Dotyk dawnych dni - Agata Kaczmarek

Reflow text when sidebars are open.
PLAYLISTA
Madison Beer - Reckless
Nirvana - Smells Like Teen Spirit
Bring Me The Horizon - Can You Feel My Heart
Rag'n'Bone Man - Human
Lykke Li - Sex Money Feelings Die
Panic! At The Disco - House of Memories
Anna Clendening - Boys Like You
Dermot Kennedy - Power Over Me
Adele - Rolling in the Deep
Jaymes Young - Feel Something
Paloma Faith - Only Love Can Hurt Like This
Cigarettes After Sex - Apocalypse
Lana Del Rey - Summertime Sadness
Lana Del Rey - Video Games
Lil Peep - Star Shopping
Jxdn - Pray
Nessa Barrett - die first
Chase Atlantic feat. Goon Des Garcons - Consume
Lana Del Rey - Born To Die
John Newman - Love Me Again
Kukon & Julia Mikuła - kokaina nie pomaga ci w depresji
Taylor Swift - Don't Blame Me
Taylor Swift feat. Bon Iver - Exile
Halsey - Sorry
Seafret - Atlantis
Shawn Mendes - Mercy
Shawn Mendes - Stitches
SYML - Where's My Love
Ella Eyre - We Don't Have To Take Our Clothes Off
Birdy - People Help The People
Tom Rosenthal - Lights Are On
Hannah Miller - Promise Land
Lord Huron - The Night We Met
Ludovico Einaudi - Experience
Andrea lubiła jesień i zimę, ale nie tylko ze względu na chłodne wieczory oraz ponurą atmosferę. Chodziło bardziej o to, że wtedy nikt nie widział jej blizn, ponieważ ukrywała je w przydużych swetrach oraz ciasnych jeansach. Była północ, a ona siedziała w swoim ulubionym miejscu, wypalając papierosy, które kupiła w małym markecie nieopodal szkoły. Nie była pełnoletnia, więc musiała znaleźć sklep, w którym mogłaby kupować tę używkę bez żadnego problemu. Z pomocą przyszła jej najlepsza przyjaciółka Jenessa, która znała się z kasjerem już od małego. Oboje mieli spieprzone dzieciństwo, więc ich przyjaźń trwała w najlepsze.
Fezco polubił Andy już od pierwszej rozmowy, mimo że często z pogardą traktował osoby, które pochodziły z bogatych rodzin. Co więcej, od zawsze miał problemy z policją, a Samuel Henderson należał do bezlitosnych gliniarzy. Jej ojciec był w dodatku na bieżąco ze wszystkimi zamieszkami w Portland, dlatego znajomość z Andy wydawała się ryzykowna dla Fezco oraz prowadzonego przez niego biznesu. Chłopak jednak niemal od razu wyczuł, że dziewczyna znacznie różniła się od wszystkich bogatych dzieciaków, którzy zazwyczaj wywyższali się przez pieniądze oraz status swoich rodziców. Był obserwatorem, dlatego szybko zauważył, że to nie bogactwo ją zniszczyło, a życie, które zdecydowanie jej nie oszczędzało. Lubił, gdy przychodziła do sklepu po papierosy i pogrążała się z nim w rozmowie. Na co dzień nie należała do osób wygadanych, ale z Fezco było inaczej. Chłopak miał to do siebie, że ludzie potrafili mu zaufać, ponieważ słuchał jak nikt inny. Nie byli przyjaciółmi, daleko było im do takiej relacji, ale traktowali swoją znajomość jako odskocznię od rzeczywistości. Czasem skręcali jointy z marihuany, rozmawiając o wszystkim i o niczym.
Siedziała pośrodku lasu na dużym kamieniu, delektując się ciszą, której w ostatnich dniach definitywnie jej brakowało. Myślała o swoim starszym bracie. Harry miesiąc temu miał wypadek, przez który jego życie było zagrożone na tyle, że konieczna była operacja, po której wylądował w śpiączce farmakologicznej. Po głowie brunetki bezustannie krążyło pytanie: Czy naprawdę życie musiało jej się tak sypać? Andy nie brakowało problemów, a śpiączka brata niczego nie ułatwiała. W końcu uważała chłopaka za swoją kotwicę. Trzymał ją w ryzach każdego cholernego dnia, nie pozwalając na to, aby się poddała. Życie bez niego u boku wydawało się trudne, ale mimo to trwała z nadzieją, że wkrótce się wybudzi i będzie z niej dumny.
Gdy z jej ust wyleciał dym papierosowy, zaczęła się zastanawiać, dlaczego przychodziła w to miejsce każdej bezsennej nocy. Szczerze mówiąc, chciała uciec, a las wydawał się jej do tego idealny. Tłamsił ją ból, który odczuwała. Nieustanne poczucie odrzucenia było trudne do zniesienia. Nienawidziła liceum. Za każdym razem, gdy szła pomiędzy rówieśnikami, odnosiła wrażenie, że wszyscy się na nią patrzyli, jakby tylko czekali, aż zrobi coś nie tak, aby rzucić się na nią jak dzikie zwierzęta na swoją ofiarę. Czuła na sobie lekceważące spojrzenia, pełne obrzydzenia i odrazy. Na początku to bolało. Każde niemiłe słowo czy gest było były jak odłamki szkła, które wbijały się prosto w jej serce. Minęło pół roku, więc już się przyzwyczaiła, jeżeli ignorowanie można było uznać za przyzwyczajenie. Po szkole wybierała się na spacery, podczas których mogła wszystko przemyśleć na spokojnie, paląc papierosa i słuchając ulubionej składanki muzycznej jej ojca. Spacer pomagał zmagać się z problemami dnia codziennego. W szczególności w momentach, w których siedząc w samotności, miała ochotę zakończyć to, co nazywało się życiem. Nie chciała żyć, nie chciała czuć i nie chciała już nic wiedzieć.
Nagle z rozmyślań wyrwał ją nieznany dźwięk. Odruchowo podniosła się i rozejrzała dookoła, ale nie zauważyła nic, co mogłoby wzbudzić jej podejrzenia.
- H-halo? - Zaczęła iść przed siebie. Cały czas rozglądała się, ale ani nikogo, ani niczego nie widziała. - Halo?! Wiem, że gdzieś tam jesteś!
Krzak obok niej nagle zaczął się ruszać, więc jednocześnie zainteresowana i przestraszona zaczęła się mu przyglądać. Poczuła ulgę, gdy wyskoczył z niego mały psiak, który niemalże wystraszył ją na śmierć.
- Uff... - Kucnęła przy nim i zaczęła go głaskać. O dziwo nie uciekał. - Nie strasz mnie tak, dobra?
- A ja mogę? - Wzdrygnęła się, słysząc zachrypnięty głos. Od razu odwróciła głowę, chcąc dowiedzieć się, kto za nią stał. Dreszcze przebiegły przez jej ciało, kiedy dostrzegła chłopaka. Nie rozpoznała go, ponieważ miał na głowie kaptur, który zasłaniał jego twarz, przez co widać było wyłącznie wystające spod niego brązowe włosy.
- N-nie - odpowiedziała cicho, po czym wstała, by być na równi z nim. W sumie to i tak nie była, bo chłopak był wyższy od niej na oko o trzydzieści centymetrów.
- A to czemu? - zapytał rozbawiony, ściągając kaptur. Andy od razu go rozpoznała. Bruneta, który przed nią stał, znało całe Portland. Choć w jego przypadku zdecydowanie nie był to komplement.
Luke Brynner był jak trefny los na loterii. Krążyła wokół niego otoczka buntownika, któremu często zdarzało się wychylać i w efekcie obrywać. Bynajmniej właśnie tak wszyscy tłumaczyli sobie poobijaną twarz, a on nigdy i w żadnym wypadku, nie wyprowadzał nikogo z błędu. Nie chciał być traktowany jak jakiegoś rodzaju margines społeczny, dlatego preferował działanie według własnych zasad i na ich podstawie tworzył swój wizerunek. Wolał, aby postrzegano go jako potencjalnego przestępcę, niż znano prawdę o tym, że w rzeczywistości był ofiarą.
- Co robisz w tym miejscu o tej godzinie? - Z jego ust wypadło kolejne pytanie. Andrea chwilę wpatrywała się w zielone oczy, które w świetle księżyca błyszczały jak ostatnia nadzieja.
- Przychodzę tu, kiedy mam koszmary - mruknęła cicho, gdy taksował ją wzrokiem, oczekując odpowiedzi.
- Często je masz? - dopytał z nutką ciekawości, co wybiło ciemnowłosą z rytmu, ponieważ nikt nigdy nie okazywał jej zainteresowania, nie licząc jej brata oraz ojca.
- Każdej nocy - odpowiedziała niepewnie, marszcząc brwi. Niezbyt lubiła rozmawiać z innymi ludźmi, a co więcej - spoufalać się z nimi, dlatego nie rozumiała, dlaczego wciąż prowadziła z nim konwersację. Czy to dlatego, że okazał jej zainteresowanie?, zadawała sobie to pytanie w myślach, obserwując z uwagą bruneta, na którego ustach malował się piękny uśmiech, przyprawiający ją o motyle w brzuchu.
- Koszmary są nieodłączną częścią bycia demonem, Henderson.
Luke od razu zauważył, że była zdezorientowana. Doskonale zdawał sobie sprawę, że zastanawiała się, skąd znał jej nazwisko. Dziewczyna jednak stwierdziła, że przecież nie było to wielką tajemnicą. W końcu jej ojciec był policjantem, a w liceum, do którego uczęszczali, było o niej głośno przez próbę samobójczą, której dopuściła się w szkolnej łazience.
- A ty masz... - zaczęła niepewnie. Brunet kiwnął głową, aby kontynuowała - ...w sensie koszmary?
- Och, oczywiście. - Kiedy się uśmiechał, odnosiła wrażenie, że wraz z nim uśmiechał się cały świat. Sam księżyc świecił jaśniej, a całe niebo zostało usłane gwiazdami, które pięknie migotały, oświetlając ich zmęczone twarze.
Brunet ruszył w stronę kamienia, na którym wcześniej siedziała. Natomiast Andy stała w miejscu, nie wiedząc, co powinna zrobić. Chłopak zdecydowanie pomógł ciemnowłosej w podjęciu decyzji, ponieważ obrócił się, tak jakby chciał upewnić się, czy za nim podąża. Gdy dostrzegł, że stoi w miejscu z niepewną miną, wrócił się do niej i spojrzał prosto w brązowe oczy, zagryzając dolną wargę.
- Założę się, że nie przyszłaś tutaj, żeby teraz odejść ze względu na mnie, więc chodź. Porozmawiajmy - odezwał się, chcąc w ten sposób ośmielić dziewczynę. Andy po chwili namysłu postanowiła pójść na żywioł i zgodzić się na propozycję poznanego zaledwie pięć minut wcześniej chłopaka. Ruszyła w stronę kamienia, a pupil bruneta ruszył za nią, co wyjątkowo go rozbawiło. - Lubi cię - stwierdził, zajmując miejsce obok ciemnowłosej.
Nastolatkowie tkwili w ciszy, która mogła wydawać się niezręczna, ale dla nich była w niewytłumaczalny sposób przyjemna. Oboje obserwowali drzewa poruszające się przez podmuch wiatru i księżyc, który tej nocy świecił wyłącznie dla nich.
- Nie sądzisz, że to wszystko w jakimś stopniu jest przyjemne?
- Co takiego? - zapytała, przekręcając głowę w jego stronę.
- Gwieździste niebo, usypiający szum drzew oraz nasza obecność w tym miejscu.
Kiwnęła głową, zgadzając się. Słowa bruneta należały do najpiękniejszych, jakie usłyszała w całym swoim nędznym życiu, i mimo że nie znosiła się uśmiechać, na jej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech. Luke przesunął językiem po swoich śnieżnobiałych zębach, gdy zauważył charakterystyczną przerwę między jej górnymi jedynkami, która dodawała ciemnowłosej niesamowitego uroku.
- Zadam ci jedno pytanie, a jeśli odpowiesz, również będziesz mogła zapytać mnie o cokolwiek tylko zechcesz. Zgoda?
- Zgoda - odpowiedziała, bawiąc się pierścionkiem, który znajdował się na jej serdecznym palcu.
- Dlaczego, po tym wszystkim nadal robisz sobie krzywdę?
- O co ci chodzi? - zapytała, spuszczając brązowe tęczówki.
- Nie udawaj głupiej. - Luke ze złotego chłopca ze zwalającym z nóg uśmiechem, którym był jeszcze przed chwilą, zmienił się w uosobienie powagi z dodatkiem grymasu. - Obserwuję cię od dłuższego czasu i uwierz mi, że widzę więcej, niż mogłoby ci się wydawać. Mówię o ranach na ciele, które próbujesz ukryć, zaciskając rękawy swetra i...
- Wierz mi, naprawdę nie ma o czym mówić - odpowiedziała, starając się nakłonić bruneta do odpuszczenia niewygodnego dla niej tematu.
- Henderson, nie możesz trzymać emocji dla siebie - skarcił ją. - Wykończysz się, gdy będziesz tłumiła w sobie całe to gówno.
- To mój sposób na radzenie sobie z rzeczywistością - odpowiedziała szczerze. Dotarło do niej, że nie było sensu kłamać, bo jeśli nie powiedziałaby prawdy, on doskonale by o tym wiedział. - Jeśli ci powiem, będę mogła zadać jakiekolwiek pytanie, tak? - Chłopak kiwnął głową. - Nie oszukujmy się, życie nie jest piękne. Nikt nie wie, jak bardzo chciałabym wziąć teraz do ręki nóż, by podciąć sobie żyły, jak bardzo chciałabym móc nie wziąć kolejnego oddechu, jak bardzo chciałabym zasnąć i już nigdy się nie obudzić... I jak bardzo męczę się sama ze sobą, bo nawet nie potrafię się zabić. Może to głupie, ale uczucie spływającej krwi po nadgarstku przynosi mi ukojenie. Nigdy z tym nie skończę. Niejednokrotnie próbowałam, ale to zawsze wraca z podwójną siłą.
- To nie jest głupie. Żyjemy w świecie, w którym więcej osób myśli o zakończeniu swojego życia niż o swojej przyszłości.
- Myślałeś kiedyś o samobójstwie? - zapytała. Wahanie w jej głosie było słyszalne.
- Pamiętaj, że masz tylko jedno pytanie. Zastanów się, czy odpowiedź na to jest warta zmarnowania tej szansy.
- Idź do diabła, Brynner - powiedziała, kręcąc głową.
- Byłem, ale spierdolił, gdy mnie zobaczył.
Widok roześmianej ciemnowłosej odebrał mu dech w piersiach. Skarcił się w myślach, ponieważ przez chwilę przeszło mu przez głowę, że mógłby patrzeć na nią przez resztę swojego życia, a przecież nie chciał już żyć.
- Zdążyłam wywnioskować, że myślałeś, więc zapytam o coś innego. Co cię od tego powstrzymało?
Ona nie wiedziała, że odpowiedzią na to pytanie było jej imię i nazwisko. Nigdy nie zapomniał dnia, w którym targnęła się na swoje życie w szkolnej łazience. On tam był. Widział ją. Gdy wrócił do domu, chciał to zrobić, ale pomyślał o niej. Luke Brynner żył, ponieważ Andrea Henderson również żyła. Jednak nigdy nie miała się o tym dowiedzieć.
- Niektórzy ludzie powiedzą, że kupno psa dla osób takich jak nasza dwójka to głupota, ponieważ zwierzę zostanie zaniedbane przez właściciela. W moim przypadku pies uratował mi życie, mam dla kogo żyć i walczyć - odpowiedział zgodnie z prawdą.
Psiak, który wabił się Satori, co w karate oznacza oświecenie i zrozumienie, był nieodłączną częścią życia Luke'a. Trwał przy nim, gdy chłopak dusił się łzami, trzymając w dłoniach ostrze, którym pragnął zakończyć swoje cierpienie, i kiedy zostawiła go matka oraz gdy ojciec krzywdził go fizycznie.
- Zwierzęta są bardziej dobroduszne niż ludzie.
- To fakt.
W ten sposób minęła im cała noc. Patrzyli na gwieździste niebo, siedząc ze sobą ramię w ramię i wypalając papierosa za papierosem.
