Dragonlance: Smoki Nowej Ery. Tom 2. Dzień burzy (#2) - Jean Rabe


Reflow text when sidebars are open.
Czerwony odcień chciwości
Malystryx czerwona leżała na płaskowyżu, na najwyższym szczycie górskim, pośród jałowego pustkowia. Z tego miejsca, które niegdyś zwane było Równinami Goodlund, mogła obserwować rozległą część swego królestwa. Z jej przepastnych nozdrzy unosił się dym, przesłaniający jej ogromne, ciemne oczy. Z głowy wyrastały delikatnie zakręcone, bliźniacze rogi, zwieńczone ostrymi końcami. Jej łuski, wielkie niczym rycerskie tarcze, jarzyły się w późno popołudniowym słońcu niczym rozżarzone węgle.
Nieliczni, którzy przyjęli zaproszenie do jej ulubionego leża - jak stojący teraz przed nią Rycerze Takhisis - stawiali czoło niemałemu wyzwaniu. Potoki lawy z otaczających płaskowyż wulkanów spływały niebezpiecznie blisko urwistych ścieżek, prowadzących do legowiska. Pośród posępnych stoków grasowały nieznane bestie, a po dotarciu na szczyt przybysze musieli zmagać się z potwornym upałem lub zginąć.
Dziewięćdziesięciu mężczyzn było tu z rozkazu swego gubernatora generalnego. Zostali wybrani za swą odwagę, przebiegłość oraz lojalność. Malys niewiele uwagi poświęcała ludziom, jednak tych uważała za znacznie lepszych od wszystkich, których wymordowała w rozlicznych wioskach zniszczonych przez nią od czasu, gdy objęła władzę nad tą częścią Ansalonu.
- Należycie do mnie - syknęła do rycerzy. Słowa zabrzmiały przeciągle, niczym złowróżbny wiatr. Płomienie zatańczyły z głośnym trzaskiem wokół jej masywnych szczęk.
- Rozkazuj nam wedle swego życzenia - rozległ się głos wysokiego rangą rycerza, który wystąpił naprzód i z czcią skłonił głowę. Był to młody mężczyzna, który wyróżnił się w licznych bitwach pod czujnym okiem gubernatora generalnego. Zdawał się pewny siebie i opanowany w obecności wielkiej smoczycy, choć w rzeczywistości czuł przed nią respekt i paniczny strach.
Nosił czarną zbroję rycerzy z widoczną na napierśniku lilią śmierci. Kręta strużka czerwieni unosiła się nad jednym z płatków - pełgający płomień, który oznaczał, że jego oddział poprzysiągł wierność Malys. Młody rycerz stał na baczność z boleśnie wyprostowanymi ramionami i rękami naprężonymi jak strzały. Jego nieruchomy wzrok wbity był w ukryte za gęstym dymem oczy smoczycy. Malys delikatnie rozwarła szczęki, pozwalając, by jej ognisty oddech owiał ciało mężczyzny. Rycerz nawet nie drgnął, choć po jego twarzy potoczyły się krople potu.
- Nazywasz się... - rozpoczęła Malys.
- Podporucznik Rurak Gistere - odparł.
- Rurak - powtórzyła smoczyca - Gistere. - Słowa zabrzmiały upiornie, wypowiedziane jej dźwięcznym, nieludzkim głosem. Nieznacznie pochyliła głowę i zmierzyła go wzrokiem. Już wcześniej przyglądała mu się z uwagą, kiedy prowadził oddział w górę ścieżki, pragnęła jednak, by poczuł się niezręcznie; chciała zobaczyć, czy drgnie przy tak dokładnej obserwacji.
Warknęła miękko, kiedy jej oczy napotkały jego wzrok. Mężczyzna nawet nie drgnął i zauważyła z satysfakcją, że ani jego usta, ani ręce nie drżały. Rycerz był doskonale wyszkolony i niezwykle dzielny. Albo po prostu głupi. Tak czy owak, Malys zdecydowała, że zrobi z niego użytek.
- Ruraku Gistere - rzekła ponownie, tym razem jednak przeciągając każdą sylabę i pozwalając, by głębokie dźwięki odbiły się echem od wulkanów.
- Tak, wielka Malystryx?
- Zdejmij zbroję.
Wszyscy rycerze, oprócz Ruraka Gistere, patrzyli szeroko otwartymi ze zdumienia oczyma. Smoczyca była wyraźnie rozbawiona. Dla niej twarze pozostałych rycerzy wyrażały tuziny niewypowiedzianych pytań. Czy Rurak zostanie pożarty? Torturowany? Kto będzie następny? Była jednak zadowolona, widząc, że rycerze utrzymują swe pozycje, patrząc z uwagą i przerażeniem.
Rurak również zachował stoicki spokój. Zdjął rękawice i położył je u swych stóp. Następnie zdjął hełm i powiewającą, czarną pelerynę, którą delikatnie położył na rękawicach. Później pozbył się naramienników, epoletów i innych części zbroi chroniących jego ramiona. Rozpinanie napierśnika zabrało mu sporo czasu, jednak w końcu rycerz postawił go obok innych części zbroi. Następnie zdjął kolczugę. Tunika pod nią była brudna od potu, dlatego szarpnął ją, odsłaniając lśniący, umięśniony tors.
- Wystarczy - rzekła Malys.
Rurak stanął na baczność i ponownie wbił wzrok w oczy smoczycy.
Ta uniosła szpon i zgięła go w kierunku rycerza, tak jakby był psem, którego chciała przywołać skinieniem.
- Bliżej, Ruraku Gistere - syknęła. Rycerz ominął złożoną na ziemi zbroję i zbliżył się do pyska smoczycy. - Nie. Jeszcze bliżej.
Rycerz stał teraz zaledwie kilka stóp od pazura smoczycy i po raz pierwszy w jej obecności zdradzał oznaki słabości. Jego dolna warga drżała delikatnie, jednak Malys zdecydowała, że wybaczy mu tę ułomność. Musiała przyznać, że był najbardziej odpowiedni z całej grupy.
Podniosła się, aby usiąść na tylnych łapach. Jej cień spoczął na mężczyźnie, dając mu odrobinę ochłody, i przyszło mu na myśl, że dopiero w takich niefortunnych okolicznościach dana mu była chwila wytchnienia od wszechobecnego żaru. Malys podniosła ogon do oczu i zdawała się przez chwilę mu przyglądać. Po chwili wyszarpnęła jedną z najmniejszych łusek przy jego końcu i uniosła ją ostrożnie.
- Uklęknij - syknęła. Młody rycerz natychmiast wykonał rozkaz. Następnie czerwona wypowiedziała słowa tak osobliwe, że nikt z obecnych na płaskowyżu nie mógł ich zrozumieć. Było w nich melodyjne brzmienie i podczas gdy jej nieludzki głos dudnił dookoła i nabierał tempa, żar na płaskowyżu wzmógł się jeszcze bardziej. Płomienie strzeliły z jej nozdrzy, drażniąc krawędzie łuski.
Rurak, oszołomiony i rozgorączkowany, poczuł, jak jego ciało ogarnia gorączka. W głowie mu dudniło i zagryzł zęby, aby powstrzymać krzyk, podczas gdy fale gorąca przetaczały się przez jego ciało. Domyślał się, że jego krew wrze, a skóra zaczyna się topić. Młody rycerz przyglądał się płomieniom liżącym łuskę i migoczącym wokół nozdrzy smoczycy. Ujrzał kształty - pomarańczowe i czerwone skrzydlate istoty, miniaturowe odbicia Malys wirujące wokół jej ciała. Wizja hipnotyzowała go i przerażała, a jednak wciąż przyglądał się maleńkim, ognistym smokom, które zmierzały w jego kierunku.
Smoczyca zbliżyła łuskę do rycerza, by po chwili wbić ją w jego pierś. Skóra Ruraka zaskwierczała i pękła, a młody rycerz - pomimo odbytego szkolenia i determinacji - wydał z siebie potworny wrzask. Maleńkie ogniste smoki kłębiły się wewnątrz łuski, podczas gdy ta wypalała jego ciało, przylegając do niego, łącząc się z mięśniami jego torsu. Przypominała teraz niewielki napierśnik. Jej końce jarzyły się bielą ognistego oddechu smoczycy.
Rurak runął na ziemię, drapiąc ją paznokciami. Ból był nie do zniesienia i zupełnie go obezwładnił. Jego gardło było wyschnięte, dlatego z trudem walczył o oddech, nie mógł jednak złapać powietrza w wysuszone płuca. Po jego policzkach potoczyły się łzy. Miotał się przed potężnym cielskiem Malystryx i wznosił modły do swej bogini Takhisis, by zesłała na niego śmierć. Śmierć jednak nie nadeszła. Po chwili pulsowanie w jego głowie osłabło, odzyskał oddech i zdołał dźwignąć się na kolana. Wciąż było mu gorąco, nadzwyczaj gorąco, jednak nie czuł się już tak, jak gdyby przetaczał się po ognisku. Z trudem podniósł się i po kilku chwilach niepewnie stanął na baczność.
Zaszczyciłam cię, Ruraku Gistere, jak bardzo nielicznych na tym świecie. Oczy Ruraka nieznacznie rozszerzyły się ze zdumienia. Usta smoczycy nie poruszały się, jednak on słyszał jej głos w swojej głowie. Część mnie jest teraz z tobą, rycerzu, dodając ci siły, czyniąc cię lepszym od zwykłego człowieka. Teraz rzadko będziesz potrzebował snu. Odkryjesz, że jesteś silniejszy, bardziej czujny, że twoje zmysły są wyostrzone, a umysł bystrzejszy. Jesteśmy połączeni, Ruraku Gistere, i dzięki tej więzi mogę zobaczyć to, co widzą twoje oczy, usłyszeć to, co ty słyszysz. Naprawdę należysz do mnie.
- Twój do usług - rzekł głośno Rurak.
- Poprowadzisz więc tych rycerzy poza należące do mnie ziemie, do miejsca, które ludzie zwą Solamnią. - Tym razem słowa smoczycy były słyszalne dla wszystkich rycerzy czekających za plecami Ruraka. - Muszę się dowiedzieć, co się tam dzieje, i wiedzy tej dostarczysz mi ty. Ty i twoi ludzie podróżować będziecie od wioski do wioski, rozmawiając z ich przywódcami. Dowiesz się, gdzie gromadzą się uchodźcy z Ansalonu, kto podburza lud przeciwko smoczym suwerenom i Rycerzom Takhisis i znajdziesz tych, którzy mogą stać się moimi sojusznikami.
- Jak sobie życzysz - odparł.
- Szukaj ludzi zdrowych i bystrych, w sercach których czai się mrok. Może uda mi się zrobić z nich pożytek. Tylko ludzi. Poinstruuję cię, gdzie ich doprowadzić.
- Rozumiem, Malystryx. - Rurak zaryzykował spojrzenie w dół, na łuskę. Była krwiście czerwona i lśniąca, ale już się nie żarzyła. Przeciągnął dłonią po jej obrzeżach, muskając palcami niewielką szczelinę między nią a skórą. - Czy już zawsze będę musiał ją nosić? - zaryzykował pytanie.
- Nigdy nie zdołasz jej usunąć, oznacza to bowiem pewną śmierć.
Rurak Gistere skłonił głowę przed smoczycą i po chwili przystąpił do zakładania zbroi. Po raz ostatni spojrzał w ogromne oczy Malys i ujrzawszy w nich swoje odbicie, odwrócił się i skierował swych ludzi ścieżką w dół.
Malys wychyliła głowę poza krawędź płaskowyżu i obserwowała oddalających się rycerzy. Nie widziała Ruraka, wiedziała jednak, że przewodzi oddziałowi. Wiedziała o każdym jego kroku, ponieważ od tej chwili patrzyła na świat jego oczami. Widziała, że nikt nie idzie przed nim. Widziała skały, które mijał, potoki lawy, które przeskakiwał bez najmniejszego trudu.
Mruknęła z satysfakcją, zamknęła oczy i w myślach przywołała inny obraz.
Daleko, jak okiem sięgnąć, we wszystkich kierunkach rozciągała się migocząca, biała kraina - od pokrytych niegdyś pustynną roślinnością równin i stepów wybrzeża aż do wschodnich stoków imponującego łańcucha górskiego, przecinającego Południowy Ergoth. Szalały tu lodowate wichry, tworząc z nawiewanego śniegu zaspy, nieustannie zmieniające się wzory i stale powiększające się urwiska. W przeciwieństwie do zachodniej części kraju, Południowy Ergoth stał się prawdziwą górą lodową.
Jego złośliwy władca - smoczy suweren Gellidus, przez ludzi nazwany Frostem - siedział na skraju niewielkiego, zamarzniętego jeziora. Z wyjątkiem jego oczu - bladych, błękitnozielonych sadzawek - smok był równie biały, jak wszystko inne w jego królestwie. Jego łuski z rzadka połyskiwały gdzieniegdzie srebronolazurowymi żyłkami, odbijając barwy nieba, które nieczęsto prześwitywało przez warstwę chmur.
Majestatyczny smok trwał w bezruchu, jego nieruchome oczy były otwarte, skrzydła przyciśnięte do boków, a ogon zwinięty wokół tylnych łap. Korona - łuskowata grzywa, która z wdziękiem okalała tył jego oszronionej głowy - lśniła, podobnie jak pięć zwężających się ku końcom rogów, które niczym odwrócone sople lodu wyrastały z jego głowy.
Gellidus wpatrywał się w jezioro, napełniając płuca błogosławionym, lodowatym powietrzem. Uwolnił je jednym tchnieniem, zdmuchując śnieg z powierzchni zamarzniętej wody.
Świeżo odkryty lód zamigotał i zaiskrzył, przez chwilę zdając się płynąć, jak gdyby topniał. Po chwili rozbłysnął, przybierając bladoróżową barwę, jak wtedy, gdy odbijał promienie wschodzącego słońca, w dni, kiedy chmury nie były tak gęste. Teraz jednak dzień był w pełni, a lód był gruby na kilka cali, co wykluczało jego stopnienie. Róż przeistoczył się w promienistą, pomarańczową poświatę, po chwili przeszedł w ciepły cynober, kolor dogasającego żaru. W końcu przybrał intensywny odcień krwistej czerwieni i pojawiła się w nim postać Malystryx.
Gellidus przyjrzał się obrazowi ogromnej smoczycy z wytężoną uwagą i po chwili pochylił głowę. Czerwona spojrzała na niego z odległości kilkuset mil.
Twoja odpowiedź? - zachęciła.
Gellidus usłyszał jej głos w swojej głowie; była to namiastka magii, którą smoczyca wykorzystywała, komunikując się z innymi smokami. Wielka na około pięćset stóp, była niemal dwukrotnie większa od Gellidusa i mogła zmiażdżyć go bez większego wysiłku. Jej ogień z łatwością mógł stopić lód w jego królestwie. A kiedy para rozproszyłaby się, na równinach odnaleziono by jego powykręcane i spalone ciało.
- Sprzymierzę się z tobą, Malys - rzekł. Jego głos był dźwięczny i przenikliwy niczym lodowaty wiatr, który szalał w dolinach jego królestwa. Nie był jednak równie władczy, jak głos czerwonej. - Będę z tobą współpracował. Nie przeciwstawię się twojej woli.
Malys rozsunęła wargi w uśmiechu i przez głowę białego przetoczyło się dudnienie. Czerwona zdawała się zadowolona. Płomienie tańczyły między jej kłami, białymi niczym skóra Gellidusa, i unosiły się wokół głowy, tworząc przedziwny wieniec.
- Zechcę również być twoim małżonkiem, Malys - ciągnął biały.
Czerwona skinęła głową. Przyjmuję twą propozycję, Gellidusie. Razem wstrząśniemy Ansalonem. Moje plany już są realizowane i wkrótce poinformuję cię o wielkiej roli, jaką w nich odegrasz.
- Jestem zaszczycony - odparł biały. - Czy się spotkamy?
Wkrótce - odparła miękko. Na Równinach Pyłu, w królestwie zwanym Duntollik.
- Na neutralnym gruncie - odparł. - Jesteś najmądrzejsza. - Chwilę później poczuł, jak jej umysł wymyka się z jego głowy i patrzył, jak czerwony blask na powierzchni zamarzniętego jeziora przechodzi w pomarańcz, a następnie w delikatny róż. Po chwili lód na powrót stał się mlecznobiały, a kojący, lodowaty wiatr pokrył jego gładką powierzchnię tumanem śniegu.
Gellidus szczerze nienawidził płaszczenia się przed innymi smokami. Był przecież smoczym suwerenem i niepodzielnie rządził Południowym Ergoth. Kiedy tu przybył, kontynent elfów Kagonesti był krainą o umiarkowanym klimacie. Istniały rozległe obszary skutej lodem ziemi, którymi mógłby władać bez większego wysiłku, jednakże były zamieszkane przez garstkę lodowych barbarzyńców, a Gellidus odczuwał potrzebę panowania nad znacznie większą liczbą stworzeń. Odkąd prawie dwadzieścia lat temu zapewnił sobie panowanie nad Południowym Ergothem, bez ustanku zmieniał jego klimat i rzeźbę, tak, by odpowiadały jego mroźnym, surowym upodobaniom. Szybko przejął kontrolę nad niegdyś wspaniałą stolicą Daltigoth. Równie szybko oddał ją w ręce ogrów - złupiwszy przedtem wszystkie jej bogactwa. Dolina Foghaven również upadła, a wraz z nią legendarne miejsce spoczynku Humy - bohatera Trzeciej Smoczej Wojny.
Gellidus dowodził zamieszkującymi owe ziemie ogrami. W zamian za swe bezwartościowe żywoty i namiastkę władzy oferowały mu swą lojalność i usługi. Grupy thanoi - groteskowych ludzi-morsów - również służyły białemu. Gellidus pojmał ich na południowych Równinach Pyłu i sprowadził do swego królestwa, czyniąc z nich swych strażników i posłańców.
Większość Kagonesti, dzikich elfów, które niegdyś zamieszkiwały te ziemie, opuściło je ponad dziesięć lat temu. Niektóre z nich pozostały jednak w zachodnich częściach smoczego królestwa, za Górami Last Gaard. Choć klimat był tu surowy, a zimy ciężkie, życie elfów było stosunkowo wolne od smoczego panowania. Gellidus był bowiem zbyt leniwy, by podbić tę część kontynentu, choć trzeba przyznać, że prowadził osiadły tryb życia. Biały postanowił po prostu pozostawić ludziom bezpieczną przystań. To było miejsce, które mógł obserwować, studiować i terroryzować, kiedy wszystko inne zaczynało go nudzić.
Gellidus podniósł się na swych krępych łapach i rozwinął mierzący kilka tuzinów stóp ogon, zakończony spłaszczonym, podobnym do płetwy grzebieniem. Rozprostował grubą szyję i przez chwilę spoglądał na zamarznięte jezioro, by następnie przebić lód przednimi szponami. Po chwili całe jego ciało zniknęło pod lodem, wpadając w objęcia przyjemnej, lodowatej głębiny.
Biały nie był pierwszym małżonkiem Malys. Zaszczyt ten przypadł w udziale Khellendrosowi, Burzy nad Krynnem, który zajmował teraz jej myśli.
- Khellendros wykorzystuje rycerzy - syknęła do siebie Malys. - Choć nie tak trafnie i sprytnie jak ja. - Myśli czerwonej często podążały ku błękitnemu, który sprawował władzę nad Północnymi Pustkowiami i miastem Palanthas. Uważała go za najbystrzejszego i najpotężniejszego z tych, którym przewodziła.
- Co on knuje? - zastanawiała się na głos. Wyciągnęła szpon w kierunku spopielonej ziemi i zaczęła rysować na niej osobliwy wzór. Po chwili kurz na jego końcach zawirował, a powietrze zaiskrzyło chłodną, błękitną energią.
Khellendrosie, chcę z tobą rozmawiać - tutaj.
Śmierć i narodziny
Wzrastające ciśnienie zimnej, błękitnej wody przywróciło Dhamonowi świadomość. Jego ciało unosiło się tuż ponad mulistym dnem jeziora, długie włosy łopotały wokół niego niczym wodorosty, a płuca desperacko pragnęły powietrza. Owładnięty bólem po stoczonej ze smokiem walce zdołał jednak wykrzesać resztki sił, odepchnąć się od dna i z trudem skierować ku powierzchni wody. Kiedy tak unosił się coraz wyżej, poczuł, że jego kończyny stają się ciężkie i zdrętwiałe. Poczuł, jak ogarnia go pokrzepiająca ciemność. Po chwili jego głowa była już ponad powierzchnią wody. Dhamon odetchnął ciężko, wypluwając nagromadzoną w płucach wodę, i chciwie zachłysnął się powietrzem.
Jego mokre włosy przykleiły się do twarzy, jednak między kosmykami dojrzał Palina, Feril i Riga wdrapujących się na wzgórze i oddalających od brzegu jeziora.
- Feril! - Podniósł dłoń i zaczął nią machać, by zwrócić uwagę elfki. Jego głos nie był jednak wystarczająco donośny. Kagonesti była zbyt daleko, by go usłyszeć, i oddalała się coraz bardziej z każdym uderzeniem serca.
- Feril! - zawołał ponownie, jednak chwilę później coś otarło się o niego i owinęło wokół jego nogi. Krzyki Dhamona ustały, gdy poczuł, że coś ściąga go na dół. Woda wdarła się do jego gardła, a ciemność zamknęła się nad jego głową.
Tuż przed świtem Kowadło Flinta wypłynęło z doków Palanthas. Transportowiec sunął żwawo i cicho niczym widmo w labiryncie kutrów rozsianych na głębokiej zatoce. Palin Majere ruszył w kierunku dziobu, zasłuchany w delikatny plusk sieci rybackich i niemal niesłyszalne skrzypienie pokładu pod jego odzianymi w sandały stopami.
Syn osławionych Bohaterów Lancy - Caramona i Tiki Majere, a także jeden z nielicznych ocalałych po bitwie w Otchłani, Palin nazywany był najpotężniejszym czarodziejem Krynnu. Jednak mimo swych magicznych zdolności i wiedzy tajemnej czuł się bezsilny wobec smoków, które zagrażały jego światu. Przeklinał siebie za to, że nie zdołał ocalić Shaon z Istar i Dhamona Grimwulfa podczas wczorajszego ataku błękitnego smoka.
Palin wychylił się za reling, wbijając wzrok w punkt na horyzoncie, gdzie zabarwione na różowo niebo stykało się z falami. Jego poprzetykane siwizną, kasztanowe włosy łopotały na wietrze i czarodziej ziewając, obojętnie odgarnął je z oczu. Ostatniej nocy nie zmrużył oka. Leżał, wsłuchując się w głosy robotników naprawiających złamany przez smoka grotmaszt. Kiedy praca została zakończona, nasłuchiwał odgłosów wody obijającej się o kadłub i myślał o swych zmarłych przyjaciołach.
- Jesteśmy już dostatecznie daleko! - zawołał Rig Mer-Krel, barbarzyńca morski, który dowodził Kowadłem. Gestem dał znak Grollerowi, stojącemu przy tylnym maszcie półogrowi. Po chwili podniósł rękę, wskazał żagle, zacisnął pięść i szybkim gestem uderzył nią w pierś.
Głuchy półogr skinął głową na znak, że zrozumiał dawane mu znaki i zaczął opuszczać żagle, omijając przy tym śpiącego u podstawy masztu rudego wilka. Reszta załogi stała pośrodku pokładu. Grupa utworzyła krąg wokół tobołka przypominającego kształtem ludzkie ciało, ostrożnie owiniętego w stary żagiel. Jasper Fireforge, bratanek legendarnego Flinta Fireforge, uklęknął nad zawiniątkiem i pękatymi, krasnoludzkimi palcami musnął zawiązaną wokół tobołka jedwabną szarfę. Wymamrotał kilka słów do nieobecnych bogów morza, pogłaskał krótką, brązową brodę i stłumił szloch.
Za jego plecami stała Feril. Kagonesti zamknęła oczy, a po wytatuowanym na jej policzku, dębowym liściu potoczyły się łzy.
- Shaon - szepnęła - będzie mi ciebie brak.
- Mnie też - cichutko zawtórowała jej Bąbella, kenderka w średnim wieku. Wykrzywiła twarz, bawiąc się białymi rękawiczkami. - Byłaś jedyną osobą, której kiedykolwiek powiedziałam o... o mojej...
- Shaon kochała morze - zaczął Rig, swym donośnym głosem przerywając rozmyślania kenderki. - Często żartowałem, że w jej żyłach płynie nie krew, lecz słona woda. Nie grunt pod nogami, a kołyszący się pokład był jej domem. Była moim pierwszym matem, moją przyjaciółką i moją... - Ciało żeglarza zadrżało, kiedy pochylił się, by utulić w ramionach zawiniątko. Mięśnie miał napięte, gdyż zawinięte w żagiel ciało zostało obciążone, by łatwiej poszło na dno. - Dziś zwracamy ją morzu, które tak bardzo miłowała.
Podszedł do relingu i zatrzymał się, wyobrażając sobie ukrytą pod płótnem twarz Shaon. Będzie mu brakowało dotyku jej skóry i nigdy nie zapomni jej zaraźliwego uśmiechu. Przerzucił ciało przez burtę i patrzył, jak błyskawicznie znika z oczu.
- Nigdy cię nie zapomnę - rzekł tak cicho, że nikt inny nie mógł go usłyszeć.
Feril podeszła do relingu, stając obok żeglarza. Bryza rozwiewała kasztanowe loki wokół jej twarzy, drażniąc końcówki szpiczastych uszu.
- Dhamon Grimwulf również zginął, choć nie udało nam się odnaleźć jego ciała. Porzucił życie Rycerza Takhisis, aby poświęcić się szlachetnej sprawie i oddał swoje życie, by zgładzić błękitnego smoka, który zabił Shaon. - Kagonesti trzymała w smukłej dłoni skórzany rzemień. Znalazła go pośród skromnego dobytku, jaki Dhamon zabrał ze sobą na statek. Przystanęła, by zawiązać go wokół grotu strzały. - Dhamon doprowadził do naszego spotkania. Oddajmy zatem cześć jego pamięci i pamięci Shaon, zostając razem i odbierając nasze domostwa smokom. - Grot wraz z rzemieniem wyśliznął się z jej palców i wpadł do wody, podobnie jak Dhamon i błękitny smok, zwany Gale, stracili swe życie w wodach pobliskiego jeziora.
Przez długą chwilę jedynym dźwiękiem było delikatne skrzypienie masztów. W końcu jednak Rig oddalił się od relingu i skinął głową na Grollera. Półogr podniósł żagle i ciemnoskóry marynarz ruszył w kierunku steru.
Kilka dni później w południe Rig, Palin, Bąbella i Feril, mokrzy od potu, stali na rozciągającej się na Północnych Pustkowiach pustyni. Przed nimi siedziała długa na stopę jaszczurka. Strzelała swoim rozdwojonym językiem ze szczególną uwagą, spoglądając na rozmawiającą z nią Kagonesti. Pozostali przyglądali się, nie rozumiejąc ani słowa z tej niezwykłej konwersacji.
- Tylko przez krótki czas mogę pozostać na tej pustyni, maleńka - rzekła Feril językiem pełnym mlaśnięć i syków.
- Biegaj ze mną po piasku. Podziwiaj ze mną mój przepiękny dom. Pustyni starczy dla każdego.
- To najpiękniejsza pustynia - przyznała Feril. - Ale muszę wiedzieć...
- Chwytaj ze mną owady. Chrupiące żuki. Słodkie motyle. Soczyste koniki polne. Bardzo, bardzo soczyste koniki. Mnóstwo dla każdego.
- Nie interesują mnie owady - wyjaśniła Feril.
Jaszczurka wyglądała na rozczarowaną i po chwili odwróciła się.
- Proszę, nie odchodź - syknęła elfka, klękając obok niej.
- O czym one rozmawiają? - spytała kenderka, przypatrując się im z typową dla niej ciekawością. - Rig, wiesz, o czym one mówią? Jedyne, co słyszę to jakieś posykiwania. Brzmią jak para czajników.
- Cicho! - zbeształ ją marynarz.
- Chciałabym wiedzieć, jak posługiwać się taką magią - obrażonym tonem rzekła Bąbella. - Mogłabym rozmawiać z każdym. - Kenderka splotła ramiona i spojrzała na ziemię, a przynajmniej na to, co mogła zobaczyć znad cienkiej, pomarańczowej tuniki, która wydymała się na gorącym, suchym wietrze ponad jej krótkimi nóżkami. Tunika była kolejnym czułym punktem. Tego ranka, kiedy Bąbella wyszła spod pokładu ubrana w zbyt obszerną pomarańczową tunikę i zielone rękawiczki, Rig rzekł, że wygląda jak dojrzała dynia. Komentarz wystarczył, aby pozbyła się swych pomarańczowych butów na rzecz brązowych sandałów i zostawiła swój pomarańczowy kapelusz. - Palinie, nie mógłbyś rzucić jakiegoś czaru, żebyśmy wszyscy zrozumieli, co jaszczurka...
- Opowiada mi o swej wielkiej pustyni - wytłumaczyła Feril, przelotnie spoglądając na Bąbella. Wyciągnęła dłoń, podrapała nią głowę jaszczurki i wróciła do syczenia i cmokania.
- To naprawdę wielka pustynia - przyznała Bąbella, spoglądając na rozciągające się we wszystkich kierunkach morze piasku. Musiała wysilać oczy, by dostrzec maszty Kowadła widoczne na północy horyzontu. Zdawały się tak cienkie i odległe, że kenderka pomyślała, że wyglądały jak igły wystające z białej tkaniny. - Wiem, że to ogromna pustynia, ponieważ widziałam jej mapę. Dhamon kupił ją w Palanthas kilka tygodni temu, zanim udaliśmy się na pustynię na południe stąd. Była z nami Shaon. - Zamilkła, widząc, jak usta Riga zaciskają się na samo wspomnienie Shaon. - Oczywiście - podjęła szybko na nowo - Dhamon nie miał tej mapy zbyt długo. Zaatakowały nas smocze pomioty i wystraszyły konie. Mapa była w bagażach na koniu Dhamona i tylko bogowie wiedzą, gdzie on może teraz być. Czy myślisz, że koń wciąż żyje? Myślisz, że będziemy potrzebować innej mapy? A może jaszczurka mogłaby, no wiesz, narysować mapę ogonem na piasku. Albo moglibyśmy...
- Cicho! - niemal jednogłośnie zbesztali ją Palin i Rig.
Kenderka wydęła dolną wargę, zaryła piętą w piasku i wbiła wzrok w jaszczurkę, która z uwagą przyglądała się Feril.
- Jesteś bardzo mądra - syknęła Kagonesti.
- Bardzo, bardzo mądra - dodała jaszczurka. Siedziała na swych małych, tylnych łapkach, patrząc na gładką, opaloną twarz i błyszczące oczy elfki. - Najmądrzejsza na tej cudownej pustyni.
- Założę się, że wiesz mnóstwo o tym, co się tu dzieje.
- Wiem wszystko - odparła jaszczurka, nadymając swą maleńką pierś.
- Co zatem wiesz o błękitnym smoku?
- Błękitnym? - Długi, kręty ogon stworzenia napiął się na chwilę niczym struna i jaszczurka zmrużyła zagadkowo oczy. - Brązowym jak błoto?
- Błękitnym jak niebo - poprawiła się.
Jej myśli wirowały.
- Bardzo, bardzo duża jaszczurka?
Feril kiwnęła głową.
- Skrzydła? Jak ptak?
- Tak, smok potrafi latać.
- Trzymaj się razem ze mną z daleka od wielkiej, wielkiej jaszczurki - pouczyło stworzenie. - Zje cię bardzo, bardzo szybko.
Bąbella szarpnęła Riga za nogawkę.
- Zastanawiam się, czy Feril mówi jaszczurce, że tak naprawdę to był twój pomysł. Wszyscy woleliśmy ścigać białego w Południowym Ergoth. Masz lancę Dhamona i mógłbyś go zabić.
- To moja lanca.
- Teraz tak - zgodziła się Bąbella. - Ale początkowo należała do Sturma Brightblade'a, który używał jej na Wojnie Lancy dawno, dawno temu. Później należała do ludzi, którzy rozebrali ją na części i przechowywali jako pamiątki. A później Dhamon i Palin na nowo ją złożyli i lanca należała do Dhamona, dopóki nie zginął. Może powinieneś był wziąć ją ze sobą, na wypadek gdybyśmy przypadkiem wpadli na jakiegoś smoka. Może nie powinieneś był zostawiać jej na statku Grollerowi i Jasperowi. I może powinniśmy zamiast tego ruszyć do Południowego Ergoth.
- Udamy się do Południowego Ergoth - stanowczo odparł Rig.
- Dobrze, ale wciąż uważam, że powinieneś był wziąć lancę ze sobą.
Rig westchnął i zniżył swój głos do szeptu.
- Posłuchaj, Bąbella. Nie wiem nawet, jak jej używać. Zadowolona?
- Myślałam, że umiesz radzić sobie z każdą bronią. Feril mówi, że jesteś chodzącym arsenałem.
- Miecze, sztylety, garoty - wiem, jak się nimi posługiwać. W ostateczności posłużę się także bolą i kilkoma innymi rodzajami broni. Jednak lanca to coś zupełnie innego. Potrzeba do niej obu rąk i jest ciężka. Najpierw chcę trochę poćwiczyć i zaznajomić się z nią. Posługiwanie się bronią, której nie znam, mogłoby wyrządzić więcej szkody niż pożytku.
- Czyli po prostu nie chcesz, by Palin się dowiedział, że nie umiesz jej używać. Dlatego szepczesz, żeby nie usłyszał.
Rig jęknął.
- Bąbella...
- Tak czy inaczej po co miałbyś wlec wielką lancę aż na pustynię? Byłbyś tylko bardziej spocony, zmęczony i opryskliwy. Wiesz, mógłbyś oddać ją komuś, kto wie, jak jej używać. Może Groller mógłby spróbować albo nawet...
- To moja lanca - powtórzył marynarz. - Będę miał mnóstwo czasu - tygodnie, miesiące - aby poćwiczyć w czasie podróży do Południowego Ergoth.
- Powinniśmy już teraz ruszyć do Południowego Ergoth.
- Powiedziałem, że udamy się tam, ale dopiero wtedy, kiedy znajdziemy leże błękitnego. Ten smok zabił Shaon i umierając, zabił także Dhamona. Mówią, że smoki posiadają niezliczone skarby. A ja zamierzam zdobyć ich tyle, ile tylko zdołam udźwignąć.
- Cóż, nigdy wcześniej nie byłam na takiej wyprawie - radośnie odparła Bąbella. - To wszystko wydaje się takie ekscytujące, nawet w tym upale. Dziwi mnie to, że Palin godzi się z tym wszystkim. On naprawdę chciał się udać do Południowego Ergoth.
Rig westchnął.
- Palin zgodził się, bo to ja jestem kapitanem statku i potrzebuje mnie, by dostać się do Południowego Ergoth.
- Zgodziłem się, ponieważ sadzę, że możemy dowiedzieć się czegoś więcej o smokach, badając leże tego, który zginął - poprawił Palin. - Możemy zdobyć wskazówki, które pomogą nam pokonać inne bestie.
- Oczywiście pod warunkiem, że zdołamy odnaleźć jego legowisko - odparła Bąbella. - Ptaki, z którymi rozmawiała dziś rano Feril, nie były zbyt pomocne. A teraz ta jaszczurka, chociaż kto wie, co ona mówi...
- Cicho! - przerwała jej Feril. - Ledwie słyszę moją małą przyjaciółkę.
- Ogromna jaszczurka pożera wszystko - ciągnęło stworzenie. - Wielbłądy i...
- Nie pożre już niczego więcej - syknęła Feril. - Nie żyje. Zabił ją mój przyjaciel.
Jaszczurka zamknęła oczy i wysunęła język, co, jak zrozumiała Feril, wyrażało niezmierną ulgę.
- Bardzo, bardzo się cieszę, że nie żyje.
- Chcemy zobaczyć, gdzie mieszkała.
- Jama jaszczurki jest ciemna i bardzo, bardzo śmierdząca. Cuchnie śmiercią.
- Byłaś tam?
- Raz. Weszłam tam, goniąc żuki, potem wyszłam. Cuchnęło. Nie chciałam takich wstrętnych żuków.
- Zabierzesz nas tam?
- Nie. - Stworzenie zmarszczyło łuskowaty nos, rozwinęło ogon i odwróciło się na południowy wschód. - Ogromna jaszczurka mieszkała tam. Niedaleko skał dotykających nieba. Daleko stąd, trzy dni, cztery, dwa. Ale dla ciebie to nie tak daleko. Dla ciebie może jeden. - Spojrzała na długie nogi Feril. - Bardzo zadowolona, że nie żyje. Chodź, pobiegaj ze mną po piasku. Szukaj ze mną soczystych skoczków.
Feril potrząsnęła głową.
- Dziś nie mam czasu. - Podniosła się, otrzepała piasek z kolan i obserwowała oddalającą się jaszczurkę.
- Wiedziała cokolwiek o legowisku smoka? - spytał Rig. Marynarz otarł pot z twarzy i pociągnął z bukłaka.
- Tędy - odparła Feril, ruszając w kierunku wskazanym przez jaszczurkę. - Chodźcie za mną.
Tuż przed zapadnięciem zmierzchu zatrzymali się na odpoczynek. Nie mogąc znaleźć schronienia, usiedli na piasku nieopodal niewielkiej wydmy. Nogi Palina były obolałe od wędrówki, a stopy parzyły go od ziarenek piasku, które bez ustanku wsypywały się do sandałów. Cienkie ubranie, które niegdyś miało kolor bladej zieleni, było teraz pociemniałe od potu i kleiło się do ciała. Mag zamknął oczy i spróbował wyobrazić sobie coś chłodnego.
- Jesteś pewna, że legowisko jest tam? - Rig opadł na ziemię niedaleko Palina i zwrócił oczy ku Kagonesti.
- Tak, w tym kierunku - odparła Feril.
- Jak daleko jeszcze? - Marynarz zdjął koszulę. Jego ciemna skóra błyszczała i na próżno usiłował wytrzeć się przesiąkniętą od potu tkaniną. Po chwili z powrotem nałożył koszulę. - Wędrowaliśmy cały dzień. Może rozmawianie ze zwierzętami nie było najlepszym sposobem, by dowiedzieć się czegokolwiek o legowisku błękitnego?
- Masz lepsze propozycje? Cała ta wyprawa była twoim pomysłem, Rigu Merze - przypomniała mu. - Gdyby tak bardzo nie zależało ci na odnalezieniu legowiska martwego smoka i wzbogaceniu się, bylibyśmy... - Pozwoliła, by słowa zamarły. - W domu - pomyślała - już dawno bylibyśmy w drodze do Południowego Ergoth, który był moim domem, dopóki nie przybył tam biały smok.
Feril odwróciła się plecami i skupiła na ciepłym wietrze muskającym jej skórę. Znosiła upał znacznie lepiej od swych zrzędzących towarzyszy. Jako dzika elfka była przyzwyczajona do licznych kaprysów natury i raczej rozkoszowała się, niż gardziła drastycznymi zmianami pogody. Przyglądała się zachodzącemu słońcu. Lśniącej kuli, która barwiła pustynię delikatnym, pomarańczowoczerwonym blaskiem. Widok był urzekający i przez chwilę Feril pragnęła, by Dhamon wciąż żył i wraz z nią podziwiał to piękno.
- Kiedy dotrzemy do Południowego Ergoth, przynajmniej nie będziemy się pocić - zaczęła Bąbella. Ostrożnie podniosła odziane w rękawiczki dłonie i zaczęła się bawić warkoczami. Kiedy palce zaczęły tętnić bólem, zagryzła dolną wargę i postanowiła zostawić włosy w spokoju. - Zastanawiam się, jak tam będzie zimno? Prawdopodobnie nie tak zimno, jak tu jest gorąco. Topię się we własnym pocie.
Marynarz uśmiechnął się - pierwszy raz od śmierci Shaon. Opróżnił kolejny bukłak z wodą, oparł się o wydmę i zamknął oczy. Zastanawiał się, co pomyślałaby Shaon o włóczeniu się po piasku i szukaniu dziury w ziemi; dziury, w której niegdyś żył smok, który pozbawił ją życia.
Jego rozważania przerwał szum skrzydeł. Marynarz spojrzał na piaszczyste wzniesienie kilkanaście jardów dalej. Usiadł na nim sęp i z uwagą przyglądał się nowo przybyłym; a wysoko na niebie szybowało kilka innych ptaków.
Feril gorączkowo nadała bryłce gliny kształt miniaturowego ptaka. Skupiła całą swoją uwagę na zapachach i odgłosach otaczającej ją pustyni, by chwilę później poczuć, jak jej myśli unoszą się na ciepłym wietrze, w kierunku siedzącego sępa. Wytężyła umysł, aż między nią a ptakiem nawiązała się specyficzna więź i mogła bez obaw wedrzeć się do jego umysłu.
Umrzecie wkrótce - zakrakał głośno, wypełniając swym piskliwym głosem głowę elfki. Burczy mi w brzuchu, a wy świetnie nadawalibyście się na pożywienie.
Feril potrząsnęła głową. Zamierzam jeszcze długo pożyć.
Ludzie bez wielbłądów zwykle nie żyją długo w tym upale - zakrakał. Wkrótce potkniesz się i już nie wstaniesz. Wkrótce otoczy cię słodki zapach śmierci, a wówczas my zaczniemy swą ucztę.
Lubisz zapach śmierci. - Było to stwierdzenie, ale Feril zauważyła, jak ptak przytakuje skinieniem głowy.
Jest taki słodki - zakrakał.
Być może wiesz coś o pobliskim miejscu, gdzie zapach śmierci unosi się w powietrzu?
Wraz z pojawieniem się na niebie pierwszych gwiazd ich oczom ukazało się potężne skaliste wzniesienie. Ciągnęło się wzdłuż piasku niczym kręgosłup na wpół zakopanej bestii, a w niektórych miejscach jego wysokość sięgała przynajmniej czterdziestu stóp.
- Skały, które dotykają nieba - szepnęła Feril, przypominając sobie słowa jaszczurki. - To tutaj ukrywał się smok.
Palin przemknął obok niej, kierując się w stronę wejścia do jaskini. Było ono niezwykle szerokie i osadzone tuż przy ziemi. Wyglądało niczym ogromny, mroczny cień, rzucany przez wiszącą nad nim grań i było niemal całkowicie skryte pod kopułą nocnego nieba. Nawet w świetle dnia trudno było je dostrzec z powodu wszechobecnych cieni.
Marynarz uniósł brew.
- Nie widzę żadnych śladów smoka.
- Wiatr - rzekła Feril, wskazując nawiewany na ich stopy piasek. - Przykrył je, tak samo jak przykrywa ślady naszych stóp.
- Jeśli w ogóle były tu jakiekolwiek ślady - odezwał się Rig. - Kto wie, czy sęp mówił prawdę? Prawdopodobnie nie był mądrzejszy od jaszczurki. - Spojrzał na czarodzieja. - Ciemno tu. A w środku będzie jeszcze ciemniej.
- Moglibyśmy zaczekać do rana - zaproponowała Feril.
Palin był wyczerpany, jednak bardziej niż snu pragnął uporać się z tym zadaniem, wrócić na pokład Kowadła i zostawić w końcu za sobą ten znienawidzony upał. Zamknął oczy i wytężył umysł, wyczuwając wokół energię, szukając nikłego, magicznego tętna ziemi.
W młodości było ono silne i potężne - było darem od bogów, jakże łatwym do schwytania i wykorzystywanym do tworzenia największych czarów. Teraz było jednak niczym wypowiedziany na wietrze szept, wyczuwalne jedynie przez utalentowanego maga. Przywołanie potężnych zaklęć wymagało ogromnej siły woli i wytrwałości. Umysł Palina pochwycił naturalną energię i skierował do otwartej dłoni, nadając jej kształt, zachęcając ją i tworząc z niej odmianę zaklęcia ognia.
- Ojej! - wykrzyknęła Bąbella.
Czarodziej otworzył oczy. W jego dłoni spoczywała jarząca się kula światła, lśniąca, choć nie bardziej gorąca od pustynnego powietrza. Pulsowała białym, pomarańczowym i szkarłatnym światłem niczym migoczące płomienie ogniska. Ten najprostszy czar działał lepiej niż jakakolwiek pochodnia.
- Zobaczmy, co zostawił po sobie smok - odezwał się Palin, prowadząc pozostałych do jaskini.
Nieruchome powietrze wewnątrz przesycone było mdłym zapachem śmierci. Był on tak silny, że oczy Palina zaczęły łzawić. Nieopodal wejścia, tu i ówdzie leżały porozrzucane, połamane kości i kępki sierści. Palin przyklęknął, by przyjrzeć się im z bliska.
- Wielbłądy - rzekł. - Tylko coś naprawdę wielkiego mogło pożreć tak wiele wielbłądów.
Wstał i ruszył w głąb jaskini, gdzie powietrze, choć zatęchłe, nie cuchnęło aż tak ohydnie. Podążając wzdłuż kamiennej podłogi, która opadała stromo w dół, wszedł do ogromnej podziemnej pieczary, szerokiej na około kilkaset stóp. Światło z trzymanej przez niego kuli ledwie oświetlało ściany i sufit; nie rozproszyło jednak cieni, które czaiły się we wnękach i innych skalnych formacjach.
- Nigdy nie byłam w tak ogromnej jaskini - zaćwierkała Bąbella. - Od czego tu zacząć, och, od czego zacząć. Palinie, spójrz na to!
Kenderka stała nieopodal skalistego wypiętrzenia, wskazując fragment podłogi, z którego został usunięty piasek. Palin zdołał dostrzec w kamieniu głębokie żłobienia. Zdawały się one tworzyć jakiś znak. Odgarnął dłonią resztę piasku, odsłaniając tym samym cały wzór. Przez moment pomagała mu Bąbella, która po chwili zerwała się nagle, by przyjrzeć się kolejnemu odkryciu. Część wzoru wyglądała znajomo, niczym zapisany składnik zaklęcia transformacji, który Palin kiedyś już widział.
- Ciekawe, że smok polegał na tego typu magii - zastanawiał się na głos. - Smoki mają wrodzone zdolności magiczne. - W skupieniu przyglądał się znakom. Wygięta linia symbolizowała zmianę lub odrodzenie. Kolejna, falista, która ją przecinała, była na całej długości posypana złotym proszkiem i symbolizowała siłę i energię, natomiast wypełniony woskiem okrąg, przecinający półksiężyc, oznaczał...
- Palinie! - Z odległości kilkunastu jardów zawołała Feril. Wraz z Bąbellą klęczały, przyglądając się czemuś na piasku. Bezpośrednio nad ich głowami, w suficie jaskini widniała szczelina i czarodziej dostrzegł drobinki piasku przesypujące się przez nią, niczym opadające płatki śniegu. - Lepiej rzuć na to okiem. - W głosie Kagonesti słychać było zniecierpliwienie, które natychmiast oderwało Palina od diagramu.
Rig, który zajęty był podziwianiem jaskini, też do nich dołączył.
- To fragment wielkiego śladu - zauważył, pochylając się nad ramieniem elfki. - A to oznacza, że twoi zwierzęcy przyjaciele mieli rację. To naprawdę było leże błękitnego. Znaczy to również, że zamierzam udać się dalej w głąb i poszukać skarbu. Mówiłem wam, że ta podróż nie zajmie nam dużo czasu.
Feril zmarszczyła brwi i dłonią wskazała zagłębienie.
- To chyba ślad pazura, a z jego układu powiedziałabym, że był to mały pazur prawej łapy.
- Ach, och - szepnęła kenderka.
- Tak więc smok miał ogromny pazur - odparł Rig. - Co z tego? Wiedzieliśmy o tym. Widzieliśmy go dostatecznie blisko, kiedy zabił Shaon. Chodź, Bąbello, będę potrzebował pomocy, żeby je wypełnić. - Wyszarpnął zza pasa kilka skórzanych toreb i wyciągnął jedną w kierunku kenderki. Bąbella nie ruszyła się jednak z miejsca, pochłonięta szczegółowym badaniem śladu.
- Ślad jest zbyt wielki - rzekła Feril. - Smok, który zabił Shaon i Dhamona, nie miał aż takich rozmiarów. Wierzcie lub nie, ale sądzę, że jesteśmy w niewłaściwym leżu.
- Ach, och - powtórzyła jeszcze ciszej Bąbella.
- Poza tym jest świeży; myślę, że zrobiono go nie dalej jak wczoraj - ciągnęła elfka.
- To nie jest legowisko martwego, błękitnego smoka? - spytał Rig ściszonym głosem. Z trudem przełknął ślinę i spojrzał na Palina. - Lanca jest na statku. Nie sądziłem, że będzie mi potrzebna w kryjówce martwego smoka. Lepiej wynośmy się stąd, zanim będzie za późno.
- Już być za późno - rzekł głęboki, chrypliwy głos dobiegający z wejścia do pieczary.
Strach ogarnął Palina i jego towarzyszy. Wszyscy równocześnie odwrócili głowy, by spojrzeć na mówiącego. Stworzenie było koloru wypalonego błota, tu i ówdzie pokryte cętkami. Podobne do smoka, z ciałem pokrytym łuską i skórą, a na jego brzuchu widniały plamy wyglądające niczym grudki żwiru. Skórzaste skrzydła przypominały skrzydła nietoperza, a długi i spiczasty pysk wypełniony był podwójnym rzędem ostrych kłów, które uderzały o siebie z przeraźliwym odgłosem. Wielkie, groszkowate oczy koloru nocnego nieba świdrowały zastygłą w przerażeniu czwórkę.
Stworzenie strzeliło swym uzbrojonym w haczyki ogonem, wygięło szpony i zrobiło krok do przodu. Nie miało przednich nóg, jedynie skrzydła zwieńczone haczykami, które budziły taką samą grozę, jak jego szpony. Rozpiętość skrzydeł musiała wynosić niemal pięćdziesiąt stóp, a szyja istoty była długa i giętka niczym gigantyczny boa dusiciel. Ruch skrzydeł sprawił, że z podłogi uniosły się tumany piasku.
- Wywerna - zauważył Palin.
- Brązowy smok, o którym wspominała jaszczurka - rzekła Feril.
- Nigdy nie widziałam czegoś podobnego - odezwała się Bąbella, w której głosie pobrzmiewał strach.
- Przynajmniej nie jest to prawdziwy smok - odparł Rig, odrobinę się rozluźniając. - I z pewnością nie mogła zostawić tego śladu. - Wyciągnął swą marynarską szablę. Jej ostrze zalśniło w blasku stworzonej przez Palina kuli. - Nie jest też tak duża jak bestia, która zabiła Shaon. Zajmę się nią.
- Zajmie się czym? - warknęła wywerna. - Ukradnie coś? Pan być wściekły.
- Nie sądziłem, że wywerny potrafią mówić - szepnął Palin do Feril.
- Bo nie potrafią - odparła elfka.
- Co znaleźć? - W jaskini rozległ się kolejny głos, przenikliwy niczym kawałek kredy drapiący o tabliczkę. - Znaleźć coś?
Czwórka patrzyła, jak w zasięgu wzroku pojawia się kolejna wywerna. Choć była nieco mniejsza, wyglądała niemal identycznie jak pierwsza. Jej uzbrojony w haczyki ogon kołysał się na boki i stworzenie wyciągnęło szyję ponad rozpiętym skrzydłem swojej towarzyszki, aby lepiej widzieć, co się dzieje.
- Ludzie - oznajmiło mniejsze stworzenie. - Znaleźć ludzi. Ludzie mieć tu być?
- Nie wiedzieć - odparła druga wywerna. - Nie być ich tu, gdy my wychodzić. Teraz być tu. Gorąco, kiedy my wychodzić. Teraz chłodno. Ludzie przyjść pomiędzy gorąco a chłodno. Głupi ludzie.
Dłoń Riga zacisnęła się mocniej wokół rękojeści szabli, podczas gdy ciemne oczy żeglarza błądziły między jednym stworzeniem a drugim.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.