ROZDZIAŁ TRZECI
PTAKI W KLATCE MUSZĄ ŚPIEWAĆ
Nie jestem zdziwiona, kiedy mama spóźnia się po mnie dwadzieścia minut. Tata mówi, że LaToya Jones spóźni się na własny pogrzeb. To dlatego odmówił tradycyjnego ślubu i poszedł prosto do sądu kilka miesięcy przed moimi narodzinami.
Jestem więc przyzwyczajona do pisania w śpiewniku na schodach szkoły i czekania na jej przyjazd...
In your heart, it's a start.
And we can't grow when we're this far apart.
Let's take it to another level
I'll be a sunrise in your meadow...[2]
Dwa trąbnięcia wybijają mnie z rytmu. Bip! Bip!
- Heeeej, Chanty! - rzuca mama, wciąż w szpitalnym stroju, z brązowymi dredami związanymi w schludny kok. - Przepraszam za spóźnienie. Gdzie twoja siostra?
- Tu jestem - mówi Shea, podskakując za mną, kiedy wsiadamy do furgonetki. - Pa, Becky. Pa, Anna. Pa, Lindsey!
- Pa, Shea Shea - odpowiada śpiewnie grupa jej koleżanek z pierwszej klasy.
Siostra ładuje się na środek tylnego siedzenia i trąca ramię mamy czekoladową twarzyczką.
- Mamo, mogę iść do domu Lindsay Gray w ten weekend?
- Najpierw obowiązki, potem białe dziewczyny. Zapnij pasy!
- Mamo - jęczy Shea. - Okno jest otwarte. Ludzie cię słyszą.
Mama zamyka okno i odjeżdża, a Shea nawija, jak jej minął dzień. Odnalazła się w liceum, co przychodzi łatwiej, kiedy człowiek ma przyjaciół z gimnazjum, niż kiedy się przenosi jak ja. W każdym kręgu pasuję jak brązowy kameleon, jestem rozdymką bez wody przy mojej młodszej siostrze.
- Nie zapomnij złożyć prania. I wyjąć łososia z zamrażarki - przykazuje mama, gdy podrzucamy Sheę do domu.
- Nie zapomnę! Jezu.
- Nie pozwól bliźniakom zdjąć warzyw z pizzy - przypominam. - A Destiny lubi tylko pokrojoną na kwadraty, inaczej nie zje. Poza tym dziś nowy odcinek Love and Hip Hop!
- Wiem, Chanty, wiem. - Śmieje się. - Będę oglądać z Becky na FaceTimie.
Mama wyjeżdża z podjazdu.
- Masz adres tych zawodów? - pyta.
- Tak - odpowiadam nerwowo, wpisując ulicę w GPS.
Mama marszczy brwi.
- Och. To na Manhattanie?
- Mhm.
- Niech to. Nie wiedziałam, że to w centrum. I to tak późno w dzień powszedni!
- Pewnie chodzi o większy basen. - Staram się, żeby moje kłamstwa brzmiały wiarygodnie, gładko jak nietknięta woda.
- W porządku, ale napisz do taty, że wrócimy późno.
W drodze mama dyryguje domową orkiestrą na głośnomówiącym.
- Shea, na jaką temperaturę ustawiłaś piekarnik? Jeśli dasz za wysoką, pizza się przypali. I czy wyjęłaś rybę, tak jak prosiłam?
- Tak, mamo! - Shea wzdycha. - Jezu!
Shea rzadko pilnuje maluchów sama. Wciąż uważam ją za jedną z nich.
- Tata odbierze małą z przedszkola przed pracą. Gdzie bliźniaki?
- Odstawiają Kung Fu Pandę w salonie.
- Cześć, mamusiu! - krzyczą w tle.
- Cześć, dzieciaki! Jak się mają moje brzdące? Powiedzcie mi najlepszą rzecz, jaka wam się dzisiaj przydarzyła.
Mama zawsze uprawia multitasking i ma w głowie dużo otwartych zakładek. Na pożegnanie rzuca Shei ostatnie wskazówki.
- Więc co to za zawody? Jakieś ważne?
- Mhm. Trenerka mnie zgłosiła. Będą rekruterzy z uczelni i w ogóle.
- Naprawdę? - Mama promienieje i mocniej wciska gaz. Podgłaśniam 107.5 WBLS, starą stację z R&B. Leci Saving All My Love for You Whitney Houston, więc nucę do rytmu.
To dobry trening.
- Nie rozumiem, jak mogła tak zamieszać - prycha mama, kiedy spieszymy przez kampus.
- Zwykła pomyłka - mówię i sprawdzam godzinę, akurat gdy przychodzi SMS od Gab.
Hej, jak tam?
Jeszcze nie dotarłam
Laska! Zamykają kolejkę za pół godziny
Rusz tyłek!
- Ale o tydzień za wcześnie? - narzeka mama. - Nie wie, że niektórzy z nas mają pracę? Czemu tak biegniesz? Zwolnij!
Wlecze się za mną, szukając kluczy w wielkiej torebce, więc niby od niechcenia przechodzę do następnej fazy planu.
- Hej, mamo. Skoro mamy trochę czasu i już tu jesteśmy... możemy zahaczyć o jeszcze jeden turniej?
- Jakie zawody pływackie odbywają się tak późno?
- Właściwie to konkurs wokalny. Przyjaciółka mi o nim opowiadała... dzisiaj. Taka drobnostka.
Mama unosi głowę i mruży oczy.
- Och, doprawdy?
Jestem rozdarta między prawdą a kłamstwem. Brnę dalej.
- Proszę! To nie potrwa długo. To tylko piętnaście minut stąd.
- I wiesz o tym, bo...?
- Wygooglałam po drodze. Pomyślałam, że jeśli skończymy wcześniej, może tam zajrzymy. Nie żebym się spodziewała, po prostu, no wiesz... wykazuję inicjatywę. Tak jak zawsze mi radzisz, prawda? To wygląda dobrze w rekomendacjach na studia.
Mama wypuszcza powietrze.
- Chanty, rozmawiałyśmy o tym. Szkoła, potem zajęcia dodatkowe, potem lekcje, potem obowiązki w domu, a dopiero na końcu śpiewanie. Tak dostaniesz się na studia!
Tłucze mi to do głowy bez skutku od lat.
- Wiem! I wszystko zrobione, prawda? Szkoła odhaczona. Zajęcia dodatkowe odhaczone. Pracę domową odrobiłam w czasie lunchu. Shea ogarnia w domu, więc...
Mama kręci głową.
- No dobrze. Masz godzinę.
Uśmiecham się. Tylko tyle potrzebuję.
Z audytorium słychać ryk oklasków bombardujący gwarne lobby Beacon Theatre.
- Nie mówiłaś, że to mały konkurs? - woła mama stojąca za mną, patrząc na wielki baner z napisem: MUSIC LIVE: PRZESŁUCHANIA.
- Tak myślałam - mruczę, dostrzegając szyld NA ŻYWO i światła kamer.
- Zaraz, Chanty... czy to jest Music LIVE? Ten program na kanale BET?
Udaję, że jej nie słyszę, gdy podchodzimy do stolika z zapisami na kilka minut przed zakończeniem rejestracji.
- Enchanted Jones - sapię bez tchu. - Na przesłuchania.
- Masz szczęście. Właśnie mieliśmy zamykać. Jesteś zarejestrowana?
- Tak... zarejestrowałam się online.
Mama chrząka za mną, a kobieta przesuwa palcem po liście.
- Mam cię! Okej, to twój numer. Masz ścieżkę?
- Tak, tutaj - przytakuję, machając iPhonem.
- Super. Jak cię wywołają, przekaż swoją kartę jurorom i idź na scenę. Śmiało. Powodzenia!
- Dziękuję - rzucam i obracam się do mamy, która stoi z założonymi rękami. Wiem, że mam przerąbane, ale ignoruję jej zabójczy wzrok. Ostatecznie to wszystko się opłaci, wiem o tym.
Audytorium jest zatłoczone. Fioletowe i białe światła sceniczne padają na falę twarzy. Muzyka pulsuje mi w piersi. Biorę mamę za rękę, rozglądam się po pomieszczeniu i znajduję dwa puste czerwone aksamitne siedzenia z tyłu.
Na scenie dziewczyna z długimi doczepami śpiewa - tak naprawdę masakruje - piosenkę Destiny's Child Cater 2 U, a tłum na nią buczy. Jej twarz widnieje na wielkich ekranach, a ona z trudem wymusza odważny uśmiech.
Music LIVE to odpowiedź BET na American Idol. Konkurs wokalny w trzech rundach. Główna nagroda: dziesięć tysięcy dolarów. Jeśli wygram, wystarczy mi na opłacenie prawdziwej sesji w studiu, żeby nagrać album. Nawet jeśli nie wygram, mam szansę na zostanie zauważoną przez wytwórnie płytowe, menadżerów i ludzi z A&R. Dużo tych "jeśli", ale lepsze to niż nic.
Nie wiedziałam jednak, że przesłuchania są otwarte dla publiczności. Gab pominęła ten kluczowy szczegół.
Wszyscy, łącznie z innymi uczestnikami, noszą imprezowe ciuchy i obcasy. Przełykam gulę w gardle.
- Zaraz wracam - rzucam do mamy i uciekam, zanim zacznie zadawać pytania.
W łazience walczę z tuszem do rzęs i eyelinerem Gab, zakładam jej złote bambusowe kolczyki-koła, dodaję odrobinę różowej szminki i przeciągam drżącą dłonią po głowie. Strzelam szybkie selfie i wysyłam Gab.
Wyglądam okropnie w tym różu.
To róż telewizyjny! Wyglądasz ślicznie!
Kiedy wracam, mama mi się przygląda.
- Wołali mnie już? - pytam.
- Nie - odpowiada szorstko, a ja próbuję nie życzyć sobie, żeby zamiast niej była tu babcia.
Z profilu poznaję Richiego Price'a przy stole naprzeciw sceny. To sławny producent muzyczny i reżyser telewizyjny czy coś. Czytam jego bio na stronie. Obok niego siedzi Melissa Short, producentka muzyczna z RCA. A obok niej Don Michael, piosenkarz.
- Czas na Amber B. Chodź do nas, Amber!
Tłum wiwatuje, gdy dziewczyna na oko w moim wieku dumnym krokiem wchodzi na scenę. Macha jurorom i staje na środku.
- Cześć, kochanie - mówi Richie.
- Cześć! - szczebiocze Amber, a jej bujne złote loki podskakują wokół twarzy w kształcie serca.
- Co dziś dla nas zaśpiewasz?
- Halo Beyoncé.
- Dobrze, posłuchajmy!
Amber kiwa głową na dźwiękowca i z głośników leci bit. Tłum klaszcze do rytmu. Amber bierze mikrofon i zamyka oczy.
- Remember those walls I built?
Well, baby, they tumbling down...[3]
Jej głos jest... majestatyczny. To mieszanka słodyczy z nutką ostrości. Głos stworzony na scenę. Osuwam się na siedzeniu z nerwowym ściskiem żołądka.
- Mamo - piszczę. - Powinnyśmy iść.
Ale mama nie słyszy, zahipnotyzowana skórą Amber iskrzącą jak pył księżycowy w blasku świateł sceny. Nigdy nie będę brzmiała tak dobrze jak ona. Ani wyglądała tak dobrze jak ona. Narzucam bluzę z kapturem i biorę torbę na książki. Jeśli wyjdę teraz, mama złapie mnie przy samochodzie.
Wstaję, kiedy przy drzwiach robi się chaos. Chmara krzepkich, ubranych na czarno ochroniarzy wpada do środka, tworząc okrąg wokół czegoś... albo kogoś. Ten ktoś ma na sobie biały dres.
Gdy nieznajomy staje na środku alejki i ściąga kaptur, w tłumie rozlega się pisk.
- Boże! To Korey Fields!
Korey Fields rozjaśnia salę porażającym uśmiechem. Skocznym krokiem zmierza do stołu jurorów, nie zważając na podekscytowaną widownię. Na scenie Amber kończy piosenkę, ale stoi zszokowana.
- Wow, Chanty - woła mama, bijąc brawo. - Korey Fields!
Odebrało mi mowę. To miało być zwykłe przesłuchanie. Najpierw tłum, teraz Korey Fields... wszyscy zeszli się zobaczyć, jak robię z siebie idiotkę.
- Mamo, chodźmy, zanim...
- Czas na... Enchanted Jones!
[2] W twoim sercu, to już początek. / Nie dojrzejemy tak daleko od siebie. / Wejdźmy na wyższy poziom, / będę wschodem słońca na twojej łące.
[3] Pamiętasz mur, który wybudowałam? / Kochanie, on się wali.