Dragonlance: Smoki Nowej Ery. Tom 3. Zmierzch chaosu (#3) - Jean Rabe


Reflow text when sidebars are open.
BRATNIE DUSZE
Glewia, którą Dhamon Grimwulf ściskał kurczowo w dłoni, była prosta, a zarazem zadziwiająco piękna - podobne do głowni topora ostrze, przymocowane do długiego, wypolerowanego drzewca. Jej krawędzie, wywinięte delikatnie niczym śmiejące się usta, błyszczały srebrem w sączącym się przez okno świetle. Broń była odchylona do tyłu i nieruchoma. Nieruchome były również oczy Dhamona, które bacznie obserwowały Goldmoon.
- Moja wiara mnie ochroni - szepnęła kobieta, cofając się i odsuwając od lśniącego ostrza. Wystarczyłoby kilka chwil, aby przekonać Dhamona, że to, co robi, jest złe. Palce Goldmoon dotknęły wiszącego na szyi medalionu - symbolu jej nieobecnej bogini Mishakal oraz jej niezłomnej wiary w bóstwo.
- Dhamonie, możesz z tym walczyć. Walcz ze smokiem...
W komnacie rozbrzmiewały także inne głosy. Jeden z nich należał do krasnoluda Jaspera, który od lat był umiłowanym uczniem Goldmoon. Kolejne należały do Feril, Bąbelli i Riga. Wrzaski, błagania, okrzyki wściekłości, wszystkie te pełne niedowierzania słowa, skierowane były do Dhamona Grimwulfa, wysokiego mężczyzny z włosami jasnymi niczym zboże i przeszywającym wzrokiem. Słowa te miały powstrzymać glewię; miały także powstrzymać Dhamona. Jednak czerwony smok, który przejął kontrolę nad ciałem i umysłem mężczyzny, kompletnie je ignorował. Wbrew swojej woli, Dhamon usłuchał rozbrzmiewającego w głowie głosu smoczycy i ruszył ku uzdrowicielce.
Goldmoon także zlekceważyła wypowiadane słowa i starała się zebrać myśli.
- Moja wiara mnie ochroni. Moja wiara... Nie!
Dhamon wywinął ostrzem, uderzając Jaspera, który nagle pojawił się tuż przed nim, próbując ocalić Goldmoon. Zanim ktokolwiek mógł zareagować, glewia ponownie wzbiła się w powietrze; tym razem lśniła czerwienią krasnoludzkiej krwi.
- Jasperze! - szepnęła Goldmoon.
Ostrze zatrzymało się na jeden, ulotny moment. Zawisło w powietrzu, na jedno, krótkie uderzenie serca, zanim spadło niczym grom na osławioną uzdrowicielkę, jedną z Bohaterów Lancy.
- Moja wiara mnie ochroni - powtórzyła Goldmoon głosem, który teraz wydawał się bardziej donośny. Po chwili poczuła na skórze zimny dotyk metalu; nie czuła jednak bólu. Błysk ostrza przesłonił jej pole widzenia. Po chwili wszystko utonęło w czerni. Dhamon i głosy przyjaciół zamilkły, a jej własne życie dobiegło końca.
Po cichutku Goldmoon wysunęła się z objęć Krynnu.
Pochłonęła ją serdeczna ciemność, namacalna, niczym aksamit, i na swój sposób uspokajająca. Utonęła w objęciach śmierci - wiedziała - jednak nie bała się jej. Za życia nigdy nie przerażało ją jej widmo. Wiele lat temu śmierć odebrała jej męża i jedną z córek, podobnie jak ukochanych przyjaciół - Tanisa, Tasslehoffa, Flinta. Czy Jaspera również? Miała więc nadzieję, że w śmierci odnajdzie ich wszystkich na nowo.
Przez chwilę ciemność trzymała ją w uścisku, niczym delikatne imadło, aż w końcu wycofała się. Kiedy mrok przeszedł w grafit, uścisk zelżał, jednak nie wypuścił Goldmoon ze swych objęć. Przestrzeń dookoła niej pojaśniała i przybrała kolor bladej mgły. Nie było podłogi, na której mogła stanąć, żadnych ścian, jedynie niekończące się, skłębione opary. Samotna Goldmoon unosiła się w ich delikatnych objęciach. Wiedziała jednak, że on jest tutaj razem z nią.
- Riverwindzie - rzekła, choć jej usta pozostały nieruchome. Wymówiła słowo swym umysłem i usłyszała je wyraźnie, podobnie jak odpowiedź.
- Ukochana. - Pojawił się przed nią, jak gdyby niesiony na skrzydłach magii, młody i silny, jak wówczas, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy. Skórę miał opaloną, oczy ciemne i pełne miłości, a jego muskularne ramiona oplatały jej kruche ciało. Jego długie, czarne włosy powiewały na nieuchwytnym wietrze.
- Riverwindzie... mężu, tak bardzo za tobą tęskniłam. - Goldmoon przylgnęła do niego całym ciałem, wdychając zapach jego skóry. Jej umysł zalały fale wspomnień: zaloty pod surowym i pełnym dezaprobaty wzrokiem ojca, niebezpieczeństwa, których doświadczyli w czasie Wojny Lancy, chwile, które spędzili z dala od siebie, aż w końcu jego śmierć z dala od ukochanej żony. Nawet wówczas, kiedy Riverwind zginął, pomagając kenderom w walce z Malystryx, czuła, że wciąż był u jej boku; był częścią jej samej.
- Ja również tęskniłem za tobą - odparł Riverwind. - Bez ciebie moje życie nie jest kompletne.
- Być znowu razem - rzekła z tęsknotą. - Razem. Na zawsze.
- Na całą wieczność. - Przyjrzał się jej. Wyglądała dokładnie tak, jak dziesiątki lat temu; pełna życia i nadziei, jej skóra lśniła, a we włosy wplotła pióra i koraliki - symbole plemienia Que-shu. - Tak... wieczność. Jednakże wieczność musi poczekać. Nie możesz tu zostać, Goldmoon. Musisz wrócić.
- Wrócić? Do czego? Do Krynnu? Do Cytadeli Światła? Nie rozumiem - dziwiła się Goldmoon.
- Twój czas jeszcze nie nadszedł. Musisz wrócić. Feril... Kagonesti... może cię uzdrowić.
- Mój czas nie nadszedł?
- Nie. Jeszcze nie. - Potrząsnął głową. - Przynajmniej nie w tej chwili, ukochana. Wieczność będzie musiała jeszcze poczekać.
- Nie sądzę, mężu.
- Goldmoon...
- Mam przeszło osiemdziesiąt lat. Wystarczająco długo przebywałam na Krynnie. Takie szczęście spotyka niewielu ludzi. Dość już mam życia.
Musnął palcami jej policzek. Duch Goldmoon był równie żywy i pełen ciepła, jak za życia.
- Jednak Krynn nie ma dość ciebie, ukochana. Przynajmniej nie teraz.
- A jakaż to siła o tym decyduje? Jestem martwa Riverwindzie, czyż nie tak właśnie jest?
- Martwa? Tak. Choć... nie jest to łatwe do wyjaśnienia - zaczął. - Jest jeszcze czas, jeśli się pospieszysz. Feril może... - Próbował dokończyć, jednak mu przerwała.
- Przyznaję, że nie spodziewałam się zginąć w ten sposób. Nie sądziłam, że Dhamon mnie zabije, że posunie się do tego. Sądziłam, że jest wystarczająco silny, by przeciwstawić się bestii, która go opętała.
- Malystryx.
Goldmoon pokiwała głową.
- Kontroluje go przez łuskę na jego nodze. Byłam taka pewna, że Dhamon stawi jej czoło. Sądziłam, że jest tym jedynym; człowiekiem, który pokieruje bitwą ze smoczymi suwerenami. Ja sama go wybrałam, Riverwindzie. Wybrałam go miesiące temu, kiedy klęczał przy Grobowcu Ostatnich Bohaterów. Wejrzałam w jego serce. Pomyliłam się...
