Dreadful. Zemsta jest najważniejsza - Ohanka

Kup ebooka

40.00 zł
31.20 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Piąta Aleja była za­kor­ko­wana, co aku­rat ni­kogo spe­cjal­nie nie dzi­wiło. Tego kon­kret­nego dnia każda mi­nuta wy­da­wała się go­dziną, nie­koń­czącą się ot­chła­nią czasu. Nie mia­łam moż­li­wo­ści za­znać na­wet odro­biny spo­koju, po­nie­waż w au­cie po­now­nie roz­brzmiało to samo, choć ina­czej skon­stru­owane py­ta­nie.

- Je­steś pewna, że do­brze sie czu­jesz?

- Ja­sne. Czuję się do­brze - od­po­wie­dzia­łam dość obo­jęt­nym, ale wciąż uprzej­mym to­nem.

Mama wes­tchnęła. Sta­rała się ukry­wać swoją bez­sil­ność i tro­skę, ale nie była w tym szcze­gól­nie do­bra. Po­pra­wi­łam się na nie­zbyt wy­god­nym sie­dze­niu i ro­zej­rza­łam po wnę­trzu sa­mo­chodu. Te­ra­peuta za­bro­nił mi przy­no­sić ko­mórkę na se­sje, ale mo­głam cho­ciaż po­my­śleć, aby za­bie­rać te­le­fon do auta.

Nowy Jork był dziś okryty nie­wi­dzialną na­rzutą sen­no­ści. Mia­łam wra­że­nie, że czas się za­trzy­mał. Wy­da­wało mi się, że trwam w za­wie­sze­niu i nie by­łam pewna, czy po­win­nam się z tego cie­szyć, po­nie­waż do­brze zda­wa­łam so­bie sprawę z tego, że to za­po­wiada zmianę. Ale czy na lep­sze?

- Uwa­żasz, że to do­bry po­mysł? - za­py­tała mama, skrę­ca­jąc w Sie­dem­dzie­siątą Szó­stą.

- Ja­sne. - Zwró­ci­łam się w jej stronę, re­zy­gnu­jąc z wy­glą­da­nia przez szybę. - A ty?

- Mam już za­pew­nioną do­brą po­sadę. Poza tym wolę cie­płą Au­stra­lię niż to za­tło­czone mia­sto. - Prze­słała mi uśmiech. - Jake roz­po­czął stu­dia, ale na pewno się na nowo za­akli­ma­ty­zuje. Sama do­brze wiesz, jaki jest. Ukoń­cze­nie szkoły i zna­le­zie­nie no­wych zna­jo­mych bę­dzie dla cie­bie wy­zwa­niem, ale dasz radę.

Tak jak­bym tu­taj miała wielu przy­ja­ciół.

- Pew­nie, że dam radę - za­pew­ni­łam, nie chcąc jej mar­twić. - Może w Gold Co­ast będę się nu­dzić, ale zde­cy­do­wa­nie je­stem za prze­pro­wadzką.

- Na pewno nie bę­dziesz się nu­dziła.

By­ły­śmy co­raz bli­żej miej­sca, w któ­rym mama za­mie­rzała zo­sta­wić mnie na dwie go­dziny nie­ustan­nej męki, jaką sta­no­wiła dla mnie te­ra­pia. Mia­łam świa­do­mość, że to dla mo­jego do­bra, jed­nak roz­mowy by­wały nudne i mę­czące psy­chicz­nie. Nie było ła­two.

- Ju­tro przy­je­dzie po cie­bie oj­ciec - pod­jęła mama, a ja skrzy­wi­łam się z nie­chę­cią. - Wiem, ja­kie masz o nim zda­nie, ale to twój tata. Chce się z tobą po­że­gnać.

- Ostat­nio mó­wi­łaś to samo - przy­po­mnia­łam jej. - Pew­nie znowu coś mu wy­pad­nie.

Te­mat wciąż był dla nas obu nie­wy­godny. Nie lu­bi­ły­śmy kłó­cić się o osobę, która była pra­wie nie­obecna w na­szym ży­ciu.

Mama przy­glą­dała mi się, jak od­pi­nam pasy nie­chęt­nie i po­woli.

- To twoje ostat­nie se­sje. Nie­długo wy­je­dziemy i bę­dziesz to miała za sobą.

- Do­brze. - Otwo­rzy­łam drzwiczki, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać, jak bar­dzo nie chce mi się iść na ostat­nie spo­tka­nia. - Wy­trzy­mam to. Do zo­ba­cze­nia po­tem.

Mama chciała po­wie­dzieć coś jesz­cze. Nie­stety sfor­mu­ło­wa­nie "baw się do­brze" by­łoby nie na miej­scu, więc po pro­stu cmok­nęła swoją dłoń i prze­słała mi bu­ziaka, a ja uśmiech­nę­łam się słabo.

Wy­sia­dłam, trza­ska­jąc drzwicz­kami i spoj­rza­łam na szary prze­szklony bu­dy­nek, w któ­rym ostat­nio czę­sto by­wa­łam.

We­szłam do środka, pró­bu­jąc za­trzy­mać go­ni­twę ne­ga­tyw­nych my­śli. Od ścian bił chłód, na­cią­gnę­łam więc na dło­nie rę­kawy bia­łego swe­tra, które do­tych­czas były pod­wi­nięte do łokci. Mi­nę­łam no­wo­cze­sny hol i wsia­dłam do windy. Gdy tylko me­ta­lowe drzwi się roz­chy­liły, ru­szy­łam przed sie­bie i wpa­dłam na ko­goś, wy­trą­ca­jąc mu z rąk ze­szyt.

Na­tych­miast schy­li­łam się, żeby pod­nieść no­tat­nik, który le­żał otwarty na ja­snych ka­fel­kach po­cze­kalni. Zmarsz­czy­łam brwi, gdy przez przy­pa­dek sku­pi­łam wzrok na ry­sunku znaj­du­ją­cym się na bia­łych kart­kach.

Ob­ra­zek na­szki­co­wany czar­nym dłu­go­pi­sem przed­sta­wiał sa­mo­chód i drogę pro­wa­dzącą w stronę za­cho­dzą­cego słońca. Szkic był na­prawdę sta­ranny, ładny i cho­ciaż nie prze­pa­dam za sztuką, ten pro­sty ry­su­nek przy­padł mi do gu­stu.

Po­ni­żej na­pi­sano du­żymi li­te­rami: "ŚMIERĆ BLI­SKIEJ OSOBY NIE PO­WINNA KOŃ­CZYĆ NA­SZEJ PRY­WAT­NEJ PO­DRÓŻY".

- Ja to we­zmę.

Ni­ski głos przy­wo­łał mnie do rze­czy­wi­sto­ści, uświa­da­mia­jąc, że zbyt długo przy­glą­dam się cu­dzemu no­tat­ni­kowi.

Duża i smu­kła dłoń za­brała ze­szyt sprzed mo­ich oczu, a ja wy­pro­sto­wa­łam się, aby spoj­rzeć na wła­ści­ciela szczu­płych pal­ców.

- Prze­pra­szam.

Chło­pak był bar­dzo wy­soki. Utkwi­łam spoj­rze­nie w jego nie­sa­mo­wi­tych oczach, któ­rych ko­lor sta­no­wił mie­szankę ja­snej sza­ro­ści i błę­kitu. Były piękne. Tak samo jak gę­ste i krę­cone, ciemne ni­czym wę­giel włosy pod­kre­śla­jące ładne rysy jego szczu­płej twa­rzy. Był ubrany swo­bod­nie - bor­dowy swe­ter nie­dbale wy­sta­wał z ja­snych dżin­sów.

Przy­pa­try­wa­łam się dość wy­dat­nym ustom, gdy po­now­nie po­sta­no­wił się ode­zwać.

- Pew­nie się za­sta­na­wiasz, czemu ry­suję sa­mo­chody i dla­czego moim prio­ry­te­tem jest prze­pi­sy­wa­nie na kartkę ha­seł, które po­wta­rza mój te­ra­peuta.

Zu­peł­nie za­po­mnia­łam, że wciąż je­ste­śmy w po­cze­kalni. Od­da­lona od nas re­cep­cjo­nistka była za­jęta swo­imi spra­wami za wy­so­kim ja­snym bla­tem. Poza nami nie cze­kał tu ża­den inny klient, a młody chło­pak naj­wy­raź­niej już wy­cho­dził.

- Masz te­ra­pię u dok­tora Toma?

- Tak, to mój te­ra­peuta - od­po­wie­dział mi bez za­sta­no­wie­nia. Jego głos był cie­pły i przy­jemny. - By­wam tu raz w ty­go­dniu. Go­dzina pa­pla­nia tego czło­wieka i je­stem wolny.

- Czyli nie lu­bisz tu przy­cho­dzić? - za­py­ta­łam, za­sta­na­wia­jąc się, po co cią­gnę tę wy­mianę zdań. - Ro­dzice cię za­pi­sali?

Wy­glą­dał na star­szego ode mnie, cho­ciaż nie mia­łam pew­no­ści, czy wciąż nie jest uczniem.

- Nie, sam się za­pi­sa­łem - od­po­wie­dział nieco apa­tycz­nie.

- Nie lu­bisz tu przy­cho­dzić, a za­pi­sa­łeś się z wła­snej woli?

Mu­sia­łam się upew­nić, bo nie są­dzi­łam, że są osoby, które same wy­rzą­dzają so­bie taką krzywdę.

- Mówi się, że te­ra­peuci po­ma­gają roz­wią­zać pro­blemy - po­wie­dział, przy­glą­da­jąc mi się.

- Mówi się też, że pie­nią­dze szczę­ścia nie dają, a co drugi czło­wiek jest ma­te­ria­li­stą.

Chło­pak się za­śmiał i spu­ścił wzrok na no­tat­nik.

Nie chcia­łam go roz­ba­wić.

- Czemu tak iro­niczna dziew­czyna po­sta­na­wia iść do te­ra­peuty?

Oba­wia­łam się tego py­ta­nia. Wiele osób z mo­jego oto­cze­nia wie­działo o tym, co mi się stało, ale ja sama ni­gdy nie za­czy­na­łam te­matu. Po­bi­cie się z wła­sną prze­śla­dow­czy­nią nie na­le­żało do przy­pad­ków, o któ­rych opo­wiada się nie­zna­jo­mym, jak o słońcu wy­cho­dzą­cym zza chmur, aby po­chwa­lić po­godę. To było nie­wy­godne i uwie­rało nie­wi­dzial­nym, swę­dzą­cym ist­nie­niem.

Jed­nak przy nim po­czu­łam coś in­nego. Za­pra­gnę­łam po­wie­dzieć mu prawdę. Może prze­ko­nały mnie te ja­sne oczy, a może po pro­stu fakt, że także ko­rzy­stał z usług mo­jego te­ra­peuty i był mi zu­peł­nie obcy.

- Po­bi­łam moją szkolną prze­śla­dow­czy­nię i zła­ma­łam jej nos. Wcze­śniej ukry­wa­łam pro­blemy przed ro­dzi­cami i kiedy do­szło do po­bi­cia i wy­lą­do­wa­łam na dy­wa­niku u dy­rek­torki, ona i pe­da­gożka szkolna oświad­czyły, że nie ra­dzę so­bie z emo­cjami - wy­tłu­ma­czy­łam, ocze­ku­jąc jego re­ak­cji.

Za­pa­dła ci­sza, pod­czas któ­rej nie­zna­jomy ob­ser­wo­wał mnie z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy.

- Cóż... - Jego twarz roz­ja­śnił uśmiech. - Do­stała cho­ciaż po­rząd­nie?

Już mia­łam mu od­po­wie­dzieć, kiedy zda­łam so­bie sprawę z sensu py­ta­nia. Za­mknę­łam usta i zre­zy­gno­wa­łam z od­po­wie­dzi. Był pierw­szym czło­wie­kiem, który w tak po­zy­tywny spo­sób za­re­ago­wał na to, co zro­bi­łam.

- Prze­pra­szam, cza­sem by­wam zbyt szczery - wy­ja­śnił szybko, naj­wy­raź­niej za­uwa­ża­jąc moje za­kło­po­ta­nie. - Nie­stety stra­ci­łem ko­goś, z kim dzie­li­łem się mało za­baw­nymi i wred­nymi żar­tami - do­dał. Znowu po­pa­trzy­łam na niego i po­ża­ło­wa­łam, gdy usły­sza­łam wię­cej. - Mój przy­ja­ciel zgi­nął w wy­padku sa­mo­cho­do­wym. Wra­ca­li­śmy z im­prezy, pro­wa­dzi­łem auto, a on wra­cał ze mną. Ja prze­ży­łem. On umarł.

W ta­kich chwi­lach do­cie­rało do mnie, że w ży­ciu nie za­wsze li­czyło się to, jak wiele czło­wiek ma, a ile stra­cił. I cza­sami tylko to miało zna­cze­nie.

- Przy­kro mi - wy­szep­ta­łam.

- To nie ma sensu. - Ner­wowo prze­cze­sał pal­cami włosy. - Mnie też jest przy­kro, że by­łaś nę­kana, ale to i tak nic nie zmieni. Da­rujmy so­bie oka­zy­wa­nie współ­czu­cia.

Wpa­try­wa­łam się w twarz lekko na­zna­czoną bli­znami po mło­dzień­czym trą­dziku.

- Ja­sne. Po pro­stu so­bie da­rujmy.

Chcia­łam go wy­mi­nąć i wejść do sali. Dok­tor Tom już pew­nie za­sta­na­wiał się, czemu się spóź­niam.

- Za­cze­kaj.

Na­wet przez gruby swe­ter po­czu­łam jego palce na przed­ra­mie­niu.

- Po pro­stu chcia­łam po­wie­dzieć co­kol­wiek. Do­brze? - rzu­ci­łam go­rącz­kowo, nie po­tra­fiąc od­na­leźć się w dziw­nej i no­wej sy­tu­acji. - Jest mi smutno, bo to musi być bez­na­dziejne uczu­cie. Nie wiem, co in­nego mo­gła­bym zro­bić, bo nie je­stem dok­to­rem To­mem i nie rzucę ci żad­nej głu­piej sen­ten­cji, abyś za­pi­sał ją w swoim pa­mięt­niku. Nie po­tra­fię po­ma­gać in­nym, bo na­wet so­bie nie umiem po­móc.

- To nie jest pa­mięt­nik.

Po­now­nie się uśmiech­nął, tym ra­zem zu­peł­nie szcze­rze.

- To nie jest mój pa­mięt­nik - po­wtó­rzył, ma­cha­jąc ze­szy­tem. - Sam nie wiem, co to jest. Moż­liwe, że to szki­cow­nik. - Nie wie­rzy­łam, że przy­kłada tak ogromną uwagę do tego, jak na­zwa­łam stos kar­tek po­łą­czony gra­na­tową okładką. Sama do­sta­łam po­dobny, po­nie­waż te­ra­peuta za­le­cił mi spi­sy­wa­nie w nim emo­cji. - I nie chcia­łem cię ura­zić. Po pro­stu lu­dziom za­wsze jest przy­kro. Za­wsze re­agują w ten sam spo­sób. Wiesz, co wo­lał­bym usły­szeć? - Jego głos był bar­dziej ra­do­sny, gdy mó­wił da­lej: - "Hej, smutno mi, że stra­ci­łeś kum­pla i pew­nie jest on nie­za­stą­piony, ale mam po­mysł. Będę twoją nową przy­ja­ciółką. Wiem, to może się nie udać, ale warto spró­bo­wać. A na pewno warto przez krótki czas wy­peł­nić tę lukę w twoim ży­ciu, byś nie czuł się tak cho­ler­nie sa­motny i nie cho­dził do dur­nego dok­tora Toma, który sam po­trze­buje po­mocy".

Za­śmia­łam się, sły­sząc jego ostat­nie słowa.

- Nie po­trze­buję po­cie­szy­ciela, po­trze­buję ko­goś do roz­mów. Więc... - Bru­net na­gle urwał. - Na­wet nie wiem, jak masz na imię.

Rze­czy­wi­ście. Wła­śnie spóź­nia­łam się na te­ra­pię, uci­na­jąc so­bie po­ga­wędkę na ko­ry­ta­rzu, a na­wet się nie przed­sta­wi­łam.

- Ef­fie Blake.

- Aaron Walt - od­parł.

W ten spo­sób po­zna­łam imię i na­zwi­sko jed­nej z naj­bar­dziej za­ska­ku­ją­cych osób w moim ży­ciu.

- Oto, jak to wi­dzę... - kon­ty­nu­ował, uśmie­cha­jąc się - je­ste­śmy przy­ja­ciółmi...

- Za­raz - prze­rwa­łam mu. - Po­zna­jemy się w po­cze­kalni u te­ra­peuty i mamy się przy­jaź­nić? To do­syć dziwne na­wią­zy­wa­nie zna­jo­mo­ści.

- Za­wsze mogę wy­cią­gnąć pa­pie­rosa, wsu­nąć go do ust i po­wie­dzieć, że to me­ta­fora - za­pro­po­no­wał. - Ale wtedy praw­do­po­dob­nie byś się we mnie za­ko­chała.

- Nie wie­rzę, że wła­śnie na­wią­za­łeś do Gwiazd na­szych wina! - Kiw­nę­łam z uzna­niem głową, zdo­by­wa­jąc się na krótki chi­chot.

- Lu­bię czy­tać książki i po­tra­fię przy­znać się do tego, że mam sła­bość do po­pu­lar­nych ty­tu­łów - po­wie­dział, ude­rza­jąc ze­szy­tem o swoją nogę. - To chyba nic złego?

- Ja lu­bię uczyć się bio­lo­gii, a na­wet prze­ra­biam te­maty po­nad­pro­gra­mowe - od­par­łam z uśmie­chem. - Więc są­dzę, że to do­bry po­czą­tek uda­nej zna­jo­mo­ści.

- Bio­lo­gia? - upew­nił się. - Może le­piej za­po­mnijmy o so­bie.

W ten dziwny, ale pro­sty spo­sób, do mo­jego ży­cia za­wi­tał Aaron Walt. Koń­czy­łam te­ra­pię, żeby się z nim spo­ty­kać. Było w tym wszyst­kim coś nie­sa­mo­wi­tego. Po­tra­fi­łam wpa­try­wać się, jak czyta ko­lejne, po­le­cane przez wielu czy­tel­ni­ków książki, za to Aaron lu­bił przy­glą­dać się, gdy prze­rzu­ca­łam strony pod­ręcz­nika z bio­lo­gii. Roz­ma­wia­li­śmy. Sporo. Był przy­stoj­nym, dwa lata star­szym ode mnie chło­pa­kiem, który po­tra­fił onie­śmie­lić mnie tym, co aku­rat po­wie­dział.

I choć na­sza krótka zna­jo­mość wy­da­wała się ide­alna, mu­sia­łam wy­je­chać. Aaron po­twier­dził, że tak bę­dzie le­piej, że to tylko szcze­niacka zna­jo­mość, która koń­czy się jak każda inna. Pro­sił, abym o nim za­po­mniała, abym za­częła na nowo, bo tylko w ten spo­sób spró­buję na­prawdę za­cząć od po­czątku.

W Gold Co­ast.

Mia­łam wy­rwać go ze swo­jego ży­cia, tak jak on wy­ry­wał kartki ze swo­jego szki­cow­nika, który ja na­zy­wa­łam pa­mięt­ni­kiem. Tak po pro­stu.

Mama i tak ku­piła już dom i za­pla­no­wała prze­pro­wadzkę, a ja czu­łam eks­cy­ta­cję zwią­zaną z no­wym star­tem. Wy­je­cha­łam i za­czę­łam zu­peł­nie inne ży­cie - pełne bólu, mi­ło­ści i przy­jaźni. Po­czu­łam strach, ra­dość, cier­pie­nie i pra­gnie­nie. Po­czu­łam to na­raz, a moje nowe ży­cie roz­po­częło się od po­zna­nia nie­bie­sko­okiego blon­dyna, który schy­lił się po mój dłu­go­pis i nie chciał mi go od­dać. I wy­da­wało się, że wszystko po­to­czy się do­brze. Ale tak się nie stało.

Zo­sta­li­śmy za­pi­sani na za­wody Czar­nej Gwiazdy.

Nie­któ­rzy ode­szli na za­wsze lub na tak długo, aż po­czują, że dła­wiący ból prze­szło­ści nieco ze­lżeje. Aż bę­dzie im się wy­da­wało, że jest le­piej.

Nic in­nego nie spra­wiło mi ta­kiego bólu. Dla­tego my­śla­łam, że bę­dzie to naj­lep­szy po­mysł. Wy­rwać ważną część ży­cia, zgnieść ją ni­czym kartkę i wy­rzu­cić do ko­sza. Po pro­stu wy­je­chać, tym ra­zem z Gold Co­ast z po­wro­tem do No­wego Jorku.

Prze­cież za pierw­szym ra­zem się udało, więc dla­czego znów nie mia­łoby się udać?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki