Miałam lat siedm, a siostra moja Klemunia, zaczynała rok
dziesiąty. Czytywałyśmy już wiele. W domu naszym istniała tradycya
czytania i pisania po macierzystym dziadku, który był jednym z
tych, co spisywali ogromne i często ciekawe
Silva rerum i po ojcu naszym, uczonym prawniku, a niegdyś
prezesie jednéj z tutejszych lóż wolnomularskich. Księgozbiór ojca
napełniał dwie wielkie i ciężkie szafy; szafka lekka, nieduża, ze
zbiorem lekkiéj i nowéj literatury, zdobiła pokój naszéj matki.
Pozwalano nam brać książki ztąd i zowąd, czytać, ile i co się nam
podobało. Myślą i wyobraźnią wcześnie zaczęłyśmy błądzić w krainie
przeszłości; umiałyśmy na pamięć pieśni Niemcewicza, żywoty
wielkich ludzi czytywałyśmy razem we dwie, skurczone w kątku
jakiegoś pokoju, z rozpalonemi czołami, co chwila w uniesieniu i
zapale ściskając się za ręce. Kochałyśmy się bardzo. Klemunia miała
zdolność do rysunku, rysowała więc i wycinała z papieru domy,
drzewa, ludzkie i zwierzęce postacie, z których układałyśmy i
ustawiałyśmy sobie różne historyczne miejsca i sceny, jako to:
pałace i dwory królów, hetmanów, wojewodów, wjazdy poselstw do
zagranicznych miast, orszaki ślubne i t. p. Raz, w ten sposób,
upostaciowałyśmy przed sobą na stole, czy kobiercu, orszak weselny
Zygmunta-Augusta i Barbary Zapolskiéj; innym razem było to
rozstanie się Jadwigi z Wilhelmem, to znowu rozmowa Goworka z
Leszkiem Białym. Razu jednego takeśmy sobie nabiły głowę historyą
Karola Chodkiewicza, że o szaréj godzinie odegrałyśmy we dwoje
scenę jego śmierci. Ja, czyjąś laskę ze sporym nagłówkiem w ręku
trzymając, leżałam na sofie i cichym przerywanym głosem deklamując
odpowiednie strofy Niemcewicza, tę hetmańską buławę oddawałam
siostrze, która na tę chwilę była Lubomirskim. Gdy już umarłam,
wstałam znowu, aby na środku bawialnego pokoju zwycięzcę z pod
Chocima pogrzebać. I nietylko pogrzebałyśmy go, ale jeszcze
drobnemi naszemi rękoma zaczęłyśmy wznosić mu pomnik. Zaczęłyśmy
ściągać wszystkie poduszki z kanap, na nich ustawiać krzesła, na
krzesłach składać różne szkatułki, graciki, zbierane z całego
mieszkania. Nagle, subtelna ta budowla zachwiała się w swych
podstawach, jedno krzesło upadło, pociągnęło za sobą inne, graciki
rozsypały się z brzękiem szkła i metalu, do pokoju wbiegły babka i
nauczycielka nasza i... kazały nam stanąć w dwóch przeciwległych
kątach: Klemuni za fortepianem, mnie za kanapą. Kara ta trwała
minut kilka, poczém kazano nam zasiąść do lekcyi... Otóż miałam lat
siedm, a Klemunia zaczynała rok dziesiąty, kiedy babka nasza,
wysoka i wysmukła kobieta, w czarnéj sukni podobnéj krojem do
zakonnego habitu i w śnieżnym czepku na mleczno siwych włosach,
rzekła nam dnia pewnego: "Pójdziemy na przechadzkę!" Chowano nas
bardzo miękko i niehygienicznie; na wsi biegałyśmy wiele i
swobodnie, ale w mieście wywożono nas tylko na świeże powietrze;
pieszo nie wychodziłyśmy prawie nigdy. Przechadzka była nam
przyjemnością o tyle żywą o ile niepospolitą. Więc obok staruszki,
żwawo jeszcze chodzącéj, dreptałyśmy śpiesznie i wesoło, gdy u
końca Brygidzkiéj ulicy, babka rozkazała nam stanąć i wskazując na
dużą, kilkopiętrową kamienicę powiedziała, że nazywa się ona domem
Batorego. Stefan Batory! oho! był to nasz dobry znajomy i zajmował
nas ogromnie. Jakto? On tu był, w tym domu mieszkał? A co on tu
robił? Więc tu on umarł?
* * *
Na wązkim chodniku, u stóp wspaniałego kościoła, stara kobieta w
sukni do zakonnego habitu podobnéj stała długą chwilę, z obu stron
trzymając w swych pomarszczonych dłoniach ręce małych wnuczek,
które na wyścigi szczebiotały, zapytywały, drobnemi palcami
wskazywały bramę domu, nad którą widać było jeszcze zarys wysokiego
dachu dawnéj królewskiéj bramy i liczne okna, po których słońce,
schylające się do zachodu, snuło złote sieci i zapalało szkarłatne
pochodnie.
Dnia tego, o szaréj godzinie, Klemunia w roli Stefana
Batorego, leżąca na sofie, umierała, a ja u jéj wezgłowia stojąc,
byłam Janem Zamoyskim i płakałam tak, jak pewnie mężny i mądry
kanclerz nie płakał nigdy. Nagrobka jużeśmy nie wznosiły i do kąta
nam iść nie kazano. Tylko nazajutrz miałyśmy trochę kłopotu z
Chapsalem i No?lem. Klemunia nie potrafiła wyliczyć wszystkich
nieforemnych słów francuzkich, a ja nie rozróżniałam dobrze
końcówek
du futur siple od końcówek
du conditionnel présent. Pogrzeb Batorego zabrał nam wiele
czasu i w głowach miałyśmy cały wysoki dom, noszący jego imię.
* * *
Było to przed tygodniem. Jakże to już dawno, dawno, dawno,
odkąd babka i siostra moja spoczęły w mogiłach! W mieście wicher i
ogień szaleją, burzą, niszczą, w popiół zmieniają siedliska, a w
rany serca ludzkie. Powietrze, pełne gryzącego dymu, rozpacznéj
muzyki kościelnych dzwonów, krzyków i jęków ludzkich. Na starym
obszerny
siennym rynku, piętrzą się góry sprzętów i tłomoków, tłoczy
się ciżba zlękniona, śpiesząca, spłakana, ale ognia tu nie widać
jeszcze. Może nie przyjdzie, może w drodze wstrzymają siłę tę, czy
tego potwora. Mówi się tu o ogniu, jak o istocie żyjącéj: "czy on
tu przyjdzie? czy już nadchodzi? czy go nie powstrzymają?" Jeżeli
przyjdzie, trzeba będzie z temi już zdruzgotanem dostatkami
swemi uciekać przed nim daléj. - Dokąd? - Pod stopy bernardyńskiego
kościoła, na obszerny podwórzec. - A jeżeli i tam dogoni? - Ha! to
już chyba za Niemen, het, za wodę, w Boże pole, pod nagie niebo -
nie, nie nagie, bo grubym czarnym dymem podszyte jak kirem! Nagle -
okrzyk, zagłuszający dźwięki dzwonów i przenikliwe tony wojskowych
trąb: Przyszedł! Oto już go widzimy! Nad nizkiemi dachami sienneg
rynku strzeliła świeca ogromna, jaskrawa, wiatr miotał nią na wsze
strony, wzdymała się, rosła, buchała kłębami dymu... rozległ się
huk podobny do armatniego strzału, potém drugi raz zagrzmiało
przeciągle i strasznie... Mężczyzna jakiś w średnim wieku, w
opaloném przez ogień ubraniu, z twarzą zczerniałą od dymu,
przeskakując kufry, tłomoki i obalone stołki, śpiesznie koło mnie
przebiegał.
Z całéj siły pochwyciłam go za ramię i, wskazując olbrzymią
świecę, która już wiele innych roznieciła dokoła, zapytałam
- Panie! co tam gore? co tam z takim łoskotem runęło?
Drżałam. Jego brwi ściągnęły się kurczowo nad oczyma,
które w méj twarzy utopiły krótkie, ale głębokie spojrzenie.
- Dom Batorego! - odrzekł i pobiegł daléj...
Biedna, tak już dawno w grobie leżąca, siostro moja! na
tym pogrzebie nie byłyśmy już razem!