Dracul - J.D. Barker, Dacre Stoker

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OBECNIE

Bram wpa­truje się w drzwi.

Po czole pokry­tym zmarszcz­kami spływa mu pot. Prze­cze­suje pal­cami wil­gotne włosy, czuje w skro­niach pul­su­jący ból.

Od jak dawna nie śpi? Od dwóch dni? Trzech? Nie wie; godziny zle­wają się ze sobą, jak w mali­gnie, z któ­rej nie ma prze­bu­dze­nia, jest tylko sen, głęb­szy, coraz bar­dziej mroczny...

Nie!

Nie wolno myśleć o spa­niu.

Zmu­sza się do otwar­cia sze­roko oczu. Powieki mają być pod­nie­sione, bez mru­gnię­cia, bo z każ­dym kolej­nym robią się cięż­sze. Nie ma mowy o odpo­czynku, śnie, bez­pie­czeń­stwie, rodzi­nie, przy­szło­ści...

Drzwi.

Musi je obser­wo­wać.

Bram wstaje z krze­sła, jedy­nego mebla w pokoju, i wbija wzrok w grube dębowe drzwi. Czyżby się poru­szyły? Zda­wało mu się, że drgnęły, ale nie towa­rzy­szył temu żaden odgłos. Nawet naj­lżej­szy hałas nie mącił ciszy tego miej­sca; sły­chać było tylko jego oddech i nie­spo­kojne ude­rza­nie stopą o zimną posadzkę z kamie­nia.

Klamka ani drgnie, ozdobne zawiasy chyba nie ruszyły się od stu lat, zamek mocno trzyma. Przed poja­wie­niem się tutaj Bram ni­gdy nie widział takiego zamka wyku­tego w żela­zie i wto­pio­nego w drzwi. Mecha­nizm two­rzy z nimi jedną całość, pośrodku zabez­pie­czony jest dwoma dużymi ryglami się­ga­ją­cymi do pra­wej i do lewej i wcho­dzą­cymi w futrynę. Klucz znaj­duje się w jego kie­szeni i w jego kie­szeni pozo­sta­nie.

Bram zaci­ska dłoń na kara­bi­nie Sni­der-Enfield Mark III, prze­suwa pal­cem po kabłąku spu­sto­wym. W ostat­nich godzi­nach prze­ła­do­wy­wał broń, odwo­dził i zwal­niał zamek wię­cej razy, niż byłby w sta­nie zli­czyć. Wolną ręką prze­ciąga po zim­nej stali, by upew­nić się, że zasuwka jest we wła­ści­wej pozy­cji. Odciąga kurek.

Tym razem widzi - led­wie dostrze­galny cień w szpa­rze mię­dzy drzwiami a pod­łogą, może nawet bar­dziej ruch powie­trza niż cień, ale jed­nak...

Bez­gło­śnie odsta­wia kara­bin i opiera go o krze­sło.

Sięga do wikli­no­wego kosza po lewej i wyj­muje z niego białą dziką różę, jedną z sied­miu, które mu pozo­stały.

Od ruchu jego ręki migo­cze pło­myk lampy oliw­nej, jedy­nego źró­dła świa­tła w pokoju.

Bram ostroż­nie pod­cho­dzi do drzwi.

Poprzed­nia róża leży pod drzwiami, obok stosu suchych, poczer­nia­łych kwia­tów zawłasz­czo­nych przez śmierć, łodygę ma suchą i wątłą, jej kolce wydają się więk­sze niż wtedy, gdy jesz­cze było w niej życie. Nad nią unosi się zapach zgni­li­zny; róża nabrała tru­piego zapa­chu rafle­zji.

Bram czub­kiem buta odsuwa kwiat, po czym deli­kat­nie kła­dzie nowy na jego miej­scu.

- Ojcze, pobło­go­sław tę różę swoim tchnie­niem i dło­nią, i wszelką świę­to­ścią. Ześlij swoje anioły, aby jej strze­gły, i nie­chaj ich pochod­nie potrzy­mają wszel­kie zło z dala. Amen.

Za drzwiami roz­lega się huk, jakby w deski ze sta­rego dębu ude­rzył cię­żar kil­ku­set kilo. Drzwi ugi­nają się, a Bram dopada krze­sła, chwyta oparty o nie kara­bin, przy­klęka na jedno kolano i celuje.

I wtedy znów nastaje cisza.

Bram zastyga w bez­ru­chu, z bro­nią wyce­lo­waną w drzwi, w końcu cię­żar kara­binu spra­wia, że opusz­cza lufę i prze­suwa wzro­kiem po pokoju.

Co by pomy­ślał ktoś, kto by wszedł tam teraz i zoba­czył to wszystko?

Bram obwie­sił ściany wszyst­kimi lustrami, jakie miał - nie­mal dwu­dzie­stoma zwier­cia­dłami we wszel­kich roz­mia­rach i kształ­tach. Kiedy prze­nosi wzrok z jed­nego na dru­gie, wpa­truje się w niego jego stu­krot­nie odbita zmę­czona twarz. Bram stara się odwró­cić wzrok, ale znów natra­fia na kolejne odbi­cia, a każde z nich ma rysy męż­czy­zny dużo star­szego niż dwa­dzie­ścia jeden lat.

Pomię­dzy lustrami przy­bił krzyże, pra­wie pięć­dzie­siąt sztuk. Nie­które z wize­run­kiem Chry­stusa, inne skle­cone z dwóch gałą­zek pobło­go­sła­wione jego wła­sną dło­nią. Krzy­żami pokrył rów­nież pod­łogę - naj­pierw rysu­jąc je kredą, a potem wydra­pu­jąc w kamie­niu czub­kiem noża myśliw­skiego, aż do ostat­niego skrawka miej­sca. Nie miał pew­no­ści, czy to wystar­czy, ale zro­bił, co mógł.

Nie wolno mu stąd wyjść.

Naj­praw­do­po­dob­niej ni­gdy stąd nie wyj­dzie.

Wraca na krze­sło i siada.

Z zewnątrz dobiega wrzask nura, księ­życ wycho­dzi zza gęstych chmur i nik­nie za nimi. Bram sięga po zega­rek kie­szon­kowy i klnie - zapo­mniał go nakrę­cić i wska­zówki zatrzy­mały się na godzi­nie 4.30. Chowa zega­rek z powro­tem do kie­szeni.

Kolejny huk za drzwiami, tym razem gło­śniej­szy niż ostat­nio.

Bram wstrzy­muje oddech i patrzy na drzwi w porę, by dostrzec, jak kurz wzbija się w powie­trze, po czym opada na posadzkę.

Czy zary­glo­wane drzwi oprą się kolej­nym pró­bom ich sfor­so­wa­nia?

Nie wia­domo. Drzwi są bez wąt­pie­nia solidne, ale z każdą godziną, im bli­żej świtu, ude­rze­nia stają się coraz bar­dziej wście­kłe i pełne deter­mi­na­cji.

Płatki róży zaczęły już brą­zo­wieć, o wiele szyb­ciej niż poprzed­niej.

Co się z nim sta­nie, kiedy drzwi wresz­cie ustą­pią? Bram myśli o kara­bi­nie i nożu świa­dom, że nie na wiele się zda­dzą.

Obok kosza z różami zauważa swój dzien­nik; musiał wypaść mu z kie­szeni płasz­cza. Pod­nosi tom opra­wiony w zdartą skó­rzaną okładkę i wer­tuje strony, wraca na krze­sło, kątem oka wciąż zer­ka­jąc na drzwi.

Wyj­muje ołó­wek z kie­szonki na piersi, otwiera dzien­nik na pustej stro­nie i zaczyna pisać w migo­cą­cym świe­tle lampy olej­nej.

DZIENNIK BRAMA STOKERA

Oso­bli­wo­ści Ellen Crone. Od tego, oczy­wi­ście, powi­nie­nem zacząć, jest to bowiem w rów­nej mie­rze jej histo­ria, co moja, a może nawet bar­dziej jej niż moja. Ta kobieta, ten potwór, ta zjawa, ta przy­ja­ciółka, ta... istota.

Zawsze była przy nas. Moje rodzeń­stwo mogłoby to potwier­dzić. Ale w jaki spo­sób była - o to nale­ża­łoby zapy­tać. Była obecna przy moim początku i bez wąt­pie­nia będzie przy moim końcu, tak jak ja byłem przy jej. Zawsze byli­śmy i będziemy sple­ceni ze sobą.

Moja kochana cio­cia Ellen.

Zawsze gotowa wycią­gnąć pomocną dłoń, choćby ukłu­cie jej paznokci zosta­wiało krwawy ślad.

* * *

Moje życie zaczęło się okrop­nie.

Odkąd się­gam pamię­cią, byłem dziec­kiem cho­ro­wi­tym i przy­ku­tym do łóżka, od przyj­ścia na świat po moje siódme uro­dziny, kiedy to nastą­piło uzdro­wie­nie. We wła­ści­wym cza­sie opo­wiem o nim w szcze­gó­łach, na razie jed­nak ważne, aby­ście zro­zu­mieli, w jakim sta­nie spę­dza­łem swoje pierw­sze lata.

Uro­dzi­łem się ósmego listo­pada 1847 z ojca Abra­hama i matki Char­lotte w skrom­nym domu przy Marino Cre­scent 15 w irlandz­kiej miej­sco­wo­ści Clon­tarf, poło­żo­nej na wybrzeżu, jakieś sześć kilo­me­trów od Dublina. Od wschodu ota­czał ją park, a od zachodu widać było zatokę; zasły­nęła jako miej­sce bitwy pod Clon­tarf w 1014, w któ­rej woj­ska Briana Śmia­łego, arcy­króla Irlan­dii, poko­nały Wikin­gów z Dublina oraz ich sojusz­ni­ków, Irland­czy­ków z Lein­ster. Bitwa ta wyzna­czyła koniec wojen irlandzko-wikiń­skich - tysiące zabi­tych pokryły krwawe pobo­jo­wi­sko na tym samym wybrzeżu, na które wycho­dziły potem okna mojego poko­iku. W ostat­nich latach Clon­tarf stało się celem waka­cyj­nych wyjaz­dów zamoż­nych Irland­czy­ków, pra­gną­cych uciec z zatło­czo­nego Dublina, by łowić ryby i spa­ce­ro­wać po naszych pla­żach.

Na pod­sta­wie mojego opisu można by uznać mia­steczko za roman­tyczne, ale w roku 1847 ani tro­chę takie nie było. Był to czas głodu i cho­rób, które zaczęły nękać Irlan­dię dwa lata przed moimi naro­dzi­nami i trwały do roku 1854. Phy­to­ph­thora infe­stans, znana rów­nież jako zaraza ziem­niaka, zaczęła siać spu­sto­sze­nie w upra­wach w latach czter­dzie­stych dzie­więt­na­stego wieku i prze­ro­dziła się w istny kosz­mar, przez który Irlan­dia w wyniku śmierci lub emi­gra­cji stra­ciła dwa­dzie­ścia pięć pro­cent lud­no­ści. Na lata mojego dzie­ciń­stwa przy­padł naj­bar­dziej tra­giczny okres. W 1849 mama i tata zabrali nas w głąb lądu, aby umknąć przed gło­dem, cho­ro­bami i prze­stęp­czo­ścią; żywili też nadzieję, że świeże powie­trze przy­służy się mojemu wątłemu zdro­wiu, wszystko to jed­nak tylko pogłę­biło moje odosob­nie­nie, a dźwięki z portu, któ­rych tak nasłu­chi­wały moje młode uszy, stały się jesz­cze odle­glej­sze. Codzienny spa­cer taty do biura na Zamku Dubliń­skim wydłu­żał się, w miarę jak umie­rał świat dookoła nas, a wil­gotna paję­czyna żalu pokry­wała wszystko, co z niego pozo­stało.

* * *

Obser­wo­wa­łem bieg wyda­rzeń z okien pokoju na pod­da­szu naszego domu, zna­nego jako Artane Lodge, niczym bierny widz, pole­ga­jący jedy­nie na opo­wie­ściach domow­ni­ków, któ­rzy obja­śniali mi wszystko, co działo się na zewnątrz. Patrzy­łem, jak żebracy wyry­wają rzepy i kapu­stę z ogro­dów naszych sąsia­dów, jak wykra­dają jajka z naszego kur­nika, w nadziei, że choć na jedną noc uśmie­rzą głód. Widzia­łem, jak ścią­gają ze sznur­ków suszące się na nich cudze pra­nie, jesz­cze wil­gotne, żeby mieć w co ubrać dzieci. Pomimo tego wszyst­kiego moi rodzice i nasi sąsie­dzi, kiedy tylko mogli, otwie­rali swoje domy i zapra­szali tych, któ­rzy zna­leźli się w gor­szym poło­że­niu, żeby dać im cie­pły posi­łek i schro­nie­nie w cza­sie burzy. Od naj­młod­szych lat motto rodziny Sto­ke­rów - "Pra­wość i szla­chet­ność nade wszystko" - było mi wpa­jane i kie­ro­wali się nim wszy­scy domow­nicy. By­naj­mniej nie wio­dło nam się dobrze, ale i tak mie­li­śmy wię­cej szczę­ścia niż inni. Jesie­nią 1854 roku tata pra­co­wał jako urzęd­nik w biu­rze Głów­nego Sekre­ta­rza Irlan­dii, podob­nie jak przez ostat­nie trzy­dzie­ści dzie­więć lat, zaczął bowiem jako szes­na­sto­letni mło­dzie­niec. Był znacz­nie star­szy od mamy, z czego zda­łem sobie sprawę, dopiero gdy doro­słem. Zamek Dubliń­ski był też rezy­den­cją Lorda Namiest­nika Irlan­dii, a jego biuro zaj­mo­wało się kore­spon­den­cją mię­dzy wszyst­kimi urzę­dami w Anglii a ich irlandz­kimi odpo­wied­ni­kami. Tata zaj­mo­wał się ewi­den­cjo­no­wa­niem tych listów, a ich tema­tyka roz­cią­gała się od codzien­nych spraw kraju po ofi­cjalne komu­ni­katy na temat biedy, głodu, zarazy wśród bydła, cho­rób, epi­de­mii, szpi­tali i wię­zień, nie­po­ko­jów poli­tycz­nych i rebe­lii. Nawet gdyby chciał igno­ro­wać pro­blemy naszych cza­sów, nie dałby rady - sie­dział w tym wszyst­kim za głę­boko.

Mama była człon­ki­nią nad­zwy­czajną Irlandz­kiego Towa­rzy­stwa Badań Sta­ty­stycz­nych i Spo­łecz­nych, odgry­wa­ją­cego dużą rolę w zbiór­kach żyw­no­ści i innych for­mach pomocy dla Dublina. Kie­dyś taka praca zare­zer­wo­wana była dla męż­czyzn. Nie było dnia, żeby mama nie tar­go­wała się z sąsia­dem o mleko tylko po to, aby następ­nie wymie­nić je z innym na sukno. Dzięki jej sta­ra­niom nasza duża rodzina zawsze miała co do garnka wło­żyć i poma­gała wykar­mić nie­zli­czo­nych przy­by­szów, któ­rzy prze­stą­pili nasz próg w tych cięż­kich cza­sach. Była spo­iwem naszej rodziny - widzę to teraz, jako doro­sły, ale jako sied­mio­la­tek uwa­ża­łem wręcz prze­ciw­nie. Powie­dział­bym wów­czas, że zamyka mnie w pokoju i za cenę mojego szczę­ścia izo­luje mnie od bolą­czek świata, nie pozwa­la­jąc mi na choćby naj­mniej­szy kon­takt z nimi.

Nasz dom stał nie­opo­dal Mala­hide Road, ulicy wybru­ko­wa­nej kamie­niem wydo­by­wa­nym w pobli­skiej wsi Rock­field. Moje życie toczyło się na pod­da­szu, skąd przez łukowe okno widzia­łem cał­kiem sporo, od gospo­darstw naokoło aż po odle­głą zatokę, a przy sprzy­ja­ją­cej pogo­dzie nawet nisz­cze­jącą wieżę zamku Artane. Przy­glą­da­łem się zgieł­kowi ota­cza­ją­cego mnie świata, niczym jedyny widz przed­sta­wie­nia, zmu­szony przez cho­robę do bez­u­stan­nej obec­no­ści w teatrze.

Pew­nie jeste­ście cie­kawi, co mi wła­ści­wie dole­gało - to pyta­nie pozo­staje bez odpo­wie­dzi, gdyż nikt nie umiał stwier­dzić tego z całą pew­no­ścią. Cokol­wiek to było, dopa­dło mnie wkrótce po uro­dze­niu i wbiło we mnie swe podłe szpony. W naj­gor­sze dni praw­dzi­wym wyczy­nem było dla mnie przej­ście na drugą stronę pokoju; po takim wysiłku pada­łem bez tchu i led­wie przy­tomny. Zwy­kła roz­mowa pozba­wiała mnie tej odro­biny ener­gii, którą dys­po­no­wa­łem; wypo­wie­dziaw­szy zaled­wie kilka zdań, czę­sto bla­dłem, moja skóra sta­wała się zimna w dotyku, pot wysą­czał mi się z porów i wpada­łem w drże­nie, kiedy ta wil­goć spo­ty­kała się z nad­mor­skim powie­trzem. Serce cza­sem koła­tało mi w piersi, biło nie­re­gu­lar­nie, jakby nada­remno poszu­ku­jąc rytmu. I jesz­cze bóle głowy - nacho­dziły mnie rap­tow­nie i trwały nie­raz po kilka dni, jakby sam zły duch zaci­skał jakąś klamrę wokół mojej czaszki.

Całe noce i dni upły­wały mi w moim poko­iku na zasta­na­wia­niu się, czy wła­śnie minął mój ostatni wie­czór, czy też rano obu­dzi mnie świt mokry od rosy.

Nie byłem tam, na pod­da­szu, zupeł­nie sam - mie­ściły się tam jesz­cze dwa inne pokoje. W pierw­szym miesz­kała moja sio­stra, Matylda, wów­czas ośmio­let­nia, a drugi zaj­mo­wała nasza opie­kunka, Ellen Crone, którą nazy­wa­li­śmy cio­cią, choć nie była z nami spo­krew­niona. Ta ostat­nia dzie­liła pokój z maleń­kim Richar­dem, moim nowo uro­dzo­nym bra­tem, a zara­zem naj­bar­dziej anga­żu­ją­cym obiek­tem jej tro­ski.

Na pię­trze pode mną znaj­do­wały się wewnętrzna toa­leta i pokój moich rodzi­ców, jak rów­nież druga sypial­nia, nale­żąca do moich dwóch braci, Thorn­leya i Tho­masa, odpo­wied­nio w wieku lat dzie­wię­ciu i pię­ciu.

Na par­te­rze mie­ściły się kuch­nia, salon i jadal­nia ze sto­łem wystar­cza­jąco dużym dla wszyst­kich domow­ni­ków. Była też piw­nica, ale mama zabro­niła mi do niej scho­dzić. Prze­cho­wy­wa­li­śmy tam węgiel, a kon­takt z pyłem mógł przy­kuć mnie do łóżka na dobry tydzień. Za domem znaj­do­wała się stara kamienna sto­doła. Trzy­ma­li­śmy w niej trzy kury i świ­nię, któ­rymi Matylda zaj­mo­wała się już od trze­ciego roku życia. Na początku nada­wała zwie­rzę­tom imiona, ale w oko­li­cach swo­ich pią­tych uro­dzin zauwa­żyła, że co naj­mniej dwa razy w roku ktoś pod­mie­nia więk­sze maciory na mniej­sze świnki. Kiedy skoń­czyła sześć lat, zorien­to­wała się, że to te same świ­nie, które tra­fiają do rzeź­nika, a potem lądują na naszych taler­zach. Wtedy zre­zy­gno­wała z nazy­wa­nia zwie­rząt hodow­la­nych.

Wszystko to zaś obser­wo­wała Ellen Crone.

DZIENNIK BRAMA STOKERA

Od czego by tu zacząć? Do opo­wie­dze­nia jest tak wiele, a cen­nego czasu tak mało, potra­fię jed­nak okre­ślić moment, kiedy wszystko się zmie­niło. W ciągu jed­nego szcze­gól­nego tygo­dnia ja zosta­łem uzdro­wiony, nasza droga cio­cia Ellen zni­kła, a pewna rodzina postra­dała życie. Zaczęło się nie­win­nie, od nic nie­zna­czą­cego pod­słu­chi­wa­nia. Byli­śmy zale­d­wie dziećmi - ja mia­łem sie­dem lat, a Matylda osiem - i mie­li­śmy ni­gdy nie zapo­mnieć tej jesieni. Na początku były tylko dwa słowa.

* * *

Paź­dzier­nik 1854

- Pocho­wany żyw­cem - powtó­rzyła cicho Matylda. - Tak powie­działa. Nie prze­sły­sza­łam się.

Cho­ciaż była rok star­sza ode mnie, spę­dzi­łem w jej towa­rzy­stwie wiele bez­sen­nych godzin, zwłasz­cza odkąd zna­la­złem się zamknięty w pokoju - tak jak i dzi­siaj. Sta­li­śmy przy oknie, a Matylda wska­zy­wała pal­cem na zatokę.

- Mama mówiła, że ten czło­wiek był chory, a kiedy bła­gał o pomoc, tamci w odpo­wie­dzi wyko­pali dół w ziemi i wepchnęli go do środka. Kto jest w sta­nie zro­bić coś takiego? Jak można było z czy­stym sumie­niem wziąć w czymś takim udział?

- Mama z pew­no­ścią nie powie­dzia­łaby cze­goś takiego - zaopo­no­wa­łem. Wodząc oczyma za jej pal­cem, pró­bo­wa­łem prze­nik­nąć wzro­kiem mgłę kłę­biącą się nad wodą.

- Powie­działa. Jeśli ją o to zapy­tasz, to na pewno zaprze­czy, ale powie­działa to tacie, kiedy wró­cił do domu, naj­wy­żej dwa­dzie­ścia minut temu. Przy­szłam do cie­bie od razu.

Usi­ło­wa­łem powstrzy­mać uśmiech, ponie­waż wie­dzia­łem, że Matylda wysma­żyła taką histo­ryjkę po to, by dostar­czyć mi roz­rywki, ale mimo to unio­sły mi się kąciki ust, a sio­stra klep­nęła mnie w ramię.

- Nabi­jasz się ze mnie. - Zmarsz­czyła brwi i odwró­ciła się od okna.

- Mówi­łaś, że gdzie do tego doszło?

Zamiast odpo­wie­dzieć, sie­działa ze wzro­kiem wbi­tym w prze­ciw­le­głą ścianę.

- Matyldo? Gdzie to się stało?

Z głę­bo­kim wes­tchnie­niem powio­dła znów wzro­kiem do okna.

- Na cmen­ta­rzu za kościo­łem Świę­tego Jana Chrzci­ciela. Powie­działa, że pocho­wali go wśród gro­bów samo­bój­ców.

- Gro­bów samo­bój­ców?

- Już ci o nich mówi­łam - odparła ze znie­cier­pli­wie­niem Matylda. - Są ukryte po dru­giej stro­nie cmen­ta­rza, tuż za murem, w wiecz­nym cie­niu. Cho­wają tam każ­dego, kto odbiera sobie życie, a poza tym zło­dziei, prze­stęp­ców i tym podob­nych. Jest kilka tablic i krypt, ale głów­nie goła zie­mia, a w niej setki posęp­nych gro­bów. Zresztą nie jest poświę­cona, więc ich dusze nie zaznają spo­koju. Będą potę­pione na wiecz­ność.

- Po co więc cho­wać tam kogoś cho­rego?

- Pytasz, czemu ten kon­kretny męż­czy­zna został tam pogrze­bany żyw­cem?

- Skoro pocho­wano go żyw­cem, to tak naprawdę został zamor­do­wany - wyja­śni­łem. - Więc miałby prawo do pogrzebu jak każdy inny, w poświę­co­nej ziemi.

- Nie da się ukryć trupa wśród nor­mal­nych gro­bów, ale pocho­waj go wśród samo­bój­ców, a nikt go nie odnaj­dzie.

Zła­pał mnie atak kaszlu i odwró­ci­łem głowę, pocze­ka­łem, aż przej­dzie, i kon­ty­nu­owa­łem:

- Jeśli mama wie­dzia­łaby o czymś takim, poin­for­mo­wa­łaby wła­dze. Postą­pi­łaby jak należy.

- Może wła­dze już wie­dzą i po pro­stu ich to nie inte­re­suje. Co kogo obcho­dzi, że na uli­cach jest o jed­nego cho­rego mniej.

- A co na to wszystko tata? - spy­ta­łem.

Matylda prze­mie­rzyła pokój i przy­sia­dła na skraju mojego łóżka, krę­cąc na palcu loki z dłu­gich, jasnych wło­sów.

- Naj­pierw nic nie mówił i zasta­na­wiał się nad tą histo­rią, po czym stwier­dził: "Sprawy w Dubli­nie mają się coraz gorzej", a potem wró­cił do czy­ta­nia gazety i nie ode­zwał się wię­cej.

- Nie wie­rzę w ani jedno słowo, zwy­czaj­nie zmy­ślasz - powie­dzia­łem i uśmiech­ną­łem się spierzch­nię­tymi ustami.

- To wszystko prawda!

- Co takiego jest prawdą?

Jak na komendę odwró­ci­li­śmy się w stronę cioci Ellen, która stała w drzwiach, trzy­ma­jąc tacę z dru­gim śnia­da­niem. Z gra­cją wkro­czyła do pokoju, zda­wało się, że bar­dziej pły­nie w powie­trzu, niż idzie, i posta­wiła tacę na sto­liku noc­nym.

Matylda posłała mi zna­czące spoj­rze­nie, jakby chciała powie­dzieć, żebym się nie wyga­dał, choć ja wcale nie mia­łem takiego zamiaru.

- Nic takiego, cio­ciu.

Cio­cia Ellen podejrz­li­wie zer­k­nęła naj­pierw na mnie, potem na Matyldę i znowu na mnie, po czym pochy­liła się nad tacą i nalała fili­żankę gorą­cej her­baty.

- Cóż za upiorny temat do kon­wer­sa­cji sobie zna­leź­li­ście. Ludzie zako­pani żyw­cem w nie­ozna­czo­nych gro­bach? No wie­cie co! To nie są tematy nawet dla doro­słych, a co dopiero dla takich jak wy. Wła­śnie, a ty dla­czego nie w łóżku? Zamar­z­niesz na śmierć, ster­cząc przy tym oknie. I co wtedy? Oba­wiam się, że będziemy musieli wyko­pać nie­duży dołek wśród gro­bów samo­bój­ców i poło­żyć cię tam razem z tam­tym cho­rym. - Mru­gnęła do Matyldy. - Myślisz, że znaj­dziesz chwilę mię­dzy jedną plotką a drugą, żeby poka­zać mi, gdzie jest to miej­sce i skąd mogę wziąć łopatę?

Popę­dzi­łem do łóżka i zagrze­ba­łem się w pościeli.

- Nie zro­bi­ła­byś tego - rzu­ci­łem.

Cio­cia Ellen usi­ło­wała zacho­wać kamienną twarz.

- Z całą pew­no­ścią bym zro­biła. Mam chrapkę na ten twój pokój. Mój zro­bił się nieco cia­sny, odkąd dzielę go z nie­mow­lę­ciem.

Pod­nio­sła ze sto­lika noc­nego dzwo­nek i potrzą­snęła nim.

- Nie będziemy musieli już tego słu­chać, prawda? Cóż za rado­sna per­spek­tywa!

Pró­bo­wa­łem wyrwać jej dzwo­nek z pal­ców, ale oka­zała się dla mnie za szybka; chwy­ci­łem tylko powie­trze.

- Wiesz, cio­ciu, że nie lubię go uży­wać, ale mama się upiera.

Matylda zmarsz­czyła brwi i spoj­rzała pyta­jąco na cio­cię.

- A więc ty też mi nie wie­rzysz?

Ellen poło­żyła ręce na bio­drach i wes­tchnęła:

- Ani przez chwilę nie uwie­rzy­ła­bym, że przy­zwo­ici Irland­czycy mogliby stać i patrzeć, jak ktoś wpy­cha żywego czło­wieka do otwar­tego grobu na wieczne zapo­mnie­nie. Myślę, że ponio­sła cię wyobraź­nia. Być może coś usły­sza­łaś, ale doprawdy wąt­pliwe, żeby była to taka histo­ria. Może lepiej wyko­rzy­sta­ła­byś swój czas, poma­ga­jąc mamie w kuchni przy obie­dzie, zamiast czaić się za rogiem i pod­słu­chi­wać cudze roz­mowy, które nie są prze­zna­czone dla two­ich mło­dych uszu.

- A wła­śnie że mama to powie­działa - upie­rała się Matylda, nadą­sana.

Cio­cia Ellen wes­tchnęła, przy­sia­dła na łóżku obok mnie i się­gnęła smu­kłymi pal­cami do mojego czoła. Prze­szedł mnie dreszcz; dotyk jej skóry był lodo­waty.

- Znów masz gorączkę, młody czło­wieku. - Nalała wody z dzbanka do mied­nicy obok łóżka, zamo­czyła szmatkę, wyżęła ją i poło­żyła mi na czole. - Kładź się - pole­ciła.

Zro­bi­łem, jak kazała, i powie­dzia­łem:

- Szare.

- Co?

- Twoje oczy są dziś szare. - Była to barwa ciem­no­szara, przy­wo­dząca mi na myśl gęste chmury burzowe, które jesz­cze dwa dni wcze­śniej zasnuły niebo nad por­tem. - Wczo­raj były piwne. A przed­wczo­raj nie­bie­skie. Jakiego koloru będą jutro?

Spoj­rzała na mnie z góry tymi swo­imi oczyma i zało­żyła blond włosy za ucho. Zazwy­czaj nosiła je upięte, ale tam­tego dnia opa­dały jej luźno na ramiona.

* * *

Często roz­my­śla­łem nad urodą Ellen Crone. W wieku sied­miu lat nie zasta­na­wia­łem się jesz­cze nad tym, ale jako doro­sły męż­czy­zna muszę przy­znać, że była atrak­cyjna. Miała gładką i śnież­no­białą skórę bez żad­nej skazy czy zmarszczki, nawet wokół oczu czy ust. W uśmie­chu odsła­niała olśnie­wa­jąco białe zęby. Czę­sto żar­to­wa­li­śmy z jej wieku - a ona wraz z nami. Wpro­wa­dziła się do nas w paź­dzier­niku 1847 roku, na kilka tygo­dni przed moim uro­dze­niem, tuż po tym, jak panna Cogh­lan zre­zy­gno­wała z posady, tłu­ma­cząc, że przez dotknięte artre­ty­zmem ręce nie da rady zaj­mo­wać się nie­mow­lę­ciem. Panna Cogh­lan towa­rzy­szyła naszej rodzi­nie, kiedy przy­szli na świat Thorn­ley i Matylda, i miała zostać z nami jesz­cze około roku, dopóki mama nie znaj­dzie nowej opie­kunki. Jej przed­wcze­sne odej­ście przy­pa­dło na trudny czas: tata spę­dzał więk­szość czasu na zamku, ponie­waż aku­rat zaczął się głód, a mama, będąc już w zaawan­so­wa­nej ciąży, nie czuła się na siłach, żeby szu­kać nowej niani. Ellen zja­wiła się jakby zrzą­dze­niem boskim - usły­szała od kogoś, że jest moż­li­wość zatrud­nie­nia, i zja­wiła się u naszych drzwi, a nie­wielki sakwo­jaż sta­no­wił cały jej doby­tek. Utrzy­my­wała, że ma pięt­na­ście lat i jest sie­rotą, która poprzed­nich pięć lat spę­dziła w pew­nym domu na doglą­da­niu dzieci - pię­cio­let­niego chłopca i sze­ścio­let­niej dziew­czynki - dopóki cała rodzina chle­bo­daw­ców nie umarła przed mie­sią­cem na cho­lerę. Pani domu była położną i Ellen asy­sto­wała jej przy dzie­siąt­kach poro­dów; dziew­czyna ofe­ro­wała swoje usługi w zamian za miesz­ka­nie i skromną pen­sję, przy­naj­mniej dopóki mama nie doj­dzie do sie­bie po roz­wią­za­niu. Rodzice nie mieli innego wyj­ścia i przy­jęli Ellen Crone, ona zaś szybko oka­zała się po pro­stu nie­zbędna.

Poród, w wyniku któ­rego przy­sze­dłem na świat w listo­pa­dzie 1847 roku, nie nale­żał do łatwych. Uło­że­nie było poślad­kowe, a ja mia­łem pępo­winę owi­niętą wokół szyi - odbie­ra­jący poród kuzyn ojca, ceniony dubliń­ski lekarz, sądził, że jestem mar­twy, ponie­waż nie wyda­łem z sie­bie żad­nego głosu. Wujek Edward Ale­xan­der Sto­ker nie wyczuł pulsu pod moją siną skórą. Ale Ellen upie­rała się, że na pewno żyję, wyrwała mnie leka­rzowi i zabrała się do oddy­cha­nia usta-usta; zaczęła wtła­czać mi ustami powie­trze do płuc, aż po nie­spełna trzech minu­tach wresz­cie zaka­sła­łem i dołą­czy­łem do świata żywych. Mama i tata byli zdu­mieni, a wujek Edward uznał, że był to ni mniej, ni wię­cej, tylko praw­dziwy cud. Mama wyznała mi póź­niej, że pod­czas ciąży rzadko kopa­łem, więc myślała, że nosi w łonie mar­twe dziecko; jako matka dwojga dzieci była już wszak doświad­czona i miała nie­mal pew­ność swo­ich przy­pusz­czeń. Z tego powodu nie pozwa­lała tacie wybrać imie­nia. Dopiero kiedy zaczą­łem oddy­chać i oka­za­łem się żywy, zgo­dziła się na imię Abra­ham, po ojcu, i po raz pierw­szy wzięła mnie na ręce.

Po latach mama powie­działa mi, że tam­tej nocy cio­cia Ellen wyda­wała się wyczer­pana i umę­czona, jakby ona rów­nież uro­dziła dziecko, a poród ode­brał jej wszyst­kie siły. Gdy tylko tra­fi­łem bez­piecz­nie w obję­cia mamy, Ellen poszła do swo­jego pokoju i nie wycho­dziła stam­tąd przez pra­wie dwa dni, ku prze­ra­że­niu taty, który godzi­nami sie­dział u jej drzwi, pró­bu­jąc ją wywa­bić, bo potrzebna była pomoc i przy dzie­ciach, i przy mamie. Przez dwie doby nikt nie widział cioci Ellen. Trze­ciego dnia wresz­cie się wyło­niła i nie wspo­mniaw­szy nawet sło­wem o całym zaj­ściu, wró­ciła do swo­ich domo­wych obo­wiąz­ków. Tata z pew­no­ścią wymó­wiłby jej posadę, gdyby nie fakt, że nikogo innego na jej miej­sce nie było.

W ciągu pierw­szych trzech dni mój stan wciąż się pogar­szał i tata oba­wiał się, że nie prze­żyję kolej­nej nocy. Oddech mia­łem krótki, ury­wany i krztu­si­łem się flegmą. Wciąż nie pła­ka­łem, a moje oczy nie reago­wały na żadne bodźce. Nie chcia­łem ssać piersi. W ogóle nie chcia­łem jeść. Ellen prze­nio­sła moją koły­skę do swo­jego pokoju i spę­dzała ze mną cały czas, kiedy nie spa­łem, trzy­ma­jąc mnie od wszyst­kich z daleka - twier­dziła, że potrze­buję odpo­czynku. Rodzice nie­chęt­nie, ale na to przy­stali, aż wresz­cie pią­tego dnia, około dru­giej w nocy, cały dom usły­szał mój płacz, a był on tak dono­śny, że zawtó­ro­wali mu Matylda i Thorn­ley. Tata zapro­wa­dził mamę do pokoju Ellen, a gdy ta otwo­rzyła drzwi ze mną w postaci zawi­niątka na rękach, wszy­scy pojęli, że nie­bez­pie­czeń­stwo zostało zaże­gnane i że będę żył. Mama powie­działa, że Ellen wyglą­dała wtedy na znacz­nie star­szą niż w rze­czy­wi­sto­ści, jesz­cze gorzej niż tuż po moim uro­dze­niu, gorzej niż kie­dy­kol­wiek potem. Prze­ka­zaw­szy mnie mamie, Ellen Crone bez słowa zeszła po scho­dach i przez fron­towe drzwi powę­dro­wała w głę­boką noc. Nie wra­cała przez dwa pełne dni.

Kiedy się w końcu poja­wiła, znów była sobą: wyglą­dała młodo, policzki miała zaró­żo­wione, jej nie­bie­skie oczy lśniły, a na ustach gościł wieczny uśmiech. Tata ani sło­wem nie sko­men­to­wał jej nagłego wyj­ścia i nie­obec­no­ści, gdyż w mię­dzy­cza­sie mi się pogor­szyło i liczył na to, że Ellen znów mi pomoże, tak jak dwu­krot­nie przed­tem. Prze­niósł koły­skę z powro­tem do jej pokoju - tam pozo­stała razem z Ellen, która zamknęła drzwi bez­piecz­nie na klucz. Kiedy ja odzy­ski­wa­łem siły, ona mar­niała. W pierw­szych latach mojego życia ten cykl powta­rzał się dzie­siątki razy - Ellen spra­wiała, że zdro­wia­łem, po czym zni­kała na kilka dni, wra­cała w dobrej for­mie i znów przy­stę­po­wała do dzieła. Na zawsze pozo­stało tajem­nicą, co działo się za zamknię­tymi drzwiami jej pokoju; rodzice o to nie pytali. Wystar­czyło spoj­rzeć w jej oczy inten­syw­nie nie­bie­skie, gdy była zdrowa i silna, a zbla­dłe i posza­rzałe, gdy miała wziąć swoje kolejne "wychodne".

* * *

Unio­słem wzrok, by spoj­rzeć jej w oczy, teraz szare, świa­dom, że nie­długo znów znik­nie.

- Może teraz powi­nie­neś się sku­pić na wła­snym zdro­wiu, a nie na tych uro­jo­nych cie­niach w moich oczach, które pew­nie są tylko odbi­ciem ubra­nia. Może jeśli włożę czer­woną sukienkę, zapłoną taką czer­wie­nią jak oczy pana Nes­bitta po nocy spę­dzo­nej w pubie?

- Nie­długo znów znik­niesz, prawda?

W tym momen­cie włą­czyła się Matylda:

- Nie, cio­ciu! Nie wolno ci! Obie­ca­łaś pozo­wać mi do por­tretu!

- Ale masz już ich dzie­siątki...

- Obie­ca­łaś - powtó­rzyła Matylda, obra­żona.

Ellen pode­szła do niej i pogła­dziła ją pal­cem po karku.

- Nie będzie mnie tylko dzień, góra dwa. Prze­cież zawsze wra­cam. A wtedy zapo­zuję ci do kolej­nego por­tretu. Pod moją nie­obec­ność zaj­muj się, pro­szę, bra­tem i poma­gaj matce. Ma ręce pełne roboty z małym Richar­dem. Myślisz, że mogę ci powie­rzyć opiekę nad domem na czas mojej nie­obec­no­ści?

Matylda nie­chęt­nie poki­wała głową.

- Dobrze więc. Naj­le­piej będzie, jeśli zejdę na dół i pomogę przy obie­dzie. - Znowu poło­żyła mi na czole chłodną dłoń. - Jeśli ci się nie poprawi, będę musiała wezwać two­jego wujka Edwarda.

Na dźwięk tych słów ści­snął mi się żołą­dek, ale nic nie powie­dzia­łem.

* * *

Matylda odpro­wa­dziła cio­cię Ellen wzro­kiem i pod­bie­gła do mnie.

- Muszę ci coś poka­zać.

- Co takiego?

Rzu­ciła okiem na otwarte drzwi, następ­nie na swój szki­cow­nik, który zosta­wiła na komo­dzie, kiedy weszła do pokoju. Kiedy po niego wstała, zamknęła drzwi i przy­trzy­mała klamkę, aby upew­nić się, że hula­jące po domu prze­ciągi nie porwą ich i nie zatrza­sną. Wzięła swój zeszyt i wró­ciła na łóżko.

- Czy uwa­żasz mnie za świetną artystkę?

- Wiesz, że tak. - Nie było w tym prze­sady. Od czasu, gdy miała trzy albo cztery lata, było oczy­wi­ste, że talen­tem prze­wyż­sza rówie­śni­ków. W ostat­nim cza­sie jej rysunki dorów­ny­wały pra­com wielu powa­ża­nych doro­słych twór­ców. By tego dowieść, mama popro­siła zna­jomą o poka­za­nie jed­nego z obra­zów Matyldy boga­temu kone­se­rowi sztuki z Dublina. Kobieta nie wyja­wiła mu, że autorką jest mała dziew­czynka; po pro­stu oznaj­miła, że ma w rodzi­nie taki war­to­ściowy przed­miot i chcia­łaby go wyce­nić. Męż­czy­zna zaofe­ro­wał za niego dzie­sięć szy­lin­gów, ale mama odmó­wiła, wyja­śnia­jąc, że obraz jest jej zbyt drogi i nie potra­fi­liby się z nim roz­stać.

Wkrótce potem Matylda dostała się do Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych w Dubli­nie.

* * *

Z jej miny wywnio­sko­wa­łem jed­nak, że potrzeba jej świe­żej pochwały.

- Jesteś wspa­niałą artystką. Naprawdę!

Matylda zmru­żyła oczy i pokle­pała szki­cow­nik.

- To, co ci teraz pokażę, musi pozo­stać mię­dzy nami. Obie­caj, że nie będziesz o tym roz­ma­wiał z nikim innym.

Zanim zdą­ży­łem odpo­wie­dzieć, dosta­łem napadu kaszlu, w piersi palił mnie każdy chra­pliwy oddech. Matylda szybko nalała wody do szklanki i przy­sta­wiła mi do ust. Wypi­łem łap­czy­wie, zimny płyn schło­dził podraż­nione gar­dło. Kiedy atak wresz­cie minął, powie­dzia­łem tylko "prze­pra­szam". Matylda nie zwró­ciła na to uwagi, jak zwy­kle, kiedy cho­dziło o moją cho­robę. W sumie to nie pamię­tam, żeby kie­dy­kol­wiek jakoś ją komen­to­wała. Znów pokle­pała w szki­cow­nik, tym razem ze znie­cier­pli­wie­niem.

- Obie­cu­jesz?

Kiw­ną­łem głową.

- Nie pisnę ani słówka.

Naj­wy­raź­niej to jej wystar­czyło, ponie­waż otwo­rzyła okładkę i prze­kart­ko­wała ileś stron, zanim dotarła do wła­ści­wej. Pod­su­nęła mi rysu­nek.

- Kto to jest?

- Wil­liam Cyr. - Był to rol­nik miesz­ka­jący na wzgó­rzu w Puck­stown, a szkic przed­sta­wiał go w trak­cie pracy w polu.

Prze­rzu­ciła stronę.

- A to?

- Pew­nie Robert Pug­sley - odpar­łem. Na rysunku jechał swoim wozem rzeź­nika.

- No a tutaj?

- Mama.

- A tutaj?

- Thorn­ley doglą­da­jący kur.

- A tu?

Przez chwilę stu­dio­wa­łem pracę - wid­niała na niej kobieta w wieku sie­dem­na­stu, osiem­na­stu lat, ale jej nie roz­po­zna­łem.

- Nie wydaje mi się, żebym ją znał.

Matylda zer­k­nęła na mnie prze­lot­nie i prze­sko­czyła na następną stronę.

- A tę?

Kolejna dziew­czyna, nieco star­sza od poprzed­niej. Wyda­wała się jakby zna­joma, ale nie mogłem sko­ja­rzyć jej twa­rzy. Pokrę­ci­łem głową.

Matylda poka­zała mi jesz­cze rysunki trzech innych kobiet, z któ­rych naj­star­sza miała góra dwa­dzie­ścia lat. Ostat­nia była nama­lo­wana akwa­re­lami; obraz był dyna­miczny, żywa osoba została uchwy­cona nie­by­wale szcze­gó­łowo, wyda­wało mi się, że mógł­bym wycią­gnąć rękę, dotknąć papieru i poczuć cie­pło jej skóry. Nie ziden­ty­fi­ko­wa­łem tych kobiet, co wydało mi się dziwne, bo zna­łem więk­szość miesz­kań­ców bli­skiej oko­licy, a Matyl­dzie nie było wolno zanadto odda­lać się od domu, chyba że w towa­rzy­stwie doro­słego.

- Nie znasz żad­nej z tych kobiet?

Zaczą­łem bez pośpie­chu cofać się do początku zeszytu, uważ­niej przy­pa­tru­jąc się pra­com. Nie umia­łem powią­zać twa­rzy z nazwi­skami.

- Nie znam. Może spo­tka­łaś je, będąc z mamą na rynku albo na mie­ście, beze mnie?

Matylda wolno pokrę­ciła głową. Nachy­liła się do mnie i wyszep­tała mi do ucha:

- Wszyst­kie szkice przed­sta­wiają cio­cię Ellen.

Zmarsz­czy­łem czoło i wró­ci­łem do por­tre­tów.

- Ale one wcale... wcale nie są do niej podobne.

- Wcale nie są podobne, a jed­no­cze­śnie wszyst­kie są do niej podobne. Mogła­bym poka­zać ci kil­ka­na­ście innych i żadna nie wyda­łaby ci się zna­joma.

- Nie rozu­miem.

- Ja też nie - powie­działa i dodała ciszej: - Wygląda na to, że za każ­dym razem, gdy rysuję cio­cię Ellen, por­tret w ogóle jej nie przy­po­mina. Nie potra­fię jej uchwy­cić, choć sta­ram się, jak mogę; jej obraz wciąż mi umyka.

Nie wie­dzia­łem, jak to sko­men­to­wać, więc zmie­ni­łem temat.

- A czego jesz­cze dowie­dzia­łaś się o Thorn­leyu?

Ponie­waż rzadko opusz­cza­łem swój pokój, byłem łasy na wszel­kie plo­teczki na temat domow­ni­ków i Matylda rzadko mnie pod tym wzglę­dem zawo­dziła. Główny obiekt jej docie­kań sta­no­wiła wpraw­dzie cio­cia Ellen, ale na dru­gim miej­scu był mój brat Thorn­ley, więc czę­sto można było zauwa­żyć, że sio­stra podąża za nim jak cień.

- Ach, Thorn­ley. - Matylda prze­wró­ciła kartkę i uka­zała się strona wypeł­niona tek­stem. - Zeszłej nocy widzia­łam, jak wycho­dzi z pokoju cioci Ellen około dru­giej w nocy.

- Co miałby tam robić?

Matylda stuk­nęła w zeszyt.

- To jesz­cze nie wszystko. Był ubrany, jakby wybie­rał się na dwór, a po opusz­cze­niu jej pokoju nie wró­cił do swo­jego, tylko wyszedł na zewnątrz.

- W środku nocy?

- W środku nocy.

- I co tam robił?

Matylda zmarsz­czyła brwi.

- Nie wiem. Stra­ci­łam go z oczu przy sto­dole. Ale spę­dził poza domem pra­wie dwa­dzie­ścia minut, a kiedy wró­cił, był cały upa­prany.

- Widział cię?

- Oczy­wi­ście, że mnie nie widział.

- Czyli to będzie już trzeci raz?

Pokrę­ciła głową.

- Czwarty raz w ciągu czte­rech tygo­dni, kiedy wymyka się w ten spo­sób. Jeśli zrobi to ponow­nie, będę go śle­dzić.

- Powin­naś powie­dzieć mamie.

Matylda nie miała takiego zamiaru. Mogłem być tego pewien, sądząc po spo­so­bie, w jaki zamknęła szki­cow­nik, i fuk­nię­ciu, z któ­rym opu­ściła pokój.

* * *

Gorączka rosła. O dzie­wią­tej wie­czo­rem bolał mnie już każdy kawa­łek ciała, a pościel była mokra od potu. Mama sie­działa przy mnie, na kola­nach trzy­mała miskę z wodą i wil­gotną ście­reczką chło­dziła moje roz­pa­lone czoło. W któ­rymś momen­cie zapro­te­sto­wa­łem. Zro­biło mi się tak zimno, że dotyk ście­reczki na skó­rze zda­wał się prze­szy­wa­jąco zimny. Wyma­chi­wa­łem rękami, żeby ją odgo­nić. Wtedy w pokoju zja­wili się Thorn­ley i tata, chwy­cili mnie za ręce i nogi i przy­trzy­my­wali. W całym domu sły­chać było mój jęk, gar­dłowe dźwięki prę­dzej przy­wo­dzące na myśl ranne zwie­rzę ani­żeli dziecko.

Z dołu, z pokoju Ellen, roz­legł się płacz małego Richarda, więc mama popro­siła Matyldę, żeby do niego zaj­rzała. Pamię­tam, że sio­stra zaopo­no­wała, ale nie pamię­tam, co dokład­nie mówiła. Nie chciała mnie zosta­wiać, ale mama nale­gała. Nie wolno było wno­sić dziecka do mojego pokoju, bo mogłoby się ode mnie zara­zić moją tajem­ni­czą cho­robą. Chyba wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że to nie­lo­giczne - prze­cież cią­gnęła się latami i nie zła­pał jej nikt inny w rodzi­nie - ale i tak zga­dza­li­śmy się co do tego, że z nie­mow­lę­ciem lepiej nie ryzy­ko­wać.

Matylda wybie­gła z mojego pokoju i usły­sza­łem, jak tata prze­klina Ellen za to, że kilka godzin wcze­śniej wzięła wolne. Byli od niej uza­leż­nieni, a w tym momen­cie potrze­bo­wali jej bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, a mimo to wyszła, z tylko sobie zna­nych powo­dów. W moim ogar­nię­tym gorączką umy­śle jarzyły się szkice, które poka­zała mi Matylda: dzie­siątki kobiet zle­wa­jące się w jedną, podobną do cioci Ellen przez uła­mek sekundy, zanim roz­padną się na por­trety nie­zna­jo­mych, w róż­nym wieku i o róż­nym wyglą­dzie, róż­nych, a jed­nak takich samych. Ich oczy z czarno-bia­łych, naszki­co­wa­nych, prze­ra­dzały się w żywo nie­bie­skie, jak na obra­zie olej­nym, i patrzyły na mnie przez mętny welon ciem­no­ści. Sły­sza­łem głos cioci, ale wyda­wał się tak odle­gły, jakby dobie­gał z nabrzeża, pochła­niany przez mgłę. Nagle jej twarz zna­la­zła się o kilka cen­ty­me­trów od mojej, a jej czer­wone usta poru­szały się cał­kiem bez­gło­śnie. Chwilę póź­niej wró­ciła mama i starła te majaki lodo­watą ście­reczką, a ja chcia­łem odtrą­cić jej dłoń, ale ręce odma­wiały mi posłu­szeń­stwa. Wszystko poczer­niało i poczu­łem, że spa­dam w głąb studni, świat nade mną znika i pochła­nia mnie zie­mia, a moje plecy płoną, gdy lecę wprost do pie­kła. Usły­sza­łem, że mama wyma­wia moje imię, ale byłem bar­dzo daleko od domu i bałem się bury za to, że w ogóle wysze­dłem, więc mil­cza­łem; zamkną­łem tylko oczy i cze­ka­łem na ude­rze­nie o dno prze­pa­ści, którą prze­mie­rza­łem. Wyobra­zi­łem sobie, że to się wła­śnie czuje, kiedy jest się żyw­cem wpy­cha­nym do grobu samo­bójcy. Szy­ko­wa­łem się na duszący pył, gotów na śmierć pod war­stwą brud­nej ziemi, wydany na pastwę roba­ków i larw.

- Bram!

* * *

Z góry wołała mnie mama, a ja w dole mil­cza­łem. Dopiero za trze­cim razem wresz­cie spró­bo­wa­łem odpo­wie­dzieć, ale głos uwiązł mi w gar­dle. Cię­żar ziemi na piersi spra­wiał, że tchu star­czało mi tylko na stłu­miony pomruk, który wydo­był się z moich suchych, spę­ka­nych warg. Wokół mnie sypał się kurz, spa­dał gru­dami i tłukł w moje wątłe ciało. Nad dołem zgro­ma­dził się tłum; cho­ciaż nikogo nie widzia­łem, sły­sza­łem tych ludzi - krzyki i jęki, płacz, a nawet chi­chot - naj­pierw dwa głosy, potem cztery, potem kil­ka­na­ście następ­nych. Nie nadą­ża­łem za nimi, bo były wszę­dzie, a zara­zem ni­gdzie, pie­kiel­nie hała­śliwe, a jed­no­cze­śnie nie­wi­doczne dla mnie.

Aż usły­sza­łem ten głos.

Spoj­rza­łem w oczy mamy, zaczer­wie­nione i posępne. Trzy­mała wil­gotną ście­reczkę kilka cen­ty­me­trów od mojej twa­rzy i zamarła, gdy roz­war­łem powieki i natra­fi­łem wzro­kiem na nią. Z powro­tem zna­la­złem się w swoim poko­iku na pod­da­szu, w łóżku, nie­pewny, czy w ogóle opu­ści­łem to miej­sce.

- Ock­nął się - powie­działa szep­tem do kogoś po dru­giej stro­nie pokoju.

Pró­bo­wa­łem obró­cić głowę, ale strasz­nie bolał mnie kark; bałem się, że sam ten ruch może oddzie­lić mi głowę od ciała. Mia­łem wra­że­nie, jakby tuzin lodo­wych ostrzy wbi­jał mi się w skórę.

- Zimno...

- Ćśśś, nic nie mów - powie­działa mama. - Wujek Edward przy­szedł, żeby pomóc.

Nade mną poja­wiła się twarz Edwarda, kępki siwych wło­sów, zmierz­wio­nych i opa­da­ją­cych na okrą­głe oku­lary. Ścią­gnął z szyi ste­to­skop, wło­żył słu­chawki do uszu i przy­tknął meta­lowy rezo­na­tor w kształ­cie dzwonu do mojej piersi - on rów­nież dla nagiego ciała był jak lód, więc pró­bo­wa­łem go z sie­bie strzą­snąć, ale tata i Thorn­ley mocno mnie trzy­mali.

- Nie ruszaj się - naka­zał z gniewną miną wujek Edward. Przez chwilę osłu­chi­wał, po czym zwró­cił się do mamy: - Serce bije bar­dzo nie­re­gu­lar­nie, a tem­pe­ra­tura osią­gnęła poziom, przy któ­rym wystę­pują omamy. Nie­le­czona, taka gorączka może dopro­wa­dzić do trwa­łych następstw... Uszko­dze­nia słu­chu, utraty wzroku, a nawet do śmierci.

Słu­cha­łem tego niczym bez­silny obser­wa­tor nie­zdolny do reak­cji. Widzia­łem, jak mama i tata wymie­niają zmar­twione spoj­rze­nia, a Thorn­ley po pro­stu mi się przy­gląda.

- Co pro­po­nu­jesz? - spy­tała mama. W jej gło­sie, zwy­kle tak pew­nym i spo­koj­nym, sły­chać było drże­nie.

Wujek Edward powiódł po mnie wzro­kiem i zwró­cił się do mamy:

- Musimy zmniej­szyć ilość zepsu­tej krwi; jedy­nie wów­czas jego ciało znaj­dzie w sobie siłę, żeby zwal­czyć zaka­że­nie i chło­pak zacznie zdro­wieć.

Mama pokrę­ciła głową.

- Ostat­nim razem tylko mu to zaszko­dziło.

- Pusz­cza­nie krwi to jedyna tera­pia sto­so­wana w takich przy­pad­kach.

Pró­bo­wa­łem wyswo­bo­dzić się z ich uści­sku i pra­wie mi się udało, bo zajęli się roz­mową i roz­luź­nili uchwyt, ale Thorn­ley, który ści­skał mnie za ramię tak mocno, jakby miał mi zaraz prze­bić skórę, skar­cił mnie wzro­kiem, a z ruchu jego warg wyczy­ta­łem bez­gło­śne "nie".

Ciem­ność spo­wiła mnie z powro­tem niczym płaszcz, lecz sta­ra­łem się zacho­wać przy­tom­ność. Roz­mowa nade mną trwała na­dal, ale poszcze­gólne słowa stały mi się obce, skła­dały się na język, któ­rym nie wła­da­łem. Wtedy zaczą­łem trząść się z zimna tak mocno, jak­bym wpadł do zamar­z­nię­tego jeziora. Kątem oka dostrze­głem, jak tata kiwa głową.

Wujek Edward zdjął oku­lary, wytarł je o koszulę, po czym znowu umie­ścił na grzbie­cie nosa. Otwo­rzył brą­zową torbę z naj­lep­szej angiel­skiej skóry i wyjął biały słoik z dziur­ko­waną pokrywką. Odkrę­cił go z cichym pyk­nię­ciem gumo­wej uszczelki, a następ­nie wycią­gnął duże klesz­cze.

Ponow­nie spró­bo­wa­łem się wywi­nąć, ale opu­ściły mnie wszyst­kie siły. Patrzy­łem, jak wujek zanu­rza szczypce w sło­iku i wyj­muje dużą pijawkę, dłu­go­ści jakichś sied­miu cen­ty­me­trów. Wiła się gro­te­skowo w uchwy­cie, wygi­na­jąc się w tę i we w tę, a wujek Edward powoli opusz­czał ją na moją stopę.

Tuż zanim pijawka zni­kła mi z pola widze­nia, zauwa­ży­łem, jak łap­czy­wie roz­dzia­wia i zamyka otwór gębowy, zbli­ża­jąc się do mojego ciała. Mama odwró­ciła głowę i zaci­snęła powieki, a tata, cho­ciaż pobladł, mimo wszystko przy­glą­dał się, jak wujek umiesz­cza pijawkę na mojej sto­pie. Pijawka była jesz­cze zim­niej­sza niż ja, pra­wie tak lodo­wata jak ste­to­skop. Wyobra­zi­łem sobie, jak dra­pież­nik przy­sysa się do mojej skóry, żeby nasy­cić się krwią. Widzia­łem, jak pęcz­nieje w miarę poły­ka­nia mojej esen­cji. Kiedy sta­ra­łem się uwol­nić umysł z tego ohyd­nego spek­ta­klu, zauwa­ży­łem, że klesz­cze wujka wra­cają z kolejną pijawką, mającą wylą­do­wać na moim ramie­niu, a potem z następną i jesz­cze następną.

Zamkną­łem oczy w nadziei na zapad­nię­cie w przy­tulny gro­bo­wiec snu.

* * *

Wokół mnie pano­wał rej­wach. Sły­sza­łem mamę i tatę, Matyldę i Thorn­leya, a nawet wujka Edwarda. Usi­ło­wa­łem zro­zu­mieć zna­cze­nie słów, wytę­ża­łem słuch, by wyło­wić ten czy inny głos, ale nic nie miało sensu. Kiedy spró­bo­wa­łem otwo­rzyć oczy, ujrza­łem tylko smo­li­stą pustkę, głę­boką i zło­wrogą jak bagna za naszym domem. Zapa­da­łem się w nią.

Przez uła­mek sekundy zoba­czy­łem Matyldę sto­jącą obok mnie; twarz miała opuch­niętą i lśniącą od łez. W tym samym momen­cie ona rów­nież mnie dostrze­gła, bo otwo­rzyła sze­roko oczy i usta, na dość długo, by wykrzy­czeć moje imię i przy­kuć uwagę zgro­ma­dzo­nych w pokoju; naj­pierw spoj­rzeli na nią, a potem na mnie. Matka pod­bie­gła do łóżka z prze­ciw­nego końca pokoju, tata pochy­lił się nade mną z jed­nej strony, a wujek Edward z dru­giej. Wujek strzą­snął długi meta­lowy ter­mo­metr i roz­ka­zał coś Thorn­ley­owi, ale wszyst­kie słowa wypo­wie­dziane po okrzyku Matyldy zda­wały się nale­żeć do nie­zna­nego języka. Wysi­li­łem wzrok, żeby zło­wić nim sio­strę, spleść nasze spoj­rze­nia niczym palce ści­ska­ją­cych się dłoni, ale jej słodka twarz odpły­nęła. Wszystko stało się cie­niem, a potem nico­ścią.

- Wszy­scy na zewnątrz!

Usły­sza­łem to pole­ce­nie, ale niby z oddali, led­wie dosły­szalne przez kako­fo­nię gło­sów. Naokoło mnie pano­wał taki gwar, że mia­łem wra­że­nie, jak­bym sły­szał wszel­kie dźwięki stwo­rze­nia jed­no­cze­śnie; wszyst­kie syki, piski, wrza­ski i języki zna­nego wszech­świata roz­brzmie­wały uni­sono, a każda kolejna fala była gło­śniej­sza niż poprzed­nia. Były tak potężne, że nio­sły z sobą nie­zwy­kłe cier­pie­nie, ich bole­sne ostrza prze­szy­wały mi uszy i wie­dzia­łem, że jeśli spró­buję zro­zu­mieć to, co sły­szę, to postra­dam od tego zmy­sły.

- Opuść­cie pokój, ale już!

To była cio­cia Ellen. Jakimś spo­so­bem wie­dzia­łem, że to ona, choć głos nie nale­żał do niej, lecz był jak wycie strzygi prze­ni­ka­jące burzową noc.

* * *

Naj­wy­raź­niej pod­da­łem się ciem­no­ści, gdyż chwilę póź­niej ock­ną­łem się sam. Mama i tata znik­nęli, podob­nie jak Matylda, Thorn­ley i wujek Edward. Jeżeli nawet cio­cia Ellen została w pokoju, to jej nie widzia­łem; w rze­czy­wi­sto­ści w ogóle nie­wiele widzia­łem oprócz iskie­rek świa­tła, które prze­ni­kały przez ustę­pu­jący mrok. Po raz pierw­szy ude­rzył mnie zapach, woń stę­chli­zny jak w piw­nicy na warzywa pod koniec zimy, kiedy z plo­nów lata pozo­stają już tylko gni­jące resztki pokryte ple­śnią i wydane na żer nie­wi­docz­nych miesz­kań­ców wil­got­nej ziemi.

- Cio­cia Ellen? - wyszep­ta­łem jej imię. Gar­dło bolało mnie tak mocno, że następne odde­chy bra­łem drob­nymi łycz­kami, łza­wiąc z wysiłku.

Cio­cia Ellen nie odpo­wie­działa, a jed­nak wie­dzia­łem, że jest w pokoju. Czu­łem w gęstym mroku jej obec­ność. Ponow­nie zawo­ła­łem ją po imie­niu, tym razem gło­śniej niż poprzed­nio, przy­go­to­wu­jąc się na nie­unik­nione pale­nie w gar­dle, które towa­rzy­szyło sło­wom.

Raz jesz­cze bez odpo­wie­dzi.

Pod stertą gru­bych koców zaczą­łem znów trząść się z zimna. W kącie pokoju tata zain­sta­lo­wał żela­zny pie­cyk, żeby zapew­nić mi cie­pło - kiedy wszy­scy tu byli, ogień wesoło buzo­wał na pale­ni­sku, ale teraz piec był ciemny, drwa pokry­wał zimny popiół, jak gdyby minęły całe tygo­dnie, odkąd roz­grze­wały go pło­mie­nie.

Dostrze­głem jakiś ruch po mojej lewej, więc nie­zdar­nie wykrę­ci­łem się, żeby spraw­dzić, co to. Kark zabo­lał mnie z wysiłku; sta­ra­łem się to zigno­ro­wać, zaci­ska­jąc z bólu powieki. Jeśli była to cio­cia Ellen, to poru­szała się o wiele za szybko, bym zdo­łał przy­chwy­cić ją wzro­kiem - zanim moje oczy natra­fiły na punkt, w któ­rym powinna się znaj­do­wać, został w nim tylko róg komody i widmo płasz­cza wiszą­cego na kołku. Mojej uwa­dze nie uszedł fakt, że płaszcz lekko się poru­szał. Wszyst­kie okna były szczel­nie zamknięte, więc nie mogło być mowy o wie­trze; coś innego musiało być tego przy­czyną.

- Czemu się cho­wasz, cio­ciu Ellen? Prze­ra­żasz mnie. - Chcia­łem cof­nąć te słowa już w chwili, kiedy je wyma­wia­łem. Tata skar­ciłby mnie za oka­zy­wa­nie choćby odro­biny stra­chu, a co dopiero za ogła­sza­nie go, ale słowa wyszły ze mnie, zanim zda­łem sobie sprawę, że powi­nie­nem był je zdu­sić.

Odpo­wiedź wciąż nie nad­cho­dziła, a ja uspo­ko­iłem się, opa­no­wa­łem dresz­cze wstrzą­sa­jące moim cia­łem i zaczerp­nąw­szy tchu, nasłu­chi­wa­łem. Kiedy nabie­ra­łem powie­trza, usły­sza­łem, że ktoś robi to samo; tym razem odgłos dobiegł z mojej pra­wej, bli­żej drzwi. Obró­ci­łem swoją ocię­żałą głowę w tam­tym kie­runku, ale na­dal niczego nie widzia­łem; pod drzwiami wni­kało do środka sła­biu­teń­kie świa­tło, które zda­wało się gasnąć już na progu, jakby powstrzy­my­wała je znacz­nie sil­niej­sza ciem­ność wypeł­nia­jąca wnę­trze. Wypu­ści­łem powie­trze z płuc i znów dobiegł mnie podobny dźwięk z pokoju - odgłos oddy­cha­nia w jed­nym ryt­mie ze mną.

W chwili gdy wstrzy­ma­łem oddech, mój nie­pro­szony towa­rzysz zro­bił to samo, jak gdyby zaba­wiał się w jakieś nie­po­ko­jące naśla­dow­nic­two.

Odwró­ci­łem się z powro­tem do wej­ścia, ku sre­brzy­stemu świa­tłu prze­bi­ja­ją­cemu się pod drzwiami przez ciem­ność. Zdało mi się, że dostrze­głem w tym świe­tle poru­sza­jące się cie­nie. Wyobra­zi­łem sobie Matyldę, jak uważ­nie słu­cha z uchem przy­ci­śnię­tym do drzwi, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, i zamyka oczy w nadziei, że odcię­cie jed­nego zmy­słu wzmocni inny.

Znowu uchwy­ci­łem jakiś ruch po lewej stro­nie i z tru­dem odwró­ci­łem głowę w kie­runku pie­cyka. Tym razem zoba­czy­łem cio­cię Ellen, pochy­loną nad pale­ni­skiem i poru­sza­jącą drwa żela­znym pogrze­ba­czem. Strze­lały i trza­skały pod jej doty­kiem, a przez chwilę dostrze­głem poje­dyn­czy kawa­łek poma­rań­czo­wego żaru. Zamiast sta­rać się pobu­dzić pło­mie­nie, roz­biła gorącą grudkę i roz­gar­niała jej roz­pa­lone kawa­łeczki, aż stra­ciły blask.

- Zimno mi, cio­ciu Ellen. Czemu gasisz ogień? - Mój oddech zawisł w powie­trzu nade mną w postaci nie­po­ko­ją­cej mgiełki.

Cio­cia Ellen spoj­rzała na mnie prze­lot­nie i już jej nie było. Nie byłem pewien, czy to zło­śliwe cie­nie spła­tały mi figla, czy znowu stra­ci­łem przy­tom­ność, w każ­dym razie dokład­nie w tej chwili cio­cia jakby znik­nęła z pola widze­nia. Zanim to nastą­piło, uchwy­ci­łem na moment jej oczy, które lśniły naj­ja­śniej­szym błę­ki­tem. Zdzi­wiło mnie, że dałem radę je dostrzec przy tak małej ilo­ści świa­tła w pokoju, ale nie mia­łem z tym żad­nego pro­blemu i jakaś część mnie żywiła prze­ko­na­nie, że cio­cia chciała, bym je zoba­czył. Oprócz oczu wypa­trzy­łem też uśmiech błą­dzący po jej czer­wo­nych ustach. Roz­legł się nawet śmiech, choć krótki, i jako jedyny prze­rwał ciszę.

Kiedy mój poli­czek musnęły czy­jeś palce, pra­wie wysko­czy­łem z łóżka; krę­ci­łem głową dookoła, żeby je zoba­czyć. Cio­cia Ellen sie­działa na krze­śle, które przed­tem zaj­mo­wała mama, a jej ręka wędro­wała do mojego czoła. Jej dotyk nie niósł z sobą ani odro­biny cie­pła. Mogłaby rów­nie dobrze przy­ło­żyć mi do skóry kawa­łek drewna na roz­pałkę albo drut do robó­tek. Kiedy cof­nęła dłoń, spo­dzie­wa­łem się zoba­czyć na niej ręka­wiczkę, tak się jed­nak nie stało - jej palce były nagie. Zasta­na­wiał mnie ich wygląd, kre­mowa barwa, świe­żość jak u nie­mow­lę­cia, dłu­gie, ide­al­nie zadbane paznok­cie. Nie były to ręce pra­cow­nicy, a raczej człon­kini rodziny kró­lew­skiej. Nawet na moich rękach, nale­żą­cych do deli­kat­nego sied­mio­latka, widać było ślady pracy, a żyłem w warun­kach znacz­nie bar­dziej cie­plar­nia­nych niż jakie­kol­wiek dziecko w moim wieku. Na lewej ręce mia­łem jed­nak drobną bli­znę tuż pod pal­cem wska­zu­ją­cym, która ni­gdy wła­ści­wie się nie wygo­iła. Pozo­stała mi po ska­le­cze­niu ostrą kra­wę­dzią ramy okien­nej na par­te­rze, kiedy byłem młod­szy. Chro­po­waty metal wbił mi się w skórę i try­snęła fon­tanna krwi. Nie pła­ka­łem, kiedy to się stało; mama była pod wra­że­niem i chwa­liła mnie za bycie dziel­nym mimo takiego wypadku. Zaban­da­żo­wała ska­le­cze­nie naj­le­piej, jak umiała, ale rana była głę­boka i praw­do­po­dob­nie nada­wała się do szy­cia. Opo­wia­dam tę histo­rię tylko dla­tego, że dło­nie cioci Ellen nie były pozna­czone takimi bli­znami, ska­le­cze­niami ani zadra­pa­niami codzien­nego życia.

Cio­cia Ellen przy­ła­pała mnie na przy­glą­da­niu się jej rękom i zabrała mi je z pola widze­nia, odgar­nia­jąc mi włosy opa­da­jące na oczy.

- Bar­dzo ci się pogor­szyło, maja­czysz, jesteś roz­pa­lony. Boli cię?

Spró­bo­wa­łem poki­wać głową, ale znów nie mogłem się ruszyć. Już samo trzy­ma­nie oczu otwar­tych było bole­sne, ale i tak ich nie zamy­ka­łem, nie mogąc odwró­cić wzroku od Ellen.

- Musi boleć.

Sądzi­łem, że ma na myśli gorączkę, zauwa­ży­łem jed­nak, że patrzy na moje ramię. Zebra­łem się w sobie i unio­słem je. Pod łok­ciem były trzy pijawki, a nad nim co naj­mniej dwie kolejne. Wszyst­kie nabrzmiałe, nasy­cone upiorną ucztą. Naj­więk­sza z nich, przy­cze­piona nie­da­leko nad­garstka, wyglą­dała, jakby miała zaraz pęk­nąć. Jej tłu­ste ciało poru­szało się żar­łocz­nie w rytm wysy­sa­nia krwi. Na dru­giej ręce było co naj­mniej sześć następ­nych, a wie­dzia­łem, że wujek Edward umie­ścił pijawki rów­nież na moich nogach i sto­pach.

W oczach wez­brały mi łzy, a cio­cia Ellen otarła je zim­nym koniusz­kiem palca, unio­sła go do ust i zli­zała słoną kro­plę.

Potem bez­gło­śnie się­gnęła tym samym pal­cem do wiją­cego się ciała napęcz­nia­łej pijawki i przy­ci­snęła ją. Stwo­rze­nie zadrżało, sku­liło się i na moich oczach z pulch­nego i wil­got­nego zamie­niło się w suchy pył. I zni­kło, zosta­wia­jąc po sobie tylko smużkę na mojej skó­rze i czer­woną dziurkę, przez którą się kar­miło. Palec cioci Ellen zro­bił się czer­wony od krwi - mojej krwi.

- Ufasz mi?

Onie­miały, z led­wo­ścią kiw­ną­łem głową.

- A nie powi­nie­neś - odparła.

OBECNIE

Bram pod­nosi wzrok znad dzien­nika. Usły­szał czyjś oddech: czę­ste, ury­wane hau­sty, a następ­nie chuch­nię­cia po dru­giej stro­nie drzwi. Płatki róży cicho zatrze­po­tały nad kamienną posadzką. Jeden z nich oddzie­lił się od pozo­sta­łych. Sczer­niały od gni­cia i pomarsz­czony od roz­padu, prze­le­ciał nad pod­łogą i wylą­do­wał u stóp Brama. Pozo­stałe resztki róży nie miały się wcale lepiej; wkrótce będzie musiał ją zastą­pić.

Znowu dźwięk wde­chu, tym razem długi, a po nim wydech z ogrom­nych płuc.

Brzmi to jak koń albo duży pies, ale to nie może być żadne z nich, ponie­waż Bram wie, że nie ma tu takich zwie­rząt. Mimo to sły­szy wdech i wydech, gło­śniej­sze od poprzed­nich. Wyobraża sobie wiel­kie noz­drza, jak u doga nie­miec­kiego lub mastiffa, które wcią­gają powie­trze spod drzwi z taką siłą i zapa­mię­ta­niem, że mogą okre­ślić zawar­tość pokoju po samym zapa­chu.

Bram odkłada dzien­nik na pod­łogę, wstaje, prze­mie­rza pokój i dociera do drzwi.

To, co jest po dru­giej stro­nie, musi wie­dzieć, że Bram znaj­duje się bli­sko, bo oddech momen­tal­nie ustaje, po czym poja­wia się znowu, tym razem szyb­szy. Bram przy­kłada twarz do pod­łogi i stara się zer­k­nąć na drugą stronę drzwi, ale prze­świt mię­dzy kamienną posadzką i dołem gru­bych dębo­wych drzwi jest za mały, sze­roki zale­d­wie na włos. Nastę­puje kolejny wydech, a Bram odska­kuje do tyłu; powie­trze jest gorące i duszne, wil­gotny podmuch dotyka jego policz­ków, nio­sąc z sobą naj­ohyd­niej­szy z zapa­chów. Smród wyci­ska mu łzy z oczu; cofa się od drzwi, aż ude­rza nogami o krze­sło, na któ­rym sie­dział przed paroma chwi­lami. Owio­nięty przez odór, marzy tylko o tym, żeby się stam­tąd wydo­stać. Zamiast tego wstaje, pod­cho­dzi do okna i wysta­wia głowę na zimne nocne powie­trze, by wdy­chać je, aż pozbę­dzie się fetoru z nosa i płuc.

Oddech za drzwiami wciąż przy­biera na sile.

Bram sięga do kie­szeni płasz­cza, wyj­muje bute­leczkę i ogląda ją w migo­cą­cym świe­tle lampy olej­nej. Zale­d­wie przed dwoma dniami Vámbéry napeł­nił fiolkę - podob­nie jak trzy inne - wodą z chrzciel­nicy w kościele Świę­tego Jana. Dwie por­cje zostały już wyko­rzy­stane; po zuży­ciu tej będzie już tylko jedna, a Bram nie ma skąd wziąć ich wię­cej. Ostroż­nie zdej­muje zatyczkę i kie­ruje się do drzwi.

Gdy do nich pod­cho­dzi, to, co czai się za nimi, ponow­nie cich­nie, po czym znów zaczyna ryt­micz­nie oddy­chać. Sły­chać prze­cią­gły pomruk, a potem dra­pa­nie o posadzkę, poje­dyn­cze skrob­nię­cie, na próbę, jakby to coś chciało spraw­dzić wytrzy­ma­łość kamie­nia, na któ­rym stoi.

Bram klęka przy drzwiach, deli­kat­nie prze­chyla bute­leczkę i roz­lewa wodę świę­coną wzdłuż progu, aż nic nie zostaje. Kamień zdaje się ją wchła­niać, płyn bły­ska­wicz­nie znika i zosta­wia po sobie jedy­nie cienką smużkę. Stwo­rze­nie za drzwiami rzuca się do ucieczki. Po czym roz­lega się głę­bo­kie wycie ogrom­nego wilka.

DZIENNIK BRAMA STOKERA

Paź­dzier­nik 1854

Obu­dzi­łem się w przy­ćmio­nym świe­tle, gdy blade pro­mie­nie słońca prze­ni­kały przez okna, zale­wa­jąc pokój bla­skiem, który nie nale­żał ani do poranka, ani do zachodu. Zało­ży­łem, że nad zatoką poja­wiła się mgła; o tej porze roku nie byłoby to nic dziw­nego. W powie­trzu uno­siła się wil­goć i cho­ciaż ktoś owi­nął moje ciało koł­drą, nie na wiele się to zdało i wciąż nękały mnie uką­sze­nia chłodu znad morza.

Po śpie­wie pta­ków roz­po­zna­łem, że jest wcze­śnie rano. Pomimo bólu otwo­rzy­łem oczy. Miska, z któ­rej mama korzy­stała przy ocie­ra­niu mi czoła, stała na stole koło łóżka, a obok leżała szmatka, ale krze­sło było puste. Spo­dzie­wa­łem się zoba­czyć na nim mamę albo Matyldę, ale nie sie­działa tam żadna z nich. Byłem sam w poko­iku na pod­da­szu. Nawet jeśli wujek Edward na­dal był u nas w domu, nic o tym nie świad­czyło. Jego torba znik­nęła, a wraz z nią okropny słój z pijaw­kami. Odsu­ną­łem koł­drę, zmu­si­łem się, by usiąść na łóżku, i wycią­gną­łem rękę do świa­tła. Od prze­gu­bów aż po łopatki obu ramion pozna­czona była dzie­siąt­kami potrój­nych nakłuć. Podobne zna­la­złem na nogach, od ud do stóp. Ilu pija­wek użył? Nie prze­sta­wało mnie to nur­to­wać. Stwier­dzi­łem, że zbiera mi się na wymioty, zdo­ła­łem jed­nak się powstrzy­mać.

Cho­ciaż było mi chłodno, nie był to ten rodzaj zimna co poprzed­niej nocy, gdy wal­czy­łem z gorączką. W sumie tylko domy­śla­łem się, że wszystko to działo się w poprzed­nią noc, ale nie mogłem tego spraw­dzić. Kiedy ostat­nio mia­łem tak silny atak, prze­spa­łem trzy pełne dni, zanim odzy­ska­łem przy­tom­ność i powró­ci­łem do świata żywych. Wów­czas po prze­bu­dze­niu byłem tak wygłod­niały, jak­bym nie jadł nie wia­domo ile dni. Opu­ściła mnie ta nie­wielka ilość ener­gii, tlą­cej się zazwy­czaj w moim ciele; ledwo mogłem usiąść, a co dopiero wstać. Tym razem, ow­szem, czu­łem się słaby, ale nie aż tak słaby jak wtedy. Wła­ści­wie wręcz prze­ciw­nie, mia­łem wra­że­nie, że w razie potrzeby mógł­bym wygrze­bać się z łóżka i zary­zy­ko­wać prze­marsz na drugą stronę pokoju - jak­bym obu­dził się z bar­dzo dłu­giego snu, jak niedź­wiedź, który po hiber­na­cji wraca do życia.

Się­gną­łem po dzwo­nek sto­jący na sto­liku noc­nym i potrzą­sną­łem nim. Po kilku chwi­lach w drzwiach poja­wiła się mama, nio­sąca tacę ze śnia­da­niem.

- No i jak się dzi­siaj czu­jesz? - zapy­tała, odsta­wia­jąc tacę na sto­liku. - Nie­źle nas wczo­raj nastra­szy­łeś. Mia­łeś gorączkę, nie pamię­tam, żeby kie­dy­kol­wiek była aż tak wysoka. Naprawdę bałam się, że zapło­niesz we śnie żywym ogniem, tak byłeś roz­pa­lony.

- A co z cio­cią Ellen? Jest tu? - zapy­ta­łem nie do końca swoim gło­sem.

- Ow­szem, jest. - Mama powio­dła oczami przez hall do drzwi pokoju Ellen. - Co pamię­tasz z wczo­raj?

Sta­ra­łem się przy­wo­łać wyda­rze­nia ubie­głej nocy, ale moje wspo­mnie­nia były w naj­lep­szym razie mętne i straszne. Chyba pod­no­siła mi się tem­pe­ra­tura, a potem jesz­cze tro­chę, aż do przy­jazdu wuja Edwarda.

- Wujek Edward pusz­czał mi krew.

Mama przy­sia­dła na brzegu łóżka i poło­żyła zło­żone ręce na kola­nach.

- W rze­czy samej, i dobrze zro­bił. Gorączka mocno cię trzy­mała i gdyby się nie zja­wił, nie wia­domo, co by się z tobą stało. Edward jest dla nas wszyst­kich bło­go­sła­wień­stwem i masz wobec niego dług wdzięcz­no­ści. Powi­nie­neś mu to powie­dzieć, kiedy ponow­nie go zoba­czysz.

- Ale tak naprawdę pomo­gła mi cio­cia Ellen, prawda?

Mama poru­szyła się w miej­scu. Ner­wowo spla­tała i roz­pla­tała palce.

- Za twoje wyzdro­wie­nie trzeba dzię­ko­wać wujowi i nikomu innemu. To dzięki swo­jej wie­dzy powstrzy­mał twoją gorączkę. Wszystko inne to domy­sły, któ­rych ani myślę słu­chać. - Znów rzu­ciła spoj­rze­nie na drzwi do pokoju Ellen na dole. - Zaczy­nam się zasta­na­wiać, dla­czego wła­ści­wie trzy­mamy w domu kobietę, która co jakiś czas znika na całe dni i wraca, kiedy się jej żyw­nie podoba. Do opieki nad tobą i resztą dzieci potrzeba mi kogoś, na kim można pole­gać, a nie jakiejś nie­prze­wi­dy­wal­nej, kapry­śnej lata­wicy. Zamie­rzam poroz­ma­wiać o niej z twoim ojcem; być może dawno już nale­żało wpro­wa­dzić zmiany.

Widać było, że jest poiry­to­wana, więc nie chcąc jesz­cze moc­niej jej roz­zło­ścić, zmie­ni­łem temat.

- Czy wujek Edward jesz­cze jest?

- Oba­wiam się, że wyszedł o świ­cie. Prze­spał kilka godzin na dole, ale musiał wcze­śnie rano wra­cać do pracy i nie mógł dłu­żej zostać. Był tak miły, że przed wyj­ściem zaj­rzał jesz­cze do cie­bie i powie­dział mi, że twój stan znacz­nie się popra­wił, nastą­piło cudowne wyzdro­wie­nie, jak to ujął. - Mama odwró­ciła głowę i gło­śno rzu­ciła przez ramię: - Matyldo, twój brat się obu­dził!

Matylda wsu­nęła głowę przez drzwi; stała za nimi cały czas.

- A kto to pod­słu­chuje?! - wykrzyk­nęła mama. - Bo wezmę dzwo­nek Brama i uwiążę ci na szyi!

Matylda oblała się rumień­cem.

- Nie pod­słu­chi­wa­łam, mamo.

Mama pochy­liła głowę.

- Mam uwie­rzyć, że tak po pro­stu sta­łaś sobie na kory­ta­rzu pod drzwiami brata, bo to wygodne miej­sce dla stóp?

Matylda otwo­rzyła usta, żeby coś powie­dzieć, ale zmie­niła zda­nie.

Z dołu dobiegł płacz małego Richarda. Mama zaci­snęła wargi.

- Ten dzie­ciak mnie wykoń­czy. Zostań na tro­chę z bra­tem.

Po tych sło­wach wyszła z pokoju, a Matylda zajęła jej miej­sce na skraju łóżka. Wzięła z mojej tacy ze śnia­da­niem tosta i wepchnęła go sobie do ust, a dru­giego podała mnie. Chleb nie był pierw­szej świe­żo­ści, a ja nie mia­łem spe­cjal­nie ape­tytu, ale i tak go zja­dłem. Upew­niw­szy się, że mama zna­la­zła się poza zasię­giem słu­chu, powie­dzia­łem cicho:

- Co się wczo­raj w nocy stało z cio­cią Ellen?

Matylda rów­nież zer­k­nęła w dół hallu, żeby spraw­dzić, czy mama nie nad­cho­dzi, zanim odpo­wie­działa:

- Nie pamię­tasz?

Pokrę­ci­łem głową, choć kark wciąż mia­łem sztywny i obo­lały.

- Wró­ciła wcze­śniej, żeby mi pomóc, prawda?

Matylda wyszep­tała:

- Wczo­raj­szej nocy cio­cia Ellen zawró­ciła cię spod bram pie­kła i ura­to­wała przed doty­kiem Dia­bła. Co do tego mam pew­ność.

- Ale wujek Edward...

- Wujek robił, co w jego mocy, ale twój stan pogar­szał się z każdą godziną. Za to cio­cia Ellen... Ona w jakiś spo­sób...

- W jakiś spo­sób co? Co takiego zro­biła?

Ranki po pijaw­kach zaczęły swę­dzieć, a kiedy Matylda zoba­czyła, że je dra­pię, wzięła moje ręce w swoje.

- To, co zro­biła, odbyło się za zamknię­tymi drzwiami, ale kiedy po godzi­nie wyszła, było jasne, że gorączka odpu­ściła i nie­bez­pie­czeń­stwo już za tobą, ale nie powie­działa kom­plet­nie nic o swo­ich meto­dach, mimo że wujek Edward i tata ją wypy­ty­wali. Zamiast tego prze­szła z two­jego pokoju do swo­jego i zamknęła za sobą drzwi bez ani jed­nego słowa. Wujek Edward przez bli­sko pięć minut walił do jej drzwi, aż wresz­cie pod­dał się i wró­cił do cie­bie, żeby prze­ko­nać się o tym, co mama i ja już widzia­ły­śmy: poty minęły, a ty spo­koj­nie leża­łeś w tym oto łóżku, cichutko i bez ruchu, i tylko ruch two­jej klatki pier­sio­wej świad­czył o tym, że wciąż nale­żysz do świata żywych. - Nachy­liła się nade mną. - Widzia­łam, jak Thorn­ley przy­nosi coś cioci Ellen po tym, jak wyszła od cie­bie. Dużą torbę. W środku coś się ruszało. Otwo­rzyła, nim zdą­żył zapu­kać, uchy­liła drzwi tylko na tyle, żeby się­gnąć po torbę, i zamknęła je z powro­tem.

- To bez sensu.

- To wła­śnie widzia­łam.

- Chyba ci się śniło.

Zało­żyła ręce zape­rzona.

- Widzia­łam.

Przy­pa­try­wa­łem się ran­kom na moich ramio­nach, oglą­da­łem je pod świa­tło.

- Boli? - spy­tała Matylda.

Byłem obo­lały i wie­dzia­łem, że potrwa ileś dni, zanim wszystko się zale­czy, i tak jej powie­dzia­łem, cho­ciaż wyda­wało się, że tym razem ranki goją się szyb­ciej - już pokryły się stru­pami i zaczęły mocno swę­dzieć.

Sio­stra jesz­cze bar­dziej ści­szyła głos, aż do szeptu ledwo prze­bi­ja­ją­cego się przez śpiew pta­ków za oknem.

- To nie koniec. Na początku, kiedy cio­cia Ellen przy­szła tu wczo­raj i krzy­kiem pole­ciła nam wszyst­kim wyjść z pokoju, wyglą­dała jak to ona: młoda, zdrowa kobieta. Ale kiedy wycho­dziła z two­jego pokoju, była odmie­niona nie do pozna­nia; jakby przez spę­dzone tu minuty posta­rzała się o kil­ka­na­ście lat. Jej twarz pomarsz­czyła się i pobla­dła, włosy zro­biły się słabe i łam­liwe. A jej oczy stały się oczami sta­ruszki. Udało mi się zoba­czyć je przez moment, kiedy powłó­cząc nogami, szła do sie­bie, ale zaraz się odwró­ciła i ukryła twarz w cie­niu, po czym prze­mknęła do pokoju i zamknęła nam drzwi przed nosem.

- Jakiego koloru były jej oczy? - spy­ta­łem, wie­dząc, jaka będzie odpo­wiedź.

- Błę­kitne jak morze, kiedy wcho­dziła, a ciem­no­szare, kiedy wycho­dziła.

- A więc znowu to samo?

Matylda poki­wała głową.

* * *

Mama wró­ciła z kie­lisz­kiem czer­wo­nego wina i wrę­czyła mi go.

- Była­bym zapo­mniała: wujek Edward powie­dział, że po prze­bu­dze­niu masz to wypić.

Nie był to mój ulu­biony napój. W winach roz­sma­ko­wa­łem się dopiero jakiś czas póź­niej, ale wie­dzia­łem z doświad­cze­nia, że dzięki niemu szyb­ciej wrócą mi siły - a przy­naj­mniej ta ich nie­wielka ilość, jaką wów­czas dys­po­no­wa­łem.

Wzią­łem kie­li­szek do ręki i wla­łem w sie­bie płyn nie­mal dusz­kiem, tylko raz zaczerp­ną­łem powie­trza mię­dzy łykami. Wino, cie­płe i wytrawne, nie było wcale aż taką tor­turą dla mojego mło­dego pod­nie­bie­nia, ale jed­nak był to alko­hol. Wkrótce poczu­łem, jak zaczyna dzia­łać. Odda­łem kie­li­szek mamie, która patrzyła na mnie z zacie­ka­wie­niem.

- Musisz być odwod­niony. Spo­dzie­wa­łam się, że będę musiała wmu­szać to w cie­bie z mozo­łem. Ale teraz zaczy­nam się zasta­na­wiać, czy cała ta twoja cho­roba to nie jest po pro­stu kac po tym, jak nocą wymy­ka­łeś się do pubów - powie­działa z bły­skiem w oku. Wie­dzia­łem, że żar­tuje, i nie mogłem się nie uśmiech­nąć.

- Jak ina­czej miał­bym dosko­na­lić umie­jęt­ność gry w karty?

Skwi­to­wała to śmie­chem i zmierz­wiła mi włosy.

- To twoje poczu­cie humoru wpę­dzi cię kie­dyś w tara­paty, ale dobrze sły­szeć, że wró­ciło. Wczo­raj w nocy naprawdę się mar­twi­łam. Jak dotąd ta była naj­gor­sza. - Przy­ło­żyła mi rękę do czoła. - Gorączka chyba prze­szła. Wciąż jesteś dość cie­pły w dotyku, ale bez porów­na­nia z tym, co wcze­śniej. Na twoim czole można było zago­to­wać gar­nek wody.

- Ma wielki łeb - wtrą­ciła z apro­batą Matylda.

Chcia­łem ją pac­nąć, ale chy­bi­łem i pra­wie zrzu­ci­łem tacę ze stołu. Mama zła­pała moją rękę w powie­trzu i przy­trzy­mała, a jej oczy wez­brały łzami.

- Dniem i nocą modli­łam się do Boga, żeby ulżył ci w cier­pie­niu i żeby twoja cho­roba ustą­piła. Miejmy nadzieję, że wujek Edward wypę­dził z cie­bie demony.

Wie­dzia­łem, że tak się nie stało. Cho­ciaż było mi lepiej, czu­łem, jak cho­roba mnie toczy, na razie uśpiona, ale gotowa do powrotu. Ból kości, wyczer­pa­nie i zawroty głowy zmniej­szyły się, ale nie zni­kły.

- Mamo, Bram jesz­cze nie opo­wia­dał - wytknęła Matylda, znów przy­cup­nięta na moim łóżku.

- Może potrze­buje czasu, żeby odzy­skać siły, młoda damo.

- Jeśli teraz nie opo­wie, to już sobie nie przy­po­mni - odparła.

Mama wie­działa, że to prawda; sama nam o tym przy­po­mi­nała. "Sny są jak pia­sek w klep­sy­drze, z sekundy na sekundę jest ich coraz mniej, aż wresz­cie znika ostat­nie ziarnko i tra­cimy je na wieki".

Odkąd bowiem pamię­tam, nasza trójka opo­wia­dała sobie sny, powta­rza­jąc je dla lep­szego zapa­mię­ta­nia. Cza­sem zapi­sy­wa­łem swoje, przy łóżku mia­łem spe­cjalny notat­nik tylko do tego celu. Robi­łem to tuż po prze­bu­dze­niu, świa­dom, że jeśli pocze­kam choćby chwilę, będą sta­wać się coraz mniej wyraźne - tak jak zapo­wia­dała mama - a szcze­góły coraz trud­niej będzie przy­wo­łać z pamięci. W odróż­nie­niu od zwy­czaj­nych, sny w gorączce były nad­zwy­czaj wyra­zi­ste. Matylda wie­działa o tym i wła­śnie dla­tego tak upar­cie mnie pona­glała. O ile zwy­kłe sny roz­wie­wają się wkrótce po wybu­dze­niu, o tyle przy wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze odci­skają na umy­śle piętno. Wola­łem nawet nie zamy­kać oczu ze stra­chu przed powro­tem do paskud­nego mroku, który spo­wi­jał mnie w naj­gor­szych momen­tach ubie­głej nocy. Tak dobrze pamię­ta­łem moment, gdy cho­wano mnie żyw­cem, że czu­łem w ustach zie­mię i sły­sza­łem robaki, cza­jące się o kilka cen­ty­me­trów od mojej głowy i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­jące na posi­łek, któ­rym mia­łem się stać.

- Ja... Ja nie chcę - zapro­te­sto­wa­łem nie­pew­nie.

- Było strasz­nie? - spy­tała Matylda, przy­su­wa­jąc się bli­żej z roz­pro­mie­nioną twa­rzą. - Och, opo­wiedz no, Bram!

Powio­dłem wzro­kiem od Matyldy do mamy i z powro­tem. Mama kie­dyś powie­działa mi, że kiedy opo­wia­damy o upio­rach z naszych snów, tracą one moc szko­dze­nia nam. A więc z wes­tchnie­niem opo­wie­dzia­łem im o swoim pogrze­bie; wyre­cy­to­wa­łem wszystko, co umia­łem sobie przy­po­mnieć.

- Czy twój grób znaj­do­wał się w czę­ści dla samo­bój­ców? - docie­kała Matylda.

Mama zmarsz­czyła czoło.

- A co ty wiesz o gro­bach dla samo­bój­ców?

Sio­stra kom­bi­no­wała, jak by tu odpo­wie­dzieć, nie zdra­dza­jąc jed­no­cze­śnie faktu, że przy­słu­chi­wała się cze­muś, co bez wąt­pie­nia było pry­watną roz­mową mię­dzy mamą a tatą, ale zanim wpa­dła na odpo­wied­nio wyra­fi­no­wane kłam­stwo, mama spy­tała ponow­nie:

- Pod­słu­chi­wa­łaś moją wczo­raj­szą roz­mowę z tatą, prawda?

- Ja tylko prze­cho­dzi­łam i być może usły­sza­łam wzmiankę o gro­bach samo­bój­ców, ale dalej nie słu­cha­łam; to byłoby nie­wła­ściwe.

- O tak, bar­dzo nie­wła­ściwe.

- Czy w naszym mie­ście, na cmen­ta­rzu, rze­czy­wi­ście pocho­wali kogoś żyw­cem? - zapy­ta­łem.

Mama wzięła głę­boki wdech.

- Nawet jeśli to prawda, pod­czas wczo­raj­szej wizyty na sta­rym cmen­ta­rzu Hor­ton Lowell i kon­stabl nie zna­leźli żad­nych dowo­dów na praw­dzi­wość pogło­sek o pochówku, krą­żą­cych po mie­ście. Nie mam wąt­pli­wo­ści co do tego, że cała ta histo­ria to wytwór czy­jejś zbyt buj­nej wyobraźni, który jako plotka dotarł do innych, aż wresz­cie zaczął żyć wła­snym życiem. - Zwró­ciła się do Matyldy: - Plot­kar­stwo nie jest ani tro­chę lep­sze od pod­słu­chi­wa­nia i obym w przy­szło­ści cię na tym nie przy­ła­pała, bo wygar­buję ci tę bie­luchną skórę na ple­cach!

Wybuch­ną­łem śmie­chem, który szybko prze­ro­dził się w kaszel. Mama nalała mi szklankę wody, którą łap­czy­wie wypi­łem. Gar­dło mia­łem tak podraż­nione, jak gdy­bym pogryzł kamie­nie, a następ­nie je prze­łknął.

Mama kon­ty­nu­owała.

- Klę­ska głodu pozba­wiła życia wielu naszych roda­ków. W Dubli­nie cho­rzy i bez­domni umie­rają na uli­cach. Bie­dacy okra­dają bie­da­ków. Ludzie, któ­rzy kie­dyś upra­wiali wła­sną zie­mię, żebrzą na ulicy, żeby uzbie­rać choć tro­chę pie­nię­dzy na jedze­nie dla swo­ich rodzin. Ni­gdy nie lek­ce­waż­cie tego, do czego czło­wiek jest zdolny, gdy musi nakar­mić swoje gło­du­jące dzieci.

- Według taty sytu­acja się popra­wia - zauwa­ży­łem.

- Cza­sem myślę, że wasz ojciec woli wie­rzyć we fra­zesy powta­rzane przez ary­sto­kra­tów z zamku, któ­rzy chcą nam wmó­wić, że głód dobiega końca, więc twier­dzą, że tak się dzieje. Ale samo gada­nie o czymś nie spra­wia, że to coś staje się fak­tem. - Mama spoj­rzała na swoje dło­nie. - Sądzę, że zanim się poprawi, nastąpi jesz­cze duże pogor­sze­nie, więc kiedy sły­szę o tym, że cho­rego czło­wieka pocho­wano żyw­cem, nie mogę od razu zało­żyć, że to wymysł; wiem z pierw­szej ręki, jakiego zła potra­fią się dopu­ścić prze­ra­żeni ludzie. Kiedy byłam mała, a epi­de­mia cho­lery zbie­rała śmier­telne żniwo, widzia­łam ludzi robią­cych rze­czy o wiele gor­sze niż pogrze­ba­nie jed­nej cho­rej duszy.

- Czy cho­lera była gor­sza od głodu?

- Nie wiem, czy taka śmierć jest gor­sza od innej, Matyldo. Jej wszystko jedno, kogo zabiera.

Matylda zapy­tała cien­kim, nie­pew­nym gło­si­kiem:

- Czy to samo sta­nie się tutaj z nami? Czy wszy­scy umrzemy?

- Głód to co innego, Matyldo. Ow­szem, zda­rzają się cho­roby, ale cho­lera to zupeł­nie co innego. Więk­szość cho­rych, któ­rych widu­jesz, cierpi z głodu i odwod­nie­nia, męż­czyźni upi­jają się w sztok, bo nie mogą zapew­nić bytu swoim rodzi­nom. Z całą pew­no­ścią ta plaga jest potworna, ale zupeł­nie inna od tam­tej. - Pokle­pała nas po kola­nach. - Dość tych roz­mów; mamy dziś dużo do roboty, a ja coś czuję, że cio­cia Ellen nie przyj­dzie nam z pomocą.

Wszy­scy troje spoj­rze­li­śmy w kie­runku zamknię­tych drzwi Ellen. Mama wstała.

- Matyldo, bądź tak dobra i zbierz dzi­siej­sze jajka.

Moja sio­stra zmarsz­czyła nos.

- Ale to kolej Thorn­leya!

- Wasz ojciec posłał go do gospo­dar­stwa Seave­rów w San­try po torf na opał. Pra­wie już nam się skoń­czył, sami wie­cie, a zbliża się zima i nie­długo noce zro­bią się lodo­wate.

Matylda zsu­nęła się z łóżka i bez słowa poma­sze­ro­wała na dół.

Mama przy­ło­żyła mi rękę do czoła i uśmiech­nęła się.

- Bóg się do cie­bie uśmiech­nął, mój mały męż­czy­zno.

Ja tym­cza­sem nie spusz­cza­łem oczu z drzwi cioci Ellen, a obrazy z poprzed­niej nocy wciąż prze­su­wały mi się przed oczami.

* * *

Kilka godzin póź­niej.

- Co robi cio­cia Ellen? - spy­tała Matylda.

Sta­łem na pal­cach i wyglą­da­łem przez okno na podwórko.

- Zdej­muje pra­nie ze sznurka.

W tym momen­cie dotarło do mnie, że tego dnia czuję się o wiele lepiej. Cho­ciaż cha­rak­te­ry­styczny ból kości na­dal się utrzy­my­wał, cho­roba tro­chę się cof­nęła. Cza­sem tygo­dniami nie wsta­wa­łem z łóżka. Spę­dza­łem w nim tyle czasu, że nie­kiedy dosta­wa­łem odle­żyn, a nie­wy­ko­rzy­sty­wane mię­śnie mi zani­kały. Mama czę­sto się mar­twiła, że wda się zaka­że­nie, i oczysz­czała odle­żyny naj­le­piej, jak umiała, potem okła­dała je mchem zna­nym jako tor­fo­wiec, który trzy­mała na naj­wyż­szej półce w spi­żarni, z dala od wzroku taty - postę­powi dok­to­rzy z naszej rodziny bez wąt­pie­nia wzgar­dzi­liby medy­cyną ludową. Jeśli cho­dzi o moje mię­śnie, nie­wiele dało się pora­dzić. Przez wiele dni byłem zwy­czaj­nie za słaby, żeby zwlec się z łóżka. Zachę­cany przez mamę, cza­sem pró­bo­wa­łem, ale moje ciało po pro­stu nie miało siły i wolało leżeć, obra­ca­jąc się co kilka godzin przy jej asy­ście, żeby nie pogłę­biały się odle­żyny.

Dziś było ina­czej.

Podob­nie jak drobne ślady po pijaw­kach, odle­żyny, któ­rymi usiane było moje żało­sne ciało, przy­schły, zbla­dły i swę­działy jak licho. Nagle zaczęły goić się otwarte, ropie­jące rany, które odkąd się­gam pamię­cią, towa­rzy­szyły mi w życiu; dosłow­nie nik­nęły w oczach w nie­sa­mo­wi­tym tem­pie w ciągu jed­nej doby.

Poczu­łem się rów­nież sil­niej­szy. Poja­wiła się we mnie ener­gia, któ­rej bra­ko­wało przez wszyst­kie poprzed­nie dni - praw­dziwa siła. W tym momen­cie prze­by­wa­łem już poza łóż­kiem od pra­wie dwóch godzin. Dwie godziny na nogach! Bła­ga­łem Matyldę, żeby­śmy powie­dzieli o tym mamie, ale ona odmó­wiła, bo uwa­żała, że naj­le­piej, jeśli zacho­wamy tę tajem­nicę dla sie­bie.

Sta­łem w okienku swo­jego poko­iku na pod­da­szu i patrzy­łem, jak cio­cia Ellen odpina ze sznurka na pra­nie kolejne kla­merki i uważ­nie składa każdą sztukę odzieży, zanim włoży ją do kosza u jej stóp. Pra­co­wała od dzie­się­ciu minut i doszła już pra­wie do połowy. Poszu­ki­wa­łem zna­mion sta­rze­nia, o któ­rych wspo­mi­nała Matylda, ale trudno mi było dokład­niej przyj­rzeć się jej twa­rzy. Na gło­wie miała chustkę, zawią­zaną pod szyją, któ­rej zie­lono-biała tka­nina chro­niła ją przed wzro­kiem innych. Wyda­wała się poru­szać powoli, jakby odczu­wała ból.

- Ile jesz­cze jej zostało do końca?

- Z dzie­sięć minut - odpar­łem. - Może mniej.

Thorn­ley wró­cił do domu na wozie wyła­do­wa­nym tor­fem z gospo­dar­stwa Seave­rów i razem z ojcem zaczęli roz­ła­do­wy­wać opał i zno­sić go do piw­nicy, pod­czas gdy woź­nica przy­pa­try­wał się gęstym chmu­rom burzo­wym uno­szą­cym się nad zatoką. Thorn­ley był cały spo­cony, twarz miał czarną od pyłu i błota.

Matylda zesko­czyła z mojego łóżka i pode­szła do drzwi. Przy­ło­żyła ucho do desek i nasłu­chi­wała odgło­sów z kory­ta­rza.

- Chyba mama i Tho­mas są w kuchni. Richard pew­nie śpi.

- Jeśli pój­dziesz do pokoju cioci, Richard się obu­dzi i zaraz przy­leci mama albo cio­cia Ellen - zauwa­ży­łem.

- Nie obu­dzę go, potra­fię być cicha jak myszka.

- Nie powin­naś tam wcho­dzić; ona się zorien­tuje.

- Niby jak?

Pod moim oknem cio­cia Ellen czub­kiem buta prze­su­nęła kosz wzdłuż sznurka.

- Zorien­tuje się.

- Jeśli odej­dzie od pra­nia, przyjdź po mnie. Możesz stać na cza­tach.

Pokrę­ci­łem głową.

- Skoro ty idziesz, to ja idę z tobą.

- No to chodź; dosyć tego maru­dze­nia.

Matylda prze­krę­ciła klamkę moich drzwi i pocią­gnęła je do wnę­trza pokoju odpo­wied­nio szybko, by zawiasy nie zaskrzy­piały, jak to miały w zwy­czaju. Zer­k­nąw­szy prędko na kory­tarz, prze­kro­czyła próg, a potem szła na pal­cach, prze­zor­nie omi­ja­jąc dwie deski, które zawsze skrzy­piały pod naci­skiem. Sze­dłem jakiś metr za nią, aż nagle uświa­do­mi­łem sobie, że po raz pierw­szy od pra­wie trzech mie­sięcy opu­ści­łem pokój z wła­snej woli. Tata cza­sem zno­sił mnie na dół i sadzał w kuchni albo na kana­pie w salo­nie, ale rzadko poko­ny­wa­łem te schody samo­dziel­nie. Przy ostat­niej pró­bie dotar­łem tylko do klatki scho­do­wej, po czym chwy­ci­łem się porę­czy i upa­dłem na zie­mię, kom­plet­nie wycień­czony. Po tym zda­rze­niu tata zabro­nił mi opusz­czać pokój w oba­wie, że mogę spaść ze scho­dów i zła­mać jedną lub wię­cej z moich i tak kru­chych kości.

Kiedy prze­cho­dzi­li­śmy na drugą stronę kory­ta­rza, dotarło do mnie, że nie jestem ani tro­chę zmę­czony. Czu­łem, jak ogar­nia­jąca mnie eks­cy­ta­cja dodaje mi ener­gii. Każdy obraz i dźwięk odbie­ra­łem po dwa­kroć moc­niej. Sły­sza­łem, jak mama roz­ma­wia w kuchni z Tho­ma­sem, a każde słowo brzmiało tak wyraź­nie, jakby stali w sąsied­nim pokoju. Czy to było dziwne? Nie wiem. Osta­tecz­nie Matylda usły­szała ich z mojego pokoju, i to przy zamknię­tych drzwiach. Nie­mniej jed­nak wydało mi się to zasta­na­wia­jące.

Matylda dotarła do drzwi pokoju cioci Ellen i przy­ło­żyła do nich ucho.

- Wciąż jest na dole. Szyb­ciej.

- Nasłu­chuję, co z małym Richar­dem.

Zamkną­łem oczy i robi­łem to samo, wyobra­ża­jąc sobie po dru­giej stro­nie drzwi pokój Ellen, tę nie­wielką prze­strzeń, którą nazy­wała domem.

- Śpi. Sły­szę, jak oddy­cha.

Matylda przyj­rzała mi się przez chwilę w ocze­ki­wa­niu na pro­test i prze­krę­ciła klamkę. Te aku­rat drzwi skrzyp­nęły i oboje się wzdry­gnę­li­śmy. Na dole mama i Tho­mas śmiali się z cze­goś. Spoj­rze­nie Matyldy i moje się skrzy­żo­wały; jeśli usły­szeli hałas, to nie poświę­cili mu uwagi, bo ani na chwilę nie prze­rwali roz­mowy. Dobiegł nas szczęk patelni. Matylda wśli­znęła się do jaskini cioci Ellen i zgię­tym pal­cem wska­zu­ją­cym dała mi znać, żebym podą­żył za nią.

* * *

Pokój cioci Ellen nie był duży; prawdę mówiąc, był mniej­szy od mojego. Miał kształt pro­sto­kąta sze­ro­kiego na jakieś trzy metry i głę­bo­kiego na dwa, a jego sufit opa­dał sko­sem w kie­runku okna. Wyda­wało mi się, że musi być z niego widok na pole z tyłu domu, ale nie mogłem się upew­nić, ponie­waż szybę zakryto gru­bym kocem przy­gwoż­dżo­nym do ramy we wszyst­kich czte­rech rogach. Przez szpary na kra­wę­dziach koca pró­bo­wało prze­do­stać się świa­tło, do środka prze­ni­kało go jed­nak nie­wiele i wnę­trze pogrą­żone było we względ­nej ciem­no­ści. Widzia­łem syl­wetkę Matyldy sto­ją­cej nad nie­dużą koły­ską, w któ­rej spał mały Richard. Popra­wiła mu kocyk i przy­ło­żyła sobie palec do ust.

Kiw­ną­łem głową. Oczy przy­zwy­cza­iły mi się do braku świa­tła.

Sypial­nia cioci Ellen była skąpo ume­blo­wana. Pod tylną ścianą stała szafa, a po pra­wej od koły­ski nie­wiel­kie biurko, na któ­rym leżało kilka kar­tek papieru i gęsie pióro. Po lewej był poje­dyn­czy sto­lik z mied­nicą i ręcz­ni­kiem. Łóżko było sta­ran­nie zasłane, a na sto­liku noc­nym zna­leźć można było tylko starą lampę olejną oraz gazetę. Kiedy przyj­rza­łem się dokład­niej, zauwa­ży­łem, że mied­nica jest sucha jak pieprz. Na jej dnie zgro­ma­dził się kurz.

- Dziwne - wyszep­ta­łem.

Matylda pode­szła i prze­je­chała pal­cem wska­zu­ją­cym po wewnętrz­nej kra­wę­dzi.

- Może myje się na dole?

Z tyłu, pod sto­łem z mied­nicą zna­la­złem także noc­nik - on rów­nież wyglą­dał na nie­uży­wany. Kiedy odsu­ną­łem go czub­kiem stopy, stała się widoczna obwódka kurzu wokół miej­sca, gdzie stał. Spoj­rze­li­śmy na sie­bie z Matyldą, ale żadne z nas się nie ode­zwało. Za opróż­nia­nie noc­ników odpo­wie­dzialna była Matylda, ale cio­cia Ellen zawsze wolała zaj­mo­wać się tym sama.

Wtedy zauwa­ży­łem nasze ślady na pod­ło­dze, w oczy­wi­sty spo­sób pro­wa­dzące od drzwi do miej­sca, w któ­rym wła­śnie sta­li­śmy. Par­kiet pokry­wała cienka war­stewka tego, co mogło być tylko kurzem - z odci­skami naszych stóp. W nie­któ­rych miej­scach była cień­sza niż w innych, ale pokry­wała chyba cały pokój cioci Ellen; brudny i naj­wy­raź­niej od jakie­goś czasu nie­za­mia­tany.

- Teraz na pewno się zorien­tuje - powie­dzia­łem do sie­bie bar­dziej nawet niż do Matyldy.

- Na razie szu­kaj, potem coś wymy­ślimy.

- A czego wła­ści­wie szu­kamy?

- Nie wiem. Mieszka tu od kilku lat, a my tak nie­wiele o niej wiemy. - Matylda się­gnęła do drzwi od szafy i szybko otwo­rzyła je na oścież, jakby chciała zasko­czyć to, co mogło cze­kać na nią wewnątrz. Na wie­sza­kach wisiało pięć sukie­nek, a na dole po pra­wej spo­czy­wało pude­łeczko z bie­li­zną oso­bi­stą. Z zawsty­dze­niem odwró­ci­łem wzrok.

Matylda zachi­cho­tała.

- Biedny Bra­muś boi się kilku par maj­tek? - Wzięła jedną z nich i zro­biła ruch, jakby chciała ją do mnie rzu­cić. Cof­ną­łem się, a ona odło­żyła bie­li­znę do pudełka, po czym uklę­kła i zaczęła prze­trzą­sać resztę jego zawar­to­ści.

- Dama zawsze chowa naj­cen­niej­sze rze­czy pod majt­kami, ponie­waż żaden męż­czy­zna nie ważyłby się szu­kać w takim miej­scu.

Chwilę póź­niej wstała.

- I cóż takiego zna­la­złaś pod tymi majt­kami? - zapy­ta­łem.

- Nic.

Pod­sze­dłem do biurka i pod­nio­słem kartkę leżącą na wierz­chu pliku.

Pusta.

Matylda wyrwała mi papier z ręki, obej­rzała pod świa­tło, któ­rego odro­bina sączyła się z kory­ta­rza, i uważ­nie odło­żyła arkusz z powro­tem.

- Szu­kaj dalej.

Dotar­łem do sto­lika noc­nego. Podob­nie jak umy­walka i noc­nik, lampa wyglą­dała na nie­uży­waną. Zbior­nik był pusty, a gdy go pową­cha­łem, nie wyczu­łem nawet śla­do­wych ilo­ści nafty, tylko stę­chły zapach jak w zapo­mnia­nym pojem­niku otwar­tym po wielu latach. Powie­dzia­łem o tym Matyl­dzie, ale ona zbyła mnie mach­nię­ciem ręki, pochło­nięta swoją pracą.

Gazeta była wczo­raj­szym wyda­niem "Saun­ders's News-Let­ter". Nagłó­wek wydru­ko­wano czar­nymi, pogru­bio­nymi, wiel­kimi lite­rami.

RODZINA ZAMOR­DO­WANA PRZY MALA­HIDE ROAD

Przy Mala­hide Road w pią­tek wie­czo­rem około godziny dru­giej w nocy doszło do bar­ba­rzyń­skiego i okrut­nego mordu w oko­licz­no­ściach budzą­cych naj­wyż­sze obu­rze­nie. Ofia­rami zbrodni padli: Siboan O'Cuiv, matka, oraz jej dzieci: naj­star­szy syn, Sean, lat pięć, i jego sio­stra Iso­belle, około dwóch lat. Trze­cie dziecko, córka w wieku sze­ściu i pół roku, zdo­łała umknąć przed napast­ni­kiem i to wła­śnie ona powia­do­miła Jamesa Boul­gera, kon­sta­bla dziel­ni­co­wego rejonu Church Street Bar­racks, który zrzą­dze­niem losu aku­rat prze­cho­dził obok, gdy jego uwagę przy­kuło dziecko ucie­ka­jące z domu.

Kon­stabl Boul­ger wkro­czył do miesz­ka­nia i usły­szał jęki Patricka O'Cuiva, który obfi­cie krwa­wił z obu ramion. Kon­stabl Pat­ter­son spraw­dził sypial­nie, w któ­rych zna­lazł matkę i dwoje nie­szczę­snych dzieci mar­twych w ich łóż­kach. Pan O'Cuiv sam otarł się o śmierć, gdyż stra­cił znaczne ilo­ści krwi. Prze­wie­ziono go karetką do Szpi­tala Rich­monda.

- Widzia­łaś wczo­raj­szą gazetę? - spy­ta­łem.

- Nie, ale sły­sza­łam, jak mama i tata roz­ma­wiali o niej przy obie­dzie. Powie­dzieli, że zda­niem kon­sta­bli O'Cuiv pró­bo­wał zabić swoją rodzinę, ponie­waż nie dawał rady jej wyży­wić, a potem obró­cił nóż na sie­bie samego, ale nie był w sta­nie dokoń­czyć dzieła. Gdyby nie mała Mag­gie, z pew­no­ścią dopiąłby celu i wszy­scy byliby teraz mar­twi.

- Gdzie on teraz jest?

- Pew­nie na Church Street Bar­racks. Zała­tali go. Za taką zbrod­nię powinni byli go zosta­wić w sło­nej wodzie, żeby się wykrwa­wił na śmierć.

Nie dalej niż przed mie­sią­cem rodzina O'Cuivów była u nas na obie­dzie. Posi­łek nie był niczym szcze­gól­nym, ale i tak goście oka­zali wdzięcz­ność; mały Sean wziął aż trzy dokładki, a jego sio­strzyczka nie­wiele mówiła, ponie­waż była zbyt zajęta gry­zie­niem pajdy chleba wiel­ko­ści jej głowy, którą maczała w sosie do kur­czaka przy­go­to­wa­nym przez mamę. Żona O'Cuiva była mil­cząca, co zro­zu­miałe - korzy­sta­nie z łaski obcych ludzi było nie­zwy­kle poni­ża­ją­cym doświad­cze­niem, na które wielu by się nie zde­cy­do­wało, gdyby nie puste brzu­chy ich głod­nych dzieci. Pani O'Cuiv odzy­wała się tylko wtedy, gdy mama albo tata zada­wali jej roz­ma­ite pyta­nia w trak­cie roz­mowy, a ona, udzie­liw­szy moż­li­wie naj­zwięź­lej­szej odpo­wie­dzi, wra­cała do jedze­nia, od czasu do czasu zer­kała tylko ukrad­kiem to na dzieci, to na męża. Pró­bo­wa­łem przy­po­mnieć sobie, czy mię­dzy tych dwoj­giem doro­słych było widać jakieś napię­cie. Nic jed­nak nie przy­szło mi do głowy; spra­wiali wra­że­nie dość ser­decz­nych, po pro­stu ofiary głodu, i tyle.

- Myślisz, że tata mógłby coś takiego zro­bić? - zapy­ta­łem, nim zda­łem sobie sprawę, że naprawdę pozwo­li­łem, aby te słowa padły z moich ust, i poczu­łem, że się czer­wie­nię.

- Wiel­kie nieba, nie! Przede wszyst­kim tata zawsze znaj­duje spo­sób, by nas wyży­wić. A nawet jeśli nie, to się nie pod­daje, a pan O'Cuiv nic, tylko się pod­daje. Zamiast zna­leźć prak­tyczne roz­wią­za­nie pro­blemu, zacho­wał się jak tchórz. Tata ni­gdy by tak nie zro­bił. Tylko by spró­bo­wał, a mama zdzie­li­łaby go patel­nią.

Wie­dzia­łem, że Matylda ma rację, ale nawet w tak mło­dym wieku byłem świa­dom, że pro­blem cza­sem kogoś osa­cza, oddziela od reszty świata, aż wydaje się, że nic innego nie ist­nieje. Nauczyła mnie tego moja wła­sna izo­la­cja.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki