OBOK SIEBIE NA PÓŁCE leżą trzy wyschnięte cytryny i zawinięty w plastik chlebek pita, nie wiadomo, czy bardziej czerstwy, czy spleśniały.
Nic więcej nie uda się znaleźć w tym supermarkecie.
Wpatruję się w produkty zmęczonym wzrokiem, po czym biorę wszystko, co jest. Kości bolą mnie przy każdym ruchu. Po raz kolejny przechadzam się pustymi, zakurzonymi alejkami w nadziei, że być może coś przeoczyłam. W efekcie jedynie ogarnia mnie nostalgia. Wspominam czasy, kiedy przychodziłam tu z bratem po szkole, żeby wypchać plecaki tyloma paczkami chipsów i żelek misiów, ile udało nam się unieść. Mama zawsze kręciła wtedy głową i powstrzymując uśmiech, patrzyła na swoje nieświadome otaczającej je rzeczywistości dzieci, które z wypiekami na twarzach nieudolnie próbowały niezauważenie przemycić do domu wojenne łupy. Następnie szczotkowała nam włosy...
Potrząsam głową.
Wystarczy tych wspomnień.
Kiedy ostatecznie się upewniam, że w sklepie nie ma już nic, co mogłabym kupić, mozolnie ruszam w stronę kasy, żeby zapłacić za cytryny i pitę oszczędnościami taty. A raczej tym, co udało mu się wyciągnąć z banku, zanim nadszedł ten sądny dzień. Właściciel, łysy mężczyzna po sześćdziesiątce, uśmiecha się do mnie ze współczuciem i podaje mi resztę.
Kiedy wychodzę z supermarketu, przede mną rozciąga się obraz zdewastowanego miasta. Ten okropny widok przestał mnie już przerażać. Przyzwyczaiłam się do niego. Mimo to za każdym razem sprawia, że jeszcze bardziej pęka mi serce.
Dziurawa droga, gruzy asfaltu, szare, na wpół zawalone budynki, których odsłonięty szkielet niszczeje, jak gdyby natura chciała dokończyć to, co zaczęły bomby. Całkowite zniszczenie.
Od jakiegoś czasu słońce nieśpiesznie wytapia pozostałości zimy, ale mróz w dalszym ciągu nie odpuszcza. Wiosna - symbol nowego życia - zdaje się, zgubiła drogę do wycieńczonej wojną Syrii. A już z całą pewnością do mojego miasta - Hims. Pośród martwych, chylących się ku ziemi drzew i rumowisk króluje tu nędza, a jej rządy ogranicza jedynie żar nadziei rozgrzewający serca Syryjczyków.
Słońce wisi nisko nad horyzontem, rozpoczynając codzienny rytuał pożegnalny, początkowo malując niebo na pomarańczowo i stopniowo przechodząc w granatowy.
Mruczę pod nosem:
- Stokrotki. Stokrotki. Stokrotki. Słodko pachnące stokrotki.
Przed sklepem stoi kilku mężczyzn z wychudzonymi twarzami naznaczonymi niedożywieniem, ale w ich oczach odbija się światło. Kiedy przechodzę obok nich, moich uszu mimowolnie dolatuje fragment rozmowy. Wiem, o czym mówią. O tym samym, co wszyscy przez ostatnie dziewięć miesięcy.
Idę dalej żwawym krokiem, ponieważ nie chcę tego słuchać. Doskonale wiem, że przypuszczony na nas atak wojskowy to wyrok śmierci. Że nasze zapasy maleją i głodujemy. Jestem też świadoma faktu, że szpitale lada dzień będą musiały radzić sobie bez lekarstw. Wiem to, bo sama przeprowadziłam dzisiaj kilka operacji bez dostępu do środków znieczulających. Ludzie wykrwawiają się i umierają z powodu zakażeń, a ja w żaden sposób nie mogę im pomóc. Wiem też, że wszystkich nas czeka los gorszy niż śmierć, jeśli Wolna Armia Syrii nie zdoła powstrzymać wrogich prób przejęcia kontroli nad Starym Hims.
Gdy wracam do domu, owijam hidżab ciaśniej wokół szyi dla ochrony przed zimnym wiatrem. Doskonale wiem, że na mojej skórze znajduje się kilka zaschniętych plam krwi, która dostała się pod rękawy fartucha laboratoryjnego. Za każde życie, którego nie uda mi się uratować w trakcie dyżuru, kolejna kropla krwi staje się integralną częścią mnie. Nieważne, ile razy umyję ręce, krew naszych męczenników wsiąka w moją skórę, trafia wprost do komórek. Ta z dzisiaj zapewne zdążyła się już do tej pory scalić z moim DNA.
Dziś w głowie bez przerwy słyszę warkot piły oscylacyjnej użytej w trakcie amputacji, do której kazał mi stanąć doktor Ziad.
Przez siedemnaście lat Hims mnie wychowywało i kształtowało moje marzenia o ukończeniu studiów z wysoką średnią, zapewnieniu sobie świetnej posady jako farmaceutka w Szpitalu Zaytouna i wyjechaniu w podróż poza granice Syrii, żeby zobaczyć świat.
Jednak tylko jedno z tych marzeń się spełniło. I to nadal nie w taki sposób, w jaki bym sobie tego życzyła.
Rok temu, po tym, jak Arabska Wiosna zawładnęła okolicą, Syria chwyciła się masowo budzącej się nadziei i wezwała do walki o wolność. Odpowiedzią dyktatorów było rozpętanie piekła.
Kiedy wojsko obrało za cel lekarzy, ci stali się widokiem tak rzadkim jak uśmiech. Ale nawet po ich zniknięciu bombardowania nie ustały, a w związku z tym, że Szpital Zaytouna ledwie dawał radę funkcjonować, potrzebowali każdej chętnej do pracy pary rąk. Nawet personel sprzątający awansowano na pielęgniarki. Po roku studiów farmaceutycznych w tamtej sytuacji traktowano mnie na równi z doświadczoną lekarką, a w świetle tego, że poprzedni farmaceuta zginął pod gruzami własnego domu, zarząd szpitala nie miał zbyt dużego pola manewru.
To było kompletnie bez znaczenia, że miałam jedynie osiemnaście lat. Tak jak to, że moje doświadczenie w zakresie medycyny praktycznie nie istniało - ograniczało się tylko do podręcznikowej teorii. Wszystko to przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, kiedy przede mną położono pierwszego pacjenta, którego musiałam zaszyć. Śmierć jest wyjątkowo skuteczną nauczycielką.
Na przestrzeni ostatnich sześciu miesięcy byłam przy tylu operacjach, że nie potrafię się ich wszystkich doliczyć, i zamknęłam więcej powiek, niż kiedykolwiek przypuszczałam, że będę musiała.
Nie tak miało wyglądać moje życie.
Obrazy, które maluje przede mną okolica przez resztę drogi do domu, przypominają mi czarno-białe zdjęcia z podręczników do historii, przedstawiające Niemcy i Londyn po zakończeniu drugiej wojny światowej. Zdemolowane domy, z których jak z przebitego jelita wylewają się drewno i beton wykorzystane do ich wykończenia. W powietrzu unosi się zapach spalonych na popiół drzew.
Mroźne powietrze przebija się przez przetarty materiał fartucha laboratoryjnego i szczypie mnie w skórę, wywołując dreszcze. Mruczę sobie pod nosem.
- Złocień maruna. Przypomina stokrotkę. Pomaga na stany gorączkowe i zapalenie stawów. Złocień. Złocień. Złocień.
W końcu na horyzoncie dostrzegam mój dom i na jego widok biorę głęboki wdech. To nie ten sam, który kiedyś dzieliłam z rodziną. Ten podarowała mi Layla, kiedy na mój spadła bomba. Gdyby nie ona, wylądowałabym na ulicy.
Mieszkanie Layli - w sumie teraz także moje - mieści się w jednopiętrowym szeregowcu, do którego z obu stron przylegają inne, identyczne budynki. Elewację każdego z nich zdobią dziury po kulach. Wygląda to tak, jakby sama śmierć wykorzystała je jako płótno. Wszystkie otacza aura ciszy, smutku i samotności. Nasza dzielnica jest jedną z ostatnich, gdzie domy w większości jeszcze nadają się do zamieszkania. W innych częściach miasta ludzie śpią pod dziurawymi dachami lub na ulicach.
Zamek zardzewiał i skrzypi, kiedy przekręcam klucz.
- Wróciłam! - wołam w przestrzeń.
- Tutaj jestem! - odkrzykuje Layla.
Przyszłyśmy na ten świat razem, a nasze mamy dzieliły salę szpitalną. Jest moją najlepszą przyjaciółką, moją opoką, a ze względu na to, że zakochała się w moim bracie Hamzie, także moją bratową.
A teraz, po tym wszystkim, co się do tej pory wydarzyło, jest moją jedyną rodziną, której nigdy nie pozwolę skrzywdzić.
Kiedy Layla po raz pierwszy zobaczyła ten dom, natychmiast urzekł ją swoją osobliwą estetyką, więc Hamza bez namysłu go dla niej kupił. Dwa pokoje i salon, które mogą urządzić po swojemu, to idealny start dla młodego małżeństwa. Layla w całości pokryła jedną ze ścian malunkiem winorośli, której gałązki uginały się pod ciężarem zielonych kiści. Na innej wyryła fioletowe kwiaty lawendy, a podłogi pokryła grubymi arabskimi dywanami, które sama pomogłam jej wybrać na suku Al-Hamidiyah. Kuchnię pomalowała na biało, aby kontrastowała z półkami wykonanymi z orzechowego drewna, na których ustawiła zaprojektowane przez siebie kubki różnych kolorów i kształtów. Kuchnia łączy się z salonem, gdzie kiedyś w każdym zakamarku zalegały jej przybory artystyczne. Podłogę pokrywały maźnięte różnymi kolorami chusteczki, w które wycierała ubrudzone opuszki palców, i krople farby, które spłynęły z palety. Wielokrotnie zastawałam ją leżącą na wznak pod sztalugą, jej kasztanowe włosy pokrywały podłogę wokół głowy. Wbijała wzrok w sufit, pod nosem nucąc popularną arabską piosenkę.
Ten dom był uosobieniem jej duszy.
Ale teraz jest inaczej. Brakuje w nim dawnej energii, a kolory całkowicie wyblakły, ustępując miejsca przytłaczającej szarości. Jest jedynie cieniem tego domu, który niegdyś zapraszał do środka swoim ciepłem.
Kieruję się do kuchni. Layla leży w salonie na kanapie w stokrotki. Kładę chlebek pita na blacie kuchennym. Na jej widok zmęczenie ustępuje miejsca energii.
- Podgrzewam zupę. Zjesz?
- Nie jestem głodna - odpowiada. Jej głos, w przeciwieństwie do mojego, brzmi pewnie, niejako utwierdzając mnie w przekonaniu, że kiedyś przyjdą lepsze dni, otulając mnie ciepłem wspomnień.
- Jak się mają sprawy z łodzią?
O cholera. Udaję pochłoniętą przelewaniem rozwodnionej zupy z soczewicy do rondelka i odpalaniem przenośnej kuchenki gazowej.
- Na pewno nie chcesz?
Layla podnosi się na łóżku, co sprawia, że granatowa sukienka, którą ma na sobie, jeszcze mocniej opina jej siedmiomiesięczny ciążowy brzuch.
- Powiedz wreszcie, czy udało ci się czegoś dowiedzieć.
Wlepiam wzrok w brązową ciecz, przysłuchując się sykowi płonącego gazu. Krótko po moim wprowadzeniu się tutaj Layla zaczęła mnie męczyć, żebym porozmawiała z Amem, z którym pracuję w szpitalu. Słyszała historie Syryjczyków, którzy znaleźli schronienie w Niemczech. Do mnie też dotarły. Kilku moim pacjentom udało się bezpiecznie przepłynąć Morze Śródziemne za pośrednictwem Ama. Nie wiem, w jaki sposób on to wszystko aranżuje. Ale czego nie załatwią pieniądze?
- Salama.
Wzdycham, sprawdzając palcem temperaturę zupy. Jest ledwie ciepła. Jednak zniechęcona do dalszego czekania intensywnym burczeniem w żołądku, ściągam rondel z palnika i siadam z nim obok Layli na kanapie.
Ona patrzy na mnie wyczekująco, unosząc brwi. Ma olbrzymie oczy w kolorze błękitnej toni, które zdają się zajmować całą jej twarz. Zawsze wyglądała jak uosobienie jesieni, ze swoją złoto-czerwoną paletą kasztanowych włosów, twarzą pokrytą piegami i bladą cerą. Nawet teraz, pomimo bólu, wygląda czarująco. Jednak nie da się nie zauważyć jej wychudzonych ramion i niegdyś pełnych policzków, które teraz się zapadły.
- Nie zapytałam. - W końcu wyrzucam z siebie odpowiedź. Podnoszę łyżkę z zupą do ust i czekam na jęk zawodu.
Nie trwa to długo.
- Czemu? Przecież mamy trochę oszczędności...
- Tak, za które będziemy musiały przeżyć po dotarciu na miejsce. Nawet nie wiemy, ile by nam zaśpiewał. Poza tym słyszałam też inne historie...
Kręci głową, sprawiając, że kilka kosmyków opada jej na policzek.
- Tak, zgadza się. Nie wszyscy... stają suchą stopą na lądzie, ale są oni w zdecydowanej mniejszości! Salama, musimy podjąć jakąś decyzję. Ja nie mam wątpliwości, że powinnyśmy wyjechać. I to zanim zacznę karmić.
Ledwie kończy zdanie, a jej oddech staje się coraz cięższy.
- I nawet nie próbuj sugerować, żebym wyjechała bez ciebie! Albo obie wsiądziemy na tę łódź, albo nie wsiądzie na nią żadna z nas. Nie ma możliwości, że popłynę Bóg wie gdzie sama i będę odchodzić od zmysłów, zamartwiając się, czy jeszcze kiedyś zobaczę cię żywą. Takie rozwiązanie nie wchodzi w grę! Do Turcji nie dojdziemy pieszo, przecież sama tak stwierdziłaś. - Wskazuje na swój brzuch. - Nie wspominając o tym, że przy tej ilości straży granicznej i snajperów porozstawianych na całym terenie dostałybyśmy kulkę między oczy, zanim udałoby się nam wydostać poza teren Wolnej Armii Syrii. Mamy tylko jedną możliwość. Ile razy mam ci to powtarzać?
Pokasłuję. Zupa z trudem spływa po ściankach zaciśniętego gardła i ciężko ląduje w żołądku. Layla ma rację. Jest w trzecim trymestrze ciąży. Ani ona, ani ja nie przejdziemy sześciuset pięćdziesięciu kilometrów w poszukiwaniu schronienia, nieustannie unikając czyhającej na drodze śmierci.
Odkładam rondel na stojący przed nami sosnowy stolik kawowy i wbijam wzrok w swoje dłonie. Pokrywające je przecinające się blizny to ślady, które zostawiła po sobie śmierć, kiedy on próbował odebrać mi życie. Niektóre z nich zdążyły już zblednąć, przybierając srebrzysty kolor, ale inne nadal składają się z poszarpanych fragmentów mięsa. Miejsca zrośnięć nadal wyglądają surowo, mimo że są zagojone. Przypominają mi, że muszę pracować żwawiej, przezwyciężając wyczerpanie po to, by ocalić choć jedno życie więcej.
Naciągam na blizny rękawy, a Layla delikatnie przykrywa moją dłoń swoją. Podnoszę na nią wzrok.
- Wiem, dlaczego unikasz rozmowy z nim. I wcale nie chodzi tu o pieniądze.
Nie potrafię powstrzymać drżenia trzymanej przez nią dłoni.
W myślach słyszę zabarwiony niepokojem głos Hamzy. Salama, obiecaj mi to. Obiecaj.
Potrząsam głową, próbując go uciszyć, po czym biorę głęboki wdech.
- Layla, jestem jedyną farmaceutką w okolicy. Jeśli wyjadę, kto pomoże tym wszystkim ludziom? Płaczącym dzieciom. Ofiarom snajperów. Rannym mężczyznom.
Layla mocno zaciska dłoń na sukience.
- Mam tego świadomość. Ale chyba nie sądzisz, że cię poświęcę?
Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale rezygnuję, gdy ona krzywi się i zaciska oczy.
- Dziecko kopie? - pytam natychmiast, przysuwając się do niej.
Nieudolnie próbuję ukryć zmartwienie. Od kiedy jesteśmy oblężeni, mamy bardzo ograniczony dostęp do witamin niezbędnych w okresie prenatalnym, trudno także o regularność wizyt kontrolnych.
- Odrobinę - przyznaje.
- Boli cię to?
- Nie, jest po prostu nieprzyjemne.
- Mogę ci jakoś pomóc?
Kręci głową.
- Nie, to nic takiego.
- Ta, jasne. Z kilometra wyczułabym, że kłamiesz. Obróć się - mówię, a ona śmieje się i robi, o co proszę.
Rozmasowuję nagromadzony w jej ramionach stres, aż do momentu, kiedy czuję, jak schodzi z niej całe napięcie. Pod skórą nie ma prawie wcale tłuszczu i za każdym razem, gdy przejeżdżam palcami po jej barkach i łopatkach, przechodzi mnie dreszcz. To... to takie niesprawiedliwe. Przecież jej nie powinno tutaj być.
- Już mi lepiej - stwierdza Layla kilka minut później i posyła mi pełen wdzięczności uśmiech. - Dziękuję.
Staram się go odwzajemnić.
- Wyszła ze mnie farmaceutka. Potrzebę opiekowania się tobą mam we krwi.
- Zdążyłam zauważyć.
Pochylam się i kładę dłonie na jej brzuchu, czując pod nimi poruszające się dziecko.
- Kocham cię, skarbie, ale musisz przestać sprawiać ból swojej mamusi. Ona musi się wyspać - gaworzę.
Layla uśmiecha się jeszcze szerzej i poklepuje mnie po policzku.
- Jesteś przeurocza. Aż za bardzo. Któregoś dnia ktoś mi cię ukradnie i zabierze daleko ode mnie.
- Mąż? W dobie takiego kryzysu gospodarczego? - Prycham, myśląc o mojej ostatniej rozmowie z mamą, w której powiedziała mi, że jej przyjaciółka ze swoim synem wpadną do nas na kawę.
Co ciekawe, do owego spotkania nigdy nie doszło. Tego samego dnia wybuchło powstanie. A pamiętam, że nawet byłam podekscytowana ich przyszłą-niedoszłą wizytą. Perspektywą zakochania. Kiedy wracam pamięcią do tych wydarzeń, oczami wyobraźni widzę dziewczynę, która może i ma moją twarz, mówi moim głosem, ale poza tym nie zgadza się absolutnie nic.
Layla marszczy czoło.
- A czemu nie? Więcej optymizmu! - Bawi mnie jej urażona mina. - Możesz mieć, cokolwiek tylko chcesz.
Ta cecha Layli nigdy się nie zmienia. Tamtego dnia, kiedy powiedziałam jej, jakich spodziewam się gości, w piętnaście minut pojawiła się przed moimi drzwiami z ogromną torbą wypełnioną ubraniami i kosmetykami w ręku. Przekraczała próg, popiskując z ekscytacji.
- Wiem, co włożysz! - ogłosiła tuż po wciągnięciu mnie za ramię do mojego pokoju. Rozwinęła przede mną swój błękitny kaftan. Materiał świetnej jakości gładko przesuwał się po moich ramionach. Rąbek obszyto złotą nicią, tak samo jak pasek w talii, od którego odchodziły frędzelki w tym samym kolorze, dające efekt mieniącego się wodospadu. Odcieniem przypominał morze deszczu ze Spirited Away: W krainie bogów. Cóż za magiczny widok.
- Do tego niebieska konturówka i będzie cię błagał, żebyś zechciała się z nim jeszcze raz umówić. - Puściła mi oczko, a ja parsknęłam śmiechem. - Przepięknie ci w tej niebieskiej kredce!
- Tego nie musisz mi mówić. - Poruszyłam brwiami. - Zalety brązowej skóry.
- Ach tak? To czemu ja w takim makijażu wyglądam jak posiniaczone truchło? - Otarła wyimaginowane łzy spod oczu, świecąc mi przy tym obrączką po oczach.
- Chyba trochę dramatyzujesz, Layla. - Zachichotałam.
Na jej twarz wypełzł diabelski uśmiech, a niebieskie oczy zalśniły szelmowsko.
- Masz rację. Hamzie się podoba. I to bardzo.
Natychmiast zakryłam uszy dłońmi.
- Fuj! Nie chcę o tym słyszeć.
Rechocząc, ciągnęła mnie za ramiona, żeby przypadkiem nie ominął mnie żaden sprośny szczegół. Gdyby jeszcze potrafiła sklecić jakieś spójne zdanie. Skutecznie jej to utrudniałam swoim pełnym zażenowania spojrzeniem, które wywoływało u niej salwy śmiechu.
Westchnienie Layli wyrywa mnie z zamyślenia.
- W życiu nie chodzi tylko o to, żeby przetrwać, Salama - mówi.
- Wiem to - odpowiadam.
Znudziłyśmy się przekomarzaniem.
Layla rzuca mi wymowne spojrzenie.
- Nie jestem co do tego przekonana. Twoje zachowanie świadczy o czymś innym. Skupiasz się na szpitalu, pracy, na mnie, ale zupełnie zapominasz żyć. Kompletnie ignorujesz powody trwającej rewolucji. Wygląda to tak, jakbyś odsuwała od siebie te myśli. - Zawiesza głos, patrząc mi prosto w oczy, a mnie zasycha w ustach. - Byłabym gotowa pomyśleć, że ciebie zupełnie nie obchodzi, co się dzieje w kraju. Ale wiem, że tak nie jest. Jesteś świadoma tego, że od wyniku tej rewolucji zależy, czy uda nam się odzyskać nasze dotychczasowe życie. Tu nie chodzi jedynie o przetrwanie, ale o walkę. Jeśli nie możesz jej podjąć tutaj, tym bardziej nie zrobisz tego, będąc za granicą. Nawet gdybyś zmieniła zdanie i dotarłybyśmy bezpiecznie do Niemiec.
Podnoszę się i gestem wskazuję na przestrzeń dzielącą mnie od żałosnych ścian, z których odchodzi farba.
- Ale z czym mam walczyć? Śmierć to najlepsze, co nas czeka, jeśli tu zostaniemy. I dobrze o tym wiesz. Jeśli będziemy miały mniej szczęścia, zostaniemy aresztowane przez żołnierzy lub zginiemy w wybuchu bomby. Nie będziemy walczyć, ponieważ nie mamy jak. Nie możemy liczyć na niczyją pomoc! Pracuję jako wolontariuszka w szpitalu, ponieważ nie mogę znieść wszechobecnej śmierci. Nic innego mnie tam nie trzyma.
Layla patrzy na mnie, ale w jej oczach nie ma ani odrobiny irytacji. Jedynie współczucie.
- Dopóki tu będziemy, nie poddamy się, Salama. To w końcu nasz kraj. Tutaj urodził się twój ojciec, a przed nim twój dziadek. Historia twojego życia wpisana jest w tę ziemię. Żadne państwo na świecie nie pokocha cię jak twoje własne.
Łzy szczypią mnie w oczy. W jej wypowiedzi rezonują słowa, które pamiętamy z podręczników do historii czytanych w szkole. Miłość do ojczyzny mamy wpisaną w DNA. Zawiera się ona w hymnie narodowym, który śpiewałyśmy każdego ranka przed rozpoczęciem lekcji od pierwszego dnia szkoły. Wtedy były to dla mnie tylko słowa. Jednak teraz, po tych wszystkich wydarzeniach, znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości.
Duch nasz niepokorny, a historia chwalebna
Dusze naszych męczenników są groźnymi strażnikami
Unikam wzroku Layli. Wywołałby we mnie wyrzuty sumienia, które i bez tego są wystarczająco duże.
- Ta wojna zabrało mi już wystarczająco - mówię gorzko.
Layla odpowiada stanowczym tonem.
- To nie jest wojna, Salama. To rewolucja.
- Zwał, jak zwał.
Po tych słowach wracam do swojego pokoju. Zamykam za sobą drzwi, żeby móc swobodnie oddychać. Wszystko, co dla mnie ważne - wszystko, co mi pozostało - to Layla i szpital. Przecież nie jestem nieczułą bestią; wiedząc, że tylu ludzi cierpi, staram się im pomóc. To powód, dla którego zostałam farmaceutką. Jedyne, nad czym nie chcę się zastanawiać, to to, dlaczego ci pacjenci trafiają do szpitala. Dlaczego to wszystko się dzieje. Odpowiedź na to pytanie jest jednocześnie przyczyną śmierci mojej mamy. Pamiętam jej zimne dłonie. To samo zabrało babę i Hamzę, jeden Bóg raczy wiedzieć dokąd. Nie chcę rozpamiętywać przeszłości. Nie będę też opłakiwać faktu, że nastoletnie lata skończę z niczym innym oprócz utraconych marzeń i przepełnionych koszmarami nocy. Pragnę to wszystko przetrwać.
A jeszcze bardziej pragnę odzyskać rodzinę.
Nawet jeśli to, co mówi Layla, jest prawdą.
Przebieram się w jedyną piżamę, która mi została. Czarna, bawełniana bluzka z długim rękawem i spodnie. Wystarczająco ciepłe na wypadek, gdybym musiała uciekać pod osłoną nocy. Patrzę na swoje odbicie w łazienkowym lustrze i ignorując oznaki wyczerpania i przesuszone brązowe włosy opadające mi na ramiona, z przyzwyczajenia odkręcam kran. Tylko po co? W całej okolicy od tygodni nie ma dostępu do wody i światła. Wcześniej przynajmniej raz na jakiś czas włączyli, ale od czasu rozpoczęcia oblężenia jesteśmy zupełnie odcięci. Całe szczęście, że w zeszłym tygodniu padało, więc razem z Laylą wystawiłyśmy wiadra, żeby nazbierać deszczówki. Nabieram niewielką ilość wody ręką, której używam do ablucji, później zaczynam się modlić.
Delikatne promyki słońca przestały oświetlać porysowane panele na podłodze mojego pokoju, ustępując miejsca ciemności nocy, która spowiła Hims. Niespokojna przed jej nadejściem, szczękam zębami, po czym zaciskam wargi i przełykam gęstą ślinę. Cała kontrola, którą mam nad otaczającą mnie rzeczywistością w trakcie dnia, znacznie słabnie po zapadnięciu zmroku.
Siadam na łóżku, zamykam oczy i oddycham głęboko. Muszę oczyścić umysł. Skupić się na czymś innym niż strach i ból, które zagnieździły się w mojej duszy.
- Smagliczka nadmorska. Piękna jak jej nazwa - mruczę cicho, modląc się w duchu o spokój. - Białe płatki. Koją ból. Przynoszą ulgę w gorączce, skurczach żołądka i kaszlu. Piękna. I użyteczna.
Pomaga. Moje płuca zaczynają równomiernie dostarczać tlen do krwi. Otwieram oczy i spoglądam na grubą warstwę szarych chmur pokrywającą niebo za oknem. Obtłuczona szyba w kilku miejscach odchodzi od strzaskanej ramy. Skutek eksplozji bomby w okolicy. Kiedy się tu wprowadziłam, na samym początku musiałam zmyć krew z ram.
Pomimo zamkniętego okna przez pokój przebiega podmuch zimnego powietrza. Wstrząsa mną dreszcz, ponieważ wiem, co to oznacza. Horror, którego codziennie doświadczam, nie ogranicza się jedynie do ścian szpitala. Zmutował w mojej głowie. Został powołany do życia i wyposażony w głos, który żadnej nocy nie daje o sobie zapomnieć.
- Jak długo będziesz tak siedzieć bez słowa i udawać, że mnie nie słyszysz? - dobiega mnie głęboki głos mający swoje źródło gdzieś w okolicach parapetu.
Przyprawia mnie o gęsią skórkę na szyi.
Jego głos przywodzi na myśl wspomnienie lodowatej wody, którą po powrocie do domu obmywam się z krwi męczenników. Jest jak głaz uwiązany do mojej szyi, ciągnący mnie w dół, ku ziemi. Przeszkadza mi oddychać jak wilgoć przepełniająca powietrze i ogłusza mnie jak bomby, które wojsko bezustannie zrzuca nam na głowy. Jest fundamentem naszego szpitala i przypadkowym dźwiękiem, który ulatuje z naszych niedomkniętych ust.
Obracam się w jego stronę.
- Czego znowu chcesz?
Khawf patrzy na mnie. Ma na sobie czysty i zadbany garnitur. Niepokoją mnie jednak czerwone plamy na jego ramionach. Ma je od naszego pierwszego spotkania, a ja w dalszym ciągu nie mogę się do nich przyzwyczaić. Jednak nie mam gdzie uciec wzrokiem, ponieważ widok jego lodowato niebieskich oczu jest jeszcze mniej przyjemny. Włosy nienaturalnie czarne, jak otaczająca nas noc, sprawiają, że w ogóle nie przypomina człowieka, co na dobrą sprawę może mieć swoje uzasadnienie.
Przypomina człowieka na tyle, na ile nim jest.
- Dobrze wiesz czego. - Jego głos odbija się echem od ścian, wywołując lawinę dreszczy przebiegających mi po plecach.