Drobne chwile wolności - Lorenza Gentile

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Le début

1

Na moim biurku leży paczka owi­nięta w chiń­ską gazetę. Dołą­czono też bile­cik. Pióro musiało pospiesz­nie skre­ślić moje nazwi­sko, które jest pra­wie nie­czy­telne.

"Co za brak sza­cunku!" -?stwier­dziłby ojciec.

To cha­rak­ter pisma mojej ciotki.

Stoję, wciąż mam na sobie płaszcz, zasty­głam z miną, która musi wyglą­dać zabaw­nie, ręce zawi­sły w powie­trzu, jakby nie­po­rad­nie dyry­gu­jąc orkie­strą. W sercu dud­nią mi dźwięki Car­mina Burana.

Przy­my­kam oczy i biorę trzy głę­bo­kie odde­chy, by roz­sze­rzyć pęche­rzyki płuc. Jak uczyła mnie dok­tor Manu­brio.

Pod­czas pierw­szego spo­tka­nia dok­tor Manu­brio popro­siła, żebym spo­rzą­dziła spis rze­czy, które czy­nią mnie szczę­śliwą. Bez dłuż­szego namy­słu wcale nie było łatwo. Sta­wić się punk­tu­al­nie w pracy i zdą­żyć zjeść śnia­da­nie? Pójść do siłowni w prze­rwie obia­do­wej i dowie­dzieć się, że jest zamknięta w związku z naprawą sprzętu?

Kiedy zaczę­łam robić spis, odprę­ży­łam się, drobne powody do szczę­ścia wyła­niały się jeden po dru­gim. Prysz­nic z obfi­tym stru­mie­niem wody, jak w hote­lach, tak że w pokoju obok nikt nie sły­szy two­jego śpiewu. Kiedy maka­ro­niki są mięk­kie w środku i chru­piące na zewnątrz, i tro­chę ich zostaje, więc mogę je skoń­czyć.

A o tym tylko pomy­śla­łam: kiedy pod­czas samot­nej prze­chadzki po polach jestem pewna, że nikt mnie nie widzi, rzu­cam się na zie­mię i krzy­czę, cała we łzach: "Jutro też jest dzień!", lub przy­tu­lam kota jak Holly Goli­gh­tly w Śnia­da­niu u Tif­fany'ego i całuję się z jakimś wyima­gi­no­wa­nym Pau­lem w płasz­czyku.

Prze­mil­cza­łam rów­nież to: wyima­gi­no­wane roz­mowy z moją ciotką, z Tot?, z lady Dianą, Ein­ste­inem, Matką Teresą, Picas­sem, Napo­le­onem, Mari­lyn Mon­roe, Mozar­tem i Kle­opa­trą.

Ale to wyzna­łam: cho­dzę mię­dzy rega­łami w azja­tyc­kim skle­piku nie­da­leko mojego biura, stu­diuję opa­ko­wa­nia ozdo­bione posta­ciami z kre­skó­wek, kupuję przy­pad­kowe pro­dukty pod­czas prze­rwy obia­do­wej i nikomu o tym nie opo­wia­dam.

Przy­szło mi też do głowy kilka rze­czy, który wydały mi się zupeł­nie nie­winne. Wymie­ni­łam je na głos. Że mogła­bym dosta­wać praw­dziwą pen­sję trzy­dzie­stego dnia mie­siąca o świ­cie i dzięki temu prze­sta­ła­bym zale­żeć od rodzi­ców. Że nie musia­ła­bym wię­cej opo­wia­dać wszyst­kim, że "dora­biam tłu­ma­cze­niami tech­nicz­nymi z angiel­skiego". Zresztą odkąd wyna­le­ziono tłu­ma­cza Google, nie mam zle­ceń. Że za pół roku stanę na ślub­nym kobiercu u boku Ber­narda i pomimo ryżu we wło­sach wyjdę dobrze na zdję­ciach. Wpra­wię w dumę moich rodzi­ców, choć nasza nawa w kościele będzie świe­cić pust­kami. Wie­czory spę­dzone u Ber­narda, kiedy on musi pra­co­wać, a ja godzi­nami sie­dzę w fotelu i roz­wią­zuję sudoku. Że w soboty poma­gam mamie zro­bić to, czego nie zro­biła pani sprzą­ta­jąca: odwra­camy mate­race i poduszki z kanapy i z foteli, żeby tro­chę pood­dy­chały, zamia­tamy pod dywa­nem, oskro­bu­jemy mikro­falę, porząd­ku­jemy szafy, odku­rzamy regały. I w ten spo­sób poczuję się dobrze sama ze sobą, bo się spocę, a więc zrzucę parę gra­mów, a mamie poprawi się samo­po­czu­cie. Wresz­cie wszystko będzie jak należy. Uśmiech ojca, kiedy prze­każę mu jakąś dobrą wia­do­mość, może o tym, że przy­jęli mnie do pracy. Jesz­cze ni­gdy się to nie stało, ale dosko­nale potra­fię sobie wyobra­zić jego uśmiech. Bukiet bia­łych iry­sów, moich ulu­bio­nych kwia­tów, które są dostępne przez cały rok.

W mil­cze­niu zaczę­łam wpa­try­wać się w jajo­waty fotel sto­jący przy oknie, by dać do zro­zu­mie­nia dok­tor Manu­brio, że skoń­czy­łam. Chwilę się zasta­no­wiła, po czym, ku mojej wiel­kiej uldze, stwier­dziła, że jak każdy mam swoje sła­bostki, ale wszystko ze mną w porządku.

Od pół roku spę­dzam godzinę tygo­dniowo w jej gabi­ne­cie, w każdy wto­rek w prze­rwie obia­do­wej, a jesz­cze nie pisnę­łam sło­wem o moim bra­cie. Ani o ciotce. Jak­że­bym mogła? Dok­tor Manu­brio przy­jaźni się z moją matką. Ist­nieje coś takiego jak tajem­nica zawo­dowa, ale kto da mi gwa­ran­cję? Na pewno mama będzie pytać. Od jakie­goś czasu widzę, że przy­gląda mi się z tro­ską. Zapewne już wie, że to ja pod­kra­dam jej środki nasenne i że to ja, a nie pani sprzą­ta­jąca, wyja­dam ukrad­kiem fer­rero rocher z misy w salo­nie i przy­wra­cam papier­kom kuli­sty kształt tak, by wyda­wały się nie­tknięte.

Poza tym zwy­kła przy­kła­dać zbyt wiele wagi do moich epi­zo­dów łusz­czycy.

-?Cho­roby skóry czę­sto mają pod­łoże psy­cho­so­ma­tyczne -?stwier­dziła po przyj­rze­niu się pla­mom na mojej ręce. Zszo­ko­wało ją, że pró­bo­wa­łam je ukryć samo­opa­la­czem. -?Czu­jesz się... wście­kła? Przy­gnę­biona? Masz napady lęku?

-?Nic z tych rze­czy -?odpar­łam. Choć w grun­cie rze­czy sama nie wie­dzia­łam. Naj­prost­sze reme­dium: odbyć parę poga­wę­dek z dok­tor Manu­brio.

Mimo że rodzice nie pochwa­lają hazardu, posta­wili wszystko na mnie. Cho­dzi­łam do szkoły u sióstr, od przed­szkola uczę się angiel­skiego, zapi­sali mnie na balet, pobie­ra­łam lek­cje śpiewu i jazdy kon­nej. I oto ja. Kiedy ktoś mnie widzi, z pew­no­ścią lek­cje baletu nie są pierw­szą rze­czą, jaka przy­cho­dzi mu do głowy; śpie­wam tylko pod prysz­ni­cem, w dodatku fał­szuję; w wieku trzy­dzie­stu lat nie docze­ka­łam się jesz­cze umowy na czas nie­okre­ślony; ow­szem, mówię dobrze po angiel­sku, bo lubię, ale w zasa­dzie do czego mi to potrzebne? Nie mogę już nawet tłu­ma­czyć tek­stów tech­nicz­nych, żeby doro­bić.

Rówie­śniczki z mojej miej­sco­wo­ści od dłuż­szego czasu robią karierę, mają już dzieci, kre­dyt do spła­ce­nia. Czuję, że ze wszyst­kim jestem spóź­niona, ale nie zamie­rzam wyja­wić tego dok­tor Manu­brio. Wprost prze­ciw­nie, zadaję sobie trud, żeby dać jej odpo­wied­nio dużo argu­men­tów, które mogłyby pokrze­pić moją matkę.