Luke przymknął oczy, zagryzając wargę. Gra w szachy z dziadkiem, budziła w nim paletę rozmaitych doznań, odkąd pamiętał. Walka zawsze była zacięta, gdyż finalnie zwycięzca mógł być tylko jeden, nie licząc remisu, który w ich przypadku nieczęsto miał miejsce. Brunet postanowił wdrożyć w dzisiejszą rozgrywkę swój ulubiony ruch, potocznie nazywany widełkami. Było to posunięcie, w którym jedna bierka atakowała jednocześnie dwa pionki przeciwnika z nadzieją na osiągnięcie przewagi, ponieważ rywal mógł zapobiec tylko jednej z dwóch strat. Vincent Brynner zaśmiał się cicho pod nosem, ponieważ nauczył wnuka tego posunięcia w jego siódme urodziny, gdy wręczył mu w prezencie ekskluzywne mosiężne szachy.
Uwaga mężczyzn nagle została rozproszona przez kobietę w podeszłym wieku, która cicho weszła do pomieszczenia z porcelanowym imbrykiem. Starszy Brynner kilka minut temu poprosił ją, aby przygotowała zieloną herbatę z sokiem cytrynowym, limonką i imbirem. Elizabeth rozstawiła filiżanki, które wyjątkowo rzucały się w oczy, ponieważ przedstawiały malowidła malarza jednego z najsłynniejszych na świecie, a następnie wypełniła je herbatą.
Pokój gościnny, w którym przesiadywali, znacznie różnił się od pozostałych pomieszczeń w posiadłości. Żywe kolory stanowiły powiew świeżości i dawały pozytywną energię. Rośliny zdecydowanie były nieodłącznym elementem wystroju. Poduszki, pledy, koce, dywany przepięknie uzupełniały pokój, sprawiając, że wyglądał na bardziej domowy i swojski. Najbardziej klasycznym elementem była komoda, na której stały wazony wypełnione świeżymi kwiatami oraz figurki porcelanowe. W rogu pokoju stał fotel, a obok niego barek dopełniający całą kompozycję. Zamknięty w stylowej walizce adapter przywoływał wspomnienia klasycznych gramofonów z lat siedemdziesiątych.. W pomieszczeniu znajdowały się również kolekcja płyt winylowych, obrazy znanych malarzy oraz biblioteczka z klasykami, w której zgromadzono głównie utwory Shakespeare'a. Na ścianie wisiał gustowny zegar z drewna naturalnego oraz lustro wyposażone w bogatą w szczegóły ramę.
Vincent podniósł się ociężale z fotela i ruszył do stojaka z płytami winylowymi. W dłoniach starszego mężczyzny niezmiennie wylądowała płyta The Best of Chopin, gdyż Fryderyk Chopin był jego ulubionym kompozytorem romantycznym. Niektórzy definiowali pianistę jako Polaka, inni zaś twierdzili, że zasadniczo był Francuzem, a jeszcze inni ze względu na jego twórczość uważali go za obywatela świata.
- Jesteś aniołem, Betty - odparł Luke z wdzięcznością w głosie, chwytając za porcelanową filiżankę z motywem Gwiaździstej nocy Vincenta van Gogha. - Dziękujemy.
Elizabeth przeniosła swój wzrok na bruneta, a na jej usta pomalowane czerwoną szminką wpłynął serdeczny uśmiech. Pani Tremblay pracowała dla ojca Luke'a, jeszcze zanim chłopak przyszedł na świat. Kobieta mimo wieku zawsze o siebie dbała. Nieustannie podkreślała, że szminka to symbol kobiecości, elegancji i pewności siebie. Każdego ranka modelowała swoje siwe włosy, aby nadać im objętości. Ubierała się gustownie, dzięki czemu zawsze wyglądała kobieco i szykownie. Znała najmroczniejsze sekrety każdego członka rodziny Brynnerów, ale potrafiła trzymać język za zębami. Była im wszystkim wyjątkowo bliska, a szczególnie Luke'owi . Po odejściu jego matki każdego wieczoru przychodziła do sypialni chłopaka, aby czytać mu dzieła Shakespeare'a, którego utwory dla wielu osób mogły być niezrozumiałe. Jednak sympatia, którą rodzicielka Luke'a darzyła pisarza, udzieliła się również jemu, powodując, że stał się jego cichym wielbicielem. Nie był pewien, czy było to spowodowane tęsknotą za matką, czy po prostu szczerze polubił twórczość pisarza.
Gdy był młodszy, Betty raz w miesiącu zabierała go do teatru, a także do kina, aby sam zdecydował, która forma bardziej do niego przemawia. Wiele osób sądzi, iż kino przewyższa teatr przez to, co oferuje swoim odbiorcom.. Trójwymiarowy świat, efekty specjalne i niesamowita ścieżka dźwiękowa to z pewnością elementy, które sprawiają, że większość nastolatków wybierała wyjście do kina. Jednak Luke zawsze różnił się od swoich rówieśników. Z większą przyjemnością oglądał spektakle. Uważał, że teatr to sztuka. Prawdziwa sztuka. Dźwięki, jakie wydawali z siebie aktorzy, wykorzystywane przez nich przedmioty oraz gra świateł stwarzały wyjątkowy nastrój i potęgowały magię tego miejsca.
Często chodzili również do muzeum, ponieważ od najmłodszych lat zachwycał się rzeźbami, które wywoływały w nim niewytłumaczalny zachwyt. W pamięci szczególnie zapadła mu jedna - Apollo i Dafne, wykonana przez Giovanniego Lorenza Berniniego. Odnosiła się do mitologicznej historii o nieszczęśliwej miłości. Nikt nie wiedział o zamiłowaniu Luke'a do sztuki, a on sam nie odczuwał potrzeby, aby głośno o tym mówić, ponieważ była to jego odskocznia od rzeczywistości.
W oczach bruneta prawdziwymi bohaterami byli również pisarze. Był wdzięczny każdemu z nich za to, że pisali powieści, wkładając w to całe swoje serce, pot i łzy. Zdawał sobie sprawę, że niejeden przy twórczym procesie rwał sobie włosy z głowy tylko po to, aby ludzie mogli przeczytać dzieło, a następnie rzucić je w kąt. On nigdy tego nie robił. Kolekcjonował książki i każdą czytał kilka razy. O każdą z nich dbał, bo właśnie tam znajdowały się postacie, które przeżywały najpiękniejsze i najokrutniejsze chwile swojego życia. Jednak mimo wszystko istnieli na kartach powieści. Nieważne, czy otworzyłby stronę pięćdziesiątą piątą o czwartej nad ranem w poniedziałek, czy o ósmej wieczorem w sobotę, oni cały czas tam byli. To go uspokajało. Stałość. Nienawidził zmian i nowych rzeczy, ponieważ stanowiły dla niego zbyt duże wyzwanie, którego trudno było się podjąć. Uwielbiał czytać książki pisarzy wszech czasów, aby zapoznać się z twórczością, która towarzyszyła jego przodkom. Nie wzbraniał się także przed czytaniem współczesnych powieści.
Luke zagłębiał się również w życie prywatne swoich ulubionych artystów. Gdy miał jedenaście lat, dowiedział się, że jeden z jego ulubionych pisarzy, a dokładniej Ernest Hemingway, popełnił samobójstwo, oddając strzał z dubeltówki prosto w głowę. Podejrzewa się, że zrobił to na skutek choroby afektywnej dwubiegunowej, na którą najprawdopodobniej cierpiał. Chłopak wielką sympatią darzył również jednego z holenderskich malarzy, a mianowicie Vincenta van Gogha, którego dręczyły napady lękowe i narastające ataki paniki spowodowane zaburzeniami psychicznymi. Nigdy nie zapomniał dnia, w którym Elizabeth powiedziała mu, że van Gogh obciął sobie brzytwą lewe ucho i wręczył je miejscowej prostytutce. Wkrótce potem, podczas pobytu w szpitalu, namalował autoportret z zabandażowanym uchem. Luke lubił również współczesną muzykę, jednak w samotności słuchał Wolfganga Amadeusa Mozarta, którego kompozycje przenosiły go do innego świata. Poniekąd to właśnie pani Tremblay pielęgnowała miłość chłopaka do sztuki, której ziarna zasiała w nim matka.
- Nie ma za co - odpowiedziała miło, wpatrując się w chłopaka dużymi, niebieskimi oczami, które były jak rentgen. - Charles prosił, abyś przyszedł do jego biura, ponieważ musi przeprowadzić z tobą pilną rozmowę.
- Dobrze. Wybacz, dziadku - przeprosił kulturalnie staruszka, który krzątał się przy gramofonie, oddając się w pełni przepięknej melodii wydobywającej się ze sprzętu. - Zaraz wrócę i dokończymy grę.
- Biegnij - odezwał się, poganiając chłopaka. - Wiesz, że twój ojciec nie należy do cierpliwych osób. W końcu odziedziczył tę nieznośną cechę po mnie.
Luke uśmiechnął się, słysząc słowa mężczyzny, a następnie ruszył w stronę gabinetu ojca. Ruch jego wyrzeźbionych ramion był płynny, gdy szybkim krokiem zszedł na dolne piętro domu, które Brynnerowie zwykli nazywać pracownią, a dokładniej skrytką przed światem. Rozmowy z ojcem zdecydowanie nie należały do jego ulubionych zajęć, bo Charles Brynner był typem człowieka, który nie posiadał za grosz empatii. Przy każdej potyczce słownej musiał wcisnąć swoje trzy grosze, uświadamiając brunetowi, że był dla niego wyłącznie słabym człowieczkiem. Miernym synem, który nie miał prawa głosu.
Brunet wyprostował się, kiedy zszedł z ostatniego schodka. Z jego spierzchniętych ust wydobył się świst powietrza, gdy zauważył wielkie, czarne drzwi. Przystanął na chwilę, zastanawiając się, po co mężczyzna wezwał go do gabinetu. W ostatnim czasie był wzorowym synem, a Charles nie lubił tracić czasu i wyzywać go do siebie bez potrzeby.. Jednak z nim nigdy nic nie było wiadomo. Przyczepiał się jak pijawka, wysysając duszę z drugiego człowieka. Relacje Luke'a z ojcem od zawsze były specyficzne. Gdy chłopak był mały, Charles nigdy nie mówił mu "dobranoc" i nie gotował obiadów na zawołanie. Nie był osobą opiekuńczą i troskliwą. Był za to lojalny i stanowczy - brunet doskonale wiedział, że może na nim polegać niezależnie od sytuacji.
Uniósł podbródek do góry, a następnie wszedł do pomieszczenia bez pukania. Gabinet nie należał do skromnych, wręcz odznaczał się ogromnym przepychem. Czarne ściany, przy których stało kilka regałów z dokumentami, oraz biały sufit dodawały pomieszczaniu klasy i szlachetności. W środku znajdowało się także biurko, które zawsze było perfekcyjnie posprzątane i prezentowało władzę. Na brązowym, skórzanym fotelu siedział człowiek w skórze diabła. Król interesów, Charles Brynner. Obok niego stał mężczyzna, który z powagą wpatrywał się w Charlesa. Brynner przeniósł zielone tęczówki na swojego syna, a uwydatniona żuchwa zacisnęła się delikatnie na jego widok . Mężczyzna nie znosił, gdy ktoś wchodził do gabinetu bez pukania. Jednak Luke'a w żadnym stopniu nie obeszła jego irytacja. Patrzył na ojca wzorkiem, który był przepełniony pewnością siebie.
Charles posiadał zaskakującą symetrię twarzy - prosty nos oraz czarne, zadbane brwi. Zarost na jego żuchwie był idealnie przystrzyżony, co wskazywało na to, że nie był pierwszym lepszym gościem z ulicy. Brunet miał po ojcu kolor włosów oraz oczu. Natomiast rysy twarzy odziedziczył po kobiecie, która budziła w nim niemałe obrzydzenie.
Podszedł do brązowej kanapy, która została ustawiona po lewej stronie pomieszczenia. Usiadł na niej, czekając, aż zielonooki odprawi swojego wspólnika. Lucas Scott jak zawsze starał się udowodnić Charlesowi, że ma w czymś rację. Luke'a wcale to nie dziwiło, ponieważ mężczyźni od lat pogrążali się w tym schemacie. Lucas był mądrzejszy, ale to jego ojciec posiadał wystarczająco duże jaja, aby prowadzić interes. Potrafił zabić człowieka z zimną krwią, a później taplać się w niej, popijając cholernie drogie wino. Natomiast Scott był chrzestnym Luke'a, który zdecydowanie był mu bliższy niż ojciec, nauczył go, że warto stać się dobrym człowiekiem. W dodatku chłopak zawdzięczał mu życie, ponieważ niejednokrotnie ktoś próbował wyrządzić mu krzywdę przez czyny jego starszego brata, a Lucas wtedy zjawiał się jak bohater w pelerynie.
Obaj mężczyźni ubrani w czarne garnitury przypatrywali się zachowaniu chłopaka, które z pewnością było godne nagany. Luke w głowie doskonale słyszał głos ojca: Brak kultury, szacunku i posłuszeństwa. Mógłby wymieniać wszystkie swoje negatywne cechy do końca życia, ale nie miał na to siły. W ostatnich dniach jego problemy ze snem nasiliły się, a ojciec postanowił wezwać go do siebie, kiedy w końcu pierwszy raz od dawna naprawdę odpoczywał.
- Pewnie zastanawiasz się, w jakim celu cię tu wezwaliśmy - rzekł Lucas, unosząc delikatnie kąciki ust. Mężczyzna wiecznie szukał w chłopaku radosnego chłopca z dzieciństwa. Jednak on już nie żył. Umarł, a razem z nim jego dusza.
- Wyjeżdżam - wciął się bezceremonialnie Charles.
- Kto cię zastąpi? - zapytał Luke bez zastanowienia, unosząc grubą brew do góry i wyciągając długie nogi do przodu. Na twarzy zielonookiego malowało się rozczarowanie, przez co brunet przełknął głośno ślinę, modląc się, aby nie wciągał go w to bagno pełne manipulacji i nieludzkości.
Interes, który prowadził Charles, ociekał złotem, ale wymagał stuprocentowej odpowiedzialności, gdyż wystarczyło jedno złe posunięcie, by wszyscy wylądowali w więzieniu skazani na podwójne dożywocie. Odpowiedzialność chłopaka dotycząca biznesu zatrzymała się na dziewięćdziesięciu procentach, ponieważ przez całe dotychczasowe życie odpychał od siebie myśl, że kiedyś będzie musiał ubrudzić ręce i przejąć ten cholerny interes. Nie widział siebie w roli przywódcy, który posiada w rękach władzę. Wydawało mu się to niedorzeczne, ponieważ nie pochwalał tego biznesu. Za każdym razem, gdy przypominał sobie, że należał do rodzinny Brynnerów, zbierało mu się na wymioty z obrzydzenia, którego nie potrafił pohamować, choćby chciał.
- Scott - oznajmił z pogardą w głosie. - Jednak wiedz, że chciałbym, abyś w przyszłości dodał swoje trzy grosze do interesów. Nie pozwolę, abyś do końca życia trenował karate. To sztuka walki przeznaczona dla mięczaków, a ty nim nie jesteś. Chyba że zapomniałeś mnie o czymś powiadomić?
Wzniósł oczy, wzdychając cicho. Ojciec w dzieciństwie nalegał, aby chodził na boks. Natomiast jego chrzestny zasugerował, że lepiej byłoby zapisać chłopca na karate, które jest metodą samoobrony bez użycia broni. Scott nie pochwalał zasad rodziny Brynnerów, według których mężczyźni trenowali swoje dzieci na bezlitosnych żołnierzy już od najmłodszych lat. Chrzestny Luke'a był jedną z nielicznych osób, które miały wpływ na Charlesa, dlatego przystał na tę propozycję. Brunet nigdy nie śmiał sądzić, że zakocha się w tym sporcie walki, ale w pewnym momencie karate stało się dla niego ucieczką od przytłaczającej rzeczywistości. Brzydził się przemocą, ponieważ od dziecka musiał patrzeć na ojca katującego ludzi, którzy postępowali w sposób niezgodny z jego oczekiwaniami. Widział brutalne sceny, które później odtwarzały się w jego głowie każdej nocy. Zielonooki dopuszczał się okrutności również wobec niego. Gdy Luke zachowywał się nieposłusznie, Charles zanurzał jego twarz w wodzie, sprawiając, że nie był w stanie oddychać.
- Nie jestem mięczakiem - odpowiedział dobitnie, przyjmując poważny wyraz twarzy, aby mężczyzna nie posądził go o lekceważenie jego słów.
- Pamiętaj - burknął złowrogo. - Kiedyś będę oczekiwał od ciebie więcej, a ty będziesz musiał się poświecić i kierować nasza? odwieczną zasada?. - Jeśli chcesz mieć cos? dobrze zrobione, to musisz zrobić to sam. To zdanie posiadało wielka? wartość w ich rodzinie, ponieważ mówiło o braku zaufania do obcych oraz ciężkiej pracy, którą trzeba przejść, aby cos? osiągnąć.
Skinął głową, wiercąc się w miejscu. Ruch miednicy miał uświadomić Charlesowi, że nie miał najmniejszej ochoty na kontynuację tej rozmowy. Na szczęście aluzja dotarła do rodziciela, który wskazał ręką na drzwi. Luke nie czekając, podniósł się i ruszył w stronę wyjścia. Jednak na chwilę jeszcze zatrzymał go jego głos:
- Wyjeżdżam dziś w nocy - mruknął cicho. Nie odwracając się w jego stronę, chłopak skinął lekko głową oraz złapał ręką za złotą klamkę. - Trzymaj się, Luke.
- Miłej podróży - odparł, opuszczając gabinet ojca i kierując się na górę, aby dokończyć partię szachów.
Wbiegł po schodach, zmierzając w stronę pokoju gościnnego, w którym chwilę wcześniej urzędował. Jednak Vincent zniknął bez śladu. Luke podszedł do okna, dostrzegając dziadka. Mężczyzna siedział na ławce ogrodowej. Gawędził z Elizabeth, trzymając w dłoniach opowieść napisaną przez Harukiego Murakamiego. Norwegian Wood to ulubiona książka jego dziadka. Autor umieścił akcję powieści w późnych latach sześćdziesiątych, symbolem etosu tych lat była piosenka Beatlesów, która nosiła ten sam tytuł. Głównego bohatera, Toru, zafascynowała piękna dziewczyna. Ich uczucie było obciążone samobójczą śmiercią wspólnego przyjaciela oraz słabą kondycją psychiczną Naoko.
Luke pewnym krokiem ruszył do sypialni, aby się zregenerować. Wakacje spędził na intensywnych treningach, które miały przygotować go do zawodów odbywających się w styczniu. W wolnych chwilach pomagał ojcu w sprawach biznesowych. Bez słowa sprzeciwu wykonywał polecenia wypadające raz po raz z jego ust. Wszedł do przestronnej sypialni. Nie był pedantem, ale lubił czystość, dlatego w pomieszczeniu panował niezwykły porządek. Podszedł do wolnostojącego lustra w stylu barokowym. Z uwagą przyglądał się tatuażowi, który widniał na jego ramieniu. Przez głowę chłopaka przeszła myśl, że tak jak Toru miał swoją Naoko.
Przymknął oczy, pocierając lekko skroń. Cała jego głowa pulsowała, żołądek się przewracał, a skóra na kostkach dłoni była starta, jakby ktoś przejechał po niej tarką. Jedyną rzeczą, którą pamiętał, była droga do klubu i wypalenie całej paczki papierosów. Chrząknął, a zebraną ślinę wypluł na ziemię, ponieważ przełknięcie jej graniczyło z cudem.
- Za plucie w miejscu publicznym powinni palić na stosach - odezwał się za nim damski zniesmaczony głos.
Pokręcił głową, odwracając się w stronę dziewczyny. Rozpuszczone włosy w ciemnobrązowym kolorze spływały po jej ramionach, a pomalowana buzia dodawała jej wieku. Urok pogłębiał wyraz twarzy świadczący o niezadowoleniu Andy Henderson.
- Co to za różnica gdzie będę pluł? I tak chodzisz po ulicy w butach. Nie liżesz jej - wymamrotał z pełną wargą.
Andy wzruszyła ramionami, podchodząc bliżej chłopaka. Wystarczyły dwa kroki, aby zapach dziewczyny trafił do jego nozdrzy. Kwiaty i delikatny zapach powietrza pięknie komponowały się ze soba?, co dodawało jej atrakcyjności.
- Taka, że jest to nieetyczne i niesmaczne.
Widocznie rozbawiony podniósł się z krawężnika, aby usiąść na ławce, która znajdowała się tuż obok. Ruchem ręki zaprosił dziewczynę, by zrobiła to samo. Podążyła za nim i położyła czarną torebkę pomiędzy nimi, wyznaczając tym samym granicę.
- Ciekawe - wybełkotała cicho, patrząc przed siebie. - Jak jesteś pijany, to wyglądasz na zwykłego nastolatka.
Był bardzo pijany. Zdawał sobie z tego sprawę, ponieważ jedna z półkul jego mózgu jeszcze sprawnie funkcjonowała mimo zamroczenia alkoholowego.
- Wychodzę z założenia, że gdy jestem trzeźwy, uważasz mnie za niezwykłego? - Spojrzał na nią kątem oka.
- Nie wsadzaj mi do ust słów, których nie powiedziałam. Gdy jesteś trzeźwy, jesteś nieznośny.
- I tak wiem, że mnie lubisz - zaśmiał się, ukazując swoje śnieżnobiałe zęby.
- W takim razie mało wiesz. - Wydęła wargi niezadowolona z postawy chłopaka.
Luke wpatrywał się w Andy przez dłuższą chwilę, ale ona nie wszystko rozumiała. Spoglądał intensywnie w jej oczy, jakby chciał zapamiętać każdy fragment brązowych tęczówek dziewczyny. Andrea podziwiała w nim wiele rzeczy. Luke Brynner miał charyzmę. Był niezwykle pewny siebie i posiadał poczucie humoru. Chciała, żeby mówił jej o najgłupszych rzeczach, które miały dla niego jakąkolwiek wartość. Oczywiście miał również wiele niedoskonałości, ale nie zwracała na to szczególnej uwagi. Wychodziła z założenia, że każdy człowiek na świecie ma wady, kompleksy, gorsze dni, upadki i swoje małe końce świata.
- Chodz?, pokaz?e? ci cos?. - Wstając, podał jej dłoń.
Andy zagryzła mocno warge?, unosza?c niepewnie rękę. Delikatne palce dziewczyny muskały jego sko?re?. W kon?cu pewnie złapała rękę chłopaka, ciągnąć za nią lekko. W ten sposób stanęła obok niego z torebką w drugiej ręce. Poprawiła swój czarny sweter, który robił za sukienkę, a włosy zarzuciła na ramiona. Spojrzała na Luke'a z niepewnością, a on w odpowiedzi położył rękę na jej odcinku le?dz?wiowym i popchnął z delikatnością w strone? czarnych drzwi, które znajdowały sie? za nimi. Dziewczyna uniosła podbro?dek, stawiaja?c pewne kroki, a brunet ruszył za nia?. Dłonie włożył do tylnych kieszeni czarnych spodni. Brązowe włosy opadły mu na czoło, ale nie zwracał na to uwagi. Gdy weszli do duz?ego pomieszczenia, do ich nozdrzy od razu trafił zapach alkoholu oraz papieroso?w, kto?rych w tej chwili chłopak pragnął bardziej niz? czegokolwiek innego. Wyprzedził dziewczyne?, ruszaja?c w strone? stołu z kartami. Zatrzymał sie?, kłada?c zacis?nie?te pie?s?ci na blacie. Po chwili u jego boku stanęła zestresowana Andy, mimo to cała? swoją uwage? skupił na twarzach innych graczy.
- Moz?na sie? przyła?czyc?? - zapytał pewnie.
Mężczyźni spojrzeli po sobie, kiwając głowami w zgodzie. Znając życie, gdyby pytał o to inny nastolatek, wyśmialiby go i wysłali do domu. Luke wyciągnął w ich strone? dłon?, aby przywitać sie? z kaz?dym pewnym uściskiem. Dopiero wtedy spojrzał na dziewczyne?, która chwiała sie? lekko na pie?tach.
- Masz jakis? kawałek materiału?
Pokiwała ochoczo głowa?, wkładaja?c dłon? do torebki, z kto?rej zaraz wycia?gne?ła czarną chustkę. Sięgnął po nia?, a naste?pnie przyłożył do swoich oczu. Przyklapnął na jednym z krzeseł, po czym zawiązał materiał z tyłu głowy. Wyczuł, że obok niego usiadła Andy, ponieważ doskonale czuł jej oddech na karku.
- Co ty robisz? - zapytała cicho. Brunet wzruszył ramionami, zsuwaja?c chustkę z oczu. Me?z?czyz?ni spogla?dali na niego z zainteresowaniem.
- Panowie wybacza? - mruknął. - To moja znajoma, kto?ra be?dzie dyktowała mi wygla?d kart.
Spojrzał na zestresowaną, trzęsącą się dziewczynę. Zanim ponownie nałożył materiał na oczy, położył swoją dużą dłoń na jej udzie i powiedział:
- Zaufaj mi.
Później słyszał, że karty są tasowane, a następnie rozkładane. Cały czas czuł również delikatny dotyk na ramieniu.
- Mamy jopka czerwo - zacze?ła, ale szybko jej przerwał:
- Jopka czerwo? - Zaśmiał sie?. - Chciałaś powiedzieć, że mamy waleta kier.
- No to mamy waleta kier oraz damę kier. Dama, tak? - Kiwnął głową.
- Co mamy na stole? - dopytał. Poczuł, że dziewczyna lekko sie? odchyliła, ale po chwili jej usta znowu znajdowały się tuż przy jego uchu.
- Jest jedna odkryta, as kier.
Luke nie potrzebował wie?cej informacji, aby działac?. Stuknął palcami o blat, kręcąc głową, aby przedstawić graczom swoje niezadowolenie. Chciał pokazać mężczyznom, że jest na przegranej pozycji i nie widzi żadnych szans na wygraną. Grali zawzie?cie, aż został tylko on i jeden gracz, a na stole naste?puja?ce karty: as kier, kro?l kier, o?semka trefl, szo?stka trefl oraz dwo?jka karo. Teraz musiał tylko odkyć swo?j układ, ale kolejność podążała zgodnie ze wskazo?wkami zegara, wie?c w tym wypadku przeciwnik odkrywał pierwszy. Luke zdjął chustę, aby przeja?c? karty od Andy.
- Poker - odezwał sie? starszy me?z?czyzna, pokazuja?c swoje karty. Brunet zagryzł wargi, ale nawet nie spojrzał na małe prostokąty, kiedy rzucając je na stół, ze sztucznym z?alem powiedział:
- Poker kro?lewski.
Facet zacza?ł przeklinac?, a Luke skupił swo?j wzrok na Andy, kto?ra starała się poja?c?, co tak włas?ciwie sie? stało.
- O co chodzi, Brynner? - zapytała zdezorientowana.
- Wygralis?my.
- Jestes? niemoz?liwy!