserwując
nowoczesną, zamożną część amerykańskiego społeczeństwa. Route 66 miała
mi pokazać inne oblicze Ameryki, bez przepychu, luksusowych rezydencji i jachtów, lecz pełne pikapów, kierowców ciężarówek, traktorów i przydrożnych barów.
Aby dokładnie poznać Drogę 66, należałoby spędzić na niej nie dni, lecz
miesiące. Jeśli dodać atrakcje położone w bliższym lub dalszym
sąsiedztwie, może nawet rok. Gdyby zaś chcieć poznać mieszkających tam
ludzi, pewnie kilka lat lub całe życie. Można podróżować ze wschodu na
zachód albo - jak wielu się decyduje - z zachodu na wschód zwykłym
samochodem albo cudem techniki napędzanym energią słoneczną, motocyklem
lub rowerem. Wytrwali mogą wybrać się pieszo, bo każdy swoją drogą
podąża sam. Wyprawa Route 66 była dla mnie osobistym przeżyciem, a to,
co widziałem, było moim wyborem. Mógłbym na jakiś czas zatrzymać się w mijanych miastach, mógłbym zwiedzić więcej parków narodowych lub jechać
z małymi przerwami na sen. Podróż słynną drogą zaplanowałem zgodnie z moimi marzeniami i o tym jest ta książka, o mojej Route 66.
Podczas tej wyprawy zakochałem się w amerykańskiej prowincji. Jak to
zwykle z miłością bywa, czasami jest ona trudna, burzliwa, pełna
dramatów, ale jeśli jest prawdziwa i głęboka, to żadne huragany jej nie
zniszczą. Samotne podróże po tej części USA stały się moim celem na
kolejnych kilka lat po napisaniu tej książki. Od tamtej pory
przemierzyłem ponad 25 000 kilometrów lokalnymi drogami w Teksasie,
Luizjanie i Utah. To zmieniło moje postrzeganie Ameryki, jakie miałem
podczas jazdy Route 66. Dlatego postanowiłem wznowić wydanie tej książki
i uzupełnić ją o swoje spostrzeżenia i miejsca, do których dotarłem w 2022 roku, przejeżdżając ponownie odcinki najsłynniejszej trasy Ameryki
Północnej w Kalifornii i Arizonie.
Po pierwszym wydaniu tej książki uświadomiłem sobie, że wiele osób
kupowało ją przed podróżą do USA. Gdy planowali jazdę Route 66, to z niej czerpali wskazówki dotyczące miejsc wartych odwiedzenia. Podobnie
jak Amerykanie od lat pięćdziesiątych XX wieku Polacy wybierający się w tę podróż szukają zachwycających przyrodniczo krajobrazów i atrakcji,
tak charakterystycznych dla tej drogi. Jestem przekonany, że nowe
wydanie również będzie pełniło tę funkcję, tym bardziej że dodałem
więcej przydatnych informacji.
Route 66 to bardziej mit, lokalne połączenie pomiędzy małymi
miejscowościami niż droga krajowa, lecz jej popularność z roku na rok
rośnie, a mieszkający przy jej starych odcinkach przedsiębiorczy ludzie
prześcigają się w dostarczaniu atrakcji turystom. Droga Matka cały czas
się zmienia, ewoluuje, zadziwia. Czasami szokuje kiczem, który jednak
przyciąga jak magnes. To swego rodzaju archeologia konsumpcjonizmu
pozwalająca poznać to, co minęło, pełna sztucznie stworzonych atrakcji
służących zarabianiu pieniędzy. Miejsca te są jak wehikuły czasu, żywe
muzea, gdzie nadal serwuje się posiłki i gości na noc podróżnych.
Prowadzą je ludzie pełni pasji, którzy albo korzystają z tego, że mają
domy przy tej historycznej drodze, albo przenieśli się tu, by wieść
życie w takim stylu. Wytyczenie Route 66 przed 90 laty oprócz roli
transportowej miało służyć rozwojowi miasteczek i położonych wzdłuż niej
osad, i tak też jest do dzisiaj.
Gloryfikacja artefaktów, czyli znaki drogowe, stare samochody, szyldy
eksponowane przed domami i lokalami gastronomicznymi, są cechą
charakterystyczną amerykańskiego krajobrazu. W żadnym kraju na świecie
stary zderzak, rdzewiejący slogan reklamowy produktu, który już nie
istnieje, wytarty kowbojski but czy rozpadająca się rama
siedemdziesięcioletniego samochodu nie mają takiej wartości jak tutaj, a Droga 66 jest świątynią pamięci, żywym skansenem minionej epoki. Nie
dotyczy to jednak tylko Route 66. Podróżując po różnych regionach USA i przemierzając tysiące kilometrów prowincjonalnymi drogami, nieraz
widziałem klimatyczne, prawie puste miasteczka, które w wyniku oddania
do użytku autostrad niszczeją, są pełne opuszczonych domów, restauracji,
moteli i sklepów. Właśnie tam każdy może znaleźć swoją Drogę 66, zapewne
bardziej naturalną, bo bez sklepów z pamiątkami i muzeów.
Szczypta historii
Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że Route 66 to
najsłynniejsza droga na świecie. Kto nie słyszał o szlaku wiodącym z Chicago do Los Angeles, nazywanym przez Amerykanów Mother Road - Drogą
Matką? Zbudowano ją, by zapewnić wygodne połączenie z Zachodnim
Wybrzeżem. Nie było w tym nic romantycznego. Podczas wielkiego kryzysu w latach trzydziestych XX wieku i później miliony ludzi wyruszały na
zachód w poszukiwaniu lepszego życia: miejsca i możliwości. Droga
oznaczała rozwój gospodarczy w skali zarówno makro, jak i mikro. Była
szansą dla mieszkających przy niej społeczności. Zanim jednak powstała
słynna Route 66, setki tysięcy ludzi podążały na zachód prymitywnymi
szlakami wytyczonymi przez podróżników, handlarzy futer, wojsko i pionierów. Podbój zachodniej części kontynentu amerykańskiego rozpoczął
się mniej więcej na początku XIX wieku, czyli ponad 100 lat przed
powstaniem Route 66. W tym czasie stany leżące na wschodzie prężnie się
rozwijały. Wiele obszarów od Atlantyku do brzegów Missisipi już wtedy
odkryto i - można powiedzieć - oswojono. Z kolei tereny położone na
zachodzie wciąż były nieznane. Mieszkańcy Wschodniego Wybrzeża nadal
niewiele wiedzieli o tym, co znajduje się po drugiej stronie wielkiej
rzeki. Docierały do nich szczątkowe informacje o bezkresnych preriach,
pustyniach i Indianach żyjących na południowym zachodzie. W tamtych
czasach na zachód udawali się głównie odkrywcy. Najsłynniejszą wyprawą
była ekspedycja Lewisa i Clarka w latach 1804-1806. Wyruszyli oni z St.
Louis, miasta położonego w środkowej części współczesnych Stanów
Zjednoczonych, i dotarli aż do wybrzeża Pacyfiku. Udowodnili, że możliwe
jest przebycie trasy na drugą stronę kontynentu. Przez lata szlaki na
zachód wytyczali kolejni wielcy podróżnicy i odkrywcy, tacy jak John C.
Frémont, który 40 lat później, w latach 1842-1847, odbył aż trzy wyprawy
na zachód. Z wykonanych przez niego map korzystali pionierzy jeszcze
przez dziesięciolecia. Dlaczego ludzie podróżowali na zachód? Dlaczego
wyruszali w tak niebezpieczną drogę? Odpowiedź jest prosta: na zachodzie
kontynentu leżała Kalifornia, prężnie rozwijający się stan, który kusił
wizją lepszego życia. Oferował miejsca pracy, a w wyobraźni wielu -
również cenny kruszec, odkąd w 1848 roku w okolicach San Francisco
wybuchła gorączka złota.
Dzięki budowie kolei poprawiło się bezpieczeństwo podróży. Pionierzy
kuszeni przez rząd darmową ziemią wyruszali nie tylko do Kalifornii, ale
także bliżej: do Oklahomy, Arizony, Nowego Meksyku i na południe, do
Teksasu, gdzie panowały idealne warunki do hodowli wielkich stad bydła.
Symbolem Dzikiego Zachodu, utrwalonym później przez westerny, stali się
kowboje i farmerzy, którzy siejąc trawę dla zwierząt i uprawiając zboże,
na zawsze zmieniali prerię. Spędy dziesiątek tysięcy sztuk gonionych
tysiące kilometrów na północ są amerykańskim mitem przedstawiającym
zaradność, odwagę i pracowitość. Liczne stada bydła były wiezione w wagonach kolejowych z południowo-zachodnich stanów do Chicago, gdzie od
1865 roku działała jedna z największych ubojni w historii USA - Union
Stock Yard. Początkowo należała do kilku firm kolejowych i pokrywała 80
procent zapotrzebowania amerykańskiego rynku na mięso. Była tak
efektywnym i nowoczesnym zakładem, że jej zautomatyzowany, masowy system
produkcji wpływał nie tylko na upowszechnienie mięsa w jadłospisie
Amerykanów, lecz także na rozwój innych biznesów, w tym motoryzacyjnego.
Na początku XX wieku Henry Ford, zainspirowany rozwiązaniami w Union
Stock Yard, wprowadził pierwszą na świecie profesjonalną linię produkcji
samochodów.
Gorączka złota w Kalifornii
Zanim jednak ukończono transkontynentalną linię kolejową, ludzie
podróżowali pieszo lub wozami zaprzęgniętymi w muły lub osły (były
wytrzymalsze niż konie). Ze względów bezpieczeństwa organizowali się w grupy kilkudziesięciu wozów prowadzone przez przewodników. Potrzebowali
do tego szlaków, którymi mogli się przedostawać na zachód kontynentu. W XIX wieku trasy te prymitywne i często wiodły ścieżkami wytyczonymi
przez Indian. Najdłuższym, wysuniętym najbardziej na północ, był
wychodzący z Missouri szlak Oregon (liczył około 3200 kilometrów),
biegnący przez stany Missouri, Kansas, Nebraska, Wyoming, Idaho i Oregon, czyli przez środkową część dzisiejszych USA. Jeśli wziąć pod
uwagę, że pionierzy pokonywali 20-25 kilometrów dziennie, dotarcie do
celu zajmowało ponad pół roku.
Kolejną uczęszczaną trasą był tzw. szlak mormoński, liczący około 2
tysięcy kilometrów. W 1844 roku zamordowano w Illinois Josepha Smitha,
pierwszego proroka, twórcę kościoła mormonów, których prześladowano
głównie ze względu na poligamię. Dążąc do uspokojenia nastrojów
społecznych, zapewnienia bezpieczeństwa swoim rodzinom i znalezienia
miejsca, gdzie mogliby żyć według własnych zasad, zapadła decyzja o przesiedleniu. Początkowo rozważano Teksas, ale ostatecznie wybór padł
na nieprzyjazne, odosobnione i bezludne Utah. Nowy prorok, przywódca
kościoła Brigham Young w 1846 roku poprowadził ekspedycję 148 ludzi,
którzy dotarli do miejsca, gdzie obecnie leży Salt Lake City. Tam się
osiedlili i tam przez kolejne lata docierały karawany mormonów z Illinois. Ta historia przypomina wędrówkę Mojżesza i ludu wybranego do
ziemi obiecanej. Do 1896 roku w Utah mieszkało już ponad 250 tysięcy
mormonów. Do dzisiaj stanowią oni większość mieszkańców tego stanu.
Szlak wytyczony przez wyznawców Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, bo tak brzmi pełna nazwa, przechodził przez dzisiejsze
stany Illinois, Iowa, Nebraska i Wyoming aż do Utah.
Zabójstwo proroka Josepha Smitha
Oprócz mormońskiego istniał też szlak kalifornijski. Tym mianem
określano biegnącą na zachód trasę rozpoczynającą się i kończącą w kilku
miejscach. Na wschodzie pionierzy wyruszali głównie z miasta Omaha w Iowa lub Independence w Missouri, aby przez dzisiejszą Nebraskę dotrzeć
do stanu Wyoming. Tam szlak rozdzielał się na kilka dróg i dalej
prowadził przez Idaho lub Utah, by ponownie połączyć się na terytorium
Nevady i dalej prowadzić do Kalifornii.
Szacuje się, że w latach 1843-1869 około pół miliona ludzi zmierzało
tymi drogami na zachód. Niezależnie od trasy podróż nimi była uciążliwa,
powolna i trudna. Pionierzy narażeni byli na choroby, ataki dzikich
zwierząt, trudne warunki atmosferyczne, wypadki. Podczas próby
przejechania kontynentu amerykańskiego ze wschodu na zachód życie
straciło blisko 50 tysięcy ludzi (jedna dziesiąta
osadników)1. Większość zmarła wskutek chorób, głównie ospy,
dyzenterii i cholery. Ludzie ginęli pod kołami wozów, zamarzali,
głodowali lub byli tratowani przez bizony. Indian - których najbardziej
się obawiano - spotykano relatywnie rzadko.
W XIX wieku granice osiedlania się przybyszów z Europy systematycznie
przesuwały się na zachód; najpóźniej zasiedlono tereny Teksasu, Nowego
Meksyku, Arizony, Utah i Nevady. Obszary położone na wschodzie, do
granic Oklahomy, porastały bujne lasy. Zwierząt łownych i wody było pod
dostatkiem. Osadnicy potrafili sobie radzić nawet w najtrudniejszych
warunkach. Karczowali fragmenty lasów, na których wznosili domy, kopali
studnie i uprawiali pola. Na terytorium dzisiejszego Teksasu rozciągał
się ocean trawy, który przechodził w pustynię. Pionierzy mieli przed
sobą olbrzymi obszar bez łatwego dostępu do wody i drewna niezbędnego do
budowy domów. Musieli też się zmierzyć z Indianami.
W latach 40. i 50. XX wieku powstały w USA tysiące kin przeznaczonych dla zmotoryzowanych
W XIX wieku największą siłą dysponowało plemię Komanczów. Comancheria -
bo tak nazywano obszar znajdujący się pod jego kontrolą - zajmowała
teren o powierzchni ponad 380 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli
więcej niż obszar Polski. Nie było to państwo w tradycyjnym tego słowa
znaczeniu. Brakowało scentralizowanych struktur państwowych i przywódców, z którymi można by negocjować. Po prerii krążyły mniejsze
lub większe grupy plemienne. Nikt nie wiedział, ile ich jest, a że stale
zmieniały miejsca obozowisk, trudno było określić, gdzie przebywają.
Zapewnienie bezpieczeństwa podróżnym i osadnikom przysparzało niemało
trudności. Zdarzały się napaści, w których Indianie wykazywali się
niewyobrażalnym okrucieństwem, skalpując i kastrując swoje ofiary. To
budziło powszechny i zrozumiały strach. "Rozwiązanie problemu Indian" -
jak nazywał to ówczesny rząd - nastąpiło dopiero po wojnie secesyjnej
(1861-1865), kiedy na Wielkich Równinach rozpoczęły się regularne
wyprawy wojska. Z plemionami albo walczono, albo próbowano się z nimi
układać. Olbrzymie pustynne tereny południowych równin były jednak
niełatwe do kontrolowania. Wskutek słabego nadzoru państwa panowało tam
bezprawie, stąd nazwa "Dziki Zachód". Brakowało infrastruktury, dróg i ludzi, którzy zajęliby się administrowaniem tym obszarem. Funkcje
szeryfów sprawowali często byli rewolwerowcy, którzy mieli posłuch i potrafili skutecznie zapobiegać przestępczości.
Nim Indianie przestali być zagrożeniem, minęło wiele lat i zginęło wielu
ludzi. Z czasem większość terytorium zaczęły kontrolować instytucje
państwowe. Do wzrostu bezpieczeństwa po wojnie secesyjnej paradoksalnie
przyczyniło się nie tylko wojsko, ale przede wszystkim masowy odstrzał
bizonów. Pod koniec XIX wieku po prerii wędrowały jeszcze wielomilionowe
stada tych zwierząt, sięgające nawet 80 kilometrów długości i liczące do
4 milionów sztuk. Aż trudno wyobrazić sobie tak wielkie stada. Rzeź
odbywała się na taką skalę, że tylko w Kansas w latach 1868-1881
sprzedano kości bizonów na produkcję nawozów aż z 31 milionów sztuk
ubitych zwierząt. Indianie stracili główne źródło pożywienia. Do mniej
więcej 1880 roku większość indiańskich plemion została zamknięta w rezerwatach, które zazwyczaj znajdowały się na terenach nieatrakcyjnych
dla europejskich osadników. Zaczęły się głód i przywleczone przez
białych choroby, które zdziesiątkowały plemiona. I tak dopełniła się
tragedia Indian. Świat szedł do przodu, po trupach wprawdzie, ale szedł.
Powstanie szlaków prowadzących na południe rozpoczęło się w 1821 roku od
wytyczenia przez Williama Becknella trasy do Santa Fe, które było
wówczas najdalej na północ wysuniętym miastem Meksyku. Pierwotnie szlak
pełnił funkcję drogi między sąsiadującymi krajami. Od Santa Fe, dalej na
zachód, aż do Kalifornii, przez Kolorado, Utah lub częściowo najbardziej
wysunięty na północ fragment Arizony, prowadził tzw. stary szlak
hiszpański - Old Spanish Trail.
Jak wspomniałem, w połowie XIX wieku w Kalifornii wybuchła gorączka
złota. W latach 1848-1855 do tego stanu przyjechało około 300 tysięcy
ogarniętych szałem szybkiego wzbogacenia się. Mniej więcej połowa z nich
wybrała drogę morską. Pozostali przemieszczali się tzw. szlakiem
południowym. W ciągu zaledwie kilku lat przemierzyło go około 150
tysięcy ludzi. Od Santa Fe podróżowali na dalekie południe i dalej -
wzdłuż dzisiejszej granicy USA z Meksykiem - aż do Los Angeles i San
Diego. Ze względu na lżejsze zimy i brak przepraw przez wysokie góry
szlak południowy był przejezdny przez cały rok. Największe wyzwanie
stanowiły brak wody i opału. Dochodzące nawet do 30 stopni Celsjusza
różnice temperatur między dniem a nocą groziły chorobami i wyziębieniem.
Ciekawostką jest, że do opału najczęściej używano wtedy odchodów
bizonów.
W tym budynku Abraham Lincoln prowadził kancelarię prawną, Springfield, Illinois
Istniało więc sporo tras prowadzących na zachód. Nie były to jednak
drogi, lecz szlaki zmuszające podróżnych do pokonywania rozmaitych
przeszkód topograficznych: lasów, prerii, pustyń, gór, jezior i rzek.
Ten wysiłek setek tysięcy ludzi, przemieszczających się na drugą stronę
kontynentu, "ku lepszej przyszłości" obrósł legendą. Trud pionierów stał
się jednym z fundamentów mitu założycielskiego Stanów Zjednoczonych i podstawą nie tylko opowieści o starych szlakach, lecz także o późniejszej Route 66.
Zbudowanie transkontynentalnej linii kolejowej w 1869 roku zakończyło
epokę wędrówek kolumn wozów. Od tego czasu osadnicy mogli podróżować na
Zachodnie Wybrzeże bezpieczniej i szybciej. Romantyczne historie podboju
Dzikiego Zachodu pozostały jednak w masowej świadomości, a utrwalone
później przez hollywoodzkie filmy na stałe weszły do kultury USA.
Imigranci odpoczywający w trakcie podróży po Drodze 66
Początki Route 66
Pilna potrzeba zbudowania nowoczesnych dróg stała się impulsem do
przyjęcia w roku 1921 Federalnego Planu Budowy Autostrad (Federal Aid
Highway Act of 1921), który miał gwarantować niezbędne fundusze na ten
cel. Centralne finansowanie we współpracy z władzami stanowymi i lokalnymi zapewniało szybkie rozpoczęcie modernizacji. Przed jego
uchwaleniem w USA było ponad 4 miliony kilometrów dróg, z których
utwardzono mniej więcej 1,29 procent. Reszta to drogi bite, często
ścieżki. Do konieczności wdrożenia planu przyczynił się również boom
motoryzacyjny. W latach dwudziestych XX wieku w rejestrach figurowało
już 17 milionów aut, podczas gdy 10 lat wcześniej zaledwie 180 tysięcy.
Kompleksowy plan budowy dróg zatwierdzono w 1925, rok później
zdecydowano, że najważniejszym szlakiem mającym łączyć wschód z zachodem
będzie Route 66.
Promotorami utworzenia połączenia drogowego między Chicago a Los Angeles
byli dwaj przedsiębiorcy: pochodzący z Tulsy w Oklahomie i nazywany
ojcem Drogi 66 Cyrus Avery oraz John T. Woodruff ze Springfield w Missouri. Powołali oni Stowarzyszenie Drogi Krajowej 66 (National U.S.
66 Association), którego celem były jej promocja i całkowite utwardzenie
nawierzchni. Avery nazwał tę trasę The Main Street of America - główną
trasą Ameryki. Był to notabene znakomity przekaz marketingowy. Wielu
ludzi zwietrzyło w tym lukratywny biznes. Route 66 umożliwiła setkom
małych farmerskich miejscowości błyskawiczny rozwój. Droga łączyła
główne ulice miasteczek i ich rynki. Rozwijały się handel,
infrastruktura i mała przedsiębiorczość. Dzięki krajowej autostradzie
można było rozwozić lokalne wyroby i płody rolne po całej Ameryce. W miejscowościach leżących przy Route 66 otwierały się stacje benzynowe,
warsztaty samochodowe, restauracje i motele, których nazwa powstała od
połączenia słów motor i hotel (motel). Wcześniej podróżujący nie mogli
liczyć na łatwe znalezienie noclegu. Obozowano w namiotach rozbitych
przy drodze, spano w samochodach. Było to nie tylko niewygodne, lecz
także w wielu miejscach niebezpieczne. Wyobraźmy sobie podróż na trasie
między Warszawą a Lizboną, bo mniej więcej taką długość ma Route 66,
która w dużej mierze wiedzie przez pustkowia, m.in. pustynie i góry,
podczas której musimy nocować pod gołym niebem, zdani tylko na siebie.
Stowarzyszenie Drogi Krajowej 66 postawiło też na promocję regionów. Z czasem oprócz podróżujących nią za chlebem tę trasę wybierali też
turyści. Zachęcano do odwiedzin regionu Ozark, Teksasu, Nowego Meksyku,
Arizony i znajdujących się w okolicach atrakcji, do których można było
dojechać z Route 66, np. Wielki Kanion w Arizonie. Wytyczenie drogi i jej ciągła modernizacja zapoczątkowały rozwój transportu ciężarowego,
który zaczął konkurować z koleją. Droga 66 i jej modernizacja dały nowe
miejsca pracy, co miało olbrzymie znaczenie w czasach wielkiego kryzysu.
Dzięki inwestycjom i zaangażowaniu tysięcy ludzi Route 66 stała się
pierwszą "autostradą" w USA, w pełni wybetonowaną do 1938 roku.
Miejscowości leżące przy Route 66 nie znalazły się tam przypadkowo.
Droga połączyła wiele istniejących lokalnych szlaków, które wytyczyli
Indianie, biali osadnicy, podróżnicy i wojskowi. Niektóre powstały na
zlecenie Kongresu, jak wyznaczony w 1857 przez pułkownika Edwarda
Fitzgeralda Beale'a, który opracował drogę między Nowym Meksykiem a Kalifornią. Trasa ta łączyła późniejsze miejscowości przy Route 66:
Albuquerque, Grants, Winslow i Flagstaff. Nie mniejsze znaczenie dla
rozwoju tego szlaku komunikacyjnego miało utworzenie Stowarzyszenia
Drogi Ozark (The Ozark Trail Association), które powstało w 1913 roku z inicjatywy Williama Hope'a "Coina" Harveya. Stowarzyszenie promowało
rozwój dróg, ich oznakowanie i tworzenie map regionu Ozark. Szlak Ozark
połączył Missouri, Oklahomę, Teksas i wschodni Nowy Meksyk. Kiedy
decydowano o przebiegu Drogi 66, wytyczono ją właśnie przez region
Ozark, z Missouri aż do Nowego Meksyku.
W czasie planowania krajowej sieci dróg opracowywano również ich
nazewnictwo. Aby uniknąć nieporozumień, zdecydowano, że sieć krajowych
autostrad będzie miała nadawane numery, a nie nazwy. Drogi z północy na
południe miały nosić numery nieparzyste, zaczynające się od 1 na
Wschodnim Wybrzeżu i kończące na 91 na Zachodnim. Z kolei drogi ze
wschodu na zachód miały być numerowane parzyście, poczynając od 2 na
północy i kończąc na 90 na południu. Główne drogi transkontynentalne
natomiast postanowiono oznaczyć wielokrotnością liczby 10. W ten sposób
prowadzącej ze wschodu na zachód kontynentu, czyli Route 66, pierwotnie
przydzielono numer 60, jednak ze względu na niespójność w nazewnictwie
autostrad - droga zaczynała się w Chicago, a nie na Wschodnim Wybrzeżu -
nazwę zmieniono na Route 66. Drogi, które przekraczały granice stanowe,
otrzymały znak tarczy, na której umieszczano ich numer, a drogi stanowe
numerowano na znakach okrągłych.
Florence Owens Thompsonna zdjęciu pt. "Migrant Mother". Zdjęcie Dorothei Lange, 1936 rok
Na początku system narodowych autostrad składał się z sieci 120 tysięcy
kilometrów starych dróg. Większość z nich w żaden sposób nie była
utwardzona. Pojawił się pomysł, aby połączyć odcinki lokalnych tras i w ten sposób wykorzystać istniejące drogi, a główny wysiłek budowlany
skupić na ich modernizacji. Było to łatwiejsze niż wytyczanie nowych
dróg. Tak też się stało w wypadku słynnej Route 66. Fragmenty
powstającej pierwszej autostrady Ameryki były od dawna wytyczonymi
szlakami, które nosiły nazwy: Pontiac Trail, Osage Indian Trail, Wire
Road, Postal Highway, Ozark Trail, Grand Canyoon Route, Mormon Trail
itd. Wielu lokalnym ulicom przechodzącym przez małe miejscowości zaczęto
zmieniać nazwy. Często były to odcinki znajdujące się w kiepskim stanie
technicznym. Władze miasteczek występowały o pomoc rządową na ich
utwardzenie i wybetonowanie, dzięki czemu z każdym rokiem ich
nawierzchnia się poprawiała. W początkowym okresie tylko około 130
kilometrów było wybrukowanych. Reszta była żwirowa lub w ogóle
nieutwardzona. Przy opadach deszczu podróżni często grzęźli w błocie.
Żeby wydostać swoje pojazdy, musieli korzystać z usług lokalnych
zakładów, których źródłem utrzymania wówczas było świadczenie takich
usług. Najsłynniejszym odcinkiem liczącym mniej więcej 15 kilometrów, na
którym wozy i samochody regularnie grzęzły w morzu błota, był Jericho
Gap pomiędzy Jericho a Alanredd w Teksasie. Był on w tak opłakanym
stanie, że lokalna społeczność utrzymywała się z tego, że za pomocą
mułów, a później traktorów wyciągała auta z opresji. Nie jest tajemnicą,
że prawie wszyscy farmerzy mieszkający w okolicy mieli mobilne zbiorniki
na wodę i często byli oskarżani o to, że pod osłoną nocy umyślnie
zalewają drogę, aby następnego dnia zarabiać na nieszczęściu
podróżnych2.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki