Dopóki żyję - Terri Blackstock

Reflow text when sidebars are open.
Smażony ryż nie jest daniem, za które warto umrzeć.
Za nic nie powinnam była wchodzić do środka. Powinnam była zostać przy fast foodzie i skorzystać z restauracji dla zmotoryzowanych, żeby odebrać zamówienie przez okienko. Musiałam jednak dostać się do łazienki, by przemyć twarz po godzinach jazdy, a w dodatku miałam już serdecznie dosyć hamburgerów, frytek i sałatek. Zdecydowałam się na chińską restaurację w galerii, mając na względzie, że o tej porze dnia nie powinno się tu kręcić zbyt wielu klientów. Ponieważ światła w chińskich lokalach są zazwyczaj przygaszone, pomyślałam, że w mojej długiej brązowej peruce i okularach przeciwsłonecznych uda mi się zachować anonimowość. Trudności przysparzał fakt, że media pokazały kilka szkiców przedstawiających, jak mogę się obecnie charakteryzować.
W rogu pomieszczenia zobaczyłam grupkę studentów. Jedna dziewczyna spojrzała na mnie, szepnęła coś do koleżanki obok i nagle wszyscy zaczęli wytężać wzrok w moim kierunku, a ktoś sięgnął po telefon.
Usiłując wyglądać na opanowaną, niespiesznym krokiem udałam się w kierunku drzwi. Wtedy podbiegła do mnie kelnerka.
- Jedzenie już prawie gotowe!
- Niedługo będę z powrotem - powiedziałam, chociaż wcale nie miałam zamiaru tutaj wracać.
Gdy znalazłam się na zewnątrz galerii, odnalazłam boczne wejście do jednego z najbardziej uczęszczanych sklepów. Spojrzałam za siebie i zobaczyłam, jak dwie dziewczyny wypadają z restauracji, a następnie z ożywieniem zaczynają rozmawiać przez swoje telefony. Kiedy popatrzyłam w kierunku mojego samochodu, stwierdziłam, że nie mogę teraz do niego wsiąść. Jeśli tamte mnie zobaczą, policja dowie się, czym jeżdżę, a w konsekwencji będę zmuszona kupić nowe auto, na co nie miałam pieniędzy. Już i tak nie dałabym rady zdobyć tego, którym jeździłam, bez pomocy Dylana.
Weszłam do sklepu z ubraniami i rozejrzałam się za miejscem, gdzie mogłabym się ukryć. Zobaczywszy tabliczkę przymierzalni w rogu po drugiej stronie pomieszczenia, ruszyłam tam i wślizgnęłam się szybko do jednej z kabin. Zamknęłam się od środka i usiadłam, łapiąc oddech, po czym rozważyłam dostępne opcje.
Tamte dziewczyny z college'u widziały, jak wchodzę do sklepu, i pewnie niedługo zjawi się tu policja, żeby mnie aresztować. Moje serce biło jak oszalałe. W dodatku, ku mojemu niezadowoleniu, szwy na ramieniu lekko się rozdarły i obawiałam się, że mogła wedrzeć się jakaś infekcja. Poprawiłam temblak, jednak zaraz zorientowałam się, że taki dodatek stanowi oczywistą wskazówkę, która zdradza moją tożsamość. Całkiem możliwe nawet, że studenci zwrócili na mnie uwagę tylko przez niego. Szybko go zdjęłam i włożyłam do torby.
Zsunęłam też perukę, po czym związałam pofarbowane na czarno włosy w kucyk. Przyciskając ręką okolice żeber, odnalazłam w torbie czapkę z daszkiem i ubrałam ją, wyciągając kucyk na wierzch, a później ściągnęłam okulary. Następnie zdjęłam bluzkę, by pozostać w samym podkoszulku, i z powrotem założyłam okulary. Zobaczyłam w lustrze, że rzeczywiście wyglądam inaczej niż pięć minut temu.
Zmęczenie dawało mi się we znaki - prawdopodobnie wskutek utraty krwi spowodowanej postrzałem kilka dni temu - jednak musiałam nadal się przemieszczać. Zarzuciłam pasek torby na zdrowe ramię, a przez drugą rękę przewiesiłam ubrania jako rekwizyt. Nie miało znaczenia, że na mnie nie pasowały i nie wyglądały na takie, które nosiłby ktoś z mojego pokolenia - po prostu musiałam sprawiać wrażenie normalnej klientki, dopóki nie uda mi się wyjść przez tylne drzwi.
Podjęłam w końcu ryzyko, aby opuścić przymierzalnię, uważając przy tym na swoją zranioną rękę. Podeszłam do wieszaków z ubraniami na wyprzedaży i udając zainteresowanie, rozglądnęłam się dla pewności, że w pobliżu nie ma tamtych dziewczyn. Nigdzie ich nie zauważyłam. Kiedy wyjrzałam przez okno, po oczach uderzyły mnie niebieskie światła. Byli tu.
Wróciłam na tył sklepu z nadzieją, że gdzieś tam znajduje się wyjście. Spostrzegłam drzwi wahadłowe z tabliczką z napisem: "Wejście dla personelu" powyżej, odłożyłam przewieszone przez rękę ubrania i weszłam do pomieszczenia. Minęłam pudełka, stosy odzieży, schowek na miotły oraz wiadro na mopa, a także łazienkę dla pracowników i w końcu zobaczyłam tylne drzwi przeznaczone dla dostawców. Kiedy je otworzyłam, okazało się, że na zewnątrz nie było żadnej policji. A nawet lepiej - nie było tam nikogo.
Przecięłam aleję i szłam dalej, wspinając się na zalesione wzgórze, słaba oraz pozbawiona tchu jak człowiek chory na serce, aż w oddali dostrzegłam parking. Usiadłam pod drzewami i obserwowałam, jak młodzież z college'u rozmawia z gliniarzami, a potem robi selfie z samochodami policyjnymi w tle. Uświadomiłam sobie, że to wszystko znajdzie się w mediach społecznościowych w ciągu dwudziestu minut. Zaraz też podłapie temat telewizja. To miasto było już dla mnie spalone - musiałam uciekać.
Kontynuowałam swoją wędrówkę, klucząc między drzewami, aż do drugiego końca lesistego obszaru. Tam okazało się, że doszłam w niezbyt odpowiednie miejsce. Zobaczyłam kręcących się tu i ówdzie mężczyzn, a także skąpo ubrane kobiety, które podchodziły do samochodów zatrzymujących się na poboczu.
Spostrzegłam wśród nich dziewczynę z blond peruką, kędzierzawą, nieproporcjonalnie szeroką, biorąc pod uwagę jej wąskie ramiona. Miałam już wcześniej włosy czarne, ciemnobrązowe i blond... jak i peruki - rudą, blond i brązową. Żadna z nich nie miała jednak mocno skręconych loków, więc doszłam do wniosku, że czegoś takiego nikt by się u mnie nie spodziewał. Zeszłam ze wzgórza i zaczekałam, aż dziewczyna odejdzie od drogi.
- Przepraszam - zagadnęłam ją. - Czy możemy porozmawiać?
Spojrzała na mnie w sposób, który dawał do zrozumienia, że jest zajęta.
- Chodzi o pieniądze - dodałam.
W końcu zdobyłam jej uwagę. Odwróciła się do mnie.
- Czego chcesz, skarbie?
- Podobają mi się twoje włosy. To peruka?
- Taaa - przyznała, dotykając jej. - Dzięki.
- Zastanawiam się, czy mogłabyś mi ją sprzedać.
Kobieta się roześmiała.
- Co? Chcesz kupić moje włosy?
- Dam ci dwie stówy w gotówce.
Zawahała się.
- Cztery - odpowiedziała.
- Dwie i pół.
Żachnęła się.
- Sporo za nią zapłaciłam. Nie oddam jej tak po prostu.
- Okej. - Westchnęłam, sięgając po portfel. - Trzysta. Bierzesz albo nie.
Zobaczywszy w torbie moją starą perukę, zapytała zdumiona:
- Kolekcjonujesz peruki czy co?
- Taaak, to w moim stylu. Jestem aktorką.
Uśmiechnęła się i zdjęła sztuczne włosy, odkrywając własne, krótko przycięte w kolorze brązu z blond pasemkami. Wyglądała teraz na typową mamuśkę. Zmierzwiła włosy, żeby nie sprawiały wrażenia mocno oklapniętych, po czym wzięła pieniądze.
- Naprawdę lubiłam tę perukę - mruknęła.
- Na pewno możesz znaleźć podobną za o wiele mniej, prawda?
- Nie sprzedałabym jej, gdybym mogła.
- Dzięki. Naprawdę to doceniam.
Wzięłam mój nabytek i schowałam go do torby, która była teraz całkowicie zapełniona. Gdy dziewczyna się odwróciła, odeszłam z powrotem w stronę lasku. Tam przetrzepałam perukę w środku i na zewnątrz, a później założyłam ją na głowę. Wydała mi się zbyt duża i nieco oklapnięta, jednak zobaczyłam w swoim telefonie, że wcale nie prezentowała się źle, właściwie nawet mi się podobała. Kiedy dodałam do tego okulary, byłam prawie pewna, że nikt mnie nie rozpozna.
Usiadłam na chwilę na ziemi, żałując, że przed ucieczką nie zdążyłam zabrać jedzenia z restauracji. Umierałam z głodu, ale wiedziałam, że minie jeszcze trochę czasu, zanim będę mogła coś zjeść.
Po kilku godzinach potrzebowałam skorzystać z toalety, więc wróciłam do miejsca przy ulicy, gdzie kręciła się pani od peruki, a stamtąd dojrzałam sklep spożywczy z zakratowanymi oknami. Weszłam tam, lecz kiedy pociągnęłam za klamkę drzwi do łazienki, okazało się, że są zamknięte, więc musiałam poprosić o kluczyk. Za kasą znajdował się telewizor. Na ekranie zobaczyłam swoją twarz i fragment materiału z restauracji. Ostrzegali ludzi, że jestem w pobliżu oraz że mogę być uzbrojona i niebezpieczna.
Kasjerka nawet na mnie nie spojrzała, tylko wręczyła mi kluczyk, po czym poszłam do toalety. Zrobiłam w myślach spis rzeczy, których ludzie mogliby dowiedzieć się na mój temat po obejrzeniu wideo z restauracji. Na pewno w oczy rzucała się moja torebka - stosunkowo duża, czarna, bez napisów. Wyciągnęłam więc wszystko, co było w środku, i odwróciłam ją na lewą stronę, tak aby jednolita powierzchnia podszewki znalazła się na zewnątrz, a następnie wpakowałam rzeczy z powrotem. Spojrzałam na swoje buty - szare tenisówki. Na pewno nie będą się wyróżniać bardziej niż moje jeansy.
Zorientowałam się też, że bez bluzki, którą nosiłam na podkoszulku, widoczny był bandaż na ramieniu, a nie miałam innej na przebranie.
Ktoś zapukał do drzwi. Od razu krzyknęłam:
- Prawie skończyłam!
Raz jeszcze popatrzyłam w lusterko i westchnęłam. Wyjęłam wcześniej zdjętą bluzkę, żeby przewiesić ją przez ramię, jakby była ręcznikiem.
Usłyszałam kolejne syreny, a niebieskie światło wlało się do pomieszczenia przez okno ponad moją głową. Czy nadal mnie szukali?
Cała się pocąc, w końcu otworzyłam drzwi, a kobieta czekająca na zewnątrz szybko wzięła ode mnie kluczyk i zamknęła się w środku.
Kasjerka była rozproszona przez nadjeżdżające samochody policyjne oraz sensację wywołaną dramatem, jaki rozgrywał się w okolicy. Odnalazłam w sklepie sekcję z odzieżą i sięgnęłam po wieszak z koszulką z krótkim rękawem. Wracając, zgarnęłam opakowanie krakersów o smaku masła orzechowego, po czym podeszłam do lady i odchrząknęłam. Kasjerka popatrzyła na zakupy zamiast na mnie.
- To wszystko?
- Tak - odpowiedziałam.
Kiedy wręczyła mi paragon, przerzuciłam T-shirt przez ramię, tak jak stary, i wyszłam. Ukryta za rogiem budynku, założyłam nowe ubranie, a starą bluzkę wraz z peruką wyrzuciłam do kosza na śmieci. Znalazłszy w nim reklamówkę po zakupach, przykryłam nią rzeczy w mojej torbie.
Jeśli mnie znajdą, przynajmniej nie będą mieli jednoznacznych dowodów na to, że byłam osobą z restauracji.
Wracałam przez zadrzewiony teren w stronę parkingu z ogromną nadzieją, że tym razem uda mi się dostać do samochodu. Wozy policyjne powinny były do tej pory zniknąć. Czy już przestali mnie szukać?
Wyczerpana, schodziłam ze wzgórza, mijając sklepy, aż doszłam do frontowego parkingu galerii handlowej. Niezwłocznie wsiadłam do auta i uruchomiłam silnik.
Spostrzegłam na parkingu jeden radiowóz, jednak jego światła były wyłączone, a w pobliżu nie kręcili się policjanci. Wyjechałam na główną ulicę i wkrótce nie było po mnie śladu. Gdy znalazłam się dostatecznie daleko, wreszcie pozwoliłam sobie odetchnąć.
Mój samochód nadal tkwił w Dallas, gdzie zostawiła go Casey, zanim została postrzelona przez handlarza narkotyków, który molestował siedmioletnie dziecko. Właśnie podrzucił mnie tutaj Dex i rozglądałem się po okolicy za oznakami Keegana i Rollinsa - komisarzy zdeterminowanych, by zabić Casey, zanim sama wyda się w ręce policji - jednak nigdzie ich nie dostrzegłem. Auto stało zaparkowane przy ulicy, za domem, obok którego diler postrzelił Casey. Pomiędzy dwoma budynkami mieszkalnymi widziałem podwórko i podjazd zbrodniarza, ale nie zobaczyłem tam żadnych radiowozów. W sumie wyglądało na to, że nikogo nie było w domu, a ciężarówka zawierająca dowody przestępstwa została stąd usunięta. Miałem tylko nadzieję, że to policja odholowała ją do laboratorium.
- Musisz zmienić telefon, przystojniaczku - stwierdził Dex, zanim odjechał. - I musi mieć ten sam numer, na który będzie dzwonić Keegan.
- I tak się domyślą, że to inny telefon, jak nie będą mogli mnie wyśledzić.
- Ale nie będą wiedzieć, że to twoja sprawka. Możesz powiedzieć, że ci się zepsuł albo że go zgubiłeś.
Doceniałem, że Dex o tym pomyślał, ponieważ przytwierdziłem swój telefon mocną taśmą klejącą do podwozia ciężarówki, aby zgubić śledzących mnie Keegana i Rollinsa. Gdyby nie to, ja i Casey już bylibyśmy martwi.
- Wydaje mi się, że mogę go zamienić i użyć tego samego numeru.
- Idź do sklepu z elektroniką, tam zrobią ci to w kilka minut. Jak Keegan nie będzie miał numeru seryjnego czy czegokolwiek, co jest potrzebne do wyśledzenia nowego numeru, to zaoszczędzisz trochę czasu.
Dex odjechał, a ja poszedłem do sklepu elektronicznego, jak mi zasugerował. Keegan prawdopodobnie był wściekły, że udało mi się go wywieść w pole. Z chęcią zobaczyłbym wyraz jego twarzy w momencie, kiedy sobie to uświadomił.
Gdy zdobyłem komórkę, przez chwilę walczyłem z chęcią, żeby zadzwonić do Casey na jej tymczasowy telefon albo wysłać wiadomość na sekretną skrzynkę mailową. Powinienem jednak jak najmniej się z nią kontaktować, by mogła uciec wystarczająco daleko. Nie mogłem stworzyć Keeganowi kolejnej okazji, żeby ją namierzył.
Zamiast tego postanowiłem zrobić coś, czego Keegan najmniej by się spodziewał - zadzwoniłem do niego. Odebrał już po pierwszym sygnale.
- Gdzie jesteś, Dylan? - warknął rozwścieczonym głosem.
- Jestem w Dallas - odparłem. - Telefon mi się zepsuł. Byłem tak zajęty poszukiwaniem Casey, że aż do teraz nie miałem szansy go zamienić.
- Zauważyłem - burknął. - Przegapiłeś całą zabawę.
- Byłem tam przed wami - poinformowałem go, bo miałem świadomość, że już o tym wiedział. - Dotarłem tam zaraz po strzelaninie i ruszyłem za Casey. Nie udało mi się jej znaleźć, więc przetrząsnąłem okoliczne szpitale, pokazując wszędzie jej zdjęcie, bo pomyślałem, że może pojawiła się w którymś z nich, żeby opatrzyć ranę.
Zwlekał przez moment, aż w końcu powiedział:
- Wiemy, że była w łazience na stacji benzynowej. Kiedy tam dotarliśmy, już jej nie było. Ani śladów krwi, więc musiała zatamować krwotok albo ktoś po nią przyjechał.
- Tego nie wiem - oznajmiłem. - Wydaje mi się raczej typem samotniczki. Wątpię, że ktoś z jej przyjaciół złamałby prawo, żeby jej pomóc.
- Wszystkiego bym się po niej spodziewał - stwierdził. - Tak samo po tobie. Może to ty jej pomagasz.
Momentalnie poczułem spięcie mięśni karku i nadchodzący ból z tyłu czaszki.
- Nie pozwoliłem jej uciec - broniłem się. - Mówiłem, że jej szukam.
- W takim razie dlaczego ci ludzie myśleli, że ty to ja? Ci, co ją postrzelili.
- Nie powiedziałem im, że ja to pan - tłumaczyłem się. - Po prostu jak do nich przyjechałem, zachowywali się tak, jakby mnie oczekiwali. A o co chodzi z nimi?
- Zostali aresztowani przez miejscową policję. Możesz w to uwierzyć? Ktoś w końcu pomaga nam zbliżyć się do Casey Cox, a teraz ci z Dallas utrudniają nam dochodzenie przez aresztowanie informatorów za jakieś znęcanie się nad dzieckiem.
- Jakieś znęcanie się nad dzieckiem? - spytałem zdziwiony. - Ma pan na myśli molestowanie siedmiolatki? Traktowanie jej jako zapłatę za narkotyki?
- No dobra, zasłużyli sobie. Ale faktem jest, że to zdecydowanie źle wpłynęło na nasze śledztwo. Automatycznie stracili wiarygodność jako świadkowie. Na szczęście mamy coś więcej - kobiety, które wynajmowały jej mieszkanie, ludzi, z którymi pracowała i którzy wiedzieli, że była zaangażowana w sprawę Cole'a Whittingtona - tego, co zjechał z klifu.
Nie trudziłem się nawet, żeby wyprowadzić go z błędu na temat tego, że Casey miała coś wspólnego ze śmiercią Whittingtona, chociaż było wręcz przeciwnie - próbowała utrzymać mężczyznę przy życiu.
- Więc oni wszyscy są w więzieniu? Trendallowie i ich diler?
- Właśnie to powiedziałem.
- Dziecko trafiło do ośrodka opiekuńczego?
- Tak zrozumiałem. A ty wracasz do domu?
Nie miałem wystarczających umiejętności udawania kogoś innego, by dalej go okłamywać, więc chciałem jak najszybciej zakończyć rozmowę. Powiedziałem mu szybko, jakie kroki zamierzam teraz podjąć, aby odszukać Casey, a on to zaakceptował. Zresztą czułem, że Keegan też z chęcią odłożyłby telefon. Życzył sobie mieć obok wyłącznie Rollinsa, bo gdyby ją znaleźli, mogliby od razu zrobić z nią to, co im się podoba. Potem pewnie wcisnęliby ludziom jakąś bajkę w stylu, że była uzbrojona i strzelała do nich, więc musieli zabić ją w obronie własnej.
Gdy zakończyłem rozmowę, w myślach zapytałem samego siebie: "Co bym zrobił, jeśli naprawdę chciałbym ją teraz znaleźć?". Prawdopodobnie znowu odwiedziłbym Komendę Policji w Dallas, jakbym nie wiedział jeszcze o aresztowaniu Trendallów i o tym, gdzie znajduje się mała Ava. Cieszyłem się, że mogę przynajmniej uspokoić obawy Casey związane z losem dziewczynki.
Nawet nie wiedziałam, w jakim mieście byłam, ale zarejestrowałam się w mało popularnym motelu i zmieniłam bandaż. Usiłowałam zdrzemnąć się przy włączonym telewizorze, podczas gdy na kanale, który włączyłam, cyklicznie wyświetlały się ostrzeżenia - pojawiały się mniej więcej co piętnaście minut. To już zaczynało być nudne.
Przysnęłam na chwilę, dopóki nie przebudził mnie nowy alert.
- ...prawdopodobny akt oskarżenia dla Casey Cox. Posłuchajmy teraz prokuratora okręgowego dzielnicy Caddo w Shreveport.
Usiadłam i podgłośniłam, z uwagą wpatrując się w odbiornik. Kamera była skierowana na mężczyznę stojącego przed mikrofonami, którego widziałam już wcześniej w związku z jakimiś wyborami albo w wiadomościach dotyczących mnie. Nie byłam pewna. Żałowałam, że przegapiłam, co mówił na wstępie.
- Właśnie zakończyło się dochodzenie z udziałem ławy przysięgłych w sprawie powiązania Casey Cox z zabójstwem Brenta Pace'a w maju tego roku. Wydano akt oskarżenia w sprawie Cox, która zniknęła zaraz po morderstwie.
W jednej chwili uszło ze mnie powietrze, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Wiedziałam, że tak będzie - z uciekającej przed aresztowaniem stałam się uciekającą od odpowiedzialności za poważne przestępstwo.
- Wierzymy, że tamtego dnia Cox odwiedziła Pace'a w czasie przerwy na lunch, a kiedy otworzył drzwi, kilkukrotnie dźgnęła go nożem.
Nie byłam zszokowana tym orzeczeniem, bo ostatecznie wiedziałam już, z jaką brutalnością został zamordowany. Nie mogłam tylko ścierpieć tej okropnej myśli, że według nich byłam w stanie zrobić coś takiego swojemu najbliższemu przyjacielowi.
- Podczas gdy Pace leżał na podłodze, wykrwawiając się, weszła do jego mieszkania, zostawiając odciski butów oraz palców, jak i inne materiały, z których odczytano jej DNA. Następnie zabrała narzędzie zbrodni do samochodu, gdzie znaleziono je później wraz ze śladami krwi mężczyzny. Najwyraźniej Cox wciąż miała ją na rękach, gdy uruchamiała samochód i otwierała oraz zamykała drzwi. Ślady krwi prowadziły aż do jej mieszkania, gdzie przebrała się, po czym korzystając z taksówki, pojechała na dworzec autobusowy. Stamtąd udała się autobusem do Durant w stanie Oklahoma, z kilkoma postojami, a następnie do Atlanty w Georgii, skąd wyruszyła do Shady Grove, gdzie mieszkała przez jakiś czas.
Sposób, w jaki prześledził moje kroki, zmroził mi krew w żyłach. Wyjrzałam przez okno, by sprawdzić, czy parking czasami nie pękał w szwach od policjantów. Na szczęście nie.
- Wielu z państwa słyszało o działaniach Cox w Shady Grove, jednak apeluję o ostrożność w związku z morderstwami, które popełniła z zimną krwią, zanim tam przybyła. Po wydarzeniach w Shady Grove, niewiążących się ze śmiercią Pace'a, uciekła do Dallas w Teksasie. Tam widziano ją po raz ostatni, ale znowu uchyliła się od aresztowania. Podejrzewamy, że Cox jest uzbrojona, a z pewnością jest niebezpieczna i umiejętnie zmienia swoją charakteryzację. Ma wyjątkowo zauważalne oczy - duże, w kształcie migdałów - dlatego zalecamy obywatelom, aby przede wszystkim na nie zwracali uwagę, ponieważ kolor jej włosów, makijaż czy strój mogą ulegać zmianie. Cox mierzy sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu przy wadze pięćdziesięciu pięciu kilogramów, wiemy także, iż dochodzi do zdrowia po postrzale w prawe ramię.
Dotknęłam ramienia, spoglądając w lustro.
- Jeżeli ktoś z obywateli widział Casey Cox, zalecamy od razu skontaktować się z policją - w żadnym wypadku nie próbować pochwycić jej samemu ani za nią podążać. Powtórzę raz jeszcze: może być uzbrojona i niebezpieczna.
Westchnęłam. Nie posiadałam pistoletu ani noża. Nie miałam nawet cążków do paznokci.
- Pani Cox, jeśli słucha nas pani w tej chwili, radzimy oddać się w ręce policji na najbliższym komisariacie, ponieważ dalsze ignorowanie prawa jedynie pogorszy pani sytuację. Znajdziemy panią, a gdy to nastąpi, zadbamy o to, aby sprawiedliwości stało się zadość.
Jak niby moja sytuacja miałaby się pogorszyć? Co straszniejszego mogło mi się przytrafić niż śmierć, jeszcze zanim wyznałabym prawdę? Dostałam dreszczy, kiedy mężczyzna adresował do mnie swój przekaz, i walczyłam z pragnieniem, żeby wyłączyć odbiornik.
"Nie widzi mnie" - powtarzałam sobie. "Nie może wyśledzić mojego sygnału telewizyjnego. Próbuje tylko zamącić mi w głowie".
Oparłam się o ścianę naprzeciwko telewizora. Stałam tak, słuchając, jak reporter zadaje prokuratorowi pytania.
- Czy Casey Cox była zaangażowana także w śmierć Cole'a Whittingtona z Dallas w Teksasie?
Jęknęłam. Wiedzieli, że to byli Trendallowie. Ciężarówka stanowiła dostateczny dowód.
- Czy są prowadzone inne śledztwa w miejscach, gdzie przebywała?
- Jak już powiedziałem, jestem tu tylko po to, by komentować sprawę Brenta Pace'a.
- To znaczy, że nie - podsumowałam zirytowana.
- Czy udało wam się wyszczególnić motyw zabójstwa Pace'a? Świadkowie twierdzą, że byli z Cox bliskimi przyjaciółmi. Wiadomo też, że dzwonił do niej tamtego ranka. Czy wiecie coś więcej o tym, że zaprosił ją do siebie w porze lunchu? Macie informacje o kłótni albo o czymś innym, co mogło doprowadzić do takiego aktu przemocy?
- Nie znamy jeszcze dokładnego motywu.
- A co z czasem zdarzenia? - zapytała Macy Weatherow, jedna z lokalnych prezenterek ze stacji w Shreveport. - Patolog stwierdził, że Pace został zamordowany przynajmniej kilka godzin przed przerwą Cox na lunch.
- Zostało to oszacowane w przybliżeniu.
- Czy jednak jest możliwe, że zabił go ktoś inny, skoro wiemy, że Cox przez cały poranek była w pracy?
Odetchnęłam, czując ulgę, że chociaż jedna osoba kwestionowała moją winę.
- Cox uciekła. Narzędzie zbrodni leżało w jej samochodzie. - Odwrócił się, by odpowiedzieć na pytanie kolejnego reportera, tak jakby jego zdawkowa odpowiedź cokolwiek rozstrzygała.
Ten nóż został podrzucony do mojego samochodu! A ja aż do tamtego dnia nigdy wcześniej go nie widziałam.
Głos Macy wzniósł się ponad pytania wykrzykiwane przez innych.
- Przyjaciele opisują Casey jako osobę miłą i stabilną emocjonalnie. Niektóre z jej działań w Shady Grove i w Dallas zdają się to potwierdzać. Pomogła uciec porwanej dziewczynie, rzekomo odwiodła mężczyznę od samobójstwa... Na ile jesteście pewni, że to ona?
- Tak jak powiedziałem, DNA Casey Cox znajdowało się na miejscu zbrodni, a w jej samochodzie znaleziono nóż oraz ślady krwi Pace'a. Jego krew była także w jej mieszkaniu.
- Jednak niektórzy twierdzą, że mogła po prostu znaleźć ciało, bo gdyby to ona go zamordowała, przynajmniej próbowałaby zatuszować swoje ślady.
- Jeżeli to nie ona, to dlaczego nie zadzwoniła na policję, żeby zgłosić znalezienie ciała? Zamiast tego uciekła i od tamtej pory unika kontaktu z władzami. To wszystko na ten moment - uciął.
Prokurator już miał oddalić się od mikrofonu, ale wtedy głos zabrał kolejny reporter, zmuszając go do pozostania.
- Co zmienia akt oskarżenia? Nie przyczynia się w żaden sposób do odnalezienia Cox.
- Do tej pory pozostawała tylko w kręgu osób podejrzanych o morderstwo. Teraz stała się główną podejrzaną i została oskarżona zarówno o przestępstwo najwyższego kalibru, jak i najniższego. Dziękuję wszystkim.
Prokurator opuścił podium i odszedł, choć zgromadzeni ludzie wciąż wykrzykiwali swoje pytania.
Osunęłam się po ścianie, aż usiadłam na podłodze. Zadzwonił mój telefon, a gdy wyciągnęłam go z kieszeni, zobaczyłam na wyświetlaczu imię Dylana. Jasne. Przecież kto inny miałby do mnie dzwonić? Nikt oprócz niego nie miał tego numeru.
Uświadomiłam sobie, że teraz, kiedy oficjalnie uznano mnie za oskarżoną, on też będzie miał kłopoty. To, że mi pomagał, automatycznie łączyło go z przestępstwem wyższej rangi. Nie chciałam, żeby znalazł się przeze mnie w tarapatach.
Odczekałam, aż włączy się automatyczna sekretarka. Nie zostawił mi wiadomości, ale za to przysłał SMS: ZOSTAŁAŚ OSKARŻONA. WIDZIAŁAŚ WIADOMOŚCI?.
Nie odpowiedziałam.
TRZYMASZ SIĘ? - zapytał.
Wyłączyłam telefon, a następnie wyjęłam z niego baterię. Doszłam do wniosku, że muszę zerwać kontakt między nami, zanim stałby się przyczyną jego śmierci albo zatrzymania przez policję. Już zbyt wielu ludzi, którzy w jakikolwiek sposób byli ze mną powiązani, poniosło katastrofalne konsekwencje. Musiałam to zakończyć.
Jakie to byłoby proste... wydać się w ręce policji. Mogłabym po prostu pójść do lokalnej stacji telewizyjnej lub na komisariat i pozwolić się aresztować.
Tylko że wtedy Keegan i Rollins przechwyciliby mnie z ich rąk i prawdopodobnie skończyłabym martwa.
To niedorzeczne, jak głęboko tkwiłam w pułapce. Dopóki nie skończyłam dwunastu lat, wierzyłam, że zawsze, gdy dzieje się coś złego, można znaleźć jakieś rozwiązanie. Życie samo toczyło się dalej - wystarczyło przetrwać te trudne chwile. Otaczali mnie ludzie, którzy - tak jak mój tato - dbali o to, żeby tak było.
Kiedy znalazłam tatę powieszonego, świat kłamstw zmieszał się z prawdą. To, co było dobre, stało się złe, co było ukryte, wyszło na jaw, a to, co nie miało sensu, nagle stanowiło punkt wyjścia. Wierzono złym ludziom i nikt nie chciał słuchać głupiej dwunastolatki, która przechodziła traumę z powodu rzekomego egoizmu ojca.
Trzymałam wszystko w sobie przez dziesięć lat, aż w końcu podzieliłam się prawdą z Brentem. Mój przyjaciel rzucił się na tę sprawę jak wilk i kosztowało go to życie.
Jakiś czas później sprawdziłam skrzynkę mailową - okazało się, że Dylan przysłał mi dwie wiadomości.
"Nie wiem, czy dajesz sobie radę. Muszę z tobą porozmawiać. Domyślam się, że słyszałaś o werdykcie. Oddzwoń do mnie, jak tylko będziesz mogła, nieważne, czy w dzień, czy w nocy. Jeśli tego nie zrobisz, prawdopodobnie będę musiał zwrócić się do policji i oddać w ręce prokuratora dowody, które zebraliśmy. Może przynajmniej w jakiś sposób powstrzymamy to, do czego to wszystko zmierza".
"Musimy obmyślić strategię. Dowiedziałem się kilku rzeczy w naszej sprawie. Proszę, zadzwoń, nie mogę spać".
Zamknęłam oczy i pozwoliłam, żeby łzy wraz z tuszem spływały po mojej twarzy.
Nienawidziłam ciężkiego makijażu, który spływał, kiedy płakałam. Nienawidziłam peruki, która podskakiwała w trakcie chodzenia. Nienawidziłam tego, jak bardzo schudłam i jak luźne stały się moje jeansy, a nie mogłam pójść na zakupy po nowe. Nie znosiłam tych domowej roboty szwów oraz nieustannego bólu w ramieniu.
Nie obchodziło mnie już, co się ze mną stanie, ale chciałam, żeby Keegan i Rollins zapłacili za swoje grzechy. Musieli. Inaczej to wszystko - śmierć mojego ojca, przyjaciela, a także ostatnie miesiące życia niczym w przerażającym kryminale - poszłoby na marne. Żadna z tych rzeczy nie miałaby znaczenia.
Wrzuciłam telefon i baterię do torebki. Kiedy podeszłam do lustra, przestraszyłam się na widok samej siebie - jakby w pokoju był ze mną ktoś, kogo nie znałam.
Zdjęłam perukę, bo miałam jej już dość, po czym położyłam się do łóżka, przykrywając się wyświechtanym kocem. Nie chciałam się ujawniać policji ani się zabijać.
Jednak miałam poczucie, że byłoby dobrze, gdybym po prostu umarła we śnie.
- Stary, wiesz, że chcę ci pomóc, ale trudno ogarnąć to wszystko na raz. - Siedząc na kanapie w moim mieszkaniu, Dex badał dowody, które wyświetliłem na komputerze. - Nie da się tego jakoś tak rozmieścić, żeby każdy dowód było widać jednocześnie?
Byłem tak nakręcony, że nie mogłem usiedzieć na miejscu.
- W biurze dochodzeniowym mieliśmy takie duże białe tablice, rozmieszczaliśmy na nich dowody zebrane w danej sprawie. Próbowaliśmy je ze sobą powiązać, zaznaczaliśmy rzeczy, które mogły mieć znaczenie. Jeden rzut oka wystarczał, by rozeznać się we wszystkim, co mieliśmy. Czasami po prostu wpatrywaliśmy się w nie i nagle w naszych głowach coś wskakiwało na miejsce.
Dex pochylił się, żeby podrapać protezę nogi. To było interesujące. Mówił o bólu fantomowym w amputowanych kończynach, więc doszedłem do wniosku, że odczuwa też fantomowe swędzenie.
- Hej, pamiętasz, jak pracowałeś nad sprawą sierżanta, który został otruty?
- Taaak, sierżant Mintz. Znienawidzony gość. Tak wielu ludzi miało motyw... myślałem, że nigdy nie dotrzemy do sedna. Chyba każdy członek wydziału powiedział w jakimś momencie, że ma ochotę go zabić.
- Więc jak prześledziliście dowody dotyczące wszystkich podejrzanych?
Przypomniałem sobie wielkie tablice na każdej ścianie naszego biura.
- Mieliśmy osobną tablicę dla każdego z nich, ze wszystkim, co zebraliśmy na temat danej osoby. Były tam siatki powiązań, punkty zbieżne, choćby najdrobniejsze rzeczy, które łączyły tych ludzi z Mintzem. Sprawa była skomplikowana, bo chociaż wiedzieliśmy, jakiego rodzaju trucizny użyto, to sprowadzono ją z zagranicy. Niełatwo było dojść do porozumienia z właścicielami sklepów, w których mogła zostać kupiona. Znaleźliśmy nawet miejsce, skąd prawdopodobnie ją wzięto - ale mieliśmy sporo trudności z tym, by dostać nagranie z monitoringu.
- Ale w końcu wam je dali, nie?
- Ostatecznie tak. Wtedy okazało się, że gość, którego podejrzewaliśmy, że jest na filmie, miał alibi. Brał udział w misji, kiedy doszło do morderstwa. - Podszedłem do najdłuższej ściany w moim mieszkaniu i wyobraziłem sobie na niej białe tablice. - Pomogło nam właśnie rozpisanie tego wszystkiego. Próbowaliśmy wytypować twardych żołnierzy, którzy byliby w stanie zebrać się razem, żeby dopuścić się zbrodni - takich, co byli na bakier z uczciwością i mogli przyciągać sobie podobnych.
- Racja - powiedział Dex. - Pamiętam. Okazało się, że dwóch wykazywało zachowania socjopatyczne.
- Dokładnie. Były skargi od innych żołnierzy, że tamci okazywali zbędne okrucieństwo na niektórych misjach. Zaczęliśmy ich śledzić i odkryliśmy, że brali herę od lokalnego dilera. Kiedy przeszukaliśmy ich prywatne rzeczy, znaleźliśmy resztki trucizny. W końcu dorwaliśmy obu.
- I trafili przed sąd wojskowy.
- Jasne, że tak. Dalej odsiadują dożywocie.
- To dlaczego nie masz jeszcze tablic, stary?
Westchnąłem i opadłem na kanapę obok niego.
- Myślałem o tym. Ale nie mogę mieć wszystkiego na widoku. Co jeśli Keegan z Rollinsem tu wpadną? Nie dałbym rady tego ukryć. Mieszkanie nie jest wystarczająco duże. A gdyby, nie daj Boże, dowiedzieli się, czym się zajmuję, mogliby zrobić nalot i łatwo znaleźć dowody.
- A co, jeżeli miałbyś to na czymś, co dałoby się zrolować?
Wpatrywałem się w ścianę i próbowałem sobie wyobrazić, czy to mogłoby zadziałać. W sumie tak.
- To chyba możliwe.
- Mógłbyś też zrobić zdjęcia, a potem wysłać do Casey, żeby je przestudiowała. Pomogłoby to wam obojgu ustalić, czego jeszcze potrzebujecie, aby doprowadzić sprawę do końca i oczyścić jej imię.
Pokiwałem głową. Czułem, jakby coś mnie krępowało w prowadzeniu tego śledztwa, bo musiałem działać inaczej niż w swojej dotychczasowej karierze wojskowej.
- A jak jej ramię?
- Nie wiem. Nie odbiera - mruknąłem.
- Postarałem się, jak mogłem. Chociaż w innych warunkach pewnie zrobiłbym to lepiej.
- Dobrze się spisałeś, stary.
Dex odepchnął się zdrową ręką od kanapy i zwrócił się w moją stronę.
- Chodź, idziemy.
- Gdzie?
- Do Office Depot [1]. Znajdziemy coś odpowiedniego. Potrzebujesz narzędzi, gościu, i wiesz, że musisz to zrobić.
- Masz rację. Chodźmy.
Poszliśmy do sklepu z artykułami biurowymi i szukaliśmy czegoś, co mogłoby robić za moją tablicę. Chwilę później wrzuciłem do wózka kilka zwojów papieru, a potem jeszcze parę kolorowych markerów.
Dex dokuśtykał do mnie, kiedy przeglądałem zakupy.
- To zadziała?
- Tak. Będę mógł zrolować papier, gdy nie będę z niego korzystał.
Uśmiechnął się szeroko.
- Chyba nigdy nie widziałem, żebyś się tak ekscytował artykułami biurowymi, przystojniaczku.
Miał rację, nie mogłem się doczekać, aż wrócę do domu.
Kiedy byłem z powrotem w mieszkaniu, rozwinąłem papiery i przytwierdziłem je rzędem do ściany. W efekcie po chwili patrzyłem jakby na jeden wielki arkusz. Na koniec dnia pracy mogłem go zwinąć i schować w bagażniku mojego auta, a w razie potrzeby szybko przykleić znowu. Dex był geniuszem.
Wróciłem do pracy nad dowodami i notatkami na temat podejrzanych oraz tych, którzy mieli pełnić funkcję świadków. Postanowiłem nie uwzględniać w rozpisce nazwisk Alvina Rossiego i Gusa Marlowe'a ukrywających się przed bandą Keegana, a zamiast nich wpisałem miasta, gdzie teraz mieszkali - Jackson oraz GR, oznaczające Grand Rapids. Jeśli Keegan kiedykolwiek odkryłby moje prowizoryczne tablice, nie chciałem, żeby tym ludziom groziło niebezpieczeństwo.
Pracowałem dalej cały dzień, aż do późnej nocy, sporządzając listy, łącząc punkty oraz zakreślając zbieżne elementy. Wydrukowałem też zdjęcia, po czym przykleiłem je taśmą w odpowiednie miejsca.
Tak, zdecydowanie dawało mi to jaśniejszy obraz. Sfotografowałem ścianę, a potem przesłałem zdjęcia e-mailem do Casey. Następnie odwróciłem kanapę przodem do ściany i ustawiłem przed nią stolik kawowy, po czym usiadłem z nogami w górze i rękami za głową, wpatrując się w tablice.
Przeskakiwałem wzrokiem od jednej wskazówki do drugiej. Potrzebowaliśmy dowodu na to, że Keegan i Rollins są winni przynajmniej jednego ze swoich zabójstw. Spojrzałem na nazwiska zamordowanych osób - Andy'ego Coxa, Brenta Pace'a i wreszcie Sary Meadows. Musieli nie zatrzeć jakiegoś śladu. Dopóki tego nie znajdę, nie mogę mieć gwarancji, że tamci dwaj zapłacą za swoje zbrodnie. Mogliby zostać oskarżeni za same wyłudzenia oraz pranie brudnych pieniędzy, choć możliwe, że i z tego by się wymigali. To po prostu nie wystarczało.
Wróciłem do pracy uzbrojony w nowy cel - uzupełnić luki, które odkryłem. Los Casey zależał ode mnie. Musiałem coś znaleźć.
Jednak jeszcze tej samej nocy, kiedy na przemian zanurzałem się i wynurzałem z sennej rzeczywistości - z otchłani, gdzie wspomnienia czyhały niczym kolejne ładunki wybuchowe - przypomniałem sobie, dlaczego mi się nie uda.
Dzwoniący telefon... Mój dom rodzinny, który przypomina niemal strefę wojenną...
"Co tym razem zrobiła moja matka?"
Odebrałem. Powiedziała, że to nagły wypadek, więc szybko się ubrałem i pospieszyłem jej na ratunek.
Żałując, że nie zabrałem ze sobą chociażby kubka kawy, pojechałem w miejsce, gdzie na mnie czekała.
Zawsze był jakiś nagły wypadek. Przeżyłem dwie eksplozje ładunków wybuchowych, po których większość moich kumpli wróciła do domu w workach na zwłoki, a jednak dramaty mojej matki oddziaływały na mnie mocniej niż cokolwiek innego.
Zobaczyłem ją za zakrętem. Jej samochód leżał w rowie, wzdłuż którego szła, wydzierając się na kogoś przez telefon. Po drugiej stronie rowu znajdował się parking, więc powoli na niego zajechałem. Zatrzymałem się zaraz za jej autem, a kiedy wysiadłem, ona dalej wrzeszczała do swojej komórki.
- Mamo - powiedziałem głośno, ale mnie nie usłyszała. - Mamo! - krzyknąłem w końcu.
Odwróciła się i upuściła telefon, po czym zaczęła przeklinać. Sięgnęła po niego, błocąc się przy tym.
- Co tak długo?
- Coś ci się stało? - zapytałem.
- A wyglądam, jakby coś mi się stało? Wyciągnij tylko samochód z tego rowu, żebym mogła jechać do domu.
Spojrzałem na auto, które prezentowało żałosny widok. Przód był wgnieciony, a dach do połowy pofałdowany.
- Nie ma na to szans. Musimy zadzwonić po pomoc drogową. - Rozejrzałem się dookoła. - Dzwoniłaś na policję, mamo? Czy w wypadek był zaangażowany jakiś inny samochód?
- Nie wiem - odparła mgliście jak zwykle. - Ja wsiądę, a ty spróbuj go popchać, kiedy dodam gazu.
Podszedłem do rowu od strony drogi. Moja matka znajdowała się teraz częściowo na ulicy, a ludzie musieli zjeżdżać na drugi pas, żeby jej nie potrącić.
- Mamo, zejdź na trawę. Daj spokój.
Otarła telefon z błota o nogawkę jeansów, po czym usiłowała znowu wybrać numer.
- Do kogo dzwonisz?
- Do twojego ojca! - krzyknęła, tak jakbym to ja był tutaj problemem. - Ale pewnie dalej jest nieprzytomny. On by mnie wyciągnął.
- Mamo, nikt nie może cię stąd wyciągnąć, a już na pewno nie tato. Dzwonię po pomoc.
Poczułem jej cuchnący oddech, kiedy pochyliła się w moją stronę, by zawrzeszczeć:
- Potrzebuję auta, Dylan! Wyciągnij je w tej chwili z rowu! Nie mam pieniędzy na holowanie!
- Mamo, zmień ton.
- Gdybyś podniósł się czasami z łóżka i poszedł do pracy, miałabym pieniądze na holowanie, ale nie! Masz przecież zespół stresu pourazowego i nic nie możesz robić, a ja muszę sobie radzić sama! Nic dziwnego, że wykopali cię z wojska.
Moja szczęka zacisnęła się i poczułem, że cały sztywnieję. Nagle ogarnęła mnie wściekłość.
- Nie zostałem wykopany, tylko honorowo zwolniony.
- Bo jesteś psychiczny!
- To nie ja wjechałem do rowu - odciąłem się. - Mamo, wsiadaj do mojego samochodu, a ja się tym zajmę.
- Tylko nie dzwoń na policję! - znowu zaczęła ostrzej. - Ostrzegam cię, nie rób tego!
Zrozumiałem, że nie mam powodu wzywać policji, skoro w wypadku nie brał udziału inny pojazd, więc patrzyłem tylko, jak otwiera drzwi kierowcy i chybocząc się, wsiada do środka... Tak jakbym po tym wszystkim w ogóle rozważał to, by pozwolić jej prowadzić.
Szybko odnalazłem w Internecie nazwę oraz numer firmy holowniczej. Zadzwoniłem, a oni zapewnili mnie, że ruszają na miejsce.
Matka zasnęła z otwartą buzią, oparta o zagłówek. Chociaż obawiałem się tej chwili, wiedziałem, że w końcu będę musiał ją obudzić. Jej wrzaski przez całą drogę do domu to coś nieuniknionego - tego byłem pewien.
Oparłem się o zderzak, czekając na pomoc, podczas gdy słowa matki odbijały się echem w mojej głowie. "Psychiczny... wykopali cię..."
Miałem wrażenie, jakby ciężar w mojej klatce piersiowej chciał rozsadzić ją od środka, i gwałtownie wciągnąłem powietrze. Cały byłem mokry od potu. Poczułem jednak, jak przez moje ciało przechodzi poczucie ulgi, gdy zorientowałem się, że jestem z powrotem w swoim mieszkaniu, gdzie mantry wypowiedziane przez matkę po pijanemu nie mogą mnie dosięgnąć.
"Nie jestem psychiczny".
"Nie poniosę porażki".
"I nie jestem sam". Bóg działał w tej sprawie, walczył po mojej stronie. Wyobraziłem sobie Jego miecz, którym pokonuje zło wokół mnie - i wokół Casey - a potem zasnąłem. Tym razem śniło mi się zwycięstwo.
Kiedy wpatrywałem się w dowody na tablicy, zadzwonił mój telefon.
- Hej - rzuciłem.
- Stary - odezwał się Dex. - Właśnie czytałem gazetę w Internecie. Kojarzysz, jak aktualizują wpisy w ciągu dnia, kiedy trafi im się nowa historia?
- Tak mi się wydaje - odparłem, chociaż rzadko korzystałem z Internetu, żeby czytać wiadomości. Byłem zdecydowanie typem doceniającym pisanie na papierze.
- Wstawili historię o facecie, którego znaleźli dzisiaj rano zamordowanego. Jakiś Niemiec, był właścicielem pralni chemicznej w mieście. Okazuje się, że to jeden z biznesmenów, z którymi spotkał się Keegan w czasie, gdy go śledziłem.
Przez chwilę się nie odzywałem, próbując przyswoić to, co właśnie powiedział.
- To jedna z ofiar wyłudzeń Keegana?
- Tak. To znaczy nie słyszałem, co mówili, ale widziałem, jak Keegan wszedł do tej pralni i rozmawiał z właścicielem. Obserwowałem ich przez okno. Facet dał gliniarzowi kopertę - przysiągłbym, że to pieniądze, bo Keegan zaczął je przeliczać. Ten gość to tylko jeden z wielu, ale pamiętam go. A teraz nie żyje.
Wstałem z brzegu kanapy.
- Okej, dobra robota - powiedziałem. - To może być coś.
- Napisali, że znaleźli go jakieś trzy godziny temu.
- Ciało może wciąż być na miejscu zbrodni. Spróbuję się tam dostać.
- Co jeśli zagorzały duet jest przydzielony do tej sprawy?
- Zobaczymy.
- Chcesz, żebym dalej ich śledził?
Zastanowiłem się przez moment.
- Sam nie wiem... Dzisiaj prawdopodobnie będą nadmiernie czujni i co chwilę będą spoglądać przez ramię. Chyba to nie jest dobry dzień. Oddzwonię do ciebie.
- Dobra. Wiesz, gdzie mnie znaleźć - odparł.
Podziękowałem Dexowi i się rozłączyłem. Zacząłem chodzić w kółko po mieszkaniu, rozmyślając. Po chwili otworzyłem laptopa, żeby zobaczyć stronę gazety i przyjrzeć się zdjęciu zamordowanego mężczyzny. Wydrukowałem je, po czym powiesiłem na ścianie, dodając podpis: "ofiara wyłudzenia". Następnie podszedłem do sterty notatek na moim stoliku kuchennym, by odszukać raport od Dexa dotyczący potencjalnych ofiar wyłudzeń, z którymi kontaktował się Keegan w dniach, gdy mój kumpel go śledził. Zeskanowawszy listę, odnalazłem nazwisko zabitego mężczyzny. Spisałem jego adres.
- Dobra robota, Dex - szepnąłem i wyszedłem z domu.
Przed pralnią nadal stały radiowozy, a cały budynek wraz z częścią ulicy otoczono taśmą policyjną. Zaparkowałem przy chodniku i rzuciłem okiem na przedsiębiorstwa w pobliżu. Po drugiej stronie drogi znajdował się bar z kanapkami, a obok niego sklep monopolowy. Z kolei koło pralni mieścił się zakład krawiecki.
Na zewnętrznej ścianie baru zobaczyłem kamerę. Nie mogłem przejrzeć nagrań z monitoringu, ponieważ nie byłem oficjalnie przydzielony do tej sprawy, jednak istniały inne sposoby, żeby zdobyć informacje.
Podążyłem wzdłuż taśmy policyjnej, przemykając przez tłum wyciągających szyje gapiów, i wszedłem do baru. Przy oknach siedziało grono reporterów, którzy obserwowali, co działo się na zewnątrz. Nie było żadnego wolnego miejsca.
Podszedłem do lady, by przyjrzeć się pracownikom. Był tam starszy mężczyzna, ewidentnie w nie najlepszym humorze, jednak sprawiał wrażenie kogoś poważnego, więc postanowiłem zamienić z nim słowo.
- Przepraszam - zacząłem. - Pan jest właścicielem?
- Tak. Kolejka jest tam.
- Nie o to chodzi. Chcę tylko zadać panu kilka pytań.
Pokazałem mu swoje dokumenty, a on przysunął się bliżej mnie.
- Już rozmawiałem z policją. Nic nie wiem. I nie chcę żadnych kłopotów.
- Nie jestem z policji - oznajmiłem stanowczo, świadomy, że jeśli padł ofiarą wyłudzenia, musiał być mocno nieufny w stosunku do gliniarzy. - Jestem prywatnym detektywem, pracuję z policją w powiązanej sprawie. Mógłby mi pan powiedzieć, czy ktoś wziął nagranie z pańskiej kamery na zewnątrz?
- Tak, mają je.
- A czy znajdowało się tam coś godnego uwagi? O której godzinie pan Brauer przyszedł do pracy? Czy ktoś mógł wejść tam, zanim otworzył?
Rozejrzał się po bokach, po czym potrząsnął głową.
- Nie patrzyłem. Nie wiem, dokąd je zabrali.
Nie uwierzyłem mu.
- O której po nie przyszli?
- Jakąś godzinę temu.
- Został znaleziony o siódmej trzydzieści. U pana jest już wtedy otwarte, tak? Więc widział pan, że coś się działo, ale nie pomyślał pan, żeby sprawdzić monitoring?
Pocił się teraz i wyglądał na przestraszonego.
- Nie myślałem o tym. Zamawia pan coś czy nie?
- Czy może mi pan przynajmniej powiedzieć, o której zazwyczaj pan Brauer przychodził do pracy?
- Przychodził codziennie około szóstej trzydzieści. Otwierał o siódmej.
- Czy ktoś wchodził do środka, zanim otworzył?
- Nie, nic takiego nie widziałem.
- Czy przyszedł tutaj na śniadanie ktoś, kto mógł tam wcześniej być?
- Nie, nikt.
Facet zaczynał mnie irytować.
- Jest pan o tym przekonany? Uznaje pan za pewnik, że żadna z osób, które tutaj przyszły, nie miała z nim nic wspólnego? Skąd może pan to wiedzieć?
- Znam swoich klientów.
Nic nie dało się z niego wyciągnąć. Musiał uważać mnie za jednego z popleczników Keegana i bać się, że jeśli coś ujawni, skończy tak samo jak pan Brauer.
- Jestem zajęty - oznajmił w końcu. - Miłego dnia - dorzucił i zniknął gdzieś z tyłu.
Westchnąłem, po czym rozglądnąłem się z nadzieją, że uda mi się porozmawiać z innym pracownikiem. Ustawiłem się w kolejce. Po kilku minutach zamówiłem sandwich klubowy, a następnie, modląc się w duchu, zwróciłem się do dziewczyny za ladą:
- Więc co się tutaj dzieje?
Rzuciła okiem na szefa, jakby upewniając się, że jej nie słyszy.
- Właściciel pralni chemicznej został zamordowany - wyszeptała. - Znaleźli go pracownicy, kiedy weszli do środka. - Dziewczyna pochyliła się w moją stronę. - Został zastrzelony. Śmiertelnie się przeraziłam. Też przyszłam do pracy z samego rana... To mogłam być ja.
- Został zastrzelony w środku czy na zewnątrz?
- W środku. Znaleźli go w jego biurze. Z tego, co słyszałam, wyglądało to jak egzekucja. Był miłym człowiekiem. Przychodził tu codziennie na lunch. Żal mi jego żony.
- Była tutaj po tym, jak go znaleźli?
- Tak, powiadomiła ją policja. Kobieta całkowicie się załamała. To było straszne. Słyszałam jej krzyki aż tutaj.
Pani Brauer. Musiałem z nią porozmawiać. Na pewno wiedziała, czy ktoś groził jej mężowi. Jeżeli znała prawdę o wyłudzaniu pieniędzy, to może zechciałaby mi pomóc.
- Boję się tu teraz pracować - szepnęła. - Co jeśli morderca wróci?
Oddaliła się, żeby przygotować moje zamówienie, a ja stałem oparty plecami o ladę i patrzyłem przez okno na pralnię po przeciwnej stronie ulicy. Gdy dziewczyna przyniosła mi torebkę z jedzeniem, wyszedłem, kierując się do otaśmowanego budynku. Zebrali się przed nim ludzie z mediów oraz policjanci. Przebiegłem wzrokiem po mundurowych, wypatrując znajomej twarzy. W końcu dojrzałem faceta, z którym chodziłem do szkoły. Nawet nie wiedziałem, że był gliną.
Podszedłem do taśmy.
- Banks. - Zaczepiłem go.
Odwrócił się w moją stronę i śmiejąc się, wyciągnął do mnie dłoń.
- Dylan! Miło cię widzieć, stary.
- Ciebie też. Ty w mundurze? Kto by pomyślał.
- Co nie? - Uśmiechnął się. - Słyszałem, że byłeś w FBI czy coś takiego.
- Wersja militarna - odpowiedziałem. - Wojskowe Biuro Dochodzeniowe. Ale już tam nie pracuję. Zwolnili mnie w ubiegłym roku. Obecnie pomagam wydziałowi.
- Praca solo, hę? Brzmi dobrze.
- Nie jest źle. Byłeś pierwszym oddelegowanym do tej sprawy?
- Nie, pojawiłem się dopiero później. - Zniżył głos. - Właściciel dostał kulkę w głowę, prawdopodobnie z trzydziestki ósemki.
Keegan nosił przy sobie ten typ broni, tak jak większość policjantów. Nie użyłby jednak pistoletu, którym posługuje się na służbie.
- Znaleziono łuskę?
- Nie, o ile mi wiadomo, ale technicy nadal pracują i sam nie wiem, co już mają. Nie byłem w środku.
- Jego rodzina ma jakieś podejrzenia, kto to zrobił?
- Nie, ale żona mężczyzny była tak wściekła, że po prostu wychodziła z siebie.
- Gdzie teraz jest?
- Ktoś zabrał ją do domu.
Rozejrzałem się dookoła.
- Jakich komisarzy przydzielono do tej sprawy? - zapytałem.
- Stampsa i Logana.
Zastanowiłem się nad tym przez chwilę. Keegan z pewnością chciał zmanipulować dowody, aby oczyścić się z podejrzeń...
- A nie było tu Keegana i Rollinsa?
- Tak, wpadli też jacyś inni. Ciekawość, jak sądzę.
Trafiony. A więc Keegan zadbał, żeby jego najmniejszy włosek, kropla potu czy odciski w tym miejscu były uzasadnione.
- Dylan! Jak się masz?
Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem Kurta Keegana, syna komisarza, z którym także chodziłem do szkoły. W szkole średniej byliśmy całkiem dobrymi kumplami, ale nie widziałem go, odkąd wróciłem do kraju.
Uścisnąłem jego dłoń, jakby nic się nie zmieniło. O ile słusznie się domyślałem, trzymał się blisko ojca i miał swoje miejsce w kryminalnym kręgu. Lata temu, gdy miałem z nim kontakt, wydawał się dobrym facetem, w ogóle niepodobnym do Keegana. Wiedziałem jednak, że pieniądze potrafią zmieniać ludzi.
Wdałem się z nim w krótką pogawędkę, licząc na to, że nie wspomni wiadomej osobie o mojej wizycie na miejscu zbrodni.
- Słyszałem, że pracujesz nad sprawą Brenta - powiedział. - Mój ojciec był trochę zirytowany, że cię wynajęli.
- Pomagamy sobie nawzajem - odparłem wymijająco.
- Tak, założę się. On lubi się bawić w mikrozarządzanie. Już widzę, jak mu się stawiasz. Po prostu wytrwaj, stary. Powinniśmy się kiedyś spotkać, aby nadrobić zaległości.
Dałem mu ten sam numer telefonu, który znał jego ojciec, i powiedziałem, żeby zadzwonił, jak będzie miał czas. Nie wiedziałem za bardzo, co myśleć o dopiero co zakończonej rozmowie. Próbował mnie wybadać dla swojego ojca... czy naprawdę nie miał o niczym pojęcia?
Później wyszukałem adres Kurta i postanowiłem przejechać się ulicą, przy której mieszkał. Z zewnątrz jego mieszkanie wydawało się niewiele lepsze od mojego. Na miejscu parkingowym stał pick-up, który musiał mieć z pięć lat. Jeśli facet był bogaty, to najwyraźniej pieniądze wydawał na coś innego. Ale Keegan też nie gromadził swoich zabawek wokół siebie. Były dobrze ukryte, chronione pod innym nazwiskiem. Nic z tego, co zaobserwowałem, nie wskazywało na współudział Kurta w przestępstwach ojca, ale nie byłem naiwny, by sądzić, że nie został w to wtajemniczony.
Miałem nadzieję, że spotkamy się na lunch. Jeśli był zamieszany w śmierć Brenta Pace'a - czy kogokolwiek innego - postaram się, żeby za to zapłacił. Nie miałem sentymentu do morderców.
Odpowiedziałam na ogłoszenie o pracę z Craigslist dla osoby, która była skłonna zarabiać do dwóch tysięcy dolarów miesięcznie, pracując zdalnie. Doszłam do wniosku, że im mniej osób codziennie będę spotykać, tym lepiej. Odbyłam już wstępną rozmowę telefoniczną z żoną prawnika, który mógł zostać moim pracodawcą. Nie powiedziała mi zbyt wiele o samej pracy, ale zaprosiła mnie na rozmowę kwalifikacyjną ze swoim mężem.
W dzień spotkania wyjątkowo przyłożyłam się do zrobienia makijażu i uczesania kędzierzawej peruki z nadzieją, że nie rozpoznają we mnie dziewczyny z wiadomości. O tyle dobrze, że nikt nie znał mojego głosu, ponieważ media pokazywały wyłącznie zdjęcia.
Kiedy dotarłam do niewielkiego centrum handlowego, gdzie mieściło się biuro, odnalazłam drzwi, obok których widniała brązowa tabliczka z napisem: "Billy Barbero". Nie wyglądało to na jakąś poważną kancelarię prawną, raczej na nieduże przedsiębiorstwo. Jednak gdy weszłam do środka, przekonałam się, jak niskich lotów musiał to być biznes. Żona prawnika, kobieta, z którą rozmawiałam, miała około pięćdziesiątki, nosiła jegginsy oraz szeroką bluzę z logo Metalliki. Na jej biurku leżały segregatory oraz stosy papierów i miała tylko niewielką przestrzeń, na której mogła pisać.
- Dzień dobry - odezwałam się. - Nazywam się Liana Winter. Jestem umówiona na spotkanie z panem Barbero.
- A tak, rozmawiałam z tobą - odparła, szukając czegoś na biurku. Spod sterty zeszytów wyciągnęła podkładkę do pisania, by mi ją wręczyć. - Jeśli nie masz nic przeciwko, wypełnij ten formularz, żebyśmy mieli twoje dane. Mój mąż jest teraz z klientem. Potrwa to tylko chwilę.
Gdy usiadłam z podkładką w ręce, kobieta krzyknęła:
- Przyszła Liana Winter!
Popatrzyłam w kierunku drzwi z uczuciem niepewności. Mężczyzna zza ściany zapytał donośnym głosem:
- Kto?
- Dziewczyna, która ma u nas pracować! - odparła głośno.
Myśl, że pani Barbero uznała mnie już za swoją pracownicę, dodała mi otuchy, jednak nie ulegało wątpliwości, że nie trafiłam do typowej kancelarii prawnej. Uzupełniłam formularz fałszywymi danymi Liany Winter, łącznie z historią zatrudnienia. Nie miałam pojęcia, co przyda się w tej pracy, bo nie byłam pewna, z czym się ona wiąże, ale wydawało mi się, że mogło im brakować recepcjonistki albo osoby do pomocy przy administracji. Pracowałam kiedyś w biurze, jeszcze przed śmiercią Brenta - i chyba nieźle mi szło - więc napisałam o tym, podając fałszywy adres firmy. Miałam nadzieję, że nie będą próbowali sprawdzać moich referencji. Jakoś nie wydawało mi się, żeby byli wystarczająco zorganizowani, by to zrobić.
Już prawie skończyłam, gdy drzwi gabinetu pana Barbero otworzyły się, a do głównego pomieszczenia weszła młoda kobieta w towarzystwie psa przewodnika - owczarka niemieckiego. Wyglądała trochę jak Natalie Portman, ale nosiła przyciemniane okulary. Musiała być niewidoma.
- Marge - zwróciła się do żony prawnika. - Możesz zadzwonić dla mnie po kierowcę?
- Jasne, słońce.
Mężczyzna, który opuścił gabinet za dziewczyną, poruszał się na wózku inwalidzkim - wąskim, bez podłokietników. Miał długie siwe włosy sięgające ramion, nosił T-shirt oraz jeansy z dziurą na kolanie.
Podczas gdy Marge wykonywała telefon, dziewczyna żegnała się z prawnikiem, a ja w ciszy kończyłam swoją aplikację. W końcu kobieta się rozłączyła i odezwała do niewidomej:
- Nie odbiera, skarbie.
- Tego się spodziewałam - stwierdziła tamta. - Wie, że go potrzebuję. Może już tu jedzie. Poczekam na zewnątrz.
Kiedy wyszła z biura razem z psem, podeszłam do mężczyzny.
- Dzień dobry, jestem Liana.
Barbero uścisnął mi dłoń.
- Wejdź do mojego biura - powiedział. - Jeżeli chcesz, możesz skorzystać z ekspresu do kawy. Panuje u nas zasada samoobsługi.
Nie miałam ochoty na kawę, więc odmówiłam i weszłam za nim do środka.
Biuro wyglądało, jakby przeszło przez nie tornado. Segregatory piętrzyły się do połowy ściany, zapełniając prawie całą przestrzeń za biurkiem. Blat był pokryty papierami, z jedynie małym skrawkiem czystej przestrzeni przed miejscem, gdzie parkował wózkiem.
- Więc Marge cię zatrudniła, tak?
- Hmmm... Tak mi się wydaje.
Spojrzał na mój formularz, kiwając głową z aprobatą, po czym rzekł:
- W takim razie powiem ci, czym tu się zajmujemy.
- Dobrze.
- Reprezentuję niepełnosprawnych klientów. Dziewczyna, którą widziałaś, jest jedną z nich. Pozywamy placówki naruszające ustawę o osobach niepełnosprawnych [2]. - Przerwał i zachichotał. - Mamy setki postępujących procesów sądowych na terenie całego państwa. Niestety jeden z moich najlepszych pracowników niedawno zmarł. Ostre zapalenie płuc. Nie spodziewał się tego.
- Przykro mi - przyznałam ze współczuciem.
- Tak czy inaczej, potrzebujemy kogoś na jego miejsce.
- Na czym polegała jego praca? - zapytałam go zaciekawiona.
- Potrzebuję, żebyś wynajdywała przypadki naruszania ustawy o niepełnosprawnych. Głównie w hotelach lub motelach, które mają baseny bez ułatwień dla osób jeżdżących na wózkach. Są naszym głównym źródłem pieniędzy i najłatwiej je znaleźć.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
- Chce pan, żebym chodziła po okolicznych hotelach?
- Nie. Nie fizycznie - tłumaczył. - Będziesz korzystać z Google Earth albo Google Maps. Wybierasz sobie miasto, oglądasz w przybliżeniu każdy hotel wyszczególniony na danym obszarze, a jak nie znajdziesz przy zbiorniku podnośnika basenowego, to pozywamy.
- Naprawdę? - spytałam zdziwiona. - To takie proste?
- Właśnie tak - odpowiedział. - Prawo jest prawem.
Wszedł na Google Earth w obraz satelitarny basenu hotelowego, by pokazać mi, jak wygląda podnośnik.
- Jest prostokątny. Jeśli zobaczysz coś takiego, po prostu przejdź do następnego hotelu, a jeżeli nie zobaczysz - zadzwoń do recepcji i zapytaj o podnośnik basenowy. Później podaj mi nazwę obiektu oraz adres wraz z numerem telefonu, a ja pozwę ich w imieniu moich klientów.
Próbowałam sobie przypomnieć wszystkie motele, jakie odwiedziłam, ale w żadnym nie widziałam sprzętu, którego miałam teraz szukać. Chociaż tak naprawdę nigdy się za nim nie rozglądałam.
- Czyli... nie trzeba być klientem hotelu, żeby go pozwać?
- Nie trzeba. Na mocy prawa możemy wnieść pozew, nawet jeśli nigdy wcześniej nie byliśmy w danym miejscu. To bardzo ważne dla społeczności niepełnosprawnych.
Wpatrywałam się w obraz z satelity.
- Myślę, że sobie z tym poradzę.
- Potrzebujesz tylko dobrego połączenia z Internetem. Będziesz mieć płacone od ilości znalezionych obiektów, które mogą nas interesować. Dziesięć dolców za jeden.
Wydawało się to bardzo proste, ale nie dowiem się, ile na tym zarobię, dopóki nie spróbuję.
- Mogę zacząć od razu - zaoferowałam się.
- W takim razie witam w nowej pracy - powiedział, jeszcze raz wyciągając do mnie rękę.
Uścisnęłam ją i wstałam.
- Kiedy wynajdziesz naruszenie, zwyczajnie wyślij do nas dane e-mailem. Dopilnuj, żeby Marge zapłaciła ci, ile trzeba. Jest trochę niezorganizowana. Możesz też przynieść spis swoich znalezisk tutaj, by upewnić się, że je odebrała.
- Dobrze, tak zrobię. Cieszę się na naszą współpracę, panie Barbero.
- Mów mi Billy. Nie zwracamy się tu do siebie formalnie.
- Dobrze, Billy.
Wyjechał za mną na wózku, gdy przeszłam do głównego pomieszczenia.
- Dziękuję, Marge - zwróciłam się do kobiety.
- Kiedy zaczyna? - zapytała męża.
- Jak najszybciej. Uważam, że dziewczyna ma potencjał. Dobra robota.
Zrobiło mi się miło, gdy to powiedział.
Wyszłam na zewnątrz i zmierzając do swojego samochodu, zauważyłam niewidomą z psem, czekającą na chodniku.
Podeszłam do niej.
- Przepraszam, słyszałam, jak mówiłaś, że masz problem z kierowcą - zaczęłam.
- Tak... kim jesteś? - Jej oczy zatrzymały się na lewej połowie mojej twarzy.
- Nazywam się Liana Winter - przedstawiłam się z pewnością w głosie, ponieważ mnie nie widziała. - Pan Barbero właśnie zatrudnił mnie do wyszukiwania informacji. Jeśli nadal potrzebujesz transportu, z chęcią cię podwiozę.
- Naprawdę? - zapytała. - To fantastycznie. Mogę ci zapłacić. Nie korzystam z Ubera, bo nie widzę aplikacji. Powinnam polecić Billy'emu, żeby ich pozwał. Zamierzałam ostatecznie zadzwonić po taksówkę, ale Siri [3] nie współpracuje dzisiaj z moim telefonem.
Przedstawiła mi swojego psa. Butch wydawał się przyjazny, a jednocześnie skupiony na swoim zadaniu. Zaprowadziłam ich do mojego samochodu, nie mając pewności, w jakim stopniu potrzebują pomocy. Uprzątnęłam siedzenia z tyłu i włożyłam moją awaryjną torbę do bagażnika, żeby zrobić miejsce dla psa, po czym otworzyłam dziewczynie drzwi.
Wydawała się mniej więcej w moim wieku, a jej twarz wyrażała życzliwość. Było mi przykro, że nie widziała, choć fakt, że nie mogła dostrzec, jak wyglądam, naprawdę wiele ułatwiał.
Wpuściła psa do tyłu, a następnie zwinnie zajęła miejsce pasażera.
Obeszłam auto i wślizgnęłam się za kierownicę.
- Dokąd jedziemy? - zapytałam.
Podała mi adres.
- Mówiłaś, że jak się nazywasz? - zagadnęła.
- Liana Winter - przypomniałam. - A ty?
- Claire.
- Więc jesteś klientką Billy'ego?
- Tak. Spadł mi z nieba. Zauważył mnie w Starbucksie, kiedy byłam na kawie, i zapytał, czy nie chciałabym trochę zarobić.
- Czyli ty też dla niego pracujesz?
- Nie, to on jakby pracuje dla mnie. Jestem powódką. Billy wykorzystuje moje nazwisko do pozwów sądowych. Używa też nazwisk innych osób - całej grupy. Później dzieli się z nami zyskami.
- O...
Przez chwilę się nie odzywałam. Nie byłam pewna, czy to wszystko było legalne. Miałam tylko nadzieję, że Claire nie była wykorzystywana.
- Zrozumiałam, że pomagamy niepełnosprawnym w całym kraju. Procesy sądowe umożliwiają nam dostęp do różnych rzeczy. A to oznacza lepsze życie.
Zdecydowałam się nie osądzać ich motywów czy intencji. To musiało być legalne. Inaczej by się tym nie zajmowali, przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam.
Mieszkała w ładnym sąsiedztwie, a jej dom wydawał się dosyć nowy. Zajechałam na podjazd. Wysiadła, po czym otworzyła drzwi, z których wyskoczył Butch.
- Wielkie dzięki za podwózkę. Nie była to jedna z tych dziwnych i bolesnych przejażdżek, które czasem mi się zdarzają.
- Cieszę się. Polecam się na przyszłość.
- Naprawdę? - zapytała. - Bo wiesz, ja w sumie zawsze szukam kogoś, kto by mnie podwiózł.
- Jasne.
Zaczęłam dyktować jej mój numer, a wtedy ona wręczyła mi swój telefon.
- Zapisałabyś mi go w kontaktach, żeby Siri mogła cię znaleźć? Oczywiście jeśli akurat będzie w nastroju do współpracy.
Odnalazłam listę kontaktów, by wpisać informacje o sobie. Kiedy skończyłam, przeczyściłam telefon chusteczką, aby zetrzeć odciski palców. Podałam go jej, nadal trzymając w chusteczce. Na szczęście papier nie musnął jej skóry, więc się nie zorientowała.
- Będę potrzebowała zrobić zakupy na przyjęcie urodzinowe mojej siostrzenicy. Mogłabyś w tym czasie pracować w samochodzie, jeżeli znajdzie się w pobliżu połączenie z Internetem.
- Tak, dobra myśl.
Wyciągnęła z portfela dziesięciodolarowy banknot.
- Nie musisz mi płacić.
- Właśnie że muszę. Jeśli nie weźmiesz pieniędzy, nie zadzwonię więcej do ciebie.
Uśmiechając się, wzięłam je i schowałam do torebki.
- W takim razie okej.
- Zadzwonię w sprawie zakupów.
- Jasne - odparłam. - To na razie, Claire.
Patrzyłam, jak wchodzi do domu. Gdy chwilę później jechałam w stronę swojego mieszkania, uśmiechnęłam się na myśl o nawiązanej znajomości.
Polubiłam towarzystwo Claire, a jeszcze bardziej podobał mi się fakt, że nie mogła zobaczyć mnie w wiadomościach.
Poczułam po raz kolejny, że Bóg się o mnie troszczył. Wyszeptałam więc cicho:
- Dziękuję.