Wszyscy z tego samego miasta
Huntington, Wirginia Zachodnia
Pewnego wrześniowego poniedziałku 2007 roku Teddy Johnson, dobrze sytuowany hydraulik z Huntington w stanie Wirginia Zachodnia, odwiedził swego syna Adama w jego mieszkaniu.
Adam Johnson był pucołowatym, rudowłosym chłopakiem. Jako fan rocka alternatywnego i New York Dolls, Briana Eno czy Captaina Beefhearta czuł się nieco wyobcowany w konserwatywnej Wirginii Zachodniej. Grał na perkusji i gitarze, a wychowywał się w bogatej dzielnicy. Miał dwadzieścia trzy lata i właśnie rozpoczął studia na Uniwersytecie Marshalla w Huntington. Prowadził już przedtem w szkolnym radiu program Oscillating Zoo, w którym dawał upust swojemu eklektycznemu gustowi muzycznemu. Matka Adama była alkoholiczką, a on sam od kilku lat to brał, to odstawiał narkotyki. Jak mówili koledzy, zaczął od syropu na kaszel, ale szybko przerzucił się na inne substancje odurzające, w tym środki przeciwbólowe na receptę.
Adam porzucił szkołę średnią po tym, jak zdał GED. Zaczął wtedy rozpaczliwie szukać pomysłu na życie. Pracował dla Teddy'ego, któremu wydawało się, że syn powoli je sobie układa. Grał z kumplami w zespole i wyglądał na czystego. Jego ojcu otuchy dodał fakt, że Adam zapisał się na studia na Uniwersytecie Marshalla, gdzie chciał zdobyć tytuł magistra historii.
Jednak tamtego poniedziałkowego ranka Teddy poszedł do mieszkania Adama i znalazł go w łóżku martwego.
Sekcja zwłok wykazała przedawkowanie heroiny. Według policji Adam brał kleistą, ciemną substancję znaną pod nazwą "czarna smoła", czyli heroinę pochodzącą z pacyficznego wybrzeża Meksyku, gdzie uprawiano mak lekarski. To zaskoczyło Teddy'ego niemal w równym stopniu co śmierć syna. Heroina? To w Nowym Jorku. Huntington leżało w samym środku regionu appalaskiego.
- Nie miałem o tym najmniejszego pojęcia - powie później. - To małe miasteczko. Nie byliśmy na to przygotowani.
W tamten weekend w Huntington zmarły na skutek przedawkowania czarnej smoły dwie inne osoby: czterdziestodwuletni Patrick Byars, który pracował w pizzerii Papa John's Pizza, oraz czterdziestopięcioletni były właściciel sklepu ze starociami George Shore. W kolejnych pięciu miesiącach tego rodzaju przypadki zaczęły się mnożyć. Od 2001 roku w Huntington śmiertelnymi ofiarami przedawkowania heroiny były zaledwie cztery osoby, a tu nagle wystarczyło pięć miesięcy, by ich liczba sięgnęła dwunastu, na dodatek poprzedniej wiosny były jeszcze dwa zgony. Gdyby nie szybka pomoc udzielona przez ratowników, ofiar byłoby więcej.
- Mieliśmy mnóstwo przypadków przedawkowania, gdy lekarze znajdowali [ludzi] niereagujących na żadne bodźce - relacjonował komendant policji w Huntington Skip Holbrook.
Przed 2007 rokiem policjanci w Huntington w ogóle nie mieli styczności z czarną smołą.
Dwa lata później stałem na południowym brzegu rzeki Ohio, gdzie nietypowo jak na Wirginię Zachodnią roztacza się idealnie płaski teren. Na północ ciągnie się stan Ohio, a na zachód Kentucky. Huntington leży w długiej, wąskiej dolinie, której dnem płynie szeroka i spokojna rzeka. Miasto założono jako zachodnią stację końcową linii kolejowej Chesapeake and Ohio Railway - wydobywany w regionie węgiel przewożono wagonami towarowymi do Huntington, skąd barkami rozwożono go po reszcie kraju.
Miasto znajduje się na styku amerykańskiego Południa i Północy, jak zresztą i sama Wirginia Zachodnia. Demokraci rządzili stanem w stylu godnym Tammany Hall. Stworzyli system prawny i polityczny wspierający działalność linii kolejowych oraz kopalni. Nazwisko najbardziej znanego senatora stanowego Roberta C. Byrda widnieje na wielu huntingtońskich budynkach publicznych, w tym na moście na rzece Ohio. Jednak Wirginia Zachodnia wysyłała swoje surowce na zewnątrz, gdzie przetwarzano je w przynoszące większy dochód i posiadające większą wartość produkty. Część Południa odrzuciła ten charakterystyczny dla trzeciego świata model rozwoju gospodarczego. Wirginia Zachodnia tego nie zrobiła. Mechanizacja wydobycia surowców naturalnych spowodowała zmniejszenie liczby miejsc pracy. Koleje podupadły i pojawiły się problemy gospodarcze. Jednak panujący w stanie system polityczny uniemożliwiał przeprowadzenie reform lub skierowanie gospodarki na nowe tory. Pauperyzacja miejscowej ludności rosła, a główna część zbiorów przypadała na konopie indyjskie uprawiane do produkcji marihuany. W 2005 roku odnotowano rekordowy poziom wydobycia węgla, choć zarazem w kopalniach zatrudniona była najniższa w historii liczba pracowników.
Imigranci unikali Wirginii Zachodniej. Mieszkańcy, którzy urodzili się gdzieś indziej, stanowili zaledwie jeden procent tej populacji, co plasuje ten stan na ostatnim miejscu w całych Stanach Zjednoczonych. Mający jakieś aspiracje Wirgińczycy wyjeżdżali na północ, nieodmiennie jednak myśląc o powrocie. Zloty rodzinne są tu na porządku dziennym. Z kolei wiele rodzin, które tu pozostały, żyje z zasiłków rządowych.
Liczba mieszkańców Huntington spadła z osiemdziesięciu trzech tysięcy w 1960 roku do obecnych czterdziestu dziewięciu tysięcy. Będące podstawą programu edukacyjnego szkół hasło "czytanie, pisanie i arytmetyka" zamieniono na "czytanie, pisanie i droga numer 23", gdyż ludzie masowo ruszali na północ słynną szosą do Columbus, Cleveland lub Detroit. W 2008 roku miasto uznano za najgrubsze w Ameryce - jak donosiła Associated Press, było w nim więcej pizzerii niż sal gimnastycznych i uzdrowisk w całym stanie Wirginia Zachodnia.
Co gorsza, wskaźnik depopulacji nie był jedynym, który stale rósł w Huntington. W mieście nasilały się też konsumpcja narkotyków i idący z nią w parze fatalizm. Dilerzy nazywali je Moneyington. Pojawili się handlarze z Detroit i gliniarze zaczęli podejrzliwie przyglądać się wszystkim samochodom z tablicami rejestracyjnymi pochodzącymi ze stanu Michigan.
Natomiast - jak mówili mi na policji - meksykańscy handlarze narkotyków omijali je, co czyniło z Huntington wyjątek. Dilerzy z Meksyku działali w dużej części Stanów Zjednoczonych - w Tennessee, Idaho i na Alasce, ale nie w Wirginii Zachodniej. Według raportu Departamentu Sprawiedliwości za 2009 rok była ona jednym z siedmiu stanów, w których nie odnotowano handlarzy narkotyków z Meksyku. Policja miała proste wytłumaczenie tego zjawiska: nie było społeczności meksykańskiej, w której mogliby się rozpłynąć. Imigranci z Meksyku jechali tam, gdzie czekała na nich praca, funkcjonując przy tym jako swego rodzaju barometr ekonomiczny: obecność Meksykanów świadczyła, że okolica się rozwija. W Wirginii Zachodniej nie było miejsc pracy, więc nie było też i Meksykanów.
Zastanawiałem się zatem, jak to możliwe, że tak wiele osób przez tyle miesięcy mogło umierać od pochodzącej z Meksyku czarnej smoły. Co więcej - od kiedy można było zdobyć w Wirginii Zachodniej heroinę w jakiejkolwiek jej postaci?
Karierę reportera kryminalnego zacząłem w kalifornijskim Stockton. Do tego czasu heroinę znałem tylko z nakręconych w latach siedemdziesiątych filmów o Nowym Jorku - Francuskiego łącznika, Serpico i Księcia wielkiego miasta - w których zawsze pojawiała się w formie białego proszku. Nowy Jork był naszym narodowym centrum obrotu heroiną, ale w Stockton natrafiałem tylko i wyłącznie na towar nazywany czarną smołą. Policjanci z wydziału narkotykowego powiedzieli mi, że wytwarzano ją w Meksyku. To była baza powstała z półprzetworzonego opium. Podobnie jak inne rodzaje heroiny można ją było palić lub wstrzykiwać i była tak samo mocna jak rafinowany biały proszek, który widziałem we Francuskim łączniku. Różnica polegała na tym, że zawierała więcej zanieczyszczeń. Powiadano też, że czarna smoła była narkotykiem Zachodniego Wybrzeża sprzedawanym w Kalifornii, Oregonie i Waszyngtonie. Łatwo ją było znaleźć również w Denver czy Arizonie. Jednak na wschód od rzeki Missisipi praktycznie jej nie znano. Przez lata z raportów Rządowej Agencji do Walki z Narkotykami (DEA) wynikały takie same wnioski.
Co więc czarna smoła robiła na wschód od rzeki Missisipi?
Pytania te zawiodły mnie do Huntington i na brzeg płynącej przez miasto rzeki Ohio. Pracowałem jako reporter "Los Angeles Times" w zespole zajmującym się prowadzonymi w Meksyku wojnami narkotykowymi. Moim zadaniem było pisać o meksykańskim handlu narkotykami w Stanach Zjednoczonych, czyli o zjawisku, które dotąd pozostawało dość słabo opisane. Szukając tematu do artykułu, natknąłem się na raporty poświęcone gwałtownemu wzrostowi konsumpcji czarnej smoły w Huntington w 2007 roku i zadzwoniłem do sierżanta policji zajmującego się w tym mieście narkotykami.
- Cała dostępna tutaj czarna smoła pochodzi z Columbus w stanie Ohio - powiedział mi.
Zadzwoniłem do DEA w Columbus i porozmawiałem z niezwykle gadatliwym agentem.
- Są tu dziesiątki meksykańskich handlarzy heroiną. Krążą po okolicy samochodami i sprzedają towar w balonikach, dostarczając go uzależnionym. Działają w czymś w rodzaju zespołów lub komórek. W kółko aresztujemy kierowców, ale wciąż przysyłają nowych z Meksyku - wyjaśnił. - Nigdy nie odpuszczają.
Przez jakiś czas narzekał na frustrację wywołaną żmudnymi śledztwami kończącymi się zatrzymaniami młodych mężczyzn, których natychmiast zastępują inni. Ukrywają się wśród dużej populacji Meksykanów mieszkających w Columbus. Kierowcy znają się i nigdy nie sypią. Nie są też uzbrojeni. Przyjeżdżają, podają fałszywe nazwiska, wynajmują mieszkania i po sześciu miesiącach ich nie ma. To nie była taka mafia heroinowa, do której Ohio i wschód Stanów Zjednoczonych zdążyły przywyknąć.
- Dziwna sprawa - dodał. - Wszyscy są z tego samego miasta.
Rozsiadłem się w fotelu.
- Tak? Z którego?
Przywołał kolegę, z którym przez kilka minut rozmawiał ściszonym głosem.
Mieszkałem w Meksyku przez dziesięć lat po tym, jak wyjechałem ze Stockton i zostałem wolnym strzelcem. Spędziłem dużo czasu w miasteczkach i wioskach, pisząc o ludziach, którzy migrowali na północ. Napisałem o Meksyku dwie książki z gatunku literatury faktu. Wiele z opisanych w nich historii rozgrywało się w najmniejszych, znajdujących się na obrzeżach cywilizacji wioskach, znanych jako ranchos.
Przez całą swoją historię zamieszkujący je rancheros wyruszali na odludzie, by uciec od dławiącego ich w mieście klasizmu. Zakładali osady i próbowali wyżyć z ziemi, której nikt inny nie chciał uprawiać. Rancheros byli uosobieniem meksykańskiego ducha pionierskiego w jego najlepszym wydaniu. Wymykali się duszącemu uściskowi władz i rozpaczliwie chcieli wyrwać się z nędzy, zazwyczaj poprzez znalezienie sposobu na wybicie się na niezależność.
Rancheros mieli bardzo utrudniony dostęp do edukacji. Zawodu - zazwyczaj rolnictwa lub hodowli zwierząt - uczyli się od bliskich. Jednak znam też wioski, w których wszyscy mężczyźni byli wędrownymi robotnikami budowlanymi. Rodziny z jednej wioski w stanie Zacatecas otworzyły rozsiane po Meksyku sklepy z tortillami, z kolei mężczyźni z innej wsi zatrudniali się jako policjanci stanowi. Napisałem o Tocumbo w stanie Michoacán, gdzie wszyscy nauczyli się wyrobu lodów na patyku, a potem zaczęli prowadzić sklepy znane pod nazwą Paletería La Michoacana, w których je sprzedawali. Ich sieć ogarnęła cały kraj, a jej powstanie odmieniło życie wioski i samych rancheros. Byłem też w Tenancingo w stanie Tlaxcala, gdzie wszyscy mężczyźni są alfonsami wysyłającymi wiejskie dziewczyny do Queens w Nowym Jorku. Za zarobione w ten sposób pieniądze budują u siebie straszące krzykliwymi kolorami pałace.
Agent DEA na nowo podniósł słuchawkę.
- Tepic - powiedział.
Nie, musieli się pomylić, pomyślałem sobie. Tepic to położona na wybrzeżu Oceanu Spokojnego stolica jednego z najmniejszych stanów Meksyku - Nayaritu. Choć to nadal duże miasto z trzystoma trzydziestoma tysiącami mieszkańców. Agent pewnie nie kłamał, ale przeczucie podpowiadało mi, że kluczowe dla opisanego przez niego układu więzi rodzinne i osobiste można było nawiązać tylko w małym miasteczku lub na rancho. Wizja ta nie opuszczała mnie jeszcze długo po odłożeniu słuchawki. Wyobrażałem sobie rancho handlarzy heroiną na tyle wyspecjalizowanych w swoim fachu, że potrafili zaopatrywać miasto wielkości Columbus.
Uwielbiałem ranchos. Były to zanarchizowane, dzikie miejsca pełne zadziwiających opowieści o popełnianych na łonie rodziny oszustwach, wykradzionych kobietach, pistoleros, caciques, a przede wszystkim twardzielach - valientes - czyli buntownikach nieoczekujących od nikogo pomocy, a tym samym bohaterach przenikających z rancho do meksykańskich filmów, powieści i ballad.
Uległem romantycznemu zauroczeniu, bo sam nie musiałem mieszkać na rancho. To były prymitywne miejsca, których mieszkańcy dość nerwowo reagowali na obcych. Tamtejsze rodziny łączyły się w rozległe klany, w których niemal wszyscy byli ze sobą skoligaceni. Ludzi tych nie było łatwo przeniknąć. Aby poznać ich tajemnice, trzeba było spędzić wśród nich mnóstwo czasu. Potrafiłem jednak siedzieć godzinami i wsłuchiwać się w słowa starca opowiadającego o tym, jak ich wioska podzieliła się na dwa obozy z powodu pewnej kłótni w rodzinie. W tych opowieściach fakty mieszały się z mitami, a ich bohaterowie dawali świadectwo szaleńczej wręcz odwagi lub dokonywali z zimną krwią zemsty rodowej. Jedna z zamieszczonych w mojej książce historii dotyczyła Antonia Carilla, który w latach dwudziestych XX wieku wyruszył do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował w stalowni, kupił pistolet, a potem napisał do mordercy swojego ojca, że nadszedł jego czas. Wrócił do domu i zastrzelił go na miejskim rynku.
Dowiedziałem się też, że na rancho siłą destruktywną często była envidia - zazdrość, zawiść. Pozostawanie w jakimś stopniu pokrewieństwa wcale nie oznaczało utrzymywania dobrych stosunków. Rodziny dzieliły się z powodu tego, co ktoś zrobił, a ktoś inny nie. Widziałem, jak silnie potrzeba ruszenia na północ za pracą mogła zależeć od tego, co jakiś biedak czuł, gdy wracał do domu na rancho z nowymi butami, nowym samochodem, lepszym ubraniem. Gdy mógł w wieczór powrotu ze Stanów napić się na mieście piwa lub zafundować córce taką samą quincea?era, jaką urządzał miejscowy kupiec, albo choćby przez tydzień być niczym wielkoduszny don. To wszystko działało na biednych ludzi jak narkotyk. Sukces dotychczasowego pariasa był tym słodszy, im bardziej mógł się z nim obnosić wobec osób obgadujących go w rodzinnym mieście. Dlatego niewielu Meksykanów chciało się wtopić w społeczeństwo amerykańskie. Rzeczywistą przyczyną wyjazdu na północ był powrót do domu na rancho, co nie miałoby większego sensu w dużym mieście z panującą w nim anonimowością. Emigranci chcieli popisać się odniesionym sukcesem przed tymi, którzy przed laty ich upokarzali. Na rancho.
Zorientowałem się również, że wyruszanie w nieznane tkwiło w genach rancheros. Stany Zjednoczone zaś były miejscem, w którym obietnica zawarta w owym nieznanym rzeczywiście się spełniała. Z drugiej strony meksykańskie rancho wywarło wielki wpływ na amerykański styl życia. To z niego wywodzi się milionowa rzesza członków nowej klasy robotniczej. Zwyczaje meksykańskich imigrantów i ich stosunek do pracy, seksu, polityki, zaangażowania obywatelskiego, władz, edukacji, długów, czasu wolnego - wszystko to ukształtowało się na rancho. W Stanach Zjednoczonych ich tradycje pojawiły się w stanie nienaruszonym, a ich przemiany następowały powoli.
Do tych myśli pobudziła mnie rozmowa z agentem DEA z Columbus. Tylko w małym miasteczku lub rancho można było nawiązać relacje na tyle silne, by sprawdziły się one w takim modelu handlu heroiną, jaki opisał mój rozmówca. A zatem wioska detalicznych handlarzy heroiną. Czy to było możliwe?
Napisałem do kilkunastu kierowców zatrzymanych w Columbus i odsiadujących swoje wyroki w więzieniach federalnych. Zapytałem, czy chcieliby porozmawiać z reporterem. Mijały tygodnie, a ja nie otrzymywałem żadnej odpowiedzi. Miałem już zająć się czymś innym, gdy jeden z nich zadzwonił na koszt rozmówcy. Pracował w Columbus, gdzie został aresztowany, a teraz odbywał karę wieloletniego więzienia. Podzielił się mnóstwem informacji, z których najbardziej alarmująca była ta, że Columbus nie było jedynym miejscem, w którym działali.
- Są w wielu innych miastach - powiedział mi. - W różnych zakątkach kraju.
Salt Lake City, Charlotte, Las Vegas, Cincinnati, Nashville, Minneapolis, Columbia, Indianapolis, Honolulu. Pracowali na okrągło w siedemnastu stanach. W siedmiu lub ośmiu innych pojawiali się raz na jakiś czas. We wszystkich wymienionych przez niego miastach licznie reprezentowana była biała klasa średnia, która skorzystała na boomie gospodarczym z ubiegłych kilkunastu lat. Funkcjonowały w nich również duże skupiska imigrantów z Meksyku. Z trudem przychodziło mi powiązanie tych miejscowości z heroiną. Zastanawiałem się, czy to naprawdę były rynki zbytu dla heroiny, a on zapewnił mnie, że owszem, i to coraz większe i większe. Zauważyłem jednocześnie, że nie wspomniał ani słowem o amerykańskiej stolicy tego narkotyku.
- Nie, w Nowym Jorku są uzbrojone gangi - tłumaczył. - Boją się Nowego Jorku i nie jeżdżą tam.
Meksykańscy dilerzy bojący się gangów i strzelaniny? Wszyscy z jednego małego miasteczka? Sprzedający smołę heroinową nie tylko w Columbus, ale niemal w połowie Stanów Zjednoczonych, w tym od niedawna na wschód od rzeki Missisipi?
Połknąłem haczyk.
Na koniec powiedziałem mu, że według gliniarzy pochodzą oni z Tepic.
- Nie, oni nie są z Tepic - odpowiedział. - Tak mówią, ale nie są stamtąd.