Dotyk wieczności - Krzysztof Spadło

Kup ebooka

39.00 zł
38.50 zł (30,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Scena I Bajkowy Król

Bawaria. Czerwiec, rok 1886.

Słońce już dawno schowało się za łańcuchem górskich szczytów. Najwyższe z nich, miejscami były pokryte wieczną zmarzliną, a szkarłatna poświata na zachodniej stronie nieba, zdawała się gasnąć w oczach. Wiatr z każdą chwilą przybierał na sile. Strzeliste świerki kołysały się w jego podmuchach, a ich igliwia nuciły posępną, zawodzącą pieśń.

Traktem wiodącym przez alpejską przełęcz, na karym koniu gnał samotny jeździec. Był odziany w czarną pelerynę, której poła pod wpływem pędu i wiatru, unosiła się i trzepotała w powietrzu. Z oddali wyglądał niczym zjawa, umykająca przed mrokami zapadającej nocy. Jeździec raz po raz zerkał przez ramię na rozgwieżdżone niebo za swoimi plecami. Doskonale znał drogę do królewskiej siedziby w Linderhof, ale jednocześnie był świadom, jak niebezpieczna może być podróż przez okoliczne lasy, kiedy zostaną spowite przez ciemność. Nie zważał, że na sierści niezmordowanego wierzchowca, zaczynały połyskiwać białe plamy spienionego potu. Niepokój jadącego budziły złowieszcze chmury, które nadciągały od wschodu. Wszystko wskazywało na to, że niebawem ich całuny zakryją blask księżyca, który unosił się wysoko nad horyzontem.

Zmrok gęstniał z każdą chwilą, a jeździec pędził drogą, która wiodła prosto w ramiona ponurych ostępów.

Mężczyzna galopujący leśnym traktem wytężał wzrok. Po obu stronach rosły potężne, wiekowe drzewa. Pomiędzy ich czubkami, dało się jednak dostrzec wąski pas nieba, który wyglądał niczym magiczny, gwiezdny szlak. W leśnej głuszy rozlegał się tętent końskich kopyt, a ów dźwięk, budził naturalną czujność dzikiej zwierzyny, która znajdowała się w pobliżu. Jeździec jednak jechał zbyt szybko, żeby dostrzec w mrokach nocy połyskujące gdzieniegdzie ślepia. Gnał przed siebie, zmierzając do rozstaju dróg. Na ich rozwidleniu wiele lat temu okoliczni chłopi wznieśli kapliczkę ku chwale świętej Gertrudy, a stamtąd były już zaledwie trzy wiorsty do celu podróży.

Sędziwy lokaj odziany w liberię, szedł szerokim korytarzem wiodącym do drzwi najokazalszej, pałacowej komnaty. W prawej dłoni trzymał pięcioramienny kandelabr. Knoty świec płonęły, a ich drżący blask oświetlał bogato zdobione ściany i półkoliste sklepienie. Służący podszedł do drzwi, zapukał, po czym złapał za mosiężną klamkę. Stojąc w progu powiedział, zwracając się do najstarszego z pięciu mężczyzn, którzy siedzieli przy stole:

- Jaśnie panie, przybył posłaniec z listem od kanclerza.

Kilka chwil później człowiek odziany w czarną pelerynę, wyjął ze skórzanej sakwy zalakowaną kopertę. Trzy dni wcześniej otrzymał w Berlinie konkretny rozkaz, który wyraźnie mówił, że list wolno mu wręczyć jedynie księciu do rąk własnych.

Każdy z czterech mężczyzn, którzy wizytowali w zamku Linderhof miał okazję osobiście przeczytać pismo od najważniejszego człowieka Rzeszy Niemieckiej. Kiedy wszyscy zapoznali się z treścią wiadomości, sześćdziesięciopięcioletni gospodarz spojrzał po twarzach swoich gości i dostrzegł na ich obliczach grymasy ulgi i zadowolenia.

- Panowie - rzekł książę, przyjmując dumną pozę - nasz cel został prawie osiągnięty. Skoro Bismarck osobiście zapewnia, że udzieli swego poparcia dla mojej regencji, pozostaje nam tylko ostatecznie pozbyć się obecnie panującego króla. Możecie być pewni, że jego młodszy brat, nie będzie stanowił dla nas żadnego zagrożenia.

- A cóż książę sugeruje, mówiąc ostatecznie? - zapytał jeden z mężczyzn, kładąc nacisk na ostatnie wypowiedziane przez siebie słowo.

- W świetle prawa musicie uznać Ludwika za niepoczytalnego - wyjaśnił przyszły władca i dodał: - Jednak sama dyskredytacja mojego bratanka nie wystarczy. Wasza w tym głowa moi drodzy ministrowie, żebyście na dobre uwolnili nasz kraj od dziwaka, który żyje w urojonej imaginacji i trwoni fortuny na fanaberie. Jeżeli tak się stanie, zostaniecie hojnie wynagrodzeni, a status waszych rodzin zyska dozgonną wdzięczność i przyjaźń bawarskiego dworu.

Monachium. Wrzesień, rok 1986.

Przed wejściem do głównej auli uniwersytetu monachijskiego, kłębił się tłum dziennikarzy. Przedstawiciele mediów z niecierpliwością oczekiwali na rozpoczęcie konferencji prasowej. Władze uczelni nawet nie przypuszczały, że ich inicjatywa spotka się z tak ogromnym zainteresowaniem. Poniekąd liczono na przybycie korespondentów najbardziej poczytnych niemieckich gazet i reporterów stacji telewizyjnych, ale nie spodziewano się osób reprezentujących takich potentatów jak CNN czy BBC.

Rektor uniwersytetu oraz dziekan Wydziału Historii i Sztuki spoglądali przez okno na parking, gdzie pomiędzy osobowymi samochodami, stało kilkanaście wozów transmisyjnych.

- Jestem pewien, że po dzisiejszej konferencji twoja książka trafi na szczyty list bestsellerów - powiedział rektor. - Twój wydawca miał przysłowiowego nosa. Podjął duże ryzyko inwestując w tłumaczenia, ale tym samym wykonał wyśmienity ruch.

- Nie miałbym nic przeciwko, żeby pozycja odniosła międzynarodowy sukces - odparł sędziwy profesor i uśmiechnął się. - Jednak z drugiej strony bardzo ubolewam, że prawda na zawsze pozostanie w kwestii domysłów.

- Może tak będzie lepiej - stwierdził jego rozmówca. - Poniekąd rozumiem twoje rozgoryczenie, ale nie dziwię się decyzji podjętej przez potomków rodziny Wittelsbach - powiedział i spojrzał na zegarek, po czym rzekł: - Chodźmy przyjacielu, musisz obwieścić światu smutną nowinę.

Kwadrans później profesor Karl Kügen, stanął za mównicą i spojrzał na tłum, zgromadzony w uniwersyteckiej auli. Widział skierowane w swoją stronę obiektywy aparatów fotograficznych i kamer oraz tuby profesjonalnych mikrofonów kierunkowych. Niektórzy z dziennikarzy trzymali w dłoniach dyktafony, a inni byli gotowi do robienia notatek. Nieco dalej za przedstawicielami mediów, Kügen dostrzegł grono znajomych wykładowców, którzy przybyli wysłuchać oświadczenia swojego akademickiego kolegi.

Po chwili dziekan Wydziału Historii i Sztuki wziął głęboki oddech i rzekł:

- Szanowni państwo, dziękuję wam za tak liczne przybycie. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że inicjatywa katedry naszego uniwersytetu, której mam zaszczyt przewodzić, spotka się z tak potężnym zainteresowaniem. Trzy miesiące temu władze monachijskiej uczelni podały do publicznej wiadomości, że zwróciły się z prośbą do członków rodziny Wittelsbach o wyrażenie zgody na ekshumację ciała Ludwika II. W tym roku przypadła setna rocznica śmierci tego znamienitego, bawarskiego władcy, która po dzień dzisiejszy jest spowita aurą tajemnicy. Władcy, który pozostawił po sobie niebywałe dziedzictwo architektoniczne i kulturowe, znane na całym świecie. Jak zapewne wiecie Ludwik II był człowiekiem o niebywałej fantazji i przylgnęło do niego określenie "Bajkowy Król". Dzięki niemu powstały przepiękne, baśniowe budowle, które na stałe wpisały się w krajobrazy malowniczej Bawarii. Do najbardziej znanych należy zamek w Neuschwanstein, ale pamiętajmy również o imponujących pałacach w Herrenchiemsee i Linderhof. Wzniesienie ich pochłonęło fortuny, które poważnie nadszarpnęły królewski skarbiec, jednak dziś każdy człowiek może zachwycać się ich pięknem i przepychem. Hojność Ludwika II, jego miłość do muzyki i fakt, że był mecenasem Ryszarda Wagnera, przyczyniły się do powstania dzieł, które znalazły swe miejsce w kulturowym dorobku naszej cywilizacji. Wagner przez wielu swoich ówczesnych był uważany za utracjusza. Jednak gdyby nie otrzymał od bawarskiego króla finansowego wsparcia, czy mielibyśmy okazję usłyszeć takie opery jak Pierścień Nibelunga, Śpiewacy norymberscy, Złoto Renu lub Walkiria? Nasz świat byłby uboższy o te wybitne dzieła. Wspominam o tych sprawach, bowiem są ważne i zasługują na wieczną pamięć. Moim zamiarem nie jest promowanie książki, którą napisałem, ale powiadomienie was o decyzji rodziny Wittelsbach, związanej z ekshumacją szczątków ich przodka. W dobie dzisiejszej nauki bylibyśmy w stanie ze stuprocentową pewnością ustalić przyczynę śmierci Ludwika II. Król zmarł w zagadkowych okolicznościach, dożywszy wieku czterdziestu jeden lat. Osobiście nigdy nie miałem okazji rozmawiać z potomkami królewskiego rodu, bowiem kontaktowali się ze mną za pośrednictwem swojego adwokata. Kilka dni temu władze naszego uniwersytetu otrzymały krótką, pisemną odpowiedź. Pozwolę sobie zacytować treść listu - powiedział Kügen i w tym samym momencie wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki białą kopertę. Po chwili rozpostarł kartkę papieru i zaczął czytać: - Do dziekana Wydziału Historii i Sztuki. W odpowiedzi na Pańskie zapytanie, uprzejmie informuję, że rodzina Wittelsbach nigdy nie wyrazi zgody na ekshumację ciała Ludwika II. - Profesor podniósł wzrok, spojrzał po twarzach zebranych i rzekł: - Na tym kończy się treść listu, który został podpisany przez prawnika reprezentującego potomków dawnego króla.

Nagle z głębi sali zaczęły padać pytania, zrobił się gwar, a reporterzy przekrzykiwali się nawzajem. Każdy chciał o coś zapytać i chyba wszyscy oczekiwali bardziej precyzyjnych wyjaśnień. Zamieszanie ustało dopiero po niespełna dwóch minutach, kiedy profesor uniósł nieznacznie do góry obie ręce i rzekł:

- Drodzy państwo, nasze dzisiejsze spotkanie zostało zorganizowane na prośbę środowisk naukowych, które z entuzjazmem zaangażowały się w podjętą przeze mnie inicjatywę. Państwowy Wydział Medycyny Sądowej zdeklarował się przeprowadzić bezpłatną analizę szczątków, a pewna prywatna instytucja, specjalizująca się w badaniach genetycznych również zaoferowała swoje bezinteresowne wsparcie. Do grona dołączyło także Zrzeszenie Historyków Niemieckich, dzięki któremu otrzymałem wiele interesujących materiałów. Mogę śmiało powiedzieć, że armia ludzi o światłych umysłach byłaby gotowa poświęcić swój czas, wiedzę i niespożytą energię, aby dotrzeć do prawdy. Wyjaśnienie przyczyn śmierci Ludwika II być może zmieniłoby obraz bawarskiej historii, ale tak się nie stanie. Jesteśmy zmuszeni uszanować decyzję jego potomków i cieszyć się dziedzictwem, które nam pozostawił. Nie mam nic więcej do powiedzenia w tej sprawie.

Jeszcze tego samego dnia wiele stacji telewizyjnych całego świata, podało w swoich serwisach informacyjnych, krótką wzmiankę o monachijskiej konferencji. Na kilkadziesiąt sekund owa wieść zagościła na ekranach telewizorów, a potem przepadła w nawale innych wiadomości.

Książka, której autorem był profesor historii Karl Kügen została wydana w bardzo ekskluzywnej wersji, przypominającej album. Posiadała twardą oprawę, a jej treść była wzbogacona w liczne zdjęcia. Niektóre z nich można było uznać za unikatowe, bowiem przedstawiały wnętrza zamku Neuschwanstein, które obejmował zakaz fotografowania. Wydawca uzyskał jednak zgodę na wykonanie profesjonalnych ujęć, ale musiał z tego tytułu wnieść bardzo sowitą opłatę. Dodatkowo podpisał zobowiązanie, że wizerunki zdjęć nie będę wykorzystywane poza publikacją noszącą tytuł "Bajkowy Król". W pierwotnej wersji treść książki miała charakter opracowania historycznego i przypominała typowy podręcznik naukowy, będący szczegółową biografią Ludwika II Wittelsbach. Wydawca po zapoznaniu się ze skryptem stwierdził, że mógłby się podjąć publikacji, ale postawił autorowi jeden warunek i miał wówczas powiedzieć:

- Panie profesorze, opracowanie jest intrygujące, ale w takiej formie nie zyska zbyt wielu czytelników. Treść musi mieć bardziej komercyjny charakter, ocierający się o beletrystykę. Oczekiwałbym więcej plastycznych opisów, namiastki emocji, odrobiny grozy i niesamowitości. W swoim tekście dowodzi pan, że Ludwik II był określany nie tylko przydomkiem Bajkowy Król, ale również nazywano go Ludwikiem Szalonym. Niech pan pójdzie głębiej, postara się oddać namiastkę baśni i szaleństwa. Jeden z akapitów opowiada o tym, że na zamku w Neuschwanstein Ludwik urządzał wystawne przyjęcia, na które nie zapraszał gości. Niech czytelnik doświadczy odrobinę tego dziwactwa. Niech ulegnie złudzeniu, że słyszy dźwięki muzyki, jakie rozlegały się w balowej sali, a oczami wyobraźni ujrzy suto zastawione stoły. Niech zobaczy jak ekscentryczny gospodarz odziany w wytworny strój, snuje się samotnie, rozmawiając z wyimaginowanymi postaciami. Odbiorca powinien poczuć dreszczyk emocji. Musi zostać zmuszony do refleksji i chociaż przez chwilę zastanowić się, dlaczego król utożsamiał się z wagnerowskim Parsifalem? Nie oczekuję, że pańskie dzieło zyska nagle formę powieści pełnej dialogów i sensacyjnych wątków. Niech się pan zastanowi, jak powinna zostać skonstruowana treść, żeby przemówiła do współczesnego czytelnika, który w literaturze szuka nie tylko wiedzy, ale również intelektualnej rozrywki.

Kügen wziął sobie do serca uwagi wydawcy, ale zanim zaczął myśleć nad nową formą, przeprowadził eksperyment. Poprosił swoje obie dorosłe córki, żeby zapoznały się ze skryptem i wyraziły szczere opinie na temat lektury. Ich zdanie zostało dla dziekana tylko dodatkowym potwierdzeniem, że stworzył ciekawe opracowanie napisane chłodnym, akademickim językiem. W domyśle oznaczało to, że tekst na pewno nie jest porywający.

Po jakimś czasie profesor postanowił podjąć wyzwanie, aby spełnić oczekiwania przyszłego wydawcy i zaspokoić gusta potencjalnych czytelników. W efekcie powstała bardzo interesująca książka, która ukazała się drukiem z początkiem 1986 roku. Jej premiera obejmowała wydania niemieckie, francuskie i angielskie, a ilość sprzedanych egzemplarzy okazała się bardzo zadowalająca.

Kügen przyjął nietypową narrację dla swojego dzieła. Można stwierdzić, że znalazł pomysł będący prawdziwym strzałem w dziesiątkę.

Jeden z fragmentów "Bajkowego Króla" brzmiał następująco:

Zdobycie rzetelnej wiedzy, opartej wyłącznie na faktach, zajęło mi długie miesiące. Obsesyjnie poszukiwałem wszelkich informacji na temat najbardziej znanego, bawarskiego władcy. Zebrałem pokaźną dokumentację, wszedłem w posiadanie kopii dokumentów z ubiegłego wieku oraz dziesiątek zdjęć. Ktoś mógłby uznać moje słowa za nieskromne, ale zgromadziłem archiwum, jakiego nie powstydziłoby się żadne, niemieckie muzeum. Kiedy dziś myślę o swoich początkach związanych z odkrywaniem przeszłości Ludwika II śmiem twierdzić, że zostałem rażony chorobliwą pasją, noszącą znamiona obsesji. Jednak dzięki poszukiwaniom wiedzy, poznałem wielu interesujących ludzi, którzy okazali się bardzo pomocni w mojej pracy. Dzięki ich życzliwości, zdobyłem sporo informacji, aż dobrnąłem do finalnego momentu królewskiej biografii i zdałem sobie sprawę, że najtrudniej będzie rozwiać wątpliwości związane z jego śmiercią. Dostrzegam jedno sensowne rozwiązanie, lecz realizacja takiego pomysłu byłaby możliwa tylko za zgodą potomków rodziny Wittelsbach. Na chwilę obecną muszę jednak przemilczeć ten temat ufając, że przyszłość okaże się łaskawa. Teraz natomiast podzielę się z Wami wiedzą, gdzie historyczna prawda, ociera się o ludowe podania i legendy.

W ubiegłym stuleciu etat nadwornego lekarza był rzeczą zupełnie naturalną. W świcie Ludwika II taką rolę pełnił Bernhard von Gudden. Uchodził za cenionego neuroanatoma i psychiatrę. Według własnego pomysłu opracował przyrząd, służący do badań histologicznych mózgu, który nazwał mikrotomem. Obaj z królem znali się od lat, a ich stosunki należały do życzliwych. Jednak 9 czerwca 1886 roku Gudden wydał zaskakującą opinię i oświadczył, że Ludwik II jest osobą niepoczytalną. Jeszcze tego samego dnia władca Bawarii został pozbawiony tronu i przewieziony do zamku Berg, znajdującego się nad brzegami jeziora Starnberger. Lekarz towarzyszył Ludwikowi. Cztery dni później 13 czerwca obaj panowie udali się na popołudniowy spacer. Dzień był nieco chłodny, dlatego też wyszli odziani w płaszcze. Minęło kilka godzin, zapadł już zmierzch, ale wędrowcy nie powrócili. Służba rozpoczęła intensywne poszukiwania. Przed północą dostrzeżono dwa ciała dryfujące na wodach jeziora. Najdziwniejszym wydaje się fakt, że żaden z mężczyzn nie poszedł na dno. Na twarzy psychiatry stwierdzono sińce i liczne zadrapania, natomiast na zwłokach jego towarzysza nie było żadnych śladów. Bardzo szybko wysunięto teorię, że zdetronizowany władca, w akcie zemsty zabił lekarza, a następnie popełnił samobójstwo. Ciało Ludwika wyciągnięto z wody, ale nie było ono już odziane w płaszcz.

Zwłoki martwego króla ułożono w karecie i jeszcze tej samej nocy przewieziono do Monachium. Kondukt liczył sobie dziesiątki ludzi, którzy maszerowali pogrążeni w smutku, a każdy z nich dzierżył w dłoni płonącą pochodnię.

Po przybyciu na miejsce ciało Ludwika poddano szczegółowej autopsji. W myśl bawarskiej tradycji serce króla zostało wycięte i włożone do srebrnej urny. Umieszczono ją w Kaplicy Miłosierdzia w Altötting, gdzie są zgromadzone podobne relikty dawnych władców tej ziemi. Ciało Ludwika zostało ubrane w wytworne szaty z regaliami Zakonu Świętego Huberta i wystawione na widok publiczny w kaplicy królewskiej. Straż w galowych mundurach pełniła wartę przy zwłokach monarchy.

Pogrzeb odbył się 19 czerwca 1886 roku. Na mszę żałobną przybyły niezliczone tłumy. Grobem Ludwika II została krypta rodziny Wittelsbach, która do dziś znajduje się w podziemiach monachijskiego kościoła pod wezwaniem św. Michała i jest dostępna dla zwiedzających. Muszę nadmienić, że ów kościół uznaje się za wybitne dzieło renesansu z wyraźnymi elementami baroku. Z chwilą gdy trumna z ciałem króla zjawiła się w kościele, nad miastem rozpętała się gwałtowna burza. Natomiast w momencie, kiedy składano ją w grobie, jasna błyskawica przecięła niebo i rozległ się ogłuszający huk. Owo zjawisko atmosferyczne nie jest moim wymysłem, lecz świadectwem podań, które przetrwały nie tylko w formie opowieści, ale również w postaci kronik i urzędowych dokumentów.

Ludwik II był szanowany i lubiany przez swoich poddanych, którzy mówili o nim "nasz umiłowany król". Bardzo wielu z nich nigdy nie uwierzyło w oficjalną wersję wydarzeń, uznanych za przyczynę śmierci bawarskiego władcy. Po jego śmierci zamek Neue Burg Hohenschwangau, zyskał dopiero nazwę Neuschwanstein, którego sława i architektura nie ma sobie równych. Baśniowa budowla jest znana nawet dzieciom, bowiem posłużyła za inspirację dla utalentowanych rysowników z firmy Walta Disneya. Wizerunek zamku został umieszczony w czołówce ich produkcji filmowych i animowanych oraz posłużył za pierwowzór siedziby Śpiącej Królewny we wszystkich Disneylandach świata.

Przez następne pokolenia okoliczni mieszkańcy z ust do ust przekazywali sobie opowieści sugerujące, że Ludwik II padł ofiarą spisku uknutego przez swego stryja i oddanych mu ministrów. Faktem jest, że nigdy nie odnaleziono królewskiego płaszcza, w którym udał się na swój ostatni spacer. Plotka głosi, iż obecnie wiekowa odzież jest w posiadaniu rodziny Wittelsbach, a na materiale są widoczne dwie dziury po kulach.

Scena II Łzy świętego Wawrzyńca

Iłża. Sierpień, rok 1995.

Zbliżała się dwudziesta druga, kiedy młody mężczyzna wszedł do pokoju. Na fotelu siedziała jego ciężarna małżonka i znudzonym wzrokiem wpatrywała się w ekran telewizora.

- Kochanie - powiedział z uśmiechem na ustach - mam świetną propozycję! Weźmiemy koc i pójdziemy na łąkę nieopodal zamku. Dzisiejszej nocy ponoć przypada maksimum roju Perseidów i będziemy mieli okazję zobaczyć niezwykły, kosmiczny spektakl.

Kobieta spojrzała na niego marszcząc brwi i odburknęła:

- Ty jesteś chyba niepoważny! Myślisz, że ja mam siłę i ochotę na nocne spacerki?!

- Madziu, no chodźmy - odparł zachęcającym, łagodnym tonem. - Położymy się na łące, będziemy wypatrywać spadających gwiazd i wypowiadać swoje marzenia.

- Mogę ci zdradzić moje marzenia bez gapienia się w niebo - powiedziała z nieukrywaną ironią. - Chcesz je usłyszeć?

- Oczywiście - odparł, siląc się na uprzejmość.

- Po pierwsze, chciałabym już mieć za sobą poród. Czekam na rozwiązanie, jak na zbawienie. Mam dość, rozumiesz? Jest mi ciężko i jestem już tym wszystkim potwornie zmęczona. Myślisz, że to takie przyjemne dźwigać przed sobą brzuch wielkości beczki? Spójrz tylko na moje opuchnięte stopy. Trudno mi podnieść się z miejsca, a ty proponujesz spacer na drugi koniec Iłży! Wiesz co Michał, bardzo ci dziękuję za tak wątpliwą rozrywkę - powiedziała i z politowaniem pokiwała głową. - Natomiast moje drugie marzenie, jest związane z tobą. Chciałabym, żebyś w końcu znalazł sobie jakąkolwiek pracę. Za kilka miesięcy przestaniesz otrzymywać zasiłek i zaczniemy klepać biedę. Będziemy dziadować, zdani na łaskę naszych rodziców.

- Masz do mnie pretensje, że w wyniku redukcji etatów zostałem zwolniony? - odpowiedział oschłym tonem. - Czy to moja wina, że w Iłży nikt nie oferuje zatrudnienia? Szukałem pracy w Radomiu, w Starachowicach, w Skarżysku Kamiennej i zjeździłem chyba wszystkie firmy w Ostrowcu Świętokrzyskim. Gdzie jeszcze mam szukać? Dokąd się udać? Całymi dniami siedzisz przed telewizorem i oglądasz jakieś idiotyczne seriale. Może posłuchaj wiadomości, a wtedy dowiesz się, że prywatyzacja pchnęła nasz kraj w gospodarczą zapaść...

- Będę oglądać to, na co mi przyjdzie ochota - wpadła mu w zdanie. - Poza tym ja nie straciłam pracy. Korzystam z dobrodziejstw systemu, a że bardzo trudno znoszę ciążę, mam prawo być na zwolnieniu! Po porodzie na pewno zdecyduję się na urlop macierzyński.

- Możesz mi wyjaśnić, o co ci właściwie chodzi? - zapytał Michał i niemal natychmiast dodał, siląc się aby jego głos nie oddawał negatywnych emocji: - Chciałem tylko, żebyśmy razem poszli w pogodną, sierpniową noc, popatrzeć na spadające gwiazdy i miło spędzili czas, a ty rzucasz się na mnie z pretensjami o pracę.

- Wiesz co, idź sobie! Po prostu idź wypatrywać meteorów! Jestem zmęczona i nie mam ochoty na żadne eskapady, ani jakiekolwiek kłótnie o tej porze.

Michał wyszedł z domu. Pod pachą trzymał koc, a przez ramię miał przewieszoną wysłużoną, parcianą torbę. W jej wnętrzu spoczywała paczka papierosów i puszka z piwem. Wolnym krokiem zmierzał pustą ulicą, kierując się w stronę wzgórza, na którym widniały ruiny zamku wzniesionego ponad sześć stuleci temu. Światła latarni jarzyły się żółtym blaskiem, a wokół szklanych kloszy krążyły nocne ćmy. O tej porze ulice Iłży mogłyby posłużyć za scenerię filmu o miasteczku, które z nieznanych powodów, zostało w pośpiechu opuszczone przez swoich wszystkich mieszkańców. Pogoda była bezwietrzna, a w uszach dźwięczała błoga cisza sierpniowej nocy.

Michał bardzo kochał swoją żonę, a z chwilą kiedy okazało się, że zaszła w ciążę, okazywał jej czułość i cierpliwość. Miał świadomość, że kobiety będące przy nadziei należy traktować w szczególny sposób, akceptować ich humorki i zachwiania nastrojów oraz spełniać najbardziej dziwaczne zachcianki. Jednak od trzech miesięcy Magda zaczęła zachowywać się w taki sposób, jakby chciała sprawdzić gdzie kończą się granice jego cierpliwości. Krótko mówiąc, wkurwiała go tak bardzo, że aż krew w żyłach zaczynała wrzeć. Czasami naprawdę trudno mu było zachować opanowanie. Wiele razy miał ochotę wrzasnąć albo uderzyć dłonią w stół, żeby przerwać dalszą, idiotyczną dyskusję. Jednak nigdy nie doszło do takiej sytuacji.

Magda i Michał byli rówieśnikami i od urodzenia mieszkali w Iłży. Ich znajomość sięgała jeszcze czasów, kiedy uczęszczali do szkoły podstawowej. Natomiast jak mieli po siedemnaście lat, obudziły się w nich bardziej płomienne uczucia, silniejsze niż koleżeństwo i przyjaźń. Zbliżyli się do siebie. Zostało im dane doświadczyć młodzieńczej miłości. Miłości obopólnie odwzajemnionej, przepełnionej niecierpliwością i szalonymi zrywami serc. W swoich ramionach przeżyli pierwsze namiętne chwile, pełne subtelnej bliskości. Poznali czułość dotyku i smak gorących pocałunków. Pomiędzy nimi pojawiło się magiczne przyciąganie, zarówno fizyczne, jak i duchowe.

W roku 1990 oboje przystąpili do matury. Magda zaliczyła egzamin dojrzałości z wyróżnieniem, natomiast Michał oblał z matematyki i nigdy więcej nie podjął kolejnej próby. Swoją edukację zakończył na tym etapie i mógł o sobie mówić, że jest absolwentem technikum mechanicznego, który posiada wykształcenie średnie niepełne. Wiosną 1991 roku otrzymał powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej i kolejnych osiemnaście miesięcy, spędził w szeregach armii. Trafił do koszar w miejscowości Żary i tam szkolił się na artylerzystę. Będąc żołnierzem zrozumiał, że prawdziwych kumpli spotyka się w wojsku. W armii poznał chłopaka, który pochodził ze Śląską i nazywał się Norbert Drabiniok. Obaj przypadli sobie do gustu i połączyła ich męska przyjaźń. Długa rozłąka, była jednocześnie egzaminem uczuć, które splotły losy Magdy i Michała. Niewielu wierzyło, że ich znajomość przetrwa próbę czasu i odległości. Jednak oni udowodnili całemu światu, że są sobie pisani.

Jesienią 1992 roku Michał został rezerwistą. Niespełna miesiąc po powrocie do Iłży, otrzymał pracę na stanowisku ślusarza w Zakładach Górniczo-Hutniczych z siedzibą w Zębcu. Magda natomiast zdążyła w międzyczasie ukończyć dwuletnie studium, związane z finansami i rachunkowością. Jeszcze w tym samym roku zostali oficjalnie narzeczeństwem, a w maju 1993 roku planowali zawrzeć związek małżeński. Zaproszenie na ceremonię wraz z osobą towarzyszącą, otrzymał Norbert Drabiniok, który przyjechał z Rybnika na ślub swojego najlepszego kumpla. Państwo młodzi mieli ten luksus, że mogli zamieszkać w domu rodziców Michała, otrzymując do dyspozycji całe pierwsze piętro.

Zanim młodzi stanęli na ślubnym kobiercu Leonard Werlich miał rzec:

- Synu, mamy cię tylko jednego. My z matką nie będziemy żyć wiecznie, a po naszej śmierci dom będzie należał do ciebie. Ja wiem, że to nie jest willa jak z katalogu, ale co swoje to swoje. Nie komplikujcie sobie życia, zamieszkajcie na piętrze. Na pewno nie będziemy sobie zawadzać. Dorobicie się, a jak uznacie, że pora iść na swoje, nikt nie będzie was zatrzymywał.

Magda nie miała nic przeciwko, a prawdę mówiąc, była nawet z tego powodu zadowolona.

Półtora roku później młodzi państwo Werlich zdecydowali się na dziecko. Magda zaszła w ciążę, a termin porodu miał przypaść pod koniec sierpnia 1995 roku. Wspólnie ustalili, że jeśli dziecko będzie płci męskiej, otrzyma imię po swoim dziadku ze strony ojca. Natomiast jeśli okaże się dziewczynką, wówczas zostanie ochrzczona imieniem Zofia, po swojej babci ze strony matki.

Czas leniwie sunął do przodu. Wszystko było dobrze, aż do chwili kiedy przedsiębiorstwo z Zębca znienacka wpadło w problemy natury finansowej. Z dnia na dzień dyrekcja ogłosiła redukcję etatów. W pierwszej kolejności pracę stracili najmłodsi stażem, a Michał zaliczał się do ich grona. Z początkiem czerwca, został zmuszony zarejestrować się w Powiatowym Urzędzie Pracy. Mniej więcej w tym samym czasie ciężarna Magda zaczęła miewać swoje bardzo abstrakcyjne nastroje. Coraz częściej zachowywała się tak, jakby chciała udowodnić całemu światu, że jest zniesmaczona, znudzona i zdegustowana. W ich domu zagościły drażliwe sytuacje, a zgorzkniała atmosfera burzyła sielankową egzystencję. Drobne sprzeczki i potyczki czasami przeistaczały się w litanię wyimaginowanych problemów i ukrytych żalów. Michał jednak znosił wszystko nad wyraz cierpliwie. Zdawał się być ostoją spokoju i anielskiej tolerancji.

W tej chwili szedł samotnie ulicą i było mu trochę przykro. Dzisiejszy wieczór - szepnął w myślach - mogliśmy spędzić w uroczy sposób. Jutro podczas śniadania na pewno usłyszę, że jest jej głupio. Znowu stwierdzi, że zachowała się jak zołza...

Ruiny iłżeckiego zamku z oddali przypominały czarną, gigantyczną makietę, która odznaczała się na tle nieba usianego plejadami połyskujących gwiazd. Widok był iście urzekający, a najdosadniej wyróżniała się strzelista baszta, wzniesiona na planie koła.

Michał leżał na kocu i spoglądał w bezkres kosmosu. Powietrze i przestrzeń były tak klarowne, że majestatyczna smuga Drogi Mlecznej, zdawała się być na wyciągnięcie ręki. Pejzaż, za którym czaił się nieskończony wszechświat, miał w sobie coś kojącego. Do jego uszu docierało cykanie świerszczy i nagle przypomniał sobie słowa spikera, który w porannej, radiowej audycji, zachęcał słuchaczy aby przed północą zwrócili swe oczy ku gwiazdom. Prezenter twierdził, że dzisiejszej nocy przypadnie największa intensywność Perseidów, które zyskały sobie również poetycką nazwę i są określane mianem "łez świętego Wawrzyńca". Potem radiowiec pokusił się o żart i stwierdził, że podczas deszczu spadających gwiazd, mamy szansę wypowiedzieć wiele swoich najskrytszych marzeń, które powinny się spełnić.

Kosmiczny spektakl rozpętał się niespełna kwadrans po dwudziestej trzeciej. Niebo zaczęły przeszywać pojedyncze smugi meteorów, ale z minuty na minutę ich częstotliwość stawała się coraz większa. Jasne błyski, a każdy z nich trwał zaledwie ułamek sekundy, pruły sierpniowe niebo. Na arenie przestworzy rozgrywało się zachwycające widowisko.

Michał leżał na wznak i wpatrzony w niebo, liczył spadające gwiazdy. Chwilę po tym, kiedy ujrzał pierwszą, w jego umyśle zagościło z pozoru prozaiczne życzenie. Chciał, żeby Magda urodziła mu syna. Deszcz Perseidów pozwalał na wypowiedzenie wielu najskrytszych oczekiwań, ale Michał postanowił przechytrzyć przepowiednię. Liczył mrugnięcia spalających się w ziemskiej atmosferze meteorów, a każde z nich przekładał na konkretną kwotę pieniędzy. Jedna spadająca gwiazda, oznaczała dla niego jeden milion polskich nowych złotych. Nim wybiła północ, doliczył się trzydziestu trzech łez świętego Wawrzyńca. W duchu uznał, że taka liczba jest wystarczająca i dopiero wtedy wypowiedział swoje nierealne marzenie. Szepnął pod nosem:

- Chciałbym zdobyć taką forsę, zanim świat wkroczy w nowe tysiąclecie!

Wracając do domu, dwudziestopięcioletni Michał Werlich, nawet nie podejrzewał, że jego życzenia zostaną ziszczone. Nie należał do ludzi, którzy przesadnie martwią się przyszłością i wybiegają myślami daleko w przód. Swoje dzieciństwo oraz młodość, spędził w Iłży i nigdy nie planował migracji poza rodzinne strony. W tej chwili nie miał pojęcia, że jego życie zmieni się, kiedy już tak naprawdę zostanie ojcem. Będzie kimś więcej, niż tylko dobrym mężem, dbającym o wygody ciężarnej współmałżonki. Przyjdzie mu wówczas poznać męskie poczucie obowiązku i odpowiedzialności. Potem los sprawi, że odkryje w sobie zmysły i talenty, które uczynią go bardzo majętnym człowiekiem. Zapewni swojej rodzinie życie na wysokim poziomie. Będzie się czuł spełniony i szczęśliwy. Osiągnie sukces. Zrealizuje większość swoich zawodowych planów. Jednak pewnego dnia świat Michała Werlicha bezpowrotnie legnie w gruzach. Pieniądze i wszelkie dobra materialne, przestaną dla niego mieć jakiekolwiek znaczenie. W drugiej połowie lata 2015 roku również przyjdzie mu podziwiać mknące niebem roje Perseidów, ale będzie wówczas kuracjuszem resortu, specjalizującego się w regeneracji zdrowia psychicznego.

Scena III Coś jest nie tak!

Upłynęły cztery dni od chwili, kiedy Michał w samotności podziwiał nocą spektakularne zjawisko na sierpniowym niebie. Przez ten czas w jego życiu nie wydarzyło się nic szczególnego, ale za to dla Magdy zbliżał się nieuchronnie dzień rozwiązania. Zgodnie z zaleceniami lekarza młodzi państwo Werlich zjawili się w radomskim szpitalu na trzy dni przed planowanym porodem. Magda została przyjęta na oddział położniczy i teraz pozostało jej jedynie cierpliwie czekać na cud narodzin. Z jednej strony chciała już mieć to przeżycie za sobą, a z drugiej była pełna obaw i lęków. Zdążyła się nasłuchać wielu kobiecych wspomnień, które w przeszłości zostały matkami. Z ich opowieści wyłaniał się obraz fizycznych, bolesnych doznań oraz zapowiedź magicznych uczuć, które są warte każdego cierpienia.

Na dzień przed wyjazdem do szpitala, Magda złożyła odwiedziny swoim rodzicom.

- Nie bój się córeczko - powiedziała jej matka pocieszającym tonem - ja urodziłam waszą piątkę i jak widać przeżyłam. Za każdym razem było ciężko i bolało, jednak kiedy ujrzysz swoje dziecko w rękach lekarza lub położnej, ogarnie cię poczucie niesamowitego szczęścia. Na widok swojej kruszynki zapomnisz o całym świecie. Kiedy położą ci maleństwo na piersi, zrozumiesz, że ono jest twoim najcenniejszym skarbem i że było warto doświadczyć wszystkich poświęceń - rzekła z uśmiechem na ustach.

Michał obiecał swojej żonie, że będzie przyjeżdżał do szpitala każdego dnia i dotrzymał słowa. W okolicach południa zjawiał się w odwiedziny. Na oddziale położniczym panował zwyczaj, że wizyty odbywały się w telewizyjnej sali, bowiem osoby trzecie miały zakaz wstępu do szpitalnych izb. W głównej mierze chodziło o to, aby kobiety czekające na poród, nie czuły z tego powodu dyskomfortu.

Każda wyprawa z Iłży do Radomia miała charakter kilkugodzinnego wypadu. Prywatnym samochodem pokonanie trasy w jednym kierunku zajmowało niespełna pięćdziesiąt minut, doliczając do tego czas wizyty i drogę powrotną, robiły się trzy godziny jak nic. Michał jednak nie posiadał własnego pojazdu, a pożyczanie poloneza od ojca nie wchodziło w rachubę. Leonard Werlich był ciągle aktywny zawodowo i każdego dnia musiał dojeżdżać do starachowickiej fabryki, gdzie pracował prawie od trzech dekad.

Jeszcze kilka lat temu połączenia komunikacyjne, pozwalały co godzinę dostać się do Radomia, ale od ponad roku drastycznie zmalała ich częstotliwość. Teraz dojazdy były ponoć dostosowane do potrzeb mieszkańców Iłży, którzy nie podzielali tej teorii. W ich mniemaniu spółka, w jaką przerodził się dawny państwowy przewoźnik, dokonała chłodnej kalkulacji zysków i strat. Obecnie z Iłży w ciągu dnia odjeżdżały do Radomia tylko cztery autobusy i tyle samo było kursów powrotnych. Michał wyruszał w podróż do szpitala o dziesiątej czterdzieści pięć, natomiast najwcześniej mógł wrócić kursem o piętnastej trzydzieści. Każda eskapada trwała ponad pięć godzin... Po powrocie do rodzinnej miejscowości przyszły ojciec odwiedzał wypożyczalnię kaset video. Zawsze uważał siebie za kinomana, a oglądanie filmów było jego ulubionym zajęciem. Odtwarzacz video kupił dawno temu, będąc jeszcze reprezentantem kawalerskiego stanu. Z chwilą kiedy został szczęśliwym posiadaczem urządzenia, umożliwiającego oglądanie filmów, zaczął korzystać z usług lokalnej wypożyczalni snów. Filmy traktował jako doskonałą rozrywkę i odskocznię od prozy dnia codziennego. Był prawdziwym pasjonatem X muzy i Magda wiele razy mówiła w żartach, że powinien zostać krytykiem filmowym.

W czwartkowe przedpołudnie Michał ponownie zjawił się w szpitalu. Był lekko zaniepokojony, bowiem termin porodu miał przypaść dwa dni temu. Od tamtej pory dręczyło go niepokojące przeczucie, a w jego myślach czaiło się złowieszcze zdanie: - Coś jest nie tak! Ukojenia nie przyniosły nawet słowa lekarza, który zapewniał oboje młodych rodziców, że powinni przyjąć odrobinę tolerancji czasowej i nie traktować prognozowanej daty porodu jako ostatecznej.

- Ciąża ma prawidłowy rozwój - stwierdził lekarz - na bieżąco śledzimy pojawiające się u pani rozwarcie. Moim zdaniem do narodzin dojdzie w trakcie trzech najbliższych dni. Proszę się odprężyć, zachować spokój i być dobrej myśli.

Następnego dnia młodzi państwo Werlich ponownie spędzili z sobą czas w sali telewizyjnej.

- Nie martw się - powiedziała Magda i złapała swojego męża za dłoń. - Dzisiaj urodzę.

- To chyba ja powinienem pocieszać ciebie, a nie ty mnie - stwierdził jej rozmówca.

- Teoretycznie masz rację - zażartowała. - Wiesz czego tak naprawdę jestem ciekawa?

- Czego?

- Czy sprawdzisz się w roli ojca.

- Ja?! - odpowiedział pytaniem i niemal natychmiast dodał: - Będę najlepszym tatą na świecie!

Punktualnie o piętnastej trzydzieści Michał wsiadł do autobusu. Przez najbliższych pięćdziesiąt minut, czekała go podróż do Iłży.

Zajął miejsce i spojrzał w okno.

Ponad dachami Radomia rozpościerał się nieskazitelny błękit sierpniowego nieba. Dzień był upalny, a zarazem bardzo duszny. Powietrze wydawało się gęste i ciężkie, jakby przyroda w ten oczywisty sposób chciała zakomunikować, że niebawem nadejdzie letnia burza.

Kwadrans po dwudziestej Magda nabrała przekonania, że dzisiejszego wieczoru rozegra się najważniejsze wydarzenie w jej dotychczasowym życiu. Najpierw ogarnęła ją fala nieprzyjemnych nudności, potem poczuła wilgoć w okolicach krocza i intensywny ból w krzyżu. Objawy sugerowały, że nowy mieszkaniec świata jest już gotów obwieścić ludzkości swoje istnienie.

Oddziałowa pielęgniarka kazała przygotować salę porodową i powiadomiła lekarza.

Magda bardzo szybko zrozumiała, że nie będzie w stanie zastosować się do podręcznikowych instrukcji i zaleceń. Teoretyczna wiedza mknęła trajektorią wiodącą do nieuniknionej kolizji z rzeczywistością.

Bardzo bolesną rzeczywistością.

Kiedy pielęgniarki zabierały ją z sali, zdążyła jeszcze zerknąć w okno. Zobaczyła, że na ścianach budynków, maluje się intensywna poświata zachodzącego słońca. Natomiast w oddali, ponad dachami domów, widniał rozległy, ciemnobrunatny całun ponurych chmur.

Osoby pasjonujące się fotografią określają ten moment dnia "złotą godziną". Gra świateł, cieni i barw, potrafi stworzyć niesamowicie urzekające kompozycje. Nawet znajome, mało urokliwe miejsca, wyglądają wówczas jakby nabrały bajkowego charakteru. Podczas "złotej godziny" ich naturalna brzydota i pospolitość przepadają bez wieści. Zwykłe budynki przeistaczają się w dodatki do malowniczych pejzaży, nasyconych głębią magicznych kolorów. Gdyby w tej chwili ktoś nawet mało wrażliwy na piękno, miał okazję spojrzeć z oddali na radomski szpital, dostrzegłby zachwycający widok. Kompleks wzniesiony z prostokątnych, betonowych brył, oświetlały promienie zachodzącego słońca. Niektóre z okien połyskiwały i mieniły się niczym szczerozłote sztaby najcenniejszego z kruszców. W oddali linia horyzontu zdawała się zniknąć, jakby została wchłonięta przez złowieszczy masyw ciemnych chmur. Brunatna płachta z każdą chwilą zawłaszczała coraz większe połacie błękitnego nieba, jakby szykowała arenę walki pomiędzy dobrem i złem, jasnością i mrokiem, życiem i śmiercią.

Wiatr z każdą chwilą przybierał na sile. Już nie kołysał gałęziami, ale dął z całą mocą, jakby chciał zmusić korony drzew, aby oddały pokorne pokłony przed zbliżającym się majestatem. Z otchłani posępnych chmur docierały groźne pomruki grzmotów. Raz po raz dało się zauważyć, jak ponurą toń nieba, przeszywają flesze błyskawic.

Nadciągał żywioł.

Zbliżał się.

Przybywał, aby ukazać światu swą potęgę.

Zawsze, kiedy słońce już zajdzie za horyzontem, wówczas po przeciwnej stronie nieba widać jak przestrzeń pochłania ciemność. Jest delikatna, zazwyczaj wydaje się niewinna i tajemnicza. Niesie z sobą zapowiedź odpoczynku i zasłużonego snu. Jednak w tej chwili na wschodzie jawił się obraz oddający grozę z kart gotyckich powieści. Niebo ponad horyzontem, gdzie każdego świtu majaczy blask jutrzenki, teraz wyglądało niczym rozwarte na oścież wrota, wiodące do krainy czarnych czeluści.

Świat znienacka utonął w strugach ulewnego deszczu. W okamgnieniu ulice przeistoczyły się w rwące potoki. Krople deszczu z impetem uderzały w szyby i parapety, a ich dźwięk przypominał takty szatańskiej symfonii. Im bardziej niebiosa stawały się mroczne, tym wyraźniej było słychać grzmoty piorunów. Epicentrum burzy zmierzało w stronę kompleksu szpitalnych budynków. Z oddali ów widok był zachwycający i niesamowicie zjawiskowy. Przypominał kumulację atmosferycznych wyładowań, jakby jakaś tajemna siła wskazywała błyskawicom miejsce, w które powinny wymierzać swe ciosy. Za każdym razem, kiedy rozgniewane niebo przeszywał oślepiający blask, natychmiast rozlegał się potworny huk.

- Przyj kochanie! Przyj! - powtarzała położna.

Magda słyszała docierające do uszu słowa, ale nie miała już sił. Czuła tylko przerażający ból, jakby ktoś próbował ją bestialsko rozszarpać. Jej włosy wyglądały niczym zwilżone strąki. Miała wrażenie, że każdy centymetr kwadratowy jej ciała jest mokry od potu. W skroniach słyszała dudnienie przyśpieszonego pulsu.

- Przyj złociutka! Jeszcze trochę i będzie po wszystkim! Przyj!

Wykrzesała z siebie resztkę sił i z krzykiem na ustach zmusiła się do morderczego wysiłku. W tym samym momencie, kiedy dziecię wymsknęło się z jej łona niczym orzeszek ze skorupki, rozbrzmiał ostatni, przerażający grzmot. Wyładowanie sprawiło, że wszystkie światła radomskiego szpitala zadrżały, jakby na ułamek sekundy zostały pozbawione zasilania.

- Mamy go! Chłop jak dąb! - powiedział lekarz, odcinając pępowinę.

Magda ocknęła się w środku nocy. Przez chwilę leżała z otwartymi oczami i wpatrywała się w cienie pełzające po suficie. Czuła się tak, jakby pokonała zabójczy tor przeszkód. Nie była w stanie udzielić sobie odpowiedzi, ile czasu rodziła? Ile trwała ta męka? Nie potrafiła skojarzyć, czy pozwolili jej przytulić noworodka? Miała jedynie świadomość, że urodziła chłopca i na tym kończyła się jej cała wiedza.

Przez umysł młodej mamy toczyła się lawina myśli, a każda z nich niosła z sobą pytania. Czy jest zdrów i cały? Czy wszystko z nim w porządku? Gdzie teraz jest? Kto się nim zajmuje? Kiedy będzie mogła wziąć swoje dzieciątko w ramiona? Ogarniały ją przedziwne uczucia. Nie umiała ich nazwać słowami, chociaż owe doznania były bardzo intensywne. Miała wrażenie, że poród wyzwolił w niej głęboko ukryte emocje. Nagle zaczęła rozumieć sens słów, które miała okazję usłyszeć z wielu kobiecych ust:

- Prawdziwe oblicze miłości poznasz z chwilą, kiedy zostaniesz matką!

Jeszcze przed zwyczajową, poranną wizytą lekarską, każda młoda mama mogła nacieszyć się widokiem, dotykiem i obecnością swojego dzieciątka.

Pielęgniarka podała Magdzie oseska opatulonego w becik. Trudno było powiedzieć, czy mały człowieczek spał. Miał zamknięte powieki, a na jego niewinnej buźce gościł grymas zadowolenia. Wyglądał odrobinę komicznie, bowiem miał ciemne kudełki, a licha fryzurka ułożyła się w koguci czubek. Na jego drobnych usteczkach majaczył błogi uśmiech. Magda przez chwilę spoglądała z zachwytem na bezbronną kruszynę i pomyślała, że tak właśnie wygląda ziszczenie wszystkich najcudowniejszych marzeń. Powoli wyciągnęła przed siebie prawą dłoń i grzbietem palców, delikatnie i z czułością, pogładziła policzek swojego synka. Dotyk sprawił, że twarz chłopczyka na moment przybrała wyraz lekkiego zaskoczenia. Być może jego receptory odczytały jedno z pierwszych wrażeń i natychmiast przesłały do umysłu impuls doznania. Jednak ta krótka i prozaiczna sytuacja, wywołała również niespodziewaną reakcję w świadomości młodej mamy. Magda niemal natychmiast cofnęła swoją dłoń, a w jej umyśle rozbrzmiała z krzykiem koszmarna myśl:

- Coś jest nie tak!

Scena I Sudecka Ostoja

Sierpień, rok 2015.

Pieszy szlak turystyczny, wiodący z miejscowości Radków do Wambierzyc, liczy sobie niespełna pięć kilometrów. Najpierw droga snuje się pośród pagórków pokrytych połaciami malowniczych pól, a potem przechodzi w leśny trakt. Każdy, kto miał okazję pokonać ową trasę na pewno przyzna, że taki spacer należy do przyjemności. Tamtejsze okoliczności przyrody są urzekające, a widok rozległego pasma Sudetów potęguje dodatkowe wrażenia. Podczas słonecznej pogody ze szlaku można podziwiać imponujący masyw Gór Stołowych, którego odległość w linii prostej nie przekracza siedmiu kilometrów. Ich najwyższym szczytem jest Szczeliniec Wielki, który wznosi się 919 metrów nad poziomem morza. Z oddali przypomina potężny blok skalny o ściętym wierzchołku, który dominuje nad okolicą porośniętą iglastymi lasami. Przez długie stulecia Szczeliniec był zapewne świetnym punktem orientacyjnym dla wędrowców, pielgrzymów i kupieckich karawan, a w miarę upływu czasu stał się atrakcją turystyczną. Owo miejsce odwiedziło wielu znanych ludzi. Jedna z tablic upamiętniających szczególną wizytę głosi, że z końcem lata 1790 roku zawitał tam Johann Wolfgang von Goethe. W drugiej dekadzie XIX wieku niejaki Franz Pabel, doprowadził do utworzenia trasy wiodącej na szczyt, która została wykonana z 665 kamiennych stopni. Jego dziedzictwo przetrwało do dziś. Dzięki tej godnej pochwały inicjatywie, niezliczone rzesze amatorów górskich wędrówek miały, mają i jeszcze długo będą mieć okazję, aby pokonać szlak wytyczony przez kamienne schody. Po dotarciu na ich szczyt, wysiłek każdego piechura zostaje wynagrodzony, bowiem może spojrzeć na widoki, zapierające dech w piersiach.

W roku 2009 trzech lekarzy, którzy związali swoje kariery z dziedziną psychiatrii, postanowiło otworzyć firmę. Panowie założyli spółkę cywilną. Wszyscy byli mieszkańcami kotliny kłodzkiej, a ich stosunki od wielu lat pozostawały na przyjacielskiej stopie. Mężczyźni byli w zbliżonym wieku, posiadali rodziny i podzielali identyczne, zawodowe pasje. Stanowili zgraną paczkę i darzyli się zaufaniem. Zanim wzięli sprawy we własne ręce, każdy z nich pracował na szpitalnym etacie, a po godzinach urzędował w swoim prywatnym gabinecie. W przeszłości wiele razy podczas spotkań na towarzyskim gruncie, rozważali możliwość połączenia sił i wiedzy na rzecz wspólnego interesu. Każdemu z nich pomysł wydawał się interesujący, ale był również ryzykowny i rozbijał się o kwestie natury materialnej. Kiedy pewnego dnia okazało się, że dzięki funduszom z Unii Europejskiej mogą uzyskać lwią część pieniędzy na sfinansowanie odważnego zamierzenia, postanowili podjąć wyzwanie.

Trójka lekarzy miała jasno sprecyzowane i przemyślane plany. Ich oferta była odpowiedzią na potrzeby majętnych klientów. Bazując na swoich zawodowych doświadczeniach popartych wieloletnią praktyką doszli do wniosku, że współczesne tempo życia jest przyczyną wielu poważnych i uciążliwych dolegliwości psychicznych. Depresje, fobie, stany lękowe, załamania na tle nerwowym, zmęczenie prowadzące do wypalenia sił witalnych, uzależnienia od zgubnych nałogów, bezsenność... Lista problemów boleśnie odbijających się na ludzkiej psychice, zdawała się nie mieć końca. Zamiarem mężczyzn było stworzenie profesjonalnej kliniki, mającej za zadanie przyjść z pomocą współczesnym krezusom, którzy z jakiegoś powodu poczuli się zagubieni lub przytłoczeni, otaczającą ich rzeczywistością.

Cenieni psychiatrzy podjęli odważną i bardzo niekonwencjonalną decyzję. Fundusze, które otrzymali z ramienia Unii Europejskiej oraz pokaźny kredyt bankowy, jaki ich spółka została zmuszona zaciągnąć, zainwestowali w kupno ziemi i budowę ośrodka. W ciągu niespełna szesnastu miesięcy, mieli do dyspozycji kompletnie wyposażony, dwupiętrowy budynek. Obiekt był ulokowany w leśnej głuszy, nieopodal pieszego szlaku, który prowadził z Radkowa do Wambierzyc. Do okazałej siedziby można było dojechać tylko polną, utwardzoną tłuczniem drogą. Rozległą parcelę otaczał wysoki płot, a wjazdu na jej teren broniła wysoka brama wykonana z kutych, stalowych prętów. Przed wjazdem znajdował się elegancki szyld, na którym widniał napis:

RESORT "SUDECKA OSTOJA"

Lekarze uznali, że w turystycznym aspekcie słowa "resort", kryje się mocny przekaz, który w podświadomości każdego człowieka kojarzy się z ekskluzywnym i kosztownym wypoczynkiem. Zważywszy jeszcze na fakt, iż nie można było, ot tak z marszu wejść na teren ośrodka, owa sugestia zdawała się potęgować prestiż. Wiele razy zdarzało się, że jacyś turyści dostrzegli z oddali okazały budynek w środku lasu. Nabierali przekonania, że spoglądają na hotel i tym samym wyciągali wniosek, iż musi się tam znajdować restauracja. Dopiero po dotarciu przed bramę, która uniemożliwiała dalsze wejście oraz widok wysokiego płotu i ulokowanych na nim kamer monitorujących, wszyscy wykonywali przysłowiowy "w tył zwrot". Okoliczni mieszkańcy byli świadomi, że budynek stojący na odludziu, nie ma nic wspólnego z tradycyjną branżą wypoczynkową. Złośliwi, potocznie określali to miejsce "pensjonatem świrów".

Szefowie resortu zadbali, żeby zarówno wnętrza obiektu oraz jego otoczenie, miały dla oka przyjemny charakter i kojarzyły się z sielankową, odprężającą atmosferą. Każdy członek personelu miał obowiązek nosić firmowy uniform w pistacjowym kolorze oraz nieduży identyfikator, przypięty do klapki kieszeni na wysokości lewej piersi. W drugim roku działalności "Sudeckiej Ostoi" na terenie resortu pracowało ponad trzydzieści osób. Swój etat znalazło tutaj kilku lekarzy, pielęgniarki, pielęgniarze, fizjoterapeuci, sprzątaczki, kucharze, ochroniarze oraz człowiek, określany mianem "złota rączka".

Resort bardzo szybko zaczął przynosić zyski, które przerosły najśmielsze oczekiwania trzech współwłaścicieli. Interes kręcił się w najlepsze, a dzięki osobom, które skorzystały z jego specyficznej oferty, zyskał miano doskonałego. Sudecka Ostoja nie potrzebowała lepszej reklamy niż ta, która powędrowała w świat dzięki rekomendacji byłych pensjonariuszy. Jednak sekret zawrotnego sukcesu tkwił w innym miejscu. Był zasługą nietypowego rozwiązania, które mogłoby uchodzić za genialne w swej prostocie. Trójka lekarzy uciekła się do sprytnego fortelu. Konstruując ofertę swoich specjalistycznych usług, postanowili nie używać słów, które mogłyby jednoznacznie kojarzyć się z medycyną. W jej treści nie padały takie słowa jak leczenie, klinika, zabiegi, szpital, pacjent, choroba, tabletki, oddział, zastrzyk, recepta. Nie było określeń typu psychika, depresja, zaburzenia, lęki, uzależnienie. W profesjonalnych, kolorowych folderach reklamowych, które ukazywały urokliwe zdjęcia "Sudeckiej Ostoi" zastosowali bezpieczne nazewnictwo. Identyczną formę zachowali również na stronie internetowej, która błyskawicznie kojarzyła się z ofertą pięciogwiazdkowego hotelu. Resort istniał również w mediach społecznościowych, gdzie prezentował swój nietuzinkowy wizerunek. Opis oferty zawierał bogaty wachlarz słów, które nie miały w sobie nic niepokojącego, ale w ich subtelnych zwrotach kryło się czytelne przesłanie. Kuracjusz, turnus, odnowa duchowa, pokonywanie słabości, odzyskanie spokoju, równowaga emocjonalna... Oczywiście niektórzy mogliby uznać zlepek takich określeń za wizytówkę jakiejś prężnie działającej i podejrzanej sekty. Jednak na stronie internetowej widniał również odnośnik, a po jego kliknięciu osoba oglądająca witrynę, mogła zobaczyć prezentację całego personelu. Wówczas stawało się jasne, że resort świadczy profesjonalne usługi. Nazwiska pracowników poprzedzały naukowe tytuły, a w opisie zatrudnionych, widniały ich zawodowe osiągnięcia. Wchodząc głębiej w treść, przeglądający natychmiast orientował się, że na stronie podane są jedynie ceny podstawowego pobytu. Nie można było dokonać żadnej rezerwacji, bowiem w pierwszej kolejności należało skontaktować się telefonicznie z przedstawicielem resortu. Rozmowa miała charakter informacyjny i dalszy, ewentualny dialog, mógł zostać podjęty po uprzednim umówieniu się na wizytę. Wtedy dopiero można było określić zakres usług oraz długość pobytu przyszłego pensjonariusza i co najważniejsze - termin kuracji. Dodając wszystkie elementy, pojawiała się konkretna cena, która od zawsze szła w grube tysiące polskich nowych złotych.

Scena II Milczenie jest złotem

Doktor Sarowski stał w oknie swojego gabinetu, który znajdował się na parterze budynku i spoglądał na taras, skąpany w promieniach sierpniowego słońca. W oddali rozpościerał się widok na dostojny Szczeliniec, który wznosił się niczym kamienny bastion, królujący nad połaciami leśnych drzew.

Na tarasie w wiklinowym fotelu siedział mężczyzna. Nagle podeszła do niego smukła kobieta ubrana w czerń. Przykucnęła, położyła dłoń na jego ramieniu i cmoknęła go w policzek. Zaczęła coś do niego mówić. Lekarz stojący w oknie obserwował sytuację, ale nie miał najmniejszych szans, żeby cokolwiek usłyszeć. Bacznie przyglądał się obojgu, bowiem był ciekaw reakcji jej słuchacza.

Po chwili kobieta podniosła się. Przysunęła w stronę mężczyzny stojący nieopodal fotel i usiadała. Założyła nogę na nogę i odezwała się łagodnym tonem:

- Michał, błagam cię odpowiedz na moje pytanie. Powiedz mi, chcesz tutaj jeszcze zostać, czy wolisz wrócić razem ze mną do domu? Myślisz, że mi jest łatwo? Muszę wszystkiemu sprostać i czasami czuję, że brakuje mi sił. Oboje dobrze wiemy, że w połowie lipca nastąpiła u ciebie zdecydowana poprawa. Od tamtej pory minął prawie miesiąc. Co mam zrobić, żeby cię odzyskać? - zapytała i rzekła nieco drżącym głosem: - Olgierd też za tobą tęskni i każdego dnia pyta, kiedy tato wróci? Pozwól sobie pomóc. Nie odsuwaj się od nas. Nie odrzucaj naszego wsparcia.

Mężczyzna siedział i beznamiętnym wzrokiem wpatrywał się przed siebie. Postronny obserwator mógłby pomyśleć, że lekceważy swoją towarzyszkę, że traktuje ją jak powietrze. Od chwili, kiedy kobieta zjawiła się u jego boku, ani razu na nią nie spojrzał.

- Odbyłam dziś krótką rozmowę z doktorem Sarowskim. On uważa, że dokonałeś ogromnych postępów. Wyobraź sobie, że był zaskoczony, kiedy poinformowałam go, że z początkiem sierpnia zacząłeś odbierać moje telefony. Odbierasz, ale co z tego? Mówię do głuchej słuchawki, a w odpowiedzi słyszę tylko twój oddech. Nie mam nic przeciwko, żeby do ciebie telefonować, ale naprawdę poczułabym się bardzo uradowana, gdybym usłyszała twój głos. Olgierd też próbował z tobą rozmawiać... Mój Boże - Magda westchnęła i w tym samym momencie poczuła, jak łzy cisną się do jej oczu. Jednocześnie odniosła wrażenie, że jakaś niewidzialna siła zaciska się wokół jej krtani i nie pozwala wydusić z gardła kolejnych słów. Dopiero po dłuższej chwili rzekła: - Nie wiem co powinnam zrobić, naprawdę nie wiem. Proszę cię Michał, zlituj się i podpowiedz mi.

Doktor Sarowski ciągle stał w oknie i nawet na moment nie oderwał oczu od dwojga ludzi siedzących na tarasie.

Magda przez kolejnych dwadzieścia minut toczyła monolog, bowiem jej mąż nie odezwał się ani słówkiem. Cały czas siedział w bezruchu niczym posąg i zamyślonym wzrokiem spoglądał przed siebie. Nie zareagował nawet wtedy, kiedy podniosła się z miejsca i powiedziała, że musi już jechać. Na odchodne pocałowała Michała w policzek, obróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku wejścia do budynku.

- Nadal wydaje się być nieobecny - Magda powiedziała oschłym tonem i podejrzliwym wzrokiem spoglądała na Sarowskiego, który siedział za biurkiem. Nagle w jej głowie zaświtała myśl, że być może ktoś inny odbiera jej połączenia telefoniczne? Może ten ktoś działa z podłą premedytacją, aby obudzić w niej nadzieję? Może w ten niecny sposób chcą ją tutaj naciągnąć na dalszą, piekielnie drogą kurację? Może cała zabawa polega na tym, żeby bazując na ludzkim nieszczęściu wydusić z naiwnych jak najwięcej pieniędzy?

- Pani małżonek potrzebuje jeszcze trochę czasu - odparł lekarz. - Kiedy rozpoczęliśmy kurację w trzeciej dekadzie czerwca, pan Michał był w stanie głębokiej katatonii. Dziś, po blisko dwóch miesiącach możemy śmiało twierdzić, że nasza terapia przyniosła bardzo zadowalające efekty. Dolegliwość pani męża nie została spowodowana żadnym, niepokojącym zaburzeniem. Nie ma jakichkolwiek podstaw lub poszlak, żeby doszukiwać się objawów chorobowych, które mogły wywołać u niego zespół katatoniczny. Problem zrodził się w wyniku bardzo intensywnego i zarazem traumatycznego przeżycia, które dotknęło państwa rodzinę. Każdy człowiek jest inny, a nasze reakcje na drastyczne sytuacje mają indywidualny charakter. Czy mogę pani zadać niedyskretne pytanie? - zapytał znienacka.

- Słucham, niech pan pyta - odparła, nieznacznie wzruszając ramionami.

- Proszę mi powiedzieć, jak pani ocenia swoje stosunki z mężem w skali od jednego do dziesięciu? Powiedzmy, że jeden oznacza fatalne, a dziesięć rewelacyjne. Mówiąc o stosunkach, mam na myśli wszystkie aspekty pożycia małżeńskiego. Pytam dlatego, ponieważ w trakcie pani dzisiejszych odwiedzin odniosłem wrażenie, że współmałżonek dystansuje się od pani.

- Jak to dystansuje?! - zapytała z nieukrywanym oburzeniem. - Skąd pan wyciągnął taki wniosek?!

- Z jego zachowania - odparł i rzekł: - Kiedy kilkanaście minut temu siedzieliście wspólnie na tarasie, stałem w oknie - kiwnął głową, jakby tym gestem chciał sprecyzować lokalizację, o której mówił - obserwowałem jak przebiega państwa spotkanie. Pan Michał nawet nie drgnął. Nie wykonał żadnego gestu i ani razu nie spojrzał w pani kierunku. Za chwilę wyjdę z gabinetu, pójdę na taras i poproszę pani męża, żeby usiadł przy stoliku w cieniu parasola. Proszę stanąć w oknie i obserwować.

Magda widziała jak doktor Sarowski podszedł do Michała. Powiedział do niego kilka słów i wskazał dłonią na stolik. Jej mąż powoli podniósł się z fotela i posłusznie wykonał polecenia. Usiadł na nowym miejscu, wyciągnął przed siebie nogi, położył ręce na wiklinowych oparciach i sprawiał wrażenie człowieka, który oddaje się relaksacyjnym rozmyślaniom.

Kilka chwil później lekarz wrócił do gabinetu i kiedy zamknął za sobą drzwi, rzekł:

- Była pani świadkiem zajścia, do którego doszło na tarasie. Proszę mi wierzyć na słowo, że pani mąż posiada doskonałe poczucie rzeczywistości. Rozumie każde słowo, które słyszy. Na wszelkiego rodzaju prośby lub sugestie reaguje w naturalny sposób, ale do tej pory nikt w naszym resorcie nie miał jeszcze okazji usłyszeć jego głosu. Niestety na chwilę obecną posiada podręcznikowe objawy mutyzmu. Nie udziela żadnych odpowiedzi. Nie wypowiada jakichkolwiek słów. Kiedy ktoś z personelu powiadamia go, że nadszedł czas posiłku, pani mąż udaje się do naszej restauracji. Zajmuje miejsce przy stoliku, na którym widnieje tabliczka z numerem apartamentu w którym gości i oddaje się konsumpcji. Od miesiąca samodzielnie korzysta ze szwedzkiego bufetu i nie potrzebuje już pomocy podczas toalety. Odzyskał również pełną sprawność fizyczną. Posiada prawidłowe funkcje motoryczne i przejawia procesy poznawcze, które są odzwierciedleniem jego reakcji i zachowań. Jedynym i podstawowym mankamentem, który wymaga dalszej kuracji jest jego milczenie. Nie łudziłem się, że podczas pani dzisiejszych odwiedzin, dojdzie do gruntownego przełomu. Miałem natomiast iskierkę nadziei, że jego zachowanie względem pani osoby, będzie bardziej ożywione. Jednak nic takiego nie miało miejsca i właśnie z tego powodu, zadałem pani wcześniej bardzo osobiste pytanie.

Magda marszcząc czoło, spoglądała na Sarowskiego i chociaż usłyszała szczegółowe wyjaśnienia, nadal nie potrafiła ostudzić swej podejrzliwości.

- Oczywiście nie musi pani udzielać odpowiedzi - rzekł znienacka. - Proszę jednak wziąć pod uwagę, że relacje rodzinne odgrywają bardzo istotną rolę dla osób dotkniętych mutyzmem. Negatywne stosunki z najbliższymi, potrafią skutecznie spowalniać proces rekonwalescencji.

- W skali od jednego do dziesięciu - powiedziała - oceniłabym nasz związek na mocną siódemkę. Uważam, że stanowimy udaną rodzinę, nie trawią nas żadne konflikty, darzymy się szacunkiem i zaufaniem. Jesteśmy małżeństwem z dwudziestodwuletnim stażem i wspólnie prowadzimy firmę. Podzielamy niektóre swoje pasje oraz gusta kulinarne. Oczywiście w naszych stosunkach sporadycznie dochodzi do drobnych potyczek, ale przecież nie ma związków idealnych. Mogę również powiedzieć, że...

Magda mówiła, ale Sarowski nie usłyszał w jej wypowiedzi takich słów jak szczęście czy miłość. Nie powiedziała wprost, że kocha swojego męża.

- Pani Werlich - rzekł lekarz, zerkając w kartotekę jej męża - z tego co widzę, mieszkacie państwo w Rybniku.

- Zgadza się - odparła.

- Na Śląsku jest wielu specjalistów, którzy byliby w stanie podjąć się dalszego leczenia pani męża. Za siedem dni, czyli dwudziestego drugiego sierpnia, upływa termin kuracji w naszym resorcie. Są dwie opcje. Pierwsza, pan Michał zakończy u nas swój pobyt, a kolejne etapy terapii będziecie państwo kontynuowali we własnym zakresie. Według mojej diagnozy środki farmakologiczne są już zbędne. Nie ma najmniejszej potrzeby ich stosowania. Cały problem tkwi wewnątrz umysłu - powiedział i dodał: - Żadnej traumy nie da się definitywnie wykorzenić, a odzyskanie psychicznej równowagi jest możliwe, kiedy człowiek znajdzie dystans do zdarzeń, które ją wywołały. Pani mąż potrzebuje jeszcze wielu sesji w gabinecie dobrego psychoanalityka. Powinien odbywać minimum trzy spotkania w tygodniu. Proszę wybaczyć, ale muszę poruszyć kwestie finansowe, bo zdaję sobie sprawę, jak bardzo są istotne. Trzy wizyty na tydzień, dają nam dwanaście posiedzeń w miesiącu. Jeśli przyjmiemy, że koszt jednego spotkania powinien zamknąć się w kwocie dwustu złotych. Powiedzmy, że dla równego rachunku miesięczny wydatek wyniesie dwa i pół tysiąca. Będzie pani musiała zapewnić mężowi bezpieczne dotarcie do gabinetu oraz powrót. Pojawi się trochę komplikacji, ale wszystkiemu przecież można sprostać. Natomiast druga opcja jest taka, że pan Michał pozostanie pod naszą opieką przez kolejny miesiąc. Jako lekarz, wolałbym nadal osobiście kontynuować kurację. Może moje słowa zabrzmią nieskromnie, ale sądzę, że w trakcie niespełna dwumiesięcznej terapii, osiągnęliśmy bardzo zadowalające wyniki. O ile to możliwe, chciałbym jeszcze dziś poznać pani decyzję. Koszt pobytu w naszym resorcie pozostaje bez zmian. Natomiast jeżeli zdecyduje się pani zabrać męża, przygotuję duplikat jego kartoteki wraz z listą leków, które były nieodłącznym elementem kuracji. W dniu, kiedy pani mąż opuści nasz resort, otrzyma pani kopię dokumentów.

Jeszcze kilka minut temu Magda była przekonana, że doktor Sarowski będzie chciał na niej wymusić dalszą rekonwalescencję Michała w Sudeckiej Ostoi. Jednak lekarz dał jej możliwość wyboru. W żaden sposób nie sugerował, że obecny efekt jego osiągnięć wymaga niezbędnej kontynuacji w tym miejscu. Miał rację co do jednego, kwestie finansowe odgrywały bardzo ważną rolę. Miesięczny pobyt w resorcie obejmował zakwaterowanie w bogato wyposażonym dwupokojowym apartamencie, wyżywienie, całodobową opiekę lekarską, sesje terapeutyczne, masaże rehabilitacyjne, nieograniczoną możliwość korzystania z sauny, jacuzzi oraz siłowni. Każdy apartament nie odbiegał standardem od wygód, panujących w hotelach wysokiej klasy, a ich pomieszczenia, zapewniały kuracjuszom wysoki komfort. Nikomu z pensjonariuszy nie ograniczano dostępu do bieżących wiadomości. Pakiet kilkudziesięciu programów telewizyjnych, zapewniał śledzenie wydarzeń w kraju i na świecie oraz wszelkiego rodzaju medialną rozrywkę. Natomiast otwarta sieć wi-fi, pozwalała im bez ograniczeń serfować po internecie. W sali, sąsiadującej z resortową restauracją można było zagrać w bilard, w darta, w szachy, a nawet zasiąść do partyjki brydża. Wolny czas pensjonariusze mogli również spędzać na zewnątrz. Rozległy teren należący do "Sudeckiej Ostoi", przypominał zadbany park, w którym oprócz spacerowych alejek było również kilka torów do mini golfa. Cały obszar był otoczony oraz monitorowany i podlegał profesjonalnej ochronie, której pracownicy mieli dwa zadania. Po pierwsze, musieli pilnować, aby nikt niepożądany nie zakłócał spokoju pensjonariuszy. Natomiast ich drugim obowiązkiem było zadbać, aby żaden z kuracjuszy nie oddalił się z terenu resortu, bez uprzednio uzyskanej akceptacji swojego lekarza prowadzącego. Zasady pobytu były jasno określone i obowiązywały wszystkie osoby korzystające z oferty "Sudeckiej Ostoi". Drakońskie środki ostrożności miały swoje uzasadnienie, bowiem właściciele obiektu postawili sobie za priorytet ochronę prywatności klientów. Magda zrozumiała owe działania tego dnia, kiedy przywiozła tutaj swojego męża na kurację. Podczas pierwszej wizyty rozpoznała pośród obecnych dwie aktorki, znanego polityka oraz popularnego konferansjera, który zaliczał się do grona największych, polskich celebrytów. Nie miała pojęcia z jakich powodów współczesne ikony mediów przebywały w resorcie, ale mogła domniemywać, że tak jak każdy z kuracjuszy, wymagali profesjonalnej pomocy. Kwota miesięcznego pobytu, uwzględniająca specjalistyczną terapię i ewentualne ceny leków farmakologicznych, była ustalana indywidualnie. W wypadku Michała Werlicha wynosiła okrągłe dwadzieścia pięć tysięcy złotych. Taki wydatek był poza zasięgiem możliwości szarego człowieka. Dla wielu zwykłych ludzi dwadzieścia pięć tysięcy, oznaczało wysokość rocznych dochodów. Za takie pieniądze można było kupić przyzwoity, używany samochód...

Magda przez całe swoje zawodowe życie pracowała w księgowości i doskonale zdawała sobie sprawę, jak intratne zyski przynosi działalność resortu. W Sudeckiej Ostoi było pięćdziesiąt apartamentów i żaden z nich nie stał pusty. Mało tego, lista oczekujących klientów zapewniała bezustanną ciągłość pensjonariuszy. Miesięczny przychód spółki pozostawał dla niej tajemnicą, ale mogła domniemywać, że na pewno wynosił zdecydowanie więcej niż milion złotych. Po odliczeniu wszystkich wydatków związanych z pracownikami, na które składały się ich wypłaty oraz ubezpieczenie, po odjęciu kosztów związanych z funkcjonowaniem firmy i utrzymaniem obiektu i po zapłaceniu wszystkich podatków, dochód musiał orbitować na pułapie trzydziestu procent kwoty przychodu. Trzydzieści procent do podziału na trzech, dawało miesięcznie każdemu z właścicieli bajońską sumkę.

- Na jakie efekty mogę liczyć, jeśli mój mąż nadal pozostanie pod państwa opieką? - zapytała.

- Może być pani pewna, że dołożymy wszelkich starań, aby pan Michał odzyskał całkowitą równowagę emocjonalną i możliwość werbalnego kontaktu. Mieliśmy tutaj kilka podobnych przypadków i rehabilitacja zakończyła się pełnym sukcesem - powiedział Sarowski i ciągnął dalej: - Proszę zrozumieć, że mówienie o jakichkolwiek gwarancjach byłoby z mojej strony bardzo nieprofesjonalne. Medycyna doskonale zna budowę ludzkiego mózgu i mogłoby się wydawać, że nauka spenetrowała większość jego obszarów. Umysł jednak nie jest maszyną lub narządem, który możemy wymienić na nowy model. Na dzień dzisiejszy nie znamy i nie jesteśmy w stanie zrozumieć wielu procesów, jakie w nim zachodzą. Potrafimy jednak uporać się z mutyzmem, ale kuracja wymaga czasu i cierpliwości. Pani Magdo, gdybym w tej chwili pstryknął palcami i dzięki temu, pojawiłby się za oknem drugi, identyczny budynek, w którym obecnie przebywamy, wówczas w ciągu dwóch dni mielibyśmy w nim pełną obsadę kuracjuszy. Lista osób oczekujących na przyjęcie w naszym resorcie jest długa. Powiem szczerze, że bywają też takie przypadki, kiedy jesteśmy zmuszeni odmówić kuracji. Z reguły nie podejmujemy się udzielania pomocy, mając świadomość, że efekty nie przyniosą oczekiwanych rezultatów. W Polsce jest tylko kilka firm o charakterze zbliżonym do profilu naszej działalności. Zapewniam, że na pewno jesteśmy konkurencyjni w sferze finansowej. Średnia długość pobytu w naszym resorcie wynosi trzy miesiące. Wiele osób zakończyło swoją gościnę przed upływem tego terminu, ale byli też tacy, którzy spędzili w "Sudeckiej Ostoi" nawet trzy kwartały. Mogę się natomiast pochwalić, że jak do tej pory, wszystkie nasze terapie zakończyły się pełnym sukcesem. Do pani należy ostateczna decyzja.

Magda słuchała lekarza, a jej dylemat w sprawie pieniędzy zszedł na drugi plan. Dwadzieścia pięć tysięcy to spora suma, ale na prywatnym koncie bankowym państwa Werlich była kwota, składająca się z ośmiu cyfr nie licząc dwóch liczb po przecinku. Taki wydatek w żaden sposób nie nadszarpnąłby ich rodzinnego budżetu. W tej chwili dotarło do niej, że jeśli zdecyduje się, aby za siedem dni zabrać Michała do domu, popełni poważny błąd. Może w ciągu tygodnia znalazłaby na Śląsku jakiegoś wybitnego psychiatrę, jednak co dalej? A jeśli w Rybniku nie będzie żadnego specjalisty, który podejmie się kontynuacji leczenia? Jeśli na sesje trzeba będzie dojeżdżać na przykład do Katowic? Takie podróże mogłyby okazać się nieco uciążliwe. Na pewno zaczęłyby kolidować z pracą i codziennymi obowiązkami.

- Dobrze - odezwała się po chwili - niech mój mąż nadal pozostanie pod państwa opieką. Jutro dokonam przelewu.

- Miło mi to słyszeć - stwierdził Sarowski. - Uważam, że podjęła pani właściwą decyzję. Proponuję, żeby w tej chwili sięgnęła pani po komórkę i zadzwoniła do męża. Może pani podjąć próbę wciągnięcia go w rozmowę, aczkolwiek podejrzewam, że nie przyniesie to żadnego efektu. Chodzi jednak o to, aby został przez panią poinformowany, że najbliższy miesiąc spędzi w resorcie. Przekonajmy się jak zareaguje.

Magda spełniła prośbę lekarza.

Wybrała numer. Razem z Sarowskim spoglądali przez okno na mężczyznę, który wciąż siedział na tarasie.

Widzieli jak wyjmuje z kieszeni telefon i odbiera połączenie.

- No hej Michał - powiedziała do słuchawki - dzwonię, aby cię powiadomić, że rozmawiałam z doktorem Sarowskim. Przeanalizowaliśmy wspólnie sytuację. Padła propozycja, żebyś został jeszcze w resorcie na dalszą kurację. Jak się zapatrujesz na taki pomysł? - zapytała, ale w słuchawce panowała znajoma cisza. - Halo Michał, jesteś tam? - po chwili spojrzała na lekarza i pokiwała przecząco głową. - Mam nadzieję, że mnie słuchasz. Mam opłacić twój pobyt? Zgadzasz się? - zapytała, a po kilkunastu sekundach powtórzyła swój wcześniejszy gest. - Rozsądek podpowiada, żebym dla twojego dobra dokonała wpłaty, co też uczynię. Jednak jeśli stwierdzisz, że w domu będzie ci lepiej, to daj mi znać. Uważaj na siebie. Wracaj do zdrowia. Za jakiś czas przyjadę ponownie. Całuję. Pa!

Scena III Kochankowie porfirii

Profesor Karl Kügen w swojej książce "Bajkowy Król" poświęcił wiele akapitów, których treść skupiała się na rzekomo udokumentowanych dolegliwościach zdrowotnych Ludwika II. Autor nie starał się podważać teorii naukowców, którzy mogli poszczycić się szerokim wachlarzem wiedzy na temat ludzkiego zdrowia psychicznego. Kügen zamierzał jedynie zwrócić uwagę czytelników, że prawie wszystkie diagnozy dotyczące bawarskiego władcy, zostały postawione wiele lat po jego śmierci. Najbardziej odległą hipotezę, która opierała się na badaniach kanadyjskiego biochemika Davida Dolphina, wysunięto dopiero w 1985 roku.

Jeden z fragmentów książki "Bajkowy Król" sięgał do mroków średniowiecza, bowiem autor chciał ukazać, że powolny upływ czasu, niosący z sobą wiedzę i rozwój ludzkiej świadomości, skutecznie obala ludowe mity, przesądy i wierzenia.

Pojęcie Inkwizycji, dziś można śmiało określić mianem instytucji o charakterze śledczo-sądowniczym. Instytucji będącej srogim i bezwzględnym orężem w rękach Kościoła katolickiego. Działalność struktur owej organizacji trwała blisko sześćset lat, a w początkowej fazie miała bardzo krwawy i bestialski przebieg. W dawnych czasach opowieści o konszachtach z diabłem, czarnej magii i umiejętności rzucania czarów nie były traktowane z przymrużeniem oka. Wielu ludzi z tego powodu zostało poddanych bolesnym torturom lub spłonęło na stosach. Wiara w czarownice i siły nieczyste, była silnie zakorzeniona w ludzkiej wyobraźni i umiejętnie podsycana przez duchowieństwo. Na przestrzeni dziejów rodziły się również inne podania, które budziły w ludziach strach. Najbardziej znane dotyczyły historii o wilkołakach i wampirach. Zapewne nikomu nie są obce takie imiona jak Drakula lub Nosferatu. Wiele filmów i książek przedstawia ich wizerunek, jako osobników o bladej cerze, szpiczastych zębach i ponurej urodzie. Zawsze aktywnych nocą, obdarzonych darem nieśmiertelności i niepohamowaną żądzą ludzkiej krwi. Z czasem wiara w istnienie wampirów zaczęła po prostu gasnąć. Umarła w ten sam sposób, jak opowieści o mitycznych bogach.

Jeżeli chodzi o osobę Ludwika II wielu jemu ówczesnych spekulowało, że ma w sobie coś z wampira. Kiedy przyszły władca Bawarii ukończył piąty rok życia zaczął przejawiać objawy, które świadczyły, że jest nieco wrażliwy na światło słoneczne. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy owa dolegliwość w miarę upływu lat przybrała u niego agresywniejszą formę. Fakty mówią, że Ludwik unikał przebywania na otwartym słońcu. Będąc dorosłą osobą uwielbiał po zmierzchu oddawać się konnym przejażdżkom lub pieszym wędrówkom.

Po śmierci swojego ojca objął tron. Miał wtedy zaledwie osiemnaście lat i był zbyt młody, żeby sprostać tak potężnemu wyzwaniu. Nie posiadał talentów przywódczych i za jego panowania Bawaria została włączona do Rzeszy Niemieckiej. Ludwik nie sprawdził się w roli władcy i błyskotliwego polityka. Absorbowały go inne dziedziny życia. Interesował się szeroko pojętą sztuką, uwielbiał opery, doceniał malarstwo i rzeźbę oraz zachwycał się wyszukaną architekturą. Był człowiekiem wrażliwym na każdego rodzaju piękno. Jako członek królewskiego rodu, musiał się podporządkować utartej od wieków etykiecie, która zmusza władców do zawierania małżeństw z rozsądku a nie z miłości. W styczniu 1867 roku bawarski dwór ogłosił, że król zaręczył się ze swoją kuzynką Zofią Charlottą, która była siostrą cesarzowej Elżbiety. Data ślubu była wiele razy przekładana, a dziewięć miesięcy później doszło do skandalu, bowiem Ludwik II wycofał się z danego słowa. W przyszłości nigdy nie zawarł związku małżeńskiego i nie spłodził potomka.

Z zachowanych dzienników króla wynika, że prawdopodobnie przejawiał orientację homoseksualną, ale owo przypuszczenie na zawsze pozostanie w kwestii domysłów. Wydarzenia związane z niedoszłym ślubem sprawiły, że Ludwik odizolował się od towarzyskiego życia i całkowicie poświęcił się sztuce oraz budownictwu. Coraz częściej przejawiał nietypowe zachowania, które początkowo były utożsamiane z jego egocentryzmem. Natomiast z chwilą, jak zaczął czynić niebotyczne inwestycje związane z budową malowniczych zamków, pojawiły się plotki, iż wpadł w sidła obłędu.

Minęło ponad trzydzieści lat od tajemniczej śmierci króla, kiedy Eugen Bleuler znany szwajcarski psychiatra, w naukowy sposób sprecyzował pojęcie schizofrenii. Jako pierwszy dokładnie opisał rozdzielenie funkcji pomiędzy osobowością, myśleniem, pamięcią i postrzeganiem. Wiele lat później osiągnięcia nauki, pozwoliły historykom poddać przeszłość króla dokładnej analizie i wtedy pojawiła się teoria, że Ludwik II musiał cierpieć na szeroką gamę zaburzeń psychicznych. Potem diagnozy zostały jeszcze wzbogacone o tak zwaną "Chorobę Picka" oraz porfirię.

Profesor Kügen w swoim dziele, starał się zachować neutralny ton. Ze względu na brak medycznej wiedzy, nie czuł się osobą kompetentną, która mogłaby oceniać Ludwika II przez pryzmat psychiatrii. "Bajkowy Król" z założenia miał być bogato ilustrowaną lekturą, opisującą dokonania najbardziej znanego Bawarczyka i pochwałą dziedzictwa, które po sobie pozostawił. Szanowany dziekan Wydziału Historii i Sztuki monachijskiego uniwersytetu, zamierzał nieco przybliżyć czytelnikom nietuzinkową postać z przeszłości. Chciał w obrazowy sposób ukazać skomplikowany charakter Ludwika II i zmusić odbiorców do refleksji.

Kügen od zawsze był człowiekiem dociekliwym i żądnym wiedzy, dlatego poświęcił sporo czasu, aby zapoznać się głębiej z informacjami, o których jedynie wspomniał na stronach swojej książki. Jego uwagę przykuła dolegliwość określana mianem porfiria. Naukowy żargon mówił o tym, że owo schorzenie wynika z zaburzeń działania enzymów na szlaku syntezy hemu. Szczegółowe wyjaśnienie tego tajemniczego procesu językiem zrozumiałym dla laika, byłoby nie lada wyzwaniem, wymagającym napisania bardzo obszernego referatu.

W kilku zdaniach można powiedzieć, że porfiria bardzo często ma podłoże genetyczne, a jako wada wrodzona jest nieuleczalna. Objawia się w postaci wielu dolegliwości, zarówno fizycznych jak i psychicznych. Ciekawym wydaje się fakt, że symptomy mogą wystąpić osobno lub w skumulowanej formie. Ludzie dotknięci porfirią duchowo cierpią na światłowstręt, paranoję, depresję, bezsenność oraz szeroko rozumianą formę zaburzeń, związanych z postrzeganiem otaczającej ich rzeczywistości. Natomiast do fizycznych objawów zaliczają się bóle brzucha, wymioty, uczucie słabości kończyn, mrowienie, drętwienie, przebarwienie zębów, wypadanie włosów i poważne zmiany skórne. Zmiany, które samoczynnie mogą prowadzić do oparzeń. Kiedy Kügen zgłębiał wiedzę o objawach porfirii, czuł przerażenie. Nie był nawet w stanie wyobrazić sobie człowieka, któremu przyszłoby borykać się z ową dolegliwością w jej najbardziej agresywnym wydaniu. Jednak jego największą uwagę w podręczniku medycyny, gdzie opisano etiologię schorzenia, przykuły dwa słowa klucze. Te słowa brzmiały - podłoże genetyczne.

Historia dowodzi, że rody królewskie od zarania dziejów były dotknięte mentalną przypadłością, która budziła ich strach przed utratą władzy, wpływów i majątku. Ów lęk, popychany jeszcze względami politycznymi sprawiał, że ludzie o szlachetnej krwi, zawierali związki małżeńskie na granicy kazirodztwa. Dziś wiemy, jak niebezpieczne mogą być skutki takich relacji. Najlepszym przykładem jest dynastia Habsburgów i charakterystyczny dla tego nazwiska prognatyzm, zwany wargą habsburską. Schorzenie spotęgowało się, kiedy pomiędzy hiszpańską i austriacką linią rodu nastąpiło zacieśnienie małżeńskich więzów.

Profesor doskonale znał historię i wiedział, że pierwsze wzmianki o nazwisku Wittelsbach sięgały XII wieku, czyniąc z owej rodziny jeden z najstarszych niemieckich rodów. Na przestrzeni wieków dochodziło w nim również do ślubów, gdzie rodzinne koligacje współmałżonków były zbyt bliskie. Istniało więc duże prawdopodobieństwo, że Ludwik II mógł z tego tytułu paść ofiarą deformacji kodu genetycznego. Zapewne ekshumacja zwłok pozwoliłaby udzielić bardziej precyzyjnych odpowiedzi, ale brak zgody potomków, wykluczał taką możliwość.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy książka "Bajkowy Król" ukazała się drukiem, Kügen dowiedział się o hipotezie kanadyjskiego biochemika. W jednym ze specjalistycznych pism naukowych ukazał się tekst, w którym autor przedstawiał sylwetkę profesora Davida Dolphina. Naukowiec uchodził na arenie międzynarodowej, za jednego z czołowych ekspertów w dziedzinie chemii i biochemii porfiryn. Idący tym tropem dziekan monachijskiego uniwersytetu dowiedział się, że Dolphin wysunął interesującą tezę. Powiązał chorych na porfirię z legendą o pewnej znanej, historycznej postaci. Konkretnie chodziło mu o Włada Palownika, który bardziej jest znany pod przydomkiem Drakula. Urodzony w Transylwanii władca, zapisał się na kartach historii jako człowiek niebywale okrutny. Udokumentowane podania głoszą, że pokonanych przeciwników lub buntowników kazał nabijać na pale. Osoba Drakuli stała się inspiracją dla powieści Brama Stokera, który uczynił z niego literacką postać, budzącą grozę.

Teza Dolphina zakładała, że dawne legendy o wampirach, zrodziły się dzięki ludziom cierpiącym na wrodzoną porfirię erytropoetyczną. Przed wiekami medycy nie potrafili racjonalnie wytłumaczyć objawów tego schorzenia. Zmiany skórne, mające bardzo ostry przebieg, były związane z jej nadwrażliwością na światło słoneczne. Wówczas nikt nie miał pojęcia czym jest hiperkeratoza, występująca zazwyczaj na twarzy oraz grzbietach dłoni i objawiająca się znacznym pogrubieniem warstwy rogowej naskórka. Zmiany chorobowe sprawiają, że osoba cierpiąca na taką dolegliwość wygląda koszmarnie, a jej wizerunek mógł budzić w ludziach strach i przerażenie. Kanadyjczyk dokonał również szczegółowego podziału porfirii, bowiem nie wszystkie powodują tak drastyczne objawy jak te, którymi można było obalić mit o wampirach. Wyniki jego badań zainspirowały kolejnych naukowców. Wysunięto wówczas przypuszczenie, że na łagodniejszą odmianę porfirii prawdopodobnie cierpiało wielu ludzi, a do najbardziej znanych osobistości mogli należeć król Anglii Jerzy III, Vincent van Gogh i... Ludwik II Bawarski.

Scena IV Złoty interes

Magda po zakończeniu rozmowy z doktorem Sarowskim, wyszła z budynku i udała się w stronę niedużego parkingu. Stojące na nim samochody, były schowane za rzędem strzelistych, gęsto posadzonych tui. Po chwili usiadła za kierownicą pojazdu i włączyła nawigację, której dotykowy monitor był fabrycznie wmontowany w kokpit deski rozdzielczej. Nacisnęła ikonę z napisem "DOM" i spojrzała na zegarek. Wskazówki pokazywały piętnastą dwadzieścia sześć. Kilkanaście sekund później urządzenie GPS wyświetliło informację, że dojazd zajmie jej niespełna trzy i pół godziny, a planowany przyjazd, powinien nastąpić tuż przed dziewiętnastą. Nim przekręciła kluczyk w stacyjce, wyjęła z torebki telefon i wybrała jeden z numerów, zapisanych w pamięci urządzenia. Po dwóch sygnałach w słuchawce rozległ się głos jej syna.

- Cześć mamo, co tam?

- Za chwilę wyjeżdżam i około siódmej powinnam być w domu.

- Tato wraca razem z tobą? - zapytał chłopak.

- Niestety nie - odparła i westchnęła ze zrezygnowaniem. - Spędzi tutaj jeszcze miesiąc.

- A jak się czuje? Co u niego? - zaczął dociekać.

- Synku, porozmawiamy jak wrócę - Magda nie miała teraz ochoty drążyć tego tematu. - Jadłeś już obiad? - zapytała zmieniając temat.

- Właśnie podgrzewam gulasz.

- Mam nadzieję, że będzie ci smakował - stwierdziła. - Zrobiłam taki jak lubisz, ze świeżych drobiowych serduszek.

- Wygląda apetycznie.

- W takim razie kochanie, życzę ci smacznego i widzimy się później. Pa.

- Pa mamo!

Chwilę później okazały SUV marki volvo w grafitowym kolorze minął bramę, broniącą wjazdu na teren "Sudeckiej Ostoi". Koła pojazdu toczyły się leśnym traktem. Magda spojrzała we wsteczne lusterko i zobaczyła jak wrota wykonane z kutych prętów, zamykały się automatycznie za sprawą zdalnie sterowanych siłowników. Czekała ją długa podróż do domu, a najkrótsza trasa wiodła przez Nysę. Ten fakt budził jej zniesmaczenie, miała złe skojarzenia z tą opolską miejscowością i nim dojechała do asfaltowej szosy, zmieniła w nawigacji trasę dojazdu. Wolała nadłożyć drogi i odbić w Kłodzku na Grodków, skąd było blisko do autostrady.

Sierpniowy zmierzch już jakiś czas temu, przeistoczył się w uroczą, pogodną noc. Na bezchmurnym niebie połyskiwały niezliczone punkciki gwiazd, które mieniły się diamentowym blaskiem.

Michał stał na balkonie apartamentu, który miał wyłącznie do swojej dyspozycji i spoglądał przed siebie. W oddali widział ścianę leśnych drzew, która wyglądała niczym mroczna krawędź, dająca początek czarnej połaci, pokrywającej górskie krajobrazy. Ponad linią wzniesień, ciągnących się wzdłuż horyzontu, malowało się rozgwieżdżone niebo. Widok był zachwycający i urokliwy. Od bardzo wielu lat nocne, sierpniowe niebo, budziło fascynację Michała za sprawą rojów Perseidów. Deszcz meteorów cyklicznie, rok w rok o tej porze, przemierzał bezkres kosmosu. Nagle mężczyzna obrócił się i sięgnął po rozkładany leżak. Ustawił mebel w taki sposób, aby mógł swobodnie wyciągnąć przed siebie nogi. Usiadł, przyjmując na wpół leżącą pozycję i utkwił wzrok w nieruchomych, migoczących plejadach gwiazd. Wiedział, że spektakl w wykonaniu matki natury zacznie się dopiero za kilkadziesiąt minut, ale nie zamierzał przegapić początku. W jego pamięci znienacka zagościły wspomnienia z wielu wspólnych obserwacji astronomicznego zjawiska, których doświadczył w towarzystwie swoich synów. Owe myśli sprawiły, że na jego obliczu zagościł smutny grymas. Dziś oddałby wszystko, by móc tak jak kiedyś wypatrywać spadających gwiazd razem z Leonardem i Olgierdem. Wtem nostalgiczne dumania, powiodły go w bardziej odległą przeszłość, która miała miejsce dokładnie dwadzieścia lat temu.

Dwadzieścia lat, co do dnia.

W tej chwili Michał odniósł wrażenie, jakby to było wczoraj, a nie dwie długie dekady temu. Był nawet w stanie przypomnieć sobie myśli, które wówczas gościły w jego głowie. Jedna z nich, ta najbardziej szczególna, miała wtedy charakter nierealnej mrzonki. Marzenia o bogactwie, o wielkich pieniądzach. Któż z ludzi, stojących u progu dorosłego życia nie chciałby zostać obrzydliwie majętnym krezusem? Kto mając dwadzieścia pięć lat zrezygnowałby z forsy, zapewniającej realizację każdej zachcianki? Bardzo trudno byłoby znaleźć taką osobę.

Dwadzieścia lat temu Michał Werlich potrafił marzyć, ale wszystko kończyło się jedynie na fantazjach. Nie robił nic, żeby zrealizować swoje słodkie przemyślenia. Nie miał wtedy nawet pomysłu na życie, które zaczynało być coraz bardziej skomplikowane. 25 sierpnia 1995 roku na świat przyszedł jego pierworodny syn. Niespełna miesiąc później w iłżeckiej parafii odbyła się ceremonia chrzcin, na które Michał zaprosił swojego przyjaciela z Rybnika. Norbert gościł przez trzy dni. Panowie mieli wystarczająco dużo czasu, żeby na spokojnie pogadać, powspominać i napić się wódki. Kolega ze Śląska był szczerym człowiekiem i miał wówczas powiedzieć, że Iłża to malownicza mieścina, ale przyszłość w tym miejscu, jest pozbawiona jakichkolwiek barw. Potem pochwalił się, że brat jego matki jest dyrektorem kopalni i rzekł:

- Mógłbym z nim pogadać i jestem pewien, że dostałbyś pracę. Nie na dole, tam gdzie fedrują węgiel, ale w warsztacie na powierzchni. Zarobki są bardzo dobre, mamy deputaty, premie, nieoprocentowane pożyczki z kasy zakładowej - zaczął wyliczać na palcach. - Przemyśl sprawę. Chętnie ci pomogę.

Rozmowa była niezobowiązująca, a gospodarz potraktował oświadczenie kumpla z przymrużeniem oka. Poza tym taki wyjazd, wiązałby się z przeprowadzką, a to już byłoby nie lada przedsięwzięcie.

Niespełna dwa miesiące później Michał przestał być bezrobotnym. Zatrudnienie znalazł w prywatnej firmie z Radomia, na stanowisku montera telewizji kablowej. Umowa o pracę zapewniała mu najniższe, określone ustawowo wynagrodzenie, a etat montera, był jednocześnie akordowym zajęciem. Do podstawy wypłaty skrupulatnie doliczano dodatkowe pieniądze za wszystkie wykonane przyłącza w mieszkaniu klienta. Każdy taki punkt, owocował kwotą prowizji, która wpadała do kieszeni pracownika. Można było sporo zarobić, ale trzeba było zasuwać od rana do wieczora. W życiu już tak bywa, że zawodowe zajęcia rzadko kiedy okazują się dla nas spełnieniem marzeń. W miarę upływu czasu zaczynamy spoglądać na własną egzystencję wyłącznie z finansowego pułapu. Proza codzienności brutalnie weryfikuje nasze ambitne pragnienia i oczekiwania. Pojawiają się nowe priorytety, którym musimy sprostać. Przestaje się liczyć to czego chcemy, bowiem ważniejsze staje się to, co musimy. Wpadamy w sidła obowiązków i odpowiedzialności. Nasze wzniosłe marzenia schodzą na dalszy plan, potem są odkładane na później, aż w końcu chowają się w cieniu aby tam skonać. Obawiamy się podjąć ryzyko lub postawić wszystko na jedną kartę. Przeraża nas widmo problemów, jakie mogłyby z tego tytułu wyniknąć. Tkwimy w pułapce, którą tak naprawdę zastawiliśmy sami na siebie. Akceptujemy stan rzeczy, przywykamy do własnej egzystencji i tylko czasami, kiedy ogarniają nas chwile nostalgii, pojawia się gorzka myśl, że to wszytko miało wyglądać zupełnie inaczej.

Michał, jako młody żonkoś i świeżo upieczony ojciec nie miał wyboru i robił wszystko, żeby sprostać obowiązkom głowy rodziny. Musiał zapewnić najbliższym godziwy byt i utrzymanie. Po kilku miesiącach dopadły go jednak pierwsze oznaki zmęczenia i smutna refleksja, że życie toczy się w zamkniętym, hermetycznym kręgu. Praca, późne powroty do domu, kolacja, sen, praca, późne powroty, sen... Monotonna rzeczywistość tylko raz w miesiącu była rozświetlana blaskiem monet. On sam jednak nadal nie potrafił sprecyzować, czego oczekiwałby od życia. Wiedział natomiast, że nie rozwija się, nie idzie do przodu, tylko drepcze w miejscu. Jeżeli miałby uznać oglądanie filmów za swoją pasję, to w powszednie dni nie miał nawet czasu, żeby poświęcić się temu zajęciu. Kiedy upłynęło dwanaście miesięcy od chrzcin jego syna, stwierdził z przerażeniem, że zaczyna przeistaczać się w typowego mieszkańca Iłży. Wieczorem po powrocie z pracy, kierował się najpierw do knajpy na kufel piwa, a dopiero potem szedł do domu. Przełom nastąpił z początkiem wiosny 1997 roku. Radomska firma rozwijała się w najlepsze i ruszyła z ekspansją w inne rejony Polski. Złote czasy bumu na telewizję kablową miały się już ku schyłkowi, ale jeszcze można było trafić na osiedla mieszkaniowe, czekające na takie usługi. Dwa z nich znalazły się w Żorach, leżących nieopodal Rybnika. Wyjazd ekipy monterów z Radomia wiązał się z dodatkowymi pieniędzmi, jakie mogli otrzymać w ramach delegacji. Michał przedyskutował sprawę z Magdą i postanowił pojechać. Prawdę powiedziawszy zależało mu na tym, żeby na trochę wyrwać się z domu i odsapnąć od codzienności, która spowszedniała w przerażający sposób. Chciał tylko złapać drugi oddech, poczuć odrobinę odmiany. Delegacja miała trwać od połowy marca do ostatnich dni czerwca, a pracodawca gwarantował, że raz w miesiącu zapewni monterskiej ekipie bezpłatny transport na weekendowy wyjazd do domu.

Po przyjeździe do Żor, Michał natychmiast skontaktował się telefonicznie z Norbertem i już następnego dnia doszło do ich spotkania. Panowie bardzo często spędzali z sobą wolny czas. Rybniczanin nie miał jeszcze swojej rodziny i mógł sobie pozwolić na miłą beztroskę. Bezustannie namawiał Michała, żeby podjął męską decyzję, która może odmienić jego życie. W końcu udało mu się przekonać przyjaciela i obaj udali się z wizytą do wuja Norberta, który postawił sprawę jasno.

- Mogę ci pomóc młody człowieku - powiedział dyrektor kopalni. - Otrzymasz zatrudnienie na okres próbny, który potrwa trzy miesiące. W sezonie letnim każde ręce do pracy są mile widziane. Potrzebujemy ślusarzy i jeśli będziesz spełniał oczekiwania majstra, którego opinia jest dla mnie święta, wówczas po trzech miesiącach otrzymasz stałe zatrudnienie. Wtedy dopiero zaczniemy rozmowę o twoim zakwaterowaniu. Przez pierwsze trzy miesiące zamieszkasz w naszym hotelu robotniczym, a potem - powiedział, spoglądając z uśmiechem na Norberta i rzekł: - A potem zrobię przysługę mojemu siostrzeńcowi. Dostaniesz przydział na trzypokojowe mieszkanie w naszej spółdzielni. Nie będziesz oczekiwał miesiącami, żeby się wprowadzić, osobiście wręczę ci klucze i ściągniesz tutaj swoją rodzinę.

Kiedy Magda usłyszała, że jej mąż może otrzymać pracę na kopalni nie była z tego powodu zbytnio zadowolona. Jednak do jej wyobraźni niemal natychmiast przemówiły pieniądze, które Michał mógł tam zarobić oraz obietnica spółdzielczego mieszkania. W drugą możliwość szczerze powątpiewała, bowiem wydawała się jej nieprawdopodobna.

Michał podjął nową pracę na trzymiesięcznym okresie próbnym z dniem 1 lipca 1997 roku. W lipcu ani razu nie pojechał do Iłży tylko pracował, biorąc wszelkie możliwe nadgodziny. Wypłata na koniec miesiąca była naprawdę imponująca.

Przyjechał do domu dopiero w pierwszy weekend sierpnia i oprócz drobnych upominków, przywiózł z sobą tyle pieniędzy, ile wcześniej mógł zarobić w pocie czoła przez cały kwartał. Na ustach Magdy zagościł wówczas promienny uśmiech. Michał stęsknił się za swoją żoną, za synkiem, za rodzicami i nawet za beznadziejną Iłżą. Wiedział jednak, że zrobi wszystko, aby wyrwać się na dobre z rodzinnej miejscowości i zabrać swoją rodzinę na Śląsk. W przypływie radości i euforii młodzi państwo Werlich po długiej rozłące dali się ponieść emocjom. Nie zachowali ostrożności. Nie zabezpieczyli się jak na dorosłych i rozsądnych ludzi przystało, a owoc owej nieuwagi, miał dojrzewać przez kolejnych dziewięć miesięcy.

Sprawy zaczęły układać się bardzo pomyślnie i z początkiem października 1997 roku Michał, Magda i dwuletni Leonard przeprowadzili się na stałe do Rybnika.

Zarobki głowy rodziny, pozwoliły im na toczenie bezstresowej egzystencji. Wiedzieli również, że za kilka miesięcy urodzi się ich drugie dziecko i oboje postanowili, że dopiero po narodzinach kolejnego potomka, Magda zacznie rozglądać się za pracą.

Dorośli byli bardzo zadowoleni z decyzji o przeprowadzce, ale mały Leonard nie podzielał ich zdania. Często wyglądał na markotnego i bezustannie pytał, kiedy wrócą do dziadka i babci? Dlaczego muszą tutaj mieszkać? Trudno było dwuletniemu dziecku wytłumaczyć sytuację w taki sposób, aby mogło zrozumieć jej powody. Chłopczyk najzwyczajniej w świecie tęsknił za dawnym miejscem zamieszkania.

Z chwilą przeprowadzki do Rybnika młodzi państwo Werlich spotkali się ze szczerą i przyjacielską życzliwością rodziców Norberta. Kolega Michała był jedynakiem i mieszkał wraz ze swą matką i ojcem. Drabiniokowie mieli swój własny dom i nieduży ogród. Norbert był wolnego stanu i wciąż twierdził, że jeszcze nie dorósł do małżeństwa, że jeszcze musi się wyszaleć. Inwestował w siebie i w swoje wygody. Jeździł szpanerskim samochodem, ubierał się tylko w firmowe ciuchy, pachniał najdroższymi perfumami i skakał z przysłowiowego kwiatka na kwiatek. Nie mógł narzekać na powodzeni u płci przeciwnej, miał bowiem w sobie to coś i łatwo nawiązywał kontakty.

Magda, Michał i mały Leonard bardzo często gościli w domu Drabinioków i byli przez nich traktowani jak rodzina. Brali udział nie tylko w sobotnich grillach, ale we wszelkiego rodzaju rodowych i świątecznych uroczystościach. Często spotykali tam również wuja Norberta, który na prywatnej stopie, okazał się szalenie miłym człowiekiem.

27 kwietnia 1998 roku na świat przyszedł drugi syn Magdy i Michała, któremu dali na imię Olgierd. Jego starszy brat z jednej strony był bardzo uradowany tym faktem, ale z drugiej ubolewał, że braciszek jest zbyt mały i nie mogą jeszcze razem oddawać się wspólnym zabawom.

Rodzice Magdy i Michała byli uradowani faktem, że ich dzieciom i wnukom zaczęło się dobrze powodzić. Narzekali jedynie, iż bardzo rzadko mają okazję do wspólnych spotkań.

Tamtego lata Magda wraz z dziećmi spędziła w Iłży prawie cztery tygodnie. Leo, bowiem tak wszyscy zwracali się do najstarszego z ich synów, nie chciał wyjeżdżać od dziadków. W drodze powrotnej płakał jak bóbr.

Czas powoli biegł do przodu, a czteroosobowa familia wiodła miłe i spokojne życie. Z początkiem 1999 roku mały Olgierd zaczął uczęszczać do żłobka, Leo chodził do przedszkola, a Magda podjęła pracę w prywatnym biurze rachunkowym. Jednak w pierwszej połowie stycznia, podczas rodzinnej imprezy w domu Drabinioków z okazji dwudziestych dziewiątych urodzin Norberta, stało się coś, co miało niebawem diametralnie zmienić życie nie tylko państwa Werlich, ale również szanownego solenizanta. Jednym z gości był wuj Norberta, który w pewnym momencie podszedł do Michała i swojego siostrzeńca. Wykorzystał sytuację, kiedy przyjaciele wyszli na zewnątrz puścić przysłowiowego dymka.

- Panowie - powiedział dyrektor kopalni - chciałbym z wami na spokojnie porozmawiać. Czy moglibyście jutro wpaść do mnie w odwiedziny?

- O której mamy się zjawić? - zapytał Norbert.

- Przyjedźcie wieczorem, najlepiej przed dwudziestą.

Następnego dnia, punktualnie o dziewiętnastej trzydzieści, dwójka przyjaciół pojawiła się w drzwiach okazałego domu, leżącego na peryferiach Rybnika. Obaj zachodzili wcześniej w głowę, o czym mógłby chcieć z nimi rozmawiać wuj Norberta, ale nie byli w stanie odgadnąć tematu rozmowy.

Gospodarz z promiennym uśmiechem na ustach i zamaszystym gestem ręki, zaprosił ich do swojego domu. Trójka mężczyzn zasiadła w salonie na skórzanych fotelach i zanim wuj Norberta przeszedł do sedna sprawy, spojrzał po ich twarzach i zapytał:

- Panowie, czy chcielibyście zostać majętnymi ludźmi?

Pytanie niemal natychmiast wywołało na ich ustach grymasy miłego zaskoczenia.

- Na pewno nie mielibyśmy nic przeciwko - odparł Norbert i posłał Michałowi uśmiech, który w odpowiedzi przytaknął potwierdzająco głową.

- Zanim przejdę do rzeczy musicie wiedzieć, że od jakiegoś czasu mam na was oko - powiedział dyrektor. - Obaj pracujecie w przedsiębiorstwie, którym zarządzam od wielu lat. Zawsze doceniałem ludzi sumiennych, rzetelnych i pracowitych. Niektórym wydaje się, że dyrektor siedzi zaszyty w swoim gabinecie i nie ma pojęcia, co dzieje się na kopalni. Ja wiem wszystko - powiedział i uniósł do góry wskazujący palec, jakby tym gestem chciał podkreślić powagę wypowiedzianych przez siebie słów. - My jesteśmy spokrewnieni - rzekł, patrząc na Norberta, a sekundę później zwrócił się do Michała: - Ty jesteś jego najlepszym przyjacielem, a moja siostra i jej mąż, traktują ciebie jak członka rodziny. Te dwa powody są dla mnie wystarczające, żeby obdarzyć cię zaufaniem. Od razu jednak zaznaczam, że to co usłyszycie z moich ust musicie zachować w głębokiej tajemnicy. Jedynym wyjątkiem będzie twoja żona Magda, która z tego co wiem, ma duże pojęcie o księgowości, zgadza się?

- Tak, zgadza się - odparł Michał.

- Nie wiem czy posiadacie talenty organizacyjne i czy tkwią w was zmysły przedsiębiorczości, ale jestem pewien, że z moją pomocą albo się ich nauczycie, albo je w sobie odkryjecie. Mogę sprawić, że w krótkim czasie obaj zostaniecie bardzo bogatymi ludźmi. Stanie się tak, ale musicie mnie słuchać i bezwzględnie wykonywać wszystkie moje polecenia. Oczywiście nie robię tego bezinteresownie, bowiem zostanę waszym cichym wspólnikiem. Najpierw wam nakreślę obecną sytuację gospodarczą, bo wasza wiedza w tym temacie jest zapewne oparta na prasowych doniesieniach i telewizyjnych wiadomościach. W tym kraju nadszedł czas dla ludzi, którzy potrafią być drapieżnymi kapitalistami. Machina już ruszyła i nic nie będzie w stanie jej zatrzymać. Na przestrzeni kilku ostatnich lat sprywatyzowano wiele poważnych firm i zakładów. Część z nich prosperuje w najlepsze, inne przędą na granicy opłacalności, a pozostałe zbankrutowały. Potężne majątki i zasoby zostały sprzedane za bezcen, a najwięcej na takich operacjach zarobili syndycy mas upadłościowych oraz przebiegli cwaniacy, obwołujący się przedsiębiorcami. W ciągu kilku najbliższych dziesięcioleci żadna kopalnia w tym kraju nie trafi w prywatne ręce. Z chwilą transformacji ustrojowej każdy polski rząd popełniał szereg niewybaczalnych błędów, ale żaden z nich nie tknął górnictwa. Polski węgiel to potężna część narodowego skarbca. Węgiel jest i jeszcze długo będzie podstawowym paliwem dla setek zakładów przemysłowych, dla hut, koksowni, rafinerii i elektrowni, dla niezliczonej rzeszy węzłów ciepłowniczych i milionów prywatnych domów. Zachodnie kraje europejskie intensywnie pracują nad pozyskiwaniem energii z alternatywnych źródeł. Mamy przecież słońce, wiatr i wodę, ale ludzie nie opracowali jeszcze sensownej technologii, która potrafiłaby wykorzystać owe dobrodziejstwa na przemysłową skalę. Jest jeszcze gaz i ropa, lecz przekształcenie gospodarki i jej czołowych gałęzi tylko na tego typu paliwa, można uznać za wizję bardzo odległej przyszłości. Być może wnuki waszych wnuków doczekają takich przemian. Na dzień dzisiejszy węgiel dominuje i jeszcze długo będzie wiódł prym. Wyobraźcie sobie, że gospodarka wolnorynkowa, która od jakiegoś czasu króluje w naszym państwie ulega bezustannej ewolucji. Raz na jakiś czas pojawiają się nowe ustawy i wytyczne, a urząd skarbowy delikatnie serwuje coraz bardziej liberalne przepisy. Otwierają się przeróżne drzwi, pozwalające na robienie ciekawych interesów. Ostatnio zrobiło się głośno o firmach, które chciałyby wejść na dziewiczy rynek i zająć się pośrednictwem handlu wszelkiego rodzaju paliw. Nie chodzi tylko o benzynę i ropę, ale jeszcze o gaz, węgiel i prąd. Są już prywatne przedsiębiorstwa, które nawiązały współpracę z naszą kopalnią. Budują rynki zbytu i nasz węgiel dostarczają innym. W grę wchodzą potężne pieniądze. Nawet nie jesteście sobie w stanie wyobrazić, ile można na tym biznesie zarobić. Ja natomiast jestem tego świadom i wiem, jak wejść w struktury. Mam szerokie kontakty, znam ludzi, dzięki którym taki interes błyskawicznie nabierze potężnego rozmachu. Gdyby to było tylko możliwe, zająłbym się wszystkim osobiście i w tej chwili nie toczyłbym przed wami swojego monologu. Nie mogę oficjalnie wejść w ten interes ze względu na piastowane stanowisko. Bardzo szybko zostałbym posądzony o wykorzystanie swojej zawodowej pozycji w prywatnej inicjatywie. Nawet gdybym odszedł z pracy, taka działalność mogłaby mi przysporzyć niewyobrażalnych kłopotów. Z tych kilku powodów mam związane ręce. Proponuję wam, żebyście otworzyli wspólnie działalność gospodarczą, mającą formę spółki cywilnej. Jako firma będziecie kupować od kopalni całe składy węgla, dostarczanych do odbiorców za pośrednictwem taboru kolejowego. Każdy taki skład powędruje bezpośrednio do nabywcy, który wcześniej uiści należność wynikającą z waszej faktury. Po otrzymaniu pieniędzy, dokonacie wpłaty na konto kopalni, zatrzymując oczywiście marżę. Pociąg z dostawą wyruszy w dniu, kiedy kopalnia otrzyma od waszej spółki wpłatę. Nie mając gotówki, zarobicie na pośrednictwie. Przy kilku pierwszych transakcjach waszym zadaniem będzie tylko wystawianie faktur i wykonywanie przelewów. Ja zajmę się resztą, a swoje zaangażowanie wyceniam na dwadzieścia procent waszej marży, resztę zatrzymujecie dla siebie. Dwadzieścia procent, oczywiście w formie nieksięgowanej, żywej gotówki. Wyobraźcie sobie, że miesięczna kwota wynikająca z różnicy pomiędzy fakturami zakupu i sprzedaży, będzie opiewać na pół miliona złotych. Po odliczeniu mojej prowizji oraz uiszczeniu przez waszą spółkę wymaganych podatków i wszystkich kosztów związanych z działalnością firmy, w jeden miesiąc każdy z was zarobi na czysto prawie sto tysięcy złotych - powiedział i spojrzał po twarzach swoich słuchaczy. - Sto tysięcy to dużo pieniędzy i chociaż na handlu węglem można zarobić zdecydowanie więcej, nie będziemy pazerni. Zachowamy daleko idącą ostrożność, a wasze obroty z kopalnią nie będą budziły niczyich wątpliwości. Nie wiem na ile jesteście zorientowani w niuansach księgowych, ale twoja żona - rzekł do Michała - bez trudu powinna wam wyjaśnić ich mechanizm i obliczyć dochód netto od kwoty pięciuset tysięcy. Teraz popuśćcie jeszcze bardziej wodze swojej fantazji i pomyślcie o tym, że taka sytuacja będzie się powtarzać miesiąc w miesiąc. Gwarantuję wam, że łączna wysokość owych miesięcznych marży nigdy nie spadnie poniżej pół miliona polskich nowych złotych. Nie chcę wam opowiadać bzdur i twierdzić, że taki biznes może trwać w nieskończoność. Interes będzie się toczył po naszej myśli tak długo, dopóki ja będę piastował swoje stanowisko i trzymał pieczę nad całym przedsięwzięciem. Kopalnia sprzedaje węgiel różnym kontrahentom i ma ustalone konkretne progi rabatowe. Wasza spółka będzie dokonywała zakupów na identycznych zasadach. Nie będzie żadnych kombinacji i machlojek. W wypadku kontroli ze strony urzędu skarbowego, wasze transakcje nie wzbudzą jakichkolwiek podejrzeń. Dzięki mnie poznacie jednak ludzi z państwowych przedsiębiorstw, które zostaną waszymi partnerami handlowymi. Przyjdzie nam wspólnie odbyć kilka podróży, żebym mógł was przedstawić osobom, z którymi będziecie musieli zacieśnić więzi współpracy. Wprowadzę was do gabinetów, gdzie zapadają ostateczne decyzje. Brzmi zachęcająco, prawda? - zapytał, ale nie czekał na potwierdzenie swojej sugestii tylko ciągnął dalej: - Interes, który może was uczynić majętnymi ludźmi, a mi przynieść również niebagatelne korzyści w świetle prawa i przepisów urzędu skarbowego, musi być jak najbardziej legalny i uczciwy. Od kilku miesięcy moją głowę zaprzątał ten pomysł i opracowałem perfekcyjny plan. Najsłabszym punktem okazało się jednak pozyskanie zaufanych wspólników. Rozmach przedsięwzięcia wymaga zaangażowania dwóch rzetelnych i bystrych ludzi. Norbert jest moim bliskim krewnym, ale w pojedynkę mógłby nie sprostać zadaniu. Długo was obserwowałem i wiem, że jesteście dobrymi przyjaciółmi. Pozostaje tylko pytanie, czy jesteście zainteresowani moją propozycją? Czujecie się na siłach podjąć takie wyzwanie? Chcecie być dobrze sytuowani? Chcecie, żeby było was stać na miłe i bardzo wygodne życie? Z moją pomocą zarobicie krocie, a jeśli zachowacie odpowiedni umiar i zdrowy rozsądek, wtedy już nigdy nie będziecie się martwić o pieniądze. Oczywiście manna sama nie spadnie z nieba. Prowadzenie własnej firmy to czasami ciężka i wyczerpująca praca. Praca wymagająca poświęcenia, bezgranicznego oddania i rzetelnej sumienności. Dziś stajecie przed wielką szansą, która może zmienić waszą przyszłość. Jednak owa przyszłość oczekuje od was trudnych decyzji. Jeśli podejmiecie właściwą, będziecie musieli zwolnić się z pracy w trybie natychmiastowym. Jako dyrektor kopalni nie wyrażę żadnych przeciwwskazań i wasze umowy zostaną rozwiązane. Nikomu ze swoich znajomych nie możecie zdradzić z jakich naprawdę powodów porzucacie bezpieczne zajęcie. Gdyby ktoś dociekał, wykpijcie się opowiastką, że dostaliście intratną posadę w prywatnej firmie z zagranicznym kapitałem. Rodzicom powiedz - rzekł gospodarz do Norberta - że od tej chwili będziesz pracował na swoim, ale pod moim bezpośrednim kierownictwem. Nie mów o szczegółach działalności, jeśli będzie taka potrzeba, sam udzielę im informacji. W całą sprawę będzie musiała jednak zostać zaangażowana twoja żona Magda - zwrócił się do Michała - która zajmie się księgowaniem dokumentów waszej spółki. Posiada odpowiednie doświadczenie i kwalifikacje. Niech papierami opiekuje się zaufana osoba. Im mniej ludzi będzie miało świadomość o waszych interesach, tym lepiej dla was. Nigdy nie obnoście się ze swoją zamożnością. Nie dajcie innym powodów do zazdrości i zawiści. Ludzie potrafią być podli, chętnie zaszkodzą i prędzej rzucą kłody pod nogi, niż udzielą wsparcia lub pomocy. Nasza trójka może zarobić poważne pieniądze i powtórzę to co powiedziałem wcześniej, musicie mi zaufać i postępować według moich wytycznych. Wiele was nauczę, pokażę jak załatwiać sprawy, które są poza zasięgiem zwykłych ludzi i co najważniejsze, dzięki mnie wejdziecie w świat wielkich interesów. Jeżeli uznacie za stosowne, chętnie udzielę wam nauki gdzie i jak zainwestować zarobione pieniądze. Nigdy nie będą mnie interesowały wasze dodatkowe dochody, ale dopóki będziemy razem działać, najważniejszą sprawą musi dla was pozostać pośrednictwo w sprzedaży węgla.

Michał wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo i wspominał wieczór sprzed szesnastu lat. Nigdy nie żałował swojej decyzji, chociaż Magda na początku była jej bardzo przeciwna. Podejrzewała, iż wuj Norberta może ich wpędzić w poważne kłopoty. Jednak kiedy w lutym 1999 roku na konto bankowe spółki cywilnej "Hydra", którą przyjaciele ochrzcili nazwą zaczerpniętą z mitologii greckiej, wpłynął przelew za pierwszą fakturę, Magda zmieniła zdanie.

Po skrupulatnym odliczeniu wszystkich kosztów związanych z działalnością firmy, wszystkich zapłaconych podatków, akcyzy oraz nieformalnej prowizji dla pomysłodawcy węglowego interesu, do końca roku współwłaściciele "Hydry" zarobili na czysto po osiemset dwadzieścia siedem tysięcy. Kwota była niebotyczna, bowiem przeciętnie zarabiający człowiek musiałby wtedy na taką sumę pracować prawie czterdzieści lat. Jednak zważywszy na fakt, że kopalnia, z którą spółka prowadziła interesy, jako jedna z nielicznych w Polsce, osiągnęła tamtego roku zysk sięgający grubo ponad miliard złotych. Zarobek wspólników był jedynie skromnym ułamkiem procenta owej kwoty. Wuj Norberta kontrolował sytuację i nie zamierzał zwiększać dochodów młodych przedsiębiorców, którzy płacili mu prowizję. Nie zaakceptował również pomysłu swojego siostrzeńca, który z nastaniem 2000 roku, chciał zatrudnić przedstawicieli handlowych.

- Panowie - powiedział - od dnia kiedy zaczęliście dzięki mnie zarabiać prawdziwe pieniądze, postawiłem sprawę jasno. Wszystkimi aspektami związanymi z pośrednictwem sprzedaży węgla, będziecie zajmować się osobiście. Waszym zadaniem jest utrzymanie kontaktu z kontrahentami, wręczanie im okazjonalnych suwenirów i dbanie o dobre stosunki. Nie macie powodów do narzekania. Michał, czy ciebie też męczą częste wyjazdy służbowe?! - zapytał, a potem spojrzał na Norberta i rzekł: - Obaj jeździcie przyzwoitymi samochodami, nocujecie w hotelach wysokiej klasy, a ty chcesz zatrudniać ludzi, którzy mają was wyręczać?! Chcesz obcym powierzyć tak odpowiedzialne zajęcie?! Posłuchajcie uważnie, co mam do powiedzenia. Spółka cywilna o nazwie "Hydra" nie będzie nikogo zatrudniać. Szefujecie firmie, Magda zajmuje się księgowaniem i jeżeli chcecie ze mną dalej pracować, tak musi zostać. Zrozumieliście?!

- Wujku, ja wcale nie upieram się... - Norbert starł się wyjaśnić.

- Młody człowieku proszę cię, zlituj się i niczego mi nie tłumacz - mężczyzna nie pozwolił mu dokończyć zdania. - Jestem zaskoczony, że taki pomysł zaświtał ci w głowie. Jeżeli chcesz prowadzić inne interesy, zatrudniać ludzi i brać sobie z tego tytułu mnóstwo kłopotów na głowę, twoja sprawa. Nie będę wnikał. Musisz sobie otworzyć dodatkową własną działalność gospodarczą. Powiem ci jeszcze, że w tej chwili czuję się rozczarowany twoim podejściem. A może chcecie już zakończyć naszą współpracę? Może doszliście do wniosku, że nie potrzebujecie więcej forsy? Mam was odsunąć od źródełka przynoszącego zadowalający dochód?

Następnego dnia Michał bez konsultacji ze swoim wspólnikiem, udał się z niezapowiedzianą wizytą do domu jego wuja. Podczas krótkiej rozmowy, powiedział:

- Bardzo proszę, żeby pan puścił w niepamięć swoją wczorajszą reprymendę. Zapewniam, że spółka będzie nadal funkcjonować wedle pańskich wytycznych, a my z Norbertem dołożymy wszelkich starań, aby kontakty z kontrahentami znajdowały się na życzliwej stopie. Gwarantuję również, że nikt nie znajdzie zatrudnienia w naszej firmie, nawet sprzątaczka, która miałaby zadbać o czystość wynajętych przez "Hydrę" pomieszczeń biurowych. Wszystko pozostanie tak, jak dotychczas.

Przyjaciel Norberta zyskał wtedy uznanie w oczach dyrektora kopalni. Utwierdził go w przekonaniu, że jest człowiekiem, który rozumie, iż ustalonych zasad nie wolno łamać i że należy być wdzięcznym za hojną pomoc.

Jesienią 2001 roku państwo Werlich wraz z dwójką swoich synów zamieszkali we własnym, nowo wybudowanym domu w jednej z willowych dzielnic Rybnika. Z zewnątrz posesja nie rzucała się w oczy. Budynek miał tradycyjną architekturę o spadzistym dachu, a całe przydomowe obejście wraz z niedużym ogrodem było otoczone płotem. Postronny obserwator nigdy nie pomyślałby, że rodzina, która mieszka w takim domu jest bardzo majętna.

Interes, który w pewnym sensie nosił znamiona szwindlu, trwał w swojej pierwotnej wersji, aż do połowy lata 2005 roku. Do czasu, kiedy wuj Norberta wybrał się ze swoją małżonką na wakacyjny wypoczynek. Oboje udali się na Teneryfę i tam doszło do przykrego zdarzenia. Podczas urlopu dyrektor kopalni dostał zawału i... zmarł.

Przez następne dwa lata "Hydra" S.C. nadal zajmowała się dystrybucją węgla, zaopatrując potężne zakłady przemysłowe. Potem jednak doszło do ogólnoświatowego kryzysu, który został wywołany przez największe instytucje sektora bankowego. Recesja uderzyła w gospodarki wszystkich państw świata. Zapanował niewyobrażalny chaos. Norbert i Michał doszli wówczas do wniosku, że pora zakończyć handel węglem i zająć się czymś innym. Rozwiązali spółkę, która dzięki złotym radom jego wuja nigdy nie inwestowała w swój majątek. Rozstali się w zgodzie jak na przyjaciół przystało i każdy zajął się interesami na własną rękę. Norbert poszedł w kierunku motoryzacji i postanowił otworzyć profesjonalny salon samochodowy. Dwa miesiące później został oficjalnym przedstawicielem marki Audi.

Michał natomiast otworzył spółkę cywilną ze swoją małżonką. Firma zyskała neutralną, obcojęzyczną nazwę, która brzmiała "Werlich Investments". Przez długie miesiące działalność nie przynosiła żadnych zysków tylko generowała straty, związane z zakupem połaci ziemi przeznaczonej pod inwestycje gospodarcze.

Michał miał ambitny plan, który zrodził się w jego umyśle jeszcze kilka lat temu. Zainspirował się pewną książką, która szczegółowo opisywała powstanie jednego z największych imperium biznesowych, jakim jest sieć restauracji McDonald. Nie myślał o tym, żeby zająć się sprzedażą popularnych fast foodów, chodziło mu o coś zupełnie innego. W owej książce natrafił na bardzo interesujące zdanie, które miał wypowiedzieć jeden z założycieli najbardziej znanej w świecie korporacji: "Prowadzimy działalność gospodarczą w dziedzinie nieruchomości. Jedynym powodem, dla którego sprzedajemy hamburgery jest niezaprzeczalny fakt, że przynoszą największy dochód płatnikom naszej franczyzy. Inwestujemy w ziemię na której budujemy swoje restauracje, a nasze zyski generuje współpraca z przedsiębiorcami, którzy prowadzą owe lokale z logiem firmy McDonalds." Wizja, jaką nosił w głowie Michał, zmierzała do budowy potężnych obiektów, które w finale miały pełnić role centrów handlowych. Wszystkie działania "Werlich Investments", zmierzały do tego, aby spółka została właścicielem takich budynków i czerpała dochód z wynajmu powierzchni handlowych.

Pierwsze takie centrum, zaczęło funkcjonować w połowie 2010 roku. W przeciągu czterech lat powstały trzy kolejne, a w każdym z tych miejsc, mieściło się po kilkadziesiąt sklepów. Pod koniec każdego miesiąca Magda osobiście wystawiała faktury za wynajem, a ich łączna suma netto przekraczała kilkaset tysięcy złotych...

Michał wpatrywał się w sierpniowe niebo i nagle dostrzegł w przestworzach pierwsze smugi Perseidów. Nie wypowiadał w duchu marzeń na widok spadających gwiazd, bowiem to czego pragnął, nie miało żadnych szans na ziszczenie. Nawet gdyby w tej chwili był najbogatszym człowiekiem świata i chciał na ten cel wydać cały majątek, nikt i nic nie byłoby w stanie sprawić, żeby czas cofnął swój bieg.

Czas.

Nieuchwytny, niepowstrzymany i przemijający.

Czas nie ma formy i gabarytów. Nie sposób go okiełznać. Jest naszym sprzymierzeńcem, a jednocześnie najgorszym wrogiem.

Prawie wszystko można kupić. Można zapłacić za miłość, przyjaźń i lojalność. Można wydać pieniądze, żeby podreperować zdrowie, wygląd i oszukać starość. Dzięki forsie można sobie zapewnić komfortowe warunki życia, zobaczyć urokliwe zakątki świata, zwiedzić cały glob wzdłuż i wszerz. Dzięki mamonie można spełnić swoją każdą próżną zachciankę i zrealizować najbardziej zwariowane pomysły. Z milionami na koncie można poczuć się bogiem, ale nie sposób zawładnąć czasem.

Czas rządzi ludzkim życiem, pożera teraźniejszość i przeistacza ją w przeszłość, której nie możemy zmienić. Nie cofniemy zdarzeń, które miały już miejsce i nie naprawimy popełnionych kiedyś błędów. Michał Werlich od ponad dwóch miesięcy doświadczał właśnie takiej sytuacji i nie potrafił sobie z nią poradzić. Od blisko sześćdziesięciu dni jedyne co robił, to rozgrzebywał i boleśnie rozdrapywał swoją przeszłość. Poddawał ją szczegółowej i drobiazgowej analizie. Przeszłość, która rozegrała się na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat, jakie zostało mu dane przeżyć. Dostrzegał wszystkie błędy, których się dopuścił, a rachunek sumienia przynosił z sobą tylko niewyobrażalny duchowy ból.

Przeczytałeś fragment powieści Krzysztofa Spadło pt. "Dotyk wieczności".

Wejdź na www.wydawnictwokago.pl, aby pobrać pełną wersję.

Najstarsze, udokumentowane podania o rojach meteorów, które pojawiają się na niebie w drugiej połowie lata i obecnie są znane ludziom pod nazwą Perseidy, sięgają blisko 2000 lat. Jednak na przestrzeni dziejów w wierzeniach wszystkich kultur, interpretacja owego zjawiska miała przeróżne oblicza. W pierwotnych czasach widok deszczu spadających gwiazd budził w ludziach strach i zaskoczenie. Wszelkie zjawiska astronomiczne, które pojawiały się na niebie, bardzo długo były utożsamiane z gniewem bogów, zapowiedzią złowieszczych wydarzeń, przybyciem proroków lub wędrówką zagubionych dusz.

Człowiek od zarania dziejów odczuwał przerażający lęk, jeśli nie był w stanie czegoś zrozumieć lub wyjaśnić w racjonalny sposób. W obecnych czasach posiadamy większą wiedzę, bezustannie dokonujemy fascynujących odkryć, potrafimy wytłumaczyć wiele skomplikowanych zjawisk, ale mentalnie nie różnimy się od naszych przodków. Pierwotny strach przed niezrozumiałym jest wpisany w naszą naturę. Dziś jesteśmy bardziej przebiegli niż homo sapiens, który dawno temu żył w jaskiniach i polował na mamuty. Przewyższamy intelektem średniowiecznych inkwizytorów i późniejszych liderów rewolucji przemysłowej. Dzięki zdobyczom wiedzy i techniki, osiągnęliśmy w wielu dziedzinach spektakularne sukcesy, ale ludzki mózg nadal pozostaje dla nas zagadką. Nie potrafimy udzielić odpowiedzi dlaczego niektórzy są obdarzeni artystycznym talentem, czemu potrafimy kochać, nienawidzić, ulegać wzruszeniom, zachwycać się pięknem?

Na wielu płaszczyznach jesteśmy niepoprawnymi ignorantami i doskonale potrafimy kpić ze spraw, które sięgają poza granice naszej wyobraźni. Na początku XX wieku ludzie zaczytywali się w przepowiedniach królowej Saby. Jedna z opowieści głosiła, że przyjdą takie czasy kiedy ojciec będzie mógł rozmawiać z synem i widzieć jego twarz, chociaż ten drugi będzie znajdował się za "wielką wodą". Rozmówców miał dzielić ocean, więc jakim cudem mogliby prowadzić dyskusję, patrząc sobie w oczy? To, co kilkadziesiąt lat temu wydawało się niepojęte, dziś jest rzeczą zupełnie naturalną. Gdyby nasi pradziadkowie mogli usłyszeć o możliwościach technologicznych, którymi obecnie dysponujemy w codziennym życiu, zapewne uznaliby wszystkie opowieści za nierealne fantazje.

Sprawy, których nie potrafimy racjonalnie wytłumaczyć wywołują w nas również specyficzny odruch obronny, który bardzo szybko może powieść do eskalacji przemocy i agresji.

Nosimy w sobie pierwotny lęk przed nieznanym, który drzemie w naszej świadomości i budzi się zawsze, kiedy brakuje nam sensownych wyjaśnień.