- Rzeczy nie zawsze okazują się takimi, jak byśmy chcieli - odparł Riverwind.
- Nie - zgodziła się uzdrowicielka.
- Inni potrzebują twojej pomocy.
- Mogą dążyć do celu bez mojej pomocy. Palin, Rig, Bąbella, Feril...
- Potrzebują cię. - Głos Riverwinda był stanowczy. - Są rzeczy, których jeszcze nie ukończyłaś. Smoki...
- Skąd o tym wiesz? Czy bogowie naprawdę nie odeszli? Czy mówią do ciebie? Czy są...
- Nie ty miałaś zginąć tego dnia. To wszystko, co wiem. To wszystko, co wolno ci wiedzieć. Śmierć była przeznaczona komu innemu.
- Ktoś inny miał zginąć? Nie ja? - dziwiła się Goldmoon.
Riverwind zacisnął usta w wąską kreskę. Mgły rozstąpiły się na rozkaz jego dłoni. Unosili się teraz niczym duchy nad jedną z komnat Cytadeli Światła. Podłoga w dole pokryta była krwią - Goldmoon, Jaspera, Riga. Konający krasnolud przywarł do ciała Goldmoon, szlochając i wpatrując się w uzdrowicielkę pełnym niedowierzania wzrokiem.
- Będzie mi ich brakowało - szepnęła kobieta, wyciągając dłoń w kierunku Jaspera.
- Wciąż jest czas. Wróć do nich, ukochana. Pozwól, by Kagonesti uleczyła twe ciało. Pomóż Jasperowi. Pospiesz się.
- Pozwolić, by Feril uzdrowiła Jaspera.
Riverwind i Goldmoon z trudem rozróżniali wibrujące w powietrzu słowa - słowa smutku i żalu skierowane do Goldmoon i Jaspera, szyderstwa dotyczące Dhamona, okrzyki przerażenia, że coś takiego mogło się wydarzyć, a także nienawistne zapowiedzi zemsty.
- To nie była wina Dhamona - rzekła Goldmoon. - Muszą to zrozumieć. W końcu to do nich dotrze.
- Jedno z nich miało dziś zginąć - powtórzył Riverwind. - Nie ty. Jeszcze nie. To nie Dhamon miał cię zabić.
- To nie była wina Dhamona. Smok... łuska na jego nodze... kto więc miał zająć moje miejsce?
Riverwind potrząsnął głową.
- Kto? - nalegała Goldmoon.
- Nie mogę ci powiedzieć. Wszystko, co mogę zdradzić, to fakt, że musisz wrócić. - Głos Riverwinda był stanowczy i przepełniony smutkiem. - Obiecuję, że wkrótce będziemy razem. Wiesz też, że zawsze będę z tobą.
- W powietrzu, którym oddycham.
- Tak.
- Nie. To zbyt mało. - Goldmoon uniosła głowę i poszybowała w stronę sklepienia. Tuż za nią podążył Riverwind, którego słowa zatraciły się pośród wypełniającego komnatę hałasu. Chwilę później, na powrót otoczyły ich blade mgły. - Nie wracam, mężu. Mogę jedynie udać się przed siebie, do miejsca, gdzie podróżują duchy zmarłych. Chcę zobaczyć Tanisa, Tasslehoffa, drogiego Flinta - gdziekolwiek teraz są. Mą córkę, Brightdawn. Mą matkę. Być może w końcu pogodzę się z mym ojcem. Już dawno powinnam była do nich dołączyć. Dołączyć do ciebie.
- Niczego bardziej nie pragnę - odparł Riverwind. - Jednak nie to miało się wydarzyć. Trzeba uporać się z potężnymi smokami.
- Na Ansalonie zawsze były smoki. - Przytknęła palec do jego ust i przyciągnęła go do siebie. - Najdroższy Riverwindzie, Krynn nie potrzebuje już tej starej kobiety. Ja także go nie potrzebuję. Potrzebuję ciebie. Znowu jesteśmy razem, w końcu, na wieczność. Jesteśmy jednością. Jedna staruszka nie zmieni niczego w walce przeciwko smoczym suwerenom.
- Goldmoon, jedno istnienie zawsze może coś zmienić.
KRÓLESTWO MROKU
- Niegdyś mieszkali tu porządni ludzie. - Rig z trudem usiadł na pniu gnijącej wierzby, odganiając rojące się wokół twarzy moskity. Jego ciemna skóra błyszczała od potu.
- Skąd to wiesz? - spytał Jasper.
- Wiele lat temu Shaon i ja zatrzymaliśmy się tu na kilka dni. - Uśmiechnął się tęsknie do swych wspomnień i niedbale machnął ręką, wskazując niewielką polanę, którą wybrali na nocleg. - Kiedyś tu, nad brzegami rzeki Toranth, znajdowało się miasto. Zabawne, nie pamiętam jego nazwy, jednak ludzie byli tu dość mili i bardzo pracowici, zapasy duże i tanie, a jedzenie ciepłe i smaczne. - Marynarz wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze. - Shaon i ja spędziliśmy wieczór w dokach, które znajdowały się gdzieś tam, nieopodal tamtych cyprysów. Był tam również starzec, który uchodził za miejscowego barkarza. Rozmawialiśmy z nim całą noc, obserwując wschodzące o poranku słońce. Podzielił się z nami butelką ale o nazwie "Kamienna Róża". Nigdy nie kosztowałem czegoś równie dobrego i pewnie już nigdy nie skosztuję.
Marynarz nachmurzył się, patrząc na to, co pozostało po owym miejscu. Tu i tam walały się porozrzucane kawałki drewna, wystając niczym złamane kości spod okrągłych, liściastych krzewów i grubych, mięsistych źdźbeł trawy. Zaklinowany w gałęzie figowca tkwił namalowany farbą szyld, tak wyblakły, że jedynymi czytelnymi słowami były "gotowane ostrygi". Bagno Onysablet połknęło całe miasto, podobnie jak wszystko inne w zasięgu wzroku. Część tego, co niegdyś uchodziło za Nowe Morze, było teraz zaledwie sięgającym na północ, zduszonym bagnem. Gęsta od roślinności woda przywodziła na myśl porośniętą drzewami oliwnymi równinę. W wielu miejscach ciężko było ocenić, gdzie kończy się ląd, a zaczyna woda.
Kilka dni temu, po długim locie nad żeglowną częścią Nowego Morza, Silvara i Sunrise zostawili wędrowców na brzegu Nowego Bagna. Choć podróż pełna była niepokoju, Rig pragnął, by smoki zaniosły ich jeszcze dalej. Jednakże zarówno srebrny, jak i złoty nie miały ochoty wdzierać się na terytorium Sable. Tak więc Silvara i Sunrise odleciały, by zabrać Gilthanasa i Ulina do Wieży w Wayreth. Rig miał jednak nadzieję, że obaj czarodzieje połączą swe siły z Palinem i odkryją, gdzie ukrywa się Dhamon.
- Jestem głodny. - Jasper usiadł obok marynarza i delikatnie objął kolanami skórzany worek. W jego wnętrzu schowana była Pięść E'li, której krasnolud podjął się strzec. Jasper wciąż chwytał się za pierś; jego oddech był płytki, a do tego chciało mu się jeść. Chwilę później poklepał się po brzuchu, obdarzył Riga słabym uśmiechem i niedbale strzepnął z ubrania wielkiego, czarnego robaka. Pękatym palcem wskazał prześwitujące przez gałęzie promienie słońca. - Zbliża się pora obiadu.
- Już niedługo twój żołądek będzie pełen - odparł Rig. - Feril powinna niebawem wrócić i mam nadzieję, że tym razem przyniesie coś innego niż obrzydliwą, tłustą jaszczurkę. Nienawidzę jaszczurczego mięsa.
Krasnolud zachichotał, ponownie klepiąc się po brzuchu.
- Poszli z nią Groller i Fury. Może wilk przepłoszy jakiegoś dzika. Groller lubi pieczoną dziczyznę. Ja także.
- Nie powinniście być tacy wybredni, Rigu Mer-Krel i ty, Mistrzu Fireforge - zawołała do nich Fiona. - Powinniście doceniać każdy kawałek świeżego mięsa. - Solamnijka zajęta była przeszukiwaniem części miasta najmniej dotkniętych rozkładem. Odgarniała potężne liście pływaczy, podniosła gnijące krzesło i kręcąc głową, odłożyła je na miejsce. Wydobywszy pokrytą pleśnią lalkę, podniosła ją do góry, spojrzała w jej martwe oczy, a następnie odłożyła na ziemię. Twarz i ramiona Fiony lśniły od potu. Niektóre z jej czerwonych loków przykleiły się do wysokiego czoła, podczas gdy pozostałe tkwiły upięte na czubku głowy, podtrzymywane przez pożyczony od Ushy grzebień z kości słoniowej. Poprzedniego dnia kobieta zdjęła naramienniki i nagolenniki, a także hełm, które brzęczały teraz w płóciennym worku. Choć były nieporęczne i ciężkie, Fiona nie chciała nawet słyszeć o tym, by pozostawić je w lesie. Nie chciała również poddać się panującemu upałowi i zdjąć srebrnego napierśnika z widocznym na nim symbolem Rycerzy Korony.
- Nawet jaszczurcze mięso jest bardziej pożywne od zwyczajnych racji - zauważyła. - Musimy oszczędzać siły.
- Zwykłe racje, jak je określasz, pani, są, jeśli o mnie chodzi, odrobinę bardziej smaczne - mruknął Rig. - Choć niewiele więcej. Jaszczurka, fuj. - Nie spuszczał wzroku z Solamnijki, która nieprzerwanie przetrząsała okolicę, coraz bardziej oddalając się od polany. - A tak przy okazji, moje imię to Rig, pamiętasz?
- I Jasper - dodał krasnolud. - Nikt nie nazywa mnie Mistrzem Fireforge. Nie przypuszczam nawet, aby ktokolwiek zwał tak kiedyś mojego wuja Flinta.
Fiona spojrzała przez ramię, uśmiechnęła się i na nowo podjęła poszukiwania.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
ZGROMADZENIE ZŁA
Khellendros wyciągnął swe masywne cielsko tuż przed wejściem do podziemnego leża, wygrzewając się w późnopopołudniowym słońcu i ze znudzeniem przyglądając się swym szponom. Lanca Humy pozostawiła na jego grubej skórze szkarłatną, głęboką ranę, która pulsowała bólem, choć umiłowany przez smoka, pustynny żar, w jakiś sposób łagodził jego cierpienie. Minęło kilka tygodni od bitwy o artefakty; wystarczająco dużo czasu, by rana zdążyła się zagoić - jeśli w ogóle się zagoi. Skie niósł przeklętą broń przez setki mil, aż do Północnych Pustkowi, i być może pozostała po niej blizna będzie szpeciła go na wieki.
Jednak Khellendros wiedział, że ból był niewielką ceną, jaką przyszło mu zapłacić za wskrzeszenie ducha Kitiary, i wspomnieniem jakże łatwego triumfu nad potężnym Palinem Majere. Zaśmiał się w duchu. Słodko byłoby opowiedzieć Kitiarze o tym zwycięstwie, choć jeszcze słodsze byłoby ono wówczas, gdyby mógł je z nią dzielić.
- Już niedługo znowu będziemy partnerami - mruknął cicho. - Nie pozwolę ci umrzeć po raz kolejny.
Cztery artefakty spoczywały ukryte w podziemnej jaskini, pośród wielu innych, pomniejszych, magicznych skarbów. Te ostatnie zostały wykopane przez Khellendrosa, kiedy na nowo rzeźbił swe zrujnowane leże. Ściany w najgłębszej części jaskini zostały nadpalone przez tuziny umierającego potomstwa, które zostało uwięzione we wnętrzu ziemi, kiedy Palin Majere i jego towarzysze zawalili jaskinię. Kształtując swą kryjówkę na nowo, Skie stworzył w niej nowe pomieszczenia, czyniąc z nich komnaty dla nowego potomstwa i - co najważniejsze - dla Kitiary.
- Kitiarze z pewnością spodoba się owo schronienie - zdecydował, wbijając zraniony pazur w piasek i spoglądając w bezmiar bieli, zeszpecony jedynie przez nieliczne kaktusy, którym pozwalał rosnąć w swym królestwie. - Upodoba je sobie i razem...
Na piasek padł cień, przez chwilę przesłaniając słońce. Khellendros oderwał swe myśli od Kitiary i leniwie spojrzał w górę, przyglądając się Gale, swemu porucznikowi. Mniejszy, błękitny smok zawisł przez chwilę nad ziemią, a następnie opadł na piasek zaledwie kilkanaście jardów od Khellendrosa i gdy zwęszył jego obecność, ruszył powoli w kierunku smoczego suwerena.
- Wzywałeś mnie - syknął, opuszczając z szacunkiem łeb.
Khellendros spojrzał w oczy swego porucznika, martwe i nieruchome od czasu potyczki z Dhamonem, i po kilku chwilach milczenia zdecydował się na odpowiedź.
- Chodź za mną, Gale. Powinniśmy porozmawiać w bezpieczniejszym miejscu.
Chwilę później masywne ciała obu smoków utonęły pośród cieni. Olbrzymią, skalną komnatę, która z ledwością mogła pomieścić oba gady, oświetlało zaledwie skąpe światło, sączące się z wąskiego tunelu, prowadzącego do wyjścia.
- Fissure! - Głos Khellendrosa odbił się echem od kamiennych ścian, które jęknęły w proteście. Przez pęknięcia w suficie posypały się ziarna piasku, okrywając cienką warstwą kurzu leżące pośrodku sali cztery artefakty i wpatrującego się w nie huldrefolka. Władca Żywiołów cofnął się z przerażeniem.
- Nie twoje to skarby i nie ty masz się nimi bawić - ryknął Skie.
- Nie dotykałem ich, Władco Portali - odparł huldrefolk. Jego postać zamigotała i okrywający jego ciało piasek zniknął. - Jednak przyglądałem się im. Bardzo uważnie. Powinniśmy ich użyć, Khellendrosie. Teraz. Nie powinniśmy zwlekać, ryzykując, że Malys odkryje twe wspaniałe skarby i przywłaszczy je sobie. Jest w końcu z nami Gale, który może sprawować pieczę nad twym królestwem, podczas gdy ty i ja będziemy w Szarości. Powinniśmy wynieść je na pustynię jeszcze tej nocy. Razem możemy...
Ryk Khellendrosa przerwał rozważania huldrefolka:
- Wciąż pozostaje jeszcze kilka rzeczy, którymi należy się zająć, zanim ośmielimy się otworzyć portal.
- Hmm, tak. Wybranie potomstwa dla Kitiary. - Maleńki, szary człowieczek podrapał się w łysą głowę. - Tym również może zająć się Gale, podczas gdy ty i ja przebywać będziemy w Szarości. Pokazałeś mu przecież, w jaki sposób szkolić potomstwo. To on może wybrać jedno spośród twych dzieci. Jest ich już przeszło tuzin.
- Chcę być pewien, że idealne potomstwo zostało wybrane, zanim wyruszymy do Szarości. Ja sam dokonam wyboru - zdecydował Khellendros.
- Dobrze więc. Ile jednak czasu upłynie, zanim tego dokonasz? - zaryzykował pytanie Fissure.
- Gale będzie szkolił kilkoro spośród moich dzieci w najgłębszych komnatach jaskini. Musi znaleźć także więcej ludzkich kobiet, których użyję w procesie tworzenia. Kiedy nadejdzie odpowiedni czas, wybiorę najlepsze potomstwo - odparł Skie.
Mniejszy smok zbliżył się do huldrefolka, starając się pochwycić jego zapach. Przekrzywił głowę, rozchylił nozdrza i zaczął nasłuchiwać. Z głębi jaskini dobiegł stukot, z początku równie cichy jak bicie serca huldrefolka - miarowe, wyraźne tupanie. Po chwili hałas stał się na tyle donośny, by zakłócić rozmowę. Z cieni wytoczyły się dwa czarne niczym noc, ogromne skorpiony. Ich nieruchome, żółte oczy lśniły złowieszczym blaskiem, a potężne szczypce zamykały się i otwierały z głuchym łoskotem.
- Chciałeśśś czegośśś - rzekły zgodnie głosem przywodzącym na myśl przesypujący się piasek. Oba były odrobinę wyższe od człowieka. Ich twarde, pokryte pancerzem ciała były grube, długie i błyszczały w skąpym świetle niczym mokre kamienie.
- Podczas mojej nieobecności będziecie strzegły mego leża - oznajmił Khellendros. - Dopilnujecie też, aby żadne z mych dzieci nie dotykało tych oto przedmiotów. - Ruchem głowy wskazał lancę, medaliony i pęk kryształowych kluczy. - Zrozumiałyście?
- Tak, Panie - odparły skorpiony i, nie bacząc na obecność smoków, ruszyły ku swemu posterunkowi u wejścia jaskini.
- Nie będzie cię? - spytał Fissure. - Udajesz się dokądś? Dokąd?
Khellendros zmrużył oczy.
- Cel mojej podróży nie powinien cię obchodzić. - Skie zwrócił się do swego porucznika.
- Malys oczekuje mojej obecności i nie chciałbym swoją odmową dać jej powodu do jakichkolwiek podejrzeń. Nie będzie mnie przez jakiś czas. Nie umiem powiedzieć, jak długo. Jednak w tym czasie...
- Będę szkolił twe potomstwo - dokończył mniejszy smok.
Słysząc to, Khellendros odwrócił się z gracją i poprzez majaczący w górze tunel wzbił się ku pustyni. Gale podążył tuż za nim, zachowując bezpieczną odległość.
- Na zachodzie znajdują się wioski barbarzyńców - poradził Khellendros, kiedy oba smoki znalazły się z powrotem na powierzchni. - Napadałem na nich i porywałem najsilniejszych spośród ich wojowników. To z ich ciał rodziło się moje potomstwo. Uważaj na siebie, gdyż ci z nich, których oszczędziłem, mogą przybyć tu w poszukiwaniu swych zaginionych braci.
- Przyjemnością będzie zabicie każdego, nieproszonego gościa. Barbarzyńcy nie są dla mnie żadnym zagrożeniem.
- Uważaj, abyś zbytnio ich nie lekceważył - odparł Skie. - Malystryx, która wezwała mnie na spotkanie, nie lęka się ludzi. Podobnego zdania są również inni smoczy suwereni. Jednak ja wiem lepiej.
- Ja również. - Mniejszy, błękitny smok zamknął swe niewidzące oczy. - Jeden z nich zrobił mi to. Człowiek, którego nazywałem kiedyś partnerem i przyjacielem. Nigdy nie lekceważę śmiertelników.
Przez chwilę węszył na wietrze, po czym zwrócił się na wschód.
- Huldrefolk - dodał. - Podczas gdy ja będę szkolił twe potomstwo... Czy można powierzyć mu twe skarby? Artefakty?
- Nie - odparł Burza Nad Krynnem. - Jego również nie lekceważę. Fissure może być nawet bardziej niebezpieczny niż ludzie. Jednak na chwilę obecną nie jest dla mnie żadnym zagrożeniem. Poza tym powziąłem pewne kroki, by chronić artefakty.
Błękitny smoczy suweren wzbił się w powietrze, zasypując Gale i zastygłe w bezruchu skorpiony tumanami piasku.
Głęboko, we wnętrzu jego kryjówki, Fissure, powłócząc nogami, zbliżył się do artefaktów.
- Khellendros-Burza Nad Krynnem, Khellendros-Władca Portali. Powinien zwać się raczej Khellendrosem, Który Wszystko Opóźnia. Chce zwlekać z otwarciem portalu do Szarości. Czekać, czekać, czekać - mruknął. - Dla smoka czas jest... Cóż, potężny Khellendros odkryje wkrótce, ile kosztowało go owo czekanie. Nigdy nie opuszczałem Szarości na tak wiele lat. Nie mam też zamiaru czekać dłużej. Myślałem, że będę potrzebował jego pomocy, by otworzyć drzwi portalu, byłem o tym przekonany. Jednak Lanca Humy... Moc zaklęta w niej jest tak potężna. Może wcale nie będzie mi potrzebna pomoc Khellendrosa.
Zatrzymał swe maleńkie dłonie kilkanaście centymetrów nad medalionami, wyczuwając pulsującą w nich magię. Jakże niesamowity był jej dotyk.
- Może Khellendros nie będzie mi już dłużej potrzebny; teraz, kiedy wszystkie te artefakty są zaledwie na wyciągnięcie dłoni. - Z pietyzmem dotknął pęku kluczy, wyczuwając chłodną gładkość kryształu i czując pod palcami magiczne mrowienie. Jego dłonie zawisły ponad najmniejszym z kluczy; tym, który otwierał każdy zamek, i huldrefolk zamknął oczy, rozkoszując się magiczną aurą.
- Nie... z pewnością nie będę czekał już dłużej. Muszę spróbować wrócić do domu. Sam zniszczę owe błyskotki i otworzę portal do Szarości uwolnioną z nich mocą. Jeśli nie zdołam uczynić tego sam, być może Gellidus Biały lub Zielona Zagłada będą na tyle naiwni, by mi pomóc. Burza Nad Krynnem będzie wściekły, jednak nie będzie w stanie ruszyć moim śladem; nie ma już innych artefaktów, niczego, co nadałoby mocy jego planom. Będę zatem bezpieczny w domu, podczas gdy on zostanie z niczym. Jakże daleko od swej biednej, zaginionej Kitiary, snującej się gdzieś w Szarości.
Maleńki człowieczek zachichotał i sięgnął palcami Lancy Humy, jak gdyby chciał jeszcze raz posmakować intensywnych wibracji, które wypełniały powietrze.
- Widziałem, jak lanca paliła ciało Khellendrosa - szepnął. - Mnie nie poparzy. Nie jestem tak zły jak Skie. Nie. Nie mam w sobie aż tak wiele zła. W ogóle go w sobie nie mam. Chcę tylko powrócić do domu. Szkoda, że ludzie, którzy niegdyś władali tą potężną bronią, nie byli w stanie poczuć jej mocy. - Ostrożnie zbliżył dłonie do rękojeści. - Jaka szkoda. Taka...a! - Przypływ mocy spadł na niego, jak gdyby włożył ręce do wrzącego oleju. Fale energii uderzyły w miniaturowe ciało, trzęsąc nim i w mgnieniu oka posyłając porażonego nagłym bólem huldrefolka na kamienną podłogę. Otumaniony Fissure spojrzał z przerażeniem na swe poparzone ciało. - Khellendros... obłożył artefakty czarami... zabezpieczył je. Nie ufa mi. - Pochwycił w płuca ostatni, zachłanny łyk powietrza i osunął się w mrok.
Wysoko w górze Khellendros kierował się na południowy wschód, ku królestwu Malystryx. Pierwsze promienie zachodzącego słońca oblały jego pustynię bladoróżowym rumieńcem.
- Nie - mruknął Khellendros. - Huldrefolk nie stanowi już żadnego zagrożenia.
Ziemia była spękana niczym wyschnięte koryto rzeki: płaska i posępna, przyjemnym ciepłem otulała szpony pięciu zebranych na niej smoków.
Gellidus, biały smoczy suweren, robił, co mógł, by ukryć swe niezadowolenie z otaczających go jałowych pustkowi. Wbił wzrok w odległą górę zwaną Szczytem Malys, otoczoną zewsząd lśniącymi wulkanami. Nazywany przez ludzi Frostem, władca skutego lodem Południowego Ergoth, w niczym nie przypominał Malystryx. Jego łuski były małe, błyszczące i białe niczym śnieg. Grzebień suwerena przywodził na myśl stworzoną z odwróconych sopli aureolę, a ogon zdawał się krótki i krępy w porównaniu z innymi smokami. Czerwona smoczyca była ponaddwukrotnie większa od Frosta. Każda jej łuska wielkością przypominała tarczę koloru świeżo wytoczonej krwi. Jej dwa skręcone rogi zdawały się piąć ku niebu, podczas gdy z przepastnych nozdrzy Malys unosiły się cieniutkie smugi dymu. Smoczyca obdarzyła Frosta przelotnym spojrzeniem, a następnie, podążając za wzrokiem Khellendrosa, zwróciła swe oczy ku niebu. Po jej prawicy spoczywał wychudzony, czerwony smok, który - zwinięty w kłębek niczym kot - zdawał się mniejszy od białego suwerena.
Khellendros, który wylądował w bezpiecznej odległości od zgromadzenia, zmierzył badawczym wzrokiem pozostałe dwa smoki. Naprzeciw Malys zasiadała Beryllinthranox - Zielona Zguba. Smoczyca była koloru leśnego królestwa, którym niepodzielnie władała; ziem, które niegdyś należały do dumnych elfów Qualinesti. Jej przymrużone oczy - choć beznamiętne - zdawały się skupiać na każdym szczególe. Najwyraźniej zielona smoczyca starała się odgadnąć reakcje pozostałych na przybycie Khellendrosa. Jej wężowy ogon drgał nerwowo, wijąc się po ziemi. Beryl obdarzyła błękitnego niedbałym skinieniem głowy i przeniosła wzrok na czarną smoczycę.
Pomiędzy Beryl i Gellidusem rozsiadła się Onysablet. Spomiędzy jej skórzastych, końskich szczęk kapały miarowo krople kwasu, tworząc na ziemi bulgoczącą kałużę. Jej skupione na Malys, błyszczące niczym plamy oleju nieruchome oczy, były tak mroczne, iż nie można było odróżnić tęczówek od źrenic. Z jej wąskiej głowy strzelały ku niebu grube, lśniące rogi. Beryl raczyła czarną opowieściami o swej dominacji nad elfami, jednakże zainteresowanie Sable zdawało się znikome. Większą część jej uwagi pochłaniała Malys.
Siadając na swych potężnych, tylnych łapach, Khellendros zajął miejsce pomiędzy Beryl i mniejszym, czerwonym smokiem, porucznikiem Malystryx - Ferno. Malys była jedynym smokiem większym od niego samego i Skie miał się na baczności, aby w udawanym szacunku trzymać swój masywny łeb dostatecznie nisko. Chcąc uniknąć pytań pozostałych smoków, niemalże zakopał swój obolały pazur w ziemi, a następnie pokłonił się Malys. Był jej oficjalnym małżonkiem, wyraźnie przez nią faworyzowanym. Jednakże bezustanne spojrzenia, którymi czerwona darzyła Frosta, wskazywały na to, że Skie był zaledwie jednym spośród jej wybranków.
Malystryx odwzajemniła jego powitanie.
- A zatem możemy zaczynać - rzekła donośnym, grzmiącym głosem, który przetoczył się po jałowej ziemi. Jego dźwięk dosięgnął Szczytu Malys i przez chwilę odbijał się echem od jego zboczy.
- Jesteśmy najpotężniejszymi spośród smoków i nikt już nie śmie stanąć nam na drodze.
- Zmiażdżymy naszych przeciwników - syknęła Beryl. - Rządzimy ziemią i tymi, którzy po niej stąpają.
- Nikt już nie rzuci nam wyzwania - dodała Sable. Przeorała szponem skwierczącą kałużę, sprawiając, że zawrzała i z trzaskiem wgryzła się w suchą ziemię. - Nikt się nie odważy, ponieważ nikt nie może już nic zrobić.
- Tych nielicznych, którzy próbowali - dodał Frost - spotkała szybka śmierć.
Khellendros milczał, zasłuchany w przechwałki innych smoczych suwerenów, szczególną uwagę zwracając na wiercącego się w nieznośnym upale Gellidusa.
- Jednak nasza moc jest bez znaczenia - wtrąciła Malys. Wyciągnęła szyję ku niebu, tak by górując nad pozostałymi smokami, ściągać ich ciekawskie spojrzenia.
- Potęga, którą władamy teraz, jest niczym w porównaniu z tym, czym stanie się po powrocie Takhisis.
- Tak, Takhisis powraca! - ryknął Frost.
- Ale... kiedy? - Głos należał do Sable.
- Jeszcze przed końcem roku - odparła Malys. Pochyliła głowę, upewniając się uprzednio, że Khellendros nie przewyższa jej wzrostem.
- Skąd o tym wiesz? - Głos Beryl przesycony był szyderstwem. - Jakąż to wspaniałą wiedzę posiadasz na temat bogów?
Olbrzymie szczęki Malys uniosły się do góry w potwornej imitacji uśmiechu. Ferno wyprostował się i wstał, mierząc nienawistnym wzrokiem zieloną smoczycę, która śmiała zadać równie bezczelne pytanie.
- Malys wie - wtrącił Frost. - Zdradziła nam, jak zdobyć władzę, jeszcze przed rozpoczęciem Smoczej Czystki. To ona zachęciła nas, byśmy zawładnęli ziemią. To dzięki niej jesteśmy dziś smoczymi suwerenami. Gdyby ktokolwiek z nas wiedział coś o powrocie Takhisis, z pewnością byłaby to Malystryx.
Zielona przechyliła głowę.
- Stałam się suwerenem dzięki własnym ambicjom i sile. Jaką to moc, której mnie brakuje, posiadasz ty, Malystryx? Jaka potęga pozwala ci wiedzieć o powrocie Takhisis?
Przez kilka chwil upiornej ciszy Malystryx przyglądała się zielonej.
- Być może lepiej byłoby tu mówić o odrodzeniu - mruknęła czerwona.
Khellendros w milczeniu obserwował, jak Frost i Ferno niezauważalnie przysuwają się do Malys, a Sable mierzy Beryl uważnym wzrokiem.
- Odrodzeniu? - syknęła zielona.
Wokół nozdrzy Malys zatańczyły płomienie.
- Oto na Krynnie pojawi się nowa Takhisis. I będę nią ja, droga Beryllinthranox.
- Bluźnierstwo! - wrzasnęła Beryl.
- Nie mówmy o bluźnierstwach, kiedy bogowie opuścili świat - odparła opryskliwie czerwona.
Zielona wygięła w łuk swe masywne cielsko i syknęła:
- Bez nich nikomu nie będziemy się kłaniać, nikomu nie będziemy służyć. Sami sobie jesteśmy panami - władcami Krynnu. Jedynie bogowie godni są naszego szacunku. A ty, Malystryx, bogiem nie jesteś!
- Wasi bogowie odeszli z tego świata. Nawet Takhisis przepadła. - W odpowiedzi na te słowa powietrze stało się nieznośnie gorące, a płomienie wokół nozdrzy Malys zdawały się przybrać na sile. - Jak sama przyznajesz, Beryl, teraz to my jesteśmy panami Krynnu. Jesteśmy najpotężniejszymi z żyjących na nim istot, a pośród nas to właśnie ja jestem najsilniejsza.
- Jesteś potężna, przyznaję. Samotnie żaden z nas nie miałby szans przeciwstawić się twojej sile. Jednak nie jesteś bogiem.
- Jeszcze nim nie jestem.
- Nigdy nim nie będziesz.
- Czyżby, Beryl?
Sable przysunęła się do Frosta. Oba smoki rozerwały krąg, wyraźnie opowiadając się po stronie Malys i jej porucznika i solidarnie stając naprzeciw Beryl, która kątem oka obserwowała teraz Khellendrosa.
"Beryl chce wiedzieć, po czyjej jestem stronie", rozmyślał błękitny. "Zielona wyczuwa moją potęgę i rozpaczliwie szuka wsparcia. Malys także pozostaje w oczekiwaniu. Poświęciła swój czas, tworząc nowe sojusze z białym i czarną. Jest jeszcze bardziej przebiegła i wyrachowana, niż przypuszczałem. Przy takim układzie sił nie można rzucić jej wyzwania".
Khellendros ukradkiem spojrzał na Beryl, by następnie stanąć w szeregu obok Ferno.
- Dosięgnę boskości, zanim skończy się ten rok - syknęła Malys, patrząc na zieloną z nieukrywaną nienawiścią. - A wy, moi sprzymierzeńcy, jesteście świadkami tego, że sięgnę niebios. Po czyjej stronie się opowiadasz?
Beryl zatopiła szpon w spękanej ziemi, przez chwilę podziwiała tworzące się w niej nowe szczeliny, a następnie uniosła głowę, napotykając wzrok czerwonej.
- Po twojej - odrzekła w końcu.
- W takim razie pozwalam ci żyć - dokończyła Malys.
PO BURZY
Ból przeniknął szpon smoczego suwerena i przeszył całe jego ciało.
- Przeklęta lanca - syknął smok, szeptem przypominającym wiatr. Odrzucił do tyłu ogromną, uzbrojoną w rogi głowę, otworzył paszczę i splunął błyskawicą prosto do wnętrza skłębionej chmury. W odpowiedzi niebo ryknęło grzmotem, a siąpiący deszcz przemienił się w prawdziwą ulewę. Sypiące z nieba błyskawice rozjaśniały mrok i tańczyły na błękitnych łuskach smoka. Wiatr rozszalał się na dobre, a ogromne krople deszczu rozbijały się o jego skórę. Nic jednak nie było w stanie złagodzić cierpienia.
Potężna lanca paliła jego ciało; paliła je z każdym kolejnym uderzeniem olbrzymich skrzydeł, każdą pokonywaną milą. Smok trzymał ją przez ostatnie kilka godzin, odkąd odebrał ją znienawidzonym, teraz już martwym, wrogom. Nie chciał jej wypuścić, odrzucił też pomoc swego mrocznego sprzymierzeńca - huldrefolka. "Zaklęte w lancy dobro, bez wątpienia jemu także sprawiałoby ból", pomyślał smok. "Spaliłoby wszystko, co złe".
Khellendros ściskał lancę w jednym ze szponów. Była to broń osławionego Humy, którą żałośni towarzysze Palina Majere z takim trudem wykradli z lodowatego królestwa Gellidusa, ogromnego, białego smoka, rządzącego Południowym Ergoth. Zawieszony na jego pazurze, kołysał się także - należący do Goldmoon - Medalion Wiary. Podobnie jak lanca, był on przepełniony esencją dobra, choć nie była ona tak potężna, jak siła zaklęta w osławionej broni. Drugi, bliźniaczy medalion, wisiał na szyi huldrefolka. Trzy artefakty z Ery Snów. Trzy artefakty zdobyte przez smoka. W jego leżu znajdował się jeszcze jeden - pęk kryształowych kluczy. Cztery powinny wystarczyć - przypomniał sobie słowa huldrefolka.
- Lanca przepełniona jest boską potęgą! To dlatego tak bardzo cię rani! - zawołał Fissure, przekrzykując odgłosy burzy. - W końcu została wykuta, by zabijać smoki!
Maleńki człowieczek, przemoczony, bezwłosy i wyglądający jak gdyby chwilę temu ktoś wyrzeźbił go z grudki świeżej gliny, przechylił głowę tak, by spojrzeć w błyszczące oczy Khellendrosa.
- Lanca jest najpotężniejszym z tych artefaktów, z całą pewnością potężniejszym od kluczy, które zdobyli dla ciebie Rycerze Takhisis.
"Najpotężniejszym i najbardziej bolesnym", pomyślał Khellendros. Po chwili ryknął i bez powodzenia starał się zapomnieć o trawiącym go bólu. Lanca z pewnością mogła więcej, niż tylko przyprawiać go o ból. Na pewno pozostawi na jego ciele wiele blizn. Nie mogła go jednak zabić, prawdopodobnie nawet wówczas, gdyby wbito ją w jego ciało. Był w końcu najwyższym suwerenem, jednym z garstki najpotężniejszych smoków Krynnu, który użyje tej przeklętej, znienawidzonej lancy i pozostałych trzech artefaktów, by otworzyć portal do Szarości.
Gdzieś tam, pośród mgieł, błąkał się duch Kitiary, jego dawnej partnerki w służbie Królowej Ciemności. Pochwyci go więc, podobnie jak pochwycił lancę, i tym samym sprowadzi Kitiarę na Krynn. Cztery artefakty powinny wystarczyć. Jednak najpierw będzie musiał przygotować dla niej nowe ciało.
Kiedyś miał już takie - piękne, błękitne potomstwo, umięśnione, wytworne, idealne. Narodziło się ono z łez Khellendrosa. Jednakże Palin i banda jego spiskowców nieświadomie zabili jego dziecię i jemu podobnych, niszcząc ulubione leże smoka na pokrywającej Północne Pustkowia pustyni. To, że zamordował Palina i jego towarzyszy nie dalej niż godzinę temu, było marnym pocieszeniem. Powinien był zająć się tym znacznie wcześniej, nie tyle z zemsty - jakże ludzkiej w jego mniemaniu - ile w hołdzie Kitiarze, która za życia była dręczona przez wuja i ojca Palina, Caramona i Raistlina Majere. To oni prześladowali ją, kiedy żyła, a teraz nie dawali jej spokoju nawet po śmierci.
Przez jakiś czas Palin i jego banda działali na użytek Khellendrosa. Idąc za radą jednego ze smoczych szpiegów, starego pochlebcy, który podawał się za mędrca, towarzysze czarodzieja nieświadomie zgromadzili potrzebne Khellendrosowi artefakty. Przynieśli je na wyspę Schallsea, nieopodal Cytadeli Światła. Fałszywy mędrzec poradził, aby je zniszczyli, twierdząc, że uwolniona energia podniesie poziom obecnej na Krynnie magii. Głupcy, nie mieli pojęcia, że wszystko to było podstępem i Khellendros czekał tylko na okazję, by ukraść cenne błyskotki. Wówczas przestali być już potrzebni. Zbyt późno Palin i pozostali zorientowali się, że błękitny smok miał ich w garści. Podczas gdy Skie mordował swoich wrogów, Fissure zabił starego, by ostatecznie pozbyć się wszelkich przeszkód.
Khellendros nie wiedział jednak wówczas, że zdobycie przeklętej lancy będzie go kosztowało tak wiele bólu; choć każdy ból zdawał się znośny, jeśli tylko oznaczał powrót Kitiary. Musiała powrócić; musiała znów stać się sobą. Dawno, dawno temu, kiedy była jego partnerką, Khellendros złożył jej przysięgę. Obiecał, że będzie nad nią czuwał. Potem, pewnego dnia, kiedy błąkała się samotnie, została zamordowana. Pogrążony w żalu Khellendros, latami szukał jej ducha, aż w końcu odnalazł go w Szarości. Dotrzyma przysięgi i uwolni ją z tego odległego wymiaru. Nikt go już nie powstrzyma; Palin i jego przyjaciele zginęli, a Malystryx i inni smoczy suwereni żyli nieświadomi jego zamiarów.
Wkrótce on i Kitiara na powrót staną się jednością. Wpierw jednak Khellendros będzie musiał znieść dręczący go piekielny ból i powrócić do swego leża.
- Khellendros sądzi, że zginęliśmy - rzekł Rig.
Ciemnoskóry marynarz spojrzał w niebo, w kierunku, gdzie chwilę temu zniknął potężny, błękitny smok. Przeczesał palcami krótko przystrzyżone włosy i odetchnął z ulgą.
- Mam nadzieję, że właśnie tak myśli. W przeciwnym razie wróci tu i spróbuje zabić nas jeszcze raz. A tego bym nie chciała, bo nie sądzę, aby tym razem skończyło się na próbach. - Przemęczony, piskliwy głosik należał do Bąbelli, kenderki w średnim wieku, która wolnym krokiem zmierzała w kierunku marynarza. - Nie. Tym razem, moim zdaniem, nie byłoby żadnych prób. - Jej zdeformowane rączki były w ciągłym ruchu. Jedna szarpała rękaw koszuli Jaspera, podczas gdy druga beztrosko bawiła się nadpalonym warkoczem. - Widzicie, jeśli on wróci i spróbuje ponownie... hmm... mam dziwne przeczucie, że w końcu mu się uda. Nawet teraz trochę się dziwię, że wciąż żyję i oddycham. To z pewnością ogromny smok. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś równie wielkiego. Widzieliście jego zęby? Miał takie wielkie zęby. - Zamilkła, wykrzywiając twarz w grymasie zdziwienia. - No więc, co się stało? Jak udało nam się uciec?
- Palin - pospieszył z odpowiedzią Rig.
- Och! Co zrobiłeś? - Bąbella natychmiast skierowała swą uwagę na Palina Majere.
Czarodziej odgarnął z oczu długie pasmo siwiejących włosów.
- Zaklęcie - odparł cicho.
Nie miał siły, by mówić głośniej. Przygarbił się, wsparł na marynarzu i wziął w płuca głęboki haust wilgotnego powietrza. Ostatni czar pozbawił go resztek sił. Był najpotężniejszym magiem na Krynnie i jednym z nielicznych, ocalałych po wojnie z Chaosem. Jednak w tej chwili czuł się daleki od tego, co sądzili o nim ludzie. Był słaby i znużony, a jego duch był równie zdruzgotany, jak pokryta błotem tunika i poszarpane nogawice.
- Zadziwiające zaklęcie - rzekła Bąbella. - Niezwykle efektowne. Czyż nie tak je określiłeś, Jasperze?
Krasnolud dotknął dłońmi swego boku i pokiwał głową. Spomiędzy jego mięsistych warg wyrwał się cichy jęk. Choć zadana mu przez Dhamona rana goiła się - dzięki staraniom Feril - krasnolud nigdy nie wróci już do dawnej formy. Jego płuco zostało przebite i choć kiedyś mógłby uzdrowić się za pomocą swej magii, teraz była ona poza zasięgiem jego możliwości. Jego wiara umarła wraz z Goldmoon i wraz z nią odeszły także jego uzdrowicielskie zdolności. Obdarzył Bąbellę słabym uśmiechem.
- Zadziwiające. Tak, Jasper też tak twierdzi. Niezwykle imponujący czar - cmoknęła kenderka. - Sprawiłeś, że wszyscy staliśmy się niewidzialni?
- Niezupełnie - odparł Palin.
- Przeniosłeś nas do jakiegoś innego miejsca?
- Nie bardzo.
- A więc, co zrobiłeś? - dociekała Bąbella.
- Przez kilka krótkich minut ukryłem naszą obecność i sprawiłem, że niejako wtopiliśmy się w tło. Następnie, niedaleko naszej kryjówki, stworzyłem magiczną iluzję nas samych. To ją zabił Khellendros i na szczęście tak mu się spieszyło, że nie sprawdził nawet swego dzieła. Gdyby bowiem zwlekał z odejściem jeszcze chwilę, niechybnie wytropiłby nas swymi czułymi zmysłami.
- Jejku. Jak więc stworzyłeś tę iluzję? - nie przestawała pytać Bąbella.
- Mniejsza z tym - wtrącił Jasper. Spojrzał na Grollera, głuchego półogra, który ostatnimi czasy stał mu się bliskim przyjacielem. Fiona Quinti, młoda kobieta z Zakonu Rycerzy Solamnijskich, która niedawno dołączyła do ich grupy, używała podstawowego języka migowego, by przetłumaczyć Grollerowi, co działo się dookoła. Krasnolud zwrócił się twarzą do Bąbelli i zaczął nerwowo szarpać przyklejoną do rudobrązowych włosów grudkę błota. - To zupełnie nieistotne. Ważne, Bąbello, jest to, że...
- Czy Palin nie mógłby użyć swej magii, by odnaleźć Dhamona? Chcę go odnaleźć, dowiedzieć się, dlaczego oszalał, dlaczego zranił Jaspera i zabił Goldmoon. Moglibyśmy...
Marynarz położył dłoń na głowie kenderki i spojrzał na Palina.
- Moglibyśmy go zabić. Oto, co moglibyśmy zrobić. To po części z jego winy zginęła Shaon. Teraz Goldmoon, i była to absolutnie jego wina. Prawie zabił Jaspera. No i zatopił mój statek.
- "Kowadło Flinta" - szepnął Jasper.
Krasnolud zakupił statek wiele miesięcy temu i popłynął na nim z Wyspy Schallsea na daleką północ, aż do Palanthas. Statek był ich jedynym środkiem transportu i ostatnimi czasy również domem.
- Powinniśmy go zabić, zanim wyrządzi więcej zła - dokończył Rig.
Marynarz nakazał gestem, aby wszyscy zgromadzili się wokół niego - Feril, Groller i jego wilk Fury, Fiona, Gilthanas - chudy, elficki czarodziej, którego uwolnili z twierdzy Rycerzy Takhisis, a także syn Palina - Ulin. Wysoko ponad ich głowami szybowały dwa smoki - Sunrise i Silvara. Na ich grzbietach przybyli do Schallsea Ulin i Gilthanas, i to właśnie one, rozpraszając Khellendrosa, pozwoliły, aby Palin dokończył swój czar. Zarówno smoki, jak i ich jeźdźcy powrócili właśnie ze Smoczych Wysp, gdzie poinformowali dobre smoki, o tym, co tak naprawdę działo się na Ansalonie.
- Rig... - Feril zakasłała, by zwrócić na siebie uwagę marynarza. Nagły podmuch wiatru przesłonił jej twarz dziką grzywą splątanych, kasztanowych loków. - Musimy odnaleźć Dhamona. Musimy pomóc mu wyrwać się spod wpływu, jaki ma na niego ta łuska. Musimy mieć wiarę...
- Wiarę? - Jasper zadarł głowę i utkwił wzrok w dębowym liściu wytatuowanym na jej opalonym policzku. Jego rumiana twarz zdawała się dziwnie ponura. - On zabił Goldmoon. Nie mieliśmy nawet czasu, by ją opłakiwać, by sprawić jej odpowiedni pochówek. Ona głosiła wiarę, oddychała nią. Wiarą i przebaczeniem. Teraz jednak nie ma już we mnie wiary, a i przebaczenia jest mało. Na chwilę obecną zgadzam się z Rigiem.
Feril zamknęła oczy i odetchnęła głęboko.
- Ja również jestem zła, Jasperze. Być może nie będę nawet w stanie mu wybaczyć. Chcę jednak wiedzieć, co się stało i dlaczego właśnie tak.
- To oczywiste, co się stało - wtrącił Rig. - Powiedział nam, że był kiedyś Rycerzem Takhisis. Założę się jednak, że wciąż nim jest. Oszukał nas, podobnie jak starzec, który nakazał nam zgromadzić przeklęte artefakty. Nie ma już statku. Nie ma Goldmoon. Nie ma nawet Lancy Humy.
- Nie ma medalionów. Medalionu Goldmoon i tego drugiego, który... - Jasper powstrzymał szloch. - Tego, który zdjąłem z jej szyi, kiedy już nie żyła. Oba przepadły i teraz są w szponach smoka.
- Jedynym artefaktem, jaki nam pozostał jest berło - rzekł marynarz i na dowód podniósł je do góry. Berło wykonane było z drewna i choć zdobione licznymi klejnotami, wyglądem przypominało buzdygan.
- Pięść E'li - szepnęła Feril. - Pięść Paladine'a.
- Co dobrego przyjdzie nam z jednego, marnego artefaktu? - spytała Bąbella, wbijając wzrok w Palina. - Nie zdołamy podnieść poziomu magii przy użyciu zaledwie jednej błyskotki.
- Mędrzec podstępem skłonił nas, abyśmy zgromadzili artefakty dla smoka - rzekł Palin. - Sądzę więc, że są mu one potrzebne z jakiegoś ważnego powodu. Może powinniśmy skupić się na odnalezieniu innych, prastarych artefaktów. W najgorszym wypadku wyrwiemy je ze szponów Khellendrosa. W najlepszym zaś, być może dzięki nim, uda nam się powstrzymać Takhisis.
- Ojcze, Gellidus-Frost oznajmił, że powrót Takhisis jest nieunikniony - rzekł Ulin. Młody Majere wyglądał dokładnie tak, jak jego ojciec dwadzieścia lat wcześniej. Ruchem ręki wskazał szybujące w górze smoki. - Sunrise i Silvara mogą potwierdzić, że przechwałki białego smoka były prawdziwe. Takhisis powraca do naszego świata.
- Gdzie więc zdołamy zdobyć wystarczająco dużo prastarej magii, by ją powstrzymać? - spytała wyraźnie przerażona Bąbella.
- Pierścień Dalamara - rzekł Palin. - Znajduje się w Wieży w Wayreth. Mistrz Wieży obiecał, że odda mi go tylko wówczas, gdy będziemy wiedzieli, jak go użyć, i kiedy będziemy bezpieczni od Khellendrosa.
Ulin parsknął:
- Bezpieczni! To zajmie dużo czasu! Czy możesz go przekonać, jak bardzo potrzebujemy pierścienia?
Palin zastanawiał się przez chwilę, po czym w zamyśleniu pokiwał głową.
- Tak. Sądzę, że mógłbym to uczynić - odparł.
- Z Pięścią E'li - rzekła Bąbella, wskazując trzymaną przez Riga broń - będziemy mieli już dwa artefakty.
- Wiem o trzecim, Koronie Przypływów - dokończył Palin. - Spoczywa ona daleko stąd, w królestwie morskich elfów Dimernesti.
- Lepiej więc się zbierajmy - odparła kenderka.
- Chwileczkę. - Rig zmarszczył brwi i potrząsnął głową. - Niczego bardziej nie pragnę, jak stawić czoło smokom, a jeśli zajdzie taka potrzeba, nawet samej Mrocznej Królowej. Istnieją jednak inne kwestie; kwestia honoru i sprawiedliwości, którą należy się zająć. Mam na myśli Dhamona.
- Rig, proszę - zwróciła się do niego Feril.
- Nie możemy dopuścić, by jako wolny człowiek wałęsał się po świecie. Nie z tą przerażającą bronią. Nie mówiąc już o tym, kogo lub co innego jeszcze może zniszczyć. - Oczy marynarza zwęziły się złowieszczo.
- Rig! - Kagonesti posłała mu piorunujące spojrzenie.
- Dość tego! - Palin odsunął się od Riga. - Na nic zdadzą się nasze kłótnie. Podobnie jak zemsta. Jednak zgadzam się, że powinniśmy odnaleźć Dhamona.
Marynarz z wyraźnym zadowoleniem wyszczerzył zęby.
- Musimy go znaleźć przede wszystkim dlatego, że potrzebujemy jego broni - dodał czarodziej.
- Jego broni? - nachmurzył się Rig.
- Ta glewia tnie metal, jakby to był materiał. Zatem to musi być artefakt; być może równie potężny jak Lanca Humy - odparł Palin. - Może nawet potężniejszy - dodał cicho.
- Jak więc zdołamy zrobić dwie rzeczy w tym samym czasie? Zgromadzić artefakty i odnaleźć Dhamona? - spytała Bąbella.
- Będę potrzebował twojej pomocy, Bąbello - zwrócił się do niej czarodziej. - Ty i ja stworzymy jedną drużynę i udamy się do Wieży w Wayreth. Czeka tam na mnie moja żona - Usha. Użyjemy dostępnych w wieży środków, by wytropić Dhamona.
- W tym samym czasie my udamy się na poszukiwania Korony - wtrąciła podekscytowana Feril.
- Doskonale, jednak jak wydostaniemy się z tej wyspy bez statku? Przepłyniemy wpław? - Marynarz zatknął berło za pas i tęsknym wzrokiem spojrzał na zachód. Było zbyt ciemno, by mógł dostrzec brzegi Wyspy Schallsea.
- Zatem tutaj przyda się nasza pomoc - zaproponował Gilthanas. Ruchem ręki wskazał smoki. - Zabierzemy was na skraj królestwa Onysablet. Stamtąd...
- Niech no zgadnę. Sami udamy się w dalszą drogę - burknął Rig.
Gilthanas skinął głową. Nie musiał wyjaśniać, że smoki nie ośmieliłyby się wtargnąć na terytorium suwerena; przynajmniej takiego, o którym nic nie wiedziały. Stojąca z dala od grupy Fiona Quinti skuliła ramiona. Choć Groller górował nad nią wzrostem, wymizerowana Solamnijka zdawała się nadzwyczaj wysoka i pełna godności w swej lśniącej, srebrnej zbroi. Jej odziane w rękawice dłonie kreśliły w powietrzu znaki, starając się tłumaczyć Grollerowi każde z wypowiadanych słów. Półogr zmarszczył w zamyśleniu brwi. Spojrzał w górę na smoki, skinął głową i z trudem przełknął ślinę.
Była mglista godzina tuż przed świtem, kiedy niebo zaczynało nabierać leniwych, rumianych kolorów, a cały świat zdawał się wstrzymywać oddech. W Wieży w Wayreth Usha wyglądała przez okno. Po chwili szczelnie okryła się szatą, drżąc nie z zimna, lecz ze zdenerwowania.
Bąbella pogrążona była we śnie. Palin również zasnął, wkrótce po tym, jak kilka godzin temu przybył do wieży. Usha miała nadzieję, że odpoczynek będzie wystarczająco długi, by Palin mógł odzyskać siły. Ona również była wyczerpana, jednak sen nie nadchodził. Jej myśli były zbyt zaprzątnięte Pięścią E'li, o której opowiadał Palin. Podobnie jak on, Jasper i Feril, Usha także udała się do lasów Qualinostu w poszukiwaniu berła. Jednak nie towarzyszyła im w najbardziej niebezpiecznej części wyprawy. Kiedy zostali schwytani przez oddział nieufnych, elfickich rebeliantów, Usha na ochotnika zgłosiła się być zakładnikiem i gwarancją, że zarówno jej mąż, jak i pozostali przybyli do Qualinostu wyłącznie w poszukiwaniu berła. Miała również udowodnić, że nie byli oni szpiegami zielonego, smoczego suwerena.
Jednak podczas jej pobytu u elfów coś się wydarzyło. To coś miało związek z berłem i teraz za wszelką cenę próbowała to sobie przypomnieć. To coś, być może, mogło im pomóc w walce ze smokami.