Leżąc na szez­longu tapi­ce­ro­wa­nym koń­ską skórą, pomi­jam opo­wie­ści o prze­szy­wa­ją­cych bólach głowy ze stra­chu, bo może pani dok­tor wskaże ich mroczną przy­czynę, jak choćby kom­pleks Elek­try czy nie­uświa­do­miona nie­na­wiść wobec mojej pracy. Nie opo­wia­dam o nocach spę­dzo­nych na wpa­try­wa­niu się w ścianę z godziną wyświe­tlaną przez budzik elek­tro­niczny, na duma­niu, jak wyglą­da­łoby moje życie, gdyby byli w nim jesz­cze mój brat lub moja ciotka, albo jak by wyglą­dało, gdy­bym nie porzu­ciła ślę­cze­nia nad pod­ręcz­ni­kami prawa, zamiast prze­nieść się na eko­no­mię. Czy teraz była­bym praw­niczką? Czy ojciec byłby bar­dziej zado­wo­lony? Czy może moim powo­ła­niem jest teatr? Czy rodzice zaak­cep­to­wa­liby, gdyby moja pasja stała się moim głów­nym zaję­ciem?

Kiedy pani dok­tor, popra­wiw­szy oku­lary, zapy­tała, czy mam jakieś dole­gli­wo­ści, pokrę­ci­łam głową, patrząc na repro­duk­cje Andy'ego War­hola na ścia­nie. Ni­gdy nie należy patrzeć pro­sto w oczy wła­snej psy­cho­te­ra­peutce! Zwłasz­cza jeśli ściany jej gabi­netu pokrywa cykl z zupą Camp­bella w puszce.

Pomi­nę­łam wykwity łusz­czycy (które zresztą potra­fię ukryć pod samo­opa­la­czem) i napady tachy­kar­dii, i nastę­pu­jące po nich poczu­cie pustki, kiedy wydaje mi się, że tonę. To tylko chwile. Kto ich nie zna? Nawet nie warto o nich wspo­mi­nać. A poza tym teraz jest Ber­nardo, weź­miemy ślub i dostanę etat. Będę jak wszyst­kie inne -?szczę­śliwa. Wkrótce nie będę już musiała przy­cho­dzić do dok­tor Manu­brio co wto­rek. Znów zacznę spać i prze­stanę cho­wać nutellę w nie­uży­wa­nych donicz­kach.

Wynio­słam z tego zale­d­wie tyle, że praw­do­po­do­bień­stwo, by marze­nia się speł­niały, jest wła­ści­wie żadne. Po co więc dążyć ku roz­cza­ro­wa­niu, skoro można go unik­nąć? W papier­kach od cze­ko­la­dek Baci Peru­gina zawiera się prawda, choćby w cyta­cie z Oscara Wilde'a: "Szczę­ście to nie tyle posia­da­nie tego, czego się pra­gnie, ile pra­gnienie tego, co się już ma". Szczę­ście to życie nor­mal­nym życiem.

-?Posłużę się meta­forą, Oliva. Jeśli mi pani pozwoli -?powie­działa dok­tor Manu­brio po pierw­szej sesji.

-?Oczy­wi­ście -?odpar­łam, choć wła­ści­wie nie było to pyta­nie.

Znów popra­wiła oku­lary.

-?Pro­szę sobie wyobra­zić swoje życie jako morze. Pro­szę przy­mknąć oczy, widzi je pani?

Przy­tak­nę­łam, cho­ciaż nic nie widzia­łam. Cie­kawe, kto by się skon­cen­tro­wał, mając przed sobą kogoś, kto tak się w niego wpa­truje.

-?Niech będzie spo­kojne, ale rów­nie dobrze może pano­wać sztorm. Nie może pani zro­bić nic w tej kwe­stii, nie może zatrzy­mać fal. Jasne? Ale może pani zro­bić jedno: nauczyć się sur­fo­wać.

Sur­fo­wać. Wyobra­zi­łam sobie sie­bie, jak prze­bie­ram koń­czy­nami, leżąc na śli­skiej desce pośród zgrai sur­fe­rów w kom­bi­ne­zo­nach. Nawet w wyobraźni nie mogłam ustać pro­sto. Nie trzeba doda­wać, że wcale nie poczu­łam się lepiej.

-?Ist­nieją różne tech­niki sur­fo­wa­nia -?wyja­śniła. -?Naj­prost­sza to zamknąć oczy i wziąć trzy głę­bo­kie odde­chy, żeby "przy­wró­cić har­mo­nię ze swoim wewnętrz­nym ja".

Nie zro­zu­mia­łam zbyt dobrze, ale nie dopy­ty­wa­łam, żeby nie trzeba było zaczy­nać wszyst­kiego od początku. Jak­kol­wiek bym się wysi­lała w tym gabi­ne­cie z pusz­kami zupy Andy'ego War­hola na ścia­nach, leżąc na szez­longu obi­tym koń­ską skórą, która kłuła mnie przez ubra­nie, ni­gdy nie zoba­czy­ła­bym oce­anu. Może gdyby dok­tor Manu­brio pozwo­liła mi usiąść przy oknie na jajo­wa­tym fotelu... Nie ośmie­li­łam się o to popro­sić -?jesz­cze by coś z tego wyde­du­ko­wała.

Mimo że jej wska­zówki tera­peu­tyczne są dla mnie raczej nie­ja­sne, cza­sem pró­buję wcie­lić je w życie, nawet z samego stra­chu, że Manu­brio mogłaby odkryć mój nie­do­miar zaan­ga­żo­wa­nia.

Może to jak dieta cud, nie­wy­klu­czone, że prę­dzej czy póź­niej zadziała?

Nie tym razem. Po trze­cim głę­bo­kim odde­chu otwie­ram z powro­tem oczy: paczka wciąż leży na biurku.

Spo­dzie­wa­łam się porad­nika zaty­tu­ło­wa­nego Dieta bio­ty­pów, który zamó­wi­łam przed kil­koma dniami. Od pię­ciu lat powin­nam zrzu­cić pięć kilo­gra­mów. W jed­nej z szu­flad mojego biurka leży cały stos ksią­żek: Dieta Dukana w tydzień, Dzie­sięć zasad dok­tora Joshi dla zwy­cię­że­nia napa­dów głodu, Dieta wodna, Kok­tajle roz­pusz­cza­jące tłusz­cze... Cią­gle są ofo­lio­wane, bo wciąż uka­zuje się jakaś nowa książka, która wydaje mi się bar­dziej prze­ko­nu­jąca. Jestem pewna, że prze­czy­tam Dietę bio­ty­pów, tę tak, choćby po to, żeby zro­zu­mieć, czy jestem kobietą jabł­kiem, czy kobietą gruszką. Jeśli okażę się gruszką, przy­się­gam, że na zawsze zre­zy­gnuję z wszel­kich wysił­ków i wezmę ślub w sukni o kroju tra­pezu, któ­rej zdję­cie mama wycięła mi z wesel­nego maga­zynu. Ale nie wyprze­dzajmy fak­tów, to nie porad­nik o bio­ty­pach, tylko wia­do­mość od ciotki.

Dźwięki Car­mina Burana znów zaczy­nają dud­nić! Patrzę na paczkę owi­niętą w chiń­ską gazetę i nie mogę uwie­rzyć wła­snym oczom. Moja ciotka żyje.

-?Przy­nie­śli razem z pocztą -?wyja­śnia Vero­nica. Sie­dzi po dru­giej stro­nie biurka i wska­zuje paczkę brodą.

Pró­buję zasto­so­wać inną tech­nikę sur­fo­wa­nia: skon­cen­tro­wać się na drob­nych kon­kret­nych spra­wach, żeby umknąć przed... jak to okre­śliła Manu­brio? Zamę­tem? Pomie­sza­niem? Mota­niną? Tak czy ina­czej, przed "swoim wewnętrz­nym ja".

Zdej­muję płaszcz i wie­szam na wie­szaku. Biorę kopertę. Otwie­ram ją, z tru­dem opa­no­wu­jąc drże­nie rąk. W moim sercu dźwięki Car­mina Burana ustą­piły miej­sca wcze­snej Metal­lice, z cza­sów gdy jesz­cze znę­cali się nad gita­rami.

W koper­cie jest kar­teczka.

Oliva, przy­jedź do mnie do Paryża -?napi­sała ciotka. To sprawa naj­wyż­szej wagi.

Ponie­waż pierw­sze zda­nie zajęło wię­cej miej­sca niż trzeba, reszta wia­do­mo­ści oplata je jak haft, a litery stop­niowo się kur­czą.

Cze­kam na Cie­bie w Sha­ke­spe­are and Com­pany, nie­da­leko Notre Dame, w naj­bliż­szy week­end. Zabierz ze sobą pre­zent, nie otwie­raj, dopóki nie będziesz na miej­scu. Do zoba­cze­nia. Viv.

Z tyłu kar­teczki wid­nieje jakaś reklama po fran­cu­sku, coś w stylu: "Malik. Afro Cosmétique. W tym mie­siącu 30% zniżki na peruki, dredy i prze­dłu­ża­nie wło­sów... Zdję­cia gra­tis".

Ciotka posłu­żyła się ulotką rekla­mową. Typowe! Jest nawet tłu­sta plama, skąd się wzięła?

Ogar­nięta epi­sto­larną manią ciotka nie zwy­kła uży­wać zwy­kłego papieru. "Dla­czego przy­czy­niać się do defo­re­sta­cji, skoro na świe­cie jest tyle powierzchni do wyko­rzy­sta­nia?" -?pytała mojego ojca, który wzdry­gał się na widok jej przy­god­nej pape­te­rii, jak choćby bilety pary­skiego metra, chu­s­teczki, koperty od pism z admi­ni­stra­cji czy fak­tury. To brak sza­cunku wobec adre­sata, mówił. Forma wyna­tu­rza treść, odciąga uwagę, odpo­wia­dała ciotka, na dłuż­szą metę ją zubaża. Byłam tak mała, że nie mogłam wyro­bić sobie na ten temat opi­nii, ale kolek­cjo­no­wa­łam te wia­do­mo­ści od ciotki spi­sane na przy­god­nych skraw­kach jak karty z pił­ka­rzami. Do dziś mam wszyst­kie, rów­nież kawa­łek kar­teczki w fiolce po per­fu­mach, któ­rego ni­gdy nie udało mi się wydo­być. Moim zda­niem nic na nim nie napi­sała.

Oprócz kar­teczki w koper­cie jest bilet kole­jowy na przy­szły pią­tek. Nocny pociąg rela­cji Medio­lan-Paryż, miej­scówka na moje nazwi­sko.

Ważę w dłoni paczkę owi­niętą w gazetę, wydaje się miękka i dość ciężka. Płaszcz? Ale prze­cież jest wio­sna. Może obrus? Ale co mia­ła­bym robić z obru­sem w Paryżu? A przede wszyst­kim po co wysy­łać mi pre­zent z Paryża, żebym zawio­zła go z powro­tem bez otwie­ra­nia? To jeden z jej typo­wych pomy­słów.

Chcia­ła­bym się dłu­żej zasta­no­wić, ale pora zabrać się do pracy. Prze­su­wam wszystko na bok biurka, ten popla­miony kawą. W szu­fla­dach nie ma miej­sca. Jedną zaj­mują porad­niki, drugą -?zapasy prze­ką­sek, które naby­wam w azja­tyc­kim skle­pie. Cia­steczka z wróżbą, gumy z żeń-sze­niem, orzeszki ziemne w pole­wie koko­so­wej, cytry­nowe solone lan­drynki, chru­piące groszki z chili, kit­kat o smaku zie­lo­nej her­baty, pra­żone glony hot and spicy, chipsy kre­wet­kowe. Kiedy uru­cha­mia się kom­pu­ter, pod­le­wam aloes, jest ponie­dzia­łek. W ziemi zatknę­łam wyka­łaczkę z flagą, na któ­rej wid­nieje napis: "Chce mi się pić".

-?Kto ci wysyła takie super­paczki? -?pyta Vero­nica, nachy­la­jąc się w moją stronę.

Nie wiem, czy to żart. Wzru­szam ramio­nami i odpo­wia­dam:

-?To tylko moja ciotka.

Nie mówię nic o tachy­kar­dii, o tym, że chcia­ła­bym prze­biec budy­nek, pła­kać, zjeść paczkę chip­sów kre­wet­ko­wych, krzy­czeć.

Nie mówię, że ciotka znik­nęła przed szes­na­stoma laty.

-?No to może spró­bujmy się zasta­no­wić, jak powstrzy­mać te kata­strofę?

Vero­nica pogrą­żyła się już w pracy, więc odzywa się tonem prze­zna­czo­nym do spraw pil­nych.

Jest w moim wieku, ale nie tra­ciła czasu jak ja, kiedy przy­szło wybie­rać, co chce robić w życiu. Zaraz po uro­dze­niu wie­działa; obro­niła pracę magi­ster­ską z wyróż­nie­niem i nie­zwłocz­nie zaczęła pra­co­wać. Kiedy ja prze­no­si­łam się z wydziału na wydział, ze stażu na staż, szu­ka­jąc "swo­jej drogi", ją zatrud­niono. I znów zatrud­niono. I jesz­cze raz. Aż w końcu dostała awans, po czym przy­szedł kolejny, a teraz jest moją sze­fową.

W fir­mie Energy and Co. sprze­da­jemy batony ener­ge­tyczne, jeste­śmy lide­rem na rynku. Kon­ku­ren­cję zja­damy na lunch. Ostat­nio jed­nak doko­na­li­śmy przy­krego odkry­cia: pewna kor­po­ra­cja roz­pro­wa­dza­jąca pro­dukty śnia­da­niowe zamie­rza wylan­so­wać linię bato­nów zbo­żo­wych. Szy­kuje się kata­strofa. Jest 2011 rok, wszystko się zmie­nia, ludzie sta­wiają na oszczęd­no­ści i wygodę. Więk­szość naszych klien­tów uzna, że pro­ściej kupić batony w super­mar­ke­cie razem z ciast­kami, niż szu­kać naszych pro­duk­tów po siłow­niach, skle­pach spor­to­wych i apte­kach. I praw­do­po­dob­nie mniej by za nie zapła­cili.

"Wszystko nam się wali i pali, a ni­gdy nie prze­ro­bi­li­śmy ćwi­czeń prze­ciw­po­ża­ro­wych" -?sko­men­to­wał Rug­gero, Wielki Szef, na tyle bystry, że po roku pracy wciąż nazywa mnie Oli­vią.

-?Musimy opra­co­wać jakąś stra­te­gię -?mówi Vero­nica, poda­jąc mi papier z bada­niami rynku.

Cał­kiem lubię mar­ke­ting, bo tro­chę przy­po­mina sudoku. To kwe­stia cyfr i myśle­nia, o róż­nych stop­niach trud­no­ści. A przy­szła pora na naj­wyż­szy poziom.

Po stażu przy­jęto mnie na rok próbny, który wła­śnie się koń­czy. Wkrótce powinni mnie zatrud­nić. Vero­nica twier­dzi, że tym razem musi się udać, moje pomy­sły się podo­bają, nadaję się do spra­wo­wa­nej funk­cji i była­bym dobrym nabyt­kiem dla teamu. Czego uczą fil­miki moty­wa­cyjne? "Jeśli cze­goś chcesz, wycią­gnij rękę i weź to". Oto co powin­nam zro­bić, wycią­gnąć rękę i wziąć sobie tę umowę. Powta­rzam to sobie każ­dego ranka w win­dzie, aż mylę pię­tra i muszę wró­cić po scho­dach pie­chotą. Pocie­sza mnie myśl, że to przy­datne w walce z cel­lu­li­tem.

Rzu­cam okiem na wyniki badań, muszę opra­co­wać nową stra­te­gię, wpaść na jakiś pomysł. Jak w sudoku, rów­nież w mar­ke­tingu potrzeba wzmo­żo­nej kon­cen­tra­cji, a mój umysł wciąż gdzieś błą­dzi. Cią­gle wraca do mojej ciotki.

Szes­na­ście lat!

2

Kiedy byłam mała, ciotka Vivienne przy­jeż­dżała do nas z Paryża z wiel­kim kufrem peł­nym sta­rych ksią­żek i ubrań, które według mojej matki były w fatal­nym guście. Kolo­rowe poń­czo­chy, kape­lu­sze z sze­ro­kim ron­dem, dłu­gie spód­nice obszyte kora­li­kami, meta­li­zo­wane spodnie, futra... Ja sza­la­łam na ich punk­cie.

Vivienne była chuda, ener­giczna, miała orze­chowe oczy i dłu­gie rzęsy, mięk­kiego blond boba, który potem stał się biały, zawsze malo­wała usta czer­woną szminką. Za młodu pra­co­wała jako modelka, rekla­mo­wała oran­ginę, mik­ser marki Bia­letti i chi­notto. Była wiecz­nie nie­szczę­śli­wie zako­chana, dla­tego wła­śnie kana­li­zo­wała swoją ener­gię we wciąż nowych pro­jek­tach lub nowo odkry­tych ide­ach.

Faza astro­lo­giczna: nie liczą się sam znak i ascen­dent, jak mi obja­śniła, ale cała mapa gwiezdna danej osoby. Mój ojciec jest surowy, bo gdy się rodził, Jowisz był w znaku Kozio­rożca; z kolei wiel­kim pro­ble­mem babci Renaty był Uran w Siód­mym Domu. W tam­tym okre­sie ciotka miała w uszach srebrne koła, na szyi naszyj­niki z mine­ra­łami i kamie­niami, nosiła wyłącz­nie nie­bie­skie stroje.

Faza eko­lo­giczna roz­po­częła się po jej pierw­szej podróży do Afryki. Wró­ciła jako wege­ta­rianka, z praw­dziwą obse­sją na punk­cie powie­ści Karen Bli­xen, ubie­rała się jak na safari, rów­nież wycho­dząc do mia­sta, i wyje­chała z powro­tem do Afryki pra­wie natych­miast, rezy­gnu­jąc z obiadu bożo­na­ro­dze­nio­wego na rzecz rato­wa­nia rodziny słoni w Seren­geti.

Mój ojciec powta­rzał, że jest zmienna i powierz­chowna, lecz ja się z nim nie zga­dza­łam. Każdą fazę prze­ży­wała dogłęb­nie i wycią­gała dla sie­bie ważne nauki z tej nie­usta­ją­cej podróży ku odkry­wa­niu nowych świa­tów. Przez całe póź­niej­sze życie ana­li­zo­wała bli­skim układ pla­net i pozo­stała wege­ta­rianką, przy­naj­mniej do ostat­niego razu, gdy ją widzia­łam.

Gdy byłam mała, ciotka pozwa­lała mi robić nie­bez­pieczne rze­czy: doty­kać ręką ognia, pró­bo­wać sta­nąć do góry nogami, trzy­ma­jąc się na jed­nej ręce, uży­wać mik­sera. Roz­ma­wia­ły­śmy z nie­zna­jo­mymi, gubi­ły­śmy się na uli­cach Medio­lanu, malo­wa­ły­śmy na nie­bie­sko pasemka farbą z super­mar­ketu.

Była prze­ciw­niczką srebr­nej zastawy, mar­no­traw­stwa, wię­zien­nic­twa, gier kom­pu­te­ro­wych, savoir-vivre'u, angli­cy­zmów, mał­żeń­stwa. I miała wyro­biony pogląd na wszystko: podróż powinna cię zmie­nić, w prze­ciw­nym razie to zwy­kła tury­styka; nie należy wsty­dzić się mie­siączki; każda porażka stwa­rza nową oka­zję; źró­dłem wszyst­kich naszych bolą­czek jest rewo­lu­cja prze­my­słowa. Zda­wało mi się, że każdy jej gest roz­brzmiewa echem, odkrywa świat, jakby rze­czy­wi­stość była wiel­kim pudłem rezo­nan­so­wym.

Nauczyła mnie, jak odgryźć się tym, któ­rzy naśmie­wają się z mojego imie­nia. To być może jedyny prze­jaw eks­tra­wa­gan­cji u moich rodzi­ców. Po stra­cie mojego brata przez dłuż­szy czas nie mogli mieć dzieci; pod­czas waka­cji w Cefal? uklę­kli przed figurką Świę­tej Oliwy w kościele pod jej wezwa­niem i długo się modlili; po dzie­wię­ciu mie­sią­cach poja­wi­łam się ja. Był to cud, nale­żało się dzięk­czy­nie­nie.

-?To piękne imię -?pocie­szała mnie ciotka. -?Wiesz, co powin­naś odpo­wia­dać kole­żan­kom i kole­gom? Że pocho­dzi z łaciny. "Czy zna­cie łacinę?", zapy­taj ich. "Ja tak", odpo­wiedz, "Veni, vidi, vici". W ten spo­sób ich zga­sisz.

Tak robi­łam. I nawet się spraw­dzało. Od czasu do czasu.

W miarę dora­sta­nia ciotka Vivienne stała się moją powier­nicą. Gra w butelkę, malinki, pierw­sze poca­łunki: zawsze pro­si­łam ją o rady. Nie miała tele­fonu, więc wysy­ła­łam jej pyta­nia pocztą. Odpi­sy­wała, cytu­jąc Mar­tina Luthera Kinga, Mike'a Bon­giorno, Buddę, Madonnę, Biblię. Te pigułki mądro­ści zawsze przy­cho­dziły mi z pomocą, naj­wię­cej rado­ści czer­pa­łam z wypo­wie­dzi Mike'a Bon­giorno.

Vivienne była moją jedyną i naj­ulu­bień­szą ciotką.

Ostatni raz, kiedy ją widzia­łam, prze­cho­dziła fazę roman­tyczną, nosiła kol­czyki w stylu przy­po­mi­na­ją­cym gotyk, czy­tała lorda Byrona i Shel­leya, opie­wała wznio­słość, gło­siła potrzebę natych­mia­sto­wego złą­cze­nia z naturą, bro­niła idei wol­no­ści. Kazała mi słu­chać Schu­berta, Straussa, Wagnera, Czaj­kow­skiego. Przy­je­chała z Paryża, bo u babci Renaty nastą­piło pogor­sze­nie, ale zamiast spę­dzać czas przy łóżku swo­jej matki, posta­no­wiła zabrać mnie do Ligu­rii, aby nauczyć mnie morza. Sty­czeń 1995 roku, mia­łam czter­na­ście lat.

Morza należy się uczyć zimą, wyja­śniła, dla­tego wyje­cha­ły­śmy nie­zwłocz­nie. Miał to być jed­no­dniowy wypad, zosta­ły­śmy na dwa dni. Tuż po naszym powro­cie bab­cia umarła.

Ojciec, wyraź­nie wstrzą­śnięty, wezwał Vivienne do swo­jego gabi­netu. Sie­dzieli zamknięci całe wieki, mówili szep­tem, tak że nie udało mi się niczego pod­słu­chać. Ciotka jesz­cze tego samego wie­czoru wyje­chała bez słowa. Z rodzi­cami zje­dli­śmy kola­cję w mil­cze­niu, nie pod­no­sząc oczu znad tale­rzy. Było to jak druga żałoba. Kiedy zna­la­złam odwagę, żeby popro­sić o wyja­śnie­nia, ojciec powie­dział, że zna­lazł coś w walizce ciotki. Było to coś tak poważ­nego, że nie powin­ni­śmy się z nią wię­cej spo­ty­kać. Mia­łam się zacho­wy­wać, jakby ni­gdy nie ist­niała.

Ciotka? Ni­gdy nie ist­niała? Gubi­łam się w domy­słach, nie potra­fiąc sobie wytłu­ma­czyć, co mogłoby uza­sad­nić tak skrajną decy­zję. Tylko jakaś zbrod­nia. Wyobra­ża­łam sobie pisto­let, pliki skra­dzio­nych bank­no­tów, sfał­szo­wane doku­menty... Ale czy ciotka naprawdę byłaby zdolna do cze­goś takiego? Była prze­cież zwo­len­niczką czy­stej miło­ści, walki z prze­mocą, pokoju na świe­cie. Prę­dzej umar­łaby z głodu, niż upie­kła kur­czaka na rusz­cie. Musiało ist­nieć jakieś inne wyja­śnie­nie. Sprawy musiały przy­jąć tak dziwny obrót, że nie byłam w sta­nie sobie tego wyobra­zić.

Tam­tego wie­czoru przed laty zna­la­złam na łóżku kie­szon­kowy słow­nik języka fran­cu­skiego z zatkniętą mapką Paryża i przy­kle­janą kar­teczką z wia­do­mo­ścią: Veni, vidi, vici. Cze­kam na cie­bie. Viv.

Odtąd dużo się zmie­niło. Ojciec prze­stał się uśmie­chać. Wie­czo­rami zaszy­wał się w swoim gabi­ne­cie i całymi nocami patrzył przez okno. Matka zro­biła się jesz­cze wątlej­sza, draż­liw­sza, coraz trud­niej było ją zado­wo­lić.

