Drink. Intymny romans kobiet z alkoholem - Ann Dowsett Johnston

-
Proszę czekać

Pro­log

"Po długich go­dzi­nach w ja­sno oświe­tlo­nych po­ko­jach AA lub w ka­wiar­niach, po roz­mo­wach z dzie­siątka­mi ko­biet, które prze­stały pić, do­cho­dzi się do wnio­sku, że dla większości z nich al­ko­hol jest jak li­chwiarz: przez chwilę mu ufały i li­czyły na jego po­moc, ale po­tem przyszło im stanąć oko w oko z przykrą prawdą".2

Każda oso­ba z pro­ble­mem al­ko­ho­lo­wym uczy się tego boleśnie na własnej skórze. Bez względu na oko­licz­ności, w pew­nych aspek­tach hi­sto­ria za­wsze się po­wta­rza. Oto i ona:

Na początku al­ko­hol jest jak ele­ganc­ka po­stać w rogu przy ba­rze: przy­stoj­niak w pięknym czar­nym smo­kin­gu, a może w czar­nej skórze i dżin­sach. To bez zna­cze­nia. Nie sposób go nie za­uważyć. Za­wsze po­ja­wia się tam, gdzie jest im­pre­za, i za­wsze przy­by­wa na nią pierw­szy.

Być może pierw­szy raz spo­tkałaś go w li­ceum. To zda­rza się wie­lu oso­bom. Inne na­tra­fiają na nie­go dużo wcześniej. Cze­ka na do­godną okazję, na ten mo­ment, gdy je­steś roz­chwia­na lub zde­ner­wo­wa­na, pod­eks­cy­to­wa­na albo prze­stra­szo­na. Wy­bie­rasz się na wielką im­prezę lub na tańce. Na­gle żołądek za­czy­na się bu­rzyć. Je­steś ubra­na tan­det­nie lub zbyt ele­ganc­ko, wy­da­jesz się so­bie zbyt wy­so­ka albo za ni­ska; czu­jesz się przygnębio­na albo tak nie­spo­koj­na, że ser­ce ska­cze ci do gardła. To bez zna­cze­nia. Al­ko­hol nie mar­nu­je cza­su. Wy­ko­rzy­stu­je szyb­ki przypływ od­wa­gi. Chwy­tasz się go. Jest ci z tym do­brze. To działa.

A może się za­ko­chałaś. Je­steś na we­se­lu, na ko­la­cji, na uro­czy­stości. Chcesz, by ta chwi­la trwała. Bo­isz się, że mi­nie. I właśnie wte­dy, gdy two­je wątpli­wości biorą górę nad rozsądkiem, po­ja­wia się kie­li­szek - pu­char pełen od­wa­gi na wiot­kiej łodyżce, bla­dozłoty i mu­sujący bąbel­ka­mi. Pi­jesz łyk i na­tych­miast kon­tu­ry po­ko­ju za­czy­nają się za­cie­rać. Ty miękniesz także: kur­czo­wo zaciśnięte pal­ce roz­luźniają się, czu­jesz lek­kość w ser­cu. Wszyst­ko jest możliwe. To wygląda na złoty in­te­res.

Tak się za­czy­na. I dla wie­lu na tym się też kończy. Niektórym stuk­nie te dwa­dzieścia je­den, dwa­dzieścia pięć czy trzy­dzieści lat, gdy wejdą na zatłoczoną salę, gdzie trwa we­se­le, uro­czy­stość zakończe­nia stu­diów czy sty­pa - i dla nich nic się nie wy­da­rzy. Jak­by go tam nie było. Zresztą może nig­dy go na­prawdę nie było. Bo on ich nie szu­ka. Nie są w jego ty­pie.

Ale ty? Ty na­uczyłaś się li­czyć na tego fa­ce­ta w czer­ni. Z bie­giem lat za­czy­na przy­cho­dzić co­dzien­nie. Al­ko­hol się tobą za­opie­ku­je.

Tym­cza­sem on już wie, gdzie miesz­kasz. Po­trze­bu­jesz ener­gii? Snu? Tu­pe­tu? Jest za­wsze do usług. Za­czy­nasz wie­rzyć, że wyciągnie cię z każdych kłopotów. Czu­jesz się prze­pra­co­wa­na, przemęczo­na, wy­da­je ci się, że sy­tu­acja cię prze­ra­sta? Je­steś sa­mot­na? Przy­bi­ta? Al­ko­hol przy­by­wa, gdy go naj­bar­dziej po­trze­bu­jesz.

Ale nie opusz­cza cię również wte­dy, gdy go nie po­trze­bu­jesz. Na­gle zda­jesz so­bie sprawę, że za­miesz­kał z tobą. Jest w kuch­ni. I w two­jej sy­pial­ni. Sie­dzi przy two­im sto­le, zaj­mując dwa miej­sca i wy­py­chając od nie­go twych bli­skich. Za­nim się zo­rien­tu­jesz, za­czy­na bu­dzić cię w środ­ku nocy, kopiąc w be­be­chy kwa­drans przed czwartą nad ra­nem. Robi awan­tu­ry, gdy od­wie­dzają cię przy­ja­cie­le. Za­czy­na po­ka­zy­wać, kto tu rządzi. Te­raz to al­ko­hol kie­ru­je wszyst­kim.

W końcu de­cy­du­jesz, że wy­star­czy. Pro­sisz go, by so­bie po­szedł. Od­ma­wia. Umo­wa to umo­wa, mówi. Chce do­stać, co mu się należy, i to za­raz. Żąda wszyst­kie­go: wik­tu i opie­run­ku, wszyst­kich pie­niędzy i całego majątku, two­jej ro­dzi­ny - a do tego chce wiel­kiej miłości. Bez­wa­run­ko­wej miłości.

Ro­bisz to jed­no, co ci przy­cho­dzi do głowy: wy­rzu­casz go, wy­mie­niasz zam­ki, za­strze­gasz nu­mer. Ale w piątek wie­czo­rem on wkra­da się z po­wro­tem, wcho­dzi bocz­ny­mi drzwia­mi. Wy­rzu­casz go po­now­nie. Wra­ca następne­go dnia.

Ogar­nia cię strach. To naj­cięższe, z czym kie­dy­kol­wiek miałaś do czy­nie­nia. De­cy­du­jesz się szu­kać ra­tun­ku w zmia­nie oto­cze­nia: rzu­casz pracę, pa­ku­jesz ma­nat­ki, prze­no­sisz się do in­ne­go mia­sta, gdzie nikt cię nie zna. Za­czy­nasz wszyst­ko od nowa.

Ale le­d­wie mi­nie parę dni, al­ko­hol po­wra­ca i woła do cie­bie w środ­ku nocy. Jak wszy­scy li­chwia­rze, za­wsze jest o krok przed tobą - i nie ma z nim żartów.

Tak to działa. Tak przy­cho­dzi nałóg.

Roz­dział 1 Małpy w pamiętni­ku

Początek końca

Za­ko­rze­nie­nie jest być może naj­ważniejszą i równo­cześnie naj­bar­dziej za­po­znaną po­trzebą du­szy ludz­kiej, a przy tym naj­trud­niejszą do zde­fi­nio­wa­nia.

Si­mo­ne Weil3

Tak było ze mną: próbowałam ra­to­wać się zmianą oto­cze­nia, by na­pra­wić to, co po­psuło się w moim życiu. Ku­ra­cja nie dała efektów.

Znacz­nie później do­wie­działam się praw­dy: zmia­na oto­cze­nia i prze­nie­sie­nie się w inne miej­sce nic nie daje, zwłasz­cza gdy próbuje się z ich po­mocą roz­wiązać pro­blem al­ko­ho­lo­wy.

Oczy­wiście, w owym cza­sie nie pa­trzyłam na spra­wy w taki sposób. W zi­mie 2006 roku, gdy spa­ko­wałam ma­nat­ki i prze­niosłam się do Mont­re­alu, byłam pełna wia­ry w lepszą przyszłość. Miałam na­dzieję, że moja nowa wspa­niała ka­rie­ra roz­kwit­nie. Miałam na­dzieję, że mój uko­cha­ny, z którym byłam w re­la­cji na od­ległość, osiądzie ze mną w tym no­wym mieście i stwo­rzy­my sta­bil­ny związek. Tymi ma­rze­nia­mi dzie­liłam się z grupą naj­bliższych przy­ja­ciół, którzy siedzie­li ze mną przy świe­cach na pożegnal­nym obie­dzie.

Ni­ko­mu nie zwie­rzyłam się z mo­jej trze­ciej na­dziei: że wsku­tek tej prze­pro­wadz­ki ja­kimś cu­dem znikną al­ko­ho­lo­we ciągoty, budzące we mnie co­raz większy nie­pokój. Że co­wie­czor­na po­trze­ba wy­pi­cia lamp­ki wina (czy ra­czej: trzech) po pro­stu się zde­ma­te­ria­li­zu­je.

Prze­pełniała mnie nowo od­kry­ta de­ter­mi­na­cja. Zro­biłam po­sta­no­wie­nie no­wo­rocz­ne, by nig­dy nie pić sa­mej. Obie­całam to też mo­je­mu uko­cha­ne­mu i byłam zde­cy­do­wa­na do­trzy­mać słowa.

Było lo­do­wa­to nie­bie­skie lu­to­we popołudnie, gdy pierw­szy raz tasz­czyłam wa­lizkę po mar­mu­ro­wych scho­dach mieszczącego się przy Peel Stre­et w Mont­re­alu di­sne­jow­skie­go pseu­do­zam­ku. Zbu­do­wa­ny przez Sama Bronf­ma­naI, sta­no­wił nie­gdyś sie­dzibę naj­większe­go na świe­cie pro­du­cen­ta al­ko­ho­lu. W 2002 roku Se­agram Ho­use zo­stał prze­ka­za­ny McGill Uni­ver­si­ty i roz­począł nowy żywot jako Mar­tlet Ho­use, czy­li Dom pod Ko­sem, na­zwa­ny tak na cześć małego, czer­wo­ne­go pta­ka, którego wi­ze­ru­nek wid­nie­je w her­bie uni­wer­sy­te­tu. Kos, jak po­wszech­nie wia­do­mo, ma to szczęście - czy może pe­cha? - że lata bez ustan­ku.4

Kos nig­dy nie od­po­czy­wa. Po­sta­no­wiłam przyjąć to za szczęśliwą wróżbę. Szu­kałam zna­ku po­twier­dzającego, że do­brze zro­biłam, przyj­mując poważną po­sadę na uni­wer­sy­te­cie McGill w cha­rak­te­rze wi­ce­dy­rek­tor­ki od­po­wie­dzial­nej za rozwój, kon­tak­ty z ab­sol­wen­ta­mi i sto­sun­ki z in­ny­mi uni­wer­sy­te­ta­mi. Zo­sta­wiłam w To­ron­to mój uko­cha­ny dom i ka­rierę dzien­ni­karską. Poważnie trak­to­wałam całą tę hi­sto­rię z ko­sem.5

Jako wi­ce­dy­rek­tor­ka miałam urzędować na dru­gim piętrze, w wiel­kim biu­rze należącym nie­gdyś do sa­me­go Bronf­ma­na; po­dob­no właśnie w nim w cza­sach pro­hi­bi­cji al­ko­ho­lo­wy ma­gnat po­dej­mo­wał Joe Ken­ne­dy'ego i Ala Ca­po­ne. To tu­taj miałam za­sia­dać, przy jego ma­syw­nym, ręcznie rzeźbio­nym biur­ku, stojącym w jed­nym końcu dusz­ne­go wnętrza, którego ścia­ny obu­do­wa­ne były rzędami ozdob­nych regałów i taką samą dębową bo­aze­rią. Hi­sto­ria tego miej­sca robiła wrażenie. Daw­no, daw­no temu samo to biu­ro również robiło wrażenie. Jed­nak kie­dy przy­je­chałam, po­pla­mio­ny zie­lo­ny dy­wan, po­psu­te kin­kie­ty i brak na­tu­ral­ne­go światła spra­wiały, że pokój wy­da­wał się przytłaczający. Mimo wszyst­ko - miał po­ten­cjał. Byłam opty­mistką.

By uczcić mój przy­jazd, ko­le­ga wi­ce­dy­rek­tor po­sta­wił na moim biur­ku bu­kiet wście­kle różowych mar­ge­ry­tek w ja­skra­wo­cy­try­no­wym wa­zo­nie. Za­stałam też po­wi­tal­ny bu­kiet od dy­rek­to­ra i od in­nych osób oraz nie­zli­czo­ne liściki i kart­ki z życze­nia­mi - zna­ko­mi­ta nie­spo­dzian­ka na pierw­szy dzień pra­cy. Prze­czu­cie mówiło mi, żeby nie cie­szyć się przed­wcześnie, ale po­sta­no­wiłam go nie słuchać.

Z bie­giem cza­su na­uczyłam się bać tego gi­gan­tycz­ne­go biur­ka i wszyst­kie­go, co sobą re­pre­zen­to­wało. Jed­nak pierw­sze­go dnia nowość miej­sca od­wra­cała uwagę od in­nych rze­czy. Moja asy­stent­ka, pełna ener­gii blon­dyn­ka, która le­d­wie dwa lata wcześniej sama skończyła stu­dia, usiadła na­prze­ciw mnie i wyciągnęła se­kre­tar­ski pul­pit, by mieć na czym pisać. Za­po­znała mnie z za­war­tością opasłego se­gre­ga­to­ra pełnego do­ku­mentów i wręczyła stos pa­pierów do pod­pi­su. Naj­bar­dziej in­te­re­so­wało ją jed­nak usta­le­nie daty przyjęcia z oka­zji mo­je­go przy­jaz­du. Naj­lep­szym według niej ter­mi­nem był dzień Świętego Pa­try­ka (lub jak lubiła go na­zy­wać, Świętego Pa­ty­ka) - to naj­bar­dziej im­pre­zo­wy dzień w ka­len­da­rzu Mont­re­alu i jej ulu­bio­ne święto. (Była sin­gielką i zależało jej, by czym prędzej to zmie­nić.)

Pięć ty­go­dni później przyjęcie się odbyło: większość mego no­we­go ze­społu, liczącego łącznie po­nad sto osiem­dzie­siąt osób, zo­stała stłoczo­na w sali kon­fe­ren­cyj­nej na par­te­rze Domu pod Ko­sem, gdzie po­da­no im kawę i ro­ga­li­ki; dy­rek­tor­ka na­czel­na ofi­cjal­nie po­wi­tała mnie na uni­wer­sy­te­cie McGill. Miałam zmo­bi­li­zo­wać tych lu­dzi do uru­cho­mie­nia naj­większej kam­pa­nii po­zy­ski­wa­nia fun­du­szy w hi­sto­rii uczel­ni, war­tej pół mi­liar­da do­larów; od jej suk­ce­su zależało, czy uda się zmie­nić ob­li­cze McGill, do­fi­nan­so­wać ba­da­nia i pomóc stu­den­tom. Dy­rek­torką na­czelną była ko­bie­ta, którą szcze­rze po­dzi­wiałam. Ser­ce prze­pełniała mi na­dzie­ja. Moja geo­gra­ficz­na ku­ra­cja mu­siała za­działać.

Przez pierw­sze sześć mie­sięcy wie­le nocy spędziłam za swo­im wiel­kim bronf­ma­now­skim biur­kiem. Około szóstej wie­czo­rem, gdy ostat­ni z mo­ich pra­cow­ników wra­ca­li do swo­ich domów, mężów, żon, dzie­ci i przy­ja­ciół, szłam nie­całą prze­cznicę da­lej do małej ka­wia­ren­ki na rogu, za­ma­wiałam sałatkę na wy­nos i roz­ma­wiałam z właści­cie­la­mi łamaną fran­cusz­czyzną, szy­kując się na długi wieczór w biu­rze. Cza­sa­mi zda­rzało się, że zo­sta­wałam po północy i przy­cho­dziłam na­wet w week­end. Byłam przy­zwy­cza­jo­na do długich go­dzin pra­cy. Nie miałam w mieście żad­nych praw­dzi­wych przy­ja­ciół, a no­wych obo­wiązków uczyłam się po­wo­li i z tru­dem. Po­przed­nia wi­ce­dy­rek­tor­ka, ściągnięta ze Stan­for­du, odeszła z pra­cy przed końcem swo­je­go kon­trak­tu. Wie­lu uważało, że nada­nie ma­chi­nie fun­dra­isin­go­wej McGill cech pro­fe­sjo­na­li­zmu było jej zasługą; moja pra­ca po­le­gała te­raz na kon­ty­nu­owa­niu tego pro­ce­su.

Po­wo­li się w to wgry­załam. Re­zo­lu­cje se­na­tu, ogólne kwe­stie or­ga­ni­za­cyj­ne, in­for­ma­cje o dar­czyńcach wypełniające opasłe se­gre­ga­to­ry - to było sto­sun­ko­wo pro­ste. Spra­wy kom­pli­ko­wały się od punk­tu, do którego do­pro­wa­dziła je moja po­przed­nicz­ka ze Stan­for­du. Co dzień przed snem pisałam kil­ka e-ma­ili, kładłam mój Black­ber­ry na po­dusz­ce obok i próbowałam prze­drzeć się przez kil­ka stron książki Pierw­sze 90 dni. Stra­te­gie za­pew­niające suk­ces każdemu li­de­ro­wi, otrzy­ma­nej w pre­zen­cie pożegnal­nym od doświad­czo­ne­go me­nedżera z To­ron­to.

Gasząc światło, oce­niałam swój dzień we­dle "za­sa­dy małpy na ra­mie­niu", o której usłyszałam od pre­zy­den­ta re­no­mo­wa­ne­go uni­wer­sy­te­tu. "Jest tyl­ko je­den sposób, by po­nieść klęskę w no­wym miej­scu pra­cy - ostrze­gał mnie. - Oso­by przy­noszące klu­czo­we ra­por­ty przyjdą do two­je­go biu­ra z małpami na ra­mio­nach. Gdy będą wy­cho­dzić, upew­nij się, że małpy nadal siedzą na ich ra­mio­nach, a nie na two­ich". Do­bra rada, ale trud­no ją sto­so­wać. Co­dzien­nie, na chwilę przed zaśnięciem, w głowie tańczyły mi małpy.

Wiosną światło w Mont­re­alu zmie­niło się całko­wi­cie. Roz­po­czy­nał się se­zon wa­ka­cyj­ny; ka­len­darz mo­jej asy­stent­ki wypełniły rand­ki. Co­dzien­nie rano wraz z kawą i do­ku­men­ta­mi przy­no­siła mi najświeższe no­win­ki o swo­ich ro­man­sach. Kie­dy wie­czo­ra­mi ona wy­bie­gała, pod­nie­co­na no­wy­mi per­spek­ty­wa­mi, ja przekręcałam umiesz­czo­ne za bronf­ma­now­skim biur­kiem ciężkie klam­ki okien­nic i po­zwa­lałam, by zza otwar­tych okien, prze­szklo­nych ołowia­ny­mi szyb­ka­mi, wpływały dźwięki z zaułków. Bu­dy­nek da­lej mieścił się hałaśliwy Peel Pub, po­pu­lar­ny wśród młod­szych stu­dentów i od­wie­dzających ich gości spo­za mia­sta. Przy­tul­ny Ale­xan­dre, lu­bia­ny przez tu­bylców, też był nie­da­le­ko. Rano moja asy­stent­ka krzy­wiła się, wska­zując na otwar­te okna: "Co to za fraj­da gapić się na ce­gla­ny mur?". Jak miałam jej wytłuma­czyć, dla­cze­go tak dziw­nie koiły mnie noc­ne odgłosy? Stac­ca­to po­ga­du­szek po­moc­ników ku­chen­nych z oko­licz­nych knajp, wy­ska­kujących na pa­pie­ro­sa i szyb­ko zaciągających się dy­mem przed po­wro­tem do pra­cy; łoskot wia­der pełnych brud­nych na­czyń, ciągniętych przez nich do sza­rych po­jem­ników; od cza­su do cza­su wy­buch śmie­chu, strzęp ja­kiejś me­lo­dii, trochę basu. Przy­po­mniało mi to wy­po­wiedź pew­nej zna­jo­mej na te­mat sek­su na an­ty­de­pre­san­tach: "Owszem, cza­sem mie­wam or­gazm, ale to tak, jak­by miał go ktoś w miesz­ka­niu obok". Życie z dru­giej ręki.

Mój uko­cha­ny Jake - pi­sarz miesz­kający tysiące ki­lo­metrów ode mnie - właśnie mi się oświad­czył. Ty­dzień przed moją prze­pro­wadzką po­je­cha­liśmy ra­zem na od­ległą wy­sepkę na Ba­ha­mach. Tam, o za­cho­dzie słońca na bez­lud­nej plaży, po­pro­sił mnie o rękę. Po­wie­działam "tak".

Przez po­nad de­kadę Jake i ja od­by­liśmy wie­le mio­do­wych mie­sięcy. Spędzi­liśmy ra­zem tyle cza­su, ile tyl­ko się dało: lato na ośmio­bocz­nej drew­nia­nej bar­ce miesz­kal­nej Jake'a, za­cu­mo­wa­nej gdzieś w głuszy północ­ne­go On­ta­rio; zima w swo­ich do­mach. W między­cza­sie podróżowa­liśmy - do Paryża, Lon­dy­nu, Mek­sy­ku. Każde z nas miało dziec­ko z po­przed­nie­go związku: on córkę Ca­itlin, ja - syna Ni­cho­la­sa. Uro­dzo­ne w odstępie sześciu mie­sięcy, na­sze dzie­ci miały po je­de­naście lat, kie­dy się po­zna­liśmy. Wy­cho­wy­wa­liśmy je z od­da­niem i radością, w bli­skiej współpra­cy z daw­ny­mi part­ne­ra­mi i ze sobą.

Przez całe lata to było ide­al­ne roz­wiąza­nie. La­tem cu­mo­wa­liśmy przy nad­brzeżu z różowo żyłko­wa­ne­go gra­ni­tu, gdzie bu­dziły nas wy­dry wy­kra­dające nam żywca z wia­der­ka na przynętę; pływając o po­ran­ku, cza­sem wi­dy­wa­liśmy łosie lub niedźwie­dzie. Wie­czo­ra­mi za­sia­da­liśmy na własnej ro­bo­ty ławecz­ce z wygładzo­ne­go przez wodę drew­na, grzejąc w dłoniach szkla­necz­ki ir­landz­kiej whi­sky, i słucha­liśmy, jak pio­sen­ki z na­szych play­list niosą się po wo­dzie. Zimą czy­ta­liśmy książki, ga­pi­liśmy się na ogień w ko­min­ku, no­si­liśmy fla­ne­lo­we piżamy w ryb­ki, w których przy­tu­la­liśmy się do sie­bie, oglądając fil­mo­we kla­sy­ki. "Nasz związek jest lep­szy niż inne" - mówił Jake, a ja byłam pew­na, że ma rację. Przy Jake'u czułam się jak Gra­ce Kel­ly w Oknie na podwórze - ko­smo­po­li­tycz­na dziew­czy­na po uszy za­ko­cha­na w swo­im obieżyświa­cie, Jim­mym Ste­war­cie. Przez długi czas było nam jak w raju.

Przez pierw­sze dwa mie­siące po­by­tu w Mont­re­alu nie mu­siałam sta­wać oko w oko z bo­le­sny­mi kon­se­kwen­cja­mi prze­pro­wadz­ki, bo miesz­kałam dwie mi­nu­ty od Domu pod Ko­sem, w eks­klu­zyw­nym ho­te­lu z apar­ta­men­ta­mi. Czułam się, jak­bym była w bar­dzo długiej podróży służbo­wej. Jake, czu­le na­zy­wa­ny prze­ze mnie Króli­kiem, przysłał mi paczkę wa­len­tyn­kową na ad­res re­cep­cji: je­stem pew­na, że byłam je­dyną osobą w całym ho­te­lu za­sy­piającą z plu­szo­wym króli­kiem na po­dusz­ce.

Co wieczór Jake opo­wia­dał mi o swo­im dniu wypełnio­nym pi­sa­niem: dokład­nie ro­zu­miałam jego świat. "Czuję się, jak­bym kru­szył be­ton własnym czołem" - mówił. "Opo­wiedz mi, jak to­bie minął dzień, ko­cha­nie". Tuląc plu­szo­we­go królika, sta­rałam się za­ba­wiać go hi­sto­ria­mi z mo­je­go no­we­go, skom­pli­ko­wa­ne­go świa­ta. Za­wsze kończyłam tak samo: "Wygląda na to, że za­po­mnie­li za­re­zer­wo­wać mi bi­let po­wrot­ny" - żar­to­wałam. Żadne z nas się nie śmiało. Na­sze co­wie­czor­ne roz­mo­wy te­le­fo­nicz­ne prze­pełniał spokój.

Nie­ocze­ki­wa­nie Jake mu­siał pod­dać się ope­ra­cji wy­mia­ny sta­wu bio­dro­we­go, więc po­le­ciałam go pielęgno­wać. Nie mógł się już do­cze­kać, kie­dy wy­zdro­wie­je i przy­je­dzie do Mont­re­alu, by po­znać sma­ki tego mia­sta. Ja także chciałam już mieć go przy so­bie: z dnia na dzień czułam się co­raz bar­dziej sa­mot­na.

Nad­szedł czer­wiec i prze­stałam spędzać wie­czo­ry w za­du­chu biu­ra. Co noc wędro­wałam z mo­imi pa­pie­ra­mi do przy­tul­ne­go Ale­xan­dre'a, by tam, w ciepłym bla­sku świa­teł, za­szyć się, za­wsze przy tym sa­mym sto­le, z moim Black­Ber­ry i czymś do czy­ta­nia. Mogłam pa­trzeć na in­nych lu­dzi; to łago­dziło głębo­kie po­czu­cie izo­la­cji. Co wieczór ten sam kel­ner przy­no­sił mi pierw­szy z trzech kie­liszków bar­dzo wy­traw­ne­go sau­vi­gnon blanc, sałatkę z za­pie­ka­nym ko­zim se­rem i ba­gietkę. Każdego wie­czo­ru sta­rał się zmie­nić trochę moją ru­tynę.

- Śli­ma­ki, ma­da­me?

- Non, François.

- To może ta­tar?

- Non, mer­ci, François. Un au­tre ver­re.

Po pierw­szym łyku wina czułam się, jak­by moje ra­mio­na wresz­cie ode­rwały się od uszu. Po dru­gim mogłam zro­bić wy­dech. Bar­dzo po­do­bało mi się, jak wino działało na moje ciało. Pierw­szy kie­li­szek nad­ta­piał lo­do­watą i szklistą warstwę napięcia od­dzie­lającą mnie od resz­ty świa­ta. Gdzieś w trak­cie dru­gie­go kie­lisz­ka prze­su­wały się płyty tek­to­nicz­ne mo­jej psy­che i czułam się bar­dziej swo­bod­nie. Jak ujął to Jake: "Kie­dy pi­jesz, ten for­te­pian, który tasz­czysz na ple­cach, na­gle zni­ka".

Za­wsze trak­to­wałam swoją pracę poważnie - być może na­wet zbyt poważnie. Gdzieś między pierw­szym a dru­gim kie­lisz­kiem wina na­gle po­tra­fiłam spoj­rzeć na pro­blem z dy­stan­sem albo zna­leźć od­po­wiedź na skom­pli­ko­wa­ne py­ta­nie. Na­gle wszyst­ko wy­da­wało się pro­ste. A po trze­cim kie­lisz­ku? No cóż: moja ostrość wi­dze­nia zmniej­szała się trochę i wie­działam, że czas już wra­cać do domu.

Czy moje wie­czo­ry w Ale­xan­drze li­czyły się jako sa­mot­ne pi­cie? Próbowałam jakoś roz­strzygnąć ten dy­le­mat we własnej głowie, aż wresz­cie uznałam, że tak na­prawdę nie je­stem do końca sama.

Owszem, przy sąsied­nich stołach sie­dzie­li lu­dzie. Poza tym nie miałam z kim iść na ko­lację. Ale w głębi ser­ca wie­działam, jaka jest praw­da: nie do­trzy­małam obiet­ni­cy da­nej nie tyl­ko Jake'owi, ale i sa­mej so­bie. Piłam, bo byłam sa­mot­na. Piłam, bo czułam nie­pokój. Nie byłam jak Gra­ce Kel­ly na­le­wająca Jim­my'emu Ste­war­to­wi lampkę mon­tra­che­ta. To było coś in­ne­go - co mnie nig­dy wcześniej nie spo­tkało, i czułam, że coś tu nie gra.

Nie wiem, który to był mie­siąc, gdy zaczęłam ku­po­wać ko­lejną bu­telkę po dro­dze do domu, na wy­pa­dek gdy­bym miała ochotę na ko­lejny kie­li­szek przed snem. Ale wiem dokład­nie, kie­dy zaczęłam prze­sy­piać dwa bu­dzi­ki.

W pe­wien fa­tal­ny czerw­co­wy wieczór, po wyjątko­wo trud­nej roz­mo­wie z jed­nym z pra­cow­ników zarządu, poszłam do Ale­xan­dre'a. Oto, co za­pi­sałam po­tem w swo­im dzien­ni­ku:

Czte­ry. Wczo­raj wypiłam czte­ry drin­ki. A może było ich pięć. W tym jed­na wódka. I prze­spałam oba bu­dzi­ki.

Sa­mochód sze­fo­wej miał mnie za­wieźć na wieś, na do­rocz­ne spo­tka­nie wy­jaz­do­we dy­rek­torów; prze­ga­piłam jego przy­jazd. Kie­row­ca z sze­fową przy­je­cha­li po mnie i ni­ko­go nie za­sta­li. Będę mu­siała złożyć re­zy­gnację. Przez trzy­dzieści lat życia za­wo­do­we­go nig­dy nie zda­rzyła mi się tak kosz­mar­na wpad­ka.

Do­tarłam na je­de­nastą, ale co się stało, to się nie od­sta­nie. Sze­fo­wa za­py­tała mnie:

- Wzięłaś pro­szek na sen ostat­niej nocy?

- Nie - od­po­wie­działam.

Na co ona:

- Miałam na­dzieję, że po­wiesz mi, że wzięłaś...

Dwa ty­go­dnie później, na jed­nym z na­szych re­gu­lar­nych spo­tkań, sze­fo­wa za­py­tała mnie, jak się czuję. Sama byłam za­sko­czo­na tym, co jej od­po­wie­działam: "Nie wiem, jak to wytłuma­czyć, ale... tracę głos". W pew­nym sen­sie fak­tycz­nie tak było: miałam uczu­cie, że w Mont­re­alu zgu­biłam sie­bie. A to, że bra­ko­wało mi dzien­ni­kar­stwa - mo­je­go pi­sa­nia, mo­je­go świa­ta - to była tyl­ko część praw­dy.

Tego lata Jake kupił mi piękny pierścio­nek zaręczy­no­wy: złoty, ręcznie rzeźbio­ny w de­li­kat­ne liście - czy może to były pta­sie pióra? Tak czy in­a­czej, miał sym­bo­li­zo­wać naszą wspólną miłość do na­tu­ry i czas spędzo­ny ra­zem w leśnej głuszy. Wy­rwałam się na dwa ty­go­dnie i po­je­cha­liśmy na łódkę. Pływa­liśmy co­dzien­nie rano przed śnia­da­niem i urządza­liśmy so­bie roz­kosz­nie długie po­ran­ne na­siadówki na drew­nia­nej ławce, za stołem za­sta­wio­nym owo­ca­mi, jaj­ka­mi i kawą. Za­wsze kończyło się tak samo: "Chodź, ko­cha­nie, usiądź mi na ko­la­nach, po­ma­suję ci ple­cy". Jake i ja całowa­liśmy się przed ro­zejściem do po­ran­nych zajęć. Po południu zwy­kle po­ma­gał mi nałożyć przynętę na ha­czyk, gdy płynęliśmy środ­kiem rze­ki we dwójkę na jedną z czte­ro­go­dzin­nych wy­praw spa­ce­rową mo­torówką albo kla­syczną drew­nianą łodzią.

Ale tego lata rza­dziej roz­ma­wia­liśmy o pi­sa­niu, a więcej o zasięgu na Black­Ber­ry. Wyglądało na to, że tyl­ko ja wy­brałam się na wa­ka­cje, małpy nie wzięły urlo­pu... Plot­ka głosiła, że pew­ne­go lata mąż mo­jej sze­fo­wej tak się zi­ry­to­wał jej nie­ustan­nym spraw­dza­niem e-ma­ila, że wrzu­cił jej Black­Ber­ry do je­zio­ra. Myślałam, że ta hi­sto­ria to apo­kryf: nie sposób wy­obra­zić so­bie jej zrówno­ważone­go męża - sce­na­rzy­sty i mi­strza jogi - rzu­cającego czym­kol­wiek. Mimo wszyst­ko Jake uznał tę hi­sto­rię za za­bawną, zwłasz­cza że moje własne na­wy­ki związane z pracą wy­sta­wiały jego cier­pli­wość na nie lada próbę. Mat­ka Jake'a się mar­twiła. "Wyglądasz na wykończoną - po­wie­działa do mnie. - Coś w tej pra­cy naj­wy­raźniej ci nie służy". Wzięłam ją za rękę i po­wie­działam, że wszyst­ko będzie do­brze.

Z na­dejściem je­sie­ni sa­mot­ność mnie przytłaczała. Na tej sa­mej za­sa­dzie, na ja­kiej nieszczęśliwa para de­cy­du­je się na dziec­ko, by ra­to­wać małżeństwo, wy­najęłam agen­ta nie­ru­cho­mości i zaczęłam szu­kać domu do ku­pie­nia. Na ra­zie prze­niosłam się do tym­cza­so­we­go miesz­ka­nia na piętrze dy­rek­tor­skim w no­wym aka­de­mi­ku. Moje pe­ry­pa­te­tycz­ne skłonności bu­dziły wiel­ki nie­pokój sze­fo­wej, i nie bez po­wo­du. Na większość week­endów le­ciałam do domu, do To­ron­to, z Black­Ber­ry w ręku. W ciągu ty­go­dnia przeglądałam cier­pli­wie ofer­ty miesz­kań i domów, od­rzu­cając jedną po dru­giej. Moim zda­niem wyglądały jak de­ko­ra­cje fil­mo­we, jak tło dla życia, które nie miało nic wspólne­go z moim.

Przy­by­li pierw­szo­rocz­nia­cy. Co noc gro­ma­dy dzie­ciaków o młodzieńczych twa­rzach wy­le­wały się z aka­de­mików, spra­gnio­ne zachłyśnięcia się po raz ko­lej­ny noc­nym życiem Mont­re­alu. Z mo­jej per­spek­ty­wy wy­da­wało się, że to oni rządzą mia­stem. A ja? Ja stałam na piętna­stym piętrze, z kie­lisz­kiem białego wina w ręku, przeglądając ofer­ty nie­ru­cho­mości, nie­praw­do­po­dob­nie za­gu­bio­na. Miałam od­po­wie­dzialną pracę, part­ne­ra życio­we­go na dru­gim końcu kra­ju, a jak okiem sięgnąć ani jed­ne­go przy­ja­cie­la. Moje let­nie wa­ka­cje z Ja­kiem daw­no się skończyły i czułam się tak, jak­by moje życie też za­raz miało do­biec końca.

Przez całą je­sień bu­dy­nek dud­nił od głośnej mu­zy­ki do późna, cza­sem na­wet przez całą noc. Jum­pin' Jack Flash roz­brzmie­wał nie­raz o dru­giej nad ra­nem. Chro­pa­wy głos Le­onar­da Co­he­na niósł się ko­ry­ta­rza­mi. Czte­ry lata wcześniej mój własny syn po­je­chał na stu­dia, za­brał gi­tarę, ale na mo­jej po­dusz­ce zo­sta­wił płytę CD z liści­kiem: "Jeśli po­czu­jesz się sa­mot­na, puść to BAR­DZO GŁOŚNO".

Aka­de­mik przy­po­mi­nał dom naj­bar­dziej z wszyst­kich miejsc, w których miesz­kałam w Mont­re­alu... Lubiłam wędro­wać ko­ry­ta­rza­mi, słuchać, jak ko­reański stu­dent gra na for­te­pia­nie w holu, ob­ser­wo­wać młode dziewczęta w kap­ciach w kształcie królików chi­choczące nad pizzą. Pew­ne­go wie­czo­ru wra­całam do domu późno, gdy na­gle drzwi win­dy otwo­rzyły się, uka­zując trzech półna­gich fa­cetów, po­ma­lo­wa­nych różnymi od­cie­nia­mi czer­wie­ni i prze­wiąza­nych w pa­sie iden­tycz­ny­mi ręczni­ka­mi; na głowach mie­li kar­to­ny po pi­wie Mol­son Ca­na­dian z wyciętymi szcze­li­na­mi na oczy.

- Wi­ta­my, pa­nien­ko! Czyżby nowa w mieście? - Wszy­scy trzej za­ma­cha­li do mnie.

- Nie tak nowa jak wy - od­po­wie­działam. - Je­stem tu jedną z wi­ce­dy­rek­to­rek.

Jed­no z pudełek na głowie opadło, odsłaniając twarz młode­go człowie­ka.

- Ojej, prze­pra­szam panią bar­dzo...! - Chłopak wy­tarł dłoń w ręcznik i ener­gicz­nie potrząsnął moją ręką. - Miło panią po­znać!

"Ame­ry­ka­nin - pomyślałam. - Z Południa".

- Mnie również - od­po­wie­działam, za­nim zniknęli w mro­ku nocy. Drzwi win­dy się za­mknęły. "Je­stem naj­star­sza w całym aka­de­mi­ku" - prze­mknęło mi przez głowę.

W miarę jak zbliżała się se­sja, mu­zy­ka trochę przy­cichła, ale z pi­ciem brać stu­denc­ka nig­dy nie od­pusz­czała. Dziew­czy­ny szlo­chające w holu, roz­ma­za­ny czar­ny tusz do rzęs spływający im po twa­rzach. Chłopcy leżący bez przy­tom­ności twarzą w dół na chod­ni­ku, ich kum­ple żłopiący piwo tuż obok i wysyłający ese­me­sy. Zda­rzało się, że w win­dzie cuchnęło wy­mio­ci­na­mi.

Wiodłam nie­wy­obrażal­nie sa­mot­ne życie. Spo­ra­dycz­nie wpa­dał w gości zna­jo­my spo­za mia­sta, jakiś ro­dzic stu­den­ta McGill albo ktoś mar­twiący się o syna lub córkę. Raz na jakiś czas jadłam obiad z pro­fe­so­rem Da­nem Le­vi­ti­nem, mu­zy­kiem i pro­du­cen­tem, który poświęcił się stu­dio­wa­niu neu­ro­bio­lo­gii, au­to­rem książki This Is Your Bra­in on Mu­sic. Dan miesz­kał sam z psem imie­niem Cień. Uwiel­białam słuchać o jego no­wym kum­plu Stin­gu i o sta­rych kum­plach: Joni Mit­chell, Ro­san­ne Cash, To­mie Wa­it­sie. Pił z umia­rem, uwiel­biał gry słowne i miał fe­no­me­nal­ny gust w wy­bo­rze re­stau­ra­cji. On także był sam. Po pew­nym cza­sie czułam się niezręcznie, spo­ty­kając się z nim. Z żalem po­zwo­liłam na­szej przy­jaźni osłabnąć.

Pew­ne­go wie­czo­ru przed Bożym Na­ro­dze­niem François pod­szedł do mnie i przyj­rzał mi się ba­daw­czo.

- Ma­da­me, myślę, że jest pani bar­dzo, bar­dzo sa­mot­na. Myślę, że jest pani naj­bar­dziej sa­motną ko­bietą na świe­cie.

- Ależ nie, François, nie je­stem.

François miał scep­tyczną minę.

- Je­stem po pro­stu bar­dzo zajęta - ucięłam, pod­nosząc stos swo­ich pa­pierów z ławecz­ki.

- Oui, ma­da­me.

Ku­ra­cja geo­gra­ficz­na nie za­działała. Ja już wie­działam to, cze­go inni za­czy­na­li się domyślać. W Nowy Rok spi­sa­liśmy z Ja­kiem po­sta­no­wie­nia, jak to ro­bi­liśmy co roku, i każde pod­pi­sało się pod obiet­ni­ca­mi dru­gie­go. W tym roku Jake spoj­rzał na własną listę; gdy ja spi­sy­wałam swoją, wtrącił się:

- Góra dwa drin­ki przy jed­nej oka­zji - po­wie­dział. - I żad­ne­go pi­cia w sa­mot­ności.

- Czy nie uważasz, że jeśli gdzieś wy­cho­dzi­my, trzy drin­ki jed­ne­go wie­czo­ru brzmią bar­dziej re­ali­stycz­nie? - próbowałam się tar­go­wać.

- Trzy w ciągu trzech go­dzin - zgo­dził się Jake. Naj­wy­raźniej go nie prze­ko­nałam.

Za­pi­sałam więc: "Biorąc pod uwagę ge­ne­tycz­ne pre­dys­po­zy­cje do al­ko­ho­li­zmu w na­szej ro­dzi­nie, po­sta­na­wiam, co następuje: ogra­ni­czyć pi­cie do dwóch drinków przy oka­zjach to­wa­rzy­skich, trzech w ciągu trzech go­dzin; nig­dy nie pić sa­mot­nie; nie prze­kra­czać dzie­więciu drinków w jed­nym ty­go­dniu. Jeśli złamię choć jedną z tych za­sad w ciągu sześciu mie­sięcy, obie­cuję, że pójdę po po­moc do spe­cja­li­sty". Obo­je z Ja­kiem pod­pi­sa­liśmy na­wza­jem swo­je li­sty i opa­trzy­liśmy je datą: 1 stycz­nia 2007.

Jake nie był je­dy­nym, którego mar­twiło moje pi­cie. Syn również za­uważył we mnie znacz­ne zmia­ny i otwar­cie o tym mówił. Sio­stra nie za­bie­rała głosu, ale jej mil­cze­nie było wy­mow­ne... Na­sza mat­ka miała poważne pro­ble­my z al­ko­ho­lem. A ja sama? Mar­twiłam się nie na żarty. Po­sta­no­wiłam podjąć kon­kret­ne kro­ki: za­dzwo­niłam do le­ka­rza spe­cja­li­zującego się w te­ra­pii uza­leżnień i umówiłam się na pierw­szy wol­ny ter­min. Nie­ste­ty, wy­pa­dał on do­pie­ro w mar­cu.

Przede wszyst­kim miałam ochotę wrócić do domu. To jed­nak nie wcho­dziło w grę, a przy­najm­niej ja nie mogłam brać tej opcji pod uwagę. W Domu pod Ko­sem właśnie zakończy­liśmy bar­dzo uda­ny rok: zdołaliśmy ze­brać re­kor­do­wo dużo fun­du­szy. Byłam dum­na z tego osiągnięcia i z tego, że pra­cuję dla McGill. W ciągu dwóch ty­go­dni miałam wejść w po­sia­da­nie piękne­go, słonecz­ne­go apar­ta­men­tu w za­byt­ko­wym bu­dyn­ku. Za dzie­więć mie­sięcy mie­liśmy ru­szyć z ko­lejną wielką kam­pa­nią. Byłam w trak­cie re­kru­ta­cji członków ko­mi­te­tu, który miał ją re­pre­zen­to­wać. Ter­min zakończe­nia pra­cy nad tym zo­stał wy­zna­czo­ny, a ja trak­to­wałam go poważnie.

Zro­biłam więc je­dyną rzecz, jaka mi przyszła do głowy: zaczęłam pro­wa­dzić dzien­nik al­ko­ho­lo­wy. Moja sio­stra za­su­ge­ro­wała, że w na­grodę za do­bre spra­wo­wa­nie po­win­nam wkle­jać so­bie w nim na­lepkę. Wy­sko­czyłam do skle­pu z za­baw­ka­mi i kupiłam pierw­sze, ja­kie mi wpadły w ręce: małpy. Ide­al­nie. Chciałabym zrzu­cić tę cho­lerną małpę z własnych pleców.

Oczy­wiście, jak do­wie­działam się dużo później, początek końca za­wsze tak wygląda.

Wiesz, że pi­jesz za dużo, więc de­cy­du­jesz, że za­czniesz pro­wa­dzić ra­chu­nek. Większość lu­dzi trzy­ma go gdzieś w ukry­ciu. W port­fe­lu albo w szu­fla­dzie z bie­lizną. Ostat­niej nocy wypiłaś czte­ry. A może pięć? Dziś wie­czo­rem na pew­no będzie le­piej.

Tak to się za­czy­na. Od usta­le­nia za­sad gry.

Może prze­rzu­cisz się z czer­wo­ne­go na białe (mniej plam na zębach). A może nie będziesz pić wina, tyl­ko piwo.

Żad­nych brązo­wych trunków, tyl­ko prze­zro­czy­ste. (Wódki nie czuć, praw­da?) Tyl­ko w week­en­dy.

Nig­dy w nie­dzie­le. Nig­dy, prze­nig­dy w sa­mot­ności.

Pro­blem po­le­ga na tym, że za­sa­dy się zmie­niają - a ty pi­jesz nadal.

Po­sta­na­wiasz zacząć bie­gać albo pływać. (W moim przy­pad­ku to był chód nor­we­ski. Cho­dzia­rze nie mogą być al­ko­ho­li­ka­mi, praw­da?)

Za­czy­nasz bu­dzić się o czwar­tej nad ra­nem. (Jak to, nie wszy­scy budzą się o czwar­tej?)

Obie­cu­jesz so­bie, że dzi­siaj po­sta­rasz się bar­dziej, wy­pi­jesz mniej. Tyl­ko że nic z tego nie wy­cho­dzi.

W grun­cie rze­czy je­dy­ne, w co po­tra­fisz się do końca za­an­gażować, to ten dzien­nik. Opo­wia­da on hi­sto­rię, która za­czy­na wyglądać groźnie.

A co naj­gor­sze, to do­pie­ro początek końca.

Jak to często bywa z ta­ki­mi dzien­ni­ka­mi, mój zaczął się obie­cująco. Przez kil­ka dni przy­by­wało na­kle­jek z małpka­mi: prze­strze­gałam na­rzu­co­nych so­bie ogra­ni­czeń. Oczy­wiście dzien­nik był moją ta­jem­nicą (która wi­ce­dy­rek­tor­ka wkle­ja małpki do pamiętni­ka?). Ale wkrótce nie miałam już po­wodów do wkle­jania małpek. Al­ko­hol to potężny wróg: gdy tyl­ko od­kry­jesz, że nim jest, oko­pu­je się głęboko.

Po­wie­działam to w mar­cu le­ka­rzo­wi od uza­leżnień. Po­ki­wał głową.

- Jaki te­raz masz sto­su­nek do al­ko­ho­lu? - za­py­tał.

- Ko­cham go.

Skrzy­wił się.

- I nie­na­widzę jed­no­cześnie.

- Uważaj - ostrzegł mnie. - Al­ko­hol jest spryt­nym oszu­stem. Używa­nie go do roz­wiązy­wa­nia pro­blemów to błędna stra­te­gia.

Pew­ne­go wio­sen­ne­go wie­czo­ru jadłam ko­lację z elo­kwent­nym dzie­ka­nem wy­działu me­dy­cy­ny, Ri­chem Le­vi­nem. Był na McGill sto­sun­ko­wo od nie­daw­na, prze­niósł się z żoną z No­we­go Jor­ku. Miał wte­dy ciężki dzień.

Rich lubił mar­ti­ni; zamówił jed­no, po­tem dru­gie.

- Dla­cze­go przy­je­chałeś do Mont­re­alu, Rich? - za­py­tałam.

- Przy­je­chałem do wód.

Dałam się na to złapać.

- Do wód? Ja­kich wód?

- Wpro­wa­dzo­no mnie w błąd. - Rich spoj­rzał na mnie zdzi­wio­ny. - To z Ca­sa­blan­ki.

- Jesz­cze jed­ne­go drin­ka, Rich?

- O nie, moja dro­ga. Wiesz, co po­wia­da Do­ro­thy Par­ker.

Następnym ra­zem, kie­dy się spo­tka­liśmy, Rich wyciągnął z kie­sze­ni lek­ko zmiętą ser­wetkę kok­taj­lową i podał mi ją. Był na niej cy­tat z Par­ker, wy­ka­li­gra­fo­wa­ny obok ry­sun­ku kie­lisz­ka do mar­ti­ni: "Uwiel­biam mar­ti­ni, ale piję co naj­wyżej dwa. Po trze­cim leżę pod stołem; po czwar­tym - pod go­spo­da­rzem".

Tego wie­czo­ru wkleiłam ser­wetkę do pamiętni­ka. Obok na­pi­sałam: "Al­ko­hol mnie ter­ro­ry­zu­je. Cho­wam się za nim". Wie­działam, że dzie­je się coś złego.

Kil­ka dni później, w po­ra­nek Dnia Ojca, do­wie­działam się, że mój ku­zyn Doug - po­wier­nik i naj­lep­szy przy­ja­ciel z dzie­ciństwa - zginął w wy­pad­ku, za­bi­ty przez pi­ja­ne­go kie­rowcę, w dro­dze po­wrot­nej do domu z przyjęcia z oka­zji osiem­dzie­siątych uro­dzin swo­jej mat­ki. Jego córka, najmłod­sza z czwor­ga dzie­ci, sie­działa na przed­nim fo­te­lu. Przeżyła, ale była poważnie ran­na.

To był słonecz­ny nie­dziel­ny po­ra­nek i pamiętam, że pomyślałam so­bie: "Co jesz­cze mu­sisz stra­cić przez al­ko­hol, aby z nie­go zre­zy­gno­wać?". Ja już stra­ciłam dużą część dzie­ciństwa, te­raz ku­zy­na - i tra­ciłam samą sie­bie.

Wyciągnęłam kor­kową ta­blicę i przy­cze­piłam do niej kartkę, na której wid­niały trzy odręcznie na­pi­sa­ne słowa: "Ta­bli­ca mo­ich DLA­CZE­GO". Cho­dziło mi o to, dla­cze­go mu­siałam zre­zy­gno­wać z pi­cia. Albo o po­wo­dy, dla których chcę uniknąć śmier­ci. Pamiętnik już prze­stał działać. W grun­cie rze­czy nie działał nig­dy. Po raz pierw­szy na­prawdę się prze­stra­szyłam, że nałóg może mnie zabić.

Spędziłam całą go­dzinę, zapełniając ta­blicę ob­ra­za­mi i słowa­mi, które ko­chałam. W tym miesz­ka­niu miałam bar­dzo nie­wie­le zdjęć; na jed­nym z nich był Ni­cho­las obej­mujący mnie po wyścigu na re­ga­tach wioślar­skich, w których zdo­był brązowy me­dal; na in­nym Jake rzu­cający cumę z pokładu swo­jej łodzi; na jesz­cze in­nym mój pies Bo. Tak wie­lu twa­rzy bra­ko­wało. Wyjęłam długo­pis i wy­pi­sałam na­zwi­ska in­nych na skraw­kach białego pa­pie­ru, przy­twier­dzając je sta­ran­nie do płyty. Następnie dodałam kil­ka frag­mentów pro­zy - An­nie Dil­lard, Si­mo­ne Weil - i coś z po­ezji: Miłość po miłości De­re­ka Wal­cot­ta.

Po­tem uklękłam i wy­po­wie­działam je­dyną mo­dlitwę, w którą wie­rzyłam - słowa z wier­sza T.S. Elio­ta East Co­ker:

Po­wie­działem do du­szy mej, bądź spo­koj­na, cze­kaj bez na­dziei,

Bo byłaby na­dzieją niewłaści­wych rze­czy; cze­kaj bez miłości,

Bo byłaby miłością niewłaści­wych rze­czy; jest jesz­cze wia­ra,

Lecz wia­ra, na­dzie­ja i miłość - wszyst­kie są w ocze­ki­wa­niu.

Cze­kaj bez myśli, bo nie je­steś go­to­wa do myśli:

Tak że ciem­ność będzie światłem, a bez­ruch tańcem.6

W ciągu kil­ku ty­go­dni Jake i ja zna­leźliśmy grupę wspar­cia dla wy­chodzących z nałogu, spo­ty­kającą się w piw­ni­cy kościoła. Gdy po­szliśmy tam, on trzy­mał mnie za rękę, a mnie łzy płynęły po po­licz­kach stru­mie­nia­mi. Przez go­dzinę słuchałam, jak gro­ma­da po­zor­nie szczęśli­wych lu­dzi dzie­li się swy­mi opo­wieścia­mi, wiarą i wdzięcznością. Gdy spo­tka­nie do­biegło końca i zaczęto od­sta­wiać krzesła, pod­szedł do mnie wy­so­ki czar­ny nie­zna­jo­my w dziw­nym ka­pe­lu­szu; chciał mnie po­cie­szyć. "Skar­bie - wy­ce­dził - wierz mi, co­kol­wiek zro­biłaś źle, ja robiłem rze­czy o wie­le, wie­le gor­sze".

Każda pora roku ma swój własny so­und­track: tego lata, gdy sie­dzie­liśmy na różowo żyłko­wa­nym gra­ni­cie i piliśmy do posiłków sok z żura­win i wodę so­dową, to­wa­rzy­szył nam pełen in­tro­spek­cji Kon­cert w Ko­lo­nii Ke­itha Jar­ret­ta. Uko­cha­na mat­ka Jake'a właśnie umarła po długiej cho­ro­bie. Kie­dy Jar­rett oka­zy­wał się zbyt na­tar­czy­wy, Jake wrzu­cał odro­binę Si­na­try lub Vana Mor­ri­so­na, żeby po­zo­stać w ro­man­tycz­nym to­nie. "Ko­cham się z tobą przez moją play­listę!" - wołał do mnie od swo­je­go kom­pu­te­ra, a ja, od nie­daw­na trzeźwa, za­wi­jałam się w te nowe dźwięki jak w ko­kon.

Ale dla resz­ty świa­ta lato 2007 roku należało do wy­zy­wającej Amy Wi­ne­ho­use: "They tried to make me go to re­hab. I said No, no, no!". Chcie­li mnie zmu­sić, żebym poszła na od­wyk - a ja im: nie, nie, nie! Wyjątko­wo łatwo wpadło mi to w ucho i nie chciało się od­cze­pić. Nie umknęło to mo­jej uwa­dze, gdy przy­je­chałam z po­wro­tem do McGill po spędze­niu pierw­szych sie­dem­na­stu dni trzeźwości w północ­nych la­sach On­ta­rio. Oka­zało się, że już spraw­dzając mo­je­go Black­Ber­ry w taksówce z lot­ni­ska, nuciłam so­bie: No, no, no!

Nie miałam wte­dy pojęcia, że mi­nie więcej niż rok, za­nim będę w sta­nie wy­trwać w praw­dzi­wej trzeźwości, a al­ko­hol fak­tycz­nie i na do­bre sta­nie się tyl­ko od­bi­ciem we wstecz­nym lu­ster­ku. Że miną trzy ko­lej­ne lata, za­nim od­zy­skam to, co można na­zwać praw­dzi­wym po­czu­ciem równo­wa­gi. I że będę mu­siała użyć wszyst­kich mo­ich dzien­ni­kar­skich umiejętności, by umieścić w ja­kimś głębo­kim i znaczącym kon­tekście to, co za­bi­jało mnie - i, jak się oka­zu­je, za­bi­ja co­raz więcej in­nych ko­biet.

Na ra­zie jed­nak miałam utra­cić wie­le rze­czy, na których mi zależało: środ­ki do życia, miłość, radość. I za­nim odbiłam się od dna i zaczęło się po­pra­wiać, wszyst­ko stało się mak­sy­mal­nie trud­ne.