Dreadful. Niebo pełne gwiazd - Ohanka

Kup ebooka

40.00 zł
31.20 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słowa i za­cho­wa­nie Cur­tisa wiele po­wie­działy Bran­do­nowi o roz­mówcy. Chciał ich wy­słu­chać i zja­wił się w klu­bie bez sio­stry, za to w to­wa­rzy­stwie mło­dych ochro­nia­rzy. Ko­lejny raz zro­bił coś prze­ciwko Ale­xan­drowi i to za­sta­na­wiało Bran­dona. Nie był pe­wien, czy chło­pak po­stę­puje tak z nu­dów, czy waż­nych po­wo­dów.

- Po­dobno ma­cie dla mnie cie­kawą pro­po­zy­cję.

- Nie je­ste­śmy tu­taj, aby ci sprze­dać sa­mo­chód - po­wie­dział Bran­don, przy­glą­da­jąc mu się po­dejrz­li­wie. - Więc da­ruj so­bie ten uśmie­szek i nie­po­trzebne ko­men­ta­rze. We­zwa­li­śmy cię tu...

- Za­wsze taki jest? Spo­kojny ob­ser­wa­tor nud­nych wy­da­rzeń... Po­ważny li­der grupy... - Cur­tis mu prze­rwał, zgrab­nie pod­no­sząc się z ka­napy i kie­ru­jąc py­ta­nie do mil­czą­cej dziew­czyny. Mia ob­ser­wo­wała go z dło­nią na broni, sy­gna­li­zu­jąc w ten spo­sób, że choć jej po­mógł, nie za­mie­rza mu za­ufać. Nim zdą­żyła po­my­śleć nad od­po­wie­dzią, Cur­tis kon­ty­nu­ował, tym ra­zem zwra­ca­jąc się do Bran­dona. - I tak do­brze przy tym wy­gląda... - Sta­nął przed nim. Bran­don wie­dział, że Cur­tis tylko czeka, aż wy­cią­gnie pi­sto­let, ale nie dał się spro­wo­ko­wać. - Od zło­ści i po­wagi ko­lor two­ich oczu wy­daje się in­ten­syw­niej­szy, a li­nia szczęki staje się wy­raź­niej­sza. Ale gdy kur­tyna opada...

Przyj­rzał mu się raz jesz­cze, tym ra­zem uważ­niej. Za­cho­wa­nie Cur­tisa go za­sko­czyło, jego otwar­tość, umie­jęt­ność mó­wie­nia o wszyst­kim przy wszyst­kich z uj­mu­jącą ła­two­ścią, pod­czas gdy jego twarz zda­wała się ma­ską po­zba­wioną emo­cji. Za to w bursz­ty­no­wych oczach kryła się cie­ka­wość...

- Wy­ja­śnijmy coś so­bie. Może do mnie na­pi­sa­łeś, ale to ja was tu za­pro­si­łem. Nikt mnie ni­g­dzie nie we­zwał, na pewno nikt z wa­szej za­gu­bio­nej, de­spe­racko po­trze­bu­ją­cej mo­jej po­mocy grupy.

- A więc ty nic z tego nie bę­dziesz miał? - za­py­tał Bran­don. Wciąż stali na­prze­ciwko sie­bie. Cur­tis nie zdo­łał ukryć zdzi­wie­nia, ja­kie wy­wo­łało w nim to py­ta­nie, a Bran­don z nie­małą sa­tys­fak­cją po­sta­no­wił to wy­ko­rzy­stać. - Z ja­kie­goś po­wodu nie­ustan­nie się bun­tu­jesz, ro­bisz wszystko, aby ze­psuć plany Ale­xan­dra. W prze­ci­wień­stwie do Eve. Dla­czego?

Nie pa­mię­tał, czy spo­tkał w swoim ży­ciu tak cie­kawą po­stać. Bran­don lu­bił po­zna­wać lu­dzi i od­kry­wać ich ta­jem­nice, które cza­sami wy­ja­wiano mu szyb­ciej, niżby tego chciał, praw­do­po­dob­nie przez ła­god­ność i szcze­rość spoj­rze­nia. Ale jesz­cze nie spo­tkał ni­kogo, kto nie­ustan­nie zaj­mo­wałby jego my­śli. Cur­tis był owiany se­kre­tami i prze­ra­ża­ją­cymi ta­jem­ni­cami.

Chciał wie­dzieć o nim wszystko i ta nie­ustanna po­trzeba za­czy­nała go nie­po­koić, ale upar­cie igno­ro­wał wszyst­kie sy­gnały.

- Po­wiedzmy, że tamto oto­cze­nie mnie znu­dziło.

Nie. To nie mo­gło być tylko to. Nie dla Bran­dona. Cur­tis coś ukry­wał.

Po­miesz­cze­nie było małe i przy­ciem­nione. Zza ściany do­cho­dziły przy­tłu­mione dźwięki mo­no­ton­nej mu­zyki. Cur­tis ukry­wał się tu jak w pry­wat­nym azylu, oto­czony ludźmi, któ­rzy z za­cie­ka­wie­niem ob­ser­wo­wali dwóch nie­przy­ja­ciół.

- A więc? - Cof­nął się, aby po­now­nie usiąść na ka­na­pie. - Może przed­sta­wię wam swoją ofertę, za­nim po­sta­no­wi­cie bła­gać mnie o po­moc, hm?

- Bła­gać cię o po­moc?

- Bran­don, spo­koj­nie. - Mia wresz­cie się ode­zwała, wi­dząc, że przy­ja­ciel za­czyna się de­ner­wo­wać. - Po pro­stu go wy­słu­chajmy.

Nie są­dził, że znaj­dzie się w tej sy­tu­acji, kiedy przyj­dzie mu słu­chać wroga. Osoby, która go ści­gała, pod­czas gdy on uda­wał mar­twego. Nie po­tra­fił o tym za­po­mnieć, a jed­nak za każ­dym ra­zem, gdy spo­glą­dał na Cur­tisa, chciał za­py­tać, ja­kim cu­dem wciąż wy­trzy­muje z czło­wie­kiem po­kroju Ale­xan­dra. Do­piero póź­niej przy­po­mi­nał so­bie, że Cur­tis to zdolny do wszyst­kiego, psy­cho­pa­tyczny mor­derca.

- Oto Ja­mes i Zach - po­wie­dział na­gle Cur­tis. - Moi ulu­bieni ochro­nia­rze i, jak nie­któ­rzy lu­bią mó­wić, so­jusz­nicy.

Bran­don sku­pił wzrok na chło­pa­kach sto­ją­cych z dwóch stron ka­napy. Je­den z nich opie­rał się o ścianę. Bu­rzę czar­nych wło­sów się­ga­ją­cych ra­mion czę­ściowo skry­wał kap­tur ciem­no­zie­lo­nej bluzy. Kasz­ta­nowe oczy wpa­try­wały się w Bran­dona bez cie­nia za­ufa­nia. Był wy­soki, szczu­pły i nie wy­glą­dał jak ktoś, kto mógłby po­ko­nać ko­go­kol­wiek w walce. Uśmiech­nął się, za­uwa­ża­jąc, jak ba­daw­czo ob­ser­wuje go Bran­don.

- Nie je­stem jego go­ry­lem - wy­ja­śnił za­ska­ku­jąco ni­skim gło­sem. - Można mu czy­tać w my­ślach - do­dał, zer­ka­jąc po­ro­zu­mie­waw­czo w stronę Cur­tisa.

Cur­tis się uśmiech­nął, nie od­wra­ca­jąc wzroku od chło­paka na­prze­ciwko.

- Do­brze po­wie­dziane, Za­chary. Bran­don ma w so­bie tę po­wa­la­jącą umie­jęt­ność oka­zy­wa­nia wszel­kich emo­cji - od­po­wie­dział sub­tel­nie, a mimo to siła jego słów wstrzą­snęła Bran­do­nem. Czy­tał w nim jak w otwar­tej książce. Wpa­try­wali się w sie­bie, aż w końcu Cur­tis po­sta­no­wił ich przed­sta­wić. - Zach to spec od kom­pu­te­rów, ma­te­ma­tyki i in­nych spe­cy­ficz­nych ma­te­rii, któ­rym jako za­go­rzały po­eta po pro­stu nie po­tra­fię po­do­łać, bo mnie cho­ler­nie nu­dzą. A je­śli szu­ka­łeś wzro­kiem ko­goś, kto za­biłby cię jed­nym cio­sem, to jest Ja­mes.

Wska­zany przez niego chło­pak miał krót­kie, ja­sne włosy, szare oczy i bladą skórę. Spod rę­ka­wów i koł­nie­rza ko­szuli wy­sta­wały ta­tu­aże, praw­do­po­dob­nie zdo­biące więk­szość jego ciała. Nie był zbyt ma­sywny i wy­soki, mimo to miał w so­bie coś nie­bez­piecz­nego. Ob­ser­wo­wał ich i mil­czał, na­wet gdy roz­ba­wiony Cur­tis zwró­cił się do niego bez­po­śred­nio.

- A co ty są­dzisz o na­szych go­ściach, Ja­mes?

Nie od­po­wie­dział.

- Jak to moż­liwe, że ci dwaj z tobą wy­trzy­mują? - za­py­tał na­gle sko­ło­wany Bran­don.

Cur­tis był out­si­de­rem. Nie mógł mieć przy­ja­ciół ani zna­jo­mych, któ­rym by ufał. Nie mógł mieć lu­dzi go­to­wych za­ufać jemu.

- Nie wy­trzy­mu­jemy z nim, bo nie mu­simy - po­sta­no­wił ode­zwać się Zach. - Wcho­dzimy do gry tylko wtedy, kiedy Ale­xan­der nie może o czymś wie­dzieć.

- A więc to tak...

By­stry. Cur­tis był na­prawdę by­stry. Bran­don nie mógł prze­stać my­śleć, jak wiele krył w so­bie ta­jem­nic i ile z nich mo­gło uka­zać go w nieco lep­szym świe­tle. Go­ni­twa my­śli nie da­wała mu spo­koju. Tłu­ma­czył so­bie, że prze­cież Cur­tis to mor­derca, so­cjo­pata i kom­pletny sza­le­niec, ale gdy wpa­try­wał się w ciem­no­bursz­ty­nowe oczy chło­paka, wma­wiał so­bie, że musi ist­nieć coś wię­cej.

- Masz swo­ich lu­dzi, o któ­rych nie wie Ale­xan­der? - za­py­tała Mia. Bran­don nie­mal za­po­mniał o przy­ja­ciółce. - Jak to moż­liwe?

- Skoro mamy współ­pra­co­wać, chyba mu­szę was wta­jem­ni­czyć - od­po­wie­dział z uśmie­chem. - Moje za­mi­ło­wa­nie do uprzy­krza­nia ży­cia Ale­xan­drowi zro­dziło się we mnie dawno, ale do­piero od dwóch lat za­czą­łem się ubez­pie­czać. Mam lu­dzi, któ­rzy nie wy­da­dzą mnie mo­jemu opie­ku­nowi.

Bran­don zmarsz­czył brwi.

- I oni dla cie­bie tylko...

- ...pra­cują? - do­koń­czył za niego. - Tak. Nie mu­sisz być za­zdro­sny.

Cur­tis ob­ser­wo­wał go z lek­kim roz­ba­wie­niem, a Bran­do­nowi zro­biło się go­rąco. No tak. Po raz ko­lejny po­sta­no­wił za­ba­wić się jego kosz­tem.

- Przy­szli­śmy tu z kon­kret­nych po­wo­dów, Cur­tis.

- Do­prawdy?

Bez­czelny uśmiech. Spoj­rze­nie po­zba­wione emo­cji.

- Mogę stąd wyjść, do­brze o tym wiesz.

Bran­don znów za­po­mniał, że w po­miesz­cze­niu oprócz nich są jesz­cze inni lu­dzie. Wi­dział tylko Cur­tisa, który wstał z miej­sca i zbli­żył się do niego, ko­lejny raz wy­wo­łu­jąc szyb­sze bi­cie serca.

I znowu. Na zmianę. Chęć ode­pchnię­cia go jak naj­da­lej i pra­gnie­nie, aby pod­szedł bli­żej - zu­peł­nie jakby wy­pa­lały się Bran­do­nowi na czole, aby Cur­tis mógł to z uśmie­chem od­czy­tać i za­cho­wać tylko dla sie­bie.

Wpa­try­wał się w nie­po­wta­rzalny brąz jego oczu i pró­bo­wał za­pa­no­wać nad uczu­ciami.

- To wyjdź - na­ka­zał na­gle Cur­tis i do­dał szep­tem. - A na­stęp­nym ra­zem bądź sam. W in­nym miej­scu. Bez pu­bliki.

Od­su­nął się i zer­k­nął w stronę Mii, zo­sta­wia­jąc Bran­dona z mie­sza­niną po­czu­cia wstydu i za­wodu.

- Prze­pra­szam, Mia. Chciał­bym cię jesz­cze zo­ba­czyć, ale mam wra­że­nie, że nie­któ­rych rze­czy Bran­don nie po­wie na­wet przy An­tho­nym - wy­ja­śnił jej spo­koj­nie. - Wszy­scy mamy ta­jem­nice, nie­praw­daż?

- Tak - przy­znała mu ra­cję. - Nie­które mogą nas za­bić - do­dała, spo­glą­da­jąc po­sęp­nie na Bran­dona.

Każdy se­kret w ich ży­ciu był jak od­dech zbyt długo wstrzy­my­wany pod wodą. Miał być tylko chwi­lo­wym za­czerp­nię­ciem po­wie­trza, ży­cia - wska­zówką albo roz­wią­za­niem. W za­mian sta­wał się pry­watną tru­ci­zną, od­wle­ka­niem śmierci, która i tak w końcu na­dej­dzie. Strach bu­dził się do ży­cia przy licz­nych ta­jem­ni­cach. A ta­jem­nica, którą no­sił w so­bie Bran­don, mo­gła za­bić jego przy­ja­ciół. Naj­gor­sza była myśl, że nie był pe­wien, w jaki spo­sób może wy­ko­rzy­stać ten se­kret prze­ciwko swoim wro­gom.

- Spo­tkajmy się ju­tro - zde­cy­do­wał, do­my­śla­jąc się, że An­thony nie bę­dzie za­do­wo­lony z ko­lej­nych gie­rek, które pro­wa­dzi z nimi naj­młod­szy z Trójki. - Wy­ślij mi ad­res. Będę sam.

Na twa­rzy Cur­tisa po­ja­wił się je­den z ład­niej­szych uśmie­chów, ja­kimi kie­dy­kol­wiek ob­da­ro­wał Bran­dona.

- To bę­dzie udana schadzka - po­wie­dział, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać.

- Nie na­zy­waj tego schadzką.

- Randka? To no­wo­cze­sne, ale dość ża­ło­sne okre­śle­nie, więc nie wiem...

- Nie idę z tobą na żadną randkę, Cur­tis.

- Więc nie przy­niosę ci kwia­tów i nie za­płacę za cie­bie. Za­do­wo­lony? - za­py­tał, pusz­cza­jąc oczko do Mii. - Bran­don za­płaci.

Po­czuł, że sy­tu­acja robi się co­raz bar­dziej ab­sur­dalna, więc od­wró­cił się do wyj­ścia.

- Wy­cho­dzę z tego głu­piego klubu - po­wie­dział bar­dziej do sie­bie niż do nich i ru­szył do drzwi, do­piero po chwili orien­tu­jąc się, że ko­goś przy nim bra­kuje. - Mia?

Kiedy ob­ró­cił się w po­szu­ki­wa­niu przy­ja­ciółki, zo­ba­czył, że dys­ku­tuje z za­do­wo­lo­nym Cur­ti­sem. Po­spiesz­nie po­że­gnała się na wi­dok roz­go­ry­czo­nego Bran­dona.

Do­go­niła go i ra­zem wy­szli na ze­wnątrz.

- Mógł od razu na­pi­sać, że będę wam prze­szka­dzała - rzu­ciła ze zło­śli­wym uśmiesz­kiem.

- Na­wet nie za­czy­naj.

- Do­brze, to tylko do­dam, że nie mu­sisz tego ukry­wać, bo to przy­kre, i już się za­my­kam.

- Cze­kaj.

Stali w cie­niu bu­dynku z dala od świa­tła la­tarni. Bran­don ujął jej nad­gar­stek i do­piero wtedy za­uwa­żył, że uśmiech miał tylko ukryć smu­tek na twa­rzy dziew­czyny.

- Co się stało? - Na­chy­lił się ku niej i uniósł pal­cami jej brodę, żeby spoj­rzała mu w oczy. - Wiem, że ostat­nio nie mo­głaś na mnie li­czyć, ale je­śli jest coś, co chcia­ła­byś mi po­wie­dzieć, z cze­goś się zwie­rzyć...

- Nie kryj się z uczu­ciami, Bran­don - po­pro­siła ci­cho. Od­su­nął palce z jej twa­rzy, na­gle nie wie­dząc, jak za­re­ago­wać. - Mo­żesz mu przy oka­zji po­móc. So­bie zresztą też.

- W jaki spo­sób mam so­bie po­móc? - za­py­tał.

- Po­da­ro­wu­jąc so­bie prawdę. Szcze­rość wo­bec sa­mego sie­bie jest ważna, szcze­gól­nie gdy mu­simy ucie­kać przed cho­rymi, psy­cho­lo­gicz­nymi grami. Znam swoją sio­strę, znam też cie­bie i znam Tony'ego - urwała na mo­ment, po czym kon­ty­nu­owała. - Po pro­stu są­dzę, że ukry­wa­nie uczuć może tylko przy­nieść nie­wy­obra­żalną ilość bólu. Nie za­po­mi­naj, że są osoby, które wi­dzą twoje emo­cje i słowa, a na­wet biorą je do sie­bie. Cza­sem można spra­wić in­nemu czło­wie­kowi krzywdę, pró­bu­jąc oszu­kać i zra­nić sa­mego sie­bie.

- Mia...

Nie dała mu do­koń­czyć. Wi­dział, że coś się w niej zmie­niło - po­ja­wiła się nowa de­ter­mi­na­cja.

- Mu­szę spró­bo­wać po­wstrzy­mać moją sio­strę. Mu­szę zna­leźć na to spo­sób - po­wie­działa, ucie­ka­jąc spoj­rze­niem w kie­runku ciem­nej ulicy. - Moż­liwe, że nie było mnie przy niej, kiedy mnie po­trze­bo­wała i te­raz mu­szę zmie­rzyć się z kon­se­kwen­cjami.

- Nie bierz tego do sie­bie, pro­szę cię. Nie je­ste­śmy na­szymi sio­strami. Nie je­ste­śmy też na­szymi braćmi czy ro­dzi­cami. Na­wet przy­ja­ciółmi. Mo­żemy być bli­sko, ale to nie zna­czy, że ciąży na nas od­po­wie­dzial­ność za czyny in­nych osób. W ten spo­sób można osza­leć.

- Na to już chyba za późno. - Za­śmiała się mi­mo­wol­nie.

- Pew­nie tak. - Po­ki­wał głową, po­zwa­la­jąc so­bie na lekki uśmiech. - Nie przej­muj się, do­brze? Dla mnie i tak bę­dziesz naj­od­waż­niej­szą dziew­czyną, jaką znam. Poza tym, je­steś moją pry­watną bo­ha­terką.

- Tylko twoją? - Spoj­rzała na niego po­dejrz­li­wie.

- A co? Chcesz ura­to­wać jesz­cze ko­goś? Z tego, co wiem, każdy z na­szych przy­ja­ciół ma kło­poty, więc to ro­bota na wiele lat.

- Przyj­muję wy­zwa­nie. - Szturch­nęła go i po­woli ru­szyła do sa­mo­chodu.

Bran­don przez chwilę stał w miej­scu i od­pro­wa­dzał ją wzro­kiem. W końcu pod­biegł do niej.

- Jak my­ślisz, co ro­bią Ef­fie i Max?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki