Dotyk oszusta - Mia Marlowe

Reflow text when sidebars are open.
Emmaline zasugerowała, by Monty zjadł posiłek w pokoju i przez resztę dnia odpoczywał. Zmartwiła się, kiedy przystał na tę propozycję i nie próbował się wykłócać. To oznaczało, że czuł się gorzej, niż przypuszczała.
- Ale popracujesz dziś nad nimi, prawda? Dla mnie - poprosił, kiedy nakrywała go pledem.
- Oczywiście - zapewniła. Kluczowym elementem każdego przekrętu było insynuowanie, z jakąż to wspaniałą okazją oszukiwany ma do czynienia, nie sprawiając przy tym wrażenia, że jest się namolnym. Kuszenie potencjalnej ofiary wymagało umiejętności, a Emmaline miała talent. - Wydaje mi się jednak, że Theodore został u przyjaciół, więc mogę nie mieć szansy na wdrożenie planu w życie.
- Nie chodzi o niego - odparł Monty. Miał zamknięte oczy, a jego świszczący oddech odzyskiwał regularność. - Mówię o hrabim. Chyba że i on padł w objęcia Morfeusza.
Na myśl o hrabim poczuła motyle w żołądku.
- Przekonamy się.
Jego lordowska mość z pewnością nadrabiał fakt, że zeszłej nocy nie odnalazł drogi do swojego łoża. Nie oznaczało to oczywiście, że nie znalazł jej do łoża jakiejś damy. Wyższe sfery mogły mieć niezwykle wyszukany smak w pewnych kwestiach, ale jeśli spojrzeć na tych kilku jej przedstawicieli, których spotkała podczas podróży, ich moralność pozostawiała równie wiele do życzenia jak w przypadku pospólstwa.
Emma zamknęła drzwi apartamentu z cichym kliknięciem i ruszyła przed siebie. Zamierzała obejrzeć Devonwood House. Nie spieszyła się, przystawała przed każdym z portretów. Oglądała twarze uwiecznione na płótnie. Dostrzegła, że Theodore, podobnie jak nieliczni z jego przodków, wyróżniał się na tle rodziny swą płową czupryną. Większość członków rodu Devonwood, przynajmniej w ostatnich pokoleniach, miała bowiem ciemne włosy i szare oczy.
Zauważyła też, że na szyjach kolejnych pań Devonwood często pojawiał się charakterystyczny szmaragdowy naszyjnik. Matki przekazywały go córkom. Na portrecie obecnej hrabiny Devonwood uwieczniono jednak sznur pereł z rubinem, na tyle długi, by udusić konia.
"Klejnoty rodzinne. Zapewne trzymane w tym domu pod kluczem" - pomyślała.
Emma nigdy nie kradła biżuterii i podejrzewała, że zdobycie jej byłoby o wiele bardziej kłopotliwe niż wyłudzenie pieniędzy. Jednak gdy pomyślała o niepokojącym napadzie kaszlu Monty'ego, wiedziała, iż jeśli nie będzie miała wyboru, zdecyduje się na tę kradzież.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Devon uśmiechał się tak słabo, jakby obawiał się, że popęka mu twarz.
- Theodore, proszę... - Panna Farnsworth próbowała uwolnić się z uścisku mężczyzny. Patrząc na nagą rzeźbę, ani trochę się nie zarumieniła, pąs pojawił się na jej twarzy, dopiero gdy usłyszała publiczną deklarację Teddy'ego.
- Dobrze, dobrze. Jeszcze oficjalnie się nie zgodziła - przyznał Teddy ze śmiechem. - Ale obiecała rozważyć moją propozycję. To jedynie kwestia czasu, żeby uległa urokowi Nashów, i dobrze o tym wie.
"Mówiąc dokładnie, to kwestia niecałych dwunastu godzin, lecz ulegnie nie temu Nashowi".
Devon ukłonił się nad dłonią panny Farnsworth, starając się wyartykułować odpowiednie powitanie. Najwyraźniej mu się to udało, gdyż przez dudnienie w uszach zaczęły się przebijać dźwięki toczącej się rozmowy. Jedyne, o czym Devon mógł teraz myśleć, to fakt, że przyszła narzeczona jego brata już wkrótce będzie wzdychać w ramionach innego.
Ściślej - w JEGO ramionach.
Teddy uśmiechnął się promiennie do nich obojga.
Devon poczuł się podle. Pisane mu było całować pannę Farnsworth i nie było przed tym ucieczki. Potem przypomniał sobie, że w jego wizji dama również go całowała.
Zacisnął szczęki. Jaka kobieta byłaby w stanie bawić się uczuciami jego brata i całować innego mężczyznę?
- A to, oczywiście, jest ojciec Emmaline, profesor Montague Farnsworth - ciągnął Theodore.
- Milordzie, jestem zaszczycony. - Mężczyzna uniósł melonik, odsłaniając rzadkie siwe włosy. Spoglądał znad półokrągłych szkieł i podał Devonowi dłoń. Nie był to mocny uścisk, ale odpowiedni dla człowieka nauki. - Pan wybaczy moją niezbyt dokładną znajomość tematu, lecz jeśli się nie mylę, Devonwood jest jednym z najstarszych hrabstw w Anglii, czyż nie?
- Brat jest piętnastym pokoleniem noszącym ten tytuł - wyjaśnił Teddy. - Zatem tak. Jest on starszy od samej ziemi.
- Aczkolwiek nie tak stary jak egipskie dynastie, które miałem przyjemność studiować, milordzie.
Mężczyzna napuszył się niczym wróbel stroszący piórka. Po bliższym przyjrzeniu się Devon uznał, że profesor rzeczywiście przypomina tego małego ptaka. Przeniósł wzrok na Emmaline. Jak to możliwe, by ten niezwykle pospolity mężczyzna mógł spłodzić tak śliczną istotę?
- Theodorze Wainwrighcie Nashu! - Cienki damski głos dobiegł ich od strony prowadzących do ogrodu przeszklonych drzwi balkonowych. - Co ty sobie wyobrażasz? Wracasz do domu i najpierw biegniesz na spotkanie z bratem, zamiast przywitać się ze swoją maman?
Ich matka mogła być tylko hrabiną, ale czekała z godnością równą cesarzowej, aż niepoprawny syn podejdzie i złoży pocałunek na jej idealnie zaróżowionym policzku. Potem lady Devonwood ruszyła w stronę zgromadzonych, jednocześnie oceniając pannę Farnsworth.
- Witaj, moja droga. - Kiedy dostojna dama cmokała powietrze przy policzkach Emmaline, przyszła synowa zbladła. Po wcześniejszym rumieńcu nie pozostał ślad. Jej skóra była teraz tak jasna, że Devon obawiał się, iż panna lada chwila zemdleje. Na szczęście do tego nie doszło. - Ze wszystkich dziewcząt na świecie oto ta, którą mój syn wybrał na swoją małżonkę.
Emmaline uśmiechnęła się słabo. Wcześniej, zanim dowiedziała, kim jest Devon, wyrażała swoją opinię bez zastanowienia. Ta diametralna zmiana w jej zachowaniu zaskoczyła go. Zupełnie jakby była aktorką z Drury Lane i wcieliła się teraz w rolę nieśmiałego niewiniątka.
- Milady. - Panna Farnsworth mruknęła pod nosem, lekko się kłaniając.
- Równie skromna co urocza - zawyrokowała hrabina.
Teddy mrugnął do Emmaline.
- Niestety, muszę zaznaczyć, że choć ja wybrałem ją, wciąż czekam, aż ona wybierze mnie.
- Ależ oczywiście, że to zrobi, mój drogi. Jeśli tego zechcesz. - Hrabina poklepała młodszego syna po policzku, a potem twardo spojrzała na pannę Farnsworth. - Jakaż rozsądna młoda dama mogłaby cię odrzucić?
Usta panny Farnsworth lekko drgnęły, lecz się nie odezwała.
"Mądra decyzja" - pomyślał Devon - jedyna osoba na świecie, która mogła nie zgodzić się z jego matką i wyjść z tego cało.
- Maman, jak się dowiedziałaś o naszym... przywiązaniu, że tak rzeknę z braku lepszego określenia? - spytał Theodore, ponownie zajmując miejsce obok panny Farnsworth i jednocześnie spychając jej ojca na bok. - Dopiero przed chwilą powiedziałem o tym Devonowi.
- Powinieneś się zorientować, mój drogi. W tak wielkim domu służba wie o wszystkim. Baxter powiedział, że powróciłeś, i niemal na tym samym oddechu poinformował mnie o twoim przywiązaniu do tej młodej damy. Doprawdy, czasem odnoszę wrażenie, że ten człowiek czyta nam w myślach. - Lady Devonwood złożyła dłonie i skupiła się na Farnsworthach. - Ale gdzie się podziały moje maniery? Jestem pewna, że nasi goście są zmęczeni po długiej podróży. Baxterze!
Wszędobylski majordomus pojawił się w drzwiach niemal natychmiast - był to wyraźny sygnał, że czekał tuż za progiem. Nie okazał ani odrobiny zawstydzenia faktem, że został przyłapany na podsłuchiwaniu rodziny, której służył. Zdawał się wręcz zadowolony, że potwierdził podejrzenia hrabiny o czytaniu w myślach.
Baxter był zwolennikiem staromodnych tradycji. Jego umiejętności myszkowania osiągnęły światowy poziom. Devon zwykle się tym nie przejmował, ale teraz zastanawiał się, czy kamerdyner podsłuchiwał jego wcześniejszą rozmowę z panną Farnsworth. Baxter wyrabiał sobie własne opinie o ludziach, lecz wyjawiał je tylko wówczas, gdy go o to proszono.
- Zaprowadź profesora Farnswortha i jego uroczą córkę do Błękitnego Apartamentu. - Hrabina uśmiechnęła się do gości, ukazując białe zęby. Devon zastanawiał się, czy tylko on się zorientował, że w ten sposób kot uśmiecha się do myszy tuż przed zadaniem ostatecznego ciosu. Matka mogła okazywać gościnność, ale kiedy chodziło o jej dzieci, zachowywała się jak nadopiekuńcza lwica. Devon zauważył, że nie była zadowolona z wyboru Teddy'ego. - Nasza rezydencja jest do państwa dyspozycji. Proszę powiedzieć, jeśli będą państwo czegoś potrzebować. - Lady Devonwood machnęła dłonią, jakby chciała odprawić gości. - Baxter zaprowadzi państwa do pokoi.
Profesor Farnsworth skłonił się nad dłonią hrabiny i wyraził wdzięczność za gościnę. Wreszcie pozwolił córce wziąć się pod ramię i poprowadzić w kierunku drzwi balkonowych. Nim zniknęli w domu, panna Farnsworth posłała Teddy'emu przelotny uśmiech.
- Dziękuję za przyjęcie ich pod nasz dach. Nie znają w Londynie nikogo, a nie chciałbym, by zatrzymywali się w hotelu Claridges, skoro u nas jest tak dużo miejsca - rzekł Teddy, kiedy Emmaline i jej ojciec znaleźli się poza zasięgiem słuchu. - Wiem, że te zaręczyny to dla was duże zaskoczenie, ale, maman, jak zawsze byłaś wspaniała.
- Postawiłeś nas przed faktem dokonanym, prawda? - odparła hrabina. - Cóż innego pozostało uczynić, jeśli nie przywitać dziewczynę i jej ojca w naszych progach?
- Mam kilka pomysłów - odparł Devon z rozdrażnieniem. - Dobrze, Ted. O co chodzi z tymi zaręczynami?
- O miłość, bracie. Chodzi o miłość.
- Nie bądź taki ckliwy. Owinęła sobie ciebie wokół palca.
- Hmm, tak się zastanawiam - rzekła hrabina, siadając na kamiennej ławce zajmowanej do niedawna przez pannę Farnsworth. Rzuciła okiem na kamiennego Dionizosa, wzdrygnęła się z niesmakiem i ponownie spojrzała na synów. - Odmowa przyjęcia oświadczyn to dziwny sposób na zwodzenie mężczyzny.
Devon zdusił przekleństwo. Skoro głośno wyraził swoje wątpliwości, matka mogła do woli oddawać się fantazji, że nie miała nic przeciwko temu, by Theodore poślubił Pannę Nikt bez grosza przy duszy. Uczeni, jak profesor Farnsworth, może byli poważani, ale rzadko dysponowali jakimikolwiek pieniędzmi ponad to, co płaciły im uczelnie.
- Wręcz przeciwnie. "Nie" to niezawodny sposób na usidlenie mężczyzny. "Nie" jest jak czerwona płachta, którą macha się bykowi przed oczami. Teraz Teddy jest jeszcze bardziej zdeterminowany, by ją zdobyć. - Spojrzał na brata. - Co ty właściwie o niej wiesz?
- Devonie, wystarczy. Theodore jest dorosły i może sam podejmować decyzje. Nie mamy prawa się w to mieszać - rzekła matka przymilnie. - Powiedz mi, Teddy, jak się poznaliście?
Devon zacisnął zęby. Najwyraźniej jeśli zadawało się pytanie słodkim tonem i lekko pochylając głowę na bok, to już nie było mieszanie się.
- Oczywiście na pokładzie statku pomiędzy Aleksandrią a Rzymem. Przyznaję, że otoczenie mogło nieznaczenie przyspieszyć rozkwit uczucia. - Theodore usiadł obok matki i wziął ją za rękę. - Ojciec Emmaline miał wykłady. Niedawno powrócił z Doliny Królów. Fascynujące zagadnienie. Znalazł niewielką rzeźbę, która...
- Nie zmieniaj tematu - wtrącił Devon. Wizja, w której całował pannę Farnsworth, była wciąż żywa w jego pamięci i tak wyraźna, jakby to wydarzyło się naprawdę. - Nigdy nie ukrywałeś, że chcesz się ożenić. Jesteś skłonny przymknąć oko na fakt, że panna nie tylko pochodzi z pospólstwa, lecz także jest Amerykanką?
- To, co ciebie irytuje, mnie bardziej pociąga - odparł z szelmowskim uśmiechem Theodore. - Mężczyzna ma prawo zmienić zdanie na ten temat, czyż nie? Słyszysz, co mówisz? Powtarzasz słowa tych wszystkich bufonów, z których zwykłeś się naśmiewać. Poza tym to nie ja jestem hrabią. Nie muszę przez wzgląd na majątek poślubić DOBREJ PARTII. Ten wątpliwy zaszczyt pozostawiam tobie. - Uśmiech na ustach Theodore'a znikł, a pojawił się wyraz szczerej troski. - Co w ciebie wstąpiło?
"Język panny Farnsworth za niecałe dwanaście godzin" - pomyślał Devon z wściekłością i schował zaciśnięte pięści do kieszeni.
Dawno zrezygnował z prób ostrzegania innych przed zdarzeniami, które widział w swoich przesłaniach. Nikt nie chciał mieć do czynienia z Kasandrą w bryczesach. Lecz jeśli wykorzystałby swą pozycję głowy rodziny, Teddy wykazałby się jeszcze większą determinacją w poślubieniu tej panny.
Hrabina poklepała młodszego syna po ręku.
- Nie chcę przykładać do tego zbyt wielkiej wagi, ale Devon ma rację. Wiem, że podróże mają poszerzać horyzonty, ale czy twoje nie stały się aż nazbyt szerokie, skarbie?
Theodore zacisnął usta.
- W Anglii nie brakuje panien, wśród których mógłbyś przebierać - ciągnęła hrabina. - Najmłodsza córka lady Whitmore niedawno zadebiutowała w towarzystwie. Zapewne pamiętasz lady Cressidę.
- Nie chcę córki lorda Whitmore'a.
- Czemu nie? - spytała hrabina spokojnym tonem, jakby w ogóle nie obawiała się, że jej młodszy syn byłby skłonny popełnić błąd, którego naprawienie wywołałoby niemały skandal. - Ponoć lady Cressida wyrosła na piękną dziewczynę, a wszyscy uznali ją za jak najbardziej wzorcową pannę.
Nazwanie debiutantki "wzorcową" było w mniemaniu ich matki największym komplementem. Oznaczało, że młoda dama przestrzegała przyjęte normy i nigdy nie łamała zakazów.
Theodore ucałował matkę w policzek, mruknął coś o dołączeniu do przyjaciół w klubie White i zniknął.
Hrabina westchnęła. Devon poczuł ciężar jej niezadowolenia. Od śmierci ojca matka często szukała w nim oparcia. Nigdy go nie ganiła. Nie musiała. Jedno westchnienie wystarczało, by jego przepełniona poczuciem winy dusza kuliła się w sobie.
- Zajmę się tym, mamo - obiecał.
Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością.
- Wiem, skarbie. Jak zawsze.
Devon zajmował się wszystkim w taki sposób, że matka nie zdawała sobie sprawy z tego, jakie brzemię dźwiga jej starszy syn. Dzięki wygranym z ubiegłej nocy znów był wypłacalny, ale to mogło się zmienić w mgnieniu oka.
Hrabina była na tyle staromodna, że gardziła handlem, ale prawda była taka, iż przychody, jakie generował majątek, ledwie starczały na jego utrzymanie i niezbędne naprawy. Nie starczały natomiast na zapewnienie matce takiego stylu życia, do jakiego przywykła. Theodore nie mógłby się włóczyć przez pół roku po Morzu Śródziemnym, gdyby gospodarowali jedynie pieniędzmi z czynszów, a najmłodsza Louisa zostałaby bez szans na posag.
Gdyby Devon nie inwestował, niekiedy spekulacyjnie, ich skrzynie zostałyby puste. Jego ostatnią porażką było zainwestowanie w kupiecki statek zwany Rebecca Goodspeed. Niestety słuch po nim zaginął od chwili, gdy natknął się na sztorm w rejonie Przylądka Dobrej Nadziei. Devon był zmuszony szukać pieniędzy w różnych miejscach. Nie potrafił wykorzystać swojego daru, by wejrzeć w przyszłość giełdy, ale na szczęście mógł liczyć na karty.
Szczęście w kartach było dżentelmeńską cnotą, której nikt nie mógł podważyć, o ile nie chciał spotkać się z nim na polu walki. Devon nigdy nie oszukiwał, a do tego słynął pośród socjety jako wyśmienity strzelec, więc nie obawiał się, że takie oskarżenie kiedykolwiek padnie.
- Skarbie, dobrze się czujesz? - spytała zaniepokojona matka. - Jesteś blady.
Zmusił się do uśmiechu.
- Wszystko w porządku - odparł. - Muszę się przespać.
- Nie dziwię się. Długo bywasz poza domem. - Cmoknęła z przyganą i w typowym dla siebie stylu zmieniła temat. - Właśnie przyszło mi do głowy, że być może źle oceniamy pannę Farnsworth. Dziewczynie może jednak zależeć na dobru Teddy'ego. Nie udzieliła mu odpowiedzi, ponieważ zdaje sobie sprawę, że dzieli ich pozycja społeczna i to ich kiedyś unieszczęśliwi.
- Być może - odparł Devon, ale miał wątpliwości.
Potem jego matka ponownie zmieniła zdanie, jak jej się to często zdarzało. Mogło się wydawać, że hrabina nie potrafi obstawać przy raz wyrobionej opinii.
- Ale może to nic nie znaczy, że jest z pospólstwa. Pamiętasz, że twój pradziad popełnił mezalians i był wręcz obłędnie szczęśliwy?
JAK mógłby zapomnieć? Kobieta, którą poślubił pradziad, pochodziła z nietytułowanej gałęzi rodziny Prestonów. Wraz ze swoją nie tak błękitną krwią prababka Delphinia Preston wniosła do rodziny ten przeklęty dar dotyku.
- Może kiedy lepiej poznamy pannę Farnsworth, docenimy ją, tak jak Teddy. Tylko że... - Hrabina pozwoliła, by pełna wątpliwości cisza zawisła między nimi. - Żałuję, że nie wybrał kogoś odpowiedniego.
Chciała powiedzieć "wzorcowej" panny. Ktoś na piętrze rozsunął ciężkie zasłony i uchylił okno w Błękitnym Apartamencie.
Baxter wpadnie w cichą furię. Miał obsesję na punkcie tego, by chronić kolor wzorzystego tureckiego dywanu przed promieniami słońca.
Devon uniósł dłoń, by przesłonić oczy, i spojrzał w górę, gdzie w oknie dostrzegł sylwetkę panny Farnsworth.
Miejska rezydencja została usytuowana na niewielkim wzniesieniu. Gdy panna Farnsworth oparła się o parapet i spojrzała ponad ceglaną dżunglę londyńskich kominów i dachów, zapewne dostrzegała w oddali ogromną kopułę katedry świętego Pawła. Rozwiązała wstążkę pod brodą i zdjęła kapelusik. Jej wzrok wciąż ogarniał panoramę miasta.
Emmaline uniosła twarz ku słońcu, a jej włosy zalśniły różnymi odcieniami miedzi, złota i bursztynu. Uśmiechnęła się promiennie.
Ta kobieta oznaczała kłopoty. Zapewne też niezgodę. Możliwe, że również skandal. Różne słowa opisują pannę Emmaline Farnsworth, lecz "wzorcowa" na pewno nie jest jednym z nich.
Rezydencja lorda Devonwooda miała robić wrażenie. Kiedy Baxter prowadził Emmaline i jej ojca po zachwycających schodach, zauważyła wazy z okresu dynastii Ming i klasyczne rzeźby ustawione wokół w licznych alkowach. Po przytłaczających dziełach sztuki i portretach przodków patrzących na nich z góry Błękitny Apartament stanowił miłą odmianę. Cechowała go prosta elegancja.
Dwie okazałe sypialnie łączyły się ze wspólnym salonikiem. Ściany pokrywała tłoczona tapeta w kolorze kojącej szarości z delikatnymi lazurowymi wzorami. Na drewnianej podłodze leżał wspaniały miękki azjatycki dywan przedstawiający scenę walki pomiędzy skąpanymi w błękitnych płomieniach mitycznymi feniksami.
- Proszę nie włączać gazowych lamp w czasie dnia - rzekła Emmaline, odwracając się tyłem do imponującej panoramy za oknem. - Wolę naturalne światło.
- Jak panienka sobie życzy - odparł kamerdyner i skinął głową, mocno zaciskając przy tym usta. - Państwa kufry wniesiono już do pokoi. Jeśli potrzebują państwo pomocy przy rozpakowywaniu, proszę wezwać pokojówkę lub lokaja. Hrabina poleciła przydzielić państwu służbę na czas wizyty.
- To bardzo łaskawe ze strony hrabiny, zwłaszcza że podczas tej podróży nie mogliśmy zabrać ze sobą naszej służby - odparł Farnsworth.
Emmaline powstrzymała uśmieszek. "Naszej służby, też coś" - pomyślała.
- Jeśli życzą sobie państwo zjeść obiad z lordem i jego rodziną, podajemy go pół godziny po pierwszej w jadalni. Możemy też przynieść tacę do państwa salonu. Kolację serwuje się tu o ósmej - poinformował ich Baxter oschle. - Wymagany jest strój wieczorowy.
Emmaline odniosła wrażenie, że majordomus już wyrobił sobie o nich opinię, i nie była ona dobra. W żadnym wypadku nie zachowywał się niestosownie, lecz emanował od niego chłód. Uznała, że służba Devonwood House nie będzie przyjaźnie nastawiona do dziewczyny z pospólstwa, do tego Amerykanki, która wzbudziła zainteresowanie młodego panicza.
Kiedy tylko Baxter ukłonił się i zamknął za sobą drzwi, Farnsworth opadł na jedno z dwóch ciężkich tudoriańskich krzeseł ustawionych przed kominkiem. Pomiędzy nimi na lakierowanym stoliku ustawiono szachy.
- Cóż, majordomus może połknął kij, ale to miejsce aż cuchnie pieniędzmi - zauważył. - Tym razem, moja droga Emmo, spadliśmy na cztery łapy.
- Ciii, Monty - syknęła, zajmując drugie krzesło. Spojrzała na portret surowej matrony zawieszony nad kominkiem.
Słyszała opowieści o dziurach wyciętych w miejscu oczu w takich obrazach, służących do podglądania. Jednak te wyglądały na zwykłe plamy farby.
- Nie słyszałeś, co mówiła hrabina? Służba w tym domu wie o wszystkim.
Zaśmiał się.
- W takim razie lepiej mów do mnie "ojcze" nawet tutaj, w naszych pokojach.
Emmaline parsknęła i podniosła czarną królową. Zestaw szachowy wykonano z onyksu i kości słoniowej. Z kamieni, które wyglądały na szmaragdy, zrobiono figurom oczy. Ich spieniężenie odpędziłoby wilki spod ich progu na kilka miesięcy. Jednak nie zniżali się do pospolitego złodziejstwa.
Jeszcze nie. Odstawiła pionek.
- Dobrze, OJCZe.
Z Montague Farnsworthem nie łączyła jej ani kropla krwi, ale był dla niej ojcem w większym stopniu niż nieznajomy, który ją spłodził. Emmaline pamiętała matkę jak przez mgłę - jako smutną, chudą kobietę z wielkimi brązowymi oczami i wiecznie drżącą dolną wargą. Ale w najdrobniejszych szczegółach zapamiętała dzień, kiedy Montague Farnsworth zabrał ją z sierocińca.
- Tamta - powiedział do przełożonej. - Ta z wielkimi oczami. Będzie dla kogoś dobrą córką.
Zaledwie kilka pociągnięć pióra zmieniło ją ze zwykłej Emmy Potts - sieroty, w Emmaline Farnsworth - dziewczynę mającą dom i ojca. Monty nigdy nie powiedział jej, dlaczego ją wybrał ani dlaczego zatwardziały kawaler postanowił znaleźć w swoim życiu miejsce dla dziecka, ale wychował małą i zapewnił jej edukację lepszą, niż miała większość dziewcząt. Odrobina wiedzy pobudziła apetyt dziewczynki. Kiedy nauczył ją czytać, Emmaline w mgnieniu oka pochłaniała każdą książkę, jaką wzięła do ręki.
Z czasem, kiedy podrosła, Monty nauczył ją wykorzystywać zręczne palce do swoich niezbyt uczciwych przedsięwzięć. Stała się naganiaczką. Z początku dobrze się bawiła, jednak teraz, kiedy od lat zmuszeni byli uciekać, żałowała, że nie mogą zarabiać na utrzymanie w legalny sposób. Czuła się zobowiązana wobec Monty'ego i rzadko się z nim nie zgadzała, lecz tym razem postanowiła wyrazić swój sprzeciw.
- Nie podoba mi się ta robota - ciągnęła ciszej. - Sytuacja wymyka nam się spod kontroli. Dlaczego, do licha, dałeś Theodore'owi Nashowi pozwolenie, by mi się oświadczył?
- Gdybym odmówił, przestałby tańczyć, jak mu zagramy. Zniknąłby. A tak - jesteśmy w jego pięknym domu i przynajmniej do czasu zakończenia tego szwindla nie musimy kombinować, jak znaleźć miejsce w hotelu. Ani wymykać się ukradkiem, kiedy właściciel stanie się zbyt natrętny i zacznie domagać się zapłaty. W ten sposób możemy obserwować nasz cel z bliska i zastawić pułapkę, kiedy nadejdzie właściwa pora. - Monty potarł dłonie jedna o drugą. - Czuję, że dobraliśmy się do żyły złota.
Emmaline zacisnęła powieki. Od lat Monty mówił o każdym ze swoich przekrętów, że to będzie "żyła złota". Jak dotąd jedyne, co udało im się uzyskać, to nakazy aresztowania w kilku różnych krajach.
Gdy była młodsza, mieszkali w Nowym Jorku, gdzie Monty prowadził antykwariat z rzadkimi egzemplarzami książek. Aby podreperować finanse, na boku podrabiał listy Benjamina Franklina i George'a Washingtona. Ale rynek starych dokumentów szybko się nasycił, oszustwo zostało odkryte, a oni zmuszeni byli uciekać do Europy.
Potem Monty postanowił wykorzystać artystyczne talenty Emmaline. Rozprowadzali na Starym Kontynencie fałszywe relikwie pochowane w bogato zdobionych relikwiarzach. Emmaline podejrzewała, że gdyby wszystkie fragmenty krzyża Pańskiego, które przewinęły się przez ręce Monty'ego, zebrać w jednym miejscu, starczyłoby drewna na wybudowanie niewielkiego fortu.
Obecnie wyobraźnią wszystkich zawładnął starożytny Egipt i Monty postanowił to wykorzystać. Miał znakomitą pamięć, wygląd profesora i gładką mowę. Z odpowiednim przygotowaniem mógł uchodzić za eksperta w najbardziej tajemniczej dziedzinie, jaką sobie wybrał.
- Mimo wszystko nie podoba mi się to. Theodore wydaje się do mnie szczerze przywiązany. - Emmaline skrzyżowała ręce na piersi. - Ogołocenie kogoś z oszczędności to jedno. Cel może zostać oskubany tylko wówczas, kiedy jest chciwy. Poza tym zawsze może zarobić więcej. Ale łamanie czyjegoś serca to zgoła inna sprawa.
- Liczę więc, że wykażesz się mądrością i nie zniszczysz chłopaka całkowicie - odparł Monty, oglądając wystrój pokoju z drapieżnym błyskiem w oku. - Musisz jednak przyznać, że nie przesadzał, opowiadając o bogactwie rodziny. Młody panicz Nash ma mnóstwo monet.
- Nie. To jego brat je ma - poprawiła go Emmaline. - Wszystko, co posiada Theodore, zakupił hrabia.
- Zatem pomyśl, czy aby nie wzbudziłaś romantycznych uczuć w niewłaściwym bracie.
Emmaline aż się zaśmiała.
- Wątpię.
Hrabia wydawał się nią zainteresowany, nim Theodore ogłosił najbliższym swoje zamiary. Podobała jej się ich dyskusja. Ze swą mroczną urodą lord Devonwood był bardzo miły dla oka, ale jego niezwykłe srebrnoszare spojrzenie przybierało niekiedy dziki wyraz.
Jeszcze nigdy nie czuła się przy żadnym mężczyźnie tak nieswojo. Nigdy nie wypełniało Emmaline tak dziwne pragnienie jak wówczas, kiedy przez krótką chwilę trzymał jej dłoń. Zupełnie jakby jej ciało wiedziało o nim więcej niż ona sama i - w dodatku - bardzo mu się to podobało. Z trudem ukrywała, w jaki sposób na nią podziałał, bo jeszcze nigdy żaden mężczyzna nie wywarł na niej tak wielkiego wrażenia.
Nie była naiwną romantyczką. Nie wierzyła w miłość, a już na pewno nie w tę od pierwszego wejrzenia. Gdy dorosła, Monty zachęcał ją, by korzystała ze swej urody i pomagała mu manipulować mężczyznami, których zamierzali oszukać. Doświadczenie podpowiadało jej, że byłoby jej o wiele trudniej pociągać za sznurki w przypadku lorda Devonwooda niż jego młodszego brata.
"I o wiele bardziej ekscytująco" - przyznała w duchu.
Theodore przypominał jej przerośniętego szczeniaka, kochającego, ale niezdarnego i łatwo przywoływanego do porządku.
Lord Devonwood był niczym wilk, potężny i nieprzewidywalny. Domyślała się, że zirytowany pokazywał dziką stronę osobowości. Była taka chwila w ogrodzie, kiedy wyglądał, jakby miał ochotę ją schrupać.
W głębi serca podejrzewała, że gdyby się na to zdecydował, mogłoby się jej to spodobać.
- Niemniej - ciągnął Monty - kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, powinniśmy włączyć lorda Devonwooda do gry, skoro to on trzyma skarbonkę. To ten typ człowieka, który będzie bardziej skłonny rozstać się z pieniędzmi, jeśli inwestycja okaże się pomysłem jego, a nie młodszego brata.
Emmaline przytaknęła. Monty mógł od czasu do czasu gonić latawce, ale w ocenie innych się nie mylił.
Zaczął mówić coś jeszcze, ale przerwał mu gwałtowny kaszel. Zakrył usta chustką, lecz spazmy nie ustawały.
Emmaline pospieszyła do swojej sypialni i napełniła szklankę wodą. Kiedy wróciła, atak kaszlu mijał. Monty starał się oddychać głęboko. Niezwłocznie wsunął chustkę do kieszeni, ale i tak zdążyła dostrzec na białym lnie ślady krwi.
- Proszę, mój drogi - rzekła, podając mu szklankę, by się napił.
Po kilku łykach oparł się o fotel i przymknął oczy.
Emmaline poczuła, że determinacja wypełnia jej umysł. Jakoś musiała doprowadzić ten przekręt do końca. Monty starał się to przed nią ukrywać, ale napady kaszlu stawały się coraz poważniejsze. Jego zdrowie pogarszało się niemal z dnia na dzień.
Żadne z nich nie powiedziało na głos słowa "suchoty", ale nie miało to znaczenia. Oboje myśleli o tym na tyle intensywnie, by aura okropnej choroby rozchodziła się po pokoju.
W Niemczech przyjmował lekarz, który ponoć działał cuda. To oszustwo musiało im się udać. Tylko wówczas Monty wyjedzie do sanatorium w Alpach, gdzie będzie miał szansę odzyskać siły i przedłużyć życie.
- Wiesz, będziesz dla kogoś wspaniałą córką - szepnął, klepiąc ją po dłoni. Te słowa były ich pełną czułości grą, wspomnieniem pierwszego spotkania.
Ucałowała go lekko w czoło i starając się powstrzymać drżenie głosu, odpowiedziała jak zwykle:
- A ty będziesz dla kogoś wspaniałym ojcem.
Griffin rzadko modlił się w kościele. Czas, gdy wszyscy byli pogrążeni w zadumie, wykorzystywał zazwyczaj, by zerkać na szybko powiększający się biust Sabriny Ashcroft. Te dwa wzgórki rosnące na jej piersi fascynowały każdego czternastoletniego chłopaka w hrabstwie. Przyglądanie się ponętnym krągłościom sprawiało, że ciało młodzieńca reagowało w nieznany dotąd sposób, całkowicie wymazując ze świadomości potrzebę modlitwy.
Jednak teraz, zmuszając swojego wałacha do galopu, rozmawiał z Bogiem.
- Niech to opóźnienie wystarczy - powtarzał jak mantrę. Potężne uda konia napinały się, gdy zwierzę próbowało pokonać wzniesienie.
Nie mówił "proszę" ani do konia, ani do Wszechmogącego. Był dziedzicem swego ojca, a tytuł hrabiego Devonwood to stare i szanowane wyróżnienie.
Szlachetnie urodzeni żądali poddaństwa od tych, którzy im podlegali, a okazywali pełną rezerwy grzeczność wobec równych sobie. Griffin kochał i obawiał się ojca w taki sam sposób, w jaki proboszcz żądał od wiernych, by kochali i obawiali się Boga. Podejrzewał zresztą, iż hrabia rozmawia ze Stwórcą, jakby byli sobie równi.
Teraz jednak przepełniony lękiem chłopak zaczął w głębi serca szeptać "proszę".
Ściągnął lejce i rozejrzał się wokół po rozległych, należących do jego rodziny łąkach. Jakiś ruch przyciągnął jego uwagę. Zmrużył oczy i dostrzegł samotnego jeźdźca pędzącego obrośniętą drzewami aleją do pałacu, stanowiącego centralny punkt Devonwood Park. Z nerwów poczuł ucisk w dołku.
Słońce wyłoniło się zza wiszących na zachodnim niebie chmur, niespodziewanie mocne o tak późnej porze dnia. Słodki zapach świeżo skoszonego siana unosił się z wiatrem. Skowronki snuły swą pieśń. Był to moment, który uszczęśliwiłby każdego chłopaka, jednak dziwne wrażenie, że już raz tę chwilę przeżył, pozbawiło Griffina wszelkiej radości.
Miał spocone dłonie, a wokół walącego jak szalone serca utworzył się właśnie gruby mur.
Nie musiał się zastanawiać, jakie wieści zmusiły jeźdźca do galopu z niemal zabójczą prędkością.
On to WIEDZIAŁ.
Przesłanie z dzisiejszego poranka było tak dokładne, że ośmielił się złamać zakaz ojca i powiedział hrabiemu o tym, co pokazał mu jego "dar". Griffin wahał się, czy rzeczywiście mógł nazywać w ten sposób swoją umiejętność. Matka twierdziła, że możliwość wejrzenia w przyszłość poprzez dotknięcie przedmiotu odziedziczył po kądzieli, tak jak kruczoczarne włosy i ciemnoszare oczy.
Hrabia natomiast nie wierzył w takie "bzdury". Za każdym razem, kiedy Griffin przyznawał się, że miał wizję, łajał go, chociaż zdarzenia rozwijały się zawsze tak, jak przepowiadał syn.
Griffin nie potrafił przewidzieć, co wywoła w jego głowie eksplozję obrazów. Mogło to być przypadkowe otarcie się o kawałek skóry lub rzeźbionego drewna. Porcelanowa filiżanka była skłonna zdradzić mu sekrety przyszłości. Kiedy tego poranka uścisnął ojcu dłoń na pożegnanie, sygnet hrabiego niemal krzyczał, ostrzegając go. Griffin błagał, by ten zmienił plany i został na wsi jeszcze jeden dzień.
- Opowiadasz bzdury! - warknął ojciec i schłostał go za te cygańskie brednie. Wymierzenie kary opóźniło wyjazd hrabiego o ledwie kwadrans, więc Griffin postanowił przeciąć uprząż powozu ojca nożem. To zatrzymało hrabiego na pełne pół godziny i zapewniło chłopakowi następne lanie, kiedy ojciec wróci za tydzień.
- Teraz tego nie zrobię. - Hrabia cedził słowa przez zaciśnięte zęby. - Jestem zbyt wściekły. Jak już bym zaczął, obawiam się, że nie umiałbym skończyć.
Griffin się nie przejmował. Z radością przyjmie chłostę, jeśli tylko dzięki temu jego ojciec bezpiecznie wróci do domu. Ważne było jedynie to, by zapobiec wydarzeniom, jakie ujrzał w przesłaniu.
- Proszę, niech to wystarczy - szeptał, kiedy przeznaczenie zbliżało się do niego z prędkością, z jaką cwałował kurier.
Spiął konia i pogalopował w dół na spotkanie jeźdźca. Kiedy minął zwodzony most oraz opuszczaną kratę i wjechał na dziedziniec, dostrzegł matkę, która wyszła, aby powitać posłańca. Na biodrze trzymała małą Louisę, a Teddy chował się za jej spódnicami. Maman nigdy nie wysługiwała się nianiami ani guwernantkami. Było to kolejne z małych dziwactw, które sprawiały, że Griffin zastanawiał się, dlaczego jego konserwatywny do szpiku kości ojciec wziął tę kobietę za żonę.
Kiedy zatrzymał konia i zeskoczył na ziemię, jeździec zaczął zdawać raport.
- To był straszny wypadek - opowiadał, nerwowo skręcając w dłoniach czapkę. - Powóz hrabiego zderzył się na zakręcie z dorożką pocztową. Strasznie mi przykro, milady, że muszę to pani powiedzieć. Woźnica i lokaj zaświadczą: lord Devonwood został uwięziony w powozie i piekielnie trudno było nam go stamtąd wydostać. Hrabia... zmarł, nim doktor zdołał powstrzymać krwawienie.
- Ale poczta powinna była jechać dużo wcześniej! - Słowa pozostawiły w ustach Griffina gorzki posmak.
- Powóz miał opóźnienie - wyjaśnił kurier. - Musieli wymienić koło pod Shiring-on-the-Green.
Z płuc Griffina uciekło całe powietrze. Gdyby się nie mieszał... gdyby pozwolił ojcu wyruszyć o zaplanowanej godzinie... Przed oczami pojawiły mu się mroczki, więc odetchnął głęboko. Pręgi, które zostawiła na jego plecach rózga ojca, zapiekły ze zdwojoną siłą.
Ze ust matki wydobył się szloch. Lekko się zachwiała i musiał ją objąć ramieniem, aby nie upadła. Ponieważ łkała, po chwili zaczął wyć Teddy i nawet mała Louisa dołączyła do zawodzącego chóru. Griffin zauważył, jak drobna wydawała się jego matka. Głową sięgała pod jego brodę.
- Jakie są pańskie polecenia paniczu Grif... To znaczy, lordzie Devonwood? - Mężczyzna schylił głowę z szacunkiem.
LORD DEVONWOOD. Teraz on był hrabią. Ciężar opieki nad majątkiem i wszystkimi jego mieszkańcami spoczął na jego czternastoletnich ramionach. Pomiędzy jednym uderzeniem serca a drugim zakończyło się dzieciństwo Griffina.
- Jedź do Shiring-on-the-Green i poczyń przygotowania do sprowadzenia ciała mojego ojca, bym mógł je pochować - powiedział, ciesząc się w głębi serca, że jego głos nie załamał się teraz, przechodząc w mutacyjny pisk. Za prawym okiem poczuł pierwsze ukłucie bólu, który czasem nadchodził po wizji. Po raz pierwszy jednak migrena atakowała z takim opóźnieniem. - Potem jedź do naszego prawnika w Londynie i każ mu przygotować na przyszły tydzień księgi majątku. Są sprawy, które wymagają naszej uwagi.
Zauważył, że już przyjął nawyk ojca mówienia o sobie w liczbie mnogiej.
Gdy pomagał matce wrócić do domu, przypomniał sobie zeszłotygodniową lekcję z panem Abercrombiem. Guwerner powiedział, że teolodzy i filozofowie często spierali się o to, czy przyszłość jest z góry ustalona.
- Czy los, gwiazdy albo dobry Bóg przygotowują tory, jakimi potoczy się nasze życie? - pytał pan Abercrombie. - Czy jednak decydujemy o tym sami?
Griffin obstawał wówczas za ideą wolnej woli, ale wiedział już, że do tej debaty nigdy nie przystąpi.
Po dzisiejszym dniu znał odpowiedź.
Przyszłość była z góry ustalona - czy to przez Boga, czy przez diabła, czy też przez los. Wielokrotnie próbował zapobiec urzeczywistnianiu się swoich wizji i nigdy mu się to nie udawało.
Ani razu.
Nie był w stanie zapobiec biegowi losu; to zupełnie tak samo, jakby próbował zatrzymać wiatr. Bezlitosny czas porywał go bez względu na to, z jaką siłą przeciwko niemu walczył.
Postanowił już nie próbować.
Lord Devonwood zatrzymał się obok krzewu hortensji, aby lepiej przyjrzeć się ponętnej młodej kobiecie siedzącej na kamiennej ławce. Nie codziennie przed śniadaniem mężczyzna ma okazję spotkać w swoim ogrodzie nimfę.
Jego pełne imię brzmiało: Griffin Titus Preston Nash, ale od śmierci ojca nikt nie zwracał się do niego inaczej niż właśnie tytułem lub jego skrótem - Devon. Sam też się do tego przyzwyczaił.
Młoda kobieta była niezwykle pociągająca. Krew zawrzała mu w żyłach, jakby nadal był młodym Griffinem, a nie zarządcą obarczonym odpowiedzialnością za rozległy majątek i życie osób w nim zamieszkujących.
Odkąd nadobne matrony socjety uznały go za świetną partię, zaczął odbierać zachowanie młodych kobiet jako infantylne. Ta dama skupiona była na swoim szkicowniku i nieświadoma jego obecności. Mógł przyglądać się jej zachwycającej urodzie bez obawy, że ktoś go dostrzeże, oszacuje jego zainteresowanie i zacznie rozważać, jak je wykorzystać w celach matrymonialnych.
Kawaler, który pragnął pozostać kawalerem, musiał być ostrożny.
Myśli o ślicznej damie bardzo skutecznie odwróciły jego uwagę od nieprzyjemnego dudnienia w skroniach. Devon był niemal wdzięczny za okropny ból głowy, który zmusił go do wyjścia na spacer i zaczerpnięcia świeżego porannego powietrza. Oczekiwał, że woń łagodnej lawendy, brzęczenie pszczół wokół kwiatów dziurawca i plusk wody w fontannie uśmierzą jego cierpienie. Zacienione altanki na tyłach miejskiej rezydencji Griffina przynosiły ulgę wrażliwym na światło oczom. To był osobisty eden lorda Devona. Często znajdował tu ukojenie, kiedy zdarzyło mu się nadużyć swego "daru".
Alternatywę stanowiły mącący mu umysł alkohol lub też opium, które już całkiem uwalniało od myślenia. Devon starał się unikać tych sposobów tak długo, jak tylko to było możliwe.
Na szczęście fortuna hrabiemu sprzyjała i noc gier w klubie White'a przyniosła mu spore zyski. Chociaż często tracił na giełdzie, to na życzliwość talii kart mógł liczyć zawsze. Dar dotyku pozwalał mu uzupełniać niedobory na rachunkach majątku grą w wista lub pokera.
Devon przeszedł kawałek i spoglądał na kobietę zza elegancko przystrzyżonego krzaka. Panna - zamiast podziwiać roślinność, której ogrodnik poświęcał tak wiele czasu - skupiła uwagę na rzeźbie nietrzeźwego Dionizosa. Z pochyloną głową i wysuniętym koniuszkiem języka pracowała zawzięcie nad szkicem.
Odkąd towarzystwo obiegła wieść, że królowa Wiktoria zaczęła interesować się szkicami i akwarelami, każda kobieta w Anglii zapragnęła być artystką.
Ten fakt jednak nie tłumaczył obecności tej damy w jego ogrodzie.
Devon przeszedł i stanął za jej plecami, minąwszy krzew róży. Teraz widział intruza zupełnie dobrze. Kolec krzaku drasnął jego dłoń. Devon strząsnął go i z namysłem przyłożył usta do rany, jednocześnie obserwując miękką linię pleców kobiety. Szerokie spódnice podkreślały jej wąską talię.
Jeden kasztanowy lok wysunął się spod czepka i opadł na kark. Jej delikatna skóra była zaróżowiona przez promienie porannego słońca. Nagle naszła go chęć złożenia w tym miejscu pocałunku. Zdumiony tym pragnieniem od razu je od siebie odpędził.
Nie żeby Devon wiódł cnotliwe życie. Był jednak ostrożny, stronił od kobiet, które po kilku upojnych godzinach żądałyby wizyty u proboszcza. W swojej zapinanej pod szyję sukni i świeżo wykrochmalonych rękawach ta panna pasowała do tego typu niewiast. Nieistotne, że ciasny gorset prezentował obfity biust.
Jednak który mężczyzna nie pozwoliłby sobie na to i owo, gdyby miał okazję?
Podszedł bliżej, by zerknąć jej przez ramię na pracę. Uchwyciła Dionizosa w najdrobniejszym szczególe - przedstawiając nawet strumień wody lecący łukiem z jego wiotkiego członka do kamiennej misy na dole. Sądząc po pewnej kresce, jaką naszkicowała rysunek, zainteresowanie tej kobiety malarstwem nie było fanaberią.
