Rozdział 1
1
Obudziła się w ciemności. Przez szpary w okiennych żaluzjach sączył się
świt, rzucając ukośne cienie na łóżko. Miała wrażenie, że znajduje się w więziennej celi.
Przez chwilę po prostu leżała, drżąca, uwięziona, próbując otrząsnąć się
ze snu. Po dziesięciu latach służby wciąż miewała koszmarne sny.
Sześć godzin wcześniej zabiła człowieka; patrzyła, jak śmierć przesłania
mu oczy mgłą. Nie po raz pierwszy użyła broni i nie po raz pierwszy
majaczyły jej się koszmary. Nauczyła się akceptować własne czyny i ich
konsekwencje.
Prześladował ją obraz dziecka. Dziecka, którego nie zdążyła uratować.
Dziecka, którego rozpaczliwe wołanie powracało w snach echem jej
własnego krzyku.
I ta krew, pomyślała, ocierając pot z czoła. Taka mała dziewczynka, a miała tak dużo krwi. Wiedziała jednak, że koniecznie musi odsunąć od
siebie to wspomnienie.
Zgodnie z obowiązującą w wydziale procedurą Eve przez cały ranek będzie
poddawana testom. Wymagano, by każdy policjant, który zabił człowieka,
przeszedł badania psychiatryczne i psychotechniczne, zanim na nowo
podejmie swoje obowiązki. Trochę irytowały ją te testy.
Wyjdzie zwycięsko z tej próby, tak samo jak z poprzednich.
Kiedy wstała, refleksy światła przesunęły się automatycznie w dół,
rozjaśniając jej przejście do łazienki. Skrzywiła się, widząc swoje
odbicie w lustrze. Oczy miała zapuchnięte z braku snu, a twarz prawie
tak samo bladą jak ciała, które przekazała lekarzowi sądowemu.
Nie zastanawiała się nad tym dłużej i weszła pod prysznic, ziewając.
- Odkręć na full - powiedziała i przesunęła się tak, by strumień wody
padał prosto na jej twarz.
Pozwoliła, by łazienkę wypełniła para, po czym namydliła się,
przebiegając myślą wydarzenia ostatniej nocy. Testy miały się rozpocząć
dopiero o dziewiątej, więc następne trzy godziny wykorzysta na
uspokojenie nerwów i całkowite uwolnienie się od koszmarnego snu.
Wątpliwości i wyrzuty sumienia często wychodziły na jaw, a to mogło
oznaczać powtórną, bardziej intensywną sesję z maszynami i obsługującymi
je technikami o sowich oczach.
Nie miała zamiaru być poza wydziałem dłużej niż dwadzieścia cztery
godziny.
Włożyła szlafrok, poszła do kuchni i zaprogramowała automatycznego
kucharza na czarną kawę i lekko opieczoną grzankę. Zza okna dochodził
głośny warkot samolotów wiozących pierwszych pracowników do biur, a ostatnich do domów. Wybrała to mieszkanie, ponieważ wiodła nad nim trasa
powietrzna, a Eve lubiła hałas i widok zapchanego samolotami nieba.
Ziewnęła ponownie, wyjrzała przez okno i powiodła wzrokiem za starym
autobusem, z grzechotem przewożącym robotników, którzy nie mieli tyle
szczęścia, by pracować w mieście czy też korzystać z połączeń
miejscowych.
Wywołała na monitorze "New York Timesa" i przebiegła wzrokiem nagłówki,
czekając, aż podrabiana kofeina pobudzi jej system nerwowy. Automatyczny
kucharz znowu przypalił grzankę, ale i tak ją zjadła, myśląc bez
przekonania, że powinna wymienić zepsutą część.
Marszczyła czoło, czytając artykuł o pladze droidalnych cocker spanieli,
kiedy zamigotało telełącze. Eve przełączyła się na odbiór i zobaczyła na
ekranie twarz szefa.
- Panie komendancie.
- Porucznik Dallas. - Kiwnął jej krótko głową, zauważając, że Eve ma
mokre włosy i zaspane oczy. - Wypadek przy Dwudziestej Siódmej West
Broadway, osiemnaste piętro. Obejmujesz sprawę.
Trochę się zdziwiła.
- Jeszcze nie przeszłam testów. Tamten mężczyzna zginął o dwudziestej
drugiej trzydzieści pięć.
- Ta sprawa ma pierwszeństwo - powiedział stanowczo komendant. - Jadąc
na miejsce wypadku, proszę odebrać odznakę oraz broń. Kod Piąty,
porucznik Dallas.
- Tak jest. - Gdy jego twarz zniknęła z ekranu, Eve odsunęła się od
komputera. Kod Piąty oznaczał, że ma meldować się bezpośrednio u przełożonego, nie będzie jawnych raportów międzywydziałowych ani
współpracy z prasą.
Co w istocie znaczyło, że dano jej wolną rękę.
***
Na Broadwayu panował tłok i zgiełk niczym na przyjęciu, którego nigdy
nie opuszczają hałaśliwi goście. Ulice i chodniki były zapchane ludźmi i pojazdami. Pamiętała z dawnych czasów, kiedy pełniła jeszcze służbę
patrolową, że w tej okolicy często dochodziło do wypadków samochodowych
oraz potrąceń turystów, którzy byli zbyt zaabsorbowani gapieniem się na
uliczne widowisko, by w porę zejść z jezdni.
Nawet o tak wczesnej godzinie unosiła się para z zainstalowanych na
stałe budek i przenośnych straganów z jedzeniem, które przewalającym się
tłumom oferowały wszystko, od makaronu ryżowego po hot dogi z soi.
Musiała skręcić w bok, by ominąć namolnego sprzedawcę smażonych
kiełbasek, a gdy mężczyzna pokazał jej środkowy palec zgięty w wulgarnym
geście, uznała to za rzecz zupełnie naturalną.
Zaparkowała na ulicy, obok innych stojących równolegle do krawężnika
samochodów, i minąwszy mężczyznę, który śmierdział gorzej od swojej
butelki z piwem, weszła na chodnik. Najpierw obejrzała dokładnie
budynek, pięćdziesiąt pięter błyszczącej stali, który wystrzelał w niebo
ze swej betonowej podstawy. Zanim dotarła do wejścia, zaczepiono ją dwa
razy.
Nie była tym zaskoczona, ponieważ tę składającą się z pięciu przecznic
część Broadwayu nazywano pieszczotliwie Pasażem Prostytutek. Błysnęła
odznaką umundurowanemu policjantowi, który pilnował wejścia.
- Porucznik Dallas.
- Tak jest. - Uruchomił komputerową blokadę drzwi, by powstrzymać
ciekawskich, po czym zaprowadził Eve do wind. - Osiemnaste piętro -
powiedział, gdy drzwi kabiny zamknęły się za nimi.
- Proszę wprowadzić mnie w sprawę. - Włączyła magnetofon i czekała.
- Nie byłem pierwszy na miejscu zbrodni, pani porucznik. To, co
wydarzyło się na górze, jest utrzymywane w tajemnicy. Obowiązuje Kod
Piąty. W mieszkaniu numer osiemnaście zero trzy czeka na panią oficer.
- Kto zawiadomił nas o zabójstwie?
- Nie dysponuję taką informacją.
Pozostał na miejscu, gdy drzwi windy się otworzyły. Eve wyszła z kabiny
i znalazła się sama w wąskim korytarzu. Zainstalowane ze względów
bezpieczeństwa kamery były skierowane prosto na nią; niemal
bezszelestnie ruszyła po miękkim, nieco wytartym dywanie do apartamentu
1803. Nie zawracając sobie głowy pukaniem, oznajmiła głośno swoje
przybycie, po czym podsunęła odznakę pod oko kamery i poczekała, aż
drzwi się otworzą.
- Dallas.
- Feeney. - Uśmiechnęła się zadowolona z widoku znajomej twarzy. Ryan
Feeney był jej starym przyjacielem i ekspartnerem, który zamienił ulicę
na biurko i wysoką pozycję w Wydziale Rozpoznania Elektronicznego. -
Więc teraz przysyłają speców od komputerów.
- Chcieli starszego oficera, i to najlepszego. - Uśmiech rozjaśnił jego
szeroką, pomarszczoną twarz, ale oczy pozostały poważne. Był niskim
pulchnym mężczyzną z małymi grubymi rękami i rudawymi włosami. -
Wyglądasz na wykończoną.
- Miałam ciężką noc.
- Słyszałem. - Z torby, którą zawsze nosił ze sobą, wyjął paczkę
orzeszków w cukrze i poczęstował nimi Eve. Przyglądał się jej, próbując
ocenić, czy jest przygotowana na to, co zobaczy w sypialni.
Ta młoda, jak na swój stopień, zaledwie trzydziestoletnia kobieta o dużych brązowych oczach nigdy nie miała okazji patrzeć na świat z młodzieńczą naiwnością. Jasnobrązowe włosy nosiła krótko obcięte, raczej
dla wygody niż z chęci hołdowania modzie, ale pasowały do jej trójkątnej
twarzy o ostro zarysowanych kościach policzkowych i małym dołeczku w policzku.
Wysoka, długonoga Eve Dallas sprawiała wrażenie szczupłej, ale Feeney
wiedział, że pod skórzaną kurtką kryje się muskularne ciało. Co więcej,
miała nie tylko mięśnie, ale też serce i rozum.
- Czeka cię przykry widok, Dallas.
- Wiem. Kim jest ofiara?
- Sharon DeBlass, wnuczka senatora DeBlassa.
Nic jej to nie mówiło.
- Feeney, polityka nie jest moją mocną stroną.
- To dżentelmen z Wirginii, skrajny prawicowiec, wywodzący się ze starej
bogatej rodziny. Kilka lat temu jego wnuczka opuściła niespodziewanie
dom, przeniosła się do Nowego Jorku i została licencjonowaną damą do
towarzystwa.
- Prostytutka. - Eve rozejrzała się po apartamencie. Został urządzony w natrętnie nowoczesnym stylu - szkło i chrom, sygnowane hologramy na
ścianach, barek w kolorze ostrej czerwieni. Za barkiem wisiała ogromna
zasłona wymalowana w zlewające się ze sobą różnorodne wzory w zimnych
pastelowych kolorach.
Schludna jak dziewica, pomyślała Eve, i zimna jak dziwka.
- Nic dziwnego, biorąc pod uwagę miejsce, w jakim zdecydowała się
zamieszkać.
- To delikatna sprawa ze względów politycznych. Ofiarą jest
dwudziestoczteroletnia biała kobieta. Umarła w łóżku.
Eve tylko uniosła brew.
- Wydaje się to dość znaczące, skoro była kupowana w łóżku. Jak zmarła?
- To kolejny problem. Chcę, żebyś sama zobaczyła.
Gdy przeszli przez pokój, każde z nich wyjęło mały pojemniczek;
spryskali sobie dokładnie ręce, by je natłuścić i nie zostawiać odcisków
palców. Na progu sypialni Eve spryskała też podeszwy butów, nie chcąc,
by przyczepiły się do nich włókna, zabłąkane włosy czy fragmenty
naskórka.
Musiała zachować ostrożność. W normalnych okolicznościach na miejscu
zabójstwa byłoby już dwóch innych oficerów śledczych, rejestrujących
wszystko i robiących zdjęcia. Lekarze sądowi czekaliby, jak zwykle
niecierpliwie, żeby zabrać się do roboty. Fakt, że tylko ona i Feeney
zostali przydzieleni do tej sprawy, oznaczał, że trzeba uważać na każdy
krok.
- Kamery w holu, windzie i na korytarzach - zauważyła.
- Już oznaczyłem dyskietki. - Feeney otworzył drzwi i przepuścił ją
przodem.
Nie wyglądało to ładnie. Zdaniem Eve śmierć rzadko była spokojnym
metafizycznym przeżyciem. Na ogół oznaczała brutalny koniec, który nie
miał nic wspólnego ze świętym i grzesznikiem. Ale to, co tutaj
zobaczyła, szokowało jak teatralna dekoracja, którą stworzono specjalnie
po to, by wywołać zgorszenie.
Ogromne łóżko było nakryte gładkimi atłasowymi prześcieradłami w kolorze
dojrzałej brzoskwini. Małe reflektory rzucały miękkie światło na środek,
gdzie w łagodnym zagłębieniu ruchomego materaca leżała naga kobieta.
Materac falował z nieprzyzwoitym wdziękiem w takt muzyki, przepływającej
cicho przez wezgłowie łóżka.
Kobieta wciąż była piękna; miała profil jak z kamei, kaskadę
zmierzwionych, płomiennie rudych włosów, szmaragdowe oczy, spoglądające
teraz ze szklanym wzrokiem na wyłożony lustrami sufit. Białe jak mleko
członki przywodziły na myśl scenę z Jeziora łabędziego, gdy
poruszające się łóżko kołysało nimi delikatnie.
Teraz nie były artystycznie ułożone, tylko rozrzucone zmysłowo, tak że
ciało martwej kobiety tworzyło literę X pośrodku łóżka.
Miała dziurę w czole i w piersi, a jeszcze jeden makabryczny otwór
widniał między jej rozłożonymi udami. Krew obryzgała połyskujące
prześcieradła, wyciekła na łóżko, utworzyła kałużę i zakrzepła.
Poplamiła także ściany, które przypominały barwne obrazy namazane przez
jakieś złe dziecko.
Tak ogromna ilość krwi była rzadkim zjawiskiem, a poprzedniej nocy Eve
widziała jej o wiele za dużo, by patrzeć na to miejsce zbrodni ze
spokojem, jakiego by sobie życzyła.
Musiała przełknąć ślinę i zmusić się do wyrzucenia z pamięci widoku
tamtego dziecka.
- Masz tę sypialnię na taśmie?
- Tak.
- Więc wyłącz to cholerstwo. - Odetchnęła z ulgą, gdy Feeney odnalazł
urządzenie regulujące głośnością i przyciszył muzykę. Łóżko
znieuchomiało.
- Dziwne rany - mruknęła Eve, podchodząc bliżej, by je obejrzeć. - Zbyt
kształtne jak na nóż. Zbyt krwawe jak na laser. - Nagle doznała
olśnienia; przypomniała sobie dawne filmy szkoleniowe, dawne kasety
wideo, dawne zbrodnie. - Rany boskie, Feeney, to wygląda jak rany
postrzałowe.
Sięgnął do kieszeni i wyjął opieczętowaną przezroczystą torebkę.
- Ten, kto to zrobił, zostawił nam upominek. - Podał ją Eve. - Taki
antyk musi oficjalnie kosztować osiem, dziesięć tysięcy, a na czarnym
rynku dwa razy tyle.
Z zaciekawieniem obróciła rewolwer w ręku.
- Jest ciężki - powiedziała na wpół do siebie. - I duży.
- Trzydziestkaósemka - odparł. - Pierwszy, jaki widzę poza muzeum. To
smith & wesson, model dziesiątka, niebieskoszary. - Popatrzył na
niego z pewną czułością. - Prawdziwa klasyczna broń używana przez
policję aż do lat dwudziestych. Przestali ją produkować w dwa tysiące
dwudziestym drugim czy dwudziestym trzecim, kiedy wydano zakaz
posługiwania się bronią.
- Masz bzika na punkcie historii. - Co tłumaczyło, dlaczego jest teraz z nią tutaj. - Wygląda jak nowy. - Powąchała rewolwer przez torebkę;
poczuła zapach oliwy i spalenizny. - Ktoś bardzo dbał o niego.
Wystrzelił od razu - powiedziała z zadumą, oddając torebkę Feeneyowi. -
Brzydka śmierć, w ciągu mojej dziesięcioletniej służby w wydziale
pierwszy raz spotykam się z tego typu zabójstwem.
- Ja po raz drugi. Jakieś piętnaście lat temu, w Lower East Side, na
przyjęciu sytuacja wymknęła się spod kontroli. Facet zastrzelił pięć
osób z dwudziestkidwójki, zanim zrozumiał, że to nie zabawka. Urządził
niezłą jatkę.
- Dowcipniś - mruknęła Eve. - Sprawdzimy kolekcjonerów broni,
zorientujemy się, ilu z nich może mieć coś takiego. Któryś z nich mógł
zgłosić kradzież.
- Mógł.
- Bardziej prawdopodobne, że został kupiony na czarnym rynku. -
Spojrzała przez ramię na zwłoki. - Jeśli trudniła się tym fachem przez
kilka lat, to musi mieć dyskietki, rejestr klientów, notesy, w których
zapisywała daty i miejsca spotkań. - Zmarszczyła brwi. - Przy Kodzie
Piątym będę musiała sama sprawdzić wszystkie adresy. To nie jest zwykły
mord na tle seksualnym - powiedziała z westchnieniem. - Ten, kto to
zrobił, dopracował każdy szczegół. Archaiczna broń, rany zadane tak,
jakby przyłożono do ciała linijkę, światła, ułożenie ciała. Feeney, kto
wezwał policję?
- Zabójca. - Poczekał, aż Eve na niego spojrzy. - Stąd. Zadzwonił na
posterunek. Widzisz to urządzenie przy łóżku, skierowane na jej twarz?
Tak to załatwił. Przez wideo, sam nic nie powiedział.
- Lubi makabryczne efekty. - Głośno wypuściła powietrze. - Inteligentny,
arogancki, pewny siebie skurwysyn. Najpierw się z nią kochał, mogę się
założyć o swoją odznakę. Potem wstał i zrobił to. - Podniosła rękę,
wycelowała i obniżając dłoń, liczyła: - Raz, dwa, trzy.
- To zimne wyrachowanie - mruknął Feeney.
- Bo on jest wyrachowany. Po zabójstwie wygładza prześcieradła. Widzisz,
że nie ma na nich żadnej zmarszczki? Układa jej ciało, rozchyla nogi,
tak by nikt nie miał wątpliwości, jak zarabiała na życie. Robi to
starannie, niemal z linijką w ręku, więc jest idealnie upozowana.
Pośrodku łóżka, ręce i nogi rozłożone pod tym samym kątem. Nie
zatrzymuje łóżka, ponieważ jego falowanie jest częścią widowiska.
Zostawia rewolwer, gdyż chce, byśmy od razu wiedzieli, że nie jest
przeciętnym człowiekiem. Ma silnie rozwinięte ego. Nie zamierza tracić
czasu na czekanie, aż ktoś znajdzie ciało. Pragnie natychmiastowej
nagrody.
- Proponowała swoje usługi zarówno mężczyznom, jak i kobietom - zauważył
Feeney, ale Eve potrząsnęła głową.
- To nie kobieta. Kobieta nie zostawiłaby jej w pozie, w której wygląda
zarówno pięknie, jak i nieprzyzwoicie. Nie, nie sądzę, żeby to zrobiła
kobieta. Zobaczmy, co uda nam się tu znaleźć. Czy wszedłeś już do jej
komputera?
- Nie. To twoja sprawa, Dallas. Ja jestem upoważniony tylko do tego,
żeby ci asystować.
- Sprawdź, czy możesz się dostać do pliku z nazwiskami jej klientów. -
Podeszła do komody i zaczęła przeglądać uważnie szuflady.
Kosztowny gust, pomyślała. Znalazła parę rzeczy z czystego jedwabiu tak
wysokiej klasy, że żadne podrabiane tkaniny nie mogłyby mu dorównać.
Stojące na komódce ekskluzywne perfumy kosztowały z pewnością fortunę i pachniały jak kosztowny seks.
W szufladach panował wzorowy porządek, bielizna była starannie złożona,
swetry poukładane w zależności od koloru i grubości. Szafa wyglądała
podobnie.
Nie ulegało wątpliwości, że ofiara kochała stroje, miała pociąg do tego,
co najlepsze, i że bardzo dbała o swoją garderobę.
A umarła nago.
- Prowadziła dokładne zapiski! - wykrzyknął Feeney. - Wszystko tu jest.
Lista jej klientów, spotkań - włącznie z wymaganymi comiesięcznymi
badaniami lekarskimi i cotygodniowymi wizytami w salonie piękności.
Pierwsze załatwiała w Trident Clinic, drugie w Paradise.
- Obie na topie. Mam koleżankę, która od roku oszczędza, żeby móc
spędzić tylko jeden dzień w Paradise. Można tam spróbować wszystkich
przyjemności.
- Siostra mojej żony wybrała się do Paradise z okazji swoich
dwudziestych piątych urodzin. Kosztowało to więcej niż ślub mojego
dzieciaka. Coś podobnego, mamy jej prywatny notes z adresami.
- Świetnie. Skopiuj to wszystko, dobrze? - Słysząc jego cichy gwizd,
zerknęła przez ramię i ujrzała miniaturowy komputer o pozłacanych
krawędziach. - Co?
- Mamy tu nazwiska wielu wpływowych ludzi. Polityka, rozrywka,
pieniądze, pieniądze, pieniądze. Ciekawe, nasza dziewczyna ma prywatny
numer Roarke'a.
- Jakiego Roarke'a?
- Po prostu Roarke'a, z tego, co wiem. Niesamowicie nadziany facet. To
jeden z tych, którzy potrafią zamienić gówno w sztabki złota. Dallas,
powinnaś czytać nie tylko rubrykę sportową.
- No wiesz, czytam nagłówki. Słyszałeś o tej historii z cocker
spanielami?
- Roarke ciągle jest na pierwszych stronach gazet - wyjaśnił cierpliwie
Feeney. - To właściciel jednej z największych na świecie kolekcji
sztuki. Zbiera dzieła sztuki i antyki - kontynuował, widząc, że Eve
przysłuchuje mu się z zainteresowaniem. - Ma pozwolenie na
kolekcjonowanie broni. Krążą plotki, że potrafi się nią posługiwać.
- Złożę mu wizytę.
- Będziesz miała szczęście, jeśli zbliżysz się do niego na milę.
- Czuję, że będę je miała. - Podeszła do łóżka i wsunęła ręce pod
materac.
- Ten człowiek ma wpływowych przyjaciół, Dallas. Nie możesz sobie
pozwolić na najmniejszą wzmiankę o jego związku z tą sprawą, dopóki nie
zdobędziesz jakichś konkretnych dowodów.
- Feeney, wiesz, że niepotrzebnie mi o tym mówisz. - W chwili gdy się
uśmiechnęła, jej palce dotknęły czegoś, co leżało między zimnym ciałem a zakrwawionymi prześcieradłami. - Coś jest pod nią. - Uniosła ostrożnie
ramię martwej kobiety i wsunęła głębiej rękę.
- Papier - mruknęła. - Wodoodporny. - Natłuszczonym kciukiem starła z kartki plamę krwi i przeczytała: "Pierwsza z sześciu".
- Wygląda na pismo ręczne - powiedziała, podając papier Feeneyowi. -
Nasz chłoptaś jest wyjątkowo inteligentny i niezwykle pewny siebie. I to
jeszcze nie koniec.
***
Przez resztę dnia Eve robiła to, co w normalnych okolicznościach
zostałoby zlecone innym funkcjonariuszom. Przesłuchała osobiście
sąsiadów ofiary, spisując zeznania, domysły, podejrzenia.
Udało jej się kupić w biegu kanapkę od tego samego ulicznego sprzedawcy,
którego o mały włos nie rozjechała, kiedy parę godzin wcześniej mknęła
przez miasto. Po nocy i poranku, jakie miała za sobą, nie zdziwiła się,
kiedy recepcjonistka w Paradise popatrzyła na nią tak, jakby Eve przed
chwilą wstała z trumny.
Kaskady wody szumiały harmonijnie wśród wspaniałej roślinności zdobiącej
salę recepcyjną najbardziej ekskluzywnego salonu piękności w mieście.
Klientkom siedzącym w niedbałych pozach na wygodnych kanapach i fotelach
podawano kawę w malutkich filiżankach oraz gazowaną wodę albo szampana w wąskich szklaneczkach. Słuchawki na uszach i dyski z magazynami mody
dopełniały przyjemności.
Recepcjonistka miała wspaniały biust, który był najlepszą reklamą
umiejętności chirurgów plastycznych pracujących w salonie. Dziewczyna
była ubrana w krótki wygodny strój w kolorze służbowej czerwieni i miała
niesamowitą figurę, a czarne jak heban włosy były poskręcane niczym
węże.
Eve była zachwycona.
- Przykro mi - powiedziała kobieta starannie modulowanym, pozbawionym
emocji głosem, przypominającym głos komputera. - Przyjmujemy tylko na
zapisy.
- W porządku. - Uśmiechnęła się i niemal z żalem zmusiła recepcjonistkę
do porzucenia lekceważącego tonu. Niemal. - To powinno wystarczyć. -
Pokazała swoją odznakę. - Kto zajmuje się Sharon DeBlass?
Recepcjonistka rozejrzała się po sali z przerażeniem.
- Życzenia naszych klientek są otoczone ścisłą tajemnicą.
- Z pewnością. - Nieźle się bawiąc całą tą sytuacją, Eve oparła się po
przyjacielsku o wycięty w kształcie litery U blat. - Mogę rozmawiać miło
i cicho, tak jak teraz, rozumiemy się, Denise? - Błyskawicznie opuściła
wzrok na identyfikator przypięty dyskretnie na piersi dziewczyny. - Albo
mogę mówić głośno, żeby wszyscy mnie usłyszeli. Jeśli ta pierwsza
propozycja bardziej ci się podoba, to zaprowadź mnie do miłego cichego
pokoju, w którym nie będziemy przeszkadzały żadnej z twoich klientek, i przyślij mi stylistę Sharon DeBlass. Czy jak go tam nazywacie.
- Konsultanta - słabym głosem rzekła Denise. - Proszę pójść za mną.
- Z przyjemnością.
I rzeczywiście była to przyjemność.
Tylko w kinie i na kasetach wideo widziała taki przepych. Dywan
przypominał czerwoną poduszkę, w której z błogością zanurzało się stopy.
Z sufitu zwisały kryształowe krople, rzucające krążki światła. Powietrze
pachniało świeżością i zadbanymi ciałami.
Nie mogła sobie wyobrazić, że spędza tu cały dzień, pozwalając, by ją
smarowano kremami, natłuszczano oliwkami, masowano i poprawiano
mankamenty figury, ale gdyby z próżności zdecydowała się to zrobić, to
tracenie czasu w tak luksusowych warunkach byłoby z pewnością ciekawym
doświadczeniem.
Recepcjonistka wprowadziła ją do małego pokoju, w którym na jednej ze
ścian widniał hologram przedstawiający zieloną łąkę. Cichy śpiew ptaków
i szum wiatru rozbrzmiewały słodko w powietrzu.
- Zechce pani tu poczekać.
- Nie ma problemu. - Eve zaczekała, aż drzwi się zamkną, po czym opadła
na niesłychanie wygodny fotel. Gdy tylko usiadła, stojący z boku monitor
włączył się i pojawiła się na nim uśmiechnięta twarz droida.
- Dzień dobry. Witamy w Paradise. Pani uroda i dobre samopoczucie są
naszą jedyną troską. Czy czekając na konsultanta, miałaby pani ochotę
czegoś się napić?
- Jasne. Kawy, czarnej kawy.
- Oczywiście. Jaką pani preferuje? Proszę wcisnąć przycisk C na pani
klawiaturze, aby zapoznać się z wszystkimi propozycjami.
Tłumiąc chichot, wypełniła polecenie. Przez następne dwie minuty
analizowała wszystkie możliwości, po czym zawęziła wybór do Riwiery
Francuskiej i Kremu Karaibskiego.
Drzwi otworzyły się, zanim zdążyła podjąć decyzję. Wstała zrezygnowana i stanęła twarzą w twarz z wyszukanie ubranym straszydłem.
Na niebieskofioletową koszulę i śliwkowe spodnie miał narzucony długi
rozpięty kaftan w obowiązującym w Paradise czerwonym kolorze. Włosy,
zaczesane do tyłu i odsłaniające nieprzyjemnie szczupłą twarz,
przypominały odcieniem spodnie, które nosił. Uścisnął lekko rękę Eve i popatrzył na nią łagodnym wzrokiem.
- Bardzo mi przykro, pani oficer. Czuję się zakłopotany.
- Potrzebuję informacji o Sharon DeBlass. - Po raz drugi Eve wyjęła
odznakę i pokazała ją swojemu rozmówcy.
- Aha, porucznik Dallas. Proszę mnie zrozumieć. Zapewne pani wie, że
karty naszych klientów są ściśle tajne. Salon Paradise znany jest
zarówno ze swej doskonałości, jak i dyskrecji.
- A pan zapewne wie, że mogę dostać nakaz rewizji, panie...?
- Och, Sebastian. Po prostu Sebastian. - Machnął szczupłą, błyszczącą od
pierścieni ręką. - Nie kwestionuję pani władzy, pani porucznik. Ale czy
mogłaby mi pani podać powód tego śledztwa?
- Prowadzę śledztwo w sprawie morderstwa Sharon DeBlass - przerwała na
chwilę, widząc po oczach i pobladłej twarzy Sebastiana, że wiadomość
wywołała u niego szok. - Nic więcej nie mogę panu powiedzieć.
- Morderstwo. Boże drogi, moja śliczna Sharon nie żyje? To musi być
jakieś nieporozumienie. - Opadł na fotel, odchylił do tyłu głowę i zamknął oczy. Kiedy automat zaproponował mu coś do picia, ponownie
machnął ręką. Światło odbiło się od jego pierścieni. - Tak, na Boga.
Potrzebuję brandy, kochanie. Kieliszeczek Trevalli.
Eve usiadła obok niego i wyjęła magnetofon.
- Niech pan mi opowie o Sharon.
- Cudowna istota. O oszałamiającej urodzie, oczywiście, ale chodziło nie
tylko o jej wygląd. - Brandy wjechało bezszelestnie do pokoju na
automatycznym wózku. Sebastian wziął kieliszek i pociągnął duży łyk
alkoholu. - Miała nieskazitelnie dobry gust, wspaniałomyślne serce,
cięty dowcip. - Znowu popatrzył na Eve swymi łagodnymi oczami. -
Widziałem ją zaledwie dwa dni temu.
- Tutaj?
- Miała stały terminarz wizyt. W jednym tygodniu spędzała tu pół dnia, w następnym - cały. - Szybkim ruchem wyjął kremowożółty szalik i przyłożył
go do oczu. - Sharon bardzo o siebie dbała, głęboko wierzyła w skuteczność prezentowania własnego ja.
- To pomagało jej w pracy.
- Naturalnie. Pracowała wyłącznie dla zabawy. Mając tak bogatą rodzinę,
nie musiała zarabiać na życie. Lubiła seks.
- Z panem?
Jego twarz artysty zmarszczyła się, różowe usta wykrzywił wyraz gniewu
albo bólu.
- Byłem jej konsultantem, powiernikiem i przyjacielem - oświadczył
oziębłym tonem, niedbałym gestem przerzucając szal przez lewe ramię. -
Byłoby to nierozważne i sprzeczne z etyką zawodową, gdybyśmy zostali
partnerami seksualnymi.
- Więc nie pociągała pana seksualnie?
- Żaden mężczyzna nie mógł pozostać obojętny na jej wdzięki. Ona... -
Rozłożył szeroko ręce. - Pachniała seksem, tak jak inne kobiety drogimi
perfumami. Mój Boże. - Pociągnął kolejny łyk brandy. - Teraz to już
wszystko przeszłość. Nie mogę w to uwierzyć. Nie żyje! Została
zamordowana! - Jego wzrok znowu spoczął na Eve. - Powiedziała pani, że
to było morderstwo?
- Zgadza się.
- Miała okropne sąsiedztwo - oświadczył ponuro. - Nikt nie mógł jej
namówić, żeby przeniosła się do lepszej dzielnicy. Podobało się jej
takie życie pod nosem arystokratycznej rodziny.
- Nie zgadzała się ze swymi bliskimi?
- Zdecydowanie nie. Uwielbiała ich szokować. Czuła się wolna jak ptak, a oni byli tacy... przeciętni. - Powiedział to takim tonem, jakby uważał
przeciętność za większy grzech niż morderstwo. - Jej dziadek bezustannie
przedkładał Kongresowi projekty ustaw, które miały doprowadzić do
uznania prostytucji za nielegalną. Tak jakby minione stulecie nie
udowodniło, że takie sprawy powinny być tylko uregulowane prawnie, by
wyeliminować niebezpieczeństwo zarażenia się chorobą i zmniejszyć liczbę
przestępstw popełnionych na tle seksualnym. Występował także przeciwko
regulacji urodzin, doborowi płciowemu oraz zakazowi używania broni.
Eve nadstawiła uszu.
- Senator przeciwstawiał się zakazowi używania broni?
- To jego konik. Sharon mówiła mi, że jej dziadek ma sporo tych
niebezpiecznych starych zabawek i regularnie wygłasza bezmyślne i nieodpowiedzialne mowy, w których domaga się przywrócenia prawa do
handlowania bronią. Gdyby dopiął swego, bylibyśmy z powrotem w dwudziestym wieku, mordując się nawzajem na prawo i lewo.
- Morderstwa wciąż się zdarzają - mruknęła Eve. - Czy kiedykolwiek
wspominała o przyjaciołach albo klientach, którzy byli z niej
niezadowoleni czy też zachowywali się agresywnie?
- Sharon miała dziesiątki przyjaciół. Przyciągała do siebie ludzi jak... -
Szukając w myśli odpowiedniej metafory, znowu przyłożył rąbek szalika do
oczu. - Jak egzotyczny i wonny kwiat. Z tego, co wiem, wszyscy klienci
byli nią zachwyceni. Dobierała ich sobie bardzo uważnie. Wszyscy
partnerzy seksualni Sharon musieli sprostać pewnym wymaganiom. Brała pod
uwagę wygląd, intelekt, maniery i biegłość w sztuce kochania. Jak
powiedziałem, lubiła seks we wszystkich formach. Była... ryzykantką.
To by się zgadzało z akcesoriami znalezionymi w jej mieszkaniu. Kajdanki
i bicze, wonne olejki i środki halucynogenne. To, co Eve usłyszała w dwóch hełmach do odbioru rzeczywistości wirtualnej, zaszokowało ją,
chociaż była dosyć odporna na rewelacje takiego typu.
- Czy spotykała się z kimś na gruncie osobistym?
- Od czasu do czasu, ale mężczyźni szybko ją nudzili. Ostatnio
opowiadała o Roarke'u. Poznała go na przyjęciu i przypadł jej do gustu.
Była z nim umówiona tego samego dnia, kiedy przyszła tu na konsultację.
Prosiła o coś egzotycznego, bo mieli zjeść kolację w Meksyku.
- W Meksyku. To było przedwczoraj wieczorem.
- Tak. Nie mogła przestać o nim mówić. Uczesaliśmy ją na Cygankę,
nadaliśmy całemu ciału bardziej złocisty odcień. Położyliśmy Rascal Red
na paznokcie i narysowaliśmy na lewym pośladku małego uroczego motyla o czerwonych skrzydłach. I żeby rysunek nie starł się zbyt szybko,
zastosowaliśmy specjalne kosmetyki, które zachowują trwałość przez
dwadzieścia cztery godziny. Sharon wyglądała niezwykle efektownie -
zakończył, zrywając się z miejsca. - Pocałowała mnie, mówiąc, że może
tym razem się zakochała. "Życz mi szczęścia, Sebastianie". Tak
powiedziała przed wyjściem. I to były ostatnie słowa, jakie od niej
usłyszałem.
Rozdział 2
2
Nie wykryto spermy. Eve zaklęła, czytając raport z sekcji zwłok. Jeśli
ofiara kochała się z zabójcą, to stosowane przez nią środki
antykoncepcyjne zabiły malutkich żołnierzyków, gdy tylko się z nimi
zetknęły, niszcząc wszelki ślad po nich w ciągu trzydziestu minut od
chwili wytrysku.
Testy sprawdzające aktywność seksualną niczego nie wykazały, gdyż ciało
Sharon zostało zbyt poważnie uszkodzone. Morderca przestrzelił jej
narządy intymne albo ze względów symbolicznych, albo dla własnego
bezpieczeństwa.
Nie ma spermy, nie ma krwi, z wyjątkiem krwi ofiary. Nie można ustalić
DNA.
Mimo dokładnego zbadania miejsca zbrodni nigdzie nie znaleziono odcisków
palców - żadnych: ani ofiary, ani sprzątaczki, która przychodziła co
tydzień, ani mordercy, oczywiście.
Wszystko zostało dokładnie wytarte, włącznie z bronią mordercy.
Zdaniem Eve, najbardziej znaczący był obraz zarejestrowany przez ochronę
budynku.
Jeszcze raz puściła na swoim biurkowym monitorze dyskietki z podglądem
windy.
Dyskietki były oznakowane.
Zespół Gorham. Winda A. 2-12-2058. 06:00.
Przyspieszyła obraz, patrząc na mijające godziny. Drzwi windy po raz
pierwszy otworzyły się w południe. Zwolniła prędkość, uderzając w monitor krawędzią dłoni, po czym przyjrzała się niespokojnemu niskiemu
mężczyźnie, który wszedł i poprosił o piąte piętro.
Nerwowy klient, pomyślała z rozbawieniem, kiedy przybyły szarpnął za
kołnierzyk i wsunął do ust pastylkę odświeżającą oddech. Pewnie ma żonę,
dwoje dzieci i stałą posadę w jakimś biurze, dzięki której raz w tygodniu może wymykać się na małe bara-bara w południe.
Wysiadł na piątym piętrze.
Przez kilka następnych godzin niewiele się wydarzyło, jakaś prostytutka
zjechała do holu, kilka innych ze znudzonymi minami wróciło z zakupów.
Paru klientów przyszło i wyszło. Ruch ożywił się koło ósmej. Niektórzy
mieszkańcy wychodzili w szykownych strojach na kolację, inni wracali do
domu, by zdążyć na umówione spotkanie.
O dziesiątej do windy wsiadła elegancka para. Kobieta pozwoliła
mężczyźnie rozchylić poły długiego futra, oprócz niego nie miała nic
oprócz szpilek na wysokim obcasie i wytatuowanego kwiatu róży z łodyżką
zaczynającą się w kroczu i pączkiem artystycznie drażniącym jej lewą
pierś. Mężczyzna zaczął ją pieścić, choć prawo zabraniało tego na
terenie strzeżonym przez kamery. Gdy winda zatrzymała się na osiemnastym
piętrze, kobieta owinęła się futrem i oboje wyszli, rozmawiając o sztuce, którą właśnie obejrzeli.
Eve zapisała sobie, żeby następnego dnia przesłuchać tego mężczyznę. Był
sąsiadem i znajomym ofiary.
Przerwa w odbiorze nastąpiła dokładnie o 12:05. Obraz zanikł niemal
całkowicie, na ekranie pozostał tylko niewielki punkcik. Ponowna
inwigilacja windy rozpoczęła się o 02:46.
Dwie godziny i czterdzieści jeden minut stracone.
To samo stało się z zapisem obrazu zarejestrowanego w korytarzu na
osiemnastym piętrze. Wymazano prawie trzy godziny. Eve zastanawiała się
nad tym, popijając wystygłą kawę. Sprawca orientował się w systemie
zabezpieczeń, pomyślała, i wystarczająco dobrze znał budynek, by
wiedzieć, gdzie i jak spreparować dyski. I nie spieszył się. Sekcja
zwłok wykazała, że zgon nastąpił o drugiej nad ranem.
Spędził z nią prawie dwie godziny, zanim ją zabił, i prawie dwie godziny
po jej śmierci. A mimo to nie zostawił żadnego śladu.
Mądry chłopak.
Jeśli Sharon DeBlass zanotowała, że ma się z kimś spotkać na gruncie
prywatnym czy też zawodowym, to ta wzmianka również została usunięta.
Więc był z nią na tyle blisko, by wiedzieć, gdzie trzymała swoje pliki i jak się do nich dostać.
Nabrawszy pewnych podejrzeń, znowu pochyliła się do przodu.
- Gorham Complex, Broadway, Nowy Jork, Właściciel.
Zmrużyła oczy, gdy dane wyświetliły się na ekranie.
Gorham Complex, własność Roarke Industries, siedziba zarządu: Piąta
Aleja, numer 500, Roarke, prezes i dyrektor generalny. Miejsce
zamieszkania: Nowy Jork, Central Park West, numer 222.
- Roarke - mruknęła Eve. - Ciągle się pojawiasz, prawda? Roarke -
powtórzyła. - Wszystkie dane, projekcja i wydruk.
Nie zważając na wezwanie na sąsiednim łączu, czytała dalej, popijając
kawę.
Roarke - imię nieznane - urodzony 10-06-2023, Dublin, Irlandia. Numer
identyfikacyjny 3392-ABR-50. Rodzice nieznani. Stan cywilny - kawaler.
Prezes i dyrektor generalny przedsiębiorstwa Roarke Industries,
założonego w 2042. Główne oddziały: Nowy Jork, Chicago, New Los Angeles,
Dublin, Londyn, Bonn, Paryż, Frankfurt, Tokio, Mediolan, Sydney. Filie
pozaziemskie: Stacja 45, Bridgestone Colony, Vegas II, Free-Star Jeden.
Sfery zainteresowań: nieruchomości, import-eksport, flota morska,
rozrywka, produkcja przemysłowa, farmaceutyka, transport. Szacunkowa
wartość całego przedsiębiorstwa trzy biliony osiemset milionów.
Zajęty facet, pomyślała, unosząc brew, gdy lista jego filii wyświetliła
się na ekranie.
- Wykształcenie? - spytała.
Nieznane.
- Notowany?
Brak danych.
- Wywołaj: Roarke, Dublin.
Brak dodatkowych danych.
- Cholera. Pan Tajemniczy. Opis i zdjęcie.
Roarke. Czarne włosy, niebieskie oczy, sto osiemdziesiąt sześć
centymetrów wzrostu, osiemdziesiąt sześć kilogramów.
Eve chrząknęła, gdy komputer podał jego opis. Musiała przyznać, że w wypadku Roarke'a zdjęcie było warte obszerniejszego komentarza.
Jego podobizna patrzyła na nią z ekranu. Był niemal absurdalnie
przystojny; wąska, ascetyczna twarz; ostro zarysowane kości policzkowe i usta tak kształtne, jakby zostały wyrzeźbione. Tak, miał czarne włosy,
ale komputer nie powiedział, że są grube, gęste i zaczesane do tyłu,
dzięki czemu odsłaniają wysokie czoło i spływają prawie do samych
ramion. Jego oczy były niebieskie, ale to jedno słowo nie mogło oddać
intensywności ich koloru ani siły spojrzenia.
Nawet z tego zdjęcia zorientowała się, że jest to człowiek, który po
trupach dąży do celu.
Tak, pomyślała, ten człowiek może zabić, jeśli - i kiedy - ma na to
ochotę. Zrobiłby to obojętnie, metodycznie i ani jedna kropla potu nie
wystąpiłaby mu na czole.
Zgarniając wydruki z danymi, postanowiła, że porozmawia z tajemniczym
panem Roarkiem. I to wkrótce.
***
Gdy Eve opuściła posterunek, z ciemnego nieba padał już drobny, ostry
śnieg. Pogrzebała bez większej nadziei w kieszeniach i przekonała się,
że rękawiczki rzeczywiście zostawiła w domu. Bez czapki, bez rękawiczek,
w skórzanej kurtce, będącej jej jedyną ochroną przed mroźnym wiatrem,
jechała przez całe miasto do domu.
Naprawdę zamierzała oddać auto do naprawy, tylko nie miała czasu. Ale
gdy teraz stała w korku i drżała z zimna z powodu popsutego ogrzewania,
miała mnóstwo czasu, by tego żałować.
Przysięgła sobie, że jeśli dojedzie do domu, nie zamieniwszy się
przedtem w bryłę lodu, umówi się z mechanikiem.
Ale gdy dotarła na miejsce, myślała już tylko o jedzeniu. Otwierając
drzwi, marzyła o talerzu gorącej zupy, furze frytek, jeśli jeszcze
jakieś jej zostały, i kawie, która nie smakowałaby tak, jakby ktoś
spuścił do wodociągów ścieki.
Od razu zauważyła paczkę, małe kwadratowe pudełko leżące tuż za
drzwiami. Broń natychmiast znalazła się w jej ręce. Przeszukując hol
wzrokiem i wymachując bronią, zatrzasnęła kopnięciem drzwi. Pozostawiła
paczkę na miejscu i sprawdziła pokój po pokoju, dopóki nie upewniła się,
że jest sama.
Schowała broń do futerału, ściągnęła kurtkę i odrzuciła ją na bok.
Schyliła się i podniosła ostrożnie owiniętą folią dyskietkę. Nie było na
niej żadnej nalepki, żadnej wiadomości.
Eve zaniosła ją do kuchni, wyjęła delikatnie z opakowania i włożyła do
komputera.
Kompletnie zapomniała o jedzeniu.
Obraz był najwyższej jakości, podobnie jak dźwięk. Usiadła wolno,
wpatrując się w monitor.
Żywa Sharon DeBlass leżała naga w nonszalanckiej pozie na ogromnym
falującym łożu, szeleszcząc atłasowymi prześcieradłami. Uniosła rękę i wsunęła ją we wspaniałą potarganą grzywę rudych włosów.
- Kochanie, chcesz, żebym zrobiła coś specjalnego? - Zachichotała i podniosła się na kolana, ujmując piersi w dłonie. - Dlaczego tu nie
przyjdziesz... - Zwilżyła językiem usta. - Zrobimy to wszystko jeszcze
raz. - Popatrzyła przed siebie w dół i oblizała się jak kotka. - Wygląda
na to, że jest całkowicie gotowy. - Znowu się zaśmiała i odrzuciła do
tyłu włosy. - Och, chcemy się zabawić. - Wciąż się uśmiechając, Sharon
podniosła ręce. - Nie skrzywdź mnie - poprosiła płaczliwym głosem, drżąc
na całym ciele, mimo że jej oczy błyszczały z podniecenia. - Zrobię
wszystko, co chcesz. Wszystko. Chodź tu i zmuś mnie. Chcę cię. -
Opuściła ręce i powoli wyciągnęła się na łóżku. - Celuj do mnie z tego
dużego ciężkiego rewolweru i gwałć mnie. Chcę, żebyś to zrobił. Chcę,
żebyś...
Głośny huk sprawił, że Eve zadrżała. Żołądek podszedł jej do gardła, gdy
zobaczyła, że kobieta opadła do tyłu niczym popsuta lalka, a krew
trysnęła z jej czoła. Drugi strzał nie był już takim szokiem, lecz
musiała się przezwyciężyć, by nadal patrzeć na ekran. Po ostatnim
wystrzale ciszę mąciły tylko przyciszona muzyka i urywany oddech. Oddech
zabójcy.
Kamera zbliżyła się do ciała, pokazując je ze wszystkimi makabrycznymi
szczegółami. Za sprawą filmowego triku Sharon DeBlass leżała znowu w tej
samej pozycji, w której Eve zobaczyła ją po raz pierwszy - rozpostarte
na krwawych prześcieradłach ciało tworzyło idealną literę X. Scena
kończyła się napisem: "Pierwsza z sześciu".
***
Drugi raz łatwiej było na to patrzeć. Albo Eve wmówiła to sobie. Teraz
zauważyła lekkie zachwianie kamery po pierwszym wystrzale i usłyszała
krótkie ciche sapnięcie. Puściła film jeszcze raz, wsłuchując się w każde słowo i przyglądając się uważnie każdemu ruchowi, mając nadzieję,
że wpadnie na jakiś ślad. Ale on był na to za sprytny. I oboje o tym
wiedzieli.
Chciał, żeby zobaczyła, jaki jest dobry. Jaki zimny.
I pragnął jej powiedzieć, że wie, gdzie ją znaleźć, gdyby tylko
zechciał.
Wściekła, że nie może opanować drżenia rąk, podniosła się z miejsca.
Zamiast napić się kawy, tak jak zamierzała, wyjęła z małej zimnej szafki
butelkę wina i nalała pół kieliszka.
Opróżniła go jednym haustem, obiecując sobie dolewkę, po czym włożyła do
komputera perforowaną kartę z kodem komendanta policji.
Odpowiedziała żona szefa; widząc, że ma w uszach błyszczące kolczyki, a także świeżo ułożone włosy, Eve doszła do wniosku, że przerwała jedno z jej słynnych przyjęć.
- Porucznik Dallas, pani Whitney. Przepraszam, że przeszkadzam w kolacji, ale muszę porozmawiać z szefem.
- Mamy gości, pani porucznik.
- Tak, madam. Proszę mi wybaczyć. - Pieprzona polityka, pomyślała Eve,
zmuszając się do uśmiechu. - To pilne.
- Jak zawsze.
Zatrzymana aparatura szumiała jednostajnie - szczęściem koszmarna muzyka
ani rozmowy o ostatnich wydarzeniach nie dochodziły z głębi domu - przez
całe trzy minuty, zanim Whitney pokazał się na ekranie.
- Słucham, Dallas.
- Panie komendancie, muszę panu coś przesłać zakodowaną linią.
- Mam nadzieję, że to pilne, Dallas. Moja żona każe mi za to drogo
zapłacić.
- Tak jest, proszę pana. - Gliniarze, pomyślała, przygotowując
przesłanie informacji wizyjnej do jego komputera, powinni prowadzić
samotne życie.
Splotła nerwowo ręce i położywszy je na stole, czekała. Gdy obrazy
zaczęły się przesuwać po ekranie, obejrzała je ponownie, nie zwracając
uwagi na ściskanie w żołądku. Po skończeniu nagrania na monitorze znowu
pojawiła się twarz Whitneya.
- Skąd to masz?
- Sam mi przysłał. Dyskietka była w moim mieszkaniu, kiedy wróciłam z pracy. - Powiedziała to spokojnym, bezbarwnym głosem. - Wie, kim jestem,
gdzie jestem i co robię.
Whitney milczał przez chwilę.
- Numer mojego biura zero siedemset. Jutro rano proszę przynieść
dyskietkę.
- Tak jest, panie komendancie.
Kiedy transmisja została zakończona, Eve skopiowała dyskietkę i nalała
sobie kieliszek wina.
***
Obudziła się o trzeciej nad ranem, drżąca i spocona, próbując złapać
oddech, by móc krzyczeć. Chrypiącym głosem poleciła, żeby zapaliły się
światła. Sny zawsze wydawały się bardziej przerażające w ciemnościach.
Dygocząc cała, zwinęła się na łóżku. Ten był gorszy, o wiele gorszy od
wszystkich koszmarów, które do tej pory dręczyły ją po nocach.
Zabiła człowieka. Jaki miała wybór? Był za bardzo nafaszerowany
prochami, żeby mogła przemówić mu do rozsądku. Chryste, próbowała, ale
on tylko szedł i szedł, i szedł z dzikim spojrzeniem w oczach i zakrwawionym nożem w ręce.
A dziewczynka już nie żyła. Eve nie mogła nic zrobić, by temu zapobiec.
Proszę Cię, Boże, nie pozwól, by się okazało, że można było coś zrobić.
Małe ciałko pocięte na kawałki, szaleniec z nożem ociekającym krwią.
Potem spojrzenie jego oczu, kiedy wystrzeliła prosto w niego, i malująca
się w nich śmierć.
Ale to nie było wszystko. Nie tym razem. Tym razem mężczyzna szedł
dalej. A ona, kompletnie naga, klęczała na atłasowych prześcieradiach.
Nóż zamienił się w rewolwer trzymany przez mężczyznę, którego twarzy
przyglądała się parę godzin temu. Mężczyzna nazywał się Roarke.
Uśmiechnął się, a ona go zapragnęła. Jej ciało drżało z przerażenia i pożądania, nawet kiedy do niej strzelił. W głowę, serce i między uda.
A gdzieś w tle biedna mała dziewczynka krzyczała o pomoc.
Zbyt zmęczona, by walczyć z koszmarem, Eve przekręciła się po prostu na
brzuch, wtuliła twarz w poduszkę i załkała.
***
- Siadaj, Dallas. - Punktualnie o siódmej rano komendant Whitney wskazał
jej krzesło w swoim gabinecie. Mimo że, a może dzięki temu, że siedział
za biurkiem od dwunastu lat, miał przenikliwe spojrzenie.
Zauważył, że Eve źle spała i starała się ukryć pod makijażem ślady
ciężkiej nocy. Bez słowa wyciągnął do niej rękę.
Włożyła dyskietkę i opakowanie do torby z dowodami. Whitney zerknął na
dyskietkę, po czym położył ją na biurku.
- Zgodnie z przepisami muszę zapytać, czy chcesz, abym cię zwolnił z prowadzenia tej sprawy. - Odczekał chwilę. - A więc będziemy udawali, że
dopełniłem wymogów regulaminu.
- Tak jest, panie komendancie.
- Czy twoje mieszkanie jest bezpieczne?
- Tak mi się wydawało. - Wyjęła z teczki wydruk. - Po skontaktowaniu się
z panem jeszcze raz przejrzałam dyski ochrony. Jest w nich
dziesięciominutowy poślizg. Jak pan się przekona z mojego raportu, ten
człowiek potrafi przechytrzyć ochronę, zna się na kasetach wideo,
komputerach i na starej broni, oczywiście.
Whitney wziął jej raport i odłożył na bok.
- To nie bardzo zawęża pole działania.
- Niestety. Mam jeszcze kilka osób, które muszę przesłuchać. W wypadku
tego przestępcy elektroniczne metody śledcze nie są najważniejsze,
chociaż pomoc kapitana Feeneya jest nieoceniona. Sprawca doskonale
zaciera za sobą ślady. Nie mamy żadnego punktu zaczepienia poza
rewolwerem, który postanowił zostawić na miejscu zbrodni. Feeney niczego
się o nim nie dowiedział normalnymi kanałami. Musimy założyć, że został
kupiony na czarnym rynku. Zaczęłam przeglądać notesy, w których denatka
zaznaczała spotkania z klientami oraz z innymi osobami. Lubiła się
umawiać i miała spory krąg znajomych, więc zajmie mi to trochę czasu.
- Czas nie jest tu bez znaczenia. Pierwsza z sześciu, Dallas. Co to
oznacza?
- Że zamierza zamordować jeszcze pięć i chce, byśmy o tym wiedzieli.
Lubi to robić i pragnie być w centrum uwagi. - Zaczerpnęła ostrożnie
powietrza. - To za mało, by określić jego psychikę. Nie potrafimy
przewidzieć, jak długo będzie się rozkoszował tym morderstwem i kiedy
poczuje potrzebę popełnienia następnej zbrodni. To może nastąpić
dzisiaj. Albo za rok. Nie możemy liczyć na to, że będzie nieostrożny.
Whitney kiwnął tylko głową.
- Masz poczucie winy?
Nóż zalany krwią. Drobne okaleczone ciałko u jej stóp.
- Poradzę sobie.
- Na pewno, Dallas? Przy tak delikatnej sprawie niepotrzebny mi
funkcjonariusz, który będzie się martwił, czy miał prawo użyć broni.
- Z pewnością.
Była jego najlepszym detektywem i nie mógł sobie pozwolić na to, żeby
jej nie dowierzać.
- Jesteś gotowa pobawić się trochę w politykę? - Lekki uśmiech wykrzywił
mu wargi. - Senator DeBlass już tu jedzie. Przyleciał do Nowego Jorku
wczoraj w nocy.
- Dyplomacja nie jest moją mocną stroną.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Ale będziesz musiała stanąć na wysokości
zadania. Senator chce rozmawiać z detektywem prowadzącym sprawę i zwrócił się z tą sprawą do mojego szefa. Rozkazy przyszły z góry. Masz
okazać senatorowi jak najdalej idącą pomoc.
- To śledztwo objęte jest Kodem Piątym - odparła stanowczym tonem Eve. -
Nie obchodzi mnie, czy rozkazy przyszły od samego Pana Boga, nie
zamierzam przekazywać tajnych danych żadnej osobie cywilnej.
Whitney uśmiechnął się szerzej. Miał dobroduszną pospolitą twarz, pewnie
już z taką się urodził. Ale kiedy się uśmiechał i naprawdę było mu
wesoło, błysk białych zębów na tle śniadej skóry nadawał jego pospolitym
rysom wygląd zupełnie wyjątkowy.
- Nie słyszałem tego. A ty nie słyszałaś, jak powiedziałem, żebyś
zapoznała go wyłącznie z oczywistymi faktami. Słyszysz natomiast teraz,
Dallas, że ten dżentelmen z Wirginii jest natrętnym aroganckim dupkiem.
Na nieszczęście ten dupek ma władzę. Więc uważaj.
- Tak jest, panie komendancie.
Zerknął na zegarek, po czym wsunął raport i dyskietkę do szuflady, którą
zamknął na klucz.
- Jeszcze zdążysz wypić kawę... i, Dallas - dodał, wstając. - Jeśli nie
możesz spać, niech lekarz przepisze ci środki uspokajające. Chcę, żeby
moi pracownicy zachowali bystrość umysłu.
- Proszę się nie obawiać.
***
Senator Gerald DeBlass był niewątpliwie nadęty i bezsprzecznie
arogancki. A po spędzeniu minuty w jego towarzystwie Eve uznała, iż jest
dupkiem.
Ten postawny zwalisty mężczyzna miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i ważył około stu dziesięciu kilogramów. Jego jasne włosy były ostrzyżone
na jeża, przez co głowa wydawała się duża i okrągła. Miał ciemne oczy,
niemal tak czarne jak krzaczaste brwi, duży nos i grube usta.
Kiedy wyciągnął ogromną rękę na powitanie, Eve zauważyła, że dłoń jest
gładka i miękka jak u dziecka.
Przyprowadził ze sobą asystenta. Derrick Rockman, energiczny mężczyzna
po czterdziestce, miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i Eve uznała,
że jest szczuplejszy od DeBlassa o jakieś dziesięć kilogramów. Wyglądał
na schludnego, zadbanego; na jego prążkowanym garniturze i szaroniebieskim krawacie nie dostrzegła ani jednej zmarszczki. Miał
poważną twarz o atrakcyjnych harmonijnych rysach, a gdy pomagał swemu
napuszonemu pracodawcy zdjąć kaszmirowy płaszcz, jego ruchy były
powściągliwe i opanowane.
- Co, do diabła, zrobiliście, żeby znaleźć tego potwora, który zabił
moją wnuczkę? - zapytał DeBlass.
- Wszystko, co w naszej mocy, senatorze. - Komendant Whitney wciąż stał.
Choć poprosił DeBlassa o zajęcie miejsca, ten przechadzał się po pokoju,
tak jakby spacerował po swojej ulubionej Galerii Senackiej w Waszyngtonie.
- Mieliście na to dwadzieścia cztery godziny, a nawet więcej -
oświadczył tubalnym głosem DeBlass. - Dowiedziałem się, że wyznaczył pan
tylko dwóch funkcjonariuszy do prowadzenia śledztwa.
- Owszem, ze względów bezpieczeństwa. Dwóch moich najlepszych oficerów -
odparł Whitney. - Porucznik Dallas nadzoruje dochodzenie i składa
meldunki jedynie mnie.
DeBlass skierował swe czarne surowe oczy na Eve.
- Jakie postępy pani poczyniła?
- Zidentyfikowaliśmy broń, ustaliliśmy godzinę śmierci. Zbieramy dowody
i przesłuchujemy lokatorów domu, w którym mieszkała panna DeBlass, a także sprawdzamy nazwiska znalezione w jej notesach. Poza tym, pracuję
nad zrekonstruowaniem ostatnich dwudziestu czterech godzin jej życia.
- To powinno być oczywiste nawet dla najbardziej powolnego umysłu, że
została zamordowana przez jednego ze swoich klientów - zasyczał.
- W jej terminarzu nie ma wzmianki o żadnym spotkaniu. Z ostatnim
klientem, który udowodnił swoje alibi, spotkała się parę godzin przed
śmiercią.
- Proszę przestać! - zażądał DeBlass. - Mężczyzna, który płaci za usługi
seksualne, nie będzie miał wyrzutów sumienia z powodu popełnienia
morderstwa.
Choć Eve nie mogła dostrzec współzależności między tymi dwoma faktami,
przypomniała sobie, na czym polega jej zadanie, i kiwnęła głową.
- Pracuję nad tym, senatorze.
- Chcę dostać kopie jej terminarzy spotkań.
- To niemożliwe, senatorze - odrzekł Whitney łagodnym tonem. - W sprawie
o zabójstwo wszystkie dowody są tajne.
DeBlass tylko prychnął i pokazał ręką na Rockmana.
- Panie komendancie. - Rockman sięgnął do lewej kieszeni i wyjął złożoną
kartkę papieru, opatrzoną holograficzną pieczęcią. - Ten dokument został
wystawiony przez głównego komisarza policji. Umożliwia panu senatorowi
dostęp do wszystkich dowodów i informacji, jakie zgromadzono w śledztwie.
Whitney zerknął na oficjalne pismo, zanim odłożył je na bok. Zawsze
uważał politykę za grę tchórzy i był zły, że musi brać w niej udział.
- Osobiście porozmawiam z szefem. Jeśli podtrzyma swoje stanowisko,
kopie będą gotowe jeszcze dziś po południu. - Zbywszy Rockmana, powrócił
wzrokiem do DeBlassa. - Utrzymanie poufnego charakteru dowodów ma
pierwszorzędne znaczenie w postępowaniu śledczym. Jeśli pan nalega na
ich odtajnienie, ryzykuje pan dobro sprawy.
- Ta sprawa, jak pan to ujął, to krew z mojej krwi i kość z mojej kości.
- I dlatego mam nadzieję, że przede wszystkim będzie pan chciał nam
pomóc w ujęciu mordercy.
- Służę sprawiedliwości od ponad pięćdziesięciu lat. Chcę dostać te
informacje do południa! - Wziął płaszcz i przerzucił go przez swe
muskularne ramię. - Jeśli dojdę do wniosku, że nie robicie wszystkiego,
co w waszej mocy, by złapać tego szaleńca, dopilnuję, żeby usunięto pana
z tego gabinetu! - Odwrócił się w stronę Eve. - I żeby pani następnym
razem prowadziła śledztwo w sprawie smarkaczy, którzy kradną w supermarketach!
Gdy przestał wrzeszczeć, Rockman popatrzył na nich przepraszająco swoim
spokojnym, poważnym wzrokiem.
- Proszę wybaczyć senatorowi, jest podenerwowany. Choć był w nie
najlepszych stosunkach z wnuczką, to przecież należała do rodziny. A senator przedkłada rodzinę ponad wszystko na świecie. Ta śmierć, taka
gwałtowna i bezsensowna, doprowadziła go do szaleństwa.
- To widać - mruknęła Ewa. - Złość się w nim gotuje.
Rockman uśmiechnął się; potrafił sprawiać wrażenie jednocześnie
rozbawionego i zasmuconego.
- Dumni mężczyźni często ukrywają ból pod maską agresywności. Mamy pełne
zaufanie do państwa kompetencji i wytrwałości w dążeniu do celu. Pani
porucznik, panie komendancie. - Skinął głową. - Oczekujemy wszystkich
danych dziś po południu. Dziękuję, że poświęcili nam państwo tyle czasu.
- Jaki uprzejmy - mruknęła Eve, gdy Rockman zamknął cicho drzwi. - Chyba
nie ulegnie pan naciskowi, panie komendancie.
- Zrobię, co będę musiał. - W głosie Whitneya brzmiała tłumiona furia. -
A teraz bierz się do roboty.
Praca w policji zbyt często bywa nużąca. Po pięciu godzinach wpatrywania
się w monitor i sprawdzania nazwisk umieszczonych w notesach
zamordowanej Eve była bardziej zmęczona, niż gdyby wzięła udział w biegu
maratońskim.
Nawet z fachową pomocą Feeneya, który dysponując lepszym sprzętem, wziął
na siebie znaczną część nazwisk, wciąż pozostało ich zbyt wiele jak na
jednego oficera śledczego.
Sharon była bardzo popularna.
Czując, że jeśli zagwarantuje rozmówcom dyskrecję, zyska więcej, niż
gdyby ich straszyła, Eve kontaktowała się za pomocą łącza z poszczególnymi klientami i przedstawiała im sprawę. Tych, co nie chcieli
się zgodzić na rozmowę, zapraszała wesoło do odwiedzenia głównego gmachu
policji, uprzedzając, że zostaną oskarżeni o utrudnianie śledztwa.
Do popołudnia udało się jej porozmawiać z pierwszą dwunastką klientów i postanowiła pojechać do Gorham.
Sąsiad zamordowanej, elegancki mężczyzna z windy, nazywał się Charles
Monroe. Eve zastała go z klientką.
Niezwykle przystojny w czarnym jedwabnym szlafroku i pachnący ponętnie
seksem Charles uśmiechnął się ujmująco.
- Okropnie mi przykro, pani porucznik. Byłem umówiony o trzeciej i do
końca spotkania brakuje jeszcze piętnastu minut.
- Poczekam. - Eve bez zaproszenia weszła do środka. W przeciwieństwie do
mieszkania Sharon DeBlass, w tym apartamencie nie brakowało wygodnych
skórzanych foteli i grubych dywanów.
- Ach... - Charles, najwyraźniej rozbawiony, zerknął przez ramię na
dyskretnie zamknięte drzwi do sypialni. - Pani rozumie, intymność i dyskrecja odgrywają zasadniczą rolę w moim zawodzie. Moja klientka może
się zdenerwować, jeśli zobaczy policjantkę na progu mieszkania.
- Nie ma sprawy. Jest tu kuchnia?
Z jego piersi wyrwało się ciężkie westchnienie.
- Jasne. Za tamtymi drzwiami. Proszę się rozgościć. Niedługo przyjdę.
- Niech pan się nie spieszy. - Przeszła do kuchni. W przeciwieństwie do
eleganckiego salonu, urządzona była po spartańsku. Charles chyba rzadko
jadał w domu. Mimo to stała tu duża lodówka, w której znalazła taki
rarytas jak schłodzona pepsi. Zadowolona usiadła, by ją wypić i poczekać, aż gospodarz zakończy swoje spotkanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki