Dotyk Północy - Ada Tulińska

Kup ebooka

45.00 zł
37.35 zł (37,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Laura rzadko pa­mię­tała swoje sny, jed­nak kiedy tak się działo, mo­gła je od­two­rzyć w pa­mięci dość wy­raź­nie. Tej nocy śniła o od­le­głej, zim­nej, pół­noc­nej kra­inie. Oce­anem tar­gał nie­okieł­znany sztorm, który niósł z sobą tylko jedno prze­sła­nie: śmierć. W po­ło­wie wy­so­ko­ści muru skał, pię­trzą­cego się groź­nie w ciem­ność, wy­ra­stała po­nura bu­dowla... Czy to był za­mek? Trudno po­wie­dzieć. Była prze­ogromna, ka­mienna. Lau­rze przy­wo­dziła na myśl chiń­ski mur, tylko na pla­nie spi­rali, z ele­men­tami zamku ro­mań­skiego. W cen­trum ser­pen­tyny znaj­do­wał się owalny bu­dy­nek. Czy była to wieża ob­ser­wa­cyjna? Ra­czej nie, ten gmach był zbyt po­tężny jak na zwy­kłą wieżę. Z dołu sły­chać było je­dy­nie huk wzbu­rzo­nych fal ude­rza­ją­cych wście­kle o ska­li­ste wy­brzeże. Ciem­no­gra­na­towe, nie­malże czarne bał­wany mor­skie chło­stały o szpi­cza­ste skały, zo­sta­wia­jąc na nich ścieżki bia­łej piany, a ostre kro­ple desz­czu bez­li­to­śnie za­ci­nały o ka­mie­ni­sty klif, ni­czym małe szty­lety. Słońce scho­wało się gdzieś da­leko za chmu­rami i na świe­cie pa­no­wała ni­jaka sza­rość. Nisz­czy­ciel­ska siła na­tury po­ka­zy­wała swoją moc, wy­rzu­ca­jąc na brzeg ty­siące ka­mieni i po­ła­ma­nych dre­wien.

Laura do­strze­gła ruch na wy­so­kim kli­fie, po­nad bu­dowlą. Bru­net w ciem­nym płasz­czu stał nad prze­pa­ścią i z elek­try­zu­jącą fa­scy­na­cją w spoj­rze­niu oglą­dał sztorm. Sza­le­niec! Pod­czas gdy wszy­scy ra­cjo­nal­nie my­ślący lu­dzie na­cią­gali te­raz na głowy koce w swo­ich po­ko­jach, on po pro­stu pa­trzył, jak fale bez­li­to­śnie ude­rzają o mury. Laura chciała mu po­wie­dzieć, żeby uwa­żał, że to nie­bez­piecz­nie, ale nie mo­gła wy­krztu­sić ani słowa. Na­gle ich oczy się spo­tkały. Chło­pak uśmiech­nął się za­wa­diacko, a po­tem wy­sta­wił jedną nogę nad prze­paść.

- Osza­la­łeś?! Stój, wa­ria­cie! - krzy­czała, ale jej głos to­nął w huku sztormu.

Sza­le­niec już się nie uśmie­chał, po­pa­trzył jej głę­boko w oczy, po czym prze­niósł cię­żar ciała do przodu. Po­czuła, że ktoś ła­pie ją za ra­mię. W miej­scu do­tyku skóra za­pie­kła bo­le­śnie.

- Nie!!! - Laura obu­dziła się z gar­dłem zdar­tym od krzyku. Sie­działa na łóżku, zlana zim­nym po­tem. Z nie­po­ko­jem rzu­ciła okiem na drew­niane okien­nice, które ude­rzały o fra­mugi oraz na pa­da­jący na pa­ra­pet deszcz. Na­gle gi­gan­tyczna srebrna bły­ska­wica roz­cięła niebo i okno w ka­wa­lerce się otwo­rzyło, wpusz­cza­jąc do środka zimno i wil­goć. Prze­stra­szony ła­ciaty pies Leon za­trząsł się jak ga­la­reta pod koł­drą. Laura wstała szybko, żeby za­mknąć okno.

- No już, wszystko bę­dzie do­brze - po­wie­działa drżą­cym gło­sem bar­dziej do sie­bie niż do psa, prze­krę­ca­jąc klamkę.

Rozdział 1

Znaki

- Zda­łam! - Laura za­pisz­czała do te­le­fonu, po tym jak wy­szła z sali obron.

Przy­sta­nęła przy wiel­kim lu­strze w szat­niach, wią­żąc orze­chowe włosy w ku­cyk na czubku głowy. Jej ciemne jak dwa wę­gle oczy lśniły od emo­cji.

- Gra­tu­luję, ko­cha­nie - ode­zwał się w słu­chawce ko­biecy głos. - Idzie­cie gdzieś z Pa­try­kiem?

Laura wy­szła na dzie­dzi­niec przed pa­ła­cy­kiem, w któ­rym od­by­wały się eg­za­miny i ro­zej­rzała się uważ­nie. Grupka stu­den­tów w stro­jach ga­lo­wych pa­liła pa­pie­rosy wo­kół jed­nej z ła­wek. Chmura sza­rego dymu le­wi­to­wała nad ich gło­wami. Dwóch pro­fe­so­rów w gar­ni­tu­rach roz­ma­wiało przy sa­mo­cho­dzie. Pa­tryka ni­g­dzie nie było. Roz­cza­ro­wa­nie wy­krzy­wiło jej twarz.

- Tak - po­wie­działa do Mo­niki. - Wła­śnie do niego jadę.

Mach­nęła ko­le­gom z wy­działu i wy­szła na ulicę. Słońce świe­ciło przez ga­łę­zie drzew ob­sa­dzo­nych wzdłuż drogi i rzu­cało tań­czące plamki na chod­nik. Laura do­strze­gła sto­jący na przy­stanku tram­waj. Pod­bie­gła pod szybę mo­tor­ni­czego, wa­riacko ma­cha­jąc rę­kami, żeby przy­pad­kiem bez niej nie od­je­chał.

Fa­cet po­krę­cił głową, my­śląc: "Znowu ta wa­riatka".

Kwa­drans póź­niej Laura prze­szła przez por­tier­nię w aka­de­miku i po­gnała do wind. "Pew­nie za­spał", my­ślała, ob­ser­wu­jąc ekran, na któ­rym zmie­niały się nu­mery pię­tra. Wy­pa­dła na ko­ry­tarz i pu­ściła się bie­giem w kie­runku ostat­nich drzwi. Jej przy­ja­ciółki stale kry­ty­ko­wały jej chło­paka. Bez prze­rwy po­wta­rzały, że jest le­niem i za­po­mi­nal­skim bez­ta­len­ciem, ale Laura była wpa­trzona w Pa­tryka jak w ob­ra­zek. Oczy­tany, uro­czy sza­tyn, ar­ty­sta stu­diu­jący na ASP wy­da­wał jej się ide­al­nym kan­dy­da­tem na ży­cio­wego part­nera. Po ci­chu snuła plany wspól­nego miesz­ka­nia po tym, jak skoń­czą stu­dia.

- Wsta­waj śpio­chu! - za­śpie­wała, otwie­ra­jąc gwał­tow­nie drzwi. Pierw­sze, co jej się rzu­ciło w oczy, to po­roz­wa­lane buty i ubra­nia na pod­ło­dze. Jej serce prze­jął strach, bo wśród ba­ła­ganu do­strze­gła czer­wone szpilki.

- Co tak gło­śno? - na łóżku Pa­tryka usia­dła po­tar­gana blon­dynka i za­kryła się koł­drą. Laura otwo­rzyła usta z nie­do­wie­rza­niem. Obok niej smacz­nie chra­pał jej chło­pak. Mię­śnie jego twa­rzy we śnie się roz­luź­niły. Kiedy tak spał so­bie w naj­lep­sze z roz­chy­lo­nymi war­gami, wy­glą­dał nie­malże nie­win­nie. "W isto­cie za­spał", po­my­ślała Laura. Po­czuła, jak wście­kłość bu­zuje w jej ży­łach ni­czym wstrzą­śnięty szam­pan. Z pi­skiem rzu­ciła się na by­łego już chło­paka i zrzu­ciła go z łóżka.

- Chcia­łam ci tylko po­wie­dzieć, że obro­ni­łam pracę, pa­lan­cie - wark­nęła, otrze­pała ręce, po czym do­dała zło­wro­gim to­nem. - Twoje ob­razy są tan­detne jak bro­ka­towe klapki z od­pu­stu. Od dawna chcia­łam to z sie­bie wy­rzu­cić.

Za­spany Pa­tryk ob­da­rzył nie­przy­tom­nym spoj­rze­niem Laurę, a po­tem le­żącą obok niego blon­dynkę. Po­zwo­lił so­bie na wy­jąt­kowo brzyd­kie prze­kleń­stwo, na­stęp­nie, za­miast prze­pra­szać, za­czął mo­no­log na te­mat tego, że Laura nie roz­po­zna­łaby praw­dzi­wego ta­lentu, gdyby ten za­tań­czył przed nią kan­kana. Już go nie słu­chała. Szła ko­ry­ta­rzem żoł­nier­skim kro­kiem.

Po dro­dze spo­tkała współ­lo­ka­tora Pa­tryka. Ru­dzie­lec Re­mek po­słał jej współ­czu­jące spoj­rze­nie, kiedy się mi­jali.

Laura sta­rała się nie pła­kać. Pra­wie jej się to uda­wało. Wy­le­wała je­dy­nie po­toki łez w po­duszkę i za­ja­dała smutki cze­ko­la­do­wymi lo­dami pro­sto z pu­dełka.

- To pa­lant - po­cie­szała ją Mo­nika. - Mó­wi­łam ci, że je­żeli fa­cet robi so­bie fotki w stroju Adama, za­sła­nia­jąc się wła­snym ob­ra­zem, to jest coś nie tak.

- W do­datku kiep­skim. - Szkło za­dzwo­niło, kiedy Laura ude­rzyła swoim pro­secco w kie­li­szek przy­ja­ciółki.

W końcu nad­szedł dzień od­bioru dy­plo­mów. Dzie­ka­nat mie­ścił się w bu­dynku Wy­działu Fi­lo­zo­ficzno-Hi­sto­rycz­nego nie­da­leko cen­trum mia­sta. Gdy we­szła do środka, oka­zało się, że za­stała ją tra­dy­cyjna ko­lejka na dwie go­dziny sta­nia. Za­jęła so­bie miej­sce za wy­so­kim bru­ne­tem o la­ty­no­skiej uro­dzie i po­szła na dół po kawę na wy­nos. Wra­ca­jąc, nie­spiesz­nie czy­tała ogło­sze­nia z ta­blicy kor­ko­wej w głów­nym hallu. Wy­wie­szano tam roz­pi­ski eg­za­mi­nów, po­pra­wek i kon­sul­ta­cji dla stu­den­tów, a także in­for­ma­cje, co aku­rat dzieje się w mie­ście. Laura do­wie­działa się rów­nież, że Wku­rzone Szer­sze­nie roz­po­częły na­bór do sek­cji fut­sal. Tym ra­zem przy­rze­kali wy­grać z po­li­budą w roz­gryw­kach aka­de­mic­kich i za­po­wia­dali do­dat­kowe wa­ka­cyjne tre­ningi. Mi­nęła ogło­sze­nie wróż­bity Ka­rola, który obie­cy­wał uwa­rze­nie elik­siru mi­ło­ści za nie­wielką opłatą. Przez chwilę roz­wa­żała se­sję przy szkla­nej kuli, ale do­szła do wnio­sku, że to i tak nie ma sensu. Je­dyne, co miała ochotę po­dać by­łemu, to ar­sze­nik. Na ostat­niej ta­blicy umiesz­czano ogło­sze­nia "Dam pracę". Naj­więk­sze z nich "biło po oczach" atrak­cyj­nym na­głów­kiem:

Wa­ka­cyjny wo­lon­ta­riat dla stu­den­tów. Prze­żyj przy­godę swo­jego życia!

Chcesz wy­je­chać za gra­nicę i tam zaj­mo­wać się opieką nad po­trze­bu­ją­cymi lub od­bu­dową i kon­ser­wa­cją sta­rych bu­dyn­ków? Wo­lon­ta­riat trwa trzy mie­siące, ter­miny od lipca do wrze­śnia. Żeby wziąć w nim udział, mu­sisz mieć przy­naj­mniej 21 lat. Praca trwa 6-7 go­dzin dzien­nie. Or­ga­ni­za­tor za­pew­nia za­kwa­te­ro­wa­nie, wy­ży­wie­nie oraz za­ję­cia w cza­sie wol­nym. Chcesz się zgło­sić? Przyjdź na spo­tka­nie in­for­ma­cyjne, które od­bę­dzie się na Wy­dziale Stu­diów Mię­dzy­na­ro­do­wych w czwar­tek dwu­dzie­stego pią­tego czerwca o trzy­na­stej. Za­praszamy!