Również znajomość męskiej anatomii wydawała się bardziej niż zadowalająca.
- Zasłania mi pan światło - rzekła, nie unosząc głowy.
Devon odsunął się, aby jego cień nie padał na kartkę. W zamian mógł patrzeć na jej subtelny profil. Spodobał mu się lekko zadarty nos nieznajomej. Oznaczało to, że chociaż zjawiskowo piękna, nie była idealna.
A przecież ideały są nudne. I często bardzo wymagające.
- Moje najście nie zaszkodziło szkicowi - odparł. - Ma pani znakomitą rękę, jeśli wolno mi zauważyć.
- Wolno panu. - Na ustach malarki zagościł pełen satysfakcji, koci uśmiech. Spodobał jej się komplement. - Nic złego się nie stało. Już niemal skończyłam.
NIC ZŁEGO SIĘ NIE STAŁO? Czyżby oczekiwała przeprosin, chociaż to ona wtargnęła na JEGO teren? Jej akcent i bezczelność zdradziły jankeskie pochodzenie.
- Jest pani Amerykanką?
Spojrzała na niego i na chwilę uniosła ku niebu spojrzenie brązowych oczu, zachwycona jego umiejętnością czynienia oczywistych obserwacji.
- Z krwi i kości.
Konwencja nakazywała, aby Angielka została przedstawiona przed rozpoczęciem rozmowy z nieznajomym, Jankesi natomiast mieli niezwykle luźne podejście do takich spraw. Devon usiadł na ławce obok niej. Był przecież we własnym ogrodzie i wciąż bolała go głowa. Nie powinien zachowywać się tak formalnie, szczególnie jeśli dama nie nalegała na zachowanie konwenansów.
- Zdradza panią nie tylko akcent.
- Doprawdy? - Ponownie skupiła uwagę na szkicu i dodała cienie na muskulaturze greckiego boga. - Cóż jeszcze dało panu podstawy, by przypuszczać, że jestem Amerykanką?
Angielki z jego otoczenia miały bardziej kanciaste rysy, nadające im wygląd trzpiotek. Policzki tej damy były okrągłe, a na czubku jej nosa dostrzegał ten niewielki rowek, który często można było spotkać u osób zza Atlantyku. Z szeroko rozstawionymi oczami i pełnymi ustami przypominała uroczego elfa. Uznał jednak, że nie byłoby właściwe teraz o tym mówić.
Kobiety bywały nieprzewidywalne, gdy chodziło o wydaną przez mężczyznę opinię na temat ich urody. Doprawdy, czemu jego siostra pytała, czy jakiś wzór na tkaninie sprawia, że jej sylwetka wygląda grubo, skoro nie życzy sobie szczerej odpowiedzi?
Devon zdecydował się zatem na bezpieczniejszą wersję.
- Wybór tematu szkicu zdradza pani narodowość. Angielka zdecydowałaby się na krzak róży, a nie na nagą statuę - odparł, przyglądając się jej dziełu. Jeżeli miałby wydać opinię na temat tej pracy, rzekłby, że znajomość męskiej anatomii autorki była niepokojąco dokładna. Może przez zbyt oficjalny strój źle ocenił nieznajomą. Ta amerykańska dama może nie mieć nic przeciwko temu, by pozwolił sobie z nią na to i owo.
Zwróciła na niego wzrok. Rozszerzone źrenice sprawiły, że jej oczy nabrały koloru mocnej kawy. Efekt był hipnotyzujący. Mężczyzna mógłby zatonąć w tej styksowej głębi.
- Przedkładanie kwiatów nad tę niezwykłą rzeźbę mówi wiele o mdłej naturze angielskich kobiet - rzekła z pełnym przekonaniem.
Devon z trudem zdusił śmiech. Zgadzał się z jej oceną, ale ktoś musiał przecież bronić honoru angielskich pań.
- Niemniej róże są niezwykle popularne na naszej małej wyspie.
- Nie wątpię. Lecz choć są piękne, nie wywołują żadnych emocji. Brakuje im dramatyzmu nieodzownego w prawdziwej sztuce.
- Czyżby? Załóżmy zatem, że kwiaty podarowano damie, która odmówiła ich przyjęcia i rzuciła na ogrodową alejkę - zasugerował. Nie żeby przykładał wagę do czegoś tak ulotnego jak uczucie. - Czy to nie oznaczałoby, że wzbudziły w kimś emocje?
- Ma pan rację. Niemniej zwykła flora nie może się równać z możliwościami, jakie kryją się w tej rzeźbie. - Wskazała szczupłą dłonią na Dionizosa. Na najdłuższym palcu dostrzegł atrament i niewielki odcisk. Najwyraźniej była równie dobrze zaznajomiona zarówno z piórem, jak i z ołówkiem. - Dionizos to kwintesencja kontrastów. Subtelny i zepsuty do szpiku kości, fizycznie silny, ale o słabym kręgosłupie moralnym.
Nie wspominając o tym, że był całkiem nagi.
- Jego nagość pani nie krępuje?
- Przez myśl by mi nie przeszło, aby doprawić mu listek figowy - odparła bez śladu rumieńca na policzkach. - Na próżno się doszukiwać lubieżności w pięknie ludzkiej formy.
Devon się uśmiechnął. Kobieta, której nie peszył widok nagiego mężczyzny. Mógłby się założyć, że nóg przy pianinie też nie nazywała "kończynami". Orzeźwiająca odmiana.
- Dionizos nie miał być człowiekiem.
- Nie, ale mieszkańcy Olimpu to przecież tylko ludzie z nad wyraz wyolbrzymionymi pewnymi cechami - odparła, ukrywając pod kapelusikiem niesforny kasztanowy lok, który ciągle opadał jej na czoło. Pośród ciemnych pukli dojrzał miedziane refleksy. - O ile się nie mylę, sądząc po wierności, z jaką dopracowano detale, jest to replika starożytnej rzeźby z pierwszego wieku. Poprawianie czegokolwiek byłoby świętokradztwem. Skoro starożytni nie mieli obiekcji przed portretowaniem w ten sposób swoich bóstw, kim jesteśmy my, by to podważać?
Replika? Devon zapłacił fortunę za to cholerstwo. Ból w jego głowie stał się nieznośny.
- Skąd pewność, że to nie oryginał?
Rzuciła mu spojrzenie.
- Marmur został sztucznie postarzony, ale jestem pewna, że ma nie więcej niż dwieście, trzysta lat. Jednak proszę nie rozpaczać. To doskonała kopia. Subtelna. Bez wątpienia oszuka większość oglądających.
Jego oszukała.
- Jest pani ekspertem w temacie sztuki antycznej?
- Skądże znowu. Ale znam takowego - rzuciła obojętnie i się wyprostowała. - Moim ojcem jest doktor Montague Farnsworth, jeden z czołowych egiptologów, chociaż jego wiedza dotycząca kultur greckiej i rzymskiej również jest bardzo rozległa. Jeśli wiem cokolwiek na ich temat, to właśnie dlatego, że miałam zaszczyt towarzyszyć mu w pracy.
Devon nigdy nie słyszał o kimś takim jak profesor Farnsworth, ale też nie interesował się antykami. Kupił tę rzeźbę, by spełnić kaprys matki. Pragnęła urządzić ogród w stylu klasycznym. Hrabina miała nadzieję na coś w stylu marmurowych driad lady Happlewhite.
"W jej ogrodzie ożyła prawdziwa grecka waza" - twierdziła.
W głębi serca Devon podejrzewał, że matka nigdy nie widziała na oczy prawdziwej greckiej wazy. Często zdobiły je bowiem postaci oddające się niezwykle przyziemnym czynnościom i lady Devonwood zapewne nie patrzyłaby na nie zbyt przychylnym okiem, gdyby ożyły w JEJ ogrodzie.
Masował prawą skroń gestem, który w jego zamiarze miał sugerować zamyślenie. Zawsze starał się ukrywać ból.
- Proszę pomóc mi zrozumieć. Jest pani goszczącym w mieście antykwariuszem, który przyszedł do tego ogrodu, aby naszkicować znajdujące się w nim dzieła sztuki?
- Myli się pan. Szkicuję dla zabicia czasu. Przyszłam spotkać się z lordem Devonwoodem - odparła. - Ale wygląda na to, że jego lordowska mość hulał po Londynie do rana i nie odnalazł jeszcze drogi powrotnej do swego łoża.
Po całej nocy spędzonej na hazardzie kieszenie Devona były pełne banknotów i listów dłużniczych. Dopóki grał tylko z tymi, którzy mogli sobie pozwolić na ich wykupienie, nie miał wyrzutów sumienia za posługiwanie się swym darem - który zresztą rzadko bywał tak łaskawy. Devon uznał, że ból, którego właśnie doświadczał, to wystarczająca zapłata za możliwość korzystania z tego "prezentu" od losu.
- Hulał po Londynie? Przez całą noc? - Uniósł jedną z brwi, starając się nie wykrzywić twarzy w grymasie, kiedy ten drobny ruch zadawał mu kolejne cierpienia. - Z pani słów wynika, że lord Devonwood to prawdziwy hulaka.
- Właśnie tak to widzę - rzekła z przebiegłym uśmieszkiem.
- Hrabia ma widać powód, by przez całą noc być poza domem - odparł, czując, że powinien się bronić, chociaż za żadne skarby nie wiedział dlaczego. Ta dziewczyna, choć niezwykle atrakcyjna, była dla niego obcą osobą. - Może pani pożałować swego pierwszego wrażenia.
- Żałowanie to strata czasu - odpowiedziała z pełnym przekonaniem. - Zwykle właściwe są pierwsze wrażenia. Jeśli lord Devonwood zachowuje się jak hulaka, to jest bardziej niż pewne, że właśnie nim jest.
Nie widzieć czemu, zapragnął pocałować dołeczek na jej policzku. Już sama myśl o tym sprawiła, że ból w jego skroniach zelżał, krew bowiem spłynęła do innej części ciała.
- Dlaczego przyszła pani do lorda Devonwooda?
- Nie przywykłam omawiać prywatnych spraw z obcymi, ale skoro musi pan wiedzieć... - Wybrała tę chwilę, by przewrócić stronę szkicownika i wtedy strąciła ołówek.
Devon niestety po czasie zrozumiał, że nie powinien był próbować go podnieść, ale matka wychowała go na dżentelmena. Hrabina mogła nie dopilnować wychowania synów w pewnych obszarach życia, za to w innych braki nadrobiła z nawiązką. Kiedy tylko jego palce dotknęły drewna, świat wokół Devona rozmył się w kolorowych plamach i napłynęły wizje bardziej realne niż bicie jego serca.
Oddech kobiety owionął jego usta, grzejąc jak łyk doskonałej brandy. Uniosła brodę i spojrzała na niego szeroko otwartymi oczyma.
Nie czekał na kolejne zaproszenie. Odcisnął na jej wargach namiętny pocałunek. Kobiecy zapach połechtał jego nozdrza. Był słodki i dojrzały niczym brzoskwinia w słońcu.
Całując ją, patrzył na jej przymknięte powieki. Ciemne rzęsy niecierpliwie drgały.
Jej cichy jęk spowodował, że poczuł ucisk w kroczu. Przycisnął ją do siebie, żałując, że sztywny gorset nie pozwalał mu poczuć miękkości jej ciała.
Myśl o tych ponętnych wzgórkach jeszcze bardziej go podnieciła.
Poczuł narastające pożądanie. Każda cząstka jego ciała pulsowała. Pogłębił pocałunek, pragnąc dokładnie poznać każdy zakamarek jej wilgotnych ust. Nie był delikatny. Odpowiedziała na jego natarcie z równym żarem, podgryzając i lekko ssąc jego wargi. Wygięła się, przylegając do niego i naciskając na jego członek.
Jego dłonie odnalazły guziki jedwabnej sukni...
Ołówek wypadł spomiędzy palców Devona, przerywając połączenie z wizją, która wyparowała niczym poranna mgła, kiedy ból głowy ponownie przybrał na sile. Twarz panny Farnsworth nabrała ostrości.
- Wygląda na to, że żadne z nas nie potrafi obchodzić się z ołówkiem. - Schyliła się, by podnieść go z przyciętej trawy.
Devon zrobił to samo, mając nadzieję, że wizja potrwa jeszcze kilka sekund, ale zamiast za ołówek, chwycił za dłoń Amerykanki. Jej skóra była ciepła i gładka. Ból głowy momentalnie ustąpił. Nie został stłumiony ani przesłonięty innym doznaniem. Po prostu zniknął. Trzymał palce damy ułamek sekundy dłużej, niż było to konieczne, ciesząc się z niespodziewanie darowanego poczucia normalności.
- Jeśli wolno... - powiedziała, zabierając dłoń. Ból głowy ponownie zaatakował.
Po raz pierwszy od dawna z żalem żegnał wizję. Chętnie zobaczyłby, jak ta słodka schadzka znajduje swój szczęśliwy koniec.
Jedno było pewne. W ciągu najbliższych dwunastu godzin, co zawsze stanowiło granicę czasową jego wizji, on i panna Farnsworth staną się sobie bliżsi.
O wiele bliżsi.
Jakaż ona była słodka! Miękka, uległa i pełna żaru. Wizja sprawiła, że spodnie wydały mu się za ciasne.
- Dlaczego pan tak na mnie patrzy? - spytała, przechylając głowę. Na jej twarzy pojawił się wyraz dezorientacji.
Oszczędzono mu odpowiedzi. Zza jego pleców dobiegł ich czyjś głos.
- Devonie, tutaj jesteś!
Kiedy się odwrócił, spostrzegł, że zbliża się do nich jego młodszy brat Theodore. Jak zawsze nienagannie ubrany Teddy był gotów powitać dzień. Elegancki kapelusz młodzieńca tkwił na głowie zadziornie przekrzywiony na bok, a skrzypiące na ogrodowej alejce buty niemal raziły połyskiem. Za nim podążał starszy dżentelmen w tweedowej marynarce. Devon wstał i wyciągnął dłoń na powitanie.
- Spodziewaliśmy się twojego powrotu dopiero w przyszłym tygodniu, Ted. Gdybyś przysłał telegram, odebralibyśmy cię z portu.
- Zmiana planów, bracie. I wyznam, że byłem zbyt zajęty, by wysłać wiadomość.
Przystojna twarz Theodore'a nieco zeszczuplała od czasu, gdy Devon widział go ostatni raz. Jednocześnie był tak mocno opalony, że biel jego zębów ukazywanych w uśmiechu mogła oślepić. Półroczna podróż po największych miastach basenu Morza Śródziemnego najwyraźniej bardzo mu posłużyła. Młodszy z Nashów chwycił brata za rękę, ale jego wzrok spoczywał na kobiecie, która wstała i z gracją podeszła do nowo przybyłych.
- Stary druhu - zaczął Theodore - chyba nie próbujesz podkraść mi tej pięknej damy, prawda?
- Co takiego? Nie. - JEGO damy? Devon poczuł, jak narasta w nim złość. - Co masz na myśli?
Teddy wyminął go, położył dłoń na talii panny Farnsworth i przyciągnął ją do siebie.
- Emmaline, pozwól, że przedstawię ci mojego zrzędliwego brata, wielkiego i potężnego lorda Devonwooda. Mów mu Devon, jeśli taka twoja wola. Jak my wszyscy. - Teddy uśmiechnął się do niego z triumfem. - Przez całe życie zawsze byłeś pierwszy, bracie. Pierwszy dosiadłeś kucyka, pierwszy wyjechałeś do szkoły, byłeś pierwszy we wszystkim. Ale ja wiedziałem, że w końcu cię w czymś wyprzedzę. Devonie, pozwól, oto panna Emmaline Farnsworth. - Posłał jej spojrzenie pełne adoracji, niemal nabożnego zachwytu. - Moja narzeczona.