GRUDZIĄDZ, LUTY 1946
Helga wyjrzała na ulicę, ale słaby blask świecy rozjaśniający pomieszczenie powodował, że poza swoim niewyraźnym odbiciem w szybie niewiele mogła zobaczyć. Obronnym gestem przytuliła do siebie kilkumiesięcznego synka, który załkał żałośnie.
- Ciii, już dobrze. Dobrze - powtórzyła automatycznie.
W zrujnowanym mieście było ciemno, pusto i cicho. Tylko w nielicznych oknach ocalałych domów widać było słabą poświatę. Znak, że i tam mieszkali ludzie. Wpatrywała się w nie z zazdrością, a potem znowu objęła wzrokiem ulicę. Fritz mógł wrócić w każdej chwili, a wówczas... Mimo ciepła, które biło od kozy stojącej na środku pokoju, zrobiło jej się zimno. Na skraju rozgrzanej płyty leżał nóż. Jego ostrze żarzyło się czerwono i Heldze, kiedy na nie spojrzała, przypomniała się poprzednia zima: oblężenie, huk artylerii i wojska radzieckie wkraczające do płonącego miasta.
Oderwała się od szyby, za którą przemknął gazik z ruskimi sołdatami. Wolną ręką zaczęła zbierać ze stołu poskładane w kostkę niemowlęce ubranka i wkładać je do małej walizki. Szybko, coraz szybciej. Przez cały czas szeptała do malca, mocno tuląc go do siebie. Uspokoił się i patrzył na matkę wielkimi, jakby zdziwionymi oczami, a potem spróbował złapać ją za jasne włosy. Odsunęła pulchną rączkę i położyła synka na stole, żeby go przewinąć. Rozpięła śpiochy. Niemieckie słowa szeleściły jak wiatr w szczelinach okien.
Oboje drgnęli, gdy ktoś załomotał do drzwi.
- Otwieraj!
Helga słysząc podniesiony głos męża, wtuliła głowę w ramiona. Niemowlę zaniosło się głośnym płaczem.
- Pospiesz się, słyszysz?!
Pospiesz się! Pospiesz!, ponaglała się w duchu. Fritz potrafił być bardzo przekonujący, jeśli tylko chciał.
Przytrzymując wierzgające dziecko, by nie zsunęło się ze stołu, sięgnęła w kierunku kozy i chwyciła nóż. Przez łzy widziała jego lśniący szpic i gładkie ciało synka. Jasną, napiętą skórę, pod którą rysowały się fałdki tłuszczu. Ręka jej zadrżała, ale Fritz załomotał znowu. Drzwi stęknęły głucho. Dłużej nie mogła zwlekać.
- Mama wróci po ciebie. Obiecuję, kochanie... - Szept przeszedł w szloch.
Ostrze powoli zbliżyło się do dziecka i pomieszczenie wypełnił wysoki, przejmujący krzyk.
Mężczyzna za drzwiami znieruchomiał. Słuchał.
Kiedy mu w końcu otworzyła, w półmroku za mężem dostrzegła przestraszoną twarz Marietty, swojej czteroletniej córki.
ZGORZELEC-STRASBURG, STYCZEŃ-LUTY 1978
Rozpędzony pociąg parł naprzód przez białą równinę poznaczoną tu i tam czarnymi sylwetkami drzew. W oddali widać było las, ciemny i zwarty, od góry oprószony śniegiem, i jaśniejsze od niego pasmo wzgórz. Do zachodniej granicy Polski było coraz bliżej.
Mężczyzna wyszedł z przedziału na pusty korytarz i wyjął papierosa. Błysnęła zapałka i w jasnych oczach zalśniły pomarańczowe refleksy. Ciepło płomienia przez chwilę grzało zziębnięte palce. Zaciągnął się raz i drugi, czekając, aż zdenerwowanie wywołane myślą o zbliżającej się kontroli celnej ustąpi miejsca uczuciu przyjemności. Dym musował w płucach, razem z krwią docierał do mózgu i osnuwał go miękką mgiełką o konsystencji waty.
Jeśli zachowa spokój, wkrótce będzie po drugiej stronie. Zakończy jeden etap życia i zacznie następny. W tym momencie nie wydawało się to bardzo trudne. Wystarczyło przekroczyć tę cholerną granicę...
Znowu się zaciągnął. Łapczywie, jakby ten papieros miał być ostatni. Powinien panować nad emocjami, ale czuł rosnące napięcie. By się od niego uwolnić, wrócił myślą do tego, co zostawiał za sobą: do ostatniego przed wyjazdem dnia na uczelni.
Miał trzydzieści dwa lata i w studentach, którzy przychodzili na jego zajęcia, widział siebie sprzed ośmiu, może dziesięciu lat, z czasów, kiedy nikt jeszcze nie oczekiwał od niego, że będzie podejmował decyzje i brał na siebie zobowiązania, które zaważą na jego życiu. Dobrze pamiętał tamtą beztroskę. Pewnie dlatego miał z nimi dobry kontakt. Częściej był dla nich kumplem niż mentorem, a w niewielkiej sali, w której się spotykali, zwykle brakowało nawet miejsc stojących.
- No dobrze... wystarczy tych dygresji - usłyszał swój głos i znowu zobaczył przed sobą młodych słuchaczy. - Powtarzam pytanie: kto waszym zdaniem jest centralną figurą jego twórczości?
Wpatrywali się w niego, licząc na to, że sam odpowie.
- No, śmiało! - zachęcił ich.
- Człowiek? To znaczy: każdy z nas? - usłyszał nieśmiały głos.
Pokręcił głową.
- Sędzia?... Albo szerzej: urzędnik?
- Cieplej. - Uśmiechnął się pod wąsem, który - podobnie jak krótka bródka i okulary do czytania - dodawał mu lat.
- Ojciec? - zapytał ktoś z końca sali.
Spojrzał w tamtą stronę. Chłopak z włosami do ramion. Nie bał się mówić, co myśli, i sprawiał wrażenie bystrzejszego od innych.
- Właśnie! - Skinął głową z aprobatą. Wziął z biurka książkę i otworzył na założonej stronie. - W Liście do ojca Kafka pisze wprost: "Moje pisarstwo traktowało o Tobie. Wypłakiwałem w nim jedynie to, czego nie mogłem wypłakać, tuląc się do Twej piersi"[1].
- Czyli co? Ci wszyscy sędziowie, śledczy, urzędnicy to są figury jego ojca? - zapytała z powątpiewaniem blondynka z pierwszego rzędu.
- Czemu nie? Relacja ojciec-syn, tak jak urzędnik-petent czy władca-poddany, opiera się na pradawnych formach i zasadach. - Zwłaszcza zasadach, dopowiedział w duchu i poczuł gorycz. Zaraz jednak przywołał się do porządku i mówił dalej: - Ich złamanie pociąga za sobą... Co, jak myślicie?
- Karę?
- Niekoniecznie karę... - zawiesił głos, na próżno czekając na dalsze podpowiedzi. - Ale z pewnością grzech.
Odruchowo spojrzał na zegarek.
- Moi drodzy, to wszystko na dzisiaj. Rozwińcie ten temat w krótkim eseju. Wasze prace sprawdzę po powrocie. Pod moją nieobecność zajęcia poprowadzi magister Wilczek.
Zbiorowy jęk zawodu sprawił mu przyjemność. Lubił mieć pewność, że dobrze wykonuje swoją pracę.
- Tylko nie przynieście mi wstydu - powiedział do studentów z uśmiechem, a potem pakując do torby książki i notatki, odpowiadał na każde "do widzenia" z poczuciem, że ich okłamuje.
Kiedy po zajęciach szedł do gabinetu profesora Ostoi, rozległe, wysokie korytarze były już puste. Po drodze minął tylko kilkoro studentów, którzy zasiedzieli się w bibliotece. Zrobiło się późno i półmrok, poczynający sobie coraz śmielej w kątach i zakamarkach, ukrył przed jego wzrokiem brzydotę lamperii i wytartych drewnianych podłóg klekoczących przy każdym kroku obluzowanymi klepkami. W tej przedwieczornej godzinie świat był szary jak wcześnie zapadający zmierzch.
Przed drzwiami gabinetu rozejrzał się, a potem zapukał i nie czekając na zaproszenie, nacisnął klamkę. Jako asystent profesora był tu częstym gościem. W niewielkim, zagraconym pomieszczeniu spędzali nieraz całe godziny, dyskutując o jego doktoracie, omawiając tematy zajęć i artykułów, które powinien napisać, a które dotąd nie powstały.
Zatrzymał się w progu, bo w pokoju nie było nikogo. Jego środek zajmowało spore biurko przykryte grubą warstwą rozrzuconych byle jak dokumentów. Przy ścianach stały regały od podłogi do sufitu wypełnione książkami. Pachniało kurzem, starym papierem i wilgocią, która lizała ściany w narożnikach, zostawiając na nich brzydkie żółte plamy.
Miał zamiar się wycofać, ale zatrzymał go głos dobiegający spod okna.
- Spakowany?
- Tak... Niewiele biorę. To tylko trzy tygodnie - odparł zaskoczony, podchodząc do biurka.
W wąskim przesmyku między nim a otwartą szafką stojącą pod oknem klęczał profesor Ostoja i mocował się z najniższą półką, pod którą, tuż nad podłogą, widoczna była wąska szczelina. Wsuwał w nią to jedną, to drugą dłoń.
- Tutaj też przewrócili wszystko do góry nogami, ale nic nie znaleźli. - Uśmiechnął się z triumfem.
Wreszcie udało mu się namacać i odkleić od spodniej powierzchni półki dość grubą szarą kopertę formatu A4. Podniósł się z wysiłkiem i położył ją na biurku. Ostrożnie usunął paski taśmy klejącej. Był już starszym mężczyzną, dobrze po sześćdziesiątce, łysiejącym, z lekką nadwagą, której nie mogła ukryć znoszona marynarka w kratę.
- Wiesz, co za to grozi - bardziej stwierdził, niż zapytał Ostoja, opierając ręce o blat biurka. - Jesteś pewien, że chcesz to zrobić?
- Tak, profesorze.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy jak ludzie, którzy dobrze się znają i darzą zaufaniem.
- Każda strona raportu to świadectwo bezprawia tej władzy. Świadectwo tego, co nam robią... - wyjaśnił Ostoja, jakby nie był pewien, czy młodszy mężczyzna na pewno to rozumie.
- Przekażę, komu trzeba.
Mimo tego zapewnienia profesor jeszcze się wahał. Wreszcie przesunął kopertę w stronę asystenta i przyglądał się, jak chowa ją do torby, opuszcza klapę i poprawia pasek na ramieniu. Wydawało się, że Ostoja miał zamiar powiedzieć coś jeszcze, udzielić mu rady, a może ostrzec... Jednak i z tym zwlekał.
Dopiero kiedy odwrócił się w drzwiach, żeby się pożegnać, stary wykładowca uśmiechnął się ze smutkiem.
- Na twoim miejscu bym tu nie wracał.
Mówił, jakby wiedział. Ale przecież nie mógł wiedzieć. Może tylko żałował, że nie jemu trafiła się taka okazja.
Z zamyślenia wyrwał go ruch, który dał się zauważyć w przedziałach. Zdusił niedopałek i wrzucił do popielniczki. Pojawiły się pierwsze zabudowania. Pociąg zwolnił i w mroźnym powietrzu raz i drugi wybrzmiał donośny gwizd lokomotywy. Więc to już, przemknęło mu przez głowę. Zgorzelec. Granica z NRD. Pierwsza z trzech granic, które miał przekroczyć. Zdążył usiąść na swoim miejscu, gdy przed oczami mignął mu piętrowy, kanciasty budynek dworca z dużymi prostokątnymi oknami, nowoczesny, widać niedawno oddany do użytku, i pociąg wtoczył się na stację, na której roiło się od umundurowanych żołnierzy służby granicznej.
Patrzył na ich wyprostowane sylwetki, pozbawione wyrazu twarze i karabiny maszynowe na piersiach. Przysunął twarz do szyby. Dostrzegł psy. Owczarki niemieckie. Z góry widział ich ciemne grzbiety i płowe boki. Obwąchiwały podwozie wagonu, szukając uciekinierów próbujących nielegalnie wydostać się z kraju.
Bezwiednie zacisnął i rozwarł dłonie. Odruch, nad którym nie potrafił zapanować. Niepokój towarzyszący mu od początku podróży jeszcze się wzmógł, ale kiedy powiódł wzrokiem po twarzach współpasażerów, zrozumiał, że nie jest osamotniony. Oni także byli spięci, niepewni. Odkąd pociąg się zatrzymał, nikt nie powiedział słowa. Siedzieli w milczeniu kilka minut, z których każda wydawała się trwać i trwać. Ciszę panującą w przedziale przerywały jedynie doskonale słyszalne z zewnątrz komendy wydawane psom.
Wtem na korytarzu zrobiło się głośno. Zadudniły podkute buty. Drzwi odsunięte zdecydowanym ruchem odskoczyły gwałtownie i do środka zajrzeli dwaj żołnierze w zielonych mundurach.
- Coś do oclenia? - Pierwszy patrzył na podróżnych z wyczekiwaniem. - Nic? Wyjść! - rozkazał krótko, więc wysuwali się po kolei, szybko, jakby chyłkiem, i ustawiali w szeregu w wąskim korytarzu. - Dokumenty!
Żołnierz oglądał je dokładnie, porównując zdjęcia i twarze, jakby każda z osób wydawała mu się podejrzana. W tym czasie drugi celnik omiatał światłem latarki ciemne wnęki pod siedzeniami. Kiedy skończył, zainteresował się bagażami upchniętymi ciasno na półce pod sufitem.
- Czyje to? Otworzyć! - wskazał skórzaną walizkę.
Jego walizkę.
Od zaciskania pięści rozbolały go stawy palców. Na miękkich nogach wrócił do przedziału. Zdjął ją i rozsunął zamek. Celnik bez przekonania zaczął przerzucać starannie poukładane ubrania i kosmetyki. Pod spodem natrafił na książkę, którą wertował przez nieznośnie długą chwilę.
Podróżny obserwował tę zabawę, z trudem zachowując obojętny wyraz twarzy.
Żołnierz chyba wyczuł jego napięcie. Podniósł wzrok znad szeleszczących kartek. Miał twarde, przenikliwe spojrzenie, przed którym nie było dokąd uciec. I ciężką dłoń, którą położył na jego piersi, żeby sprawdzić, czy serce nie bije zbyt szybko. Słyszał, że tak robią, ale w to nie wierzył, a teraz sam poddawany był takiej próbie. Żołnierz wsłuchiwał się w niego, dopóki celnik sprawdzający dokumenty nie dał znać, że czas zmienić przedział. Wówczas rzucił książkę na stertę ubrań w walizce i odszedł bez słowa, zostawiając go na granicy bezdechu.
Powoli wypuścił powietrze. Niewiele brakowało. Wytarł wilgotne ręce w spodnie i poprawił koszulę, która wysunęła się z nich, kiedy zdejmował walizkę. Czuł, że lepi mu się do pleców pod sztruksową marynarką. I pod kopertą z raportem profesora Ostoi, którą na pół godziny przed granicą wetknął za pasek spodni.
Pierwsze doświadczenie z celnikami dodało mu pewności siebie i dalsza podróż mimo przesiadek minęła bez przygód. Z kopertą ukrytą pod marynarką przejechał przez Niemcy Wschodnie i przeszedł kontrolę na granicy z RFN, odczuwając zaledwie nieprzyjemny ucisk w żołądku. Tym razem żadnych palpitacji, trzęsących się dłoni, uczucia bliskiego paniki... Jak wszystko, także i to było kwestią treningu. Jeszcze kilka posterunków straży granicznej i widok umundurowanych żołnierzy nie robiłby na nim wrażenia.
Gdy z daleka dostrzegł pojedynczą gotycką wieżę katedry Notre Dame, o której Goethe pisał, "że swoim ciężarem wrosła w ziemię"[2], i kilka minut później zobaczył połyskliwą taflę Renu, wyznaczającego granicę między RFN a Francją, pomyślał z satysfakcją, że mu się udało. Wyrwał się w świat, o którym profesor Ostoja mógł tylko pomarzyć. "Na twoim miejscu bym tu nie wracał", przypomniał sobie jego słowa. Nie powinien otwarcie o tym mówić.
Pociąg wjechał na dworzec w Strasburgu. Nim oczy zdążyły przyzwyczaić się do półmroku, pod sufitem rozbłysło światło. Pasażerowie podnieśli się z miejsc. Zrobiło się tłoczno. On także wstał i sięgnął do góry po walizkę. Korzystając z zamieszania, niepostrzeżenie odsunął zamek z jednej strony i wsunął kopertę z raportem Ostoi do środka. Założył dwurzędowy trencz, który w Polsce uchodził za elegancki, ale nie mógł ochronić go przed zimowym chłodem, przewiesił przez ramię swoją podręczną torbę i wziął bagaż. Po chwili był już na korytarzu. Powoli przesuwał się do końca wagonu, przyglądając się kolorowym reklamom na peronie, umieszczonym w podświetlonych przeszklonych gablotach. Francuzki na plakatach były bardzo atrakcyjne i sprawiały wrażenie zadowolonych z życia. Patrzyły wprost na niego z uśmiechem, w którego szczerość mógłby uwierzyć, gdyby nie był pewien, że to zawodowy grymas mający zadowolić fotografa.
Wraz z innymi podróżnymi dotarł wreszcie do schodków i wydostał się z pociągu. Rozglądał się zdezorientowany. Tłum pasażerów wciąż gęstniał. Wysiadający, których było coraz więcej, witali się z osobami czekającymi na peronie. Tylko nieliczni od razu kierowali się ku schodom wiodącym w dół, do podziemnego przejścia i być może do hali dworca. U ich szczytu pojawił się nagle korpulentny mężczyzna dobiegający sześćdziesiątki. Zbliżał się szybkim krokiem, wypatrując kogoś wśród przyjezdnych.
- Hans? Hans! - zawołał z radością, kiedy ich spojrzenia się spotkały.
W pierwszej chwili nie wiedział, jak zareagować. Przytaknął niepewnie, z rezerwą, z jaką zawsze podchodził do obcych, ale mężczyzna, nie zważając na jego zachowanie, objął go i po ojcowsku przycisnął do piersi.
- To ja, Helmut - powiedział po niemiecku, wzruszony. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę.
- Dobrze cię w końcu poznać, wujku - odparł zaskoczony serdecznością człowieka, którego widział pierwszy raz w życiu.
Mężczyzna poklepał go po plecach i mimo protestów odebrał mu walizkę. Energicznym krokiem ruszył w kierunku schodów.
- Jak podróż? - pytał, lawirując między innymi podróżnymi, zmierzającymi w tę samą stronę.
- Wspaniale... - Przed oczami znowu stanęli mu żołnierze z psami i bronią gotową do strzału.
Nowo poznany krewny musiał usłyszeć w jego głosie szczególny ton, bo rzucił mu zaciekawione spojrzenie, a widząc, że nie zamierza powiedzieć nic więcej, dodał:
- Witaj w wolnym świecie.
Doszli do nowoczesnego podziemnego parkingu znajdującego się w sąsiedztwie dworca. Hans nigdy nie widział czegoś podobnego: zamkniętej, wybetonowanej przestrzeni mogącej pomieścić kilkaset aut. Zastanawiał się, jakim samochodem przyjechał Helmut, gdy ten zatrzymał się obok mercedesa. Miła odmiana po wszystkich fiatach i wartburgach, które do tej pory oglądał na ulicach. Wnętrze pachniało skórą i wodą kolońską. Dobrą, drogą wodą, jaką w Polsce można było kupić tylko w peweksie. Hans zarabiał mało, a do tego w złotówkach, więc w takich sklepach bywał rzadko. Ale zapamiętał widok półek uginających się pod ciężarem luksusowych artykułów z importu, oszałamiającą woń perfum zmieszaną z aromatem czekolady i cytrusów oraz wielobarwny wachlarz opakowań i etykiet, które wabiły wzrok. Wnętrza peweksów były jak bombonierki, pełne czekoladek o różnych kształtach i smakach. Wybierać wśród nich było niepodobieństwem, bo każdej pożądało się równie mocno. Teraz oparł się o wygodne siedzenie i wdychał tę esencję Zachodu, która kojarzyła mu się z czymś nieosiągalnym. Dwa światy: tamten, z którego pochodził, i ten, do którego dotarł, dzieliło wszystko. Nawet zapach. Nagle poczuł się bardzo zmęczony.
Helmut włożył kluczyk do stacyjki. Silnik zamruczał i pojazd ruszył powoli przez rozległą halę.
- Wreszcie u celu, co?
- Tak - przyznał. - Po tych wszystkich dworcach, na których musiałem się przesiąść. W Görlitz, Dreźnie, Frankfurcie.
Wyjechali na powierzchnię i minęli długi zabytkowy budynek dworca z trzema ogromnymi półkolistymi oknami w wyższej, środkowej części. Hans przyglądał się miastu, które przesuwało się za szybą. Znowu zobaczył asymetryczną sylwetkę katedry z jedną wieżą i jakiś kanał, który zaraz znikł mu z oczu, gdy skręcili w lewo.
- Długo kazałeś nam na siebie czekać - odezwał się Helmut. - Od twojego pierwszego listu minął blisko rok...
- Starałem się o paszport. W Polsce to normalne. Przed wyjazdem za granicę trzeba pokonać tyle przeszkód, że czasem traci się chęć do podróżowania.
- W takim razie... dobrze, że ci się udało.
Oddalili się od centrum, ale wciąż jechali w tym samym kierunku. Okolica zmieniła się: zniknęły kamienice, place i duże skrzyżowania, wzdłuż cichych, wąskich uliczek ciągnęły się ogrody, w których stały okazałe, w większości piętrowe domy. Niektóre wyglądały jak małe pałacyki. Helmutowi i jego rodzinie chyba nieźle się powodziło. Hans utwierdził się w tym przekonaniu, gdy wuj zaparkował samochód przed starą, ale dobrze utrzymaną willą, której ściany pokrywała siateczka z cienkich gałązek winobluszczu, latem ukryta pod liśćmi, a teraz tworząca niekończący się, fantastyczny rysunek kontrastujący z przybrudzoną bielą budynku.
Z walizką w dłoni przyglądał mu się przez chwilę.
- Chodź. Ktoś na ciebie czeka. - Helmut gestem zaprosił go do środka.
Podążył wzrokiem za jego spojrzeniem i za firanką w oknie na parterze dostrzegł niewyraźną kobiecą sylwetkę.
Długo przygotowywał się na tę chwilę, ale gdy wszedł do domu, poczuł się jak intruz naruszający spokój mieszkających tu ludzi. Mimo wszystkich wysłanych i otrzymanych listów i serdecznego powitania na dworcu. Zawahał się, ale pomogła mu krzepiąca obecność mężczyzny, który położył dłoń na jego ramieniu.
- Odwagi - szepnął i Hans uświadomił sobie, że jest tam, gdzie powinien.
Przeszedł przez rozległą klatkę schodową i zatrzymał się w otwartych drzwiach długiego salonu. Zobaczył przeszklony kredens wypełniony porcelaną, lampę stojącą na niewielkiej szafce i zajmujący centralne miejsce owalny stół nakryty białym obrusem. W drugim końcu pomieszczenia przy jednym z dwóch okien stała kobieta, która odwróciła się na dźwięk kroków. W dłoni trzymała papierosa. Miała szczupłą, pociągłą twarz, wąski nos i jasne włosy w podobnym kolorze jak jego. Jej oczy za dużymi szkłami w przezroczystych oprawkach wydały mu się ogromne.
Patrzyli na siebie w pełnej napięcia ciszy. Papieros w dłoni kobiety dopalał się powoli. Hans oddałby wiele za to, żeby móc zapalić, ale się nie poruszył. Czekał na to, co się wydarzy. Zdenerwowanie, które odczuwał przez ostatnią dobę, osiągnęło punkt kulminacyjny, naprężone mięśnie twardniały pod skórą. Bał się, że go zawiodą, gdy zrobi pierwszy krok. Skupił się na tym, by wytrzymać to badawcze spojrzenie, z jednej strony pełne obawy i rezerwy, z drugiej - powstrzymywanej czułości.
Ona poddała się pierwsza, a może przejęła inicjatywę... i pokonała dzielącą ich odległość. Kiedy się przed nim zatrzymała, owionął go zapach perfum i dymu, mimo że papieros, którego nie dopaliła, zdążył zgasnąć. Drżącymi, chłodnymi palcami dotknęła jego policzka.
Jej oczy widziane z bliska miały odcień wyblakłego błękitu. Ich wyraz się zmienił. Zamiast podejrzliwości Hans zobaczył w nich miłość do utraconego dziecka.
- To ty, synku? - zapytała miękko.
- Mamo... - szepnął i łzy napłynęły mu do oczu, gdy pomyślał o tym, czego zabrakło w jego życiu.
- Hans... Nareszcie jesteś.
Nie była w stanie powiedzieć nic więcej, więc zrobił to, co powinien zrobić syn: pocałował ją w rękę, a ona położyła drugą dłoń na jego głowie.
Popołudnie przeszło w wieczór i w salonie zapalono wszystkie lampy. Ich blask docierał aż na werandę, przez którą wychodziło się do ogrodu, teraz cichego i pogrążonego w ciemności. Na stole pojawiły się nakrycia, półmiski z jedzeniem, a także wino, które - jak wyjaśnił Helmut - pochodziło z winnic ciągnących się na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów od miasta. Hans z natury małomówny, a teraz ogłuszony słowotokiem nowo poznanego wuja, z trudem rejestrował nazwy szczepów winorośli, z których słynęły te tereny. Gewürztraminer. Muscat. Pinot gris i blanc. Pinot noir, z którego robiono jedyne czerwone wino w Alzacji. I najlepszy do posiłków riesling oddychający w kieliszkach.
- To na twoją cześć, chłopcze - powiedział gospodarz, wznosząc toast. - W ostatnich tygodniach Helga mówiła tylko o twoim przyjeździe. Już dawno nie widziałem mojej siostry równie szczęśliwej.
- Ja także - włączyła się do rozmowy Marie, żona Helmuta, sporo od niego młodsza, przyjemnie zaokrąglona brunetka. - Jedzcie, bo wszystko wystygnie.
A więc to była jego nowa niemiecka rodzina. Hans przyglądał się im z zaciekawieniem. Serdeczny, ciepły Helmut, którego lubiło się od pierwszej chwili. Atrakcyjna Marie mówiąca po niemiecku z delikatnym francuskim akcentem. Ich córka Nina... Nina, na którą trudno było nie patrzeć, bo urodę odziedziczyła po matce, i choć miała dopiero szesnaście lat, z pewnością była jej świadoma. No i Helga. Matka. Siedziała po jego prawej stronie i ich spojrzenia wciąż się krzyżowały, przez co czuł się odrobinę niezręcznie. Wolałby nie skupiać na sobie jej uwagi. Ale Marie i Nina także zerkały na niego ukradkiem, przekonane, że tego nie widzi. Stremowany doszedł do wniosku, że nic na to nie poradzi. Czy tego chciał, czy nie, był atrakcją wieczoru.
- Pewnie się zastanawiasz, dlaczego mówimy po niemiecku. - Ciotka uśmiechnęła się do niego z sympatią znad pełnego talerza. - To ze względu na Helmuta, zatwardziałego Prusaka.
- Patrzcie ją. Prusak jej się nie podoba. Trzeba było przygruchać sobie jakiegoś żabojada! - Gospodarz, którego wino wprawiło w doskonały humor, roześmiał się. - Żartuję, kochanie - zreflektował się natychmiast, całując jej dłoń. - Bez ciebie byłbym najsmutniejszym człowiekiem w Alzacji.
Nawet milcząca Helga uśmiechnęła się, słysząc to żarliwe wyznanie.
- Dla mnie język Goethego jest piękniejszy od języka Moliera - odezwał się Hans. - Z jednej strony bardzo logiczny, z drugiej niebywale subtelny.
- Rzecz w tym, mój chłopcze, że my, Steinerowie, nie jesteśmy Niemcami. Ani Francuzami - sprostował Helmut. - Ale Alzatczykami.
Nina siedząca naprzeciwko Hansa przewróciła oczami.
- Tato, proszę... Mówisz to przy każdej okazji!
- Ale Hans jeszcze tego nie słyszał - odparł niezrażony. - Alzacja przez wieki przechodziła z rąk do rąk. Była francuska, potem niemiecka, po traktacie wersalskim znowu francuska, ale tylko do 1940 roku. I teraz po raz kolejny jest francuska...
- Od dwudziestego trzeciego listopada czterdziestego czwartego roku - dopowiedział Hans.
- Wiemy, wiemy... - Nina ziewnęła dyskretnie.
Jej ojciec był zbyt zaskoczony, by przejąć się tym jawnym brakiem lojalności.
- Widzę, że świetnie się orientujesz. A twój niemiecki jest doskonały!
- Dziękuję, wujku. Miałem dobrego nauczyciela.
- Któreś z twoich rodziców?
- Helmut! - zawołała z wyrzutem Marie.
W salonie zapadła niezręczna cisza. Hans spojrzał na Helgę, która pochyliła się nad talerzem, udając, że nie obeszło jej pytanie brata.
- Mamo?
- Mów dalej, synku. - Uśmiechnęła się do niego ze smutkiem. - To niczyja wina, że nie można cofnąć czasu.
- Mój ojciec... - zawahał się - przybrany... był profesorem germanistą. Zaraził mnie miłością do literatury niemieckiej.
- No proszę! - wykrzyknął Helmut z dumą. - Odezwała się w tobie prawdziwa natura. Wypijmy za to!
Spełnili toast. Białe wino było nadzwyczajne. Chłodne, w pierwszej chwili delikatnie cierpkie, miało słodkawy kwiatowy finisz. Hans czuł jego smak jeszcze długo po przełknięciu. I jemu udzielił się podniosły nastrój.
- Und du wartest, erwartest das Eine,/ das dein Leben unendlich vermehrt;/ das Mächtige, Ungemeine,/ das Erwachen der Steine,/ Tiefen, dir zugekehrt[3] - wyrecytował półgłosem ulubiony fragment wiersza Przypomnienie Rainera Marii Rilkego i jak zawsze wzruszył się przy ostatnim wersie. Helmut miał rację. Prawdziwa natura wcześniej czy później musiała dać o sobie znać. Steinerowie nagrodzili tę spontaniczną deklamację gorącymi brawami. W oczach Helgi zalśniły łzy.
- Kiedy się dowiedziałeś, że nie jesteś ich synem? - zapytała cicho.
Zwlekał z odpowiedzią.
- Po śmierci matki - wyjaśnił po chwili. Z rozmysłem dobierał słowa, nie chcąc przysporzyć jej bólu. - Znalazłem w jej rzeczach dokumenty adopcyjne. Ojciec powiedział mi prawdę.
- Jak mnie odnalazłeś?
- Trafiłem na dom dziecka w Grudziądzu i na twoje nazwisko - odparł, patrząc jej w oczy. - Potem Czerwony Krzyż. Adres i listy...
Helga oparła czoło na dłoniach, jakby ciężar wspomnień był nie do udźwignięcia.
- Po rozwodzie z Fritzem... chciałam po ciebie wrócić - mówiła rwącym się głosem. - I wtedy... przysłali zawiadomienie, że zmarłeś na gruźlicę... - Otarła dłońmi mokre policzki.
Hans ujął jej wilgotną dłoń i uścisnął delikatnie.
- Przepraszam was. - Powiodła wzrokiem po zwróconych w jej stronę twarzach. - Ale dla mnie to za dużo emocji, jak na jeden wieczór.
Podniosła się z krzesła, więc wszyscy wstali, żeby się z nią pożegnać.
- Może zostaniesz u nas na noc? - zaproponował Helmut. - Nie powinnaś być sama.
Uśmiechem podziękowała mu za troskę.
- A wypierzesz mi dywan? Wiesz, co się stanie, jeśli nie wyprowadzę Heksa na spacer...
Ucałowała Marie i Ninę w oba policzki i na chwilę zniknęła w objęciach brata. Zawahała się, nim przytuliła Hansa, który poczuł, że drży, jakby tam, wewnątrz, wciąż płakała nad tym, czego nie mogła odzyskać.
Stojąc w oknie pokoju na piętrze, który Steinerowie oddali do jego dyspozycji, obserwował, jak Helmut pomaga Heldze wsiąść do taksówki. Sporo przeszła. Porzucenie dziecka naznaczyło ją na całe życie. A teraz ten wieczór... Odzyskała dorosłego syna. Musiała zdawać sobie sprawę, że jako matka dostała jeszcze jedną szansę. Mogła wynagrodzić krzywdę, którą mu wyrządziła.
Hans potrafił sobie wyobrazić, jakim torem podążają jej myśli, ale nie umiał przewidzieć, jak rozwinie się ich relacja. Kiedy mówił "mamo", czuł, że brzmi to fałszywie, ale ona zdawała się tego nie słyszeć, chociaż na pewno miała świadomość, że są sobie obcy. Oboje potrzebowali czasu, żeby się poznać.
Oderwał wzrok od sylwetek na dole i zapatrzył się na swoje niewyraźne odbicie. Jeszcze przed wyjazdem zgolił wąsy i brodę, ale w czasie podróży nie zdążył przyzwyczaić się do braku zarostu. Nadal zaskakiwał go widok gładkiej, chłopięcej twarzy, z której chłodno, oceniająco patrzyły na niego jasne oczy.
Na dole trzasnęły drzwi. Dźwięk dotarł do niego mimo zamkniętych okien, więc znowu spojrzał w dół. Helmut zawrócił do furtki, a taksówka ruszyła powoli pustą uliczką, minęła samochód stojący przy sąsiedniej posesji i zniknęła za rogiem.
We wnętrzu nieruchomego pojazdu mignęło światełko, jakby ktoś przypalił papierosa. Hans poruszył się niespokojnie. Z uwagą przyglądał się ciemnej bryle auta. Przywidziało mu się? Czekał na ponowny błysk. Na próżno.
Siedzący w mroku mężczyzna, który mógł być nieco starszy od niego, ale już zaczynał łysieć, palił, osłaniając dłonią żarzący się punkcik. W skupieniu wpatrywał się w oświetlony prostokąt i rysującą się na jego tle sylwetkę. Zaciągnął się ostatni raz i zgniótł peta w popielniczce. Ze spokojem człowieka, który doskonale zna swoje obowiązki, uniósł do oczu aparat i zrobił zdjęcie.
Hans wsłuchiwał się w dobiegające z dołu odgłosy. Krzątaninie gospodarzy zbierających naczynia ze stołu towarzyszyły zniekształcone przez odległość słowa, które nie pozwalały się zorientować, co jest tematem rozmowy. Otworzył drzwi pokoju i bezszelestnie wyszedł na schody, mając nadzieję, że podsłucha coś więcej. Chciałby wiedzieć, jakie wrażenie zrobił na rodzinie, u której miał spędzić najbliższe tygodnie. Jednak wycofał się szybko, gdy na dole rozległy się lekkie kroki kogoś, kto wspinał się na piętro. Na pewno Niny. Miała figurę baletnicy. Marie stąpała ciężej, nie mówiąc o potężnym Helmucie. Starannie zamknął za sobą drzwi. Trudno, dzisiaj niczego się już nie dowie.
Podszedł do łóżka i rozsunął leżącą na nim walizkę, z której wyjął szarą kopertę od profesora. Omiótł wzrokiem pokój, szukając bezpiecznego schowka, ale stojące w nim meble nie wzbudzały zaufania. Szuflad biurka nie można było zamknąć na klucz, a w szafie wisiały jakieś ubrania i Marie albo Helmut w każdej chwili mogli do niej zajrzeć. Nie widząc innego wyjścia, odwinął brzeg narzuty i włożył raport pod materac. Nie na długo. Może na kilka dni. Miał nadzieję, że tu nikt go nie znajdzie. Wyprostował się. W lustrze między biurkiem a szafą, tym razem wyraźnie, zobaczył siebie.
Metodycznie układał swoją garderobę na półce, którą opróżniła dla niego Marie. Nie było tego wiele. Kilka koszul, trzy swetry, bielizna. Dwie marynarki i dwie pary spodni powiesił na wieszakach. Na dnie szafy postawił swoją torbę. Listonoszkę, bez której nigdzie się nie ruszał. Kosmetyki ułożył starannie w szufladzie szafki nocnej. Była jeszcze książka. Zamek Kafki, który wzbudził taką ciekawość celnika. Położył ją przy łóżku, obok lampki z kremowym abażurem. Miał słabość do tego pisarza. Jego doświadczenia przypominały mu własne. Nasunęły mu się pierwsze zdania powieści: "Był późny wieczór, kiedy K. przybył. Wieś leżała pod głębokim śniegiem. Góry zamkowej nie było widać, otoczyły ją mgły i mrok, nawet najsłabsze światełko nie zdradzało obecności wielkiego zamku. K. stał długo na drewnianym moście, wiodącym z gościńca do wsi, i wpatrywał się w pozorną pustkę na górze"[4].
On swój zamek nosił w sobie.
Wreszcie walizka była pusta. Wsunął ją pod łóżko i obrzucił pokój krytycznym spojrzeniem. Nic nie wskazywało na to, że przebywał w nim ktoś obcy. Znowu podszedł do okna, żeby sprawdzić, co z samochodem na dole. Był w tym samym miejscu, co wcześniej, ciemny i nieruchomy jak martwy żuk. Patrzył na jego dach z zastanowieniem. Wspomnienie płomienia zapałki albo zapalniczki sprawiło, że zachciało mu się palić. Na szczęście na parapecie już wcześniej zauważył dużą szklaną popielniczkę. Marie albo Helmut, chociaż nie mogli znać jego przyzwyczajeń, zadbali o to, żeby w pokoju niczego nie brakowało. Hans przeniósł popielniczkę na łóżko i sięgnął do torby po papierosy.
Z westchnieniem ulgi wyciągnął się na wygodnym materacu i włożył rękę pod głowę. Palił bez pośpiechu, leniwie obserwując smużkę dymu. Ależ długi dzień. Tak długi, że w ciągu ostatnich godzin zdążył zapomnieć o podróży. Jakby na przekór słowom Kafki, które wciąż miał w pamięci, przez chwilę czuł się nie jak przybysz, ale jak ktoś, kto mieszka tu od zawsze. Pomyślał, że mógłby się do tego przyzwyczaić.
Jednak przyzwyczaić się nie było łatwo, bo nowa rzeczywistość zdecydowanie odbiegała od zgrzebnej, bezbarwnej codzienności, którą tak dobrze znał. Hans czuł się tak, jakby kazano mu podziwiać czarno-białą reprodukcję jakiegoś znanego obrazu, a potem pokazano oryginał. Nowy świat rwał oczy, lśnił od świateł, smakował jak egzotyczne danie. I był pełen "czekoladek", które dotąd niedostępne, nagle wysypały się z pudełka wszystkie naraz i trudno było się zdecydować, po którą sięgnąć, bo każda wydawała się warta spróbowania.
Wkrótce po jego przyjeździe Marie i Nina uparły się, że zabiorą go na zakupy. W pierwszym odruchu próbował protestować, ale potem ucieszył się, że wyrwie się z domu, zobaczy coś więcej niż tę ulicę i ogród uśpiony pod zmrożoną koronkową warstewką śniegu. Jeszcze nie zdążył przyzwyczaić się do nowego miejsca, nie nabrał pewności siebie i miał czasem uczucie, że z każdego zakamarka willi śledzą go czyjeś oczy. Zdawał sobie sprawę z absurdalności tego przekonania. To oczywiste, że często napotykał spojrzenia domowników, ale ich zainteresowanie wynikało z życzliwości i chęci pomocy. Z pewnością potrzebował przestrzeni, zmiany otoczenia, żeby otrząsnąć się z tych myśli.
Wybrali się więc do domu handlowego Printemps w centrum Strasburga. Helmut, który był deputowanym do Parlamentu Europejskiego, podrzucił ich tam w drodze do pracy. Sklep mieścił się na rue de la Haute Montée, zaledwie kilka kroków od place Kléber, będącego sercem najstarszej części Strasburga. Mieszkańcy miasta robili tu zakupy od 1905 roku. Hans niezbyt uważnie słuchał Niny, przyglądając się współczesnej bryle budynku, który z pewnością był kilka razy przebudowywany. Narożny kilkupiętrowy gmach w pierwszej chwili mógł się kojarzyć z warszawskimi Domami Towarowymi Centrum, podobieństwo znikało jednak, gdy weszło się do środka. Na Marszałkowskiej poza towarami, które trafiały na stoiska bezpośrednio od producentów z pominięciem rozdzielnika, były także niekończące się kolejki. Żeby obejrzeć, dotknąć i ewentualnie kupić, trzeba było w nich odstać swoje. Tutaj panowała nieograniczona swoboda, a barwny tłum klientów przelewał się przez piętra falą, której nikt nie próbował powstrzymywać. Kupował każdy, kto chciał. I co chciał.
Przekroczywszy przeszklone drzwi, Hans nie mógł przestać się dziwić zamożności Francuzów, dostępności towarów, w których można było przebierać bez końca i bez kolejek, a przede wszystkim atmosferze święta, którą wyczuwał na każdym kroku. Zewsząd otaczali go uśmiechnięci, dobrze ubrani ludzie. Czy to możliwe, że każdy z nich miał powód do zadowolenia? W pierwszej chwili uznał to za wielkie oszustwo, ale im dłużej przyglądał się przechodniom, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że się myli. Po co mieliby udawać? Wszyscy? O wiele łatwiej było uwierzyć w ich szczerość. W to, że czują to, co można wyczytać z ich twarzy.
Jak automat szedł za swoimi przewodniczkami, obserwując kupujących i nie zwracając uwagi na regały i wieszaki z odzieżą. Omiatał je nieuważnym wzrokiem, a torba przewieszona przez ramię obijała mu się o biodro. Marie, widząc, że nie jest w stanie na niczym się skupić, znalazła dla niego parę dżinsów, których rozmiar wydał jej się odpowiedni.
- Co powiesz na to? - zapytała, przykładając spodnie do jego bioder.
Hans wziął je do rąk i dotknął materiału z namaszczeniem.
- Nie mów, że nigdy nie miałeś dżinsów! - Ninę rozbawił zachwyt malujący się na jego twarzy.
- Oryginalne są tylko w peweksach, a tam płaci się dolarami - odparł, nie odrywając od nich oczu. - Kosztują fortunę.
- To znaczy ile?
- Równowartość miesięcznej pensji nauczyciela - zdradził niechętnie.
- Żartujesz?!
Pokręcił głową.
Zaraz jednak zrobiło mu się wstyd, że tak szybko dał się oszołomić otaczającemu go luksusowi. Dopiero teraz spojrzał na półki i wieszaki, ginące pod nieprawdopodobną ilością ubrań. Było ich o wiele za dużo. Gdyby nie Marie, nie miałby pojęcia, gdzie szukać czegoś dla siebie. I czy w ogóle powinien szukać? Przytłoczony tą obfitością, nie spodziewał się, że nadmiar może wywoływać podobną frustrację i zagubienie, co niedostatek. Chciał oddać ciotce spodnie, ale mu nie pozwoliła.
- Przymierz.
- Ale... nie mogę ich przyjąć - powiedział bez przekonania.
- Daj spokój. - Lekceważąco machnęła ręką. - Sprawisz nam przyjemność. - Wcisnęła mu do rąk jeszcze jedną parę, którą zdjęła z pobliskiego wieszaka. - Poza tym jesteś w Strasburgu - mówiła tym swoim francuskim niemieckim, do którego już zaczął się przyzwyczajać, a który w jej ustach tracił całą kanciastość. - Musisz wyglądać szałowo!
Hans jeszcze się wahał. Zerkał to na nią, to na Ninę, to na spodnie. Pokusa, by je założyć, była bardzo silna.
- No idź, przymierz. - Ciotka niemal popchnęła go w stronę przymierzalni. - I weź jeszcze koszulę. Ta powinna być dobra. - Podała mu trzeci wieszak. - A my tu na ciebie poczekamy.
Oddalając się, usłyszał, jak zwraca się do Niny po francusku. Zrozumiał tylko jedno słowo: Pologne. Z tonu głosu wywnioskował, że się nad nim użala. Znowu poczuł wstyd.
Zamknął się w przymierzalni i przeżuwał to nieprzyjemne uczucie, dopóki nie spojrzał na swoje odbicie w lustrze. W dopasowanej koszuli i dżinsach wydał się sobie bardziej atrakcyjny, młodszy i zdecydowanie... "zachodni". Pasował do obrazu, który mu pokazano. Wzruszył ramionami, odpędzając wcześniejsze wątpliwości. W niektórych sytuacjach punkt widzenia zależał od tego, co akurat miało się na sobie.
Wciąż jeszcze podziwiał nową wersję siebie, gdy ktoś zapukał w ściankę między kabinami.
- Wiatr śpiewa w liściach brzóz - wyszeptał po polsku kobiecy głos.
Zaskoczony przyłożył ucho do cienkiej przegrody. Z opóźnieniem uprzytomnił sobie, że powinien zareagować.
- A bywa, że tańczy na grzbietach fal - odparł równie cicho.
- Masz kopertę?
Spojrzał na torbę, którą powiesił na haczyku obok płaszcza.
- Mam - powiedział z ociąganiem.
Nikt go nie uprzedził, że kontakt zostanie nawiązany tak szybko. Ale znał instrukcję, więc był przygotowany. No i hasło się zgadzało.
- Podaj dołem.
Zobaczył drobną dłoń, która wynurzyła się z prześwitu pod ścianką działową. Kobieta niecierpliwie przebierała palcami.
- No, dawaj! Nie mam czasu! - ponagliła go.
Wyjął z torby szarą kopertę i włożył jej do ręki. Zniknęła, a po chwili drzwi w kabinie obok trzasnęły głośno. Hans wystawił głowę na zewnątrz i dostrzegł oddalającą się postać w kapeluszu z dużym rondem. To musiała być ona. Odprowadzał ją wzrokiem, dopóki nie przepadła w tłumie kupujących.
Potrzebował czasu, żeby ochłonąć. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Nieopodal Marie i Nina dyskutowały o czymś zawzięcie. Niczego nie zauważyły. Marie akurat spojrzała w jego stronę, więc pomachał do niej i wyszedł z przymierzalni, żeby się zaprezentować.
- I jak? - zapytał z uśmiechem, kiedy obie zaczęły sprawdzać, czy ubrania leżą jak trzeba.
Leżały. Czuł to każdym centymetrem ciała.
Ciotka z aprobatą pokiwała głową.
- Wyglądasz jak rodowity Alzatczyk.
Myślał, że jest milczkiem i samotnikiem, a tu nagle odkrył, że ma dar zjednywania sobie ludzi. Nie wiedział, kiedy ani jak udało mu się zdobyć sympatię nowych krewnych, ale stało się to z dnia na dzień, znacznie szybciej, niż się spodziewał. Ich spojrzenia przestały mu przeszkadzać. Życzliwość przerodziła się w sympatię. Zaakceptowali go i polubili. Dopiero ich poznał i nagle był "drogim Hansem", któremu w ich domu nie mogło niczego zabraknąć. Ich otwartość i gościnność nie przestawały go zadziwiać. Rozluźnił się, zaczął zadawać więcej pytań i więcej mówić o sobie. Doskonałe dania przygotowane przez Marie specjalnie dla niego, przeciągające się długo w noc rozmowy z Helmutem, serdeczność Niny, pokpiwającej z początkowego zagubienia kuzyna z Polski, nawet chwile milczenia z Helgą, które coraz mniej mu ciążyły, w miarę jak oswajali się ze sobą - wszystko to sprawiło, że Hans naprawdę czuł się członkiem rodziny. Steinerem. To nie była tylko kwestia nazwiska, które chciałby widzieć w swoim paszporcie, ale utożsamienia się z tym, co ze sobą niosło. Przyjęcia konsekwencji, które mogły wyniknąć z tego, że się nim posługiwał. Dotąd były one wyłącznie przyjemne...
Tego wieczoru siedzieli razem na przeszklonej werandzie, patrząc na ogród rozsrebrzony księżycowym światłem. Słaby blask lampy z salonu lśnił na wysokich kieliszkach, a opowieść Hansa sączyła się jak wino, którego ubywało w butelce. Pochlebiało mu zainteresowanie domowników jego dotychczasowym życiem i uwaga, z jaką słuchali o Polsce, więc nie szczędził im detali i anegdot, które wydawały się im zabawne. I które byłyby zabawne, gdyby nie były prawdziwe.
- A on na to: "Jak nie ma kolejek, to znaczy, że ludzie nie mają pieniędzy i na nic ich nie stać" - dokończył jedną z nich i czekał, aż przestaną się śmiać.
- Tak powiedział? - nie mógł uwierzyć Helmut. - Nie! Nabierasz nas.
- Naprawdę, wujku. Profesor ekonomii powiedział, że takie są realia życia na Zachodzie - wyjaśnił, a oni znowu się roześmiali.
Tylko Helga w zamyśleniu spoglądała na ogród, jakby znowu pogrążyła się we wspomnieniach. Od jego przyjazdu często jej się to zdarzało. Pogodził się z tym, że potrzebuje więcej czasu niż on, żeby oswoić się z nową sytuacją.
- Albo taka historia - podjął wątek, bo wydawało mu się, że tego od niego oczekują. - Zajmuję miejsce w kolejce do mięsnego, bo zbliżają się święta. Jest szary świt, ale przed sklepem kłębi się dziki tłum. A tu jakaś kobieta przepycha się do drzwi. Ludzie krzyczą: "Gdzie się pchasz, babo? Na koniec kolejki!". Ona dalej napiera, oni ją odpychają i obrzucają wyzwiskami. W końcu stanęła z boku i mówi: "Jak tak, to w dupie was mam! Dziś nie otwieram!".
Kolejny wybuch śmiechu uświadomił mu, że niewiele brakuje, by wszedł w rolę rodzinnego błazna. Ale czy nie było warto? Dzięki nim zrozumiał, że potrafi zachowywać się swobodnie wśród niemal obcych ludzi. I umiał ich rozbawić. Nigdy by się o to nie podejrzewał. Tylko z matką mu się nie udało. Zerknął na wciąż nieobecną Helgę. Był pewien, że nie słuchała. Jak miał konkurować z małym Hansem, o którym nie mogła zapomnieć?
Odwiózł ją taksówką do domu, licząc na to, że dostanie w zamian coś więcej niż tylko milczenie. Kierowca zatrzymał się na ulicy, przy której stały niewielkie domki z ogródkami. Hans jeszcze tu nie był. Wysiadł pierwszy i otworzył drzwi z przeciwnej strony. Podał matce rękę.
- Proszę zaczekać - zwrócił się do taksówkarza.
Kiedy szli w stronę furtki, kątem oka zarejestrował ciemny kształt samochodu zaparkowanego dwa domy dalej. Wyglądał znajomo. Przypomniał mu się błysk zaobserwowany w ciemnym wnętrzu w dniu przyjazdu. Obejrzał się dyskretnie, ale w środku nie dostrzegł żadnego ruchu. W nocy wszystkie auta, tak jak i koty, są czarne, pomyślał sentencjonalnie.
Byli już przy drzwiach, gdy w domu rozszczekał się pies.
- Już jestem, Hex. Już jestem - uspokajała go Helga, długo szukając kluczy w torebce.
Przyszło mu do głowy, że przez cały wieczór nie wypowiedziała tylu słów naraz.
- Wszystko dobrze, mamo? - zapytał, gotów do pomocy.
- Tak - uśmiechnęła się słabo.
Wreszcie otworzyła drzwi i zaczęła się witać z obskakującym ją niewielkim kudłatym pieskiem, który na szczęście przestał jazgotać.
- Chciałabyś, żebym u ciebie został? - nie rezygnował Hans. - Moglibyśmy porozmawiać...
Przyglądała mu się w milczeniu jak tamtego dnia, kiedy spotkali się po raz pierwszy.
- Nie jestem jeszcze gotowa.
- Rozumiem - westchnął mimo woli.
I to westchnienie uwolniło słowa, które musiały ją dręczyć.
- Posłuchaj... Wiem, że ty czekasz. Że chcesz wiedzieć, czemu cię zostawiłam. I kim był twój prawdziwy ojciec - mówiła gorączkowo. - Nie liczę na to, że mi wybaczysz, ale może przynajmniej zrozumiesz... Miałam po ciebie wrócić.
- Wiem, mamo.
- To dlatego masz tę bliznę...
Spojrzał na nią zaskoczony.
- Jak to...? Naznaczyłaś mnie?
- Tylko tak mogłam cię potem odnaleźć.
- Całe życie się zastanawiałem, skąd się wzięła. - Hans nie mógł dojść do siebie.
Ale Helga nie zamierzała wyjaśniać nic więcej. Wciąż na niego patrzyła i jej spojrzenie doskwierało mu coraz bardziej, a myśl o bliźnie nie dawała spokoju.
- Do jutra, mamo. - Pocałował ją w policzek.
Kiedy szedł do taksówki, miał ochotę się obejrzeć. Powstrzymał się jednak, chociaż wiedział, że ona nadal stoi przed domem.
Po zimnej nocy zapowiadał się pogodny dzień. Blask poranka był chłodny, ostry, świeży jak śnieg, który spadł nad ranem i niezdeptany niczyją stopą cieszył oczy pierwszych przechodniów. Słońce było jeszcze nisko, ale jego promienie zalśniły na szybie pokrytej wzorami przywodzącymi na myśl pióropusze paproci i kolczaste liście ostu. W Alzacji zimy były podobno surowe, ale bywały też piękne. Hans, który źle spał tej nocy i po przebudzeniu musiał dojść do siebie, wstał skuszony światłem i na długą chwilę zastygł przy oknie, podziwiając misterny ornament.
- Pospiesz się, bo nam zamkną stoiska z rybami. Chyba nie chcesz zostać jutro bez obiadu? - zawołał z dołu Helmut, więc zbiegł po schodach, zakładając w pośpiechu sweter.
- Myślałem, że ryby są na dzisiaj.
- Dzisiaj jest Mardi Gras, ostatni dzień karnawału. Twoja ciotka zrobi dla nas cr?pes. Naleśniki. Zobaczysz - rozpromienił się - takich jeszcze nie jadłeś.
- A co z mamą?
- Zabierzemy ją po drodze.
- Bądźcie ciszej! - Z kuchni wychyliła się Marie z filiżanką w ręce. - Nina jeszcze śpi.
Helmut machnął ręką i już był na zewnątrz, Hans wyszedł za nim, wdychając aromat kawy. Żałował, że nie zdążył jej wypić. Tuż za progiem zaczął zapinać płaszcz. Było bardzo zimno. Na szczęście w mercedesie działało ogrzewanie i w pachnącym skórą wnętrzu zaraz zrobiło się przytulnie. Poczuł błogie ciepło rozchodzące się po całym ciele. Zamyślony słuchał wuja jednym uchem, nie starając się nawet nadążyć za potokiem słów.
- Za dwa lata matura... Chcemy, żeby poszła na studia. Nie musiałaby wyjeżdżać, tutejszy uniwersytet należy do najstarszych we Francji. Najlepiej prawnicze, bo to przyszłość. Ale wiesz, jaka jest Nina...
Poznał go już na tyle, by wiedzieć, że taka gadatliwość zawsze była u niego oznaką doskonałego nastroju. Zresztą wystarczyło na niego popatrzeć. Uśmiechał się niby do siebie, a jakby do całego świata. Nawet świadomość, że podczas realizacji swoich zamierzeń może napotkać przeszkody, nie psuła mu humoru. Człowiek bez trosk. A może tylko nieobawiający się przeciwności. Godne pozazdroszczenia. Czy dla Hansa także miałby gotowy plan?
- Wujku... - zdecydował się zagrać w otwarte karty - za chwilę kończy mi się wiza. Zanim wyjechałem z Polski, działałem trochę w opozycji... Nic wielkiego, ale boję się, że jak wrócę...
- A chcesz wracać? - Helmut patrzył na niego z powagą.
Zaprzeczył ruchem głowy. Chciał wyjaśnić, żeby wuj nie pomyślał, że to kaprys ubogiego krewnego oczarowanego Zachodem, ale w tym momencie samochód ostro przyhamował. Przez ulicę przechodził orszak przebierańców w dworskich szatach i wysokich kolorowych perukach. Przed przednią szybą przesuwały się błyszczące złotem maski i wymalowane twarze. Jedna z postaci zapukała w szybę od strony pasażera i wykrzywiła się do Hansa w groźnym grymasie. Wzdrygnął się i odwrócił wzrok. Nie potrafił rozstrzygnąć, czy pod przerażającym makijażem kryła się dziewczęca czy chłopięca twarz.
- Wcześnie dzisiaj zaczęli - skomentował Helmut. - Ach, ta tradycja. Lubię na nich patrzeć, mają w sobie tyle życia. U was też są takie parady?
- Mamy kolędników na Boże Narodzenie. I pochody pierwszomajowe - odpowiedział z ironią. - Ale wtedy nikt się nie przebiera.
Zerknął na wuja. Bał się, że już nie wróci do przerwanej rozmowy, a on po prostu potrzebował chwili do namysłu.
- Chcesz, to zostań - powiedział z prostotą, ruszając z miejsca.
- Ale... jak? - zapytał bezradnie. - Przecież...
Helmut nie dopuścił go do głosu.
- Wystąpisz o azyl. Potem o obywatelstwo - mówił, coraz bardziej zapalając się do tego pomysłu. - Pomogę ci załatwić te sprawy, znaleźć pracę. Dopóki się nie ustawisz, zamieszkasz z nami.
A więc miał plan! Plan, który powoli nabierał kolorów. Podawał rozwiązania, jakich Hans nie śmiałby nawet zasugerować. Ofiarowywał mu nowe życie, świat, tak inny od tego, który znał. Musiał tylko znaleźć w nim swoje miejsce. Ale czy nie po to tu przyjechał?
- Naprawdę? - upewnił się, choć mina wuja i ton jego głosu mówiły same za siebie.
- Oczywiście! Co chciałbyś robić?
- W Polsce pracowałem na uniwersytecie...
- To akurat nie będzie łatwe. Ale nie martw się - pocieszył go, widząc, że siostrzeniec patrzy na niego z obawą. - Znajdziemy ci coś na dobry początek.
Tego ranka przed domem Helgi nie parkował żaden samochód. Na cienkiej warstewce śniegu, która pokrywała ulicę, widać było wyłącznie ślady opon ich auta. Hans został w środku. Z daleka obserwował Helmuta, który szybkim krokiem przeszedł przez ogródek, zadzwonił do drzwi wejściowych i czekał, aż siostra mu otworzy. Jednak sekundy mijały i nic się nie działo. Ponownie nacisnął dzwonek i długo trzymał na nim palec. Ze zniecierpliwienia zaczął przytupywać, bo zmarzły mu stopy. Wreszcie spojrzał w kierunku samochodu i rozłożył ręce.
Hans wysiadł. Już przy furtce usłyszał Heksa.
Obchodzili dom dookoła, zaglądając przez okna, ale przez firanki niewiele mogli dostrzec. Towarzyszące im szczekanie to było głośniejsze, to cichło, jakby pies przebiegał z pokoju do pokoju, zbliżał się i oddalał. Zgodnie z przewidywaniem okna okazały się zamknięte, ale drzwi od strony tarasu ustąpiły, gdy Helmut nacisnął klamkę. Uwolniony Hex wypadł na zewnątrz i zaczął obskakiwać Hansa, nie przestając hałasować. Tyle dźwięków w tak małym ciele. Wprost nie do zniesienia.
- Cicho! Dobry pies. - Helmut bezskutecznie próbował go uspokoić.
Weszli do niewielkiego pokoju stołowego, w którym panował niemal idealny porządek. Najpierw poczuli, a potem dostrzegli na środku dywanu to, co go zakłócało. Najwyraźniej tego dnia Hex nie był na porannym spacerze.
- Co jest...? - zaniepokoił się Helmut. - Helga? Helga! - Nawołując, ruszył w głąb domu.
Hans został sam. Nie znał rozkładu pomieszczeń, nie chciał przeszkadzać. Na niewielkiej komodzie zauważył ramkę ze zdjęciem przedstawiającym piękną, młodą kobietę z niemowlęciem na ręku. Miał zamiar mu się przyjrzeć, ale usłyszał krzyk. Potrącona fotografia upadła szkłem do dołu, lecz na to nie zważał. Biegnąc za głosem, odnalazł kuchnię, a w niej wuja i... Helgę. Siedziała za stołem z rękami na blacie i głową odchyloną do tyłu, jakby myślami była gdzie indziej. Hans widział to już tyle razy: zamykała się w sobie, uciekała w przeszłość. Tym razem wymknęła się na zawsze. W jej szeroko otwartych, zmatowiałych oczach zobaczył pustkę, w rozchylonych ustach końcówkę sinego języka.
Helmut był już w przedpokoju. Chwycił słuchawkę i trzęsącymi się dłońmi wybrał numer, a potem mówił coś po francusku rozdygotanym głosem. Hans został na miejscu. Patrzył, bo nigdy wcześniej nie widział śmierci z bliska i nie mógł oderwać wzroku od nieruchomej, odmienionej przez nią twarzy kobiety, którą przez ostatnie dni nazywał matką.
Formalności związane z wystawieniem aktu zgonu trwały do południa. Helga miała dopiero pięćdziesiąt dziewięć lat. Na nic się nie skarżyła. Konieczna była sekcja zwłok, która pozwoliłaby ustalić przyczynę śmierci. Helmut odruchowo kiwał głową, słuchając wyjaśnień lekarza, i starał się rzeczowo odpowiadać na jego pytania. Sporo go to kosztowało, ktoś jednak musiał z nim porozmawiać. Hans powiedział, że nie czuje się na siłach, i pozwalał przestawiać się z miejsca na miejsce jak mebel. Zresztą i tak nie mógł pomóc. Za mało wiedział o zmarłej, znał ją zbyt krótko.
W końcu jacyś ludzie zabrali ciało. On i wuj zostali sami z osowiałym Heksem, który skomlał cicho na swoim posłaniu.
- Co z nim zrobimy? - zastanawiał się głośno Helmut. - Nie możemy go tu zostawić ani wziąć ze sobą. Marie nie znosi psów.
W ciągu tych kilku godzin jakby się postarzał. Nie chodziło o wyraźne ślady, które uwidoczniłyby się na jego twarzy, ale o ogólne wrażenie. Zawsze tak energiczny i gotów do działania, zgarbił się i stracił zwykłą pewność siebie. Rysy mu się wyostrzyły, gdy z twarzy znikł uśmiech. Mówił powoli, jak ktoś bardzo zmęczony, zmuszony do wysiłku ponad siły.
Trzasnęły drzwi wejściowe, które zapomnieli zamknąć na zamek, więc popatrzyli na siebie zaskoczeni. Nie spodziewali się gości. Ktoś zapukał we framugę i do kuchni weszła kobieta mniej więcej w wieku Helgi. Przywitała się po francusku. Przez chwilę rozmawiała z Helmutem w tym języku, a Hans przysłuchiwał się dźwięcznym słowom z wibrującym "rrr", nie miał jednak pojęcia, o czym mówią.
- Jest sąsiadką i przyjaciółką Helgi - wyjaśnił mu wuj. - Widziała karetkę...
Nagle przeszedł na inny język. Nie był to jednak niemiecki, a przynajmniej nie taki niemiecki, jaki znał Hans. Wsłuchując się w jego melodię, doszedł do wniosku, że musi to być alzacki. Rozumiał pojedyncze słowa, ale to wystarczyło, żeby się domyślił, o co zapytała.
Ze łzami w oczach słuchała lakonicznych wyjaśnień. Zmarła nagle... Nie wiemy, co się stało... Wtem przydreptał do niej Hex. Położył się obok jej stóp, wokół których uformowały się jeziorka z roztopionego śniegu.
- Co z nim będzie? - Otarła oczy i patrzyła na nich pytająco, głaszcząc go po grzbiecie.
- Nie wiem. - Helmut spojrzał na nią z nadzieją - Może pani mogłaby...?
- Zaopiekuję się nim. Dobrze się znamy, prawda, piesku? - Wzięła Heksa na ręce, ale nie chciała przyjąć pieniędzy.
- Helga zrobiłaby dla mnie to samo - powiedziała już w drzwiach.
Dopiero po jej wyjściu wuj stracił panowanie nad sobą. Usiadł przy stole kuchennym, niemal w tej samej pozycji, w jakiej zastał siostrę, i ukrył twarz w dłoniach. Hans położył mu rękę na ramieniu.
- Nic tu po nas, wujku. - Były to pierwsze słowa, jakie wypowiedział od rana. Podsunął mu zdjęcie, które wziął z pokoju. - Czy to...?
Helmut przyglądał się fotografii, raz po raz wycierając policzki.
- Tak, to ona... i ty.
- Chciałbym je zatrzymać.
Nie pojechali po ryby, ale wrócili prosto do domu, kilka razy zatrzymując się, żeby przepuścić roześmianych przebierańców, od których roiło się w centrum miasta. Jednak tym razem nie przyglądali się ich wymyślnym strojom i fryzurom ani transparentom, które zamieniały karnawałowy pochód w demonstrację młodzieży. Dla nich Mardi Gras skończyło się, nim się na dobre zaczęło. Dopiero następnego dnia mieli się dowiedzieć o nocnych wybrykach jego uczestników: wejściu do katedry i kradzieży kilku tysięcy świec, które zapalone oświetliły place Kléber i pobliskie uliczki, rzucaniu petard, rozbijaniu witryn sklepowych, paleniu zabranych z wystaw przedmiotów.
- Pójdę do siebie - powiedział Hans, gdy dotarli do celu i Marie otworzyła im drzwi. W tym momencie nic nie mogło przyćmić myśli o śmierci.
Wchodząc po schodach, usłyszał, jak szeptem pyta męża:
- Jak to przyjął?
- Fatalnie...
- A ty? Trzymasz się, kochanie?
- Powiedziałaś Ninie? - zapytał, zamiast odpowiedzieć.
Hans popatrzył na nich z góry, objętych, ogarniętych tym samym żalem, i nieoczekiwanie pozazdrościł im, że mają siebie.
Przesiedział na łóżku do wieczora, nie myśląc o niczym, patrząc na zdjęcie, które zabrał z domu Helgi, obserwując, jak zmienia się światło. Z chwili na chwilę było go mniej i mniej, a z kątów coraz śmielej wypełzał półmrok, w którym łatwo było się ukryć. Nie miał nic przeciwko temu, żeby tak siedzieć. Musiał dać sobie czas. I nie tylko sobie, także Helmutowi, Marie i Ninie. Bardzo go teraz potrzebowali.
Usłyszał, że ktoś idzie na górę. Nie chciał nikogo widzieć, ale powinien pamiętać, że nie jest u siebie. To był ich dom.
Rozległo się ciche pukanie i do pokoju weszła Nina, niosąc tacę z posiłkiem. Marie nie zrobiła naleśników. Nieważne. I tak nie był głodny.
- Nie zapalaj światła - poprosił.
- Musisz coś zjeść.
- Może później.
Postawiła tacę na szafce przy łóżku. Kiedy przysiadła na jego skraju, zauważyła leżącą przed Hansem fotografię.
- Znalazłem w jej domu - wyjaśnił półgłosem.
Pod wpływem impulsu dotknęła jego ramienia, chcąc go pocieszyć, i zaraz cofnęła dłoń. Usta jej drżały.
- Do papy zadzwonił lekarz. To był zawał. - Nie była w stanie dłużej powstrzymywać łez.
Hans pochylił głowę. Musnął palcem twarz młodej Helgi patrzącej na niego ze zdjęcia.
- Dopiero ją odzyskałem - powiedział, myśląc, że nie zdążył poczuć się jej synem.
[...]