En­tu­zjazm prze­pły­nął jej przez żyły - to było coś, czego w tym mo­men­cie po­trze­bo­wała! Jej ży­cie po zdra­dzie Pa­tryka utknęło w mar­twym punk­cie. A więc tak. Pra­gnęła tego jak wę­dro­wiec wody na pu­styni. Nie miała cie­nia wąt­pli­wo­ści, zde­cy­do­wała pod wpły­wem im­pulsu - po­je­dzie!

- O kur­czę, dwu­dzie­sty piąty jest dzi­siaj. - Spoj­rzała na swój pi­sta­cjowy jel­ly­watch: - Je­de­na­sta trzy­dzie­ści, spo­koj­nie zdążę na trzy­na­stą.

Wró­ciła do ko­lejki. Wy­da­wało się, że nie po­ru­szyła się na­wet o mi­li­metr. Pięk­nie.

"Chyba jed­nak nie zdążę...", po­my­ślała z trwogą. Za­częła prze­stę­po­wać z nogi na nogę w ko­lejce, po czym wy­szła przed bu­dy­nek. Wy­ko­nała kon­tro­lne te­le­fony do swo­ich naj­lep­szych przy­ja­ció­łek, żeby się czymś za­jąć i nie de­ner­wo­wać. Ewa miała fa­talny dzień w pracy. Po pierw­sze, zła­mała pa­zno­kieć, co za­po­cząt­ko­wało całą se­rię nie­for­tun­nych zda­rzeń. Po dru­gie, wy­lała kawę na umowę, wi­zy­tówkę, klienta i wy­kła­dzinę. Ów in­te­re­sant za­pro­po­no­wał jej wspólne wyj­ście na sok, tłu­ma­cząc, że kawa się go­rzej spiera. Po trze­cie, nie mo­gła za­lo­go­wać się do swo­jej no­wej poczty pra­cow­ni­czej. Ad­mi­ni­stra­tor po­szedł na urlop, więc nie­stety nie mógł jej po­móc. Ewa za każ­dym ra­zem, kiedy prze­cho­dził szef, włą­czała JPG z in­ter­fej­sem poczty ścią­gnię­tym z in­ter­netu, uda­jąc, że wła­śnie od­pi­suje mu na ma­ila.

Mo­nika z ko­lei miała dzi­siaj wolne i sza­lała w kuchni. Pró­bo­wała za­pro­sić Laurę na "ba­na­nowe trio", ale ta grzecz­nie od­mó­wiła, tłu­ma­cząc, że jej or­ga­nizm nie trawi ma­jo­nezu w ze­sta­wie z ba­na­nami.

Po­że­gnały się i Laura zo­stała sama ze swo­imi my­ślami.

- Wła­śnie, że zdążę - po­wie­działa, pró­bu­jąc za­po­mnieć o ba­na­nach z ma­jo­ne­zem.

Opie­ra­jąc się o ścianę bu­dynku, za­mknęła oczy i za­częła so­bie wy­obra­żać, jak wła­ści­wie ten wy­jazd może wy­glą­dać i ja­kie kraje będą do wy­boru. Miała szczerą na­dzieję, że bę­dzie mo­gła wziąć z sobą Le­ona. Naj­le­piej by­łoby nie je­chać za da­leko na po­łu­dnie, bo Leon nie lubi upa­łów i bie­da­czek strasz­nie się mę­czy, jak jest go­rąco. Wró­ciła po­spiesz­nie do ko­lejki, zer­ka­jąc na ze­ga­rek - było dwa­dzie­ścia po dwu­na­stej. Przez chwilę prze­szło jej przez myśl, żeby przyjść po dy­plom in­nego dnia. "Prze­cież go nie wrzucą do nisz­czarki, jak go dzi­siaj nie od­biorę", my­ślała.

Jej roz­wa­ża­nia prze­rwał dźwięk otwie­ra­nych drzwi, w któ­rych uka­zała się asy­stentka pani z dzie­ka­natu. Młoda dziew­czyna nio­sła stertę do­ku­men­tów - było ich tak dużo, że mu­siała przy­trzy­my­wać stos no­sem. Po­de­szła do am­bonki, kła­dąc pa­piery na bla­cie. Ode­tchnęła z ulgą, kiedy cała pi­ra­mida wy­lą­do­wała bez­piecz­nie na kon­tu­arze.

- Kto przy­szedł po od­biór dy­plomu? Za­pra­szam do mnie z do­wo­dem wpłaty i kartą obie­gową - po­wie­działa. - Będę wy­czy­ty­wać na­zwi­ska, tak jak mam w do­ku­men­tach. Pani Irys. Za­pra­szam.

Laura nie mo­gła uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście. Wy­stą­piła dziar­sko z sze­regu z po­kwi­to­wa­niem i obie­gówką w dłoni. Zło­żyła pod­pis od­bioru w od­po­wied­niej ru­bryce, po czym po­dzię­ko­wała, bio­rąc dy­plom i su­ple­ment pod pa­chę. Wy­sko­czyła ura­do­wana na za­lany słoń­cem dzie­dzi­niec i po­pę­dziła do furtki.

Wy­dział Stu­diów Mię­dzy­na­ro­do­wych znaj­do­wał się nie­da­leko. Rzu­tem na ta­śmę zdą­żyła na au­to­bus, któ­rym do­je­chała na miej­sce w ciągu sied­miu mi­nut. O go­dzi­nie dwu­na­stej pięć­dzie­siąt pięć wcho­dziła przez drzwi do po­tęż­nego gma­chu w ko­lo­rze ko­gla-mo­gla.

- Gdzie od­bywa się spo­tka­nie in­for­ma­cyjne w spra­wie wo­lon­ta­riatu? - spy­tała Laura por­tierkę, si­wo­włosą pa­nią w oku­la­rach, o ser­decz­nym uśmie­chu.

- W auli na ostat­nim pię­trze, złotko - od­po­wie­działa ko­bieta.

Laura po­pę­dziła na górę, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie na­raz. Zdą­żyła w ostat­niej chwili. Już je­den z or­ga­ni­za­to­rów za­my­kał drzwi i przy­mie­rzał się do po­wi­ta­nia uczest­ni­ków.

Laura omio­tła spoj­rze­niem zgro­ma­dze­nie. Aula była dość duża, po­ma­lo­wana na biało, na pod­ło­dze znaj­do­wała się gra­na­towa wy­kła­dzina. Troje pro­wa­dzą­cych spo­tka­nie, dwóch męż­czyzn śred­niej bu­dowy i nie­zwy­kle wy­soka ko­bieta o ru­dych wło­sach i zie­lo­nych oczach, stało na sce­nie. Po­ten­cjalni wo­lon­ta­riu­sze sie­dzieli grzecz­nie w trzech pierw­szych rzę­dach na wi­downi, po­zo­sta­wia­jąc mię­dzy sobą kilka wol­nych miejsc. Laura usia­dła w czwar­tym rzę­dzie z brzegu.

- Wi­tamy pań­stwa ser­decz­nie. Dzię­ku­jemy za przyj­ście i cie­szymy się, że za­in­te­re­so­wa­nie z pań­stwa strony jest tak duże - za­częła ru­do­włosa. - Na­sze pro­jekty mają cha­rak­ter wo­lon­ta­riatu. Wo­lon­ta­riusz do­bro­wol­nie i za darmo chce po­ma­gać or­ga­ni­za­cji i jej part­ne­rom za gra­nicą. Żeby było ja­sne, nie za­ro­bi­cie na wo­lon­ta­ria­cie żad­nych pie­nię­dzy. Wa­szą "wy­płatą" będą zdo­byte do­świad­cze­nia, na­uka ję­zyka ob­cego i nowe przy­jaź­nie. Or­ga­ni­za­cja z kraju wo­lon­ta­riu­sza przy­go­to­wuje go do wy­jazdu i po­maga w za­ła­twie­niu wszel­kich for­mal­no­ści, w tym w pod­pi­sa­niu umowy, re­zer­wa­cji prze­jazdu, wy­ku­pie­niu ubez­pie­cze­nia i tak da­lej, i tak da­lej. To my bie­rzemy za to od­po­wie­dzial­ność - po­zwo­liła so­bie na uśmiech. - Pań­stwo nie pła­ci­cie nic. Ma­cie za­pew­nione noc­legi, prze­jazdy, je­dze­nie i ubez­pie­cze­nie, a cza­sem... na­wet kie­szon­kowe. Po­nie­waż jest to pro­jekt ogól­no­eu­ro­pej­ski, w kon­kret­nych mia­stach będą wo­lon­ta­riu­sze z ca­łej Eu­ropy. Moi ko­le­dzy roz­da­dzą pań­stwu kwe­stio­na­riu­sze do wy­peł­nie­nia. Pro­szę je prze­ana­li­zo­wać i rze­tel­nie od­po­wie­dzieć na wszyst­kie py­ta­nia, aby po­móc nam naj­le­piej do­pa­so­wać wo­lon­ta­riat do pań­stwa po­trzeb. W ra­zie py­tań je­stem do dys­po­zy­cji - po­wie­działa, sia­da­jąc za biur­kiem.

Grupa po­grą­żyła się w wy­peł­nia­niu for­mu­la­rzy. Laura wy­jęła pióro z to­rebki i na­chy­liła się nad swo­imi do­ku­men­tami. Za­częła pi­sać w sku­pie­niu, wy­sta­wia­jąc ko­niu­szek ję­zyka.

Imię: Laura

Na­zwi­sko: Irys

Data uro­dze­nia: 13.02.1991

E-mail: l.irys@ema­il­bo­xes.com

Ję­zyki: pol­ski, an­giel­ski, nor­we­ski (trochę)

Wy­kształ­ce­nie: ma­gi­ster hi­sto­rii sztuki

Pre­fe­ro­wane kraje: nie ma zna­cze­nia, by­leby nie było za ciepło

Pre­fe­ro­wane za­ję­cia:

a. kon­ser­wa­cja za­byt­ków, b. po­moc oso­bom star­szym, c. praca z dziećmi

Pre­fe­ren­cje ży­wie­niowe: dieta we­ge­ta­riańska

Dla­czego chcesz je­chać na wo­lon­ta­riat?

Wła­śnie skoń­czy­łam stu­dia i po­trze­buję zdo­być do­świad­cze­nie w za­wo­dzie. Pra­gnę roz­wi­jać wła­sną oso­bo­wość i wraż­li­wość na sztukę ży­cia. Mam na­dzieję po­znać wy­jąt­ko­wych lu­dzi i na­uczyć się re­ago­wać w róż­nych sy­tu­acjach ży­ciowych.

Uwagi: Mam psa Le­ona i bar­dzo bym chciała za­brać go z sobą.

Ruda wy­słała swo­ich po­moc­ni­ków, żeby ze­brali for­mu­la­rze.

- Bar­dzo wszyst­kim dzię­ku­jemy za przyj­ście, prze­ana­li­zu­jemy kwe­stio­na­riu­sze i skon­tak­tu­jemy się z pań­stwem. Je­żeli nie ma py­tań, to do wi­dze­nia - za­koń­czyła spo­tka­nie, da­jąc znak ręką, że zgro­ma­dzeni mogą się już ro­zejść.

Laura wró­ciła do domu ura­do­wana, wszystko szło jak po ma­śle. Cie­kawe, kiedy od­po­wie­dzą? Myśl o wy­jeź­dzie do­da­wała jej skrzy­deł.

- Leon pa­kuj się, czuję przy­godę w po­wie­trzu!

Pu­pil szczek­nął i za­mer­dał cztery razy. Po­szedł do po­koju, po czym wró­cił z wy­pa­tro­szo­nym mi­siem bez głowy, jego ulu­bioną za­bawką.

Laura usia­dła na ta­bo­re­cie, otwo­rzyła lap­topa i za­częła szu­kać in­for­ma­cji na te­mat kra­jów part­ner­skich or­ga­ni­za­cji przy Wy­dziale Stu­diów Mię­dzy­na­ro­do­wych.

- Hisz­pa­nia, nur­ko­wa­nie z del­fi­nami - za­częła od­czy­ty­wać ha­słowo. - O, to jest fajne! Szkoda, że za­zna­czy­łam za­bytki... No cóż, zo­baczmy, co tam mają da­lej - mó­wiła, prze­wi­ja­jąc stronę. - Wę­gry, hmm, wo­lon­ta­riat przy opiece nad star­szymi, ale chyba oso­bami, nie za­byt­kami. Afryka, na­uka an­giel­skiego w szkole... Ech... nie wi­dzę tu nic dla nas, Leon. Nie ma żad­nej kon­ser­wa­cji za­byt­ków w ofer­cie. Chyba się nie za­kwa­li­fi­ku­jemy... Szkoda, że nie wi­dzia­łam tej strony wcze­śniej. Za­zna­czy­ła­bym inną ru­brykę...

Pies jęk­nął smutno i po­ło­żył łeb na pra­wym udzie Laury.

Dwa dni póź­niej Laura do­stała od­po­wiedź przed­sta­wi­cieli or­ga­ni­za­cji:

Te­mat: Wo­lontariat

Sza­nowna Pani,

Z przy­jem­no­ścią in­for­mu­jemy o po­zy­tyw­nym roz­pa­trze­niu Pani apli­ka­cji na wo­lon­ta­riat za gra­nicą. Tylko w jed­nym miej­scu or­ga­ni­za­tor zga­dza się na obec­ność psa. Wy­jeż­dża­łaby Pani w naj­bliż­szą nie­dzielę na trzy mie­siące do Nor­we­gii. Pra­co­wa­łaby Pani przy od­na­wia­niu jed­nej z sal w zamku. Za­kwa­te­ro­wana by­łaby Pani w domku typu bun­ga­low. Or­ga­ni­za­tor opłaca Pani prze­jazd, po­byt, wy­ży­wie­nie, je­den z kur­sów na miej­scu (we­dle Pani wy­boru) i daje "kie­szon­kowe" w wy­so­ko­ści pię­ciu­set euro mie­sięcz­nie. Za­nim po­dam wię­cej szcze­gó­łów, mu­szę uprze­dzić, że po­sia­dłość jest w pry­wat­nych rę­kach i wła­ści­ciel wy­maga pod­pi­sa­nia umowy o do­cho­wa­niu ta­jem­nicy od­no­śnie do swo­jej osoby i po­sia­dło­ści. Ceni so­bie pry­wat­ność i nie ży­czy so­bie wścib­skich tu­ry­stów i ba­da­czy. Moż­liwe, że jest to nie­po­wta­rzalna oka­zja, żeby zwie­dzić ten za­mek. Po­pro­szę o ma­ila zwrot­nego z Pani sta­no­wi­skiem w tej spra­wie i ewen­tu­al­nym ska­nem umowy z Pani podpisem.

Z wy­ra­zami szacunku

Jo­anna Kiełecka

ko­or­dy­na­tor ds. wo­lon­ta­riatu za­gra­nicznego

Laura za­mru­gała. Ładne "kie­szon­kowe". Otwo­rzyła wzór umowy - sza­blon z krop­kami do wy­peł­nie­nia. Druga ta­jem­ni­cza "strona" oczy­wi­ście jesz­cze nic w swo­ich po­lach nie wpi­sała w oba­wie przed wścib­ską tu­rystką. W za­łącz­niku znaj­do­wał się rów­nież aneks do umowy, ale nie po­fa­ty­go­wała się, żeby go w ca­ło­ści prze­czy­tać. "No do­bra, raz ko­zie śmierć. Prze­cież już zde­cy­do­wa­łam", po­my­ślała. Wy­peł­niła dane, wy­dru­ko­wała, zło­żyła pod­pis i ze­ska­no­wała do­ku­menty za po­mocą apli­ka­cji w smart­fo­nie. Był czwar­tek, czyli miała pełne trzy dni na spa­ko­wa­nie się do wy­jazdu.

Obo­wiąz­kowo chciała jesz­cze od­wie­dzić cio­cię Gie­nię przed po­dróżą. Osiem­dzie­się­cio­pię­cio­let­nia cio­cia, je­dyna ży­jąca krewna Laury, była sa­mo­dzielna, cho­ciaż miała ogromne pro­blemy z pa­mię­cią. Le­ka­rze roz­kła­dali ręce bez­radni. Laura wpa­dała do niej przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu, żeby po­móc opie­kunce z za­ku­pami i sprzą­ta­niem.

Jak w każdy czwar­tek Laura szy­ko­wała się na co­ty­go­dniowy zlot cza­row­nic w krę­gielni. "Bę­dzie mi ich bra­ko­wać", po­my­ślała na wi­dok swo­ich ko­le­ża­nek cze­ka­ją­cych przed wej­ściem. Tym ra­zem nie za­mó­wiły toru, tylko usia­dły przy drin­kach w od­le­głym miej­scu przy ba­rze. Laura za­częła opo­wia­dać o wszyst­kich po­zy­tyw­nych zbie­gach oko­licz­no­ści i o nie­spo­dzie­wa­nym wy­jeź­dzie.

- Laura, ko­niecz­nie mu­sisz spraw­dzić tę or­ga­ni­za­cję w pa­pie­rach. To mogą być oszu­ści, któ­rzy że­rują na mło­dych ko­bie­tach szu­ka­ją­cych przy­gody, a po­tem je po­ry­wają i sprze­dają bo­ga­tym, ob­le­śnym biz­nes­me­nom jako za­bawki ero­tyczne - za­uwa­żyła Mo­nika.

- Nie martw się, wszystko spraw­dzi­łam. Jest okej. Mam wszyst­kie po­trzebne nu­mery: do am­ba­sady, ubez­pie­czy­ciela i tak da­lej - po­wie­działa Laura.

- A znasz na­zwę miej­sco­wo­ści, do któ­rej je­dziesz? Za­pi­szesz nam wszystko, że­by­śmy wie­działy, gdzie je­steś i bę­dziesz się mel­do­wać co­dzien­nie po ko­la­cji - usta­liła Ewa.

- Ja­sne! Miej­sco­wość znaj­duje się nie­da­leko sto­licy.

- No to su­per! W ra­zie nie­bez­pie­czeń­stwa wiesz, co ro­bić. Po­wtórz - za­żą­dała Mo­nika.

- Kop w kro­cze, tak­sówka i na lot­ni­sko.

- Brawo - po­chwa­liła Mo­nika. - Mo­żesz jesz­cze ude­rzyć prze­ciw­nika z łok­cia w że­bro i za­ło­żyć mu po­dwój­nego Nel­sona!

Laura po­pa­trzyła na ko­le­żankę z po­wąt­pie­wa­niem.

- Okej. Kop w kro­cze po­wi­nien wy­star­czyć.

- Laura, czy ta miej­sco­wość znaj­duje się nad mo­rzem? - spy­tała Ewa.

Laura po­pa­trzyła na nią z nie­do­wie­rza­niem. Oczy­wi­ście opo­wie­działa przy­ja­ciół­kom o swoim dziw­nym śnie o sa­mo­bójcy. Oczy­wi­ście nie trak­to­wała go po­waż­nie. W prze­ci­wień­stwie do Ewy, która wszę­dzie do­pa­try­wała się zna­ków i czę­sto od­wie­dzała wróż­bitę Ka­rola.

- Nie, w głębi lądu, spraw­dzi­łam. Nie ma tam żad­nych kli­fów - po­wie­działa, uspo­ka­ja­jąc samą sie­bie.

- Uff, Bogu dzięki - Ewa ode­tchnęła z ulgą.

- Może cze­goś się do­wiesz o tych ta­jem­ni­czych sko­kach - za­uwa­żyła Mo­nika.

Te­mat licz­nych sa­mo­bójstw w Nor­we­gii był obec­nie gło­śnym te­ma­tem w pra­sie i in­ter­ne­cie. Pa­tryk i Re­mek czę­sto o tym dys­ku­to­wali, więc Laura wła­śnie tu­taj do­pa­try­wała się przy­czyn swo­jego dziw­nego snu.

- Nie wiem, czy chce ru­szać ten te­mat... - stwier­dziła Laura, błą­dząc wzro­kiem za ko­le­żan­kami. Jej uwagę przy­kuła dwójka zna­jomo wy­glą­da­ją­cych lu­dzi. Ko­le­dzy Pa­tryka z aka­de­mika przy­kle­jali pla­kat na drzwi.

- Prze­pra­szam na chwilę - po­wie­działa, wsta­jąc.

Czym prę­dzej po­de­szła do wej­ścia, zo­sta­wia­jąc ko­le­żanki ze zdzi­wio­nymi mi­nami.

- Cześć, co tam ma­cie? - za­ga­iła zna­jo­mych.

- Cześć - od­po­wie­dzieli mi­zer­nie i od­sło­nili treść pla­katu.

Za­gi­nął Re­mi­giusz Bednarek

Ostat­nio wi­dziany 20 czerwca o go­dzi­nie 10: 00

Ubrany na czarno, z czer­woną ban­danką prze­wią­zaną na gło­wie. Kto­kol­wiek po­siada in­for­ma­cje na te­mat miej­sca jego po­bytu, pro­szony jest o prze­ka­za­nie ich ko­men­dzie po­li­cji ze Śród­mie­ścia, pod nu­me­rem te­le­fonu 42 445 63 33.