Dorota i Oz znowu razem - Frank L. Baum

Reflow text when sidebars are open.
Lyman Frank Baum
Dorota i Oz znowu razem
Tłumaczyła Stefania Wortman
Tytuł oryginału: "Dorothy and the Wizard in Oz"
The Reilly & Lee Co. Chicago 1908.
Copyright ? 1908 by L. Frank Baum
Copyright ? Agencja Artystyczna MTJ, Warszawa 2013
Redakcja: Agencja Artystyczna MTJ
Korekta: Jolanta Spodar
Projekt okładki: Tomasz Rządkowski i Rendeer
Ilustracje: Krzysztof Krawiec
Wydanie I
Warszawa 2013
Agencja Artystyczna MTJ
ISBN 978-83-7699-198-6
Agencja Artystyczna MTJ sp. j.
ul. Porannej Bryzy 8, 03-284 Warszawa;
tel./fax (+48) 22 675 2814, 22 675 2850;
e-mail: info@mtj.pl; www.mtj.pl
Trzęsienie ziemi
ociąg z Frisko bardzo się spóźnił. Miał przybyć na stację w Hugson o północy, ale dopiero o piątej nad ranem, kiedy blady świt rozjaśnił niebo na wschodzie, kilka wagoników, turkocząc, podjechało wolno pod coś w rodzaju szopy, która służyła jako budynek kolejowy. Kiedy pociąg się zatrzymał, konduktor oznajmił donośnie: - Stacja Hugson!
Mała dziewczynka szybko zerwała się z miejsca i podążyła do wyjścia, dźwigając w jednej ręce wiklinowy kuferek, a w drugiej okrągłą klatkę osłoniętą gazetą (parasolkę wcisnęła pod pachę). Konduktor pomógł jej zejść ze stopni wagonu, po czym maszynista znów wprawił w ruch lokomotywę, która dmuchnęła dymem, stęknęła i potoczyła się leniwie po torach. Pociąg dlatego się spóźnił, ponieważ w ciągu nocy ziemia od czasu do czasu trzęsła się i dygotała i maszynista obawiał się, że w każdej chwili mogą rozsunąć się szyny i nastąpi katastrofa. Jechał więc powoli i ostrożnie.
Dziewczynka postała chwilę, patrząc na znikający za zakrętem pociąg, a potem odwróciła się, by zobaczyć, gdzie się znalazła.
Całkowite umeblowanie szopy, czyli stacji w Hugson, stanowiła stara drewniana ławka, która wcale nie wyglądała zachęcająco. W szarym porannym świetle nie było widać ani jednego domu i ani jednego człowieka. Dopiero po chwili dziewczynka dostrzegła nie opodal, tuż obok kępy drzew, konia i powozik. Kiedy podeszła bliżej, stwierdziła, że koń jest przywiązany do drzewa i stoi nieruchomo, z głową zwieszoną prawie do samej ziemi.
Było to ogromne, kościste konisko o cienkich nogach, wystających kolanach i szerokich kopytach. Był tak chudy, że można mu było z łatwością policzyć wszystkie żebra sterczące pod skórą, łeb miał długi, jakby za wielki dla niego, niepasujący do wychudłego ciała, ogon krótki i cienki. Uprząż, porwana w wielu miejscach, posczepiana była sznurkiem i kawałkami drutu. Powozik natomiast z wyczyszczonym do połysku daszkiem i zasłonami po obu stronach wyglądał prawie jak nowy. Kiedy dziewczynka obeszła go dokoła, żeby zajrzeć do środka, zobaczyła skulonego na siedzeniu śpiącego twardym snem chłopca. Odstawiła klatkę i trąciła go parasolką. Obudził się natychmiast, usiadł i przetarł energicznie oczy.
- Hej! - powiedział, spostrzegłszy ją. - Czy to ty jesteś Dorota Gale?
- Tak - odrzekła, patrząc z poważną miną na jego potargane włosy i mrugające bez przerwy szare oczy. - Czy to ty masz mnie zabrać na farmę Hugsona?
- Zgadza się - przytaknął. - Czy pociąg już przyjechał?
- Gdyby nie przyjechał, to i ja bym nie przyjechała - stwierdziła.
Roześmiał się. Śmiał się szczerze i wesoło. Wyskoczył z powozu, wsunął pod ławeczkę kuferek Doroty, a klatkę postawił na podłodze z przodu.
- Czy to kanarki? - spytał.
- Nie, to Eureka, moja kotka. Uważałam to za najlepszy środek transportu.
Chłopiec kiwnął głową.
- Jakie zabawne imię dla kota. Eureka!1
- Tak ją nazwałam, ponieważ jest znajdą - wyjaśniła. - Wuj Henryk mówił, że "eureka" znaczy "znalazłem".
- Dobra! A teraz wskakuj!
Wdrapała się do powoziku, chłopiec też wsiadł, chwycił lejce, potrząsnął nimi i wykrzyknął:
- Wio!
Koń nawet nie drgnął. Dorocie zdawało się, że pokręcił jednym ze swych zwisających uszu, ale tylko tyle.
- Wio! - krzyknął znowu chłopiec.
- Może jeżeli go odwiążesz - zauważyła Dorota - to ruszy. Chłopiec roześmiał się wesoło i wyskoczył z powozu.
- Widocznie jeszcze się całkiem nie rozbudziłem - powiedział, odwiązując konia. - Ale Barnaba zna się na rzeczy, prawda, Barnabo? - dodał, poklepując długi pysk konia.
Wsiadł z powrotem do powoziku, chwycił za lejce, a koń powoli odwrócił się od drzewa i pokłusował piaszczystą drogą, widoczną już w mglistym brzasku dnia.
- Myślałem, że ten pociąg nigdy się nie przywlecze - odezwał się chłopiec. - Czekałem pięć godzin na stacji.
- Mieliśmy nieustanne trzęsienie ziemi - powiedziała Dorota. - Czy nie czułeś, jak ziemia drżała?
- No tak, ale my w Kalifornii jesteśmy do tego przyzwyczajeni i nie przejmujemy się takimi drobiazgami - odrzekł.
- Konduktor mówił, że takiego okropnego trzęsienia ziemi jeszcze nigdy nie przeżył.
- Tak mówił? No, to musiało zdarzyć się wtedy, kiedy spałem - rzekł chłopiec po namyśle.
- Jak się czuje wuj Henryk? - spytała po chwili dziewczynka. Koń kłusował dalej długim, regularnym krokiem.
- Bardzo dobrze. On i wuj Hugson czują się razem wspaniale.
- Czy pan Hugson to twój wuj? - dowiadywała się Dorota.
- Tak. Wuj Bill Hugson ożenił się z siostrą żony twego wuja Henryka. Jesteśmy więc kuzynami z drugiej linii - powiedział chłopiec rozbawionym głosem. - Pracuję u wuja Billa na ranczu, a on mi płaci sześć dolarów miesięcznie, daje też mieszkanie i utrzymanie.
- Czy to dużo? - spytała nieufnie.
- Dla wuja Hugsona to dużo, a dla mnie mało, bo jestem świetny robotnik. Pracuję tak, jak śpię, czyli znakomicie! - dodał, śmiejąc się.
- Jak ci na imię? - zainteresowała się Dorota, której spodobało się zachowanie chłopca i jego wesoły głos.
- Imię mam nieco za poważne - odrzekł jakby trochę zawstydzony. - Nazywam się Robert, ale mówią na mnie "Bob". Słyszałem, że byłaś w Australii.
- Tak, z wujem Henrykiem - odrzekła. - Przyjechaliśmy do San Francisco tydzień temu. Wuj Henryk pojechał od razu na wasze ranczo, a ja zostałam przez ten czas u przyjaciół, których spotkaliśmy w mieście.
- A jak długo będziesz u nas?
- Tylko jeden dzień. Jutro razem z wujem Henrykiem wracamy do Kansas. Bardzo długo byliśmy w podróży i chcemy już znaleźć się w domu.
Chłopiec śmignął batem nad kościstą szkapą i zamyślił się. Chciał coś powiedzieć swojej małej towarzyszce, ale zanim zdążył wymówić słowo, powozik zachybotał się gwałtownie i przechylił na bok, a ziemia przed nimi zaczęła się podnosić.
Po chwili usłyszeli huk i przeraźliwy łomot. Dorota ujrzała, jak w ziemi rozwiera się szeroka szczelina, po czym znowu się zamyka.
- Wielki Boże! - krzyknęła, chwytając żelazną poręcz ławeczki. - Co to było?
- Ogromne trzęsienie ziemi - odrzekł chłopiec, śmiertelnie blady. - O włos, a byłoby po nas, Doroto.
Koń zatrzymał się raptownie i stanął nieruchomo, jak skamieniały. Bob potrząsnął lejcami i kazał mu iść dalej, ale Barnaba uparcie nie ruszał z miejsca. Chłopiec trzasnął z bicza, dotykając boków zwierzęcia, i koń, protestując jękliwie, wreszcie znów zaczął dreptać drogą.
Chłopiec i dziewczynka milczeli długą chwilę. Owionął ich oddech straszliwego niebezpieczeństwa, które w każdej chwili mogło się powtórzyć. Uszy Barnaby stały sztywno, a każdy muskuł jego długiego ciała napięty był jak struna.
Choć nie posuwał się zbyt szybko, ociekał pianą i drżał jak liść. Niebo pociemniało, a wiatr nad doliną zawodził dziwnym głosem przypominającym płacz dziecka. Nagle powietrze przeszył rozdzierający huk i ziemia znów się rozstąpiła, tworząc olbrzymią szczelinę tuż przed nogami konia. Z rozpaczliwym rżeniem zwierzę runęło w przepaść, pociągając za sobą powóz wraz z pasażerami.
Dorota uchwyciła się budki pojazdu, a chłopiec uczynił to samo. Nagły pęd w otchłań oszołomił ich do tego stopnia, że nie mogli zebrać myśli. Ciemność otaczała ich ze wszystkich stron i w zapierającej dech śmiertelnej ciszy czekali, kiedy przestaną lecieć w dół i rozbiją się o ostre skały albo ziemia zamknie się znowu nad nimi i pogrzebie ich na wieki w potwornej głębi.
Przerażające uczucie towarzyszące spadaniu, ciemność i potworny huk - wszystko to było ponad siły Doroty i dziewczynka straciła przytomność. Bob, bardziej wytrzymały, był przecież chłopcem, nie zemdlał, ale bał się straszliwie. Przylgnąwszy mocnym uchwytem do ławeczki, oczekiwał chwili, która mogła stać się ostatnią chwilą jego życia.
1 Eureka - okrzyk, jaki rzekomo wydał Archimedes (ok. 287-212 r. p.n.e.), wielki fizyk i matematyk grecki, gdy odkrył prawo, iż ciało zanurzone w wodzie traci pozornie na ciężarze tyle, ile waży woda o objętości tego ciała.
Spis treści
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Trzęsienie ziemi
Szklane miasto
Przybycie Czarnoksiężnika
Królestwo Warzyw
Dorota zrywa Księżniczkę Królewskiego Rodu
Lud Mangabów staje się groźny
Uwięzieni w Czarnej Przepaści i znowu wolni
Dolina Głosów
Walka z niewidzialnymi niedźwiedziami
Mieszkaniec Góry Piramidalnej
Spotkanie z drewnianymi Gargulcami
Niezwykła ucieczka
Jaskinia smoczków
Ozma sięga po czarodziejski pas
Spotkanie z dawnymi przyjaciółmi
Barnaba - koń dorożkarski
Dziewięć małych świnek
Proces kotki Eureki
Czarnoksiężnik przedstawia nową sztuczkę magiczną
Bob powraca na ranczo