Dorota u Króla Gnomów - Frank L. Baum

Reflow text when sidebars are open.
Lyman Frank Baum
Dorota u Króla Gnomów
Tłumaczyła Stefania Wortman
Tytuł oryginału: "Ozma of Oz"
The Reilly & Lee Co. Chicago 1907.
Copyright ? 1907 by L. Frank Baum
Copyright ? Agencja Artystyczna MTJ, Warszawa 2013
Redakcja: Agencja Artystyczna MTJ
Korekta: Jolanta Spodar
Projekt okładki: Tomasz Rządkowski i Rendeer
Ilustracje: Krzysztof Krawiec
Wydanie I
Warszawa 2013
Agencja Artystyczna MTJ
ISBN 978-83-7699-197-9
Agencja Artystyczna MTJ sp. j.
ul. Porannej Bryzy 8, 03-284 Warszawa;
tel./fax (+48) 22 675 2814, 22 675 2850;
e-mail: info@mtj.pl; www.mtj.pl
W kojcu dla kur
ilny wiatr uderzył w wody oceanu, marszcząc jego powierzchnię w drobne fale, potem gnał te małe fale, aż zamieniły się w wielkie fale, a potem walił w nie tak, że spiętrzyły się w olbrzymie bałwany; bałwany zaś wznosiły się przerażająco wysoko, wyżej niż dachy domów. A były i takie, które sięgnęłyby wierzchołków drzew. Wyglądały niczym góry przedzielone głębokimi przepaściami.
Te szaleńcze bryzgi i chlupoty niezmierzonego oceanu, którymi zabawiała się złośliwa wichura bez żadnego rozsądnego powodu, przerodziły się w straszliwy sztorm, a sztorm na morzu płata nie tylko dziwaczne figle, ale i wyrządza ogromne szkody.
W owej właśnie chwili, gdy wiatr się rozhulał, poprzez dalekie wody oceanu płynął statek. Fale ciskały nim jak piłką, miotały się, parły naprzód, rosły zieloną ścianą coraz wyżej i wyżej, statek zaś kołysał się na nich, unosił i spadał w wodne otchłanie, przechylał się z boku na bok rzucany na wszystkie strony tak gwałtownie, że nawet doświadczeni marynarze trzymali się kurczowo lin i poręczy, żeby nie dać się porwać przez wichurę lub nie runąć na łeb, na szyję do morza.
Chmury zaciągnęły niebo tak gęstą mroczną zasłoną, że światło słoneczne nie mogło się przez nie przedostać i dzień stał się ciemny jak noc, przez co burza wzbudzała jeszcze większe przerażenie.
Tylko kapitan statku nie odczuwał lęku, ponieważ przeżył już wiele sztormów i niejeden raz wyprowadził szczęśliwie statek w spokojne miejsce. Wiedział jednak, że jeśli pasażerowie zostaną na pokładzie, będą narażeni na niebezpieczeństwo.
Kazał więc wszystkim zejść do kabin i pozostawać tam tak długo, dopóki sztorm nie minie; radził im też, by zachowali odwagę i niczego się nie lękali, a wszystko będzie dobrze.
Wśród pasażerów znajdowała się mała dziewczynka z Kansas, imieniem Dorota. Wraz ze swym wujem Henrykiem płynęła do Australii odwiedzić krewnych, których nigdy nie widzieli.
Wuj Henryk nie czuł się dobrze. Na swojej farmie w Kansas pracował bowiem tak ciężko, że stracił zdrowie: był bardzo słaby i nerwowy. Zostawił więc ciotce Emilii opiekę nad gospodarstwem i najemnymi robotnikami, sam zaś udał się w daleką podróż do Australii, by odwiedzić kuzynów i jednocześnie porządnie odpocząć.
Dorota miała ogromną ochotę pojechać razem z nim, a ponieważ wuj Henryk sądził, że będzie mu weselej w jej towarzystwie, zdecydował się zabrać ją z sobą. Dziewczynka była doświadczoną podróżniczką: kiedyś huragan porwał ją z domu aż do zaczarowanej Krainy Oz i w tym dziwnym świecie spotkało ją mnóstwo przygód, zanim udało się jej powrócić do Kansas. Niełatwo więc było ją czymkolwiek przestraszyć i kiedy ostre świsty wichru przeszywały ciemność, a fale kłębiły się i miotały, dziewczynka nie bała się ani przez chwilę.
- Musimy oczywiście pozostać w kabinie - powiedziała do wuja Henryka i innych pasażerów - i zachowywać się spokojnie, dopóki nie minie burza. Kapitan mówił przecież, że gdybyśmy wyszli na pokład, to wiatr mógłby nas strącić do morza.
Nikt oczywiście nie chciał narazić się na podobny wypadek. Wszyscy pasażerowie siedzieli w ciemnych kabinach, nasłuchując wycia burzy, trzeszczenia masztów i skrzypienia takielunku i usiłując uniknąć obijania się nawzajem o siebie, kiedy statek przechylał się na boki.
Dorota prawie już zasypiała, kiedy nagle ocknęła się z uczuciem niepokoju: wuj Henryk zniknął. Nie potrafiła wyobrazić sobie, gdzie mógł się podziać, i zaczęła się o niego martwić. Obawiała się, że wyszedł lekkomyślnie na pokład. Jeżeli tak się stało, to natychmiast powinien zejść na dół, gdyż grozi mu wielkie niebezpieczeństwo.
W rzeczywistości wuj Henryk poszedł do swojej kajuty, żeby się przespać, ale Dorota nie wiedziała o tym. Pamiętała tylko, że ciotka Emilia zobowiązała ją do opieki nad wujem, postanowiła więc natychmiast udać się na pokład i odszukać go, chociaż burza huczała coraz groźniej, a statek zanurzał się coraz głębiej. Ale szybko stwierdziła, że jedyne, co jest w stanie zrobić, to wejść na schody prowadzące na pokład. Kiedy się tam znalazła, wicher uderzył w nią z taką siłą, że o mało nie zerwał z niej spódniczki.
I oto nagle poczuła radosne podniecenie, opierając się sztormowi. Chwyciła się mocno poręczy i usiłowała przebić wzrokiem otaczający ją mrok: zdawało się jej, że nie opodal dostrzega niewyraźną postać mężczyzny trzymającego się masztu. Sądząc, że to wuj, krzyknęła, jak mogła, najgłośniej:
- Wuju Henryku! Wuju Henryku!
Ale wiatr huczał i wył tak strasznie, że ledwo słyszała dźwięk własnego głosu, a ów ktoś, kogo wołała, na pewno jej nie dosłyszał, bo nawet nie drgnął.
Dorota zdecydowała się podejść do niego i korzystając z tego, że szalejąca burza przycichła na chwilę, ruszyła śmiało naprzód w kierunku wielkiego czworobocznego kojca dla kur, przywiązanego mocnym sznurem do pokładu. Dotarła tam szczęśliwie, ale ledwie uchwyciła się prętów kojca, gdzie znajdowały się kurczęta, wicher, jak gdyby rozjuszony tym, że mała dziewczynka ośmieliła się przeciwstawić jego potędze, podwoił nagle swą siłę i z jeszcze większą wściekłością uderzył w pokład.
Z rykiem rozgniewanego olbrzyma zerwał sznury przytrzymujące kojec i uniósł go wysoko wraz z Dorotą, która kurczowo przywarła do prętów. Szarpiąc i okręcając swój łup we wszystkie strony, w chwilę później cisnął go w morze. Olbrzymie fale pochwyciły kojec i wyniósłszy go na szczyt pieniącej się grzywy, w następnej chwili strąciły w głęboką przepaść, jak gdyby był zabawką stworzoną dla rozrywki morskich potęg.
Dorota dała porządnego nurka, ale nie straciła przytomności umysłu ani na chwilę. Z całej siły trzymała się prętów, a kiedy tylko zdołała pozbyć się wody z oczu, dostrzegła, że wicher zerwał pokrywę z kojca i rozdmuchiwał piórka biednym trzepocącym się we wszystkie strony kurczętom, które wyglądały niby puchate miotełki do kurzu pozbawione rękojeści.
Dno kojca zbite było z grubych desek i Dorota stwierdziła, że trzyma się czegoś w rodzaju tratwy o ścianach z prętów, która doskonale mogła udźwignąć jej ciężar. Wykasławszy wodę i odzyskawszy oddech, przelazła przez pręty i stanęła na mocnym drewnianym dnie, gdzie poczuła się zupełnie pewnie.
"No i mam własny statek" - pomyślała, bardziej rozbawiona niż przestraszona nagłą zmianą sytuacji. A potem, ponieważ kojec znalazł się właśnie na wierzchołku fali, spojrzała ciekawie na statek, z którego zdmuchnął ją wiatr.
Był już bardzo, bardzo daleko. Pewnie nikt na pokładzie nie zauważył jej nieobecności, nikt nie wiedział o jej dziwnej przygodzie. Kojec znowu runął w przepastną otchłań między falami, a kiedy potężny bałwan wyniósł go do góry, statek był już tak daleko, że wyglądał jak zabawka. Wkrótce też zniknął w mroku i Dorota, westchnąwszy z żalem na myśl o rozstaniu z wujem Henrykiem, zaczęła się zastanawiać nad tym, co teraz los jej przyniesie.
Miotały nią rozhukane wody niezmierzonego oceanu, a utrzymywał na powierzchni tylko nędzny drewniany kojec o dnie zbitym z desek i o ścianach z prętów, przez które nieustannie wlewała się woda, nie zostawiając na niej suchej nitki.
Nie było tu nic do jedzenia, a przecież niedługo na pewno będzie głodna. Nie było też słodkiej wody do picia ani suchego ubrania na zmianę.
- Ale wpadłaś - roześmiała się sama do siebie. - Wpadłaś jak śliwka w kompot, Doroto! I doprawdy nie mam pojęcia, jak z tego wybrniesz!
Żeby jeszcze powiększyć jej kłopoty, powoli zakradła się noc i szare chmury nad głową dziewczynki sczerniały jak atrament. Ale wiatr, jak gdyby nareszcie miał dość złośliwych figli, przestał wymierzać ciosy w wody oceanu i popędził na drugi koniec świata, żeby huczeć i łopotać gdzie indziej. A fale uciszyły się i zaczęły się zachowywać grzecznie i spokojnie.
Szczęśliwie złożyło się dla Doroty, że burza wreszcie minęła. Bo inaczej, chociaż była bardzo dzielną dziewczynką, kto wie, co by się z nią stało. Wiele dzieci w podobnej sytuacji płakałoby i rozpaczało. Ale ponieważ Dorota przeżyła już tak wiele przygód i wyszła z nich szczęśliwie, więc i tym razem nawet nie przyszło jej do głowy, że jest się czego bać.
Przemokła na wskroś i bardzo jej było niewygodnie, to prawda. Ale westchnęła tylko raz jeden, o czym wam wspomniałem, po czym odzyskała zwykłą wesołość i zdecydowała cierpliwie czekać na to, co jej los przyniesie.
Ciemne chmury odpłynęły powoli i ukazał się skrawek błękitnego nieba, pośrodku którego świecił jasno i radośnie srebrny księżyc, a małe gwiazdki mrugały wesoło do Doroty, gdy spoglądała w ich stronę. Fale przestały ciskać i miotać nieszczęsnym kojcem, unosiły go teraz lekko i łagodnie jak kołyskę, a drewnianą podłogę, gdzie stała Dorota, przestała zalewać woda.
Wyczerpana przeżyciami ostatnich godzin, dziewczynka uznała, że sen będzie najlepszym sposobem, by odzyskać siły i spędzić przyjemnie czas lub przynajmniej skrócić oczekiwanie, nie wiadomo jeszcze zresztą na co. Dno przesiąknięte było wodą, a Dorota dokładnie przemoczona, ale na szczęście działo się to wszystko w ciepłym klimacie i dziewczynka nie czuła zimna. Przysiadła więc w kąciku, oparła się plecami o pręty, skinęła główką przyjaznym gwiazdom, zanim przymknęła powieki, i zasnęła w mgnieniu oka.
Spis treści
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
W kojcu dla kur
Żółta kura
Pismo na piasku
Tiktak - mechaniczny człowiek
Dorota otwiera puszkę z obiadem
Głowy księżniczki Nierychliwej
Ozma z Krainy Oz podąża na ratunek
Głodny Tygrys
Królewska rodzina
Olbrzym z młotem
Król Gnomów
Jedenaście zagadek
Śmiech króla Gnomów
Dorota zdobywa się na odwagę
Jak Billina wystraszyła króla Gnomów
Purpura, zieleń i zioło
Zwycięstwo Stracha na Wróble
Losy Blaszanego Drwala
Król Krainy Iw
Szmaragdowy Gród
Czarodziejski pas