Dragonlance: Smoki Nowej Ery. Tom 1. Świt Nowej Ery (#1) - Jean Rabe


Reflow text when sidebars are open.
Otchłań
Uczucie spadania ustało, a mgła odsunęła się od Palina, pozostawiając go na jałowym, skalistym podłożu czegoś, co, jak się zdawało, stanowiło ogromną jaskinię. Powietrze było tu gorące i cuchnęło. Wysoko ponad jego głową setki rycerzy dosiadających smoków gromadziły się tuż pod sklepieniem, podążając w nieznanym kierunku. Nawet tu Palin słyszał odgłosy walki, odległe krzyki konających, ryk wojennych okrzyków i świst smoczych oddechów. Gdzieś z przodu znajdował się Chaos.
Płuca Palina płonęły. Oddychanie sprawiało trudność, a panujący w Otchłani żar, którym emanowały skały, unosił się do góry, przedzierał przez skórę jego butów i napływał prosto do stóp. Młodzieniec z trudem przełknął ślinę i spojrzał w dół na swoje dłonie, aby upewnić się, że wciąż trzyma w nich księgę. Ściskał ją tak kurczowo, że zdrętwiały mu palce. Z ulgą zauważył, że jest ona na miejscu, podobnie jak laska Magiusa.
Kolejnych kilka chwil było dla młodego maga jedynie rozmazaną, niewyraźną plamą. Jak w jakimś koszmarze wydarzenia wokół niego zaczęły nabierać realnych kształtów. Wysoko w górze dostrzegł swego kuzyna Steela Brightblade, który dosiadał niebieskiego smoka. Dal mu znak, minęło kilka kolejnych uderzeń serca i Palin siedział w siodle, tuż za młodym Rycerzem Takhisis. Skrzydła smoczycy zmniejszyły odległość dzielącą ich od Chaosu, niosąc ich obu ku Ojcu Wszystkiego i Niczego.
- Wystarczy go zranić - szepnął Palin Steelowi.
Po chwili znów stał na ziemi, podczas gdy nad jego głową szalała bitwa, w której morze ludzi i smoków, krwi i ognia wypełniało powietrze kłębiące się wokół olbrzymiej postaci Chaosu.
Jakimś sposobem znaleźli się tu również Usha i Tasslehoff. Palin dostrzegł ich kątem oka, kiedy oderwał wzrok od księgi. Ostatnie słowa czaru spłynęły z jego ust, a jego spojrzenie spoczęło na źrenicach Ushy. Chaos uderzył latającego nad jego głową smoka, jakby ten był komarem, i gad runął w dół, zwalając się na Palina.
Poczuł na piersi miażdżący ciężar smoczego ogona, zdał sobie też sprawę, że księga i laska wypadają mu z dłoni. Ogarnęła go nagła fala chłodu. On, rycerze, smoki oraz sięgająca skalistego sklepienia postać Chaosu - wszyscy zostali pochłonięci przez zasłonę nieprzeniknionej czerni.
Burza nad Krynnem
W Nightlundzie, oddalonym od ziemi Irdów, gęsta mgła spowijała rozległą kępę wysokich traw i wznosiła się ku majaczącemu wysoko w górze sklepieniu bujnego lasu. Jej kosmyki, białe niczym mleko, wiły się wokół pni najstarszych dębów, oplatając je wężowym uściskiem.
Tuż przy ziemi mgła była najgęstsza, namacalna; niemalże przysłaniała delikatne nierówności terenu. Płynęła w kierunku widocznej na horyzoncie polany, gdzie zamknęła - jak w uścisku - krąg pradawnych kamieni.
Mgła nigdy nie opuszczała kręgu, który wyznaczał serce Nightlundu. Nie przegnało jej słońce ani najbardziej gwałtowny wiatr. Była częścią pierwotnej, niewyczerpanej magii pulsującej w rzeźbionych kamieniach i sięgającej poza granice Krynnu, ku innym światom i wymiarom. Okrywała krąg całunem, czyniąc go niewidocznym dla oczu ciekawskich i bezpiecznym dla tych nielicznych, którzy wiedzieli, w jaki sposób go użyć, by stał się portalem. Za każdym razem, gdy podróżujący korżystał z przejścia, mgła skrzyła się od energii - podobnie jak teraz.
Wewnątrz kręgu drobiny kolorów, złotego i niebieskiego, zaiskrzyły, zatańczyły i zamigotały, następnie zbladły i ponownie zlały się w jedno. Błękit przeszedł w lśniący, świetlisty kolor, który, rosnąc, wypełnił wnętrze kamiennej konstrukcji. Złociste iskry urosły i uformowały ogromne bliźniacze kule, które przedarły się przez mgłę niczym światło latarni morskiej.
- Jestem w domu - wysyczał podróżnik - i wkrótce, Kitiaro, już wkrótce, ciebie również do niego sprowadzę.
Grube, niebieskie nogi wędrowca napięły się i odbiły od ziemi, wypychając go ponad krąg i skłębioną mgłę, ponad korony drzew, prosto w bezchmurne niebo zapadającego nad Nightlundem zmierzchu.
Oderwał swoje ogromne skrzydła od ciała i uderzył nimi prawie niezauważalnie po to tylko, by utrzymać się wysoko w górze. Następnie wyciągnął swą długą, łuskowatą szyję, a jego przepastne nozdrza zadrżały, zaczęły węszyć, aż w końcu wciągnęły odurzający zapach majaczącej w dole ziemi.
Błękitny smok był ogromnym, wspaniałym i pradawnym gadem. Każda z jego łusek miała rozmiary rycerskiej tarczy, a wszystkie one przylegały gładko do jego ciała, lśniąc i sprawiając wrażenie, że jest on zbudowany z ciekłych szafirów. Jego wężowy ogon wił się, falując leniwie.
- Och, Kitiaro, obym cię w końcu odnalazł! - ryknął. - Obym mógł cię dotknąć po tylu latach! - Odrzucił głowę, a w głębi jego brzucha dało się słyszeć radosne burczenie. Odgłos powędrował do gardła i gad szeroko rozchylił swoje ogromne szczęki. Kula rozgrzanej do białości błyskawicy wystrzeliła spomiędzy jego kłów i poszybowała łukiem prosto w niebo, podążając w kierunku Lunitari.
- Wkrótce, Kitiaro, znów będziemy razem!
Smok znacznie szybciej uderzał teraz skrzydłami, w szale smagał powietrze, rozpraszając całą mgłę z wyjątkiem całunu, który na wieczność przylgnął do kamiennego kręgu. Jego szczęki kłapały rytmicznie, otwierając się i zamykając; ogon wił się i drgał. Gad zamknął oczy. Chmury, które nadeszły znikąd, zgromadziły się nagle i przesłoniły jasny, czerwony księżyc. Stały się ciemne, gęste i ciężkie od deszczu.
Kolejna kula błyskawicy wystrzeliła z paszczy smoka i utonęła w największej z nich. W odpowiedzi niebo wypełniło się dźwiękiem i miriady drobnych piorunów posypały się w dół, drażniąc czubki drzew i opadając w chaotycznym tańcu na ziemię.
Błyskawica przeszyła smocze skrzydła, pomknęła w kierunku łopatek, a potem ku najeżonemu kolcami grzbietowi. Sypiąc iskrami, przebiegła po szyi gada i wzdłuż jego srebmobiałych rogów, następnie popłynęła ku końcowi ogona i rozbłysła tuż za jego masywnymi udami. Za chwilę uderzył w niego kolejny grom i jeszcze następny. Rozkoszował się jego mrowiącym dotykiem. To on był jego panem. Smok w ekstazie zamknął oczy, a huk grzmotu powtórzył echem jego ryk. Wtedy lunął deszcz, który rozbijał się o jego ciało i spowity mgłą, majaczący w dole, pradawny, kamienny krąg. Bestia wzbiła się w górę, zatrzymując się tuż pod osłoną chmur, gdzie uwolniła pełną moc swego oddechu. Zawisła tam, oświetlona błyskawicami, a jej lśniące od deszczu łuski niczym odłamki lustra odbijały błyskawice, sprawiając, że masywne cielsko zdawało się jarzyć w ciemnościach.
Smok machnął ogonem jak biczem. Jak gdyby w odpowiedzi burza stawała się coraz bardziej gwałtowna, deszcz lał się strumieniami, chłoszcząc drzewa i przygniatając źdźbła trawy.
Ulewa wzmogła się jeszcze, kiedy smok zanurkował ku ziemi i zaczął zataczać koła ponad kamiennym kręgiem, który, choć wciąż skryty za zasłoną magicznej mgły, był widoczny dla oczu gada.
- Usłyszcie mnie! - ryknął, a jego głos przypominał powiew przejmującego wiatru. - Khellendros, Władca Portalu, Khellendros, Burza nad Krynnem... powrócił! Khellendros, którego Kitiara zwała niegdyś Skie, powrócił do domu!
Błyskawica i huk grzmotu wstrząsnęły ziemią, deszcz walił o drzewa, a niebo stało się czarne jak o północy.
Potomstwo
Rozgrzany piasek przyjemnie łaskotał poduszki szponiastych stóp stworzenia, które, wlokąc się przez pustynię ku północnemu zachodowi, umykało przed wschodzącym słońcem.
Godziny temu stworzenie otrzymało pilne zadanie - misję, dla której znalazło się na tej pozornie bezkresnej pustyni. Miało zlokalizować sprzymierzeńców swej pani - błękitne smoki, których legowiska znajdowały się na tym gorącym pustkowiu, oraz kręcące się tutaj, podobne jemu mniejsze istoty. Kiedy już się zgromadzą, zostaną wysłane do walki, która toczyła się w Otchłani. Jednakże stworzenie otrzymało rozkazy wiele godzin temu, dokładnie wczoraj wieczorem, a teraz utraciło kontakt ze swoją panią, Królową Ciemności - Takhisis. Nie wyczuwało już jej potężnej obecności. Nie wiedząc, co począć, kontynuowało monotonną podróż, ciesząc się miękkim dotykiem piasku.
Stwór chodził wyprostowany jak człowiek, choć wyglądem przypominał smoka. Łuski w kolorze miedzi oraz skóra zdradzały, że jest to kapak, jeden z najbardziej bezrozumnych smokowców na Krynnie. Miał pysk podobny do jaszczura, gadzie oczka i kosmyki brudnych, pozlepianych, burych włosów zwisających z cętkowanej brody. Dumnie obnosił się ze swymi skórzastymi skrzydłami, którymi machał od czasu do czasu, by złagodzić uczucie gorąca. Najeżony kolcami grzebień na plecach zaczynał się u podstawy jego masywnej czaszki, a kończył na czubku krępego ogona, który drgał z nerwową niepewnością.
- Co robić? - zastanawiał się smokowiec. Choć nie grzeszył bystrością, wyczuł, że coś było nie tak. Może bitwa rozpoczęła się wcześniej, niż przypuszczał, i pochłonęła całą uwagę Królowej Ciemności? - Czy dalej mam szukać smoków?
Do tej pory odkrył dwa puste leża. Być może inni smokowcy, wysłani w tym samym czasie, odnaleźli gady żyjące na Pustkowiach i wszystkie one zostały potajemnie poprowadzone przez królową. A może bitwę odwołano i Takhisis nie pamiętała, by poinformować o tym swego oddanego sługę.
"Może o mnie zapomniano?" - pomyślał. "Porzucono mnie". Kapak przystanął na moment, wpatrując się w jałowy horyzont, gdzieniegdzie tylko urozmaicony kępami skarłowaciałej trawy i zwałami skał. Podrapał łuskowatą głowę, po czym powlókł się dalej z myślą, że będzie wykonywał rozkaz aż do chwili, gdy znów poczuje dotyk umysłu bogini.
Khellendros wciąż rozkoszował się letnią burzą, kierując lot na północny zachód i pozostawiając za sobą Nightlund. Deszcz był ciepły i brzmiał niczym śpiew, kiedy wystukiwał na jego grzbiecie łagodną melodię. Śpiewał, że cieszy się z jego powrotu.
"Jak dobrze znowu być w domu" - pomyślał.
Podnisł wzrok ku niebu i pozwolił, aby deszcz przemył jego złote oczy. "A jeszcze lepiej będzie położyć kres samotności i na powrót połączyć się z Kitiarą".
- Dałem ci kiedyś słowo - syknął donośnie, zostawiając za sobą kolejny odcinek drogi. - Przysiągłem cię chronić. Jednakże zawiodłem i twoje ciało umarło. Twój duch opuścił Ansalon, chociaż wiem, że wciąż żyje i pamięta o mnie.
On również pamiętał. Nie zapomniał, jak wspaniale było łączyć siły z jedyną istotą ludzką, która, jak wierzył, posiadła serce smoka. Ambitna i przebiegła Kitiara prowadziła go ku zwycięstwom i dosiadała w kolejnych, chwalebnych bitwach. Nie było zadania, któremu by nie sprostali, podobnie jak nie istniała siła, która mogłaby ich powstrzymać.
W tamtych czasach Khellendros czuł się spełniony; zawsze stanowczy i zadowolony z towarzystwa zaufanej, wyrachowanej partnerki. Pamiętał oszałamiającą radość, którą dzielił z Kitiarą podczas walki, i porażające uczucie zwycięstwa, kiedy dobiegła ona końca.
Pamiętał również gniew, gdy pewnego dnia nie zdołał ocalić Kitiary, kiedy była zupełnie sama, z dala od niego. Mimo dzielącej ich odległości poczuł, jak umiera jej ciało, poczuł moment jej śmierci niczym wymierzony mu potężny cios. Poszybował do niej wówczas i ujrzał jedynie wymiętą, słabą, ludzką skorupę, która kiedyś dawała schronienie jej niezwykłemu umysłowi. Przez mgłę wściekłości i łez patrzył, jak jej duch uwalnia się i wymyka z tej bezużytecznej powłoki. Jej duch wciąż żył!
Khellendros poprzysiągł schwycić istotę Kitiary i znaleźć dla niej inne schronienie - takie, którego on sam będzie bacznie strzegł. Smok ścigał ducha Kitiary ponad równinami i dolinami Ansalonu, od czasu do czasu tracąc z nim kontakt, aby po chwili poczuć go znowu. Lata całe poświęcił poszukiwaniu. Zdarzały się miesiące wypełnione frustracją, kiedy nie natknął się nawet na jej ślad. Khellendros nie poddał się jednak, aż w końcu ponownie odnalazł jej cząstkę, dotknął jej umysłu i przemówił do niej.
- Skie! - usłyszał w swojej głowie. To był głos Kitiary, a jego serce zabiło triumfalnie. Smok sięgnął do swego wnętrza, przyzywając magię, która w nim krążyła. Chciał, by sprowadziła do niego Kitiarę. - Skie! - Ponownie usłyszał jej głos, który tym razem brzmiał niczym szept.
Później jej dusza zniknęła po raz kolejny i w głębi serca Khellendros wiedział, że nie było jej już na Krynnie. Wówczas skierował swój wzrok ku portalom, mając nadzieję, że duch wymknął się do innego wymiaru, do którego on dostanie się za ich pomocą. Opanował więc sztukę podróżowania przez mistyczne, starożytne przejścia i nauczył się poruszać w zamglonych światach, zamieszkanych przez duchy i snujące się ludzkie cienie.
Poszukiwał - jak mu się zdawało - całe wieki. W tym czasie urósł, stając się pradawnym gadem olbrzymich rozmiarów, a jego potęga budziła grozę. Znał na pamięć mgliste przejścia oraz strumienie czasu pomiędzy światami i płaszczyznami; odkrył rasy nieznane na Krynnie i wszedł w posiadanie zaklęć, o których śmiertelni dawno już zapomnieli.
Z chwilą, kiedy uwierzył, że nie pozostało już żadne miejsce, które mógłby przeszukać, żaden mroczny wymiar, jakiego jeszcze nie zbadał, Khellendros natknął się na Szarość.
Była to kraina bez ziemi - mglista domena pełna wirujących, szarych oparów i rojąca się od duchów. Zdawało się, że poza nim żyje tu zaledwie kilka istot godnych uwagi. Błękitny nie zamierzał zabawić tam długo, jednakże wyczuł coś cennego, coś, co było mu znane - ślad Kitiary. Szukał więc dalej, poświęcając kolejne stulecia. Poza portalami czas płynął z rozmaitą prędkością, przemykając pospiesznie, gdy Khellendros bywał na Krynnie, i jedyną rzeczą, która mu o tym przypominała, było tempo, w jakim rosło jego ciało. Jednakże czas był nieistotny, liczyła się Kitiara i złożone jej przyrzeczenie.
W końcu ją odnalazł, przelotnie dotknął jej duszy, jak gdyby jego umysł był dłonią pieszczącą policzek ukochanej osoby. Ona zaś zauważyła jego obecność i prosiła, by pozostał z nią w Szarości, która stała się jej domem.
- Wkrótce na zawsze będziemy razem - wyszeptał smok. Po tych słowach opuścił ją, aby powrócić na Krynn.
- Znów będziemy partnerami - rzekł, powracając myślami do chwili obecnej i podziwiając własny cień przemykający ponad wijącą się w dole rzeką Vingaard. - Znajdę dla twojej duszy odpowiednie ciało.
Pod nim rozciągały się rozległe stepy Hinterlundu; ich trawy falowały smagane podmuchami wiatru wywołanego przez skrzydła gada. Pasące się w dole stado jeleni przestało skubać trawę i lękliwie spoglądało w niebo. Przerażone widokiem Khellendrosa zwierzęta rozpierzchły się w różnych kierunkach. Widok stada był kuszący dla głodnego smoka, jednak napełnienie żołądka musiało poczekać. Najpierw zajmie się nowym ciałem Kitiary.
W czasie podróży przez portale smok nauczył się potężnego zaklęcia, które pozwoliłoby mu zastąpić ducha zamieszkującego wybrane przez niego ciało innym. Zdecydował, że będzie to ciało wojownika, młodego i zdrowego, dobrze zbudowanego i pięknego - to uszczęśliwiłoby Kitiarę.
Elfiego wojownika, zdecydował Khellendros. Elfy żyły znacznie dłużej od ludzi i innych ras na Krynnie, dlatego on, właściwie nieśmiertelny, pragnął dla swej pani ciała, które wraz z nim przetrwa wieki. A gdy elfia powłoka osłabnie i zestarzeje się, zdobędzie dla niej kolejną. Nie pozwoli jej umrzeć po raz kolejny.
Ranek przeminął, smok zostawił Hinterlund w tyle, nigdzie jednak nie było śladu elfów. Przed nim zamajaczyły wyludnione połacie Północnych Pustkowi. Z ziemi podniosły się fale błogosławionego, popołudniowego żaru, które pieściły skrzydła gada. Uwielbiał pulsujące ciepło pustyni i chętnie wyciągnąłby się na jej rozgrzanym piasku, pozwalając, by słońce ogrzewało jego łuski. Nie miał jednak czasu, aby trwonić go na osobiste przyjemności; poza tym Khellendros wiedział, że na Pustkowiach nie znajdzie elfów.
"Przecież elfy przybywają do Palanthas i opuszczają je" - pomyślał. "Wystarczy, że poczekam za murami miasta, aż pojawi się ten odpowiedni. Może nawet schwytam kilku i poeksperymentuję z nimi".
Skierował więc swoje potężne cielsko na zachód. Ziemie Palanthas znajdowały się za pustynią, a samo miasto, które leżało na dalekim wybrzeżu, zostało zbudowane pomiędzy portem na oceanie Turbidus i łańcuchem górskim. Dotarcie tam nie zajmie mu wiele czasu, prawdopodobnie nie więcej niż trzy dni, jeśli się pospieszy. Może nawet odnajdzie kolejny portal i dzięki niemu dotrze na miejsce znacznie szybciej.
Kiedy już znajdzie kilku elfów, napełni żołądek, odpocznie i...
Uwagę Khellendrosa przykuło coś, co dostrzegł na rozciągającej się w dole pustyni. Postać podskakiwała i na krótko wzbijała się w powietrze, łopotała niewielkimi skrzydłami i wymachiwała rękami, chcąc zwrócić na siebie uwagę smoka.
Khellendros skupił na niej swój bystry wzrok. "Bezmyślny kapak. Czego mógłby chcieć?". Błękitny beznamiętnie ominął przyzywające go stworzenie, choć ciekawość zmąciła jego myśli. "Po co ośmielił się zawracać mi głowę? Może chodziło o coś ważnego? Może powinienem...".
W końcu zaintrygowany Khellendros złożył skrzydła, zawrócił i lekko opadł na gorący piasek. Jedna mała przerwa nie zaszkodzi. Z radością oddał się myśli o - trwającym choćby kilka chwil - dotyku gorącego piasku.
Kapak nie obawiał się smoka. Wszyscy smokowcy je szanowali, byli pełni podziwu dla nich i ich magicznych umiejętności. Tego wyraźnie zauroczyła wielkość Khellendrosa. W chwili, gdy gad wylądował, smokowiec pospieszył w jego kierunku, wymachując rękami, by zasłonić się przed tumanem piasku, który wzbiły w górę potężne skrzydła niebieskiego. Następnie zaczął coś paplać.
- Wolniej - nakazał Khellendros.
- Jej Mroczny Majestat - szczeknął ochryple kapak. Głos miał zgrzytliwy, a usta i gardło wyschnięte od długiego przebywania na Pustkowiach. - Moja Pani, nasza Pani, Takhisis pragnie, by smoki się zgromadziły.
Khellendros ze zdziwieniem uniósł ogromną brew.
Kapak zacisnął wargi, usilnie starając się przypomnieć sobie rozkazy.
- No właśnie - odezwał się w końcu. - Takhisis chce, żeby niebieskie smoki zebrały się tu... na pustyni. Smokowcy również, jeżeli znajdę jakiegoś. Zbierz je razem na pustyni, powiedział Jej Mroczny Majestat. Na pustyni...
- Po co? - wtrącił Khellendros, zanim smokowiec podjął wątek na nowo.
- Bitwa w Otchłani - wydyszał kapak. - Takhisis chce, żeby błękitne smoki zebrały się tu, na pustyni. Inne gromadzą się gdzie indziej. Wszystkich nas wezwie do Otchłani. Odbędzie się tam wspaniała bitwa.
Khellendros warknął i kapak odsunął się przerażony.
- Nie mam czasu na bitwy - parsknął. Rozciągnął usta w szyderczym uśmiechu, ukazując świecącą między kłami błyskawicę.
- Ale Takhisis...
Khellendros zamknął oczy, skoncentrował się i, chcąc potwierdzić prawdziwość słów głupiego smokowca, spróbował w myślach dotknąć umysłu Mrocznej Królowej. Zobaczył obraz pięciogłowej Pani Smoków tak wyraźnie, jak gdyby stała tuż obok, jednak w żaden sposób nie mógł nawiązać z nią kontaktu. Domyślił się więc, że bogini zajęta była swymi boskimi sprawami, i podejrzewał, że smokowiec bredził. Bitwa w Otchłani? Mało prawdopodobne. Gdyby faktycznie tak było, wszechpotężną Takhisis nie potrzebowałaby wsparcia. Najprawdopodobniej upał doprowadził smokowca do obłędu. Ciało ma jednak w dobrym stanie. Błękitny uważnie przyjrzał się kapakowi.
- Takhisis chce, aby błękitne smoki zgromadziły się na pustyni - powtórzył.
Ciało smokowca łączyło w sobie odrobinę magii i naturę smoka. "Odpowiednie dla kobiety o smoczym sercu" - pomyślał Khellendros. "Bardziej stosowne niż ciało elfa".
- W Otchłani odbędzie się bitwa - powtarzał bezmyślnie kapak, nieświadomy tego, że smok prawie w ogóle go nie słucha. - Takhisis mówi, że Irdowie rozłupali Szary Klejnot i uwolnili Chaos. Ojciec Wszechrzeczy jest wściekły i chce zniszczyć Krynn. Takhisis mówi, że każdy musi stanąć do walki z Chaosem w Otchłani.
Umysł Khellendrosa wrzał od kłębiących się w nim myśli. Smokowcy są odporni na ludzkie choroby. Żyją tysiąc lat. Kitiarze spodobałoby się to. Błękitny wiedział, że kapak i inni smokowcy zostali stworzeni przez Królową Ciemności, by stać się jej sługusami - posłańcami, szpiegami, zabójcami i żołnierzami.
Z jaj dobrych smoków uformowała ich ciała, zamykając w nich istotę tanar'ri - złych duchów zamieszkujących Otchłań. Ten narodził się z jaja miedzianego smoka i był nadrzędną formą swojego gatunku.
Khellendros postąpił do przodu, nieomal dotykając kapaka olbrzymim pyskiem. Wyciągnął ku niemu masywną łapę i ostrożnie zacisnął szpony na zaskoczonym smokowcu.
- Czego? - warknął kapak.
- Pójdziesz ze mną - odparł Khellendros.
- Do Otchłani?
- Do mojej kryjówki.
- Ale Takhisis! Chaos! Nie! - Smokowiec urwał, wypluł na pazury smoka strużkę śliny i począł się szamotać. Trująca i żrąca ciecz zasyczała i zabulgotała. Z bolesnym warknięciem Khellendros wypuścił kapaka i wetknął łapę głęboko w piasek, by złagodzić irytujące uczucie.
Smokowiec odsunął się i uważnie przyjrzał smokowi, zdając sobie sprawę, że ten nie zamierzał stosować się do jego cennych rad. Obrócił się gwałtownie i pognał przez piasek, zamierzając powiedzieć Takhisis - kiedy tylko dotknie jego umysłu - że ten zuchwały błękitny gad był wobec niej nieposłuszny. Opętańczo machając skrzydłami, wzbił się w powietrze i szybował przez chwilę, zanim nie wylądował na piasku, by po chwili znów unieść się w górę, zaciekle waląc skrzydłami.
Khellendrosowi na widok próbującego uciec smokowca zaczęło burczeć w brzuchu. Wiedział, że tylko jeden gatunek tych istot potrafił naprawdę latać - ten zrodzony z jaj srebrnych smoków. To, co wyprawiał kapak, usiłując wzbić się w powietrze, było żałosne i śmieszne.
"Ty jednak będziesz umiała latać, Kitiaro" - pomyślał smok, kiedy dudnienie pomknęło mu do gardła i rozpostarł skrzydła. Podniósł się z rozgrzanego piasku, rozchylił szczęki, uwalniając z nich błyskawicę, która chwilę później uderzyła w ziemię tuż przed uciekającym kapakiem.
Zaskoczony smokowiec rzucił się na prawo i odbił na nogach, wzbijając za sobą tumany piasku.
Kolejna błyskawica wylądowała zaledwie kilka metrów od niego, wyrzucając w górę chmurę piasku, podczas gdy niebo nad pustynią rozdarł grzmot. Kapak zadrżał, kiedy tuż za nim uderzył następny grom. Stworzenie skuliło się i zrobiło kolejny unik w prawo, stopami zapadając się w piach. Natychmiast jednak dogonił go potężny cień Khellendrosa i kiedy w końcu smokowiec się zatrzymał i spojrzał w górę, zobaczył potężny brzuch błękitnego gada.
Pazur Khellendrosa sięgnął w dół, chwycił kapaka za skórzaste skrzydło i uniósł wysoko w górę. Błękitny pospieszył na północ wraz ze swoją walczącą i śliniącą się zdobyczą, obojętny na paplaninę o Otchłani i skupiony wyłącznie na dźwięku wiatru, radośnie gwiżdżącego w jego niebieskich skrzydłach.
Kiedy noc położyła na pustyni swe chłodne dłonie, a na niebie zamrugały ławice gwiazd, Khellendros obniżył lot ku podstawie łagodnego skalnego grzbietu. Na niebie widniał tylko jeden duży i blady księżyc. Nie był podobny do żadnego z trzech księżyców, które obiegały Krynn od początku stworzenia świata - czerwonego Lunitari, białego Solinari i czarnego Nuitari. Jednakże pogrążony w myślach o Kitiarze i schwytanym smokowcu Khellendros nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.
Chęć walki w kapaku wygasła, więc błękitny rzucił go na piasek, a sam zabrał się do rozgrzebywania ziemi tuż obok ziejącej w skale rozpadliny. Długimi pazurami darł podłoże, szarpiąc i wyrzucając na powierzchnię brud, piach i odłamki skał. Smokowiec skulił się przerażony myślą, że smok zamierza pogrzebać go żywcem. Jednak z upływem nocy dziura w ziemi powiększała się. Kiedy księżyc podniósł się wyżej, jego blask oświetlił ogromną jaskinię.
Wkrótce potem świt zamajaczył nad Północnym Pustkowiem, ale zalegający wokół skalnego grzbietu cień skutecznie skrywał wejście do kryjówki smoka. Khellendros pospiesznie pchnął kapaka w kierunku jamy, a następnie podążył jego śladem.
- Mroczna Królowa - zaczął znowu smokowiec. Jego głos był łagodny i załamywał się po każdym słowie; usta miał opuchnięte z braku wilgoci.
- Stworzyła cię - dokończył Khellendros, rozglądając się po jaskini. Błękitnego cieszyła myśl, że podczas jego nieobecności nic nie zostało naruszone, że żaden inny smok nie odkrył tej wielkiej, podziemnej pieczary i nie przywłaszczył sobie ani jej, ani zgromadzonych tu nieprzebranych skarbów. Stosy monet i klejnotów migotały i mieniły się, odbijając słabe światło, które sączyło się od strony wejścia. Jego trofea pokryte cienką warstwą piasku i kurzu były nienaruszone i wkrótce podzieli się nimi z Kitiarą.
- Takhisis...
- Obdarzyła cię niewielkim rozumem - wtrącił smok. - Ale podarowała ci dobre, zdrowe ciało, które ja umiejętnie wykorzystam.
Smokowiec zadrżał. Jego usta złożyły się w prośbie, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk, serce dziko tłukło mu się w piersi. "Smok grożący jednemu ze sług Takhisis? To nie w porządku" - krzyczał umysł kapaka. Stworzenie z przerażeniem patrzyło, jak Khellendros sadowi się nieopodal niego. Ostrym pazurem smok zaczął ryć w kamieniu jakiś wzór, przenosząc wzrok ze swojej pracy na więźnia.
Trwało to niemal wieczność, nim Khellendros ukończył swe dzieło; w końcu jednak wymierzył w smokowca zakrzywiony pazur, przywołując go skinieniem. Odrętwiały kapak posłuchał rozkazu i, powłócząc nogami, ruszył do przodu, aż w końcu stanął pośrodku zawiłego wzoru.
- Nauczyłem się czarów - syknął smok, zwracając się bardziej do siebie niż do smokowca. - Opanowałem pradawne zaklęcia, za które żałośni ludzcy czarodzieje oddaliby wszystko, co posiadają. - Błękitny wyprostował pazur, aż w końcu dotknął nim mostka smokowca. Kapak skulił się i wciągnął gwałtownie powietrze, kiedy szpon gada przesunął się w dół. Na kamienną posadzkę polała się krew zmieszana z miedzianymi łuskami. - Nauczyłem się, jak zamieniać umysły.
Kiedy Khellendros cofnął pazur, smokowiec złapał się za ranną pierś, siłą powstrzymał krzyk, chcąc ukryć ból i słabość. Tymczasem smok zaczął mamrotać słowa, które brzmiały obco, dostojnie i głęboko. Wypełniły one jaskinię i spotęgowały rosnący w kapaku strach. Błękitny smok mówił coraz szybciej i gdy skończył, spojrzał prosto w oczy smokowca.
Determinacja kapaka rozpłynęła się w jednym, rozdzierającym uszy wrzasku. Upadł na kolana, pazurzaste ręce rozrzucił po obu stronach drgającej głowy. Wymachiwał wściekle ogonem, a jego ręce i nogi trzęsły się i podskakiwały. Łuskowata skóra pokryła się cienką warstwą potu.
Khellendros czekał i, nie dbając o agonię smokowca, patrzył ze spokojem, jak ten upada. Po długiej chwili spazmatyczne ruchy kapaka stały się powolne, aż w końcu zupełnie ustały. Jęcząc, smokowiec powoli podniósł się z ziemi i z lękiem spojrzał na smoka.
- Takhisis...
- Nie! - ryknął Khellendros. Rąbnął kapaka, rzucając go na kamienną ścianę jaskini. Umysł smokowca powinien opuścić ciało, podobnie jak dusza. Miał być niezdolny do myślenia i mówienia. Nie powinien być niczym więcej jak tylko pustą łupiną, nieruchomą, lecz żywą, oczekującą istoty Kitiary. - Magia Takhisis jest zbyt silna!
Błękitny z rezygnacją powlókł się do przodu, a samotna łza bezsilności zakręciła się w jego oku. Kropla potoczyła się po lazurowym policzku i spadła na diagram, mieszając się z krwią i łuskami kapaka. Khellendros przyglądał się wyrytym symbolom, kiedy te zaczęły iskrzyć i migotać kolorem błękitu i bladego złota.
- A więc moja magia jest również potężna - rzekł. - Może jednak zaklęcie klonowania zadziała. - Po raz kolejny zaczął mamrotać stare słowa czaru, którego nauczył się, podróżując między światami. Migotanie wzmagało się, gdy jego głos przybierał na sile. Poświata urosła i uformowała błyszczącą kolumnę miedzianych i niebieskich świateł. Strzeliła iskrami, aż w końcu z kolumny wytrysnął strumień jasnoniebieskiego światła, uderzając kapaka. Smokowiec wrzasnął po raz kolejny.
Khellendros skoncentrował się na świetlistym filarze, który teraz zaczął przybierać nowy kształt. Przez oślepiający blask dostrzegł muskularne kończyny, potężną klatkę piersiową i nabierającą kształtu, smokopodobną głowę. Kiedy światła przygasły, z grzbietu istoty wyrosły skrzydła, a na podłogę opadł długi ogon. Stworzenie odrobinę przypominało kapaka, było jednak bardziej wytworne, pokryte łuską koloru morza o zachodzie słońca. Jego oczy miały barwę złota, podobnie jak oczy Khellendrosa, a jego grzbiet, począwszy od wysokiego czoła aż po koniec masywnego ogona, zdobił najeżony kolcami grzebień. Wokół pazurów trzaskały miniaturowe błyskawice, a oddech istoty brzmiał niczym delikatny deszcz.
- Moja łza - szepnął Khellendros - zmieniła zaklęcie i stworzyła coś innego.
- Panie - wychrypiał niebieski stwór.
Smok w zdumieniu otworzył oczy, spoglądając najpierw na tulącego się do ściany kapaka, a potem na nowe stworzenie. Smokowiec skulony niczym przerażone dziecko spojrzał na gada, po czym opuścił wzrok.
- Potomstwo Khellendrosa - ogłosił smok. Zdecydował, że nazwie istotę potomstwem Khellendrosa. Był z siebie niezmiernie zadowolony. Rozpierała go duma, która osłabła, kiedy zdał sobie sprawę, że nazwanie stworzenia swoim imieniem może przedwcześnie zdradzić jego sekret.
- Od tej pory będę nazywał cię po prostu... potomstwem. - Na dźwięk tego ubogiego słowa z niesmakiem wykrzywił usta i ponownie spojrzał na istotę, która przypominała go zarówno swym pięknem, jak i zachowaniem. Własna okazałość olśniła go do tego stopnia, że słowa same cisnęły mu się na usta.
- Może powinienem cię nazwać błękitnym potomstwem. - Doszedł do wniosku, że zasłużył przynajmniej na taki zaszczyt.
- Panie - ponownie odezwało się potomstwo. Tym razem jednak głos brzmiał znacznie mocniej. Stworzenie zacisnęło pięści, pokręciło gadzią głową i przykucnęło, poddając próbie napięte mięśnie nóg. Załopotało delikatnie skrzydłami, podrywając do góry cienką warstwę piasku i kurzu i unosząc się kilka cali nad kamienną posadzką.
"Nie mogłem pozbyć się umysłu kapaka, ponieważ magia Takhisis jest zbyt potężna" - pomyślał Khellendros. "Ale może uda mi się zamienić umysł potomstwa. Wówczas duch Kitiary posiadłby wytworne ciało".
- Panie? - Grymas bólu przemknął po łuskowatej twarzy potomstwa. Jego oczy zmętniały, a postać stała się przejrzysta. Ciało zadrżało i zaczęło migotać niczym fale gorąca nad rozgrzanym, pustynnym piaskiem. Po chwili zniknęło, pozostawiając za sobą delikatną, błękitną poświatę, która zawirowała wokół własnej osi i zgasła.
Wściekły ryk Khellendrosa zatrząsł jaskinią.
- Nie pokonacie mnie! - krzyknął smok. Uniósł się na tylnych łapach, głową sięgając kamiennego sklepienia.
Kapak przylgnął do cienia i odczołgał się od smoka, ostrożnie posuwając się w kierunku wyjścia.
- Dokonam tego! - ryknął Khellendros, wyrzucając do przodu masywną łapę i chwytając kapaka. - Będę próbował na tobie jeszcze raz i, jeśli się nie powiedzie, jeszcze raz.
Wiele miesięcy później Khellendros był wypoczęty, nasycony i zadowolony. W głębi jego pieczary stały cztery błękitne potomstwa, które podziwiał przez ostatnie kilka godzin.
Kapak, który swym ciałem zasilał ich stworzenie, leżał teraz na kamiennej podłodze, wykończony i obolały. Został niedawno napojony i nakarmiony. Błękitny chciał mieć pewność, że smokowiec pozostał na tyle silny, by wykorzystać go do dalszych eksperymentów.
Khellendros wiedział, że jego potomstwo, jego dzieci były znacznie potężniejsze od kapaka, a może nawet od samych auraków - najwspanialszych z rasy smokowców. Połączył pradawne zaklęcie z krwią i łuskami kapaka, własnymi łzami i czworgiem ludzi pochodzących z koczowniczego plemienia barbarzyńców mieszkającego na północ od jego kryjówki. Ich ciała stały się istotą potomstwa, sprawiając, że przestało ono znikać. Umysły ludzi skojarzone z umysłem smokowca pozwoliły stworzyć nową istotę, bezgranicznie oddaną Khellendrosowi.
- Jeden z was dostąpi zaszczytu przyjęcia Kitiary - szepnął błękitny. Wywlókł się ze swego leża, rozłożył skrzydła i poleciał w kierunku Nightlundu.
W jaskini zapomniany smokowiec z trudem dźwignął się na nogi. Przez kilka chwil przyglądał się istotom pokrytym niebieską łuską. One również wpatrywały się w niego, milczące i nieruchome. Khellendros nie wydał im żadnych rozkazów, nie powiedział, że mogą przemówić. Miniaturowe błyskawice strzelały wokół ostrych, czarnych pazurów, a ich oczy błyszczały niczym żarzące się węgle.
"Są piękne" - pomyślał smokowiec. Czuł złość i zdumienie, że jego własny umysł i niektóre z jego łusek rozpaliły magię, która zrodziła te stworzenia. Narodziny. Słowo zawisło w jego obolałym umyśle.
- Auraki powinny o tym wiedzieć - rzekł, wspominając swych braci stworzonych ze skażonych jaj złotych smoków. - Powinny się dowiedzieć. Shivaki również. Kapak zdawał sobie sprawę, że oba gatunki były najmądrzejszymi i najbardziej przebiegłymi ze smokowców. Może uda się im użyć tej magii, sprawić, że ich rasa zacznie się rozmnażać i przestanie być bezpłodna. Może wynagrodzą go za tę informację.
Zaintrygowany swym pomysłem smokowiec wytoczył się z jaskini Khellendrosa; jego samozwańcza misja dodawała mu sił.
*
Odległość topniała pod skrzydłami Khellendrosa. Kiedy dotarł do Nightlundu, było już ciemno, tylko widoczny na bezchmurnym niebie blady księżyc oświetlał miejsce, które, choć zdawało się to samo, było inne niż wiele miesięcy temu. Wielki błękitny smok otarł się o czubki prastarych drzew i zaczął zniżać lot ku ziemi. Przycupnął nieopodal niewielkiego wzgórza i wbił wzrok w kamienny krąg. Odwieczna mgła zniknęła, czyniąc go dobrze widocznym.
Khellendros poczuł się zaskoczony, lecz ruszył ku portalowi; jego kroki brzmiały niczym stłumione odgłosy burzy. Był zbyt wielki, by przecisnąć się między kamieniami, podskoczył więc, odbijając się tylnymi łapami, i bezpiecznie wylądował pośrodku kręgu. Masywny ogon owinął wokół ud jak kot.
Zamknął oczy i skoncentrował się, przywołując w myślach mglisty krajobraz Szarości i myśląc o Kitiarze. Ujrzał siebie szybującego przez opary, zbliżającego się do swej pani, wołającego ją; widział, jak na powrót stają się jednym, jak opowiada jej o błękitnym potomstwie i jej nowym ciele. Jednak kiedy otworzył oczy, wciąż znajdował się we wnętrzu kamiennego kręgu.
- Nie! - Jego krzyk rozległ się echem po Nightlundzie. Głęboki dźwięk pognał w górę jego gardła i uformował błyskawicę, która wystrzeliła z paszczy i pomknęła ku niebu.
Khellendros zamknął oczy i ponownie skoncentrował się. Raz po raz powtarzał zaklęcie; widział siebie szybującego ponad Krynnem, zmierzającego ku innym wymiarom. Nic jednak się nie wydarzyło.
W gniewie smagnął ogonem i uderzył jeden z kamieni, przewracając go.
- Magia! - syknął. - Ona nie nadchodzi! Portal nie chce się otworzyć!
Wypluł kolejną błyskawicę, uderzając nią w kamień i zmieniając go w grad drobnych kamyków, które odbijały się od jego grubej skóry. Po chwili przywołał czarne chmury, a te w mgnieniu oka przesłoniły niebo i przyniosły gwałtowną burzę, odzwierciedlającą szalejącą w jego duszy wściekłość. Wezwany przez niego wiatr zawodził opętańczo. Deszcz walił o ziemię, oświetlaną białym światłem błyskawic i wstrząsaną kolejnymi grzmotami.
- Kolejny portal - wysyczał. - Muszę odnaleźć kolejny portal. - Napiął mięśnie, gotowy do odlotu.
- Inny portal również na nic się nie zda.
Głos zdawał się przytłumiony, brzmiał niczym szept, sprawił jednak, że smok zastygł w bezruchu. Rozejrzał się, poszukując osoby, która śmiała naruszyć jego portal. Bystre oczy nie zobaczyły jednak niczego poza ulewnym deszczem, stratowaną trawą i pradawnymi kamieniami.
- Nie ma już magii w tym portalu, podobnie jak nie ma jej w żadnym innym.
- Kim jesteś? - Smok ryknął głosem, który przebił się przez szalejącą burzę.
- Nikim znaczącym - odparł głos.
- Skąd o tym wiesz?
- Wiem, że na Krynnie nie pozostało już wiele magii.
- Pokaż się! - zażądał smok, wymachując ogonem i zwalając kolejne dwa kamienie.
- Ostrożnie! - ostrzegł głos i tym razem ujawniła się osoba, do której należał.
Jeden z pradawnych kamieni wytoczył się z kręgu, zamigotał wątłym światłem, skurczył się i niczym glina urabiana przez wprawnego garncarza przyjął kształt niewielkiej, człekopodobnej istoty. Niskie, nagie i szare stworzenie nie miało uszu, jedynie maleńkie otwory po obu stronach głowy, za to jego czarne i pozbawione źrenic oczy wydawały się wielkie. Cienkie niczym trzcina palce istoty były ostro zakończone, podobnie jak drobne zęby.
Khellendros zbliżył się do człowieczka, uniósł łapę i opuścił ją gwałtownie, chcąc zgnieść filigranową istotę. Jednakże stworzenie okazało się szybsze. Rzuciło się na bok, wpełzło pod jeden z kamieni i zaczęło wydawać odgłosy, które brzmiały niczym tut-tut.
- Zabijając mnie, nie sprawisz, że portal znowu zacznie działać.
- Czym jesteś? - ryknął Khellendros.
- Huldrefolkiem - odparł człowieczek.
- Chochlikiem? - wysyczał smok, mrużąc oczy.
- Wiesz o nas?
Khellendros pochylił głowę, niemalże dotykając istoty nosem.
- Jedna z zaginionych ras Krynnu - beznamiętnie odrzekł smok. - Zmiennokształtny władca żywiołów. Władca ziemi?
Szary człowieczek skinął łysą głową.
- Mieszkasz w Szarości.
- Mieszkam, gdziekolwiek mi pasuje. Pasowało - poprawił się szybko.
- Chcę dostać się do Szarości - warknął Khellendros.
- Podobnie jak ja - przyznał huldrefolk. - Wolę ją od innych światów. Jednakże magia odeszła z tego świata. Sprawiła to bitwa w Otchłani.
- Otchłań? - Khellendros otworzył szeroko złote oczy. Kapak wspominał o bitwie w Otchłani, jednak on nie zwracał uwagi na niego i jego paplaninę.
- Nie było cię tam? - zaczął huldrefolk. - Myślałem, że wszystkie smoki pojawiły się w Otchłani wezwane przez Takhisis.
- Byłem... gdzie indziej. - W słowach smoka pobrzmiewała groźba. - Co wywołało bitwę?
- Szary Klejnot, kamień, który więził istotę Chaosu, Ojca Wszechrzeczy, został roztrzaskany. Uwolniony Chaos był wściekły, że zniewalano go przez tyle wieków. Groził, że aby ukarać swe dzieci, które uwięziły go w kamieniu, zniszczy Krynn. Tak więc jego potomstwo, pomniejsze bóstwa, połączyły się we wspólnej walce przeciwko swemu ojcu. Pomagały im smoki, podobnie jak wielu ludzi, elfów, kenderów i cała reszta.
- Takhisis?
- Odeszła - rzekł huldrefolk.
- Jak mogła opuścić swe dzieci, zwłaszcza że walczyły na jej prośbę?
- Koniec końców wszyscy bogowie porzucili swoje dzieci. Chaosu nie dało się pokonać, choć w jakiś sposób jego część na powrót została schwytana w Szarym Klejnocie. Bogowie jednak przysięgli opuścić Krynn, jeśli Chaos obieca, że go nie zniszczy. Kiedy się zgodził, odeszli, zabierając z sobą magię i trzy księżyce. Teraz jest tylko jeden.
Khellendros zadarł głowę, wpatrując się w wielką kulę tak niepodobną do innych księżyców.
- Cała magia odeszła?
Huldrefolk wzruszył ramionami.
- Ta, która władała portalami, odeszła. Zniknęła również ta, którą przywoływali czarodzieje, rzucając zaklęcia. Tu i tam zostało jej jednak trochę w ziemi, w starej broni i świecidełkach, w istotach takich jak ja czy ty. Ale to wszystko. Nazywają to Wiekiem Śmiertelników, ale ja to nazywam Wiekiem Rozpaczy.
Khellendros spoglądał gdzieś poza postacią huldrefolka, przez ścianę deszczu, który wciąż uderzał o ziemię.
- Magiczne przedmioty wciąż mają moc?
Szary człowieczek przytaknął.
- Wieża w Palanthas - stwierdził błękitny. - Tam zgromadzone są magiczne artefakty, mnóstwo artefaktów. Kiedyś opowiadała mi o nich Kitiara, podobnie jak o portalu ukrytym pod wieżą i prowadzącym do Otchłani.
- Bitwa w Otchłani się skończyła - przerwał mu huldrefolk. - Przegapiłeś ją, pamiętasz? Co prawdopodobnie było dobrym rozwiązaniem, ponieważ mogłeś zginąć. Przynajmniej połowa smoków, które tam walczyły, została zabita. Ludzie biorący w niej udział polegli lub odeszli. Nie ma tam już nic do roboty poza przerzucaniem kości.
Khellendros zdawał się nie słyszeć małego człowieczka.
- Użyję artefaktów i otworzę portal, a z Otchłani dotrę do Szarości. Powiedzie mi się i ocalę Kitiarę.
- Czy ty mnie w ogóle nie słuchasz? - dopytywał się huldrefolk. - Świat nie jest już taki sam. Czy nic to dla ciebie nie znaczy?
"Liczy się tylko Kitiara" - pomyślał błękitny. Naprężył nogi, odepchnął się od ziemi i po chwili dołączył do szalejącej burzy.
Upadek Palina
Palin Majere stał nieopodal roztrzaskanego ołtarza, pośrodku strawionego przez ogień lasu. Był wysokim i rachitycznym mężczyzną, przypominał otaczającą go kępę spalonych brzóz, które kurczowo trzymały się życia. Laskę zwieńczoną wykutym szponem srebrnego smoka wepchnął pod ramię, podczas gdy poły białej szaty łopotały wokół jego nóg, targane silnymi podmuchami wiatru. Jego długie, kasztanowe włosy powiewały irytująco, smagając szyję, twarz i wdzierając się do oczu. Mimo to nie oderwał palców od trzymanej księgi, by odgarnąć natrętne kosmyki.
Zerknął w dół, aby przyjrzeć się okładce. Oprawa z czerwonej skóry była zniszczona i wyblakła, o barwie przypominającej różany odcień Lunitari, księżyca wyłaniającego się na nieboskłonie, nazwanego tak na cześć jednego z bogów magii panujących na Krynnie. W książce była magia. Palin to wyczuwał. Czuł mrowienie w smukłych palcach, tętno ezoterycznej energii, które choć na początku zdawało się chaotyczne, teraz pulsowało zgodnie z rytmem jego serca.
Złocony napis na okładce był ledwie widoczny. Palin zdołał odczytać jedynie słowo Magius.
Jednakże to słowo, będące zarazem imieniem najpotężniejszego wojennego maga Krynnu, ukazywało wagę tego, co trzymał w ręku. Pradawny wolumin był najcenniejszym skarbem w kolekcji ksiąg czarów przechowywanej w Wieży w Wayreth. Palin wiedział, że księga nigdy nie została wyniesiona poza mury tego majestatycznego budynku, aż do tej chwili, do momentu, gdy tak desperacko potrzebowano zaklęć zapisanych na jej rozpadających się stronicach. Ale czy wystarczą one przeciwko Chaosowi, który został wyzwolony przez Szary Klejnot i który groził zniszczeniem świata? I czy on, który znaczył niewiele więcej od zwykłego ucznia, zdoła przywołać zaklęcia przeciwko wszechpotężnemu bóstwu, szalejącemu w Otchłani?
To stojący w pobliżu Raistlin umieścił księgę w jego dłoniach. Czyniąc to, zawierzył swemu młodemu bratankowi i ufał, że ten będzie umiał mądrze użyć zapisanych w niej zaklęć.
W porównaniu ze swym wujem Raistlinem oraz innymi czczonymi i potężnymi magami Krynnu Palin uważał się za nowicjusza. Nie złożył ofiary na ołtarzu magii, jak zrobili to oni, choć stojące przed nim wyzwanie mogło to zmienić. Mogło nawet zakończyć jego młode życie.
- Jestem gotów - rzekł Raistlinowi. - Jestem gotów złożyć swoją ofiarę - dodał cicho.
Ubrany w czarne szaty mag skinął głową, po czym cofnął się. Usha, dziecię Irdów, stojąca u boku Raistlina, otworzyła usta, by coś powiedzieć, jednak słowa zostały zagłuszone przez wzmagający się, zawodzący wiatr. Magiczny podmuch zaskoczył Palina, porwał go ponad lasem jak liść i uniósł z ziemi Irdów, daleko od Raistlina i pięknej złotookiej Ushy.
Niczym marionetka zawieszona na niewidzialnych sznurkach targany był wiatrem, który przeszedł teraz w zawodzącą wichurę. Biel i zieleń brzóz oraz czerń zwęglonych jodeł wirowały wokół niego, zlewając się w oszałamiający układ zawijasów i plam. W chwilę później poczuł, że spada; trzymające go sznurki zostały przecięte, wiatr ucichł. Umilkły wszelkie dźwięki poza biciem jego serca. Magia wessała go do wnętrza cichego, na pozór bezdennego wiru drżącej energii, której iskry tańczyły i gryzły jego skórę niczym tysiące żarłocznych robaków.
Po kilku niekończących się minutach irytujące uczucie złagodniało, stając się niczym więcej jak tylko mrowieniem rąk, twarzy i wciąż zaciśniętych na księdze palców. Jednakże wrażenie spadania wciąż trwało.
Kolory przed jego oczyma zmieniły się, kiedy róż Lunitari, złoto hipnotycznych oczu Ushy i srebrna biel włosów Raistlina odegnały barwy brzóz i spalonych jodeł. Czerwień, złoto i biel przeplatały się niczym przędza na kołowrotku, łącząc się w jedno za sprawą czaru, który przenosił go pomiędzy wymiarami do płaszczyzny zwanej Otchłanią.
Zamrugał i kolory znów uległy zmianie, stając się na moment lśniącym błękitem, który pęczniał i oddalał się, jakby był żywą istotą; olbrzymią, oddychającą istotą. Później błękit zniknął, zastąpiony mglistą, delikatną szarością, która sprawiała wrażenie wilgotnej i przytłaczającej. Szare kosmyki, niczym siwe włosy starca, wiły się i skręcały wokół jego nadgarstków i kostek, oplotły mu pas i pociągnęły naprzód, w kierunku przerażającego przeznaczenia. Nad i pod sobą widział wyłącznie tę szarość, ową wieczystą mgłę, która wypełniała jego zmysły; to ona unosiła go ku Chaosowi i, być może, ku jego własnej zgubie.