OBECNIE
Bram wpatruje się w drzwi.
Po czole pokrytym zmarszczkami spływa mu pot. Przeczesuje palcami
wilgotne włosy, czuje w skroniach pulsujący ból.
Od jak dawna nie śpi? Od dwóch dni? Trzech? Nie wie; godziny zlewają się
ze sobą, jak w malignie, z której nie ma przebudzenia, jest tylko sen,
głębszy, coraz bardziej mroczny...
Nie!
Nie wolno myśleć o spaniu.
Zmusza się do otwarcia szeroko oczu. Powieki mają być podniesione, bez
mrugnięcia, bo z każdym kolejnym robią się cięższe. Nie ma mowy o odpoczynku, śnie, bezpieczeństwie, rodzinie, przyszłości...
Drzwi.
Musi je obserwować.
Bram wstaje z krzesła, jedynego mebla w pokoju, i wbija wzrok w grube
dębowe drzwi. Czyżby się poruszyły? Zdawało mu się, że drgnęły, ale nie
towarzyszył temu żaden odgłos. Nawet najlżejszy hałas nie mącił ciszy
tego miejsca; słychać było tylko jego oddech i niespokojne uderzanie
stopą o zimną posadzkę z kamienia.
Klamka ani drgnie, ozdobne zawiasy chyba nie ruszyły się od stu lat,
zamek mocno trzyma. Przed pojawieniem się tutaj Bram nigdy nie widział
takiego zamka wykutego w żelazie i wtopionego w drzwi. Mechanizm tworzy
z nimi jedną całość, pośrodku zabezpieczony jest dwoma dużymi ryglami
sięgającymi do prawej i do lewej i wchodzącymi w futrynę. Klucz znajduje
się w jego kieszeni i w jego kieszeni pozostanie.
Bram zaciska dłoń na karabinie Snider-Enfield Mark III, przesuwa palcem
po kabłąku spustowym. W ostatnich godzinach przeładowywał broń, odwodził
i zwalniał zamek więcej razy, niż byłby w stanie zliczyć. Wolną ręką
przeciąga po zimnej stali, by upewnić się, że zasuwka jest we właściwej
pozycji. Odciąga kurek.
Tym razem widzi - ledwie dostrzegalny cień w szparze między drzwiami a podłogą, może nawet bardziej ruch powietrza niż cień, ale jednak...
Bezgłośnie odstawia karabin i opiera go o krzesło.
Sięga do wiklinowego kosza po lewej i wyjmuje z niego białą dziką różę,
jedną z siedmiu, które mu pozostały.
Od ruchu jego ręki migocze płomyk lampy oliwnej, jedynego źródła światła
w pokoju.
Bram ostrożnie podchodzi do drzwi.
Poprzednia róża leży pod drzwiami, obok stosu suchych, poczerniałych
kwiatów zawłaszczonych przez śmierć, łodygę ma suchą i wątłą, jej kolce
wydają się większe niż wtedy, gdy jeszcze było w niej życie. Nad nią
unosi się zapach zgnilizny; róża nabrała trupiego zapachu raflezji.
Bram czubkiem buta odsuwa kwiat, po czym delikatnie kładzie nowy na jego
miejscu.
- Ojcze, pobłogosław tę różę swoim tchnieniem i dłonią, i wszelką
świętością. Ześlij swoje anioły, aby jej strzegły, i niechaj ich
pochodnie potrzymają wszelkie zło z dala. Amen.
Za drzwiami rozlega się huk, jakby w deski ze starego dębu uderzył
ciężar kilkuset kilo. Drzwi uginają się, a Bram dopada krzesła, chwyta
oparty o nie karabin, przyklęka na jedno kolano i celuje.
I wtedy znów nastaje cisza.
Bram zastyga w bezruchu, z bronią wycelowaną w drzwi, w końcu ciężar
karabinu sprawia, że opuszcza lufę i przesuwa wzrokiem po pokoju.
Co by pomyślał ktoś, kto by wszedł tam teraz i zobaczył to wszystko?
Bram obwiesił ściany wszystkimi lustrami, jakie miał - niemal
dwudziestoma zwierciadłami we wszelkich rozmiarach i kształtach. Kiedy
przenosi wzrok z jednego na drugie, wpatruje się w niego jego stukrotnie
odbita zmęczona twarz. Bram stara się odwrócić wzrok, ale znów natrafia
na kolejne odbicia, a każde z nich ma rysy mężczyzny dużo starszego niż
dwadzieścia jeden lat.
Pomiędzy lustrami przybił krzyże, prawie pięćdziesiąt sztuk. Niektóre z wizerunkiem Chrystusa, inne sklecone z dwóch gałązek pobłogosławione
jego własną dłonią. Krzyżami pokrył również podłogę - najpierw rysując
je kredą, a potem wydrapując w kamieniu czubkiem noża myśliwskiego, aż
do ostatniego skrawka miejsca. Nie miał pewności, czy to wystarczy, ale
zrobił, co mógł.
Nie wolno mu stąd wyjść.
Najprawdopodobniej nigdy stąd nie wyjdzie.
Wraca na krzesło i siada.
Z zewnątrz dobiega wrzask nura, księżyc wychodzi zza gęstych chmur i niknie za nimi. Bram sięga po zegarek kieszonkowy i klnie - zapomniał go
nakręcić i wskazówki zatrzymały się na godzinie 4.30. Chowa zegarek z powrotem do kieszeni.
Kolejny huk za drzwiami, tym razem głośniejszy niż ostatnio.
Bram wstrzymuje oddech i patrzy na drzwi w porę, by dostrzec, jak kurz
wzbija się w powietrze, po czym opada na posadzkę.
Czy zaryglowane drzwi oprą się kolejnym próbom ich sforsowania?
Nie wiadomo. Drzwi są bez wątpienia solidne, ale z każdą godziną, im
bliżej świtu, uderzenia stają się coraz bardziej wściekłe i pełne
determinacji.
Płatki róży zaczęły już brązowieć, o wiele szybciej niż poprzedniej.
Co się z nim stanie, kiedy drzwi wreszcie ustąpią? Bram myśli o karabinie i nożu świadom, że nie na wiele się zdadzą.
Obok kosza z różami zauważa swój dziennik; musiał wypaść mu z kieszeni
płaszcza. Podnosi tom oprawiony w zdartą skórzaną okładkę i wertuje
strony, wraca na krzesło, kątem oka wciąż zerkając na drzwi.
Wyjmuje ołówek z kieszonki na piersi, otwiera dziennik na pustej stronie
i zaczyna pisać w migocącym świetle lampy olejnej.
DZIENNIK BRAMA STOKERA
Osobliwości Ellen Crone. Od tego,
oczywiście, powinienem zacząć, jest to bowiem w równej mierze jej
historia, co moja, a może nawet bardziej jej niż moja. Ta kobieta, ten
potwór, ta zjawa, ta przyjaciółka, ta... istota.
Zawsze była przy nas. Moje rodzeństwo mogłoby to potwierdzić. Ale w jaki
sposób była - o to należałoby zapytać. Była obecna przy moim początku i bez wątpienia będzie przy moim końcu, tak jak ja byłem przy jej. Zawsze
byliśmy i będziemy spleceni ze sobą.
Moja kochana ciocia Ellen.
Zawsze gotowa wyciągnąć pomocną dłoń, choćby ukłucie jej paznokci
zostawiało krwawy ślad.
* * *
Moje życie zaczęło się okropnie.
Odkąd sięgam pamięcią, byłem dzieckiem chorowitym i przykutym do łóżka,
od przyjścia na świat po moje siódme urodziny, kiedy to nastąpiło
uzdrowienie. We właściwym czasie opowiem o nim w szczegółach, na razie
jednak ważne, abyście zrozumieli, w jakim stanie spędzałem swoje
pierwsze lata.
Urodziłem się ósmego listopada 1847 z ojca Abrahama i matki Charlotte w skromnym domu przy Marino Crescent 15 w irlandzkiej miejscowości
Clontarf, położonej na wybrzeżu, jakieś sześć kilometrów od Dublina. Od
wschodu otaczał ją park, a od zachodu widać było zatokę; zasłynęła jako
miejsce bitwy pod Clontarf w 1014, w której wojska Briana Śmiałego,
arcykróla Irlandii, pokonały Wikingów z Dublina oraz ich sojuszników,
Irlandczyków z Leinster. Bitwa ta wyznaczyła koniec wojen
irlandzko-wikińskich - tysiące zabitych pokryły krwawe pobojowisko na
tym samym wybrzeżu, na które wychodziły potem okna mojego pokoiku. W ostatnich latach Clontarf stało się celem wakacyjnych wyjazdów zamożnych
Irlandczyków, pragnących uciec z zatłoczonego Dublina, by łowić ryby i spacerować po naszych plażach.
Na podstawie mojego opisu można by uznać miasteczko za romantyczne, ale
w roku 1847 ani trochę takie nie było. Był to czas głodu i chorób, które
zaczęły nękać Irlandię dwa lata przed moimi narodzinami i trwały do roku
1854. Phytophthora infestans, znana również jako zaraza ziemniaka,
zaczęła siać spustoszenie w uprawach w latach czterdziestych
dziewiętnastego wieku i przerodziła się w istny koszmar, przez który
Irlandia w wyniku śmierci lub emigracji straciła dwadzieścia pięć
procent ludności. Na lata mojego dzieciństwa przypadł najbardziej
tragiczny okres. W 1849 mama i tata zabrali nas w głąb lądu, aby umknąć
przed głodem, chorobami i przestępczością; żywili też nadzieję, że
świeże powietrze przysłuży się mojemu wątłemu zdrowiu, wszystko to
jednak tylko pogłębiło moje odosobnienie, a dźwięki z portu, których tak
nasłuchiwały moje młode uszy, stały się jeszcze odleglejsze. Codzienny
spacer taty do biura na Zamku Dublińskim wydłużał się, w miarę jak
umierał świat dookoła nas, a wilgotna pajęczyna żalu pokrywała wszystko,
co z niego pozostało.
* * *
Obserwowałem bieg wydarzeń z okien
pokoju na poddaszu naszego domu, znanego jako Artane Lodge, niczym
bierny widz, polegający jedynie na opowieściach domowników, którzy
objaśniali mi wszystko, co działo się na zewnątrz. Patrzyłem, jak
żebracy wyrywają rzepy i kapustę z ogrodów naszych sąsiadów, jak
wykradają jajka z naszego kurnika, w nadziei, że choć na jedną noc
uśmierzą głód. Widziałem, jak ściągają ze sznurków suszące się na nich
cudze pranie, jeszcze wilgotne, żeby mieć w co ubrać dzieci. Pomimo tego
wszystkiego moi rodzice i nasi sąsiedzi, kiedy tylko mogli, otwierali
swoje domy i zapraszali tych, którzy znaleźli się w gorszym położeniu,
żeby dać im ciepły posiłek i schronienie w czasie burzy. Od najmłodszych
lat motto rodziny Stokerów - "Prawość i szlachetność nade wszystko" -
było mi wpajane i kierowali się nim wszyscy domownicy. Bynajmniej nie
wiodło nam się dobrze, ale i tak mieliśmy więcej szczęścia niż inni.
Jesienią 1854 roku tata pracował jako urzędnik w biurze Głównego
Sekretarza Irlandii, podobnie jak przez ostatnie trzydzieści dziewięć
lat, zaczął bowiem jako szesnastoletni młodzieniec. Był znacznie starszy
od mamy, z czego zdałem sobie sprawę, dopiero gdy dorosłem. Zamek
Dubliński był też rezydencją Lorda Namiestnika Irlandii, a jego biuro
zajmowało się korespondencją między wszystkimi urzędami w Anglii a ich
irlandzkimi odpowiednikami. Tata zajmował się ewidencjonowaniem tych
listów, a ich tematyka rozciągała się od codziennych spraw kraju po
oficjalne komunikaty na temat biedy, głodu, zarazy wśród bydła, chorób,
epidemii, szpitali i więzień, niepokojów politycznych i rebelii. Nawet
gdyby chciał ignorować problemy naszych czasów, nie dałby rady -
siedział w tym wszystkim za głęboko.
Mama była członkinią nadzwyczajną Irlandzkiego Towarzystwa Badań
Statystycznych i Społecznych, odgrywającego dużą rolę w zbiórkach
żywności i innych formach pomocy dla Dublina. Kiedyś taka praca
zarezerwowana była dla mężczyzn. Nie było dnia, żeby mama nie targowała
się z sąsiadem o mleko tylko po to, aby następnie wymienić je z innym na
sukno. Dzięki jej staraniom nasza duża rodzina zawsze miała co do garnka
włożyć i pomagała wykarmić niezliczonych przybyszów, którzy przestąpili
nasz próg w tych ciężkich czasach. Była spoiwem naszej rodziny - widzę
to teraz, jako dorosły, ale jako siedmiolatek uważałem wręcz przeciwnie.
Powiedziałbym wówczas, że zamyka mnie w pokoju i za cenę mojego
szczęścia izoluje mnie od bolączek świata, nie pozwalając mi na choćby
najmniejszy kontakt z nimi.
Nasz dom stał nieopodal Malahide Road, ulicy wybrukowanej kamieniem
wydobywanym w pobliskiej wsi Rockfield. Moje życie toczyło się na
poddaszu, skąd przez łukowe okno widziałem całkiem sporo, od gospodarstw
naokoło aż po odległą zatokę, a przy sprzyjającej pogodzie nawet
niszczejącą wieżę zamku Artane. Przyglądałem się zgiełkowi otaczającego
mnie świata, niczym jedyny widz przedstawienia, zmuszony przez chorobę
do bezustannej obecności w teatrze.
Pewnie jesteście ciekawi, co mi właściwie dolegało - to pytanie
pozostaje bez odpowiedzi, gdyż nikt nie umiał stwierdzić tego z całą
pewnością. Cokolwiek to było, dopadło mnie wkrótce po urodzeniu i wbiło
we mnie swe podłe szpony. W najgorsze dni prawdziwym wyczynem było dla
mnie przejście na drugą stronę pokoju; po takim wysiłku padałem bez tchu
i ledwie przytomny. Zwykła rozmowa pozbawiała mnie tej odrobiny energii,
którą dysponowałem; wypowiedziawszy zaledwie kilka zdań, często bladłem,
moja skóra stawała się zimna w dotyku, pot wysączał mi się z porów i wpadałem w drżenie, kiedy ta wilgoć spotykała się z nadmorskim
powietrzem. Serce czasem kołatało mi w piersi, biło nieregularnie, jakby
nadaremno poszukując rytmu. I jeszcze bóle głowy - nachodziły mnie
raptownie i trwały nieraz po kilka dni, jakby sam zły duch zaciskał
jakąś klamrę wokół mojej czaszki.
Całe noce i dni upływały mi w moim pokoiku na zastanawianiu się, czy
właśnie minął mój ostatni wieczór, czy też rano obudzi mnie świt mokry
od rosy.
Nie byłem tam, na poddaszu, zupełnie sam - mieściły się tam jeszcze dwa
inne pokoje. W pierwszym mieszkała moja siostra, Matylda, wówczas
ośmioletnia, a drugi zajmowała nasza opiekunka, Ellen Crone, którą
nazywaliśmy ciocią, choć nie była z nami spokrewniona. Ta ostatnia
dzieliła pokój z maleńkim Richardem, moim nowo urodzonym bratem, a zarazem najbardziej angażującym obiektem jej troski.
Na piętrze pode mną znajdowały się wewnętrzna toaleta i pokój moich
rodziców, jak również druga sypialnia, należąca do moich dwóch braci,
Thornleya i Thomasa, odpowiednio w wieku lat dziewięciu i pięciu.
Na parterze mieściły się kuchnia, salon i jadalnia ze stołem
wystarczająco dużym dla wszystkich domowników. Była też piwnica, ale
mama zabroniła mi do niej schodzić. Przechowywaliśmy tam węgiel, a kontakt z pyłem mógł przykuć mnie do łóżka na dobry tydzień. Za domem
znajdowała się stara kamienna stodoła. Trzymaliśmy w niej trzy kury i świnię, którymi Matylda zajmowała się już od trzeciego roku życia. Na
początku nadawała zwierzętom imiona, ale w okolicach swoich piątych
urodzin zauważyła, że co najmniej dwa razy w roku ktoś podmienia większe
maciory na mniejsze świnki. Kiedy skończyła sześć lat, zorientowała się,
że to te same świnie, które trafiają do rzeźnika, a potem lądują na
naszych talerzach. Wtedy zrezygnowała z nazywania zwierząt hodowlanych.
Wszystko to zaś obserwowała Ellen Crone.
DZIENNIK BRAMA STOKERA
Od czego by tu zacząć? Do opowiedzenia
jest tak wiele, a cennego czasu tak mało, potrafię jednak określić
moment, kiedy wszystko się zmieniło. W ciągu jednego szczególnego
tygodnia ja zostałem uzdrowiony, nasza droga ciocia Ellen znikła, a pewna rodzina postradała życie. Zaczęło się niewinnie, od nic
nieznaczącego podsłuchiwania. Byliśmy zaledwie dziećmi - ja miałem
siedem lat, a Matylda osiem - i mieliśmy nigdy nie zapomnieć tej
jesieni. Na początku były tylko dwa słowa.
* * *
Październik 1854
- Pochowany żywcem - powtórzyła cicho Matylda. - Tak powiedziała. Nie
przesłyszałam się.
Chociaż była rok starsza ode mnie, spędziłem w jej towarzystwie wiele
bezsennych godzin, zwłaszcza odkąd znalazłem się zamknięty w pokoju -
tak jak i dzisiaj. Staliśmy przy oknie, a Matylda wskazywała palcem na
zatokę.
- Mama mówiła, że ten człowiek był chory, a kiedy błagał o pomoc, tamci
w odpowiedzi wykopali dół w ziemi i wepchnęli go do środka. Kto jest w stanie zrobić coś takiego? Jak można było z czystym sumieniem wziąć w czymś takim udział?
- Mama z pewnością nie powiedziałaby czegoś takiego - zaoponowałem.
Wodząc oczyma za jej palcem, próbowałem przeniknąć wzrokiem mgłę
kłębiącą się nad wodą.
- Powiedziała. Jeśli ją o to zapytasz, to na pewno zaprzeczy, ale
powiedziała to tacie, kiedy wrócił do domu, najwyżej dwadzieścia minut
temu. Przyszłam do ciebie od razu.
Usiłowałem powstrzymać uśmiech, ponieważ wiedziałem, że Matylda
wysmażyła taką historyjkę po to, by dostarczyć mi rozrywki, ale mimo to
uniosły mi się kąciki ust, a siostra klepnęła mnie w ramię.
- Nabijasz się ze mnie. - Zmarszczyła brwi i odwróciła się od okna.
- Mówiłaś, że gdzie do tego doszło?
Zamiast odpowiedzieć, siedziała ze wzrokiem wbitym w przeciwległą
ścianę.
- Matyldo? Gdzie to się stało?
Z głębokim westchnieniem powiodła znów wzrokiem do okna.
- Na cmentarzu za kościołem Świętego Jana Chrzciciela. Powiedziała, że
pochowali go wśród grobów samobójców.
- Grobów samobójców?
- Już ci o nich mówiłam - odparła ze zniecierpliwieniem Matylda. - Są
ukryte po drugiej stronie cmentarza, tuż za murem, w wiecznym cieniu.
Chowają tam każdego, kto odbiera sobie życie, a poza tym złodziei,
przestępców i tym podobnych. Jest kilka tablic i krypt, ale głównie goła
ziemia, a w niej setki posępnych grobów. Zresztą nie jest poświęcona,
więc ich dusze nie zaznają spokoju. Będą potępione na wieczność.
- Po co więc chować tam kogoś chorego?
- Pytasz, czemu ten konkretny mężczyzna został tam pogrzebany żywcem?
- Skoro pochowano go żywcem, to tak naprawdę został zamordowany -
wyjaśniłem. - Więc miałby prawo do pogrzebu jak każdy inny, w poświęconej ziemi.
- Nie da się ukryć trupa wśród normalnych grobów, ale pochowaj go wśród
samobójców, a nikt go nie odnajdzie.
Złapał mnie atak kaszlu i odwróciłem głowę, poczekałem, aż przejdzie, i kontynuowałem:
- Jeśli mama wiedziałaby o czymś takim, poinformowałaby władze.
Postąpiłaby jak należy.
- Może władze już wiedzą i po prostu ich to nie interesuje. Co kogo
obchodzi, że na ulicach jest o jednego chorego mniej.
- A co na to wszystko tata? - spytałem.
Matylda przemierzyła pokój i przysiadła na skraju mojego łóżka, kręcąc
na palcu loki z długich, jasnych włosów.
- Najpierw nic nie mówił i zastanawiał się nad tą historią, po czym
stwierdził: "Sprawy w Dublinie mają się coraz gorzej", a potem wrócił do
czytania gazety i nie odezwał się więcej.
- Nie wierzę w ani jedno słowo, zwyczajnie zmyślasz - powiedziałem i uśmiechnąłem się spierzchniętymi ustami.
- To wszystko prawda!
- Co takiego jest prawdą?
Jak na komendę odwróciliśmy się w stronę cioci Ellen, która stała w drzwiach, trzymając tacę z drugim śniadaniem. Z gracją wkroczyła do
pokoju, zdawało się, że bardziej płynie w powietrzu, niż idzie, i postawiła tacę na stoliku nocnym.
Matylda posłała mi znaczące spojrzenie, jakby chciała powiedzieć, żebym
się nie wygadał, choć ja wcale nie miałem takiego zamiaru.
- Nic takiego, ciociu.
Ciocia Ellen podejrzliwie zerknęła najpierw na mnie, potem na Matyldę i znowu na mnie, po czym pochyliła się nad tacą i nalała filiżankę gorącej
herbaty.
- Cóż za upiorny temat do konwersacji sobie znaleźliście. Ludzie
zakopani żywcem w nieoznaczonych grobach? No wiecie co! To nie są tematy
nawet dla dorosłych, a co dopiero dla takich jak wy. Właśnie, a ty
dlaczego nie w łóżku? Zamarzniesz na śmierć, stercząc przy tym oknie. I co wtedy? Obawiam się, że będziemy musieli wykopać nieduży dołek wśród
grobów samobójców i położyć cię tam razem z tamtym chorym. - Mrugnęła do
Matyldy. - Myślisz, że znajdziesz chwilę między jedną plotką a drugą,
żeby pokazać mi, gdzie jest to miejsce i skąd mogę wziąć łopatę?
Popędziłem do łóżka i zagrzebałem się w pościeli.
- Nie zrobiłabyś tego - rzuciłem.
Ciocia Ellen usiłowała zachować kamienną twarz.
- Z całą pewnością bym zrobiła. Mam chrapkę na ten twój pokój. Mój
zrobił się nieco ciasny, odkąd dzielę go z niemowlęciem.
Podniosła ze stolika nocnego dzwonek i potrząsnęła nim.
- Nie będziemy musieli już tego słuchać, prawda? Cóż za radosna
perspektywa!
Próbowałem wyrwać jej dzwonek z palców, ale okazała się dla mnie za
szybka; chwyciłem tylko powietrze.
- Wiesz, ciociu, że nie lubię go używać, ale mama się upiera.
Matylda zmarszczyła brwi i spojrzała pytająco na ciocię.
- A więc ty też mi nie wierzysz?
Ellen położyła ręce na biodrach i westchnęła:
- Ani przez chwilę nie uwierzyłabym, że przyzwoici Irlandczycy mogliby
stać i patrzeć, jak ktoś wpycha żywego człowieka do otwartego grobu na
wieczne zapomnienie. Myślę, że poniosła cię wyobraźnia. Być może coś
usłyszałaś, ale doprawdy wątpliwe, żeby była to taka historia. Może
lepiej wykorzystałabyś swój czas, pomagając mamie w kuchni przy
obiedzie, zamiast czaić się za rogiem i podsłuchiwać cudze rozmowy,
które nie są przeznaczone dla twoich młodych uszu.
- A właśnie że mama to powiedziała - upierała się Matylda, nadąsana.
Ciocia Ellen westchnęła, przysiadła na łóżku obok mnie i sięgnęła
smukłymi palcami do mojego czoła. Przeszedł mnie dreszcz; dotyk jej
skóry był lodowaty.
- Znów masz gorączkę, młody człowieku. - Nalała wody z dzbanka do
miednicy obok łóżka, zamoczyła szmatkę, wyżęła ją i położyła mi na
czole. - Kładź się - poleciła.
Zrobiłem, jak kazała, i powiedziałem:
- Szare.
- Co?
- Twoje oczy są dziś szare. - Była to barwa ciemnoszara, przywodząca mi
na myśl gęste chmury burzowe, które jeszcze dwa dni wcześniej zasnuły
niebo nad portem. - Wczoraj były piwne. A przedwczoraj niebieskie.
Jakiego koloru będą jutro?
Spojrzała na mnie z góry tymi swoimi oczyma i założyła blond włosy za
ucho. Zazwyczaj nosiła je upięte, ale tamtego dnia opadały jej luźno na
ramiona.
* * *
Często
rozmyślałem nad urodą Ellen Crone. W wieku siedmiu lat nie
zastanawiałem się jeszcze nad tym, ale jako dorosły mężczyzna muszę
przyznać, że była atrakcyjna. Miała gładką i śnieżnobiałą skórę bez
żadnej skazy czy zmarszczki, nawet wokół oczu czy ust. W uśmiechu
odsłaniała olśniewająco białe zęby. Często żartowaliśmy z jej wieku - a ona wraz z nami. Wprowadziła się do nas w październiku 1847 roku, na
kilka tygodni przed moim urodzeniem, tuż po tym, jak panna Coghlan
zrezygnowała z posady, tłumacząc, że przez dotknięte artretyzmem ręce
nie da rady zajmować się niemowlęciem. Panna Coghlan towarzyszyła naszej
rodzinie, kiedy przyszli na świat Thornley i Matylda, i miała zostać z nami jeszcze około roku, dopóki mama nie znajdzie nowej opiekunki. Jej
przedwczesne odejście przypadło na trudny czas: tata spędzał większość
czasu na zamku, ponieważ akurat zaczął się głód, a mama, będąc już w zaawansowanej ciąży, nie czuła się na siłach, żeby szukać nowej niani.
Ellen zjawiła się jakby zrządzeniem boskim - usłyszała od kogoś, że jest
możliwość zatrudnienia, i zjawiła się u naszych drzwi, a niewielki
sakwojaż stanowił cały jej dobytek. Utrzymywała, że ma piętnaście lat i jest sierotą, która poprzednich pięć lat spędziła w pewnym domu na
doglądaniu dzieci - pięcioletniego chłopca i sześcioletniej dziewczynki
- dopóki cała rodzina chlebodawców nie umarła przed miesiącem na
cholerę. Pani domu była położną i Ellen asystowała jej przy dziesiątkach
porodów; dziewczyna oferowała swoje usługi w zamian za mieszkanie i skromną pensję, przynajmniej dopóki mama nie dojdzie do siebie po
rozwiązaniu. Rodzice nie mieli innego wyjścia i przyjęli Ellen Crone,
ona zaś szybko okazała się po prostu niezbędna.
Poród, w wyniku którego przyszedłem na świat w listopadzie 1847 roku,
nie należał do łatwych. Ułożenie było pośladkowe, a ja miałem pępowinę
owiniętą wokół szyi - odbierający poród kuzyn ojca, ceniony dubliński
lekarz, sądził, że jestem martwy, ponieważ nie wydałem z siebie żadnego
głosu. Wujek Edward Alexander Stoker nie wyczuł pulsu pod moją siną
skórą. Ale Ellen upierała się, że na pewno żyję, wyrwała mnie lekarzowi
i zabrała się do oddychania usta-usta; zaczęła wtłaczać mi ustami
powietrze do płuc, aż po niespełna trzech minutach wreszcie zakasłałem i dołączyłem do świata żywych. Mama i tata byli zdumieni, a wujek Edward
uznał, że był to ni mniej, ni więcej, tylko prawdziwy cud. Mama wyznała
mi później, że podczas ciąży rzadko kopałem, więc myślała, że nosi w łonie martwe dziecko; jako matka dwojga dzieci była już wszak
doświadczona i miała niemal pewność swoich przypuszczeń. Z tego powodu
nie pozwalała tacie wybrać imienia. Dopiero kiedy zacząłem oddychać i okazałem się żywy, zgodziła się na imię Abraham, po ojcu, i po raz
pierwszy wzięła mnie na ręce.
Po latach mama powiedziała mi, że tamtej nocy ciocia Ellen wydawała się
wyczerpana i umęczona, jakby ona również urodziła dziecko, a poród
odebrał jej wszystkie siły. Gdy tylko trafiłem bezpiecznie w objęcia
mamy, Ellen poszła do swojego pokoju i nie wychodziła stamtąd przez
prawie dwa dni, ku przerażeniu taty, który godzinami siedział u jej
drzwi, próbując ją wywabić, bo potrzebna była pomoc i przy dzieciach, i przy mamie. Przez dwie doby nikt nie widział cioci Ellen. Trzeciego dnia
wreszcie się wyłoniła i nie wspomniawszy nawet słowem o całym zajściu,
wróciła do swoich domowych obowiązków. Tata z pewnością wymówiłby jej
posadę, gdyby nie fakt, że nikogo innego na jej miejsce nie było.
W ciągu pierwszych trzech dni mój stan wciąż się pogarszał i tata
obawiał się, że nie przeżyję kolejnej nocy. Oddech miałem krótki,
urywany i krztusiłem się flegmą. Wciąż nie płakałem, a moje oczy nie
reagowały na żadne bodźce. Nie chciałem ssać piersi. W ogóle nie
chciałem jeść. Ellen przeniosła moją kołyskę do swojego pokoju i spędzała ze mną cały czas, kiedy nie spałem, trzymając mnie od
wszystkich z daleka - twierdziła, że potrzebuję odpoczynku. Rodzice
niechętnie, ale na to przystali, aż wreszcie piątego dnia, około drugiej
w nocy, cały dom usłyszał mój płacz, a był on tak donośny, że
zawtórowali mu Matylda i Thornley. Tata zaprowadził mamę do pokoju
Ellen, a gdy ta otworzyła drzwi ze mną w postaci zawiniątka na rękach,
wszyscy pojęli, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane i że będę żył.
Mama powiedziała, że Ellen wyglądała wtedy na znacznie starszą niż w rzeczywistości, jeszcze gorzej niż tuż po moim urodzeniu, gorzej niż
kiedykolwiek potem. Przekazawszy mnie mamie, Ellen Crone bez słowa
zeszła po schodach i przez frontowe drzwi powędrowała w głęboką noc. Nie
wracała przez dwa pełne dni.
Kiedy się w końcu pojawiła, znów była sobą: wyglądała młodo, policzki
miała zaróżowione, jej niebieskie oczy lśniły, a na ustach gościł
wieczny uśmiech. Tata ani słowem nie skomentował jej nagłego wyjścia i nieobecności, gdyż w międzyczasie mi się pogorszyło i liczył na to, że
Ellen znów mi pomoże, tak jak dwukrotnie przedtem. Przeniósł kołyskę z powrotem do jej pokoju - tam pozostała razem z Ellen, która zamknęła
drzwi bezpiecznie na klucz. Kiedy ja odzyskiwałem siły, ona marniała. W pierwszych latach mojego życia ten cykl powtarzał się dziesiątki razy -
Ellen sprawiała, że zdrowiałem, po czym znikała na kilka dni, wracała w dobrej formie i znów przystępowała do dzieła. Na zawsze pozostało
tajemnicą, co działo się za zamkniętymi drzwiami jej pokoju; rodzice o to nie pytali. Wystarczyło spojrzeć w jej oczy intensywnie niebieskie,
gdy była zdrowa i silna, a zbladłe i poszarzałe, gdy miała wziąć swoje
kolejne "wychodne".
* * *
Uniosłem wzrok, by spojrzeć jej w oczy,
teraz szare, świadom, że niedługo znów zniknie.
- Może teraz powinieneś się skupić na własnym zdrowiu, a nie na tych
urojonych cieniach w moich oczach, które pewnie są tylko odbiciem
ubrania. Może jeśli włożę czerwoną sukienkę, zapłoną taką czerwienią jak
oczy pana Nesbitta po nocy spędzonej w pubie?
- Niedługo znów znikniesz, prawda?
W tym momencie włączyła się Matylda:
- Nie, ciociu! Nie wolno ci! Obiecałaś pozować mi do portretu!
- Ale masz już ich dziesiątki...
- Obiecałaś - powtórzyła Matylda, obrażona.
Ellen podeszła do niej i pogładziła ją palcem po karku.
- Nie będzie mnie tylko dzień, góra dwa. Przecież zawsze wracam. A wtedy
zapozuję ci do kolejnego portretu. Pod moją nieobecność zajmuj się,
proszę, bratem i pomagaj matce. Ma ręce pełne roboty z małym Richardem.
Myślisz, że mogę ci powierzyć opiekę nad domem na czas mojej
nieobecności?
Matylda niechętnie pokiwała głową.
- Dobrze więc. Najlepiej będzie, jeśli zejdę na dół i pomogę przy
obiedzie. - Znowu położyła mi na czole chłodną dłoń. - Jeśli ci się nie
poprawi, będę musiała wezwać twojego wujka Edwarda.
Na dźwięk tych słów ścisnął mi się żołądek, ale nic nie powiedziałem.
* * *
Matylda odprowadziła ciocię Ellen wzrokiem i podbiegła do mnie.
- Muszę ci coś pokazać.
- Co takiego?
Rzuciła okiem na otwarte drzwi, następnie na swój szkicownik, który
zostawiła na komodzie, kiedy weszła do pokoju. Kiedy po niego wstała,
zamknęła drzwi i przytrzymała klamkę, aby upewnić się, że hulające po
domu przeciągi nie porwą ich i nie zatrzasną. Wzięła swój zeszyt i wróciła na łóżko.
- Czy uważasz mnie za świetną artystkę?
- Wiesz, że tak. - Nie było w tym przesady. Od czasu, gdy miała trzy
albo cztery lata, było oczywiste, że talentem przewyższa rówieśników. W ostatnim czasie jej rysunki dorównywały pracom wielu poważanych
dorosłych twórców. By tego dowieść, mama poprosiła znajomą o pokazanie
jednego z obrazów Matyldy bogatemu koneserowi sztuki z Dublina. Kobieta
nie wyjawiła mu, że autorką jest mała dziewczynka; po prostu oznajmiła,
że ma w rodzinie taki wartościowy przedmiot i chciałaby go wycenić.
Mężczyzna zaoferował za niego dziesięć szylingów, ale mama odmówiła,
wyjaśniając, że obraz jest jej zbyt drogi i nie potrafiliby się z nim
rozstać.
Wkrótce potem Matylda dostała się do Akademii Sztuk Pięknych w Dublinie.
* * *
Z jej miny wywnioskowałem jednak, że
potrzeba jej świeżej pochwały.
- Jesteś wspaniałą artystką. Naprawdę!
Matylda zmrużyła oczy i poklepała szkicownik.
- To, co ci teraz pokażę, musi pozostać między nami. Obiecaj, że nie
będziesz o tym rozmawiał z nikim innym.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, dostałem napadu kaszlu, w piersi palił mnie
każdy chrapliwy oddech. Matylda szybko nalała wody do szklanki i przystawiła mi do ust. Wypiłem łapczywie, zimny płyn schłodził
podrażnione gardło. Kiedy atak wreszcie minął, powiedziałem tylko
"przepraszam". Matylda nie zwróciła na to uwagi, jak zwykle, kiedy
chodziło o moją chorobę. W sumie to nie pamiętam, żeby kiedykolwiek
jakoś ją komentowała. Znów poklepała w szkicownik, tym razem ze
zniecierpliwieniem.
- Obiecujesz?
Kiwnąłem głową.
- Nie pisnę ani słówka.
Najwyraźniej to jej wystarczyło, ponieważ otworzyła okładkę i przekartkowała ileś stron, zanim dotarła do właściwej. Podsunęła mi
rysunek.
- Kto to jest?
- William Cyr. - Był to rolnik mieszkający na wzgórzu w Puckstown, a szkic przedstawiał go w trakcie pracy w polu.
Przerzuciła stronę.
- A to?
- Pewnie Robert Pugsley - odparłem. Na rysunku jechał swoim wozem
rzeźnika.
- No a tutaj?
- Mama.
- A tutaj?
- Thornley doglądający kur.
- A tu?
Przez chwilę studiowałem pracę - widniała na niej kobieta w wieku
siedemnastu, osiemnastu lat, ale jej nie rozpoznałem.
- Nie wydaje mi się, żebym ją znał.
Matylda zerknęła na mnie przelotnie i przeskoczyła na następną stronę.
- A tę?
Kolejna dziewczyna, nieco starsza od poprzedniej. Wydawała się jakby
znajoma, ale nie mogłem skojarzyć jej twarzy. Pokręciłem głową.
Matylda pokazała mi jeszcze rysunki trzech innych kobiet, z których
najstarsza miała góra dwadzieścia lat. Ostatnia była namalowana
akwarelami; obraz był dynamiczny, żywa osoba została uchwycona niebywale
szczegółowo, wydawało mi się, że mógłbym wyciągnąć rękę, dotknąć papieru
i poczuć ciepło jej skóry. Nie zidentyfikowałem tych kobiet, co wydało
mi się dziwne, bo znałem większość mieszkańców bliskiej okolicy, a Matyldzie nie było wolno zanadto oddalać się od domu, chyba że w towarzystwie dorosłego.
- Nie znasz żadnej z tych kobiet?
Zacząłem bez pośpiechu cofać się do początku zeszytu, uważniej
przypatrując się pracom. Nie umiałem powiązać twarzy z nazwiskami.
- Nie znam. Może spotkałaś je, będąc z mamą na rynku albo na mieście,
beze mnie?
Matylda wolno pokręciła głową. Nachyliła się do mnie i wyszeptała mi do
ucha:
- Wszystkie szkice przedstawiają ciocię Ellen.
Zmarszczyłem czoło i wróciłem do portretów.
- Ale one wcale... wcale nie są do niej podobne.
- Wcale nie są podobne, a jednocześnie wszystkie są do niej podobne.
Mogłabym pokazać ci kilkanaście innych i żadna nie wydałaby ci się
znajoma.
- Nie rozumiem.
- Ja też nie - powiedziała i dodała ciszej: - Wygląda na to, że za
każdym razem, gdy rysuję ciocię Ellen, portret w ogóle jej nie
przypomina. Nie potrafię jej uchwycić, choć staram się, jak mogę; jej
obraz wciąż mi umyka.
Nie wiedziałem, jak to skomentować, więc zmieniłem temat.
- A czego jeszcze dowiedziałaś się o Thornleyu?
Ponieważ rzadko opuszczałem swój pokój, byłem łasy na wszelkie ploteczki
na temat domowników i Matylda rzadko mnie pod tym względem zawodziła.
Główny obiekt jej dociekań stanowiła wprawdzie ciocia Ellen, ale na
drugim miejscu był mój brat Thornley, więc często można było zauważyć,
że siostra podąża za nim jak cień.
- Ach, Thornley. - Matylda przewróciła kartkę i ukazała się strona
wypełniona tekstem. - Zeszłej nocy widziałam, jak wychodzi z pokoju
cioci Ellen około drugiej w nocy.
- Co miałby tam robić?
Matylda stuknęła w zeszyt.
- To jeszcze nie wszystko. Był ubrany, jakby wybierał się na dwór, a po
opuszczeniu jej pokoju nie wrócił do swojego, tylko wyszedł na zewnątrz.
- W środku nocy?
- W środku nocy.
- I co tam robił?
Matylda zmarszczyła brwi.
- Nie wiem. Straciłam go z oczu przy stodole. Ale spędził poza domem
prawie dwadzieścia minut, a kiedy wrócił, był cały upaprany.
- Widział cię?
- Oczywiście, że mnie nie widział.
- Czyli to będzie już trzeci raz?
Pokręciła głową.
- Czwarty raz w ciągu czterech tygodni, kiedy wymyka się w ten sposób.
Jeśli zrobi to ponownie, będę go śledzić.
- Powinnaś powiedzieć mamie.
Matylda nie miała takiego zamiaru. Mogłem być tego pewien, sądząc po
sposobie, w jaki zamknęła szkicownik, i fuknięciu, z którym opuściła
pokój.
* * *
Gorączka rosła. O dziewiątej wieczorem
bolał mnie już każdy kawałek ciała, a pościel była mokra od potu. Mama
siedziała przy mnie, na kolanach trzymała miskę z wodą i wilgotną
ściereczką chłodziła moje rozpalone czoło. W którymś momencie
zaprotestowałem. Zrobiło mi się tak zimno, że dotyk ściereczki na skórze
zdawał się przeszywająco zimny. Wymachiwałem rękami, żeby ją odgonić.
Wtedy w pokoju zjawili się Thornley i tata, chwycili mnie za ręce i nogi
i przytrzymywali. W całym domu słychać było mój jęk, gardłowe dźwięki
prędzej przywodzące na myśl ranne zwierzę aniżeli dziecko.
Z dołu, z pokoju Ellen, rozległ się płacz małego Richarda, więc mama
poprosiła Matyldę, żeby do niego zajrzała. Pamiętam, że siostra
zaoponowała, ale nie pamiętam, co dokładnie mówiła. Nie chciała mnie
zostawiać, ale mama nalegała. Nie wolno było wnosić dziecka do mojego
pokoju, bo mogłoby się ode mnie zarazić moją tajemniczą chorobą. Chyba
wszyscy wiedzieliśmy, że to nielogiczne - przecież ciągnęła się latami i nie złapał jej nikt inny w rodzinie - ale i tak zgadzaliśmy się co do
tego, że z niemowlęciem lepiej nie ryzykować.
Matylda wybiegła z mojego pokoju i usłyszałem, jak tata przeklina Ellen
za to, że kilka godzin wcześniej wzięła wolne. Byli od niej uzależnieni,
a w tym momencie potrzebowali jej bardziej niż kiedykolwiek, a mimo to
wyszła, z tylko sobie znanych powodów. W moim ogarniętym gorączką umyśle
jarzyły się szkice, które pokazała mi Matylda: dziesiątki kobiet
zlewające się w jedną, podobną do cioci Ellen przez ułamek sekundy,
zanim rozpadną się na portrety nieznajomych, w różnym wieku i o różnym
wyglądzie, różnych, a jednak takich samych. Ich oczy z czarno-białych,
naszkicowanych, przeradzały się w żywo niebieskie, jak na obrazie
olejnym, i patrzyły na mnie przez mętny welon ciemności. Słyszałem głos
cioci, ale wydawał się tak odległy, jakby dobiegał z nabrzeża,
pochłaniany przez mgłę. Nagle jej twarz znalazła się o kilka centymetrów
od mojej, a jej czerwone usta poruszały się całkiem bezgłośnie. Chwilę
później wróciła mama i starła te majaki lodowatą ściereczką, a ja
chciałem odtrącić jej dłoń, ale ręce odmawiały mi posłuszeństwa.
Wszystko poczerniało i poczułem, że spadam w głąb studni, świat nade mną
znika i pochłania mnie ziemia, a moje plecy płoną, gdy lecę wprost do
piekła. Usłyszałem, że mama wymawia moje imię, ale byłem bardzo daleko
od domu i bałem się bury za to, że w ogóle wyszedłem, więc milczałem;
zamknąłem tylko oczy i czekałem na uderzenie o dno przepaści, którą
przemierzałem. Wyobraziłem sobie, że to się właśnie czuje, kiedy jest
się żywcem wpychanym do grobu samobójcy. Szykowałem się na duszący pył,
gotów na śmierć pod warstwą brudnej ziemi, wydany na pastwę robaków i larw.
- Bram!
* * *
Z góry wołała mnie mama, a ja w dole
milczałem. Dopiero za trzecim razem wreszcie spróbowałem odpowiedzieć,
ale głos uwiązł mi w gardle. Ciężar ziemi na piersi sprawiał, że tchu
starczało mi tylko na stłumiony pomruk, który wydobył się z moich
suchych, spękanych warg. Wokół mnie sypał się kurz, spadał grudami i tłukł w moje wątłe ciało. Nad dołem zgromadził się tłum; chociaż nikogo
nie widziałem, słyszałem tych ludzi - krzyki i jęki, płacz, a nawet
chichot - najpierw dwa głosy, potem cztery, potem kilkanaście
następnych. Nie nadążałem za nimi, bo były wszędzie, a zarazem nigdzie,
piekielnie hałaśliwe, a jednocześnie niewidoczne dla mnie.
Aż usłyszałem ten głos.
Spojrzałem w oczy mamy, zaczerwienione i posępne. Trzymała wilgotną
ściereczkę kilka centymetrów od mojej twarzy i zamarła, gdy rozwarłem
powieki i natrafiłem wzrokiem na nią. Z powrotem znalazłem się w swoim
pokoiku na poddaszu, w łóżku, niepewny, czy w ogóle opuściłem to
miejsce.
- Ocknął się - powiedziała szeptem do kogoś po drugiej stronie pokoju.
Próbowałem obrócić głowę, ale strasznie bolał mnie kark; bałem się, że
sam ten ruch może oddzielić mi głowę od ciała. Miałem wrażenie, jakby
tuzin lodowych ostrzy wbijał mi się w skórę.
- Zimno...
- Ćśśś, nic nie mów - powiedziała mama. - Wujek Edward przyszedł, żeby
pomóc.
Nade mną pojawiła się twarz Edwarda, kępki siwych włosów, zmierzwionych
i opadających na okrągłe okulary. Ściągnął z szyi stetoskop, włożył
słuchawki do uszu i przytknął metalowy rezonator w kształcie dzwonu do
mojej piersi - on również dla nagiego ciała był jak lód, więc próbowałem
go z siebie strząsnąć, ale tata i Thornley mocno mnie trzymali.
- Nie ruszaj się - nakazał z gniewną miną wujek Edward. Przez chwilę
osłuchiwał, po czym zwrócił się do mamy: - Serce bije bardzo
nieregularnie, a temperatura osiągnęła poziom, przy którym występują
omamy. Nieleczona, taka gorączka może doprowadzić do trwałych następstw...
Uszkodzenia słuchu, utraty wzroku, a nawet do śmierci.
Słuchałem tego niczym bezsilny obserwator niezdolny do reakcji.
Widziałem, jak mama i tata wymieniają zmartwione spojrzenia, a Thornley
po prostu mi się przygląda.
- Co proponujesz? - spytała mama. W jej głosie, zwykle tak pewnym i spokojnym, słychać było drżenie.
Wujek Edward powiódł po mnie wzrokiem i zwrócił się do mamy:
- Musimy zmniejszyć ilość zepsutej krwi; jedynie wówczas jego ciało
znajdzie w sobie siłę, żeby zwalczyć zakażenie i chłopak zacznie
zdrowieć.
Mama pokręciła głową.
- Ostatnim razem tylko mu to zaszkodziło.
- Puszczanie krwi to jedyna terapia stosowana w takich przypadkach.
Próbowałem wyswobodzić się z ich uścisku i prawie mi się udało, bo
zajęli się rozmową i rozluźnili uchwyt, ale Thornley, który ściskał mnie
za ramię tak mocno, jakby miał mi zaraz przebić skórę, skarcił mnie
wzrokiem, a z ruchu jego warg wyczytałem bezgłośne "nie".
Ciemność spowiła mnie z powrotem niczym płaszcz, lecz starałem się
zachować przytomność. Rozmowa nade mną trwała nadal, ale poszczególne
słowa stały mi się obce, składały się na język, którym nie władałem.
Wtedy zacząłem trząść się z zimna tak mocno, jakbym wpadł do
zamarzniętego jeziora. Kątem oka dostrzegłem, jak tata kiwa głową.
Wujek Edward zdjął okulary, wytarł je o koszulę, po czym znowu umieścił
na grzbiecie nosa. Otworzył brązową torbę z najlepszej angielskiej skóry
i wyjął biały słoik z dziurkowaną pokrywką. Odkręcił go z cichym
pyknięciem gumowej uszczelki, a następnie wyciągnął duże kleszcze.
Ponownie spróbowałem się wywinąć, ale opuściły mnie wszystkie siły.
Patrzyłem, jak wujek zanurza szczypce w słoiku i wyjmuje dużą pijawkę,
długości jakichś siedmiu centymetrów. Wiła się groteskowo w uchwycie,
wyginając się w tę i we w tę, a wujek Edward powoli opuszczał ją na moją
stopę.
Tuż zanim pijawka znikła mi z pola widzenia, zauważyłem, jak łapczywie
rozdziawia i zamyka otwór gębowy, zbliżając się do mojego ciała. Mama
odwróciła głowę i zacisnęła powieki, a tata, chociaż pobladł, mimo
wszystko przyglądał się, jak wujek umieszcza pijawkę na mojej stopie.
Pijawka była jeszcze zimniejsza niż ja, prawie tak lodowata jak
stetoskop. Wyobraziłem sobie, jak drapieżnik przysysa się do mojej
skóry, żeby nasycić się krwią. Widziałem, jak pęcznieje w miarę
połykania mojej esencji. Kiedy starałem się uwolnić umysł z tego
ohydnego spektaklu, zauważyłem, że kleszcze wujka wracają z kolejną
pijawką, mającą wylądować na moim ramieniu, a potem z następną i jeszcze
następną.
Zamknąłem oczy w nadziei na zapadnięcie w przytulny grobowiec snu.
* * *
Wokół mnie panował rejwach. Słyszałem
mamę i tatę, Matyldę i Thornleya, a nawet wujka Edwarda. Usiłowałem
zrozumieć znaczenie słów, wytężałem słuch, by wyłowić ten czy inny głos,
ale nic nie miało sensu. Kiedy spróbowałem otworzyć oczy, ujrzałem tylko
smolistą pustkę, głęboką i złowrogą jak bagna za naszym domem. Zapadałem
się w nią.
Przez ułamek sekundy zobaczyłem Matyldę stojącą obok mnie; twarz miała
opuchniętą i lśniącą od łez. W tym samym momencie ona również mnie
dostrzegła, bo otworzyła szeroko oczy i usta, na dość długo, by
wykrzyczeć moje imię i przykuć uwagę zgromadzonych w pokoju; najpierw
spojrzeli na nią, a potem na mnie. Matka podbiegła do łóżka z przeciwnego końca pokoju, tata pochylił się nade mną z jednej strony, a wujek Edward z drugiej. Wujek strząsnął długi metalowy termometr i rozkazał coś Thornleyowi, ale wszystkie słowa wypowiedziane po okrzyku
Matyldy zdawały się należeć do nieznanego języka. Wysiliłem wzrok, żeby
złowić nim siostrę, spleść nasze spojrzenia niczym palce ściskających
się dłoni, ale jej słodka twarz odpłynęła. Wszystko stało się cieniem, a potem nicością.
- Wszyscy na zewnątrz!
Usłyszałem to polecenie, ale niby z oddali, ledwie dosłyszalne przez
kakofonię głosów. Naokoło mnie panował taki gwar, że miałem wrażenie,
jakbym słyszał wszelkie dźwięki stworzenia jednocześnie; wszystkie syki,
piski, wrzaski i języki znanego wszechświata rozbrzmiewały unisono, a każda kolejna fala była głośniejsza niż poprzednia. Były tak potężne, że
niosły z sobą niezwykłe cierpienie, ich bolesne ostrza przeszywały mi
uszy i wiedziałem, że jeśli spróbuję zrozumieć to, co słyszę, to
postradam od tego zmysły.
- Opuśćcie pokój, ale już!
To była ciocia Ellen. Jakimś sposobem wiedziałem, że to ona, choć głos
nie należał do niej, lecz był jak wycie strzygi przenikające burzową
noc.
* * *
Najwyraźniej poddałem się ciemności,
gdyż chwilę później ocknąłem się sam. Mama i tata zniknęli, podobnie jak
Matylda, Thornley i wujek Edward. Jeżeli nawet ciocia Ellen została w pokoju, to jej nie widziałem; w rzeczywistości w ogóle niewiele
widziałem oprócz iskierek światła, które przenikały przez ustępujący
mrok. Po raz pierwszy uderzył mnie zapach, woń stęchlizny jak w piwnicy
na warzywa pod koniec zimy, kiedy z plonów lata pozostają już tylko
gnijące resztki pokryte pleśnią i wydane na żer niewidocznych
mieszkańców wilgotnej ziemi.
- Ciocia Ellen? - wyszeptałem jej imię. Gardło bolało mnie tak mocno, że
następne oddechy brałem drobnymi łyczkami, łzawiąc z wysiłku.
Ciocia Ellen nie odpowiedziała, a jednak wiedziałem, że jest w pokoju.
Czułem w gęstym mroku jej obecność. Ponownie zawołałem ją po imieniu,
tym razem głośniej niż poprzednio, przygotowując się na nieuniknione
palenie w gardle, które towarzyszyło słowom.
Raz jeszcze bez odpowiedzi.
Pod stertą grubych koców zacząłem znów trząść się z zimna. W kącie
pokoju tata zainstalował żelazny piecyk, żeby zapewnić mi ciepło - kiedy
wszyscy tu byli, ogień wesoło buzował na palenisku, ale teraz piec był
ciemny, drwa pokrywał zimny popiół, jak gdyby minęły całe tygodnie,
odkąd rozgrzewały go płomienie.
Dostrzegłem jakiś ruch po mojej lewej, więc niezdarnie wykręciłem się,
żeby sprawdzić, co to. Kark zabolał mnie z wysiłku; starałem się to
zignorować, zaciskając z bólu powieki. Jeśli była to ciocia Ellen, to
poruszała się o wiele za szybko, bym zdołał przychwycić ją wzrokiem -
zanim moje oczy natrafiły na punkt, w którym powinna się znajdować,
został w nim tylko róg komody i widmo płaszcza wiszącego na kołku. Mojej
uwadze nie uszedł fakt, że płaszcz lekko się poruszał. Wszystkie okna
były szczelnie zamknięte, więc nie mogło być mowy o wietrze; coś innego
musiało być tego przyczyną.
- Czemu się chowasz, ciociu Ellen? Przerażasz mnie. - Chciałem cofnąć te
słowa już w chwili, kiedy je wymawiałem. Tata skarciłby mnie za
okazywanie choćby odrobiny strachu, a co dopiero za ogłaszanie go, ale
słowa wyszły ze mnie, zanim zdałem sobie sprawę, że powinienem był je
zdusić.
Odpowiedź wciąż nie nadchodziła, a ja uspokoiłem się, opanowałem
dreszcze wstrząsające moim ciałem i zaczerpnąwszy tchu, nasłuchiwałem.
Kiedy nabierałem powietrza, usłyszałem, że ktoś robi to samo; tym razem
odgłos dobiegł z mojej prawej, bliżej drzwi. Obróciłem swoją ociężałą
głowę w tamtym kierunku, ale nadal niczego nie widziałem; pod drzwiami
wnikało do środka słabiuteńkie światło, które zdawało się gasnąć już na
progu, jakby powstrzymywała je znacznie silniejsza ciemność wypełniająca
wnętrze. Wypuściłem powietrze z płuc i znów dobiegł mnie podobny dźwięk
z pokoju - odgłos oddychania w jednym rytmie ze mną.
W chwili gdy wstrzymałem oddech, mój nieproszony towarzysz zrobił to
samo, jak gdyby zabawiał się w jakieś niepokojące naśladownictwo.
Odwróciłem się z powrotem do wejścia, ku srebrzystemu światłu
przebijającemu się pod drzwiami przez ciemność. Zdało mi się, że
dostrzegłem w tym świetle poruszające się cienie. Wyobraziłem sobie
Matyldę, jak uważnie słucha z uchem przyciśniętym do drzwi, przestępując
z nogi na nogę, i zamyka oczy w nadziei, że odcięcie jednego zmysłu
wzmocni inny.
Znowu uchwyciłem jakiś ruch po lewej stronie i z trudem odwróciłem głowę
w kierunku piecyka. Tym razem zobaczyłem ciocię Ellen, pochyloną nad
paleniskiem i poruszającą drwa żelaznym pogrzebaczem. Strzelały i trzaskały pod jej dotykiem, a przez chwilę dostrzegłem pojedynczy
kawałek pomarańczowego żaru. Zamiast starać się pobudzić płomienie,
rozbiła gorącą grudkę i rozgarniała jej rozpalone kawałeczki, aż
straciły blask.
- Zimno mi, ciociu Ellen. Czemu gasisz ogień? - Mój oddech zawisł w powietrzu nade mną w postaci niepokojącej mgiełki.
Ciocia Ellen spojrzała na mnie przelotnie i już jej nie było. Nie byłem
pewien, czy to złośliwe cienie spłatały mi figla, czy znowu straciłem
przytomność, w każdym razie dokładnie w tej chwili ciocia jakby zniknęła
z pola widzenia. Zanim to nastąpiło, uchwyciłem na moment jej oczy,
które lśniły najjaśniejszym błękitem. Zdziwiło mnie, że dałem radę je
dostrzec przy tak małej ilości światła w pokoju, ale nie miałem z tym
żadnego problemu i jakaś część mnie żywiła przekonanie, że ciocia
chciała, bym je zobaczył. Oprócz oczu wypatrzyłem też uśmiech błądzący
po jej czerwonych ustach. Rozległ się nawet śmiech, choć krótki, i jako
jedyny przerwał ciszę.
Kiedy mój policzek musnęły czyjeś palce, prawie wyskoczyłem z łóżka;
kręciłem głową dookoła, żeby je zobaczyć. Ciocia Ellen siedziała na
krześle, które przedtem zajmowała mama, a jej ręka wędrowała do mojego
czoła. Jej dotyk nie niósł z sobą ani odrobiny ciepła. Mogłaby równie
dobrze przyłożyć mi do skóry kawałek drewna na rozpałkę albo drut do
robótek. Kiedy cofnęła dłoń, spodziewałem się zobaczyć na niej
rękawiczkę, tak się jednak nie stało - jej palce były nagie. Zastanawiał
mnie ich wygląd, kremowa barwa, świeżość jak u niemowlęcia, długie,
idealnie zadbane paznokcie. Nie były to ręce pracownicy, a raczej
członkini rodziny królewskiej. Nawet na moich rękach, należących do
delikatnego siedmiolatka, widać było ślady pracy, a żyłem w warunkach
znacznie bardziej cieplarnianych niż jakiekolwiek dziecko w moim wieku.
Na lewej ręce miałem jednak drobną bliznę tuż pod palcem wskazującym,
która nigdy właściwie się nie wygoiła. Pozostała mi po skaleczeniu ostrą
krawędzią ramy okiennej na parterze, kiedy byłem młodszy. Chropowaty
metal wbił mi się w skórę i trysnęła fontanna krwi. Nie płakałem, kiedy
to się stało; mama była pod wrażeniem i chwaliła mnie za bycie dzielnym
mimo takiego wypadku. Zabandażowała skaleczenie najlepiej, jak umiała,
ale rana była głęboka i prawdopodobnie nadawała się do szycia. Opowiadam
tę historię tylko dlatego, że dłonie cioci Ellen nie były poznaczone
takimi bliznami, skaleczeniami ani zadrapaniami codziennego życia.
Ciocia Ellen przyłapała mnie na przyglądaniu się jej rękom i zabrała mi
je z pola widzenia, odgarniając mi włosy opadające na oczy.
- Bardzo ci się pogorszyło, majaczysz, jesteś rozpalony. Boli cię?
Spróbowałem pokiwać głową, ale znów nie mogłem się ruszyć. Już samo
trzymanie oczu otwartych było bolesne, ale i tak ich nie zamykałem, nie
mogąc odwrócić wzroku od Ellen.
- Musi boleć.
Sądziłem, że ma na myśli gorączkę, zauważyłem jednak, że patrzy na moje
ramię. Zebrałem się w sobie i uniosłem je. Pod łokciem były trzy
pijawki, a nad nim co najmniej dwie kolejne. Wszystkie nabrzmiałe,
nasycone upiorną ucztą. Największa z nich, przyczepiona niedaleko
nadgarstka, wyglądała, jakby miała zaraz pęknąć. Jej tłuste ciało
poruszało się żarłocznie w rytm wysysania krwi. Na drugiej ręce było co
najmniej sześć następnych, a wiedziałem, że wujek Edward umieścił
pijawki również na moich nogach i stopach.
W oczach wezbrały mi łzy, a ciocia Ellen otarła je zimnym koniuszkiem
palca, uniosła go do ust i zlizała słoną kroplę.
Potem bezgłośnie sięgnęła tym samym palcem do wijącego się ciała
napęczniałej pijawki i przycisnęła ją. Stworzenie zadrżało, skuliło się
i na moich oczach z pulchnego i wilgotnego zamieniło się w suchy pył. I znikło, zostawiając po sobie tylko smużkę na mojej skórze i czerwoną
dziurkę, przez którą się karmiło. Palec cioci Ellen zrobił się czerwony
od krwi - mojej krwi.
- Ufasz mi?
Oniemiały, z ledwością kiwnąłem głową.
- A nie powinieneś - odparła.
OBECNIE
Bram podnosi wzrok znad dziennika.
Usłyszał czyjś oddech: częste, urywane hausty, a następnie chuchnięcia
po drugiej stronie drzwi. Płatki róży cicho zatrzepotały nad kamienną
posadzką. Jeden z nich oddzielił się od pozostałych. Sczerniały od
gnicia i pomarszczony od rozpadu, przeleciał nad podłogą i wylądował u stóp Brama. Pozostałe resztki róży nie miały się wcale lepiej; wkrótce
będzie musiał ją zastąpić.
Znowu dźwięk wdechu, tym razem długi, a po nim wydech z ogromnych płuc.
Brzmi to jak koń albo duży pies, ale to nie może być żadne z nich,
ponieważ Bram wie, że nie ma tu takich zwierząt. Mimo to słyszy wdech i wydech, głośniejsze od poprzednich. Wyobraża sobie wielkie nozdrza, jak
u doga niemieckiego lub mastiffa, które wciągają powietrze spod drzwi z taką siłą i zapamiętaniem, że mogą określić zawartość pokoju po samym
zapachu.
Bram odkłada dziennik na podłogę, wstaje, przemierza pokój i dociera do
drzwi.
To, co jest po drugiej stronie, musi wiedzieć, że Bram znajduje się
blisko, bo oddech momentalnie ustaje, po czym pojawia się znowu, tym
razem szybszy. Bram przykłada twarz do podłogi i stara się zerknąć na
drugą stronę drzwi, ale prześwit między kamienną posadzką i dołem
grubych dębowych drzwi jest za mały, szeroki zaledwie na włos. Następuje
kolejny wydech, a Bram odskakuje do tyłu; powietrze jest gorące i duszne, wilgotny podmuch dotyka jego policzków, niosąc z sobą
najohydniejszy z zapachów. Smród wyciska mu łzy z oczu; cofa się od
drzwi, aż uderza nogami o krzesło, na którym siedział przed paroma
chwilami. Owionięty przez odór, marzy tylko o tym, żeby się stamtąd
wydostać. Zamiast tego wstaje, podchodzi do okna i wystawia głowę na
zimne nocne powietrze, by wdychać je, aż pozbędzie się fetoru z nosa i płuc.
Oddech za drzwiami wciąż przybiera na sile.
Bram sięga do kieszeni płaszcza, wyjmuje buteleczkę i ogląda ją w migocącym świetle lampy olejnej. Zaledwie przed dwoma dniami Vámbéry
napełnił fiolkę - podobnie jak trzy inne - wodą z chrzcielnicy w kościele Świętego Jana. Dwie porcje zostały już wykorzystane; po zużyciu
tej będzie już tylko jedna, a Bram nie ma skąd wziąć ich więcej.
Ostrożnie zdejmuje zatyczkę i kieruje się do drzwi.
Gdy do nich podchodzi, to, co czai się za nimi, ponownie cichnie, po
czym znów zaczyna rytmicznie oddychać. Słychać przeciągły pomruk, a potem drapanie o posadzkę, pojedyncze skrobnięcie, na próbę, jakby to
coś chciało sprawdzić wytrzymałość kamienia, na którym stoi.
Bram klęka przy drzwiach, delikatnie przechyla buteleczkę i rozlewa wodę
święconą wzdłuż progu, aż nic nie zostaje. Kamień zdaje się ją
wchłaniać, płyn błyskawicznie znika i zostawia po sobie jedynie cienką
smużkę. Stworzenie za drzwiami rzuca się do ucieczki. Po czym rozlega
się głębokie wycie ogromnego wilka.
DZIENNIK BRAMA STOKERA
Październik 1854
Obudziłem się w przyćmionym świetle, gdy blade promienie słońca
przenikały przez okna, zalewając pokój blaskiem, który nie należał ani
do poranka, ani do zachodu. Założyłem, że nad zatoką pojawiła się mgła;
o tej porze roku nie byłoby to nic dziwnego. W powietrzu unosiła się
wilgoć i chociaż ktoś owinął moje ciało kołdrą, nie na wiele się to
zdało i wciąż nękały mnie ukąszenia chłodu znad morza.
Po śpiewie ptaków rozpoznałem, że jest wcześnie rano. Pomimo bólu
otworzyłem oczy. Miska, z której mama korzystała przy ocieraniu mi
czoła, stała na stole koło łóżka, a obok leżała szmatka, ale krzesło
było puste. Spodziewałem się zobaczyć na nim mamę albo Matyldę, ale nie
siedziała tam żadna z nich. Byłem sam w pokoiku na poddaszu. Nawet jeśli
wujek Edward nadal był u nas w domu, nic o tym nie świadczyło. Jego
torba zniknęła, a wraz z nią okropny słój z pijawkami. Odsunąłem kołdrę,
zmusiłem się, by usiąść na łóżku, i wyciągnąłem rękę do światła. Od
przegubów aż po łopatki obu ramion poznaczona była dziesiątkami
potrójnych nakłuć. Podobne znalazłem na nogach, od ud do stóp. Ilu
pijawek użył? Nie przestawało mnie to nurtować. Stwierdziłem, że zbiera
mi się na wymioty, zdołałem jednak się powstrzymać.
Chociaż było mi chłodno, nie był to ten rodzaj zimna co poprzedniej
nocy, gdy walczyłem z gorączką. W sumie tylko domyślałem się, że
wszystko to działo się w poprzednią noc, ale nie mogłem tego sprawdzić.
Kiedy ostatnio miałem tak silny atak, przespałem trzy pełne dni, zanim
odzyskałem przytomność i powróciłem do świata żywych. Wówczas po
przebudzeniu byłem tak wygłodniały, jakbym nie jadł nie wiadomo ile dni.
Opuściła mnie ta niewielka ilość energii, tlącej się zazwyczaj w moim
ciele; ledwo mogłem usiąść, a co dopiero wstać. Tym razem, owszem,
czułem się słaby, ale nie aż tak słaby jak wtedy. Właściwie wręcz
przeciwnie, miałem wrażenie, że w razie potrzeby mógłbym wygrzebać się z łóżka i zaryzykować przemarsz na drugą stronę pokoju - jakbym obudził
się z bardzo długiego snu, jak niedźwiedź, który po hibernacji wraca do
życia.
Sięgnąłem po dzwonek stojący na stoliku nocnym i potrząsnąłem nim. Po
kilku chwilach w drzwiach pojawiła się mama, niosąca tacę ze śniadaniem.
- No i jak się dzisiaj czujesz? - zapytała, odstawiając tacę na stoliku.
- Nieźle nas wczoraj nastraszyłeś. Miałeś gorączkę, nie pamiętam, żeby
kiedykolwiek była aż tak wysoka. Naprawdę bałam się, że zapłoniesz we
śnie żywym ogniem, tak byłeś rozpalony.
- A co z ciocią Ellen? Jest tu? - zapytałem nie do końca swoim głosem.
- Owszem, jest. - Mama powiodła oczami przez hall do drzwi pokoju Ellen.
- Co pamiętasz z wczoraj?
Starałem się przywołać wydarzenia ubiegłej nocy, ale moje wspomnienia
były w najlepszym razie mętne i straszne. Chyba podnosiła mi się
temperatura, a potem jeszcze trochę, aż do przyjazdu wuja Edwarda.
- Wujek Edward puszczał mi krew.
Mama przysiadła na brzegu łóżka i położyła złożone ręce na kolanach.
- W rzeczy samej, i dobrze zrobił. Gorączka mocno cię trzymała i gdyby
się nie zjawił, nie wiadomo, co by się z tobą stało. Edward jest dla nas
wszystkich błogosławieństwem i masz wobec niego dług wdzięczności.
Powinieneś mu to powiedzieć, kiedy ponownie go zobaczysz.
- Ale tak naprawdę pomogła mi ciocia Ellen, prawda?
Mama poruszyła się w miejscu. Nerwowo splatała i rozplatała palce.
- Za twoje wyzdrowienie trzeba dziękować wujowi i nikomu innemu. To
dzięki swojej wiedzy powstrzymał twoją gorączkę. Wszystko inne to
domysły, których ani myślę słuchać. - Znów rzuciła spojrzenie na drzwi
do pokoju Ellen na dole. - Zaczynam się zastanawiać, dlaczego właściwie
trzymamy w domu kobietę, która co jakiś czas znika na całe dni i wraca,
kiedy się jej żywnie podoba. Do opieki nad tobą i resztą dzieci potrzeba
mi kogoś, na kim można polegać, a nie jakiejś nieprzewidywalnej,
kapryśnej latawicy. Zamierzam porozmawiać o niej z twoim ojcem; być może
dawno już należało wprowadzić zmiany.
Widać było, że jest poirytowana, więc nie chcąc jeszcze mocniej jej
rozzłościć, zmieniłem temat.
- Czy wujek Edward jeszcze jest?
- Obawiam się, że wyszedł o świcie. Przespał kilka godzin na dole, ale
musiał wcześnie rano wracać do pracy i nie mógł dłużej zostać. Był tak
miły, że przed wyjściem zajrzał jeszcze do ciebie i powiedział mi, że
twój stan znacznie się poprawił, nastąpiło cudowne wyzdrowienie, jak to
ujął. - Mama odwróciła głowę i głośno rzuciła przez ramię: - Matyldo,
twój brat się obudził!
Matylda wsunęła głowę przez drzwi; stała za nimi cały czas.
- A kto to podsłuchuje?! - wykrzyknęła mama. - Bo wezmę dzwonek Brama i uwiążę ci na szyi!
Matylda oblała się rumieńcem.
- Nie podsłuchiwałam, mamo.
Mama pochyliła głowę.
- Mam uwierzyć, że tak po prostu stałaś sobie na korytarzu pod drzwiami
brata, bo to wygodne miejsce dla stóp?
Matylda otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zmieniła zdanie.
Z dołu dobiegł płacz małego Richarda. Mama zacisnęła wargi.
- Ten dzieciak mnie wykończy. Zostań na trochę z bratem.
Po tych słowach wyszła z pokoju, a Matylda zajęła jej miejsce na skraju
łóżka. Wzięła z mojej tacy ze śniadaniem tosta i wepchnęła go sobie do
ust, a drugiego podała mnie. Chleb nie był pierwszej świeżości, a ja nie
miałem specjalnie apetytu, ale i tak go zjadłem. Upewniwszy się, że mama
znalazła się poza zasięgiem słuchu, powiedziałem cicho:
- Co się wczoraj w nocy stało z ciocią Ellen?
Matylda również zerknęła w dół hallu, żeby sprawdzić, czy mama nie
nadchodzi, zanim odpowiedziała:
- Nie pamiętasz?
Pokręciłem głową, choć kark wciąż miałem sztywny i obolały.
- Wróciła wcześniej, żeby mi pomóc, prawda?
Matylda wyszeptała:
- Wczorajszej nocy ciocia Ellen zawróciła cię spod bram piekła i uratowała przed dotykiem Diabła. Co do tego mam pewność.
- Ale wujek Edward...
- Wujek robił, co w jego mocy, ale twój stan pogarszał się z każdą
godziną. Za to ciocia Ellen... Ona w jakiś sposób...
- W jakiś sposób co? Co takiego zrobiła?
Ranki po pijawkach zaczęły swędzieć, a kiedy Matylda zobaczyła, że je
drapię, wzięła moje ręce w swoje.
- To, co zrobiła, odbyło się za zamkniętymi drzwiami, ale kiedy po
godzinie wyszła, było jasne, że gorączka odpuściła i niebezpieczeństwo
już za tobą, ale nie powiedziała kompletnie nic o swoich metodach, mimo
że wujek Edward i tata ją wypytywali. Zamiast tego przeszła z twojego
pokoju do swojego i zamknęła za sobą drzwi bez ani jednego słowa. Wujek
Edward przez blisko pięć minut walił do jej drzwi, aż wreszcie poddał
się i wrócił do ciebie, żeby przekonać się o tym, co mama i ja już
widziałyśmy: poty minęły, a ty spokojnie leżałeś w tym oto łóżku,
cichutko i bez ruchu, i tylko ruch twojej klatki piersiowej świadczył o tym, że wciąż należysz do świata żywych. - Nachyliła się nade mną. -
Widziałam, jak Thornley przynosi coś cioci Ellen po tym, jak wyszła od
ciebie. Dużą torbę. W środku coś się ruszało. Otworzyła, nim zdążył
zapukać, uchyliła drzwi tylko na tyle, żeby sięgnąć po torbę, i zamknęła
je z powrotem.
- To bez sensu.
- To właśnie widziałam.
- Chyba ci się śniło.
Założyła ręce zaperzona.
- Widziałam.
Przypatrywałem się rankom na moich ramionach, oglądałem je pod światło.
- Boli? - spytała Matylda.
Byłem obolały i wiedziałem, że potrwa ileś dni, zanim wszystko się
zaleczy, i tak jej powiedziałem, chociaż wydawało się, że tym razem
ranki goją się szybciej - już pokryły się strupami i zaczęły mocno
swędzieć.
Siostra jeszcze bardziej ściszyła głos, aż do szeptu ledwo
przebijającego się przez śpiew ptaków za oknem.
- To nie koniec. Na początku, kiedy ciocia Ellen przyszła tu wczoraj i krzykiem poleciła nam wszystkim wyjść z pokoju, wyglądała jak to ona:
młoda, zdrowa kobieta. Ale kiedy wychodziła z twojego pokoju, była
odmieniona nie do poznania; jakby przez spędzone tu minuty postarzała
się o kilkanaście lat. Jej twarz pomarszczyła się i pobladła, włosy
zrobiły się słabe i łamliwe. A jej oczy stały się oczami staruszki.
Udało mi się zobaczyć je przez moment, kiedy powłócząc nogami, szła do
siebie, ale zaraz się odwróciła i ukryła twarz w cieniu, po czym
przemknęła do pokoju i zamknęła nam drzwi przed nosem.
- Jakiego koloru były jej oczy? - spytałem, wiedząc, jaka będzie
odpowiedź.
- Błękitne jak morze, kiedy wchodziła, a ciemnoszare, kiedy wychodziła.
- A więc znowu to samo?
Matylda pokiwała głową.
* * *
Mama wróciła z kieliszkiem czerwonego
wina i wręczyła mi go.
- Byłabym zapomniała: wujek Edward powiedział, że po przebudzeniu masz
to wypić.
Nie był to mój ulubiony napój. W winach rozsmakowałem się dopiero jakiś
czas później, ale wiedziałem z doświadczenia, że dzięki niemu szybciej
wrócą mi siły - a przynajmniej ta ich niewielka ilość, jaką wówczas
dysponowałem.
Wziąłem kieliszek do ręki i wlałem w siebie płyn niemal duszkiem, tylko
raz zaczerpnąłem powietrza między łykami. Wino, ciepłe i wytrawne, nie
było wcale aż taką torturą dla mojego młodego podniebienia, ale jednak
był to alkohol. Wkrótce poczułem, jak zaczyna działać. Oddałem kieliszek
mamie, która patrzyła na mnie z zaciekawieniem.
- Musisz być odwodniony. Spodziewałam się, że będę musiała wmuszać to w ciebie z mozołem. Ale teraz zaczynam się zastanawiać, czy cała ta twoja
choroba to nie jest po prostu kac po tym, jak nocą wymykałeś się do
pubów - powiedziała z błyskiem w oku. Wiedziałem, że żartuje, i nie
mogłem się nie uśmiechnąć.
- Jak inaczej miałbym doskonalić umiejętność gry w karty?
Skwitowała to śmiechem i zmierzwiła mi włosy.
- To twoje poczucie humoru wpędzi cię kiedyś w tarapaty, ale dobrze
słyszeć, że wróciło. Wczoraj w nocy naprawdę się martwiłam. Jak dotąd ta
była najgorsza. - Przyłożyła mi rękę do czoła. - Gorączka chyba
przeszła. Wciąż jesteś dość ciepły w dotyku, ale bez porównania z tym,
co wcześniej. Na twoim czole można było zagotować garnek wody.
- Ma wielki łeb - wtrąciła z aprobatą Matylda.
Chciałem ją pacnąć, ale chybiłem i prawie zrzuciłem tacę ze stołu. Mama
złapała moją rękę w powietrzu i przytrzymała, a jej oczy wezbrały łzami.
- Dniem i nocą modliłam się do Boga, żeby ulżył ci w cierpieniu i żeby
twoja choroba ustąpiła. Miejmy nadzieję, że wujek Edward wypędził z ciebie demony.
Wiedziałem, że tak się nie stało. Chociaż było mi lepiej, czułem, jak
choroba mnie toczy, na razie uśpiona, ale gotowa do powrotu. Ból kości,
wyczerpanie i zawroty głowy zmniejszyły się, ale nie znikły.
- Mamo, Bram jeszcze nie opowiadał - wytknęła Matylda, znów przycupnięta
na moim łóżku.
- Może potrzebuje czasu, żeby odzyskać siły, młoda damo.
- Jeśli teraz nie opowie, to już sobie nie przypomni - odparła.
Mama wiedziała, że to prawda; sama nam o tym przypominała. "Sny są jak
piasek w klepsydrze, z sekundy na sekundę jest ich coraz mniej, aż
wreszcie znika ostatnie ziarnko i tracimy je na wieki".
Odkąd bowiem pamiętam, nasza trójka opowiadała sobie sny, powtarzając je
dla lepszego zapamiętania. Czasem zapisywałem swoje, przy łóżku miałem
specjalny notatnik tylko do tego celu. Robiłem to tuż po przebudzeniu,
świadom, że jeśli poczekam choćby chwilę, będą stawać się coraz mniej
wyraźne - tak jak zapowiadała mama - a szczegóły coraz trudniej będzie
przywołać z pamięci. W odróżnieniu od zwyczajnych, sny w gorączce były
nadzwyczaj wyraziste. Matylda wiedziała o tym i właśnie dlatego tak
uparcie mnie ponaglała. O ile zwykłe sny rozwiewają się wkrótce po
wybudzeniu, o tyle przy wysokiej temperaturze odciskają na umyśle
piętno. Wolałem nawet nie zamykać oczu ze strachu przed powrotem do
paskudnego mroku, który spowijał mnie w najgorszych momentach ubiegłej
nocy. Tak dobrze pamiętałem moment, gdy chowano mnie żywcem, że czułem w ustach ziemię i słyszałem robaki, czające się o kilka centymetrów od
mojej głowy i z niecierpliwością czekające na posiłek, którym miałem się
stać.
- Ja... Ja nie chcę - zaprotestowałem niepewnie.
- Było strasznie? - spytała Matylda, przysuwając się bliżej z rozpromienioną twarzą. - Och, opowiedz no, Bram!
Powiodłem wzrokiem od Matyldy do mamy i z powrotem. Mama kiedyś
powiedziała mi, że kiedy opowiadamy o upiorach z naszych snów, tracą one
moc szkodzenia nam. A więc z westchnieniem opowiedziałem im o swoim
pogrzebie; wyrecytowałem wszystko, co umiałem sobie przypomnieć.
- Czy twój grób znajdował się w części dla samobójców? - dociekała
Matylda.
Mama zmarszczyła czoło.
- A co ty wiesz o grobach dla samobójców?
Siostra kombinowała, jak by tu odpowiedzieć, nie zdradzając jednocześnie
faktu, że przysłuchiwała się czemuś, co bez wątpienia było prywatną
rozmową między mamą a tatą, ale zanim wpadła na odpowiednio wyrafinowane
kłamstwo, mama spytała ponownie:
- Podsłuchiwałaś moją wczorajszą rozmowę z tatą, prawda?
- Ja tylko przechodziłam i być może usłyszałam wzmiankę o grobach
samobójców, ale dalej nie słuchałam; to byłoby niewłaściwe.
- O tak, bardzo niewłaściwe.
- Czy w naszym mieście, na cmentarzu, rzeczywiście pochowali kogoś
żywcem? - zapytałem.
Mama wzięła głęboki wdech.
- Nawet jeśli to prawda, podczas wczorajszej wizyty na starym cmentarzu
Horton Lowell i konstabl nie znaleźli żadnych dowodów na prawdziwość
pogłosek o pochówku, krążących po mieście. Nie mam wątpliwości co do
tego, że cała ta historia to wytwór czyjejś zbyt bujnej wyobraźni, który
jako plotka dotarł do innych, aż wreszcie zaczął żyć własnym życiem. -
Zwróciła się do Matyldy: - Plotkarstwo nie jest ani trochę lepsze od
podsłuchiwania i obym w przyszłości cię na tym nie przyłapała, bo
wygarbuję ci tę bieluchną skórę na plecach!
Wybuchnąłem śmiechem, który szybko przerodził się w kaszel. Mama nalała
mi szklankę wody, którą łapczywie wypiłem. Gardło miałem tak
podrażnione, jak gdybym pogryzł kamienie, a następnie je przełknął.
Mama kontynuowała.
- Klęska głodu pozbawiła życia wielu naszych rodaków. W Dublinie chorzy
i bezdomni umierają na ulicach. Biedacy okradają biedaków. Ludzie,
którzy kiedyś uprawiali własną ziemię, żebrzą na ulicy, żeby uzbierać
choć trochę pieniędzy na jedzenie dla swoich rodzin. Nigdy nie
lekceważcie tego, do czego człowiek jest zdolny, gdy musi nakarmić swoje
głodujące dzieci.
- Według taty sytuacja się poprawia - zauważyłem.
- Czasem myślę, że wasz ojciec woli wierzyć we frazesy powtarzane przez
arystokratów z zamku, którzy chcą nam wmówić, że głód dobiega końca,
więc twierdzą, że tak się dzieje. Ale samo gadanie o czymś nie sprawia,
że to coś staje się faktem. - Mama spojrzała na swoje dłonie. - Sądzę,
że zanim się poprawi, nastąpi jeszcze duże pogorszenie, więc kiedy
słyszę o tym, że chorego człowieka pochowano żywcem, nie mogę od razu
założyć, że to wymysł; wiem z pierwszej ręki, jakiego zła potrafią się
dopuścić przerażeni ludzie. Kiedy byłam mała, a epidemia cholery
zbierała śmiertelne żniwo, widziałam ludzi robiących rzeczy o wiele
gorsze niż pogrzebanie jednej chorej duszy.
- Czy cholera była gorsza od głodu?
- Nie wiem, czy taka śmierć jest gorsza od innej, Matyldo. Jej wszystko
jedno, kogo zabiera.
Matylda zapytała cienkim, niepewnym głosikiem:
- Czy to samo stanie się tutaj z nami? Czy wszyscy umrzemy?
- Głód to co innego, Matyldo. Owszem, zdarzają się choroby, ale cholera
to zupełnie co innego. Większość chorych, których widujesz, cierpi z głodu i odwodnienia, mężczyźni upijają się w sztok, bo nie mogą zapewnić
bytu swoim rodzinom. Z całą pewnością ta plaga jest potworna, ale
zupełnie inna od tamtej. - Poklepała nas po kolanach. - Dość tych
rozmów; mamy dziś dużo do roboty, a ja coś czuję, że ciocia Ellen nie
przyjdzie nam z pomocą.
Wszyscy troje spojrzeliśmy w kierunku zamkniętych drzwi Ellen. Mama
wstała.
- Matyldo, bądź tak dobra i zbierz dzisiejsze jajka.
Moja siostra zmarszczyła nos.
- Ale to kolej Thornleya!
- Wasz ojciec posłał go do gospodarstwa Seaverów w Santry po torf na
opał. Prawie już nam się skończył, sami wiecie, a zbliża się zima i niedługo noce zrobią się lodowate.
Matylda zsunęła się z łóżka i bez słowa pomaszerowała na dół.
Mama przyłożyła mi rękę do czoła i uśmiechnęła się.
- Bóg się do ciebie uśmiechnął, mój mały mężczyzno.
Ja tymczasem nie spuszczałem oczu z drzwi cioci Ellen, a obrazy z poprzedniej nocy wciąż przesuwały mi się przed oczami.
* * *
Kilka godzin później.
- Co robi ciocia Ellen? - spytała Matylda.
Stałem na palcach i wyglądałem przez okno na podwórko.
- Zdejmuje pranie ze sznurka.
W tym momencie dotarło do mnie, że tego dnia czuję się o wiele lepiej.
Chociaż charakterystyczny ból kości nadal się utrzymywał, choroba trochę
się cofnęła. Czasem tygodniami nie wstawałem z łóżka. Spędzałem w nim
tyle czasu, że niekiedy dostawałem odleżyn, a niewykorzystywane mięśnie
mi zanikały. Mama często się martwiła, że wda się zakażenie, i oczyszczała odleżyny najlepiej, jak umiała, potem okładała je mchem
znanym jako torfowiec, który trzymała na najwyższej półce w spiżarni, z dala od wzroku taty - postępowi doktorzy z naszej rodziny bez wątpienia
wzgardziliby medycyną ludową. Jeśli chodzi o moje mięśnie, niewiele dało
się poradzić. Przez wiele dni byłem zwyczajnie za słaby, żeby zwlec się
z łóżka. Zachęcany przez mamę, czasem próbowałem, ale moje ciało po
prostu nie miało siły i wolało leżeć, obracając się co kilka godzin przy
jej asyście, żeby nie pogłębiały się odleżyny.
Dziś było inaczej.
Podobnie jak drobne ślady po pijawkach, odleżyny, którymi usiane było
moje żałosne ciało, przyschły, zbladły i swędziały jak licho. Nagle
zaczęły goić się otwarte, ropiejące rany, które odkąd sięgam pamięcią,
towarzyszyły mi w życiu; dosłownie niknęły w oczach w niesamowitym
tempie w ciągu jednej doby.
Poczułem się również silniejszy. Pojawiła się we mnie energia, której
brakowało przez wszystkie poprzednie dni - prawdziwa siła. W tym
momencie przebywałem już poza łóżkiem od prawie dwóch godzin. Dwie
godziny na nogach! Błagałem Matyldę, żebyśmy powiedzieli o tym mamie,
ale ona odmówiła, bo uważała, że najlepiej, jeśli zachowamy tę tajemnicę
dla siebie.
Stałem w okienku swojego pokoiku na poddaszu i patrzyłem, jak ciocia
Ellen odpina ze sznurka na pranie kolejne klamerki i uważnie składa
każdą sztukę odzieży, zanim włoży ją do kosza u jej stóp. Pracowała od
dziesięciu minut i doszła już prawie do połowy. Poszukiwałem znamion
starzenia, o których wspominała Matylda, ale trudno mi było dokładniej
przyjrzeć się jej twarzy. Na głowie miała chustkę, zawiązaną pod szyją,
której zielono-biała tkanina chroniła ją przed wzrokiem innych. Wydawała
się poruszać powoli, jakby odczuwała ból.
- Ile jeszcze jej zostało do końca?
- Z dziesięć minut - odparłem. - Może mniej.
Thornley wrócił do domu na wozie wyładowanym torfem z gospodarstwa
Seaverów i razem z ojcem zaczęli rozładowywać opał i znosić go do
piwnicy, podczas gdy woźnica przypatrywał się gęstym chmurom burzowym
unoszącym się nad zatoką. Thornley był cały spocony, twarz miał czarną
od pyłu i błota.
Matylda zeskoczyła z mojego łóżka i podeszła do drzwi. Przyłożyła ucho
do desek i nasłuchiwała odgłosów z korytarza.
- Chyba mama i Thomas są w kuchni. Richard pewnie śpi.
- Jeśli pójdziesz do pokoju cioci, Richard się obudzi i zaraz przyleci
mama albo ciocia Ellen - zauważyłem.
- Nie obudzę go, potrafię być cicha jak myszka.
- Nie powinnaś tam wchodzić; ona się zorientuje.
- Niby jak?
Pod moim oknem ciocia Ellen czubkiem buta przesunęła kosz wzdłuż
sznurka.
- Zorientuje się.
- Jeśli odejdzie od prania, przyjdź po mnie. Możesz stać na czatach.
Pokręciłem głową.
- Skoro ty idziesz, to ja idę z tobą.
- No to chodź; dosyć tego marudzenia.
Matylda przekręciła klamkę moich drzwi i pociągnęła je do wnętrza pokoju
odpowiednio szybko, by zawiasy nie zaskrzypiały, jak to miały w zwyczaju. Zerknąwszy prędko na korytarz, przekroczyła próg, a potem szła
na palcach, przezornie omijając dwie deski, które zawsze skrzypiały pod
naciskiem. Szedłem jakiś metr za nią, aż nagle uświadomiłem sobie, że po
raz pierwszy od prawie trzech miesięcy opuściłem pokój z własnej woli.
Tata czasem znosił mnie na dół i sadzał w kuchni albo na kanapie w salonie, ale rzadko pokonywałem te schody samodzielnie. Przy ostatniej
próbie dotarłem tylko do klatki schodowej, po czym chwyciłem się poręczy
i upadłem na ziemię, kompletnie wycieńczony. Po tym zdarzeniu tata
zabronił mi opuszczać pokój w obawie, że mogę spaść ze schodów i złamać
jedną lub więcej z moich i tak kruchych kości.
Kiedy przechodziliśmy na drugą stronę korytarza, dotarło do mnie, że nie
jestem ani trochę zmęczony. Czułem, jak ogarniająca mnie ekscytacja
dodaje mi energii. Każdy obraz i dźwięk odbierałem po dwakroć mocniej.
Słyszałem, jak mama rozmawia w kuchni z Thomasem, a każde słowo brzmiało
tak wyraźnie, jakby stali w sąsiednim pokoju. Czy to było dziwne? Nie
wiem. Ostatecznie Matylda usłyszała ich z mojego pokoju, i to przy
zamkniętych drzwiach. Niemniej jednak wydało mi się to zastanawiające.
Matylda dotarła do drzwi pokoju cioci Ellen i przyłożyła do nich ucho.
- Wciąż jest na dole. Szybciej.
- Nasłuchuję, co z małym Richardem.
Zamknąłem oczy i robiłem to samo, wyobrażając sobie po drugiej stronie
drzwi pokój Ellen, tę niewielką przestrzeń, którą nazywała domem.
- Śpi. Słyszę, jak oddycha.
Matylda przyjrzała mi się przez chwilę w oczekiwaniu na protest i przekręciła klamkę. Te akurat drzwi skrzypnęły i oboje się
wzdrygnęliśmy. Na dole mama i Thomas śmiali się z czegoś. Spojrzenie
Matyldy i moje się skrzyżowały; jeśli usłyszeli hałas, to nie poświęcili
mu uwagi, bo ani na chwilę nie przerwali rozmowy. Dobiegł nas szczęk
patelni. Matylda wśliznęła się do jaskini cioci Ellen i zgiętym palcem
wskazującym dała mi znać, żebym podążył za nią.
* * *
Pokój cioci Ellen nie był duży; prawdę
mówiąc, był mniejszy od mojego. Miał kształt prostokąta szerokiego na
jakieś trzy metry i głębokiego na dwa, a jego sufit opadał skosem w kierunku okna. Wydawało mi się, że musi być z niego widok na pole z tyłu
domu, ale nie mogłem się upewnić, ponieważ szybę zakryto grubym kocem
przygwożdżonym do ramy we wszystkich czterech rogach. Przez szpary na
krawędziach koca próbowało przedostać się światło, do środka przenikało
go jednak niewiele i wnętrze pogrążone było we względnej ciemności.
Widziałem sylwetkę Matyldy stojącej nad niedużą kołyską, w której spał
mały Richard. Poprawiła mu kocyk i przyłożyła sobie palec do ust.
Kiwnąłem głową. Oczy przyzwyczaiły mi się do braku światła.
Sypialnia cioci Ellen była skąpo umeblowana. Pod tylną ścianą stała
szafa, a po prawej od kołyski niewielkie biurko, na którym leżało kilka
kartek papieru i gęsie pióro. Po lewej był pojedynczy stolik z miednicą
i ręcznikiem. Łóżko było starannie zasłane, a na stoliku nocnym znaleźć
można było tylko starą lampę olejną oraz gazetę. Kiedy przyjrzałem się
dokładniej, zauważyłem, że miednica jest sucha jak pieprz. Na jej dnie
zgromadził się kurz.
- Dziwne - wyszeptałem.
Matylda podeszła i przejechała palcem wskazującym po wewnętrznej
krawędzi.
- Może myje się na dole?
Z tyłu, pod stołem z miednicą znalazłem także nocnik - on również
wyglądał na nieużywany. Kiedy odsunąłem go czubkiem stopy, stała się
widoczna obwódka kurzu wokół miejsca, gdzie stał. Spojrzeliśmy na siebie
z Matyldą, ale żadne z nas się nie odezwało. Za opróżnianie nocników
odpowiedzialna była Matylda, ale ciocia Ellen zawsze wolała zajmować się
tym sama.
Wtedy zauważyłem nasze ślady na podłodze, w oczywisty sposób prowadzące
od drzwi do miejsca, w którym właśnie staliśmy. Parkiet pokrywała cienka
warstewka tego, co mogło być tylko kurzem - z odciskami naszych stóp. W niektórych miejscach była cieńsza niż w innych, ale pokrywała chyba cały
pokój cioci Ellen; brudny i najwyraźniej od jakiegoś czasu niezamiatany.
- Teraz na pewno się zorientuje - powiedziałem do siebie bardziej nawet
niż do Matyldy.
- Na razie szukaj, potem coś wymyślimy.
- A czego właściwie szukamy?
- Nie wiem. Mieszka tu od kilku lat, a my tak niewiele o niej wiemy. -
Matylda sięgnęła do drzwi od szafy i szybko otworzyła je na oścież,
jakby chciała zaskoczyć to, co mogło czekać na nią wewnątrz. Na
wieszakach wisiało pięć sukienek, a na dole po prawej spoczywało
pudełeczko z bielizną osobistą. Z zawstydzeniem odwróciłem wzrok.
Matylda zachichotała.
- Biedny Bramuś boi się kilku par majtek? - Wzięła jedną z nich i zrobiła ruch, jakby chciała ją do mnie rzucić. Cofnąłem się, a ona
odłożyła bieliznę do pudełka, po czym uklękła i zaczęła przetrząsać
resztę jego zawartości.
- Dama zawsze chowa najcenniejsze rzeczy pod majtkami, ponieważ żaden
mężczyzna nie ważyłby się szukać w takim miejscu.
Chwilę później wstała.
- I cóż takiego znalazłaś pod tymi majtkami? - zapytałem.
- Nic.
Podszedłem do biurka i podniosłem kartkę leżącą na wierzchu pliku.
Pusta.
Matylda wyrwała mi papier z ręki, obejrzała pod światło, którego
odrobina sączyła się z korytarza, i uważnie odłożyła arkusz z powrotem.
- Szukaj dalej.
Dotarłem do stolika nocnego. Podobnie jak umywalka i nocnik, lampa
wyglądała na nieużywaną. Zbiornik był pusty, a gdy go powąchałem, nie
wyczułem nawet śladowych ilości nafty, tylko stęchły zapach jak w zapomnianym pojemniku otwartym po wielu latach. Powiedziałem o tym
Matyldzie, ale ona zbyła mnie machnięciem ręki, pochłonięta swoją pracą.
Gazeta była wczorajszym wydaniem "Saunders's News-Letter". Nagłówek
wydrukowano czarnymi, pogrubionymi, wielkimi literami.
RODZINA ZAMORDOWANA PRZY MALAHIDE ROAD
Przy Malahide Road w piątek wieczorem około godziny drugiej w nocy
doszło do barbarzyńskiego i okrutnego mordu w okolicznościach budzących
najwyższe oburzenie. Ofiarami zbrodni padli: Siboan O'Cuiv, matka, oraz
jej dzieci: najstarszy syn, Sean, lat pięć, i jego siostra Isobelle,
około dwóch lat. Trzecie dziecko, córka w wieku sześciu i pół roku,
zdołała umknąć przed napastnikiem i to właśnie ona powiadomiła Jamesa
Boulgera, konstabla dzielnicowego rejonu Church Street Barracks, który
zrządzeniem losu akurat przechodził obok, gdy jego uwagę przykuło
dziecko uciekające z domu.
Konstabl Boulger wkroczył do mieszkania i usłyszał jęki Patricka
O'Cuiva, który obficie krwawił z obu ramion. Konstabl Patterson
sprawdził sypialnie, w których znalazł matkę i dwoje nieszczęsnych
dzieci martwych w ich łóżkach. Pan O'Cuiv sam otarł się o śmierć, gdyż
stracił znaczne ilości krwi. Przewieziono go karetką do Szpitala
Richmonda.
- Widziałaś wczorajszą gazetę? - spytałem.
- Nie, ale słyszałam, jak mama i tata rozmawiali o niej przy obiedzie.
Powiedzieli, że zdaniem konstabli O'Cuiv próbował zabić swoją rodzinę,
ponieważ nie dawał rady jej wyżywić, a potem obrócił nóż na siebie
samego, ale nie był w stanie dokończyć dzieła. Gdyby nie mała Maggie, z pewnością dopiąłby celu i wszyscy byliby teraz martwi.
- Gdzie on teraz jest?
- Pewnie na Church Street Barracks. Załatali go. Za taką zbrodnię
powinni byli go zostawić w słonej wodzie, żeby się wykrwawił na śmierć.
Nie dalej niż przed miesiącem rodzina O'Cuivów była u nas na obiedzie.
Posiłek nie był niczym szczególnym, ale i tak goście okazali
wdzięczność; mały Sean wziął aż trzy dokładki, a jego siostrzyczka
niewiele mówiła, ponieważ była zbyt zajęta gryzieniem pajdy chleba
wielkości jej głowy, którą maczała w sosie do kurczaka przygotowanym
przez mamę. Żona O'Cuiva była milcząca, co zrozumiałe - korzystanie z łaski obcych ludzi było niezwykle poniżającym doświadczeniem, na które
wielu by się nie zdecydowało, gdyby nie puste brzuchy ich głodnych
dzieci. Pani O'Cuiv odzywała się tylko wtedy, gdy mama albo tata
zadawali jej rozmaite pytania w trakcie rozmowy, a ona, udzieliwszy
możliwie najzwięźlejszej odpowiedzi, wracała do jedzenia, od czasu do
czasu zerkała tylko ukradkiem to na dzieci, to na męża. Próbowałem
przypomnieć sobie, czy między tych dwojgiem dorosłych było widać jakieś
napięcie. Nic jednak nie przyszło mi do głowy; sprawiali wrażenie dość
serdecznych, po prostu ofiary głodu, i tyle.
- Myślisz, że tata mógłby coś takiego zrobić? - zapytałem, nim zdałem
sobie sprawę, że naprawdę pozwoliłem, aby te słowa padły z moich ust, i poczułem, że się czerwienię.
- Wielkie nieba, nie! Przede wszystkim tata zawsze znajduje sposób, by
nas wyżywić. A nawet jeśli nie, to się nie poddaje, a pan O'Cuiv nic,
tylko się poddaje. Zamiast znaleźć praktyczne rozwiązanie problemu,
zachował się jak tchórz. Tata nigdy by tak nie zrobił. Tylko by
spróbował, a mama zdzieliłaby go patelnią.
Wiedziałem, że Matylda ma rację, ale nawet w tak młodym wieku byłem
świadom, że problem czasem kogoś osacza, oddziela od reszty świata, aż
wydaje się, że nic innego nie istnieje. Nauczyła mnie tego moja własna
izolacja.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki