Doktór Murek stanowczym
gestem złożył papiery i wstał. Dalszą rozmowę uważał za stratę
czasu, a zresztą z trudem panował nad nerwami.
- Pan wybaczy - rozłożył ręce - ale ustawa o samorządzie
nie przewiduje tu najmniejszych wyjątków. Przetarg będzie ogłoszony
w połowie października i cieszyłbym się, gdyby pańska oferta
zyskała pierwsze miejsce. Mówił nieprawdę i nawet nie próbował tych konwencjonalnych
słów osłodzić uprzejmością tonu. Cieszyłby się właśnie z porażki
Junoszyca. W tej chwili nienawidził go całą duszą. Z jakąż rozkoszą
cisnąłby mu w ten uśmiechnięty pysk jego papierami, listami
polecającemi i tą elegancką teczką, pokrytą monogramami, koronami,
herbami. I to wcale nie za obrzydliwy ton Junoszyca wobec panny
Horzeńskiej. Poprostu dlatego, że w Junoszycu czuł aferzystę, że
jego spokojny cynizm i nonszalanckie manjery pomimo wszystko były
poprawne. Że lekceważenie, z jakiem się odnosił do niego, do
doktora Murka, zawierało jednak wszelkie pozory szacunku. I teraz z całą swobodą, Junoszyc poprawił się na fotelu: - Chwileczkę, panie doktorze, - zaczął swoim niskim,
dźwięcznym głosem, z salonowym uśmiechem, jakby nie zauważył
urzędowego tonu Murka - chwileczkę. Przykro mi, że pana zatrzymuję,
jednakże sądzę, że znajdziemy jakieś wygodne wyjście z sytuacji.
Towarzystwo Asfaltowe... Murek zaciął zęby i usiadł. Ten człowiek miał nad nim
jakąś niezrozumiałą przewagę, chociaż był tylko interesantem,
petentem, gorzej, bo petentem w przegranej sprawie. Dr. Murek
nietylko nie chciał, lecz i nie mógł, nie miał prawa załatwić
prośby Junoszyca. Byłoby to z wyraźną szkodą miasta. Równałoby się
to oddaniu monopolu na bruki i kanalizację Spółce Asfaltowej na lat
dziesięć. Podobne zaś obciążenie zwaliłoby budżet większych miast,
jak Białystok, Wilno, czy Kraków, a cóż dopiero mówić o tutejszym
budżecie... Rzecz była przesądzona w oczach Murka już od samego
początku. Wprawdzie zacny prezydent Niewiarowicz, oddając Murkowi
sprawę Junoszyca, jak i wszystkie ważniejsze sprawy gospodarcze,
wyraził nadzieję, że "kochany nasz doktór potraktuje rzecz po
ojcowsku", ale Niewiarowicz sam później musiał przyznać rację
Murkowi, jeszcze mu dziękował za ustrzeżenie magistratu od fatalnej
gaffy. Dlatego dr. Murek nie zadawał teraz sobie wogóle trudu
wsłuchiwania się w misterną argumentację Junoszyca. Myślał o
jednem: jutro ten typ nie będzie już miał w mieście nic do roboty i
wyjedzie do Warszawy. Przestanie eksponować się w restauracji
Wiechowskiego i w Klubie Urzędniczym, przestanie szastać się po
ulicach swoim czerwonym Mercedesem, no, i przesiadywać u
Horzeńskich. Jak on wogóle śmiał do panny Niry mówić per "brawurowa
dziewczyna"!... A w ubiegły piątek posunął się do bezczelności, by
jemu, narzeczonemu, z niedbałą miną powiedzieć: - O, na tę dziurę Nira jest wręcz oszołamiająca. I co miało znaczyć owo "na tę dziurę"? Przecież Junoszyc
spotykał ją dawniej w Warszawie... Murek zwęził powieki i wpatrywał się z nienawiścią w
nieznacznie poruszające się wargi Junoszyca. Tak, musiał mu
przyznać urodę. Te szerokie ramiona, kształtna głowa i twarz jak
maska, jak maska poprawności. Z pod maski przeświecają tylko oczy,
jego oczy: zimne, przebiegłe, wstrętne. I te usta... Jest w nich
coś bezwstydnego, a te zęby, oczywiście sztuczne. Nie można chyba
do niemal pięćdziesięciu lat zachować takich zębów. - Mógłby być moim ojcem - przemknęło Murkowi przez głowę -
jest stary. I zaraz zaczął obliczać, że Nira przed trzema laty, kiedy
bawiła przez całą zimę w Warszawie, nie była jeszcze pełnoletnia. A
Junoszyc musiał mieć wówczas conajmniej czterdzieści pięć...
Nonsens. Ale wczoraj w klubie wojewodzina - a taka dama musi się
znać na tych rzeczach - powiedziała głośno: - Pan Junoszyc może się bardzo podobać!... I ta łatwość, z jaką wkręcił się odrazu do najlepszego
tutejszego towarzystwa. Z samym wojewodą rozmawiał jak z równym,
wepchnął się na polowanie do państwa Duksztów, obwoził po mieście
generałową Zagajską, prezydenta Niewiarowicza omal że klepał po
ramieniu. W niespełna dwa tygodnie! A u państwa Horzeńskich
zachowywał się niczem we własnym domu. Murek, chociaż od roku już tu mieszkał, chociaż zajmował w
magistracie poważne stanowisko, a właściwie był prawą ręką
prezydenta, do dziś dnia nie czuł się w sferze, w której się
obracał, ani tak swobodnie, ani tak dobrze. Było to nad wyraz
przykre, ale nawet w stosunku do Niry, nie umiał zdobyć się na taką
zażyłość, do jakiej upoważniał go sam fakt narzeczeństwa. Zwłaszcza
w obecności Junoszyca czuł się stremowany i pożerała go bezmyślna
zazdrość. A już w ostatnich dniach z trudem panował nad nerwami. W
związku z przyjazdem radcy ministerjalnego na inspekcję, nie
dosypiał, pracował od rana do późnej nocy, obiady jadał w biurze.
Dwoił się i troił. Nie dla siebie zresztą. Chodziło mu o wykazanie,
że przedmiot skarg i denuncjacyj, któremi klika starosty Bożymka
zasypywała ministerstwo, że ów rzekomo horendalny chaos,
wprowadzony w gospodarce miejskiej przez prezydenta Niewiarowicza,
jest czczym wymysłem. Wprawdzie przed zainstalowaniem się Murka w
magistracie nie wszystko było w porządku, ale dopatrzenie się w tem
złej woli tak zacnego i nieszkodliwego człowieka, jak Niewiarowicz,
zakrawało na świadome oszczerstwo. Właśnie przez swoją zacność,
przez miękkość i trochę przez umiarkowane próżniactwo, Niewiarowicz
dopuścił do niejakiego rozprzężenia w zarządzie miejskim. Ale
wszystko dało się naprawić. Radca Gąsowski nie mógł znaleźć
najmniejszego mankamentu, a dr. Murek rósł we własnych oczach,
widząc coraz życzliwszy stosunek ministerjalnego kontrolera do
Niewiarowicza. Rósł tem wyżej, że przecie nielada pokusę przełamał w
sobie. Cóż byłoby łatwiejszego, jak wykorzystanie sytuacji dla
własnej karjery. Wystarczało pozostawić Niewiarowicza samemu sobie.
Dać mu nieuniknioną sposobność do kompromitacji, do wykazania
nieznajomości stanu faktycznego. A jednocześnie popisać się
własnemi zasługami. Bynajmniej nie zmyślonemi, a tak oczywistemi,
że jeżeli nie poszedłby odrazu w górę, chociażby na stanowisko
Niewiarowicza, byłoby to conajmniej dziwne. Wyrzeczenie się tej sposobności nie przyszło wszakże
Murkowi zbyt trudno. Brzydziłby się sobą. Miał widocznie wrodzony
wstręt do intryg, do zakulisowej gry, do podstawiania nogi tym,
którzy się chwieją, a którym tak, jak Niewiarowiczowi, winien był
bądź co bądź wdzięczność. Dlatego starał się wogóle nie pokazywać
się kontrolerowi, usuwał się w cień. W mieście i tak wiedziano o
jego wartości i roli w magistracie, prezydent również go doceniał,
a na dalszą karjerę, na szerszą arenę, dr. Murek miał czas. Liczył
sobie zaledwie lat trzydzieści. Zresztą, było mu dobrze z tem, do czego już doszedł, a
zbyt wysoko cenił dotychczasowe etapy, moralnie i zasłużenie
osiągane szczeble przebytej drogi, by nie mieć automatycznego
wstrętu do jakichkolwiek skoków, których efekt nawet pozytywny,
podważyłby przedewszystkiem jego wiarę w słuszność i solidność
obranej drogi. Taki naprzykład Junoszyc, tak zwany człowiek interesu, a w
rzeczywistości - Murek nie wątpił o tem - zwykły aferzysta, żyjący
z dnia na dzień, był dla Murka nie tylko czemś zakłócającem
uporządkowany obraz struktury społecznej, lecz wręcz grasantem,
którego należałoby zamknąć, lub przynajmniej wysiedlić. Jest coś
niesprawiedliwego w tem, że taki osobnik, właśnie taki osobnik,
może cieszyć się powodzeniem, połyskiwać wielkim brylantem w
pierścionku i rozwalać się na fotelu w jasnem i zapewne kosztownem
ubraniu w wyzywającą kratę... - Więc jakże, doktorze, - doleciały do świadomości Murka
słowa Junoszyca. - Dojdziemy do porozumienia? - Nie, panie - odpowiedział stanowczo. - To jest
wykluczone. - Jednakże... pan prezydent... - Pan prezydent już moją decyzję zaakceptował. Junoszyc wstał: - Szkoda - zaśmiał się swobodnie. - No, cóż... Może
będziemy jeszcze żałować takiego rezultatu naszej znajomości. Murek lekko wzruszył ramionami i nacisnął guzik dzwonka...
W progu stanął woźny i niepytany, zameldował: - Jeszcze jest pięć osób, panie naczelniku. Junoszyc niedbałym ruchem wyciągnął do Murka rękę: - Zapewne spotkamy się jeszcze. Dowidzenia panu. - Dowidzenia panu. Gdy już był za drzwiami, Murek przypomniał sobie, że
należało go wybadać, kiedy wyjeżdża. W tem powiedzeniu "Będziemy
żałować", oczywiście, była groźba. Łajdak! Napewno myślał o Nirze.
W oczach takiego łotra, każda kobieta jest do zdobycia. Niechże i
tu dozna zawodu. - Tego jestem pewien - powiedział głośno i powtórzył: -
Najzupełniej pewien. Jednak nie był pewien. Napróżno skupiał uwagę, by
wysłuchać pretensyj kupca Hofnagla do kierownictwa rzeźni. Innych
interesantów też zbył odłożeniem rozmowy na przyszły tydzień.
Tymczasem przez biurko przesuwały się codzienne bieżące sprawy.
Było ich więcej, niż zwykle, gdyż Niewiarowicz i Talkowski na ten
dzień przekazali mu swoje. Obwozili od rana radcę Gąsowskiego po
wszystkich instytucjach miejskich. O drugiej w klubie będzie
pożegnalne śniadanie. Murek miał też wziąć w tem udział, lecz
pomimo namów Niewiarowicza, postanowił nie iść. I tak musiał ktoś
przecie zostać w magistracie, a zaległości Murek nie cierpiał.
Pozatem przewidywał, że Junoszyc wkręci się na śniadanie. Z jego
tupetem!... Przed samą trzecią, zadzwonił do państwa Horzeńskich i
dowiedział się, że Nira wyszła na spacer. Pani Horzeńska oświadczyła, że sama odradzała córce i
dodała: - Niechże drogi pan sam jej za to da burę. Nie zapomniał
pan o dzisiejszej kolacji? Czekamy. Położyła słuchawkę. Zabawna! Czy zapomniał! Od trzech dni
o niczem innem nie myślał. Wiedział, że po takiej kolacji w
rodzinnem gronie zostawią go sam na sam z narzeczoną, że będzie
mógł wycałować jej oczy i usta, i włosy... Może ubierze się w
suknię bez rękawów... Wówczas dotyk jej nagich rąk na szyi, na
karku... I rozmowa, bez świadków, taka zupełnie inna. O, w tych,
niestety, bardzo rzadkich chwilach opadały zeń wszelkie obawy,
wszelkie podejrzenia. Jej chłód, niemal wyniosłość, z jaką odnosiła
się doń przy ludziach, zdawał się wtedy uzasadniony i nieważny,
choć tak go przerażał. Nie był bynajmniej przekonany, o szczerości pana
Horzeńskiego i jego żony. Ich serdeczność, jeżeli nie polegała
wyłącznie na przestrzeganiu form towarzyskich, miała zapewne
podłoże wyrachowania. Bądź co bądź, wydawali córkę za człowieka
porządnego, wykształconego, zajmującego poważne stanowisko. Za
człowieka, który rozporządza wcale nie bylejakim dochodem i w
dodatku ma przed sobą nienajgorsze perspektywy. Na początku
znajomości starzy Horzeńscy, liczyli prawdopodobnie i na Fastówkę.
W ich fatalnem położeniu finansowem zakupienie tego przylegającego
do miasta folwarku przez magistrat, lub przebicie ulic i
kanalizacji w tamtym kierunku, było zbawieniem. Zapewne spodziewali
się, że Murek żeniąc się z ich córką, przeprowadzi w magistracie tę
sprawę, że będzie wolał tanie morgi teściów zamienić na metry, na
drogie place, niż przygotować się na to, że wcześniej lub później
trzeba będzie rodzinę żony utrzymywać z własnej pensji. Dr. Murek wolał jednak tę drugą ewentualność.
Rozplanowanie miasta w kierunku błotnistej i malarycznej Fastówki
byłoby - w jego pojęciu - nadużyciem, do którego nie był zdolny i
tak rzecz postawił odrazu. Sama Nira nie interesowała się tem wcale i Murek był
przeświadczony, że w żadnym razie w ich wzajemnem uczuciu motyw
finansowy nie odgrywa żadnej roli. Więcej. Już w samym fakcie, że
ona, nosząc nazwisko Horzeńskich nie wolna od różnych kastowych
przesądów i snobizmów, zdecydowała się na małżeństwo z synem
prostego chłopa - już w tem była gwarancja wartości jej uczuć.
Kochała go niewątpliwie. Oczywiście, po swojemu i zapewne nie tak
bezgranicznie, jak on ją kochał, zapewne w jej miłości było więcej
rozwagi i spokoju, niż onby tego pragnął, lecz dość, by mógł być
pewny tej miłości. Dr. Murek odłożył pióro i zamyślił się. W gabinecie aż
dzwoniła cisza. Tylko gdzieś w odległym korytarzu słychać było
tupot szybkich kroków. Godziny urzędowe skończone. Wstał i powoli
zamykał szuflady biurka, później szafy z aktami, poprawił nogą
zgięty róg łowickiego kilimu i uchylił okno. Deszcz zmieszany ze
śniegiem, siekł ukośnie, w dalekiej perspektywie ulicy
Kraszewskiego jarzyła się neonowa reklama kina Glorja. Lampy w
cukierni Kesla naprzeciw świeciły blado. Latarń jeszcze nie
zapalono. Przesunięcie o kwadrans pory latarń dało w elektrowni
przeszło dwanaście tysięcy oszczędności... Odwrócił głowę, by
jeszcze raz przyjrzeć się z upodobaniem graficznym wykazom,
rozwieszonym na ścianach. Tu jak na dłoni uwidoczniły się skutki
jego, jego własnej pracy. Przyszedł tu przed rokiem, nieznany, obojętny, ot, zwykły
urzędnik kontraktowy, którego dyplom i świadectwa były nieco lepsze
od kwalifikacyj innych kandydatów. Dziś zaś... Pomimo dużej dozy
skromności, wiedział, że jest, że potrafił stać się
niezastąpionym... Przed ratuszem zawarczał motor magistrackiego Forda,
trzasnęły drzwi na dole. Prezydent Niewiarowicz wrócił. Widocznie
śniadanie skończone. Dr. Murek strzepnął z rękawa jakąś nitkę, poprawił krawat
i otworzył drzwi. Do gabinetu prezydenta przechodziło się przez
buchalterję, przez salę wydziału wojskowego, pokoik sekretarza i
poczekalnię. Wszędzie było już pusto, tylko w wojskowym siedział
Jarnuszkowski i na rozłożonych ewidencjach robił papierosy. Niewiarowicz był już u siebie. W gabinecie, jak zwykle,
zapalił wszystkie światła, że aż raziło w oczy. - U pana prezydenta - zaczął żartobliwie Murek - zawsze
jasno, jak w sali operacyjnej. Niewiarowicz zerknął nań spod grzebieniowatych czarnych
brwi, chrząknął i lewą ręką pomacał się po gładko wygolonym
podbródku. Jak po każdem przyjęciu, miał trochę zaczerwieniony nos
i jeszcze puszystszą strzechę siwych włosów. - Jakże się odbył bankiet? - zapytał Murek. Spodziewał się barwnego i dowcipnego sprawozdania, paru
złośliwości pod adresem starosty i generała Zagajskiego, no, i
dokładnego rejestru potraw. Niewiarowicz jednak mruknął niechętnie: - Tak sobie. - Wojewody nie było? - Był. - Miał przecież wizytować błotowicki powiat? Niewiarowicz wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział. To
już zastanowiło Murka: - Pan prezydent miał może jakieś przykrości? - Ja?... Cóż znowu - niepewnym tonem mruknął prezydent i
nagle zirytował się: - A cóż to panu przyszło do głowy indagować
mnie? Hę? - Ależ, panie prezydencie?!... Ja wcale... - Przykro mi, lecz muszę panu, panie doktorze, zwrócić
uwagę, że wtrąca się pan do spraw, które nie mają nic wspólnego z
pańskiemi obowiązkami urzędowemi. Tak! Właśnie to chciałem
podkreślić. Sapał i marszczył brwi, wreszcie zerwał się i zaczął
chodzić po pokoju. Murek szeroko otworzył oczy. Odkąd znali się, odkąd
pracował z Niewiarowiczem, z tym człowiekiem życzliwym, grzecznym i
lojalnym, nie słyszał od niego ani takiego tonu, ani takich słów.
Lubił go właśnie za tę dobroć, za gładkość obejścia, za zgodność
usposobienia, która często - niestety - posuwała się aż do ustępstw
nielicujących z prezydencką powagą. Pomimo to cenił go, jako szefa,
zachwycał się nim, jako rzeczywiście wspaniałym mówcą: żadna
uroczystość w mieście nie obyła się i obyć się nie mogła bez mowy
Niewiarowicza. Umiał wzniecać entuzjazm, rozweselać, a nawet
wyciskać łzy z oczu słuchaczy, a chociaż trochę przeciągał dawnym
petersburskim akcentem i zrzadka posługiwał się rusycyzmami,
wynagradzał to dynamiką głosu, szlachetnością urody i szczerością
wyrazu. Czynny, ruchliwy, należał do wszelkich związków i
stowarzyszeń, nie cierpiał samotności, prowadził wraz z żoną dom
szeroko otwarty, bridżujący, tańczący, zawsze gotowy na przyjęcie
gości. - Trzeba żyć z ludźmi - lubił życzliwie pouczać Murka - ty
ludziom, ludzie tobie. Tak! Tak, mój doktorze! Sam też wprowadził Murka do miejscowego towarzystwa,
lansował go, chwalił, reklamował, ba, obiecywał szczególniejszą
protekcję w Warszawie. Murek zaś wiedział, że obietnice te nie są
gołosłowne, brat bowiem Niewiarowicza zajmował w stolicy wpływowe
stanowisko, a chociaż umarł przed pięciu miesiącami, zostawił
podobno niemniej wpływowych przyjaciół. Sam Niewiarowicz właśnie
bratu zawdzięczał swoje prezydenctwo, wysokie pobory,
reprezentacyjne mieszkanie i stanowisko, po wojewodzie pierwsze w
mieście. Na swoją popularność już sam zarobił i szczycił się
często, że nie ma wrogów. Bo nawet i starosta Bożymek, chociaż
usiłował wysadzić go z siodła, nie robił tego przez niechęć do
Niewiarowicza, lecz w nadziei, że na opróżnione miejsce zdoła
wsadzić swego szwagra. Ta podjazdowa wojna truła nieco życie prezydentowi, nie o
tyle jednak, by stracił dobry humor, by nie czuł się szczęśliwy,
pływając w swoich znajomościach, przyjaźniach, stosunkach, nurzając
się w życiu towarzyskiem, politycznem i społecznem. I ten człowiek, który nieraz przerywał Murkowi pracę i
ciągnął go do swego gabinetu na pogawędkę, teraz przyjmował go, jak
natręta. - Czy pan jeszcze czego chce odemnie? - zapytał
niecierpliwie, widocznie poirytowany długiem milczeniem
zaskoczonego Murka. - Nie, panie prezydencie, tylko doprawdy nie wiem, czy
może nieświadomie uraziłem czemś pana prezydenta? Niewiarowicz spojrzał nań zukosa i chrząknął: - Nie, cóż znowu... Skądże... Tak... Skądże... Był widocznie zakłopotany. - Bo może - przemknęła Murkowi myśl - może pan nie jest
zadowolony, że odrzuciłem... ofertę Junoszyca... Ale to nie
wytrzymywało żadnej kalkulacji... Niewiarowicz żachnął się: - Ależ naturalnie. Bardzo słusznie pan zrobił. Tak! Ten
cały Junoszyc... To wogóle jakaś nieciekawa, zdaje się, figura. Cóż
znowu doktór mi z tem... wyjeżdża. Nie, pod względem uczciwości nie
mam panu nic do zarzucenia! Murek nie odrazu odnalazł sens ostatniego zdania. Połapał
się jednak po chwili i zapytał wprost: - A pod jakim?... - Co za "pod jakim"?... - zdetonował się Niewiarowicz. - Pod jakim względem pan prezydent ma przeciw mnie
zarzuty? Niewiarowicz otworzył usta, zakaszlał i niespodziewanie
zaśmiał się jakimś nieszczerym, nie własnym śmiechem: - Co pan, doktorze... che... che... che... Ja...
zarzuty?... I nie nudźże mnie do licha - zniecierpliwił się znowu.
- Co pan wogóle o tej porze robi w biurze? - Podliczałem sprawozdania szpitala i wydziału opałowego -
nie ukrywając zdumienia odpowiedział Murek. Prezydent podniósł ręce: - Otóż właśnie. Zawiele ma pan roboty... Tak. Oddawna
myślałem o tem... Niech pan zaraz jutro zda Lassocie te dawne jego
referaty, a rzeźnię i elektrownię Kubinowskiemu. Tak! Wystarczą
panu wodociągi, kanalizacja i bruki. No, co się pan na mnie patrzy,
jakbym panu ojca zamordował? To jest niepodobieństwo, żeby pan był
całym magistratem! Pocóż tu w takim razie ja, poco inni?... Zaperzył się i prawie krzyczał. Murek przyglądał mu się
przestraszony. Nie umiał sobie wytłomaczyć inaczej zachowania się
szefa, jak tylko nadmiarem alkoholu. - Jutro wszystko odwoła - myślał - i jeszcze przeprosi. Lecz Niewiarowicz nie wyglądał na pijanego, co więcej,
robił wrażenie kogoś wysilającego się na gburowatość. W każdym
razie nie było sensu przedłużania rozmowy. Murek skłonił się i,
mruknąwszy "dowidzenia panu prezydentowi", wyszedł. W ponurym nastroju wracał do domu. Dopiero skręciwszy w
Parkową podniósł mokry już kołnierz palta. Pani Rzepecka, u której
mieszkał, otworzyła mu drzwi i od progu zasypała narzekaniami na
pogodę, na zabłocone ulice, na przeciekający dach, na polski klimat
i na własny los, który kazał jej, córce austrjackiego ambasadora w
Rzymie i wdowie po wielkim uczonym, mieszkać w prowincjonalnej
dziurze, w wojewódzkiem mieście, gdzie wyższej kultury niema za
grosz. Z tym ambasadorem, Murek oswoił się już oddawna, w jednym
z dwuch odnajmowanych od pani Rzepeckiej pokojów wisiał jego
wspaniały portret w złoconych ramach, olśniewający orderami,
galonami i wstęgami. Nieboszczyk profesor Rzepecki, jako mniej
reprezentacyjny, patronował w jadalni i wspominany był rzadziej.
Nie uchroniło to Murka od przymusu przeczytania jego dzieł, a
właściwie podręczników z zoologji paleontologicznej. Swojej gospodyni Murek nie lubił. Oburzała go ta ślepa
nienawiść do wszystkiego, co nie było przeszłością, pogarda dla
teraźniejszości, dla dzisiejszych warunków bytowania, ustroju,
zwyczajów i układu społecznego, to jest dla wszystkiego tego,
czemu, on, dr. Murek, zawdzięczał to, czem był, w czem zajmował
określoną pozycję. Owe barwne i piękne przedwojenne czasy pani Rzepeckiej dla
niego były mglistem, ale dojmująco bolesnem wspomnieniem starego
zaharowanego ojca, układającego się na brudnym tapczanie do snu w
wyleniałym kożuchu; zielonych bagiennych wygonów, gdzie pasł gęsi;
maleńkich ze starości wielokolorowych i zarośniętych kurzem szybek
w kwadratowych okienkach; kup gnoju pod chlewem i przeraźliwego
krzyku matki, chorej, odkąd mógł zapamiętać, na kolki we wnętrzu. Takie były te "stare dobre czasy". Wąsaty żandarm
austrjacki, pan dziedzic, wielki, tłusty i ochrypły, siedzący na
szerokozadej klaczy i połyskujący cholewami, ksiądz proboszcz,
zawzięcie targający za uszy wszystkich rówieśników Murka, może
jeszcze i pan leśniczy Mizerko z długą strzelbą, przerzuconą na
wyszywanym w kwiaty rzemieniu - możni tego świata - ci zapewne
czuli się dobrze. Bał się ich bardziej, niż ojciec, chociaż nie
umiał jeszcze tak, jak on, ich nienawidzieć. Kilka razy próbował przekonać panią Rzepecką, że w kim,
jak w kim, a w nim, w doktorze Murku, nie znajdzie współtowarzysza
w żałobnych trenach nad grobem przeszłości. Zdawała się nie
rozumieć jego wyjaśnień, chociaż wiedziała, że pochodzi z chłopów i
że swoje wykstałcenie, pozycję i wychowanie zawdzięcza przypadkowi. Marzył też o dniu, kiedy wreszcie stąd się wyprowadzi.
Upatrzył już sobie ładne, sześciopokojowe mieszkanie w domu
Fajncyna na Zagajskiej. Wpłacenie zadatku odkładał do dnia
ustalenia daty ślubu. Panna Nira na kilkakrotne propozycje, by
zechciała zobaczyć ich przyszłe "gniazdko", zawsze odpowiadała
odmownie. Nie wtrącała się też w kwestje, związane z urządzeniem
mieszkania. Na życzenie pani Horzeńskiej miała tam pójść część
mebli z dworu w Czołnach. Właściwie meble te już należały do Murka,
gdyż wykupił je u komornika od zajęcia. Tylko buduar z różowego
mahoniu i palisandrowy gabinet zamówił u miejscowych stolarzy,
oczywiście na raty, gdyż niewielkie swoje oszczędności chował na
koszty ślubu i wesela. Odkładanie decyzji w tej sprawie martwiło i irytowało
Murka. Minęły już trzy miesiące od czasu, gdy oświadczył się i
został przyjęty. Nie urządzono wprawdzie, wbrew nadziejom Murka,
oficjalnych zaręczyn, lecz i tak całe miasto o tem wiedziało.
Spotykani znajomi nie omijali żadnej sposobności, by nagabywać
narzeczonego pytaniami o dzień ślubu. Murkowi zaś, im dłużej to
trwało, tem częściej zdawało się, że w pytaniach czuje nutkę
niedowierzania, czy nawet ironji. Zresztą, gdyby od niego to zależało, wziąłby ślub
natychmiast. Gdy już raz postanowił się ożenić, z dnia na dzień
obrzydło mu jego kawalerstwo, samotność, obiady w Urzędniczym
Klubie, kolacje u Wiecheckiego, pani Rzepecka z jej ambasadorem i
tandetnie umeblowane dwa pokoiki. Spędzał w domu jaknajmniej czasu. Nocował, a zrzadka
wpadał, by zmienić ubranie, lub obuwie. Wyobraźnią oddawna był już
na Zagajskiej. Układał porządek dnia, wiedział, że każdą wolną od
pracy chwilę będzie spędzał przy niej. Tak, wtedy szybko pozna ją
do gruntu, zwiąże z własnem życiem, odseparuje od całego jej
dzisiejszego świata. Zdawał sobie sprawę, że dotychczas nie
przestał być dla Niry obcym, nie zdołał opanować jej myśli, zająć
centralnego punktu w jej dniu. Nieraz, w chwilach przygnębienia
mówił jej z goryczą: - Pani jest dla mnie treścią i celem, ja zaś dla pani
tylko ewentualnością, ewentualnym warjantem jutra. Znalazł to zdanie w jakiejś niemieckiej powieści - pełno
ich było w szafach pani Rzepeckiej - i bardzo mu się podobało.
Dopatrywał się w niem tragicznego napięcia. A ona uśmiechała się tajemniczo, opuszczała swoje długie,
ciemne rzęsy, aż rzucały cienie na policzki, i mówiła: - Jeżeli jest tak, muszę uważać pana za szaleńca. - A jest tak właśnie? - pytał z niepokojem. - Podobno prawdziwy mężczyzna najbardziej pragnie
niebezpieczeństwa - odpowiadała wieloznacznie. Po takich rozmowach dr. Murek nieraz godzinami leżał w
ciemnym pokoju, rozważając każde słowo, przypominając każdy ruch
jej głowy, każde spojrzenie. Przerażał się wówczas, swoją
bezradnością wobec tej dziewczyny. Właściwie mówiąc, nic o niej nie
wiedział. Była dlań wielką ciemnością, czy też wielką jasnością,
przed którą stawał oślepły. Rozsądek podsuwał mu wygodne
wytłomaczenie: jej pańskie wychowanie, owa sztuka, która
banalnością słów, konwencją form, rytuałem zdawkowości opancerza
człowieka i ubezpiecza jego istotę od badawczych spojrzeń, od
przenikania nazewnątrz cechtego, co się w jego duszy dzieje. Ale intuicja, a tę dr. Murek miał niemniej wrażliwą, nie
dawała się zaspokoić tem jednem. Intuicja domagała się wstępu poza
ów giętki a nieustępliwy pancerz konwencjonalnych formułek,
przeczuwając za nim drugą i beznadziejną zaporę: - obojętność. Dr. Murek nie chciał słuchać głosu tych zwątpień. Kochał,
a jego miłość, jak każda miłość prawdziwa, pełna była wiary. Chciał
Nirę rozumieć, lecz nie chciał jej analizować, chciał ją znać, lecz
nie pragnął szperania w jej duszy, w jej życiu, ani nawet w jej
przeszłości. Kochał ją tem prostem, silnem uczuciem, które nie
tylko nie zaludnia wyobraźni potworkami trujących pytań, lecz
gotowe jest do bohaterskiego optymizmu. Widywał się z narzeczoną trzy, lub cztery razy na tydzień,
zawsze w domu jej rodziców, lub zrzadka na przyjęciach u
Niewiarowicza, wojewody, czy też u prezesa Sądu, Tołubińskiego.
Nira bywała pozatem u swoich ciotek, krewnych i znajomych w
pobliskich majątkach, ale Murek tam nie bywał zapraszany. Państwo Horzeńscy mieszkali przy Wielkiej, gdzie stała
ich, a właściwie babki Horzeńskiej, willa, jedyna część pokaźnego
kiedyś majątku, wolna od ciężaru hipotek, banków i prywatnych
wierzycieli. Leżące o dwadzieścia dwa kilometry od miasta Czołny,
puszczone były w długoletnią dzierżawę i tylko obrotności
dzierżawcy zawdzięczały to, że jeszcze nie poszły na licytację. Pan
Horzeński już oddawna machnął na ten majątek ręką, a liczył tylko
na jakiś pomyślniejszy obrót sprawy z niedużym folwarkiem Fastówką. Do miasta przenieśli się już przed dwoma laty przez wzgląd
na chorobę pani Horzeńskiej, cierpiącej na dokuczliwą astmę, co
wymagało częstych wizyt lekarskich. Pozatem dwór w Czołnach,
zamieszkały obecnie przez dzierżawcę, nie odznaczał się
szczególniejszemi wygodami, a jego zapuszczenie nie dawało
odpowiednich ram pannie na wydaniu. Zresztą, pretekstem przenosin
była Fastówka, na której nibyto pan Horzeński gospodarował, a także
życzenie sędziwej babci Horzeńskiej, pragnącej umrzeć wśród swoich.
W rzeczywistości staruszka czuła się znakomicie i ani myślała
umierać. Wprost przeciwnie. Z całej rodziny ona była najruchliwsza,
najżywiej interesowała się wszystkiem, najdespotyczniej pilnowała,
by nikt i w niczem nie wykroczył przeciw regułom, panującym w jej
domu. Liczyła sobie lat dziewięćdziesiąt, a do ulubionych jej
dowcipów należało przechwalanie się, że wygląda najwyżej na
osiemdziesiąt dziewięć. Dr. Murek przepadał za babcią Horzeńską i ilekroć był w
willi przy ulicy Wielkiej, bazował się w pobliżu jej fotela, w niej
znajdował oparcie i ratunek w konwersacyjnych trudnościach, u niej
szukał pomocy, gdy ktoś z domowników lub gości brał go na cel
dwuznacznych komplementów, czyli poprostu impertynenckich kpin, do
których nie można było przyczepić się, a które stanowiły
specjalność ludzi ich sfery. Nie wiedział, czy babcia go lubiła,
natomiast ceniła go niewątpliwie i liczne miał tego dowody. Mniej lub więcej stałych domowników u państwa Horzeńskich
było zawsze sporo. Do stołu nie nakrywano nigdy mniej niż na
dziewięć osób. Gdy zapraszano na kolację Murka, na szczęście nie
bywało gości. Tym jednak razem już w przedpokoju zauważył dobrze znane
futro z ogromnym bobrowym kołnierzem: adwokat Boczarski. Boczarski
uchodził i lubił uchodzić za arbitra elegancji. Ubierał się w
Warszawie, lub nawet w Wiedniu, zaliczał siebie do arystokracji, a
Murka ostentacyjnie tytułował "panem kolegą" z tej racji, że obaj
ukończyli studja prawnicze. Mając w swem biurze nieraz wizyty
Boczarskiego, Murek tem niechętniej spotykał go na gruncie
neutralnym, lub w domu narzeczonej. Drażniła go maniera
szpilkowania rozmowy obcojęzycznemi wstawkami, kolportaż plotek z
"wyższego towarzystwa" i cały ten dęty snobizm adwokata, który -
wszyscy o tem wiedzieli - bił po chamsku i zamykał w domu żonę,
starszą od siebie żydówkę, z którą ożenił się dla pieniędzy. Sprawdziwszy przed lustrem, że krawat jest dobrze
zawiązany, a czarna marynarka i spodnie w paski leżą bez zarzutu,
Murek wyjął z kieszeni palta złożoną we czworo ściereczkę, przetarł
lakierki i wszedł do dużego pokoju, nazywanego przez babcię
salonem, a przez resztę rodziny hallem. Przed kominkiem, na którym
skwierczały wilgotne i nie chcące się rozpalić polana, siedzieli
półkolem państwo Horzeńscy, Boczarski, pan Salwator, głuchy jak
pień stryj Horzeńskiego i marszałkowa Radecka, daleka kuzynka
babci, wdowa po mohylowskim marszałku szlachty. Niry nie było.
Przez uchylone drzwi jadalni dolatywał brzęk układanych przy
nakryciach sztućców i donośny głos babci, komenderującej służbą. - Otóż i pan Franciszek - tonem odkrycia powitał Murka
gospodarz. Murek nie lubił swego imienia, zwłaszcza w tym domu: lokaj
Horzeńskich nazywał się tak samo. Towarzystwo poruszyło się, panowie wstali, marszałkowa
zapytała, czy pada deszcz, pani Horzeńska zauważyła, że już jest
listopad, a zatem pora na przymrozki, stryj Salwator miał minę
stropioną, a wreszcie uśmiechnął się, jakby usłyszał lekki dowcip. Po dłuższej chwili Murek zauważył, że zbyt długo i
niepotrzebnie manipuluje chusteczką w okolicy nosa, schował ją do
kieszeni i usiadł na okrągłym pufie. Towarzystwo wróciło do
przerwanej rozmowy o różnicy między etykietą hiszpańską, a
rosyjską. Pan domu był znawcą tych rzeczy, Boczarski wtrącał gęsto
uwagi, świadczące, że interesował się tem również. W pokoju było prawie ciemno, gdyż lampkę na stole
przysłonięto japońskim parawanikiem, płomień zaś na kominku raz po
raz przygasał, leniwie pełgając po białej korze brzozowej i
skręcając ją w rurki. Pani Horzeńska, niska pulchna brunetka w
ciemnozielonej taftowej sukni, mocno ściśnięta gorsetem, siedziała
sztywno, nie opierając się o fotel i tylko jej zielone oczy
ustawicznym, niespokojnym ruchem zdradzały nadmierną nerwowość tej
nieruchomej postaci. Na Murku pani Horzeńska zawsze robiła wrażenie
osoby oczekującej czegoś z hamowaną niecierpliwością, opanowanej
wewnętrzną gorączką, czującej się wszędzie i o każdej porze jakby
tymczasowo, podróżnie, przypadkowo. Jej mąż przy swoim olbrzymim wzroście i masywnym tułowiu,
pomimo żywej zamaszystej gestykulacji, wyglądał osiadle i
niewzruszenie. Cienie jego rąk kładły się poza nim na dywanie, jak
czarne skrzydła wiatraka, obracane porywistemi atakami wiatru.
Szeroka, niemal kwadratowa twarz, czerwona i mięsista, wyrazistą
mimiką akcentowała każde słowo, a siwe mociumdziejskie wąsy
znajdowały się w nieustannym ruchu. Bardzo wysokie, wspaniałe
sklepione i gładkie czoło kazało każdemu, kto pana Horzeńskiego
bliżej nie znał, uważać go za bardzo mądrego i światłego człowieka.
Dr. Murek dawno już pozbył się tego złudzenia, nie wyrobił sobie
jednak o przyszłym teściu żadnego ujemnego zdania. Uważał, że
winien mu jest szacunek, a to wykluczało wszelkie niepochlebne
definicje. W każdym razie, wolał go od pani Horzeńskiej, milczącej
i - jak sądził - egoistycznie skrytej. Do pana Salwatora,
marszałkowej i do reszty domowników odnosił się z uważną
uprzejmością, jak zresztą i do każdego sprzętu w tym domu, gdzie
nigdy nie umiał zdobyć się na swobodę. Tego dnia czuł się gorzej, niż zwykle. Wciąż nurtowało go
wspomnienie niezrozumiałej awantury, jaką mu urządził Niewiarowicz,
troska, a nawet niepokój o to, jak ułoży się dalsza z nim
współpraca, czy po wytrzeźwieniu - prezydent oczywiście był
podchmielony - zechce on cofnąć swoje zarządzenia?... Pozatem
martwiła Murka obecność Boczarskiego. Oznaczało to, że po kolacji
trzeba będzie siąść do brydża i przepadnie sposobność rozmowy sam
na sam z Nirą. - Djabli tego kauzyperdę przynieśli... - irytował się w
duchu, przyglądając się z niechęcią jego okrągłym, wystudjowanym
ruchom, orlemu nosowi, klasycznym rysom, i całej patetycznej
urodzie, o której nawet tak przenikliwa osoba, jak babcia, mówiła,
że jest szlachetna. Boczarski do wizytowego ubrania nie nałożył lakierek. Był
w czarnych gemzowych półbucikach, co u niego nie mogło być
przypadkowe i Murek zanotował to sobie, jako wskazówkę na
przyszłość. W tej i zbliżonych dziedzinach dr. Murek dostrzegał
wiele braków swego wychowania, a chociaż sam do nich nie
przywiązywał wagi, zdawał sobie sprawę z ich roli w życiu. Pod tym
względem dom państwa Horzeńskich traktował poniekąd, jak kursy
dokształcające. Ilekroć zaś zdawało mu się, że razi innych swoją
nieznajomością form towarzyskich, odczuwał coś w rodzaju żalu do
swego opiekuna, ś. p. doktora Słowińskiego. Skolei robił sobie za
te nadmierne pretensje gorzkie wymówki. I tak wszystko jemu i tylko
jemu zawdzięczał. Począwszy od pierwszych tajemnic alfabetu, a
kończąc na wszystkiem tem, czem był dzisiaj. Więcej! Zawdzięczał mu
tę równowagę duchową, ten spokój wewnętrzny, tę trzeźwą i uczciwą
ocenę życia, ten czynny i z głęboko pojętego obowiązku, wypływający
swój stosunek do rzeczywistości, do państwa, do narodu,
społeczeństwa i ludzkości. Jakże łatwo było zwichnąć się w
młodzieńczych latach. Skusić się atrakcyjnością światoburczych
haseł, utopijnych programów, politycznych fantazyj! Albo uledz
pokusom egzotycznego indywidualizmu, stać się jednem z tych
ludzkich zwierząt, żerujących bezpożytecznie i samolubnie,
pasorzytem cynicznym i nietwórczym zastawiającym się przed
odpowiedzialnością za własną egzystencję cynicznem pojmowaniem
doczesności. - Niema rzeczy błahych, niema czynów obojętnych, mój
Franku - mawiał ś. p. dr. Słowiński. Tą też zasadą kierował się w całem swem życiu. Przez
długie lata aż do osiągnięcia rangi radcy dworu i emerytury
pracował w galicyjskiej administracji krajowej, uprawiał
działalność społeczną, był ceniony i szanowany. Klęską jego życia
było to, że nigdy nie ożenił się i nie założył rodziny, co uważał
za podstawowy obowiązek człowieka. Dlaczego go nie dopełnił? Murek
nie dowiedział się nawet z papierów i pamiętników zmarłego. Dość,
że to swoje sprzeniewierzenie się własnym zasadom, okupił
wychowaniem i wykształceniem trzech ubogich chłopców: Jana
Bardonia, który zginął w randze porucznika armji austrjackiej w
roku 1915-ym pod Przemyślem, a po którym radca do śmierci nosił
żałobę, Hieronima Pasieckiego, obecnie prokuratora sądu
apelacyjnego i najmłodszego z nich, Franciszka Murka. Po radcy odziedziczył dr. Murek sporą bibljotekę dzieł
prawniczych, filozoficznych i moralistycznych, a jeszcze bardziej
wymowny od drukowanego spadku testament poglądów, związanych w
logiczny system, w którym świat był uorganizowany, jak wielka
piramida, według rozumnych, a zatem świętych praw hierarchji, o
stopniu zaś, o kondygnacji w tej piramidzie dla poszczególnego
człowieka, decyduje jego wartość wewnętrzna i przydatność
społeczna, jego zasługi, cnoty obywatelskie i ludzkie, poziom
umysłu, ciężar wiedzy, a także charakter czyli wola i trwałość
zasad. Wszelkie zakłócenia w tym uporządkowanym obrazie są zgubą
dla całości, a klątwą dla winowajców. Franciszek Murek przejął ten spadek i był sumiennym jego
wyznawcą, nietylko przez pietyzm dla zmarłego, lecz i z własnego
najgłębszego przeświadczenia. Zawsze na bodaj najdrobniejszym
odcinku swojej pracy nie zaniedbywał niczego, by wypełnić zadanie,
już przez to wielkie i ważne, że stanowiące cegiełkę w strukturze
całej piramidy. Jak był pilnym uczniem w gimnazjum, niemniej pilnym
słuchaczem prawa na Uniwersytecie, a później urzędnikiem,
starającym się powierzone mu obowiązki wypełnić jaknajlepiej, tak
też uważał za konieczne przyswojenie sobie takich form
zewnętrznych, które w jego pozycji są nieodzowne. Dlatego słuchając wywodów pana Horzeńskiego o etykiecie
dworskiej, która wydawała mu się śmiesznem komedjanctwem, szybko
przywołał siebie do porządku wyjaśnieniem sobie, że nie powinien
zbyt pohopnie osądzać przedmiotu, którego w demokratycznym ustroju
nie mógł poznać, a który zapewne ma rację i sens istnienia już
przez to samo, że istniał. Nie mógł jednak skupić uwagi. Drażniła go przeciągająca
się nieobecność Niry. Nie był pewien, ale zdawało mu się, że z
odległego pokoju słyszy jej głos, jakby rozmawiała przez telefon. Zjawiła się dopiero przy stole. W czarnej wieczorowej
sukni z matowego jedwabiu, obcisłej i wąskiej u kolan, wyglądała,
jak giętka łodyga zakończona jasnym kwiatem szerokiego dekoltu i
małej, kształtnej głowy. Wiedział, że nie można jej było nazwać
pięknością, wiedział, iż wielu mężczyzn razi jej dumne podniesienie
głowy i wyzywające spojrzenie, i niemniej wyzywające duże, jędrne
usta, a jednak przy każdem nowem spotkaniu doznawał jakby
olśnienia. Wydawała mu się za każdym razem nieskończenie
wspanialsza, niespodziewanie doskonalsza od tej, którą przecie z
drobiazgową ścisłością umiał przy każdem przymknięciu oczu,
wytworzyć w wyobraźni. Gdy podawała mu rękę, Murek powiedział kilka słów
zdawkowych i bez sensu. Przy stole siedział naprzeciw Niry. Tak,
nie omyliło go pierwsze spojrzenie: napewno miała jakieś
przykrości, może nawet płakała. Oczy były mocno podsinione, brwi
lekko ściągnięte i bledsza była, niż zwykle, tylko usta zdawały się
płonąć. Nie używała żadnych różów, ani karminu do warg. I tak
zwracała uwagę kolorytem złotawej cery, miedzianym połyskiem
czarnych włosów, głęboką, lśniącą czernią oczu i ciemnym rumieńcem
policzków. Przypatrywał się narzeczonej, nie odrywając - o ile
pozwalała na to ogólna rozmowa - spojrzenia. Przy kolacji Nira
zapytała go dwa razy o jakieś obojętne rzeczy, pozatem milczała.
Babcia również, jakby czemś skłopotana, całą uwagę skupiała na
jedzeniu. Przy stole siedziano prawie półtorej godziny. Były
przekąski, później jakaś ryba i kwiczoły, a na zakończenie krem z
konfiturami. Ci ludzie przejadali sumy!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.