Po dłu­gich mie­sią­cach bez­owoc­nych domy­słów prze­sta­łam się zasta­na­wiać nad występ­kiem ciotki. Ja też zaczę­łam w nią wąt­pić. W jakiejś mie­rze ją znie­na­wi­dzi­łam. Zmie­niła zasady panu­jące w domu i nie wró­ciła. Znik­nęła.

Pew­nego ranka, widząc swój obraz odbity w oknie salonu wycho­dzą­cym na ogród, zło­ży­łam uro­czy­stą przy­sięgę: ni­gdy nie roz­cza­ruję w taki spo­sób nikogo ze swo­jego oto­cze­nia. I ni­gdy wię­cej nie będę o niej roz­ma­wiać, z nikim. Tym­cza­sem spę­dza­łam dłu­gie godziny na przy­go­to­wy­wa­niu petit chou, ekle­rów, tarte Tatin i maka­ro­ni­ków, i uczy­łam się fran­cu­skiego z pod­ręcz­nika gra­ma­tyki, który kupi­łam po kry­jomu, oraz korzy­sta­jąc z małego słow­nika, który mi poda­ro­wała.

Dopóki ciotka była z nami, wszystko wyda­wało się moż­liwe, świat był bar­dziej kolo­rowy i ni­gdy nie czu­łam się samotna. Gdzieś na świe­cie, może daleko, w Paryżu, w Afryce, na bie­gu­nie pół­noc­nym, ist­niał ktoś, kto mnie rozu­miał. Kiedy jej zabra­kło, nie wie­dzia­łam, komu się zwie­rzyć, skąd czer­pać radość. Znów sta­łam się nikim.

Pisa­łam do niej listy, które pozo­stały bez odpo­wie­dzi. Wyglą­dało na to, że zmie­niła adres. Co zna­lazł mój ojciec i dla­czego wię­cej się nie ode­zwała, pozo­stało tajem­nicą. Drugą raną w naszej rodzi­nie.

Prze­rwa obia­dowa pra­wie się skoń­czyła. "To sprawa naj­wyż­szej wagi" - powta­rzam sobie. "Cze­kam na cie­bie w Sha­ke­spe­are and Com­pany..."

Punkt pierw­sza wsta­łam zza biurka, kie­ru­jąc się do siłowni ze spor­tową torbą prze­wie­szoną przez ramię, jak w każdy ponie­dzia­łek, ale tym razem posta­no­wi­łam zbo­czyć z kursu i napić się kawy. Wybra­łam ten sam bar co zawsze, pro­wa­dzony przez sym­pa­tyczną chiń­ską rodzinę. Lokal jest asep­tyczny i dość ano­ni­mowy, ale lubię go, bo nikt tam nie przy­cho­dzi, lubię też syna wła­ści­cieli, który objada się prze­ką­skami i pija napoje w pusz­kach. Takiemu to dobrze! Pew­nego razu poczę­sto­wał mnie kawał­kiem batona z bia­łej cze­ko­lady z wiśniami. Był twardy, ale dałam radę.

Mocna kawa spły­nęła do pustego żołądka, wykrę­ca­jąc mi kiszki i wyklu­cza­jąc ćwi­cze­nia na siłowni. Trudno, pomy­śla­łam, czu­jąc, jak wiot­czeją mi mię­śnie, co dzieje się, ile­kroć rezy­gnuję z aktyw­no­ści fizycz­nej. Dziś przy­naj­mniej mam dobrą wymówkę.

Na samą myśl o pociągu noc­nym w moim umy­śle poja­wiają się nie­to­pe­rze, Aga­tha Chri­stie, nóż sprę­ży­nowy, tru­ci­zna, ciem­no­ści, tunel i, sama nie wiem dla­czego, także obrazy trądu, zarazy i laza­retu.

Rzecz jasna, samo­lot byłby gor­szym wybo­rem: kie­dyś lubi­łam latać, ale teraz pozo­sta­wiam innym upojne chwile spę­dzone w meta­lo­wej puszce zawie­szo­nej w powie­trzu. Może to naj­bez­piecz­niej­szy śro­dek trans­portu, ale jak się spada, to się spada.

Zegar na ścia­nie wska­zuje godzinę drugą. Moi kole­dzy i kole­żanki zapewne już wró­cili za swoje biurka. Biorę do ręki sta­ty­styki, któ­rych nie przej­rza­łam, płacę za kawę. Zza lady płyną do mnie uśmie­chy. Chło­pak macha na poże­gna­nie, zanim otwo­rzy puszkę fanty. Bie­gnę z powro­tem do pracy, przy­naj­mniej w ten spo­sób coś wypocę.

Szes­na­ście lat. Powrót do Paryża to jedna z pierw­szych rze­czy na liście moich życzeń. Lista jest długa, lecz niczego jesz­cze nie zre­ali­zo­wa­łam.

W win­dzie wyj­muję z torby mały ręcz­nik i prze­wie­szam go sobie przez szyję, nie osu­szam potu z czoła, to powinno wystar­czyć, by wie­rzono, że byłam w siłowni. Pew­nie to i tak nikogo nie obcho­dzi, ale siłow­nia jest wymówką, żeby unik­nąć wspól­nych obia­dów, pod­czas któ­rych zmu­szano by mnie do pró­bo­wa­nia sto­łów­ko­wego maka­ronu z sosem boloń­skim lub sałatki owo­co­wej, "bo przy­naj­mniej ma tro­chę wita­min". Co to, to nie, ja lubię spę­dzać prze­rwę obia­dową w chiń­skim barze. Nie jem posiłku, a potem po kry­jomu jakoś zara­dzam sytu­acji za pomocą słod­kich prze­ką­sek.

Ciotka żyje i chce się ze mną spo­tkać! W ciągu tych wszyst­kich lat snu­łam wszel­kie moż­liwe hipo­tezy: że wresz­cie jej miłość odwza­jem­nił ktoś rów­nie fascy­nu­jący jak Peter O'Toole i zamiesz­kała z nim w jakiejś wio­sce w Périgordzie, gdzie upra­wiają mię­so­żerne rośliny i hodują kró­liki hawań­skie, że została agentką taj­nych służb, że wstą­piła do zakonu klau­zu­ro­wego, że wyje­chała na misję do Afryki i nie wró­ciła. W naj­bar­dziej pesy­mi­stycz­nych wizjach wyobra­ża­łam sobie, że żyje samot­nie na ulicy i sprze­daje wier­sze za parę gro­szy, jak pewna kobieta, którą widzia­łam w Paryżu jako dziecko, gdy przy­je­cha­li­śmy w odwie­dziny do ciotki. Że wciąż żyje, to już jest coś. A skoro wysłała mi pre­zent, zapewne nie wie­dzie się jej tak źle.

Otwie­ram szu­fladę biurka, wyj­muję paczkę pikant­nych grosz­ków, cho­wam ją w ręka­wie mary­narki i idę do łazienki. Dwa­dzie­ścia sekund i jest pusta. Pikantny smak pomaga ukoić napady głodu. To indyj­ski wyna­la­zek.

Jakie wra­że­nie wywar­łoby na mnie ponowne spo­tka­nie z Vivienne? Odkry­cie, co stało się przed laty, i dowie­dze­nie się, jak żyła przez ten cały czas? Może nie byłaby szczę­śliwa z powodu moich suk­ce­sów. Eko­no­mia, staże, praca w mar­ke­tingu. Jak zare­ago­wa­łaby na wieść, że wycho­dzę za mąż?

A gdyby była to oka­zja, żeby napra­wić sto­sunki mię­dzy nią a ojcem? A jeśli on by się dowie­dział i prze­stał roz­ma­wiać rów­nież ze mną? A gdyby odkry­cie zmu­siło go do odgrze­by­wa­nia prze­szło­ści, którą zosta­wił za sobą raz na zawsze?

Pociąg odjeż­dża w pią­tek wie­czo­rem, będzie w Paryżu w sobotni pora­nek. Powin­nam udać się na dwo­rzec bez­po­śred­nio po pracy i kupić bilet powrotny na nie­dzielny wie­czór, żeby w ponie­dział­kowy pora­nek sta­wić się za biur­kiem. Dwie noce w podróży, jedna w Paryżu. Istny obłęd.

Nie mogę popro­sić o radę dok­tor Manu­brio, wyje­chała na mie­siąc do Mek­syku i nie spo­sób się z nią skon­tak­to­wać.

"Urlop to urlop" -?powie­działa pod­czas naszej ostat­niej sesji i podała mi upier­ście­nioną dłoń.

Zwie­rza­jąc się Ber­nar­dowi, nara­zi­ła­bym się na nie­chybną kry­tykę -?on kie­ruje się zasa­dami i jego jest zawsze na wierz­chu.

Jeśli życie naprawdę jest jak ocean, to mam do czy­nie­nia z mon­stru­alną falą, pró­buję zła­pać rów­no­wagę na desce, która wymknęła się spod kon­troli, a mój kom­bi­ne­zon jest tak obci­sły, że być może ni­gdy nie zdo­łam go z sie­bie ścią­gnąć.

3

Pieczony kur­czak czeka na srebr­nym pół­mi­sku pośrodku stołu, już pokro­jony.

Jak co czwar­tek Ber­nardo przy­szedł do nas, a moja matka nakryła do stołu w wiel­kim stylu. I jak co czwar­tek wszy­scy kry­gują się, kto powi­nien zacząć.

-?Naj­pierw goście -?mówi matka.

-?Dzię­kuję, ale pro­szę, zacznij ty, Gabriello.

-?Ach, jaki jesteś uprzejmy -?pod­daje się matka, kła­dąc na swoim tale­rzu nie­wielką por­cję kur­czaka.

Rzu­cam okiem w stronę ojca. Wzrok ma pod­ręcz­ni­kowo wle­piony w ekran tele­fonu z powo­dów zawo­do­wych.

-?Jest tro­chę mdły -?obwiesz­cza z przy­gnę­bie­niem matka. -?Nie wyszedł mi.

-?Moim zda­niem jest wyśmie­nity -?zapew­nia ją nie­zwłocz­nie Ber­nardo.

Moja kolej. Biorę udko.

-?Jest pyszny -?stwier­dzam pospiesz­nie. Ale to ona ma rację.

Po kilku fal­star­tach rów­nież w ten czwar­tek roz­mowa siada. Tema­tów, które można by pod­jąć w moim domu, nie ma zbyt wiele. Z góry są wyklu­czone pro­blemy bez roz­wią­za­nia, smutne wia­do­mo­ści, sporty eks­tre­malne, teo­rie spi­skowe, ezo­te­ryzm, home­opa­tia, trudne do zin­ter­pre­to­wa­nia kon­sta­ta­cje. Tema­tem ide­al­nym byłyby moje suk­cesy, szkoda tylko, że ich brak. Cza­sem rodzice wra­cają do świa­dec­twa z przed­ostat­niej klasy liceum, otrzy­ma­łam wtedy nie­mal naj­wyż­sze oceny z wło­skiego i łaciny. Nauczy­cielki ni­gdy nie było, a z osobą na zastęp­stwie cią­gle gra­li­śmy w tryk­traka -?wszyst­kim dano wyso­kie oceny. Oczy­wi­ście ni­gdy się do tego nie przy­zna­łam.

Odkąd się zarę­czy­li­śmy, w roz­mo­wie mile widziane są także suk­cesy Ber­narda. Na szczę­ście dziś możemy wznieść toast za to, że wła­śnie zatrud­niono go w waż­nej kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej. Nie będzie się już zaj­mo­wał spra­wami miesz­ka­nio­wymi.

Ojciec uro­czy­ście ści­ska mu dłoń.

-?Teraz mówimy tym samym języ­kiem.

-?Dzię­kuję, Mar­cello, doce­niam te słowa -?odpo­wiada Ber­nardo.

Ojciec cie­szy się na myśl, że pew­nego dnia mój mąż przej­mie jego kan­ce­la­rię. Mia­łam to być ja, gdyby nie egza­miny z prawa rzym­skiego i pry­wat­nego oraz fakt, że zabra­kło mi wytrwa­ło­ści, żeby zostać praw­niczką -?wła­śnie tego i odpo­wied­niej dozy maso­chi­zmu. Pocie­sza mnie, że o ile ponio­słam porażkę na dro­dze uni­wer­sy­tec­kiej, to przy­naj­mniej dobrze wybra­łam przy­szłego męża.

Roz­mowa scho­dzi na dom, w któ­rym mamy zamiesz­kać po ślu­bie. Wkrótce zwol­nią go najemcy, będzie gotowy dla nas.

-?To była dobra inwe­sty­cja -?mówi ojciec -?w ciągu dwu­dzie­stu lat war­tość wzro­sła dwu­krot­nie.

Dom znaj­duje się na końcu ulicy. Wygląda jak wszyst­kie inne, podob­nie jak dom rodzi­ców, w któ­rym wciąż miesz­kam. Dwa pię­tra, spa­dzi­sty dach i bal­kon.

Sta­ram się nie myśleć o tym, że kupili go dla mojego brata. Czy on zamiesz­kałby w domu tuż obok, miałby pewne zaję­cie, dosko­nale zor­ga­ni­zo­wane życie? Czy to wystar­czy­łoby rodzi­com? Może wcale by mnie nie potrze­bo­wali? Cza­sem się zasta­na­wiam, jak by to było wcale się nie uro­dzić, ale nie spo­sób tego wie­dzieć. Mogła­bym wyobra­zić sobie sie­bie jako zawie­szoną w pustce lub w zupeł­nym mroku, ale byłoby to nie­praw­dziwe, bo skoro mogę sobie sie­bie wyobra­żać, to zna­czy, że ist­nieję.

-?Mia­sto jest coraz bli­żej -?mówi Ber­nardo -?a my mie­li­by­śmy ogró­dek.

Per­spek­tywa wypro­wadzki z Medio­lanu do tej małej miej­sco­wo­ści podoba mu się, dodaje. Cisza i spo­kój, bar­dziej ludzki wymiar, a jeśli wyje­dzie się z domu o odpo­wied­niej porze i doda tro­chę gazu, nawet nie jest daleko do kan­ce­la­rii. Kiedy byli­śmy sam na sam, powie­dział, że prze­pro­wa­dzimy się tu, by nie pła­cić czyn­szu, ale w przy­szło­ści chciałby kupić miesz­ka­nie w Medio­la­nie. Woli miesz­kać w cen­trum. Ja też bym wolał, zapew­nił mnie, jak gdyby w ogóle była taka potrzeba.

-?Nie wierz­cie tym, któ­rzy twier­dzą, że przy­szłość jest złu­dze­niem - komen­tuje ojciec. -?O ile coś jest w życiu pewne, to wła­śnie przy­szłość. Ważne, żeby być na nią przy­go­to­wa­nym.

-?W sobotę zabie­ram Olivę do Alas­sio -?obwiesz­cza Ber­nardo.

Jak­bym była pudel­kiem! Czy nie powin­ni­śmy byli tego omó­wić? Nawet ja pamię­tam treść trzy­na­stego arty­kułu wło­skiej kon­sty­tu­cji: "Każ­demu zapew­nia się wol­ność oso­bi­stą". Może dla­tego, że ciotka zawsze mi to powta­rzała. W Alas­sio z jego zna­jo­mymi, z któ­rymi nie wiem, o czym roz­ma­wiać. Ile­kroć pró­buję, natra­fiam na ścianę. Sami mło­dzi praw­nicy, nota­riu­sze, den­ty­ści. O czym mia­ła­bym im opo­wia­dać? O pra­żo­nych glo­nach hot and spicy? Pytać, czy znają fina­łową scenę Prze­mi­nęło z wia­trem, w któ­rej Scar­lett O'Hara wykrzy­kuje: "Jutro też jest dzień!"? Cisza, jaka za każ­dym razem zapada po moich pyta­niach, jest krę­pu­jąca, przy­pra­wia mnie o pal­pi­ta­cje. Wola­ła­bym sie­dzieć w domu i roz­wią­zy­wać sudoku albo piec cia­steczka, cho­ciaż nikt ich nie jada -?ojciec nie znosi słod­ko­ści, a jedyny dodat­kowy ładu­nek kalo­rii w die­cie matki zapew­niają hima­laj­skie jagody goji.

Wszy­scy cze­kają, aż odniosę się do pro­po­zy­cji. Alu­zyjne spoj­rze­nia matki są coraz bar­dziej wymowne. Można się poświę­cić dla uko­cha­nej osoby, tyle razy mi to tłu­ma­czyła. "Obo­wią­zek jest pod­stawą szczę­ścia". Nie podaję tego w wąt­pli­wość, to zasady spo­łeczne, a skoro ist­nieją, to musi być jakiś powód. A powód jest taki: żeby wszy­scy wie­dzieli, czego się w życiu spo­dzie­wać, bez ata­ków paniki, a życie pły­nęło naprzód bez prze­szkód. To odwieczna zasada i doświad­czy­łam jej na wła­snej skó­rze - działa. Lep­sza chwila fik­cji niż pasmo roz­cza­ro­wań i cią­głe skoki w pustkę.

Dla­tego jako pierw­szą dziwi mnie to, co mówię.

-?W naj­bliż­szy week­end będę w Paryżu.

Echo moich słów roz­brzmiewa jesz­cze przez chwilę.

-?W Paryżu? -?wykrzy­kują wszy­scy chó­rem, zasty­ga­jąc bez ruchu.

Sztućce zawie­szone w powie­trzu, wytrzesz­czone oczy. Przy­po­mina mi się zdję­cie wyko­nane przez Salva­dora Dalego, przed­sta­wia­jące lata­jące koty i krze­sła.

-?Jak to w Paryżu? -?wyję­kuje matka.

-?W Paryżu? -?powta­rza Ber­nardo.

-?W naj­bliż­szy week­end? -?pod­bija tata.

Tym razem to ja zasty­gam. Tachy­kar­dia tak przy­brała na sile, że zaraz chyba serce wysko­czy mi z piersi i wylą­duje na tale­rzu.

-?Tak, w Paryżu.

-?A po co? -?pyta matka, jakby wresz­cie pod­pięto ją do respi­ra­tora.

Nie byłam przy­go­to­wana na to pyta­nie, dopiero co pod­ję­łam decy­zję o wyjeź­dzie. Nie ma mowy, by wyja­wić, że to samotna wyprawa pocią­giem noc­nym. Nie wolno wspo­mnieć o ciotce Vivienne. Z dru­giej strony nie­na­wi­dzę kła­mać. Nie chcę żyć w stra­chu, że ktoś mnie zde­ma­skuje.

-?Oliva? -?naci­ska matka.

-?Jadę na krót­kie waka­cje.

-?Waka­cje? -?powta­rza ona.

Przy­cho­dzi mi do głowy pomysł.

-?W nie­dzielę są uro­dziny Lindy. Wyjeż­dżamy razem.

Spo­śród garstki moich kole­ża­nek naj­bar­dziej lubią Lindę. Jest naj­bar­dziej godna zaufa­nia. Spoj­rze­nie ojca się zmie­nia. Czy coś podej­rzewa? Ow­szem, odkąd wyszła za mąż, pra­wie się nie widu­jemy.

-?Zare­zer­wo­wa­ły­ście wszystko w ostat­niej chwili? -?pyta Ber­nardo, któ­remu nie mie­ści się to w gło­wie.

-?Tak, lecimy w sobotę o świ­cie -?odpo­wia­dam. -?Dla­tego jutro będę spać u niej. Są jej uro­dziny -?powta­rzam. Przy­naj­mniej to jest prawdą.

-?Ale Linda... jest mężatką -?zauważa mama.

-?No wła­śnie -?odpo­wia­dam. Bez namy­słu. Zadzia­łało. -?A ja w wieku trzy­dzie­stu lat chyba mam prawo wybrać się na waka­cje.

Ależ tak, odwo­łajmy się do arty­kułu trzy­na­stego, prze­cież zre­da­go­wano go z jakichś powo­dów. Teraz, gdy już to obwie­ści­łam wszem wobec, nie ma odwrotu.

-?Czyli nici z Alas­sio? -?pyta potul­nie Ber­nardo.

Nie tylko. Muszę się spa­ko­wać, więc nie będę u niego spać jak zwy­kle. Na widok jego przy­gnę­bio­nej miny pra­wie zmie­niam decy­zję. Ale zaci­skam zęby. Dam radę.

Wyj­muję z lodówki deser panna cotta z sosem z owo­ców leśnych mojej roboty i zano­szę na stół. Tylko Ber­nardo się czę­stuje.

-?Zaczę­łam dietę bio­ty­pów -?obja­śniam matce, odmó­wiw­szy spró­bo­wa­nia deseru.

Porad­nik jesz­cze nie dotarł, ale wia­do­mość brzmi pokrze­pia­jąco. Matka od razu zaczyna swoje: nie jestem gruba, nie muszę dużo zrzu­cić, ale gdy­bym zrzu­ciła parę kilo, na pewno wyglą­da­ła­bym lepiej. Cukier to tru­ci­zna, uza­leż­nia i... Uśmie­cham się i pota­kuję, gdy mama wyli­cza wszyst­kie wady glu­kozy. Tłu­ma­czę, że jestem jabł­kiem (samo­zwań­czo, odrzu­ciw­szy gruszkę, żeby poczuć się lepiej) i że nowa dieta nie prze­wi­duje spo­ży­wa­nia sło­dy­czy. Nie będę ich jeść przez jakiś czas. Matka wyraża swoją apro­batę. Zapo­mniała o Paryżu, Lin­dzie, Alas­sio, o wszyst­kim. Zasta­na­wiam się, że może to wła­śnie spo­sób -?może wdro­że­nie diety bez zna­jo­mo­ści jej zasad przy­nie­sie efekty. Chyba anu­luję zakup książki.

Po kola­cji odpro­wa­dzam Bar­narda do furtki. Jego zie­lone oczy pobły­skują w mroku roz­ja­śnia­nym świa­tłem latarni. Czym sobie zasłu­ży­łam na tak przy­stoj­nego męż­czy­znę? Czy to ważne, że cza­sem odno­szę wra­że­nie, że nie mamy sobie zbyt wiele do powie­dze­nia, a on nie śmieje się z moich żar­tów? Piękno przy­nosi pocie­sze­nie. W pew­nej mie­rze piękno jest wszyst­kim -?dopóki trwa.

Kiedy patrzę, jak oddala się w stronę samo­chodu, wdy­cham powie­trze Cor­na­redo, mia­steczka, po któ­rym mogła­bym się poru­szać bez otwie­ra­nia oczu. Znam każdą nie­rów­ność tych paru uli­czek, każdą bramę, każdy znak dro­gowy. Poko­cha­łam je, ale zro­biło mi się w nim cia­sno. Żyję tu już z poczu­ciem przy­musu. Wychy­lam się, żeby spoj­rzeć na nasz przy­szły dom, na górze pali się świa­tło. To będzie nasz pokój. Widzę, jak za rok leżymy na łóżku z gło­wami na ślub­nych podusz­kach, on czyta notatki do roz­prawy sądo­wej, która odbę­dzie się naza­jutrz, ja roz­wią­zuję ostatni poziom sudoku. Czy pójdę do łazienki, niby posma­ro­wać się kre­mem, i wezmę śro­dek nasenny? Czy będę ich jesz­cze potrze­bo­wać?

4

Otwie­ram szafę, pod­no­szę wieko walizki.

Jeśli cze­goś mi nie bra­kuje, to ubrań, wszyst­kie pocho­dzą z butiku matki. Po gim­na­zjum zło­żyła moje papiery do liceum imie­nia Busta Arsi­zia, żeby móc mnie pod­wo­zić. Zawsze się spóź­nia­ły­śmy, z mojej winy. Słu­cha­ły­śmy Leonarda Cohena i Fabri­zia De André. Wysa­dzała mnie przy bra­mie szkoły i jechała dalej, żeby otwo­rzyć butik. Po szkole zja­da­ły­śmy razem obiad wja­kimś oko­licz­nym barze, czy raczej patrzyła, jak się opy­cham, pod­czas gdy ona zawsze miała ból brzu­cha, mdło­ści lub "już zja­dła wcze­śniej". Po połu­dniu sku­bała suszone owoce ze sło­ika, który trzy­mała w schowku na zaple­czu, gdzie zimą zosta­wia­ły­śmy płasz­cze i para­sole.

Po obie­dzie sia­da­łam przy ladzie do lek­cji, pró­bu­jąc się wyłą­czyć ze wszech­ogar­nia­ją­cej papla­niny sta­łych klien­tek. Matka jest typem sprze­daw­czyni, która nie pozo­sta­wia nikogo obo­jęt­nym. Kochasz ją lub jej nie­na­wi­dzisz, jak kur­czaka w sosie słodko-kwa­śnym. Uważa, że dobre ubra­nia popra­wiają jakość życia, że styl kla­syczny jest korzystny dla każ­dej figury (i odmła­dza), nie wie­rzy w mody, w nad­miar, w zbyt krót­kie spód­nice, zbyt wyso­kie obcasy, w krój over­size, nie wie­rzy w łącze­nie wię­cej niż trzech kolo­rów jed­no­cze­śnie, w tka­niny syn­te­tyczne, w stras, w kwia­towe wzory, w poziome paski. Ślepo ufa zasa­dom z Prze­wod­nika łącze­nia kolo­rów, zwłasz­cza dwóm głów­nym: ni­gdy nie łączyć barw pod­sta­wo­wych lub barw poło­żo­nych bli­sko w kręgu Ittena i ni­gdy nie ubie­rać się w tona­cje jed­nego koloru.

Ośmie­li­łam się zbun­to­wać prze­ciwko jej dok­try­nie tylko raz, kiedy wybra­łam się na shop­ping z kole­żan­kami z liceum. Odkła­da­łam kie­szon­kowe przez trzy mie­siące. Moim łupem padły żółte spodnie z obni­żo­nym sta­nem, obci­sła koszulka w kolo­rze fuk­sji i naszyj­nik w odcie­niach wod­nej zie­leni dający efekt tatu­ażu. Tego samego wie­czoru wło­ży­łam na sie­bie to wszystko, czu­jąc się doro­sła i cha­ry­zma­tyczna. Matka onie­miała na mój widok. Przez cały posi­łek rzu­cała mi zło­wróżbne spoj­rze­nia, bez słowa, wybu­chła dopiero na koniec. Dla­czego tak się ubra­łam? Co chcia­łam wyra­zić tym banal­nym stro­jem? Nie mam poję­cia. Chcia­łam po pro­stu się sobie podo­bać, czuć się pocią­ga­jąca, może tyle. Nie mogła zro­zu­mieć, po kim to mam, chyba tylko po ciotce, wykrzy­ki­wała melo­dra­ma­tycz­nym tonem. Tylko ona mogła połą­czyć fio­let z czer­wie­nią, żółć z czer­nią, nie­bie­ski z beżem i nosić obszar­pane, dziu­rawe, sprane ubra­nia. Co było wyznacz­ni­kiem nie­chluj­stwa, braku sza­cunku i fatal­nego gustu. Dobór ubrań to poważna sprawa. W ten spo­sób zdo­bywa się sza­cu­nek, kształ­tuje się przy­szłość. Pró­bo­wała mi to wszystko prze­ka­zać, żebym mogła czer­pać satys­fak­cję z życia na miarę swo­ich moż­li­wo­ści, życia budo­wa­nego na solid­nych pod­sta­wach.

Pew­nego razu ciotka Vivienne powie­działa, że potrzeba har­mo­nii este­tycz­nej może być wyra­zem obrony. Może mogłam po pro­stu wyja­śnić matce, że brak ele­gan­cji wpra­wia mnie w dobre samo­po­czu­cie, od czasu do czasu. Ona jed­nak wybu­chła poto­kiem łez, wpa­dła w roz­pacz, zasta­na­wia­jąc się, gdzie popeł­niła błąd. Odwró­ci­łam się do ojca w poszu­ki­wa­niu wspar­cia, ale natra­fi­łam na gorz­kie, zmę­czone spoj­rze­nie. Przy­po­mi­na­łam mu jego sio­strę. Byłam jedyną córką i ich zawio­dłam.

-?To nie ty popeł­ni­łaś błąd -?szep­nął do matki. -?To moja wina.

Poszłam do swo­jego pokoju, żeby się prze­brać. Skąd ten pomysł, żeby wło­żyć te głu­pie ubra­nia? Wyrzu­ci­łam je do kosza.

Ogrom domy­słów, co może wyda­rzyć się w podróży, jest przy­tła­cza­jący. Wiem, że należy zacho­wać prze­zor­ność, ale nie wiem jak. Ber­nardo opra­co­wał swoją tech­nikę: wkłada do walizki tyle iden­tycz­nych koszul, ile dni liczy wyjazd, i jedną zapa­sową, dwie pary spodni, a jeśli jedziemy w jakieś chłod­niej­sze miej­sce, ustala liczbę swe­trów, dzie­ląc liczbę dni przez pół­tora, i dorzuca jeden lżej­szy pulo­wer.

Posta­na­wiam zaufać logice. Pro­gnoza pogody mówi o dwu­dzie­stu sze­ściu stop­niach i braku opa­dów. Wybie­ram parę spodni i dwie blu­zeczki, to pod­stawa. Uży­wana sukienka w kwiaty, którą kupi­łam na baza­rze; od lat trzy­mam ją na dnie szafy, ni­gdy nie ośmie­li­łam się jej wło­żyć, żeby nie zro­bić przy­kro­ści mamie, cho­ciaż bar­dzo mi się podoba. Skoro w Paryżu ma być cie­pło, to sko­rzy­stam z oka­zji. Zabie­ram też piękne pla­sti­kowe kol­czyki w stylu fla­menco, kupione na imprezę kar­na­wa­łową, którą w ostat­niej chwili odwo­łano. Nie mogę w nich wystą­pić w biu­rze czy poje­chać do Alas­sio, ale do Paryża ow­szem. Prócz czó­łe­nek, które będę miała na sobie, biorę parę spor­to­wych butów i bale­riny.

Wresz­cie cho­wam do walizki sukienkę w cekiny, cią­gle ma metkę, w razie gdyby Vivienne chciała mnie gdzieś zabrać w sobotni wie­czór. Do teatru, restau­ra­cji, do zna­jo­mych? Moim zda­niem cekiny w Paryżu zawsze się spraw­dzą. Dla pew­no­ści pakuję do walizki rów­nież kurtkę i para­sol. Dwie koszule nocne, długą i krótką. Jeśli jest mi za cie­pło lub za zimno, nie mogę spać. Szla­frok, klapki, żeby nie pośli­znąć się pod prysz­ni­cem, kap­cie.

Szpe­ram w szu­fla­dzie z bie­li­zną, w nadziei, że znajdę czy­sty sta­nik i pasu­jące do niego majtki, co zakrawa na nie­moż­li­wość. Ze względu na chaos w pra­niu i sza­rze­nie bie­li­zny sytu­acja jest kata­stro­falna.

Na dnie szu­flady leży pista­cjowy bato­nik Tronky, zapo­mnia­łam, że go tam scho­wa­łam. Już mam go odpa­ko­wać, chyba sobie zasłu­ży­łam po tym mdłym kur­czaku, ale sły­szę puka­nie do drzwi, więc wrzu­cam go z powro­tem w bie­li­znę.

Matka podaje mi opa­słą, kwa­dra­tową saszetkę.

-?Apteczka pierw­szej pomocy -?obja­śnia z zanie­po­ko­joną miną. -?Czy­ta­łam, że mogą nawet ampu­to­wać nogę z powodu nie­zde­zyn­fe­ko­wa­nej rany.

-?Nie wybie­ram się na wojnę, mamo -?kwi­tuję, ale biorę apteczkę.

Głupi wypa­dek. Jeden wystar­czy. Nikt nie wie o tym rów­nie dobrze jak my, jak moi rodzice. We wszyst­kim dopa­trują się nie­bez­pie­czeń­stwa. Ale już za późno.

Mama podaje mi anty­bio­tyk, hydro­kor­ty­zon i ter­mo­metr. Upew­niw­szy się, że wło­ży­łam wszystko do walizki i że będę uwa­żać przez całą podróż, życzy mi dobrej nocy. Przy­tu­lam ją, chcąc pod­nieść na duchu. Rów­nież sie­bie.

Kiedy wycho­dzi z pokoju, wkła­dam do torby gaz pie­przowy, który tata poda­ro­wał mi w ostat­niej kla­sie gim­na­zjum. Czy jest prze­ter­mi­no­wany? Na opa­ko­wa­niu nie ma daty.

Wyj­muję bato­nik z szu­flady, wygląda na to, że wciąż jest jadalny. Nie sądzę, żeby dieta bio­ty­pów dopusz­czała spo­ży­cie cze­ko­lady. Ale to prze­cież sojusz­nik dobrego humoru, redu­kuje stres, służy skó­rze, a nawet wspo­maga inte­li­gen­cję. Recy­tuję sobie wyniki badań nauko­wych. Zga­dzam się, skóra i dobry humor to nie prio­ry­tety, ale inte­li­gen­cji ni­gdy dosyć. Więc biorę gryz.

-?Ta sama ciotka, która na bal kar­na­wa­łowy zro­biła ci z cyn­fo­lii prze­bra­nie za cze­ko­ladkę Baci Peru­gina? -?pyta Linda.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki