Dotykanie świata Marka Kamińskiego - Marek Szymański
25.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Pamiętam, że kiedyś na lekcji geografii czytaliśmy tekst o zdobyciu Mount Everestu przez Edmunda Hillarego i Szerpę Tenzinga. Czy mogłem wtedy wiedzieć, że kiedyś spotkam Edmunda Hillarego i będę z nim podróżował po Polsce?
Jedno z twoich pierwszych zapamiętanych doświadczeń to podróż kilkunastoletniego chłopca na małą wyspę, po cienkim lodzie. Jak to było?
Pamiętam to wszystko jak przez mgłę. Przed Wielkanocą pojechaliśmy do rodziny w okolice Połczyna Zdroju. Lód był już bardzo kruchy. Pewnego razu postanowiłem obejść pobliskie Jezioro Drawskie. Ale w trakcie marszu w pewnym momencie skręciłem i zacząłem powoli stąpać po lodzie w kierunku widocznej z daleka wyspy. Od brzegu dzieliło ją jakieś pięćset metrów. Wiem, że wyspa nazywa się Bielawa, bo wielokrotnie jeździłem do Starego Drawska na obozy harcerskie i na wypoczynek z rodzicami. Wędrówka trwała - tak to dzisiaj oceniam - około godziny. Szedłem po tym lodzie, szedłem. W końcu dotarłem na wysepkę, a potem szczęśliwie wróciłem. Rodzina nie dowierzała mi, kiedy im - zaaferowany - opowiedziałem o wszystkim po powrocie; byli zdziwieni moją przygodą. Dziś, kiedy myślę o tamtym wydarzeniu, mnie samemu wydaje się to nierealne. No bo żeby wejść na tak cienki lód? Nieprawdopodobne, a jednak tak było naprawdę. Z obozów harcerskich w Starym Drawsku pamiętam jeszcze połowy raków. Woda w tym jeziorze jest bardzo czysta. Teraz szukamy tam raków z moją córką Polą.
Z dzieciństwa zostało ci więcej podobnych wspomnień?
Wraca do mnie wiele obrazów, szczególnie w ostatnich latach, kiedy tylu ludzi o to pyta, a ja staram się je wyłowić i jakoś uporządkować. Pamiętam na przykład, że w Połczynie Zdroju, gdzie spędzałem dzieciństwo, był niewielki staw. Kiedy późną zimą albo wczesną wiosną lód topniał i staw rozmarzał, lubiłem skakać po krach. Odpychałem się jakimiś kijami albo drągami; raz skąpałem się nawet w wodzie, bo kra się nagle przechyliła. Pamiętam jeszcze Wogrę, rzekę, która przepływa przez Połczyn - tam też lubiłem bywać.
O jeszcze jednym wydarzeniu związanym z lodem kilkakrotnie wspominałeś przy różnych okazjach. Lubiłeś się podobno kłaść na zamarzniętym stawie.
To wyraźne wspomnienie. Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy pytano mnie o Święta Bożego Narodzenia, o to jak i gdzie je spędzałem. Zawsze bardzo głęboko przeżywam i Boże Narodzenie, i Wielkanoc. Wiele Świąt spędziłem na biegunach, wszystkie zostały mi w pamięci. Podobnie jak niektóre momenty z dzieciństwa. Kiedyś pojechaliśmy na Boże Narodzenie do krewnych. Znajdował się tam staw, malutki. Dokładnie pamiętam, jak w Wigilię wieczorem poszedłem nad ten staw i położyłem się na jego zamarzniętej tafli. Przyłożyłem policzek do lodu i patrzyłem w niebo. I pomyślałem sobie, że wszyscy bliscy są niedaleko, w cieple, a ja jestem tutaj - w zimnie. Ale było mi dobrze. Dziś obserwuję Polę i synka Kaya, ich spontaniczne zachowania, i wydaje mi się, że tamten mój odruch był tak samo spontaniczny. Z jednej strony trudno przypisywać mu jakieś specjalne znaczenie, ale z drugiej - w życiu nie ma przypadków.
Ile miałeś wtedy lat?
Siedem, może osiem. To jedno z moich najwcześniejszych wspomnień. Wydarzenia, które przywoływałem wcześniej, musiały mieć miejsce, gdy byłem już o kilka lat starszy.
Urodziłeś się w Połczynie?
Nie, urodziłem się w Gdańsku. Moi dziadkowie ze strony ojca byli Kaszubami, i to można powiedzieć - z samego serca Kaszub, bo z Kościerzyny i ze Swornychgaci. Po wojnie trafili do Połczyna. Przez jakiś czas u dziadków mieszkali również - ze mną i moją siostrą Ewą - nasi rodzice. Moje związki z Połczynem rozluźniły się po wypadku, jaki przeżyłem, mając pięć lat. W czasie odwiedzin u rodziny pod Łodzią złamałem rękę. Od tego czasu Połczyn widywałem rzadko. Złamanie okazało się skomplikowane, musiałem przechodzić kilkuletnią rehabilitację w różnych miejscach w Polsce, między innymi w sanatoriach w Ciechocinku i Sokolnikach.
Kiedy próbowałem sobie wyobrazić ciebie w tamtym czasie, widziałem samotnika, trochę mruka, który żyje obok rówieśników.
Tak nie było. Miałem wielu przyjaciół, wiele rzeczy mnie fascynowało. Pomijając fakt, że z powodu owego wypadku uczyłem się w różnych podstawówkach, żyłem podobnie jak rówieśnicy, nie stałem na uboczu. W połczyńskiej podstawówce bardzo wiele się działo. Starałem się próbować wszystkiego: biegałem, jeździłem na rowerze, a w liceum, do którego chodziłem w Koszalinie, trenowałem karate. Kiedy byłem małym dzieckiem, dostałem od rodziców pierwsze narty biegowe. Dużo jeździłem na tych biegówkach w lesie i na górkach pod miastem, co przydało mi się wiele lat później na polarnych szlakach. Ale wszystko to razem nie było niczym szczególnym. W podstawówce i w ogólniaku byłem normalnym uczniem. Jest też jednak prawdą, że równolegle miałem własne, trochę inne życie, które z czasem coraz bardziej odbiegało od życia moich kolegów. Godzinami na przykład czytałem książki. Tak sobie myślę, że dzięki książkom udało mi się przeżyć najtrudniejsze chwile.
Rozmyślania o książkach to jeden z twoich ulubionych motywów, poruszanych w pamiętnikach z wypraw na bieguny.
Książki rzeczywiście zawsze pochłaniałem, odkąd tylko pamiętam. W podstawówce w ramach prac społecznych wybierałem zajęcia w bibliotece, przy klejeniu plastikowych okładek na książki. Uwielbiałem książki Juliusza Verne'a: "Tajemniczą wyspę", "Pięć tygodni w balonie", "Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi" i inne. Pamiętam, że wziąłem udział w konkursie "Śladami dzieci Kapitana Granta", który przygotowała biblioteka. Dostałem się nawet do etapu wojewódzkiego w Koszalinie. Takich przygód miałem wtedy dzięki książkom więcej. Został mi w pamięci test Mensy, drukowany w "Przekroju", który rozwiązałem, zdobywając maksymalną liczbą punktów. Miałem wtedy dwanaście lat. Test nie opierał się na wiedzy historycznej czy matematycznej, ale na ogólnej orientacji - zdrowym rozsądku powiedzmy, wiedzy intuicyjnej. Nie miałem wtedy z kim o tym porozmawiać.
Mam wrażenie, że Połczyn był dla ciebie ważnym miejscem.
Myślę, że ochronił mnie przed hałasem wielkiego miasta, przed rozproszeniem.
Czujesz się trochę człowiekiem małego miasta?
Nigdy nie myślałem o sobie ani o innych ludziach w tych kategoriach.
Mam na myśli miejsce, w którym wszystko jest dotykalne, nie trzeba spieszyć się na tramwaj czy autobus, bo wszędzie można dojść pieszo; gdzie rozpoznajemy większość przechodniów.
Światem albo "całym kosmosem" może być dla człowieka każde miejsce, w którym akurat żyje. Nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, czy mieszkamy teraz na wsi, w małym miasteczku czy w dużym mieście. Kant nigdy nie wyjeżdżał z Królewca, bo był on dla niego całym kosmosem właśnie. Najważniejsze, żeby nie poddawać się presji wielu bodźców, nie rozpraszać się. To istotniejsze od tego, w jakim miejscu się jest. Poza tym w dużym mieście istnieją też mniejsze społeczności. W przypadku Gdańska ktoś może czuć bliższy związek z Wrzeszczem, z Oliwą albo z Głównym Miastem. Dla mnie przez jakiś czas całym kosmosem był Połczyn Zdrój, potem Koszalin; potem przez chwilę bieguny Ziemi i wszystkie te miejsca, które odwiedziłem. A teraz - zresztą zawsze - Gdańsk.
Odwiedzasz czasem Połczyn Zdrój?
Jeśli czas pozwala. Tam są groby mojej rodziny ze strony ojca - groby babci, dziadka, moich wujków. Kiedy tak rozmawiamy o dzieciństwie, uświadamiam sobie jeszcze, jak ważni byli dla mnie niektórzy nauczyciele. Przed kilkoma laty spotkałem przypadkowo w Połczynie nauczyciela geografii, pana Mikorskiego. Prowadził ciekawe lekcje, poza tym wciągnął mnie do kółka fotograficznego, czasami nawet pożyczał swoje aparaty. W szkole dzięki niemu istniała ciemnia, w której spędzałem wiele czasu, ucząc się fotografii.
Może lekcje geografii były zalążkiem późniejszej pasji?
No nie wiem... Prawdę mówiąc, nigdy nie pasjonowałem się tym przedmiotem. Myślę, że ważniejsi od tych dziecinnych zainteresowań są ludzie, których później w swoim życiu spotykamy, i perspektywa, z jakiej oni patrzą na świat. Pamiętam, że kiedyś na lekcji geografii czytaliśmy tekst o zdobyciu Mount Everestu przez Edmunda Hillarego i Szerpę Tenzinga. Czy mogłem wtedy wiedzieć, że kiedyś spotkam Edmunda Hillarego, będę z nim podróżował po Polsce, a on napisze wstęp do mojej książki "Razem na bieguny" o wyprawie z Jaśkiem Melą? Czy życie nie jest frapujące, skoro robi nam takie niespodzianki?
Hillary nazwał twoją wyprawę z Jasiem "szaleństwem godnym najwyższego szacunku". Tak mówił o niej podczas spotkań w Polsce, tak napisał w komentarzu do wspomnianej książki o wyprawie. Jak to się stało, że podróżowałeś z nim po Polsce?
Obaj byliśmy wtedy członkami The Explorers Club. W czerwcu 2004 r., mając status zdobywcy biegunów, towarzyszyłem pierwszemu zdobywcy Mount Everestu podczas wizyt w Zakopanem i w Krakowie i witałem mistrza podczas uroczystego obiadu w krakowskim Wierzynku. Niesamowite było to, że mogłem przebywać obok żywej legendy - rozmawiać z nim, wymieniać myśli i słuchać, co ma do powiedzenia. Kiedy jechaliśmy razem do Zakopanego, siedziałem obok Hillarego i czytałem jego autobiografię "Widziane ze szczytu". Kilka lat wcześniej, w Sydney, nie zdążyłem na spotkanie w księgarni, w której promował tę właśnie książkę. Byłem rozczarowany, że nie mogło dojść do naszego spotkania. A teraz jechaliśmy razem samochodem i raz po raz pytałem Hillarego o niezrozumiałe dla mnie fragmenty. W Zakopanem spotkaliśmy się w Czarcim Jarze z polskimi himalaistami i ratownikami TOPR - między innymi z Leszkiem Cichym, Januszem Onyszkiewiczem, Ryszardem Pawłowskim, Arturem Hajzerem i Krzysztofem Wielickim. W schronisku pod Morskim Okiem starosta Andrzej Gąsienica Makowski "mianował" Hillary'ego góralem i podarował mu kapelusz z kostkami. Mimo swoich osiemdziesięciu czterech lat Hillary trzymał się nieźle. Miał taką niezwykłą cechę, że przyciągał ludzi swoją zwyczajnością, ciepłem. Poznałem wielu utytułowanych himalaistów, to ludzie o różnych osobowościach, często trudni w kontakcie. Edmund Hillary to pośród nich postać niezwykła. Do historii himalaizmu przeszło jego słynne zdanie wypowiedziane po zdobyciu najwyższej góry świata w maju 1953 r.: "W końcu załatwiliśmy skurczybyka".
Potem życie go jednak nie rozpieszczało.
Przez wiele lat zajmował się działalnością charytatywną. Założył fundusz powierniczy Himalayan Trust i pomagał Szerpom, budując dla nich szkoły, szpitale i wodociągi. Hillary zdobywał nie tylko Himalaje. W cztery i pół roku po wejściu na Mount Everest doszedł do bieguna południowego i dokonał trawersu Antarktydy. Przestał się wspinać dopiero wówczas, gdy z objawami choroby wysokościowej został zniesiony z jednego z ośmiotysięczników. Przeżył jeszcze inną osobistą tragedię: w katastrofie samolotu w Nepalu zginęły jego żona i córka. Przetrwał to, nie załamał się. Edmund Hillary to pulsująca historia dwudziestego wieku. Niestety już nie żyje: zmarł w styczniu 2008 r.
Druga żona Hillarego - lady June - mocno go zawsze wspierała w jego licznych pasjach.
Przyjechali wtedy do Polski razem. Ona także roztaczała wokół siebie tę samą aurę życzliwości.
Po kilku dniach towarzyszenia legendzie Himalajów trzeba było się jednak pożegnać.
Na lotnisku w podkrakowskich Balicach uścisnął mnie, objął mocno ramionami. To była dla mnie wyjątkowa chwila. Pomyślałem sobie wtedy o małym chłopcu z miasteczka gdzieś na Pomorzu Zachodnim, który z wypiekami na twarzy czytał o zdobyciu najwyższej góry świata, a teraz - trzydzieści lat później - może stanąć obok dawnego bohatera swojej wyobraźni. Świat okazuje się bardzo duży, a jednocześnie bardzo mały. Jakaś ważna klamra zamknęła się wówczas w moim życiu. Uświadomiłem to sobie w pełni w momencie wpisywania się w księdze kondolencyjnej w ambasadzie Nowej Zelandii, po śmierci Hillary'ego.
Jacy bohaterowie wypełniali jeszcze wyobraźnię dojrzewającego Marka Kamińskiego?
To byli bohaterowie z książek. Uwielbiałem czytać z nocną lampką pod kołdrą. O Juliuszu Verne już wspominałem. W trzeciej klasie podstawówki dostałem
Mieliście okazję się poznać?
Wiem, że po zdobyciu przeze mnie obu biegunów chciał się ze mną spotkać - zresztą ja z nim także. Do spotkania nie doszło, ponieważ telewizja chciała je sfilmować, ale w ostatniej chwili zabrakło kamery i nasze spotkanie przełożono. Następnego nie zdążyliśmy zorganizować, bo w lipcu 1996 r. Centkiewicz zmarł. Nie pamiętam, czy udało się nam przed jego śmiercią porozmawiać przez telefon.
Zanim zacząłeś się rozczytywać w książkach Centkiewiczów, doszło do wypadku, który na długo zmienił życie małego chłopca. Wspominaliśmy już o tym.
To zdarzyło się u rodziny na wsi, w Helenowie pod Łodzią. Robiłem przewrotki na drewnianym dyszlu. Wokół zielono, przyjemnie. Musiałem się jakoś nieszczęśliwie przekręcić, bo nagle poczułem taki ból, że na chwilę straciłem przytomność. Kiedy ją odzyskałem, nie mogłem iść o własnych siłach, a ręka bezwładnie zwisała. Złamanie. Pamiętam, że przyjechała karetka pogotowia i zawiozła mnie do szpitala w Łodzi. Oddział dziecięcy musiał być na którymś z wyższych pięter, bo z okien widziałem panoramę miasta. W szpitalu czułem się bardzo samotny. Starsze dzieci straszyły mnie, że zostanę tutaj już na zawsze, że nikt po mnie nie przyjedzie.
Trudne doświadczenie jak na pięcioletnie dziecko.
Po prostu doświadczenie. Tak o tym dziś myślę.
Potem zaczęła się kilkuletnia wędrówka po szpitalach, kolejne operacje i sanatoria.
Złamanie okazało się skomplikowane. Lekarze sugerowali nawet amputację, ale na szczęście mama się nie zgodziła. Ręka długo nie chciała się zrastać, lekarze wiele razy otwierali ranę. Potem sanatoria i dalej samotność. Rodzice oczywiście odwiedzali mnie, pisali listy, ale wesoło mi nie było. Myślę, że w jakimś sensie przeszedłem wtedy egzamin, próbę. I musiałem sobie po swojemu dać z tym radę. Oczywiście taka refleksja przyszła o wiele później, już w dorosłym życiu. Szpitalno-rehabilitacyjne wędrówki skończyły się, gdy miałem około dwunastu lat.
Przypomina mi to trochę historię Jasia Meli w mniej drastycznym wydaniu.
Po wyprawie na biegun północny zostaliśmy z Jasiem zaproszeni na spotkanie do Ciechocinka, do dzieci przechodzących rehabilitację w sanatorium. Po drodze myślałem: "Ciechocinek, Ciechocinek... Przecież leczyłem tam rękę!". Wcześniej w ogóle nie wracałem wspomnieniami do tamtych chwil. Chyba tylko wtedy, kiedy ktoś o to otwarcie pytał. Kiedy poznałem Jaśka, który wskutek porażenia prądem stracił po amputacji część prawej ręki i lewą nogę w połowie podudzia, nie przyszło mi do głowy, że łączą nas wspólne doświadczenia, że byłem kiedyś w podobnej sytuacji. Takie refleksje pojawiły się dopiero wówczas, gdy w 2004 r. przygotowywałem do druku książkę "Razem na bieguny", o wyprawie polarnej z Jasiem.
Odzywała się później ta ręka na wyprawach?
Największe problemy z prawą ręką miałem podczas trawersu Grenlandii w 1993 r. Mieliśmy z Wojtkiem Moskalem do przejścia sześćset kilometrów lodowca. Po mniej więcej czterystu kilometrach marszruty w trudnych warunkach - silnym wietrze, temperaturze powietrza dochodzącej do minus czterdziestu stopni - prawdopodobnie zatrułem się w namiocie spalinami z prymusa benzynowego. Dopadły mnie potworne bóle brzucha i mdłości, nie mogłem przez jakiś czas niczego jeść. I jakby tego było mało, napuchła mi ręka, ból był dotkliwy. Być może przeciążyłem ją podczas wielokrotnego okopywania namiotu. Smarowanie maścią i nakładanie bandaża niewiele pomagało. Wtedy zastanawiałem się, czy to stare złamanie daje o sobie znać. Do dziś tego nie wiem na pewno.
Wyprawa zakończyła się jednak ostatecznie sukcesem. Jako pierwsi Polacy przeszliście Grenlandię.
Mimo odmrożeń i wycieńczenia po trzydziestu czterech dniach wędrówki dotarliśmy do Sondre Stromfjord. Grenlandię pamiętam jako jedną z najtrudniejszych wypraw - choć przecież nie była najdłuższa. Nagromadziło się jednak po drodze wiele przeciwności. Jeszcze na ostatnich kilometrach walczyliśmy ze szczelinami, które jakby nagle zaczęły się mnożyć. W jedną z nich o mało nie wpadłem z sankami. Gdyby nie Wojtek, który wyciągnął mnie za kijki narciarskie, to nie wiem...
Wróćmy do korzeni Marka Kamińskiego. Twoja rodzina ze strony ojca pochodzi z Kaszub. Czujesz kaszubską tożsamość, masz poczucie, że pochodzisz właśnie stamtąd?
W pewnym momencie życia każdy z nas zaczyna szukać własnych korzeni i uświadamia sobie, gdzie jest jego mała ojczyzna. Zdaję sobie sprawę, że Kaszuby to moje korzenie, ale trudno byłoby mi powiedzieć, że czuję się stuprocentowym Kaszubem. Dlaczego? Bo to w moim rozumieniu ktoś taki, kto kultywuje tę swoją "kaszubskość", na co dzień żyje regionem. Kaszuby są mi bliskie, stąd pochodzi moja rodzina, ale częste powtarzanie, że jestem Kaszubem, byłoby nadużyciem wobec wszystkich, którzy głębiej niż ja związani są z tym miejscem na ziemi. Kaszubi byli prześladowani pod zaborem niemieckim, ale i potem, czyli po 1945 r., niewiele się, prawdę mówiąc, zmieniło. Nowy ustrój przyniósł nowe zniewolenie. O ironio, pod sztandarami tak wyczekiwanej i wyśnionej przez Kaszubów Polski.
Mieszkańcy Kaszub mają wyraźną świadomość własnej odrębności. W pierwszej kolejności czują się Kaszubami?
To niezwykle delikatne sprawy. W domu rodzinnym często powtarzano mi przysłowie "Nigdy do zguby nie przyjdą Kaszuby", co nawiązuje do jedności z Polską. Myślę, że po prostu mają świadomość, że są i Kaszubami, i Polakami. To nie jest tak, że coś jest postawione przed czymś. Mam wrażenie, że prawdziwi Kaszubi uważają, iż ich region jest esencją polskości. Kiedy słucham języka kaszubskiego, więcej słyszę w nim dawnego języka staropolskiego - tego, który znamy z "Bogurodzicy" - niż współczesnej polszczyzny. Być może stało się tak dlatego, że przez setki lat Kaszubi byli odcięci od Polski i zachowali swój język w pierwotnej formie. Niezorientowani ludzie czasami uważają, że język kaszubski jest bliższy niemieckiemu. To błędne i krzywdzące - i zdaje się, jest ubocznym efektem peerelowskiej propagandy. Bardzo trafne wydaje mi się stwierdzenie, jakie przeczytałem na jakimś blogu internetowym:
"Kaszuby nie należą do Polski. Kaszuby są Polską".
U ciebie w domu mówiło się po kaszubsku?
Moja prababcia z Orlika, którą pamiętam jak przez mgłę, dziadkowie i wielu krewnych mówiło językiem kaszubskim, ale rodzice już nie. Zamieszkali na Pomorzu Zachodnim, a poza tym tylko tata wychował się na Kaszubach. Mama pochodzi z centralnej Polski, urodziła się w okolicach Sandomierza.
Sentyment do Kaszub nie wraca?
Opowiem ci pewną historię. W 2006 r. realizowałem projekt "Z Polą przez Polskę". Chcieliśmy poprzez wspólną rodzinną wyprawę udowodnić, że dziecko nie jest przeszkodą w podróżowaniu, że warto, aby od najmłodszych lat poznawało świat. Odwiedzając Kaszuby, odkrywaliśmy z żoną Kasią oraz dwuletnią wtedy Polą ślady rodziny Kamińskich. Przez kilka dni towarzyszył nam również mój ojciec Zdzisław. Kiedy przejeżdżaliśmy obok kościoła w Krojantach, tata nagle powiedział: "Tutaj twój wujek Stefan grał po wojnie na organach". Kilka dni później z ekipą filmową odwiedziliśmy dom i pracownię oryginalnego kaszubskiego artysty samouka, Józefa Chełmowskiego. I przypadkowo okazało się, że u niego w domu stoją owe organy wujka - a właściwie fisharmonia, czyli coś między pianinem a organami. Stara, prawie stuletnia fisharmonia, z niemieckimi napisami. Byłem bardzo poruszony odnalezieniem tego instrumentu. Czegoś, co związane było z naszą rodziną. To przypadkowe zdarzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że miejsca mają znaczenie.
A ty poznałeś język kaszubski?
Tak, ale nie na tyle, by nim biegle władać. Mam jednak wielu znajomych, którzy używają tego języka.
Józef Chełmowski - o którym przed chwilą wspominałeś - to wielki oryginał, znany nie tylko na Kaszubach. Filozof, poeta i malarz, ale przede wszystkim ceniony rzeźbiarz.
Chełmowski to postać niezwykła, zasługująca na osobną opowieść. Polemizuje z teoriami Kopernika, wydaje książki w jednym egzemplarzu, mówi o sobie, że jest obywatelem wszechświata. Mieszka i tworzy przez całe życie w jednym miejscu: w Brusach Jaglie, niewielkiej wiosce koło Chojnic. Nazywany jest "Leonardem da Vinci z Brus". To ludowy artysta-filozof. Od lat prowadzi niezwykły dziennik "Nadzwyczajne śmierci", gdzie odnotowuje przypadki niezwykłych okoliczności związanych ze śmiercią, wydarzenia z różnych miejsc na świecie. Jego rzeźby, w których najwięcej jest motywów religijnych i filozoficznych, są znane także poza Polską. To autentyczna, ciepła postać i rzeczywiście wielki oryginał.
Kompromis ze Służbą Bezpieczeństwa byłby zaprzeczeniem tego wszystkiego, w co wierzyłem, oznaczałby, najkrócej mówiąc, współpracę z diabłem.
Edmund Hillary, legendarny himalaista, był jednym z twoich bohaterów młodości. Zastanawiałem się wielokrotnie, dlaczego właściwie nie wybrałeś gór jako własnej drogi. Przecież w latach osiemdziesiątych, kiedy dorastałeś, polscy himalaiści odnosili spektakularne sukcesy: Kukuczka, Rutkowska, Wielicki. O polarnikach mało kto słyszał.
W życiu nie można robić wszystkiego, to pewne. Nie można wejść na wszystkie ścieżki. Mieszkałem na Pomorzu, gdzie siłą rzeczy łatwiej dostępne było doświadczenie morskie, żeglarskie. Najpierw wszedłem więc - jeśli można tak powiedzieć - na ścieżkę żeglarską. W czasie studiów zrobiłem patent sternika jachtowego w ośrodku Funka nad Jeziorem Charzykowskim. To zresztą malownicze miejsce, położone w Borach Tucholskich. Już przed wojną było znanym ośrodkiem sportów wodnych. Po głowie chodziły mi samotne wyprawy dookoła świata. Nigdy nie marzyłem o sławie, ale zawsze chciałem zrobić coś przekraczającego zwyczajność życia. Przeżywałem przygody kapitana Nemo w "Dwudziestu tysiącach mil podmorskiej żeglugi" i wszystko tam wydawało mi się żywe i realne. Chciałem, aby w życiu było jak w książkach. Wydawało mi się, że to, co przeczytałem, jest dobre i jest czymś, co po prostu warto robić. Chciałem naśladować naszych słynnych żeglarzy: Kubę Jaworskiego, Leonida Teligę i kilku innych. Do dziś pamiętam książkę Iwony Pieńkawy "Otago na zdrowie", jej osobistą relacją z regat dookoła świata. Świetna książka, dobrze się ją czytało. Iwona miała wtedy 18 lat!
Niecałe dwa lata po tym zdarzeniu, w marcu 1975 r., młoda żeglarka zginęła w wypadku samochodowym.
Dziś o tamtej historii pamiętają jedynie nieliczni. To nie był koniec tragicznych zdarzeń. Latem 1976 r. na skałach Wyspy Niedźwiedziej roztrzaskał się legendarny jacht "Otago". Załoga zaplanowała rejs za koło podbiegunowe, do Archangielska i Murmańska, a potem dokoła Spitsbergenu. W październiku tego samego roku zatonął podczas sztormu w Zatoce Biskajskiej jacht wybudowany dla upamiętnienia dzielnej żeglarki - "Iwona Pieńkawa". Rozpoczął swoją morską karierę zaledwie półtora miesiąca wcześniej. A Iwona, "Latająca Ryba", pochowana jest w Gdańsku, na cmentarzu na Srebrzysku.
Wracając do mojego pytania: morze wygrało z górami, tak?
Przez pewien czas nawet wiązałem swoją przyszłość z górami, z alpinizmem i himalaizmem. Ale chociaż pasjonowały mnie góry, czułem intuicyjnie, że realizować się chcę w czymś innym. Rzeczywiście jednak, w latach osiemdziesiątych inspirowały mnie sukcesy naszych wspinaczy. Jerzy Kukuczka wszedł w tym czasie na większość ośmiotysięczników i jako drugi człowiek na Ziemi - po Reinholdzie Messnerze - zdobył Koronę Himalajów, wszystkie czternaście szczytów. Wanda Rutkiewicz jako pierwsza Europejka zdobyła Mount Everest oraz słynny i bardzo niebezpieczny szczyt K2, a Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki dokonali pierwszego zimowego wejścia na Mount Everest. Szczególnie ten ostatni sukces zapamiętałem jako mocną rzecz, prawdziwy bang! Cały świat mówił o dwóch bohaterach z Polski. Wiele się wówczas działo w świecie zdobywców gór. Trudno mi teraz wrócić do moich myśli sprzed dwudziestu kilku lat, ale chyba przyjmowałem to tak, że Polacy zdobyli wiele górskich szczytów na różnych kontynentach, wytyczyli wiele dróg w Himalajach, a nawet w Ameryce Południowej. Czy trzeba więc było chodzić utartymi ścieżkami? Bieguny, Grenlandia, w ogóle tereny polarne, pozostawały przez Polaków prawie nietknięte. Tam było wiele do zdobycia, do przejścia wiele dróg, którymi jeszcze żaden człowiek nie chodził. Czytałem poza tym z wypiekami na twarzy wspomnienia wielkich polarników: Amundsena, Nansena, Shackeltona, Scotta czy Roberta Peary'ego. Kiedy w 1993 r. przeszliśmy z Wojtkiem Moskalem Grenlandię, dziennikarz "Gazety Wyborczej" pytał nas, dlaczego wybraliśmy właśnie bieguny. Odpowiedź nasuwała się sama: w tym czasie jeszcze prawie żadna wyprawa na biegun północny nie dotarła bez pomocy z zewnątrz. Tymczasem na Everest weszło do tamtego momentu ponad tysiąc osób. Wejść na najwyższą górę świata jako kolejna osoba - nie było to niczym porywającym. Mnie interesowały nowe ścieżki, nowe wyzwania, przekraczanie granic ludzkich możliwości.
Góry jednak w końcu cię wciągnęły. Przynajmniej na pewien czas.
Lubię góry. Na drugim i trzecim roku studiów często jeździłem w Tatry, żeby po nich po prostu pochodzić. Potem - już w okresie fascynacji wszystkim, co polarne - spróbowałem także wspinaczki. W Tatrach, w Alpach, w Andach. Wiele nauczyłem się od Leszka Cichego podczas wspólnych wypraw w Dolomity z moją wówczas narzeczoną, a dziś żoną Kasią oraz naszym psem Ają. Elementów wspinaczki uczył mnie również szef Klubu Wysokogórskiego Trójmiasto i doskonały instruktor, Michał Kochańczyk. Pamiętam związaną z naszym wspólnym trenowaniem dość niesamowitą historię sprzed dziesięciu lat, już po zdobyciu biegunów. Wspinaliśmy się na starym, częściowo zburzonym wiadukcie w Gdańsku. Zjeżdżałem na linie, a Michał mnie z dołu asekurował. Nagle, w połowie zjazdu, gdy wisiałem kilkanaście metrów nad ziemią, ktoś zaczął na wiadukcie majstrować przy linie, zaczął ją odwiązywać. Być może miał nóż; w każdym razie tak mi się wydawało. Zamarłem ze strachu. Michał pobiegł na górę i ten człowiek na jego widok uciekł. Według Michała miał dziwny, pusty wyraz twarzy, więc wydedukowaliśmy, że być może wyszedł na spacer z pobliskiego szpitala psychiatrycznego na Srebrzysku.
Przeżyłeś bieguny, a mogłeś zginąć na starym wiadukcie z rąk szaleńca.
W życiu mogłem wielokrotnie zginąć w banalny sposób. Latem 2007 r. wracałem z przyjaciółmi ze spotkania firmowego na Mazurach. Padał deszcz. Wysiadłem przed domem z samochodu i gdy otwierałem drzwi kamienicy, zobaczyłem nad sobą błysk pioruna. Strzał, trzask, ogromny huk, odrzuciło mnie od drzwi. Czułem, że coś mnie przeszyło, przez chwilę myślałem nawet, że to już koniec. Miałem jednak ogromne szczęście, bo wyładowanie nastąpiło kilka metrów od domu. Dlaczego o tym opowiadam? Bo ludziom wydaje się, że w mieście są bezpieczni, wierzą w cywilizację, w mury, ulice i światła. Myślą, że to wszystko ich ochroni przed niebezpieczeństwem. Tymczasem ryzyko istnieje wszędzie. Dlatego nigdy nie przeceniałem jego znaczenia podczas przygotowywania wypraw polarnych. Czasami łatwiej jest zminimalizować ryzyko w sytuacjach, w których jesteśmy świadomi, że je podejmujemy. Bo mamy doświadczenie, sprzęt, wyostrzoną uwagę. Życie nauczyło mnie, że czasami, aby coś osiągnąć, trzeba zaakceptować ryzyko. I dotyczy to nie tylko wypraw polarnych. Nie sądzę, aby nadmierna ostrożność mogła nas uchronić przed jakimś nieszczęściem.
Jak to rozumieć? Że można iść na całość bez względu na niebezpieczeństwo?
Absolutnie nie to miałem na myśli. Amundsen prawdopodobnie dlatego wygrał ze Scottem wyścig do bieguna południowego, że był lepiej przygotowany, z większą starannością zadbał o szczegóły ekspedycji. Podejmując najmniejsze choćby ryzyko, planując jakikolwiek projekt, należy zadbać o szczegóły. Robert Scott w 1911 r. nie postępował lekkomyślnie, plan wyprawy miał dobrze przemyślany, ale Amundsen okazał się bardziej perfekcyjny. Lepiej wykorzystał doświadczenia Eskimosów, zabrał ze sobą psy, a nie jak Scott kuce mandżurskie, dobrze rozplanował rozmieszczenie żywności po drodze. Każdy element jego wyprawy miał głęboko przemyślane znaczenie. Odważny i szlachetny Scott przypłacił popełnione błędy życiem swoim i czwórki towarzyszy. Perfekcyjne przygotowanie nie wystarczy oczywiście do tego, aby osiągnąć sukces, ale do niego zbliża. Błędów do końca nie można uniknąć. Nigdy na wyprawach nie fascynowało mnie niebezpieczeństwo i starałem się zawsze minimalizować ryzyko. Nie można jednak za wszelką cenę ryzyka unikać, bo pewnego dnia los i tak zapuka do naszych drzwi. Ale fakt, że coś jest niebezpieczne, nie powinien decydować o tym, czy zdecydujemy się to zrobić, czy nie. Nic nas i tak nie uchroni przed przeznaczeniem.
Porozmawiajmy jeszcze o górach. Po nieudanej próbie przejścia wzdłuż całej Antarktydy wszedłeś w styczniu 1998 r. na jej najwyższy szczyt - Mount Vinson. Skąd w ogóle ten pomysł?
Nie wszystko, co robimy, musi być od razu jakimś wielkim projektem. Można wejść na szczyt, bo prowadzi do niego jakaś droga i trzeba ją przejść. Na Mount Vinson wszedłem razem z Leszkiem Cichym, znakomitym himalaistą, który zdobywał w tym czasie Koronę Ziemi, czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów. Na najwyższą górę Antarktydy, która liczy ponad pięć tysięcy metrów, prowadzi pełen zdradzieckich szczelin lodowiec. Zanim razem z Leszkiem zdobyliśmy wierzchołek, samotnie przeszedłem po owym lodowcu dwustukilometrową trasę.
Niektórzy twierdzą, że ta droga jest trudniejsza niż dotarcie na biegun. W namiocie pod Masywem Vinsona czekaliśmy potem na pozostałych, graliśmy w szachy, rozmawialiśmy o naszych planach i Leszek zaproponował mi, abym towarzyszył mu za miesiąc w wyprawie na Kilimandżaro i na Górę Kościuszki. Akurat te dwa szczyty w Afryce i Australii brakowały mu do Korony. Pomyślałem, że to okazja do fajnej przygody, zobaczenia nowych miejsc, i jeszcze tej samej nocy uzgodniliśmy wszystkie szczegóły. Nie tylko zdobyliśmy potem oba szczyty, ale uczestniczyliśmy także w safari, a w Australii zwiedziliśmy Sydney, Canberrę i kawałek wybrzeża Pacyfiku. Wszystko zajęło nam dokładnie dwa tygodnie.
I nie korciło cię, żeby dalej samodzielnie zdobywać Koronę Ziemi?
Zawsze bardziej interesowała mnie głębia, która kryje się pod powierzchnią rzeczywistości, poznawanie świata, rozmowy z ludźmi spotkanymi po drodze, niż wyścig sam w sobie.
Świat polarników przenika się ze światem alpinistów. Na bieguny chodził nie tylko Edmund Hillary, ale chociażby najbardziej utytułowany alpinista świata, Reinhold Messner.
Życie nauczyło mnie, że czasami, aby coś osiągnąć, trzeba zaakceptować ryzyko. I dotyczy to nie tylko wypraw polarnych. Nie sądzę, aby nadmierna ostrożność mogła nas uchronić przed jakimś nieszczęściem.
Pierwszy raz miałem okazję poznać go w 1990 r., kiedy na wykładzie w Hamburgu opowiadał o zakończonej właśnie wyprawie na biegun południowy, który zdobył razem z Arvedem Fuchsem. Studiowałem wtedy w Niemczech filozofię, pracowałem i z moim przyjacielem Jurkiem Andrzejukiem podróżowaliśmy, gdzie się tylko dało. Messner mnie zaczarował. Po wykładzie poprosiłem go o autograf, bo miałem jego książkę, a on napisał mi adres, pod który można do niego pisać. Następnym razem rozmawialiśmy telefonicznie po naszym przejściu z Wojtkiem Moskalem Grenlandii w 1993 r. W dwa lata później okazało się, że Reinhold w tym samym czasie co my chce dojść na biegun północny - tyle że my od strony Kanady, a Messner z bratem Hubertem z Rosji. Nie mieli szczęścia, bo najpierw zaatakował ich niedźwiedź polarny, a potem stracili w wypadku sanki i część zapasów żywności. Wycofali się z marszu po dwudziestu czterech godzinach. Nam się udało.
Skorzystałeś kiedyś z polarnych doświadczeń Messnera?
Przed wyprawami często wracałem do jego książki "Antarktyda - piekło i niebo w jednym".
W 1990 r., gdy jako dwudziestosześciolatek stawiałeś pierwsze polarne kroki i eksplorowałeś Spitsbergen, zginął Jerzy Kukuczka, nasz legendarny wspinacz. Messner wyprzedził go w wyścigu po Koronę Himalajów. Zdążyłeś poznać Kukuczkę?
Niestety nie. Jako nastolatek czytałem z wielkim przejęciem, jak zdobywał Himalaje. Jerzy Kukuczka był dla mnie w latach osiemdziesiątych chyba największym wzorem, inspiracją, aby coś w swoim życiu zrobić. Kiedy całą rodziną podróżowaliśmy w ramach wspomnianego projektu "Z Polą przez Polskę", odwiedziliśmy w Istebnej wdowę po Kukuczce, Celinę. Znamy się zresztą wiele lat. Celina stworzyła w ich domu izbę pamięci męża, odwiedzaną przez wielu turystów i amatorów gór. Są tam zdjęcia, sprzęt używany przez Jerzego, a także wiele innych pamiątek. Na pewno warto to zobaczyć na własne oczy. Pomyślałem sobie wtedy, że niedaleko, na Wawelu, mieszkali królowie Polski, a tutaj, w malutkiej miejscowości u źródeł Wisły, urodził się król Himalajów. Niesamowite było to, że po iluś tam latach spotkały się nasze rodziny. Celina mieszka z jednym z dorosłych synów, którego pamiętam z artykułów o Kukuczce i filmów dokumentalnych jako małego chłopca. Niesamowite było dla mnie odkrycie, że urodziliśmy się z Jurkiem tego samego dnia, dwudziestego czwartego marca. Tyle że on prawie dwadzieścia lat wcześniej. Wierzę w przeznaczenie; wierzę, że to wszystko nie stało się przypadkowo. Że jest w tym fakcie jakiś ukryty sens.
Znowu to przeznaczenie.
Zastanawiałem się wiele razy, czy człowiek, gdy się rodzi, jest tą przysłowiową niezapisaną tablicą, czy też jest inaczej. Intuicja i doświadczenie własnego życia podpowiadają mi, że jednak coś jest na tej tablicy zapisane, a przeznaczenie jest jakąś próbą znalezienia harmonii między tym, co zostało zapisane, a światem tu i teraz. Przeznaczenie to podążanie za wewnętrznym głosem, ale to również próby, aby ten głos usłyszeć. Są oczywiście różne drogi prowadzące w głąb siebie i chyba nie ma jednej najlepszej drogi. Wewnętrzny dialog jest jednym ze sposobów, aby samego siebie usłyszeć. Nie można tylko patrzeć na zewnątrz i szukać okazji łatwiejszego, przyjemniejszego życia. Działanie to tylko ostateczna forma myśli, taki wierzchołek góry lodowej. Najważniejsza jest zawsze myśl. Ona wyznacza nam drogę.
Taka refleksja wymaga jednak ciszy, a my najczęściej przed nią uciekamy.
To prawda. Lubimy być bombardowani informacjami, musimy coś robić: oglądać telewizję, odbierać e-maile, buszować po internecie, włączać muzykę, biegać po sklepach. Nie ma w tym niczego złego, jeżeli potrafimy zachować dystans. Ale może chłoniemy to wszystko, bezwiednie bombardujemy naszą świadomość, po to by odciąć się od siebie? Może zamiast rozmawiać ze sobą, szukać własnego przeznaczenia i zadawać sobie ważne pytania, łatwiej jest mieć pozorne poczucie, że coś się wokół nas dzieje? Słuchanie własnych myśli, bycie ze sobą jest strasznie niekomfortowe, boimy się tego.
Po zdobyciu przez Jerzego Kukuczkę czternastego, ostatniego ośmiotysięcznika, Reinhold Messner wysłał do niego telegram do Katowic: "Nie jesteś drugi, jesteś wielki". Kukuczka w tym wyścigu po Koronę Himalajów był chyba na straconej pozycji. Wcale nie dlatego, że był gorszy. Po prostu zaczął wchodzić na ośmiotysięczniki długo po Messnerze.
Pewnie nie tylko dlatego, bo słynny Tyrolczyk dysponował większym doświadczeniem, logistyką, lepszym sprzętem i środkami finansowymi. W 1979 r. Messner miał już na koncie pięć ośmiotysięczników, a Jurek nieudane wejście na Nanga Parbat, bo tak naprawdę dopiero oswajał się z Himalajami. Potem Kukuczka miał znakomite lata, bo potrafił w ciągu jednego roku wejść na trzy ośmiotysięczniki. Jurek został pochowany przez kolegów w szczelinie lodowej po zakończonej jego śmiercią wspinaczce na niezdobytą wówczas południową ścianę Lhotse.
Góry, górami, ale najpierw wszedłeś - według twoich własnych słów - na ścieżkę żeglarską. Żeglarstwo cię ostatecznie nie wciągnęło?
Kilka lat po biegunach przepłynąłem dwukrotnie Atlantyk w rejsach załogowych: najpierw jachtem "Gemini" wraz z Andrzejem Piotrowskim, a potem katamaranem "Polpharma-Warta" z Romanem Paszke. W liceum i na studiach sporo pływałem po polskich jeziorach, na Mazurach i po Zatoce Szczecińskiej, byłem między innymi członkiem Warszawskiego Yacht Clubu. Przypadkowe zdarzenie, a raczej - znów to powiem: przeznaczenie - zdecydowało, że musiałem nieco zweryfikować swoje plany. Z Jurkiem Andrzejukiem, którego poznałem na studiach filozoficznych w Warszawie, budowaliśmy przez dwa lata jacht, aby wypłynąć w rejs dookoła świata. Było nas zresztą na początku więcej, ale do końca wytrwaliśmy tylko my. Z Jurkiem niemal od razu zostaliśmy przyjaciółmi, takie bratnie dusze o podobnej wrażliwości, planach i spojrzeniu na świat. Spotykamy się systematycznie do dzisiaj, a Jurek po latach został także moim szwagrem. Dwóch zapaleńców bez grosza przy duszy postanowiło zawojować świat, bo nie chciało godzić się na siermiężne, szare życie w komunie. Pieniądze pożyczyliśmy od rodziny, trochę zarobiliśmy i klepka po klepce łódka powstawała. Nie była nowa, kupiliśmy ją w Pucku i zaczęliśmy remontować. Jacht nazwaliśmy "Władimir Wysocki", na cześć rosyjskiego barda, którego uwielbialiśmy słuchać i który był dla nas uosobieniem buntu wobec zakłamania i nieprawdy, wzorem niezależności. Tuż przed wodowaniem - był rok 1988 - zadzwonił w Gdańskim Klubie Jachtowym, gdzie pracowaliśmy przy jachcie, telefon. Człowiek, który mówił o sobie "opiekun polskiego żeglarstwa", zaprosił mnie na rozmowę w komendzie bezpieki. Ten kapitan Służby Bezpieczeństwa, którego nazwisko nie wiem, czy było prawdziwe, nękał mnie jeszcze kilkakrotnie telefonami, za każdym razem grożąc, że nie wypuści nas z Polski. Bo na tę rozmowę nie poszedłem i w konsekwencji esbecja zablokowała nam możliwość wypłynięcia z kraju. Wyrzucili nas z gdańskiego klubu, a jacht musieliśmy ostatecznie wyprowadzić z hangaru. Wtedy postanowiliśmy przetransportować go rzekami i kanałami nad Morze Śródziemne i tym sposobem zmylić bezpiekę. Udało nam się jedynie zwodować go na Odrze. I marzenia się skończyły.
Nie żałowałeś potem tamtej decyzji, nie pomyślałeś: "Przecież ta rozmowa miała być tylko formalnością, a ja się postawiłem i teraz mam za swoje"?
Nigdy. Każdy ma jakieś granice kompromisu. Dziś można analizować na chłodno, że porozmawiałbym z esbekiem - być może to miała być rzeczywiście tylko krótka, formalna rozmowa - i miałbym szansę opłynięcia świata. Nie zrobiłem tego i ani przez chwilę potem nie żałowałem. To w końcu było tylko opłynięcie świata - zresztą nie wiadomo, jak ono by się skończyło. Kompromis dotyczyłby jednak nie tylko jednej wyprawy, ale mojej osobowości w ogóle, całego życia w pewnym sensie. Są kompromisy i kompromisy, ale ważne, czego dotyczą. Akurat kompromis ze Służbą Bezpieczeństwa byłby zaprzeczeniem tego wszystkiego, w co wierzyłem, oznaczałby, najkrócej mówiąc, współpracę z diabłem. Nie mam po tamtych wydarzeniach poczucia niespełnienia. Zresztą może żeglarstwo na dobre by mnie wciągnęło i wtedy nie wybrałbym się na bieguny? A tak czuję wewnętrznie, że droga na bieguny Ziemi była moim przeznaczeniem w życiu, czy jednym z przeznaczeń. Do dziś powtarzam jako swoje credo, że co cię nie zabije, to cię wzmocni.
Doświadczenia z niedoszłą wyprawą morską jakoś ci się przydały?
Przeżywałem wtedy trudny czas, miałem poczucie bezsilności i beznadziejności, końca ważnego etapu w moim życiu. Ale trzeba było żyć dalej. W dodatku poczułem, że studia filozoficzne już mnie nie rozwijają, że stoję w miejscu, a ludzie wokół mnie myśleli o pracy i o tym, jak się urządzić w życiu. Zaczęła się rywalizacja, kto zostanie na uczelni. To najzupełniej normalne, praktyczne względy zaczynają wygrywać po prostu z dotychczasową studencką beztroską. A ja miałem zamiar podążać za prawdą, poznawać głębiej świat, ludzi, dalej szukałem sensu i źródeł wiary. Nie chciałem zostać człowiekiem z teczką, który idzie przez życie po z góry wyznaczonym torze. Każdy ma oczywiście prawo planować życie na swój sposób i każdy plan jest dobry, jeśli dobrze się w nim czujemy i przy okazji nie krzywdzimy nikogo. Mnie takie ustabilizowane, przewidywalne życie zwyczajnie nie pociągało. Z drugiej strony tamten trudny czas wiele mnie nauczył, przydał się w drodze na bieguny. Bo choć było ciężko, trzeba było iść dalej i widzieć cel. Przy budowie jachtu nabyłem sporo praktycznych umiejętności. Potem to wszystko przydało się przy kierowaniu firmą czy na wyprawach polarnych właśnie.