DEDYKACJE
PROF. ANIA M. JASTREBOFF
Dla Ciebie.
Jeśli żyjesz z otyłością i w milczeniu dźwigasz ból,
niech wiedza, że otyłość to choroba, a nie wybór, przyniesie ci wolność.
Oby dane było ci odnaleźć nadzieję, współczucie i uzdrowienie.
Słyszymy cię.
OPRAH WINFREY
Juliusowi G., Nicholasowi M., Derrickowi R. i wszystkim, którzy toczą zmagania, a obwiniali siebie. Obyście odnaleźli wewnętrzny pokój, wiedząc, że otyłość to nie jest wasza wina. Nikt nie potrafi siłą woli zmienić swojego mózgu czy biologii.
Wprowadzenie
Nigdy nie czułam się lepiej, nie byłam silniejsza i bardziej wysportowana. Nawet gdy skończyłam czterdzieści lat i przebiegłam swój pierwszy i jedyny maraton, nie czułam się tak pełna życia i energii oraz otwarta na nowe doświadczenia jak teraz.
Regularnie uprawiam piesze wędrówki po górach. Jeżdżę na rowerze. Chodzę na długie spacery. Trzy razy w tygodniu robię treningi siłowe, w tym martwy ciąg. Urządzam sobie jednoosobowe imprezy, na których tańczę i bawię się na trawniku z psami. Planując wakacje, biorę pod uwagę nie tylko miejsca z najlepszym jedzeniem, ale też takie oferujące wspaniałe trasy turystyczne. Nie wyjeżdżam tam, gdzie nie mogłabym być aktywna fizycznie. Prawie nie poznaję kobiety, którą się stałam.
Zajęło mi to ponad połowę życia, by dotrzeć do tego punktu - do wolności od troski, poczucia winy i wstydu za ciało, które uparło się, by zatrzymać więcej kilogramów, niż komfortowo mi było nosić. Teraz rozumiem dlaczego. Przyczyna leżała w biologii! Moje próby zwalczenia nadwagi były skazane na porażkę, tak jakbym próbowała kłócić się z tym, że mam metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.
Dopiero w 2023 roku dowiedziałam się, że otyłość nie jest tym, za co ją brałam. Nie chodzi o rozmiar. Nie chodzi o numer. Nie jest to nawet stan wywołany objadaniem się. To choroba, uznana przez Amerykańskie Towarzystwo Medyczne w 2013 roku.
Jakimś sposobem przegapiłam to doniesienie i nadal obwiniałam się o każdy zgubiony, a potem nieustannie odzyskiwany kilogram. Przez te wszystkie lata sądziłam, że dam radę zrobić to sama. I jak wszyscy święci wiedzą, próbowałam i upadałam, próbowałam i upadałam, próbowałam i upadałam. Przed wami, którzy byliście tego świadkami. Porażka wydawała się podwójnie wstydliwa, ponieważ miałam dostęp do wielu rzeczy: najzdrowszego jedzenia, kucharzy i trenerek.
Dlaczego nie potrafiłam zrzucić zbędnych kilogramów i utrzymać wagi? Ponieważ żaden sukces, żadne pieniądze, żadna sława ani inteligencja nie są w stanie pokonać biologii. Chorowałam i obwiniałam się o to, że nie potrafię uleczyć swojej choroby. Jak ujął to jeden z lekarzy, z którym przeprowadziłam wywiad: "To tak, jakby wstrzymywać oddech pod wodą, próbując się nie poruszyć".
Robiłam tak przez większość dorosłego życia.
Pamiętam, że w 1985 roku, kiedy miałam trzydzieści jeden lat, po raz pierwszy zaproszono mnie, żebym wystąpiła w The Tonight Show. Miałam opowiedzieć o swoim małym talk show w Chicago, który bił o głowę legendarnego Phila Donahue.
Nigdy w życiu nie byłam bardziej podekscytowana ani nie czułam się bardziej spełniona. Przepuściłam całą tygodniową wypłatę na buty od Stuarta Weitzmana ze szkłem imitującym drogie kryształy. To była chwila dumy. Po raz pierwszy zyskałam uznanie w całym kraju dla mojego lokalnego programu w telewizji. Zanim weszliśmy na wizję, producenci Johnny'ego Carsona omówili wszystkie tematy, które mieliśmy poruszyć. Celowo lub przypadkiem nie wspomnieli, że gościnna gospodyni programu, Joan Rivers, zafunduje mi jedną z najbardziej upokarzających chwil w moim życiu.
Nigdy nie zapomnę, gdy spojrzała na mnie i spytała: "Jak to się stało, że przytyłaś?".
Nerwowo się zaśmiałam. "Dużo jadłam".
"Nie, nie, nie - oznajmiła Joan. - Jesteś śliczna i sama. Musisz schudnąć!".
Joan nie zamykała się buzia, upierała się, żebym zrzuciła jakieś siedem kilo - najlepiej od razu, jeśli to możliwe, idealnie by było, gdybym zrobiła to już tam, na planie, ubrana w specjalnie uszytą na tę okazję niebieską zamszową sukienkę. Byłam zaskoczona i skołowana, rzecz jasna. Próbowałam tłumaczyć, że usiłuję schudnąć i że w końcu schudnę. Zakończyłyśmy rozmowę uściskiem dłoni, uzgadniając, że wrócę do programu, jeśli pozbędę się tych siedmiu kilogramów.
Przez lata, do czasu, aż niedawno ponownie obejrzałam to nagranie na YouTubie, myślałam, że tak naprawdę Joan powiedziała mi: "Wstydź się!". Bo właśnie to odbijało mi się echem po głowie, kiedy siedziałam tam w moich czółenkach z kryształkami. Ale tak nie było! Włożyłam te słowa w jej usta. I co gorsze, zaakceptowałam to, że powinnam się wstydzić. Pomyślałam: "Ona ma rację... Jak śmiem siedzieć na planie The Tonight Show, nosząc taki rozmiar?". Wyszłam stamtąd zażenowana, upokorzona, ale, o dziwo, nie zezłoszczona. Bo zgadzałam się z Joan! Moim zdaniem miała rację. Nie zasługiwałam na to, by wrócić do programu, dopóki nie będę szczupła.
Wkrótce upokarzanie mnie stało się publiczną rozrywką. Zostałam oklepanym dowcipem. David Letterman śmiał się ze mnie przez cały rok. Nie tylko komiczki i komicy z późnowieczornych programów telewizyjnych stroili sobie ze mnie żarty tanim kosztem; brukowce śledziły moje wzloty i upadki lepiej niż dzisiejsze urządzenia monitorujące codzienną aktywność i zdrowie. Co tydzień zarabiali na zawstydzaniu mnie nagłówkami pokroju: "Oprah grubsza niż kiedykolwiek wcześniej", "Oprah waży ponad 110 kilogramów: ostateczna rozgrywka ze Stedmanem sprawia, że gwiazda zaczyna się obżerać" oraz "Oprah dostaje ostrzeżenie: "przejdź na dietę albo giń"".
Obwiniałam siebie. Wypróbowałam każdą sztuczkę na schudnięcie z tej książki. Zawsze byłam na diecie, po diecie, na diecie: dieta kapuściana, dieta arbuzowa, post owocowy, w którym nie można było robić nic oprócz jedzenia codziennie innego owocu, czy dieta Atkinsa nie miały przede mną tajemnic. Pamiętam jedną dietę, która polegała na jedzeniu tylko zielonych rzeczy, podczas gdy białe były zakazane.
Przez kilkadziesiąt lat wstyd za to, że nie potrafiłam kontrolować wagi, zajmował mnóstwo przestrzeni w mojej głowie. Próbowałam wszystkiego, jednak nic nie działało. Byłam przekonana, że potrzeba mi tylko więcej silnej woli.
Bo nie zawsze tak było. Kiedy wychowywałam się u babci, miałyśmy małe gospodarstwo wiejskie na tyłach jej domu w Kosciusko w stanie Missisipi. Hodowałyśmy kurczaki, sadziłyśmy własne warzywa. Posiłki były proste i pyszne. Dawniej jedzenie oznaczało, że człowiek był wystarczająco majętny, by mieć co położyć na talerz. Jednak po latach, kiedy przeprowadziłam się do Baltimore, jadałam sama w mojej kuchni. Dla towarzystwa chodziłam do centrum handlowego i "robiłam zakupy" na kolację w części gastronomicznej. Najpierw odwiedzałam bar z pieczonymi ziemniakami ze wszystkimi dodatkami. Potem wpadałam na sałatkę z jeszcze większą ilością dodatków, ciężką od boczku w kawałkach. Na koniec czekało stoisko z ciasteczkami z kawałkami czekolady.
Patrząc z boku, można by pomyśleć, że mi się udało - byłam jedną z najmłodszych lokalnych prezenterek wiadomości. Jednak współprowadzący, Jerry Turner, wcale się nie cieszył z mojej obecności na planie. Siwy prezenter telewizyjny w średnim wieku był przyzwyczajony do prowadzenia programu w pojedynkę i nie chciał, by jakaś dwudziestodwulatka zabierała mu czas antenowy. Nie pozostawił co do tego żadnych wątpliwości. Pamiętam, jak pytał mnie: "Jaką szkołę skończyłaś? Z akredytacją?". Innym razem powiedział: "Jesteś z Missisipi? Potrafisz wymienić wszystkie dopływy Missisipi?". Spojrzałam na niego, czując się nie na miejscu. Nie do wiary, ale pomyślałam: "Muszę iść prosto do domu i wykuć na pamięć wszystkie dopływy Missisipi".
W domu, po długim dniu znoszenia ciągłego umniejszania mojej wartości, jedzenie przynosiło mi ulgę, stało się moją pociechą, moją nagrodą. Nie zdawałam sobie sprawy, że używałam go, by unikać konfliktów lub smutku. Po raz pierwszy poszłam do lekarza z powodu mojej wagi w 1977 roku.
Od tamtej pory - przez ponad pięćdziesiąt lat - dużą część życia poświęciłam walce z kilogramami. Odniosłam sukces i zyskałam uznanie, ale wciąż przybierałam... i traciłam na wadze... a cykl ten powtarzał się w kółko.
Pamiętam, jak lata później poszłam ze Stedmanem na mistrzostwa świata wagi ciężkiej w boksie i spiker ogłosił, że Mike Tyson waży dziewięćdziesiąt dziewięć kilogramów. Ja też ważyłam dziewięćdziesiąt dziewięć kilogramów. W tamtej chwili współczułam Stedmanowi. Oto piękny, przystojny facet jest z kimś, kto waży tyle samo, co mistrz świata wagi ciężkiej w boksie.
Byłam zdeterminowana, by coś z tym zrobić - i zrobiłam. Być może widzieliście moje wideo z 1988 roku, na którym ciągnę czerwony wózek z przeszło trzydziestoma kilogramami tłuszczu, by pokazać, ile schudłam przez cztery miesiące na diecie zamienników posiłków. Przez te kilka miesięcy odwołałam wszystkie wydarzenia, które wiązały się z jedzeniem, łącznie z moją pierwszą podróżą do Wenecji. Kto potrafi polecieć do Włoch i nie jeść? Wszystko po to, by udowodnić, że mogę znowu zmieścić się w dżinsach w rozmiarze czterdzieści.
Choć wszyscy krytykanci powtarzali: "Zaraz znów przytyjesz", to myślałam, że cztery miesiące mojej dyscypliny udowodnią im, że się mylili.
W ciągu dwóch tygodni po zakończeniu diety przybrałam z powrotem ponad trzy i pół kilograma. Gwiazdor Policjantów z Miami, Don Johnson, zaprosił mnie w tamtym roku na imprezę świąteczną, ale zostałam w domu, bo myślałam: "Jestem za gruba na coś takiego". Byłam bardzo rozczarowana sobą i tym, że wróciłam do dawnej wagi. Tym, że po raz kolejny na to pozwoliłam.
Czy nauczyłam się czegoś dziesięć lat później? Nie, niczego. Kiedy Anna Wintour zasugerowała, żebym schudła prawie dziesięć kilogramów przed wystąpieniem na okładce "Vogue'a", harowałam w pocie czoła, i to dosłownie. Zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby wrócić do formy, i się opłaciło. Przedzierzgnęłam się w ich dziewczynę z październikowej okładki.
Ale potem dawna waga ponownie wróciła.
Przez całe lata starałam się i upadałam, borykając się z efektem jo-jo. "Dlaczego nie mogę tego pokonać?" - pytałam siebie raz po raz. "Dlaczego nie potrafię rozwiązać problemu?". W 2009 roku wystąpiłam nawet na okładce "O, The Oprah Magazine", stojąc obok chudszej wersji siebie z 2005 roku, a nagłówek głosił: "Jak mogłam znów na to pozwolić?". Myślałam: "Jeśli ja to powiem, inni nie będą mogli o tym gadać". Udało mi się osiągnąć tylko tyle, że dałam wszystkim prawo, by nadal mnie oceniali.
Przełknęłam wstyd. Przyjęłam, że sama jestem sobie winna. Cykl się powtarzał.
W 2018 roku zaprzyjaźniona osoba wspomniała, że bierze lek przeznaczony na cukrzycę, który pomaga jej kontrolować wagę. Powiedziała, że mogłaby mi pomóc go dostać - zastrzyk w brzuch. Odmówiłam. Po pierwsze, to dla cukrzyków, a ja nie miałam takiego problemu. Po drugie, jeśli zacznę go brać, wszyscy stwierdzą, że poszłam na łatwiznę. Wciąż sądziłam, że moja waga to moja wina - a skoro to była moja wina, wierzyłam, że jestem odpowiedzialna za to, żeby ją naprawić.
W 2021 roku dostałam nowe kolana. Wdzięczna za to, że mogę chodzić bez bólu, zaczęłam skrupulatnie wybierać się na piesze wędrówki. Pokonywałam od ośmiu do prawie dziesięciu kilometrów dziennie i jadłam jeden mały posiłek o szesnastej. Trochę schudłam. Ludzie zaczęli to komentować. A ja myślałam: "Może taka jest recepta - jeden posiłek dziennie i dołożenie sobie kilku mil". Potem przyszły święta i mimo wysiłków przytyłam ponad trzy i pół kilograma. Nie potrafię wyrazić tego, jak bardzo to zniechęcało. A ja wydatkowałam mnóstwo energii i poświęcałam swoją przestrzeń psychiczną i poznawczą na zwalczanie chęci, by coś zjeść. Walka była nieustanna.
W 2023 roku prowadziłam debatę z ekspertkami i lekarzami praktykami od zmniejszania masy ciała pod tytułem "The State of Weight" [Kwestia wagi] do internetowej serii "Life You Want" [Życie, jakiego pragniesz] pod szyldem "Oprah Daily's". Doznałam wielkiego olśnienia wraz z wieloma osobami zgromadzonymi wśród publiczności, gdy jeden z lekarzy powiedział, że w 2013 roku Amerykańskie Towarzystwo Medyczne uznało otyłość za chorobę.
Uzmysłowiłam sobie, że od lat obwiniałam siebie i mój brak silnej woli. Tu nie chodzi o determinację, ale o mózg!
Bezzwłocznie po rozmowie zadzwoniłam do swojej lekarki i powiedziałam: "Chcesz powiedzieć, że to nie jest moja wina? Że mam w ciele coś, co to powoduje? Żartujesz? Jeszcze dziś wypisz mi receptę!".
Zauważyłam zmianę w ciągu kilku dni. Mamy najlepsze angielskie muffiny na świecie. Z małej piekarni Model Bakery w Napa Valley. Zanim zaczęłam przyjmować leki, potrafiłam zjeść dwa, nawet się nie zastanawiając - jeden z dżemem, potem drugi z miodem. Nagle nie mogłam zmieścić jednego. Byłam najedzona po połowie. Miałam dość.
Dzięki lekom coś zmienia się w mózgu. Jesz tylko wtedy, gdy czujesz głód, i przestajesz, gdy czujesz sytość. Nie mogłam w to uwierzyć.
Tak właśnie wygląda uwolnienie się od nieustannego pociągu do jedzenia - jak zdałam sobie sprawę. To była wolność od ciągłego głosu w mojej głowie, który mówił mi o tym, co zjeść, ile zjeść, ile właśnie zjadłam, jak dużo kalorii spożyłam i co będę musiała zrobić, żeby je spalić.
W moim umyśle otworzyła się przesłona i dostrzegłam nowe możliwości. I od tamtej pory widzę je każdego dnia. Mówię życiu "tak".
Nie odrzucam już zaproszeń na imprezy ani na wycieczki do Wenecji. Oglądając się za siebie, rozumiem, dlaczego wtedy dokonałam takich wyborów - było mi wstyd, że nie potrafię panować nad własną wagą. Nawet kiedy pierwszy raz zaproponowano mi zastrzyk, wciąż czułam się zażenowana, że nie udało mi się schudnąć o własnych siłach. Ale posłuchajcie mnie, kiedy mówię, że życie z lekami zakończyło moją szarpaninę z wagą. Wykorzystuję je jako narzędzie do poprawy mojego zdrowia w wielu aspektach. Kiedy szum w mojej głowie dotyczący jedzenia się uciszył, powstała przestrzeń na wiele więcej. Teraz nie mogę się doczekać, aż zacznę ćwiczyć - bez poczucia, że to za karę. Ruszam się, bo jest mi łatwiej to robić, i dzięki temu czuję się o wiele lepiej - nie tylko fizycznie, ale też emocjonalnie, psychicznie, a nawet na poziomie duchowym. Czuję połączenie z samą sobą. Jestem całością. Kiedy organizowałam debatę na temat masy ciała w 2024 roku, poznałam doktor Anię Jastreboff, endokrynolożkę i profesor Akademii Medycznej Uniwersytetu Yale. Badała otyłość od prawie dwudziestu lat i prowadziła próby kliniczne na lekach z grupy GLP-1 od półtorej dekady. W książce odpowiada na pytania dotyczące leków, które wiele osób chciałoby zadać. Doktor Ania dzieli się licznymi historiami o pacjentkach i pacjentach z otyłością, którzy odmienili swoje życie dzięki lekom. Objaśnia zależności naukowe, terapie lecznicze i, tak, mechanizmy biologiczne. Co najważniejsze, tłumaczy, że celem leczenia otyłości nie jest tylko obniżenie wagi. Chodzi o poprawę i zadbanie o ogólny stan zdrowia. Na to mogę powiedzieć tylko jedno: amen.
OPRAH WINFREY
Pytanie, które zadaję sobie w życiu - "dlaczego?" - pomaga ludziom z otyłością. Kiedy więc Oprah wpadła na pomysł napisania książki o chorobie otyłościowej, odpowiedź była jasna. Obie chciałyśmy podzielić się prawdą. A prawda jest taka, że otyłość to choroba. A nie wybór. Nie chodzi w niej o silną wolę. To jest choroba. Dla Oprah, tak jak dla wielu innych moich pacjentek i pacjentów, prawda ta była jak objawienie. A kiedy zdamy sobie z niej sprawę, zmienia się cały dyskurs o masie ciała i zdrowiu.
Jeśli cierpisz na otyłość - chorobę - oznacza to, że twój organizm chce magazynować więcej energii, nawet jeśli masz jej już wystarczająco dużo, by żyć, poruszać się, istnieć. Nie doświadczasz otyłości tylko w ciele. Możesz przeżywać ją w świadomości, ale też podświadomie. Objawia się jako szum jedzeniowy (ang. food noise), natrętne myśli o jedzeniu, ten niezmordowany głos w twojej głowie namawiający, ba, żądający, żebyś zjadła jeszcze jedno ciastko lub chipsa, choć właśnie skończyłaś całą paczkę. Możesz być ciągle rozkojarzony, bo próbujesz nie jeść. Pochłania to wiele wysiłku i energii, wymaga skupienia. Być może próbujesz po kolei różnych diet, starając się walczyć z własną biologią. Ale twoje zachowanie to nie jesteś ty. To objawy choroby.
Częściowo więc moje pytanie "dlaczego?" pomaga pacjentkom i pacjentom zrozumieć, że ich waga i otyłość to nie ich wina ani porażka. I właśnie dlatego razem z Oprah napisałyśmy tę książkę. Żeby opowiedzieć prawdę o chorobie otyłościowej. Żeby opisać nowe możliwości leczenia. Żeby uwolnić twój umysł i ciało od winy, obwiniania siebie i - jeśli tak postanowisz - by pokazać ci nową drogę wiodącą do poprawy zdrowia.
Ludzie często chcą wiedzieć, skąd wzięło się moje pytanie "dlaczego?" i jak zajęłam się tym, co robię. Zacznijmy od początku. Nawet nie będąc tego świadoma, wkroczyłam na tę ścieżkę w bardzo młodym wieku. Na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku moi rodzice emigrowali z Warszawy do Stanów Zjednoczonych, by posunąć do przodu badania nad biologią molekularną nowotworów i neurobiologią systemową, które rozpoczęli w Polskiej Akademii Nauk. Przywieźli ze sobą dwoje małych dzieci (byłam jednym z nich), kilka walizek i niewiele więcej. Jako para z doktoratem pracująca na Uniwersytecie Yale mieli tylko jedno: wykształcenie. Wychowałam się w domu, gdzie jednym z pierwszych zakupów, które postanowili zrobić - choć nam się nie przelewało i rodzice czasami musieli pożyczać pieniądze na jedzenie - był komplet encyklopedii dla mojego brata i dla mnie.
Oprócz edukacji pociechą były jedzenie i tradycja, wokół których kręciło się nasze życie dzięki świętom i uroczystościom - wtedy na stół trafiały pierogi, sznycle, barszcz i bigos. Nasze codzienne posiłki były prostsze - warzywa, skrobia, białko - ponieważ moi rodzice nie mogli pozwolić sobie wówczas na więcej, ale nigdy nie chodziliśmy głodni. Jadanie w restauracjach nie wchodziło w grę. Już wtedy jedzenie oznaczało miłość i właśnie w ten sposób mama okazywała nam czułość. Jak powtarzał mój brat w każde święta i czas je oddzielający: "czterdzieści tysięcy kalorii miłości".
Niedługo po przyjeździe do Ameryki, gdy brat miał osiem lat, a ja sześć, poszliśmy do szkoły publicznej, chociaż nie znaliśmy jeszcze języka angielskiego. W obliczu tak wielkiej zmiany trzymaliśmy się razem, wzajemnie stanowiąc dla siebie oparcie. I właśnie dlatego nigdy nie zapomnę, jak w dzieciństwie dokuczano bratu, którego uwielbiałam i podziwiałam.
W czasie gimnazjum przeprowadziliśmy się z małego miasteczka do uroczej miejscowości w Nowej Anglii zamieszkanej przez wielopokoleniowe rodziny włoskich i irlandzkich imigrantów. Nie pochodziliśmy z Włoch ani Irlandii, cienko przędliśmy, często zakładaliśmy na siebie ubrania z drugiej ręki lub te same stroje wiele dni z rzędu. Bez przerwy kpiono z nas, że jesteśmy kujonami, nosimy ciuchy, które nie są fajne, a mojego brata wyśmiewano z powodu nadwagi. Nadano mu ksywę Spanky (grubiutki dzieciak z Klanu urwisów). Brat, introwertyczny z natury i niezwykle inteligentny, nauczył się codziennie rano czytać książki, idąc na przystanek autobusowy (i jakimś cudem się nie przewracać), zamiast rozmawiać z rówieśnikami.
Pewnego dnia wszedł do klasy, zajął miejsce, a szkolne krzesło z pulpitem się połamało. To był stary, rozklekotany mebel i prawdopodobnie zbieg okoliczności, ale cała ta sytuacja stała się dla niego bardzo zawstydzającym doświadczeniem i wspomnieniem, ponieważ inne dzieciaki przypisały to jego wadze.
Brat wstąpił do drużyny pływackiej w siódmej klasie i zaczął szczupleć. Dopiero później, w liceum, wyrósł i się zmienił. Ale do dziś, jak sądzę, w swojej głowie wciąż jest Spankym. Nigdy nie zapomniałam, jak to było patrzeć na dręczenie mojego ukochanego brata z powodu jego wagi. Jego doświadczenie rozpaliło we mnie pragnienie, by pomagać ludziom z otyłością.
Jednak przypadek mojego ojca to główny powód, dla którego zajmuję się badaniami nad otyłością. Gdy w końcu moi rodzice mogli pozwolić sobie na coś więcej, zaczęło przybywać różnorodnego jedzenia w domu. Obiegowy żart głosił, że w naszej piwnicy było dość jedzenia, by wyżywić nas przez kilka lat, gdyby przyszła katastrofa (dlatego żartobliwie nazywaliśmy piwniczne pomieszczenie "schronem przeciwatomowym"). Kiedy byliśmy nastolatkami, a mój brat albo ja zapraszaliśmy przyjaciół, nigdy nie było wiadomo, kiedy moja mama ot tak upiecze przepysznego indyka w środku nocy - na wypadek gdybyśmy byli głodni. Uwielbiała gotować i zawsze przyrządzała nasze ulubione dania.
Przez lata mój ojciec powoli przybierał na wadze. Kiedy dorastał w powojennej rzeczywistości, brakowało jedzenia i był nauczony, by nie zostawiać niczego na talerzu. W Ameryce, kraju obfitości, prowadząc satysfakcjonujące, ale szybkie życie naukowców akademickich, moi rodzice podróżowali po świecie, mało spali i po nocach pisali wnioski o granty na badania naukowe. Nie było stałej pory spania, pracowali, aż zadanie zostało wykonane. Gdzieś po drodze mój tata nabawił się otyłości, a kiedy byłam na studiach, zdiagnozowano u niego cukrzycę typu 2. Bardzo trudno było mu zaakceptować diagnozę. Próbował różnych leków i kuracji. Miał wyrzuty sumienia, kiedy jadł, wiedząc, że wzrośnie mu poziom cukru we krwi. Moja mama też przytyła przez lata, dorabiając się bólu kolana i wysokiego ciśnienia. Oboje spróbowali każdej diety pod słońcem - kapuścianej, DASH, śródziemnomorskiej - i chudli, ale nieuchronnie znów tyli. Historia mojego taty miała na mnie potężny i fundamentalny wpływ, ponieważ otyłość poważnie odbiła się na jego zdrowiu i samopoczuciu. Cała moja rodzina wiedziała, co i ile powinna jeść, ale wiedza i nowe zasoby nie zdały się na wiele, gdy trzeba było walczyć o utrzymanie zdrowej wagi.
Obserwowałam zmagania z otyłością mojego nadzwyczajnie inteligentnego ojca i zrozumiałam, że człowiek może wiedzieć, co powinien jeść, a jednak być zmuszony przez biologię, by postępować inaczej. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że to fizjologia kierowała jego zachowaniem, ale wiedziałam, że dźwiganie dodatkowych kilogramów i magazynowanie zapasowego tłuszczu nie było wyborem. Mój ojciec nie postanowił mieć otyłości. Moja matka nie wybrała, że chce przybrać na wadze. Mój brat i ja nie podjęliśmy decyzji, że będziemy mieli genetyczne skłonności do tycia, otyłości i cukrzycy. Żadne z nas nie wybrało życia w środowisku, które sprzyja niezdrowemu przybieraniu na wadze.
Zupełnie przypadkiem pokochałam bieganie. W liceum zainteresowałam się biegami długodystansowymi i wstąpiłam do drużyny biegającej przełajowo. Jesienne liście chrzęszczące pod moimi stopami, chłodne powietrze owiewające mi twarz, kołyszący się koński ogon - było w tym coś wyzwalającego. Szybko przeszłam drogę od najgorszej do jednej z najlepszych biegaczek. W wieku dwudziestu i trzydziestu kilku lat startowałam na dystansach dziesięciu kilometrów oraz w półmaratonach, a po trzydziestce i czterdziestce w triathlonach. Co roku weekendy (i harmonogram treningów) były zorganizowane wokół moich ulubionych wyścigów - biegów na dziesięć mil (szesnaście kilometrów) Army Ten-Miler i Cherry Blossom, półmaratonu Rock'n'Roll Virginia Beach Half Marathon oraz triathlonu Iron Girl Columbia. Jako licealna zawodniczka zaczęłam interesować się związkiem między jedzeniem a organizmem i z czasem byłam coraz bardziej zaciekawiona odżywianiem i jego relacją ze zdrowiem, masą ciała i aktywnością fizyczną.
Na studiach medycznych pośród setek godzin wykładów nie mieliśmy ani jednych zajęć poświęconych otyłości. Był koniec lat dziewięćdziesiątych i przeważnie otyłości nie uznawano jeszcze za chorobę. Leptyna, pierwszy zidentyfikowany hormon produkowany przez tkankę tłuszczową, niezbędny do prawidłowej regulacji masy ciała, dopiero co został odkryty w 1994 roku.
Po wielu zarwanych nocach obroniłam tytuł doktora nauk medycznych. Rezydenturę lekarską też pamiętam jak przez mgłę, ponieważ pracowaliśmy ponad osiemdziesiąt godzin tygodniowo. Niemniej zafascynowały mnie niezliczone hormonalne pętle sprzężenia zwrotnego i to, jak hormony, kluczowe przekaźniki w owych pętlach, wpływają na tak wiele różnych funkcji ciała. Nie miałam wówczas pojęcia, że wkrótce zostaną odkryte pętle hormonalne i ścieżki między ciałem a mózgiem, które okażą się decydujące dla zrozumienia i leczenia otyłości.
Wówczas zaczęłam się zastanawiać, dlaczego niektórzy mogą jeść, co chcą, i nigdy nie tyją, podczas gdy inni zdają się jeść bardzo mało, a mimo to w ogóle nie potrafią schudnąć. Podjęłam staż podoktorski na Uniwersytecie Yale, pragnąc zająć się ludźmi z otyłością i mając nadzieję lepiej zrozumieć biologię kryjącą się za tą chorobą.
Specjalizowałam się zarówno w endokrynologii dorosłych, jak i w pediatrycznej. Miałam nadzwyczajnego mentora na początku swojej drogi lekarskiej i naukowej: doktor Robert (Bob) Sherwin był geniuszem na polu badań cukrzycy i endokrynologii. Współczujący, inteligentny i niesłychanie szczodry, poświęcając mi swój czas, zachęcił mnie do starania się o uzyskanie doktoratu z neurobiologii otyłości. Podczas studiów doktoranckich skontaktował mnie z niezwykle innowacyjną neurobiolożką i psycholożką, doktor Rajitą Sinhą. Jednym z jej wielu osiągnięć było opracowanie metody lepszego rozumienia tego, jak ludzki mózg reaguje na stres, a potem zaadaptowała to do przyjrzenia się, jak ludzie reagują na sygnały żywieniowe, za pomocą neuroobrazowania z wykorzystaniem funkcjonalnego rezonansu magnetycznego. Razem z małym zespołem badawczym prześledziłyśmy odpowiedzi mózgu na myśli o jedzeniu, zdjęcia jedzenia i picie cukru. Moi mentorzy, doktorzy Sinha i Sherwin, zostawili mi otwartą furtkę do badania otyłości i zrozumienia tego, jak biologia wpływa na zachowanie. Ponadto doktor Sinha umożliwiła mi przyjmowanie pacjentów z otyłością w klinice, gdy nie istniała jeszcze żadna przychodnia leczenia otyłości przy Uniwersytecie Yale i nikt nie skupiał się na terapii otyłości i opiece nad osobami z otyłością.
Zaczęłam z pasją zgłębiać wiedzę o otyłości oraz uczestniczyć w wykładach i konferencjach. Wśród ekspertów z Uniwersytetu Harvarda, Uniwersytetu Cornella i innych instytucji znalazłam mentorów oraz niezłomne wsparcie. Na początku w leczeniu otyłości stosowano tylko kilka leków zatwierdzonych przez Agencję Żywności i Leków (FDA), takich jak orlistat i fentermina; leczenie chirurgiczne było przeznaczone dla osób ze znaczną otyłością, podczas gdy zmiany stylu życia stanowiły główne zalecenie dla większości. Zaczęłam uważnie słuchać moich pacjentów, czerpiąc wiedzę z ich zmagań, sukcesów i doświadczeń. Wszyscy bardzo się starali. Byli zmotywowani i zaangażowani. Mieli odwagę. Z kilkoma wyjątkami zawsze wracali do wyjściowej wagi - tej samej, którą wcześniej sumiennie zrzucali, by po chwili znów znaleźć się w punkcie wyjścia. Z biegiem lat obszar moich zainteresowań badawczych rozszerzył się od obrazowania mózgu po próby kliniczne nowych leków. Dzięki wsparciu dziekan Nancy Brown - rozważnej i perspektywicznej liderki akademii medycznej - na Uniwersytecie Yale powstało Centrum Badań nad Otyłością, znane jako Y-Weight. Jako dyrektorka-założycielka prowadziłam przełomowe badania naukowe mające na celu lepsze zrozumienie biologii otyłości. Dzieliłam się zdobytą wiedzą z ogółem społeczeństwa, lekarzami praktykami i specjalistami na całym świecie za pośrednictwem wykładów (a czasami podcastów i paneli dyskusyjnych u Oprah). Jestem niesamowicie wdzięczna za to, że odnalazłam głęboki sens i cel w pracy, którą wykonuję: w opiece nad ludźmi z otyłością, badaniu nowych metod leczenia, potencjalnie mogących zaowocować zatwierdzonymi lekami, a potem w obserwowaniu, jak nowe leki pomagają pacjentom na całym świecie.
Tak w skrócie wygląda moja ścieżka kariery medycznej jako lekarki i naukowczyni. Ale kiedy pytają mnie, dlaczego się tym zajmuję, odpowiadam, że robię to z miłości do rodziny: do mojego brata, mojej mamy i mojego taty. Właśnie dlatego odnajduję głębokie znaczenie w trosce o ludzi, którzy chorują na otyłość - cieszę się, kiedy pomagam im zrozumieć biologię stojącą za tą chorobą, gdy pomagam im znaleźć odpowiedni dla nich lek, pomagam zamienić nadzieje w rzeczywistość i uwolnić się od nieustannej potrzeby magazynowania jeszcze większych zapasów energii. Nigdy nie sądziłam, że otyłość to była wina mojego taty, dlaczego miałabym więc myśleć, że to wina mojej pacjentki czy pacjenta? Odpowiedź od początku tkwiła w naszej biologii.
Prawdę mówiąc, nasze ciała są genialne! Miliony lat temu organizm człowieka wpadł na to, że aby przetrwać, musi przechowywać paliwo lub energię, a najwydajniejszym sposobem, aby to osiągnąć, było odkładanie energii w postaci komórek tłuszczowych. Tłuszcz to dobra sprawa: pozwala nam przeżyć i się rozwijać. Piękny i fundamentalny mechanizm fizjologii człowieka polega na tym, że hormony informują mózg o zapotrzebowaniu energetycznym i energii przechowywanej w ciele. Mózg reguluje te magazyny energii, pilnując, żebyśmy zawsze mieli... dosyć.
Jednak niektórzy z nas nigdy nie mają dość.
Bez względu na to, ile jedzą, nigdy nie są pełni; zawsze chcą więcej. Z tyłu głowy ciągle tkwi myśl o... miętowych lodach z kawałkami czekolady w zamrażarce, pysznych i aksamitnie świeżych wiosennych mango, chrupiących frytkach i idealnie rozpływającym się w ustach cheeseburgerze, od którego dzieli nas tylko zamówienie złożone w Uber Eats. Może nawet nie mają tego świadomości, ale nigdy nie myślą jasno. Relaksują się w domu, oglądając Netflixa, jakimś sposobem wędrują do kuchni i otwierają spiżarnię, nawet nie wiedząc, czego szukają.
Możesz spytać, dlaczego - skoro biologia człowieka jest tak niezmiernie ważna - tak wiele osób zmaga się z otyłością? Dlaczego dotknęła ona mojego sąsiada? Dlaczego moją córkę spotkała ta choroba? Dlaczego ja ją mam? Prawie połowa Amerykanów jest otyła; dwie trzecie ma nadwagę lub otyłość. Z pewnością setki milionów mieszkańców Ameryki nie obudziło się pewnego ranka z decyzją, że zachorują. Otyłość to nie kwestia wyboru, to pogmatwana biologia. Co więc się stało? Dlaczego tak wiele osób przechowuje nadmiar energii i dodatkowy tłuszcz?
Okazuje się, że otoczenie zmieniło się o wiele szybciej, niż ewoluowała nasza biologia. Środowisko, w którym żyjemy, pełne jest wysokoprzetworzonej żywności, stresu, deprywacji snu oraz braku aktywności fizycznej. Takie otoczenie sprzyja magazynowaniu nadmiaru energii i reagujemy właśnie w taki sposób - odkładając dodatkową energię, naddatek paliwa. Organizm człowieka po prostu pilnuje, żeby mieć jej dosyć.
Pacjenci, których przyjmuję w klinice, oraz uczestnicy badań prowadzonych przez Y-Weight czują ulgę, słysząc, że otyłość to nie decyzja: to nie jest ich wina, tak działa ich biologia.
Nie dotknęła mnie otyłość, więc wszystkiego dowiedziałam się, słuchając moich pacjentów i uczestników prób klinicznych, którzy opowiadają mi o swoich zmaganiach, powodzeniach i przeżyciach. Moje pacjentki i pacjenci, dzieląc się swoimi historiami, wiele mnie nauczyli. Mówią o tym, jak to jest, gdy człowiek próbuje, próbuje i próbuje schudnąć, po czym udaje mu się to, a na koniec od razu wracają zbędne kilogramy. O tym, jakie to uczucie nigdy nie być pełnym, nigdy nie czuć się najedzoną. Jakie to uczucie, gdy ciągle jest się głodnym - tuż po skończeniu jedzenia myśli wędrują do następnego posiłku, przekąski lub przysmaku. Jakie to uczucie, gdy śledzi się każdy kęs, który trafia do ust, nawet każdy kawałek galaretki bez cukru. Wysłuchałam wielu historii i jestem bardzo wdzięczna moim pacjentom, że otworzyli się i podzielili nimi ze mną. Mam ogromne szczęście, że przepracowałam wiele lat w zawodzie lekarki, dzięki temu czuję się pewniej. I teraz chciałabym podzielić się z wami tą wiedzą i mądrością.
To książka dla nas wszystkich. Tych, którzy zmagają się z otyłością. Tych, którzy kochają kogoś otyłego. Dla tych, którzy znają kogoś chorującego na otyłość lub po prostu chcą lepiej zrozumieć, jak działa organizm. Otyłość to nie kwestia wyboru czy silnej woli, ale chroniczna i złożona choroba mająca źródło w biologii. W następnych rozdziałach prześledzimy to, co wiemy o tym, jak organizm reguluje wagę, broniąc magazynów energii, dlaczego wstyd i obwinianie się tylko pogłębiają szarpaninę i dlaczego zdrowie - a nie wygląd - stanowi prawdziwy cel. Nastąpił przełom - fundamentalna zmiana naszego pojmowania. Nowe leki przekształcają krajobraz leczenia. Nauka postępuje tak szybko, że nawet lekarze nie mogą za nią nadążyć, tymczasem pacjenci są bombardowani niespójnymi informacjami. Weźmiemy pod lupę najbardziej utarte mity i schematy. Ubytek wagi wcale nie oznacza, że ktoś jest wyleczony, szum jedzeniowy to prawdziwa sprawa, leki nie działają na wszystkich tak samo, i choć mogą mieć skutki uboczne - tak jak każde lekarstwo - nie są one nieuniknione i niekoniecznie są długotrwałe. Omówimy każdy z nich, co da nam wyraźniejszy obraz stanu badań naukowych.
Dziedzina ta zmienia się niewyobrażalnie szybko. Z każdym nowym badaniem, każdą nową opowieścią pacjenta i każdym nowym lekiem zyskujemy coraz więcej informacji o tym, jak biologia kieruje zachowaniem i jak leczenie potrafi zmienić życie. Jest to książka o nauce, ale też o możliwościach, które otwiera - przed moimi pacjentami i przed tobą.
Na stronach tej książki zapraszam cię do rozbudzenia w sobie ciekawości i porzucenia wszelkich przyjętych założeń na temat otyłości: o tym, czym jest, co ją powoduje i jak ją leczyć. Zapraszam cię do podejścia z otwartą głową do zrozumienia problemu otyłości dzięki zmieniającemu się stanowi wiedzy o biologii człowieka i o tym, jak nasz mózg pilnuje, żeby ciało zawsze miało dość tego, czego potrzebuje.
PROFESOR ANIA M. JASTREBOFF