Drobnoludki i inne dziwy. Rudy zbój - Antoni Ferdynand Ossendowski

Kup ebooka

2.50 zł
2.15 zł (2,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DROBNOLUDKI

  

Cicho było na wysokiej górze.

Po ciemnem niebie płynął księżyc. Chociaż bladą miał twarz, świecił jednak jasno. Migotały gwiazdki. Na wyżynie bez szmeru ślizgały się białe obłoczki.

Nagle coś się poruszyło na odłamku kamienia.

Był to mały człowieczek - tak mały, że takich dwudziestu zmieściłoby się na dłoni. Wgramolił się na kamień i przystawiwszy dłonie do ust, pisnął:

- Hej, hej! Przybywajcie, bracia! Do pracy! Do pracy!

Z każdej szczeliny w skale, z norek w ziemi, z kępek trawy wybiegły tysiące karzełków. Miały na sobie szare, obcisłe ubranka, okrągłe czapeczki i buciki z cholewkami. W rączkach trzymały malutkie młoteczki, ostre kilofiki, toporki i rydelki.

- Zaczynajmy! - krzyknął pierwszy z karzełków i zeskoczył z kamienia.

Całe bractwo kopnęło się do roboty.

Postukiwały młoteczki, zgrzytały kilofiki i szurgały rydelki.

Karzełki odbijały od skał drobne kamyczki, tłukły je na piasek, na pył. Skry sypały się z pod stalowych obuszków i z pod ostrz kilofików.

Kamyki rozpadały się na drobne cząsteczki.

Jedne z nich błyszczały, jak djamenty, bo były to białe, przezroczyste kryształy, inne miały barwę liljową, wiśniową lub żółtą; połyskiwały małe, ledwie widzialne blaszki złota i srebrzystej miki; odpadały malutkie pyłki żelaza i miedzi.

Małe rydelki drobnoludków odgarniały wszystko i układały w porządku. Złoty pyłek - w tej szczelinie, mikę - w tamtej. Tu - żelazo, tam - miedź, a trochę dalej - białe, szafirowe i wiśniowe kryształki.

W innem miejscu inna znów kipiała robota.

Tam drobnoludki toporkami wyrąbywały niepotrzebne chwasty, rydelkami wykopywały ich korzonki i zrzucały do jakiegoś dołeczka w ziemi.

Całe czeredy drobnoludków znosiły skądś i zasadzały na nagich polankach - pożyteczne, pożywne trawy i roślinki wonne, siały nasiona świerków i sosen.

Jeszcze dalej - w pocie czoła drobnoludki najcięższą wykonywały pracę. Tam rozbijano kamienie i zamieniano je na piasek, do którego dodawano gnijących liści, gałązek i czarnej ziemi.

I tak każdej nocy - dzień w dzień, miesiąc po miesiącu, rok po roku.

Drobne stukały tam młoteczki, dziobały ziemię kilofiki i zgrzytały rydelki.

Zabawnie małe drobnoludki sapały i pracowały zawzięcie.

Jedne z nich umierały, a na ich...............