Drakula - Bram Stoker

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (34,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Nie uwie­rzy­cie, ale kie­dyś wam­piry były prze­ra­ża­jące.

Dziś nikt nie boi się dżen­tel­mena w pod­bi­tej szkar­ła­tem pele­ry­nie, a jego miłość do wycia wil­ków budzi jedy­nie uśmiech. Hor­ror, jako gatu­nek z ogromną tra­dy­cją pozy­skał nowe stra­chy. Sam wam­pir, jak się wydaje, opu­ścił niszę i wypły­nął na sze­ro­kie wody main­stre­amu. Obja­wił się nad­czło­wie­kiem o gołę­bim sercu w sadze Zmierzch, miał wesołą twarz Leslie Nie­lsena i wal­czył o swoje czło­wie­czeń­stwo w powie­ściach Anne Rice. Możemy go kochać. Możemy mu współ­czuć. Strach odfru­nął, spło­szony jak nie­to­perz.

Kie­dyś było zupeł­nie ina­czej. Dowo­dem tego jest powieść Brama Sto­kera, nowo­cze­sna w for­mie i rewo­lu­cyjna w tre­ści.

W ostat­niej deka­dzie XIX wieku, kiedy powstała książka, mało kto inte­re­so­wał się wam­pi­rami. Te przy­na­le­żały do folk­loru i stra­szyły po wio­skach. Sto­ker skom­pli­ko­wał ludowe poda­nia o zwy­cza­jach wam­pi­rów, przy­da­jąc swo­jemu hra­biemu sze­reg nad­na­tu­ral­nych mocy: Dra­kula zmie­nia się w zwie­rzęta, a nawet mgłę - prze­nika przez szparę w drzwiach i czmy­cha w mgnie­niu oka.

Następ­nie Sto­ker uczy­nił z niego ary­sto­kratę z dale­kiego kraju. Górzy­sta Tran­syl­wa­nia jawiła się tajem­ni­czym miej­scem, gdzie z całą pew­no­ścią wciąż gra­sują upiory. Dra­kula, w jakiś spo­sób, ucie­le­śnia kosz­mar feu­dal­nego porządku. Dosłow­nie wysysa krew ze swo­ich pod­da­nych.

Ten przed­sta­wi­ciel świata ciem­no­ści o śre­dnio­wiecz­nym rodo­wo­dzie przy­bywa do nowo­cze­snego, jasnego od lamp gazo­wych Lon­dynu (zapis podróży stat­kiem należy do naj­bar­dziej przej­mu­ją­cych, by nie powie­dzieć strasz­nych frag­men­tów książki), gdzie urzą­dza sobie nowe żero­wi­sko. Mor­duje młode kobiety i mieszka w ser­cach waria­tów. Sto­ker dosłow­nie wypro­wa­dził potwora z dale­kiego zamku na te same ulice, któ­rymi prze­cha­dzał się jego czy­tel­nik. Ten zabieg, nowo­cze­sny jak na tamte lata, przy­słu­żył się suk­ce­sowi książki.

Sam Dra­kula jest stwo­rze­niem para­dok­sal­nym, nie­moż­li­wym i przez to tak strasz­nym w swoim zamy­śle. Nie przy­na­leży do świata żywych ani umar­łych, lecz tkwi gdzieś pomię­dzy jed­nym i dru­gim. Przy­po­mina aber­ra­cję, coś, co umyka rozu­mowi i jest widoczne w swej praw­dzi­wej natu­rze tylko na moment, kątem oka. Ist­nieje, lecz nie widzimy go w lustrze. Odpy­cha od sie­bie śmierć, żeru­jąc na żyją­cych, gnany nie­ludz­kim gło­dem. Może dla­tego w ostat­niej chwili na jego twa­rzy maluje się spo­kój?

Łączy w sobie cechy ary­sto­kraty o wiel­kiej inte­li­gen­cji i żar­łocz­nego zwie­rzę­cia. W zamku posiada ogromną biblio­tekę, uczy się języ­ków, o kul­tu­rze Anglii wypo­wiada się ze znaw­stwem i przej­muje się jak dziecko swoją trzesz­czącą angielsz­czy­zną. Jed­no­cze­śnie śpi w zbez­czesz­czo­nej ziemi i żywi się krwią, zacho­wu­jąc się nocą jak dra­pież­nik. Sto­ker kre­śli jego twarz jako poważną, w któ­rej płoną oczy bestii.

Jako syn ciem­no­ści w chrze­ści­jań­skim świe­cie pod­lega licz­nym ogra­ni­cze­niom. Oba­wia się krzyża. Jego trumnę uniesz­ko­dli­wia hostia. Sku­teczne oka­zują się też metody bar­dziej świec­kie, czyli czo­snek, kołek w serce i nóż na gar­dle. Rekom­pen­sują to liczne moce, z któ­rych najbar­dziej sku­teczną - nie­wąt­pli­wie też naj­strasz­niej­szą - jest wła­dza, jaką ma nad świa­tem żywych i umar­łych. Osa­cza i więzi poczci­wego nota­riu­sza wła­ści­wie bez wysiłku, groźbą, a nie czy­nem. Owija sobie wokół palca obłą­ka­nego Ren­fielda i bez żad­nego pro­blemu bała­muci naiwną Lucy, do tego trzyma w pod­zie­miach zamku swój pry­watny harem. Naj­sil­niej­szy opór sta­wia mu jed­nak kobieta, dzielna i mądra Mina.

Taka postać wpro­wa­dzona do lite­ra­tury była ska­zana na suk­ces. Nie dzi­wię się, że czy­tel­nicy bali się Dra­kuli. Sam bałem się, gdy byłem chłop­cem, a teraz jako doro­sły czło­wiek piszę te słowa z ogromną rado­ścią. Spo­tka­nie z upior­nym hra­bią w jego wszyst­kich odsło­nach sta­nowi ważną część mojego dora­sta­nia. Docie­ra­łem do niego krę­tymi ścież­kami. Powieść Sto­kera długo była nie­do­stępna. Pamię­tam jak cze­ka­łem do pół­nocy, żeby zoba­czyć Nos­fe­ratu z 1922 roku na małym, śnie­żą­cym tele­wi­zorku. Wer­sję Herzoga, z lat sie­dem­dzie­sią­tych, uwa­żam za szczy­towe uję­cie tematu i ekra­ni­za­cję totalną. Nikt nie był bar­dziej przej­mu­ją­cym wam­pi­rem niż Klaus Kin­ski. Może dla­tego, że w tę kre­ację ubrał wła­sne, prze­raź­liwe demony?

Zeszyty w pod­sta­wówce zapeł­ni­łem wize­run­kami wam­pi­rów, rodzice bie­gali z tego powodu na dywa­nik do szkoły, a nauczy­cielki widziały we mnie kan­dy­data na seryj­nego mor­dercę. Podobne obrazki trza­skał ponoć Karol Kot, kra­kow­ski zabójca, który kształ­cił się w tych samych murach. Stało się zupeł­nie ina­czej i mor­duję ludzi wyłącz­nie na kar­tach wła­snych ksią­żek. Dra­kula sta­no­wił jeden z impul­sów, które pchnęły mnie do wła­snego pisa­nia. Nie jest książką dosko­nałą. Poka­zała jed­nak siłę lite­ra­tury, daleko więk­szą niż wywo­ły­wa­nie emo­cji, takich jak lęk w czy­tel­niku.

Postać stwo­rzona przez Brama Sto­kera jest nie­śmier­telna jak na wam­pira przy­stało i powraca z grobu w naj­róż­niej­szych odsło­nach. Bywa potwo­rem, roman­tycz­nym kochan­kiem, super­me­nem, ofermą, roba­kiem, a nawet pacynką z Ulicy Sezam­ko­wej. My pomrzemy, ale on żyć będzie, a jego imię już teraz brzmi w wiecz­no­ści. Prze­cież każdy wie, kim jest Dra­kula.

Warto spraw­dzić, skąd do nas przy­szedł.

Łukasz Orbi­tow­ski

Roz­dział 1

DZIEN­NIK JONA­THANA HAR­KERA

3 maja, Bystrzyca

Wyje­cha­łem z Mona­chium pierw­szego maja o dwu­dzie­stej trzy­dzie­ści pięć i dotar­łem do Wied­nia wcze­snym ran­kiem następ­nego dnia; pociąg miał godzinę opóź­nie­nia. Na pod­sta­wie obser­wa­cji z okien wagonu i krót­kiego spa­ceru uli­cami stwier­dzam, że Buda­peszt jest pięk­nym mia­stem. Nie odcho­dzi­łem jed­nak zbyt daleko od dworca, bo ze względu na opóź­nie­nie mie­li­śmy wyru­szyć w dal­szą drogę naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe.

Nie mogę oprzeć się wra­że­niu, że opusz­czam świat Zachodu i wkra­czam na Wschód; wspa­niałe mosty na Dunaju, który impo­nuje tutaj sze­ro­ko­ścią i głę­bo­ko­ścią, prze­nio­sły mnie na tereny z tra­dy­cjami pozo­sta­łymi po pano­wa­niu Tur­cji.

Mia­sto opu­ści­li­śmy o cza­sie i po zmroku dotar­li­śmy do Kluża. Zatrzy­ma­łem się na noc w hotelu Roy­ale. Na obiad, a raczej na kola­cję, zja­dłem kur­czaka przy­rzą­dzo­nego z czer­woną papryką - bar­dzo smacz­nego, lecz powo­du­ją­cego pra­gnie­nie. (Powi­nie­nem zdo­być prze­pis dla Miny). Zagad­nięty przez mnie kel­ner wyja­śnił, że danie nazywa się paprika hendl i że jest to tutej­sza potrawa naro­dowa, mogę więc ją zama­wiać w całych Kar­pa­tach.

Bar­dzo przy­daje mi się pod­sta­wowa zna­jo­mość języka nie­miec­kiego. W zasa­dzie nie wiem, jak bym sobie bez niej tu pora­dził.

Mając w Lon­dy­nie tro­chę wol­nego czasu, odwie­dzi­łem Bri­tish Museum i prze­szu­ka­łem biblio­teczne zasoby map i ksią­żek doty­czą­cych Tran­syl­wa­nii, dosze­dłem bowiem do wnio­sku, że powi­nie­nem coś wie­dzieć o tym kraju, jeśli mam mieć do czy­nie­nia z wywo­dzą­cym się z niego ary­sto­kratą.

Odkry­łem, że region, który jest celem mojej podróży, znaj­duje się w naj­bar­dziej odda­lo­nym na wschód punk­cie kraju, w zasa­dzie na gra­nicy trzech krain: Tran­syl­wa­nii, Moł­da­wii i Buko­winy, w samym sercu Kar­pat. To jeden z naj­dzik­szych i naj­mniej zna­nych zakąt­ków Europy.

Nie­stety, nie mogłem zlo­ka­li­zo­wać zamku Dra­kuli, jako że nie zna­la­złem mapy tego kraju, która dorów­ny­wa­łaby dokład­no­ścią mapom wyda­wa­nym przez naszą agen­cję kar­to­gra­ficzną Ord­nance Survey. Dowie­dzia­łem się jed­nak, że Bystrzyca, mia­steczko wymie­nione z nazwy przez hra­biego Dra­kulę, jest dosyć znana. Powi­nie­nem zamie­ścić tu nie­które ze swo­ich nota­tek, abym mógł odświe­żyć pamięć, gdy będę oma­wiał moje podróże z Miną.

Na popu­la­cję Tran­syl­wa­nii skła­dają się cztery odrębne naro­do­wo­ści: na połu­dniu Sasi i wymie­szani z nimi Wołosi, któ­rzy są potom­kami Daków; na zacho­dzie Węgrzy, a na wscho­dzie i pół­nocy Sekle­rzy. Jadę pomię­dzy tych ostat­nich, któ­rzy - jak sami utrzy­mują - wywo­dzą się od samego Attyli i Hunów. Moż­liwe, że to prawda, ponie­waż gdy Węgrzy pod­bi­jali ten kraj w jede­na­stym wieku, wal­czyli z osia­dłymi tu Hunami.

Czy­ta­łem, że każdy znany ludz­ko­ści zabo­bon ma korze­nie wła­śnie w tym zakątku Kar­pat. Jeśli to prawda, mój pobyt tutaj może się oka­zać bar­dzo inte­re­su­jący. (Muszę zapy­tać o to hra­biego).

Nie spa­łem dobrze tej nocy mimo wygod­nego łóżka, ponie­waż drę­czyły mnie prze­dziwne sny. Poza tym pod moim oknem przez całą noc wył pies, co także mogło mieć wpływ na jakość wypo­czynku; a może to wina papry­ka­rza - wypi­łem przez niego całą karafkę wody, co wcale jed­nak nie uga­siło pra­gnie­nia. Usną­łem nad ranem i obu­dziło mnie dopiero gło­śne puka­nie do drzwi, zga­duję więc, że w pew­nym momen­cie musia­łem zasnąć cał­kiem mocno.

Na śnia­da­nie zja­dłem papry­karz, rodzaj owsianki z mąki kuku­ry­dzia­nej, którą tutaj nazy­wają mama­łygą, i nadzie­wa­nego bakła­żana, wyśmie­nite danie, tak zwaną imple­tatę. (Na to rów­nież muszę wziąć prze­pis).

Jadłem w pośpie­chu, ponie­waż pociąg miał wyru­szyć nie­wiele przed ósmą, ale gdy dobie­głem na sta­cję o siód­mej trzy­dzie­ści, jesz­cze przez godzinę sie­dzia­łem w prze­dziale, zanim odje­cha­li­śmy.

Wydaje mi się, że im dalej na wschód, tym kolej jest bar­dziej nie­punk­tu­alna. Jak to w takim razie musi wyglą­dać w Chi­nach?

Cały dzień prze­dzie­ra­li­śmy się przez kra­inę pełną róż­no­rod­nego piękna. Cza­sami mija­li­śmy nie­wiel­kie mia­steczka i zamki na szczy­tach stro­mych gór, takie, jakie widuje się w sta­rych księ­gach; prze­jeż­dża­li­śmy obok rzek i stru­mieni, któ­rych sze­ro­kie kamie­ni­ste brzegi świad­czyły o czę­stych powo­dziach. Potrzeba dużo wody i sil­nego nurtu, aby omieść do czy­sta nabrzeża.

Na każ­dej sta­cji cze­kały grupy ludzi, dosłow­nie tłumy, odziane w każdy moż­liwy spo­sób. Nie­któ­rzy wyglą­dali jak nasi chłopi lub ci, któ­rych spo­ty­ka­łem, podró­żu­jąc przez Fran­cję i Niemcy, w krót­kich kurt­kach, okrą­głych kape­lu­szach i domo­wej roboty spodniach. Nato­miast inni byli nie­zwy­kle malow­ni­czy.

Kobiety były śliczne, ale gdy pod­cho­dziło się bli­żej, spra­wiały wra­że­nie nie­zgrab­nych. Wszyst­kie miały obszerne białe rękawy, a więk­szość sze­ro­kie pasy z przy­tro­czo­nymi licz­nymi pasecz­kami powie­wa­ją­cymi na wie­trze jak spód­nice balet­nic. Oczy­wi­ście nosiły też halki.

Naj­dziw­niej­szymi posta­ciami, na jakie się natknę­li­śmy, byli Sło­wacy, bar­dziej jesz­cze bar­ba­rzyń­scy niż reszta, w ogrom­nych paster­skich kape­lu­szach, wor­ko­wa­tych posza­rza­łych spodniach, bia­łych płó­cien­nych koszu­lach prze­pa­sa­nych cięż­kimi pasami, sze­ro­kimi pra­wie na stopę i nabi­ja­nymi mosięż­nymi ćwie­kami. Nogawki spodni wci­skali w wyso­kie buty, mieli dłu­gie czarne włosy i bujne czarne wąsy. Wyglą­dali bar­dzo malow­ni­czo, ale byli nie­szcze­gól­nie mili w obej­ściu. Na deskach teatru mogliby zostać obsa­dzeni w rolach sta­ro­żyt­nej orien­tal­nej bandy roz­bój­ni­ków. W rze­czy­wi­sto­ści są jed­nak, jak mi powie­dziano, zupeł­nie nie­szko­dliwi i bra­kuje im poczu­cia wła­snej war­to­ści.

Do Bystrzycy dotar­li­śmy po zmierz­chu; mia­sto jest bar­dzo stare i inte­re­su­jące. Poło­że­nie nie­malże na gra­nicy - prze­łęcz Borgo pro­wa­dzi z niego do Buko­winy - prze­kłada się na bar­dzo burz­liwą histo­rię, która jest zresztą widoczna na pierw­szy rzut oka. Pięć­dzie­siąt lat temu przez mia­sto prze­szła fala wiel­kich poża­rów, sie­jąc ogromne spu­sto­sze­nia przy pię­ciu róż­nych oka­zjach. Na początku sie­dem­na­stego wieku Bystrzyca prze­żyła trzy­ty­go­dniowe oblę­że­nie, w któ­rego wyniku zgi­nęło trzy­na­ście tysięcy osób - ofiar, głodu i cho­rób.

Hra­bia Dra­kula skie­ro­wał mnie do hotelu Gol­den Krone, który ku mojej rado­ści - pra­gnę bowiem dowie­dzieć się wszyst­kiego, co w mojej mocy o tym kraju - oka­zał się w sta­rym stylu.

Wyraź­nie mnie ocze­ki­wano, ponie­waż gdy tylko sta­ną­łem w drzwiach, od razu ujrza­łem krzepką star­szą kobietę w codzien­nym chłop­skim stroju - bia­łej spodniej sukni i dłu­gim kolo­ro­wym far­tu­chu, nie­skrom­nie dopa­so­wa­nym. Gdy pod­sze­dłem bli­żej, ukło­niła się i zapy­tała:

- Herr Anglik?

- Tak - odpar­łem. - Jona­than Har­ker.

Uśmiech­nęła się i powie­działa coś do star­szego męż­czy­zny w bia­łej koszuli, który towa­rzy­szył jej do drzwi.

Ten odszedł na chwilę i powró­cił z listem:

"Przy­ja­cielu, witaj w Kar­pa­tach. Z nie­po­ko­jem Cię ocze­kuję. Śpij dobrze tej nocy. Jutro o trze­ciej wyru­sza dyli­żans do Buko­winy; zare­zer­wo­wano w nim miej­sce dla Cie­bie. Mój powóz będzie ocze­ki­wał na prze­łę­czy Borgo, skąd prze­wie­zie Cię do zamku. Ufam, że Twoja podróż z Lon­dynu była udana i że Twój pobyt na mojej pięk­nej ziemi będzie rów­nie przy­jemny. Twój Dra­kula".

4 maja

Wła­ści­ciel hotelu rów­nież otrzy­mał list od hra­biego z pole­ce­niem zna­le­zie­nia dla mnie naj­lep­szego miej­sca w powo­zie. Nie chciał jed­nak zdra­dzić mi żad­nych szcze­gó­łów kore­spon­den­cji i uda­wał, że nie rozu­mie mojego nie­miec­kiego.

Wiem, że to nie­prawda, ponie­waż do tam­tej chwili rozu­mie­li­śmy się dosko­nale; to zna­czy, odpo­wia­dał na moje pyta­nia tak, jakby mnie rozu­miał.

Popa­try­wali na sie­bie z żoną, star­szą kobietą, która otwo­rzyła mi drzwi, z prze­ra­że­niem w oczach. Wymam­ro­tał tylko, że w liście prze­słano pie­nią­dze, i to wszystko, co wie. Gdy zapy­ta­łem wprost, czy zna hra­biego Dra­kulę i czy może opo­wie­dzieć mi coś o zamku, oboje z żoną się prze­że­gnali, i stwier­dziw­szy, że nie mają o niczym poję­cia, odmó­wili dal­szej roz­mowy. Było już tak mało czasu do odjazdu, że nie zdą­ży­łem zapy­tać o to nikogo wię­cej, a wszystko zaczęło wyda­wać mi się bar­dzo tajem­ni­cze, co wcale mnie nie pocie­szyło.

Zanim wysze­dłem, przy­szła do mojego pokoju star­sza kobieta i z histe­rią w gło­sie zapy­tała:

- Musi pan jechać? Młody Herr, naprawdę pan musi?

Była tak zaafe­ro­wana, że bez­wied­nie mie­szała nie­miecki z innym języ­kiem, któ­rego w ogóle nie zna­łem. Byłem w sta­nie w pew­nym stop­niu zro­zu­mieć, o co cho­dzi, zada­jąc wiele pytań. Gdy wyzna­łem, że natych­miast muszę ruszać dalej i że wiąże się to z bar­dzo waż­nymi inte­re­sami, spy­tała:

- Czy wie pan, jaki dziś dzień?

Odrze­kłem, że czwarty maja. Potrzą­snęła głową i powie­działa:

- Wła­śnie! Wiem, wiem! Ale czy pan wie, jaki to dzień?

Gdy oznaj­mi­łem jej, że nie rozu­miem, kon­ty­nu­owała:

- To wigi­lia dnia świę­tego Jerzego. Czyż nie wie pan, że gdy tej nocy zegar wybije pół­noc, uwolni się całe zło tego świata? Czy pan wie, dokąd pan jedzie i co zamie­rza pan zro­bić?

Była tak zde­ner­wo­wana, że pró­bo­wa­łem ją jakoś uspo­koić, ale moje wysiłki nie przy­nio­sły rezul­tatu. W końcu opa­dła na kolana i na klęcz­kach bła­gała mnie, żebym nie wyjeż­dżał albo cho­ciaż zacze­kał dzień lub dwa.

Sytu­acja była kurio­zalna, ale po raz kolejny poczu­łem nie­po­kój. Jed­nak mia­łem inte­res do zro­bie­nia i nie mogłem pozwo­lić, aby cokol­wiek sta­nęło na mojej dro­dze.

Gdy pró­bo­wa­łem ją pod­nieść, stwier­dzi­łem na tyle poważ­nie, na ile było to moż­liwe, że dzię­kuję jej za tro­skę, ale obo­wiązki naka­zują mi jechać.

Wtedy wstała, osu­szyła łzy i zdjęła z szyi róża­niec z krzy­ży­kiem, a następ­nie mi go podała.

Nie wie­dzia­łem, co począć, ponie­waż jako czło­nek Kościoła angli­kań­skiego byłem całe życie uczony, że takie rze­czy noszą zna­miona bał­wo­chwal­stwa, ale odmó­wie­nie star­szej kobie­cie w tym sta­nie ducha wyda­wało mi się okropną nie­wdzięcz­no­ścią.

Jak mnie­mam, ujrzała waha­nie na mojej twa­rzy, ponie­waż po pro­stu zało­żyła mi róża­niec na szyję i powie­dziaw­szy: "To dla two­jego dobra", wyszła.

Zapi­suję to w ocze­ki­wa­niu na powóz, który oczy­wi­ście się spóź­nia, a krzy­żyk na­dal spo­czywa na mojej piersi.

Nie wiem, czy to przez obawy sta­ruszki, czy pełne duchów tra­dy­cje tego miej­sca, czy może przez róża­niec w ogóle nie czuję się tak swo­bod­nie na umy­śle jak zazwy­czaj.

Jeśli ten zeszyt dotrze kie­dy­kol­wiek do Miny przede mną, przy­nie­sie jej moje poże­gna­nie. A oto i powóz!

5 maja, Zamek

Sza­rość poranka ustą­piła pro­mie­niom słońca, które wze­szło już wysoko nad hory­zont postrzę­piony drze­wami lub wzgó­rzami - sam nie wiem, bo jest on tak daleko, że duże i małe rze­czy mie­szają się w oczach.

Nie jestem śpiący, a ponie­waż zostanę wezwany dopiero wtedy, gdy się obu­dzę, piszę, dopóki nie zmo­rzy mnie sen.

Muszę opi­sać wiele dziw­nych wyda­rzeń, a żeby czy­tel­nicy nie posą­dzili mnie o to, że zbyt dobrze zja­dłem, zanim opu­ści­łem Bystrzycę, opi­szę dokład­nie cały mój posi­łek.

Zja­dłem potrawę, którą tutaj nazy­wają "zbój­nic­kim ste­kiem" - to kawałki boczku, cebuli i woło­winy, dopra­wione papryką i nabite na patyki, a potem pie­czone nad ogniem. Do tego podano wino Gol­den Mediasch, nieco cierp­kie, ale cał­kiem smaczne. Wypi­łem led­wie dwa kie­liszki.

Gdy wsia­dłem do powozu, zauwa­ży­łem, że woź­nica roz­ma­wia z moją gospo­dy­nią.

Bez wąt­pie­nia to ja byłem tema­tem ich roz­mowy, bo od czasu do czasu na mnie popa­try­wali, a chwilę póź­niej dołą­czyła do nich grupa osób sie­dzą­cych dotych­czas na ławce i oni też zaczęli spo­glą­dać na mnie ukrad­kiem i z wyraź­nym współ­czu­ciem. Część słów się powta­rzała, wycią­gną­łem więc po cichu mój wie­lo­ję­zyczny słow­nik i zaczą­łem je spraw­dzać.

Nie pocie­szyło mnie to, co odkry­łem: czę­sto wymie­niali słowa Ordog, czyli Sza­tan, pokol - pie­kło, stre­go­ica - wiedźma, vro­lok i vlko­slak - oba ozna­cza­jące podobną rzecz, jedno po sło­wacku, a dru­gie po serb­sku, czyli coś na kształt wil­ko­łaka czy wam­pira. (Muszę zapy­tać hra­biego o te prze­sądy).

Gdy w końcu ruszy­li­śmy, ludzie zebrani przy drzwiach zajazdu, któ­rzy zdą­żyli już się roz­ro­snąć w cał­kiem pokaź­nych roz­mia­rów tłum, prze­że­gnali się zna­kiem krzyża i wycią­gnęli w moim kie­runku dwa palce.

Prze­zwy­cię­żyw­szy pewne trud­no­ści, nakło­ni­łem mojego towa­rzy­sza podróży, aby wyja­śnił mi zna­cze­nie tego gestu. Długo się wzbra­niał, ale gdy się dowie­dział, że jestem Angli­kiem, powie­dział, że to dla ochrony przed złymi duchami.

Nie były to szcze­gól­nie budu­jące słowa, jako że wyru­sza­łem w nie­znane mi miej­sce na spo­tka­nie z obcym czło­wie­kiem, ale wszy­scy byli dla mnie tak uprzejmi i tak pełni współ­czu­cia, a przy tym tak przy­gnę­bieni, że poczu­łem wzru­sze­nie.

Ni­gdy nie zapo­mnę widoku tego wie­lo­barw­nego, malow­ni­czego tłumu zgro­ma­dzo­nego na podwórku zajazdu, żegna­ją­cego mnie zna­kiem krzyża na tle buj­nych ole­an­drów i drze­wek poma­rań­czo­wych w zie­lo­nych doni­cach.

Wtedy nasz woź­nica, któ­rego sze­ro­kie lniane haj­da­wery prze­sła­niały cały kozioł, strze­lił z bicza nad gło­wami swo­ich czte­rech małych koni i ruszy­li­śmy w drogę.

Wkrótce piękno kra­jo­bra­zów przy­ćmiło w moich myślach wspo­mnie­nie upior­nego stra­chu kra­jow­ców, myślę jed­nak, że gdy­bym znał język, a raczej języki, któ­rymi posłu­gi­wali się moi towa­rzy­sze podróży, nie otrzą­snął­bym się z obaw tak łatwo. Przed nami roz­po­ście­rała się zie­lona, pofał­do­wana kra­ina pełna lasów i stro­mych sto­ków, uko­ro­no­wa­nych kępami drzew i zagro­dami. Wszę­dzie rosło mnó­stwo kwit­ną­cych jabłoni, śliw, grusz i wiśni. Zie­lona trawa pod nimi błysz­czała od opa­dłych płat­ków.

Gdzie­nie­gdzie spo­mię­dzy zie­lo­nych wzgórz kra­iny, którą tutaj nazy­wają Mit­tel Land, widać było drogę, ginącą raz po raz za tra­wia­stymi zbo­czami lub w cie­niu sosen, które spły­wały ze zbo­czy gór jak języki lawy. Droga była wybo­ista, lecz my gna­li­śmy po niej z gorącz­ko­wym pośpie­chem. Nie rozu­mia­łem, dla­czego tak pędzimy, ale woź­nica wyraź­nie chciał dotrzeć do prze­łę­czy Borgo jak naj­szyb­ciej. Dowie­dzia­łem się, że latem droga jest w dosko­na­łym sta­nie, ale nie została jesz­cze dopro­wa­dzona do porządku po ostat­nich opa­dach śniegu. To cie­kawe, bo w Kar­pa­tach kró­luje tra­dy­cja nie­zaw­ra­ca­nia sobie głowy utrzy­my­wa­niem dróg w przy­zwo­itym sta­nie. Dawni hospo­da­ro­wie ni­gdy ich nie napra­wiali, by Turcy nie pomy­śleli przy­pad­kiem, że to przy­go­to­wa­nia do wojny, która i tak wisiała tu zawsze na wło­sku.

Nad zie­lo­nymi wzgó­rzami Mit­tel Landu wzno­szą się poro­śnięte lasami wyso­kie szczyty Kar­pat. Popo­łu­dniowe słońce wydo­bywa z nich feerię barw: ocie­nione grzbiety gór­skie są nie­bie­sko­fio­le­towe, trawa i skały lśnią zie­le­nią i brą­zem, postrzę­pione gra­nie bielą się nato­miast śnie­giem. Jeden z towa­rzy­szy podróży dotknął mojego ramie­nia, gdy minę­li­śmy nie­wiel­kie wzgó­rze i zoba­czy­li­śmy przed sobą wynio­sły ośnie­żony szczyt góry, która wyda­wała się wyra­stać tuż przed nami.

- Patrz! Isten szek! (czyli "sie­dziba Boga") - krzyk­nął, po czym prze­że­gnał się naboż­nie.

Wkrótce słońce zaczęło opa­dać coraz niżej, a nas oto­czył wie­czorny mrok. Zachód słońca zda­wał się trwać dłu­żej niż zwy­kle, bo ośnie­żone szczyty zatrzy­my­wały resztki pro­mieni, świe­cąc deli­katną różową poświatą. Od czasu do czasu mija­li­śmy Cze­chów i Sło­wa­ków w malow­ni­czych stro­jach. Przy dro­dze stały liczne krzyże, a moi towa­rzy­sze żegnali się za każ­dym razem, gdy prze­jeż­dża­li­śmy obok nich. Przed kaplicz­kami klę­czeli wie­śniacy, któ­rzy nawet się nie odwra­cali, sły­sząc tur­kot kół, jakby ota­cza­jący ich świat na tę chwilę prze­sta­wał ist­nieć. Wiele rze­czy było dla mnie nowych. Na przy­kład stogi siana na ogło­wio­nych drze­wach i sku­pi­ska brzóz, któ­rych białe pnie lśniły sre­brzy­ście pomię­dzy deli­katną zie­le­nią liści.

Cza­sami mija­li­śmy chłop­skie wozy, na któ­rych sie­dzieli wra­ca­jący do domu wie­śniacy - Czesi w bia­łych, a Sło­wacy kolo­ro­wych bara­ni­cach - trzy­ma­jąc sie­kierki na dłu­gich trzon­kach niczym lance. Po zapad­nię­ciu zmroku tem­pe­ra­tura znacz­nie spa­dła, a świat pogrą­żył się w opa­rach ciem­nej mgły i tylko w doli­nach wci­na­ją­cych się głę­boko pomię­dzy wzgó­rza to tu, to tam pięły się w górę ciemne jodły, odci­na­jące się wyraź­nie na tle leżą­cego jesz­cze na zbo­czach śniegu. Gdy droga prze­ci­nała sosnowy las, masy sza­ro­ści zale­ga­ją­cej w koro­nach drzew two­rzyły szcze­gól­nie dziwny i uro­czy­sty nastrój. Cza­sami zbo­cza wzgórz były tak strome, że mimo wysił­ków naszego woź­nicy konie musiały zwol­nić. Chcia­łem wysiąść z wozu i popro­wa­dzić je za uzdę, tak jak to robimy w domu, ale fur­man nawet nie chciał o tym sły­szeć.

- Nie, nie - powie­dział. - Nie wolno wysia­dać. Tu są dzi­kie psy. - A potem dodał z ponurą uprzej­mo­ścią, spo­glą­da­jąc na pasa­że­rów, któ­rzy uśmiech­nęli się do niego poro­zu­mie­waw­czo: - Będzie miał pan dosyć takich atrak­cji, zanim dzi­siaj położy się spać.

Zatrzy­mał się po dro­dze zresztą tylko raz, aby zapa­lić lampy.

Noc wywo­łała pewne poru­sze­nie u moich współ­to­wa­rzy­szy, któ­rzy nie prze­sta­wali popę­dzać woź­nicy. Ten bez­li­to­śnie sma­gał konie dłu­gim batem, co chwila wyda­jąc gło­śne okrzyki, aby zmu­sić je do jesz­cze szyb­szego galopu. Nagle w ciem­no­ści zoba­czy­łem przed nami coś na kształt smugi sza­rego świa­tła, która wyglą­dała jak szcze­lina pomię­dzy wzgó­rzami. Pod­nie­ce­nie pasa­że­rów jesz­cze się wzmo­gło. Sza­lony powóz koły­sał się na skó­rza­nych reso­rach jak łódka na wzbu­rzo­nym morzu. Musia­łem się mocno trzy­mać. Droga pięła się w górę, a my zda­wa­li­śmy się wzla­ty­wać w powie­trze. Góry były coraz bli­żej i spo­glą­dały na nas groź­nie. Wjeż­dża­li­śmy na prze­łęcz Borgo. Pasa­że­ro­wie jeden po dru­gim zaczęli wrę­czać mi pre­zenty - wci­skali mi je do rąk ze szczerą tro­ską, która nie zaak­cep­to­wa­łaby odmowy. Podarki były naj­dziw­niej­sze, ale każ­demu towa­rzy­szyło dobre słowo, bło­go­sła­wień­stwo i ta sama mie­szanka oso­bli­wych gestów, które widzia­łem przed hote­lem w Bystrzycy: znak krzyża i ochrony przed złym okiem. W pew­nej chwili woź­nica wychy­lił się do przodu i zaczął wpa­try­wać się w ciem­ność. Naj­wy­raź­niej wszy­scy ocze­ki­wali, że sta­nie się coś bar­dzo eks­cy­tu­ją­cego, ale choć pyta­łem o to innych pasa­że­rów, nikt nie udzie­lił mi żad­nej odpo­wie­dzi. Pod­nie­ce­nie towa­rzy­szyło nam jesz­cze przez jakiś czas, aż w końcu zoba­czy­li­śmy po wschod­niej stro­nie prze­łęcz. Prze­ta­czały się nad nią ciemne chmury, a w powie­trzu czuć było nad­cho­dzącą burzę. Zaczą­łem wypa­try­wać powozu, który miał mnie zabrać do hra­biego, ota­czała nas jed­nak nie­prze­nik­niona ciem­ność. Jedy­nym źró­dłem świa­tła były migo­czące pło­mie­nie naszych lamp, w któ­rych bla­sku paru­jąca skóra pra­wie zajeż­dżo­nych koni two­rzyła białą chmurę. Przed nami roz­po­ście­rał się piasz­czy­sty trakt, ni­gdzie nie było jed­nak śladu powozu. Pasa­że­ro­wie opa­dli na sie­dze­nia z rado­ścią, która zda­wała się kpić z mojego roz­cza­ro­wa­nia. Zaczą­łem się zasta­na­wiać, co zro­bić w tej sytu­acji, a wtedy woź­nica spoj­rzał na zega­rek i powie­dział do pasa­że­rów coś, co zabrzmiało jak: "godzina przed cza­sem". Potem odwró­cił się do mnie i prze­mó­wił po nie­miecku:

- Nie ma żad­nego powozu. Nikt tu pana nie ocze­kuje. Pan poje­dzie teraz do Buko­winy i wróci jutro, a naj­le­piej poju­trze.

Gdy to mówił, konie zaczęły rżeć, par­skać i bić kopy­tami o zie­mię tak gwał­tow­nie, że woź­nica musiał ścią­gnąć lejce. Przy akom­pa­nia­men­cie krzy­ków wie­śnia­ków i zbio­ro­wego żegna­nia się zna­kiem krzyża z ciem­no­ści wyło­niła się zaprzę­żona w cztery konie kolasa, która wyje­chała zza naszego powozu, okrą­żyła go i sta­nęła tuż przed nim. Zdo­ła­łem dostrzec w świe­tle lamp, że konie są czarne jak węgiel i bar­dzo piękne. Powo­ził wysoki męż­czyzn z długą ciemną brodą i w wiel­kim czar­nym kape­lu­szu, który skry­wał jego twarz. Jego jasne oczy wyda­wały się lśnić czer­wie­nią, gdy na nas spo­glą­dał.

- Jesteś dziś wcze­śniej, przy­ja­cielu - powie­dział do naszego woź­nicy.

- Angiel­ski Herr bar­dzo się spie­szył - wyją­kał woź­nica w odpo­wie­dzi.

- I zapewne dla­tego chcia­łeś go zawieźć do Buko­winy. Nie oszu­kasz mnie, przy­ja­cielu. Wiem zbyt wiele, a moje konie są szyb­kie.

Gdy się uśmiech­nął, świa­tło lampy padło na zacięte usta o bar­dzo czer­wo­nych war­gach, spo­mię­dzy któ­rych wysta­wały ostre zęby, białe jak kość sło­niowa. Jeden z pasa­że­rów wyre­cy­to­wał szep­tem frag­ment Lenory Bürgera: Denn die Tod­ten reiten schnell (zmarli podró­żują szybko).

Dziwny woź­nica musiał to usły­szeć, bo uśmiech­nął się olśnie­wa­jąco. Moi współ­pa­sa­że­ro­wie odwró­cili od niego twa­rze i prze­że­gnali się.

- Podaj­cie bagaż tego pana! - zażą­dał.

Torby zostały prze­nie­sione do kolasy nad wyraz ocho­czo. Męż­czy­zna podał mi dłoń, aby pomóc przy wysia­da­niu i wsia­da­niu, i chwy­cił moje ramię w sta­lo­wym uści­sku. Musi być kolo­sal­nie silny.

Bez słowa zebrał lejce, konie zawró­ciły i pogrą­ży­li­śmy się w ciem­no­ściach prze­łę­czy. Gdy się obej­rza­łem, zoba­czy­łem parę uno­szącą się z koń­skich grzbie­tów i towa­rzy­szy mojej podróży, żegna­ją­cych się gor­li­wie zna­kiem krzyża. Potem powóz ruszył w dal­szą drogę do Buko­winy. Gdy znik­nął, prze­szedł mnie dziwny dreszcz i poczu­łem przej­mu­jącą samot­ność. Ale zaraz narzu­cono mi na ramiona pele­rynę, a nogi opa­tu­lono kocem.

- Noc jest chłodna, mein Herr, a mój pan, hra­bia, naka­zał mi się panem zaopie­ko­wać - oznaj­mił woź­nica dosko­nałą niem­czy­zną. - Pod sie­dze­niem znaj­dzie pan flaszkę śli­wo­wicy (tutej­szej śliw­ko­wej brandy), jeśli ma pan ochotę.

Nie mia­łem, ale pocie­szyła mnie myśl, że tam leży. Czu­łem się nieco dziw­nie i bałem się. Gdyby wtedy poja­wiła się jaka­kol­wiek moż­li­wość, pew­nie bym z niej sko­rzy­stał zamiast podej­mo­wać tę nocną wyprawę w nie­znane. Konie od razu zerwały się do galopu. Nagle zawró­ci­li­śmy i poje­cha­li­śmy zupeł­nie inną drogą. Wydało mi się, że zaczy­namy krę­cić się w kółku, zapa­mię­ta­łem więc kilka cha­rak­te­ry­stycz­nych punk­tów i moje podej­rze­nia się potwier­dziły. Zapy­tał­bym woź­nicę, co to ma zna­czyć, ale oba­wia­łem się, że jaki­kol­wiek pro­test w mojej sytu­acji będzie bez­ce­lowy.

W końcu jed­nak z cie­ka­wo­ści zapa­li­łem zapałkę i oświe­tli­łem tar­czę zegarka, aby spraw­dzić, która godzina. Było kilka minut przed pół­nocą. Prze­szedł mnie dreszcz - ogól­nie znane prze­sądy doty­czące tej noc­nej pory mie­szały się w mojej gło­wie z tym, czego się nie­dawno dowie­dzia­łem. Cze­ka­łem więc, drżąc z napię­cia i nie­pew­no­ści.

Nagle gdzieś w pobli­skiej zagro­dzie zaczął wyć pies - długo i prze­raź­li­wie, jakby ze stra­chu. Dołą­czyły do niego inne psy, a wiatr nio­sący się przez prze­łęcz spra­wił, że nagle zawyła cała oko­lica. To zde­ner­wo­wało nasze konie, ale woź­nica prze­mó­wił do nich koją­cym gło­sem i wkrótce się uspo­ko­iły, choć drżały i pociły się jak po dłu­gim biegu. Nagle z oddali, z gór, dotarły do nas inne odgłosy - gło­śniej­sze i bar­dziej ostre wycie wil­ków, które wywarło taki sam wpływ i na mnie, i na konie. Chcia­łem wysko­czyć z kolasy i ucie­kać, a konie znów zaczęły bić kopy­tami o zie­mię i sta­wać dęba, woź­nica musiał więc użyć wszyst­kich sił, aby nie ponio­sły. Po kilku minu­tach moje uszy przy­wy­kły jed­nak do tego dźwięku, a konie uspo­ko­iły się na tyle, że woź­nica mógł zejść z kozła i sta­nąć przed nimi.

Pokle­py­wał je po grzbie­tach, uspo­ka­jał i szep­tał im coś do uszu tak jak zakli­na­cze. Przy­nio­sło to ocze­ki­wany rezul­tat, bo choć na­dal drżały, znów stały się posłuszne. Woź­nica wspiął się na kozła i potrzą­sa­jąc lej­cami, ruszył od razu galo­pem. Tym razem po dotar­ciu na skraj prze­łę­czy skrę­cił nagle gwał­tow­nie w prawo.

Wkrótce oto­czyły nas drzewa, któ­rych korony two­rzyły nad nami coś na kształt bal­da­chimu. Po obu stro­nach drogi wyra­stały wiel­kie pomarsz­czone kamie­nie. Wiatr jęczał i świsz­czał pomię­dzy nimi, a gałę­zie drzew zde­rzały się, gdy pod nimi prze­jeż­dża­li­śmy. Było coraz zim­niej i w końcu zaczął sypać drobny, sypki śnieg, na tyle gęsty, że szybko wszystko wokół nas pokryło się bia­łym puchem. Wiatr niósł ze sobą wycie psów, które jed­nak sła­bło w miarę poko­ny­wa­nia przez nas wybo­istej drogi. Sko­wyt wil­ków był jed­nak coraz bli­żej, jakby te dra­pież­niki ota­czały nas ze wszyst­kich stron. Woź­nica jed­nak zda­wał się tym w ogóle nie przej­mo­wać. Odwra­cał tylko głowę to w prawo, to w lewo, ja jed­nak nie potra­fi­łem cokol­wiek dostrzec w tych ciem­no­ściach.

Nagle z lewej strony poja­wił się migo­czący błę­kitny ognik. Woź­nica od razu go zauwa­żył. Ścią­gnął lejce, zesko­czył z kozła i znik­nął w mroku. Nie wie­dzia­łem, co robić, a wycie wil­ków przy­bie­rało na sile. Gdy się zasta­na­wia­łem, woź­nica wró­cił i bez słowa zajął miej­sce na koźle. Chyba zasną­łem i śni­łem o tym incy­den­cie, bo wydaje mi się, że sytu­acja raz po raz się powta­rzała jak jakiś okropny kosz­mar. Gdy tylko przy dro­dze poja­wiał się ognik, woź­nica ścią­gał lejce, pod­bie­gał do niego, zbie­rał z drogi kilka kamieni i ukła­dał je w coś na kształt stosu.

W pew­nym momen­cie zaszło bar­dzo dziwne zja­wi­sko optyczne. Woź­nica sta­nął pomię­dzy mną a pło­my­kiem, ale go nie prze­sło­nił, bo przez cały czas mogłem dostrzec jego migo­ta­nie. Bar­dzo mnie to wystra­szyło, ale że trwało tylko krótką chwilę, dosze­dłem do wnio­sku, że to oczy mnie zwio­dły, zmę­czone dłu­gim wpa­try­wa­niem się w mrok. Potem przez jakiś czas nie było błę­kit­nych pło­my­ków i pędzi­li­śmy przez noc w akom­pa­nia­men­cie wycia wil­ków, które naj­wy­raź­niej podą­żały za nami.

Za któ­rymś razem woź­nica odszedł znacz­nie dalej niż zazwy­czaj, a w cza­sie jego nie­obec­no­ści konie zaczęły moc­niej drżeć, pry­chać i prze­raź­li­wie rżeć. Nie mogłem zro­zu­mieć przy­czyny ich zacho­wa­nia, bo wycie wil­ków ustało. Wtedy księ­życ wypły­nął spo­mię­dzy ciem­nych chmur i w jego świe­tle ujrza­łem, że jeste­śmy oto­czeni przez wilki z bia­łymi kłami, zwi­sa­ją­cymi z pysków czer­wo­nymi jęzo­rami, dłu­gimi, żyla­stymi łapami i zmierz­wio­nymi futrami. Były po sto­kroć bar­dziej prze­ra­ża­jące w tej ponu­rej ciszy niż wtedy, gdy wyły. Spa­ra­li­żo­wał mnie strach. Dopiero gdy czło­wiek sta­nie twa­rzą twarz z praw­dziwą grozą, może pojąć zna­cze­nie tych słów.

Nagle wilki znów zaczęły wyć, jakby świa­tło księ­życa miało na nie jakiś szcze­gólny wpływ. Konie sta­nęły dęba i zaczęły bez­rad­nie roz­glą­dać się dokoła, świe­cąc biał­kami oczu. Prze­ra­ża­jący żywy pier­ścień ota­czał nas ze wszyst­kich stron i unie­moż­li­wiał jaki­kol­wiek ruch. Zaczą­łem przy­wo­ły­wać woź­nicę; wyda­wało mi się, że nasza jedyna szansa to prze­drzeć się przez ten pier­ścień i pomóc mu wró­cić do kolasy. Krzy­cza­łem i wali­łem dło­nią w boczną ścianę powozu w nadziei, że hałas odstra­szy sto­jące naj­bli­żej dra­pież­niki, co pozwoli woź­nicy prze­do­stać się do dwu­kółki. Nie wiem, jak się tam zna­lazł, ale nagle usły­sza­łem pod­nie­siony, roz­ka­zu­jący głos, a gdy spoj­rza­łem w kie­runku, z któ­rego dobie­gał, ujrza­łem woź­nicę sto­jącego na dro­dze. Kiedy zaczął machać dłu­gimi rękami, jak gdyby usu­wał jakąś nie­wi­doczną prze­szkodę, wilki zaczęły się wyco­fy­wać. Wła­śnie wtedy ciemna chmura prze­sło­niła tar­czę księ­życa, pogrą­ża­jąc świat w mroku.

Kiedy zro­biło się nieco jaśniej, zoba­czy­łem, że woź­nica sadowi się na koźle, a wilki znik­nęły. Wszystko to było tak dziwne i nie­sa­mo­wite, że ogar­nął mnie para­li­żu­jący strach, unie­moż­li­wia­jąc mi ruch i mówie­nie. Ruszy­li­śmy w dal­szą drogę w kom­plet­nych nie­mal ciem­no­ściach, bo prze­ta­cza­jące się po nie­bie chmury znów przy­sło­niły księ­życ.

Wspi­na­li­śmy się mozol­nie pod górę. Nagle dostrze­głem, że woź­nica wpro­wa­dza konie na dzie­dzi­niec ogrom­nego, zruj­no­wa­nego zamku. Z wyso­kich, ciem­nych okien nie wydo­sta­wał się naj­mniej­szy nawet pro­mień świa­tła, a popę­kane baszty odci­nały się postrzę­pioną linią na tle nieba.

Roz­dział 2

DZIEN­NIK JONA­THANA HAR­KERA (ciąg dal­szy)

5 maja

Musia­łem zasnąć, bo gdy­bym czu­wał, z pew­no­ścią zauwa­żył­bym to nie­zwy­kłe miej­sce, gdy się do niego zbli­ża­li­śmy. Było ciemno, ale zdo­ła­łem dostrzec spo­rych roz­mia­rów dzie­dzi­niec, z któ­rego kilka dróg wio­dło pomię­dzy wiel­kie łuko­wate skle­pie­nie. W świe­tle dzien­nym dzie­dzi­niec może oka­zać się więc jesz­cze więk­szy.

Gdy powóz się zatrzy­mał, woź­nica zesko­czył z kozła i wycią­gnął dłoń, aby pomóc mi przy wysia­da­niu. Nie mogłem po raz kolejny nie zauwa­żyć jego ogrom­nej siły. Jego ręka przy­po­mi­nała sta­lowe ima­dło, które mogłoby zmiaż­dżyć moją dłoń, gdyby tylko tego zapra­gnął. Wziął moje bagaże i posta­wił je tuż przy mnie. Sta­ną­łem naprze­ciw masyw­nych wie­ko­wych wrót, nabi­ja­nych ogrom­nymi żela­znymi ćwie­kami. Kamienny por­tyk zdo­biły liczne rzeź­bie­nia, znisz­czone przez czas i pogodę. Gdy tak sta­łem, woź­nica wsko­czył na kozła i ścią­gnął wodze. Konie ruszyły przed sie­bie i znik­nęły wraz z kolasą w jed­nym ze skle­pio­nych przejść.

Nawet nie drgną­łem, nie wie­dząc zupeł­nie, co powi­nie­nem zro­bić. Ni­gdzie nie było śladu dzwonka czy kołatki. Mój głos nie prze­nik­nąłby tych pomarsz­czo­nych ścian albo zagi­nąłby wśród mrocz­nych skle­pień. Cze­ka­łem tak więc bez końca, aż zaczęły wzbie­rać we mnie zwąt­pie­nie i lęk. W jakież to dziwne miej­sce przy­gnał mnie los i pomię­dzy jakich ludzi? W jakiej to ponu­rej przy­go­dzie biorę udział? Czy to nor­malne, aby apli­kanta nota­rial­nego wysy­łać za gra­nicę, by tłu­ma­czył obco­kra­jow­cowi zawi­ło­ści zakupu nie­ru­cho­mo­ści w Lon­dy­nie? Apli­kanta! Minie by się to nie spodo­bało. Raczej nota­riu­sza, bo prze­cież tuż przed wyjaz­dem otrzy­ma­łem infor­ma­cję, że zda­łem z powo­dze­niem egza­min i teraz jestem nota­riu­szem pełną gębą! Zaczą­łem pocie­rać oczy i szczy­pać się w ramię, aby spraw­dzić, czy się nie obu­dzę. Wszystko zaczęło wyda­wać mi się strasz­li­wym kosz­ma­rem, z któ­rego nagle zapra­gną­łem się obu­dzić we wła­snym łóżku. Moje ciało jed­nak zare­ago­wało na szczy­pa­nie, a oczu nie dało się oszu­kać. To nie sen, a ja byłem w samym sercu Kar­pat. Teraz mogłem jedy­nie uzbroić się w cier­pli­wość i cze­kać na świt.

Gdy tylko o tym pomy­śla­łem, usły­sza­łem cięż­kie kroki zbli­ża­jące się do drzwi, a w szcze­li­nach ujrza­łem prze­bły­ski świa­tła. Następ­nie roz­legł się brzęk łań­cu­chów i szczęk pod­no­szo­nych rygli. W zamku obró­cił się klucz, wyda­jąc gło­śny zgrzyt, świad­czący o tym, że od dawna już go nie uży­wano, i masywne podwoje się uchy­liły.

Sta­nął w nich wysoki, star­szy męż­czy­zna, gładko ogo­lony, lecz z dłu­gimi, bia­łymi wąsami, odziany od stóp do głów w czerń, bez jed­nej barw­nej plamy. W ręku trzy­mał antyczną srebrną lampę, a nie­osło­nięty niczym pło­mień drżał i rzu­cał migo­czące cie­nie, opie­ra­jąc się męż­nie prze­cią­gowi. Nie­zna­jomy pozdro­wił mnie kur­tu­azyj­nie prawą dło­nią i prze­mó­wił dosko­nałą angielsz­czy­zną, lecz z dziwną into­na­cją.

- Witam w moim domu! Pro­szę wcho­dzić swo­bod­nie i z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli!

Nie wyszedł mi naprze­ciw, ale stał tam jak posąg, jakby ten zapra­sza­jący gest obró­cił go w kamień. Jed­nak gdy tylko prze­sze­dłem przez próg, przy­su­nął się i chwy­cił moją dłoń z siłą, która przy­pra­wiła mnie o jęk, tym bar­dziej że jego ręka była zimna jak lód, jakby nale­żała nie do żywego czło­wieka, lecz do zmar­łego.

- Witam w moim domu! Pro­szę wcho­dzić swo­bod­nie i zosta­wić tro­chę szczę­ścia, które pan przy­nosi!

Z powodu siły uści­sku tak bar­dzo przy­po­mi­nał mi woź­nicę, któ­rego twa­rzy nie zdo­ła­łem prze­cież dostrzec, że przez chwilę wyda­wało mi się, że to jedna i ta sama osoba. Posta­no­wi­łem to spraw­dzić.

- Hra­bia Dra­kula?

Ukło­nił się z gra­cją.

- Ja jestem Dra­kula. Witam pana, panie Har­ker, w moim domu. Pro­szę wcho­dzić dalej, noc jest chłodna, a pan musi coś zjeść i odpo­cząć po podróży.

Gdy to mówił, powie­sił lampę na ścia­nie i odszedł, bio­rąc mój bagaż. Nie zdo­ła­łem go ubiec. Zapro­te­sto­wa­łem, ale zaczął nale­gać.

- Sir, jest pan moim gościem. Jest za późno, aby nie­po­koić służbę. Sam zadbam o pań­skie wygody.

Niósł mój bagaż przez długi kory­tarz, potem po wiją­cych się scho­dach do góry i przez kolejny kory­tarz, a nasze kroki dud­niły ciężko na kamien­nych posadz­kach. W końcu otwo­rzył masywne drzwi, a ja ucie­szy­łem się na widok jasno oświe­tlo­nego pokoju, w któ­rym cze­kał już stół nakryty do kola­cji. W wiel­kim kominku pło­nął ogień.

Hra­bia posta­wił walizki na ziemi, zamknął jedne drzwi i otwo­rzył dru­gie, wio­dące do nie­wiel­kiego ośmio­kąt­nego pomiesz­cze­nia, oświe­tlo­nego poje­dyn­czą lampą i pozba­wio­nego okien. Tam otwo­rzył następne drzwi i zapro­sił mnie do środka. Kolejny miły widok. Wsze­dłem do ogrom­nej sypialni, rzę­si­ście oświe­tlo­nej i rów­nież ogrze­wa­nej komin­kiem. Ogień roz­nie­cono nie­wiele wcze­śniej, bo polana na wierz­chu wciąż były świeże i pło­nęły, trza­ska­jąc. Hra­bia wniósł mój bagaż do sypialni, po czym zaczął zmie­rzać do wyj­ścia.

- Z pew­no­ścią musi się pan odświe­żyć po podroży - dodał jesz­cze, zanim zamknął drzwi. - Mam nadzieję, że znaj­dzie pan tutaj wszystko, co nie­zbędne. Gdy będzie pan gotowy, zapra­szam do tam­tego pokoju, gdzie znaj­dzie pan kola­cję.

Świa­tło, cie­pło kominka i nie­zwy­kle grzeczne zacho­wa­nie hra­biego roz­wiało wszyst­kie moje wąt­pli­wo­ści i lęki. Gdy wró­ci­łem do sie­bie, odkry­łem, że umie­ram z głodu. Po szyb­kiej toa­le­cie prze­sze­dłem do jadalni.

Kola­cję już podano. Mój gospo­darz stał przy ogrom­nym kominku i opie­rał się o kamienny gzyms. Gdy mnie zoba­czył, zapro­sił gestem do stołu.

- Pro­szę, aby pan usiadł i roz­ko­szo­wał się posił­kiem. Mam nadzieję, że wyba­czy mi pan, że do niego nie dołą­czę, ale obiad już jadłem, a do kola­cji nie zasia­dam z zasady.

Wrę­czy­łem mu zapie­czę­to­wany list, który powie­rzył mi pan Haw­kins. Otwo­rzył go od razu i prze­czy­tał z uwagą. Potem podał mi go z cza­ru­ją­cym uśmie­chem. Zwłasz­cza jeden frag­ment napeł­nił mnie rado­ścią.

"Żałuję, że atak poda­gry, na którą cier­pię od wielu lat, unie­moż­li­wia mi obec­nie jaką­kol­wiek podróż. Cie­szę się jed­nak, że mogę w swoim imie­niu posłać Panu zastęp­stwo, w któ­rym pokła­dam wiel­kie nadzieje. Ten młody czło­wiek jest pełen ener­gii i wie­lo­ra­kich talen­tów. Jest godny zaufa­nia i dys­kretny. Od wielu lat pra­cuje dla mnie. Z pew­no­ścią dołoży wszel­kich sta­rań, aby wła­ści­wie Panu pomóc w trak­cie swo­jego pobytu i przyj­mie od Pana wszel­kie instruk­cje".

Hra­bia pod­szedł do stołu i oso­bi­ście zdjął pokrywki z naczyń, a ja poczu­łem wspa­niały zapach pie­czo­nego kur­czę­cia. Drób, ser, sałata i butelka sta­rego tokaju, któ­rego wypi­łem dwa kie­liszki, zło­żyły się na moją kola­cję. Gdy jadłem, hra­bia zadał mi mnó­stwo pytań doty­czą­cych mojej podróży, a ja po kolei opo­wie­dzia­łem mu wszystko, czego doświad­czy­łem.

Następ­nie, zgod­nie z życze­niem gospo­da­rza, przy­su­ną­łem sobie fotel do kominka i zapa­li­łem cygaro, któ­rym mnie poczę­sto­wał. Sam nie zapa­lił. W końcu nada­rzyła się oka­zja, abym mógł go poob­ser­wo­wać, i od razu zauwa­ży­łem, jak wyra­zi­stą ma fizjo­no­mię.

Rysy twa­rzy, orli, cienki nos i oso­bli­wie wygięte noz­drza oraz wyso­kie czoło ota­czają włosy prze­rze­dzone na skro­niach, lecz gdzie indziej bujne. Brwi ma bar­dzo krza­cza­ste, pra­wie zro­śnięte u nasady nosa. Usta, z tego, co zdo­ła­łem dostrzec pod cięż­kimi wąsami, są wąskie i wyglą­dają oso­bli­wie okrut­nie, gdy odsła­niają ostre, białe zęby. Te odro­binę wystają spo­mię­dzy warg, któ­rych krwi­sty kolor wska­zuje na nie­spo­ty­kaną w jego wieku żywot­ność. Uszy ma blade i ostro zakoń­czone, pod­bró­dek nato­miast sze­roki i silny, a policzki jędrne, choć szczu­płe. Nad wszyst­kim tym domi­nuje nad­zwy­czajna bla­dość.

Zauwa­ży­łem także, że grzbiety jego dłoni są białe i deli­katne, a wnę­trza szorst­kie i silne oraz, co naj­dziw­niej­sze, poro­śnięte wło­sami. Paznok­cie ma dłu­gie, zadbane i bar­dzo ostre. Hra­bia pochy­lił się i dotknął mojej dłoni, a ja nie zdo­ła­łem stłu­mić dresz­czu, który mną wstrzą­snął. Chyba to przez jego cuch­nący oddech poczu­łem nagle falę mdło­ści.

Naj­wy­raź­niej zauwa­żył moją reak­cję, bo natych­miast się cof­nął. Sie­dzie­li­śmy tak przez chwilę w mil­cze­niu, a gdy w końcu ośmie­li­łem się pod­nieść głowę, zauwa­żyłem, że świta. Świat zastygł w prze­dziw­nym bez­ru­chu. Nagle z doliny dobie­gło nas prze­cią­głe wycie stada wil­ków. Oczy hra­biego roz­bły­sły.

- Posłu­chaj ich, dzieci nocy. Cóż to za muzyka! - Musiał dostrzec dziwny gry­mas na mojej twa­rzy, bo dodał: - Ach, sir, wy, miesz­kańcy mia­sta, nie potra­fi­cie wczuć się w sytu­ację myśli­wego. - Wstał. - Musi pan być zmę­czony. Sypial­nia jest już przy­go­to­wana, może pan spać tak długo, jak zechce. Mnie nie będzie do póź­nego popo­łu­dnia. Życzę słod­kich snów!

Ukło­nił się kur­tu­azyj­nie, otwo­rzył mi drzwi do ośmio­kąt­nego pokoju, a do sypialni wsze­dłem już sam.

Wszystko wokół wpra­wia mnie w zdu­mie­nie. Czuję się nie­pew­nie. Lękam się. Myślę o dziw­nych rze­czach, do czego sam przed sobą boję się przy­znać. Boże, miej mnie w opiece, jeśli nie dla mnie, to dla moich bli­skich!

7 maja

Znów nad­szedł ranek. Przez ostat­nie dwa­dzie­ścia cztery godziny spa­łem i odpo­czy­wa­łem. Zbu­dzi­łem się późno. Gdy się ubra­łem, posze­dłem do pokoju, w któ­rym jadłem kola­cję, i zna­la­złem tam podane śnia­da­nie. Kawa w dzbanku, usta­wio­nym przy pale­ni­sku, wciąż jesz­cze była gorąca. Na stole zna­la­złem kartkę: "Przez jakiś czas mnie nie będzie. Pro­szę nie cze­kać. D.". Usia­dłem więc i roz­ko­szo­wa­łem się pożyw­nym posił­kiem. Gdy skoń­czy­łem, posta­no­wi­łem poszu­kać dzwonka, aby dać służ­bie znać, że już skoń­czy­łem, ale go nie zna­la­złem. W domu tym co krok naty­kam się na naj­dziw­niej­sze braki, rzu­cają się one w oczy tym bar­dziej na tle ota­cza­ją­cych mnie dowo­dów wyjąt­ko­wej wręcz zamoż­no­ści. Ser­wis jest z czy­stego złota i wyko­nany został z taką dba­ło­ścią o szcze­góły, że musi być ogrom­nej war­to­ści. Zasłony oraz obi­cia krze­seł i sof czy dra­pe­rie przy moim łóżku są z naj­droż­szych i naj­pięk­niej­szych tka­nin. Musiały być bar­dzo dro­gie już wtedy, gdy je tkano, czyli całe wieki temu, choć są wzo­rowo utrzy­mane. Widzia­łem podobne w Hamp­ton Court, ale tamte były wybla­kłe, postrzę­pione i nad­je­dzone przez mole. W żad­nym z poko­jów nie ma jed­nak ani jed­nego zwier­cia­dła. Na moim sto­liku nie ma nawet zwy­kłego toa­le­to­wego lusterka, muszę więc posił­ko­wać się moim podróż­nym, gdy chcę się ogo­lić lub ucze­sać. Dotych­czas nie spo­tka­łem nikogo ze służby, nie sły­sza­łem w oko­licy zamku żad­nych odgło­sów poza wyciem wil­ków. Po posiłku - nie wiem, czy nazwać go śnia­da­niem, czy obia­dem, jako że spo­ży­łem go pomię­dzy piątą a szó­stą - zaczą­łem roz­glą­dać się za jakąś lek­turą, ponie­waż nie chcia­łem zwie­dzać zamku, nie zapy­taw­szy naj­pierw hra­biego o pozwo­le­nie. W pokoju nie było nic - ani ksią­żek, ani gazet, ani nawet przy­bo­rów do pisa­nia, otwo­rzy­łem więc kolejne drzwi i zna­la­złem coś w rodzaju biblio­teki. Pró­bo­wa­łem otwo­rzyć też następne, ale były zamknięte na klucz.

W biblio­tece, ku mojej wiel­kiej rado­ści, zna­la­złem bogaty wybór angiel­sko­ję­zycz­nych ksią­żek i całe tomy gazet i maga­zy­nów, tyle że nie pierw­szej świe­żo­ści. Stół pośrodku pokoju był nimi dosłow­nie usłany. Książki były bar­dzo róż­no­rodne tema­tycz­nie: z zakresu histo­rii, geo­gra­fii, poli­tyki, eko­no­mii poli­tycz­nej, bota­niki, geo­lo­gii, prawa; wszyst­kie nawią­zy­wały do Anglii i angiel­skiego stylu życia.

Gdy je prze­glą­da­łem, drzwi się otwo­rzyły i sta­nął w nich hra­bia Dra­kula. Powi­tał mnie ser­decz­nie i wyra­ził nadzieję, że dobrze spa­łem.

- Cie­szę się, że odna­lazł pan drogę do tego pokoju - kon­ty­nu­ował. - Jestem pewien, że znaj­dzie pan tutaj dużo rze­czy god­nych zain­te­re­so­wa­nia. One - hra­bia poło­żył dłoń na sto­sie ksią­żek - były moimi dobrymi przy­ja­ciół­kami przez wiele lat, odkąd wpa­dłem na pomysł prze­pro­wadzki do Lon­dynu, i dostar­czyły mi wiele przy­jem­no­ści. To z nich nauczy­łem się dużo o Anglii, a znać ten kraj zna­czy poko­chać go. Nie mogę się już docze­kać spa­ceru przez zatło­czone ulice wspa­nia­łego Lon­dynu, bycia w samym cen­trum tego spie­szą­cego dokądś wiru ludz­kiego, dzie­le­nia się z nim jego życiem, zmianą, śmier­cią i wszyst­kim, co ze sobą nie­sie. Ale, nie­stety! Dotych­czas mia­łem oka­zję poznać pana język tylko z ksią­żek. Musi się panu wyda­wać, drogi przy­ja­cielu, że śmiesz­nie w nim mówię.

- Ależ, hra­bio - odpar­łem - dosko­nale posłu­guje się pan angiel­skim!

Ukło­nił się poważ­nie.

- Dzię­kuję, drogi przy­ja­cielu, za twoją zbyt pochlebną ocenę, ale oba­wiam się, że przede mną jesz­cze daleka droga. Fak­tem jest, że znam gra­ma­tykę i słowa, ale nie wiem, jak je wyma­wiać.

- Naprawdę ma pan dosko­nałą wymowę.

- Ależ skąd. Gdy­bym zagad­nął jakie­goś lon­dyń­czyka, ten od razu wziąłby mnie za przy­by­sza. A to mi nie wystar­cza. Tutaj jestem szlach­ci­cem. Boja­rem. Lud mnie zna, jestem jego władcą. A obcy na obcej ziemi jest nikim. Ludzie go nie znają, a przez to go nie sza­nują. Będę usa­tys­fak­cjo­no­wany dopiero wtedy, gdy stanę się taki sam jak inni, gdy nikt, kto mnie zoba­czy czy usły­szy, nie stwier­dzi: "Ha! Obcy!". Tak długo byłem panem, że muszę nim pozo­stać. Nikt nie może wyno­sić się ponad mnie. Przy­był tu pan nie tylko jako peł­no­moc­nik mojego dro­giego przy­ja­ciela Petera Haw­kinsa z Exe­ter, ale także aby opo­wie­dzieć mi wszystko o mojej nowej posia­dło­ści w Lon­dy­nie. Ufam, że zosta­nie pan ze mną na jakiś czas, abym przez roz­mowy z panem mógł nauczyć się popraw­nej angiel­skiej into­na­cji. Chciał­bym, aby popra­wiał mnie pan za każ­dym razem, gdy popeł­nię błąd, nawet naj­mniej­szy. Przy­kro mi, że dziś tak długo byłem poza domem, ale liczę, że wyba­czy pan to nie­do­pa­trze­nie swo­jemu gospo­da­rzowi, który ma na gło­wie tak wiele waż­nych spraw.

Obie­ca­lem hra­biemu, że zro­bię co w mojej mocy, i zapy­ta­łem, czy mogę przy­cho­dzić do tego pokoju, kiedy będę miał na to ochotę.

- Ależ oczy­wi­ście - zapew­nił mnie. - Może pan swo­bod­nie poru­szać się po zamku, pro­szę tylko usza­no­wać drzwi zamknięte na klucz. Jest powód, dla któ­rego sprawy tak się mają i gdyby pan miał moją wie­dzę i moje postrze­ga­nie świata, na pewno pan by to zro­zu­miał. - Nie ośmie­li­łem się zaprze­czyć, kon­ty­nu­ował więc: - Jeste­śmy w Tran­syl­wa­nii, a Tran­syl­wa­nia to nie Anglia. Nasze zwy­czaje róż­nią się od waszych, wiele rze­czy może więc się panu wydać dziw­nymi. Z tego, co mi pan opo­wie­dział o swo­ich doświad­cze­niach, wnio­skuję, że wie pan już coś na ten temat.

To stało się impul­sem do inte­re­su­ją­cej kon­wer­sa­cji. Było widoczne, że hra­bia chce mówić, choćby nawet dla samej przy­jem­no­ści mówie­nia, zada­łem mu więc wiele pytań doty­czą­cych tego, co mi się przy­da­rzyło lub zaprzą­tało moje myśli. Cza­sami zby­wał temat lub uda­wał, że nie rozu­mie, ale na więk­szość moich pytań odpo­wie­dział szcze­rze. Po pew­nym cza­sie, gdy bar­dziej się ośmie­li­łem, zapy­ta­łem także o dziwne wyda­rze­nia z ostat­niej nocy, w tym o to, dla­czego woź­nica szu­kał nie­bie­skich pło­my­ków. Hra­bia wyja­śnił mi, że ludzie tutaj powszech­nie wie­rzą, że w pewną noc roku, w zasa­dzie wła­śnie w poprzed­nią, wszyst­kie złe duchy zostają uwol­nione, a taki wła­śnie ognik poja­wia się nad każ­dym miej­scem, w któ­rym ukryto skarb.

- W regio­nie, przez który pan wczo­raj prze­jeż­dżał, rów­nież bez wąt­pie­nia coś ukryto. Ta kra­ina przez wieki była areną wojen pomię­dzy Woło­chami, Sasami a Tur­kami. Każda piędź ziemi nasią­kła krwią mężów, patrio­tów lub najeźdź­ców. Legenda głosi, że gdy przy­byli tu Austriacy i Węgrzy, tubylcy: męż­czyźni i kobiety, starcy i dzieci, wyszli na prze­łę­cze, aby ich powi­tać lawiną kamieni. Gdy jed­nak najeźdźcy w końcu zatrium­fo­wali, nie­wiele zna­leźli z tego, co zostało ukryte w tej przy­ja­znej ziemi.

- Ale jak to moż­liwe, że przez wieki nikt tego nie odna­lazł, jeśli miej­sca ukry­cia skar­bów są ozna­czone tak nie­za­wod­nie, że wystar­czy tylko uważ­nie patrzeć?

Hra­bia uśmiech­nął się, a jego wargi roz­cią­gnęły się nie­na­tu­ral­nie, uka­zu­jąc dzią­sła i dłu­gie, ostre, wil­cze kły.

- Każdy wie­śniak to w głębi serca tchórz i głu­piec! Te pło­myki uka­zują się tylko przez jedną noc w roku, a w tę noc żaden czło­wiek nie odważy się wychy­lić nosa zza swo­ich drzwi. A nawet jeśliby wychy­lił, drogi panie, i tak nie wie­działby, co ze sobą począć. Cóż, nawet wie­śniak, o któ­rym mówił mi pan, że ozna­czył miej­sce uka­za­nia się pło­myka, nie będzie wie­dział, gdzie szu­kać w świe­tle dnia. Rów­nież pan, ośmielę się stwier­dzić, nie odna­la­złby tego miej­sca.

- Ma pan rację. Nie miał­bym w ogóle poję­cia, gdzie zacząć szu­kać.

Zmie­ni­li­śmy temat.

- Pro­szę opo­wie­dzieć mi o Lon­dy­nie - popro­sił w końcu hra­bia - i o domu, który pan dla mnie nabył.

Prze­pro­siw­szy za swoje nie­dbal­stwo, wró­ci­łem do pokoju i wyją­łem z torby potrzebne doku­menty. Gdy je porząd­ko­wa­łem, usły­sza­łem brzęk sre­bra i por­ce­lany w sąsied­nim pokoju, a wra­ca­jąc do hra­biego, zauwa­ży­łem, że stół został uprząt­nięty i że zapa­lono świa­tła, jako że było już cał­kiem ciemno. Lampy świe­ciły się także w gabi­ne­cie czy biblio­tece, a hra­bia leżał na kana­pie i czy­tał porad­nik Brad­shawa. Gdy wsze­dłem do pokoju, oczy­ścił biurko z ksią­żek i papie­rów i wspól­nie zagłę­bi­li­śmy się w pla­nach, aktach praw­nych i licz­bach. Wszystko go inte­re­so­wało, zadał mi setki pytań o samą posia­dłość i jej oto­cze­nie. Naj­wy­raź­niej poczy­nił już jakieś bada­nia w tym kie­runku, bo wie­dział pra­wie tyle, co ja. Gdy o tym napo­mkną­łem, powie­dział:

- Cóż, przy­ja­cielu, to chyba oczy­wi­ste. Gdy tam pojadę, będę zdany tylko na sie­bie, a mojego dro­giego przy­ja­ciela Jona­thana Har­kera nie będzie tam, aby słu­żył mi radą i poma­gał. Będzie wtedy w Exe­ter, odda­lony o całe mile i pogrą­żony w pracy dla mojego przy­ja­ciela Petera Haw­kinsa.

Szcze­gó­łowo omó­wi­li­śmy zawi­ło­ści zakupu posia­dło­ści w Pur­fleet. Gdy o wszyst­kim mu opo­wie­dzia­łem i zdo­by­łem nie­zbędne pod­pisy, a następ­nie napi­sa­łem list do pana Haw­kinsa, hra­bia zapy­tał, jak zna­la­złem tak odpo­wied­nie miej­sce. Odczy­ta­łem więc notatki, które w tam­tym cza­sie poczy­ni­łem w moim dzien­niku:

"W Pur­fleet, przy bocz­nej dro­dze, natkną­łem się na miej­sce, które odpo­wiada wyma­ga­niom, z lako­niczną infor­ma­cją o wysta­wie­niu na sprze­daż. Posia­dłość ota­cza wysoki mur wie­ko­wej kon­struk­cji, zbu­do­wany z ogrom­nych kamieni, naj­wy­raź­niej od wielu lat nie­re­pe­ro­wany. Brama ze sta­rego dębu i żelaza jest zje­dzona przez rdzę.

Posia­dłość nazywa się Car­fax. Sam dom jest czwo­ro­boczny z fasa­dami zwró­co­nymi w cztery strony świata. Jest tu około dwu­dzie­stu akrów ziemi oto­czo­nych opi­sa­nym przeze mnie powy­żej solid­nym kamien­nym murem. Dużo tu drzew, przez co wszę­dzie panuje pół­mrok; jest także głę­boka sadzawka czy nie­wiel­kie jeziorko, naj­wy­raź­niej zasi­lane przez pod­ziemne źró­dło, bo woda jest czy­sta i wypływa z niego dużych roz­mia­rów strugą. Dom jest naprawdę duży i korze­niami zdaje się się­gać do cza­sów śre­dnio­wie­cza, jako że jedna z jego czę­ści ma nad­zwy­czaj grube ściany i tylko kilka okien umiesz­czo­nych wysoko i zakra­to­wa­nych żela­zem. Wygląda jak frag­ment baszty i znaj­duje się nie­da­leko sta­rej kaplicy bądź kościółka. Nie mogłem wejść do środka, ponie­waż nie mia­łem klu­cza, ale zro­bi­łem moim koda­kiem kilka zdjęć z róż­nych per­spek­tyw. Dom chyba do baszty dobu­do­wano, ale w bar­dzo nie­upo­rząd­ko­wany spo­sób, mogę więc tylko zga­dy­wać na pod­sta­wie terenu, jaki zaj­muje, że jest naprawdę ogromny. W pobliżu pra­wie nie ma innych zabu­do­wań, tylko pry­watny szpi­tal psy­chia­tryczny. Nie widać go jed­nak z posia­dło­ści".

- Cie­szę się, że dom jest stary i duży - odparł hra­bia, gdy skoń­czy­łem czy­tać. - Sam pocho­dzę ze sta­rego rodu i nie chciał­bym miesz­kać w nowym budynku. Dom nie staje się zdatny do zamiesz­ka­nia w jeden dzień, a dni płyną, zamie­nia­jąc się w stu­le­cia. Cie­szę się rów­nież, że jest w pobliżu zabyt­kowa kaplica. My, tran­syl­wań­scy szlach­cice, lubimy mieć świa­do­mość, że nie spo­czniemy pomię­dzy zwy­kłymi śmier­tel­ni­kami. Nie szu­kam roz­ry­wek czy jasnej zmy­sło­wo­ści świa­tła sło­necz­nego i wody, które tak radują mło­dych i weso­łych. Jestem już stary, a moje serce, zmę­czone latami opła­ki­wa­nia zmar­łych, nie przy­wy­kło do zbyt­ków. Ściany mojego zamku nisz­czeją. Wszystko pogrąża się w cie­niu, a wiatr jęczy na popę­ka­nych blan­kach i w poła­ma­nych okien­ni­cach. Kocham cień i mrok, i fakt, że kiedy tylko chcę, mogę się zna­leźć sam na sam ze swo­imi myślami.

W jakiś spo­sób te słowa i wyraz twa­rzy hra­biego prze­czyły sobie wza­jem­nie - jego uśmiech stał się zło­śliwy i ponury.

Wtedy prze­pro­sił mnie i odda­lił się, pro­sząc, abym zło­żył doku­menty. Nie było go przez dłuż­szą chwilę, zaczą­łem więc prze­glą­dać leżące obok książki. Jedną z nich był atlas, otwarty, rzecz jasna, na mapie Anglii. Gdy się jej przyj­rza­łem, zauwa­ży­łem miej­sca obwie­dzione kół­kami, mię­dzy innymi posia­dłość hra­biego we wschod­nim Lon­dy­nie, dwie inne w Exe­ter i w Whitby na wybrzeżu York­shire.

Hra­bia wró­cił po pra­wie godzi­nie.

- Aha! A pan wciąż ślę­czy nad książ­kami? Dobrze! Ale nie musi pan cały czas pra­co­wać. Pro­szę za mną! Pana kola­cja jest już gotowa.

Wziął mnie pod ramię i prze­szli­śmy do jadalni, gdzie na stole stała już wyśmie­nita kola­cja. Hra­bia znów się od niej wymó­wił, twier­dząc, że jadł poza domem. Usiadł jed­nak obok i roz­ma­wia­li­śmy. Po kola­cji zapa­li­łem cygaro jak poprzed­niego wie­czoru, a hra­bia cały czas sie­dział obok, dys­ku­to­wał i zada­wał pyta­nia na wszel­kie moż­liwe tematy. Czu­łem, że robi się już bar­dzo późno, ale nic nie mówi­łem, ponie­waż jestem zobli­go­wany do wypeł­nia­nia życzeń mojego gospo­da­rza w każdy moż­liwy spo­sób. Nie byłem śpiący, bo wzmoc­nił mnie długi sen poprzed­niej nocy, ale nie zdo­ła­łem powstrzy­mać dresz­czu, który prze­cho­dzi każ­dego z nas o świ­cie. Podobno ludzie, któ­rym pisana jest śmierć, umie­rają wła­śnie o tej poran­nej godzi­nie albo w cza­sie przy­pływu. Nagle usły­sze­li­śmy pia­nie koguta, które roz­darło czy­ste powie­trze poranka.

- To już ranek! - rzu­cił hra­bia Dra­kula, wsta­jąc. - Cóż za nie­dbal­stwo z mojej strony trzy­mać pana tak długo na nogach. Musi pan w przy­szło­ści mniej inte­re­su­jąco opo­wia­dać o Anglii, mojej nowej ojczyź­nie, abym nie zapo­mi­nał o upły­wie czasu. - Potem ukło­nił się grzecz­nie i wyszedł.

Wró­ci­łem do swo­jego pokoju i roz­chy­li­łem zasłony, ale nie­wiele było na zewnątrz do oglą­da­nia. Okno wycho­dziło na podwórko i zoba­czy­łem tylko szare niebo. Zacią­gną­łem więc zasłony i opi­sa­łem ten dzień.

8 maja

Oba­wia­łem się z początku, że moje zapi­ski w dzien­niku są nie­zbyt upo­rząd­ko­wane, ale teraz cie­szę się, że sku­pi­łem się na szcze­gó­łach, bo w tym miej­scu jest coś tak dziw­nego, że nie mogę opa­no­wać uczu­cia nie­po­koju. Chciał­bym już stąd wyje­chać albo ni­gdy tu nie przy­jeż­dżać. Może to ta dzi­waczna nocna egzy­sten­cja prze­ma­wia przeze mnie. Oby! Gdyby tylko był tu ktoś, do kogo mógł­bym prze­mó­wić, łatwiej byłoby mi to znieść. Jest jed­nak tylko hra­bia. Zaczy­nam docho­dzić do wnio­sku, że jestem jedy­nym żyją­cym miesz­kań­cem tego zamku. Posta­ram się trzy­mać fak­tów. To pozwoli mi nie upaść na duchu i opa­no­wać jakoś wyobraź­nię. Jeśli się nie uda, będę zgu­biony. Muszę opi­sać swoje poło­że­nie.

Prze­spa­łem tylko kilka godzin i wsta­łem z uczu­ciem, że nie mogę już spać dłu­żej. Powie­si­łem przy oknie lusterko i wła­śnie mia­łem zacząć się golić. Nagle poczu­łem na ramie­niu czy­jąś dłoń i usły­sza­łem głos hra­biego: "Dzień dobry". Wzdry­gną­łem się zdu­miony, że go nie zauwa­ży­łem, choć w lusterku odbi­jał się cały pokój. Zacią­łem się lekko, ale nie od razu to zauwa­ży­łem. Odpo­wie­dzia­łem na pozdro­wie­nie i odwró­ci­łem się do lustra, aby spraw­dzić, jak mogłem go nie zauwa­żyć. Tym razem nie mogło być mowy o pomyłce, ponie­waż stał tuż za mną i powi­nie­nem go zoba­czyć przez ramię. Tyle że w lustrze nie było jego odbi­cia! Widzia­łem cały pokój, ale ani śladu czło­wieka - oczy­wi­ście poza mną.

Zasko­czony, poczu­łem nie­po­kój, który ogar­nia mnie zawsze, gdy hra­bia jest w pobliżu, lecz tym razem to uczu­cie było sil­niej­sze. W tej samej chwili zauwa­ży­łem, że ska­le­cze­nie na twa­rzy krwawi, a krew kapie na pod­bró­dek. Odło­ży­łem brzy­twę i zaczą­łem roz­glą­dać się za opa­trun­kiem. Gdy hra­bia zoba­czył mój poli­czek, jego oczy zalśniły demo­niczną furią, a on sam chwy­cił mnie za gar­dło. Odsu­ną­łem się, a jego dłoń dotknęła paciorka różańca. Jakby pod wpły­wem tego dotyku furia znik­nęła tak szybko, że zaczą­łem wąt­pić w to, czego przed chwilą doświad­czy­łem.

- Pro­szę na sie­bie uwa­żać - powie­dział. - W tym kraju ska­le­cze­nia są bar­dzo nie­bez­pieczne. - Wziął moje lusterko. - A ta nędzna rzecz jest powo­dem tego nie­szczę­ścia. Fał­szywe świe­ci­dełko słu­żące ludz­kiej próż­no­ści. Do dia­bła z nim!

Otwo­rzył okno jed­nym ruchem swo­jej okrop­nej dłoni i wyrzu­cił lusterko, które roz­trza­skało się na tysiąc kawał­ków na kamie­niach dzie­dzińca. Potem odszedł bez słowa. To bar­dzo iry­tu­jące, bo nie wiem, jak mam się teraz golić, chyba że sko­rzy­stam z dewizki zegarka lub z dzbanka do mycia, który na szczę­ście jest z metalu.

W jadalni cze­kało już na mnie śnia­da­nie, ale ni­gdzie nie dostrze­głem hra­biego. Zja­dłem więc sam. To dziwne, ale ni­gdy dotąd nie widzia­łem, aby hra­bia jadł lub pił. To nie­zwy­kle oso­bliwy czło­wiek! Po śnia­da­niu odby­łem małą wycieczkę po zamku. Wysze­dłem na schody i zna­la­złem pokój z oknami wycho­dzą­cymi na połu­dnie.

Widok był wspa­niały, z mojego miej­sca mogłem wszystko dokład­nie zoba­czyć. Zamek stoi na skraju strasz­li­wego urwi­ska. Kamień wyrzu­cony z okna spa­dałby tysiąc stóp w dół, zanim dotknąłby cze­go­kol­wiek! Jak okiem się­gnąć, wszę­dzie roz­po­ście­rają się wierz­chołki zie­lo­nych drzew, tylko cza­sami roz­dzie­lone szcze­liną prze­pa­ści. Tu i ówdzie widać srebrne nitki rzek, wiją­cych się w wąwo­zach wśród lasów.

Nie mam jed­nak serca opi­sy­wać piękna, bo gdy nasy­ci­łem oczy tym wido­kiem, ruszy­łem dalej. Drzwi, drzwi, wszę­dzie drzwi, a wszyst­kie na głu­cho zamknięte. Wyjąw­szy okna, nie ma stąd żad­nego innego wyj­ścia. Zamek to wię­zie­nie, a jedy­nym więź­niem jestem ja!

Roz­dział 3

DZIEN­NIK JONA­THANA HAR­KERA (ciąg dal­szy)

Gdy zro­zu­mia­łem, że jestem więź­niem, ogar­nął mnie szał. Bie­ga­łem po scho­dach z góry na dół i z dołu do góry, pró­bu­jąc otwo­rzyć każde drzwi i wyglą­da­jąc przez każde okno, na które się natkną­łem, ale po krót­kiej chwili prze­ko­na­nie o wła­snej nie­mocy prze­mo­gło wszel­kie inne uczu­cia. Myślę teraz, że musia­łem naprawdę być sza­lony, bo zacho­wy­wa­łem się jak szczur w pułapce. Kiedy jed­nak poją­łem swoją bez­rad­ność, usia­dłem w ciszy i zaczą­łem się zasta­na­wiać, co mogę zro­bić. Wciąż o tym myślę, ale nie dosze­dłem jesz­cze do żad­nego kon­kret­nego wnio­sku. Jed­nego jestem pewien. Nie ma sensu dzie­lić się moimi spo­strze­że­niami z hra­bią. Wie dosko­nale, że jestem tu uwię­ziony, sam tego doko­nał z sobie tylko zna­nych powo­dów i zapewne oszuka mnie, jeśli mu zaufam. Nie mam więc innego wyj­ścia - muszę zacho­wać tę wie­dzę dla sie­bie i mieć oczy sze­roko otwarte. Jestem oszu­ki­wany jak dziecko przez swoje wła­sne lęki albo też zna­la­złem się w despe­rac­kim poło­że­niu, a jeśli tak, muszę użyć wszyst­kich sił, aby się stąd wydo­stać.

Gdy tylko pod­ją­łem tę decy­zję, usły­sza­łem trzask zamy­ka­nych drzwi wej­ścio­wych i zro­zu­mia­łem, że hra­bia powró­cił. Nie przy­szedł od razu do biblio­teki, ostroż­nie zakra­dłem się więc do swo­jego pokoju i zoba­czy­łem go ście­lą­cego mi łóżko. To było dziwne, lecz potwier­dziło moje wcze­śniej­sze wąt­pli­wo­ści co do obec­no­ści jakiej­kol­wiek służby w tym domu. Gdy chwilę póź­niej hra­bia zaczął nakry­wać stół w jadalni, upew­ni­łem się w tym prze­ko­na­niu. Jeśli wyko­nuje wszyst­kie te słu­żebne czyn­no­ści, nie­wąt­pli­wie jest to dowód na to, że w zamku nie ma nikogo innego, co ozna­cza, że to hra­bia powo­ził karetą, którą tu przy­je­cha­łem. Myśl ta jest prze­ra­ża­jąca, ponie­waż ozna­cza, że czło­wiek ten potrafi okieł­znać watahę wil­ków przez wycią­gnię­cie ręki. Czy to dla­tego ludzie w Bystrzycy i powo­zie tak się o mnie bali? Co ozna­czało obda­ro­wy­wa­nie różań­cem, czosn­kiem, dziką różą i jarzę­biną?

Niech Bóg bło­go­sławi tę dobrą kobie­cinę, która powie­siła mi na szyi róża­niec! Spływa na mnie pocie­cha i siła za każ­dym razem, gdy go dotknę. To dziwne, że rzecz, którą nauczono mnie trak­to­wać nie­przy­chyl­nie i jak zabo­bon, jest tak pomocna w samot­no­ści i smutku. Czy to sama istota tej rze­czy, czy może to tylko medium, prze­ka­zu­jące wspo­mnie­nia przy­jaźni i rado­ści? Kie­dyś, jeśli będę jesz­cze miał oka­zję, muszę prze­ana­li­zo­wać tę kwe­stię. Tym­cza­sem jed­nak muszę dowie­dzieć się wszyst­kiego, co tylko moż­liwe o hra­bim Dra­kuli, żeby móc zro­zu­mieć. Może dziś powie mi coś o sobie, jeśli odpo­wied­nio pokie­ruję roz­mową. Muszę być jed­nak bar­dzo ostrożny, aby nie wzbu­dzić jego podej­rzeń.

Pół­noc

Odby­łem długą roz­mowę z hra­bią. Zada­łem mu kilka pytań doty­czą­cych histo­rii Tran­syl­wa­nii, a on wyraź­nie zapa­lił się do tego tematu. Mówił o wyda­rze­niach, ludziach, a zwłasz­cza bitwach, jakby był przy tym wszyst­kim obecny. Wyja­śnił mi potem, że dla bojara duma jego rodu i nazwi­ska to jego wła­sna duma, ich chwała to jego chwała, a ich los to jego los. Gdy mówił o swo­jej rodzi­nie, uży­wał zaimka "my", wyra­ża­jąc się cały czas w licz­bie mno­giej jak król. Chciał­bym móc dokład­nie zapi­sać jego opo­wieść, bo była nie­zwy­kle fascy­nu­jąca. Wyda­wało się, że zawiera całą histo­rię tego kraju. Mówie­nie go pod­nie­cało, cho­dził więc po pokoju, szar­piąc za wiel­kie białe wąsy i chwy­ta­jąc wszystko, co wpa­dło mu w ręce, jakby chciał to zgnieść swoją nad­ludzką siłą. Jeden ustęp z jego opo­wie­ści zapi­szę moż­li­wie dosłow­nie, zawiera on bowiem histo­rię jego rodu.

- My, Sekle­rzy, mamy prawo do dumy, ponie­waż w naszych żyłach pły­nie krew zna­mie­ni­tych ludów, które jak lwy wal­czyły o wła­dzę. Tu, do tego tygla wszyst­kich euro­pej­skich ras, ple­mię Ugrów prze­nio­sło z Islan­dii ducha walki, któ­rym obda­rzyli je Thor i Wodin i któ­rego ber­ser­ko­wie roz­sła­wili na wybrze­żach całej Europy, w Afryce i w Azji, aż ludzie zaczęli wie­rzyć, że to wil­ko­łaki. Gdy się tu zna­leźli, natknęli się na Hunów, któ­rych szał bojowy ogar­niał zie­mię niczym ogień, a umie­ra­jący utrzy­my­wali, że w ich żyłach pły­nie ogień sta­ro­żyt­nych wiedźm wypę­dzo­nych ze Scy­tii i parzą­cych się z dia­błami na pustyni. Głupcy, głupcy! Który dia­beł, która wiedźma mogliby rów­nać się wiel­ko­ścią z Attylą, któ­rego krew naprawdę pły­nie w tych żyłach? - Pod­niósł ręce. - Czy to takie dziwne, że doko­ny­wa­li­śmy pod­bo­jów, że byli­śmy dumni, że gdy Madzia­rzy, Lon­go­bar­do­wie, Awa­ro­wie, Buł­ga­rzy i Turcy nacie­rali tysią­cami na nasze gra­nice, my ich odpie­ra­li­śmy? Czy to dziwne, że gdy Arpad i jego oddziały zaj­mo­wali węgier­skie zie­mie, zna­leźli nas tutaj, kiedy dotarli do gra­nicy, że stam­tąd się nie ruszyli? A kiedy węgier­ska nawała prze­to­czyła się na wschód, Sekle­rzy zostali uznani przez zwy­cię­skich Madzia­rów za bratni lud i to wła­śnie nam przez wieki powie­rzano strze­że­nie gra­nicy z Tur­kami. Który spo­śród Czte­rech Naro­dów z więk­szym odda­niem niż my niósł krwawy miecz i w cza­sie wojny szyb­ciej odpo­wia­dał na wezwa­nie króla? Kiedy odku­piono wielką hańbę mojego narodu, hańbę Kosowa, gdzie sztan­dary Woło­chów i Madzia­rów upa­dły przed pół­księ­ży­cem? Kto, jeśli nie czło­nek mojego rodu prze­kro­czył Dunaj i poko­nał Turka na jego wła­snej ziemi? To był Dra­kula! Nie­stety, jego wła­sny nic nie­wart brat, gdy on sam poległ, sprze­dał jego lud Tur­kowi i spro­wa­dził nań hańbę nie­wol­nic­twa! Czy to nie ten Dra­kula natchnął innego ze swo­jego rodu, aby ten raz po raz prze­kra­czał ze swo­imi siłami wielką rzekę i gnę­bił Turka, a pobity wra­cał bez końca, choć musiał samot­nie ucie­kać z pola walki, gdy jego armia została wycięta w pień, bo wie­dział, że w końcu zatrium­fuje?! Mówili, że myśli tylko o sobie. Ba! Czymże są chłopi bez wodza? Gdzie koń­czy się wojna bez umy­słu i serca, by ją pro­wa­dzić? I znów po bitwie pod Moha­czem, gdy zrzu­ci­li­śmy węgier­skie jarzmo, to ród Dra­kuli był u wła­dzy, bo nasz duch nie ścierpi nie­woli. Ach, młody czło­wieku, Sekle­rzy i ród Dra­kuli jako ich serca, umy­sły i mie­cze mogą poszczy­cić się histo­rią, któ­rej par­we­niu­sze pokroju Habs­bur­gów i Roma­no­wów ni­gdy nie pojmą. Czas wojen dobiegł końca. Krew jest zbyt cenna w dniach hanieb­nego rozejmu, a chwała wiel­kich rodów to już tylko bajka.

Świ­tało, roze­szli­śmy się więc na spo­czy­nek. (Ten dzien­nik przy­po­mi­nać zaczyna począ­tek opo­wie­ści tysiąc i jed­nej nocy, ponie­waż wszystko koń­czy się, gdy pieją kury, albo ducha ojca Ham­leta).

12 maja

Roz­pocznę od fak­tów, nagich, skrom­nych fak­tów, wery­fi­ko­wal­nych przez książki i liczby, w które nie spo­sób wąt­pić. Nie mogę ich mylić z doświad­cze­niami pły­ną­cymi z obser­wa­cji. Poprzed­niego wie­czoru hra­bia przy­szedł do mojego pokoju i zaczął wypy­ty­wać o różne kwe­stie prawne i o to, jak robić inte­resy. Spę­dzi­łem nużący dzień nad książ­kami i aby zająć czymś myśli, prze­stu­dio­wa­łem po raz kolejny zagad­nie­nia, z któ­rych egza­mi­no­wano mnie w Lin­coln's Inn. W docie­ka­niach hra­biego dało się zauwa­żyć pewną celo­wość, spró­buję więc zapi­sać je po kolei. Wie­dza na ten temat może mi się kie­dyś przy­dać.

Naj­pierw zapy­tał, czy w Anglii czło­wiek może mieć dwóch lub wię­cej peł­no­moc­ni­ków. Odpar­łem, że nawet tuzin, jeśli taka jego wola, ale nie­roz­sąd­nie byłoby anga­żo­wać kilku peł­no­moc­ni­ków do jed­nej trans­ak­cji, jako że tylko jeden może brać w niej udział, a doko­ny­wa­nie zmian w jej trak­cie szko­dzi­łoby inte­re­som. Chyba pojął, w czym rzecz, bo zaczął wypy­ty­wać, czy w prak­tyce wystą­pi­łyby trud­no­ści, gdyby jeden zaj­mo­wał się, powiedzmy, spra­wami ban­ko­wymi, a inny trans­por­tem mor­skim w sytu­acji, gdyby peł­no­moc­nik ban­kowy był odda­lony od por­tów. Popro­si­łem o dokład­niej­sze wyja­śnie­nia, aby przy­pad­kiem nie wpro­wa­dzić go w błąd.

- Podam przy­kład - powie­dział. - Nasz wspólny przy­ja­ciel, pan Peter Haw­kins, z cie­nia waszej prze­pięk­nej kate­dry w Exe­ter, odda­lo­nej dość sporo od Lon­dynu, kupuje mi z pana pomocą posia­dłość w Lon­dy­nie. Dobrze! Powiem szcze­rze, bo mogło się panu wydać dziwne, że sko­rzy­sta­łem z usług kogoś tak odda­lo­nego od Lon­dynu, że kie­ro­wała mną chęć unik­nię­cia sytu­acji, w któ­rej lokalne inte­resy są waż­niej­sze niż moje życze­nia. Lon­dyń­czyk mógłby mieć jakiś ukryty cel, chcieć przy­słu­żyć się sobie samemu lub przy­ja­cielowi, ja nato­miast chcia­łem, aby mój agent pil­no­wał tylko moich inte­re­sów. Przy­pu­śćmy jed­nak, że chciał­bym prze­trans­por­to­wać coś do New­ca­stle, Dur­ham, Har­wich czy Dover. Czy nie byłoby łatwiej zdać się na kogoś na miej­scu?

Odpar­łem, że z całą pew­no­ścią tak byłoby łatwiej, ale my, nota­riu­sze, dys­po­nu­jemy całą sie­cią wła­snych agen­cji, tak więc klient może po pro­stu zdać się na jed­nego peł­no­moc­nika, który spełni wszyst­kie jego życze­nia bez żad­nych pro­ble­mów.

- Ale mógł­bym rów­nież doglą­dać swo­ich inte­re­sów sam, czyż nie?

- Oczy­wi­ście - odpar­łem. - Wielu ludzi inte­resu na to wła­śnie się decy­duje, jeśli nie życzy sobie, aby ich sprawy były znane komu­kol­wiek innemu.

- Dobrze! - powie­dział i zaczął wypy­ty­wać mnie o spo­soby orga­ni­zo­wa­nia prze­wozu towa­rów oraz zwią­zane z tym for­mal­no­ści, a także wszel­kiego rodzaju trudy, jakie mogą się przy tej oka­zji poja­wić, a przed któ­rymi można się ustrzec dzięki prze­zor­no­ści. Wyja­śni­łem mu to naj­le­piej, jak umia­łem, nie mogąc oprzeć się wra­że­niu, że byłby z niego wspa­niały praw­nik, pomy­ślał bowiem o wszyst­kim i wszystko prze­wi­dział. Jak na czło­wieka, który ni­gdy nie był w Anglii i który naj­wy­raź­niej ni­gdy nie zaj­mo­wał się pro­wa­dze­niem inte­re­sów, miał fan­ta­styczną wie­dzę i prze­ni­kli­wość. Kiedy w końcu poczuł się usa­tys­fak­cjo­no­wany moimi wyja­śnie­niami, nagle wstał i zapy­tał:

- Czy pisał pan już do naszego dro­giego przy­ja­ciela Petera Haw­kinsa lub kogo­kol­wiek innego?

Z gory­czą odpar­łem, że nie dostrze­głem dotąd moż­li­wo­ści wysła­nia listu, nie było więc sensu.

- Napisz więc teraz, mój młody przy­ja­cielu - oznaj­mił, kła­dąc mi swoją ciężką dłoń na ramie­niu. - Napisz do naszego przy­ja­ciela i kogo jesz­cze chcesz i donieś im, że pozo­sta­niesz u mnie jesz­cze mie­siąc, licząc od dziś.

- Pra­gnie pan, abym został tak długo? - zapy­ta­łem, cierp­nąc na samą myśl o tym.

- Takie jest moje życze­nie i nie przyjmę odmowy. Kiedy pań­ski pra­co­dawca wysy­łał tu pana jako swo­jego przed­sta­wi­ciela, było jasne, że będzie się pan kie­ro­wał wyłącz­nie moimi potrze­bami. Nie ską­pi­łem środ­ków, nie­praw­daż?

Mogłem jedy­nie ski­nąć głową z rezy­gna­cją. Mia­łem kie­ro­wać się dobrem inte­re­sów pana Haw­kinsa, nie swoim wła­snym, a poza tym gdy hra­bia Dra­cula mówił, w jego oczach i posta­wie ujrza­łem coś, co przy­po­mniało mi, że jestem tylko więź­niem i że nie mam tak naprawdę wyboru. Hra­bia musiał dostrzec swoje zwy­cię­stwo w moim pochy­le­niu głowy, bo od razu zaczął wyko­rzy­sty­wać tę prze­wagę na swój wła­sny ugrzecz­niony spo­sób.

- Nale­gam, mój drogi, młody przy­ja­cielu, abyś w listach nie poru­szał zagad­nień innych niż służ­bowe. Nie­wąt­pli­wie two­ich przy­ja­ciół ucie­szy wia­do­mość, że jesteś cały i zdrowy, i że nie możesz się już docze­kać powrotu do domu, prawda?

Mówiąc te słowa, podał mi trzy arku­sze papieru listo­wego i trzy koperty. Były z naj­cień­szego papieru. Patrząc na nie i na jego roz­cią­gnięte w uśmie­chu krwi­sto­czer­wone wargi, odsła­nia­jące ostre, wil­cze kły, zro­zu­mia­łem, że muszę uwa­żać na to, co napi­szę, bo on to prze­czyta. Posta­no­wi­łem więc napi­sać tylko ofi­cjalne pisma, o resz­cie donieść panu Haw­kin­sowi w tajem­nicy, a do Miny napi­sać ste­no­gra­ficz­nie, co nie­wąt­pli­wie będzie dla hra­biego sta­no­wić zagadkę nie do roz­wią­za­nia. Napi­sa­łem moje dwa listy i zaczą­łem w ciszy czy­tać książkę, pod­czas gdy hra­bia pisał swoje. Potem wziął moje i poło­żył ze swo­imi, odło­żył przy­bory do pisa­nia i wyszedł. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nim, pochy­li­łem się i spoj­rza­łem na koperty. Nie odczu­łem wyrzu­tów sumie­nia, ponie­waż w mojej sytu­acji mam prawo bro­nić się w każdy moż­liwy spo­sób.

Listy zaadre­so­wano do Samu­ela F. Bil­ling­tona, numer 7, Cre­scent, Whitby, pana Leut­nera w War­nie, do Coutts i spółka w Lon­dy­nie, i do panów Klop­stocka i Bil­l­reu­tha w Buda­pesz­cie. Dwa nie były jesz­cze zapie­czę­to­wane. Wła­śnie mia­łem do nich zaj­rzeć, gdy zoba­czy­łem, że klamka się poru­szyła. Opa­dłem na sie­dze­nie, ledwo zdą­żyw­szy wziąć do ręki książkę, gdy hra­bia z kolej­nym listem w ręku wró­cił do pokoju. Wziął listy ze stołu, ostem­plo­wał je i powie­dział:

- Ufam, że pan mi wyba­czy, ale mam dużo pracy. Mam nadzieję, że ma pan wszystko, czego mu trzeba. - Przy drzwiach przy­sta­nął i odwró­cił się do mnie. - Pro­szę przy­jąć dobrą radę, drogi przy­ja­cielu. Z całą powagą ostrze­gam pana, że nie powi­nien pan opusz­czać tych pokoi ani też noco­wać w innej czę­ści zamku. Budowla jest stara i gnieź­dzi się w niej wiele wspo­mnień i złych snów. Pro­szę uwa­żać! Jeśli sen zacznie pana morzyć, pro­szę spie­szyć do swo­jej sypialni, a odpocz­nie pan w spo­koju. Ale jeśli nie będzie pan ostrożny...

Zakoń­czył swoją prze­mowę maka­brycz­nym gestem umy­cia rąk. Zro­zu­mia­łem. Wąt­pi­łem tylko, czy jaki­kol­wiek sen mógłby być bar­dziej prze­ra­ża­jący niż ta nie­na­tu­ralna, strasz­liwa sieć mroku i zaga­dek, która zaczy­nała się wokół mnie zacie­śniać.

Póź­niej tej nocy

Potwier­dzam to, co napi­sa­łem powy­żej, ale tym razem już bez żad­nych wąt­pli­wo­ści. Nie oba­wiam się spać w żad­nym miej­scu, jeśli tylko jego tam nie ma. Umie­ści­łem róża­niec u wez­gło­wia mojego łóżka, mając nadzieję, że uwolni on mój spo­czy­nek od snów.

Po wyj­ściu hra­biego wró­ci­łem do sie­bie. Po jakimś cza­sie, nie sły­sząc żad­nych hała­sów, wysze­dłem na kory­tarz i scho­dami uda­łem się do pokoju z wido­kiem na połu­dnie. Roz­le­gła prze­strzeń nie­sie ze sobą powiew wol­no­ści, choć dla mnie pozo­staje rów­nie nie­do­stępna jak wąska ciem­ność dzie­dzińca. Wyglą­da­jąc przez okno, znów poczu­łem się jak wię­zień i zapra­gną­łem zaczerp­nąć choć odro­binę świe­żego powie­trza. Zaczy­nam się oba­wiać, że ta nocna egzy­sten­cja nisz­czy mi nerwy. Wzdry­gam się na widok wła­snego cie­nia, a głowę mam pełną prze­ra­ża­ją­cych obra­zów. Bóg jeden wie, że mój strach nie bie­rze się zni­kąd w tym prze­klę­tym miej­scu! Wyj­rza­łem przez okno, roz­ko­szu­jąc się łagod­nym świa­tłem księ­życa, pra­wie tak jasnym jak słońce. Wzgó­rza maja­czyły w oddali, a cie­nie dolin i wąwo­zów kąpały się w aksa­mit­nej czerni. Piękno mnie pocie­szyło. Z każ­dym odde­chem wstę­po­wały we mnie spo­kój i nadzieja. Gdy wychy­li­łem się z okna, zauwa­ży­łem kątem oka, że coś się poru­sza na pię­trze pode mną, na lewo, gdzie, jak się domy­śla­łem, znaj­dują się pokoje hra­biego. Scho­wa­łem się za kamienny por­tal i ostroż­nie wyj­rza­łem na zewnątrz.

Z okna wychy­liła się głowa hra­biego. Nie doj­rza­łem twa­rzy, ale roz­po­zna­łem go po szyi i ruchu ramion. Nie mógł­bym zresztą z niczym pomy­lić tych rąk, które mia­łem oka­zję wie­lo­krot­nie widy­wać. Z początku byłem zain­try­go­wany i nieco uba­wiony - to nie­zwy­kłe, jak dro­bia­zgi przy­cią­gają uwagę więź­nia - ale uczu­cia te szybko zastą­piły odraza i prze­ra­że­nie, gdy ujrza­łem całą jego syl­wetkę powoli wyła­nia­jącą się z okna i peł­znącą po ścia­nie zamku w dół w wiel­kiej pele­ry­nie, która wyglą­dała jak upiorne skrzy­dła. Z początku nie mogłem uwie­rzyć wła­snym oczom. Myśla­łem, że zwo­dzi mnie świa­tło księ­życa, gra cieni, ale gdy się tak w niego wpa­try­wa­łem, zrozumia­łem, że to nie może być ułuda. Widzia­łem palce rąk i stóp wcze­pia­jące się w kamienny mur w miej­scach, gdzie wykru­szyła się zaprawa - wyko­rzy­stu­jąc każdy występ i każdą nie­rów­ność hra­bia peł­znął w dół z zadzi­wia­jącą szyb­ko­ścią jak jasz­czurka.

Cóż to za czło­wiek, ba, nie czło­wiek, lecz istota pozor­nie czło­wiekiem będąca? Czuję, że upiorna atmos­fera tego miej­sca zaczyna brać górę. Boję się, potwor­nie się boję, że nie ma już dla mnie ucieczki. To jakiś hor­ror, o któ­rym nawet boję się myśleć.

15 maja

Znów widzia­łem hra­biego w jego gadziej postaci. Posu­wał się naprzód głową w dół jakieś sto stóp, potem skrę­cił w lewo i znik­nął w dziu­rze czy oknie. Wychy­li­łem się, aby doj­rzeć coś wię­cej, ale na próżno - odle­głość była zbyt duża. Wie­dzia­łem tylko, że opu­ścił zamek, co otwo­rzyło przede mną moż­li­wość dokład­niej­szego zba­da­nia mojego wię­zie­nia. Wró­ci­łem do pokoju, zabra­łem lampę i pró­bo­wa­łem po kolei otwie­rać drzwi. Wszyst­kie były zamknięte na klucz, tak jak podej­rze­wa­łem, a zamki były sto­sun­kowo nowe. Zsze­dłem kamien­nymi scho­dami na dół, do holu. Odkry­łem, że z łatwo­ścią mogę odry­glo­wać bramę wej­ściową i odpiąć łań­cu­chy, ale ona rów­nież była zamknięta! Klucz musi znaj­do­wać się w pokoju hra­biego. Muszę pocze­kać, aż zostawi w nim drzwi otwarte, aby go wziąć i uciec. Po tym spo­strze­że­niu kon­ty­nu­owa­łem prze­szu­ki­wa­nie licz­nych kla­tek scho­do­wych i kory­ta­rzy, i pró­bo­wa­łem otwie­rać kolejne drzwi. Udało mi się dostać do jed­nego czy dwóch nie­wiel­kich pomiesz­czeń, ale nie było w nich nic cie­ka­wego poza sta­rymi meblami, zaku­rzo­nymi i zje­dzo­nymi przez mole. W końcu jed­nak zna­la­złem drzwi, które choć wyda­wały się zamknięte, ustą­piły pod napo­rem mojego ramie­nia. Taka oka­zja mogła się już wię­cej nie powtó­rzyć, wytę­ży­łem więc siły i je pchną­łem. Zna­la­złem się w skrzy­dle zamku odda­lo­nym na prawo od pokoi, które zna­łem i na niż­szym pozio­mie. Z okien dostrze­głem, że strona ta wycho­dzi na połu­dnie, a naj­dal­sza ściana apar­ta­mentu na połu­dnie i zachód. Pode mną było urwi­sko. Zamek zbu­do­wano na zbo­czu skały, z trzech stron jest więc nie do zdo­by­cia, i wła­śnie na tych ścia­nach umiesz­czono wiel­kie okna bez obawy, że dosię­gną ich strzały z łuków. Na zacho­dzie roz­po­ściera się zie­lona dolina, a za nią, w oddali, widać postrzę­pione masywy gór, usiane jarzę­biną i cier­ni­stymi krze­wami. Ta część zamku była nie­wąt­pli­wie zamiesz­ki­wana w daw­nych cza­sach przez damy, bo meble tutaj są znacz­nie lżej­sze i wygod­niej­sze od tych, do któ­rych przy­wy­kłem.

W oknach nie było zasłon. Żółte świa­tło księ­życa wle­wało się przez szyby do środka, dzięki czemu mogłem nawet roz­róż­nić kolory, a jed­no­cze­śnie masko­wało pokłady kurzu, które zale­gały wszę­dzie, ukry­wa­jąc spu­sto­sze­nia, jakich doko­nały czas i mole. Moja lampa nie­wiele dawała, ale cie­szy­łem się, że ją mam, bo prze­ra­ża­jąca pustka tego miej­sca prze­szy­wała moje serce i tar­gała nerwy. Poczu­łem jed­nak ulgę, że opu­ści­łem swoje pokoje, które zaczą­łem już darzyć nie­na­wi­ścią z powodu nie­ustan­nej w nich obec­no­ści hra­biego. Opa­no­wa­łem więc zde­ner­wo­wa­nie i pozwo­li­łem, aby zawład­nął mną spo­kój. I oto sie­dzę przy małym dębo­wym sto­liku, przy któ­rym kie­dyś nie­wąt­pli­wie zasia­dała jakaś uro­cza dama, aby pisać, rumie­niąc się przy tym, pełne błę­dów listy miło­sne, i ste­no­gra­fuję w moim dzien­niku, opi­su­jąc wszystko, co mi się przy­da­rzyło. Jest wiek dzie­więt­na­sty, ale czuję, jeśli moje zmy­sły mnie nie oszu­kują, że dawne czasy miały i na­dal mają siłę, któ­rej zwy­czajna współ­cze­sność nie jest w sta­nie się prze­ciw­sta­wić.

Póź­niej: ranek, 16 maja

Boże, zacho­waj mnie przy zdro­wych zmy­słach, bo nic innego mi nie pozo­stało. Bez­pie­czeń­stwo i zapew­nie­nia o nim należą już do prze­szło­ści. Przy życiu trzyma mnie tylko nadzieja, że jesz­cze nie osza­la­łem, choć nawet tego nie jestem już pewien. Prze­cież to sza­leń­stwo wie­rzyć, że w tym potwor­nym miej­scu to hra­bia jest dla mnie naj­mniej straszny, że tylko jemu mogę powie­rzyć swoje bez­pie­czeń­stwo, nawet jeśli jego opieka będzie trwać tylko do chwili, kiedy prze­stanę być dla niego uży­teczny. Wielki Boże! Miło­sierny Boże, ześlij na mnie spo­kój, bo gdzieś tam już czai się sza­leń­stwo. Teraz zaczy­nam rozu­mieć rze­czy, które dotąd sta­no­wiły dla mnie zagadkę. Jestem wytrą­cony z rów­no­wagi, szok, który prze­ży­łem, musi się skoń­czyć moją zgubą, zwra­cam się więc po uko­je­nie do mojego dzien­nika.

Pamię­tam, że tajem­ni­cze ostrze­że­nia hra­biego mnie prze­ra­ziły. Teraz boję się tym bar­dziej, bo w przy­szło­ści tym więk­szą będzie miał nade mną wła­dzę. Będę się bał zwąt­pić w jego słowa!

Kiedy skoń­czy­łem pisać i scho­wa­łem dzien­nik i pióro do kie­szeni, ogar­nęła mnie sen­ność. Przy­po­mnia­łem sobie prze­strogi hra­biego, ale z wielką przy­jem­no­ścią po pro­stu je zigno­ro­wa­łem. Łagodne świa­tło księ­życa dzia­łało na mnie kojąco, a prze­strzeń za oknem dawała odświe­ża­jące poczu­cie wol­no­ści. Zde­cy­do­wa­łem więc nie wra­cać tej nocy do swo­jego nawie­dzo­nego pokoju, lecz spać tutaj, gdzie w daw­nych cza­sach damy sia­dy­wały, aby śpie­wać i prze­ży­wać słod­kie żywoty w tęsk­no­cie za mężami wal­czą­cymi w bez­li­to­snych woj­nach. Prze­su­ną­łem wielką sofę, tak abym leżąc, mógł podzi­wiać cudowny widok na wschód i połu­dnie, i nie dba­jąc o kurz, uło­ży­łem się do snu. Chyba zdo­ła­łem zasnąć. Mam taką nadzieję, lecz oba­wiam się, że to nie­prawda, bo wszystko to, co wyda­rzyło się potem, jest dla mnie tak zaska­ku­jąco praw­dziwe, że teraz, gdy sie­dzę w świe­tle poranka, po pro­stu nie mogę przy­znać, że to był tylko sen.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki