Dotyk Pustelnika - Gabriela Wolska

-
Proszę czekać

Prolog

Trzy­ma­łam go moc­no za rękę, by gdzieś mi nie upadł, tro­chę za bar­dzo po­sza­lał na im­pre­zie. Mo­gła­bym się na nie­go gnie­wać, ale nie po­tra­fi­łam. Na­wet w ta­kim mo­men­cie po­tra­fił za­ła­go­dzić sy­tu­ację.

- Dia­na, je­steś naj­lep­szym, co mo­gło mnie kie­dy­kol­wiek spo­tkać, na­wet nie wiesz, jak ja cię ko­cham. - Za­trzy­mał mnie na chwi­lę w swo­ich ob­ję­ciach, po czym zło­żył na ustach dłu­gi, na­mięt­ny po­ca­łu­nek.

- Wa­riat je­steś, ale też cię ko­cham. Na­stęp­nym ra­zem to ja tro­chę po­sza­le­ję na im­pre­zie, a ty bę­dziesz mar­twił się o to, bym do­tar­ła bez­piecz­nie do domu.

- Skar­bie, ale ja czu­ję się świet­nie i sam mogę dojść do sa­mo­cho­du. I to ta­necz­nym kro­kiem, spójrz.

Da­mian wsko­czył na mu­rek po­bli­skie­go po­mni­ka, za­czął się wy­głu­piać, śpie­wać pio­sen­ki. Jego za­cho­wa­nie ba­wi­ło nie tyl­ko mnie, ale rów­nież inne obec­ne tam oso­by. Gdy skoń­czył swój kon­cert, otrzy­mał grom­kie bra­wa, któ­re do­da­ły mu jesz­cze więk­szej ener­gii. Ze­sko­czył stam­tąd i roz­po­czął tań­ce. Może brak sił spo­wo­do­wał, że nie mo­głam prze­stać się śmiać. Wszyst­ko zmie­ni­ło się w cią­gu paru se­kund.

Pod­je­chał czar­ny SUV, z któ­re­go wy­siadł wy­so­ki męż­czy­zna z za­sło­nię­tą twa­rzą. Da­mian ob­ró­cił się w jego stro­nę, uśmiech szyb­ko znik­nął z jego ust. Zo­ba­czy­łam prze­ra­że­nie, ja­kie roz­pa­no­szy­ło się w jego oczach. Męż­czy­zna wy­cią­gnął spod ma­ry­nar­ki pi­sto­let i wy­mie­rzył go pro­sto w stro­nę Da­mia­na. Nie mo­głam się ru­szyć, zmro­zi­ło mnie. Gdy usły­sza­łam wy­strzał, po­bie­głam w stro­nę upa­da­ją­ce­go na zie­mię cia­ła. Uklę­kłam obok, bio­rąc go w swo­je ra­mio­na, prze­bi­ja­łam się przez łzy, by mieć z nim kon­takt. Ja­cyś lu­dzie po­de­szli do nas, sły­sza­łam, jak ktoś dzwo­ni na nu­mer ra­tun­ko­wy. Nie chcia­łam do­pu­ścić do sie­bie my­śli, że on od­cho­dzi, jed­nak tak wła­śnie było.

W pa­mię­ci za­pa­dły mi jego ostat­nie sło­wa:

- Dia­na, ko­cham cię, by­łaś dla mnie... pro­mie­niem słoń­ca w tym po­pie­przo­nym świe­cie. Tak bar­dzo prze­pra­szam, że...

Nie do­koń­czył zda­nia, jego ser­ce się za­trzy­ma­ło.

Przy­stą­pi­łam do re­ani­ma­cji, ale na nic były moje sta­ra­nia, jego już ze mną nie było. Gdy na chwi­lę od­wró­ci­łam się za sie­bie, zo­ba­czy­łam za­bój­cę. Pa­trzył w na­szą stro­nę. Su­kin­syn cze­kał, by upew­nić się, że jego pra­ca zo­sta­ła wy­ko­na­na w stu pro­cen­tach. Kie­dy wsia­dał do sa­mo­cho­du, ma­ska z jed­nej stro­ny osu­nę­ła mu się z twa­rzy. Był da­le­ko, ale za­pa­mię­ta­łam te rysy.

Zbie­gło się wię­cej lu­dzi, przy­je­cha­ły po­li­cja i po­go­to­wie. Pa­no­wa­ło strasz­ne za­mie­sza­nie, sie­dzia­łam na scho­dach przy­kry­ta ko­cem, któ­ry dali mi ra­tow­ni­cy. Utkwi­łam wzrok w mar­twym cie­le, po po­licz­kach le­cia­ły stru­mie­nie łez. Nie mo­głam da­lej uwie­rzyć w to, co się sta­ło, przed chwi­lą jesz­cze śpie­wał, a te­raz le­żał w ka­łu­ży krwi.

Pod­szedł do mnie le­karz z po­go­to­wia i po­li­cjant. I je­den, i dru­gi za­da­wa­li mnó­stwo py­tań, ale ja wy­łą­czy­łam się, nie umia­łam sku­pić my­śli. Po chwi­li wsta­łam i ru­szy­łam przed sie­bie. Wte­dy wła­śnie po­przy­się­głam so­bie, że znaj­dę tego, kto to zro­bił i wy­mie­rzę spra­wie­dli­wość.

Rozdział I

7 lat póź­niej

- Dia­na, chodź, bo sta­ry cze­ka na cie­bie z od­pra­wą. Je­śli nie zja­wisz się tam za dwie mi­nu­ty, bę­dziesz mia­ła kło­po­ty.

- Już lecę! Koń­czy­łam zbie­rać do­wo­dy, któ­re na pew­no spodo­ba­ją się naj­wyż­sze­mu. Na­praw­dę te na­gra­nia wno­szą wie­le do spra­wy.

Bie­głam po scho­dach do po­ko­ju od­praw, to już moje dru­gie spóź­nie­nie w tym ty­go­dniu. Tyl­ko tym ra­zem mia­łam do­bre wy­tłu­ma­cze­nie, któ­re mu­sia­ło za­do­wo­lić wszyst­kich.

- No w koń­cu. Dia­no, chy­ba nie mu­szę mó­wić, że...

- Pa­nie ko­men­dan­cie, ja wiem, ale zdo­by­wa­łam istot­ne do­wo­dy. Dzię­ki nim mamy roz­wią­za­ną spra­wę. Czy mogę je za­pre­zen­to­wać?

Kiw­nął gło­wą, da­jąc mi tym sa­mym przy­zwo­le­nie.

Od­pa­li­łam na rzut­ni­ku film z ka­mer mo­ni­to­rin­gu, któ­ry za­re­je­stro­wał by­łe­go chło­pa­ka ofia­ry.

- Na­gra­nie jest z go­dzi­ny dwu­dzie­stej dru­giej sie­dem­na­ście, czy­li do­kład­nie kil­ka mi­nut po za­bój­stwie ko­bie­ty. I wła­śnie tyle za­ję­ło­by mu prze­miesz­cze­nie się z domu dziew­czy­ny w te oko­li­ce. Po­nad­to nasz tech­nik spraw­dził jego od­ci­ski, są na na­rzę­dziu zbrod­ni.

- Świet­na ro­bo­ta, Or­łow­ska. Wio­la i Pio­trek, jedź­cie go za­trzy­mać.

By­łam z sie­bie dum­na, na każ­dym kro­ku po­ka­zy­wa­łam, jak bar­dzo za­le­ży mi na pra­cy.

Na od­pra­wie szef wy­gło­sił krót­ką prze­mo­wę, po czym zo­stał z nami już tyl­ko nasz do­wód­ca, Mar­cin - świet­ny po­li­cjant i nie­za­stą­pio­ny przy­ja­ciel. To on wpro­wa­dził mnie do ca­łe­go tego świa­ta, po­ka­zał, jak prze­trwać. Naj­gor­sze były pierw­sze dwa lata, mu­sia­łam na każ­dym kro­ku udo­wad­niać wszyst­kim, że nie je­stem bez­na­dziej­na. Jak wi­dać, opła­ci­ło się, sko­ro jako jed­na z nie­licz­nych awan­so­wa­łam na sto­pień pod­ko­mi­sa­rza. Nie by­ło­by to moż­li­we, gdy­by nie do­bre re­ko­men­da­cje od ko­men­dan­ta i Mar­ci­na. Wstę­pu­jąc w sze­re­gi po­li­cji, wie­dzia­łam, że chcę wy­mie­rzać spra­wie­dli­wość zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cy­mi prze­pi­sa­mi i nor­ma­mi. Dla­te­go chcia­łam do­rwać tego, kto za­bił wte­dy Da­mia­na, aby od­sie­dział swo­ją karę. Nie­ste­ty śledz­two od ja­kie­goś cza­su sta­nę­ło w miej­scu, moi sze­fo­wie skła­nia­li się ku temu, by zo­sta­ło za­mknię­te.

Wy­bie­ra­jąc tę dro­gę za­wo­do­wą, bar­dzo na­ra­zi­łam się ro­dzi­com, któ­rzy chcie­li, bym skoń­czy­ła pra­wo. Mama od za­wsze chcia­ła, aby­śmy z Ha­nią po­szły w ich śla­dy. Moja sio­stra nie wy­bra­ła pra­wa, tyl­ko me­dy­cy­nę, ale był to rów­nie pre­sti­żo­wy za­wód. Ro­dzi­ce jed­nak nie po­wa­ża­li zbyt­nio mo­jej pra­cy. Może gdy­by to cho­ciaż było woj­sko, a nie po­li­cja... Po­go­dzi­łam się z tym i szyb­ko wy­pro­wa­dzi­łam się z ro­dzin­ne­go domu. Na po­cząt­ku w opła­tach po­ma­gał mi tato, któ­ry w prze­ci­wień­stwie do mamy ki­bi­co­wał mi.

Za bar­dzo po­pły­nę­łam w tych my­ślach, mu­sia­łam wró­cić na zie­mię, gdzie cze­ka­ło spo­ro pa­pier­ko­wej ro­bo­ty.

- Dia­na, mogę cię pro­sić, byś uzu­peł­ni­ła te wszyst­kie ra­por­ty, mu­szę le­cieć do Fran­ka na wy­wia­dów­kę, bo moja Ka­sia nie da rady.

Kiw­nę­łam gło­wą i po­sła­łam Mar­ci­no­wi uśmiech.

- Dzię­ku­ję, od­wdzię­czę się.

- No, mam na­dzie­ję, ju­tro na biur­ku wi­dzę dużą kawę i pysz­ną droż­dżów­kę z na­dzie­niem pi­sta­cjo­wym.

- Masz to jak w ban­ku. Na ra­zie! - Wy­biegł z biu­ra, by nie spóź­nić się na ze­bra­nie w szko­le syna.

Za­bra­łam się za swo­je za­le­gło­ści, była ich masa. Pro­to­ko­ły w tym wszyst­kim to wierz­cho­łek góry lo­do­wej, mu­sia­łam jesz­cze do­koń­czyć kil­ka pism i prze­słać je da­lej.

Wy­szłam z biu­ra wie­czo­rem, mia­łam chwi­lę, by od­wie­dzić jed­no miej­sce po dro­dze.

Z sa­mo­cho­du wzię­łam ze sobą znicz i za­pal­nicz­kę, ru­szy­łam w cmen­tar­ną alej­kę. Gdy sta­nę­łam nad na­grob­kiem, od razu wró­ci­ły do mnie wszyst­kie wspo­mnie­nia. Mi­nę­ło tak wie­le lat, a ja da­lej nie po­tra­fi­łam za­po­mnieć. Da­mian był moją pierw­szą mi­ło­ścią, prze­ży­li­śmy ze sobą kil­ka wspa­nia­łych chwil, któ­re już za­wsze zo­sta­ną ze mną.

- Ile razy pró­bu­ję po­go­dzić się z prze­szło­ścią, za­koń­czyć spra­wę, po­ja­wia się coś no­we­go - po­wie­dzia­łam, kła­dąc za­pa­lo­ny znicz na pły­cie. - Czu­ję, że jest coś, co musi zo­stać wy­ja­śnio­ne, ale kom­plet­nie nie mam po­ję­cia co... Krę­cę się w kół­ko... Bra­ku­je mi cie­bie, two­je­go uśmie­chu, żar­tu, po­ca­łun­ku... Zda­je mi się, jak­by to było wczo­raj. Nie lu­bię wra­cać do tego wie­czo­ru, za­wsze wte­dy mam przed ocza­mi mo­ment, kie­dy się śmie­jesz i chwi­lę po­tem pa­da­ją strza­ły. Wiesz, chy­ba coś ru­szy się w two­jej spra­wie, chcia­ła­bym to już za­koń­czyć i raz na za­wsze roz­li­czyć z prze­szło­ścią... Do zo­ba­cze­nia, Da­mian, wpad­nę tu jesz­cze.

Wra­ca­jąc do sa­mo­cho­du, uro­ni­łam kil­ka łez, nie umia­łam być zu­peł­nie obo­jęt­na. Cho­ciaż moje emo­cje opa­dły, w po­rów­na­niu do tego, jak czu­łam się jesz­cze parę lat temu. Za­raz po jego śmier­ci prze­sia­dy­wa­łam na cmen­ta­rzu go­dzi­na­mi, za­pła­ka­na. W pew­nym mo­men­cie po­ja­wi­ła się wi­zja wstą­pie­nia do po­li­cji, na mo­jej dro­dze sta­nął Mar­cin i moc­no mną po­trzą­snął. W du­żej mie­rze to dzię­ki nie­mu się po­zbie­ra­łam. Na­uczył mnie, jak pa­mię­tać o kimś i nor­mal­nie żyć, jak cięż­ko trze­ba pra­co­wać na swój suk­ces.

Pro­sto z cmen­ta­rza po­je­cha­łam do mo­jej sio­stry. Pro­si­ła mnie, bym wpa­dła do niej na chwi­lę. Ha­nia miesz­ka­ła z dru­giej stro­ny Kra­ko­wa, na szczę­ście o tej po­rze nie było du­żych kor­ków, uda­ło mi się prze­mknąć w mia­rę szyb­ko. Po dro­dze mu­sia­łam jesz­cze wstą­pić po ja­kieś sma­ko­ły­ki dla mo­je­go uro­cze­go sio­strzeń­ca.

Gdy pod­je­cha­łam pod ich dom, szwa­gier, Grze­siek, pa­ko­wał się na wy­jazd. Po­ma­cha­łam mu na przy­wi­ta­nie, po czym we­szłam do środ­ka.

Już od pro­gu przy­wi­tał mnie ten za­bój­czy uśmie­szek An­to­sia i jego słod­ki gło­sik:

- Cześć, cio­cia! Su­per, że przy­je­cha­łaś, po­ba­wisz się ze mną?

- Oczy­wi­ście, że tak. A w co się po­ba­wi­my? - To py­ta­nie było zbęd­ne, do­sko­na­le zna­łam jego ulu­bio­ną za­ba­wę

- W po­li­cjan­ta i zło­dzie­ja!

Ro­ze­śmia­łam się, na co mło­dy rów­nież od­po­wie­dział śmie­chem.

- To idź i przy­go­tuj dla mnie to, co mam ukraść, a ja na chwi­lę wpad­nę do mamy, do kuch­ni.

Za­pach po­traw uno­sił się w ca­łym domu. Ha­nia była świet­ną le­kar­ką i jesz­cze lep­szą ku­char­ką. We­szłam po ci­chu, za­cho­dząc ją od tyłu.

- BUUU!

Pod­sko­czy­ła, aż łyż­ka wy­pa­dła jej z ręki.

- Och, Dia­na, nie mogę z tobą. - Do­sta­łam ścier­ką po gło­wie. Jej złość szyb­ko prze­ro­dzi­ła się w śmiech. - Mia­łaś mnie już tak nie stra­szyć, a co gdy­bym...

- Prze­cież nic się nie sta­ło, nie masz co dra­ma­ty­zo­wać, na­praw­dę. Le­piej po­wiedz, po co chcia­łaś się ze mną spo­tkać.

- Dia­na, wiem, że masz dużo pra­cy, ale to sy­tu­acja awa­ryj­ną, bła­gam cię o po­moc. Od razu mó­wię: ro­dzi­ce nie mogą, po­nie­waż ich w tym cza­sie nie bę­dzie. Za trzy ty­go­dnie lecę na week­end z Grześ­kiem do Włoch, z oka­zji rocz­ni­cy ślu­bu, i nie mam z kim zo­sta­wić ma­łe­go. An­tek cię uwiel­bia, ja będę się czu­ła bez­piecz­niej, gdy bę­dzie z tobą, a nie z ja­kąś opie­kun­ką.

- Ha­nia, ja też go uwiel­biam, do­brze o tym wiesz, ale... Wiesz też, jaką mam pra­cę, nie je­stem w sta­nie prze­wi­dzieć, czy coś mi się nie wy­sy­pie.

- Dia­na, bła­gam cię, je­steś na­szą ostat­nią de­ską ra­tun­ku. Te­ścio­wie też aku­rat wte­dy mają wra­cać z wa­ka­cji i nie zaj­mą się ma­łym... Bła­gam cię, sio­strzycz­ko, no, zgódź się.

Nie­ste­ty Ha­nia wie­dzia­ła, jak mnie po­dejść, dla­te­go za­wsze jej się uda­wa­ło ugrać to, co chcia­ła.

- No do­bra, za­bio­rę go, ale nie wiem, jak to po­go­dzę z pra­cą...

- Kto jak nie ty da radę? A te­raz sia­daj do sto­łu, zro­bi­łam dla nas pysz­ną ko­la­cję.

- Do­brze, ale naj­pierw idę do­trzy­mać obiet­ni­cy.

An­toś zo­sta­wił ku­fe­rek w sa­lo­nie, za­bra­łam go i za­czę­łam ucie­kać. Mło­dy wy­sko­czył z jed­ne­go z po­koi w stro­ju po­li­cjan­ta, któ­ry do­stał ode mnie na uro­dzi­ny, i za­czął mnie go­nić.

- Stój, bo sce­lam! Ręce do góry... Odłós to na bok i ce­kaj, as ci dam kaj­dan­ki!

Sły­sząc jego po­le­ce­nia, z jed­nej stro­ny by­łam pod wra­że­niem, jed­nak z dru­giej nie mo­głam opa­no­wać mo­je­go śmie­chu.

Cio­cia, nie śmiej się, bo ja cię are­stu­ję!

Mój areszt na szczę­ście nie trwał dłu­go, po­nie­waż Ha­nia za­wo­ła­ła nas do sto­łu. Po pysz­nej ko­la­cji, roz­mo­wie i jesz­cze jed­nym aresz­to­wa­niu wró­ci­łam do swo­je­go miesz­ka­nia. To był strasz­nie dłu­gi dzień. Wsko­czy­łam pod prysz­nic, a póź­niej się po­ło­ży­łam do łóż­ka.

Przed za­śnię­ciem na­pi­sa­łam wia­do­mość do Mar­ci­na:

Ja:

I jak tam, ta­tuś­ku, spo­tka­nie się uda­ło? Prze­ży­łeś je?

Po chwi­li otrzy­ma­łam zdję­cie przed­sta­wia­ją­ce do po­ło­wy za­peł­nio­ną szklan­kę whi­sky, a tuż za nią sta­ła bu­tel­ka.

Mar­cin:

Jak wi­dzisz, było tak świet­nie, że mu­sia­łem to od­re­ago­wać. Nie są­dzi­łem, że ro­dzi­ce mogą być aż tak tępi... Szko­da słów

Ja:

Bied­ny... Może pod­ja­dę po Cie­bie rano, co? Po ta­kiej daw­ce le­piej chy­ba nie pro­wa­dzić

Mar­cin:

Świet­ny po­mysł, do ju­tra

Mar­cin był świet­nym po­li­cjan­tem i cu­dow­nym tatą, ale to­tal­nie nie nada­wał się do ta­kich rze­czy. Ka­sia, jego żona, mu­sia­ła po­je­chać na wi­zy­tę do le­ka­rza i pech chciał, że pa­dło na nie­go. I tak by­łam dum­na, że po­szedł i so­bie po­ra­dził.

Po krót­kiej wy­mia­nie SMS-ów za­snę­łam od razu jak małe dziec­ko.

***

Ran­kiem, w dro­dze do domu Mar­ci­na, wstą­pi­łam do jed­nej z sie­cio­wych ka­wiar­ni po dwie kawy na po­bu­dze­nie. Dla nie­go spe­cjal­nie wzię­łam dużą. Po chwi­li cze­ka­nia pod jego blo­kiem do­strze­głam, jak w ciem­nych oku­la­rach le­d­wo co zmie­rza w kie­run­ku mo­je­go sa­mo­cho­du. Wsiadł, za­piął pasy i sło­wem się nie ode­zwał. Wrę­czy­łam mu ku­bek z kawą. Wdzięcz­ne, a za­ra­zem zmę­czo­ne spoj­rze­nie przy­ja­cie­la było za­baw­ne.

- Oj, chy­ba jed­nak nie skoń­czy­ło się na tym, co mi wy­sła­łeś.

- Zro­bi­ła­byś tak samo jak ja, gdy­byś po­słu­cha­ła pier­do­le­nia tych po­pier­do­lo­nych ro­dzi­ców. To jest dru­ga kla­sa, a ja mam wra­że­nie, że oni chcą ze swo­ich dzie­ci zro­bić na siłę zna­nych na­ukow­ców, astro­nau­tów, tan­ce­rzy i in­nych. Jak słu­cha­łem tego ga­da­nia, to mia­łem dość. Nie po­le­cam, na­praw­dę.

- Mar­cin, nie je­steś przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kich sy­tu­acji, to dla cie­bie no­wość. Na­stęp­nym ra­zem już przy­naj­mniej wiesz, z ja­kim na­sta­wie­niem tam iść.

- Dia­na, nie bę­dzie na­stęp­ne­go razu, już to za­po­wie­dzia­łem Kasi.

- Oj, zo­ba­czy­my jesz­cze. Ja na przy­kład za trzy ty­go­dnie będę mia­ła pod swo­ją opie­ką sio­strzeń­ca. Na po­cząt­ku się oba­wia­łam, ale do­szłam do wnio­sku, że w ra­zie kry­zy­su przy­ja­dę do was.

Mina Mar­ci­na była bez­cen­na. Gdy pod­je­cha­li­śmy pod ko­men­dę, wciąż le­d­wo da­wa­łam radę po­wstrzy­mać się od śmie­chu, wi­dząc, jak mój part­ner się za­ta­cza się po wyj­ściu z sa­mo­cho­du.

W dro­dze do biu­ra za­cze­pi­ła mnie Bo­gna, któ­ra mia­ła coś no­we­go w spra­wie za­bój­stwa tego chło­pa­ka. Ru­szy­łam za nią do jej świa­ta tech­no­lo­gii.

Moja przy­ja­ciół­ka wy­świe­tli­ła na głów­nym ekra­nie na­gra­nie, na któ­rym wi­dać, jak ofia­ra wcho­dzi do Klu­bu Czar­ny Dia­ment. I nie by­ło­by w tym nic dziw­ne­go, gdy­by nie fakt, że przy wyj­ściu za­cho­wy­wał się zu­peł­nie ina­czej. Wy­glą­dał tak, jak­by był pod wpły­wem ja­kichś środ­ków odu­rza­ją­cych. Ten klub prze­wi­nął się w spra­wie za­bój­stwa Da­mia­na, ale od­pu­ści­łam, bo nie zna­la­złam kon­kret­nych po­wią­zań.

- Bo­gna, prze­ślesz to na mo­je­go ma­ila? Mu­szę po­ka­zać to Mar­ci­no­wi. Jak dla mnie klub jest do spraw­dze­nia.

- No wła­śnie, więc może w ra­mach in­wi­gi­la­cji pój­dzie­my tam wie­czo­rem, tro­chę wy­lu­zu­je­my, a przy oka­zji zo­ba­czy­my, czy ktoś tam nie han­dlu­je?

Zna­łam tę minę i wie­dzia­łam, co moja przy­ja­ciół­ka kom­bi­nu­je. Nie mia­łam ocho­ty na ta­kie za­ba­wy. Chcia­łam tam pójść, ale sama i w jed­nym kon­kret­nym celu.

- Bo­gna, nie ma mowy. Siedź spo­koj­nie na tył­ku, a nie ba­le­ty ci tyl­ko w gło­wie.

- Jak zwy­kle spie­przysz każ­dy mój do­bry plan... Nie mogę z tobą, na­praw­dę. Idź już, bo za chwi­lę oka­że się, że mar­nu­jesz w pra­cy za dużo cza­su na głu­po­ty.

- Bo­gna - ob­ru­szy­łam się na jej sło­wa.

- Dia­na, je­steś pra­co­ho­licz­ką i obie do­brze o tym wie­my. Zmy­kaj już.

Po­sła­łam jej zło­wiesz­cze spoj­rze­nie, na któ­re ona po­pu­ka­ła się w gło­wę.

Gdy w koń­cu do­tar­łam do swo­je­go biu­ra, za­bra­łam się za pra­cę. Mu­sia­łam przy­go­to­wać parę za­le­głych rze­czy, mia­łam też dzi­siaj do prze­słu­cha­nia kil­ku świad­ków w związ­ku z tym za­bój­stwem.

Nie zdą­ży­łam do­pić kawy, a już nad­szedł ko­niec pra­cy. Przed wyj­ściem przy­po­mnia­łam so­bie o na­gra­niu od Bo­gny. Zgra­łam je na pen­dri­ve'a i za­nio­słam do Mar­ci­na. Chcia­łam prze­ga­dać z nim tę spra­wę. Za­pu­ka­łam, po czym we­szłam, py­ta­jąc:

- Mogę jesz­cze na chwi­lę?

- Pew­nie, wchodź. Co tam masz?

-Tu­taj jest na­gra­nie. Chcia­ła­bym, byś je zo­ba­czył.

Od­pa­lił je na kom­pu­te­rze, a ja w tym cza­sie za­czę­łam przed­sta­wiać mój plan.

- Wy­bio­rę się tam dziś wie­czo­rem i zba­dam grunt. Będę ostroż­na, Mar­cin.

- Do­bra, pod­py­taj. Ja jesz­cze ude­rzył­bym do na­szych "za­przy­jaź­nio­nych" di­le­rów, może coś ci po­wie­dzą o tym klu­bie.

- Chy­ba czy­tasz w mo­ich my­ślach, umó­wi­łam się już z jed­nym po pra­cy.

- Świet­nie. Uwa­żaj na sie­bie, Dia­na, w ra­zie po­trze­by dzwoń po wspar­cie albo po mnie.

- Tak jest, sze­fie.

Za­raz po wyj­ściu z ko­men­dy po­je­cha­łam w umó­wio­ne miej­sce, gdzie cze­kał już in­for­ma­tor, Alan. Wsiadł do mo­je­go sa­mo­cho­du, by nikt nie­po­żą­da­ny go nie za­uwa­żył.

- Cześć, mam nie­wie­le cza­su, za­raz mu­szę spa­dać. Tak­że py­taj szyb­ko.

- Mam tyl­ko jed­no py­ta­nie: Co wiesz o klu­bie Czar­ny Dia­ment?

- Nie­wie­le, to dość her­me­tycz­ne miej­sce, wła­ści­ciel bar­dzo do­brze się ukry­wa. Z po­zo­ru klub wy­glą­da na nor­mal­ny, ale sły­sza­łem o paru przy­pa­ło­wych ak­cjach.

- Ja­kich ak­cjach?

- Po­dob­no kie­dyś jed­na z tan­ce­rek wzię­ła za dużo dra­gów i ze­szła pod­czas wy­stę­pu, ale nikt nie wie, czy to praw­da. Je­śli cho­dzi o to, czy są tam nar­ko­ty­ki, to ja­sne, że tak. Chcia­łem się tam na­wet kie­dyś wbić, ale nie jest to ta­kie ła­twe.

- Do­bra, a za­kup? Wiesz, jak się tam od­by­wa?

- Nie mam po­ję­cia, na­praw­dę tyl­ko wą­skie gro­no wie co­kol­wiek o tym klu­bie.

- Do­bra, a kto może po­wie­dzieć mi coś wię­cej na ten te­mat? - drą­ży­łam te­mat, by uzy­skać jak naj­wię­cej in­for­ma­cji.

- Buba. Jak znaj­dziesz jego, znaj­dziesz też in­for­ma­cje o tym klu­bie. Uprze­dza­jąc two­je py­ta­nie: nie wiem, gdzie go zna­leźć. Sor­ry, ale mu­szę już le­cieć i tak za dłu­go tu by­łem.

- Na ra­zie, dzię­ki.

- Przy­jem­ność po mo­jej stro­nie, pani pod­ko­mi­sarz.

Wciąż ze zbyt małą wie­dzą wró­ci­łam do domu, mu­sia­łam ogar­nąć się przed wyj­ściem do klu­bu. Wzię­łam szyb­ki prysz­nic, któ­ry po­sta­wił mnie na nogi. Gdy osu­szy­łam wło­sy, spię­łam je w wy­so­kie­go ku­cy­ka, zro­bi­łam de­li­kat­ny ma­ki­jaż i za­ło­ży­łam bi­żu­te­rię. Prze­szłam do gar­de­ro­by, tam było już go­rzej z wy­bo­rem od­po­wied­nie­go out­fi­tu. Po­sta­wi­łam osta­tecz­nie na ciem­ne dżin­so­we spodnie oraz czar­ny top, na któ­ry na­rzu­ci­łam ma­ry­nar­kę, do tego bia­łe tramp­ki. Za­bra­łam jed­ną z mo­ich to­re­bek, do któ­rej mie­ścił się pi­sto­let. Zje­cha­łam win­dą do ga­ra­ży, gdzie stał mój sa­mo­chód.

Ja­kimś fuk­sem uda­ło mi się zna­leźć miej­sce par­kin­go­we, prak­tycz­nie na wprost wej­ścia do klu­bu. Sta­nę­łam w ko­lej­ce, któ­ra zmniej­sza­ła się dość szyb­ko, już po chwi­li by­łam w środ­ku. Usia­dłam przy ba­rze i za­mó­wi­łam wodę z cy­try­ną i lo­dem. Ob­ser­wo­wa­łam oto­cze­nie, sta­ra­jąc się zro­bić wszyst­ko, by nikt z ob­słu­gi nie zo­rien­to­wał się, kim je­stem. Co chwi­lę ru­sza­łam bio­dra­mi w rytm mu­zy­ki.

Po dwóch go­dzi­nach zwia­dów oraz opę­dza­nia się od na­chal­nych ty­pów do­szłam do kil­ku wnio­sków. Po pierw­sze, na sa­mej gó­rze są ja­kieś po­ko­je, a w cen­tral­nej czę­ści znaj­du­je się lu­stro we­nec­kie, pew­nie wła­ści­ciel pod­glą­da swo­ich go­ści. Po dru­gie, di­le­rzy cho­dzą wśród go­ści i pro­po­nu­ją im dra­gi. Mu­szę przy­znać jed­no, ro­bią to nie­zwy­kle ostroż­nie i prak­tycz­nie nie­wi­docz­nie. Gdy taki zła­pie ja­kąś ofia­rę, za­pra­sza ją na ko­ry­tarz, gdzie od­by­wa się dal­sza część trans­ak­cji. I po trze­cie, na koń­cu sali znaj­du­ją się me­ta­lo­we drzwi, przy któ­rych stoi dwóch osił­ków. Do środ­ka wcho­dzą tyl­ko oso­by, któ­re po­ka­żą im coś, co mają na pra­wym nad­garst­ku. Po­dej­rze­wam, że to ja­kiś ta­tu­aż. Naj­bar­dziej cie­ka­wi­ło mnie wła­śnie, co znaj­du­je się za tam­ty­mi drzwia­mi. Nie dzi­siaj, ale na­stęp­nym ra­zem będę mu­sia­ła się tam ja­koś do­stać. Poza tym mia­łam już dość ob­ser­wa­cji, ze­bra­łam spo­ro cen­nych in­for­ma­cji, któ­re prze­ka­za­łam sze­fo­wi.

Do­pi­ja­łam wła­śnie wodę, gdy ktoś pod­szedł mnie od tyłu i za­czął się do mnie do­sta­wiać. Ob­ró­ci­łam się, by spoj­rzeć w oczy temu nie­szczę­śni­ko­wi. Był to wy­so­ki, po­staw­ny męż­czy­zna, jego wło­sy, choć krót­kie, były w to­tal­nym nie­ła­dzie.

- Wi­taj, chcesz za­tań­czyć? Albo może coś in­ne­go? Je­stem bar­dzo otwar­ty na pro­po­zy­cje.

Nie wy­trzy­ma­łam i za­śmia­łam mu się pro­sto w twarz.

- Po­słu­chaj mnie, bo po­wiem to tyl­ko raz: puść mnie i grzecz­nie stąd odejdź, ro­zu­miesz? - Fa­scy­nu­ją­ce było oglą­da­nie, jak prze­twa­rza w gło­wie moje sło­wa.

Od­wró­ci­łam się do bar­ma­na, by za­pła­cić za wodę.

- Ej, mała, to ja grzecz­nie pro­szę cię do tań­ca i nie przyj­mu­ję od­mo­wy. Po­patrz na te wszyst­kie la­ski, one ma­rzą o tym, bym to wła­śnie je wy­brał.

Po­now­nie za­śmia­łam się mu pro­sto w twarz, fa­cet miał do­bre po­czu­cie hu­mo­ru.

- Sko­ro tak jest, to star­tuj do któ­rejś z nich, a ode mnie się od­pier­dol, bo ja mó­wię: NIE! - Ostat­nie sło­wo dość gło­śno za­ak­cen­to­wa­łam, by do nie­go do­tar­ło.

Chwy­cił mnie za ra­mię i szarp­nął, za­czął cią­gnąć w stro­nę ko­ry­ta­rza. Wy­star­czy­ła chwi­la, bym otrzą­snę­ła się z szo­ku. Zła­pa­łam go­ścia za kark i przy­gnio­tłam do ścia­ny.

- O pro­szę, czy­li jed­nak lu­bisz za­ba­wę na ostro. Po­do­ba mi się to.

- Je­steś strasz­nym dup­kiem i dla­te­go nie jest mi cię w ogó­le żal. Wiesz, gdzie spę­dzisz dzi­siej­szą noc?

- W moim łóż­ku ra­zem z tobą ...

- Oj, ko­cha­ny, łóż­ko bę­dzie i to ta­kie moc­ne, rze­kła­bym na­wet twar­de, w wię­zien­ny wa­run­kach. Je­steś aresz­to­wa­ny za na­pad na funk­cjo­na­riusz­kę po­li­cji pod­czas wy­ko­ny­wa­nia czyn­no­ści służ­bo­wych.

- Nie no, kur­wa, to ja­kieś żar­ty.

- Nie, ko­cha­ny. Idzie­my, na ze­wnątrz cze­ka twój dzi­siej­szy dy­li­żans.

Przed klu­bem stał już ra­dio­wóz, pod­sta­wio­ny na wy­raź­ną proś­bę Mar­ci­na. Chło­pa­ki zgar­nę­ły męż­czy­znę na do­łek. Nie mia­łam już ocho­ty na­wet wra­cać do środ­ka, wsko­czy­łam do sa­mo­cho­du i po­je­cha­łam pro­sto do domu.

Od razu po wej­ściu do miesz­ka­nia zrzu­ci­łam z sie­bie ubra­nie i w bie­liź­nie we­szłam do łóż­ka. Mu­sia­łam się do­brze wy­spać, bo ju­tro bę­dzie cze­ka­ła mnie roz­mo­wa z bar­dzo wy­szcze­ka­nym osob­ni­kiem.

***

W biu­rze by­łam naj­wcze­śniej ze wszyst­kich, po­pro­si­łam jed­ne­go z po­li­cjan­tów, by przy­pro­wa­dził do po­ko­ju prze­słu­chań mo­je­go wczo­raj­sze­go aman­ta. Wzię­łam łyk kawy i ru­szy­łam na bój.

Sie­dział na krze­śle, za­spa­ny, le­d­wo żywy. Nie ukry­wam, ten wi­dok był tro­chę za­baw­ny. Nie omiesz­ka­łam trza­snąć drzwia­mi, by tro­chę po­bu­dzić go do ży­cia. Jego wkur­wio­ne spoj­rze­nie nie zro­bi­ło na mnie żad­ne­go wra­że­nia.

- Wiesz, cze­mu tu je­steś, Ma­cie­ju, zwa­ny rów­nież Szaj­bą? - Za­po­zna­łam się z jego ak­ta­mi, któ­re oka­za­ły się wy­jąt­ko­wo barw­ne.

- Tak, bo pró­bo­wa­łem za­pew­nić ci seks stu­le­cia, a w za­mian za to do­sta­łem noc w pier­dlu...

- Ale z cie­bie dow­cip­niś. Je­steś tu­taj, po­nie­waż na­pa­dłeś na funk­cjo­na­riusz­kę pod­czas peł­nie­nia obo­wiąz­ków służ­bo­wych. Mo­żesz so­bie po­móc. Wiesz jak?

- Moja ofer­ta jed­nak cię sku­si­ła?

- My­ślę, że to moja może tro­chę sku­sić cie­bie....

I wte­dy wła­śnie wszedł do sali funk­cjo­na­riusz, któ­ry we­zwał mnie do Mar­ci­na. Mu­sia­łam prze­rwać prze­słu­cha­nie i wy­ja­śnić wszyst­ko prze­ło­żo­ne­mu.

We­szłam do jego ga­bi­ne­tu, od razu po­czu­łam na so­bie mro­żą­cy wzrok. Przy­ja­ciel był na mnie zły. I to tak lek­ko mó­wiąc.

- Dia­na, mo­żesz mi wy­tłu­ma­czyć, co się wczo­raj sta­ło? Za­trzy­ma­nie? Ja­kieś prze­słu­cha­nie? Cze­mu ja, kur­wa, o tym nie wie­dzia­łem, co? - Wkur­wio­ny, ude­rzył ręką w stół. - Wiesz, że sta­ry za taką ak­cję może nam tu na­mie­szać.

- Wiem, ale nic nam nie zro­bi, uwierz mi. Wczo­raj po­szłam do klu­bu, tak jak się uma­wia­li­śmy. Wszyst­ko szło zgod­nie z pla­nem do cza­su, aż ten ty­pek się do mnie do­cze­pił. Pro­si­łam go grzecz­nie, by od­pie­przył się ode mnie, ale on użył siły, więc mu­sia­łam się bro­nić. Po­zwo­li­łam so­bie przej­rzeć jego akta i oka­za­ło się, że mamy na doł­ku cie­ka­we­go osob­ni­ka. Chcia­łam go prze­słu­chać i do­pie­ro przyjść tu do cie­bie.

- Do­bra, ale masz go­dzi­nę, póź­niej chcę wi­dzieć na moim biur­ku ra­port. Zro­zu­mia­ne?

- Tak jest, sze­fie.

Od­mel­do­wa­łam się i wró­ci­łam do na­sze­go osa­dzo­ne­go. Hu­mor w dal­szym cią­gu mu do­pi­sy­wał.

- Do­brze, to na czym my skoń­czy­li­śmy... A, no tak. Je­śli po­wiesz mi co nie­co o klu­bie Czar­ny Dia­ment, to ja po­roz­ma­wiam z kim trze­ba o zmniej­sze­niu kary.

Spoj­rzał na mnie, po czym wy­buch­nął grom­kim śmie­chem.

- Za­po­mnij, mała, wyj­dę stąd szyb­ciej, niż my­ślisz.

- Two­ja spra­wa, ja zło­ży­łam ci pro­po­zy­cję. Dam ci jesz­cze szan­sę po­my­śleć nad nią w celi. Jak­byś chciał po­ga­dać, to wiesz, gdzie mnie szu­kać.

Mo­żesz go za­pro­wa­dzić na do­łek - zwró­ci­łam się do funk­cjo­na­riu­sza.

Nie ta­kich twar­dzie­li ła­ma­łam. Li­czy­łam na to, że on też pu­ści parę.

Wró­ci­łam do swo­je­go biu­ra, gdzie szyb­ko na­pi­sa­łam ra­port dla Mar­ci­na. Gdy mu go skła­da­łam, opo­wie­dzia­łam o wszyst­kim, co zo­ba­czy­łam wczo­raj­sze­go wie­czo­ru w klu­bie. Po pra­cy wy­bra­łam się na si­łow­nię i strzel­ni­cę, bo ostat­nio oby­dwa te miej­sca dość moc­no za­nie­dba­łam.

***

Po ca­łym ty­go­dniu pra­cy po­sta­wi­łam na od­po­czy­nek, z rana uda­łam się w stro­nę par­ku, by tro­chę roz­ru­szać ko­ści. Bie­głam moją sta­łą tra­są, o po­ran­ku by­wa­ło tu mało lu­dzi. Mo­głam od­po­cząć, uwol­nić moje my­śli, zre­se­to­wać się. Jed­nak tego dnia coś mi nie gra­ło. Przez cały czas czu­łam się ob­ser­wo­wa­na, ktoś mnie śle­dził. Nie mo­głam za­trzy­mać się i ot tak roz­gląd­nąć, to nie mia­ło naj­mniej­sze­go sen­su.

Przy na­stęp­nej alej­ce za­wró­ci­łam w stro­nę mo­je­go miesz­ka­nia. Ni­ko­go ni­g­dzie nie do­strze­głam. Przy­sta­nę­łam na chwi­lę przy ław­ce, by roz­ma­so­wać skurcz. Do­tar­ło do mnie wte­dy, że to wy­obraź­nia pła­ta mi ta­kie fi­gle.

Za­raz po po­wro­cie wzię­łam zim­ny prysz­nic i za­po­mnia­łam o sy­tu­acji z par­ku. Wsko­czy­łam w wy­god­ne ciu­chy, zgar­nę­łam pre­zen­ty dla dzie­cia­ków Mar­ci­na i ru­szy­łam w dro­gę. Mia­łam ka­wa­łek do prze­je­cha­nia, po­nie­waż miesz­ka­li poza mia­stem.

Na wej­ściu przy­wi­ta­li mnie Fra­nek i Jula. Nie chcie­li mnie pu­ścić. W drzwiach stał Mar­cin, któ­ry pró­bo­wał ich ode mnie od­cią­gnąć.

- Dzie­cia­ki, daj­cie cho­ciaż wejść cio­ci do domu, a nie ata­ku­je­cie ją od sa­mej bram­ki.

- Spo­koj­nie, taki atak to ja aku­rat lu­bię. Mam coś dla was. - Wrę­czy­łam każ­de­mu po drob­nym upo­min­ku i do­pie­ro wte­dy mo­głam spo­koj­nie wejść.

- Dzię­ki, cio­cia, je­steś naj­lep­sza. - Do­sta­łam w ra­mach po­dzię­ko­wa­nia ca­łu­sa od Jul­ki i żół­wi­ka od Fran­ka.

- Cza­sa­mi mam wra­że­nie, że zwa­riu­ję przy nich, ale wte­dy przy­po­mi­nam so­bie cza­sy, kie­dy ich nie było... i wiem, że mam wiel­kie szczę­ście.

- Na­wet nie wiesz, jak wiel­kie, Mar­cin...

Ka­sia przy­go­to­wa­ła dla nas wy­kwit­ną ko­la­cję w ich pięk­nym ogro­dzie. Lu­bi­łam tę ci­szę, spo­kój, któ­ry tam pa­no­wał. Mo­głam to­tal­nie za­po­mnieć o swo­ich pro­ble­mach, po pro­stu się wy­łą­czyć. Do­dat­ko­wo ich to­wa­rzy­stwo - cały czas się śmia­łam. Może nie uwie­rzy­cie, ale byli mał­żeń­stwem ide­al­nym. Ona - oaza spo­ko­ju, a za­ra­zem du­sza to­wa­rzy­stwa, on - ten bar­dziej wy­bu­cho­wy, a mimo to skry­ty. Pa­trząc na nich od tylu lat, sama na­bra­łam ocho­ty, by zna­leźć ko­goś, kto bę­dzie moim do­peł­nie­niem.

Na chwi­lę od­pły­nę­łam, wy­obra­ża­jąc so­bie sie­bie jako mamę. Na zie­mię wró­ci­łam do­pie­ro po sło­wach Kasi. Zo­sta­ły­śmy same, Mar­cin po­szedł po­ło­żyć dzie­cia­ki do łóż­ka.

- Dia­na, wszyst­ko w po­rząd­ku? Ja­koś tak dziw­nie wy­glą­da­łaś.

- Roz­ma­rzy­łam się tro­chę. Wiesz, pa­trzę na wa­sze mał­żeń­stwo i wi­dzę te­raz, jak bar­dzo mi ko­goś bra­ku­je. Wiem, sama od­rzu­ca­łam fa­ce­tów, za­my­ka­łam się na re­la­cję, ale nie czu­łam tam cze­goś ta­kie­go... No wiesz, o co mi cho­dzi.

- Wiem, słoń­ce, do­sko­na­le wiem, o czym mó­wisz. Na pew­no jest ktoś, kto cze­ka wła­śnie na cie­bie. Nie spo­tka­łaś jesz­cze ni­ko­go, bo ża­den z tych fa­ce­tów nie był cię go­dzien. Za nie­dłu­go sta­nie ktoś na two­jej dro­dze, zo­ba­czysz, wpad­niesz w pie­lusz­ki, cho­ro­by i inne ta­kie do­le­gli­wo­ści dzie­cię­ce i cza­sa­mi na­wet za­tę­sk­nisz za tą wol­no­ścią.

- Ka­sia, co ja bym bez cie­bie zro­bi­ła? Dzię­ku­ję. Mó­wisz tak mą­drze i je­steś su­per ba­becz­ką.

- Tak samo jak ty.

Mar­cin wró­cił i te­ma­ty ze­szły na te bar­dziej zwią­za­ne z na­szą pra­cą. Ob­ga­da­li­śmy kil­ka kwe­stii do­ty­czą­cych śledz­twa, któ­re pro­wa­dzi­li­śmy.

Rozdział II

Ran­kiem po­sta­no­wi­łam zro­bić przed pra­cą tre­ning w par­ku i tro­chę po­bie­gać. Ta sama tra­sa, co ostat­nio, tro­chę wię­cej lu­dzi, szcze­gól­nie tych z czwo­ro­no­ga­mi. Wi­dząc ich za­spa­nie, chęt­niej bu­dzi­łam się do ży­cia.

I zno­wu to pie­przo­ne uczu­cie, że ktoś mnie ob­ser­wu­je.

Mia­łam już dość. Sta­nę­łam na środ­ku alej­ki, ro­zej­rza­łam się do­oko­ła, jed­nak ni­ko­go ni­g­dzie nie było. To nie mógł być przy­pa­dek, aż tak zmę­czo­na nie by­łam. Do­koń­czy­łam tre­ning i wró­ci­łam do sie­bie. Po tym, jak za­czę­łam szu­kać ob­ser­wa­to­ra, na­gle to dziw­ne uczu­cie znik­nę­ło. To zna­czy­ło, że ten ktoś mógł się wy­stra­szyć, a to z ko­lei mó­wi­ło o tym, że to nie mógł być nikt groź­ny. Po­sta­no­wi­łam po­cze­kać na ko­lej­ny ruch tej oso­by, może nie mia­ła złych za­mia­rów.

Go­dzi­nę póź­niej par­ko­wa­łam sa­mo­chód na par­kin­gu przy ko­men­dzie. We­szłam na na­sze pię­tro, po­de­szłam pod se­kre­ta­riat, gdzie mu­sia­łam pod­pi­sać za­le­głe do­ku­men­ty.

- Dzień do­bry, pani Dia­no. Tu­taj pro­szę o dwa pod­pi­sy, a tu jest ten do­ku­ment, o któ­ry pani pro­si­ła.

- Świet­nie, dzię­ku­ję.

Ką­tem oka zo­ba­czy­łam męż­czy­znę, któ­ry w jed­nej se­kun­dzie nie­mal po­wa­lił mnie na ko­la­na. Wy­so­ki bru­net, z za­ro­stem, do­brze zbu­do­wa­ny, z pięk­nym spoj­rze­niem nie­bie­skich oczu. Pod jed­nym okiem miał cha­rak­te­ry­stycz­ną szra­mę, któ­ra w jego przy­pad­ku była cał­ko­wi­tym atu­tem. Gdy jego wzrok spo­czął na mnie, po­czu­łam się onie­śmie­lo­na. To było coś bar­dzo dziw­ne­go. Ner­wo­wo wró­ci­łam do wy­peł­nia­nia do­ku­men­tów, by nie wpaść w dal­sze za­kło­po­ta­nie. Po chwi­li jed­nak za­po­mnia­łam o wszyst­kim tym, gdy usły­sza­łam za ple­ca­mi zna­jo­my głos:

- No pro­szę, pięk­na, nie spo­dzie­wa­łem się, że przed wyj­ściem stąd jesz­cze cię zo­ba­czę. - Za­gu­bie­nie na mo­jej twa­rzy za­stą­pi­ła złość.

- Cze­mu on wy­cho­dzi? - za­py­ta­łam po­li­cjan­ta, któ­ry pro­wa­dził mo­je­go aresz­tan­ta.

- Pro­ku­ra­tor zgo­dził się na kau­cję i ktoś ją wpła­cił za nie­go...

- Cie­ka­we kto?

- Ja. - Ni­ski ton gło­su wy­do­był się z ust męż­czy­zny, na wi­dok któ­re­go jesz­cze chwi­lę wcze­śniej pra­wie mdla­łam, a te­raz mia­łam ocho­tę go roz­szar­pać.

- Mó­wi­łem ci, pięk­na, że wyj­dę, a ty nie chcia­łaś mi wie­rzyć. - Tym ra­zem to on śmiał się pro­sto w moją twarz, le­d­wo trzy­ma­łam ner­wy na wo­dzy.

- I tak cię do­pad­nę, spo­koj­nie.

Pod­szedł do mnie i na­chy­lił się nad moim uchem.

- Oj, na­wet nie wiesz, jaką mam na to na­dzie­ję, mała... Do zo­ba­cze­nia!

- Ma­ciek, idź już do sa­mo­cho­du. Prze­pra­szam pa­nią...?

Spoj­rza­łam na twarz przy­stoj­ne­go bru­ne­ta, któ­ra nie oka­zy­wa­ła żad­nych uczuć.

- Pod­ko­mi­sarz Dia­na Ostrow­ska.

- Za­pa­mię­tam na pew­no i obie­cu­ję, że kie­dyś się jesz­cze spo­tka­my. - Ujął moją dłoń i zło­żył na niej po­ca­łu­nek.

To spo­tka­nie było co naj­mniej dziw­ne... Za­mro­czo­na, we­szłam do biu­ra, usia­dłam przy kom­pu­te­rze i pró­bo­wa­łam sku­pić my­śli, jed­nak wszyst­kie krą­ży­ły wo­kół tego męż­czy­zny. Bar­dzo chcia­łam się do­wie­dzieć, kim on był. Prze­ko­pa­łam całą bazę, In­ter­net i każ­de me­dia spo­łecz­no­ścio­we, ni­g­dzie go nie było. Jak wid­mo.

Na­gle do mo­je­go ga­bi­ne­tu wpadł je­den z po­li­cjan­tów [...].

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.